Rozdział 1
Głęboko w sercu dżungli, z dala od brzegów
Motunui, wszystko trwało w bezruchu. Pierwsze promienie porannego słońca
przenikały przez zieloną gęstwinę, nakrapiając porośniętą bluszczem
ziemię świetlistymi punktami. Ciszę zakłócały tylko stłumiony szum
morskich fal i przerywany ptasi trel.
Do czasu aż...
SZUUUST!
Vaiana, wielka odkrywczyni, co tchu pędziła przez zarośla. Jej brwi były
ściągnięte w pełnej koncentracji, a oddech szybki, ale miarowy. W ręku
ściskała wiosło. Uciekała przed czymś, czego obecność zdradzały tylko
głośne pochrząkiwania.
Dziewczyna krzyknęła i zatrzymała się z poślizgiem tuż nad krawędzią
głębokiej przepaści. Na drugim krańcu szerokiego wąwozu pięła się góra.
Vaiana obejrzała się przez ramię. Potwór był coraz bliżej. Pozostało jej
tylko jedno.
Skoczyła. Przez długość oddechu szybowała nad przepaścią. A potem z głośnym łupnięciem wylądowała na skalnej półce po drugiej stronie.
Wsparła się na wiośle, by odzyskać równowagę i uspokoić oddech.
Pomruki i chrząknięcia stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze, i głośniejsze, aż spośród zarośli wynurzył się...
- Pua! - zawołała Vaiana na widok ukochanego prosiaczka.
Zwierzak również dyszał, a jego krótkie nóżki drżały ze zmęczenia po
długiej gonitwie. Popatrzył dziewczynie w oczy. Nawet z drugiej strony
wąwozu widać było, że ma dosyć.
- Jesteśmy już prawie na miejscu! Jeden mały sus - zachęciła go, po czym
popatrzyła w dół. - No, średni.
Pua podążył za jej spojrzeniem. Wbił wzrok w ciemną czeluść. Jej dno
porastały kolczaste pnącza. Prosiaczek podniósł głowę i zmrużył oczy,
spoglądając na Vaianę. Doskonale wiedziała, co próbuje jej powiedzieć.
Nie zamierzał postąpić ani kroku.
Palce Vaiany krzyczały z bólu, a w nogach łapały ją skurcze, gdy pięła
się po zboczu góry. Na plecach w improwizowanym nosidełku dźwigała Puę,
przy czym strwożony prosiaczek bynajmniej nie siedział w nim spokojnie,
lecz raz po raz nerwowo pokwikiwał. Dziewczyna nie mogła go za to winić.
Pod dłońmi i stopami miała tylko nagą skałę - kruchą i niestabilną.
- Hej, sam chciałeś mi tym razem towarzyszyć - przypomniała
przyjacielowi, podciągając się na kolejną półkę.
Gdy jej palce odnalazły płaską powierzchnię, Vaiana wydała okrzyk
triumfu. Dotarli na szczyt! Podciągnęła się razem z Puą i znalazła
twarzą w twarz z...
- Heihei? - mruknęła, wbijając zdumione spojrzenie w nierozgarniętego
koguta. - Ale jak ty tu...?
Heihei gapił się na nią tępo. Dziewczyna pokręciła głową i się
podniosła. Znajdowali się na najwyższym szczycie niewielkiej bezludnej
wyspy. Otaczał ich kobaltowy ocean, który migotał w blasku porannego
słońca. Przez dłuższą chwilę Vaiana delektowała się poczuciem dumy i satysfakcji, którym przepełniało ją nowe odkrycie. Stan ten nigdy się
jej nie nudził, a świadomość, że znalazła się w nieznanym i niezbadanym
dotąd miejscu, wciąż wywoływała w niej ekscytację.
Sięgnęła do swojego naszyjnika, wyciągnęła z niego niewielką muszelkę i umieściła ją na ziemi, tak jak robiła to już wiele razy na innych
niezamieszkanych wyspach. Wzięła do ręki konchę, którą nosiła u pasa,
przyłożyła ją do ust i zadęła.
Dźwięk poniósł się po spokojnym morzu aż za horyzont. Vaiana nadstawiła
ucha i na chwilę wsłuchała się w szum fal. Poczuła iskrę nadziei.
- Słyszycie coś? - spytała przyjaciół. Obejrzała się i zobaczyła, że Pua
też uniósł uszy i nasłuchuje z wielką powagą.
Westchnęła i ponownie zwróciła się ku oceanowi.
- Wiem, że gdzieś tam są inne plemiona. Wioski jak nasza - stwierdziła z przekonaniem. - I pewnego dnia ktoś mi wreszcie odpowie... - urwała.
