Valentina i skradzione obrazy - Lilith

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 2

Tej nocy po­szłam do domu wcze­śnie. Wła­ści­wie od razu, jak tylko Frans od­wró­cił się na pię­cie i opu­ścił klub. Po­pro­si­łam Fe­lixa, naj­star­szego z ochro­nia­rzy, żeby miał lo­kal na oku. Zresztą i tak za­wsze miał - ja by­łam na miej­scu, na wy­pa­dek gdyby zro­dziły się ja­kieś kon­flikty do roz­wią­za­nia. Oczy­wi­ście do­cho­wy­wa­łam też zwy­czaju wi­ta­nia klien­tów. Tak dro­gie miej­sce jak Der Klub mu­siało mieć klasę.

Jed­nak po tam­tym po­ca­łunku do ni­czego się nie nada­wa­łam. Ani do utrzy­my­wa­nia klasy, ani do ele­ganc­kich po­wi­tań, a już na pewno nie do roz­wią­zy­wa­nia kon­flik­tów, bo mój wła­sny umysł znaj­do­wał się wła­śnie w sta­nie wojny. Wró­ci­łam do Char­lot­ten­burga, we­szłam po sze­ro­kich ka­mien­nych scho­dach na naj­wyż­sze pię­tro, otwo­rzy­łam wy­so­kie, stare drzwi i wśli­zgnę­łam się do zde­cy­do­wa­nie zbyt wiel­kiego miesz­ka­nia.

Nie li­cząc stu­denc­kiej klitki, było to je­dyne miej­sce, w któ­rym w Niem­czech miesz­ka­łam. Po śmierci Bernda wy­mie­ni­łam wszyst­kie me­ble, z któ­rymi wią­zały się nie­przy­jemne wspo­mnie­nia, i za­cho­wa­łam je­dy­nie te naj­cen­niej­sze, głów­nie w stylu art déco. Miesz­ka­nie nie było za­dłu­żone i znaj­do­wało się w świet­nej lo­ka­li­za­cji. Wy­da­wało mi się sza­leń­stwem opusz­czać je tylko dla­tego, że kie­dyś mnie w nim drę­czono. W klu­bie też by­łam wy­ko­rzy­sty­wana wię­cej razy, niż mo­gła­bym zli­czyć, a mimo wszystko ja­koś tam wy­trzy­my­wa­łam.

Nie zwy­kłam wspo­mi­nać naj­przy­krzej­szych eta­pów ży­cia, które szcze­gól­nie w tym mo­men­cie były mi tak od­le­głe, że rów­nie do­brze mo­głyby dry­fo­wać na dru­gim krańcu wszech­świata. W moim umy­śle mie­ścił się wy­łącz­nie tam­ten po­ca­łu­nek. Tam­ten męż­czy­zna. Ża­den z se­tek do­tych­cza­so­wych ko­chan­ków ni­gdy nie wy­wo­łał u mnie ta­kiego pod­nie­ce­nia, i to za­le­d­wie w kilka se­kund. A prze­cież w swoim cza­sie nie­wiele było mi trzeba. To się zmie­niło, kiedy po­szłam na od­wyk. Moja obecna re­ak­cja wy­da­wała mi się tym bar­dziej nie­po­jęta.

We­szłam pod prysz­nic i na­kła­da­jąc szam­pon, przy­po­mi­na­łam so­bie, jak Frans Ra­atz roz­pu­ścił mi włosy, a ja na­wet tego nie za­uwa­ży­łam. My­dli­łam całe ciało, po­cie­ra­łam piersi i znów się pod­nie­ci­łam na wspo­mnie­nie tego, jak przy­lgnę­łam do twar­dej, umię­śnio­nej klatki. Jak od­pi­na­łam gu­ziki, jak udało mi się do­strzec zło­ci­ste wło­ski pod jego ko­szulą. Jak sztywny wy­da­wał się Frans, gdy wci­skał się w moje pod­brzu­sze. Sztywny i długi.

Po­żą­da­nie pło­nęło we mnie jak po­chod­nia i wła­śnie wtedy, sto­jąc pod prysz­ni­cem, coś zro­zu­mia­łam. Czas ce­li­batu się skoń­czył. Jed­nak nie wy­star­czy mi kto­kol­wiek. Tylko on. Frans Ra­atz. Mu­sia­łam go mieć, i tylko jego.

Nada­rzała mi się do tego zna­ko­mita oka­zja. Mie­li­śmy pro­jekt do wy­ko­na­nia we dwoje. Prze­pły­wa­jąca mię­dzy nami ener­gia była tak ła­two­palna, że wy­rwie się spod kon­troli, jak tylko ktoś skrze­sze iskrę. A je­śli on ko­goś ma, jego part­nerka naj­wy­żej zy­ska po­wód do zmar­twień. Lub po­zo­sta­nie nie­świa­doma i za­do­wo­lona, pod­czas gdy ja po­łożę ręce na jej męż­czyź­nie i będę go so­bie po­ży­czać, aż po­czuję na­sy­ce­nie.

By­łam tak roz­pa­lona, że w końcu się­gnę­łam po wi­bra­tor. Po raz pierw­szy od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Nago wsu­nę­łam się pod koł­drę, zna­la­złam wy­godną po­zy­cję i za­czę­łam ma­so­wać za­bawką nagą cipkę.

Za­drża­łam i aż krzyk­nę­łam z roz­ko­szy. Kro­cze wciąż mia­łam na­brzmiałe aż do bólu i tak wil­gotne, że nie po­trze­bo­wa­łam lu­bry­kantu. Wy­obra­ża­łam so­bie ciąg dal­szy po­ca­łunku.

W mo­ich fan­ta­zjach Frans od­piął mi su­wak do sa­mego końca, od­sła­nia­jąc gra­na­towe biu­sto­nosz, stringi, pas i poń­czo­chy. Ja zdar­łam z niego ma­ry­narkę, za­dra­pa­łam po­krytą ja­snymi wło­sami klatkę pier­siową, roz­pię­łam roz­po­rek. Może on po­pchnąłby mnie i przy­ci­snął przo­dem do stołu, po czym pie­przy­łby w ta­kiej po­zy­cji, od tyłu, wy­szar­pu­jąc piersi ze sta­nika. A może byłby nieco bar­dziej cier­pliwy, po­ło­żyłby mnie na biurku na ple­cach, ścią­gnąłby ze mnie bie­li­znę i wszedł we mnie głę­boko szyb­kim ru­chem, jed­no­cze­śnie ła­piąc za biust. Może palce jed­nej ręki za­to­piłby w mo­ich wło­sach.

Te ob­razy były tak żywe, że gdy do­tknę­łam włą­czo­nym wi­bra­to­rem po­więk­szo­nej łech­taczki, na­tych­miast wzbi­łam się w prze­stwo­rza. We­pchnę­łam za­bawkę do po­chwy do sa­mego końca, moje plecy wy­gięły się w łuk, uda na­pięły do gra­nic moż­li­wo­ści i za­raz z mo­ich ust wy­do­była się se­ria okrzy­ków, kiedy do­szłam z taką siłą, że wszystko do­okoła znik­nęło.

To było nie­wia­ry­godne. Wy­star­czyło wspo­mnie­nie męż­czy­zny i ja sam na sam z wła­snym cia­łem, że­bym osią­gnęła or­gazm sil­niej­szy niż z więk­szo­ścią by­łych ko­chan­ków.

Tak. Mu­sia­łam go mieć. Ju­tro Frans Ra­atz na­wet się nie zo­rien­tuje, co w niego tra­fiło.

Za dzie­sięć dwu­na­sta na­stęp­nego dnia wzię­łam do ręki lu­sterko, żeby skon­tro­lo­wać ma­ki­jaż. Usta po­ma­lo­wa­łam wi­śniową szminką, która pięk­nie pod­kre­ślała zie­leń mo­ich oczu. Pie­czo­ło­wi­cie wy­re­gu­lo­wane, ale dość grube ciemne brwi przy­po­mi­nały pta­sie skrzy­dła, a róż na po­licz­kach był tak sub­telny, że wy­glą­dał jak na­tu­ralne ru­mieńce. Włosy zwią­za­łam na karku w luźny kok, a ubra­nia wy­bra­łam tym ra­zem w ko­lo­rze bieli.

Koł­nie­rzyk bluzki był wy­soki i ozdo­biony ład­nym marsz­cze­niem, ta­kim sa­mym jak man­kiety - dłuż­sze niż za­zwy­czaj no­si­łam, za­pi­nane na pięć gu­zicz­ków. Rę­kawy były lekko bu­fia­ste, ale sama bluzka przy­le­gała do ciała i co naj­waż­niej­sze, zo­stała uszyta z pół­prze­zro­czy­stego ma­te­riału. Wcze­śniej no­si­łam ją pra­wie wy­łącz­nie pod ża­kiet, a na­wet wtedy za­kła­da­łam do niej kry­jący biu­sto­nosz. Te­raz cienki ko­ron­kowy sta­nik o ni­sko za­bu­do­wa­nych mi­secz­kach wy­zie­rał spod tka­niny i z za­do­wo­le­niem stwier­dzi­łam, że da się do­strzec rów­nież ciemne sutki, upar­cie wy­glą­da­jące po­nad kra­wę­dzią mi­sek. Do tego za­ło­ży­łam ele­gancką, lekko roz­cią­gliwą białą spód­nicę o wy­so­kim sta­nie, ide­al­nie przy­le­ga­jącą do mo­ich krą­gło­ści. Była długa do ko­lan, ale z tyłu miała wy­so­kie roz­cię­cie, które w od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach mo­gło ob­na­żyć udo.

Pięk­nie po­ły­sku­jące cie­li­ste poń­czo­chy, białe szpilki ozdo­bione ko­kard­kami. Cał­kiem przy­zwo­icie, ale bez prze­sady. Kiedy od­kła­da­łam lu­sterko, za­uwa­ży­łam, że drży mi ręka. Zmarsz­czy­łam czoło. Na­prawdę po­win­nam wziąć się w garść. W końcu by­łam...

- Cześć.

W po­miesz­cze­niu roz­legł się ni­ski głos, więc od­wró­ci­łam się w stronę drzwi. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam, że mia­łam się wziąć w garść. Czu­łam, że na sam wi­dok Fransa po­woli się roz­pa­dam. Stał w wej­ściu, miał na so­bie po­ma­rań­czowo-czer­woną kurtkę, pia­skowy swe­ter i nie­bie­skie, cu­dow­nie zno­szone, świet­nie do­pa­so­wane dżinsy. Zło­ci­ste włosy wy­glą­dały jak po­tar­gane przez wiatr, a na po­licz­kach męż­czy­zny wid­niały bez wąt­pie­nia au­ten­tyczne, wy­wo­łane chło­dem i praw­do­po­dob­nie wy­sił­kiem ru­mieńce.

Za­ci­snę­łam palce na kra­wę­dzi blatu, żeby nie ze­rwać się na równe nogi i nie rzu­cić mu się w ob­ję­cia jak ja­kaś głu­pia na­sto­latka.

- Cześć - od­po­wie­dzia­łam naj­spo­koj­niej, jak po­tra­fi­łam, i do­piero wtedy ele­gancko wsta­łam z miej­sca. - Pro­szę, wejdź - do­da­łam, za­pra­sza­jąc go do środka rów­nie ele­ganc­kim ge­stem.

Po­tem już nie mo­głam się po­wstrzy­mać. Nie by­łam w sta­nie dłu­żej uda­wać klasy. Obe­szłam biurko i kiedy Frans wszedł do po­koju, wy­szłam mu na spo­tka­nie. Pra­wie pod­bie­głam. Zmu­si­łam się jed­nak do za­trzy­ma­nia się w od­po­wied­niej od­le­gło­ści, choć było to bo­le­sne. Za­do­wo­li­łam się sa­mym pa­trze­niem. Na ra­zie.

Zło­to­zie­lony ka­lej­do­skop jego oczu ro­bił jesz­cze więk­sze wra­że­nie w świe­tle dzien­nym, a kiedy przy­glą­da­łam się jego wło­som, twa­rzy i ciału, o mało nie stra­ci­łam resz­tek roz­sądku.

Gwał­tow­nie wcią­gnę­łam po­wie­trze do płuc.

- Chcesz kawy? Albo her­baty? Tu obok są po­miesz­cze­nia pra­cow­ni­ków i... - za­wie­si­łam głos.

Zo­ba­czy­łam, że jego wzrok pada na moje piersi i ta­lię. Czyżby moc­niej się za­czer­wie­nił? Po­czu­łam, jak tward­nieją mi sutki, a pod­brzu­sze pło­nie ży­wym ogniem. Stra­ci­łam wą­tek.

- Przy­je­cha­łeś na ro­we­rze? - spy­ta­łam. - Wy­glą­dasz tak...

"Sek­sow­nie. Nie­wia­ry­god­nie po­cią­ga­jąco. Olśnie­wa­jąco".

- ...rześko.

- Przy­sze­dłem na pie­chotę. Miesz­kam za­le­d­wie trzy ki­lo­me­try stąd i cho­ciaż jest tro­chę chłodno, po­godę mamy zna­ko­mitą. To­bie też spa­cer do­brze by zro­bił, cho­ciaż w ta­kich ciu­chach pew­nie po­ru­szasz się tylko tak­sów­kami.

- Bie­gam. Ale nie na ob­ca­sach. Co masz na my­śli, mó­wiąc, że spa­cer do­brze by mi zro­bił? Uwa­żasz może, że je­stem za gruba? Czy też, mó­wiąc ład­niej, zbyt za­okrą­glona?

Frans wes­tchnął ze znie­cier­pli­wie­niem.

- O Jezu, ko­biety. I bez ta­kich pod­cho­dów na pewno do­brze zda­jesz so­bie sprawę, że cho­ler­nie do­brze wy­glą­dasz. Cho­dziło mi tak ogól­nie o prze­by­wa­nie na po­wie­trzu. I może o to, że je­steś blada.

Po­do­bało mi się, jak to ujął. "Cho­ler­nie do­brze wy­glą­dasz". Rzu­cił to nie­mal ze zło­ścią.

- Za­wsze by­łam blada. No i je­stem ko­bietą. No­szę ma­ki­jaż.

Frans po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza.

- Nie po­trze­buję kawy. Pi­łem przed przyj­ściem. Za­parz so­bie, je­śli chcesz.

Po­trzą­snę­łam głową i wska­za­łam stary re­gał, wy­soki na trzy me­try.

- Mo­żemy za­cząć tu­taj. Mó­wi­łeś, że przy­nie­siesz ja­kieś na­rzę­dzia.

Frans zdjął kurtkę, a ja prze­łknę­łam ślinę, po­dzi­wia­jąc jego sze­roki, umię­śniony tors.

- Póź­niej przy­niosę, je­śli bę­dzie trzeba. Ob­razy mogą być scho­wane mię­dzy ścianą a re­ga­łem, może na­wet mię­dzy więk­szymi książ­kami, szu­flady mogą mieć po­dwójne dno. Póki co przy­nio­słem tylko śru­bo­kręty, dłuto i mło­tek.

Wy­cią­gnął na­rzę­dzia z we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki. Pa­trzy­łam, jak po­wol­nym kro­kiem pod­cho­dzi do re­gału.

- To trzeba opróż­nić. I spraw­dzimy wszyst­kie duże książki o gru­bych okład­kach - w nich też można coś scho­wać.

Wy­cią­gnął się, żeby do­się­gnąć naj­wyż­szej półki, otwie­rał po ko­lei naj­więk­sze książki do góry grzbie­tem, po czym szybko je wer­to­wał. Ja roz­glą­da­łam się, roz­my­śla­jąc, czym chcia­ła­bym się za­jąć. Spoj­rza­łam na szu­flady w dol­nej czę­ści re­gału i zde­cy­do­wa­łam, że za­cznę od nich. Frans nie­chyb­nie znaj­dzie się obok mnie, prze­glą­da­jąc półki od le­wej do pra­wej strony. Otwo­rzy­łam naj­wyż­szą szu­fladę i spraw­dzi­łam za­war­tość. Stare zdję­cia z czasu dzie­ciń­stwa Bernda, pa­mięt­niki, któ­rych nie za­mie­rza­łam otwie­rać na­wet po jego śmierci, dłu­go­pisy, li­nijki, szki­cow­nik.

Wie­dzia­łam, co w nim jest. Je­den z przy­ja­ciół Bernda był ar­ty­stą i bar­dzo czę­sto szki­co­wał, jak Bernd i inni pie­przą mnie w róż­nych po­zy­cjach, w róż­nych miej­scach i w różne otwory. Na­ma­lo­wał na­wet kilka ob­ra­zów. Du­żych i szcze­gó­ło­wych. I za­wsze po za­koń­cze­niu pracy to on mnie po­su­wał. Przy­po­mniało mi się, jak kie­dyś wy­ję­czał do Bernda: "Je­śli bóg stwo­rzył ko­bietę, to, do dia­bła, wy­łącz­nie do ru­cha­nia. W żad­nym in­nym celu".

Wtedy w moim za­mglo­nym i za­wsze go­to­wym do za­do­wa­la­nia in­nych umy­śle brzmiało to jak po­chwała. Te­raz już tak nie uwa­ża­łam. Wie­dzia­łam, że ze­szyt za­wiera szkice ołów­kiem. Żółć po­de­szła mi do gar­dła. Szybko prze­kart­ko­wa­łam szki­cow­nik, nie pa­trząc na ry­sunki, i zde­cy­do­wa­łam, że spalę go przy pierw­szej oka­zji.

Frans ukła­dał książki na biurku.

- Mo­żesz kłaść je pod ścianą. Biurko bę­dzie za małe - za­su­ge­ro­wa­łam, nie wy­pusz­cza­jąc ze­szytu z rąk.

Odło­ży­łam szki­cow­nik na blat.

- Jak wy­gląda praca w ta­kiej re­stau­ra­cji? - spy­ta­łam tak na­tu­ral­nie, jak po­tra­fi­łam.

Nie spoj­rzał na mnie, tylko da­lej zdej­mo­wał książki z półki.

- Pla­no­wa­nie wy­maga kre­atyw­no­ści i cier­pli­wo­ści. Ale w kuchni wszystko jest szyb­kie, ner­wowe i in­ten­sywne. Cza­sem ktoś z mło­dych za­cznie pa­ni­ko­wać, trzeba mu po­móc i go uspo­koić - od­parł po chwili ni­skim, po­zba­wio­nym wy­razu gło­sem.

- Czyli nie wście­kasz się i nie drzesz jak Gor­don Ram­say?

Ko­lejna długa pauza i ani jed­nego spoj­rze­nia w moją stronę.

- Ow­szem, wście­kam się, je­śli pra­cow­nik przyj­dzie na przy­kład ska­co­wany i spar­toli sos albo za­cznie upusz­czać rze­czy. W re­stau­ra­cji tej klasy trzeba tań­czyć, a nie uty­kać.

- Co to zna­czy tań­czyć? - za­in­te­re­so­wa­łam się.

Ręce mia­łam pełne nie­ak­tu­al­nych do­ku­men­tów no­ta­rial­nych, które nada­wały się już wy­łącz­nie do wy­rzu­ce­nia.

Frans zdjął jesz­cze kilka ksią­żek i z nimi w ob­ję­ciach w końcu od­wró­cił się w moją stronę. Oparł się o re­gał i z lek­kim uśmie­chem za­czął wy­ja­śniać:

- Do­świad­czeni ku­cha­rze są tak przy­zwy­cza­jeni do sie­bie na­wza­jem, że po­ru­szają się jak w tańcu. Kiedy za­uważą, na ogół pra­wie nie­świa­do­mie, co ro­bią inni, po­tra­fią zro­bić unik, w do­brym mo­men­cie od­sko­czyć w bok. Wie­dzą, jak obok sie­bie prze­cho­dzić. Choćby w kuchni pa­no­wało za­mie­sza­nie, je­śli za­cho­wana jest rów­no­waga, wszystko tań­czy. Po­cząt­ku­jący oczy­wi­ście za­wsze stwa­rzają za­gro­że­nie, ale oni pra­cują tam, gdzie ry­zyko ka­ta­strofy jest naj­mniej­sze - zmy­wają na­czy­nia, szat­kują wa­rzywa lub inne skład­niki. A ja mo­ich de­biu­tan­tów uczę ta­kich kro­ków, że bar­dzo szybko za­czy­nają tań­czyć na swój skromny spo­sób. Ćwi­czę ich w ciągu dnia albo na długo przed naj­go­ręt­szą porą.

Frans schy­lił się, żeby umie­ścić stos ksią­żek na pod­ło­dze, a ja bez­wstyd­nie cie­szy­łam oczy kształt­nym tył­kiem i wą­ziut­kim pa­skiem na­giej skóry, który po­ka­zał się, gdy pod­czas zmiany po­zy­cji jego ko­szula wy­su­nęła się z dżin­sów. Wy­rzu­ci­łam do ko­sza trzy­mane pa­piery i spod przy­mknię­tych po­wiek ob­ser­wo­wa­łam, jak Frans na nowo za­czyna opróż­niać re­gał.

Szpe­ra­jąc w szu­fla­dach, szu­ka­łam wła­ści­wych słów.

- Czyli kuch­nia nie różni się tak bar­dzo od klubu. Tu też tań­czymy - ode­zwa­łam się wresz­cie.

Frank chrząk­nął drwiąco. Gdy jed­nak nic nie po­wie­dział, do­da­łam wo­jow­ni­czo:

- Pro­szę bar­dzo, po­wiedz, co o tym my­ślisz. Ale naj­pierw ja ci po­wiem, że to miej­sce tań­czy bar­dziej, niż ci się wy­daje. I nie mam tu na my­śli tan­ce­rek ero­tycz­nych. Do­kład­nie od­sie­wamy na­szą klien­telę. Dziew­czyny prze­cho­dzą te­sty na obec­ność nar­ko­ty­ków i na cho­roby we­ne­ryczne, cho­ciaż kon­domy są obo­wiąz­kowe. Prze­moc i znę­ca­nie się skut­kują cał­ko­wi­tym za­ka­zem wstępu. Ta­niec, inne wy­stępy i seks są do­kład­nie za­pla­no­wane. Klienci, rzecz ja­sna, mogą upra­wiać seks ze sobą na­wza­jem, kiedy chcą i jak chcą, o ile nikt ni­kogo nie krzyw­dzi. Ochro­nia­rze ra­zem ze mną cały czas trzy­mają rękę na pul­sie, na ogół w le­dwo wi­do­czny spo­sób. Opła­cane dziew­czyny mogą so­bie wy­bie­rać part­ne­rów, ale i tu­taj wszystko pla­nu­jemy, tak żeby roz­rywki wy­star­czyło na cały wie­czór i żeby naj­cie­kaw­sze rze­czy działy się wtedy, kiedy jest naj­wię­cej klien­tów. Przy­znaję, że za­chę­cam je do po­świę­ca­nia szcze­gól­nej uwagi no­wym go­ściom. Tro­chę tak, jak ty ro­bisz ze swo­imi po­cząt­ku­ją­cymi...

Frans prze­rwał mi, za­nim zdą­ży­łam do­koń­czyć myśl.

- I to by było na tyle, je­śli cho­dzi o wol­ność wy­boru, prawda? - rzu­cił iro­nicz­nie. - Co ty so­bie wy­obra­żasz? Otto po­wie­dział, że za­czę­łaś w klu­bie jako dwu­dzie­sto­latka. Na pewno nie je­steś tak ku­rew­sko na­iwna, żeby nie zda­wać so­bie sprawy, że te dziew­czyny dają się ru­chać no­wym klien­tom tylko dla za­do­wo­le­nia cie­bie.

Ści­snęło mi się serce, bo wła­śnie tego, o co Frans mnie oskar­żał, pró­bo­wa­łam unik­nąć. Wie­dzia­łam oczy­wi­ście, że w klu­bie moje słowo było pra­wem i że oso­bie o de­li­kat­niej­szym cha­rak­te­rze mo­głoby się fał­szy­wie wy­da­wać, iż robi, co chce. Jak ja sama w mło­do­ści.

- Jak po­wie­dzia­łam, każda może wy­bie­rać, w każ­dym ra­zie do ja­kie­goś stop­nia. Co ty­dzień roz­ma­wiam z dziew­czy­nami i za­wsze im to po­wta­rzam. Mó­wię, że je­śli nie mają ochoty albo już im star­czy, po­winny prze­stać. Na ogół pra­cow­nice do­ga­dują się mię­dzy sobą, któ­rej pa­suje który klient. A je­śli żadna nie chce, mam kilka pro­sty­tu­tek, które mogę spro­wa­dzić, da­jąc klien­towi złu­dze­nie, że ma fart, bo ja­kaś klientka ze­chciała wła­śnie jego i nie robi tego za kasę.

Frans zmie­rzył mnie wzro­kiem.

- A ty? Za­wsze się tak stro­isz, na­wet poza pracą? Jak te­raz? Tro­chę w tym stylu, żeby pa­trząc na cie­bie, można było prze­wi­dzieć, czego spo­dzie­wać się po klu­bie? - spy­tał lo­do­wato.

Jego ton może i był lo­do­waty, ale na pewno nie jego spoj­rze­nie. Kiedy mó­wił, przy­glą­dał się moim kształ­tom i za­trzy­mał wzrok na pier­siach. Moje biedne ciało za­pło­nęło i mu­sia­łam po­rząd­nie się sku­pić, żeby móc się od­ciąć - i skła­mać - choć tro­chę wia­ry­god­nie.

- Mam drogi klub. Je­stem jego wła­ści­cielką i go­spo­dy­nią. Mu­szę pod­trzy­my­wać wi­ze­ru­nek!

- Czyli od­po­wiedź brzmi: tak. Wi­dzę przez bluzkę twoje piersi i każdy ka­wa­łek ciała, tak samo jak wi­dzą wszy­scy inni fa­ceci, któ­rzy obok cie­bie prze­cho­dzą. Bio­rąc pod uwagę, jak... eks­klu­zywny jest twój lo­kal, na pewno zde­cy­do­wa­nie trud­niej otrzy­mać twoją przy­chyl­ność niż bi­let wstępu do klubu. A jak ko­muś się uda, bę­dzie mu­siał ci fun­do­wać... no wła­śnie, co? Po­dróże, rejsy jach­tem, klej­noty, re­stau­ra­cje? Wy­star­czy ci w ogóle randka w Bau­hau­sie czy trzeba cię za­bie­rać do trzy­gwiazd­ko­wych knajp?

Z ja­kie­goś po­wodu na chwilę zu­peł­nie się przy­blo­ko­wa­łam. Może czę­ściowo dla­tego, że od lat nikt nie od­wa­żył się mó­wić do mnie w taki spo­sób. Po­gar­dli­wie, ja­sno da­jąc do zro­zu­mie­nia, że do ni­kogo nie ży­wię au­ten­tycz­nych uczuć. Że cho­dzi mi tylko o pie­nią­dze.

W swo­ich krę­gach by­łam do­sta­tecz­nie znana. Tak jak i fakt, że od śmierci Bernda każdy męż­czy­zna, choćby nie wiem jak bo­gaty czy przy­stojny, do­sta­wał ode mnie uprzej­mego ko­sza. Za­wsze. Poza tym z klubu, który już za cza­sów Bernda miał sporo klasy, uczy­ni­łam dużo bar­dziej sty­lowe miej­sce. Sza­no­wano mnie i po­dzi­wiano, nikt nie rzu­cał w moją stronę kiep­sko skry­wa­nych oskar­żeń o dziw­kar­stwo.

Zro­bi­łam wdech i spró­bo­wa­łam ja­koś upo­rząd­ko­wać emo­cje, które prze­ra­ża­jąco przy­po­mi­nały zra­nie­nie i wstyd. Chyba z tego po­wodu, że po raz pierw­szy od dawna ce­lowo ubra­łam się pro­wo­ku­jąco dla ja­kie­goś męż­czy­zny. Od kiedy jesz­cze nam się z Bern­dem ukła­dało. To zna­czy my­śla­łam, że nam się układa.

Pa­trzy­łam na zło­ci­ste włosy i na stwo­rzone do uśmie­chów usta, te­raz wy­krzy­wione zło­śli­wie. Na oczy utkwione wy­cze­ku­jąco w mo­jej twa­rzy. Na brwi unie­sione w wy­ra­zie za­sko­cze­nia. Uję­łam w dłoń wy­obra­żony bicz i za­czę­łam nim bez­li­to­śnie ciąć.

- Tak, po pierw­sze, chcia­ła­bym, że­byś się za­sta­no­wił, co byś o mnie po­my­ślał, gdy­bym była męż­czy­zną. Choć­bym miała ko­szulę roz­piętą do pępka i choć­bym co­dzien­nie ru­chała inną dziew­czynę. Pew­nie miał­byś mi o wiele mniej do za­rzu­ce­nia, czy się mylę? Po dru­gie, nie ob­cho­dzą mnie pie­nią­dze. Je­stem wy­star­cza­jąco za­można. Nie po­trze­buję, żeby fa­cet czy fa­ceci za co­kol­wiek mi pła­cili.

Ostat­nie słowa wy­po­wie­dzia­łam z na­ci­skiem. Wy­raz twa­rzy Fransa odro­binę zła­god­niał. Ja jed­nak mia­łam jesz­cze coś do do­da­nia.

- Po trze­cie, a co, jak ci po­wiem, że dzi­siaj ubra­łam się tylko dla cie­bie? I je­śli stwier­dzę, że to działa? Od dawna nie mia­łam ni­kogo po to, żeby mnie za­do­wa­lał, ale cie­bie bym chciała. Cho­ciaż naj­wy­raź­niej je­steś o wiele bied­niej­szy ode mnie.

Może i da­łam radę ce­lowo wy­wo­łać u sie­bie wście­kłość, ale w ża­den spo­sób nie przy­ćmiło to po­żą­da­nia. Wręcz prze­ciw­nie, złość po­bu­dziła mnie do ak­cji. Po­de­szłam do Fransa, który wy­glą­dał, jakby za­stygł w miej­scu, a kiedy za­czę­łam roz­pi­nać białą bluzkę, otwo­rzył sze­rzej oczy. Sta­li­śmy w cał­ko­wi­tej ci­szy i z każ­dym ko­lej­nym od­pię­tym gu­zi­kiem ro­sły mię­dzy nami na­pię­cie i ocze­ki­wa­nie.

- Nie je­stem żad­nym szo­wi­ni­stą. Uwa­żam... Uwa­żam, że za­równo ko­biety, jak i męż­czyźni mogą so­bie żyć, jak chcą. Po pro­stu... nie ak­cep­tuję two­jej dzia­łal­no­ści. A w każ­dym ra­zie nie do końca - po­wie­dział z lek­kim wa­ha­niem.

Wy­da­wało się, że w po­miesz­cze­niu się ściem­nia. Nie­mal usły­sza­łam ude­rze­nie pio­runa, kiedy od­pi­na­łam dwa ko­lejne gu­ziki. Niż­szym, za­chę­ca­ją­cym to­nem od­par­łam:

- Wczo­raj przy­sze­dłeś tu po raz pierw­szy. Nie znasz mnie ani mo­jego świata. Kiedy mó­wisz ta­kie rze­czy, jest tro­chę tak, jakby ktoś na pod­sta­wie pro­gra­mów Gor­dona Ram­saya uznał, że wszy­scy ku­cha­rze to dupki i sza­leńcy. Poza tym je­śli uwa­żasz, że nie in­te­re­sują mnie ko­chan­ko­wie, któ­rych nie stać na dro­gie po­darki, na­wią­zu­jesz do ste­reo­ty­po­wego ob­razu za­moż­nej kur­ty­zany. Szo­wi­nizm w sta­nie czy­stym.

Nic już nie od­po­wie­dział. Ob­ser­wo­wał wy­ła­nia­jący się spod bluzki cie­niutki biały biu­sto­nosz, po czym spoj­rzał mi w oczy po­waż­nie i z wy­cze­ki­wa­niem. Jakby chciał na­ka­zać mi bez słów, że­bym jesz­cze bar­dziej się ro­ze­brała.

- Mów da­lej - za­chę­ci­łam i opar­łam się o re­gał. Bluzkę mia­łam już roz­piętą po­ni­żej piersi.

Po­pa­trzył na mnie wzro­kiem peł­nym źle skry­wa­nej żą­dzy.

- Mia­łem tylko na my­śli, że do tej ro­boty chyba wy­star­czy­łoby za­ło­żyć dżinsy i T-shirt - wy­mam­ro­tał.

Po­tem od­wró­cił się i na nowo za­czął opróż­niać półki. Ja wy­cią­gnę­łam kilka ksią­żek na chy­bił tra­fił i wci­snę­łam mu je w ob­ję­cia ra­zem z po­zo­sta­łymi, ale nie za­kry­wa­łam się bar­dziej. Wręcz od­wrot­nie. Póź­niej sta­nę­łam oparta o me­bel i przy­glą­da­łam się, jak Frans w co­raz więk­szym tem­pie wy­ciąga książki z wiel­kiego, sta­rego re­gału, a jego ru­chy stają się co­raz bar­dziej kan­cia­ste. Po­ru­szy­łam się i wzię­łam do rąk duży atlas.

- My­ślisz, że mogą być ukryte tu­taj? - spy­ta­łam, przy­gry­za­jąc wargę.

Frans spoj­rzał na mnie po­dejrz­li­wie, a kiedy brał ode mnie książkę, ja od­pię­łam ko­lejny gu­zik.

W jego oczach coś bły­snęło.

- Mia­łaś po­ma­gać, a nie się roz­bie­rać! - wark­nął.

- Prze­cież nie po­do­bają ci się moje ubra­nia. Pró­buję się ich po­zbyć.

Otwo­rzył usta, ale za­nim zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, po­moc­nie do­da­łam ak­sa­mit­nym gło­sem:

- To atlas. Wy­ko­rzy­staj swój kom­pas mo­ralny, żeby zna­leźć w nim miej­sce, w któ­rym mieszka wielu tak przy­zwo­itych lu­dzi jak ty. Może ci się spodoba na An­tark­ty­dzie. Tam jest bar­dzo mało lu­dzi, za to cała masa pin­gwi­nów. Ale moż­liwe też, że to gów­niane miej­sce. Skoro la­ski zwie­wają za­raz po zło­że­niu jaj. Oczy­wi­ście ty prze­by­wał­byś z chło­pa­kami, ale nie wiem, czy to znacz­nie lep­sze. Ko­le­sie ster­czą na ku­rew­skim zim­nie przy­kle­jeni je­den do dru­giego, trzy­ma­jąc mię­dzy no­gami jaja. I nie mam na my­śli ta­kich jaj jak u cie­bie.

Frans przy­glą­dał się atla­sowi ze zmarsz­czo­nymi brwiami, ra­miona mu ze­sztyw­niały... i na­gle za­czął się śmiać. Rzu­cił książkę na sto­lik i wziął się pod boki, za­no­sząc się śmie­chem. Pa­trzy­łam na niego oczami z pew­no­ścią więk­szymi niż u dziecka, które po raz pierw­szy zna­la­zło się w parku roz­rywki.

Jego śmiech był nie­wia­ry­god­nie atrak­cyjny. Roz­le­gał się w po­miesz­cze­niu ni­ski, do­no­śny i gę­sty jak ka­kao. Oczy Fransa były zmru­żone, skrzyły się wie­loma od­cie­niami zie­leni, złota i brązu. Ką­ciki ust jesz­cze bar­dziej się unio­sły, a do­łeczki w po­licz­kach wy­da­wały się tak cu­dow­nie głę­bo­kie, że aż mia­łam ochotę wło­żyć w nie pa­lec.

Już sama nie wie­dzia­łam, co ro­bię, kiedy po­de­szłam jesz­cze bli­żej. Śmiech męż­czy­zny za­marł, ale wy­raz wstrętu i po­gardy już nie po­wró­cił. Zro­bi­łam krok do przodu, a Frans się cof­nął. Od­wró­ci­łam się w ten spo­sób, że cia­łem na­par­łam na jego prawy bok, dzięki czemu prze­szedł do­kład­nie tam, gdzie chcia­łam. W stronę do po­łowy pu­stego re­gału. Wy­star­czył je­den krok wię­cej, żeby wpadł na me­bel, a wtedy ja zro­bi­łam coś, czego moje ciało pra­gnęło przez cały ten czas, bez względu na ostre słowa i de­mon­stra­cje mo­ral­nej wyż­szo­ści.

Przy­lgnę­łam do pia­sko­wego swe­tra, wolno otar­łam piersi o jego klatkę i do­tknę­łam pal­cami pięk­nych, moc­nych bar­ków. Moje dło­nie wy­da­wały się dziw­nie małe na tle sze­ro­kich ra­mion, co jesz­cze bar­dziej mnie pod­nie­ciło. Spoj­rza­łam na niego spod pół­przy­mknię­tych po­wiek.

- Mo­żesz po­móc mi się ro­ze­brać, je­śli chcesz. Mam tu za­pa­sowe ubra­nia. Może bar­dziej ci się spodo­bają - szep­nę­łam.

Nic nie od­po­wie­dział, ale nie ru­szył się z miej­sca, a ja przez ubra­nia po­czu­łam, jak szybko mu sta­nął. Moje serce pra­wie eks­plo­do­wało od siły, z jaką pom­po­wało wrzącą krew w całe ciało, ale zmu­si­łam się do ele­ganc­kiego wzru­sze­nia ra­mion i wy­mru­cze­nia:

- Szkoda. Będę mu­siała za­jąć się tym sama.

Przy­war­łam do niego bio­drami i od­chy­li­łam się o tych kilka cen­ty­me­trów, któ­rych po­trze­bo­wa­łam do roz­pię­cia reszty gu­zi­ków. Trzę­sły mi się palce, nie­równy od­dech przy­po­mi­nał ka­sła­nie sta­rego sil­nika, a cie­pło Fransa na mo­jej skó­rze gro­ziło wy­łą­cze­niem wszel­kich pro­ce­sów my­ślo­wych w mó­zgu. Mimo wszystko udało mi się roz­piąć bluzkę. Wy­szarp­nę­łam ją ze spód­nicy i od­sło­ni­łam przed nim piersi.

- A te­raz chcesz po­móc? - spy­ta­łam, pa­trząc na niego.

Zdą­ży­łam za­uwa­żyć mroczny cień w oczach Fransa, za­nim jego wzrok padł na mój biust. Czu­łam na twa­rzy go­rący od­dech.

- Je­stem za­jęty. Nie ro­bię ta­kich rze­czy. Ni­gdy - wy­dy­szał.

Rów­no­cze­śnie jed­nak zła­pał mnie za bluzkę i sil­nie po­cią­gnął. Man­kiety nie chciały ru­szyć się z miej­sca, więc szarp­nął moc­niej, a ja usły­sza­łam, jak kilka gu­zi­ków się od­rywa i spada na pod­łogę. Cała drża­łam, ale tylko przy­ci­snę­łam się moc­niej do jego olśnie­wa­ją­cego mę­skiego ciała. On ścią­gnął mój biu­sto­nosz w dół tak zde­cy­do­wa­nie, że aż jęk­nę­łam ze szczę­ścia. Po­gła­dził mnie wzdłuż ple­ców, które od jego do­tyku wy­gięły się w łuk, a drugą ręką chwy­cił za pierś. Gdy mocno ści­snął, za­to­czy­łam się w jego stronę.

Mia­łam cał­kiem spory biust, ale dłoń Fransa była tak duża, że zdo­łał ob­jąć nią całą pierś. Moje sutki stward­niały aż do bólu, a oczy za­częły pa­lić. By­łam wil­got­niej­sza niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej i wy­da­wało mi się nie­mal, że moja na­brzmiała cipka le­dwo się mie­ści mię­dzy no­gami. Zła­pa­łam Fransa za skraj swe­tra i po­cią­gnę­łam w górę.

- Do­tknij mnie. Do­tknij, pro­szę - bła­ga­łam nie swoim gło­sem i wciąż de­spe­racko pró­bo­wa­łam go ro­ze­brać.

Spoj­rza­łam mu oczy, on od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Źre­nice miał tak roz­sze­rzone, że złoto i zie­leń tę­czówki two­rzyły do­okoła nich za­le­d­wie cienki okrąg. Udało mi się pod­cią­gnąć swe­ter aż pod pa­chy i z mo­ich ust wy­do­było się bez­radne "aaaach", kiedy pier­siami otar­łam się o mę­ską, umię­śnioną, po­krytą szorst­kimi wło­sami klatkę pier­siową.

Frans w końcu wy­ma­cał su­wak mo­jej spód­nicy. Dwa szyb­kie po­cią­gnię­cia i opa­dła na pod­łogę. Po­tem jego ręce na­tknęły się na biały pas do poń­czoch i ma­lu­sień­kie stringi, gła­dziły i uci­skały na­gie po­śladki. Wy­da­łam krótki, stłu­miony okrzyk i przy­ci­snę­łam się do niego jesz­cze moc­niej. Z jego gar­dła wy­do­było się mruk­nię­cie, po czym na­gle ob­ró­cił nas oboje w ten spo­sób, że to ja sta­łam pod re­ga­łem. Cie­płe usta wy­lą­do­wały na mo­jej szyi, twarde dło­nie na mo­ment uwię­ziły piersi w moc­nym uści­sku, a na­stęp­nie jedna z rąk za­częła się po­su­wać wzdłuż brzu­cha. W dół, w kie­runku maj­tek.

Opar­łam się o re­gał i roz­chy­li­łam uda.

- Do­tknij. Do­tknij już - po­wta­rza­łam z za­mknię­tymi oczami je­dyne słowa, na ja­kie było mnie stać.

Jego zęby znie­na­cka za­to­piły się w moim ra­mie­niu, a jed­no­cze­śnie po­czu­łam, jak palce wśli­zgują się pod ela­styczny ma­te­riał strin­gów. Gdy Frans od­na­lazł moją ogo­loną cipkę, po­kryte gę­stą wil­go­cią wargi sro­mowe i na­brzmiałą jak tru­skawka łech­taczkę, ugryzł mnie jesz­cze moc­niej i za­czął po­cie­rać kro­cze.

To było nie­wia­ry­godne. Gło­śno ję­cząc z roz­ko­szy, jedną ręką zła­pa­łam go za włosy, a pa­znok­cie dru­giej wbi­łam mu w bark. Wark­nął jak szy­ku­jący się do ataku wilk, a kiedy je­den z jego pal­ców za­głę­bił się we mnie, do­szłam w oka­mgnie­niu, i to z taką mocą, że nogi się pode mną ugięły.

Ude­rzyła we mnie gwał­towna fala. Ję­cza­łam i kwi­li­łam, i jak z od­dali czu­łam dużą rękę pod­trzy­mu­jącą mnie za po­śladki. Wi­łam się, szczy­tu­jąc, moje ciało ocie­rało się o Fransa, a w gar­ści trzy­ma­łam jego gę­ste włosy. Do­zna­nia po­bu­dziły moje ciało do jesz­cze moc­niej­szych spa­zmów. Ni­gdy przed­tem nie szczy­to­wa­łam z taką in­ten­syw­no­ścią.

Dy­sza­łam w jego ob­ję­ciach, a kiedy wresz­cie za­czę­łam po­wra­cać na zie­mię, za­uwa­ży­łam, że moje pa­znok­cie wbiły się w umię­śnione ra­mię na tyle głę­boko, że zo­sta­wiły ślady. Ale ślady na moim ra­mie­niu na pewno będą gor­sze, po­my­śla­łam pół­przy­tom­nie.

Po­czu­łam, jak Frans się ode mnie od­dala, i za­po­mnia­łam o ra­mie­niu. My­śla­łam wy­łącz­nie o tym, że mu­szę go znów mieć przy so­bie. Na so­bie. Pod sobą. I w so­bie. Wszystko jedno jak, byle mieć go w so­bie. Z tego stanu otę­pie­nia wy­rwał mnie do­piero wi­dok jego zroz­pa­czo­nej miny. Zroz­pa­czo­nej i peł­nej po­gardy do sa­mego sie­bie.

Frans ob­cią­gnął swe­ter i choć na pewno tego nie chciał, wciąż na mnie pa­trzył. I to jak. Jakby chciał na za­wsze za­cho­wać ten ob­raz na siat­kówce.

- Zrób mi zdję­cie. A po­tem mnie weź. Jak tylko chcesz - za­chę­ca­łam go chra­pli­wym gło­sem, czu­jąc ko­lejną falę po­żą­da­nia.

- Ja nie ro­bię ta­kich rze­czy - od­parł nie­szczę­śli­wie i do­dał: - Może bę­dzie le­piej, jak ci po­li­cjanci... Niech oni to wszystko prze­szu­kają. Ja nie mogę... Nie dam rady. Kurwa mać.

Po­tarł ręką twarz i jesz­cze przez chwilę na mnie spo­glą­dał.

- Sie­dem lat. Sie­dem lat, a po­tem w kilka mi­nut wszystko po­szło w cho­lerę.

Roz­dział 3

Po­nie­działki mia­łam wolne, po­dob­nie jak nie­dziele. Mia­łam w zwy­czaju dłu­żej pra­co­wać w te dni, kiedy klub był otwarty: uma­wia­łam na wtedy spo­tka­nia i pla­no­wa­łam pa­pier­kową ro­botę, dzięki czemu zo­sta­wały mi w ty­go­dniu dwa dni od­po­czynku. Oczy­wi­ście w po­nie­działki rów­nież zda­rzało mi się uczest­ni­czyć w ze­bra­niach, je­śli już mu­sia­łam, ale na ogół uda­wało mi się tego unik­nąć. W mie­ście ta­kim jak Ber­lin naj­praw­do­po­dob­niej mo­gła­bym trzy­mać klub otwarty przez cały ty­dzień, jed­nak nie było ta­kiej ko­niecz­no­ści. Poza tym uwa­ża­łam, że po­rządna prze­rwa przy­daje się też dziew­czy­nom.

Zna­łam na wy­lot swoją branżę ze wszyst­kimi jej nie­bez­pie­czeń­stwami i pu­łap­kami. Na przy­kład eks­hi­bi­cjo­nistka Mi­chelle po­trze­bo­wała moim zda­niem tro­chę prozy ży­cia poza ocie­ka­jącą sek­sem pracą. Choć nie by­łam jej matką ani nie sta­ra­łam się za­stą­pić ro­dzi­ców żad­nej z pra­cow­nic, my­śla­łam, że wolne, nudne dni mogą im się przy­dać nie tylko dla od­po­czynku, ale też jako moż­li­wość przyj­rze­nia się wła­snej sy­tu­acji. Temu, czy na­dal lu­bią to, co ro­bią, i czy nie utra­ciły sza­cunku do sa­mych sie­bie.

Mi­chelle zo­stała przy­ła­pana pod­czas pierw­szych te­stów na obec­ność nar­ko­ty­ków. Po­in­for­mo­wa­łam sta­now­czo, że praca pod wpły­wem nie bę­dzie ak­cep­to­wana. Usły­sza­łam rów­nież, że dziew­czyna na po­czątku pracy przyj­mo­wała pie­nią­dze za seks poza lo­ka­lem. Ni­gdy nie oce­nia­łam pra­cow­nic sek­su­al­nych, w końcu moje dziew­czyny też nimi były - choć nie do końca w tra­dy­cyj­nym po­ję­ciu. Nie chcia­łam jed­nak, żeby któ­ra­kol­wiek ha­ro­wała od rana do wie­czora. Praca w klu­bie była wy­star­cza­jąco ciężka, a ja za­wsze ocze­ki­wa­łam od za­trud­nio­nych naj­wyż­szej formy. Po­wie­dzia­łam Mi­chelle bez ogró­dek, że musi wy­brać. Albo bę­dzie pra­co­wać na wła­sny ra­chu­nek, albo dla mnie. Wy­brała klub.

Wra­ca­łam wła­śnie z parku Tier­gar­ten. Znaj­do­wał się dość da­leko od domu, ale lu­bi­łam po­kaźny zie­lony te­ren i ota­cza­jący go przez całą dobę zgiełk cen­trum. Kiedy wy­sia­dłam z me­tra i szłam do domu, do­tarło do mnie, czemu tak na­gle za­to­pi­łam się w roz­my­śla­niach na te­mat klubu, dziew­czyn i mo­jej wła­snej przy­zwo­ito­ści jako prze­ło­żo­nej. Me­tody pracy roz­wi­ja­łam po­mału, ale już od lat były usta­lone, nie­mal wy­ryte w ka­mie­niu. Nie wi­dzia­łam w nich ni­czego nie­wła­ści­wego, za­nim po­ja­wił się Frans z tym swoim nie­win­nym spoj­rze­niem na świat.

W my­ślach do­da­łam, że wciąż nie wi­dzę nic zdroż­nego w swo­jej dzia­łal­no­ści. Po pro­stu wy­da­wała się dość od­le­gła od ży­cia nor­mal­nych lu­dzi, bo i taka była. Nie mo­głam temu za­prze­czyć. O ile w ogóle po­tra­fi­łam po­praw­nie so­bie wy­obra­zić ży­cie nor­mal­nego czło­wieka.

Frans nie kon­tak­to­wał się ze mną po tym, jak wy­szedł z biura po­przed­niego dnia. Wy­szedł zresztą bez po­że­gna­nia.

"Sie­dem lat, a po­tem w kilka mi­nut wszystko po­szło w cho­lerę".

Po tych sło­wach od­wró­cił się na pię­cie i opu­ścił po­miesz­cze­nie, lekko zgar­biony, prze­cze­su­jąc pal­cami włosy.

Za­ło­ży­łam, że kiedy mó­wił o sied­miu la­tach, miał na my­śli swój zwią­zek. Z ja­kie­goś po­wodu roz­pacz­li­wie chcia­łam wie­dzieć, na ja­kie roz­wią­za­nie się zde­cy­do­wał. Czy rze­czy­wi­ście za­mie­rzał się roz­stać z part­nerką? Czy chciał za­pro­po­no­wać prze­rwę? A może po po­wro­cie do domu prze­my­ślał sprawę i po­sta­no­wił po ci­chu wy­le­czyć pręgi po mo­ich pa­znok­ciach, stwier­dza­jąc, że w su­mie nie wy­da­rzyło się nic dra­ma­tycz­nego?

Pró­bo­wa­łam samą sie­bie prze­ko­ny­wać, że Frans z tą swoją po­stawą mo­ralną może spa­dać do part­nerki, ewen­tu­al­nie gdzie pieprz ro­śnie.

Nie mo­głam zro­zu­mieć, dla­czego wciąż krą­ży­łam my­ślami wo­kół męż­czy­zny, który tak zu­peł­nie nie pa­so­wał do mo­jego świata. Nie poj­mo­wa­łam, czemu nie po­tra­fi­łam się przy nim opa­no­wać i czemu za­czę­łam się przed nim roz­bie­rać. Nie cier­pia­łam tych dzi­wacz­nych wy­rzu­tów su­mie­nia, które nie opusz­czały mnie od odej­ścia męż­czy­zny. A kiedy przy­szło mi do głowy, że może jed­nak Frans wró­cił na ka­napę do swo­jej dziew­czyny, do­pa­dała mnie dziwna nie­słab­nąca wście­kłość. W końcu mu­sia­łam przy­znać, że czuję cał­ko­wi­cie ir­ra­cjo­na­lną, ale za­ra­zem ja­sną jak słońce za­zdrość.

Ta­kie nie­po­ha­mo­wane emo­cje, ja­kie Fran­sowi udało się we mnie roz­bu­dzić, były dla mnie cał­kiem nowe, więc po­wo­do­wały nie­po­kój i nie­pew­ność. Brend na­uczył mnie kie­dyś, że choć je­ste­śmy parą, oboje mo­żemy też mieć in­nych part­ne­rów. To było okej. Za­wsze cho­dzi­łam na­ćpana i nie chciało mi się ni­czym przej­mo­wać. Kiedy wy­trzeź­wia­łam na do­bre i za­uwa­ży­łam, że wła­ści­wie nie wszystko jest w po­rządku, wkrótce po­tem Bernd umarł.

Do­tarło do mnie, że ni­gdy nie ko­cha­łam Bernda tak bar­dzo, jak mi się wy­da­wało. Za­uro­czyły mnie cha­ry­zma, pie­nią­dze, seks... ale on ni­gdy nie miał na mnie ta­kiego wpływu jak męż­czy­zna, któ­rego zna­łam za­le­d­wie od kilku go­dzin. Rzecz ja­sna, nie my­śla­łam wcale, że je­stem za­ko­chana we Fran­sie Ra­atzu. Było w nim jed­nak coś szcze­gól­nego, czego nie miał nikt inny.

Na­gle mu­sia­łam się do­wie­dzieć. Mu­sia­łam wie­dzieć, co Frans zro­bił w spra­wie swo­jego związku i czy rze­czy­wi­ście nie za­mie­rzał już szu­kać ze mną ob­ra­zów. Na­prawdę nie chcia­łam, żeby po­li­cjanci wkro­czyli i za­częli roz­bie­rać wszystko w klu­bie, a już tym bar­dziej w moim domu. Mia­łam więc do­bry po­wód do skon­tak­to­wa­nia się z Fran­sem i spy­ta­nia o jego za­miary. Nie­praw­daż?

Po szyb­kim prysz­nicu za­lo­go­wa­łam się do sys­temu, w któ­rym prze­cho­wy­wa­li­śmy dane klien­tów. Wkle­pa­łam nu­mer Fransa w te­le­fon i za­pi­sa­łam go - po czym, za­nim zdą­ży­łam po­ża­ło­wać lub się wy­co­fać, za­dzwo­ni­łam. Po czte­rech sy­gna­łach mia­łam się pod­dać, ale w końcu usły­sza­łam ni­ski, do­no­śny głos:

- Halo.

- Mówi Va­len­tina. Va­len­tina Wolff.

Ci­sza. Po­tem dłuż­sza ci­sza. Aż za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy on w ogóle wie, jak się na­zy­wam. Ni­gdy mu się ofi­cjal­nie nie przed­sta­wi­łam.

- Z Der Klubu - do­da­łam lekko zde­ner­wo­wana.

- Prze­cież wiem, kim je­steś. Va­len­tina to twoje praw­dziwe imię? Czy po pro­stu brzmi le­piej niż Heli lub Päivi?

- Oczy­wi­ście, że to moje praw­dziwe imię! Ro­dzina od strony mamy po­cho­dziła z Ka­re­lii, pra­bab­cia też na­zy­wała się Va­len­tina - od­po­wie­dzia­łam ze zło­ścią. - A ty czemu masz na imię Frans? Nie je­steś w końcu Szwedo-Fi­nem, a je­dyne po­wią­za­nie z Niem­cami to twój dzia­dek.

- I wy­star­czy. Dzia­dek na­zy­wał się Franz, więc bab­cia za­su­ge­ro­wała ojcu fiń­ską wer­sję imie­nia. Reszta to hi­sto­ria.

W gło­sie Fransa po­ja­wiła się iskierka hu­moru.

- Chciał­bym prze­pro­sić za swoje wczo­raj­sze słowa. Masz ra­cję. Nie znam ani cie­bie, ani two­jego za­wodu. Może rze­czy­wi­ście za­słu­ży­łem na tę re­pry­mendę - spo­waż­niał.

Po­czu­łam sa­tys­fak­cję i od­wa­ży­łam się za­py­tać:

- Mu­szę cię o coś spy­tać... Czy za­mie­rzasz za­wia­do­mić po­li­cję? Mam dość dro­gie me­ble, a i dla klubu bę­dzie miało zna­cze­nie, je­śli wszystko...

- To te­raz dla od­miany bo­isz się po­li­cji?

- Ni­czego się nie boję - za­prze­czy­łam dum­nie.

- To niech Ge­stapo wpad­nie do cie­bie do domu. Czy jak tam oni się te­raz na­zy­wają.

- Zda­jesz sprawę, jak krzyw­dzące by­łyby te słowa dla Niemca?

- Tak. I dla­tego kie­ruję je do cie­bie. Zresztą ko­le­sie z pracy na­zy­wają mnie Göb­bel­sem i choć mamy mię­dzy­na­ro­dowy ze­spół, naj­gło­śniej szcze­kają wła­śnie Niemcy.

- Dla­tego, że zmu­szasz ich do re­ali­zo­wa­nia wi­zji Ern­sta i dzia­łasz jako mi­ni­ster pro­pa­gandy?

- Pra­wie. Po­do­bno je­stem tak do­brym mówcą, że po­tra­fię sprze­dać naj­dziw­niej­sze po­my­sły.

- Mnie ja­koś twoje umie­jęt­no­ści ora­tor­skie nie prze­ko­nały.

- To wy­nika z faktu, że klub ero­tyczny nie jest moim śro­do­wi­skiem na­tu­ral­nym. Je­stem tam jak ryba wy­rzu­cona na brzeg. Ale w kuchni czuję się jak ryba w wo­dzie.

Na­stą­piła krótka prze­rwa, usły­sza­łam brzęk, a po­tem ura­do­wany głos Fransa:

- No po­patrz. Za­uwa­ży­łaś, jaki się ro­bię zło­to­usty, kiedy sie­dzę w Bau­hau­sie?

Wargi same roz­cią­gnęły mi się w uśmie­chu, aż nie po­tra­fi­łam się oprzeć.

- Rze­czy­wi­ście jak na rybę mó­wisz bar­dzo płyn­nie. Gdy­bym wie­działa, że je­steś rybą, już twoje wcze­śniej­sze po­pisy zro­bi­łyby na mnie wra­że­nie.

Znów na mo­ment za­le­gła ci­sza.

- Chcesz wpaść? Po­tem mo­gli­by­śmy ra­zem wró­cić do biura - za­py­tał ostroż­nie.

Serce za­częło mi ło­mo­tać i o mało nie stra­ci­łam głowy ze szczę­ścia. Upew­ni­łam się drżą­cym z eks­cy­ta­cji gło­sem:

- Do­kąd? Do­kąd mia­ła­bym wpaść?

- Tu­taj. Do re­stau­ra­cji. Do Bau­hausu. A jak przyj­dziesz, wejdź tyl­nymi drzwiami. Je­ste­śmy za­mknięci, ale wła­śnie zro­bi­li­śmy tro­chę lo­dów mig­da­ło­wych na przy­szły ty­dzień. Są za­je­bi­ste, tylko jesz­cze nie cał­kiem go­towe.

- Ale...

- Tylko nie za­kła­daj ni­czego dro­giego. Tu­taj można się po­bru­dzić.

Za­mknę­łam oczy i sama do sie­bie wy­krzy­wi­łam się zło­śli­wie.

- Okej. Przyjdę. - Wes­tchnę­łam.

Kiedy za­koń­czy­łam roz­mowę, rzu­ci­łam się do gar­de­roby jak stado no­so­roż­ców. Coś pro­stego. Nie­zbyt ele­ganc­kiego. Ale ład­nego. Nie bluza z kap­tu­rem, którą no­si­łam po domu.

Serce wa­liło mi w piersi. W końcu wy­cią­gnę­łam z szafy czarne dżinsy o kroju bo­ot­cut i ja­skra­wo­czer­woną ko­per­tową bluzkę z dłu­gimi rę­ka­wami. Nic prze­sad­nie wy­twor­nego, ale strój ład­nie pod­kre­ślał piersi, ta­lię i pupę. Przez chwilę za­sta­na­wia­łam się, co zro­bić z wło­sami i twa­rzą, ale nie­cier­pli­wi­łam się tak bar­dzo, że zde­cy­do­wa­łam nie ro­bić pra­wie nic. Luźno zwią­za­łam włosy i na­ło­ży­łam na usta odro­binę szminki.

Dzień był cie­pły jak na po­czą­tek maja, więc zo­sta­wi­łam kurtkę w domu, za to za­bra­łam dużą czarną to­rebkę Mul­berry. Im bar­dziej zbli­ża­łam się do miej­sca prze­zna­cze­nia, tym więk­sze było moje zde­ner­wo­wa­nie. Bau­haus znaj­do­wał się tuż przy placu Gen­dar­men­markt, gdzie stały dwa ko­ścioły - nie­miecki i fran­cu­ski. Ten drugi wy­bu­do­wano spe­cjal­nie dla hu­ge­no­tów, któ­rzy ucie­kli z Fran­cji. Obie świą­ty­nie wień­czyły dość oka­załe ko­puły.

Mi­nę­łam ko­ścioły i skrę­ci­łam w uliczkę, przy któ­rej le­żał Bau­haus. Ręce mia­łam spo­cone i drżące. Wsty­dzi­łam się swo­jego dzie­cin­nego pod­nie­ce­nia. Przy­po­mnia­łam so­bie ostro, kim je­stem i ile już w ży­ciu do­świad­czy­łam. Przy­sta­nę­łam przed drzwiami re­stau­ra­cji, ukrad­kiem wy­cie­ra­jąc ręce o spodnie. Jak się spo­dzie­wa­łam, świa­tła były wy­łą­czone. Roz­glą­da­łam się za bramą na po­dwórko, a kiedy stwier­dzi­łam, że mam tylko jedną moż­li­wość, skie­ro­wa­łam się w stronę sta­rego przej­ścia. Od razu do­brze tra­fi­łam. Za­uwa­ży­łam, że tylne drzwi są pod­parte, żeby się nie za­trza­snęły.

Zwol­ni­łam kroku, nada­łam swoim ru­chom zwy­cza­jową ele­gan­cję i we­szłam do środka. Do­sły­sza­łam stłu­miony śmiech i roz­mowę, więc po­dą­ży­łam za dźwię­kami, aż na­tknę­łam się na troje lu­dzi w wiel­kiej, lśnią­cej kuchni. Je­śli do­brze zro­zu­mia­łam, wła­śnie wkła­dali coś do za­mra­żarki. Frans wy­pro­sto­wał się i po­wie­dział coś do młod­szej ode mnie co naj­mniej o dzie­sięć lat ja­sno­wło­sej ko­biety oraz ciem­no­wło­sego męż­czy­zny w po­dob­nym wieku, po czym wszy­scy znów wy­buch­nęli śmie­chem.

- Hallo. Ent­schul­di­gung. Viel­le­icht störe ich und... - za­czę­łam sztywno, dziw­nie onie­śmie­lona.

Po­wód tego onie­śmie­le­nia był pro­sty. Zo­ba­czy­łam, jak ja­sno­włosa spo­gląda na Fransa, i wcale mi się to nie spodo­bało. Kiedy to do mnie do­tarło, znie­lu­bi­łam samą sie­bie jesz­cze bar­dziej niż dziew­czynę i za­czę­łam się wy­co­fy­wać.

- Nie prze­szka­dzasz. Wejdź, pro­szę. Clara i Die­ter wła­śnie wy­cho­dzą. Ja­dłaś? Mamy cho­ler­nie smaczne bo­uil­la­ba­isse z so­boty. Zo­stało nie­wiele, ale dla dwóch osób spo­koj­nie wy­star­czy, no i było za­mro­żone...

Die­ter i Clara rzu­cili coś na te­mat nie­zro­zu­mia­ło­ści ję­zyka fiń­skiego i po­zdro­wili mnie, ale za­raz za­częli się szy­ko­wać do wyj­ścia. Frans za­mknął za­mra­żarkę i prze­szedł w stronę garnka, z któ­rego uno­siła się para. Mia­łam wra­że­nie, że znaj­duję się w zu­peł­nie nie­zna­nym świe­cie, ale po­słusz­nie po­de­szłam do męż­czy­zny. Czu­łam ulgę, że po­zo­stali wy­cho­dzą.

- A masz do tego de­ser, który byłby dia­bel­sko lub za­je­bi­ście smaczny? - spy­ta­łam iry­tu­jąco drżą­cym gło­sem.

Frans spoj­rzał na mnie, a jego zie­lono-złote oczy po­pie­ściły moje ciało od stóp do głów, za­nim ock­nął się i z po­wro­tem od­wró­cił w stronę garnka. Na ca­łej skó­rze czu­łam drobne, go­rące igiełki.

- Mogę zro­bić. Który?

Miał na so­bie biały strój i na­kry­cie głowy, które z ja­kie­goś po­wodu zna­ko­mi­cie mu pa­so­wało. Zer­k­nął na mnie bły­ska­wicz­nie, zo­rien­to­wał się, jak na niego pa­trzę, i zdjął czapkę.

- Nie po­trze­buję tego, skoro go­tuję tylko dla nas.

Dla nas. Moje biedne serce, które już i tak biło w sza­leń­czym tem­pie, po tych sło­wach nie­mal zro­biło fi­kołka.

- No? - spy­tał Frans. W jego oczach tań­czyły iskierki roz­ba­wie­nia.

- No co? - zdzi­wi­łam się.

Uśmiech­nął się sze­roko, de­mon­stru­jąc cu­do­wne do­łeczki w po­licz­kach. Wtedy to zro­bi­łam. Na no­gach mia­łam czer­wone co­nverse'y, więc głowa Fransa znaj­do­wała się znacz­nie wy­żej niż moja, ale przy­su­nę­łam się do niego i unio­słam rękę. Po­tem wło­ży­łam pa­lec wska­zu­jący w do­łe­czek po le­wej stro­nie.

Frans wzdry­gnął się, jego uśmiech zgasł, a ja od­su­nę­łam się od niego zszo­ko­wana. Co ja so­bie wy­obra­ża­łam, do ja­snej cho­lery? Od kiedy zro­biła się ze mnie taka głu­pawa ro­man­tyczna pa­nienka, a za­ra­zem ja­kieś pier­wotne stwo­rze­nie, które słu­cha tylko wła­snych in­stynk­tów? Szybko ze­bra­łam my­śli i wście­kła na sie­bie, za­czę­łam się tłu­ma­czyć:

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam... nie za­mie­rza­łam znowu cię na­pa­sto­wać. Po pro­stu bar­dzo lu­bię twój uśmiech i... - Pró­bo­wa­łam od­zy­skać rów­no­wagę, ale za­koń­czy­łam wy­po­wiedź bez po­lotu: - ...no i tak. Po pro­stu lu­bię.

Czu­łam się ża­ło­sna, ale kiedy od­wa­ży­łam się na niego spoj­rzeć, znów się uśmiech­nął. Tak, że za­lśniły mu oczy. Głu­pawa, ro­man­tyczna pa­nienka we mnie za­mru­czała z za­do­wo­le­nia.

- Okej. Do­brze wie­dzieć. My­śla­łem, że mam coś na twa­rzy. To zro­bię za­je­bi­ście smaczny, skoro nie umiesz się zde­cy­do­wać.

- Na co? - spy­ta­łam za­sko­czona.

- Na de­ser. Spy­ta­łaś, czy mam za­je­bi­ście albo dia­bel­sko smaczny. Ja­sne, że mam. Jest też ku­rew­sko smaczny, cho­ler­nie smaczny, no i oczy­wi­ście nie­ziem­sko lub po­twor­nie prze­pyszny.

- Czyli te po­przed­nie nie są prze­pyszne? - rzu­ci­łam lekko, a na­stęp­nie usia­dłam przy sze­ro­kim bla­cie.

- Ma się ro­zu­mieć. Ale po­nie­waż ostat­nie mają w okre­śle­niach za­le­d­wie "nie­ziem­sko" i "po­twor­nie", mu­sia­łem wzmoc­nić je sło­wem "prze­pyszny".

- My­śla­łam, że je­steś ku­cha­rzem, ale do tego je­steś jesz­cze rybą, a na do­da­tek też po­etą i se­man­ty­kiem - od­par­łam, czu­jąc się co­raz le­piej.

Tym le­piej, że mo­głam się do woli ga­pić na jego po­stawną, sze­roką syl­we­tkę: od­wró­cił się do mnie ple­cami, żeby do­glą­dać zupy.

- A ja my­śla­łem, że ty je­steś twardą, za­rzą­dza­jącą klu­bem ero­tycz­nym femme fa­tale, pod­czas gdy tak na­prawdę je­steś zwy­kłą, choć istot­nie bar­dzo piękną ko­bietą.

Coś dziw­nego za­częło pro­mie­nio­wać w moim ciele, szybko za­jęło szyję i po­liczki. Za­czer­wie­ni­łam się. Po raz pierw­szy, od kiedy skoń­czy­łam szes­na­ście lat. I nie był to ma­lutki ru­mie­niec. Skóra twa­rzy aż pa­liła, kiedy czy­sta, nie­zmą­cona sa­tys­fak­cja wlała się we mnie wielką falą.

Oczy­wi­ście otrzy­my­wa­łam w ży­ciu wiele po­chwał. Sły­sza­łam, że je­stem sek­sowna, po­nętna, piękna, cu­do­wna, ele­gancka, że do­bra ze mnie dupa. Ale nikt ni­gdy nie po­wie­dział cie­płym, ła­god­nym gło­sem, że je­stem zwy­czajną, bar­dzo piękną ko­bietą. Ku wła­snemu prze­ra­że­niu zo­rien­to­wa­łam się, że i oczy za­częły mnie pa­lić. Za­nie­po­ko­iłam się, że do tego wszyst­kiego za­raz jesz­cze wy­buchnę pła­czem.

- Chyba nie pod­pi­sa­ła­bym się pod okre­śle­niem "zwy­czajna" - od­par­łam szybko.

Frans nie od­wró­cił się do mnie, ale stwier­dził sta­now­czo:

- Lu­bię zwy­czaj­ność. Na co dzień przy­go­to­wuję wspa­niałe, do­piesz­czone po­trawy i za­wsze nie­ziem­sko się cie­szę, kiedy mogę so­bie w domu zro­bić cho­ciażby zupę gro­chową i droż­dżówkę. Ja­sne, te do­piesz­czone po­trawy są pyszne i wy­ra­fi­no­wane, ale jak ktoś się tym zaj­muje wy­star­cza­jąco długo, le­piej od in­nych ro­zu­mie, że ta­kie je­dze­nie pa­suje wy­łącz­nie do wy­jąt­ko­wych chwil. Tylko wtedy można je wła­ści­wie do­ce­nić. Co­dzien­ność - i co­dzienne je­dze­nie utrzy­mują ży­cie na wła­ści­wym to­rze. Dla­tego są ta­kie do­bre.

- Wy­daje mi się, że już od bar­dzo dawna nie je­stem zwy­czajna. Wła­ści­wie to przez całe do­ro­słe ży­cie - wy­rwało mi się w środku tego wy­wodu.

- Naj­wyż­szy czas. Moim zda­niem to faj­nie, że i to­bie się zda­rza cza­sem oka­zać nie­pew­ność i hmm... za­jąk­nąć. Wcze­śniej by­łaś taka nie­przy­stępna i pewna sie­bie, jak wy­kuta z że­laza.

Wy­cią­gnął skądś dwa głę­bo­kie ta­le­rze i po­sta­wił zupę na stole. Do­okoła roz­niósł się cu­do­wny mor­ski za­pach. Pa­trzy­łam z za­chwy­tem, jak Frans na­kłada nam obojgu po­kaźne por­cje zupy z ryb i owo­ców mo­rza. Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć, kiedy ostat­nio ja­dłam bo­uil­la­ba­isse. Wzię­łam do ręki łyżkę, jed­no­cze­śnie cią­gnąc roz­mowę da­lej w tym sa­mym kie­runku, jak­bym nie mo­gła się po­wstrzy­mać:

- Nie wiem, czy przy to­bie je­stem rze­czy­wi­ście taka pewna sie­bie. Ro­bię tylko to, co mu­szę - wy­zna­łam, nie od­ry­wa­jąc wzroku od zupy.

Na­stą­piła prze­rwa. Spró­bo­wa­łam je­dze­nia, które było bo­gate w smaku, pięk­nie pach­nące i nie­wia­ry­god­nie pyszne.

- Co to zna­czy? - spy­tał z re­ze­rwą Frans.

Usiadł obok mnie i z lekko ścią­gnię­tymi brwiami za­czął mie­szać łyżką w zu­pie. Za­sta­na­wia­łam się, co po­win­nam od­po­wie­dzieć.

- Ja... moje ciało re­aguje na cie­bie nie­zwy­kle mocno. Tro­chę czasu upły­nęło, od­kąd ostatni raz by­łam... z męż­czy­zną lub męż­czy­znami, ale nie o to cho­dzi. Nie je­stem wy­gło­dzona.

Frans wziął do ust łyżkę zupy, prze­łknął i spoj­rzał na mnie z po­wagą.

- Nie mógł­bym so­bie wy­obra­zić związku z taką ko­bietą jak ty. Dla mnie twój świat jest tro­chę jak pół­świa­tek. Wiem, że twoja dzia­łal­ność jest le­galna, i jak już przy­zna­łem, oczy­wi­ście nie znam tej branży. Ale na pod­sta­wie tego, co wiem... uwa­żam, że jest w tym coś nie do końca zdro­wego.

Naj­pierw prze­peł­nił mnie gorzki za­wód, a za­raz po nim - wście­kłość. Z bli­żej nie­zro­zu­mia­łego po­wodu na­gle po­czu­łam się ta­nio, i to rów­nież było dla mnie nowe. No do­brze, nie­zu­peł­nie nowe: jesz­cze sie­dem lat wcze­śniej czu­łam się po­dob­nie. Jak tani przed­miot, z któ­rego każdy mógł sko­rzy­stać. Ale po­tem po pro­stu od­mó­wi­łam ja­kich­kol­wiek dys­ku­sji na te­mat przy­zwo­ito­ści klubu i mnie sa­mej. Mimo to w moim gło­sie sły­chać było lek­kie roz­go­ry­cze­nie, kiedy z wyż­szo­ścią oznaj­mi­łam:

- A kto tu mó­wił o związku? Ach, pew­nie masz na my­śli, że chcesz kon­ty­nu­ować zwią­zek z twoją dziew­czyną. No. Oczy­wi­ście, i moim zda­niem to roz­sądny wy­bór, jed­na­kże...

- Żarty so­bie stro­isz? - prze­rwał mi za­dzi­wiony.

Spoj­rza­łam na Fransa, który przy­glą­dał mi się, jak­bym była przy­byszką z ko­smosu. Ja­koś udało mi się za­cho­wać po­zory spo­koju.

- Jak to? - spy­ta­łam.

- My­ślisz, że cią­gnął­bym zwią­zek, skoro rzu­ci­łem się na cie­bie dwa dni z rzędu? W do­datku za dru­gim ra­zem skoń­czy­łem z ręką w two­ich majt­kach?

Cha­otyczne my­śli i uczu­cia nie­mal roz­sa­dzały mi czaszkę, a w uszach brzmiał szcze­rze za­szo­ko­wany, pod­nie­siony głos Fransa. Normy mo­ralne, które przy­swo­iłam jako dziecko, pod­kre­śla­jące waż­ność mo­no­ga­mii, mi­ło­ści i wier­no­ści, wy­do­stały się na po­wierzch­nię i upla­so­wały obok wol­nego seksu, otwar­tych związ­ków i pracy sek­su­al­nej. Mia­łam wra­że­nie, że nic już nie jest ja­sne.

- Prze­cież na­wet się nie pie­przy­li­śmy. A na­wet gdyby, to zda­rza się na­gmin­nie. W klu­bie jest pełno żo­na­tych fa­ce­tów, a ich żon ja­koś tam nie wi­dać.

- Ja nie zdra­dzam - od­parł ostro. - Tyle że z tobą zdra­dzi­łem. Nie mo­głem spoj­rzeć na sie­bie w lu­strze już po tym pierw­szym po­ca­łunku. Nie mó­wiąc o wczo­raj­szym.

Nie chcia­łam za­da­wać dal­szych py­tań, ale nie po­tra­fi­łam mil­czeć.

- Co w ta­kim ra­zie zro­bi­łeś? Miesz­kasz z nią?

Pa­trzy­łam na twarz o moc­nych ry­sach i naj­pięk­niej­sze oczy, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam, i cze­ka­łam. Frans po­ki­wał głową.

- Mila jest w Fin­lan­dii. I tak, miesz­ka­li­śmy ra­zem. Za­dzwo­ni­łem do niej wczo­raj. Po­wie­dzia­łem tylko, że zwią­zek na od­le­głość nam nie służy. Nie chcia­łem jej zra­nić, mó­wiąc o wszyst­kim.

- A mimo to je­steś dziś w cał­kiem do­brym na­stroju.

Znów po­ki­wał głową. Wy­glą­dał na za­my­ślo­nego.

- Chyba od­czu­wam ulgę. Przy­kro mi, że tak to się po­to­czyło, ale miesz­kam tu już pra­wie od dwóch lat, a nasz zwią­zek nie przy­no­sił mi tego, czego bym chciał. Ale przy­kro mi rów­nież z tego po­wodu, że mam pra­wie trzy­dzie­ści sie­dem lat i je­stem sam. Za­wsze chcia­łem mieć żonę i dzieci.

Żeby się od­gryźć za wszyst­kie po­tę­pia­jące ko­men­ta­rze, ce­lowo wbi­łam mu szpilkę.

- Może w głębi du­szy wcale nie je­steś ta­kim ty­pem, tylko ci się tak wy­daje. Może chcesz zmie­niać part­nerki, upra­wiać seks i do­brze się ba­wić.

Rzu­cił mi ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie.

- Nie je­stem taki. Na pewno nie.

- Skąd mo­żesz wie­dzieć, je­śli nie spró­bu­jesz? - spy­ta­łam słodko. - Mo­żesz ju­tro wpaść do klubu i się ro­zej­rzeć. Za­sta­no­wić się. Ja sta­wiam na­poje, wstęp też jest za darmo.

Przez naj­drob­niej­szy mo­ment mia­łam wra­że­nie, że wi­dzę cień tej sa­mej be­stii, która ugry­zła mnie w ra­mię i ci­cho mru­czała z za­do­wo­le­nia, kiedy do­cho­dzi­łam od jego do­tyku. Po­tem jed­nak twarz Fransa zmie­niła się w ka­mień i po­krę­cił głową.

- To ro­bimy ten de­ser? - spy­tał bez­na­mięt­nie.

Zde­cy­do­wa­łam, że od­pusz­czę mu cho­ciaż na chwilę, i przy­tak­nę­łam.

- Co kon­kret­nie?

- Dwie opcje. Cho­ler­nie do­bry cze­ko­la­dowy fon­dant albo rów­nie do­bra tarta Ta­tin.

Parę go­dzin póź­niej sie­dzia­łam w for­dzie fo­cu­sie Fransa. Lekko krę­ciło mi się w gło­wie. Wy­bra­łam tartę Ta­tin, a Frans na­kło­nił mnie do za­ło­że­nia stroju ku­charki i przy­go­to­wa­nia de­seru ra­zem z nim. W lo­dówce było już go­towe cia­sto. Frans za­pew­nił, że nikt nie za­uważy, je­śli "uszczk­niemy so­bie ka­wa­łe­czek".

- Ach, czyli twoje za­sady są płynne w kwe­stii kra­dzieży, ale nie seksu? - Nie mo­głam się po­wstrzy­mać od ko­men­ta­rza.

- Nie mam wra­że­nia, że coś kradnę. Chyba że sam so­bie. Ta góra cia­sta wy­star­czy i na lunch.

Ra­zem obie­ra­li­śmy i kro­ili­śmy jabłka, cho­ciaż za­nim ja roz­pra­wi­łam się z jed­nym, on miał już przed sobą zgrabną kupkę ide­al­nie rów­nych ka­wał­ków. Sta­nął za mo­imi ple­cami i tłu­ma­czył mi wszystko szcze­gó­łowo, pod­czas gdy roz­ta­piał na pa­telni cu­kier, a po­tem kar­me­li­zo­wał w nim jabłka z ma­słem i przy­pra­wami.

Przy­glą­da­łam się bul­go­czą­cym na kuchni skład­ni­kom i czu­łam, że roz­pa­lam się do ta­kiej tem­pe­ra­tury jak sto­jąca na ogniu pa­tel­nia. Gdy Frans ukła­dał na jabł­kach cia­sto, ob­ser­wo­wa­łam ła­ko­mie jego zręczne palce i od­ru­chowo się od­chy­li­łam, opie­ra­jąc się o jego sze­roką klatkę pier­siową. Na karku czu­łam cie­pły od­dech. Głos niż­szy niż zwy­kle ode­zwał się za mo­imi ple­cami:

- I te­raz do pie­kar­nika.

Moje ciało prze­szyła tę­sk­nota, a za­koń­cze­nia ner­wowe sta­wały w pło­mie­niach od każ­dego ru­chu, który wy­ko­ny­wa­łam w obec­no­ści Fransa - choć ten wcale mnie nie do­ty­kał.

Wy­py­ty­wa­łam go o ka­rierę ku­cha­rza po­woli, jak­by­śmy mieli do dys­po­zy­cji cały czas na świe­cie. Roz­ko­szo­wa­łam się cu­dow­nie słodką i tłu­stą tartą, którą Frans ude­ko­ro­wał lo­dami wa­ni­lio­wymi i so­sem kaj­ma­ko­wym. Opo­wia­dał, że go­to­wał dla za­bawy już w pod­sta­wówce i za­wsze wie­dział, że chce zo­stać ku­cha­rzem. Po­szedł do nor­mal­nego li­ceum, ale po kur­sach go­to­wa­nia za­czął wy­sy­łać zgło­sze­nia na prak­tyki w ca­łej Eu­ro­pie.

Py­tał o moje stu­dia, ale nie in­te­re­so­wał się mał­żeń­stwem ani tym, czym zaj­mo­wa­łam się w mło­do­ści. Mia­łam wra­że­nie, że na­wet nie chce wie­dzieć. Za­miast tego roz­ma­wia­li­śmy o Ber­li­nie i na­szych ulu­bio­nych miej­scach, o mia­stach po­cho­dze­nia - ja by­łam z Hel­si­nek, a on z Tam­pere - i tro­chę o sztuce. Frans przy­znał, że już nie cho­dzi na wy­stawy tak czę­sto jak kie­dyś, a ja udzie­li­łam mu re­pry­mendy, bo nie od­wie­dził na­wet Per­ga­monu.

Sie­dzie­li­śmy obok sie­bie, co ja­kiś czas sty­ka­jąc się łok­ciami. Kiedy nie­spo­koj­nie wier­ci­łam się na krze­śle, moje udo otarło się o jego nogę. Po­zwo­li­łam so­bie prze­dłu­żyć kon­takt o chwilę tylko dla­tego, że było mi tak do­brze, ale gdy chcia­łam się od­su­nąć, po­czu­łam, jak Frans od­wza­jem­nia do­tyk jesz­cze chęt­niej.

Ni­gdy wcze­śniej nie ba­wi­łam się w ta­kie gierki i aż za­krę­ciło mi się w gło­wie, kiedy po­ję­łam, o co tak na­prawdę cho­dzi.

Frans oparł się o mnie na kilka se­kund, bez py­ta­nia na­kła­da­jąc ko­lejny ka­wa­łek tarty na mój ta­lerz. Wstrzy­ma­łam od­dech, bez­rad­nie za­trze­po­ta­łam po­wie­kami i pra­wie się na niego rzu­ci­łam, jakby miał być moim ostat­nim po­sił­kiem. Ale ro­zu­mia­łam już za­sady gry, więc po­wstrzy­ma­łam się. Przez mo­ment nie ru­sza­łam się z miej­sca, choć ciało mia­łam na­pięte do gra­nic moż­li­wo­ści, a na­stęp­nie ostroż­nie przy­ci­snę­łam ło­kieć do jego ręki. Jego dłoń prze­su­nęła się i spo­częła tuż przy moim przed­ra­mie­niu. Za­równo je­dze­nie, jak i roz­mowa sta­wały się co­raz trud­niej­sze.

Za­sta­no­wi­łam się z roz­tar­gnie­niem, co też Frans mógł mieć na my­śli, kiedy po­wie­dział, że nie wy­ob­raża so­bie związku ze mną. W każ­dym ra­zie za­cho­wy­wał się jak ktoś, kto chce seksu. Może nie by­łam przy­zwy­cza­jona do tak wy­ra­fi­no­wa­nego, a za­ra­zem oczy­wi­stego flirtu, ale wi­dzia­łam ja­sno, że jego ru­chy wcale nie są nie­winne.

Stwier­dzi­łam, że wszystko mi jedno. Będę go miała tak czy ina­czej, naj­wy­żej sta­nie się to na jego za­sa­dach i w jego tem­pie. Za­mie­rza­łam też nie mie­szać w to wszystko uczuć. Po ostat­nim po­sta­no­wie­niu z tyłu głowy usły­sza­łam ci­chy zło­śliwy chi­chot, ale nie po­świę­ci­łam mu uwagi.

Wy­bu­dzi­łam się z tych pół­przy­tom­nych roz­my­ślań, kiedy do­tar­li­śmy do klubu. Szłam tuż przed Fran­sem, żeby otwo­rzyć drzwi i wy­łą­czyć alarm. Lekko ko­ły­sa­łam bio­drami, jed­nak na tyle wy­raź­nie, żeby jego wzrok na pewno sku­pił się na moim tyłku. Po dłu­giej roz­mo­wie za­pa­dła mię­dzy nami ciężka ci­sza, więc we­szli­śmy do biura bez słowa.

Frans pod­jął pracę od miej­sca, w któ­rym ostat­nio za­koń­czył, a ja opróż­nia­łam i ostu­ki­wa­łam szu­flady. W żad­nej jed­nak nie zna­la­złam po­dwój­nego dna, a gdy re­gał był już pu­sty, nie od­sło­niło się za nim nic poza gładką ka­mienną ścianą. Ściany też ostu­ka­li­śmy, jed­nak nie usły­sze­li­śmy nic po­dej­rza­nego.

- Tu jest sejf, ale nic w nim nie ma - po­wie­dzia­łam w końcu, prze­ła­mu­jąc co­raz dłuż­szą i bar­dziej nie­wy­godną ci­szę.

- Po­każ - za­żą­dał męż­czy­zna chra­pli­wie, jakby nie od­zy­wał się od wie­ków.

Za­pro­wa­dzi­łam go na drugi ko­niec po­miesz­cze­nia i od­su­nę­łam fo­tel sprzed wpusz­czo­nej w ścianę szafki. Uklę­kłam i otwo­rzy­łam drzwiczki, da­jąc mu znak, żeby się ro­zej­rzał. On włą­czył la­tarkę w te­le­fo­nie i przyj­rzał się ścia­nom do­okoła.

- Nie wy­gląda na to, żeby ktoś przy tym ma­ni­pu­lo­wał, ale ża­den ze mnie eks­pert.

W mil­cze­niu wy­ję­łam z sejfu pa­piery. Nie było tam pie­nię­dzy ani war­to­ścio­wych przed­mio­tów. Tylko do­ku­menty do­ty­czące klubu i nie­ru­cho­mo­ści. Frans oparł się o mój bok i ba­dał po­zba­wione spa­wów ścianki i rogi. Już nie wi­dzia­łam sejfu. Pa­trzy­łam na przy­kuc­nię­tego męż­czy­znę, jego mocny pro­fil, krę­cące się na skro­niach i karku zło­ci­ste włosy i dłu­gie rzęsy. Na­gle za­uwa­ży­łam, że Frans przy­gląda się cze­muś w dole.

- Pod sej­fem coś jest - po­wie­dział na­gle, prze­su­wa­jąc dłoń wzdłuż li­stwy bie­gną­cej mię­dzy ścianą a pod­łogą.

Po­dą­ży­łam wzro­kiem za jego ge­stem i skoro już wie­dzia­łam, gdzie szu­kać, ja też do­strze­głam coś dziw­nego. Li­stwa była prze­rwana w dwóch miej­scach, mniej wię­cej w po­ło­wie dłu­go­ści. Bez wąt­pie­nia ktoś ją ob­ro­bił za po­mocą pa­pieru ścier­nego, bo przerw nie da­łoby się za­uwa­żyć, je­śli ktoś nie tra­fił do­kład­nie we wła­ściwe miej­sce i nie skie­ro­wał tam la­tarki. Cho­ciaż wiele razy schy­la­łam się do sejfu, ni­gdy się nie przyj­rza­łam, co znaj­duje się pod nim. A na­wet gdy­bym zer­k­nęła, praw­do­po­dob­nie nic szcze­gól­nego nie rzu­ci­łoby mi się w oczy w przy­tłu­mio­nym świe­tle dzien­nym, bo aku­rat to miej­sce znaj­do­wało się w pew­nej od­le­gło­ści od okna.

Frans spró­bo­wał po­ru­szyć li­stwę, a gdy w końcu pod­wa­żył ją pła­skim śru­bo­krę­tem, opa­dła na pod­łogę. Po­tem za­czął ostroż­nie ba­dać par­kiet i ku mo­jemu zdzi­wie­niu udało mu się pod­nieść jedną z de­sek. Pod nią uka­zała się nie­wielka skrytka, w któ­rej jed­nak nie było ob­ra­zów. Zna­leź­li­śmy za to coś, co wy­glą­dało na sporą kupkę płyt CD lub DVD.

Wzię­łam do ręki kilka opa­ko­wań. Za­uwa­ży­łam, że opa­trzono je wy­łącz­nie da­tami, ni­czym wię­cej. Wy­glą­dało też na to, że wszyst­kie po­cho­dziły sprzed co naj­mniej sied­miu lat. Do­pa­dły mnie złe prze­czu­cia, więc wy­ja­śni­łam szybko:

- Mój mąż... On lu­bił na­gry­wać seks i miał wiele part­ne­rek. Ja nie prze­pa­da­łam za by­ciem na­gry­waną, więc na tych pły­tach pew­nie są filmy z in­nymi ko­bie­tami.

Zer­k­nę­łam na Fransa. Przez jego twarz prze­mknęło wy­raźne obrzy­dze­nie.

- Może po­win­ni­śmy je obej­rzeć? A co, je­śli znaj­dziemy ja­kąś wska­zówkę co do miej­sca ukry­cia ob­ra­zów? - za­pro­po­no­wał mimo wszystko.

- Niby jaka tam mo­głaby być wska­zówka? Nie wie­rzę, że...

- Może po pi­jaku coś mó­wił na ich te­mat i się na­grało. Albo ce­lowo na­grał je na któ­rąś z płyt, bo nie mógł ich ni­g­dzie po­wie­sić, żeby móc je po­dzi­wiać na co dzień.

Wzru­szy­łam ra­mio­nami, choć koń­czyny mia­łam cięż­kie. Nie mia­łam ochoty oglą­dać sek­staśm Bernda. I wcale nie dla­tego, że ba­łam się wła­snej re­ak­cji na to, co zo­ba­czę. Po pro­stu nie chcia­łam po­ka­zy­wać Fran­sowi, ja­kie ży­cie pro­wa­dził mój mąż. Po tym bę­dzie mógł ła­two od­gad­nąć, ja­kie ży­cie ja pro­wa­dzi­łam.

Wzię­li­śmy po kilka płyt.

- Kiedy Bernd otrzy­mał te ob­razy? - spy­ta­łam nie­chęt­nie.

- Dwa­na­ście lat temu. Dzia­dek był już na eme­ry­tu­rze, ale po­sia­dał parę re­stau­ra­cji, które jego syn z dru­giego mał­żeń­stwa za­mie­rzał prze­kształ­cić w sieć. Prze­ka­zał mi to za­da­nie, bo tego Hor­sta ob­razy zu­peł­nie nie in­te­re­sują. Biz­nes idzie mu na tyle kiep­sko, że pew­nie ma wy­star­cza­jąco dużo wła­snych pro­ble­mów. Zresztą mieszka te­raz w Ko­lo­nii.

Po­ło­ży­łam sto­sik na skraju biurka, usia­dłam i na chy­bił tra­fił wy­ję­łam płytę opa­trzoną datą sprzed bli­sko ośmiu lat. Wło­ży­łam ją do od­twa­rza­cza i wci­snę­łam play. Ob­raz był ostry i wy­raźny - na­gra­nie zro­biono w moim domu. Gdy jesz­cze był na­szym do­mem.

Na pierw­szym pla­nie wi­dać było dwóch męż­czyzn w gar­ni­tu­rach sie­dzą­cych ple­cami do ka­mery, ale po­tem roz­legł się szept Bernda:

- Prze­suń­cie się tro­chę.

Męż­czyźni usłu­chali. Znów usły­sza­łam głos zmar­łego mał­żonka:

- Zo­stań tu, z boku, żeby nie za­uwa­żyła.

Roz­legł się krótki śmiech.

- A co ona w ogóle za­uważa poza ku­ta­sem, który ją po­suwa? - ktoś spy­tał pół­gło­sem.

Bernd za­chi­cho­tał, po czym ka­mera skie­ro­wała się na ze­staw wy­po­czyn­kowy, który kie­dyś stał w sa­lo­nie. Po­środku usta­wiony był duży sto­lik ka­wowy z li­tego drewna. Na ka­na­pie sie­działo dwóch na­gich fa­ce­tów z ku­ta­sami w rę­kach, a na stole dy­szała na czwo­ra­kach, rów­nież naga, czar­no­włosa młoda ko­bieta. To by­łam ja. Oczy mia­łam roz­sze­rzone, usta roz­chy­lone.

- Pieprz mnie moc­niej. Moc­niej - ję­cza­łam.

Za mną stę­kał ni­ski, otyły męż­czy­zna około pięć­dzie­siątki. Na jego ły­si­nie per­lił się pot, kiedy ru­chał mnie z twa­rzą wy­krzy­wioną w eks­ta­zie. Zła­pał mnie za piersi, mocno ści­snął, a ja za­czę­łam po­ru­szać tył­kiem jesz­cze ener­gicz­niej. Krzyk­nę­łam, za­mknę­łam oczy i za­czę­łam drżeć z roz­ko­szy, w miarę jak pie­przący mnie fa­cet dy­szał co­raz cię­żej, a w końcu wy­dał długi jęk, do­cho­dząc.

Na jego miej­scu po­ja­wił się na­tych­miast ko­lejny męż­czy­zna, który naj­wy­raź­niej sma­ro­wał czymś oko­lice mo­jego od­bytu. Po­tem we­pchnął tam ku­tasa. Za­czę­łam po­pi­ski­wać i od­po­wia­dać na jego ru­chy, maj­ta­jąc pier­siami. Na wła­sne oczy wi­dzia­łam, jak wiel­kie przy­ro­dze­nie gwał­tow­nie się we mnie wsuwa i ze mnie wy­suwa. Jak przy­my­kam oczy z za­do­wo­le­nia i zgi­nam się, żeby móc się do­ty­kać.

- Kurwa, ale ta twoja żona ma dupę - wes­tchnął nie­zna­jomy.

- Ja­kimś cu­dem wciąż cia­sną, choć jest cią­gle ru­chana. Co naj­mniej tak czę­sto jak pizda - od­po­wie­dział Bernd i za­chę­cił po­zo­sta­łych: - Jak ktoś ma ochotę, Va­len­tina weź­mie i do buzi...

Za­nim skoń­czył zda­nie, je­den z sie­dzą­cych na so­fie męż­czyzn już pod­szedł do mnie od przodu, zła­pał mnie za włosy i wsa­dził mi ku­tasa do ust. Się­gnął da­leko, aż do gar­dła, ale na­wet się nie za­krztu­si­łam - za­czę­łam tylko ssać, ścią­ga­jąc po­liczki.

Do­piero w tym mo­men­cie ock­nę­łam się ze stanu szoku i obrzy­dze­nia. Drżącą ręką za­trzy­ma­łam na­gra­nie. Pa­trzy­łam na za­mro­żony ob­raz sie­bie sa­mej z jed­nym ob­cym chu­jem w gar­dle i dru­gim w od­by­cie i ze­brało mi się na wy­mioty. Wy­mioty i płacz.

Tak dużo pracy wło­ży­łam w to, żeby za­po­mnieć. A te­raz te im­prezy na haju, wie­czorki, gry to­wa­rzy­skie i praca w klu­bie wy­pły­nęły na po­wierzch­nię jak ol­brzymi, obrzy­dliwy stwór z mor­skich głę­bin.

- Nic dziw­nego, że twój klub jest tak po­pu­larny. Mu­sisz być świetną men­torką dla dziew­czyn. - Usły­sza­łam lo­do­waty głos.

Wciąż nie od­ry­wa­łam spoj­rze­nia od ekranu. Szybko wy­łą­czy­łam mo­ni­tor, zu­peł­nie jakby to mo­gło w czym­kol­wiek po­móc.

- Ja... nie wie­dzia­łam, że Bernd mnie na­gry­wał.

- I do­brze, że na­gry­wał - od­parł miękko Frans. - Przyj­muję twoje za­pro­sze­nie. Wy­daje mi się, że naj­wyż­szy czas spraw­dzić, jak da­leko roz­ciąga się moja mroczna strona, skoro już umo­czy­łem w to­bie palce.

- Ja­kie za­pro­sze­nie? - spy­ta­łam słabo.

- Za­pro­sze­nie do klubu, rzecz ja­sna. Na pewno to, czego tam do tej pory do­świad­czy­łem, nie było na­wet wierz­choł­kiem góry lo­do­wej. Jak już so­bie do­brze po­pa­trzę i tro­chę się przy­zwy­czaję, może na­wet cze­goś spró­buję, je­śli ktoś złoży mi pro­po­zy­cję.

Roz­dział 4

We wto­rek wie­czo­rem sta­łam po­środku gar­de­roby i ła­ma­łam so­bie głowę nad tym, w co się ubrać. Zro­zu­mia­łam, że Frans za­mie­rza przyjść do klubu tego sa­mego dnia, więc chcia­łam zna­leźć strój, który ro­biłby wra­że­nie, nie bę­dąc wul­gar­nym. Coś spek­ta­ku­lar­nego i skrom­nego za­ra­zem, co sto­pi­łoby lód w jego spoj­rze­niu. Nie­ła­twe za­da­nie.

Od zo­ba­cze­nia przy­krego na­gra­nia z prze­szło­ści czu­łam się bar­dziej przy­bita, niż tak na­prawdę po­win­nam. Prze­cież zda­wa­łam so­bie sprawę, przez co w ży­ciu prze­szłam. Jed­nak Frans nie wie­dział. I wła­śnie to mnie tak zde­ner­wo­wało: że stał się świad­kiem mo­jego upodle­nia w naj­gor­szym moż­li­wym mo­men­cie.

Praca w klu­bie była jedną sprawą, a part­ne­rzy biz­ne­sowi Bernda, któ­rzy mo­gli do woli ko­rzy­stać z mo­ich wdzię­ków - drugą. Przy­pad­kiem wy­bra­łam wi­deo na­grane do­kład­nie wtedy, kiedy naj­sil­niej od­czu­wa­łam ob­jawy od­sta­wie­nia i po­tra­fi­łam zna­leźć uko­je­nie je­dy­nie w sek­sie. W sek­sie, który sta­no­wił de­fi­niu­jący czyn­nik w moim ży­ciu, od kiedy skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia lat, i or­ga­zmach, zro­dzo­nych w tym cza­sie z pa­lą­cej, bo­le­snej po­trzeby otrzy­ma­nia ko­lej­nej dawki nar­ko­tyku. Gdy ktoś mnie mocno pie­przył, pa­le­nie i ból na chwilę ku­mu­lo­wały się w moim kro­czu, co przy­no­siło mi tym­cza­sową ulgę.

I wła­śnie wtedy Bernd mnie na­gry­wał. Cho­ciaż przez cały czas wie­dział, jak źle się czuję.

Za­sta­na­wia­łam się, co jesz­cze było na tych pły­tach. Czy Bern­dowi udało się uwiecz­nić każdy wie­czór roz­pu­sty? Na­sze we­sele? Tę noc w klu­bie, kiedy przy­wią­zano mnie do ławki na dwie go­dziny, a każdy chętny mógł mnie pie­przyć do woli?

Nie by­łam dumna ze swo­jej prze­szło­ści, ale udało mi się ją za­ak­cep­to­wać. Nie wsty­dzi­łam się pracy sek­su­al­nej, tylko tego, w jaki spo­sób za­czę­łam się nią zaj­mo­wać. Przy­pad­kowo i bez żad­nych opo­rów, bo chcia­łam za­do­wo­lić Bernda i mieć do­stęp do nar­ko­ty­ków. Wsty­dzi­łam się tego, że bez naj­mniej­szego pro­te­stu po­zwa­la­łam Bern­dowi dzie­lić się mną, z kim tylko chciał.

Z cza­sem udało mi się za­po­mnieć część tego wszyst­kiego, sta­łam się nową ko­bietą i za­czę­łam za­rzą­dzać klu­bem. Ale w tam­tym mo­men­cie, kiedy Frans od­su­nął się od ekranu i po­wie­dział, że idzie ro­zej­rzeć się po po­miesz­cze­niu dla pra­cow­ni­ków, wsty­dzi­łam się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem. Tak, że aż coś mną za­trzę­sło.

Głos Fransa był po­wścią­gliwy i uprzejmy, jed­nak po­brzmie­wała w nim po­garda. Nie by­łam już zwy­czajną, bar­dzo piękną ko­bietą, z którą można było po­ga­dać o ber­liń­skich za­byt­kach i fiń­skich mia­stach. Sta­łam się czymś brud­nym i od­ra­ża­ją­cym, czego ża­den sza­nu­jący się czło­wiek nie do­tknąłby na­wet ki­jem.

Chcia­łam za­re­ago­wać wście­kło­ścią na ten po­kaz pru­de­rii i ogra­ni­cze­nia. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach tak by się stało. No i co z tego, że pra­co­wa­łam w klu­bie? Że mia­łam wielu part­ne­rów sek­su­al­nych? Że da­wa­łam się pie­przyć na sto­liku w sa­lo­nie? Za­wsze ko­rzy­sta­łam z pre­zer­wa­tyw ze wszyst­kimi poza Bern­dem i re­gu­lar­nie się ba­da­łam. Może w cza­sach uza­leż­nie­nia nie­spe­cjal­nie pa­so­wało do mnie okre­śle­nie "od­po­wie­dzialna do­ro­sła", ale w miarę o sie­bie dba­łam. Zgoda, mia­łam nie­ty­pową prze­szłość, któ­rej czę­ściowo ża­ło­wa­łam, ale nie sta­łam się przez to ja­kąś znowu obrzy­dliwą kre­aturą.

Pró­bo­wa­łam więc wy­wo­łać u sie­bie wście­kłość i nie­na­wiść, jed­nak prze­szka­dzała mi w tym ciężka, gruba war­stwa przy­gnę­bie­nia. Przy­cho­dziły mi do głowy chwile spę­dzone w Bau­hau­sie i mia­łam wra­że­nie, że stra­ci­łam coś waż­nego. Lekką roz­mowę, hu­mor, po­zba­wiony słów flirt, cie­pło ciała Fransa tuż przy moim. Utra­ci­łam kieł­ku­jącą moż­li­wość prze­ży­cia rze­czy, któ­rych do­tych­czas nie do­świad­czy­łam. I całą sobą za tym tę­sk­ni­łam, nie­za­leż­nie od tego, że w du­chu wy­my­śla­łam so­bie od sen­ty­men­tal­nych idio­tek i nie mo­głam zro­zu­mieć, skąd mi się na­gle wzięły na no­sie te ró­żowe oku­lary.

Gdy tak sta­łam w gar­de­ro­bie, za­de­cy­do­wa­łam, że nie na darmo prze­trwa­łam śmierć ro­dzi­ców, uza­leż­nie­nie, od­wyk i wy­ko­rzy­sty­wa­nie przez męża. Nie na darmo po­kie­ro­wa­łam klub w stronę suk­cesu, o któ­rym Bernd mógłby tylko po­ma­rzyć. Prze­cież dam so­bie radę z jed­nym sta­ro­świec­kim fa­ce­tem o ogra­ni­czo­nych ho­ry­zon­tach. Ze­drę mu z twa­rzy tę ma­skę chłodu i aro­gan­cji. Za­sta­na­wia­łam się, w jaki spo­sób mo­gła­bym zwa­bić go do łóżka bez roz­bie­ra­nia się i nie­dwu­znacz­nego ocie­ra­nia się o niego. Po­tra­fi­łam się oczy­wi­ście uwo­dzi­ciel­sko po­ru­szać, ale ni­gdy nie po­trze­bo­wa­łam ro­bić nic wię­cej, żeby zdo­być męż­czy­znę. Tak na­prawdę nie po­trze­bo­wa­łam na­wet tego, wy­ko­rzy­sty­wa­łam ta­kie sztuczki bar­dziej do roz­pa­le­nia wy­ob­raźni.

Wes­tchnę­łam ciężko i stwier­dzi­łam, że naj­pierw znajdę od­po­wiedni strój, a po­tem po­szpe­ram w in­ter­ne­cie. Ni­gdy nie mu­sia­łam uwo­dzić męż­czyzn w peł­nym zna­cze­niu tego słowa. By­łam za­wsze ła­twa i go­towa, wy­star­czyło mnie ro­ze­brać, skom­ple­men­to­wać i tro­chę po­pie­ścić, żeby móc so­bie po­ru­chać.

Jed­nak na pewno mo­głam się na­uczyć sztuki uwo­dze­nia. By­łam in­te­li­gentna, głodna wie­dzy i am­bitna, mia­łam też wiele in­nych po­zy­tyw­nych cech, do­brze wi­docz­nych te­raz, kiedy nie by­łam już na wiecz­nym haju, pro­sty­tu­owana przez wła­snego mał­żonka.

W końcu zde­cy­do­wa­nym ru­chem ścią­gnę­łam z wie­szaka skromną na pierw­szy rzut oka zie­loną su­kienkę. Jej szma­rag­dowy od­cień był dość in­ten­sywny, ale tak poza tym per­fek­cyj­nie pa­so­wała do mo­ich za­mie­rzeń. Była ele­gancka, pro­sta i do­pa­so­wana. Ku­pi­łam ją kie­dyś jako strój na ne­go­cja­cje biz­ne­sowe. Pięk­nie, ale nie wul­gar­nie pod­kre­ślała moje krą­gło­ści i nie wy­róż­niała się ni­czym szcze­gól­nym, chyba żeby wziąć pod uwagę dość spory de­kolt i w miarę krótki dół.

W ra­zie gdyby po­szczę­ściło mi się już tego wie­czoru, było ją rów­nież ła­two zdjąć. Umoż­li­wiał to umiesz­czony z tyłu długi za­mek bły­ska­wiczny. Pod spód za­ło­ży­łam nieco ciem­niej­szy zie­lony push-up, mocno wy­cięte stringi w tym sa­mym ko­lo­rze i cie­li­ste sa­mo­no­śne poń­czo­chy.

Nie by­łam pewna, dla­czego lub dla kogo przez te wszyst­kie lata no­si­łam bie­li­znę, która aż się pro­siła o spoj­rze­nie i do­tyk męż­czy­zny. Może była to część mo­jego image'u, po­ma­ga­jąca mi w utrzy­ma­niu pu­blicz­nego wi­ze­runku zmy­sło­wej, sek­sow­nej wła­ści­cielki klubu. Tym ra­zem jed­nak do­brze wie­dzia­łam, w ja­kim celu wkła­dam bez­wstyd­nie skąpe majtki.

Chłodny roz­są­dek pró­bo­wał ja­koś do mnie do­trzeć. Py­tał, co tak wła­ści­wie pró­buję osią­gnąć, i przy­po­mi­nał o po­glą­dach Fransa. Czy na­sze prze­ko­na­nia nie róż­niły się za bar­dzo, skoro on uwa­żał za zdradę już po­ca­łu­nek? Czy nie by­łoby dość nie­praw­do­po­do­bne, żeby udało mi się zwa­bić go do łóżka po tym, jak zo­ba­czył tamto stare na­gra­nie? I dla­czego chcia­łam mieć wła­śnie jego? Je­śli moje żą­dze wła­śnie się prze­bu­dziły, prze­cież mo­głam wy­brać któ­rą­kol­wiek inną z nie­zli­czo­nych opcji.

Umysł mia­łam ze wszech miar sprawny i wni­kliwy, ale tu­taj był bez szans. Ło­sko­cząca fala uczuć za­le­wała wszel­kie py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści, roz­my­wała je jak ry­sunki na pia­sku, a ja mo­głam my­śleć tylko o tym, że mu­szę mieć Fransa. Mieć go, wy­ja­śnić mu wszystko i po­sta­rać się, żeby zro­zu­miał.

Za­ło­ży­łam po­rządną ja­skra­wo­zie­loną su­kienkę i wy­jąt­kowo nie spię­łam wło­sów. Pa­trzy­łam wrogo na pa­sma się­ga­jące mi nie­mal do pupy i pra­wie zła­pa­łam za no­życzki, żeby ściąć je na krótko. Po­tem udało mi się zdo­być choć tro­chę zdro­wego roz­sądku, dzięki czemu zde­cy­do­wa­łam się na mniej dra­ma­tyczne i nie­od­wra­calne roz­wią­za­nie. Za­plo­tłam gruby kłos, który koń­czył się pra­wie na wy­so­ko­ści ta­lii.

Uwa­ża­łam, że wy­glą­dam wła­ści­wie, od­po­wied­nio do sta­tusu Der Klubu, a jed­nak bar­dziej przy­jaź­nie i otwar­cie niż zwy­kle. Fran­sowi po­do­bał się mój zwy­czajny strój, a to było naj­zwy­czaj­niej­sze ubra­nie, ja­kie mo­gła­bym za­ło­żyć do pracy.

Spoj­rza­łam na ze­ga­rek i za­mar­łam. Tyle czasu spę­dzi­łam na zaj­mo­wa­niu się kwe­stiami stroju i fry­zury, że nie zdą­ży­ła­bym się uma­lo­wać, je­śli chcia­łam jesz­cze po­szu­kać wska­zó­wek do­ty­czą­cych uwo­dze­nia. Szybko na­ło­ży­łam grubą war­stwę pod­kładu na twarz - na wy­pa­dek gdy­bym znów miała się za­ru­mie­nić jak nie­winna dzie­wica.

Przy­pa­dłam do kom­pu­tera i pró­bo­wa­łam zna­leźć kon­kretne in­struk­cje, jak ocza­ro­wać męż­czy­znę. Strój, ru­chy, ge­sty. Nie­zo­bo­wią­zu­jąca roz­mowa. Ba­wie­nie się wło­sami. Kon­takt wzro­kowy. Pa­trzy­łam na ekran z roz­cza­ro­wa­niem. Na­prawdę nic wię­cej?

Na szczę­ście za­plo­tłam kłos. Nim o wiele ła­twiej się ba­wić niż wy­so­kim ko­kiem. Strój i ru­chy mia­łam do­brze opa­no­wane, ale kon­wer­sa­cja z Fran­sem prze­mie­nio­nym w Dziadka Mroza wy­ma­gała szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści. Za­zwy­czaj by­łam zręczną i swo­bodną to­wa­rzyszką roz­mowy, jed­nak ni­gdy jesz­cze nie zna­la­złam się w ta­kiej sy­tu­acji. W do­datku to wła­śnie Fran­sowi udało się obu­dzić we mnie ją­ka­jącą się idiotkę. A ra­czej nie bę­dzie ocza­ro­wany, je­śli po­wiem po pro­stu "Pieprz mnie". To nie po­może mi otrzy­mać ko­lej­nej szansy w roli zwy­czaj­nej, bar­dzo pięk­nej ko­biety.