Gdzieś z oddali dobiegł ją dźwięk, który przypominał odgłos muszli.
Otworzyła szerzej oczy, a jej serce mocniej zabiło.
A potem odwróciła się i uświadomiła sobie, że dźwięk wydał Heihei, który
krztusił się muszelką. Stał tuż przy krawędzi długiego głazu
przypominającego przewrócone drzewo. Na jego drugim końcu siedział Pua,
który z rozbawieniem przyglądał się, jak kogut usiłuje wypluć muszelkę.
- Nie zmieniaj się - mruknęła Vaiana, uśmiechając się mimo doznanego
zawodu.
Heihei odpowiedział jej pustym spojrzeniem. Nagle głaz, na którym
siedział wraz z Puą, poruszył się. Znaleźli się niebezpiecznie blisko
krawędzi przepaści!
- Chwila! Hej! Nie, nie, nie! - krzyknęła Vaiana i rzuciła się w ich
stronę. Miała tylko mgnienie oka, by zrozumieć, co się dzieje, nim razem
z przyjaciółmi stoczyła się po zboczu i zanurzyła w gęstwinie dżungli.
Z hukiem wylądowali na ziemi. Dziewczyna rozejrzała się i nagle jej oczy
zrobiły się naprawdę ogromne. Ukryty w cieniu zarośli, za baldachimem
pnączy, stał niewielki ołtarzyk. Ślad po innych ludziach!
- GDAK!
Zza ołtarzyka głowę wytknął Heihei, a niespodziewany ruch sprawił, że
Vaiana aż podskoczyła. Zaśmiała się z głupiutkiego koguta, po czym
zauważyła, że coś przyczepiło mu się do głowy. Zmrużyła oczy. Wyglądało
na niewielki kawałek wypalonej gliny.
Zbliżyła się i delikatnie ujęła skorupę ceramicznego naczynia w palce.
Przyjrzała się jej bliżej, czując, jak serce łomocze jej w piersi.
Starła z gliny warstewkę brudu i poczuła coś pod palcami. Jej znalezisko
zdobił wyryty obraz lub napis. Vaiana wypatrzyła miejsce, gdzie przez
liście przebijało się słońce, przystanęła tam i zbliżyła naczynie do
twarzy. Znajdował się na nim rysunek przedstawiający gwiazdozbiór i wyspę z sylwetkami jakichś osób.
Vaianie wyrwał się niepowstrzymany okrzyk radości. W końcu zdobyła
niezaprzeczalny dowód na to, że poza Motunui żyli inni ludzie!
Musiała czym prędzej wrócić do domu i podzielić się informacją o niezwykłym odkryciu ze swoim plemieniem. Może jej ojciec będzie
wiedział, co oznacza gwiazdozbiór i którą wyspę może przestawiać
obrazek.
- Heihei! Ty cudowny kuraku tępaku! - wykrzyknęła czule.
Za śmiechem odwróciła się i puściła biegiem w stronę brzegu, lecz po
chwili przystanęła i obejrzała się na przyjaciół. Obaj stali tam, gdzie
ich zostawiła, i wyglądali na skołowanych. A raczej Pua wyglądał na
skołowanego. Heihei po prostu się gapił.
- Na co czekacie? - zawołała, gestem zachęcając ich, by poszli w jej
ślady. - Płyńmy do domu!
Rozdział 2
Vaiana wzięła głęboki oddech. Czuła, że
Motunui przyciąga ją niewidzialną siłą, jakby zapraszała ją w swoje
objęcia.
Uwielbiała odkrywać, co kryje się za horyzontem, stawiać stopę na nowych
niezbadanych lądach...
Ale równie mocno kochała powroty do domu.
Wszystko zawsze wydawało się takie samo, choć wciąż się zmieniało. Tak
jak co dzień, od kiedy sięgała pamięcią, rolnicy pracowali na polach,
doglądając upraw, które wykarmiały całą wioskę. Dzieci siedziały pod
strzechą wielkiego drewnianego fale, zwanego domem spotkań, zasłuchane
w opowieści Moniego, plemiennego historyka i niezrównanego gawędziarza.
Snuł stare opowieści o pradawnych przodkach, pierwszych odkrywcach, i te
nowsze - o wspólnych dokonaniach Vaiany i Mauiego, półboga wiatru i mórz, którzy odbyli daleką wyprawę, by zwrócić serce Wyspy Matki Te
Fiti.
Vaiana przesunęła wzrokiem po otwartym morzu i dostrzegła punkciki
innych łodzi sterowanych przez żeglarzy z jej plemienia.