Za­de­cy­do­wa­łam, że po­my­ślę nad po­ten­cjal­nymi te­ma­tami kon­wer­sa­cji w dro­dze do klubu, po czym po­bie­głam do sa­mo­chodu. W Ber­li­nie trans­port pu­bliczny dzia­łał bar­dzo do­brze, ale no­cami wo­la­łam ko­rzy­stać z wła­snego auta, dość luk­su­so­wego audi A8. Jako stu­dentka czę­sto włó­czy­łam się nocą po ca­łym mie­ście, pi­jana i na haju, ale już nie mia­łam ochoty ry­zy­ko­wać, że zo­stanę zgwał­cona lub ob­ra­bo­wana.

Na­wet nie wi­dzia­łam, co mam przed sobą, kiedy me­cha­nicz­nymi, wy­uczo­nymi ru­chami pro­wa­dzi­łam sa­mo­chód w kie­runku klubu. Szu­ka­łam te­ma­tów do roz­mowy. Może je­dze­nie? To w końcu wielka mi­łość Fransa. Sztuka? Mó­wił, że tro­chę się na niej zna. Sport? O tym nie mia­łam po­ję­cia. Oczy­wi­ście mo­głam też spy­tać, co Frans lubi. To po­zwo­li­łoby mi oka­zać za­in­te­re­so­wa­nie - istotna rzecz we­dług jed­nego z in­ter­ne­to­wych ar­ty­ku­łów. Mo­głam rów­nież opro­wa­dzić go po klu­bie i spy­tać, czy ja­kieś urzą­dze­nie bądź miej­sce szcze­gól­nie go za­fa­scy­no­wało. Nie, na to było chyba jesz­cze za wcze­śnie.

Szybko wy­bra­łam trzy pierw­sze te­maty, które na pewno przejdą bez pu­dła. Je­dze­nie. Sztuka. Sport. Frans mu­siał upra­wiać sport, skoro miał ta­kie ciało. Może ki­bi­co­wał ja­kiejś dru­ży­nie pił­kar­skiej. O piłce noż­nej fa­ceci po­tra­fią roz­pra­wiać ca­łymi go­dzi­nami, po­my­śla­łam z na­dzieją.

Przy­je­cha­łam do klubu nieco póź­niej niż zwy­kle, ale wiele nie stra­ci­łam. Na miej­scu zdą­żyło się po­ja­wić za­le­d­wie kilku klien­tów. Zer­kali na tań­czącą na sce­nie Dinę i tę­sk­nie pa­trzyli na Anę, która wy­raź­nie da­wała do zro­zu­mie­nia, że ani tro­chę nie in­te­re­suje jej nikt z obec­nych.

Ta­kie za­cho­wa­nie było czę­ścią gry. Je­śli ko­muś tego wie­czoru uda się zdo­być względy prze­pięk­nej blon­dynki, po­czuje się praw­dzi­wym zwy­cięzcą. A prze­grani przyjdą po­now­nie, żeby się prze­ko­nać, czy tym ra­zem to oni da­dzą radę roz­pa­lić Anę lub inną dziew­czynę, o którą im cho­dzi. Usia­dłam na swoim sta­łym miej­scu, a Fe­lix z przy­zwy­cza­je­nia po­dał mi kir roy­ala.

Do­sta­łam na­uczkę i nie szu­ka­łam już po­cie­chy w sek­sie, nar­ko­ty­kach ani al­ko­holu, ale szam­pana naj­zwy­czaj­niej w świe­cie lu­bi­łam. Cza­sami za­ma­wia­łam bą­belki na­prawdę do­brej ja­ko­ści, bez żad­nych do­dat­ków, ale dość czę­sto na­cho­dziła mnie ochota na słod­kiego, wy­ra­fi­no­wa­nego w smaku kir roy­ala. W dni po­wsze­dnie pi­łam je­den. Po­tem prze­rzu­ca­łam się na kok­tajle bez­al­ko­ho­lowe lub wodę mi­ne­ralną. W week­endy po­zwa­la­łam so­bie cza­sami i na trzy drinki.

Sie­dzia­łam nie­spo­koj­nie, co ja­kiś czas zmie­nia­jąc po­zy­cję. Czu­łam się, jakby pod moją skórą bie­gały mrówki, a im wię­cej upły­wało czasu, tym bar­dziej się nie­cier­pli­wi­łam. Rzecz ja­sna po­zdra­wia­łam klien­tów, opo­wia­da­łam o pro­gra­mie na ten wie­czór i uci­na­łam krót­kie po­ga­wędki ze sta­łymi by­wal­cami, za­nim ci rzu­cali się w wir cie­le­snych roz­ko­szy. Ale za­wsze wra­ca­łam na fo­tel z my­ślami peł­nymi męż­czy­zny o zło­ci­sto-zie­lo­nych oczach i do­łecz­kach w po­licz­kach, który wi­dział mnie w naj­gor­szym moż­li­wym sta­nie.

Było już pra­wie wpół do dwu­na­stej, kiedy przy­szedł Fe­lix.

- Tu jest ja­kiś pan, który twier­dzi, że ma za­pro­sze­nie, ale nie ma go na li­ście - oznaj­mił.

Ze­sztyw­nia­łam, bo do­tarło do mnie, że to musi być Frans. By­łam zbyt prze­jęta i za­po­mnia­łam go wpi­sać na li­stę.

- Po­cze­kaj. Za­raz zo­ba­czę. Chyba za­po­mnia­łam...

Wsta­łam, od­wró­ci­łam się i zo­sta­łam tak z roz­chy­lo­nymi ze zdzi­wie­nia ustami. To rze­czy­wi­ście był Frans. A jed­nak nie on. Stał w cie­płym świe­tle przed­sionka, dzięki czemu mo­głam za­uwa­żyć, że ma na so­bie smo­king. Oczy­wi­ście do­strze­gła­bym to i w pół­mroku, ale wła­śnie świa­tło po­zwo­liło mi się zo­rien­to­wać, że w prze­ci­wień­stwie do tra­dy­cyj­nego czar­nego smo­kingu ten był gra­na­towy i wy­glą­dał po­dej­rza­nie jak... ak­sa­mit. Gra­na­towy ak­sa­mit, biała ko­szula, gra­na­towa muszka.

Frans był o ty­siące ki­lo­me­trów od­le­gły od tam­tego cu­dow­nego, pro­sto­li­nij­nego fa­ceta w parce, z po­tar­ga­nymi od wia­tru zło­ci­stymi wło­sami. Jesz­cze da­lej było mu do ubra­nego na biało ku­cha­rza, opo­wia­da­ją­cego o co­dzien­nych po­tra­wach z tą samą sym­pa­tią, co o dro­gim przy­ja­cielu. Wła­śnie zde­cy­do­wa­nym ru­chem od­da­wał długi, rów­nież gra­na­towy płaszcz i rzu­cił kilka słów z nie­przy­ja­zną miną. Ładny, pro­sty nos miał lekko unie­siony, a jego sze­ro­kie usta two­rzyły nie­za­do­wo­loną li­nię.

Lotte, pra­cu­jąca z Fe­li­xem przy wej­ściu i w szatni, pa­trzyła na Fransa dziw­nie szkli­stymi oczami, kiedy od­bie­rała od niego okry­cie. Choć na­wet nie wid­niał na li­ście. Tego jesz­cze nie było. Naj­wy­raź­niej udało mu się wci­snąć do klubu zu­peł­nie bez mo­jej po­mocy. Wy­glą­dało na to, że nie my­dlił mi oczu, mó­wiąc, że cała kuch­nia musi tań­czyć, a kiedy pra­cow­nicy po­mylą kroki, zda­rza mu się wściec. Nie przy­pusz­cza­łam jed­nak, iż zmusi do tańca i mój per­so­nel, przy oka­zji na­rzu­ca­jąc mu wła­sny rytm.

Nieco chwiej­nym kro­kiem po­de­szłam do wej­ścia i nie­zau­wa­żal­nie ski­nę­łam Fe­li­xowi. Ostrożna mina męż­czy­zny na­tych­miast roz­to­piła się w przy­ja­znym po­wi­tal­nym uśmie­chu, a ja prze­szłam da­lej. Frans wresz­cie mnie za­uwa­żył.

- My­śla­łaś, że nie przyjdę. Nie było mnie na li­ście - stwier­dził zimno, mie­rząc mnie wzro­kiem.

Za­schło mi w ustach po­mimo do­piero co wy­pi­tego kok­tajlu. Było mi bar­dzo trudno sku­pić się na sło­wach, bo głod­nym wzro­kiem po­chła­nia­łam wi­dok twa­rzy i ciała Fransa. Smo­king rze­czy­wi­ście był ak­sa­mitny, co wy­da­wało się wy­jąt­kowe, a jesz­cze bar­dziej wy­jąt­ko­wym czy­nił go ko­lor. Ale wy­bit­nego ku­cha­rza można chyba za­li­czyć do ar­ty­stów, któ­rzy w końcu mogą bez­kar­nie ba­wić się ubio­rem. Ubra­nia le­żały na nim jak ulał i wie­dzia­łam, że ni­gdy w ży­ciu nie dałby rady zdo­być ich w ciągu jed­nego dnia. Gdy po­de­szłam bli­żej i spoj­rza­łam wy­ro­bio­nym okiem, mia­łam już pew­ność: to była bez wąt­pie­nia ro­bota krawca.

Frans wy­glą­dał nie­sa­mo­wi­cie i za­bój­czo sek­sow­nie. Moje ciało bez udziału świa­do­mo­ści sta­rało się do niego przy­su­nąć. Tak bli­sko, że mię­dzy nami nie po­zo­stałby na­wet mi­li­metr od­stępu. A jed­nak nie mo­głam znieść tego wi­doku. Ni­gdy jesz­cze nie spo­tka­łam ni­kogo, na kim smo­king - czy ja­ki­kol­wiek inny strój - le­żałby tak ide­al­nie. Mimo to nie chcia­łam go ta­kiego, ubra­nego w naj­lep­sze ciu­chy, jakby pró­bo­wał zro­bić wra­że­nie na wszyst­kich obec­nych. W klu­bie albo na ca­łym świe­cie.

Chcia­łam Fransa w swe­trze lub T-shir­cie i dżin­sach. Ta­kiego, który boi się jed­nego ma­łego po­ca­łunku. No do­brze, nie do końca ma­łego, ale mimo wszystko... Chcia­łam męż­czy­znę, który w ma­ry­narce wy­gląda tak, jakby znaj­do­wał się da­leko poza strefą kom­fortu. A nie tego aro­ganc­kiego, świa­do­mego wła­snej atrak­cyj­no­ści ob­cego, ro­bią­cego wra­że­nie na­wet na bar­dzo do­świad­czo­nym Fe­lik­sie.

- Niemcy. Prze­proś i za­cho­waj się grzecz­nie, a do­sta­niesz po mor­dzie na­wet od kiep­sko opła­ca­nego kel­nera. Wark­nij i po­każ im, kto tu rzą­dzi, a jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki za­czną się giąć w ukło­nach i słu­chać roz­ka­zów. W tych ste­reo­ty­pach o na­ro­dzie pa­nów wi­docz­nie kryje się ziarno prawdy - po­wie­dział le­ni­wie Frans. - Co cie­ka­wego ma­cie w pro­gra­mie na dziś? A przede wszyst­kim kogo?

Wciąż mo­głam wy­czy­tać lekką po­gardę w jego wy­ra­zie twa­rzy, co w końcu po­mo­gło mi wró­cić na zie­mię.

- Za kogo ty się prze­bra­łeś, do cho­lery? Bo sobą na pewno nie je­steś - do­gry­złam mu po fiń­sku, pewna, że nikt inny nie zro­zu­mie.

Spoj­rzał mi w oczy, roz­cią­ga­jąc sze­ro­kie, zmy­słowe usta w lek­kim uśmie­chu.

- Za ni­kogo się nie prze­bra­łem. Może i na co dzień je­steś tu­taj diwą, ale ja też po­tra­fię się do­brze pre­zen­to­wać. Co prawda na ogół mnie to nie bawi, a jed­nak coś mi mówi, że tego wie­czoru bę­dzie ina­czej. To bar­dziej niż praw­do­po­do­bne.

Sfru­stro­wana i pod­nie­cona, spo­glą­da­łam na do­łeczki, które uka­zały się już przy tym nie­wiel­kim uśmie­chu. Nie do końca ro­zu­mia­łam, co Frans chce osią­gnąć wi­zytą w klu­bie i ca­łym tym przed­sta­wie­niem, ale po­rzu­ci­łam te­mat. Na ra­zie. Uśmiech­nę­łam się do Fransa tak pięk­nie, że chyba udało mi się przy­ćmić na­wet słońce. Na­gle przy­po­mniały mi się wska­zówki z in­ter­netu.

- Jesz­cze raz dzię­kuję za bo­uil­la­ba­isse. Co go­to­wa­łeś dzi­siaj? Albo ja­kie są twoje ulu­bione da­nia w tym... - wy­pa­li­łam.

Pro­tek­cjo­nal­nie uniósł brwi.

- Zo­bacz so­bie na na­szej stro­nie. Chyba nie wy­my­ślał­bym dla klien­tów żar­cia, któ­rego sam bym nie zjadł. Cały dzień spę­dzi­łem w re­stau­ra­cji, więc nie chce mi się o tym ga­dać po pracy. Co ma­cie w pro­gra­mie na dziś? - prze­rwał mi bez­li­to­śnie.

Od środka za­częło mnie pod­gry­zać iry­tu­jące za­że­no­wa­nie, które nie na­le­żało do mo­jego nor­mal­nego re­per­tu­aru emo­cji. Szybko zmie­ni­łam te­mat. Chcia­łam osią­gnąć efekt wy­ra­fi­no­wa­nia i kur­tu­azji, ale z mo­ich ust wy­do­było się:

- Oczy­wi­ście... To ten... co są­dzisz o gru­pie Der Blaue Re­iter? Ja strasz­nie ich lu­bię i...

Nie­zręcz­nie zła­pa­łam się za war­kocz i po­cią­gnę­łam, by­naj­mniej nie uwo­dzi­ciel­sko. Frans przez chwilę pa­trzył na mnie bez wy­razu, w końcu spy­tał po­woli:

- Czy to część sce­na­riu­sza? Naj­pierw trzeba się po­pi­sać kul­turą i oby­ciem, żeby móc za­ru­chać? Trzeba by być na­prawdę pro­sta­kiem, żeby nie uwa­żać Der Blaue Re­iter za do­syć istotną grupę i żeby nie prze­pa­dać cho­ciaż za nie­któ­rymi z nich. Szcze­gól­nie bio­rąc pod uwagę, że do człon­ków na­le­żeli Marc, Kan­din­sky, Klee czy Pi­casso. I Ma­le­wicz. Po­wiesz mi w końcu, co jest w pro­gra­mie?

Prze­łknę­łam wstyd, który po­ja­wił się po­mimo wszyst­kich mo­ty­wu­ją­cych prze­mó­wień, ja­kie so­bie za­ser­wo­wa­łam.

- Nie no, ja­sne. Nie. Nie trzeba się po­pi­sy­wać. Po pro­stu by­łam cie­kawa. No więc mamy cały czas wy­stępy na sce­nie. Im da­lej w noc, tym go­ręt­sze się stają. A skoro jest już ta go­dzina, za­raz po­jawi się De­si­rée. Nie dość, że roz­bie­rze się do naga, to jesz­cze...

Wzrok Fransa zda­wał się zła­god­nieć na krótką chwilę, ale wra­że­nie mi­nęło nie­mal od razu.

- Tak. Oczy­wi­ście. To może być cał­kiem do­bra roz­rywka, ale mnie cho­dzi o to, które pięk­no­ści dziś pra­cują. Ta ciem­no­skóra dziew­czyna była na­prawdę ładna.

Moją pierś wy­peł­nił nie­wia­ry­god­nie mocny kok­tajl wście­kło­ści i żalu. Mia­łam wra­że­nie, że nie dam rady mó­wić da­lej.

- Mi­chelle oczy­wi­ście jest w pracy. Po­dob­nie jak Ana, Se­lena i Glo­ria - zmu­si­łam się do od­po­wie­dzi.

Od­wró­ci­łam się od niego, bo już i tak po­pę­kana ma­ska, którą usi­ło­wa­łam mu za­pre­zen­to­wać, gro­ziła roz­pad­nię­ciem się na ka­wałki. Naj­mniej ze wszyst­kiego mia­łam ochotę na po­ka­za­nie Fran­sowi, ja­kie za­ła­ma­nie wy­wo­łała moja wła­sna bez­ładna pa­pla­nina w po­łą­cze­niu z jego sło­wami. Wska­za­łam ge­stem schody pro­wa­dzące do głów­nej sali klubu.

- Pro­szę bar­dzo, za­po­znaj się z oto­cze­niem. Ja wszystko ob­ser­wuję stąd.

By­łam tak nie­szczę­śliwa i roz­gnie­wana, że aż sama nie mo­głam w to uwie­rzyć, ale usia­dłam z po­wro­tem w fo­telu z ta­kim wdzię­kiem, na jaki tylko było mnie stać. Ką­tem oka zo­ba­czy­łam, że Frans na mo­ment zwraca się w moją stronę, ale nie za­mie­rza­łam już na niego spo­glą­dać. Je­śli chce pie­przyć się z któ­rąś z dziew­czyn, niech mu bę­dzie. Dla mnie seks i tak ni­gdy nie miał wiel­kiego zna­cze­nia, za­pew­ni­łam się w du­chu i ob­ser­wo­wa­łam, jak męż­czy­zna scho­dzi po scho­dach wprost do gniazda roz­pu­sty, któ­rym dy­ry­go­wa­łam.

Jak zwy­kle we wtorki klub nie był pełny, ale w nie­któ­rych miej­scach pary i grupki lu­dzi upra­wiały seks z wy­raźną przy­jem­no­ścią. Glo­ria była tą z dziew­czyn, która po­tra­fiła prze­ko­nu­jąco grać do­minę, choć w rze­czy­wi­sto­ści wcale nie miała ku temu skłon­no­ści. Za­uwa­ży­łam ją, jak bez­li­to­śnie dep­cze w dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych szpil­kach po czoł­ga­ją­cym się przed nią ko­le­siu w gar­ni­tu­rze, a na­stęp­nie ła­pie go mocno za włosy.

Męż­czy­zna praw­do­po­dob­nie był ja­kimś zna­nym po­li­ty­kiem, sę­dzią lub biz­nes­me­nem. Im wię­cej fa­ceci mieli wła­dzy, tym więk­szą od­czu­wali po­trzebę by­cia zdo­mi­no­wa­nymi, a wręcz spo­nie­wie­ra­nymi przez ko­bietę. Może dla­tego, że oni sami po­nie­wie­rali lu­dzi za­wo­dowo.

Wi­dzia­łam, jak Frans po­dąża w głąb klubu cen­tral­nym przej­ściem, po czym siada na jed­nej ze skó­rza­nych ka­nap. Coś za­mó­wił, ale jesz­cze za­nim przy­nie­siono mu na­pój, tuż obok zja­wiła się Mi­chelle. Pa­liło mnie w gar­dle, a jesz­cze bar­dziej pie­kły mnie oczy, lecz z po­zor­nym spo­ko­jem ob­ser­wo­wa­łam, jak para po­grąża się w roz­mo­wie, zu­peł­nie jakby byli w zwy­czaj­nej ka­wiarni. Po­mi­ja­jąc tylko fakt, że Mi­chelle znów nie miała na so­bie nic poza ską­pymi strin­gami.

Kiedy Ana po­ja­wiła się w tym sa­mym miej­scu i usa­do­wiła się po dru­giej stro­nie Fransa, zgrzy­ta­łam zę­bami. Dziew­czyny miały wła­sne za­sady po­stę­po­wa­nia, które znały na pa­mięć. Jedną z naj­waż­niej­szych re­guł była ta, że wszyst­kie nie mo­gły jed­no­cze­śnie rzu­cić się na tego sa­mego klienta.

Je­śli sprawa była nie­ja­sna, pra­cow­nice szły po­roz­ma­wiać i de­cy­do­wały, która ma spró­bo­wać pierw­sza lub któ­rej klient oka­zał do tej pory naj­wię­cej uwagi. Na ogół wszystko to działo się cał­ko­wi­cie pro­fe­sjo­nal­nie i bez emo­cji, ale po­win­nam się była do­my­ślić, że ilość te­sto­ste­ronu wy­dzie­lana przez Fransa za­kręci w gło­wach też dziew­czy­nom. Tym bar­dziej że z nie­zwy­kłym po­wo­dze­niem od­gry­wał rolę wła­ści­ciela ca­łego świata.

Po chwili za­częło się dziać. Ana ze­śli­zgnęła się z sofy, spra­wia­jąc wra­że­nie za­wie­dzio­nej, pod­czas gry Frans naj­wy­raź­niej tym ra­zem wziął ofertę Mi­chelle na po­waż­nie. Dziew­czyna usia­dła okra­kiem na jego udach i za­częli się ca­ło­wać długo i na­mięt­nie. Po­woli i do­głęb­nie. W ten sam spo­sób, w jaki Frans ca­ło­wał mnie.

Znaj­do­wali się nieco na ukos ode mnie, więc do­brze wi­dzia­łam, jak wy­ćwi­czone plecy Mi­chelle wy­gi­nają się lekko, jak ręka Fransa gła­dzi nagi ty­łek i jak jego usta na­gle od­ry­wają się od peł­nych warg i za­czy­nają ssać je­den z sut­ków. Włosy dziew­czyny za­fa­lo­wały, jej głowa od­chy­liła się tak, że twarz miała skie­ro­waną ku su­fi­towi, pod­czas gdy palce Fransa wsu­nęły się pod gumkę strin­gów i ścią­gnęły je nieco ni­żej.

Wy­glą­dało na to, że męż­czy­zna mówi coś do Mi­chelle, która na po­wrót skie­ro­wała twarz w jego stronę i po­tak­nęła. Wy­cią­gnęła się w kie­runku sto­ją­cego obok ka­napy sto­lika, wy­jęła duży wi­bra­tor, po czym spraw­nie na­cią­gnęła na niego pre­zer­wa­tywę. Ni­gdy nie ro­zu­mia­łam, dla­czego mówi się, że ko­muś pęka serce czy że się ła­mie albo boli. Te­raz jed­nak otrzy­ma­łam zna­ko­mitą lek­cję, co zna­czą te po­wie­dze­nia. Nie­mal sły­sza­łam trzask od­ry­wa­ją­cych się ka­wa­łecz­ków. Pró­bo­wa­łam za­czerp­nąć po­wie­trza, cho­ciaż płuca nie chciały go przy­jąć, i utrzy­mać serce w ca­ło­ści, choć czu­łam, jak krwawi. Ko­lejna me­ta­fora, któ­rej zna­cze­nie zro­zu­mia­łam, ob­ser­wu­jąc Fransa i Mi­chelle.

Frans ge­stem za­chę­cił dziew­czynę, żeby po­ło­żyła się na ka­na­pie, i roz­su­nął jej nogi. Jedną ręką ści­skał, ma­so­wał i gniótł jej piersi, pod­czas gdy drugą skie­ro­wał wi­bra­tor mię­dzy jej uda.

To mi wy­star­czyło. Chcia­ła­bym być tak silna i obo­jętna, żeby po pro­stu sie­dzieć i pa­trzeć, ale taka nie by­łam. W ży­ciu nie pra­gnę­łam ni­czego tak bar­dzo jak Fransa, więc na pewno nie za­mie­rza­łam wy­pu­ścić go z rąk tylko dla­tego, że zo­ba­czył frag­ment na­gra­nia sprzed ośmiu lat. Nie po­zwolę, żeby za­szu­flad­ko­wał mnie jako ta­nią dziwkę ze względu na moją prze­szłość. I na pewno nie dam pięk­nej, ale nieco pro­stej i sła­bej pa­nience za­jąć miej­sca na­leż­nego mnie. Mnie.

Cał­ko­wi­cie za­po­mniaw­szy, jak słaba ja sama by­łam w la­tach mło­do­ści, ru­szy­łam do przodu jak czołg. Za­zwy­czaj po­zdra­wia­łam klien­tów, prze­cha­dza­jąc się po klu­bie, ale te­raz pra­wie wpa­da­łam na wszyst­kich i do ni­kogo się nie od­zy­wa­łam. Szłam pro­sto przed sie­bie głów­nym przej­ściem, aż do­tar­łam do ka­napy, na któ­rej Frans pe­ne­tro­wał Mi­chelle dłu­gim, gru­bym wi­bra­to­rem, pod­czas gdy ustami ssał jej ide­al­nie okrą­głą pierś. Wy­raz twa­rzy dziew­czyny świad­czył o czy­stej roz­ko­szy, a kiedy po­de­szłam bli­żej, mu­zyka aku­rat na mo­ment przy­ci­chła i usły­sza­łam, jak Mi­chelle dy­szy:

- Pieprz mnie. Tak na­prawdę. Tu­taj. Te­raz.

Frans pod­niósł głowę i spoj­rzał w ciem­no­brą­zowe oczy ko­biety. Z tej od­le­gło­ści mo­głam już do­strzec, że się waha.

Prze­ko­ny­wa­łam samą sie­bie, że Frans nie po­su­nie się do sa­mego końca. W moim klu­bie był nie na miej­scu. Nie od­wie­dzał tego typu lo­kali. Uwa­żał je za ele­ment pół­światka. Coś ka­zało mu tu­taj przyjść tego wie­czoru, ale nie wie­rzy­łam, że była to Mi­chelle. Chyba wie­dzia­łam, o co cho­dzi. A w każ­dym ra­zie mu­sia­łam za­ufać, że in­stynkt mnie nie za­wo­dzi.

Na­dzieja umarła za­le­d­wie parę se­kund póź­niej. Znaj­do­wa­łam się w od­le­gło­ści ja­kichś pię­ciu me­trów od nich, kiedy zo­ba­czy­łam, jak Frans zde­cy­do­wa­nym ru­chem zdej­muje smo­king. Po­czu­łam, jak prze­ra­że­nie chwyta mnie za gar­dło. Czy ten cho­lerny fa­cet na­prawdę miał za­miar pie­przyć nie­zna­jomą ko­bietę w moim klu­bie?

By­łam zdru­zgo­tana, wście­kła, nie­szczę­śliwa i jesz­cze raz wście­kła. Wście­kła, wście­kła, wście­kła. Ja­koś udało mi się cał­ko­wi­cie za­po­mnieć o tym, że klub ist­nieje wła­śnie po to, żeby można w nim było speł­niać wszel­kie cie­le­sne fan­ta­zje, przy­naj­mniej w gra­ni­cach prawa. Za­po­mnia­łam, że płacę Mi­chelle za uwo­dze­nie no­wych klien­tów i pod­trzy­my­wa­nie za­in­te­re­so­wa­nia sta­łych by­wal­ców. Za­po­mnia­łam, że je­stem re­spek­to­waną, nie­raz bu­dzącą lęk wła­ści­cielką tego miej­sca.

By­łam już tylko roz­e­mo­cjo­no­waną ko­bietą ma­rzącą o zła­pa­niu Mi­chelle za włosy, rzu­ce­niu jej na pod­łogę i wy­ko­pa­niu na drugi ko­niec świata, żeby na pewno nie udało jej się ni­gdy wię­cej do­rwać do Fransa. Chcia­łam wy­mie­rzyć Fran­sowi po­li­czek i za­żą­dać wy­ja­śnień. Wrza­snąć, że może spier­da­lać na drzewo ze swo­imi smo­kin­gami i aro­ganc­kim, sztucz­nym za­cho­wa­niem. A po­tem być ugła­skana po­ca­łun­kami, proś­bami o wy­ba­cze­nie i... no, czym­kol­wiek. Cho­ciażby po­ga­wędką.

Żeby tylko jego uwaga znów sku­piła się na mnie i na ni­kim in­nym.

Po­de­szłam do nich i sub­tel­nie od­chrząk­nę­łam. Mi­chelle spoj­rzała na mnie z osłu­pie­niem. I nic dziw­nego. Nie mia­łam w zwy­czaju wkra­czać po­mię­dzy klien­tów a dziew­czyny. Ni­gdy.

- Prze­pra­szam, ale za­po­mnia­łam, że mam ważną, na­prawdę ważną sprawę do Fransa.

On też już zdą­żył pod­nieść głowę. Spra­wiał wra­że­nie nie­za­do­wo­lo­nego i nie­przy­ja­znego. Zu­peł­nie mnie to nie ob­cho­dziło. Mi­chelle z ko­lei wy­glą­dała na za­wie­dzioną, ale bły­ska­wicz­nie ze­brała się w so­bie.

- Jesz­cze raz. Jak naj­szyb­ciej - szep­nęła.

Ze zmru­żo­nymi oczami pa­trzy­łam na ciem­no­skórą pięk­ność, a w mo­jej gło­wie po­ja­wiły się trzy wy­jąt­kowo oczy­wi­ste słowa.

"Ni­gdy w ży­ciu".

Kiedy Mi­chelle so­bie po­szła, usia­dłam w tej swo­jej idio­tycz­nej kiecce tuż obok Fransa i ża­ło­wa­łam, że nie za­ło­ży­łam sek­sow­niej­szej ma­łej czar­nej. Albo tej kró­ciut­kiej czer­wo­nej su­kienki. Albo...

- O co cho­dzi? My­śla­łem, że z tymi pan­nami można zro­bić, co się komu żyw­nie po­doba, o ile one się zgo­dzą - wark­nął Frans i z za­ciętą miną roz­parł się na ka­na­pie.

- Bo tak jest - od­par­łam dziw­nym gło­sem, któ­rego sama nie po­zna­wa­łam. Ocie­ka­ją­cym tę­sk­notą.

- To dla­czego prze­ry­wasz mój wie­czór z Mi­chelle...

- Nie je­steś taki. Sam mi to mó­wi­łeś. Nie ba­wisz się w ten spo­sób. - Wy­ko­na­łam sze­roki gest, obej­mu­jąc nim cały klub.

- A co ty, do chuja, wiesz o mo­ich za­ba­wach? Ciężko pra­cuję, a ty roz­pie­przy­łaś mój długi zwią­zek tak, że na­wet w wa­ka­cje nie będę miał z kim upra­wiać seksu. A te­raz w tym bur­delu na­wet nie mogę za­ru­chać jak wszy­scy. Bo na­gle po­czu­łaś się upraw­niona do niań­cze­nia mnie i za­de­cy­do­wa­łaś, że tu nie pa­suję.

Wku­rzy­łam się, choć serce bo­lało mnie jesz­cze bar­dziej niż przed­tem.

- Wcale nie chcesz Mi­chelle! A je­śli twój zwią­zek się roz­pie­przył, sam je­steś za to od­po­wie­dzialny! Nie ka­za­łam ci się roz­sta­wać, sam po­wie­dzia­łeś, że wła­ści­wie nie było ci z nią do­brze! I to nie jest ża­den bur­del, wbij to so­bie wresz­cie do tej swo­jej pu­stej głowy!

- Okej. Czyli skoro nie chcę Mi­chelle, tej Any pew­nie tak samo, chyba mu­szę iść do in­nego klubu i spraw­dzić, czy tam będę mógł w spo­koju roz­ła­do­wać na­pię­cie. Z dala od ja­kiejś dziwki wy­ru­cha­nej przez mi­lion ko­lesi, która nie daje mi ro­bić tego, czego pra­gnę. Mój wie­czór tu­taj do­biegł końca. Zo­sta­wię wam opi­nię z jedną gwiazdką!

Frans wstał i z po­wro­tem za­ło­żył smo­king. Cho­ciaż by­łam nie­szczę­śliwa i wście­kła, po­de­szłam do niego tak bli­sko, że pra­wie się do­ty­ka­li­śmy. W tym sta­nie było mi obo­jętne, ja­kimi mnie czę­stuje wy­zwi­skami. Róż­nie mnie w ży­ciu na­zy­wano, ale mia­łam mocne po­dej­rze­nia, że aku­rat on na co dzień nie używa ta­kiego ję­zyka. Te wul­ga­ry­zmy coś ozna­czały. Moja na­dzieja znów roz­kwi­tła, bo Frans nie zro­bił uniku ani nie ode­pchnął mnie od sie­bie. Tylko pa­trzył mi w oczy z upar­cie zmarsz­czo­nymi brwiami.

- Nie chcesz Mi­chelle. Chcesz mnie. Może i ru­chał mnie mi­lion męż­czyzn, ale mnie chcesz. Nic nie po­ra­dzę na swoją prze­szłość. To nie jest film fa­mi­lijny i nie za­mie­rzam ci wszyst­kiego dzi­siaj opo­wia­dać, ale jak mi dasz... - mru­cza­łam mu wprost do ucha.

Wy­krzy­wił usta i par­sk­nął.

- I co, mam ci współ­czuć? Całe ży­cie ro­bi­łaś to, co ko­chasz. Wszystko wi­dzia­łem na na­gra­niu. Moż­liwe, że na chwilę za­wró­ci­łaś mi w gło­wie, ale wszyst­kiemu na pewno winne jest oto­cze­nie. Piękne ko­biety, seks, prze­kra­cza­nie gra­nic. Udało ci się chwi­lowo spro­wa­dzić mnie na ma­nowce, jed­nak na twoim miej­scu mo­głaby rów­nie do­brze być Mi­chelle. Po pro­stu po­trze­buję ko­biety. Nic wię­cej. A te­raz...

Mia­łam ochotę go ude­rzyć. Ja­sne, w po­rów­na­niu ze mną był świę­tosz­kiem, ale i on mie­wał związki z ko­bie­tami. Na pewno znał róż­nicę mię­dzy po­wierz­chow­nym ero­tycz­nym po­cią­giem a che­mią, od ja­kiej zie­mia trzę­sie się w po­sa­dach. Owład­nięta emo­cjami, nie za­sta­na­wia­łam się, w któ­rym mo­men­cie ja sama sta­łam się eks­per­tką po­tra­fiącą roz­róż­nić te dwie rze­czy. Ale po­tra­fi­łam. A te­raz za­mie­rza­łam zmu­sić tego nie­zno­śnego fa­ceta, żeby wresz­cie się pod­dał.

Uję­łam w dło­nie twarz o moc­nych ry­sach, przez chwilę pa­trzy­łam w ciemne od gniewu oczy, a po­tem po­ca­ło­wa­łam. De­spe­racko, żar­łocz­nie i wście­kle, jed­no­cze­śnie wpla­ta­jąc palce w mięk­kie zło­ci­ste włosy i przy­ci­ska­jąc się ca­łym cia­łem do ak­sa­mit­nego smo­kingu. Z po­czątku Frans nie od­wza­jem­nił po­ca­łunku, stał sztywno i bez ru­chu, ale kiedy do­tknę­łam ję­zy­kiem jego warg i wes­tchnę­łam, po­czu­łam, jak coś w jego ciele od­pusz­cza.

Po­ło­żył dużą dłoń na mo­ich lę­dź­wiach, silne palce po­cią­gnęły mnie za war­kocz, a sze­ro­kie, zmy­słowe usta roz­chy­liły się i zmię­kły pod na­ci­skiem mo­ich warg. Pra­wie się roz­pła­ka­łam z ulgi. Na­wet nie by­łam świa­doma, jak bar­dzo się ba­łam - że po­my­li­łam się i że Frans nie chce mieć już ze mną nic wspól­nego po tym, co zo­ba­czył.

Na­gle ja­kimś cu­dem zna­la­złam się w jego ob­ję­ciach. Sap­nę­łam z za­sko­cze­nia, ale nie zdą­ży­łam zro­bić nic in­nego, za­nim po­ło­żył rękę na mo­jej gło­wie i jesz­cze moc­niej wpił się w moje usta. Jego palce wę­dro­wały po moim udzie, od­su­nęły rą­bek su­kienki i ści­snęły ob­na­żony po­śla­dek. Po­tem po­czu­łam lek­kie ugry­zie­nie na dol­nej war­dze i ję­zyk wśli­zgu­jący mi się do ust.

Mój umysł wy­peł­niła mie­sza­nina szczę­ścia i po­żą­da­nia. Mocno ob­ję­łam Fransa za szyję, a kiedy on wsu­nął mi palce mię­dzy uda, po­tarł kil­ku­krot­nie, a na­stęp­nie od­chy­lił stringi, za­drża­łam z roz­ko­szy. Na mo­ment ode­rwa­łam się od jego ust i wy­da­łam nie­mal bła­galny jęk. Moja cipka była na­brzmiała, wraż­liwa i tak mo­kra, że palce Fransa pły­wały w jej so­kach.

Od­głos obu­dził we Fran­sie tę samą be­stię, którą spo­tka­łam już wtedy, gdy za­spo­ka­jał mnie pal­cami w biu­rze. Opu­ścił mnie na ka­napę, do­kład­nie tam, gdzie wcze­śniej le­żała Mi­chelle, pod­cią­gnął su­kienkę jesz­cze wy­żej i ze­rwał ze mnie majtki.

Po raz pierw­szy od sied­miu lat le­ża­łam na klu­bo­wej so­fie z męż­czy­zną mię­dzy no­gami. Spoj­rze­nie Fransa za­snuła mgła, jego twarz się wy­krzy­wiła, po czym męż­czy­zna po­chy­lił się nade mną pe­łen de­ter­mi­na­cji. Jed­nym ru­chem roz­piął za­mek na ple­cach su­kienki i po­cią­gnął za de­kolt, ob­na­ża­jąc moje ra­miona, a na­stęp­nie wy­do­był spod tka­niny piersi okryte zie­lo­nym ko­ron­ko­wym biu­sto­no­szem.

Po­czu­łam, jak roz­wiera mi uda i wsuwa dwa dłu­gie, grube palce w moją cipkę. Mocno ści­snął pierś. Ję­cza­łam ci­cho i by­łam tak roz­pa­lona, że oba­wia­łam się dojść już od kilku pchnięć, ale coś mi prze­szko­dziło. Coś, co wcze­śniej zu­peł­nie nie ro­biło mi róż­nicy.

- Frans. Nie tak... nie tu­taj... - wy­ję­cza­łam, gdy tylko myśl przy­brała osta­teczny kształt.

Na jego twa­rzy po­ja­wił się dziki, zło­wrogi wy­raz.

- O co ci cho­dzi, do cho­lery? Te­raz za­mie­rzasz się wy­co­fać, jak naj­pierw ode­sła­łaś dziew...

Ści­snęło mnie w pod­brzu­szu, kiedy za­nu­rzył palce głę­boko we mnie.

- Nie. Nie za­mie­rzam, nie. Ale nie tu­taj. Nie dam rady.

Mó­wi­łam prawdę. Nie by­łam w sta­nie prze­wi­dzieć wła­snej re­ak­cji, za­nim zna­la­złam się w tej po­zy­cji. Po sied­miu la­tach nie chcia­łam upra­wiać seksu pu­blicz­nie, na oczach wszyst­kich. Szcze­rze mó­wiąc, myśl o tym bu­dziła we mnie taki lęk, że gro­ziła uga­sze­niem mo­jego nie­okieł­zna­nego pod­nie­ce­nia.

- Za­bierz mnie gdzieś. Stąd. Żeby nie wi­dzieli.

Frans ock­nął się, sły­sząc pa­nikę w moim gło­sie i wi­dząc roz­sze­rzone ze stra­chu źre­nice. Po­ki­wał głową, naj­wy­raź­niej odro­binę za­nie­po­ko­jony. Nie­dba­łym ru­chem z po­wro­tem na­cią­gnął na mnie su­kienkę i schy­lił się.

Wziął mnie w ob­ję­cia. Zna­la­złam się w moc­nych, mę­skich i nie­wia­ry­god­nie do­brze pach­ną­cych ra­mio­nach. Wci­snę­łam twarz w gra­na­towy ak­sa­mit, a Frans niósł mnie przez cały klub, bez wąt­pie­nia na oczach osłu­pia­łych pra­cow­ni­ków, w stronę biura. Od­czu­wa­łam tak wiel­kie szczę­ście i ulgę, że cała trzę­słam się z emo­cji. Za­ci­snę­łam ręce na ubra­niu Fransa, aż zbie­lały mi knyk­cie, i nie od razu zo­rien­to­wa­łam się, że sto­imy już przed drzwiami biura.

- Drzwi są za­mknięte, ko­cha­nie - za­mru­czał mi do ucha to­nem zu­peł­nie in­nym od tego, któ­rego uży­wał przez cały wie­czór. Ła­god­nym, a za­ra­zem peł­nym pa­sji.

Piesz­czo­tliwe okre­śle­nie za­wró­ciło mi w gło­wie i przez chwilę pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć kod do drzwi.

- Cztery, osiem, dzie­więć, je­den - szep­nę­łam, jesz­cze szczę­śliw­sza niż przed­tem.

Dla Fransa pew­nie nic to nie zna­czyło, ale słowo "ko­cha­nie" spra­wiło, że zu­peł­nie się roz­pły­nę­łam. Po­czu­łam się, jak­bym wy­grała w to­to­lotka. Otar­łam po­li­czek o miękki ak­sa­mit, a kiedy wcho­dzi­li­śmy do biura, znów po­czu­łam eks­cy­ta­cję.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wała ciem­ność, po­mi­ja­jąc prze­są­cza­jące się przez ża­lu­zje świa­tła noc­nego Ber­lina. Frans jed­nak skie­ro­wał się ku ka­na­pie z taką pew­no­ścią, jakby by­wał tam już setki razy. Usiadł, po­sa­dził mnie so­bie okra­kiem na ko­la­nach i oparł się czo­łem o moje czoło.

- Co ci się stało? Zro­bi­łem ci krzywdę? Prze­pra­szam, że za­cho­wa­łem się jak świ­nia. By­łem po pro­stu taki...

- Nie. Było mi do­brze - wy­mam­ro­ta­łam. - Ale ja już nie dam rady. Nie... nie mo­głam wie­dzieć, że nie będę w sta­nie tego znieść. By­cia na wi­doku.

- Ale jak... Na na­gra­niu spra­wia­łaś wra­że­nie, że ci się po­doba.

Chcia­łam, żeby Frans jak naj­szyb­ciej za­po­mniał o tej prze­klę­tej ta­śmie, i za­chłan­nie wpi­łam się w jego usta. Pod­cią­gnę­łam su­kienkę i przy­ci­snę­łam na­gie kro­cze do ak­sa­mit­nych spodni. Moje stringi zo­stały w klu­bie, jed­nak wcale mi ich nie bra­ko­wało. Aż syk­nę­łam z roz­ko­szy. Jedną ręką zła­pa­łam Fransa za tył głowy, a drugą po­cią­gnę­łam go za pa­sek.

Frans pró­bo­wał coś wy­mru­czeć tuż przy mo­ich ustach, ale nie chcia­łam go słu­chać, więc szyb­kim ru­chem od­pię­łam mu roz­po­rek. Nie­cier­pli­wie i ła­ko­mie jak głodna wil­czyca. Czu­łam, jak ści­ska moje po­śladki, gła­dzi mnie co­raz wy­żej, aż do pasa, po czym znów zsuwa ręce. Mocno po­cią­gnął za za­mek su­kienki i po­czu­łam chłod­niej­sze po­wie­trze na pier­siach, kiedy ścią­gnął ze mnie biu­sto­nosz.

Za­czął przy­gry­zać moje piersi, a ja chwy­ci­łam du­żego, dłu­giego i twar­dego jak że­la­zny pręt ku­tasa, po czym w upo­je­niu unio­słam się, żeby otrzeć się o jego czu­bek. Kiedy sze­roka główka oparła się o moją roz­wartą, ocie­ka­jącą so­kiem cipkę, wy­rwał mi się bez­radny, wy­peł­niony czy­stym po­żą­da­niem okrzyk. Za­ci­snę­łam oczy i ocie­ra­łam się o sztyw­nego pe­nisa w przód i w tył, od łech­taczki po ro­wek mię­dzy po­ślad­kami. By­łam pewna, że za­raz zwa­riuję, tak było mi fan­ta­stycz­nie.

- Cho­lera.

Stłu­miony głos Fransa był głęb­szy niż ocean i bar­dziej szorstki niż sta­lowa wełna. Wci­snął mi coś do ręki i choć mi­nęło już sie­dem lat, ro­ze­rwa­łam opa­ko­wa­nie tak spraw­nie jak­bym ostat­nio ro­biła to wczo­raj. Za­ło­ży­łam mu pre­zer­wa­tywę i już się pod­no­si­łam, żeby wró­cić do po­przed­niej po­zy­cji, kiedy on mocno ści­snął moje sutki, aż jęk­nę­łam z bólu, i sil­nymi, du­żymi dłońmi chwy­cił mnie w ta­lii.

Uniósł mnie nieco wy­żej, a jego go­rący od­dech pie­ścił moje piersi. Po­czu­łam, jak kie­ruje pe­nisa do­kład­nie tam, gdzie po­wi­nien - w obo­lałą z pra­gnie­nia, wy­cze­ku­jąco pul­su­jącą cipkę. Za­skom­la­łam nie­cier­pli­wie i pró­bo­wa­łam opu­ścić mied­nicę, ale Frans mi nie po­zwo­lił. My­śla­łam, że za­raz się roz­pła­czę z de­spe­ra­cji.

Prze­su­nął silne ręce na mój ty­łek. Jęk­nę­łam z roz­ko­szy, kiedy wresz­cie wszedł we mnie odro­binę. Jego dłu­gie palce roz­su­wały i gła­dziły po­śladki. Po­zwo­lił mi opu­ścić się nieco ni­żej, a mój punkt G eks­plo­do­wał jak bły­ska­wica. Za­drża­łam, od­chy­li­łam się, nie­siona gwał­towną falą przy­jem­no­ści, i za­nur­ko­wa­łam w ciem­ność, kiedy moim cia­łem wstrzą­snęła ko­lejna eks­plo­zja.

Frans też w końcu stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą. Usły­sza­łam jego chra­pliwy głos:

- Boże, jaka de­li­katna, mo­kra cipka.

Tuż po tym po­szy­bo­wa­łam w prze­stwo­rza. To było ta­kie uczu­cie. Frans na­gle wcią­gnął mnie na sie­bie do sa­mego końca tak, że nie­mal po­czu­łam sy­piące się mię­dzy nami iskry. Zła­pa­łam go za włosy i unio­słam się jak zbun­to­wany dzie­ciak, za­nim on zdą­żył mi prze­szko­dzić.

Znów opa­dłam, krzyk­nę­łam z roz­ko­szy i by­łam pewna, że za­raz roz­padnę się na ka­wałki, kiedy cu­do­wny, ol­brzymi ku­tas po raz ko­lejny wbił się we mnie. Całe kro­cze mia­łam na­pięte jak struna i każdy ruch czu­łam od łech­taczki aż po od­byt. Frans coś wy­mam­ro­tał, ale już nie pró­bo­wał mnie zmu­sić do wol­niej­szego tempa, które bez wąt­pie­nia do­pro­wa­dzi­łoby mnie do sza­leń­stwa. Co prawda moje zdro­wie psy­chiczne wciąż było za­gro­żone i przy­spie­szy­łam, ujeż­dża­jąc go tak, jak jesz­cze ni­gdy ni­kogo nie ujeż­dża­łam.

Po­ło­ży­łam dłoń na gło­wie Fransa i przy­ci­snę­łam jego twarz do mo­ich piersi, wzla­tu­jąc co­raz wy­żej. Męż­czy­zna wciąż ści­skał mnie za po­śla­dek, ale drugą rękę prze­mie­ścił na mój kark i od­wró­cił głowę w ten spo­sób, że mógł znów zę­bami zła­pać mnie za skórę biu­stu. To małe ukłu­cie bólu na­tych­miast wy­strze­liło mnie poza or­bitę.

Przed mo­imi oczami roz­lało się krwi­sto­czer­wone mo­rze. Krzyk­nę­łam, jakby mnie tor­tu­ro­wano, i roz­sy­pa­łam się na mi­liony, a może mi­liardy mo­le­kuł, ato­mów, czą­ste­czek. Moja po­chwa sta­nęła w pło­mie­niach, za­częła dziko pul­so­wać i przy każ­dym pchnię­ciu pró­bo­wała cał­ko­wi­cie po­chło­nąć bo­skiego ku­tasa Fransa. Jak z od­dali usły­sza­łam wście­kłe wark­nię­cie, kiedy po­cią­gnę­łam Fransa za włosy. Tań­czy­łam na nim jak sza­lona.

Przez moje jęki i krzyki na­gle prze­biło się ni­skie, dzi­kie ryk­nię­cie. Na­sze bio­dra ude­rzyły o sie­bie z ol­brzy­mią siłą. Po­czu­łam, jak ciało Fransa drży i roz­anie­lona, opar­łam głowę o sze­ro­kie, umię­śnione, okryte ak­sa­mi­tem ra­miona. Zsu­nę­łam dłoń z jego głowy pod koł­nierz smo­kingu i wes­tchnę­łam, za­do­wo­lona i bar­dziej za­spo­ko­jona niż kie­dy­kol­wiek.

Mia­łam wra­że­nie, że w ci­szy pły­niemy ra­zem w kie­runku wiecz­no­ści, ale po­tem usły­sza­łam, jak Frans mówi:

- Na­prawdę je­steś do­bra. Nie­wia­ry­godna. Chyba mo­żemy się tro­chę za­ba­wić. No wiesz, tak bez zo­bo­wią­zań.

Roz­dział 5

Na­stęp­nego ranka obu­dzi­łam się nie­szczę­śliwa po źle prze­spa­nej nocy. Czu­łam się od­rzu­cona i nie­zro­zu­miana. I wy­ci­śnięta do cna. Wcale nie po­do­bał mi się ten stan.

Przez całą noc pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co się stało. Wczo­raj Frans co prawda cał­kiem czu­łym ge­stem po­mógł mi wstać, ale po­tem dał mi tylko szyb­kiego bu­ziaka. Za­pro­po­no­wał, że­by­śmy ko­lej­nego dnia znów spo­tkali się w biu­rze, prze­szu­kali pod­łogę i li­stwy w ca­łym po­miesz­cze­niu, tro­piąc po­ten­cjalną drugą kry­jówkę. Miał aku­rat wolny dzień, więc z cza­sem nie po­winno być pro­blemu. Za­pro­po­no­wa­łam tak chłod­nym to­nem, jak po­tra­fi­łam, że mógłby po­tem wpaść do mnie do domu i po­bież­nie za­po­znać się z roz­kła­dem po­miesz­czeń. Wspo­mnia­łam rów­nież, że część me­bli w klu­bie zo­stała od­no­wiona, a pod­czas dwóch eta­pów roz­bu­dowy od­świe­ży­li­śmy też pod­łogi i ściany. Od­na­le­zie­nie cze­go­kol­wiek po tak grun­tow­nych zmia­nach nie wy­da­wało mi się praw­do­po­do­bne.

Po­woli jed­nak na ho­ry­zon­cie za­czy­nała ma­ja­czyć moż­li­wość, że ob­razy rze­czy­wi­ście są albo gdzieś w biu­rze, albo w miesz­ka­niu. Je­śli mój mąż scho­wał pod pod­łogą na­gra­nia, pew­nie po­tra­fiłby rów­nież w do­wol­nym miej­scu spryt­nie ukryć dzieła sztuki.

"Tak bez zo­bo­wią­zań".

Te słowa długo nie po­zwo­liły mi za­snąć, a te­raz znowu mnie otrzeź­wiły. Kłę­biły mi się w umy­śle - ostrze­gaw­cze, nie­wła­ściwe i nie­bez­pieczne, choć sama nie mo­głam zro­zu­mieć, czemu spra­wiają ta­kie wra­że­nie. Prze­cież do­sta­łam to, na co li­czy­łam. Frans chciał re­gu­lar­nie upra­wiać ze mną seks, przy­naj­mniej do­póki mie­li­śmy wspólne za­ję­cie.

Kiedy do­kład­niej przy­po­mnia­łam so­bie wy­da­rze­nia po­przed­niego wie­czoru, za­uwa­ży­łam co naj­mniej parę rze­czy, które mo­gły wy­wo­łać mój nie­szczę­śliwy na­strój. Frans po­chwa­lił mnie co prawda, ale tylko w kon­tek­ście seksu. Może nie użył tak bez­po­śred­nich okre­śleń jak po­przedni męż­czyźni, z któ­rymi mia­łam do czy­nie­nia, ale to nie­wiele zmie­niało. Poza tym zbyt szybko ze­pchnął mnie z ko­lan. I od razu za­czął mó­wić o ob­ra­zach i swo­ich za­mie­rze­niach.

Chcia­ła­bym otrzy­mać wię­cej tu­le­nia i bli­sko­ści, a do tego po­rządny po­ca­łu­nek. Nie ro­zu­mia­łam, czemu tę­sk­nię za rze­czami, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie otrzy­ma­łam. Bernd oczy­wi­ście ca­ło­wał mnie od czasu do czasu, ale na ogół wła­śnie w ten sam spo­sób, co Frans po­przed­niej nocy.

Inni męż­czyźni ra­czej nie ca­ło­wali. Pie­przyli tylko. Pie­przyli, chwa­lili moją mo­krą cipkę i na­pa­lone ciało, ści­skali piersi i ty­łek, a po­tem ko­rzy­stali ze wszyst­kich moż­li­wych otwo­rów.

Może wła­śnie to mnie drę­czyło. Mi­gawki z mi­nio­nych wy­da­rzeń i lęk, bo znów wszystko gro­ziło po­to­cze­niem się w po­dob­nym kie­runku. Frans bez wąt­pie­nia nie okaże się tak pry­mi­tywny jak nie­zli­czeni part­ne­rzy, któ­rych mia­łam przed nim. Mimo wszystko za­czy­na­łam my­śleć, że on rów­nież chciałby po­strze­gać mnie wy­łącz­nie jako dmu­chaną lalkę.

Nie­stety mnie już taki układ nie pa­so­wał. Nie chcia­łam być bez­dusz­nym przed­mio­tem, przy­jemną za­bawką. A już na pewno nie dla Fransa. Na­wet je­śli na­sza re­la­cja miała być tylko tym­cza­sowa, chcia­łam z nim ro­bić wię­cej, niż tylko się pie­przyć. Pra­gnę­łam też mieć coś do po­wie­dze­nia w tym związku. Nie za­mie­rza­łam ro­bić wszyst­kiego, na co mu przyj­dzie ochota, ani grzecz­nie cze­kać, aż znów po­święci mi tro­chę uwagi.

Przy­po­mnia­łam so­bie, jak cie­pło Frans mó­wił o zwy­czaj­no­ści. Moje serce, na­gle prze­bu­dzone z dłu­go­let­niej drzemki, ja­sno dało mi znać, że wła­śnie o tym ma­rzył. O czymś zwy­kłym, co ro­bią nor­malni lu­dzie. Oboje by­li­śmy wolni, nie mie­li­śmy nic do ukry­cia i mo­gli­śmy ra­zem cho­ciażby... Przez chwilę nic nie przy­cho­dziło mi do głowy.

Upra­wiać sport? Cho­dzić po skle­pach? Re­stau­ra­cjach? Mu­ze­ach?

Mu­zeum. Frans nie był w Per­ga­mo­nie. Za­biorę go tam. Serce za­częło mi szyb­ciej bić i od razu po­czu­łam głę­bo­kie za­do­wo­le­nie. No tak. Per­ga­mon też znaj­dzie się w pro­gra­mie, je­śli Frans ze­chce mnie jesz­cze za­cią­gnąć do łóżka. Bę­dziemy oglą­dać rzeźby i ob­razy i roz­ma­wiać. Choć raz od­wie­dzę mu­zeum w to­wa­rzy­stwie. To prawda, Bernd mnie tam za­pro­wa­dził na sa­mym po­czątku na­szego związku. Ale cho­ciaż bar­dzo się wtedy cie­szy­łam, nie za­pa­mię­ta­łam z wi­zyty zbyt wiele. By­łam zu­peł­nie za­gu­biona, a mąż mu­siał mnie cią­gle po­wstrzy­my­wać przed do­ty­ka­niem bez­cen­nych dzieł i za­cho­wy­wa­niem się zbyt gło­śno.

W ostat­nich la­tach sama sporo cha­dza­łam na różne wy­stawy w mu­ze­ach i ga­le­riach, ale w Per­ga­mo­nie nie by­łam od kilku lat. Wie­dzia­łam o sztuce wię­cej niż prze­ciętny zja­dacz chleba i może... może uda­łoby mi się zro­bić na Fran­sie wra­że­nie czymś in­nym niż tylko seks. Po­tem do­tarło do mnie, że je­śli chcę zro­bić na nim wra­że­nie, Per­ga­mon musi po­cze­kać. Frans miał przyjść od razu po przy­go­to­wa­niu Bau­hausu na wie­czór. Co zwy­czajna para w zwy­czaj­nej re­la­cji mo­głaby ro­bić w za­ci­szu czte­rech ścian? Poza upra­wia­niem seksu?

Lu­dzie pew­nie oglą­dali filmy. Czy­tali książki w łóżku. Ale coś ta­kiego ra­czej ro­biło się w dłuż­szym związku albo w mał­żeń­stwie. Nie by­łam pewna. Z Bern­dem nie ro­bi­li­śmy w domu zbyt wiele. Je­śli nie prze­by­wa­li­śmy w klu­bie, cho­dzi­li­śmy po ba­rach lub im­pre­zo­wa­li­śmy.

Przy­gnę­biona po­wlo­kłam się do kuchni i na­la­łam so­bie dużą szklankę soku po­ma­rań­czo­wego. Po­tem sta­nę­łam przed otwartą lo­dówką i za­mar­łam.

Je­dze­nie. Pary, na pewno rów­nież z ga­tunku "bez zo­bo­wią­zań", ra­zem go­tują. Przy­po­mniało mi się, jak Frans do­ty­kał mnie ukrad­kiem, kiedy je­dli­śmy w Bau­hau­sie, i po­czu­łam bu­dzące się po­żą­da­nie.

Przy­szedł mi do głowy ge­nialny po­mysł. Frans cią­gle przy­go­to­wy­wał po­trawy. Taką miał pracę, a naj­wy­raź­niej i poza nią lu­bił go­to­wać, bio­rąc pod uwagę jego ko­men­tarz o zu­pie gro­cho­wej i droż­dżówce. Ale ju­tro ma wolne i po­wi­nien od­po­cząć. Ja zro­bię je­dze­nie.

To prawda, po­tra­fi­łam je­dy­nie usma­żyć omlet i pod­grzać kieł­basę, ale by­łam w końcu in­te­li­gentną ko­bietą i zdolną uczen­nicą. Po­szu­kam w in­ter­ne­cie pro­stego prze­pisu na ja­kieś pyszne da­nie i od­two­rzę go. Zro­bię też de­ser. A po­tem bę­dziemy mo­gli po­roz­ma­wiać i może tro­chę po­flir­to­wać w ten nie­zno­śnie pod­nie­ca­jący spo­sób, a jesz­cze póź­niej...

Po­grą­ży­łam się w ma­rze­niach o tym, jak Frans po­chwali przy­go­to­wane przeze mnie... coś, i jak za­czniemy się do­ty­kać, po­ga­damy tro­chę... Ni­gdy wcze­śniej nie my­śla­łam, jak ważna może się oka­zać roz­mowa z męż­czy­zną. A gdy już olśnię Fransa umie­jęt­no­ściami ku­char­skimi i po­roz­ma­wiamy po­rząd­nie, bę­dziemy upra­wiać ostry, nie­ziem­ski, nie­sa­mo­wity seks.

Skwi­to­wa­łam wła­sne my­śli zde­cy­do­wa­nym ski­nie­niem głowy, ale nie przy­szło mi na­wet do głowy, w któ­rym mo­men­cie mie­li­by­śmy prze­szu­kać miesz­ka­nie. Za­miast tego rześko rzu­ci­łam się do dzia­ła­nia i wkro­czy­łam na zu­peł­nie nie­znany te­ren. Go­oglo­wa­łam różne po­trawy, które "spra­wią, że ślinka po­ciek­nie", które "rzucą na ko­lana na­wet naj­wy­bred­niej­szego kry­tyka", które "da radę ugo­to­wać na­wet dziecko" i które "uda­dzą się bez pu­dła". Nie­stety wszyst­kie prze­pisy wy­da­wały mi się dość skom­pli­ko­wane. Zwy­kle ja­da­łam w re­stau­ra­cjach lub za­ma­wia­łam po­siłki do domu.

Na po­czątku po­my­śla­łam, żeby przy­go­to­wać ja­kiś ła­twy, smaczny ma­ka­ron. Au­to­rzy prze­pi­sów ra­dzili, żeby "ugo­to­wać ma­ka­ron zgod­nie z in­struk­cjami na opa­ko­wa­niu". Za­czę­łam spraw­dzać strony pro­du­cen­tów, po czym za­nio­sło mnie na fora dys­ku­syjne, gdzie zna­la­złam nie­zli­czone po­sty i ko­men­ta­rze in­stru­ujące, że na przy­kład je­de­na­ście mi­nut nie za­wsze ozna­cza je­de­na­ście, ma­ka­ron rów­nie do­brze mógłby się oka­zać nie­do­go­to­wany lub roz­go­to­wany, ale le­piej by było zo­sta­wić go al dente niż roz­go­to­wać, bo zmięk­nie jesz­cze odro­binę po od­ce­dze­niu.

My­śla­łam go­rącz­kowo. Je­śli na opa­ko­wa­niu jest na­pi­sane je­de­na­ście mi­nut i za­kła­damy, że w ta­kim ra­zie po dwu­na­stu mi­nu­tach ma­ka­ron nie po­wi­nien być już nie­do­go­to­wany... Jaki byłby praw­dziwy czas go­to­wa­nia, skoro trzeba jesz­cze wziąć pod uwagę czas po od­ce­dze­niu? A co sta­nie się z ma­ka­ro­nem po wy­mie­sza­niu z so­sem? Czy od tych teo­re­tycz­nych dwu­na­stu mi­nut na­leży od­jąć od­ce­dza­nie i mie­sza­nie? Przez ile mi­nut trzeba więc go­to­wać ma­ka­ron we wrzą­cej wo­dzie? Sie­dem?

Po­rzu­ci­łam myśl o pro­stym so­sie do ma­ka­ronu i wy­szu­ka­łam "ro­man­tyczną ko­la­cję". Do­wie­dzia­łam się, że męż­czyźni na ogół lu­bią steki. Co prawda Bernd pra­wie za­wsze za­ma­wiał w re­stau­ra­cji rybę, ale mo­jego świę­tej pa­mięci mał­żonka nie można było uznać za zwy­czaj­nego męż­czy­znę. Już prę­dzej za świ­nię.

Ucie­szy­łam się, kiedy zna­la­złam prze­pis na stek cha­te­au­briand. Za­pie­kanka ziem­nia­czana też wy­da­wała się pro­sta. Sos ber­neń­ski spra­wiał wra­że­nie nieco skom­pli­ko­wa­nego, ale tak na­prawdę cho­dziło o do­da­wa­nie skład­ni­ków do garnka, a po­tem mie­sza­nie. Nie ta­kie trudne. Do tego mo­gła­bym zro­bić ja­kąś sa­łatkę...

Za­czę­łam spo­rzą­dzać naj­dłuż­szą li­stę za­ku­pów w moim ży­ciu. Przy­szło mi do głowy, że mu­simy mieć też coś do pi­cia. Na szczę­ście z tym te­ma­tem po­ra­dzi­łam so­bie bez wy­szu­ki­warki. Po­dam ja­kiś drogi ar­gen­tyń­ski mal­bec.

Nad de­se­rem mu­sia­łam się chwilę za­sta­no­wić. Sa­łatka owo­cowa? Nudy. Fran­cu­skie na­le­śniki? Nie by­łam pewna, czy uda mi się je prze­krę­cić na drugą stronę. Na­le­śnik w stylu fiń­skim? Nie ufa­łam prze­pi­sowi, we­dług któ­rego wy­star­czy zro­bić mleczną ma­ma­łygę i wlać do formy. W końcu zna­la­złam za­pie­kane lody, co bar­dzo mnie ura­do­wało. Trzeba tylko wło­żyć lody na chwilę do pie­kar­nika, a na to po­ło­żyć bezę. Do zro­bie­nia bezy z ko­lei po­trzebne będą jajka i cu­kier.

Z po­licz­kami za­czer­wie­nio­nymi z emo­cji - przej­rza­łam się w du­żym lu­strze nad półką z wa­rzy­wami - po­szłam do sklepu, który po­do­bno miał do­brze za­opa­trzony dział mię­sny. Kiedy sprze­dawca spy­tał, jak duże steki za­mie­rzam sma­żyć, znów się za­kło­po­ta­łam. Spy­ta­łam, jaki stek bę­dzie od­po­wiedni dla du­żego, umię­śnio­nego męż­czy­zny. Otrzy­ma­łam wielki ka­wał mięsa. Do domu przy­nio­słam cztery siatki za­ku­pów, bo na wy­pa­dek po­rażki ku­pi­łam wszyst­kiego wię­cej, niż po­trze­bo­wa­łam. Rów­nież ziem­nia­ków.

Kiedy roz­pa­ko­wa­łam za­kupy, po­czu­łam dziwną pustkę. Chcia­łam za­dzwo­nić do Fransa. Albo cho­ciaż wy­słać wia­do­mość. Ale miał spę­dzić pra­wie cały dzień w re­stau­ra­cji i pew­nie by nie ode­brał.

Co by się stało, gdy­bym go od­wie­dziła? Może uda nam się za­mie­nić kilka słów, tak na szybko. By­łoby cu­dow­nie go zo­ba­czyć, a może i coś bym zja­dła. Sama, jak zwy­kle. Nie mia­łam przy­ja­ciół, więc poza spo­tka­niami biz­ne­so­wymi na ogół ja­da­łam sa­mot­nie.

Wzię­łam szybki prysz­nic, bo by­łam spo­cona po za­ku­pach. Za­ło­ży­łam ele­gancką je­dwabną ja­sno­nie­bie­ską su­kienkę ko­per­tową, któ­rej urok sta­no­wiły ład­nie wy­koń­czone brzegi i de­kolt oraz za­wią­zy­wana z boku ko­karda. Włosy zwią­za­łam w pro­sty kok, uma­lo­wa­łam się lekko i wy­szłam z domu. W dro­dze do me­tra za­uwa­ży­łam piękną lo­kalną kwia­ciar­nię i po­my­śla­łam, że może Frans ucie­szyłby się z ma­łej nie­spo­dzianki. W końcu męż­czyźni cią­gle dają ko­bie­tom kwiaty - na­wet Bernd tak ro­bił - i nie wi­dzia­łam żad­nego po­wodu, dla któ­rego nie można by było od­wró­cić ról.

We­szłam do sklepu i mój wzrok od razu padł na duże żółte ger­bery. Na ogół nie prze­pa­da­łam za żół­tym, ale te kwiaty sko­ja­rzyły mi się ze słoń­cem. Pa­so­wały do uczuć, ja­kie obu­dziło we mnie po­ja­wie­nie się Fransa. Jakby po dłu­giej ciem­no­ści w końcu za­świe­ciło nade mną słońce. Bez względu na jego dez­apro­batę. I bez względu na to, że w na­szej re­la­cji miało cho­dzić tylko o seks.

Po­pro­si­łam o dwa­dzie­ścia pięć ger­ber i do­tarło do mnie, że wy­bie­ram kwiaty po raz pierw­szy od wła­snego ślubu. Oczy­wi­ście zda­rzało mi się za­ma­wiać kom­po­zy­cje na różne uro­czy­sto­ści za­wo­dowe, ale nie było to nic oso­bi­stego. Kiedy opu­ści­łam kwia­ciar­nię, za­dzwo­ni­łam do Bau­hausu. Za­pew­niono mnie, że znaj­dzie się wolny sto­lik dla jed­nej osoby, że­bym mo­gła zjeść późny lunch.

Ze sta­cji me­tra uda­łam się szyb­kim kro­kiem w stronę re­stau­ra­cji z ol­brzy­mim bu­kie­tem w ob­ję­ciach, nie my­śląc o ni­czym poza Fran­sem. Po­spiesz­nie we­szłam do środka i bez za­sta­no­wie­nia za­mó­wi­łam co­kol­wiek.

- Czy pan Ra­atz jest na miej­scu? Chcia­ła­bym zo­ba­czyć się z nim na chwilę. Może pani po­wie­dzieć, że przy­szła Va­len­tina - po­pro­si­łam, wciąż ła­piąc od­dech.

Kel­nerka grzecz­nie po­ki­wała głową i obie­cała do­wie­dzieć się, czy Frans już przy­szedł. Po­dano mi lunch w po­staci nie­biań­sko smacz­nego oko­nia mor­skiego. Frans się nie po­ja­wił, ale po­my­śla­łam, że pew­nie ma urwa­nie głowy. Kiedy jed­nak po ja­kichś dwu­dzie­stu mi­nu­tach zo­ba­czy­łam ką­tem oka ubraną na biało po­stać, szybko unio­słam głowę i uśmiech­nę­łam się, choć serce mi wa­liło. Wci­snę­łam dło­nie w blat stołu, bo za­częły drżeć.

- Cześć - za­ga­iłam in­te­li­gent­nie.

- Hej. Masz do mnie ja­kąś sprawę? Zna­la­złaś ob­razy? Albo ja­kąś kry­jówkę?

Frans zmarsz­czył brwi tak groź­nie, a jego piękne usta za­ci­snęły się z ta­kim nie­za­do­wo­le­niem, że mój do­bry na­strój za­czął się roz­pły­wać.

- Nie. Ja... aku­rat by­łam w po­bliżu - wy­ją­ka­łam jak nie­roz­gar­nięta uczen­nica.

Czyli po­su­wam się już do ża­ło­snych kłam­ste­wek, po­my­śla­łam w pa­nice, ale nie przy­szło mi do głowy nic in­nego, co po­zwo­li­łoby mi za­cho­wać twarz. Po­tem przy­po­mnia­łam so­bie o kwia­tach. Frans nie spra­wiał wra­że­nia zbyt otwar­tego. To nic, Bernd by­wał znacz­nie bar­dziej nie­miły, szcze­gól­nie pod ko­niec na­szego związku. Może trzeba go po pro­stu tro­chę roz­krę­cić.

- Przy­nio­słam kwiaty. - Uśmiech­nę­łam się nie­pew­nie.

Wy­cią­gnę­łam bu­kiet w jego stronę. Wy­glą­dał na za­sko­czo­nego.

- Co ja niby mam z tym zro­bić? Będą mi tu py­lić! Nie mogę ich za­brać do kuchni.

W ży­ciu po­ni­żano mnie już na wiele róż­nych spo­so­bów, ale ta kon­kretna chwila sta­no­wiła ab­so­lutne dno. Po­czu­łam, że mocno się czer­wie­nię, a ku wła­snemu prze­ra­że­niu do oczu za­częły mi na­pły­wać łzy. Prze­cież ja nie pła­ka­łam. Ni­gdy. Na­wet na po­grze­bie Bernda. Ale te­raz... Szybko się od­wró­ci­łam, żeby tylko Frans nie zo­ba­czył, jak bar­dzo udało mu się mnie zra­nić za­le­d­wie kil­koma sło­wami.

Przy­ci­snę­łam do sie­bie kwiaty, de­spe­racko grze­biąc w to­rebce w po­szu­ki­wa­niu go­tówki. W końcu zła­pa­łam setkę i na­tych­miast wsta­łam.

- Prze­pra­szam - po­wie­dzia­łam głu­cho i jesz­cze ni­żej spu­ści­łam głowę.

Wtedy się po­ja­wiły. Łzy wstydu i roz­pa­czy po­cie­kły mi po po­licz­kach, kiedy przy­po­mnia­łam so­bie, że zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie za­peł­ni­łam całą lo­dówkę je­dze­niem. Będę mo­gła ju­tro wspo­móc ja­kąś ja­dło­daj­nię dla ubo­gich.

Wy­obra­ża­łam so­bie głu­pio, że Frans chce mnie zo­ba­czyć tak mocno, jak ja jego. Że ucie­szy się z kwia­tów. Może na­wet ze mną zje. Ale prze­cież nikt nie chciał ode mnie ni­czego poza sek­sem. To chyba była moja ży­ciowa mi­sja: ru­cha­nie, pie­prze­nie, pier­do­le­nie. I nic in­nego. Naj­wy­raź­niej mia­łam to wy­pi­sane na czole atra­men­tem, który dla mnie był nie­wi­do­czny, a dla in­nych - ja­skra­wo­czer­wony. I wszy­scy wie­dzieli, na­wet je­śli nie znali mo­jej re­pu­ta­cji. Frans rów­nież.

Rzu­ci­łam się do ucieczki, za­nim wy­wo­łany sy­tu­acją smu­tek i uczu­cia skry­wane przez lata mo­gły wy­lać się ze mnie po­wo­dzią w ten zwy­czajny, ma­jowy wto­rek. Czu­łam, że nie by­łoby to tylko nie­wiel­kie za­ła­ma­nie. Ści­snęło mnie w piersi, a z ust wy­do­był się stłu­miony szloch, na szczę­ście by­łam już przy drzwiach.

Da­lej nie po­bie­głam. Frans zdą­żył mnie do­go­nić i przy­trzy­mać za­mknięte drzwi.

- Va­len­tina. Prze­pra­szam, je­śli by­łem nie­grzeczny. To nie dla­tego... Co się stało? Ty pła­czesz?

Przez głowę prze­mknęło mi tylko, że mu­szę się stąd jak naj­szyb­ciej wy­do­stać.

- Nie. Wcale nie.

Frans od­wró­cił mnie w swoją stronę i schy­lił się, żeby spraw­dzić.

- Pła­czesz.

- Gra­tu­la­cje, Sher­locku. Mogę już so­bie iść? - wy­chli­pa­łam, przez za­słonę łez upar­cie wpa­tru­jąc się w pod­łogę.

- Nie. Wyjdźmy ra­zem na ulicę.

- Idę do domu. Do domu - po­wtó­rzy­łam z na­ci­skiem i zi­ry­to­wana otar­łam oczy.

Frans zła­pał mnie mocno za przed­ra­mię i wy­pro­wa­dził na ze­wnątrz. Po­tem przy­gar­nął do sie­bie, przy­gnia­ta­jąc bu­kiet.

- Prze­pra­szam. By­łem wście­kły. Ale nie na cie­bie. To zna­czy na cie­bie tro­chę też, bo przy­szłaś nie w porę... Krótko mó­wiąc, mamy na za­ple­czu tonę gów­nia­nego ręcz­nie ro­bio­nego ma­ka­ronu, bo je­den idiota nie po­trafi się skon­cen­tro­wać na ni­czym poza wy­ry­wa­niem la­sek i ga­da­niem o wy­ry­wa­niu la­sek. Po­tem po­zwo­lił wszystko spier­do­lić no­wi­cjuszce, bo te jego gadki były waż­niej­sze od żar­cia - wy­ja­śnił.

- Nie mu­sisz wy­my­ślać żad­nych...

- Nie wy­my­ślam - prze­rwał mi ka­te­go­rycz­nie.

Tro­chę mi to po­pra­wiło hu­mor, ale na­dal chcia­łam jak naj­szyb­ciej odejść. Nie chcia­łam mar­no­wać jego czasu, szcze­gól­nie że naj­wy­raź­niej na zbyt dużo li­czy­łam. Chcia­łam w spo­koju wy­li­zać rany.

- Pójdę już. Na ogół nie re­aguję... to śmieszne. Chyba po pro­stu mia­łam na­dzieję na coś wię­cej. Prze­pra­szam cię bar­dzo.

- Na co mia­łaś na­dzieję? Usta­li­li­śmy, że się za­ba­wimy...

By­łam zbyt nie­szczę­śliwa, żeby mu przy­po­mnieć, że ja ni­czego nie usta­la­łam. Za­miast tego w po­ry­wie szcze­ro­ści wy­zna­łam płacz­li­wie coś, czego jesz­cze ni­gdy nie wy­po­wie­dzia­łam na głos.

- Od sied­miu lat ni­kogo nie mia­łam. Ni­kogo. Wcze­śniej by­łam wiecz­nie na­ćpana, a mój ko­chany mę­żuś uwiel­biał dzie­lić się mną ze wszyst­kimi. I ja ro­bi­łam, co chciał, je­śli tylko wzię­łam od­po­wied­nio dużo. Po­do­bało mi się, ale o to nie­trudno na ko­ka­ino­wym haju. Pu­sta, fi­zyczna przy­jem­ność. I tak było la­tami. Gdy w końcu wy­trzeź­wia­łam... By­łam znana z tego, jaka ze mnie ła­twa i do­bra dupa. Nie li­czy­łam na nic nie­zwy­kłego. Tylko na to, że nie bę­dzie tak jak wtedy. Że może tym ra­zem fa­cet cho­ciaż ze mną po­roz­ma­wia i ze­chce coś ra­zem zro­bić, a nie tylko roz­bie­rze, prze­leci i spie­przy.

Pró­bo­wa­łam się wy­co­fać, wciąż trzy­ma­jąc kwiaty, ale Frans nie po­zwo­lił. Nie po­wie­dział ani słowa. Nie udało mi się wy­rwać, w końcu pod­nio­słam wzrok. Zo­ba­czy­łam, jak do drzwi pod­cho­dzi je­den z pra­cow­ni­ków. Frans drgnął, od­wró­cił się w stronę przy­by­sza i wrza­snął tak, że jego głos roz­legł się echem na ca­łym Gen­dar­men­markt:

- Chyba jest tam, kurwa, ktoś, kto po­trafi ro­bić ma­ka­ron! A może za­mie­ni­li­śmy się w budkę z ke­ba­bem na Ale­xan­der­platz? Każ Kar­lowi prze­jąć do­wo­dze­nie, je­śli ja­kimś cu­dem za­po­mniał, że jest trzeci po mnie!

Ką­tem oka spoj­rza­łam na męż­czy­znę, który wy­glą­dał na głów­nego kel­nera. Znik­nął rów­nie szybko, jak się po­ja­wił. Frans znów od­wró­cił się do mnie.

- To, o czym opo­wie­dzia­łaś, wy­maga wię­cej czasu i lep­szego oto­cze­nia. Na­wet so­bie nie wy­obra­ża­łem... Nie­do­brze mi się robi, gdy tylko po­my­ślę, przez co mu­sia­łaś przejść. To dla­tego tak ze­sztyw­nia­łaś wczo­raj w klu­bie?

Już zdą­ży­łam po­ża­ło­wać swo­jego głu­piego wy­zna­nia. Nie chcia­łam za­brzmieć, jak­bym li­czyła na li­tość.

- To nie ta­kie ważne. Po­zbędę się tych kwia­tów. By­łam idiotką. Oczy­wi­ście masz ra­cję, je­stem z zu­peł­nie in­nego świata... - Sta­ra­łam się mó­wić spo­koj­nie.

- Dziew­czyna, która przy­nosi mi kwiaty, a którą ja mimo to do­pro­wa­dzam do pła­czu, nie jest idiotką. To ja je­stem idiotą.

- Szcze­rze mó­wiąc, żadna ze mnie dziew­czyna.

- Chodź tu - za­chę­cił mnie Frans mięk­kim gło­sem.

Te­raz, kiedy nie mia­łam już oczu wy­peł­nio­nych łzami, mo­głam zo­ba­czyć, że jego ku­char­ska czapka jest prze­krzy­wiona, a zie­lono-złote oczy błysz­czą fi­glar­nie.

- Ju­tro po­ga­damy po­rząd­nie. Mam dzi­siaj pełne ręce ro­boty, na­wet nie li­cząc tych kre­ty­nów. Ale zróbmy coś jesz­cze tak na szybko - za­pro­po­no­wał.

- Co masz na my­śli? - spy­ta­łam po­dejrz­li­wie.

- Ca­ło­wa­łaś się kie­dyś na Gen­dar­men­markt? Z kwia­tami w ob­ję­ciach? Czy to by­łoby "coś wię­cej"?

Nie mo­głam wy­du­sić słowa. To brzmiało tak cu­dow­nie. Ide­al­nie. Gen­dar­men­markt był jed­nym z mo­ich ulu­bio­nych miejsc w Ber­li­nie, świe­ciło słońce, a męż­czy­zna, który za­wró­cił mi w gło­wie, chciał mnie po­ca­ło­wać po­środku pięk­nego placu. Wi­dzia­łam już coś ta­kiego. Wi­dy­wa­łam ta­kie pary. W mi­nio­nych la­tach dys­kret­nie ob­ser­wo­wa­łam je z ukłu­ciem za­zdro­ści.

Po­ki­wa­łam głową. Po­tem od­chrząk­nę­łam i nie­mal spo­koj­nie od­par­łam:

- Nie ca­ło­wa­łam. Ale jak ci się spie­szy...

- Od­po­wiedz. Czy ta­kie coś mia­łaś na my­śli?

Wziął ode mnie kwiaty i starł z po­liczka łzę.

- Mo­gła­bym... mo­gła­bym mieć - przy­zna­łam.

- To idziemy.

Zła­pał mnie za rękę i za­cią­gnął na śro­dek placu, obok nie­miec­kiego ko­ścioła.

- Po­sta­wię te kwiaty w sali ja­dal­nej, je­śli nie masz nic prze­ciwko temu. - Po­gła­dził mnie po twa­rzy.

Przy­tak­nę­łam nie­obec­nie, bo słońce w ten spo­sób oświe­tlało jego oczy, że aż mu­sia­łam po­li­czyć, ile róż­nych od­cieni zie­leni i brązu w nich lśni.

- A po­tem za­biorę je do domu. Dzię­kuję. Jesz­cze żadna ko­bieta nie ku­piła mi kwia­tów.

Znów po­ki­wa­łam głową i za­nu­rzy­łam rękę w jego zło­ci­stych wło­sach. Frans przy­bli­żył się, ob­jął mnie jedną ręką, a ja po­czu­łam, jak szczę­ście roz­grzewa mnie od środka. Przy­tu­li­łam się do niego i spoj­rza­łam mu w oczy, a po­tem na roz­cią­gnięte w uśmie­chu usta. Na twarz, któ­rej ob­raz wy­rył mi się głę­boko w sercu za­le­d­wie w kilka dni. Roz­chy­li­łam wargi, ale za­nim mnie po­ca­ło­wał, po­tarł swoim no­sem o mój. I jesz­cze raz.

- Masz ładny nos - szep­nął.

Uśmiech­nę­łam się głu­pawo i mruk­nę­łam:

- To naj­mniej ładna część mo­jej twa­rzy. Szcze­gól­nie czu­bek.

- Jest ładny i wy­jąt­kowy.

Po­tarł jesz­cze raz, a ja od­wza­jem­ni­łam gest.

Jesz­cze ni­gdy cze­goś ta­kiego nie ro­bi­łam, ale uczu­cie było tak cu­do­wne, że roz­pie­rało mi serce. Chcia­łam po­ka­zać, że szybko się uczę.

- Ty za to masz na­prawdę ładny nos - stwier­dzi­łam.

- Zwy­czajny.

- Nie­prawda, jest...

Nie do­koń­czy­łam, bo usta Fransa prze­lot­nie mu­snęły moje. Za­raz mu­snęły po­now­nie, po­tem lekko do nich przy­warły, a kiedy po­czu­łam czu­bek jego ję­zyka na dol­nej war­dze, in­stynk­tow­nie przy­lgnę­łam jesz­cze cia­śniej do sze­ro­kiej, umię­śnio­nej piersi. Frans po­woli prze­su­nął ję­zy­kiem po we­wnętrz­nej kra­wę­dzi mo­ich ust, a na­stęp­nie wsu­nął go głę­biej.

Przy­ci­snę­łam dłoń do jego karku i wy­da­łam po­mruk szczę­ścia. Ca­ło­wa­łam go na­mięt­nie, a rę­kami gła­dzi­łam jego włosy i skórę. Jego ję­zyk po­woli wę­dro­wał, ba­dał wil­gotne za­ka­marki, ba­wił się moim ję­zy­kiem. Stop­niowo stra­ci­łam z oczu oto­cze­nie, a czas sta­nął w miej­scu, jak zwy­kle w to­wa­rzy­stwie Fransa. Po­czu­łam, jak męż­czy­zna zsuwa dłoń na mój po­śla­dek i pie­ści go, a po­tem, kiedy ja­kimś cu­dem udało mu się jesz­cze po­głę­bić po­ca­łu­nek, za­czyna gła­dzić mnie po ple­cach.

Czu­łam się jak pi­jana, a ze wszyst­kich stref ero­gen­nych roz­prze­strze­nił się na całe ciało nie­cier­pliwy, sza­leń­czy głód. Od­chy­li­łam się, gdy Frans moc­niej na­parł dło­nią na mój krzyż, a ustami wpił się jesz­cze żar­łocz­niej i bar­dziej nie­ugię­cie. Skądś z da­leka do­biegł gwizd i po­czu­łam, jak Frans wraca na zie­mię.

- Niech cię cho­lera. Jak długo już tu sto­imy? - wy­mam­ro­tał, po czym zło­żył mi na ustach jesz­cze je­den szybki, mocny po­ca­łu­nek.

Za­bor­czy. Taki przy­miot­nik przy­szedł mi do głowy.

- Chodź. Przej­dziemy się ra­zem tylną uliczką.

Chwy­cił mnie za rękę i przez mo­ment owład­nęła mną czy­sta ra­dość, kiedy tak szli­śmy ra­zem w słońcu. Do­piero gdy Frans się od­wró­cił, żeby się ze mną po­że­gnać, przy­po­mnia­łam so­bie, o co chcia­łam za­py­tać:

- Kiedy ju­tro przyj­dziesz... Jak wyj­dziemy z biura... Mo­żemy ra­zem zjeść? Je­śli coś ugo­tuję?

Uniósł brwi za­sko­czony. Do­strze­głam wa­ha­nie w jego oczach.

- Nie mu­simy - wy­co­fa­łam się szybko. - Nie ma sprawy. Już to było... cu­do­wne.

Nie wiem, skąd mi się wziął taki dzie­cinny ko­men­tarz, ale z ja­kie­goś po­wodu usły­szaw­szy go, Frans spo­waż­niał.

- Tak. Ugo­tuj. A po­tem po­roz­ma­wiamy.

"Po­roz­ma­wiamy". Za­ru­mie­ni­łam się ze szczę­ścia i po­sła­łam mu uśmiech. Na ko­niec wspię­łam się na palce i da­łam mu bu­ziaka. Spoj­rzał na mnie z trudną do od­szy­fro­wa­nia miną, ale za­raz od­wza­jem­nił uśmiech.

To chyba był naj­lep­szy dzień w ca­łym moim do­tych­cza­so­wym ży­ciu.

Roz­dział 6

Ko­lejny dzień zdą­żył już zmie­nić się w wie­czór, gdy z pewną eks­cy­ta­cją, ale i zde­ner­wo­wa­niem za­czę­łam wyj­mo­wać skład­niki na ko­la­cję. Ostat­nio czu­łam się jak na rol­ler­co­aste­rze, co lekko mnie prze­ra­żało. Po­gu­bi­łam się już w tym, ile sta­nów emo­cjo­nal­nych zdą­ży­łam za­li­czyć w ciągu za­le­d­wie jed­nego dnia. W każ­dym ra­zie nie mia­łam już wąt­pli­wo­ści, że moja chłodna prag­ma­tycz­ność i spo­kój du­cha na­leżą do prze­szło­ści.

Nieco wcze­śniej otrzy­ma­łam zna­ko­mity do­wód. Kiedy przy­szłam do biura na spo­tka­nie z Fran­sem, do­sta­łam od niego wia­do­mość, że wy­sko­czyły mu ja­kieś na­głe kło­poty z pra­cow­ni­kami.

Wku­rzy­łam się, ale też za­nie­po­ko­iłam. Za­sta­na­wia­łam się, czy pi­sał prawdę. Prze­cież to miał być jego wolny dzień. Czyżby mnie uni­kał? Dla­czego w ta­kim ra­zie po pro­stu nie od­wo­łał spo­tka­nia?

Nie mo­głam znieść no­wego, dziw­nego roz­cza­ro­wa­nia, które znów za­gnieź­dziło mi się w żo­łądku, po­dob­nie jak mi­nio­nego dnia. Ka­to­wa­łam się wspo­mnie­niem tego, co Frans po­wie­dział w klu­bie, owład­nięty mrocz­nym sta­nem du­cha. "Ru­chana przez mi­lio­nów ko­lesi dziwka". I ta­kiemu fa­ce­towi za­nio­słam kwiaty. Zresztą na­wet te naj­wy­raź­niej mu nie wy­star­czyły.

Nie­szcze­gól­nie udało mi się roz­pa­lić przy­jemny pło­mień nie­na­wi­ści, bo od razu za­czął mi szep­tać do ucha ja­kiś ad­wo­kat dia­bła. Ob­wie­ścił, że Frans prze­cież prze­pro­sił. Na­zwał mnie "ko­cha­niem". Chciał wszystko wy­ja­śnić, tylko że mu prze­rwa­łam. "Co wła­ści­wie pró­bo­wał po­wie­dzieć?", spy­tał ku­sząco głos. "Czy nie warto by­łoby się do­wie­dzieć?" I jesz­cze ten po­ca­łu­nek na Gen­dar­men­markt. Był ide­alny.

W końcu już sama nie wie­dzia­łam, co czuję, więc dla od­miany wście­kłam się na sie­bie.

Tłu­ma­czy­łam so­bie, że nie po­trze­bo­wa­łam męż­czy­zny przez sie­dem lat, więc zna­ko­mi­cie po­ra­dzę so­bie i w ko­lej­nych la­tach. Albo może we­zmę so­bie ko­goś in­nego na ko­chanka, skoro moje ciało naj­wy­raź­niej się prze­bu­dziło. I skoro Frans nie wy­gląda na szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­nego. Zresztą dla­czego mia­ła­bym ma­rzyć o męż­czyź­nie, który już od progu ga­dał o związ­kach? Rów­no­cze­śnie ob­ra­ża­jąc mnie stwier­dze­niem, że nie mógłby zwią­zać się z ko­bietą mo­jego po­kroju? Prze­cież ucho­dzi­łam za in­te­li­gentną, atrak­cyjną i sek­sowną. Sły­sza­łam to mnó­stwo razy, gdy klienci lub part­ne­rzy biz­ne­sowi pró­bo­wali za­cią­gnąć mnie do łóżka.

Zmu­si­łam się do przy­po­mnie­nia so­bie kom­ple­men­tów otrzy­ma­nych od zna­nych mi męż­czyzn. Myśl o in­nych fa­ce­tach nie była zbyt ku­sząca. Mimo to wście­kle się jej trzy­ma­łam. Pil­no­wa­łam jej jak pies ulu­bio­nej ko­ści.

Prze­szu­ku­jąc ga­bi­net, za­sta­na­wia­łam się, czy przy­pad­kiem sama nie po­win­nam od­wo­łać ko­la­cji. Za­nim on to zrobi. To byłby szla­chetny gest, wma­wia­łam so­bie. Wręcz ma­je­sta­tyczny. Nie­stety nie udało mi się zre­ali­zo­wać planu. Gdy pod ko­niec po­szu­ki­wań do­sta­łam od Fransa ko­lejną wia­do­mość, na­tych­miast rzu­ci­łam się do czy­ta­nia.

Ro­zej­rza­łaś się po ga­bi­ne­cie? Prze­pra­szam, że tyle mi ze­szło. Za­pro­sze­nie na ko­la­cję wciąż ak­tu­alne?

Nie by­łam wy­star­cza­jącą ary­sto­kratką, żeby wy­ko­ny­wać szla­chetne ge­sty. Od­pi­sa­łam bły­ska­wicz­nie.

Nic się nie stało. Ga­bi­net spraw­dzony. Wi­dzimy się o 18.

Po tym osią­gnę­łam stan pod­eks­cy­to­wa­nego, ra­do­snego ocze­ki­wa­nia i w ko­lej­nej wia­do­mo­ści prze­sła­łam mu ad­res.

Te­raz z de­ter­mi­na­cją pa­trzy­łam na kupkę skład­ni­ków. Dam radę. Przy­go­tuję pyszne je­dze­nie i po­każę, że je­stem kimś wię­cej niż tylko wła­ści­cielką klubu roz­pu­sty. Nie wsty­dzi­łam się tego, co ro­bię. Chcia­łam je­dy­nie za­de­mon­stro­wać, że mam też inne strony. Ski­nę­łam głową w stronę wiel­kiego worka ziem­nia­ków, otwo­rzy­łam go i wzię­łam się do ro­boty.

Po­kroić ziem­niaki w pla­sterki. To nie po­winno być trudne, ale w prze­pi­sie nie za­zna­czono, jak grube po­winny być. By­łam tak zmę­czona obie­ra­niem, że uzna­łam cen­ty­me­trowe pla­stry za wy­star­cza­jąco do­bre. Po­dzie­li­łam ol­brzy­mią ilość mięsa na spore ka­wały i przy­glą­da­łam im się z po­wąt­pie­wa­niem. Jesz­cze ni­gdy nie wi­dzia­łam tak po­kaź­nych ste­ków. Ale na pewno uda się je przy­rzą­dzić, je­śli je do­brze roz­biję i będę od­po­wied­nio długo sma­żyć.

Po­la­łam śmie­taną ziem­niaki i chyba zbyt grube pla­stry ce­buli, po czym za­czę­łam roz­my­ślać nad od­po­wied­nią ilo­ścią soli. W sieci wy­czy­ta­łam, że za mała ilość może ze­psuć każdą po­trawę. Tak twier­dził w wy­wia­dzie ja­kiś wy­bitny ku­charz. Ale za­wsze mo­głam do­so­lić jesz­cze po­tem. W końcu szczo­drze syp­nę­łam so­bie w garść. Uzna­łam, że chyba wy­bitny ku­charz wie, co mówi. A Frans bez wąt­pie­nia rów­nież był wy­bit­nym ku­cha­rzem. Nie chcia­łam mu po­dać je­dze­nia bez smaku.

Nie­zbyt uważ­nie po­sy­pa­łam solą ziem­niaki, do­rzu­ci­łam sporo zmie­lo­nego pie­przu i duże, ładne ga­łązki ty­mianku - po­my­śla­łam, że pięk­nie przy­ozdo­bią go­towe da­nie. Wło­ży­łam za­pie­kankę do pie­kar­nika i po­bie­głam wziąć prysz­nic, a po­tem się ubrać. Tym ra­zem nie za­mie­rza­łam skrom­nie po­prze­stać na ja­kiejś głu­piej pro­stej kiecce. Pod­czas na­szego pierw­szego spo­tka­nia przy­ku­łam uwagę Fransa dra­ma­tycz­nym, sek­sow­nym stro­jem, więc te­raz chcia­łam zro­bić jesz­cze więk­sze wra­że­nie.

Wy­cią­gnę­łam z szafy ja­skra­wo­fio­le­tową sa­ty­nową su­kienkę, którą kilka razy za­ło­ży­łam do klubu, ale po­tem od­wie­si­łam na do­bre. Po­wo­dem było to, że kiedy mia­łam ją na so­bie, do­sta­wa­łam wię­cej niż zwy­kle pro­po­zy­cji przej­ścia z klien­tem na jedną z klu­bo­wych ka­nap i upra­wia­nia seksu. Tego wie­czoru wy­bra­łam ją wła­śnie dla­tego. Pla­no­wa­łam upra­wiać seks. Mię­dzy in­nymi.

Ubra­łam się i obej­rza­łam w lu­strze z za­do­wo­le­niem. Po­zba­wioną ra­mią­czek wą­ską górną część za­pi­nało się na ha­ftki jak gor­set. De­kolt był tak głę­boki, że moje ob­fite piersi two­rzyły po­nad kra­wę­dzią dwie uwo­dzi­ciel­skie pół­kule. Su­kienka ści­śle przy­wie­rała do krą­gło­ści i cho­ciaż się­gała aż do ko­lan, roz­po­rek po pra­wej stro­nie był na tyle duży, że przy każ­dym ru­chu ob­na­żał udo. Biu­sto­no­sza nie mo­głam i nie chcia­łam za­kła­dać, za­ło­ży­łam za to fio­le­towe ko­ron­kowe stringi i pas do poń­czoch w tym sa­mym ko­lo­rze. Cien­kie czarne poń­czo­chy miały wnieść tro­chę grzesz­nej eg­zo­tyki. Na nogi wsu­nę­łam fio­le­towe sa­ty­nowe san­dałki na wy­so­kich ob­ca­sach, a z bi­żu­te­rii wy­bra­łam grubą srebrną ob­różkę i sze­ro­kie bran­so­lety z tej sa­mej se­rii.

Usta po­ma­lo­wa­łam szminką w od­cie­niu czer­wo­nego wina, oczy ob­ry­so­wa­łam na czarno, a włosy upię­łam w wy­soki kok. Kiedy by­łam go­towa, przy­szła ko­lejna wia­do­mość od Fransa:

Pięt­na­ście mi­nut.

Serce wa­liło mi przez cały wie­czór, ale te­raz o mało nie wy­sko­czyło mi z piersi. Spraw­dzi­łam go­dzinę i uzna­łam, że mogę już sma­żyć steki. Przy tej gru­bo­ści na pewno będą po­trze­bo­wały dłuż­szego sma­że­nia. Nie mia­łam tłuczka do mięsa, więc naj­pierw uży­łam du­żej cho­chli, a po­tem pię­ści. Nie za bar­dzo się spłasz­czyły.

Nie znie­chę­ci­łam się jed­nak. Je­śli Ame­ry­ka­nie mogą po­da­wać kil­ku­set­gra­mowe steki, to i ja mogę. Włą­czy­łam ku­chenkę i przez chwilę dłu­ba­łam przy po­krę­tłach okapu, za­nim udało mi się go uru­cho­mić. Wresz­cie za­bra­łam się do sma­że­nia.

Steki wzno­siły się na pa­telni jak zam­kowe wieże, a po kilku mi­nu­tach sma­że­nia ani tro­chę nie zmie­niły w środku ko­loru. Po­my­śla­łam, że tak duże ka­wałki mięsa po­winno się sma­żyć w naj­wyż­szej moż­li­wej tem­pe­ra­tu­rze, więc zwięk­szy­łam moc ku­chenki. Nie­mal od razu usły­sza­łam obie­cu­jące skwier­cze­nie i od­sko­czy­łam od pa­telni, kiedy na mo­jej piersi za­częły lą­do­wać kro­pelki tłusz­czu i mię­snych so­ków.

Szybko wy­ję­łam z naj­niż­szej szu­flady far­tuch, który kie­dyś od ko­goś do­sta­łam albo ku­pi­łam sama, gdy jesz­cze so­bie wy­obra­ża­łam, że może bę­dziemy z Bern­dem go­to­wać. Zaj­rza­łam do pie­kar­nika i oka­zało się, że ty­mia­nek nie wy­gląda już zbyt re­pre­zen­ta­cyj­nie. Bar­dziej jak spa­lona trawa.

Za­pie­kanka była jed­nak naj­mniej­szym z mo­ich zmar­twień, bo do­tarło do mnie, że za­po­mnia­łam o so­sie. W po­śpie­chu za­czę­łam wrzu­cać do garnka skład­niki na wy­war. Sos też po­sta­no­wi­łam go­to­wać na naj­wyż­szej mocy. Chyba nie zrobi więk­szej róż­nicy, jak szybko skład­niki się ze sobą po­łą­czą.

Gdy za­dzwo­nił do­mo­fon, ścią­gnę­łam far­tuch i po­gna­łam do przed­po­koju. Wci­snę­łam przy­cisk otwie­ra­jący wej­ście do bu­dynku, po czym uchy­li­łam drzwi do miesz­ka­nia. Cze­ka­łam tuż za nimi. Z kuchni do­bie­gało skwier­cze­nie i trza­ska­nie, ale to prze­cież nor­malne od­głosy go­to­wa­nia. Mi­nuta w tę czy w tamtą nic nie zmieni, a chcia­łam po­wi­tać Fransa w wej­ściu.

Na­pię­łam całe ciało, kiedy usły­sza­łam kroki na klatce scho­do­wej.

- Hej! Prze­pra­szam, że cię wy­sta­wi­łem. Karl po­trze­bo­wał po­mocy, bo wczo­raj wy­wa­li­łem Teda z pracy. Fa­cet ma smy­kałkę do go­to­wa­nia, ale nie­stety nie do lu­dzi... - roz­ga­dał się Frans, za­nim jesz­cze po­rząd­nie otwo­rzył drzwi.

Sta­nął jak wryty z bu­telką wina w ręce, a słowa za­marły mu na ustach, kiedy mnie zo­ba­czył. Ja sama sy­ci­łam oczy wi­do­kiem cu­dow­nego męż­czy­zny ubra­nego w po­rządną gra­na­tową ko­szulę i prze­pysz­nie zno­szone ja­sne dżinsy. Nie wło­żył ko­szuli w spodnie, za­uwa­ży­łam z pod­nie­ce­niem. To na­prawdę wy­śmie­nite. Tak jak to, że...

- By­łaś w klu­bie? My­śla­łam, że bę­dzie za­mknięty, bo... - po­wie­dział szorstko.

- Nie - prze­rwa­łam, pro­stu­jąc się, żeby jesz­cze le­piej wy­eks­po­no­wać piersi.

Za­mknął za sobą drzwi. Do­kład­nie mi się przy­glą­dał, a zie­lo­no­brą­zowe oczy lśniły z po­żą­da­nia.

- Już nie chcesz cze­goś wię­cej? Po­ga­dać? Bo ja­kem Frans Ra­atz nie wy­glą­dasz na dziew­czynę, która chce się ca­ło­wać na Gen­dar­men­markt - mruk­nął groź­nie.

Jego ton był nie­mal oskar­ży­ciel­ski i za­drża­łam, kiedy po­czu­łam ukłu­cie lęku.

- Na­prawdę tego chcę. Ca­ło­wać się. I roz­ma­wiać. Ale to... Chcia­łam tak się ubrać dla cie­bie. Nor­mal­nie nie no­szę tej...

Frans ru­szył w moją stronę jak bul­do­żer, spu­ścił wzrok na wy­ła­nia­jące się z de­koltu piersi i uniósł rękę. Zła­pał mnie w ta­lii i przy­cią­gnął do sie­bie, drugą dłoń po­ło­żył na po­ślad­kach i na­gle stra­ci­łam dech z za­sko­cze­nia, bo zu­peł­nie bez za­po­wie­dzi pod­niósł mnie, po czym po­ło­żył na ple­cach na ta­pi­ce­ro­wa­nej ławce w przed­po­koju.

Ze zde­cy­do­waną miną prze­cią­gnął ławkę na śro­dek po­miesz­cze­nia, usiadł na niej okra­kiem i roz­su­nął mi nogi. W ten spo­sób, że roz­po­rek su­kienki cał­ko­wi­cie się otwo­rzył, od­sła­nia­jąc poń­czo­chy i stringi. Przy­trzy­mał mnie za ko­lana, a na­stęp­nie przy­ci­snął usta do cie­niut­kiej ko­ronki maj­tek i już cał­ko­wi­cie go­to­wej cipki. Dmuch­nął de­li­kat­nie, nie zro­bił nic wię­cej. Jęk­nę­łam, kiedy po­czu­łam ude­rze­nie cie­płego po­wie­trza przez ma­te­riał, a gwał­towna fala po­żą­da­nia po­rwała mnie, uno­sząc co­raz da­lej od rze­czy­wi­sto­ści.

Pró­bo­wa­łam pa­mię­tać o je­dze­niu, ale myśl pę­kła jak bańka my­dlana, gdy Frans od­su­nął stringi na bok i pal­cem za­czął wo­dzić po war­gach sro­mo­wych. Po­czu­łam, jak opiera pa­lec na kra­wę­dzi mo­krej szparki, ostro za­czerp­nę­łam po­wie­trza, a on pod­niósł głowę. Oczy miał za­mglone.

- Chętna z cie­bie dziew­czynka. Może będę miał przy­stawkę - wy­mru­czał.

Za­wie­sił wzrok na moim de­kol­cie. Po ru­chu po­wie­trza na skó­rze wy­czu­łam, co się dzieje. Moje sutki stward­niały, kiedy Frans głod­nym spoj­rze­niem po­że­rał nie­mal cał­ko­wi­cie od­sło­nięte piersi. Schy­lił się, na mo­ment wziął w usta jedną z bro­da­wek, a przez moje ciało prze­biegł prąd. Wy­gię­łam się, krzyk­nę­łam i zła­pa­łam go za włosy.

Frans za­nu­rzył pa­lec w mo­jej cipce i ssał bro­dawkę dłu­gimi, moc­nymi po­cią­gnię­ciami. Krzyk­nę­łam gło­śniej i za­czę­łam się wić. On z ko­lei prze­szedł do dru­giej piersi, jed­no­cze­śnie wsu­wa­jąc we mnie drugi pa­lec. To było nie­wia­ry­godne. Tak nie­wia­ry­godne, że za­czę­łam ję­czeć i od­po­wia­dać bio­drami na ru­chy jego pal­ców.

- Chcę cię wziąć tak, jak mi się po­doba - wy­mam­ro­tał, okrą­ża­jąc pal­cem łech­taczkę.

- Tak, tak - bła­ga­łam, już w po­ło­wie drogi do or­ga­zmu.

- A może cię zwiążę? Nie po­zwolę iść do pracy? Będę pie­przyć przez całą noc? - py­tał chra­pli­wie. Po­tem po­ca­ło­wał mnie w ką­cik ust.

- Tak - wy­ję­cza­łam, za­ci­ska­jąc uda na jego dłoni.

Na­gle pod­niósł głowę i wy­pro­sto­wał się. Przez zmru­żone po­wieki uj­rza­łam, że coś mu­siało go za­nie­po­koić. Wy­jął ze mnie palce, na co chcia­łam gło­śno za­pro­te­sto­wać.

- Co tak śmier­dzi? Coś się przy­pala - po­wie­dział to­nem, któ­rego bez wąt­pie­nia uży­wał w re­stau­ra­cji.

Na po­czątku zu­peł­nie nie zro­zu­mia­łam, o czym mówi, ale kiedy ła­god­nie zła­pał mnie za ręce i po­mógł przejść do po­zy­cji sie­dzą­cej, ja też to po­czu­łam. Smród spa­le­ni­zny.

- Steki! - sap­nę­łam. Chcia­łam po­biec na ra­tu­nek.

- Już ra­czej nic ich nie ura­tuje. Przy­nio­słem wino. Mo­żemy je wy­pić - za­żar­to­wał, po­ma­ga­jąc mi wstać.

- Nie, nie. Mam jesz­cze dru­gie, na wy­pa­dek gdyby te nie wy­szły - wy­ja­śni­łam i rzu­ci­łam się w stronę kuchni.

- Po­wiedz mi, tak do­kład­nie ile razy w ży­ciu sma­ży­łaś steki? Je­śli masz za­pa­sowe? - do­bie­gło z tyłu. Po­tem do­sły­sza­łam jego ni­ski śmiech.

Zro­biło mi się głu­pio.

- To ła­twe, wy­star­czy trzy­mać się prze­pisu. Usiądź przy stole i otwórz to wino, je­śli jest schło­dzone - pró­bo­wa­łam ema­no­wać pew­no­ścią sie­bie.

- Okej. Sze­fowa kuchni Va­len­tina ra­dzi so­bie zna­ko­mi­cie, cza­sem tylko coś przy­pali - wciąż mó­wił to­nem, który świad­czył o tym, że zu­peł­nie nie wie­rzy w moje moż­li­wo­ści.

Po­ma­sze­ro­wa­łam do kuchni i już w wej­ściu zo­ba­czy­łam, że z pa­telni unosi się szary, śmier­dzący dym - po­mimo włą­czo­nego okapu. Rzu­ci­łam się ra­to­wać sy­tu­ację, ale kiedy od­wró­ci­łam steki, od­kry­łam cał­ko­wi­cie zwę­gloną po­wierzch­nię. Reszta mięsa wciąż była czer­wona i su­rowa. Może da­łoby się od­kroić spa­loną część, po­my­śla­łam w sku­pie­niu. Dzięki temu steki choć tro­chę się zmniej­szą.

Nie zdą­ży­łam się dłu­żej za­sta­no­wić, bo moją uwagę przy­kuł do­bie­ga­jący z garnka wście­kły bul­got. Zaj­rza­łam do środka i ku wła­snemu prze­ra­że­niu za­uwa­ży­łam, że płyn pra­wie wy­pa­ro­wał. Na pewno w garnku było mniej niż wy­ma­gane cztery łyżki. Szybko prze­ce­dzi­łam wy­war (udało mi się ura­to­wać całe dwie łyżki) po czym prze­kro­iłam steki. Do­da­łam ma­sła na pa­tel­nię, znów umie­ści­łam na niej mięso, do sosu wbi­łam jajka i znów by­łam na wła­ści­wym kur­sie.

...albo i nie. Sos zu­peł­nie nie od­po­wia­dał opi­sowi z in­ter­netu. Roz­trze­py­wa­łam go i mie­sza­łam, ale kiedy mie­sza­nina co­raz bar­dziej przy­po­mi­nała ja­jecz­nicę, po pro­stu do­rzu­ci­łam od­po­wied­nią ilość ma­sła. Jed­no­cze­śnie po­czu­łam za­pach po­cho­dzący z pie­kar­nika. Ze­ga­rek po­ka­zy­wał do­kład­nie go­dzinę, od kiedy wło­ży­łam tam za­pie­kankę, więc szybko ją wy­cią­gnę­łam. Jedną ręką wciąż mie­sza­jąc sos, zdję­łam z ziem­nia­ków spa­lone ga­łązki ty­mianku.

- Mu­szę spraw­dzić, co tu się dzieje. Prze­cież za­raz tu się zlecą wszy­scy stra­żacy z Ber­lina - usły­sza­łam za ple­cami.

- Nie. Po­ra­dzę so­bie. Obie­ca­łam, że zro­bię... - za­czę­łam upar­cie, ale nie udało mi się ukryć nuty bez­rad­no­ści w gło­sie.