Przeniosła spojrzenie w stronę znajomej rafy, za którą dało się dostrzec
jej rodzinną wioskę. Uśmiechnęła się szeroko na widok swojego ojca,
wodza Tuiego, który płynął w jej stronę na własnej łodzi. Jeszcze kilka
lat temu surowo zabraniał jej wypuszczania się poza lagunę, a teraz sam
spędzał wiele czasu na otwartych wodach. Jego łódź uniosła się na fali i wylądowała tuż obok niej.
- Kto pierwszy do brzegu? - rzucił Tui zamiast powitania, uśmiechając
się psotnie.
- Oj, tato. - Vaiana wyszczerzyła zęby. - Tylko nie licz na fory!
I nim Tui miał czas odpowiedzieć, ruszyła do przodu po spienionych
falach, pędząc w kierunku brzegu. Dobiegł ją tubalny śmiech ojca, a tymczasem bryza bawiła się jej gęstymi brązowymi włosami, przykrywając
nimi jej twarz.
Chwilę później łódź zaryła w piasek. Nie czekając, aż się zatrzyma,
Vaiana wyskoczyła i pomachała członkom plemienia, którzy wyszli jej na
spotkanie. Zaczęła rozładowywać pakunki, pokazując im skarby, które
znalazła podczas wyprawy. Kosz pełen owoców o dziwnych kształtach.
Olbrzymi małż.
- Idzie się! Uwaga! - zawołała przyjaciółka Vaiany Loto, ściskając w ręku ciesak, narzędzie przypominające siekierę. Przepchnęła się przez
tłumek i zatrzymała z poślizgiem.
Loto była wiecznie w ruchu, pracowała nad wynalazkami, bez przerwy
główkowała. Gdy Vaiana przed trzema laty powróciła na wyspę, świat
Motunui się zmienił. Ludzie zapragnęli łodzi zdolnych do żeglugi po
otwartym morzu i nowych sposobów łowienia ryb. A pomysłowa Loto ochoczo
przyszła im z pomocą. Teraz jej oczy przeskakiwały między Vaianą a jej
łodzią.
- Nowa łajba, jak się trzyma? - spytała bez powitania. - Wal bez
ogródek.
Vaiana zawahała się przez chwilę. Wiedziała, że Loto weźmie sobie jej
słowa do serca. I spróbuje wprowadzić poprawki. Teraz, zaraz. Przeniosła
wzrok na ciesak, który przyjaciółka trzymała już w gotowości.
- No... - zaczęła - żagiel trochę wolno się obraca, ale...
- Wszystko jasne! - Loto nie dała jej skończyć. I nim Vaiana mogła ją
powstrzymać, wskoczyła na pokład i zaczęła rąbać maszt ciesakiem.
Vaiana powstrzymała śmiech. Przynajmniej miała pewność, że Loto zastąpi
go ulepszoną wersją. Upewniła się, że nikt nie stoi na drodze upadającej
żerdzi, a gdy się odwróciła, zobaczyła ojca, który wciągał na brzeg
swoją łódź. Gdy skończył, zbliżył się do nich.
- To jak poszło tym razem? - zagaił.
Vaianę zalała duma i ulga zarazem. Tak długo szukała, a teraz...
Wyciągnęła glinianą skorupę i podała ją ojcu. Wódz przyglądał się jej,
słuchając sprawozdania córki.
- Znalazłam taką stertę kamieni, przy zboczu góry... z którego się
sturlałam, ale nieważne...! To nie pochodzi z naszej wioski. Nawet nie
wiem, z czego to jest zrobione, ale to dowód! - wypaliła na jednym
oddechu. Pokazała na wyryty w glinie obrazek. - Tato, to znak, że gdzieś
tam są inni ludzie. A teraz wiemy gdzie. Ta wyspa... myślę, że tam ich
znajdę. Muszę tylko poszukać tych gwiazd.
Wódz Tui uśmiechnął się serdecznie. Jeśli o niego chodziło, uważał, że
Vaiana powinna najpierw solidnie odpocząć. Jej entuzjazm go urzekał, ale
wciąż była jego córką. Troszczył się o nią. Zanim jednak zdążył coś
zasugerować, powietrze przeciął wrzask, od którego podskoczył nawet on.
- VAIANA!
Na plażę wpadła trzyletnia dziewczynka, torując sobie drogę wśród
zgromadzonych niczym rozpędzony taran.
Twarz Vaiany rozpromieniła się szerokim uśmiechem.
- MAŁA! - zawołała, porywając dziewczynkę w objęcia i mocno ją
ściskając.
- DUŻA! - odpowiedziała Simea z równie promiennym uśmiechem. Nagle
spoważniała i wydęła swoje małe usteczka. Złapała Vaianę za policzki i spojrzała jej prosto w oczy. - Nie było cię wieki.