Po­czu­łam, jak ru­mie­nię się z wy­siłku i za­że­no­wa­nia, że Frans przy­ła­pał mnie w tak ża­ło­snej sy­tu­acji. Na skraju cał­ko­wi­tej po­rażki. Sta­nął tuż za mną i po­ca­ło­wał w od­sło­niętą szyję. Po­tem ze­sta­wił pa­tel­nię z pal­nika.

- A nie przy­szło ci do głowy, żeby usma­żyć całą krowę w jed­nym ka­wałku? To by­łoby jesz­cze cie­kaw­sze... - sko­men­to­wał z ewi­dent­nym roz­ba­wie­niem.

Po­tem z ko­lei zła­pał za rączkę garnka i po­nad moim ra­mie­niem zaj­rzał do środka.

- Co to ma być, do dia­bła?! - wy­krzyk­nął.

Sama też do­brze wi­dzia­łam, że ma­sło się roz­to­piło, ale nie po­mo­gło w stwo­rze­niu jed­no­li­tego sosu. W mie­sza­ni­nie wy­raź­nie od­ci­nały się grudki sma­żo­nych ja­jek.

- Chcia­łam zro­bić sos ber­neń­ski - przy­zna­łam ci­cho.

Frans nie był wście­kły ani zło­śliwy, ale i tak czu­łam się po­ko­nana. Otar­łam spo­cone czoło i dum­nie pod­nio­słam głowę. Cho­ciaż pró­bo­wa­łam za­cho­wać po­zory pew­no­ści sie­bie, ba­łam się, że Frans so­bie pój­dzie. Niby dla­czego miałby mar­no­wać na mnie czas, je­śli nie po­tra­fię na­wet przy­go­to­wać zwy­czaj­nego steka? Co w ogóle chcia­łam tym wszyst­kim udo­wod­nić? Że je­stem ko­bietą, z którą mógłby być w związku? Po­mimo klubu i mo­jej prze­szło­ści?

Ku wła­snemu prze­ra­że­niu zro­zu­mia­łam, że wła­śnie tego chcę. Związku. Praw­dzi­wego związku, w któ­rym poza świet­nym sek­sem by­łoby też miej­sce na wiele in­nych rze­czy. Od­kry­cie wręcz zmro­ziło mi krew w ży­łach. Za­du­rzy­łam się we Fran­sie znacz­nie, znacz­nie sil­niej, niż za­mie­rza­łam i niż w ogóle po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić. A on nie chciał ni­czego poza sek­sem. Nie z ko­bietą mo­jego po­kroju.

Przy tym ca­łym mę­tliku w gło­wie ja­koś do mnie nie do­tarło, że głowa Fransa jest tuż przy mo­jej, a na­sze ciała nie­mal się sty­kają - dla­tego na­tych­miast za­uwa­żył moją re­ak­cję. Na szczę­ście zło­żył to na­głe ze­sztyw­nie­nie na karb nie­uda­nego przed­się­wzię­cia ku­li­nar­nego.

- Va­len­tino, jak czę­sto zda­rza ci się go­to­wać? - za­py­tał prze­sad­nie słodko, od­wra­ca­jąc mnie w swoją stronę.

Nie­szczę­śliwa, wbi­łam wzrok w pod­łogę.

- Ni­gdy. Ale to miało być cał­kiem pro­ste...

Frans ob­jął mnie i ła­god­nym ge­stem uniósł mi pod­bró­dek.

- To jest pro­ste, jak się zna pod­stawy. Jak ktoś nie wie nic, robi się trudne.

Mil­cza­łam, uni­ka­jąc jego spoj­rze­nia.

- Chcia­łam tylko przy­go­to­wać je­dze­nie. Zro­bić coś zwy­czaj­nego, co ro­bią wszy­scy - od­par­łam naj­bar­dziej bez­na­mięt­nie, jak po­tra­fi­łam.

Nie udało mi się jed­nak: spod uda­wa­nej obo­jęt­no­ści dało się do­sły­szeć roz­ża­le­nie. Przez chwilę było zu­peł­nie ci­cho, nie li­cząc war­kotu ku­chen­nego okapu.

- Okej. To go­tu­jemy. Po­mogę ci - za­pro­po­no­wał w końcu Frans.

- Ale ty cały czas go­tu­jesz...

- To miała być za­pie­kanka czy co?

Frans bły­ska­wicz­nie otwo­rzył szu­fladę, jakby był w mo­jej kuchni co naj­mniej setny raz, i wy­jął wi­de­lec. Wy­ło­wił z na­czy­nia duży pla­ster ziem­niaka, przyj­rzał mu się po­dejrz­li­wie, ugryzł, skrzy­wił się, po czym wy­pluł do zlewu. Za­częły mu drżeć ra­miona, a po chwili po­miesz­cze­nie wy­peł­nił ni­ski, upojny śmiech.

Ten śmiech wy­peł­nił rów­nież moje serce, od­go­nił na­wet złe sa­mo­po­czu­cie. Był taki cie­pły, a jed­no­cze­śnie nie­zwy­kle ra­do­sny. Kiedy Frans od­wró­cił się, oparł się o blat i po­wie­dział z bły­skiem w zło­ci­sto-zie­lo­nych oczach:

- Je­steś naj­pięk­niej­szą i naj­bar­dziej po­nętną ku­charką, jaką kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Je­stem prze­ko­nany, że każdy inny fa­cet z roz­ko­szą zjadłby te twarde, cho­ler­nie słone kar­to­fle i su­rowe mięso, po czym stwier­dziłby zu­peł­nie se­rio, że wszystko sma­ko­wało jak am­bro­zja. W su­mie sam mógł­bym tak zro­bić, je­śli chcesz. Ale je­śli wo­la­ła­byś na­uczyć się ro­bić steki i za­pie­kankę ziem­nia­czaną, mo­gli­by­śmy... masz wię­cej ziem­nia­ków?

Oży­wi­łam się. Do­tarło do mnie, że wła­śnie otrzy­ma­łam nową szansę.

- Ku­pi­łam wszyst­kiego dużo. Wła­śnie na wy­pa­dek, gdyby coś mi nie wy­szło za pierw­szym ra­zem. Ale bar­dzo się spie­szy­łam...

Wy­ję­łam z lo­dówki wielki wo­rek ziem­nia­ków i do­dat­kową por­cję mięsa. Kiedy wy­ło­ży­łam wszystko na stół, Frans przy­cią­gnął mnie do sie­bie i po­ca­ło­wał tak mocno, że zro­biło mi się ciemno przed oczami.

- Niech mięso tro­chę się ogrzeje poza lo­dówką, a my w mię­dzy­cza­sie zaj­miemy się za­pie­kanką - wy­mru­czał tuż przy mo­ich ustach.

To, co na­stą­piło po­tem, do reszty zbu­rzyło mój świat. Już chwila go­to­wa­nia w Bau­hau­sie była cu­dow­nie in­tymna, ale tym ra­zem wznie­śli­śmy się na nowy po­ziom. Przede wszyst­kim dla­tego, że mo­głam uczest­ni­czyć w go­to­wa­niu i pra­co­wać ra­zem z Fran­sem. Od­czu­wa­łam na­raz za­gu­bie­nie, szczę­ście i eks­cy­ta­cję, i to już od mo­mentu, kiedy za­czął mi wy­ja­śniać tech­nikę kro­je­nia pla­ster­ków.

Oczy­wi­ście wciąż szło mi kiep­sko, ale po­rady Fransa zde­cy­do­wa­nie uła­twiły przy­go­to­wy­wa­nie ziem­nia­ków. Udało mi się kilka po­kroić, a on w mię­dzy­cza­sie roz­pra­wił się z całą resztą, a przy oka­zji i z ce­bulą. Ka­zał mi po­ukła­dać pla­sterki w świeżo umy­tym na­czy­niu ża­ro­od­por­nym. Do­da­łam śmie­tanę, zgod­nie z za­le­ce­niami drobno po­sie­ka­łam ty­mia­nek i nie­długo nowa za­pie­kanka zna­la­zła się w pie­kar­niku.

Frans za­brał się do mięsa. Spoj­rzał na nie, sza­cu­jąc ilość.

- Dwie­ście pięć­dzie­siąt gra­mów bę­dzie okej? - spy­tał.

- Tyle ci wy­star­czy? My­śla­łam, że po­winno być...

- To już duży stek - od­parł, od­kroił dwa ka­wałki wo­ło­winy i ude­rzył pię­ścią w je­den z nich tak, że aż huk­nęło.

My­śla­łam, że od ha­łasu po­pę­kają ściany, ale po jesz­cze kilku ude­rze­niach steki stały się bar­dziej pła­skie i rów­no­mier­nie roz­bite. Frans umył ręce i spoj­rzał na mnie.

- Mamy go­dzinę - po­in­for­mo­wał z re­zo­lut­nym bły­skiem w oku.

Na­tych­miast owład­nęło mną po­żą­da­nie. Po­woli ski­nę­łam głową. Może i chcia­łam spró­bo­wać cze­goś zwy­czaj­nego, ale świet­nie pa­mię­ta­łam, co Frans po­wie­dział wcze­śniej.

- Chcesz od razu przejść do... tego, co pro­po­no­wa­łeś? - wy­mru­cza­łam, przy­wie­ra­jąc do niego bio­drami.

Spoj­rzał na mnie, źre­nice miał roz­sze­rzone.

- Ja nie... Mó­wi­łem, co mi ślina na ję­zyk przy­nie­sie. Wcale nie mu­simy. Nie mu­sisz ro­bić nic, po czym źle się po­czu­jesz.

By­łam pewna, że z Fran­sem już ni­gdy nie po­czuję się źle, po po­ca­łunku na Gen­dar­men­markt i wie­czo­rze w kuchni. Lekko prze­su­nę­łam pa­lec wzdłuż gu­zi­ków jego ko­szuli. Unio­słam brwi i za­trze­po­ta­łam rzę­sami.

- Pró­bo­wa­łeś już krę­po­wa­nia? - spy­ta­łam uwo­dzi­ciel­sko.

Jego brwi po­wę­dro­wały pra­wie do li­nii wło­sów.

- Ale ja nie chcę, żeby... Bę­dzie cię bo­lało?

- Nie. Je­śli zro­bimy to tak, jak lu­bię. Wcze­śniej nie da­wano mi wy­boru, ale wiem, co na pewno nie sprawi mi bólu.

Wy­glą­dał na tak oszo­ło­mio­nego, że chciało mi się śmiać. Jed­no­cze­śnie po­żą­da­łam go jesz­cze moc­niej, co sta­no­wiło nie­małe osią­gnię­cie. Zła­pa­łam go za rękę i za­czę­łam pro­wa­dzić w stronę sa­lonu, gdzie le­żał duży, miękki, ja­sno­szary dy­wan. Po śmierci Bernda po­zby­łam się wszyst­kich za­ba­wek, ale ku­pi­łam kilka no­wych. Mia­łam też sza­liki i chustki. Całe mnó­stwo.

Spoj­rza­łam na sto­lik do kawy i ciem­no­czer­wony ze­staw wy­po­czyn­kowy. Uzna­łam, że bez pro­blemu zmie­ścimy się na dy­wa­nie.

- Za­cze­kaj chwilę.

Otwo­rzył usta, jakby chciał za­pro­te­sto­wać, ale w końcu usiadł. Już cał­kiem pod­nie­cona po­ma­sze­ro­wa­łam do gar­de­roby. Wy­bra­łam kilka dłu­gich, wą­skich sza­li­ków. Po­tem wzię­łam jesz­cze duży wi­bra­tor i tubkę lu­bry­kantu. Uśmiech­nę­łam się do sie­bie. Skoro Frans chce spró­bo­wać cze­goś bar­dziej nie­grzecz­nego, wi­bra­tor może się przy­dać.

Gdy wró­ci­łam do sa­lonu, uklę­kłam na dy­wa­nie. Frans przy­glą­dał mi się nie­pew­nie, ale złote iskierki w jego oczach zdra­dzały, jak bar­dzo ma na mnie ochotę.

- Roz­bie­rzesz mnie? Zdej­mij, co chcesz. Ty tu rzą­dzisz - za­chę­ci­łam go miękko, po­chy­la­jąc się.

Po­ło­ży­łam mu na ko­la­nach sza­liki, które za­bra­łam z gar­de­roby. Frans pa­trzył na nie przez chwilę, a na­stęp­nie ski­nął głową. Wy­glą­dał na oszo­ło­mio­nego. Zsu­nął się z ka­napy na dy­wan, rów­nież ukląkł i po­le­cił mi od­wró­cić się do niego ple­cami. Po­czu­łam, jak ha­ftki su­kienki roz­pi­nają się, a Frans gła­dzi mnie po na­gich ple­cach. Za­drża­łam i unio­słam ko­lana na tyle, żeby mógł cał­ko­wi­cie zdjąć ze mnie su­kienkę.

I za­raz jego ręce były już na mo­ich bio­drach, na pa­sie do poń­czoch, na pu­pie. Ści­skały i po­cie­rały, na co za­re­ago­wa­łam ni­skim jęk­nię­ciem. Od tyłu ob­jęły moje piersi, pod­trzy­mu­jąc je, ma­su­jąc i pod­szczy­pu­jąc sutki. Ciało mia­łam co­raz bar­dziej roz­pa­lone, a bie­li­znę - co­raz wil­got­niej­szą. Ba­łam się że stringi za­raz prze­mokną na wy­lot.

- Tak. Wła­śnie tak cie­bie chcę.

Głos Fransa był tak ciemny, że aż pra­wie czarny.

- Do­brze. Zwiąż mi ręce - szep­nę­łam.

Mój głos był rów­nie ciemny, ale za­ła­my­wał się lekko, kiedy in­stru­owa­łam Fransa, jak po­wi­nien zwią­zać mi ręce za ple­cami w ten spo­sób, żeby zgięły się w łok­ciach, a ra­miona przy­le­gały do ple­ców na ca­łej dłu­go­ści. Gdy przy­szła ko­lej na nogi, po­ło­ży­łam się na ple­cach i po­le­ci­łam mu przy­wią­zać naj­pierw jedno, po­tem dru­gie udo cia­sno do łydki.

W końcu by­łam go­towa. Le­ża­łam na dy­wa­nie i już dy­sza­łam z pod­nie­ce­nia.

- Te­raz mo­żesz zro­bić ze mną, co chcesz. Nie bar­dzo mam moż­li­wość się po­ru­szać, ale je­śli mi ka­żesz, dam radę prze­to­czyć się na drugą stronę - za­chę­ca­łam go.

Frans pa­trzył w na­pię­ciu na moje bez­radne ciało i zda­wało się, że w jego umy­śle sza­leje ja­kaś bu­rza. Po­sta­no­wi­łam pod­sy­cić ogień.

- A tu, na stole... z tego wi­bra­tora też mo­żesz sko­rzy­stać. Wło­żyć go... Gdzie. Tylko. Ze­chcesz.

Zmru­żył oczy i bacz­nie mi się przyj­rzał.

- Ni­gdy jesz­cze cze­goś ta­kiego nie ro­bi­łem - po­wie­dział z po­wąt­pie­wa­niem.

- Sama wa­ni­lia? - spy­ta­łam za­dzior­nie i przy­gry­złam wargę. Do­da­łam jesz­cze: - Nie jest to zbyt duże ogra­ni­cze­nie dla ku­cha­rza two­jej klasy?

Oczy Fransa bły­snęły, jakby tuż za nimi ude­rzył pio­run.

- Sama wa­ni­lia. Ale za­raz spró­buję cze­goś no­wego - wy­mru­czał.

Chwy­cił wi­bra­tor i zer­k­nął na tubkę lu­bry­kantu.

- Po­wi­nie­nem za­ło­żyć na niego pre­zer­wa­tywę? - upew­nił się.

- Nie. Jest tylko mój.

Od­dy­cha­łam tak ciężko, że moja klatka pier­siowa wzno­siła się i opa­dała gwał­tow­nie. Umysł mia­łam cał­ko­wi­cie za­mglony.

- Ja też je­stem czy­sta. Mó­wi­łam prawdę, ni­kogo od sied­miu lat. A wtedy się ba­da­łam. Mo­żesz mnie pie­przyć bez gumki.

Głos za­ła­mał mi się cał­ko­wi­cie, kiedy zo­ba­czy­łam, że Frans po­krywa wi­bra­tor lu­bry­kan­tem. Spoj­rzał na mnie, od­su­nął stringi i za­nu­rzył pa­lec w mo­jej cipce. Jego usta roz­cią­gnęły się w zło­wro­gim uśmie­chu. Za­czął po­cie­rać łech­taczkę, pod­czas gdy ja ję­cza­łam i dy­sza­łam z przy­jem­no­ści. Na­gle zła­pał za ko­ronkę maj­tek i po­cią­gnął je w taki spo­sób, że bo­le­śnie wpiły mi się mię­dzy po­śladki. Po­cią­gnął jesz­cze raz, tym ra­zem znacz­nie sil­niej. Ma­te­riał ro­ze­rwał się i znie­na­cka moja naga, roz­warta cipka zna­la­zła się cał­ko­wi­cie na wi­doku.

Spod przy­mknię­tych po­wiek wi­dzia­łam, jak Frans się roz­biera, jego cu­do­wne ciało po­chyla się nade mną, a rów­nie cu­do­wny ku­tas wznosi się, za­czer­wie­niony i twardy jak ka­mień, mię­dzy mo­imi udami. Długi i za­krzy­wiony. Gładki i gruby. Z wielką główką. Ide­alny, praw­dziwy ku­tas ma­rzeń, po­my­śla­łam pół­przy­tom­nie i jesz­cze sze­rzej roz­war­łam nogi.

- Wi­dzisz? Mo­żesz mnie cał­ko­wi­cie ro­ze­wrzeć. Przy­ci­śnij mi uda... uda... do piersi albo... Ob­róć mnie...

Mia­łam duże trud­no­ści z mó­wie­niem, cho­ciaż Frans nie zro­bił jesz­cze pra­wie nic poza zwią­za­niem mnie.

- Naj­pierw spró­buję tak - nie­mal wark­nął, od­kła­da­jąc wi­bra­tor na sto­lik.

Ob­ni­żył się tak, że jego pe­nis zna­lazł się mię­dzy mo­imi war­gami sro­mo­wymi, a tors opie­rał się mię­dzy zwią­za­nymi udami. Krzyk­nę­łam, gdy tylko po­czu­łam na skó­rze do­tyk cał­ko­wi­cie sztyw­nego, a jed­nak wciąż je­dwa­bi­ście gład­kiego ku­tasa. Czu­łam, jaki jest długi. Czu­łam, jaka ja sama je­stem nie­zno­śnie mo­kra i na­brzmiała. Czu­łam nie­wia­ry­godną roz­kosz roz­cho­dzącą się od kro­cza po ca­łym ciele.

Frans do­ci­snął rę­kami moje uda i wszedł we mnie na cen­ty­metr, może dwa. Jęk­nę­łam ci­cho i po­ru­szy­łam się odro­binę. Za­to­pi­łam spoj­rze­nie w zie­lo­nych oczach, któ­rych zło­tawy od­cień przy­wo­dził na myśl pło­mie­nie.

- Po­doba mi się to - mruk­nął, po czym na­głym ru­chem wbił się do sa­mego końca.

Mój de­spe­racki krzyk, wy­raz pa­lą­cej po­trzeby, roz­legł się echem w ca­łym po­miesz­cze­niu. Frans wsu­wał się we mnie i wy­su­wał ze mnie po­woli. Oparł się na łok­ciu, drugą ręką piesz­cząc mój brzuch i piersi. Nie wi­dzia­łam już nic poza jego po­ciem­nia­łymi, okrut­nymi oczami, ale czu­łam o wiele wię­cej.

Zbyt wiele.

Po­czu­łam, jak szczy­pie mój su­tek. Jak okręż­nym ru­chem ma­suje pierś. Jak prze­suwa silną dłoń wzdłuż brzu­cha. Jak pie­przy mnie w zwol­nio­nym tem­pie, do­pro­wa­dza­jąc do sza­leń­stwa.

- Frans, pro­szę... - za­czę­łam, ale bar­dziej agre­sywne pchnię­cie spra­wiło, że za­raz prze­rwa­łam.

Jęk­nę­łam i spró­bo­wa­łam raz jesz­cze.

- Pro­szę. Moc­niej. Już nie mogę...

- Jak ci dam to, czego chcesz, od razu doj­dziesz. A tego nie chcę. Ostat­nio mo­głaś ro­bić, co ci się po­doba. Te­raz ja się tobą po­ba­wię. Mam całą go­dzinę. A może jak przyj­dzie czas, sam wyjmę za­pie­kankę i do cie­bie wrócę - za­po­wie­dział.

Już na sam dźwięk tych słów i wi­dok cie­nia uśmie­chu cza­ją­cego się w ką­ci­kach ust pra­wie do­sta­łam or­ga­zmu. Wi­dzia­łam do­łeczki w jego po­licz­kach, usta, piękne oczy o dłu­gich rzę­sach, ja­sne włosy... i nie mo­głam ni­czego do­tknąć. Mia­łam ochotę wy­buch­nąć pła­czem z bólu i roz­ko­szy.

Przy­ci­snął usta do mo­jej szyi, prze­su­nął po bro­dzie i mu­snął wargi. Znów po­ru­szał się wol­niej, a ja drża­łam i ję­cza­łam jak zra­nione zwie­rzę. Cała się trzę­słam, osza­lała z po­żą­da­nia i cze­goś jesz­cze, czego nie po­tra­fi­łam na­zwać.

Frans wes­tchnął, wy­szedł ze mnie cał­ko­wi­cie i otarł mi usta, na pewno roz­ma­zu­jąc przy tym szminkę.

- Taka nie­cier­pliwa. Taka cia­sna, mała cipka. Taka na­pa­lona, nie­grzeczna dziew­czynka.

Wy­da­łam je­dy­nie ci­chy jęk. Zresztą nie zdą­ży­ła­bym nic po­wie­dzieć, bo Frans zła­pał mnie i od­wró­cił. Le­ża­łam z udami mocno do­ci­śnię­tymi przez brzuch i piersi. Nic nie wi­dzia­łam, ale by­łam świa­doma ru­chu tuż obok sie­bie, po któ­rym na­stą­pił war­kot. Wi­bra­tor.

Frans uniósł moje bio­dra w ten spo­sób, że ko­lana mia­łam wci­śnięte w dy­wan, głowę i część klatki rów­nież, a moja pupa była unie­siona. Nie na­rze­ka­łam. Nie ob­cho­dziła mnie po­zy­cja, naj­waż­niej­sze, że­bym znów miała go w so­bie. Po­czu­łam, jak zbliża wi­bra­tor do mo­ich po­ślad­ków. Śli­ską od lu­bry­kantu główką ma­so­wał od ze­wnątrz od­byt, a ja znów za­czę­łam ję­czeć.

Wi­bra­cje wstrzą­snęły ca­łym moim cia­łem. Frans ostroż­nie wsu­nął sam czu­bek za­bawki do mo­jego od­bytu.

- Włóż go do środka! - za­czę­łam bła­gać.

Wi­bra­tor wbił się we mnie szybko i głę­boko. Do sa­mego końca. Za­wsze mia­łam od­byt tak samo wraż­liwy jak cipkę, więc wy­da­łam okrzyk szczę­ścia, gdy przy­jem­ność roz­lała się we mnie od stóp do głów. Roz­kosz aż mną tar­gała. Po­czu­łam, jak wi­bra­tor ob­raca się, a z od­dali do­biega wy­raźne:

- Cho­lera.

Jed­nym dłu­gim ru­chem wsu­nął we mnie ku­tasa. Przez kilka pchnięć pie­przył mnie w tym sa­mym tem­pie co wi­bra­tor. Eks­plo­do­wa­łam. Krzyk­nę­łam na cały głos, a moja cipka i od­byt za­ci­skały się ryt­micz­nie do­okoła po­ru­sza­ją­cych się we mnie na­rządu i za­bawki. Moje ciało bez­sku­tecz­nie usi­ło­wało się wy­zwo­lić z wię­zów, a sza­leń­cze po­żą­da­nie zmie­niło się w ol­brzy­mią, po­do­bną do oce­anu falę ulgi. By­łam pie­przona tak cu­dow­nie, tak głę­boko, tak upoj­nie i przez tak wła­ści­wego męż­czy­znę.

Frans po­zo­sta­wił włą­czoną za­bawkę w moim od­by­cie, zła­pał mnie obu­rącz za bio­dra i za­czął wcho­dzić we mnie szyb­ciej i moc­niej. My­śla­łam, że to nie­moż­liwe, ale ko­lejny or­gazm po­ja­wił się, jesz­cze za­nim pierw­szy zdą­żył wy­ga­snąć. Wy­strze­lił jak po­kaz fa­jer­wer­ków i po­bu­dził moje bez­radne, zwią­zane ciało do wy­ko­ny­wa­nia tego jed­nego, je­dy­nego ru­chu, który było w sta­nie wy­ko­ny­wać - sza­leń­czego ko­ły­sa­nia bio­drami. Krzy­cza­łam, ję­cza­łam i za­wo­dzi­łam, nu­rza­jąc się w mo­rzu roz­ko­szy i za­spo­ko­je­nia, ja­kiego ni­gdy do­tąd nie do­świad­czy­łam. Ni­gdy. Nic nie mo­gło się z tym rów­nać. Może je­dy­nie pierw­szy raz z Fran­sem.

Sły­sza­łam jego jęki i po­mruki, sku­mu­lo­wane w do­no­śnym, chra­pli­wym ryk­nię­ciu, kiedy po raz ostatni we mnie wszedł. Czu­łam, jak jego nogi trzęsą się, dło­nie ści­skają mnie mocno, a gdy jego ciało w końcu prze­stało drgać, mnie sa­mej z wiel­kim wy­sił­kiem udało się od­zy­skać przy­tom­ność.

Frans wy­jął ze mnie wi­bra­tor i za­czął szybko i zręcz­nie uwal­niać mnie z wię­zów.

- Nie mu­sisz mnie tak od razu roz­wią­zy­wać - po­wie­dzia­łam słabo.

Na mo­ment prze­rwał, ale po­tem wró­cił do roz­plą­ty­wa­nia sza­li­ków.

- Nie będę cię trzy­mał zwią­za­nej tak dla za­bawy - wy­mam­ro­tał.

Uwol­nił moje ręce i nogi, po czym po­mógł mi się prze­krę­cić na bok. Dłu­gimi pal­cami ma­so­wał moje przed­ra­miona, po­tem uda. Przyj­rzał się ko­la­nom. Po­gła­dził jedno z nich.

- Boli?

Prze­łknę­łam ślinę, ale nie by­łam w sta­nie po­wie­dzieć ani słowa. Nikt ni­gdy nie był dla mnie tak czuły. Nikt ni­gdy nie po­fa­ty­go­wał się roz­wią­zać mnie tuż po sto­sunku. Nikt ni­gdy nie py­tał z nie­po­ko­jem, czy mnie nie skrzyw­dził.

- Nie - udało mi się wy­du­sić.

- Na pewno?

- Na pewno - od­par­łam gło­sem ochry­płym ze wzru­sze­nia.

Fi­zycz­nie nie czu­łam bólu, ale bo­lało mnie serce. Dla­tego, że było prze­peł­nione szczę­ściem. I za­bo­lało jesz­cze bar­dziej, kiedy Frans wy­cią­gnął się obok mnie na dy­wa­nie, przy­gar­nął mnie do piersi i wy­mru­czał:

- Dzika dziew­czynka.

Od­dy­cha­łam głę­boko i od­wró­ci­łam się tak, że mo­głam za­nu­rzyć twarz w zło­ci­stych wło­sach na jego piersi i prze­rzu­cić nogę przez jego bio­dra. Bernd nie prze­pa­dał za taką bli­sko­ścią. Na­zy­wał ją bur­żu­azyj­nym gów­nem. Frans za to po­gła­skał mnie po udzie i przy­gar­nął jesz­cze bli­żej.

- By­li­śmy tak szybcy, że chyba zdą­żymy do­rzu­cić jesz­cze bar­dziej tra­dy­cyjną rundkę. Je­śli je­steś za­in­te­re­so­wana.

- To ty za­czą­łeś mó­wić o krę­po­wa­niu - od­par­łam prze­kor­nie.

- Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Ni­gdy nie wią­za­łem ni­czego poza sznu­ro­wa­dłami i... in­dy­kami. I in­nym ptac­twem.

- Naj­wy­raź­niej in­dyki sta­no­wią do­bry ma­te­riał do ćwi­czeń. Po­ra­dzi­łeś so­bie bar­dzo zręcz­nie. Nie było w tym nic z wa­ni­lii.

- Kiedy wa­ni­lia to też wy­śmie­nity skład­nik. Moim zda­niem nie­do­ce­niany.

- Och. Co przez to masz na my­śli?

Na­gle zna­la­złam się pod nim. Spoj­rzał na mnie z bły­skiem w oku.

- Bę­dzie mi ła­twiej za­de­mon­stro­wać, niż wy­ja­śnić.

Roz­dział 7

Sie­dzia­łam przy stole ku­chen­nym i ob­ser­wo­wa­łam, jak Frans roz­pra­wia się z ostat­nimi kę­sami za­pie­ka­nych lo­dów. Mia­łam wra­że­nie, że uno­szę się w po­wie­trzu.

W ra­mach po­wtórki Frans znów wszedł we mnie na dy­wa­nie. O ile krę­po­wa­nie było dla niego nowe, o tyle ten drugi raz sta­no­wił z ko­lei cał­ko­witą no­wość dla mnie. Przed Bern­dem by­łam za­le­d­wie w paru krót­kich związ­kach, w któ­rych seks skła­dał się głów­nie z nud­nych sto­sun­ków w po­zy­cji mi­sjo­nar­skiej. Z Fran­sem jed­nak na­wet ta po­zy­cja nie miała w so­bie nic z nudy. Ob­ję­łam go no­gami, on uniósł jedną z nich nieco wy­żej i pod­trzy­my­wał, wcho­dząc we mnie raz za ra­zem. Zła­pał mnie za kok, owie­wał twarz cie­płym od­de­chem, jego pierś tuż przy mo­jej.

W tej eks­ta­zie nie wie­dzia­łam, co zro­bić z rę­kami. Gła­dzi­łam umię­śnione plecy, piękne ra­miona i je­dwa­bi­ste włosy, ści­ska­łam po­śladki. Moje uda drżały z eks­cy­ta­cji, a ciało wy­gięło się w taki spo­sób, żeby jesz­cze le­piej po­czuć jego mę­skość ocie­ra­jącą się o punkt G, jego skórę na moim brzu­chu i pier­siach. A przez cały czas usta Fransa wę­dro­wały po mo­ich war­gach i po ca­łej twa­rzy.

Pod­czas or­ga­zmu trzy­ma­łam się go, jakby był moim ko­łem ra­tun­ko­wym, dy­sza­łam mu wprost do ust i za­to­pi­łam pa­znok­cie w jego ple­cach. Po­tem już nie po­tra­fi­łam wró­cić na zie­mię. Wzię­li­śmy szybki prysz­nic, a on na­my­dlił mnie i umył z cu­do­wną, wręcz bo­le­sną ła­god­no­ścią. To do­pro­wa­dziło mnie nie­mal do ta­kiego sza­leń­stwa jak nie­wia­ry­godny seks.

Usma­ży­łam steki, pod­czas gdy Frans do­ra­dzał mi i po­ma­gał, ale wcze­śniej zro­bi­łam sos - z niego by­łam zde­cy­do­wa­nie naj­bar­dziej dumna.

Frans udzie­lał mi krót­kich, do­kład­nych in­struk­cji i po­ka­zał, jak od­dzie­lić żółtka od bia­łek. Zmar­no­wa­łam co naj­mniej pięt­na­ście ja­jek, za­nim da­łam radę uzbie­rać po­trzebną liczbę żół­tek, ale to go nie roz­zło­ściło. Po każ­dym nie­po­wo­dze­niu rzu­cał je­dy­nie "jesz­cze raz", da­wał mi lek­kiego klapsa i po­da­wał ko­lejne jajko. Przy po­przed­niej pró­bie zu­peł­nie za­po­mnia­łam o tym eta­pie. Po­dob­nie jak o ką­pieli wod­nej. Ku mo­jemu za­sko­cze­niu sos rze­czy­wi­ście wy­glą­dał zu­peł­nie ina­czej po­zba­wiony bia­łek, go­to­wany w od­po­wiedni spo­sób i z do­dat­kiem uprzed­nio roz­to­pio­nego ma­sła. To było in­te­re­su­jące.

Ale jesz­cze bar­dziej in­te­re­su­jące były opo­wie­ści Fransa o pracy w Bau­hau­sie, o jego sio­strach i ich dzie­ciach, po­li­tyce, kul­tu­rze, a na­wet spo­rcie. Roz­ma­wia­li­śmy o sank­cjach na­ło­żo­nych na Ro­sję, o po­zy­cji Unii Eu­ro­pej­skiej na are­nie świa­to­wej, o bre­xi­cie. O mu­zyce, kon­cer­tach i fe­sti­wa­lach. Frans prze­pa­dał za jaz­zem i blu­esem, o któ­rych ja z ko­lei wie­dzia­łam nie­wiele. Po­le­ci­łam mu Nicka Cave'a i Le­onarda Co­hena, kiedy przy­znał, że nie zna tych ar­ty­stów. Po­wie­dzia­łam rów­nież, że cza­sami słu­cham bar­dziej roc­ko­wych wy­ko­naw­ców, ta­kich jak Royal Blood czy Ima­gine Dra­gons.

Gdy za­sie­dli­śmy przy stole, pu­ści­łam Nicka Cave'a. Po kilku utwo­rach Frans stwier­dził, że w domu chęt­nie po­słu­cha wię­cej. Po tym wszyst­kim już cał­ko­wi­cie wzbi­łam się w prze­stwo­rza: po świet­nym sek­sie, bli­sko­ści i po­ga­dusz­kach. Gro­ziło mi opusz­cze­nie or­bity ziem­skiej i od­pły­nię­cie w ko­smos. W któ­rymś mo­men­cie roz­mowa się urwała, ale prze­rwa nie była nie­zręczna. W tle le­ciało mroczne, sek­sowne Red Ri­ght Hand Cave'a, Frans wło­żył do ust ostat­nią ły­żeczkę lo­dów, a ja po­że­ra­łam wzro­kiem jego po­stać i ge­sty, za­sta­na­wia­jąc się, czy mo­gła­bym po pro­stu po­dejść i usiąść mu na ko­la­nach.

- Chcesz mi opo­wie­dzieć o swo­jej prze­szło­ści? - spy­tał na­gle, pa­trząc mi w oczy.

Do­padł mnie, kiedy by­łam zu­peł­nie bez­bronna, a zło­ci­sto-zie­lone oczy zda­wały się dzia­łać na mnie jak elik­sir prawdy. Mimo to sta­ra­łam się unik­nąć te­matu. Frans był pierw­szym czło­wie­kiem, któ­remu w ogóle wspo­mnia­łam o swo­jej prze­szło­ści, po­mi­ja­jąc przy­ja­ciół Bernda, któ­rzy pró­bo­wali się do mnie zbli­żyć po jego śmierci. Ich jed­nak ka­te­go­rycz­nie po­in­for­mo­wa­łam, że już nie pro­wa­dzę ta­kiego trybu ży­cia jak przed­tem.

- Już ci wczo­raj po­wie­dzia­łam naj­waż­niej­sze rze­czy. Nie mam zbyt wiele do do­da­nia...

Spoj­rza­łam w dół na swoje dło­nie i zmarsz­czy­łam brwi. Ge­ne­ral­nie nie chcia­łam my­śleć o mi­nio­nych spra­wach, ale te­raz, kiedy Frans pod­jął te­mat, wspo­mnie­nia za­lały mnie wielką, czarną, du­szącą falą. Sie­dzia­łam w ci­szy. Mia­łam wra­że­nie, że dło­nie zni­kają mi z pola wi­dze­nia. Na­gle usły­sza­łam wła­sny zdu­szony, na­pięty głos.

- Moi ro­dzice zgi­nęli w tsu­nami. W tym wiel­kim, z dwa ty­siące czwar­tego roku. Aku­rat byli w Taj­lan­dii. Mia­łam wtedy osiem­na­ście lat, żad­nego ro­dzeń­stwa. Za­miesz­ka­łam z bab­cią i ja­kimś cu­dem udało mi się skoń­czyć li­ceum. Do­sta­łam się na ger­ma­ni­stykę, cho­ciaż to nie był mój pierw­szy wy­bór. Chcia­łam się prze­nieść na hi­sto­rię kul­tury i zo­stać na­uczy­cielką hi­sto­rii. Albo ję­zy­ków. Ale szybko zna­la­złam to­wa­rzy­stwo... czy też to to­wa­rzy­stwo mnie zna­la­zło i... za­czę­łam brać. Na am­fe­ta­mi­no­wym haju im­pre­zo­wa­łam i się uczy­łam, i cho­ciaż to było głu­pie, jesz­cze wtedy ja­koś trzy­ma­łam wszystko w gar­ści.

Wzię­łam głęb­szy wdech i na mo­ment spoj­rza­łam Fran­sowi w oczy. Nie było w nich nic po­tę­pia­ją­cego, tylko sku­pione ocze­ki­wa­nie. Ski­nął mi głową.

- No i by­łam ra­czej sa­motna, bo żeby za­ro­bić na ko­lejną działkę, mu­sia­łam pra­co­wać, więc nie na­wią­za­łam żad­nych bliż­szych przy­jaźni. A kiedy z jedną zna­jomą przy­je­cha­łam do Nie­miec na wy­mianę, my... za­czę­ły­śmy kraść. Bra­łam co­raz wię­cej, bo im­prezy były dzik­sze niż w Fin­lan­dii i wszystko było ła­twiej do­stać. Tak wy­szło, że zna­la­zły­śmy się na ba­le­tach u ja­kie­goś bo­ga­tego go­ścia. Na po­czątku nie wie­dzia­łam, czego oni od nas chcą, ale do­syć szybko wszystko stało się ja­sne. Fa­cet i jego ko­le­dzy pie­przyli mnie i tamtą zna­jomą w jed­nym łóżku. By­łam tak na­ćpana, że uwa­ża­łam to wszystko za fajne i eks­cy­tu­jące. Może nic by się nie stało, gdy­bym pod­jęła taką de­cy­zję na trzeźwo. Ale jed­nym z tych ko­lesi był Bernd. Za­fa­scy­no­wa­łam go. Po­wie­dział, że jesz­cze ni­gdy nie spo­tkał ta­kiej na­pa­lo­nej, go­to­wej na wszystko dziwki. I że chce mnie na wła­sność. Był o dwa­dzie­ścia lat star­szy, za­możny i miał do­brą gadkę. Jesz­cze tego sa­mego wie­czoru za­brał mnie do sie­bie z resztką im­pre­zo­wi­czów. Skom­bi­no­wał skądś wię­cej nar­ko­ty­ków i by­łam le­dwo przy­tomna, kiedy ci wszy­scy go­ście ru­chali mnie przez całą noc w róż­nych po­zy­cjach, miej­scach i kon­fi­gu­ra­cjach.

Prze­łknę­łam ślinę. W ustach mia­łam smak go­ry­czy. Cią­gnę­łam z wy­sił­kiem:

- Tak mnie piesz­czo­tli­wie prze­zy­wał. Dziwka. By­łam jego dziwką. Żoną-dziwką. Pa­nią dziwką. Dziwką ćpunką. Szybko się do tego przy­zwy­cza­iłam. Cho­dzi­łam wiecz­nie na­ćpana i by­łam szczę­śliwa, kiedy tylko on był za­do­wo­lony. Chyba coś mu­siał we mnie ce­nić, skoro się ze mną oże­nił. Za­nim się zo­rien­to­wa­łam, już pra­co­wa­łam w klu­bie. Na po­czątku pie­przy­łam się mniej wię­cej z dwoma klien­tami każ­dego wie­czoru. Ale po­nie­waż Bernd nie mógł or­ga­ni­zo­wać tych swo­ich or­gii co ty­dzień, naj­wy­raź­niej wy­my­ślił, że za­pewni so­bie do­dat­kowe wra­że­nia, pa­trząc, jak za­spo­ka­jam w klu­bie wię­cej klien­tów. Dla bli­skich part­ne­rów biz­ne­so­wych sta­no­wi­łam wła­ści­wie do­da­tek do ko­la­cji. Te­raz wi­dzę, że to nie­nor­malne, ale... do ta­kich rze­czy też można przy­wyk­nąć. Szybko sta­łam się słynna w pew­nych krę­gach, a Bernd za­ra­biał na tyle dużo, że do­sta­wa­łam lep­sze rze­czy. Ko­ka­inę. W du­żych ilo­ściach.

Pod ko­niec głos za­czął mi drżeć i mu­sia­łam głę­boko ode­tchnąć, żeby się uspo­koić.

- Na moim ślu­bie byli sami fa­ceci i wszy­scy mo­gli mnie pie­przyć do woli. Raz... raz... pod ko­niec, kiedy Bernd sam już zwa­rio­wał od za­chcia­nek tych zbo­czeń­ców, na cały week­end przy­wią­zali mnie w sy­pialni łań­cu­chem jak psa. Dali mi tylko wia­dro do za­ła­twia­nia po­trzeb. Ktoś przy­cho­dził, żeby dać mi je­dze­nie i tro­chę mnie ob­myć. Mu­sia­łam spać na tej twar­dej pod­ło­dze... pod­ło­dze... je­śli mo­głam, ale zbyt wiele nie da­łam... da­łam rady... bo cią­gle ktoś mnie pie­przył...

Nie wiem, jaki mur udało się Fran­sowi we mnie zbu­rzyć, ale łzy znów po­cie­kły mi na po­liczki, do­pa­dły mnie mdło­ści i uczu­cie po­ni­że­nia.

- Po tym po­wie­dzia­łam Bern­dowi, że nie chcę już wię­cej być trak­to­wana jak pies. Chyba tak mnie to roz­wa­liło fi­zycz­nie i cho­ciaż by­łam... na haju... też psy­chicz­nie... że już wię­cej nie pró­bo­wał. Ale poza tym... - pró­bo­wa­łam jesz­cze mó­wić.

Ką­tem oka zo­ba­czy­łam, że Frans pod­nosi się i pod­cho­dzi do mnie. Chwy­cił mnie za rękę, po­mógł wstać i przy­tu­lił.

- Wy­star­czy. Już wy­star­czy - szep­nął mi do ucha.

Po­chli­py­wa­łam ci­cho i drża­łam w jego ra­mio­nach, pła­cząc po raz pierw­szy od śmierci ro­dzi­ców. Ści­snął mnie moc­niej, a ja in­stynk­tow­nie go ob­ję­łam. Za­pro­wa­dził mnie na sofę i po­sa­dził so­bie na ko­la­nach. Opar­łam mu się na ra­mie­niu i przy­ci­snę­łam twarz do jego szyi, pod­czas gdy on gła­dził mnie po ple­cach jedną ręką, a drugą po­ło­żył mi na karku.

- Mu­szę cię prze­pro­sić za to, jak się wtedy za­cho­wa­łem w klu­bie. I za to, co po­wie­dzia­łem - ode­zwał się.

- Już prze­pro­si­łeś - od­par­łam ci­cho.

Jego od­po­wiedź była sta­now­cza:

- Nie prze­pro­si­łem po­rząd­nie. By­łem kom­plet­nie za­szo­ko­wany tym na­gra­niem i my­śla­łem, że... nie wiem, co so­bie my­śla­łem. Że może na­prawdę lu­bisz taki styl ży­cia. Cho­ciaż co mnie to niby ob­cho­dzi, na­wet gdy­byś lu­biła. Ni­gdy w ten spo­sób nie ode­zwa­łem się do ni­kogo poza tobą. Nie zna­jąc kon­tek­stu i... kurwa, tak mi wstyd.

Po­gła­dzi­łam go po szyi.

- Sły­sza­łam już gor­sze rze­czy - za­pew­ni­łam.

- To ża­den ar­gu­ment. Je­śli ja­kiś nie­zrów­no­wa­żony, głupi wieprz cię wy­zywa, to jesz­cze nie ozna­cza, że mam się zni­żać do jego po­ziomu.

Serce wa­liło mi bez ustanku, a przy tym czu­łam się tak do­brze w jego ob­ję­ciach, że od­wa­ży­łam się za­pro­po­no­wać:

- A je­śli prze­szu­kamy dzi­siaj część miesz­ka­nia...

Za­mil­kłam, przy­po­mniaw­szy so­bie, co mu przed chwilą opo­wie­dzia­łam. W po­łą­cze­niu z na­gra­niem mo­gło go to prze­ro­snąć.

- Tak? - spy­tał z roz­tar­gnie­niem, przy­ci­ska­jąc mnie jesz­cze moc­niej do piersi.

Za­mknę­łam oczy.

- Nie zo­stał­byś na noc? Mam wolne. Nie mu­simy nic ro­bić. Chcia­ła­bym tylko przy to­bie za­snąć - za­ry­zy­ko­wa­łam.

- Ty tak na se­rio? - od­parł, roz­ba­wiony.

Już zdą­ży­łam po­czuć gorzki za­wód, kiedy do­dał:

- Je­śli zo­stanę, na­prawdę my­ślisz, że bę­dziemy tylko spać?

Mil­czał przez chwilę.

- To zna­czy oczy­wi­ście mo­żemy spać, je­śli ta roz­mowa wzbu­dziła tyle złych wspo­mnień, że... ja­sne, spać też dam radę - pod­jął z lek­kim nie­po­ko­jem.

- Nie masz nic wspól­nego z moją prze­szło­ścią. Nic. Wcze­śniej ni­kogo nie chcia­łam, ale te­raz... te­raz wła­śnie chcę - od­par­łam miękko.

- W ta­kim ra­zie do­brze by było się wziąć do in­spek­cji tego przy­bytku. Bo i ja za­czy­nam chcieć, już w tej se­kun­dzie. A je­śli ule­gniemy tej ocho­cie, je­dy­nym prze­szu­ka­niem, ja­kie tu na­stąpi, bę­dzie grun­towne prze­szu­ka­nie two­jej osoby.

Bez wąt­pie­nia ma ra­cję, po­my­śla­łam, uśmie­cha­jąc się z roz­ma­rze­niem. Po­słusz­nie wsta­łam mu z ko­lan.

- Z me­bli stare są tylko te drew­niane. Całą resztę wy­mie­ni­łam. Więc je­śli Bernd scho­wał ob­razy w ta­pi­cerce, już ich nie od­zy­skamy. Ale oczy­wi­ście mo­żemy spraw­dzić pod sto­łami i w ko­mo­dzie... Gar­de­roby nie ru­sza­łam. Mo­żesz ją przej­rzeć. Ja nie po­tra­fię za bar­dzo ba­dać ścian i re­ga­łów, wy­soka też nie je­stem... ale mo­gła­bym za­jąć się bi­blio­teką...

Do­tarło do mnie, że wy­rzu­cam z sie­bie tyle słów, bo na­gle za­nie­po­ko­iła mnie myśl o męż­czyź­nie no­cu­ją­cym u mnie po tych wszyst­kich la­tach. Cho­ciaż oczy­wi­ście tego chcia­łam. Naj­bar­dziej na świe­cie. Ale było kilka spraw. Na przy­kład: jak można na­tu­ral­nie przejść we dwójkę do sy­pialni? Co mam po­wie­dzieć przed za­śnię­ciem? Ja­kiego seksu Frans bę­dzie ocze­ki­wał? I ile razy? Czy uzna mnie za dziwkę, je­śli ze­chcę się pie­przyć przez całą noc? Bo po­dej­rze­wa­łam, że to praw­do­po­do­bne. Co by­łoby nor­malne?

Za­mknę­łam usta, na­ka­za­łam so­bie wziąć póki co na wstrzy­ma­nie i za­sta­no­wić się spo­koj­nie pod­czas prze­szu­ki­wa­nia bi­blio­teki. Frans wstał i wsu­nął ręce do tyl­nych kie­szeni spodni.

- Okej. Masz tu ja­kieś na­rzę­dzia?

Za­pro­wa­dzi­łam go do skrytki w przed­po­koju, gdzie trzy­ma­łam na­rzę­dzia i środki czy­sto­ści. Nie było za bar­dzo w czym wy­bie­rać, ale zna­la­zły się oczy­wi­ście śru­bo­kręty i mło­tek. Mia­łam też łom po­zo­sta­wiony przez ekipę re­mon­tową pod­czas re­no­wa­cji miesz­ka­nia. Gdy od­wró­ci­łam się do Fransa, przy­tu­lił mnie szybko, po­ca­ło­wał w usta, a po­tem za uchem. Już za­czę­łam ma­rzyć o po­rzu­ce­niu wszyst­kich ob­ra­zów świata...

- Po­sta­ram się być do­kładny, ale długo nie wy­trzy­mam. Wró­cimy do tego jesz­cze in­nego dnia. Po­mału.

- Okej - zgo­dzi­łam się i uśmiech­nę­łam nie­śmiało jak pło­cha dzie­wica.

Za­pro­wa­dzi­łam go do gar­de­roby i usta­li­li­śmy, że może opróż­niać półki i wie­szaki na łóżko, a po­tem wszystko po­ukła­dać z po­wro­tem, gdy roz­prawi się z ja­kimś frag­men­tem. A je­śli zdąży, do­łą­czy do mnie w bi­blio­tece, któ­rej prze­szu­ki­wa­nie mo­gło za­jąć wiele dni.

We­szłam do bi­blio­teki i spoj­rza­łam na wzno­szące się przy trzech ścia­nach wy­so­kie re­gały. Bernd chęt­nie ku­po­wał war­to­ściowe książki i wiel­kich kla­sy­ków, ale ni­gdy nie wi­dzia­łam, żeby czy­tał, chyba że cza­sem w po­dróży. Po wy­trzeź­wie­niu znaj­do­wa­łam na pół­kach wiele cie­ka­wych lek­tur - w pierw­szych la­tach wdo­wień­stwa ni­czego nie mu­sia­łam ku­po­wać ani wy­po­ży­czać.

Ro­zej­rza­łam się do­okoła i za­sta­no­wi­łam, od­kąd naj­le­piej za­cząć. Mój wzrok padł na jedną z dol­nych pó­łek, na któ­rej le­żały puz­zle ku­pione przeze mnie w ostat­nich mie­sią­cach mał­żeń­stwa, a także nieco póź­niej na po­prawę na­stroju i uko­je­nie ner­wów. By­łam u psy­chia­try i na te­ra­pii, ale bio­rąc pod uwagę moją nar­ko­ty­kową prze­szłość, za­ży­wa­nie ben­zo­dia­ze­pin lub in­nych uza­leż­nia­ją­cych le­ków nie wy­da­wało się do­brym po­my­słem. Ko­rzy­sta­łam ze wszyst­kich do­mo­wych me­tod, ja­kie mi po­le­cano.

Ukła­da­łam puz­zle, li­czy­łam książki na re­ga­łach, wy­ko­ny­wa­łam ćwi­cze­nia od­de­chowe, pro­wa­dzi­łam dzien­nik, w na­prawdę złych chwi­lach przy­kła­da­łam do ręki kostkę lodu i ką­pa­łam się w zim­nej wo­dzie. Te­raz już na­wet sama nie pa­mię­ta­łam wszyst­kich pa­ten­tów, które sto­so­wa­łam.

Uklę­kłam i wy­ję­łam pu­dełka z puz­zlami. Za nimi nie uj­rza­łam ni­czego wy­jąt­ko­wego, na­wet przy świe­tle la­tarki. Na dol­nej półce były rów­nież dwa duże atlasy - Bernd miał ich wię­cej, ale aku­rat te dwa były zbyt wiel­kie, żeby dało się je po­sta­wić pio­nowo. No i, rzecz ja­sna, le­żał tam jesz­cze al­bum.

Wy­cią­gnę­łam go wście­kłym ru­chem. Sama nie wie­dzia­łam, czemu w ogóle go za­cho­wa­łam. Może dla­tego, że ze wszyst­kich pre­zen­tów, ja­kie otrzy­ma­łam od Bernda, tylko on choć czę­ściowo przy­po­mi­nał zwy­czajny po­da­ru­nek. Miał grube, obite ró­żową tka­niną okładki i kra­wę­dzie ozdo­bione me­ta­lo­wym ob­ra­mo­wa­niem. Bernd miał po­do­bny no­tat­nik, tyle że mniej­szy i czarny. Wy­ko­nany ręcz­nie al­bum za­wie­rał na­sze zdję­cia.

Kie­dyś uwa­ża­łam go za ro­man­tyczny pre­zent. Te­raz, prze­rzu­ca­jąc wiel­kie, sztywne strony, za­uwa­ży­łam zdję­cie ze ślubu: pa­trzę przed sie­bie za­mglo­nym wzro­kiem i z za­do­wo­loną miną sie­dzę przy okrą­głym stole, oparta o ra­mię mał­żonka - jak wiele in­nych pa­nien mło­dych na ślub­nych fo­to­gra­fiach. Wie­dzia­łam jed­nak, że pod sto­łem suk­nię mam już za­dartą, a na mo­jej cipce trzyma rękę obcy fa­cet. Po­dob­nych, z po­zoru ba­nal­nych zdjęć było w al­bu­mie całe mnó­stwo. Tylko kilka fo­to­gra­fii z po­dróży, na któ­rych po­zo­wa­łam w bi­kini, i kilka in­nych z klubu, gdzie w uwiecz­niono mnie w ską­pych strin­gach przy róż­nych sprzę­tach, było do­kład­nie tym, na co wy­glą­dało.

Szybko za­trza­snę­łam al­bum, trzę­sąc się z od­razy, i już chcia­łam po­ło­żyć go na ster­cie pu­de­łek z puz­zlami, kiedy przy­szło mi do głowy przyj­rzeć mu się od ze­wnątrz. Wła­ści­wie nie otwie­ra­łam go, od kiedy go do­sta­łam, i ni­gdy nie uzu­peł­nia­li­śmy go o nowe zdję­cia. Jak te­raz przy­szło mi do głowy, tego typu pre­zent zu­peł­nie nie był w stylu Bernda. Mąż po­da­ro­wał mi go ze sło­wami, że chce za­cho­wać w pa­mięci wspo­mnie­nia ze wspól­nej po­dróży przez ży­cie.

To było na­prawdę po­dej­rzane. On prze­cież za­wsze stro­nił od ta­kich czu­łych ge­stów. Zda­rzało mu się przy­nieść mi kwiaty, ale poza tym wszyst­kie pre­zenty za­wsze tak czy ina­czej wią­zały się z sek­sem. Po śmierci Bernda zro­zu­mia­łam pewne rze­czy na jego te­mat. Poza silną per­wer­sją na punk­cie strę­czy­ciel­stwa miał rów­nież ce­chy osoby uza­leż­nio­nej od seksu.

Osza­co­wa­łam wy­so­kość al­bumu i uzna­łam, że ma przy­naj­mniej pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów. Je­śli ob­razy nie były zbyt duże...

Otwo­rzy­łam okładkę i do­kład­niej zba­da­łam wzmoc­nioną me­ta­lem kra­wędź z przodu. Czyżby po jed­nej stro­nie była nieco unie­siona? Szarp­nę­łam ją lekko, ale nic się nie stało. Pró­bo­wa­łam wy­czuć coś pal­cami, po­cią­gnę­łam w kilku miej­scach, a na­stęp­nie zro­bi­łam to samo z tylną okładką. Me­tal wy­da­wał się jed­nak mocno przy­twier­dzony do oprawy. Już po­my­śla­łam, że moje po­dej­rze­nia są śmie­chu warte, kiedy nie­chcący pod­wa­ży­łam kciu­kiem je­den z ro­gów.

Me­ta­lowa kra­wędź od­sko­czyła na ca­łej dłu­go­ści al­bumu, jakby ją wy­strze­lono z ja­kie­goś mi­nia­tu­ro­wego łuku. Po­czu­łam, że serce za­czyna mi moc­niej bić, na mo­ment wstrzy­ma­łam od­dech i owład­nęła mną mie­sza­nina lęku i cie­ka­wo­ści. Nie chcia­łam jesz­cze wo­łać Fransa, bo w skrytce mo­gło się znaj­do­wać wię­cej ma­te­ria­łów, któ­rych wo­la­łam mu nie po­ka­zy­wać.

Zaj­rza­łam do środka i drżą­cymi rę­kami na­ma­ca­łam ma­te­riał, który po­dej­rza­nie przy­po­mi­nał płótno ma­lar­skie. Po­woli i ostroż­nie wy­cią­gnę­łam zło­żoną na pół tka­ninę. Już nie tylko ręce mi się trzę­sły. Sta­nę­łam moc­niej na no­gach i znów wstrzy­ma­łam od­dech, po czym szybko roz­chy­li­łam ma­te­riał.

To był Klimt. Uj­rza­łam go, cho­ciaż na wierz­chu były jesz­cze dwa mniej­sze ob­razy. Pierw­szy przed­sta­wiał róż­no­ko­lo­rowe fi­gury geo­me­tryczne na żół­ta­wym tle. Pro­sto­kąty, kwa­drat, li­nie, duży okrąg, wszystko har­mo­nij­nie roz­miesz­czone i do­kład­nie prze­my­ślane. Ma­le­wicz, su­pre­ma­tyzm. Dru­gim ob­ra­zem był jego au­to­por­tret, przy­po­mi­na­jący znany mi ob­raz ar­ty­sty w zie­lo­nej ma­ry­narce. Tu ma­ry­narka miała czer­wony ko­lor, a tło - zie­lony w miej­sce czer­wo­nego z tam­tego dru­giego ob­razu. Moż­liwe, że dwa dzieła sta­no­wiły parę. Tak czy ina­czej, au­to­por­tret praw­do­po­dob­nie po­cho­dził z fazy przed su­pre­ma­ty­zmem.

Chcia­łam otwo­rzyć usta i wresz­cie za­wo­łać Fransa, ale nie udało mi się wy­do­być głosu. Pa­trzy­łam na pracę Klimta przed­sta­wia­jącą dwie po­sta­cie ko­biece. Zna­jome mo­zai­kowe ele­menty, złota farba, zmy­słowe po­zy­cje, dłu­gie ciemne włosy. Oczy­wi­ście mo­gły być pod­rób­kami, ale ja­koś nie chciało mi się w to wie­rzyć. Bernd na pewno prze­wi­dział, że je­śli po­li­cja wpad­nie na trop dzieł, za­cznie prze­szu­ki­wać sejfy, skrytki ban­kowe i za­my­kane na klucz szafki. Al­bum by­łoby ła­two zdjąć z re­gału, wło­żyć cho­ciażby do du­żej torby i wy­wieźć w bez­pieczne miej­sce. Ja pew­nie za­po­mnia­ła­bym o al­bu­mie po pierw­szym po­bież­nym przej­rze­niu, a że bu­dy­nek wy­po­sa­żono w sys­tem try­ska­czy, ob­razy ra­czej nie spło­nę­łyby w po­ża­rze.

De­li­kat­nie po­gła­dzi­łam płótna i znów otwo­rzy­łam usta. Po­tem je za­mknę­łam. Pod­świa­do­mość za­dzia­łała szyb­ciej niż lo­giczne my­śle­nie, ale obie czę­ści umy­słu do­szły do tego sa­mego wnio­sku.

Gdy­bym te­raz od­kryła przed Fran­sem, że zna­la­złam ob­razy, co by się stało? Sprawa zo­sta­łaby roz­wią­zana. Dzieła po­wę­dro­wa­łyby do mu­zeów. Wszystko by­łoby wresz­cie tak, jak po­winno.

A jed­nak nie. Frans nie miałby już żad­nego po­wodu, żeby się ze mną spo­ty­kać. Nie przy­szedłby już do klubu ani do mo­jego miesz­ka­nia. Cała za­bawa skoń­czy­łaby się w mgnie­niu oka. Nie by­łam na to go­towa. Jesz­cze nie. Nie tego wie­czoru.

Może ni­gdy nie będę, przy­zna­łam po ci­chu.

Mia­łam Bernda i wielu in­nych zna­jo­mych, któ­rzy czę­sto mnie pie­przyli. Póź­niej nie­zli­cze­nie wielu no­wych męż­czyzn sta­rało się o po­zy­cję mo­jego ko­chanka. Nikt ni­gdy nie wzbu­dził we mnie ta­kiego po­żą­da­nia ani ta­kiej po­trzeby do­wie­dze­nia się o nim wszyst­kiego jak Frans. Ni­komu nie udało się wy­wo­łać ta­kiego prze­ra­ża­ją­cego, pul­su­ją­cego bólu, który z dnia na dzień co­raz bar­dziej roz­sa­dzał mi serce, pro­mie­niu­jąc na całe ciało w taki spo­sób, że czu­łam się rów­no­cze­śnie chora i słaba, a jed­nak zdrow­sza i bar­dziej kom­pletna niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Nie chcia­łam tego na­zy­wać, za bar­dzo się ba­łam. Ba­łam się wła­snych my­śli. "Ni­gdy" to mocne słowo. Z tej sa­mej ro­dziny co "za­wsze". Jak ro­dzeń­stwo. Bo je­śli nie by­łam go­towa kie­dy­kol­wiek po­że­gnać się z Fran­sem, to zna­czyło, że chcę go za­trzy­mać na za­wsze.

Za­ci­snę­łam szczęki tak mocno, że za­bo­lały, i ostroż­nie za­czę­łam na po­wrót wsu­wać płótna do skrytki. Dwa ty­go­dnie. Cho­ciaż dwa ty­go­dnie. Albo trzy. Może moje za­du­rze­nie od­pu­ści i będę wkrótce w sta­nie wy­rzu­cić z ży­cia Fransa ra­zem z ob­ra­zami. Tyle tylko, że naj­bar­dziej się ba­łam, iż nic nie od­pu­ści, a wręcz sta­nie się zu­peł­nie na od­wrót.

"Naj­wy­żej mie­siąc".

Po mie­siącu "znajdę" ob­razy, prze­każę je Fran­sowi, a na­sze drogi się ro­zejdą. Wło­ży­łam me­ta­lowe wzmoc­nie­nia na miej­sce i scho­wa­łam twarz w dło­niach. Z roz­miesz­czo­nych w ca­łym miesz­ka­niu gło­śni­ków do­bie­gała pro­sta, ale hip­no­ty­zu­jąca me­lo­dia. W uszach mia­łam słowa Lo­ver­man Cave'a:

There's a de­vil wa­iting out­side your door

He's weak with evil and bro­ken by the world

He's sho­uting your name and he's asking for more, give him more, give him more.

Dzie­li­łam kie­dyś ży­cie z dia­bel­skim męż­czy­zną, ale na­wet wtedy sza­tan nie prze­ma­wiał do mnie tak słodko i prze­ko­nu­jąco jak te­raz. Jesz­cze tylko tro­chę. Jesz­cze tro­chę wię­cej. Jesz­cze tro­chę dłu­żej.

To było nie­wła­ściwe i sa­mo­lubne, ale po­trze­bo­wa­łam chwil po­dob­nych do Gen­dar­men­markt i tego wie­czoru, uśmie­chów Fransa, go­dzin spę­dzo­nych w jego ob­ję­ciach. Zwy­czaj­no­ści, która ze zwy­czaj­no­ścią nie ma zu­peł­nie nic wspól­nego.

Za­mknę­łam więc al­bum, ze­bra­łam pu­dełka z puz­zlami i po­ło­ży­łam wszystko z po­wro­tem na dol­nej półce. Po­tem roz­po­czę­łam uda­wane po­szu­ki­wa­nia. I kiedy nie­całą go­dzinę póź­niej usły­sza­łam po­ru­sze­nie przy drzwiach, udało mi się prze­szu­kać za­le­d­wie trze­cią część naj­więk­szego re­gału. Od­wró­ci­łam się. Uj­rza­łam Fransa opie­ra­ją­cego się o fra­mugę, wsu­wa­ją­cego dłoń do kie­szeni dżin­sów.

- Tam ra­czej nic nie ma. W każ­dym ra­zie nie wy­daje mi się.

Uśmiech­nę­łam się słodko. Serce wa­liło mi z ra­do­ści i stra­chu. Z ra­do­ści tylko dla­tego, że znów go zo­ba­czy­łam. Ze stra­chu, bo ba­łam się, że Frans ja­koś wy­czuje moją zdradę. Po­de­szłam do niego i wtu­li­łam się w cu­do­wne, po­tężne ciało.

- Chcesz spraw­dzić ściany? - spy­ta­łam.

Po­ło­żył mi rękę na pu­pie i mruk­nął:

- Nie. Skoro nie udało mi się za­spo­koić mo­jej ciem­nej strony wtedy w klu­bie, mu­szę te­raz jak naj­wię­cej nad­ro­bić w two­ich do­świad­czo­nych rę­kach.

Ze­sztyw­nia­łam, spo­dzie­wa­jąc się zło­śli­wo­ści, ale Frans po­tra­fił czy­tać we mnie le­piej niż kto­kol­wiek przed nim. Wy­star­czyła mu mowa ciała.

- To nie był przy­tyk. Stwier­dzi­łem tylko fakt. Ja by­łem w ży­ciu z do­kład­nie pię­cioma ko­bie­tami.

- Pię­cioma? - sap­nę­łam za­sko­czona.

- Tak. Mia­łem dwie dziew­czyny w mło­do­ści, a po­tem dzie­się­cio­letni zwią­zek. Jedna krótka re­la­cja, a po niej Mila. Nie. Te­raz wsze­dłem w fa­scy­nu­jący, dziki układ z sek­sowną wła­ści­cielką gniazda roz­pu­sty, czyli je­steś szó­sta.

Moim zda­niem w przy­padku Fransa pięć to i tak dużo, po­my­śla­łam nie­przy­jaź­nie. Udało mi się ze­pchnąć ob­razy na dal­szy plan, bo ode­zwał się we mnie zja­dliwy du­szek za­zdro­ści, który za­czął tań­czyć po­lkę gdzieś w oko­li­cach mo­jego brzu­cha. Od­chy­li­łam głowę, żeby spoj­rzeć w lśniące zie­lone oczy ze zło­tymi plam­kami.

- Pie­przył­byś się z Mi­chelle? Tego pra­gniesz? Tro­chę eg­zo­tyki, klubu...

Po­słał mi sze­roki uśmiech.

- By­łem na to zde­cy­do­wany, ale Mi­chelle ni­gdy nie za­wróci mi w gło­wie tak jak ty. Z tobą też mógł­bym spró­bo­wać. Ale dla cie­bie to miej­sce wiąże się z przy­krymi wspo­mnie­niami, a ja tak na­prawdę nie po­trze­buję ta­kich do­znań.

Pod­nio­słam ręce do jego twa­rzy. Za­bor­czym ge­stem wło­ży­łam oba palce wska­zu­jące w do­łeczki, które znów się uka­zały.

- Masz naj­pięk­niej­szy uśmiech, jaki w ży­ciu wi­dzia­łam - po­wie­dzia­łam drżą­cym gło­sem prze­zna­czo­nym wy­łącz­nie dla niego.

- A ty masz fe­tysz do­łecz­ków. To chyba wła­ściwe okre­śle­nie? - za­py­tał, opie­ra­jąc się czo­łem o moje czoło.

- Mam fe­tysz Fransa Ra­atza - zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć, za­nim przy­ci­snął usta do mo­ich warg. Po­my­śla­łam, że cho­ciaż w tym wy­padku mó­wię prawdę.

- To po­każ mi wię­cej nie­grzecz­nych rze­czy.

Przez myśl prze­mknęła mi dra­binka do­sta­wiona do wy­so­kiego na cztery me­try re­gału.

- Pa­mię­tasz chyba, że nie mam na so­bie maj­tek, bo je ze mnie zdar­łeś - wy­mru­cza­łam nie­mal oskar­ży­ciel­sko, już roz­pa­lona, pod­eks­cy­to­wana i go­towa na re­ali­za­cję mo­jego naj­now­szego po­my­słu.

- Pa­mię­tam, oczy­wi­ście. W tej chwili trudno mi się sku­pić na czym­kol­wiek in­nym - od­parł, ści­ska­jąc mój po­śla­dek.

- Coś mi się wy­daje, że ty z ko­lei masz fe­tysz skon­cen­tro­wany na moim tyłku - zga­ni­łam go żar­to­bli­wie.

- Dzielę go co naj­mniej z po­łową świata - za­pew­nił, po czym po­ca­ło­wał mnie w ra­mię.

- Tam, na dra­bi­nie. Od któ­rej strony chcesz. Będę się trzy­mać. Ja też jesz­cze ni­gdy tego nie ro­bi­łam - szep­nę­łam.

Spod cięż­kich po­wiek wi­dzia­łam, jak Frans unosi głowę i przy­gląda się dra­bince. Po­czu­łam na bio­drach do­tyk jego rąk. Szyb­kim ru­chem za­darł mi su­kienkę, zła­pał mnie za nogi i pod­niósł. Wy­da­łam okrzyk za­sko­cze­nia i in­stynk­tow­nie ob­ję­łam go za szyję.

Był tak nie­wia­ry­god­nie silny. Silny, mę­ski, nie­złomny, a przy tym ła­godny, przy­ja­ciel­ski, współ­czu­jący... Wy­rwał mnie z za­my­śle­nia, przy­pie­ra­jąc do dra­binki. Wpił się w moje usta, a ja od­da­łam mu wszystko, co tylko mo­głam, a na­wet tro­chę wię­cej.

Unio­słam ręce nad głowę i chwy­ci­łam się mocno stop­nia, do któ­rego naj­ła­twiej mo­głam do­się­gnąć. Frans pod­trzy­my­wał mnie jedną ręką, a drugą moc­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem roz­piął roz­po­rek. Po chwili po­czu­łam w kro­czu ła­godny na­cisk jego du­żej dłoni.

Ob­ję­łam go no­gami od razu po tym, jak mnie pod­niósł, ale te­raz ści­ska­łam jesz­cze moc­niej. Jęk­nę­łam, gdy po­gła­dził pal­cami moją cipkę, a po­tem za­czął lekko ma­so­wać łech­taczkę. Opar­łam głowę o dra­binkę, a po­wieki mia­łam tak cięż­kie, że wi­dzia­łam jego twarz przez za­słonę rzęs. Roz­chy­li­łam usta i wes­tchnę­łam w re­ak­cji na po­tężną roz­kosz wzra­sta­jącą we mnie jak ol­brzy­mie drzewo, które na przy­spie­szo­nym na­gra­niu wy­strze­li­wuje z ziemi i w nie­wia­ry­god­nym tem­pie wy­ciąga ku niebu ga­łę­zie.

- Bar­dzo do­brze wy­glą­dasz w tym miej­scu - wy­mru­czał Frans, wy­jął dłoń spo­mię­dzy mo­ich nóg i szarp­nął za de­kolt, ob­na­ża­jąc piersi. - A te­raz wy­glą­dasz jesz­cze le­piej.

Obu­rącz chwy­cił mnie za bio­dra, uniósł jesz­cze, a ja zła­pa­łam się naj­wyż­szego szcze­bla. Czu­łam wil­goć ście­ka­jącą mi po udach i skra­pla­jącą się na war­gach sro­mo­wych. Pra­wie bła­ga­łam o li­tość. Ba­łam się tylko, że wtedy on bę­dzie chciał drę­czyć mnie jesz­cze dłu­żej. Tego bym nie wy­trzy­mała. Tak bar­dzo chcia­łam go mieć, nie mo­głam wię­cej cze­kać.

Gdy tylko po­czu­łam w kro­czu do­tyk jego główki, jęk­nę­łam ze szczę­ścia. Pró­bo­wa­łam tro­chę się prze­su­nąć, ale nie było to ła­twe, jako że Frans trzy­mał mnie mocno i sil­nie do­ci­skał do dra­binki. Za­czę­łam dy­szeć z bez­sil­nej fru­stra­cji.

Moja cipka pul­so­wała, wy­dzie­la­jąc co­raz wię­cej so­ków, które te­raz ście­kały wzdłuż po­kaź­nego pe­nisa Fransa. Wstrzą­sały mną dresz­cze przy­jem­no­ści, a kiedy Frans ugryzł mnie w białą, bez­bronną skórę piersi, a po­tem w stward­niały su­tek, pod­sko­czy­łam jak ra­żona pio­ru­nem. Nie wie­dzia­łam, jak to moż­liwe, ale sta­łam się jesz­cze bar­dziej mo­kra.

- Wiesz, że twoje soki ciekną mi po ku­ta­sie? Do dia­bła, na pod­ło­dze też już pew­nie jest ka­łuża - po­wie­dział Frans na­pię­tym z po­żą­da­nia gło­sem.

- Tak, ciekną - zgo­dzi­łam się z nim, za­my­ka­jąc oczy. Wy­da­łam ci­chy okrzyk, gdy prze­szedł do dru­giej piersi.

Wsu­nął się we mnie odro­binę, wy­wo­łu­jąc dłu­gie, ni­skie "aaaach". Trzę­słam się już jak sza­lona.

- Za­raz dojdę. Dojdę, za­nim...

- Doj­dziesz. A po­tem znowu. I znowu. Chcę na to pa­trzeć całą noc - szep­nął, draż­niąc od­de­chem wraż­liwą skórę szyi.

Po­czu­łam, jak jego pa­lec od­naj­duje mój od­byt, lekko na­ci­ska, a jed­no­cze­śnie ku­tas wsuwa się we mnie o ko­lejny cen­ty­metr. Wy­star­cza­jąco, żeby prze­ła­do­wane wra­że­niami ciało za­re­je­stro­wało do­tyk za­równo mię­dzy po­ślad­kami, jak i w punk­cie G do­kład­nie w tym sa­mym mo­men­cie. Krzyk­nę­łam, ude­rzona czarną, wście­kłą falą eks­tazy, która unio­sła mnie na sam szczyt.

Wresz­cie Frans za­to­pił się we mnie głę­boko i za­czął pie­przyć dłu­gimi, szyb­kimi ru­chami. Nie mo­gąc po­wstrzy­mać dal­szych ję­ków przy­jem­no­ści, wy­czu­łam, że zbiera się we mnie ko­lejna fala. Ssał moje piersi, szyję, pod­gry­zał ra­miona, dy­szał, prze­kli­nał pod no­sem i ad­o­ro­wał mnie. A ja nie by­łam w sta­nie zdo­być się na nic wię­cej, je­dy­nie trzy­ma­łam się mocno i po­zwa­la­łam so­bie to wszystko czuć.

- Cho­lera, za­raz zwa­riuję. Cu­do­wna mała cipka. Va­len­tina. O Boże. Cu­do­wna Va­len­tina...

Słowa prze­szyły mnie jak szty­lety, moja cipka za­ci­skała się do­okoła dłu­giego ku­tasa co­raz szyb­ciej, aż do bólu, całe ciało sta­nęło w pło­mie­niach i cho­ciaż pró­bo­wa­łam się po­wstrzy­mać, nie da­łam rady. Pło­mie­nie owład­nęły mną cał­ko­wi­cie, do­pro­wa­dza­jąc do eks­plo­zji. Krzy­cza­łam co­raz gło­śniej, rzu­ca­łam się w kon­wul­sjach. Osią­gnę­łam tak silny or­gazm, że wszystko do­okoła znik­nęło w ciem­no­ści.

Jedną ręką zła­pa­łam go za ra­mię, a drugą za­czę­łam bez­li­to­śnie szar­pać grube, ja­sne włosy. Frans wcho­dził we mnie z ol­brzy­mią ener­gią i aż dzi­wi­łam się, że cały re­gał nie wali nam się na głowy. Męż­czy­zna wy­da­wał co­raz gło­śniej­sze od­głosy, pie­przył co­raz szyb­ciej. By­łam le­dwo żywa, ale gdy przy­szła ko­lej na jego or­gazm, ogar­nęło mnie po­czu­cie ide­al­nego szczę­ścia od sa­mego do­świad­cze­nia ta­kiej nie­za­prze­czal­nej, de­spe­rac­kiej, mę­skiej na­mięt­no­ści.

Usły­sza­łam jęk tuż przy uchu, moja cipka za­ci­skała się wo­kół niego bez wy­tchnie­nia, a on wbił się we mnie tak mocno, że unio­słam się o kilka cen­ty­me­trów. Wtu­lił we mnie twarz i oboje drże­li­śmy, oto­czeni słodką mgłą speł­nie­nia. Trzy­ma­łam go za szyję że­la­znym uści­skiem, chcąc za­trzy­mać go przy so­bie już na za­wsze.

Na wiecz­ność.

Do­piero kiedy rzu­cił mnie na łóżko, do­tarło do mnie, że prze­szli­śmy do sy­pialni. Frans po­ło­żył mnie na brzu­chu, od­piął ha­ftki su­kienki i po­ca­ło­wał mnie w sam śro­dek ple­ców.

- To było nie­sa­mo­wite - wes­tchnął, wy­czer­pany. - A te­raz zro­bimy to samo jesz­cze raz. Tylko wol­niej.

Nie mia­łam mu nic wię­cej do po­wie­dze­nia. Z za­mknię­tymi oczami uśmiech­nę­łam się jak głu­pia.

- Tak - od­par­łam krótko.

Przez myśl prze­mknęły mi ob­razy i do­pa­dło mnie po­czu­cie winy. To wszystko jed­nak znik­nęło rów­nie szybko, jak się po­ja­wiło, bo po­czu­łam dłoń Fransa uwal­nia­jącą mój kok i do­tyk jego ust na skó­rze. Mała gra na czas chyba nie bę­dzie ja­kimś ol­brzy­mim grze­chem, prawda?

Roz­dział 8

Na­stęp­nego ranka obu­dzi­łam się szczę­śliwa jak ni­gdy. Ciało mia­łam roz­kosz­nie obo­lałe, a oczy zmę­czone po krót­kiej nocy, ale czu­łam w so­bie ta­kie cie­pło i szczę­ście, że le­dwo zwra­ca­łam uwagę na nie­wiel­kie zmę­cze­nie. W końcu roz­chy­li­łam po­wieki... i od razu ze­psuł mi się hu­mor.

Fransa nie było obok mnie. Naj­wy­raź­niej na­wet nie po­fa­ty­go­wał się, żeby mnie obu­dzić przed wyj­ściem.

Nie by­łam do końca pewna, czy to nor­malne za­cho­wa­nie w re­la­cji opar­tej wy­łącz­nie na sek­sie. Kiedy do­kład­niej przyj­rza­łam się wła­snym emo­cjom, mu­sia­łam jed­nak przy­znać, że mi przy­kro. Rzadko mi się to zda­rzało, ale też nie­wielu lu­dzi było w sta­nie wy­wo­łać u mnie taką re­ak­cję. Z bie­giem lat pra­co­wi­cie dy­stan­so­wa­łam się od wszel­kich moż­li­wych bliż­szych związ­ków mię­dzy­ludz­kich.

Może wy­słał mi wia­do­mość, po­my­śla­łam z na­dzieją, i już mia­łam pod­nieść się z łóżka, gdy usły­sza­łam kroki bo­sych stóp zbli­ża­jące się w stronę sy­pialni. Po­czu­łam tak ogromną ulgę, że zro­biło mi się wstyd. Na po­wrót przy­ło­ży­łam głowę do po­duszki, żeby móc się ukrad­kiem przyj­rzeć wcho­dzą­cemu do po­koju Fran­sowi.

Miał na so­bie tylko dżinsy. Po­że­ra­łam wzro­kiem umię­śniony, sze­roki tors ozdo­biony ja­skra­wo­czer­woną szramą. To było moje dzieło - dłu­gie za­dra­pa­nie. Je­den ze śla­dów, któ­rymi na­zna­czy­łam go po­przed­niej nocy, jak­bym chciała wy­pa­lić na nim swoje piętno.

- Śpisz? - spy­tał ci­cho, a ja za­uwa­ży­łam, że trzyma w rę­kach tacę.

Otwo­rzy­łam sze­rzej oczy. Po­czu­łam za­pach ja­jek i uśmiech­nę­łam się.

- Tylko czę­ściowo.

- Po­trze­bu­jesz białka, zresztą ja rów­nież. Za­cho­wa­łem te jajka, na któ­rych ćwi­czy­łaś, i usma­ży­łem z nich ja­jecz­nicę. Zro­bi­łem też to­sty i kawę. Je­śli lu­bisz.

Ja­da­łam jajka pod każdą moż­liwą po­sta­cią. To szyb­kie, sy­cące je­dze­nie, które na­wet ja po­tra­fi­łam przy­rzą­dzić.

- Lu­bię. My­śla­łam, że so­bie po­sze­dłeś - od­par­łam i prze­łknę­łam ślinę, usły­szaw­szy, z jaką ulgą wy­po­wie­dzia­łam te słowa.

Na­prawdę po­trze­bo­wa­łam tro­chę się od niego zdy­stan­so­wać. W tym tem­pie do­pro­wa­dzę się do gor­szego stanu niż kie­dy­kol­wiek pod­czas ży­cia z Bern­dem.

Frans po­ło­żył mi tacę na ko­la­nach, sam też usiadł na łóżku i wziął je­den z co naj­mniej dzie­się­ciu to­stów.

- My­ślisz, że znik­nął­bym bez słowa? - od­po­wie­dział z lekką urazą.

Spró­bo­wa­łam ja­jecz­nicy. Nie wiem, co do niej do­dał, ale sma­ko­wała le­piej niż każda inna ja­jecz­nica, jaką kie­dy­kol­wiek ja­dłam.

- Po­my­śla­łam, że wy­sła­łeś wia­do­mość. Bo ja nie wiem... nie wiem, jak dzia­łają tego typu związki - wy­zna­łam, si­ląc się na spo­kój.

- Nie mam po­ję­cia, jak ro­bią inni męż­czyźni, ale ja nie mam w zwy­czaju wy­my­kać się z łóżka ko­biety bez po­że­gna­nia.

Pod­nio­słam wzrok i żeby ukryć za­że­no­wa­nie, uśmiech­nę­łam się z wyż­szo­ścią.

- Nie. Ty ni­gdy nie od­cho­dzisz. Od razu za­czy­nasz zwią­zek - rzu­ci­łam.

Przy­gar­nął mnie do sie­bie.

- Ni­gdy nie in­te­re­so­wały mnie jed­no­nocne przy­gody.

Opar­łam mu głowę na ra­mie­niu i wcią­ga­łam cu­do­wny za­pach męż­czy­zny, choć cały czas cią­żyła mi świa­do­mość, że za­ta­jam przed nim zna­le­zie­nie ob­ra­zów. Pró­bo­wa­łam za­jąć umysł czymś in­nym. Przy­po­mnia­łam so­bie, co przy­szło mi do głowy, gdy Frans obu­dził mnie nad ra­nem i z czu­ło­ścią wziął w ob­ję­cia. Może da­ła­bym radę mu ja­koś wy­na­gro­dzić kłam­stwa, ofe­ru­jąc coś, czego ni­gdy by nie do­świad­czył, gdyby miał już w po­sia­da­niu płótna. Coś, czego nie za­po­mni i co za­wsze bę­dzie mu się ko­ja­rzyło ze mną.

- Mó­wi­łeś, że chciał­byś od­kryć swoją mroczną stronę... w klu­bie - rzu­ci­łam lekko i od­gry­złam kęs to­sta.

- I po­wie­dzia­łem też, że tego nie po­trze­buję. Nie po­trze­bo­wa­łem wcze­śniej, więc i te­raz się obędę bez ta­kich do­znań. A już na pewno po tym, w jaką pa­nikę wtedy wpa­dłaś.

Jego ton był sta­now­czy, ale gła­dził mnie po ręce z całą tą ła­god­no­ścią, któ­rej za­bra­kło mu w gło­sie.

- A co po­wiesz na to, że zna­la­złam roz­wią­za­nie na­szego dy­le­matu?

- Chcesz mnie za­brać do klubu przed otwar­ciem? Prze­te­sto­wać całe wy­po­sa­że­nie? - spy­tał z roz­ba­wie­niem.

Na­wet nie przy­szła mi do głowy taka moż­li­wość. Gdy­bym nie miała lep­szego po­my­słu, rze­czy­wi­ście po­waż­nie roz­wa­ży­ła­bym su­ge­stię Fransa.

- Za ty­dzień or­ga­ni­zu­jemy bal ma­skowy. Po­my­śla­łam... - Na chwilę za­bra­kło mi słów, ale w końcu pod­ję­łam rze­czowo: - Je­śli na­prawdę do­brze się za­ma­skuję i tylko ty oraz kilka in­nych osób bę­dzie wie­dzieć, kim je­stem, z pew­no­ścią dam radę.

- Nie - od­parł, na­kła­da­jąc por­cję ja­jecz­nicy na pie­czywo, po czym po­dał mi ka­na­pkę.

Wzię­łam spory kęs, prze­żu­łam i po­łknę­łam, a na­stęp­nie od­wró­ci­łam się, żeby móc spoj­rzeć mu w oczy.

- Dla­czego nie?

Twardo od­wza­jem­nił spoj­rze­nie. Zmy­słowe, sze­ro­kie usta za­ci­snął z nie­za­do­wo­le­niem.

- Nie bę­dziesz ro­bić ni­czego bo­le­snego tylko po to, że­bym mógł dla za­bawy za­pu­ścić się w re­jony, które ni­gdy wcze­śniej mnie nie in­te­re­so­wały.

- Ale mnie to nie sprawi przy­kro­ści. Ty prze­ży­jesz coś no­wego i... Prze­cież nie ma się czego wsty­dzić.

- Nie.

- Twardy z cie­bie ne­go­cja­tor - stwier­dzi­łam lekko roz­ba­wiona.

- Je­stem świet­nym ne­go­cja­to­rem. Umiem za­cho­wać zimną krew, więc w tym przy­padku moja od­po­wiedź brzmi "nie".

- Ale cho­ciaż weź­miesz udział? Nie mu­simy nic ro­bić. Jak nie będę miała ochoty, nic nie zro­bimy. Ale jak po­czuję, że jed­nak chcę... I ty też ze­chcesz...

Wes­tchnął ciężko.

- Nie wyjdę z pracy przed pół­nocą. No, może o pół­nocy uda­łoby mi się do­trzeć ma miej­sce.

- To ab­so­lut­nie nie szko­dzi. A je­śli za­cznę się nie­cier­pli­wić, naj­wy­żej znajdę so­bie inne to­wa­rzy­stwo...

Zła­pał mnie za włosy na karku, przy­bli­żył twarz do mo­jej twa­rzy.

- Je­śli coś ta­kiego w ogóle wcho­dzi w grę, na pewno nie przyjdę. I od razu za­po­mnij o kon­ty­nu­owa­niu na­szej re­la­cji - oświad­czył bez­względ­nie.

Po­czu­łam zu­peł­nie nowy, nie­znany ro­dzaj bło­go­ści, ale nie za­mie­rza­łam tak ła­two się pod­dać.

- Prze­cież spo­ty­kamy się tylko na seks i...

- Moja ko­bieta nie bę­dzie miała rów­no­cze­śnie in­nych part­ne­rów. Je­śli uwa­żasz to za nudne, a twoja świeżo roz­bu­dzona sek­su­al­ność do­maga się wielu męż­czyzn na­raz, mu­sisz wy­kre­ślić mnie z li­sty.

- Nie je­stem ni­czyją ko­bietą - od­pa­ro­wa­łam z lekką iry­ta­cją.

- Je­steś. Tak długo, jak upra­wiasz ze mną seks, je­steś tylko moja. Oczy­wi­ście mam na my­śli je­dy­nie kwe­stie sek­su­alne.

- Dzięki za spro­sto­wa­nie - od­rze­kłam szla­chet­nie.

Za­nu­rzy­łam dłoń w jego ja­snych wło­sach. Wes­tchnę­łam z za­do­wo­le­niem i po­zwo­li­łam pal­com ze­śli­zgnąć się na mocny kark, a po­tem na po­li­czek.

- Uśmiech­nij się do mnie znowu - po­pro­si­łam po­woli, nie­mal chra­pli­wie.

- Nie skoń­czy­li­śmy roz­mowy - za­pro­te­sto­wał, ścią­ga­jąc brwi.

- Nie chcę ni­kogo in­nego. Na­prawdę. To był żart.

- Kiep­ski żart.

Prze­je­cha­łam pal­cem po jego brwi.

- Żadna ze mnie ko­miczka - przy­zna­łam.

- Ku­charka też nie naj­lep­sza.

- I tu się my­lisz. Wczo­raj zro­bi­łam zna­czące po­stępy. Uśmiech­niesz się, je­śli ci po­wiem, że ni­gdy nie mia­łam lep­szego ko­chanka? Ni­gdy.

Za­ak­cen­to­wa­łam ostat­nie słowa, od­su­wa­jąc się od niego. Przez chwilę mi się przy­glą­dał, ale nie miał szans zna­leźć grama fał­szu w mo­jej ide­al­nie szcze­rej twa­rzy. Po­gła­dził mnie po brzu­chu, po­tem po pier­siach i wresz­cie otrzy­ma­łam wy­cze­kaną na­grodę. Sze­ro­kie usta roz­cią­gnęły się w uśmie­chu, który po­czu­łam aż w oko­li­cach brzu­cha. Wło­ży­łam pa­lec w do­łe­czek w jego le­wym po­liczku.

- Zbok - wy­mru­czał Frans, po czym po­ca­ło­wał mnie w usta.

- Za­raz ci po­każę, jaka po­tra­fię być zbo­czona - od­par­łam. Serce mi wa­liło.

Po­czu­łam, jak taca spada mi z ko­lan, i na­gle ja­kimś cu­dem zna­la­złam się na Fran­sie.

- Pro­szę bar­dzo. Show­time - szep­nął mi do ucha i zło­żył na nim po­ca­łu­nek.

W na­stępny pią­tek by­łam tak roz­trzę­siona, że nie­mal spraw­dzi­łam w do­ku­men­tach, czy na­prawdę mam trzy­dzie­ści pięć lat. Wcze­śniej nie po­świę­ci­łam ani jed­nej my­śli temu, jak chcia­ła­bym wy­glą­dać na balu ma­sko­wym. My­śla­łam na­wet, żeby po­ja­wić się w klu­bie w ja­kiejś ele­ganc­kiej su­kience, z twa­rzą za­sło­niętą je­dy­nie ak­sa­mitną we­necką ma­ską. Oczy­wi­ście mu­sia­łam te­raz zre­zy­gno­wać z tego po­my­słu.

Frans miał w kuchni mnó­stwo pracy, ale pra­wie każ­dego dnia uda­wało nam się spę­dzić przy­naj­mniej kilka chwil w moim miesz­ka­niu, a kilka razy na­wet u mnie prze­no­co­wał. Ob­ra­zów jed­nak nie mie­li­śmy siły szu­kać ze szcze­gól­nym za­an­ga­żo­wa­niem, mimo że pró­bo­wa­li­śmy ro­ze­brać re­gały - z mar­nym skut­kiem. Przy­nio­sło mi to ulgę. Wy­rzuty su­mie­nia drę­czyły mnie przy każ­dej wi­zy­cie w bi­blio­tece, ale w ob­ję­ciach Fransa ła­twiej było mi na­zy­wać zdradę ma­łym, uza­sad­nio­nym bia­łym kłam­stwem.

Nie wiem, jak to moż­liwe, ale nasz seks był co­raz lep­szy. Frans od­wa­żył się mnie zwią­zać po raz ko­lejny, naj­wy­raź­niej po­lu­bił ko­rzy­sta­nie z wi­bra­tora, a raz zda­rzyło mu się tak długo od­ma­wiać mi pe­ne­tra­cji, że pra­wie do­pro­wa­dził mnie do pła­czu. Kie­dyś wło­ży­łam mu do ręki bicz i po­le­ci­łam zro­bić z nim, na co tylko ma ochotę, ale nie in­te­re­so­wały go ta­kie za­bawy. Co naj­wy­żej ła­sko­tał mnie lub gła­dził de­li­kat­nie mięk­kim flog­ge­rem. Nie że­bym na­rze­kała. To też było cu­do­wne.

Pod­nie­cił mnie tak, że ka­za­łam mu pie­przyć mnie opartą o stół ku­chenny - wła­śnie tam, gdzie wcze­śniej wrę­czy­łam mu bicz. Na­wet je­śli miał jesz­cze tro­chę do zro­bie­nia w te­ma­cie do­mi­na­cji, cał­ko­wi­cie o tym za­po­mi­na­łam, gdy tylko we mnie wcho­dził.

Pew­nego po­po­łu­dnia mię­dzy lun­chem a ko­la­cją udało nam się zwie­dzić Per­ga­mon. To miej­sce ma w so­bie o wiele wię­cej niż zwy­kłe mu­zeum sztuki. Już sam oł­tarz per­ga­moń­ski po­cho­dzi z mia­sta o tej sa­mej na­zwie, gdzie sta­no­wił część hel­le­ni­stycz­nej świą­tyni. Oboje za­sta­na­wia­li­śmy się z cał­ko­witą fa­scy­na­cją, jak w tam­tych cza­sach lu­dzie w ogóle po­tra­fili rzeź­bić po­sta­cie, od­da­jąc tyle de­tali. Wró­ci­li­śmy do te­matu rów­nież przy bra­mie Isz­tar, mimo świa­do­mo­ści, że eks­po­nat zo­stał zre­kon­stru­owany na pod­sta­wie od­na­le­zio­nych frag­men­tów.

Po­do­bał mi się en­tu­zjazm, z ja­kim Frans za­nu­rzył się w świe­cie hi­sto­rii i sztuki. Opo­wia­dał mi, że matka od ma­łego za­bie­rała go do róż­nych mu­zeów i ga­le­rii, a póź­niej od­czuła wielki za­wód, kiedy syn nie wy­rósł ani na ar­ty­stę, ani na hi­sto­ryka sztuki.

- Ty je­steś ar­ty­stą - po­wie­dzia­łam bez ogró­dek. - Na świe­cie nie ma wielu ku­cha­rzy two­jej klasy. Pyszne i pięk­nie za­aran­żo­wane je­dze­nie sta­nowi ta­kie samo dzieło jak każdy inny wy­twór ar­ty­stycz­nej wy­ob­raźni. Nie mó­wiąc już o tym, że twoje prace cie­szą nie tylko oko. Da­ru­jesz lu­dziom przy­jem­ność dla wszyst­kich zmy­słów. Smaku, za­pa­chu, do­tyku. Czy to nie jest cza­sem wię­cej niż w przy­padku in­nych dzie­dzin sztuki? A rów­no­cze­śnie za­spo­ka­jasz jedną z pod­sta­wo­wych ludz­kich po­trzeb: głód.

Mó­wi­łam o tym lekko, po­dzi­wia­jąc jed­no­cze­śnie prze­piękny po­kój z Aleppo, w któ­rego wy­stroju łą­czyły się mo­tywy chrze­ści­jań­skie i wpływy sztuki is­lam­skiej, kiedy na­gle po­czu­łam po­cią­gnię­cie za rę­kaw. Chwilę póź­niej by­łam już w ob­ję­ciach Fransa, ca­ło­wana z za­pie­ra­jącą dech w pier­siach, kłu­jącą w serce i wy­ci­ska­jącą łzy z oczu in­ten­syw­no­ścią w sa­mym środku Per­ga­monu. Per­ga­mon, po­dob­nie jak Gen­dar­men­markt, był jed­nym z mo­ich ulu­bio­nych miejsc w Ber­li­nie, a po­ca­łu­nek trwał na tyle długo, że serce nie­mal wy­sko­czyło mi z piersi.

- W tej chwili chęt­nie za­spo­ko­ił­bym jedną z pod­sta­wo­wych po­trzeb, która nie ma nic wspól­nego z je­dze­niem - wy­mru­czał Frans z ustami tuż przy mo­ich war­gach.

Skoń­czyło się na dzi­kim sek­sie na ja­kimś po­ło­żo­nym od­po­wied­nio na ubo­czu par­kingu, bo Frans przy­je­chał do mu­zeum sa­mo­cho­dem. Po­tem chi­cho­ta­li­śmy jak na­sto­latki, prze­cie­ra­jąc szyby auta i umiesz­cza­jąc sie­dze­nia z po­wro­tem we wła­ści­wej po­zy­cji. Od­su­nę­li­śmy je, bo ina­czej nie da­li­by­śmy rady za­pew­nić męż­czyź­nie roz­mia­rów Fransa jako ta­kich wa­run­ków. Na­wet w jego dość prze­stron­nym fo­cu­sie.

Prze­glą­da­łam się w biu­ro­wym lu­strze. Bez pro­blemu zdo­by­łam naj­droż­szy moż­liwy ko­stium Ma­rii An­to­niny. Kar­na­wał dawno się skoń­czył, a strój kosz­to­wał tak dużo, że mniej za­można osoba zde­cy­do­wa­łaby się ra­czej na nie­mal tak samo do­bry, ale o po­łowę tań­szy wa­riant.

Mu­sia­łam po­pro­sić Glo­rię o po­moc przy za­kła­da­niu ko­stiumu i wią­za­niu gor­setu. Te­raz mia­łam na so­bie błę­kitną suk­nię z pięk­nymi ko­ron­ko­wymi zdo­bie­niami i ko­kar­dami. Jej de­kolt był tak głę­boki, że moje piersi da­łoby się od­sło­nić cał­ko­wi­cie bez ko­niecz­no­ści zdej­mo­wa­nia cze­go­kol­wiek. Cia­sne rę­kawy bar­dzo ogra­ni­czały za­kres ru­chu w ra­mio­nach, a sze­ro­kość spód­nicy zmu­szała do prze­cho­dze­nia przez drzwi bo­kiem. Wszystko wień­czyło wy­so­kie ucze­sa­nie, które moja stała fry­zjerka skon­stru­owała z mo­ich wła­snych wło­sów, pod­pi­na­jąc je na różne spo­soby. Fry­zurę ozdo­biła ży­wymi ró­żo­wymi ró­żami oraz dwoma stru­simi pió­rami w ko­lo­rze sukni, lecz upu­dro­wa­nymi na biało. Twarz rów­nież mia­łam upu­dro­waną, a oczy przy­sło­ni­łam ró­żową, ob­le­czoną ak­sa­mi­tem ma­seczką.

At­mos­fera w klu­bie roz­grzała się już po­rząd­nie. Spoj­rza­łam na ze­ga­rek. Kwa­drans do pół­nocy. De­ner­wo­wa­łam się, ale cze­ka­łam też z pod­nie­ce­niem na moż­li­wość po­da­ro­wa­nia Fran­sowi cze­goś, czego żadna z po­zo­sta­łych ko­biet w jego ży­ciu ra­czej nie mo­głaby za­pew­nić. Gdy ru­szy­łam w stronę wej­ścia, lu­dzie scho­dzili mi z drogi, po­dzi­wia­jąc piękny ko­stium. Je­den z klien­tów pró­bo­wał mnie od razu do sie­bie zwa­bić, ale sta­now­czo po­krę­ci­łam głową.

- Na­leżę tylko do jed­nego męż­czy­zny - rzu­ci­łam, wy­mi­ja­jąc go.

Usły­szaw­szy wła­sne słowa, po­czu­łam nie­smak. Po od­wyku i śmierci Bernda nie wy­obra­ża­łam so­bie na­wet, że kie­dy­kol­wiek w ży­ciu przy­kleję się do ja­kie­goś fa­ceta jak mu­cha do lepu. To, co przed chwilą po­wie­dzia­łam, dźwię­czało mi w gło­wie ni­czym dzwony bi­jące na alarm.

Czemu nie po­in­for­mo­wa­łam po pro­stu, że na ko­goś cze­kam? Nie od­par­łam "nie, dzię­kuję"? I niby w jaki spo­sób na­leżę do jed­nego męż­czy­zny? Zu­peł­nie jak­bym była czy­jąś wła­sno­ścią.

Pra­wie za­krę­ciło mi się w gło­wie w tym cia­snym gor­se­cie, kiedy do­tarło do mnie, jak tę­sk­nię za Fran­sem, mimo że wi­dzie­li­śmy się po­przed­niego dnia rano. Pró­bo­wa­łam uni­kać wy­sy­ła­nia mu zbyt wielu wia­do­mo­ści i my­śle­nia o nim, kiedy by­łam sama, ale na obu fron­tach po­nio­słam sro­motną po­rażkę. Kiedy nie za­ta­pia­łam się we wspo­mnie­niach, pi­sa­łam do niego krót­kie, bez­wstydne ese­mesy albo da­wa­łam znać, co aku­rat ro­bię.

Że wła­śnie wra­cam z prze­bieżki. Są­czę kir roy­ala. Zaj­muję się księ­go­wo­ścią. Czy­tam. Za­ma­wiam je­dze­nie.

Czę­sto mi nie od­pi­sy­wał, ale nie znie­chę­cało mnie to. Wie­rzy­łam, że po pro­stu jest za­pra­co­wany. Te­raz jed­nak za­sta­no­wi­łam się, czy nie czuje się osa­czony. Gdy by­li­śmy ra­zem, za­cho­wy­wał się nor­mal­nie, ale w końcu był z na­tury przy­ja­ciel­skim czło­wie­kiem. Może po pro­stu nie miał serca mi po­wie­dzieć, że nie prze­pada za mo­imi dzie­cin­nymi wia­do­mo­ściami.

Ogar­nął mnie wstyd, a prawda w końcu wy­pły­nęła na wierzch, choć aż do te­raz z ca­łej siły pró­bo­wa­łam jej uni­kać.

Mi­łość. Za­ko­cha­nie. Sza­leń­stwo na czy­imś punk­cie.

Ta­kimi sło­wami można by opi­sać mój stan. By­łam za­ko­chana po uszy, tak głę­boko, że le­dwo ra­dzi­łam so­bie z wy­peł­nia­niem co­dzien­nych obo­wiąz­ków. Tak na­prawdę cały czas my­śla­łam o zro­bie­niu na­lotu na Bau­haus w go­dzi­nach otwar­cia re­stau­ra­cji albo na miesz­ka­nie Fransa późną nocą. Oczy­wi­ście już od kilku dni mia­łam świa­do­mość, iż moje uczu­cia są dziw­nie silne, ale po­nie­waż ni­gdy wcze­śniej nie by­łam w ta­kiej sy­tu­acji, po­zwo­li­łam im się nie­bez­piecz­nie roz­ro­snąć. Szcze­rze mó­wiąc, wcale nie by­łam pewna, czy uda­łoby mi się po­wstrzy­mać, choć­bym na­wet pró­bo­wała. A te­raz było już za późno.

Pie­kły mnie oczy, kiedy za­sta­na­wia­łam się, czy w ogóle uda mi się roz­stać z Fran­sem tak ele­gancko, jak so­bie obie­ca­łam. Tym bar­dziej że prze­mknęła mi już na­wet przez myśl ewen­tu­alna sprze­daż klubu. Od­wa­ży­łam się ma­rzyć o wspól­nym po­wro­cie do Fin­lan­dii.

Ma­new­ro­wa­łam wśród tłumu, nie zwra­ca­jąc uwagi na lu­dzi prze­bra­nych za róż­nych su­per­bo­ha­te­rów, po­sta­cie z se­riali, anioły, de­mony i wam­piry. Kiedy do­tar­łam do re­cep­cji, prze­brany za Mi­no­taura pół­nagi Fe­lix wła­śnie wi­tał Fransa. Frans nie za­uwa­żył mnie od razu, więc przy­sta­nę­łam na chwilę, żeby bez­kar­nie mu się przyj­rzeć. Całe ciało mia­łam na­pięte w ocze­ki­wa­niu.

Sta­no­wi­li­śmy ide­alną parę. Frans rów­nież miał na so­bie osiem­na­sto­wieczny ko­stium, tyle że pru­ski. Jego frak był w wy­twor­nym nie­bie­skim ko­lo­rze, pięk­nie ha­fto­wany, z czer­wo­nymi man­kie­tami i koł­nie­rzem, pod­czas gdy wy­zie­ra­jąca spod spodu długa ka­mi­ze­lka była ja­sno­brą­zowa. Na gło­wie Frans miał gra­na­towy trój­kątny ka­pe­lusz, a pod nim białą pe­rukę. Czarne, dłu­gie buty za­cho­dziły na wą­skie spodnie do ko­lan. Na jego piersi błysz­czała duża gwiazda. Na­gle zro­zu­mia­łam, za kogo się prze­brał.

Nie uda­wał pierw­szego lep­szego pru­skiego żoł­nie­rza czy ary­sto­kraty, ale króla Fry­de­ryka Wiel­kiego. Szybko otwo­rzy­łam znaj­du­jącą się tuż obok drzwi wej­ścio­wych szafkę z za­baw­kami i wy­ję­łam z niej krótki skó­rzany pal­cat. Mia­łam ochotę się uśmiech­nąć, ale za­ci­snę­łam usta. Pod­kra­dłam się do Fransa na tyle dys­kret­nie, na ile mo­głam w ol­brzy­miej sukni.

- Wa­sza wy­so­kość. Cie­szy mnie, że za­szczy­ci­li­ście swoją obec­no­ścią moje małe przy­ję­cie - po­zdro­wi­łam go.

Od­wró­cił się do mnie. W ką­ciku ust do­strze­głam cień uśmie­chu.

- Ach, tak, Fe­lix miał ra­cję. To wy­uz­dana ma­ska­rada zor­ga­ni­zo­wana przez nie­fra­so­bliwą trzpiotkę. Czego in­nego można by się spo­dzie­wać po Fran­cu­zach?

O mało nie rzu­ci­łam mu się na szyję. Czyli py­tał Fe­lixa o mój ko­stium. Ta wie­dza spra­wiła, że za­krę­ciło mi się w gło­wie ze szczę­ścia.

- Ależ ja nie je­stem ro­do­witą Fran­cuzką, tylko Au­striaczką - od­par­łam nie­win­nie, otwie­ra­jąc wa­chlarz i mu­ska­jąc się nim po de­kol­cie.

Frans rzu­cił mi po­tę­pia­jące spoj­rze­nie, jak przy­stało na sza­no­wa­nego, po­rząd­nego Prusa. Po­tem za­wie­sił wzrok na mo­ich le­d­wie za­kry­tych pier­siach.

- Oto­cze­nie robi swoje. Już po stroju wi­dać, czemu lu­bisz po­świę­cać uwagę. - Zmarsz­czył brwi.

- Niby czemu? - Zro­bi­łam wiel­kie oczy i wy­gię­łam się odro­binę, żeby mógł się wszyst­kiemu po­rząd­nie przyj­rzeć.

- Za­ba­wie, pa­ra­do­wa­niu w skan­da­licz­nych stro­jach i... roz­pu­ście - rzu­cił, z wyż­szo­ścią uno­sząc zgrabny nos.

Śmiać mi się chciało, ale za­raz za­drża­łam, gdy po­woli pod­niósł wzrok i spoj­rzał mi w oczy.

- Jako król Prus wa­sza wy­so­kość bez wąt­pie­nia do­brze zna motto wła­snego kraju - za­gru­cha­łam przy­mil­nie i unio­słam brew, ba­wiąc się trzy­ma­nym w dru­giej ręce pal­ca­tem.

W oczach Fransa po­ja­wił się błysk. Uniósł dłoń i lekko prze­su­nął pal­cem po ko­ron­kach zdo­bią­cych mój de­kolt i na wpół ob­na­żo­nych pier­siach. Za­parło mi dech. Pa­trzy­łam w złoto-zie­lone oczy i nie po­tra­fi­łam na­wet za­pro­te­sto­wać, kiedy zgrab­nie wy­szarp­nął mi z ręki pal­cat.

- "Każ­demu we­dług za­sług". Gdy­bym był od­po­wie­dzialny za twoją dys­cy­plinę, po­ży­ła­byś nieco dłu­żej - oświad­czył.

- W ta­kim ra­zie niech wa­sza wy­so­kość mi po­każe, co ozna­cza pru­ski dryl - za­pro­po­no­wa­łam już nie­mal bła­gal­nie. Za­lot­nie prze­krzy­wi­łam głowę.

Frans zer­k­nął w stronę klubu, ale szybko po­wró­cił spoj­rze­niem do mnie. Jego noz­drza roz­sze­rzyły się odro­binę.

- To już drugi raz, kiedy wkła­dasz mi w rękę pal­cat. W tej sy­tu­acji mam wręcz obo­wią­zek z niego sko­rzy­stać. Za­słu­ży­łaś so­bie już sa­mym de­kol­tem - po­wie­dział po­waż­nie, choć z le­d­wie do­sły­szalną nutą roz­ba­wie­nia.

- Cał­ko­wi­cie się zga­dzam. - Ge­stem za­pro­si­łam go do środka. - Pój­dziemy spraw­dzić, czy znaj­dzie się dla nas ja­kiś przy­tulny ką­cik?

Przez chwilę Frans spra­wiał wra­że­nie, jakby przy­go­to­wy­wał się do ja­kie­goś spor­to­wego wy­czynu, jed­nak w końcu przy­tak­nął.

- Ten pal­cat... śni­łem o nim. A twój ko­stium wcale nie po­maga uspo­koić mo­jej wy­ob­raźni.

Za­drża­łam z pod­nie­ce­nia i po­czu­łam, jak moje na­gie kro­cze za­czyna pul­so­wać. Mie­wa­łam fan­ta­zje o by­ciu dys­cy­pli­no­waną jesz­cze na długo przed Bern­dem i po­dej­rze­wa­łam, że ten­den­cje do ule­gło­ści czę­ściowo umoż­li­wiły mi czer­pa­nie przy­jem­no­ści z pod­le­wa­nego nar­ko­ty­kami seksu z wska­za­nymi przez Bernda męż­czy­znami - cho­ciaż na trzeźwo na­wet nie po­my­śla­ła­bym o by­ciu sek­slalką dla ca­łej cze­redy fa­ce­tów. W ma­rze­niach za­wsze rzą­dził mną tylko je­den męż­czy­zna.

Frans znów spoj­rzał na pal­cat, tym ra­zem z nie­pewną miną.

- Je­steś pewna, że nie ro­bisz tego tylko po to, żeby mnie za­do­wo­lić? - za­nie­po­koił się.

- Niby jak mo­gła­bym chcieć cię za­do­wo­lić, je­śli kłócę się z tobą i pró­buję cię prze­ko­nać? Mogę na­wet się po­mo­dlić, je­śli to po­może. Nie ro­bię ni­czego, czego bym nie chciała. Krzyknę... "Mar­sy­lianka!", że­byś prze­stał. To bę­dzie moje ha­sło bez­pie­czeń­stwa.

"Ha­sło bez­pie­czeń­stwa" wy­wo­łało u Fransa taką minę, że aż ro­ze­śmia­łam się na głos. Cho­ciaż wnętrz­no­ści szar­pało mi wście­kłe po­żą­da­nie, te­raz do­łą­czyła do niego rów­nież czu­łość, czy­niąc sprawę jesz­cze bar­dziej roz­koszną.

- Ro­bi­łaś ta­kie rze­czy z mę­żem? Albo z tam­tymi in­nymi fa­ce­tami? Bo nie je­stem pe­wien, czy chcę na­le­żeć do tej sa­mej... - rzu­cił z go­ry­czą.

- Bernda nie in­te­re­so­wały bi­cze ani pal­caty. Był na to zbyt nie­cier­pliwy. Chciał tylko za­ru­chać. Cza­sem ktoś inny uży­wał za­ba­wek, ale ni­gdy w taki spo­sób, jaki so­bie wy­ma­rzy­łam.

Zmru­żył oczy, jakby chciał się upew­nić, że mó­wię prawdę.

- W ta­kim ra­zie po­wiesz mi, czego chcesz. Na­tych­miast. A po­tem pój­dziemy do biura.

- Je­śli ci po­wiem, czego chcę, wszystko ma się od­być do­kład­nie w ten spo­sób.

Frans prze­su­nął ko­niec pal­cata po na­giej skó­rze mo­ich piersi i po­ki­wał głową z roz­tar­gnie­niem. Wzdry­gnę­łam się lekko. Chuć wy­peł­niała już wszyst­kie ko­mórki mo­jego ciała. By­łam na­pięta jak struna.

- Chcę długo i mocno, i... - Od­wró­ci­łam głowę, żeby się upew­nić, iż Fe­lix za­jął dla nas miej­sce, o które pro­si­łam. - ...za­re­zer­wo­wa­łam na to jedną z cel. Nie bę­dziemy na oczach wszyst­kich, ale je­śli ktoś za­uważy i ze­chce, bę­dzie mógł przyjść i po­pa­trzeć.

- Va­len­tino... - za­czął Frans z nie­za­do­wo­loną miną.

- Frans. Je­śli źle się po­czuję, bę­dziemy mieli bli­sko do biura. Ale tego wie­czoru ża­den z klien­tów mnie nie roz­po­zna. Tylko dziew­czyny i Fe­lix wie­dzą, że...

Znie­na­cka po­czu­łam na skó­rze ostre ude­rze­nie, a moje po­żą­da­nie wy­strze­liło pod sam su­fit. Spoj­rza­łam na Fransa za­sko­czona. Ten szybko i zwin­nie sma­gnął mnie po dru­giej piersi.

- I co, chcesz wię­cej? - spy­tał z ta­jem­ni­czym bły­skiem w oku.

- No pew­nie - od­par­łam drżąco.

- Niech więc się kró­lowa przy­go­tuje na przy­ję­cie kary. I otrze usta tu, w ką­ciku - roz­ka­zał miękko.

- Oczy­wi­ście. Prze­pra­szam, wa­sza wy­so­kość - szep­nę­łam słabo. Ba­łam się, że za­raz padnę na ko­lana z eks­cy­ta­cji.

Zręcz­nie ob­ró­cił pal­cat, kie­ru­jąc rączkę w moją stronę. Sta­nął za mną, koń­cówkę szpi­cruty umie­ścił mię­dzy mo­imi ło­pat­kami.

- Pro­wadź - za­ko­men­de­ro­wał.

Po­pro­wa­dzi­łam go więc. Szłam przed nim z bi­ją­cym ser­cem i ści­śnię­tym żo­łąd­kiem. Uwa­ża­łam, żeby nie stra­cić kon­taktu z pal­ca­tem, bo mia­łam wra­że­nie, iż nie wolno mi się za bar­dzo od­da­lać. Gdy do­tar­li­śmy do celi, zo­ba­czy­łam ławkę przy­go­to­waną do­kład­nie tak, jak chcia­łam: w sam raz, że­bym mo­gła przy­jąć po­zy­cję na czwo­ra­kach.

- Pupa do góry. - Roz­kaz był nie­spo­dzie­wa­nie sta­now­czy.

Moja cipka za­ci­skała się ryt­micz­nie i wy­dzie­lała co­raz wię­cej so­ków, choć moje kro­cze od dawna było wil­gotne. Ko­lana mia­łam jak z ga­la­rety. Za­dar­łam ogromną spód­nicę i wdra­pa­łam się na ob­le­czoną skórą ławkę. Po raz pierw­szy od po­nad sied­miu lat ko­rzy­sta­łam z klu­bo­wych sprzę­tów i pró­bo­wa­łam wy­ba­dać, jak się z tym czuję. Frans po­woli uno­sił spód­nicę jesz­cze wy­żej, a ja za­mknę­łam oczy. Do­brze. Czu­łam się do­brze. Zła­pa­łam prze­zna­czone do tego uchwyty i po­czu­łam po­wiew na po­ślad­kach, kiedy Fran­sowi udało się od­gar­nąć ma­te­riał sukni aż do pasa.

Strużki so­ków spły­wały mi po udach. De­li­kat­nie po­pra­wi­łam po­zy­cję. Usły­sza­łam, jak Frans prze­cho­dzi na drugą stronę ławki i staje tuż obok. Przy­ci­snął usta do mo­jego ucha.

- Nie­grzeczna kró­lowa. Chyba ci się to po­doba - szep­nął.

- Tak - jęk­nę­łam, owład­nięta po­żą­da­niem.

Frans mocno uszczyp­nął mnie w po­śla­dek.

Po­czu­łam ko­niec szpi­cruty na war­gach sro­mo­wych, śli­zga­jący się po mo­krej skó­rze. Za­ci­snę­łam po­wieki. Czyli nie od­waży się... Lek­kie sma­gnię­cie tra­fiło ide­al­nie w moją szparkę i krzyk­nę­łam z za­sko­cze­nia, a za­ra­zem roz­ko­szy. Ude­rze­nie nie za­bo­lało, ale wy­wo­łało przy­jemne cie­pło i spra­wiło, że jesz­cze bar­dziej na­brzmiało mi kro­cze.

- Och, jak do­brze - wy­rwało mi się ochry­ple.

- No pro­szę. Tak nie może być. To w końcu kara.

Jego ton zdra­dzał nie­mal mroczną sa­tys­fak­cję. Frans zła­pał mnie za udo, po­tarł kciu­kiem wil­gotną we­wnętrzną stronę, ale po­tem nie na­stą­piło nic. Dy­sza­łam w ocze­ki­wa­niu na wię­cej. I do­cze­ka­łam się: szybki cios spadł uko­sem na mój po­śla­dek, wy­wo­łu­jąc pie­cze­nie. Znów wy­da­łam okrzyk, a na­pięte mię­śnie po­ślad­ków za­częły drżeć.

- Chcesz jesz­cze? - spy­tał ostro.

- Jesz­cze - po­twier­dzi­łam.

Nie zdą­ży­łam na­wet za­mknąć ust, za­nim pa­dło pierw­sze po­rządne sma­gnię­cie. Siła ude­rze­nia była wy­star­cza­jąca, żeby po­ka­zały mi się mroczki przed oczami. Krzyk­nę­łam chra­pli­wie, po­czu­łam, jak z mo­jej cipki wy­lewa się ko­lejna fala wil­goci i ścieka w kie­runku ko­lan. Jęk­nę­łam i pra­wie od­sko­czy­łam. Frans nie py­tał już o po­zwo­le­nie. Sma­gnął mnie około dzie­się­ciu razy, je­den po dru­gim, każde ude­rze­nie moc­niej­sze od po­przed­niego. Z oczu cie­kły mi łzy, cipka pul­so­wała bo­le­śnie i za­po­mnia­łam już zu­peł­nie, że je­ste­śmy w klu­bie i każdy może nas zo­ba­czyć. Krzy­cza­łam przy każ­dym sma­gnię­ciu, a kiedy wresz­cie na­stą­piła prze­rwa, Frans znów po­gła­dził mnie po we­wnętrz­nej stro­nie ust.

- Za­raz bę­dziesz zu­peł­nie prze­mo­czona.

Ko­lejne sma­gnię­cie i wię­cej pie­ką­cego, wręcz pa­rzą­cego bólu. Dy­sza­łam co­raz cię­żej.

- Jesz­cze - bła­ga­łam.

Tym ra­zem cios w udo, po­tem w dru­gie.

- Te­raz do­sta­niesz gdzie in­dziej - po­in­for­mo­wał, ła­piąc mnie w pa­sie.

Umysł mia­łam za­mglony od bólu i roz­ko­szy, więc le­dwo ro­zu­mia­łam, co się dzieje. Frans ścią­gnął mnie z ławki, od­wró­cił i po­mógł wejść z po­wro­tem, tym ra­zem kła­dąc mnie na ple­cach. Przez uchy­lone po­wieki ob­ser­wo­wa­łam jego dzia­ła­nia i zo­ba­czy­łam, że sięga po me­ta­lowy pręt z uchwy­tami. Zła­pał mnie za kostki, uniósł moje nogi i przy­wią­zał do dwóch koń­ców pręta. Po­tem prze­szedł na drugą stronę i zro­bił to samo z mo­imi rę­kami.

W mgnie­niu oka le­ża­łam na ławce cał­ko­wi­cie ubez­wła­sno­wol­niona. Moje nogi wzno­siły się ku su­fi­towi w sze­ro­kim V, a ręce mia­łam wy­cią­gnięte po­nad głowę. Oczy Fransa błysz­czały dziko i dra­pież­nie, kiedy za­trzy­mał się, żeby spoj­rzeć na swoje dzieło. Chcia­łam się wy­giąć, ale nie bar­dzo by­łam w sta­nie w ogóle się po­ru­szyć, więc zbo­la­łym gło­sem za­wo­ła­łam go po imie­niu.

- Frans!

Ock­nął się nieco, a na jego twa­rzy po­ja­wił się wy­raz za­nie­po­ko­je­nia.

- Źle się czu­jesz? Chcesz, że­bym cię uwol­nił?

- Nie. Ale zrób coś, bo za­raz zwa­riuję! - syk­nę­łam nie­cier­pli­wie.

Nie­po­kój znik­nął w mgnie­niu oka. Frans uśmiech­nął się zło­wrogo, schy­la­jąc się, żeby od­sło­nić mi piersi. Mocno uszczyp­nął mnie w bro­dawkę. Za­mknę­łam oczy i usły­sza­łam:

- Ra­czej nie je­steś w po­zy­cji do wy­da­wa­nia roz­ka­zów.

Otrzy­ma­łam se­rię sma­gnięć po udach, parę cio­sów w cipkę, a po­tem na za­czer­wie­nio­nej, opuch­nię­tej skó­rze po­czu­łam do­tyk jego ku­tasa. Sta­ra­łam się zmie­nić po­zy­cję, wi­jąc się w wię­zach, jak tylko da­łam radę, ale przy­ro­dze­nie po­zo­sta­wało jed­no­cze­śnie tuż obok, a za­ra­zem zbyt da­leko. Na moją pierś spadł szybki, mocny cios, a pe­nis Fransa ocie­rał się o moją mo­krą szparkę.

- Wejdź już we mnie, bła­gam - ję­cza­łam.

Usły­sza­łam śmiech. Głos Fransa brzmiał ina­czej niż zwy­kle. Po­brzmie­wała w nim stal:

- Chyba mi się to po­doba. Rze­czy­wi­ście mam frajdę.

Ku­ta­sem wciąż po­cie­rał moją cipkę i draż­nił łech­taczkę. W tym sa­mym cza­sie moje piersi przyj­mo­wały ko­lejne sma­gnię­cia jedno po dru­gim, tak że na­brzmiały jesz­cze bar­dziej i zmie­niły ko­lor na ja­skra­wo­czer­wony. Ję­cza­łam ze szczę­ścia i nie­wy­po­wie­dzia­nej męki. Kiedy Frans w końcu wszedł we mnie na kilka cen­ty­me­trów, na­tych­miast roz­war­łam po­wieki i mu­sia­łam za­gryźć zęby, żeby po­wstrzy­mać or­gazm.

By­łam taka go­towa. Zbyt go­towa. A Frans wsu­wał ku­tasa w obo­lałą, pul­su­jącą cipkę tak po­woli, że stop­niowo ro­snące ci­śnie­nie gro­ziło roz­sa­dze­niem mnie od środka. Ję­cza­łam i krzy­cza­łam, ale im gło­śniej­sze wy­da­wa­łam od­głosy, tym wol­niej­sze sta­wały się jego ru­chy. Pró­bo­wa­łam więc umilk­nąć, ale nie da­łam rady. I wresz­cie moje ciało się pod­dało. Mo­nu­men­talny or­gazm po­rwał mnie jak la­wina. Za­czę­łam wrzesz­czeć na cały głos, nie mo­gąc się ru­szyć ani ulżyć so­bie w ża­den inny spo­sób.

Jak z od­dali po­czu­łam ostre sma­gnię­cie w su­tek, a pe­nis Fransa wdarł się do sa­mego końca z bez­li­to­sną siłą. Frans za­czął mnie po­su­wać gwał­tow­nymi, moc­nymi ru­chami, ude­rza­jąc mnie lekko po pier­siach, a drugą ręką przy­trzy­mu­jąc udo, zu­peł­nie jakby chro­nił mnie przed spad­nię­ciem z ławki, choć prze­cież nie by­łoby to moż­liwe. Moja cipka za­ci­skała się tak, że ba­łam się, iż za­mknie się do sa­mego końca. Z punktu G dzika roz­kosz pro­mie­nio­wała na całe ciało, łą­cząc się z fa­lami przy­jem­no­ści pły­ną­cymi z łech­taczki i sut­ków.

Roz­chy­li­łam po­wieki i za­ję­cza­łam ci­cho, bo wzbie­rał we mnie ko­lejny or­gazm. Le­dwo po­zna­wa­łam rysy twa­rzy Fransa. Ja­sne brwi miał ścią­gnięte, oczy nie­mal czarne, a usta wy­krzy­wione w bez­li­to­snym gry­ma­sie. Jego spoj­rze­nie wę­dro­wało po mo­ich na­gich, umę­czo­nych pier­siach, twa­rzy i cipce. Obiema rę­kami zła­pał mnie za nogi i wbił się we mnie szyb­kim, ostrym ru­chem, wstrzą­sa­jąc ca­łym cia­łem.

- Do­cho­dzę. Nie dam rady... - wy­sa­pał.

Osią­gnę­łam ko­lejny szczyt, a jego de­spe­rac­kie, wście­kłe słowa roz­le­gły się echem w mo­jej gło­wie. Trzę­słam się w oko­wach, pod­czas gdy Frans wszedł we mnie jesz­cze kilka razy, aż w końcu od­pu­ścił. Przez długi czas nie mo­głam się po­zbie­rać. Nie wiem, jak długo le­ża­łam na ławce ni­czym roz­sy­pane po pod­ło­dze ka­wałki puz­zli.

Ock­nę­łam się, kiedy Frans uwol­nił mnie z wię­zów. Od razu spo­strze­głam, że wsty­dzi się tego, co zro­bił. Po­zna­łam to po zbo­la­łej mi­nie i po tym, jak sta­now­czo uni­kał mo­jego wzroku. Po­mógł mi usiąść i opu­ścił spód­nicę, za­kry­wa­jąc nogi. Schwy­ci­łam go za frak i przy­cią­gnę­łam do sie­bie.

- To było nie­wia­ry­godne - po­wie­dzia­łam słabo.

Spoj­rzał na mnie i lekko po­krę­cił głową.

- Nie po­win­naś na­kła­niać mnie do ro­bie­nia rze­czy, które spra­wiają ci ból. Na­wet je­śli ro­bi­łaś to już kie­dyś, to nie zna­czy...

Zła­pa­łam go za włosy i po­cią­gnę­łam tak sil­nie, że wy­dał okrzyk za­sko­cze­nia.

- Ile razy mam ci po­wta­rzać? Ja po­pro­si­łam, ja chcia­łam, ja czer­pa­łam z tego przy­jem­ność. I po raz pierw­szy w ży­ciu do­sta­łam to, o czym za­wsze ma­rzy­łam. Długo. Mocno. Ale nie za mocno. Tego ostat­niego nie mu­sia­łam ci na­wet na­ka­zy­wać, bo wie­dzia­łam, że nie po­su­niesz się za da­leko. To, co ro­bi­łeś... wy­maga od męż­czy­zny cier­pli­wo­ści. I wła­śnie ta udręka jest naj­cu­dow­niej­sza.

Zer­k­nął na mnie ką­tem oka. Przy­cią­gnę­łam go jesz­cze bli­żej, żeby móc szep­nąć mu do ucha:

- Je­steś ku­rew­sko zdolny. Świet­nie so­bie ra­dzisz z wię­zami. I było su­per. Nie za­uwa­ży­łeś, że do­szłam dwa razy?

- A ty nie za­uwa­ży­łaś, że lu­dzie przy­cho­dzili się ga­pić, bo dar­łaś się, jakby cię ob­dzie­rano ze skóry? Wtedy odło­ży­łem pal­cat - mruk­nął.

- Nie za­uwa­ży­ła­bym ni­czego, na­wet gdyby dach się za­wa­lił.

- A ja mimo wszystko nie da­łem rady się po­wstrzy­mać od pie­prze­nia.

- I Bogu dzięki. Naj­wy­raź­niej drze­mie w to­bie mały sa­dy­sta, a przy tym eks­hi­bi­cjo­ni­sta.

- Ule­głem złym wpły­wom. Ko­biety, która wy­stę­puje w klu­bie ero­tycz­nym z cyc­kami na wierz­chu - od­parł, marsz­cząc brwi.

Za­chi­cho­ta­łam, choć minę miał po­nurą.

- Taki strój był nor­malny w osiem­na­stym wieku. A zresztą je­śli po­kaźny de­kolt tak na cie­bie działa, chyba po­sza­leję z no­życz­kami na wszyst­kich bar­dziej przy­zwo­itych ubra­niach.

Po­gła­dzi­łam go po po­liczku, a po­tem po­ca­ło­wa­łam, czu­jąc na war­gach, jak na jego usta wraca uśmiech.

- Masz ochotę wpaść do mnie i zro­bić mi coś faj­nego? - spy­ta­łam.

- Pew­nie. Ale nie mogę opę­dzić się od ma­rzeń o twoim wiel­kim, sta­rym biurku. Ta­kich, w któ­rych le­żysz na nim w róż­nych ma­low­ni­czych po­zy­cjach.

- W ta­kim ra­zie przej­dziemy przez biuro - szep­nę­łam.

Po­mógł mi zejść z ławki na pod­łogę.

- A jak bę­dziemy u cie­bie, po­szu­kamy choć przez chwilę tych ob­ra­zów. Bo coś czuję, że za­raz gówno z tego wyj­dzie - mruk­nął.

Roz­dział 9

Tej sa­mej nocy obu­dzi­łam się nad ra­nem z uczu­ciem, któ­rego nie można było opi­sać ina­czej niż ide­alne szczę­ście. W biu­rze spę­dzi­li­śmy dłuż­szy czas, a na­stęp­nie prze­szli­śmy się, żeby tro­chę pod­jeść z bu­fetu usta­wio­nego w klu­bie z oka­zji ma­ska­rady. To zna­czy Frans pod­jadł. Ja je­dy­nie z lekko roz­chy­lo­nymi ustami pa­trzy­łam na sto­ją­cego przy mnie zło­to­wło­sego zie­lo­no­okiego męż­czy­znę. Za­dzi­wiona, że mam przy­wi­lej przy­tu­la­nia się do niego, ca­ło­wa­nia go i pie­prze­nia się z nim.

Póź­niej po­je­cha­li­śmy do mnie. Już samo zdej­mo­wa­nie gor­setu zmie­niło się w roz­koszny spek­takl zwień­czony sek­sem na ka­na­pie. Wzię­li­śmy długi prysz­nic i po ca­łym tym fe­sti­walu sza­lo­nej, dzi­kiej ko­pu­la­cji za­to­pi­li­śmy się w so­bie na­wza­jem w moim łóżku i upra­wia­li­śmy tak ła­godny, słodki i cie­pły seks, że nie da się tego na­zwać ina­czej niż... ko­cha­niem się.

Mo­głam znów za­snąć w ra­mio­nach Fransa, co przy­no­siło mi za każ­dym ra­zem co­raz wię­cej uko­je­nia. Tuż przed za­śnię­ciem po­czu­łam ukłu­cie lęku i przez mo­ment za­sta­no­wi­łam się, ja­kie to bę­dzie uczu­cie - na po­wrót spać sa­mej. Od­po­wiedź przy­szła od razu, ja­sna i wy­raźna: nie do znie­sie­nia.

Wier­ci­łam się nie­spo­koj­nie, nie chcąc sa­mot­nie czu­wać, i choć z ca­łych sił pró­bo­wa­łam po­wstrzy­mać się przed obu­dze­niem Fransa, w końcu da­łam za wy­graną. Od­wró­ci­łam się w ten spo­sób, że głowę mia­łam na wy­so­ko­ści jego bio­der, po czym wzię­łam do ust jego ku­tasa. Frans tylko mruk­nął coś przez sen, ale przy­ro­dze­nie za­re­ago­wało na­tych­miast. Sma­ko­wał cu­dow­nie i czy­sto, sa­mym sobą i odro­binę mną. Po­łknę­łam go głę­boko i cho­ciaż dawno temu na­uczy­łam się wszel­kich sztu­czek po­zwa­la­ją­cych na czer­pa­nie jak naj­więk­szej przy­jem­no­ści z seksu oral­nego, Frans za­wsze wy­peł­niał mi usta do tego stop­nia, że na­prawdę mu­sia­łam się na­pra­co­wać.

Za­czę­łam ssać, na­bra­łam po­wie­trza przez nos i ssa­łam da­lej. Ku­tas był już zu­peł­nie sztywny i tylko kwe­stią czasu po­zo­sta­wało... Na­gle dłu­gie palce za­to­piły się w mo­ich wło­sach, po­cią­gnęły mocno i ze­pchnęły mi głowę jesz­cze ni­żej. Łzy na­pły­nęły mi do oczu, ale roz­luź­ni­łam gar­dło i ssa­łam za­wzię­cie, uśmie­cha­jąc się w my­ślach. Za­uwa­ży­łam, że za­nim Frans się na do­bre roz­bu­dził, po­tra­fił być bar­dzo zde­cy­do­wany. Wręcz do­mi­nu­jący. Jak po­przed­niego wie­czoru na ma­ska­ra­dzie. Wtedy oczy­wi­ście był cał­ko­wi­cie przy­tomny i na­prawdę się ucie­szy­łam, za­uwa­żyw­szy, w jaki spo­sób od­po­wiedni stan umy­słu może go skło­nić do wład­czego za­cho­wa­nia.

Wes­tchnę­łam, wciąż z ku­ta­sem w ustach. Moje kro­cze pul­so­wało, po­bu­dzone wspo­mnie­niami i tym, jak Frans trzy­mał mnie za włosy.

- Wejdź na mnie - usły­sza­łam za­spany, chra­pliwy głos.

Nie cof­nął ręki, więc je­śli chcia­łam speł­nić jego ży­cze­nie, nie mia­łam in­nej moż­li­wo­ści, niż stop­niowo przejść do po­zy­cji sześć na dzie­więć. Unio­słam nogę, a on lekko po­kie­ro­wał mo­imi bio­drami, więc wie­dzia­łam, że po­stę­puję wła­ści­wie. Jak przy­stało na "grzeczną dziew­czynkę" - tymi sło­wami po­chwa­lił mnie wczo­raj w biu­rze na sam ko­niec po tym, jak ka­zał mi pro­sić o wy­ba­cze­nie za nie­przy­zwo­ity strój, zor­ga­ni­zo­wa­nie roz­pa­sa­nej im­prezy i ogólną obo­jęt­ność na bo­lączki na­rodu. Prze­pra­sza­łam co naj­mniej dzie­sięć razy i by­łam już tak osza­lała z bo­le­snego po­żą­da­nia, że na mo­ment na­prawdę wcie­li­łam się w rolę Ma­rie An­to­in­ette. Na szczę­ście Frans wresz­cie zgo­dził się po­rząd­nie mnie ze­rżnąć, po­draż­niw­szy uprzed­nio pal­cami za­równo moją cipkę, jak i od­byt.

Wspo­mnie­nia się roz­wiały, gdy silne ręce męż­czy­zny chwy­ciły mnie, po­ma­ga­jąc w przy­ję­ciu wła­ści­wej po­zy­cji, a za­raz po­tem po­czu­łam na łech­taczce de­li­katne mu­śnię­cie ję­zyka. Wy­da­łam stłu­miony jęk. Frans za­ta­czał ję­zy­kiem kręgi wo­kół mo­jej na­brzmia­łej łech­taczki i lekko, nie­mal draż­niąco zli­zy­wał wy­dzie­lane przeze mnie soki. Za­czę­łam ssać moc­niej. Usły­sza­łam ci­che prze­kleń­stwo, a po­tem od­głos, który mógł po­cho­dzić je­dy­nie z szu­flady sto­lika noc­nego.

Unio­słam głowę i dla od­miany za­ję­łam się główką. Zli­za­łam z czubka kilka kro­pli, po czym za­sty­głam w ocze­ki­wa­niu. Frans wcze­śniej nie za­glą­dał do szu­flady z wła­snej ini­cja­tywy, ale wie­dział, co tam trzy­mam. Przy­ło­żył coś do mo­jego kro­cza. Nie był to ża­den z wi­bra­to­rów. Li­zał mnie i po­cie­rał cipkę wy­ję­tym z szu­flady przed­mio­tem. Mój od­dech przy­śpie­szył, choć wciąż mia­łam w ustach wiel­kie przy­ro­dze­nie Fransa. Na­gle przy­ło­żył przed­miot do mo­jego od­bytu i wsu­nął go do środka.

O mało się nie za­krztu­si­łam. Wy­beł­ko­ta­łam coś mało skład­nie. Już wie­dzia­łam - mia­łam w od­by­cie za­tyczkę, która wła­śnie za­częła wi­bro­wać. Frans ssał i li­zał moją łech­taczkę, co ja­kiś czas wsu­wa­jąc ję­zyk w ocie­ka­jącą so­kami szparkę. Ba­łam się, że za­raz wy­pusz­czę go z ust. Ję­cza­łam co­raz gło­śniej, ręką ści­ska­jąc pe­nisa u na­sady i ssąc mocno, wy­ko­nu­jąc dłu­gie, po­su­wi­ste ru­chy głową. Pom­po­wa­łam, ssa­łam, ję­cza­łam, a moja cipka drżała pod jego ję­zy­kiem, kiedy po­czu­łam, jak wzbi­jam się wy­soko, co­raz bli­żej cu­dow­nego or­ga­zmu.

Na to, co na­stą­piło chwilę po­tem, zu­peł­nie nie by­łam przy­go­to­wana. Frans na mo­ment uniósł głowę spo­mię­dzy mo­ich nóg, po­pra­wił po­zy­cję i cał­ko­wi­cie nie­ocze­ki­wa­nie wsu­nął we mnie je­den z mo­ich ulu­bio­nych wi­bra­to­rów - ten więk­szy. Ode­rwa­łam usta od jego ku­tasa i krzyk­nę­łam z roz­ko­szy, kiedy po­czu­łam, jak ko­lejna za­bawka za­czyna drgać, tym ra­zem w mo­jej cipce.

Frans po­wró­cił do piesz­cze­nia łech­taczki. Bo­le­śnie po­woli po­ru­szał we mnie wi­bra­to­rem, a gdy ma­sa­żer był na swoim miej­scu, jego drga­nia łą­czyły się z tymi wy­ko­ny­wa­nymi przez za­tyczkę. By­łam taka pełna. Mój od­byt był wy­peł­niony, cipka też, łech­taczka wciąż otrzy­my­wała swoją por­cję uwagi... czu­łam się jak ba­lon, do któ­rego ktoś wdmu­chał zbyt wiele po­wie­trza. W po­przed­nim ży­ciu wiele razy po­su­wało mnie kilku fa­ce­tów na­raz, wy­peł­nia­jąc wszyst­kie otwory, ale ża­den z nich nie kon­cen­tro­wał się ni­gdy na mo­jej przy­jem­no­ści. Ża­den nie li­zał mnie pod­czas ru­cha­nia, bez względu na to, czy uży­wał do tego wła­snego ku­tasa, czy za­ba­wek.

Choć już nie mo­głam ze­brać my­śli, znów wzię­łam go do ust. Wy­da­łam de­spe­racki okrzyk, bo w ra­mach od­po­wie­dzi Frans gwał­tow­nie we­pchnął wi­bra­tor aż do sa­mego końca. Draż­nił ję­zy­kiem łech­taczkę, co­raz szyb­ciej pie­przył mnie ma­sa­że­rem, a za­tyczka w od­by­cie tylko po­tę­go­wała do­zna­nia, przy­bli­ża­jąc mnie do nie­unik­nio­nej eks­plo­zji.

Za­ci­snę­łam oczy, jed­no­cze­śnie po­ły­ka­jąc ku­tasa tak głę­boko, jak tylko po­tra­fi­łam, i wy­ko­nu­jąc swój po­pi­sowy nu­mer. Trzy­ma­łam go w ustach i ssa­łam, aż za­pa­dły mi się po­liczki. Gdy drżąc na ca­łym ciele, po­szy­bo­wa­łam w stronę szczytu, usły­sza­łam ni­ski jęk Fransa. Ten bez­sporny do­wód jego przy­jem­no­ści pod­nie­cił mnie jesz­cze bar­dziej. Po­czu­łam, jak zaj­muję się ogniem ni­czym me­te­oryt prze­kra­cza­jący gra­nicę at­mos­fery. Naj­pierw w pło­mie­niach sta­nęło moje kro­cze, od łech­taczki aż po od­byt, a po­tem go­rąco bły­ska­wicz­nie roz­prze­strze­niło się na po­zo­stałe czę­ści ciała.

Opu­ści­łam głowę tak ni­sko, że le­dwo mo­głam od­dy­chać, i ję­cza­łam z pe­ni­sem w buzi, wi­jąc się i in­stynk­tow­nie po­ru­sza­jąc bio­drami. W tym dzi­kim, bez­myśl­nym sta­nie ja­koś udało mi się kon­ty­nu­ować li­za­nie na­brzmia­łej główki. Ssa­łam za­wzię­cie, czu­jąc, jak ku­tas obie­cu­jąco tward­nieje. Frans wbił palce w moje uda, wy­wo­łu­jąc roz­koszny ból, a tuż po tym usły­sza­łam głę­boki ryk wy­do­by­wa­jący się z jego piersi.

Moje usta wy­peł­niło mo­rze cie­płej spermy. Ko­lejne stru­mie­nie lały mi się do prze­łyku z taką siłą, że nie da­łam rady wszyst­kiego po­łknąć. Je­den z więk­szych strza­łów wy­peł­nił mnie do tego stop­nia, że za­krztu­si­łam się i część na­sie­nia wy­cie­kła mi no­sem. Przy­po­mnia­łam so­bie jed­nak, że je­stem grzeczną dziew­czynką i po­ły­kam wszystko, je­śli mój męż­czy­zna tego chce. Z ja­kie­goś po­wodu myśl o tym mnie pod­nie­ciła, po­zwa­la­jąc jesz­cze peł­niej prze­żyć or­gazm.

Kiedy w końcu wy­pu­ści­łam z ust pe­nisa Fransa i po­ło­ży­łam mu głowę na bio­drach, wy­jął ze mnie za­tyczkę i mocno chwy­cił mnie w pa­sie. Ob­ró­ci­łam się, przy­war­łam do jego boku i w ciem­nym, oświe­tlo­nym je­dy­nie małą lampką nocną po­miesz­cze­niu wpa­try­wa­łam się w zie­lone oczy ze zło­tymi plam­kami.

- O Boże - wes­tchnął Frans, ście­ra­jąc z ką­cika mo­ich ust resztkę spermy.

Do­tarło do mnie, że ni­gdy wcze­śniej nie za­spo­ko­iłam go oral­nie do sa­mego końca. Po­bu­dza­łam go ustami, a raz wy­su­nął się ze mnie tuż przed or­ga­zmem, wy­try­sku­jąc na piersi, ale to... Tego nie ro­bi­li­śmy. Mia­łam ogromną na­dzieję, że moje za­cho­wa­nie nie było zbyt... dziw­kar­skie. Nie mia­łam po­ję­cia, jak męż­czyźni spoza kręgu zna­jo­mych Bernda i klien­tów klubu mo­gliby za­re­ago­wać na moją wer­sję seksu oral­nego.

- Czy to było przy­jemne? Przy­jemne, a nie... brudne? - spy­ta­łam le­dwo do­sły­szal­nie, cała ze­sztyw­niała w ocze­ki­wa­niu na re­pry­mendę.

Od­gar­nę­łam mu włosy z twa­rzy. Zła­pał mnie za rękę i splótł palce z mo­imi pal­cami.

- Nikt jesz­cze nie zro­bił mi cze­goś ta­kiego. To było tro­chę brudne. Ale w do­brym sen­sie. I cho­ler­nie przy­jemne.

Zro­biło mi się przy­kro. Prze­łknę­łam ślinę. Pró­bo­wa­łam przy­brać nie­fra­so­bliwy ton, ale mój głos był iry­tu­jąco nie­pewny i drżący, gdy wy­ja­śnia­łam:

- Ja... nie wiem do końca, jak to jest w zwy­czaj­nym związku. I jak to ro­bią nor­malne ko­biety...

- Va­len­tino, prze­stań. Rze­czy­wi­ście dla mnie nie było w tym nic zwy­czaj­nego, ale było cu­dow­nie. Nie­sa­mo­wi­cie. Wiem, że wio­dłaś dziwne i od­py­cha­jące, a na­wet trau­ma­tyczne ży­cie. Ale ty sama nie je­steś dziwna ani od­py­cha­jąca. Naj­cu­dow­niej­sze w tym wszyst­kim było, jak mocno do­szłaś. Przez mo­ment czu­łem się, jak­bym miał do czy­nie­nia z bombą ato­mową.

Uśmiech­nę­łam się słabo, pa­trząc na uko­chaną, zbyt uko­chaną mę­ską twarz.

- Pójdę się umyć i zro­bię ja­kieś ka­na­pki. Strasz­nie chce mi się jeść - po­wie­dzia­łam.

- A to dla­tego, że nic nie ja­dłaś na wła­snej eks­tra­wa­ganc­kiej or­gii. Ja ja­dłem - oświad­czył rze­czowo.

Rze­czy­wi­ście się po­si­lił. Na­ło­żył so­bie na ta­lerz mnó­stwo sło­nych prze­ką­sek, a kiedy już udało mu się z nimi roz­pra­wić, ze słod­kiego stołu zgar­nął ma­ka­ro­niki, po­pra­wia­jąc ol­brzy­mią por­cją tortu. Ja z ko­lei by­łam tak wy­koń­czona nie­ziem­skim sek­sem i prze­ra­ża­jąco sil­nymi emo­cjami, że nie da­łam rady nic prze­łknąć. Prych­nę­łam na jego słowa.

- Za­uwa­ży­łam. Ja chcia­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu, otrzy­mać ko­lejną karę i wię­cej po­dzię­ko­wań, a w tym cza­sie mój fa­cet opy­chał się tor­tem jak ja­kieś pro­się.

- Na­wet od króla Prus nie mo­żesz ocze­ki­wać sa­mo­kon­troli po tym, jak go­dzi­nami pie­przył bez­wstydną, po­zba­wioną wszel­kiej mo­ral­no­ści la­ta­wicę. Jest na to po­wie­dze­nie. "Kto z kim prze­staje, ta­kim się staje". Nie sły­sza­łaś?

- Gdy­byś rze­czy­wi­ście był Fry­de­ry­kiem Wiel­kim, po­ję­cie pru­skiego drylu w ogóle by nie ist­niało. I nikt nie na­zy­wałby cię wiel­kim. Chyba że z po­wodu tu­szy osią­gnię­tej przez wieczne ob­żar­stwo.

Przez chwilę oboje uśmie­cha­li­śmy się fi­glar­nie, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­leni, aż na­gle Frans przy­cią­gnął mnie do sie­bie i przy­ci­snął usta do mo­ich warg.

- Frans... moje wargi... - za­czę­łam, bo zda­wa­łam so­bie sprawę, że wielu męż­czyzn nie cierpi, kiedy ko­bieta sma­kuje spermą, bez względu na to, jak bar­dzo lu­bią koń­czyć w ustach.

Frans jed­nak nie wy­da­wał się zbyt prze­jęty.

- W mo­jej pracy zmysł smaku za­wsze znaj­duje się w sa­mym cen­trum. Za­raz się do­wiem, jak ja sam sma­kuję. To bar­dzo istotna wie­dza - wy­ja­śnił rze­czowo.

Za­śmia­łam się krótko, otrzy­ma­łam dłu­giego ca­łusa, a na ko­niec Frans jesz­cze prze­su­nął mi ję­zy­kiem po war­gach. Pod­par­łam się na łok­ciach i ob­ser­wo­wa­łam jego minę. Przez mo­ment wpa­try­wał się w su­fit i ob­li­zał się z na­my­słem.

- Tro­chę jak... ostrygi. Mor­ska woda i coś jesz­cze. Ale mu­szę przy­znać, że ty sma­ku­jesz le­piej. Je­steś jak mag­da­lenka z po­wie­ści Pro­usta. Gdy cię sma­kuję, w jed­nej chwili przy­po­mi­nam so­bie wszystko, co ra­zem ro­bi­li­śmy, jak wy­glą­da­łaś w róż­nych chwi­lach i ja­kie to uczu­cie, kiedy w cie­bie wcho­dzę.

Po­czu­łam się tak do­ce­niona i pięk­nie skom­ple­men­to­wana, że za­ru­mie­niły mi się po­liczki. Zro­bi­łam szybki unik, za­da­jąc mu py­ta­nie:

- Czy­ta­łeś W po­szu­ki­wa­niu stra­co­nego czasu?

- Czy­ta­łem masę rze­czy - od­rzekł krótko.

- Ja też, ale Pro­usta nie do­koń­czy­łam - przy­zna­łam z lek­kim za­wsty­dze­niem.

- A Manna czy­ta­łaś? Bud­den­bro­oków?

- No ja­sne! Bud­den­bro­oków, Cza­ro­dziej­ską górę i wszyst­kie inne waż­niej­sze dzieła - od­po­wie­dzia­łam, nie kry­jąc iry­ta­cji.

- No wi­dzisz. To moja sła­bość. Żad­nego Manna. Choć i ja mam w so­bie coś z Niemca.

Zro­biło mi się słabo. Prze­stra­szy­łam się, że za­raz opadnę na prze­ście­ra­dło jak mo­kra szmatka i za­cznę go bła­gać o różne rze­czy. Na przy­kład o wspólną przy­szłość.

- Za­raz wra­cam - rzu­ci­łam słabo, wło­ży­łam krótki szla­fro­czek i po­spie­szy­łam do kuchni.

Na­pi­łam się wody, zro­bi­łam so­bie ka­na­pkę z se­rem, a do tego zja­dłam duże jabłko. Po­tem ru­szy­łam z po­wro­tem do sy­pialni. Kiedy prze­cho­dzi­łam obok drzwi bi­blio­teki, na chwilę się za­wa­ha­łam. Pró­bo­wa­łam na­kło­nić się do po­sta­wie­nia ko­lej­nego kroku we wła­ściwą stronę. Wie­dzia­łam, że mogę zro­bić póź­niej to, co przy­szło mi do głowy. Po wyj­ściu Fransa.

Po­mimo tych my­śli wśli­zgnę­łam się do bi­blio­teki i wy­ję­łam z dol­nej szu­flady biurka dużą wie­lo­ra­zową torbę na za­kupy, w któ­rej kie­dyś prze­nio­słam książki z biura do domu. Zdję­łam z re­gału al­bum, wsu­nę­łam go do torby i scho­wa­łam pa­ku­nek pod biurko. Jako że z przodu biurko było osło­nięte płytą, od drzwi nie da­łoby się nic zo­ba­czyć. Będę mo­gła za­nieść al­bum do biura i bez­piecz­nie ukryć do czasu... Do czasu, gdy po­czuję się go­towa na roz­sta­nie z Fran­sem.

Trzę­sły mi się ręce, zbie­rało mi się na wy­mioty i chcia­łam jak naj­szyb­ciej opu­ścić miej­sce zbrodni. Wpa­dłam jesz­cze na chwilę do znaj­du­ją­cej się przy sy­pialni ła­zienki, po czym po­gna­łam do łóżka, jakby mnie ktoś go­nił.

- Co ci się stało? - spy­tał Frans z lek­kim roz­ba­wie­niem, kiedy ocie­ra­łam łzy, sia­da­jąc na ma­te­racu.

- Za­tę­sk­ni­łam - od­par­łam, zdję­łam szla­frok i mocno przy­tu­li­łam się do Fransa.

- Jak na femme fa­tale i wła­ści­cielkę klubu ero­tycz­nego je­steś nie­zwy­kle przy­tu­la­śnym i uro­czym stwo­rze­niem - wy­mru­czał z twa­rzą ukrytą w mo­ich wło­sach.

Prze­szło mi przez myśl, że Frans to naj­praw­do­po­dob­niej je­dyna osoba, która tak o mnie my­śli.

- Po­trze­buję wię­cej uwagi - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Je­steś rów­nież stwo­rze­niem po­trze­bu­ją­cym po­twor­nie dużo uwagi. Na szczę­ście nie mógł­bym so­bie wy­obra­zić nic lep­szego do ro­boty.

Gdy przed po­łu­dniem obu­dzi­łam się znowu, wes­tchnę­łam z za­do­wo­le­niem i prze­cią­gnę­łam się, nie otwie­ra­jąc oczu. Do­dat­kową uwagę otrzy­ma­łam w po­kaź­nej ilo­ści, a w tym sa­mym mo­men­cie, w któ­rym wresz­cie roz­chy­li­łam po­wieki, po­czu­łam na po­liczku usta Fransa.

- Mu­szę za­ło­żyć spodnie, żeby cho­ciaż przez chwilę za­jąć się tą pie­kielną bi­blio­teką. Ina­czej ni­gdy nie po­su­niemy się do przodu.

Na­tych­miast usia­dłam. Zo­ba­czy­łam, że Frans ma już na so­bie ubra­nie, które wziął na zmianę: ko­szulę w ko­ra­lo­wym od­cie­niu i ja­sno­brą­zowe spodnie. Ogar­nęło mnie prze­ra­że­nie, bo przy­po­mnia­łam so­bie zbyt późno na­szą nocną roz­mowę, kiedy Frans rze­czy­wi­ście wspo­mniał o swoim za­mia­rze kon­ty­nu­owa­nia po­szu­ki­wań.

By­łam na sie­bie wście­kła. Co mnie nad ra­nem pod­ku­siło, żeby wsa­dzić al­bum do tej prze­klę­tej torby? Czemu nie mo­głam po­cze­kać?

Nie mu­sia­łam długo szu­kać od­po­wie­dzi. Nie dzia­ła­łam lo­gicz­nie, bo nie po­tra­fi­łam trzeźwo my­śleć. Od kiedy zro­zu­mia­łam, że za­ko­cha­łam się we Fran­sie, pa­nicz­nie pró­bo­wa­łam unik­nąć przed­wcze­snego roz­sta­nia. Chcia­łam do­pil­no­wać, żeby jego spoj­rze­nie na­wet przy­pad­kiem nie pa­dło na al­bum.

- Idę z tobą - po­wie­dzia­łam szybko.

Wy­ję­łam z szafy gra­na­towe luźne spodnie i T-shirt w tym sa­mym ko­lo­rze. W mię­dzy­cza­sie Frans do­tarł do bi­blio­teki. Usły­sza­łam ha­łas, więc po­gna­łam w jego kie­runku. Pra­gnie­nie ucieczki chwy­ciło mnie za gar­dło, bo zo­ba­czy­łam, jak Frans po­chyla się przy nie­wła­ści­wym re­gale i ogląda nie­wła­ściwą półkę.

Wziął do ręki atlasy i zaj­rzał do jed­nego z pu­de­łek z puz­zlami.

- Puz­zle są moje. Ku­pi­łam je po śmierci Brenda - zdą­ży­łam go po­in­for­mo­wać.

- Okej. Już wcze­śniej zwró­ci­łem uwagę na te książki, kiedy zaj­mo­wa­li­śmy się tym dru­gim re­ga­łem. Ale była tu jesz­cze taka ró­żowa... Z grub­szymi okład­kami... Gdzie ona może być... Je­stem prze­ko­nany, że tu była. Miała cho­ler­nie grube okładki i...

Sta­łam bez ru­chu i nie wie­dzia­łam, co zro­bić. Je­śli ujaw­nię, że ukry­łam al­bum, ob­nażę wszystko. Je­śli nic nie po­wiem, Frans bę­dzie kon­ty­nu­ował po­szu­ki­wa­nia i prę­dzej czy póź­niej spoj­rzy pod biurko, więc moja zdrada wyda się i tak. Otwo­rzy­łam usta, nie­pewna jesz­cze, jak za­re­ago­wać.

- A, pew­nie masz na my­śli al­bum? Za­mie­rza­łam wy­nieść go do biura - po­wie­dzia­łam w końcu.

Mia­łam ści­śnięte gar­dło, przez co mój głos brzmiał nie­na­tu­ral­nie i pi­skli­wie. Na mięk­kich no­gach po­de­szłam do biurka, czu­jąc, jak ru­mie­niec wy­kwita mi na szyi i po­licz­kach. Usia­dłam i wy­cią­gnę­łam torbę spod blatu, po czym po­ło­ży­łam al­bum na biurku. Nie po­tra­fi­łam spoj­rzeć Fran­sowi w twarz. Za­miast tego przy­gnę­bio­nym wzro­kiem pa­trzy­łam na dużą ró­żową książkę.

Frans długo mi się przy­glą­dał, ale w końcu wziął al­bum do ręki.

- Przej­rza­łaś go? - spy­tał.

Za­czął kart­ko­wać zdję­cia, a ja z prze­ra­że­niem zer­k­nę­łam na jego zgar­biony nad bla­tem pro­fil. Mó­wił, jakby do sie­bie:

- Czemu mia­ła­byś za­bie­rać go do biura? Prze­cież tu jest pełno two­ich zdjęć z... to twój mąż? Dla­czego...

Smutno po­krę­ci­łam głową. Frans za­milkł i oparł się obiema dłońmi o blat biurka. Na­gle jego głos przy­brał nie­ugięty, lo­do­waty ton.

- One tu są, prawda? Cały czas wie­dzia­łaś.

Mil­cza­łam, więc prze­su­nął al­bum w moją stronę.

- Otwórz tę cho­lerną skrytkę albo przy­się­gam, roz­szar­pię książkę na strzępy go­łymi rę­kami - wy­ce­dził.

Od­chrząk­nę­łam z za­kło­po­ta­niem, od­chy­li­łam tylną okładkę i na­ci­snę­łam we wła­ści­wym miej­scu. Me­ta­lowa część od­sko­czyła.

- Nie wie­dzia­łam. Nie cały czas. Chcia­łam tylko jesz­cze cię przy so­bie za­trzy­mać... - pró­bo­wa­łam się tłu­ma­czyć.

- Za­mknij się - syk­nął, gwał­tow­nie ła­piąc al­bum.

Wziął z biurka nóż do pa­pieru i za­czął ostroż­nie wy­cią­gać płótna lekko drżą­cymi rę­kami. Jego głos zdra­dzał wście­kłość, ale, co naj­gor­sze, rów­nież za­wód. Głę­boki za­wód.

- To dla­tego mnie uwio­dłaś? Za­wró­ci­łaś mi w gło­wie swo­imi sztucz­kami i łza­wymi opo­wie­ściami? Masz już kupca? Na co ci te pie­nią­dze? Wciąż bie­rzesz?

W ży­ciu by­łam już ra­niona na różne spo­soby, ale oskar­że­nia Fransa tra­fiały we mnie jak ostra amu­ni­cja. Za­czerp­nę­łam po­wie­trza.

- Oczy­wi­ście, że nie. Mu­sisz mi uwie­rzyć. Chyba nie trzy­ma­ła­bym tego na wi­doku, gdy­bym wie­działa i gdy­bym chciała za­cho­wać ob­razy dla sie­bie.

Frans przyj­rzał się roz­ło­żo­nym płót­nom, wy­pro­sto­wał się i po­ło­żył ręce na bio­drach.

- Wcale nie mu­szę ci wie­rzyć. Na­wet je­śli nie wie­dzia­łaś od sa­mego po­czątku, zna­la­złaś ob­razy i nic mi nie po­wie­dzia­łaś. Za­łożę się, że masz kło­poty z kasą, a w swo­jej branży na pewno za­da­jesz się z róż­nymi ciem­nymi ty­pami. Albo po pro­stu chcia­łaś je so­bie za­cho­wać. A ja, kurwa, za­ufa­łem sta­rej pusz­czal­skiej, która od za­wsze upra­wia seks za pie­nią­dze. Nic dziw­nego, że na­sze po­szu­ki­wa­nia pra­wie się nie po­su­wały. Świet­nie o to za­dba­łaś. Gdy­bym nie zwró­cił uwagi na ten al­bum, płótna roz­pły­nę­łyby się w po­wie­trzu.

Po moim po­liczku spły­nęła łza.

- Mogę ci po­ka­zać moje konta i księgi. Mogę na­wet wziąć na sie­bie winę za seks, je­śli chcesz. Choć do tanga trzeba dwojga, a to­bie też się ja­koś nie spie­szyło do prze­szu­ka­nia bi­blio­teki. Ale na­prawdę chcia­łam ci je od­dać - po­wie­dzia­łam ci­cho.

- Kiedy? Kiedy za­mie­rza­łaś to zro­bić? - par­sk­nął iro­nicz­nie.

Otar­łam oczy.

- Nie­długo. Ja wcale nie pla­no­wa­łam za­cho­wać tych ob­ra­zów. Chcia­łam za­trzy­mać cie­bie nieco dłu­żej - wy­mam­ro­ta­łam.

- Ża­den uczciwy do­ro­sły czło­wiek nie kom­bi­nuje w ten spo­sób! Nie mo­żesz za­taić cze­goś ta­kiego, je­śli umó­wi­łaś się, że... Gdyby na­prawdę ci na mnie za­le­żało, nie ba­wi­ła­byś się w ta­kie nie­czy­ste gierki!

- Ja­kie nie­czy­ste? - wy­krzyk­nę­łam płacz­li­wie. - Po­wie­dzia­łeś, że tylko się za­ba­wimy! "Bez zo­bo­wią­zań". By­łam prze­ko­nana, że jak tylko znaj­dziemy ob­razy, na­tych­miast się wy­mik­su­jesz. Zna­la­złam je pierw­szego wie­czoru, kiedy prze­szu­ki­wa­li­śmy miesz­ka­nie, i... Chcia­łam po pro­stu spę­dzić z tobą tro­chę wię­cej czasu. To chyba nie jest ja­kiś straszny grzech?

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła nie­po­ko­jąca ci­sza. Znów otar­łam ką­ciki oczu, bo ko­lejne łzy były już go­towe, żeby po­ciek­nąć mi po po­licz­kach.

- Sam już nie wiem, w co wie­rzyć. Ale wiem tyle, że gdyby na­prawdę cho­dziło ci o mnie, nie kła­ma­ła­byś mi w żywe oczy - po­wtó­rzył.

- Nie kła­ma­łam. Za­ta­iłam. A cała reszta... to prawda - cią­gnę­łam reszt­kami sił, cho­ciaż by­łam świa­doma, że to walka z wia­tra­kami.

Ostroż­nie pod­nio­słam wzrok. Frans stał oparty o biurko z za­ło­żo­nymi rę­kami i pa­trzył na mnie. Twarz miał bladą.

- Va­len­tino, dla mnie za­ufa­nie jest jedną z naj­waż­niej­szych rze­czy we wszyst­kich re­la­cjach z ludźmi, a już na pewno w związku. Tak samo ważną jak do­pa­so­wa­nie cha­rak­te­rów i seks. Już mia­łem cię py­tać, czy chcia­ła­byś spró­bo­wać ten... to, co jest mię­dzy nami... po­cią­gnąć tro­chę dłu­żej, ale te­raz wy­raź­nie wi­dzę, że to nie­moż­liwe. Je­śli po­tra­fisz skła­mać w tak waż­nej spra­wie, bę­dziesz kła­mać i w in­nych.

Ten cios był naj­po­twor­niej­szy ze wszyst­kich. Frans roz­wa­żał zwią­zek ze mną. A ja się po­sta­ra­łam, żeby nic z tego nie wy­szło. Bła­gal­nym, drżą­cym gło­sem za­czę­łam wy­rzu­cać z sie­bie wy­mówki.

- Daj mi jesz­cze jedną szansę, Frans. Ni­czego wię­cej przed tobą nie ukry­łam. Nie kła­ma­łam. Na­prawdę. - Prze­łknę­łam ślinę i po­zwo­li­łam so­bie cią­gnąć tę idio­tyczną li­ta­nię bez szans na po­wo­dze­nie. - Ni­gdy nie by­łam w nor­mal­nym związku. Nie po­tra­fię od­czy­tać ge­stów i min do­brego, po­rząd­nego męż­czy­zny. My­śla­łam, że dla cie­bie na­sza re­la­cja jest z au­to­matu krótka, na­wet je­śli mnie po­lu­bi­łeś. Ze względu na moją prze­szłość i na klub... Chcia­łam cię na tro­chę za­trzy­mać... Kiedy zna­la­złam te ob­razy, zro­zu­mia­łam, że nie dam rady jesz­cze się z tobą roz­stać. Więc wsa­dzi­łam je z po­wro­tem do al­bumu. Niech się znajdą póź­niej. Do­piero wczo­raj do­tarło do mnie, że się w to­bie za­ko­cha­łam, cho­ciaż znaki po­ja­wiały się od sa­mego po­czątku i... Po pro­stu się prze­stra­szy­łam, że nie­długo odej­dziesz, je­śli da­lej bę­dziemy szu­kać w bi­blio­tece. Chcia­łam ukryć al­bum na ja­kiś czas. Ale na­prawdę od­da­ła­bym ci te ob­razy. Przy­się­gam.

Za­mil­kłam ze ści­śnię­tym ser­cem.

- Chcia­łam tylko za­trzy­mać cię tro­chę dłu­żej - po­wtó­rzy­łam po raz Bóg wie który.

Le­dwo wy­po­wie­dzia­łam ostat­nie słowo, gdy Frans oznaj­mił zimno:

- Ni­kogo nie można za­trzy­mać na siłę, Va­len­tino. To, czy bym zo­stał czy od­szedł, nie za­le­żało od ob­ra­zów. I te­raz też nie cho­dzi o ob­razy. Od­cho­dzę, ale nie z ich po­wodu, tylko z two­jego. Przez cie­bie i twoje wy­bory.

Roz­dział 10

Gdy Frans za­mknął za sobą drzwi, z mo­jego ży­cia znik­nęło świa­tło. Znów by­łam sama i ży­łam w ciem­no­ściach nocy, pa­trząc na mniej lub bar­dziej zna­nych klien­tów, jak na naj­róż­niej­sze spo­soby za­spo­ka­jają fan­ta­zje sek­su­alne. Cho­ciaż bie­ga­łam i ja­da­łam w re­stau­ra­cjach jak przed­tem, mia­łam wra­że­nie, że ciem­ność to­wa­rzy­szy mi na­wet pod­czas sło­necz­nego let­niego dnia.

Ro­bi­łam, co w mo­jej mocy, żeby zo­sta­wić prze­szłość za sobą, ale apa­tia wkra­dła się rów­nież w moje ży­cie za­wo­dowe. Spra­wiła, że zu­peł­nie stra­ci­łam za­in­te­re­so­wa­nie Der Klu­bem. Choć bar­dzo na to li­czy­łam, praca nie była w sta­nie od­cią­gnąć mo­ich my­śli od bo­le­snej tę­sk­noty. Klub w ogóle mnie nie ob­cho­dził.

Ten brak mo­ty­wa­cji ła­two dało się do­strzec w moim za­cho­wa­niu. Pla­no­wa­nie wy­da­rzeń, trzy­ma­nie ręki na pul­sie i za­rzą­dza­nie wszyst­kim co­raz czę­ściej po­zo­sta­wia­łam Fe­li­xowi. Nie mia­łam siły na­wet pod­trzy­my­wać ta­jem­ni­czego, zmy­sło­wego image'u. Nie chciało mi się upi­nać wło­sów w słynny wy­soki kok czy za­kła­dać ko­ron­ko­wej bie­li­zny, mimo że to wła­śnie te dro­bia­zgi po­zwa­lały mi czuć się sek­sow­nie przez wszyst­kie lata sa­mot­no­ści.

Kiedy pew­nego wie­czoru zja­wi­łam się w czar­nych dżin­sach i ko­szulce polo, Fe­lix dys­kret­nie od­chrząk­nął i spy­tał, co mnie drę­czy. Ogar­nęła mnie złość i moja twarz bez wąt­pie­nia przy­brała nie­przy­ja­zny wy­raz, ale Fe­lix się nie wy­co­fał.

- Jed­nym z naj­waż­niej­szych skład­ni­ków suk­cesu na­szej dzia­łal­no­ści jest styl. Sama to mó­wi­łaś. A te­raz... prze­pra­szam, ale my­ślę, że mu­szę to po­wie­dzieć na głos. Va­len­tino, jesz­cze ni­gdy nie wi­ta­łaś go­ści w dżin­sach i z roz­pusz­czo­nymi wło­sami - wy­ja­śnił.

Fe­lix był jedną z naj­bliż­szych mi osób. W klu­bo­wej hie­rar­chii pla­so­wał się tuż po mnie. Co­dzien­nie we dwoje oma­wia­li­śmy naj­waż­niej­sze bie­żące sprawy. Po­tra­fił za­rzą­dzać biz­ne­sem i znał klub jak wła­sną kie­szeń, bo nie­gdyś sam ob­słu­gi­wał klien­tów - te­raz też mu się zda­rzało, je­śli miał ochotę. Na­wet on nie wie­dział zbyt wiele o moim pry­wat­nym ży­ciu, jed­nak na­dal od­gry­wał w nim waż­niej­szą rolę niż więk­szość po­zo­sta­łych zna­jo­mych.

Zro­zu­mia­łam, że Fe­lix jest je­dy­nym czło­wie­kiem, który od­wa­żyłby się zwró­cić mi uwagę na to, że się za­pu­ści­łam. Był to wręcz jego obo­wią­zek. Zresztą miał ra­cję. Sama za­cho­dzi­łam w głowę, jak udało mi się upaść tak ni­sko, za­po­mnieć o wła­snej po­zy­cji i obo­wiąz­kach w miej­scu, które za­pew­nia mi byt. Prze­pro­si­łam Fe­lixa i po­dzię­ko­wa­łam mu za szcze­rość. Do­da­łam, iż naj­wy­raź­niej przyda mi się urlop.

Fe­lix już od ty­go­dni ob­ser­wo­wał moją po­wolną de­gra­da­cję, więc en­tu­zja­stycz­nie po­parł ten po­mysł i obie­cał god­nie mnie za­stę­po­wać.

- Je­śli masz po­czu­cie, że to miej­sce już nie jest... twoim do­mem, mo­żemy po­roz­ma­wiać. Prze­dys­ku­to­wać różne opcje - za­pro­po­no­wał de­li­kat­nie.

Nie by­łam cał­kiem za­sko­czona. Już kilka razy da­wał mi do zro­zu­mie­nia, że chciałby wy­ku­pić udziały.

Mie­li­śmy po­łowę lipca, czyli nie wi­dzia­łam Fransa od wie­ków. Choć wy­my­śla­łam so­bie od głu­pich i dzie­cin­nych, mia­łam na­dzieję cho­ciaż wpaść na niego na ko­mi­sa­ria­cie, kiedy skła­da­łam ze­zna­nia w spra­wie od­na­le­zie­nia ob­ra­zów. Nie było go jed­nak tam. Tylko zo­sta­wił al­bum, który przy­niósł ra­zem z płót­nami. Nie chcia­łam al­bumu. Prze­słu­chu­ją­cemu mnie po­li­cjan­towi po­wie­dzia­łam, że jak dla mnie może wy­rzu­cić książkę, spa­lić ją albo opróż­nić ze zdjęć i so­bie przy­własz­czyć.

Wzię­łam dwa ty­go­dnie wol­nego. Pra­wie wcale nie wy­cho­dzi­łam z miesz­ka­nia, chyba że po nie­zbędne za­kupy, a pod ko­niec urlopu na­wet nie chcia­łam my­śleć o po­wro­cie do klubu. In­te­re­so­wały mnie wy­łącz­nie re­gu­larne do­stawy kwia­tów. I choć za­mó­wie­nie z kwia­ciarni zaj­mo­wało mój umysł, wcale nie po­pra­wiało mi hu­moru. Wręcz prze­ciw­nie. Przy­no­siło mi wy­łącz­nie wię­cej po­wo­dów do przy­gnę­bie­nia i zmę­cze­nia.

Po odej­ściu Fransa po­mię­dzy że­nu­ją­cymi na­pa­dami pła­czu pró­bo­wa­łam wy­krze­sać w so­bie ta­kie samo zde­cy­do­wa­nie, ja­kie po­mo­gło mi sta­nąć na nogi, kiedy owdo­wia­łam. Za­sta­na­wia­łam się, jak mo­gła­bym prze­ko­nać Fransa, że nie cho­dziło mi o ob­razy. Mnie sa­mej moje za­cho­wa­nie wy­da­wało się tak ir­ra­cjo­na­lne, że Frans po­wi­nien zro­zu­mieć: nie da­ła­bym rady zro­bić tego wszyst­kiego z czy­stego wy­ra­cho­wa­nia. Mu­sia­łam dać mu czas na ochło­nię­cie.

Mo­głam tylko cze­kać, w końcu po­do­bno czas le­czy rany. Nie po­tra­fi­łam jed­nak tak do końca stać się nie­wol­nicą czasu, więc wy­my­śli­łam spo­sób na przy­po­mnie­nie Fran­sowi o swoim ist­nie­niu bez ko­niecz­no­ści kon­tak­to­wa­nia się z nim bez­po­śred­nio. Po­nie­waż by­łam je­dyną ko­bietą, która kie­dy­kol­wiek ku­piła mu kwiaty, po­sta­no­wi­łam za­dzwo­nić do kwia­ciarni i za­mó­wić re­gu­larne do­stawy pod jego ad­res. Każ­dego dnia.

Frans do­sta­wał kwiaty już od mie­siąca: ger­bery, róże, li­lie, sło­necz­niki. Naj­róż­niej­sze bu­kiety.

Ni­gdy go nie od­wie­dzi­łam, ale wie­dzia­łam, że zaj­muje nie­wiel­kie dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie, które nie­trudno by­łoby za­peł­nić kwia­tami. Li­czy­łam na ja­ką­kol­wiek - na­wet i gniewną - re­ak­cję na pach­nące do­stawy. Te­le­fon jed­nak mil­czał, nie do­sta­wa­łam rów­nież od niego żad­nych e-ma­ili.

Nie pod­da­wa­łam się mimo to. Wma­wia­łam so­bie, że Frans po­trze­buje nieco wię­cej czasu.

W końcu za­częło do mnie do­cie­rać, że cała ta za­bawa jest dla mnie po­ni­ża­jąca. Po ta­kim cza­sie Frans może się już spo­ty­kać z kimś no­wym. Na przy­kład z tamtą blon­dynką z Bau­hausu. Dro­gie kwiaty pew­nie wę­drują wprost do ko­sza na śmieci. Roz­ża­le­nie i łzy, które ostat­nio nie opusz­czały mnie na dłu­żej, skło­niły mnie do tego, by opaść na ka­napę i wbić wzrok w su­fit.

Może rze­czy­wi­ście po­win­nam otwo­rzyć nowy roz­dział. Nie mia­łam już naj­mniej­szej ochoty na zaj­mo­wa­nie się klu­bem. Tak na­prawdę nie mo­głam się na­dzi­wić, że da­łam radę pro­wa­dzić go tak długo. Je­śli Fe­lix istot­nie miał na my­śli to, o co go po­dej­rze­wa­łam, bę­dzie mi ła­two po­rzu­cić in­te­res. Mo­gła­bym prze­pro­wa­dzić się z po­wro­tem do Fin­lan­dii i na nowo zbli­żyć się do dziad­ków, świę­cie prze­ko­na­nych, że pro­wa­dzę zwy­czajny klub nocny.

Przez myśl prze­szła mi moż­li­wość za­ło­że­nia w Fin­lan­dii baru lub klubu z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Albo ka­wiar­nio-księ­garni po­łą­czo­nej z ga­le­rią. Ta ostat­nia ra­czej nie przy­nio­słaby mi zna­czą­cych do­cho­dów, ale by­łoby mnie stać na czy­sto hob­by­styczne pro­wa­dze­nie ka­wiarni przez kilka lat. Na­gle uświa­do­mi­łam so­bie coś bar­dzo waż­nego. Prze­cież Frans chciał za­ło­żyć w Hel­sin­kach wła­sną re­stau­ra­cję. Może za­in­te­re­so­wa­łaby go moja oferta: za­in­we­sto­wa­ła­bym w jego biz­nes, co po­zwo­li­łoby mi wi­dy­wać go od czasu do czasu.

Wy­po­mi­na­łam so­bie sła­bość i pró­bo­wa­łam wlać so­bie choć tro­chę oleju do głowy. Dla­czego moje my­śli wciąż krą­żyły wo­kół męż­czy­zny, który wy­raź­nie nie ży­wił do mnie po­dob­nych uczuć co ja do niego? Na świe­cie zna­la­złoby się pełno in­nych przy­stoj­nych, do­brych męż­czyzn. Na pewno. Zresztą czy Frans na­prawdę był taki do­bry, je­śli nie umiał mi wy­ba­czyć jed­nego głu­piego błędu? W do­datku wy­ni­ka­ją­cego z za­lewu no­wych, za­ska­ku­ją­cych uczuć i nie­za­chwia­nej wiary, że on nie wy­ob­raża so­bie nor­mal­nego związku ze mną.

W końcu za­mknę­łam oczy. Kiedy przyj­rza­łam się wła­snym uczu­ciom, po­mysł sprze­daży klubu wy­da­wał mi się wła­ściwy bez względu na to, czy uda mi się za­in­we­sto­wać w re­stau­ra­cję Fransa. Nie­mal na­tych­miast za­dzwo­ni­łam do Fe­lixa. Ten bar­dzo się ucie­szył i wy­znał, że już od roku miał za­miar za­pro­po­no­wać zo­sta­nie współ­wła­ści­cie­lem, ale cią­gle tchó­rzył. Miał tro­chę pie­nię­dzy ze spadku, a do tego wziąłby kre­dyt. Je­śli chcia­łam, mo­głam po­zbyć się klubu w kilka ty­go­dni, o ile zgo­dzi­ła­bym się wes­przeć Fe­lixa w okre­sie przej­ścio­wym.

Do­sta­łam kopa do dzia­ła­nia po raz pierw­szy od znik­nię­cia Fransa. Za­dzwo­ni­łam do banku i do praw­nika i w kilka go­dzin wszystko usta­li­li­śmy. Po­pro­si­łam praw­nika rów­nież o skon­tak­to­wa­nie się z Fran­sem i za­py­ta­nie, ile po­trze­bo­wałby pie­nię­dzy na za­ło­że­nie re­stau­ra­cji.

Na­stęp­nie za­dzwo­ni­łam do kwia­ciarni. Prze­ły­ka­jąc łzy, po­in­for­mo­wa­łam o re­zy­gna­cji z za­mó­wie­nia. Kiedy sprawa była za­ła­twiona, dzia­ła­łam da­lej, oba­wia­jąc się, że w in­nym wy­padku za­cznę się nad sobą uża­lać. Za­re­zer­wo­wa­łam bi­lety do Fin­lan­dii od razu na ko­lejny dzień, żeby nie­zo­bo­wią­zu­jąco ro­zej­rzeć się nad do­brym miej­scem na re­stau­ra­cję. Albo ka­wiar­nię, je­śli dla Fransa moje pie­nią­dze okażą się zbyt brudne. Spa­ko­wa­łam się w sza­lo­nym tem­pie i za­sta­na­wia­łam się, czy przed od­lo­tem uda mi się jesz­cze spo­tkać z agen­tem nie­ru­cho­mo­ści. Pie­nią­dze ze sprze­daży miesz­ka­nia już same w so­bie po­winny wy­star­czyć na roz­krę­ce­nie no­wego biz­nesu.

W po­bli­skim kio­sku ku­pi­łam ke­bab, zja­dłam, umy­łam się i pró­bo­wa­łam się zmu­sić do czy­ta­nia. My­śla­łam o prze­szło­ści. O tym, że praw­do­po­dob­nie nie­długo mój dom bę­dzie w Fin­lan­dii i że przy­naj­mniej będę miała coś cie­ka­wego do ro­boty w ka­wiarni, na­wet je­śli Frans od­mówi przy­ję­cia pie­nię­dzy. Mo­gła­bym za­cząć szu­kać no­wych, in­te­re­su­ją­cych ar­ty­stów i... za­trud­ni­ła­bym ko­goś, kto umie do­brze piec. Albo po­każe mi, jak to się robi.

Re­zy­gna­cja z za­mó­wie­nia w kwia­ciarni cały czas mi cią­żyła bez względu na wszel­kie prze­mowy mo­ty­wa­cyjne, które so­bie ser­wo­wa­łam. Nie od­pusz­czała na­wet o dru­giej w nocy. Po­zwo­li­łam so­bie na łzy i cho­ciaż wciąż so­bie przy­po­mi­na­łam, że pra­wie do­bie­gam do czter­dziestki, szlo­cha­łam jak mała dziew­czynka, opła­ku­jąc stra­cone szanse na zwią­zek z Fran­sem. Bo mimo świa­do­mo­ści, iż na świe­cie są też inni męż­czyźni, po­nowne za­ko­cha­nie nie wy­da­wało mi się moż­liwe. W końcu na pierw­szy raz mu­sia­łam cze­kać trzy­dzie­ści pięć lat.

Za­snę­łam bar­dzo późno. Ock­nę­łam się koło po­łu­dnia i nie od razu po­zna­łam, co mnie obu­dziło. Mia­łam wra­że­nie, że usły­sza­łam ja­kiś nie­ocze­ki­wany od­głos, ale gdy spoj­rza­łam na te­le­fon, nie za­uwa­ży­łam żad­nych nie­ode­bra­nych po­łą­czeń ani wia­do­mo­ści. Zni­kąd nie do­bie­gał też ha­łas. Po­ję­łam wszystko do­piero wtedy, gdy w miesz­ka­niu po­now­nie roz­legł się dźwięk do­mo­fonu.

Zmarsz­czy­łam brwi. Nie mia­łam po­ję­cia, kto to może być. Cie­ka­wość jed­nak zwy­cię­żyła. Za­rzu­ci­łam czer­wony je­dwabny szla­fro­czek, po­szłam się do przed­po­koju i wci­snę­łam gu­zik do­mo­fonu.

- Kto tam? - spy­ta­łam po nie­miecku, spo­dzie­wa­jąc się akwi­zy­tora.

- To ja. Frans.

Choć jego głos był nieco znie­kształ­cony, nie mia­łam pro­blemu z roz­po­zna­niem go. Za­lała mnie ol­brzy­mia fala roz­ma­itych emo­cji: tę­sk­noty, mi­ło­ści, ra­do­ści, urazy i głę­bo­kiego smutku. Szybko ob­li­czy­łam, że mój praw­nik praw­do­po­dob­nie zdą­żył już skon­tak­to­wać się z Fran­sem, który przy­szedł wy­łącz­nie z po­wodu pie­nię­dzy. Roz­zło­ściło mnie to.

- Te­raz ci się za­chciało po­ka­zać, bo do­sta­łeś ofertę. Po tych ob­ra­zach oskar­ży­łeś mnie o chci­wość, ale to­bie sa­memu kasa naj­wy­raź­niej nie śmier­dzi! - wy­ce­dzi­łam.

Już zdą­ży­łam za­po­mnieć, że wła­śnie na to li­czy­łam, skła­da­jąc ofertę: chcia­łam utrzy­my­wać z nim kon­takt po­przez za­an­ga­żo­wa­nie w re­stau­ra­cję. Nie usły­sza­łam od­po­wie­dzi i po­my­śla­łam, że so­bie po­szedł.

- Frans? - za­wo­ła­łam lekko zde­ner­wo­wana.

- Nie... nie ro­zu­miem, o co ci cho­dzi - od­po­wie­dział za­sko­czo­nym to­nem i do­dał: - Mogę wejść na górę? Mam sprawę.

Drżą­cym pal­cem wci­snę­łam gu­zik otwie­ra­jący dolne wej­ście. Cia­śniej otu­li­łam się szla­fro­kiem, po­pra­wi­łam wę­zeł w ta­lii, a po­nie­waż nogi od­mó­wiły mi po­słu­szeń­stwa, usia­dłam na ławce w przed­po­koju, na któ­rej wy­da­rzyło się tyle cu­dow­nych rze­czy. Usły­sza­łam kroki na pię­trze i spró­bo­wa­łam się tro­chę ogar­nąć. Spró­bo­wa­łam też wstać, ale by­łam zbyt zde­ner­wo­wana.

Ja, Va­len­tina Wolff, by­łam zde­ner­wo­wana do tego stop­nia, że drża­łam od stóp do głów. W ogóle nie ro­zu­mia­łam, po co Frans przy­szedł, skoro nie wie­dział jesz­cze o moim za­mia­rze za­in­we­sto­wa­nia w re­stau­ra­cję.

Otwo­rzył drzwi, a mój wzrok na­tych­miast padł na gi­gan­tyczny bu­kiet. Była to naj­bar­dziej po­zba­wiona gu­stu kom­po­zy­cja, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam, zło­żona z kwia­tów wszel­kich moż­li­wych ga­tun­ków: róż, ger­ber, li­lii, goź­dzi­ków, ostró­żek, ja­skrów i sło­necz­ni­ków. Wy­glą­dało to tak, jakby ja­kiś sza­lony flo­ry­sta wy­jął z wa­zo­nów wszyst­kie kwiaty, które miał w kwia­ciarni, po czym ze­brał je do kupy, za nic ma­jąc styl i pro­por­cje.

Frans tasz­czył bu­kiet z wy­sił­kiem. Le­dwo mo­głam doj­rzeć jego twarz. Wy­glą­dał na zmę­czo­nego i tro­chę nie­pew­nego, a włosy uro­sły mu na tyle, że pro­stymi ko­smy­kami opa­dały mu na ko­ści po­licz­kowe. Złoto-zie­lone oczy pa­trzyły jed­nak przy­tom­nie, wy­ra­ża­jąc ogrom uczuć. Mocno chwy­ci­łam kra­wędź ławki i bez­sil­nie przy­glą­da­łam się ol­brzy­miemu bu­kie­towi.

Po­nie­waż się nie pod­nio­słam, Frans po­ło­żył mi kwiaty na ko­la­nach.

- To dla cie­bie. Ni­gdy nie przy­nio­słem ci kwia­tów, a ty już tyle mi po­da­ro­wa­łaś - po­wie­dział po­nuro.

In­stynk­tow­nie chwy­ci­łam bu­kiet i bez słowa ga­pi­łam się na róż­no­ko­lo­rowe kwiaty. Same róże wy­stę­po­wały w co naj­mniej pię­ciu róż­nych od­cie­niach.

- Jaki kwia­ciarz w ogóle zgo­dził się po­peł­nić coś ta­kiego? - spy­ta­łam słabo.

- Taki, który po­trafi roz­po­znać głu­potę i de­spe­ra­cję. Oraz go­to­wość do za­pła­ce­nia każ­dej sumy - od­parł i za­raz wy­rzu­cił z sie­bie: - Mia­łem już kilka jed­no­noc­nych przy­gód.

To było jak cios w prze­ponę. Przez chwilę pa­trzy­łam na niego z otwar­tymi ustami, bo nie mia­łam po­ję­cia, co chciał osią­gnąć ta­kim wy­zna­niem. Jego wi­zyta zu­peł­nie mnie za­sko­czyła, a te­raz nie mo­głam od­pę­dzić obawy, czy to wszystko nie jest ja­kimś okrut­nym żar­tem. Ko­pa­niem le­żą­cego.

- Gra­tu­la­cje. Ale nie mu­sia­łeś tu przy­cho­dzić, żeby się po­chwa­lić. Wy­star­czyło wy­słać wia­do­mość - po­wie­dzia­łam stłu­mio­nym gło­sem.

W końcu udało mi się wstać. Upu­ści­łam wie­cheć na pod­łogę i od­wró­ci­łam się do Fransa ple­cami. Może ten bu­kiet ma sta­no­wić dzi­waczne po­dzię­ko­wa­nie? Czy to dzięki mnie i klu­bowi udało mu się nieco roz­luź­nić?

- Tylko za­mknij za sobą drzwi - rzu­ci­łam ze łzami w oczach, wy­cho­dząc z przed­po­koju.

Usły­sza­łam trza­śnię­cie drzwiami, ale za­raz po­tem na­stą­piły szyb­kie kroki.

- Va­len­tino, po­cze­kaj. Nie cho­dziło mi... a niech to dia­bli.

Zła­pał mnie za ra­mię i od­wró­cił ku so­bie. Prze­cze­sał pal­cami włosy.

- Źle to za­brzmiało. Mia­łem na my­śli... Chcia­łem so­bie wmó­wić, że ła­two znajdę ko­goś in­nego. Ale jak upra­wia­łem seks z in­nymi ko­bie­tami, na­stęp­nego ranka czu­łem wy­łącz­nie obrzy­dze­nie. Tak na­prawdę obrzy­dze­nie czu­łem tuż po, ale nie mia­łem serca wy­cho­dzić od razu po sto­sunku.

- Na twoim miej­scu prze­szła­bym do sedna, za­nim każę ci iść w cho­lerę - od­cię­łam się i pchnę­łam go lekko w pierś.

Znów zła­pał mnie za ra­miona, tym ra­zem obu­rącz, a ja z ja­kie­goś po­wodu nie pró­bo­wa­łam się wy­ry­wać. W jego gło­sie po­ja­wiła się nuta de­spe­ra­cji.

- Nie sły­szysz? Pró­bo­wa­łem udo­wod­nić so­bie coś, co zu­peł­nie mi nie wy­szło. Szybko zro­zu­mia­łem, że mó­wi­łaś prawdę o tych ob­ra­zach. Ale... nie wie­rzy­łem, że coś może nam się udać. Bo je­ste­śmy z dwóch róż­nych świa­tów. Jed­nak co rano do­sta­wa­łem od cie­bie kwiaty. I nie po­tra­fi­łem ich wy­rzu­cić do śmieci, więc kiedy nie by­łem w pracy, sie­dzia­łem w domu z tymi wszyst­kimi bu­kie­tami, ga­pi­łem się na nie i my­śla­łem o to­bie. Bez ustanku. Więc parę razy wy­sze­dłem na mia­sto, zna­la­złem so­bie to­wa­rzy­stwo. Ko­biety, które wy­da­wały się fajne i za­bawne. I ta­kie były. Ale nie mo­gły się z tobą rów­nać.

- Masz szcze­gólny spo­sób wy­ra­ża­nia uczuć - wpa­dłam mu w słowo, pró­bu­jąc uwol­nić się ze sta­lo­wego uści­sku dłoni.

By­łam na sie­bie wście­kła za to, jak bar­dzo uszczę­śli­wiły mnie jego słowa. Frans za­słu­żył so­bie na siar­czy­sty po­li­czek, a ja si­ka­łam po no­gach ze szczę­ścia, słu­cha­jąc jego kiep­skich wy­mó­wek.

- Mó­wię ci to, bo wcho­dzi­łem w nowe re­la­cje, przy­po­mniaw­szy so­bie twój żart, jak to każdy seks ze mną pro­wa­dzi do związku. Tak miało być i tym ra­zem... ale nie wy­szło. Czu­łem się tylko jak gówno. I te­raz dzi­siaj...

Po­bladł. Wy­glą­dał, jakby kon­cen­tro­wał się z ca­łej siły, pró­bu­jąc zna­leźć od­po­wied­nie słowa.

- Co? Co dzi­siaj? - wy­krzyk­nę­łam wście­kła, że moje słowa dały mu po­wód do po­szu­ki­wa­nia przy­gód.

Wresz­cie udało mi się uwol­nić i od­da­lić na kilka kro­ków.

- Kwiaty nie przy­szły. Nie do­sta­łem bu­kietu - od­parł ci­cho. - Na­wet nie za­uwa­ży­łem, jak co­dzien­nie cze­ka­łem na te kwiaty. Były jak dia­log bez słów, roz­mowa z tobą. A kiedy dzi­siaj nie... Zro­zu­mia­łem, że mu­szę tu przyjść i spró­bo­wać... O ile nie jest za późno.

Nie wie­rzy­łam wła­snym uszom. Jesz­cze ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby po­zba­wie­nie ko­goś kwia­tów wy­wo­łało u niego nie­od­partą po­trzebę rzu­ce­nia się w ra­miona nie­do­szłemu dar­czyńcy. By­łam jed­no­cze­śnie wście­kła, za­zdro­sna i bez­wstyd­nie pełna na­dziei. Nie za­mie­rza­łam jed­nak ni­czego wy­zna­wać, za­nim Frans sam nie po­wie wię­cej. Sło­wami i kwia­tami prze­ka­za­łam już i tak wię­cej, niż trzeba.

- Lecę dziś do Fin­lan­dii. Na ra­zie na kilka dni, ale za­mie­rzam się tam prze­pro­wa­dzić. Sprze­daję klub - po­in­for­mo­wa­łam krótko.

Uniósł brwi. Udało mu się ja­koś do mnie pod­kraść i po­czu­łam, jak oplata mnie dłu­gimi, sil­nymi rę­kami. Po­licz­kiem wtu­li­łam się w pięk­nie pach­nącą lnianą ko­szulę. Frans uści­snął mnie mocno.

- Mogę le­cieć z tobą? Je­śli chcesz, odejdę z Bau­hausu.

- Dużo mia­łeś tych jed­no­noc­nych przy­gód? - spy­ta­łam chłodno.

- Dwie. I one zu­peł­nie nic nie zna­czyły. Tylko mi te­raz wstyd. Wsty­dzę się rów­nież tego, jaki by­łem uparty i pe­łen uprze­dzeń. Tylko dla­tego, że twój za­wód i... i...

- Prze­szłość - pod­su­nę­łam po­moc­nie.

- ...tylko dla­tego, że twój za­wód i prze­szłość nie mają wiele wspól­nego z mo­imi wy­obra­że­niami na te­mat ko­biety, z którą chcia­łem się zwią­zać - do­koń­czył.

- W ta­kim ra­zie co te­raz my­ślisz? O mo­jej pracy i prze­szło­ści? - na­ci­ska­łam, od­wza­jem­nia­jąc jed­nak uścisk.

- Mam w du­pie jedno i dru­gie - od­rzekł szcze­rze. - Chcę tylko spać z tobą i roz­ma­wiać, pa­trzeć na cie­bie i upra­wiać z tobą seks...

- I je­steś pe­wien, że jesz­cze mnie ob­cho­dzisz? - prych­nę­łam tro­chę bez sensu, bo przy­wie­ra­łam już do niego ca­łym cia­łem.

Mimo wszystko po­łknął przy­nętę.

- Za­raz ci po­każę, dla­czego wciąż po­win­naś się mną in­te­re­so­wać, choć rze­czy­wi­ście za­cho­wa­łem się jak kre­tyn.

Po­chy­lił głowę, mu­snął moje wargi i prze­su­nął ustami po szyi. Lekko ugryzł de­li­katną skórę. Cała za­drża­łam. Za­to­pi­łam palce w jego mięk­kich wło­sach.

- Nie lu­bię męż­czyzn, któ­rzy ba­wią się w przy­gody na jedną noc - szep­nę­łam.

To nie była prawda. Gdyby cho­dziło o ko­go­kol­wiek in­nego, nie mia­ła­bym z tym żad­nego pro­blemu. Po­prawne zda­nie brzmia­łoby: "Nie lu­bię Fransa, który bawi się w przy­gody na jedną noc".

- Po­win­naś być wdzięczna, że zdo­by­łem ta­kie do­świad­cze­nia. Kto wie, jak długo bym się bo­czył, gdy­bym nie od­krył, jaka je­steś ide­alna. Ta druga ko­bieta na­wet mi nie dała...

- Ci­cho siedź! - krzyk­nę­łam groź­nie.

- Skąd mam wie­dzieć, o czym mogę mó­wić, skoro sama ni­gdy nie mia­łaś zbyt wielu za­ha­mo­wań? - wy­mru­czał, zręcz­nie roz­pla­ta­jąc pa­sek szla­froka.

Moje na­pięte z po­żą­da­nia piersi otarły się o lnianą ko­szulę.

- To­bie aku­rat nie wolno mó­wić o żad­nych by­łych part­ner­kach.

- Ko­cham, kiedy je­steś za­zdro­sna. I ko­cham cie­bie. - Od­wró­cił mnie ple­cami do sie­bie i mocno ści­snął mi piersi.

- Och - od­po­wie­dzia­łam bar­dzo wy­czer­pu­jąco.

Frans po­pchnął mnie na ka­napę, nie­cier­pli­wym ru­chem ścią­gnął ko­szulę przez głowę i roz­piął gra­na­towe dżinsy. Wy­da­łam słaby jęk szczę­ścia, gdy opadł na mnie, pół­nagi, i dziko wpił się w moje usta. Moje ciało roz­bu­dziło się w jed­nej chwili. Ta­kie coś nie by­łoby moż­liwe z ni­kim in­nym.

Na­wet nie ścią­gnę­łam do końca szla­froka, a on spodni, lecz za­to­pi­li­śmy się w po­ca­łunku, w nie­wia­ry­god­nej roz­ko­szy, którą za­pew­nia­li­śmy so­bie na­wza­jem, i sil­nej po­trze­bie zro­dzo­nej ze zbyt dłu­giej roz­łąki. Moje ciało pul­so­wało, owład­nięte nie­zno­śną pa­sją roz­pa­loną przez na­cisk moc­nej, owło­sio­nej piersi, po­ca­łunki skła­dane na twa­rzy i szyi oraz do­tyk wiel­kiego, sztyw­nego ku­tasa ocie­ra­ją­cego się o moją na­brzmiałą cipkę.

Za­rzu­ci­łam na niego nogi, a kiedy wresz­cie we mnie wszedł, oboje krzyk­nę­li­śmy ze szczę­ścia. Nie po­ru­szył się jed­nak od razu.

- Frans, pro­szę... Pro­szę... - bła­ga­łam.

Na­dal trwał bez ru­chu. Pod­niósł twarz o oczach za­mglo­nych po­żą­da­niem.

- Po­zwo­lisz mi le­cieć z tobą do Fin­lan­dii? A po­tem za­miesz­kać... pod jed­nym da­chem?

Moja mo­kra cipka za­ci­snęła się na gru­bym przy­ro­dze­niu. Ocie­ra­łam się o Fransa i dy­sza­łam ciężko, pró­bu­jąc od­po­wie­dzieć skład­nie:

- Ale... co je­śli... nie po­wi­nie­neś... Bau­haus...

- Chcę tego - nie­mal syk­nął.

Zu­peł­nie nie mia­łam już sił.

- Okej. Okej! - wrza­snę­łam, klep­nę­łam go w po­śla­dek, a drugą ręką zła­pa­łam za włosy.

Za­czął mnie po­su­wać, war­cząc jak wście­kła be­stia, pod­czas gdy ja ję­cza­łam i krzy­cza­łam za każ­dym ra­zem, gdy wcho­dził we mnie do sa­mego końca. W re­kor­do­wym tem­pie osią­gnę­łam or­gazm, a moim cia­łem wstrzą­snął nie­opa­no­wany szloch. Raz za ra­zem po­wta­rza­łam jego imię. Frans był nie­mal tak samo szybki. Do­cho­dząc, wy­dał do­no­śny ryk i opadł na mnie ciężko.

Nie wiem, jak długo tak le­że­li­śmy. Może i wiele go­dzin.

- I ty uzna­łeś mnie za wy­ra­cho­waną zło­dziejkę ob­ra­zów. To przed chwilą było cał­kiem wy­ra­cho­wane - wy­mam­ro­ta­łam w końcu z przy­ganą.

- Nie było wy­ra­cho­wane. Zro­dziło się z ludz­kiej po­trzeby. Ale czy mo­gli­by­śmy zo­stać w Niem­czech do czasu, kiedy uda mi się ku­pić wła­sną re­stau­ra­cję...

- Mię­dzy in­nymi dla­tego chcę le­cieć do Fin­lan­dii.

- Słu­cham?

- Mój praw­nik ma się z tobą skon­tak­to­wać. Mogę sfi­nan­so­wać twoją re­stau­ra­cję.

- Nie masz po­ję­cia, ile to pie­nię­dzy. - Frans uniósł głowę jesz­cze wy­żej, żeby móc spoj­rzeć mi w oczy.

- A ty nie masz po­ję­cia, ile można za­ro­bić na klu­bie ero­tycz­nym - od­par­łam le­ni­wie, bar­dzo z sie­bie za­do­wo­lona. Do­da­łam jesz­cze: - I chyba nie masz rów­nież po­ję­cia, ile mogę do­stać za duże, po­zba­wione dłu­gów miesz­ka­nie w sa­mym cen­trum Char­lot­ten­burga.

- Czyli mó­wisz, że za­du­rzy­łem się w ba­jecz­nie bo­ga­tej wdo­wie?

- Może nie ba­jecz­nie bo­ga­tej. Ale po­wiedzmy so­bie, że... bar­dzo za­moż­nej - po­wie­dzia­łam z na­my­słem.

- Nie chcę, że­byś ry­zy­ko­wała wszystko z po­wodu mo­jej re­stau­ra­cji. Znajdę wię­cej in­we­sto­rów. Mam też wła­sne środki.

- Ty de­cy­du­jesz. Cho­ciaż mnie nie­szcze­gól­nie za­leży na pie­nią­dzach. My­ślę, że samo by­cie z tobą mnie uszczę­śliwi.

- Wpro­wa­dzam się do cie­bie od razu po po­wro­cie z Fin­lan­dii. I we­zmę ze sobą wszyst­kie dzie­sięć wa­zo­nów, które mu­sia­łem ostat­nio ku­pić - za­gro­ził.

- Pro­szę bar­dzo. Tylko że wa­zony będą nam po­trzebne już dzi­siaj. Mu­szę coś zro­bić z tym ol­brzy­mim bu­kie­tem. W ca­ło­ści nie zmie­ści się na­wet do wia­dra - od­gry­złam się. Po­tem przy­zna­łam ci­cho: - Ko­cham cię. Wy­ba­czam ci na­wet te jed­no­nocne przy­gody, skoro za­dzia­łały na moją ko­rzyść. Ale wię­cej nie do­sta­niesz. Mu­szę ci wy­star­czyć do końca ży­cia. To wa­ru­nek, który nie pod­lega dys­ku­sji. A drugi wa­ru­nek jest taki, że chcę mieć prawo do co­dzien­nego do­ty­ka­nia two­ich do­łecz­ków w po­licz­kach.

Frans przyj­rzał mi się z za­sta­no­wie­niem, prze­krzy­wia­jąc głowę.

- Osiem to do­bra liczba. Wy­star­czy mi. Wy­star­czy mi z po­wo­dze­niem. I ja­koś zniosę to zbo­cze­nie na punk­cie mo­ich do­łecz­ków. Bo zo­sta­jąc z tobą, będę miał w per­fek­cyj­nym pa­kie­cie co naj­mniej sto róż­nych ko­biet.

Po­ca­ło­wał mnie, mu­snął ustami moje piersi i bar­dzo szcze­gó­łowo wy­ja­śnił mi szep­tem, jak ide­alny wy­bór sta­no­wię pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem. Gdy niósł mnie w ob­ję­ciach do sy­pialni, my­śla­łam so­bie, że już ni­gdy nie ku­pię mu kwia­tów, skoro ich brak do­pro­wa­dził do tak nie­wia­ry­god­nie szczę­śli­wego za­koń­cze­nia.

Nie. Frans nie do­sta­nie już ani jed­nego kwiatka. Do końca ży­cia.

Roz­dział 1

Pew­nego ma­jo­wego wie­czoru z fo­tela nie­da­leko wej­ścia śle­dzi­łam, jak at­mos­fera w klu­bie robi się co­raz bar­dziej roz­wią­zła. Upi­łam łyk kir roy­ala i omio­tłam spoj­rze­niem swoje kró­le­stwo. Mój klub na­zy­wał się po pro­stu Der Klub, ale nie dało się go po­my­lić z żad­nym in­nym po­dob­nym miej­scem w Ber­li­nie. Der Klub był znany w branży - jako lo­kal, do któ­rego nie dało się wejść bez re­zer­wa­cji i re­fe­ren­cji.

Wnę­trze, które przez ostat­nie lata stop­niowo po­więk­sza­łam, było wy­ło­żone czar­nymi ta­pe­tami w po­ły­sku­jące na złoto ro­ślinne wzory. Gdzie­nie­gdzie sto­jące pod ścianą urzą­dze­nia i ka­napy były prze­dzie­lone czar­nymi ak­sa­mit­nymi za­sło­nami dłu­gimi aż do pod­łogi. Na ty­łach znaj­do­wały się do­brze wy­po­sa­żone cele do BDSM ze zło­tymi kra­tami i dłu­gimi zło­tymi łań­cu­chami, ze­bra­nymi i przy­wią­za­nymi do ścia­nek sznu­rami jak fi­ranki. Z su­fitu zwi­sały ży­ran­dole z cze­skiego krysz­tału. Na ścia­nach roz­miesz­czono ol­brzy­mie stare lu­stra, żeby wy­uz­dane ba­cha­na­lia mo­gło śle­dzić jak naj­wię­cej par oczu, w do­datku w zwie­lo­krot­nio­nej wer­sji. Świa­tło było przy­ga­szone i żółte, a wszę­dzie stały cięż­kie za­pa­lone kan­de­la­bry. Sofy, ka­napy i fo­tele w ra­mach kon­tra­stu do wszech­obec­nej czerni miały zło­to­brą­zowe obi­cie z błysz­czą­cego plu­szu, ak­sa­mitu lub wy­śmie­ni­tej ko­nia­ko­wej skóry.

W Der Klu­bie można było tylko pa­trzeć, tak jak w nor­mal­nym luk­su­so­wym klu­bie ze strip­ti­zem. Mia­łam świetne tan­cerki, które ofe­ro­wały roz­rywkę od bur­le­ski po bar­dziej wy­uz­dane nu­mery. W więk­szo­ści jed­nak go­ście - je­śli sami w ni­czym nie uczest­ni­czyli - przy­cho­dzili oglą­dać coś zu­peł­nie in­nego.

Ci, któ­rzy od­wie­dzali nas w pa­rach lub gru­pach, upra­wiali seks we­dług wła­snych upodo­bań, ale pu­blicz­nie, czy też cho­ciaż czę­ściowo pu­blicz­nie. W od­dali do­strze­głam dwóch męż­czyzn w trak­cie na­mięt­nego sto­sunku anal­nego, a dość bli­sko swo­jego fo­tela doj­rza­łam grupę dwóch ko­biet i dwóch męż­czyzn, a ra­czej plą­ta­ninę koń­czyn na sze­ro­kiej jak łóżko ła­wie.

Jedna z mo­ich dziew­czyn, Fanny, była przy­kuta do ściany i je­śli do­brze wi­dzia­łam, lekko chło­stano ją pej­czem po pier­siach. Lu­biła to. Była dziew­czyną od BDSM. Hannę na jed­nej z ak­sa­mit­nych ka­nap ktoś pie­przył już od tyłu, a ona jed­no­cze­śnie ro­biła la­skę dru­giemu fa­ce­towi. Ciem­no­skórą Mi­chelle, przy­wią­zaną do spe­cjal­nej ławki, też zaj­mo­wało się dwóch ko­lesi. Ci, któ­rzy nie brali udziału, przy­glą­dali się ak­tom na­pa­leni, z za­zdro­ścią.

Moje dziew­czyny nie były pro­sty­tut­kami. Więk­szość pra­co­wała jako ho­stessy i kel­nerki, ale Fanny, Hanna, Mi­chelle, a także jesz­cze kilka in­nych, za­ra­biały wię­cej, bo z nimi się dało. Upra­wiać seks, rzecz ja­sna. Je­śli tego chciały.

Mie­li­śmy aku­rat so­botni wie­czór, więc wszyst­kie te dziew­czyny były w pracy i miały przy­stać na pro­po­zy­cje któ­re­goś z klien­tów. Taki był mój je­dyny wa­ru­nek - pod­czas naj­bar­dziej in­ten­syw­nych nocy mu­siały choć raz ko­goś wy­brać. Fanny naj­wy­raź­niej miała ochotę na jesz­cze jedną karę tego wie­czoru, a kiedy Hanna i Mi­chelle skoń­czą, za­stą­pią je Ana i Ba­bette. W dni po­wsze­dnie zda­rzało się, że do seksu do­cho­dziło tylko z pa­roma klien­tami - ale do­cho­dziło tak czy ina­czej.

To, że w moim klu­bie wy­stę­po­wały i pra­co­wały dziew­czyny, wy­ni­kało naj­zwy­czaj­niej z tego, że przy­cho­dzili tam w znacz­nej więk­szo­ści męż­czyźni. Sami lub grup­kami. Oczy­wi­ście co ja­kiś czas zja­wiały się i pa­nie, ale naj­czę­ściej nie chciały upra­wiać seksu z ob­cymi.

Dla­tego wła­śnie za­wsze za­trud­nia­łam ko­biety. Część rze­czy­wi­ście tylko kel­ne­ro­wała i tań­czyła, nie­które zga­dzały się usiąść ko­muś na ko­la­nach i da­wały się ma­cać po pier­siach i cip­kach, a je­dy­nie kilka od czasu do czasu wy­bie­rało szczę­śliwca lub szczę­śliw­ców, któ­rzy mo­gli je po­su­wać, jak tylko chcieli. Nie zda­rzało się to każ­dego wie­czoru, nie za­wsze każdy klient był ob­słu­gi­wany, a one ro­biły to nie tylko dla pie­nię­dzy. Co wię­cej, in­stru­owa­łam je, że tro­chę de­spe­ra­cji i ocze­ki­wa­nia do­brze fa­ce­tom robi. Przy­cho­dzili po­pa­trzeć, na­pić się i li­czyć na to, że może wła­śnie tym ra­zem znów przyj­dzie ich ko­lej. Za­chę­ca­łam je za to, żeby no­wym da­wały bez opo­rów.

Sie­dzia­łam więc przy wej­ściu z kie­lisz­kiem kir roy­ala w dłoni. Śle­dzi­łam wzro­kiem stru­mień lu­dzi i wy­pa­try­wa­łam no­wych twa­rzy. Do Der Klubu wpusz­cza­li­śmy tylko nie­wielki uła­mek chęt­nych, a ja za­rzą­dza­łam tym miej­scem już tak długo, że od razu za­uwa­ża­łam nie­zna­jo­mych. Wtedy pod­cho­dzi­łam, żeby przed­sta­wić de­biu­tanta któ­rejś z pra­cow­nic.

Przy­ucza­łam je, że je­śli nie osią­gną or­ga­zmu, to mają go cho­ciaż wia­ry­god­nie uda­wać, za­ci­ska­jąc mię­śnie dna mied­nicy tak, żeby fa­ce­towi się wy­da­wało, że ich cipki pul­sują z roz­ko­szy. Nie­rzadko zda­rzało im się jed­nak na­prawdę czer­pać sa­tys­fak­cję ze sto­sunku. Spe­cjal­nie wy­bie­ra­łam ładne dziew­czyny, które miały ten­den­cję do eks­hi­bi­cjo­ni­zmu i ogól­nie były otwarte w kwe­stii seksu.

Mnie też klienci py­tali. Na­wet dość czę­sto, cho­ciaż mia­łam już trzy­dzie­ści pięć lat. Za­wsze od­ma­wia­łam. By­łam wła­ści­cielką - ma­dame, jak do­gry­zały mi dziew­czyny - i cho­ciaż nie by­łam pru­de­ryjna, seks mnie już nie po­cią­gał. Mój mąż Bernd, po któ­rym odzie­dzi­czy­łam klub, zmarł sie­dem lat wcze­śniej i od tego czasu nie upra­wia­łam seksu. Nie chcia­łam i nie mia­łam ochoty.

Sama by­łam jedną z dziew­czyn Bernda, za­nim się we mnie za­ko­chał. Ja też się w nim za­ko­cha­łam - przy pierw­szym spo­tka­niu. Kiedy wpadł na mnie na jed­nej z im­prez, pew­nie od razu zo­ba­czył, że ide­al­nie na­daję się do klubu... i że mam pro­blem z nar­ko­ty­kami. By­łam atrak­cyjna, za­wsze tro­chę zde­spe­ro­wana, za­wsze po­trze­bo­wa­łam kasy. Bernd po­tra­fił grać cie­płego i peł­nego zro­zu­mie­nia, miał dar prze­ko­ny­wa­nia i umiał po­wie­dzieć to, co roz­mówca chciał usły­szeć. Jego do­brze ostrzy­żone ciemne włosy i rów­nie ciemne oczy o wy­ra­ża­ją­cym pew­ność sie­bie spoj­rze­niu, po­si­wiałe włosy na skro­niach i świet­nie skro­jony gar­ni­tur ozna­czały dla mnie sta­tus i pie­nią­dze, a tych ostat­nich cią­gle mi bra­ko­wało.

Moja roczna wy­miana stu­dencka w Ber­li­nie za­mie­niła się w stały po­byt, kiedy zna­la­złam się pod skrzy­dłami Bernda i w jego klu­bie. Ciemne włosy spięto mi w wy­soki kok, twarz uma­lo­wano wy­zy­wa­jąco i co wie­czór mia­łam na so­bie je­dy­nie stringi albo prze­świ­tu­jącą szmatkę na tyłku. Li­cząc na lep­szą wy­płatę, z mar­szu oświad­czy­łam, że bez opo­rów będę upra­wiać seks, kiedy tylko naj­dzie mnie ochota.

Sta­łam się po­pu­larna. Bernd wkrótce wziął mnie do łóżka, co­dzien­nie pie­przył, na­zy­wał swoją małą dziwką i było cu­dow­nie. Pra­wie za­wsze do­cho­dzi­łam. Z in­nymi fa­ce­tami też mi się po­do­bało, dla­tego wie­czo­rami Bernd szep­tał mi do ucha, z kim chciałby, że­bym to ro­biła - upra­wiała seks na oczach wszyst­kich.

Co wie­czór ko­goś ru­cha­łam. W nie­które noce na­wet kilku męż­czyzn. I cho­ciaż nie za­wsze mia­łam or­gazm, zda­rzało się to dość czę­sto. Moje dni wy­peł­niły się or­giami na nar­ko­ty­ko­wym haju i wy­da­wało mi się, że uwiel­biam seks i uwagę, a przede wszyst­kim Bernda. Da­wał mi am­fe­ta­minę i pi­gułki, a póź­niej, kiedy klub osią­gał co­raz więk­szy roz­głos, a ja by­łam jego gwiazdą, rów­nież ko­ka­inę.

Mia­łam dwa­dzie­ścia cztery lata, kiedy wzię­li­śmy ślub. Bernd mó­wił, że chce mieć na wła­sność taką na­pa­loną sukę jak ja. Którą mógł się dzie­lić, z kim mu się po­do­bało. Chęt­nie się zgo­dzi­łam i w dniu we­sela po Bern­dzie pie­przyło mnie przez cały wie­czór co naj­mniej pięt­na­stu fa­ce­tów, naj­pierw w bia­łej sukni ślub­nej, a póź­niej w sa­mym ślub­nym gor­se­cie i poń­czo­chach. Dla uczcze­nia oka­zji mo­gli mnie po­su­wać bez gu­mek. By­łam za­krę­cona po ko­ka­inie i nie pa­mię­tam nic poza cią­głym pie­prze­niem w róż­nych po­zy­cjach z róż­nymi męż­czy­znami, spły­wa­jącą po udach i pier­siach spermą, wciąż zmie­nia­ją­cymi się ku­ta­sami w ustach i ostrymi, nie­mal bo­le­snymi or­ga­zmami, które osią­ga­łam, pod­czas gdy Bernd za­grze­wał mnie lub fa­ce­tów.

Do­piero kiedy Bernd chciał mieć dzieci, zmu­sił mnie do pój­ścia na od­wyk. Był ode mnie star­szy o dwa­dzie­ścia lat i nie miał wła­snej ro­dziny. Naj­pierw zgo­dzi­łam się i na to, ale kiedy w sko­ło­wa­nej wie­lo­let­nim bra­niem nar­ko­ty­ków gło­wie wresz­cie mi się roz­ja­śniło, do­tarło do mnie, że nie chcę być matką. Moi ro­dzice zgi­nęli w tsu­nami w 2004 roku, nie mia­łam ro­dzeń­stwa, a mój kon­takt z dziad­kami ogra­ni­czał się do co­ty­go­dnio­wych te­le­fo­nów. Chyba w ogóle nie pa­mię­ta­łam, jak to jest spę­dzać czas z ro­dziną. Nie czu­łam szcze­gól­nego po­wo­ła­nia do ma­cie­rzyń­stwa, a nasz tryb ży­cia nie wy­da­wał mi się od­po­wiedni dla dzieci. Wcale też nie po­mógł od­wyk, który prze­cho­dzi­łam kosz­mar­nie, przez co szu­ka­łam za­po­mnie­nia w klu­bie i sek­sie czę­ściej niż kie­dy­kol­wiek przed­tem.

Ze względu na moje na­gle nie­na­sy­cone po­trzeby Bernd utwo­rzył siatkę za­ufa­nych klien­tów i zna­jo­mych. Wcze­śniej w na­szym domu zja­wiało się naj­wy­żej dwóch, trzech męż­czyzn, któ­rymi zaj­mo­wa­łam się po tym, jak za­ła­twili sprawy biz­ne­sowe. Te­raz czę­sto mie­li­śmy w domu od pię­ciu do sied­miu fa­ce­tów. Mo­gli mnie pie­przyć w gum­kach, a rów­no­le­gle Bernd bez po­wo­dze­nia pró­bo­wał mnie za­płod­nić. Po kry­jomu ły­ka­łam pi­gułki, a moje ciało było w uży­ciu od rana do nocy, ale im bar­dziej trzeź­wia­łam, tym mniej przy­jem­no­ści czer­pa­łam z seksu.

Trwało to nie­mal rok i Bernd już pra­wie się pod­dał. Czuł się nie­za­do­wo­lony ze mnie, z tego, że nie je­stem już chętna i nie cie­szę się sek­sem, i z tego, że nie za­cho­dzę w ciążę. Za­mie­rzał się ze mną roz­wieść. Ba­łam się. Nie wie­dzia­łam, jak so­bie po­ra­dzę w nor­mal­nym ży­ciu poza klu­bem.

Wy­ba­wie­nie przy­szło w dziw­nym, ma­ka­brycz­nym kształ­cie, który na swój spo­sób sta­no­wił wi­sienkę na dziw­nym, ma­ka­brycz­nym tor­cie, ja­kim było moje ży­cie. Bernd zgi­nął tak samo na­gle jak moi ro­dzice. Po­szedł z kil­koma zna­jo­mymi po­la­tać po pi­jaku awio­netką i sa­mo­lot się roz­bił.

Oka­zało się, że Bern­dowi udało się spło­dzić dziecko z inną ko­bietą, która pra­co­wała w klu­bie, i wszyst­kie nie­ru­cho­mo­ści oraz znana sieć ka­wiarni zo­stały prze­jęte przez nie­spełna roczne nie­mowlę. Ja do­sta­łam klub. Te­sta­ment zmie­niono le­d­wie pół roku wcze­śniej. Nie by­łam szcze­gól­nie za­wie­dziona.

Wie­dzia­łam oczy­wi­ście, że Bernd po­cho­dził z za­moż­nej ro­dziny i że miał pie­nią­dze. Je­dyne, co mnie po fak­cie dzi­wiło, to dla­czego się ze mną oże­nił, je­śli nie­szcze­gól­nie się mną chwa­lił w bar­dziej po­wa­ża­nych krę­gach. Ni­gdy na­wet nie po­zna­łam jego ro­dzi­ców. Może rze­czy­wi­ście był we mnie za­ko­chany na swój po­krę­cony spo­sób. W końcu chciał mieć ze mną dziecko.

Te­raz, sie­dem lat póź­niej, roz­bu­do­wa­łam klub już dwa razy, ukoń­czy­łam li­cen­cjat z eko­no­mii na ber­liń­skiej uczelni i dla roz­rywki uczest­ni­czy­łam w za­ję­ciach z przed­mio­tów hu­ma­ni­stycz­nych i spo­łecz­nych. Cho­ciaż już nie upra­wia­łam seksu z klien­tami, prze­cha­dza­łam się po klu­bie i roz­ma­wia­łam z nimi. Za­uwa­ży­łam, że poza do­brym an­giel­skim i nie­miec­kim ce­nią so­bie ogólne wy­kształ­ce­nie. Po­ma­gało mi to też w pod­trzy­my­wa­niu wi­ze­runku. Uwa­żam, że re­pu­ta­cja mo­jego klubu była lep­sza niż in­nych, mię­dzy in­nymi dla­tego, że cho­dzi­łam na wy­stawy, do te­atru, na kon­certy i dużo czy­ta­łam. Gdy by­łam mię­dzy ludźmi, po­tra­fi­łam z nimi roz­ma­wiać na wiele te­ma­tów.

Na­gle moje my­śli ode­rwały się od prze­szło­ści i stra­te­gii biz­ne­so­wej, bo za­uwa­ży­łam, jak do klubu wcho­dzi wy­soki ja­sno­włosy męż­czy­zna. Nie wi­dzia­łam go wcze­śniej, czyli mu­siał być jed­nym z czte­rech no­wych klien­tów, któ­rzy mieli się zja­wić tej nocy. Po­zo­stali przy­szli już całą trójką i obec­nie pili al­ko­hol w du­żych ilo­ściach, wiel­kimi, głod­nymi oczami śle­dząc ko­pu­lu­ją­cych do­okoła lu­dzi.

Przez chwilę spo­glą­da­łam na męż­czy­znę, nie ru­sza­jąc się z miej­sca, ulo­ko­wa­nego stra­te­gicz­nie w ten spo­sób, żeby wcho­dzący do środka go­