Vaiana powstrzymała śmiech. Simea lubiła dramatyzować. Ale ich powitania
po każdej zakończonej wyprawie były jej ulubionym elementem powrotów.
- A dokładniej trzy dni. I bardzo, ale to bardzo za tobą...
Simea nie dała jej skończyć.
- Co mi przywiozłaś?
- Tobie? - spytała Vaiana z teatralnym zdziwieniem.
- Obiecałaś, że przywieziesz mi prezent.
Vaiana postukała się palcem w brodę, jakby próbowała sobie coś
przypomnieć.
- Hm, pomyślmy... - Nagle uśmiechnęła się triumfalnie i pokazała siostrze
wyszczerbione naczynie.
Na Simei nie zrobiło żadnego wrażenia.
- Do czego to? - spytała sceptycznie.
Vaiana nie odpowiedziała. Nie było sensu tłumaczyć trzylatce, co
oznaczało to znalezisko.
Vaiana musiała jej to pokazać.
Wchodząc do Jaskini Odkrywców, Vaiana czuła ten sam dreszcz ekscytacji,
który towarzyszył jej, gdy po raz pierwszy ujrzała olbrzymią grotę
wypełnioną pradawnymi łodziami. Wówczas dopiero wstępowała na ścieżkę
odkrywczyni - usłyszała zew oceanu, ale jeszcze na niego nie
odpowiedziała. A teraz? Teraz była wytrawną żeglarką, która
zaprzyjaźniła się z półbogiem. Lecz miejsce to niezmiennie wprawiało jej
serce w drżenie wzruszenia.
Jej mała siostrzyczka podskakiwała z ekscytacji. Zasłaniała sobie oczy
rączkami, ale nie mogła czekać ani chwili dłużej. Zerknęła przez
rozczapierzone palce.
Na widok olbrzymiej groty i statków szeroko otworzyła buzię.
- Rety - szepnęła.
- To miejsce naszych przodków. Tu odkryłam, że nasz lud dawniej żeglował
po oceanach... - Vaiana z uśmiechem patrzyła, jak Simea chłonie ten widok.
Kilka lat wcześniej sama oglądała to wszystko z podobną miną. - To
babcia pokazała mi, kim byliśmy. - Jej głos zadrżał na wspomnienie babci
Tali. Okropnie za nią tęskniła.
Oczy Simei rozbłysły.
- Babcia powiedziała, żebyś złapała Mauiego za ucho i powiedziała
"Jestem Vaiana z Motunui. Wsiądziesz na moją łódź i zwrócisz serce Te
Fiti"!
Poważna mina małej była tak rozbrajająca, że Vaiana nie mogła
powstrzymać uśmiechu.
- Nieźle ci to wyszło - przyznała.
- No. - Simea przytaknęła zadowolona, po czym klapnęła na pokład jednej
z łodzi i popatrzyła w kierunku ściany na drugim końcu jaskini. Na
kamieniu widniał wyryty obraz Te Fiti. - Długo to trwało? - spytała.
- Kilka tygodni. - Vaiana przysiadła obok niej.
- Tygodni? - powtórzyła Simea z oburzeniem. - To dłużej niż wieki!
Vaiana zachichotała.
- Wiem. Ale to było bardzo ważne zadanie. I gdybym nie popłynęła, nie
zostałabym odkrywczynią. Taką jak dawni przywódcy naszego plemienia. -
Pokazała palcem na kolejne rysunki na ścianach ukazujące historię
Motunui.
Jej oczy przesuwały się tęsknie po wyrytych w skale scenach, aż
zatrzymały się na podobiźnie ostatniego wielkiego żeglarza. Tautaia
Vasy. Pradawny obraz mimo wieku wciąż zdawał się lśnić, jakby
rozświetlały go od środka energia i siła woli wspaniałego odkrywcy.
Vaiana złapała Simeę za rękę i poprowadziła ją wzdłuż ściany, pokazując
inne historie opowiedziane obrazami. Były tu Te K? i Te Fiti. Olbrzymie
straszliwe potwory zamieszkujące ocean. Tak jak te na malunkach
wykonanych na tapa, czyli materiale z kory, wiszących w fale
Moniego.
To właśnie te obrazy i opowieści babci Tali zainspirowały ją do
wyruszenia na pierwszą wyprawę. I czuła w kościach, że teraz popychają
ją na kolejną. U jej boku Simea wpatrywała się w nie z nieopisanym
zachwytem.
- Zanim Maui wykradł serce Te Fiti... i zaczął szerzyć się mrok... - Vaiana
mimowolnie ściszyła głos, naśladując ton babci Tali, gdy ta opowiadała
dzieciom historie o przodkach. - ...tautai Vasa pragnął zjednoczyć wyspy i ludy całego oceanu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki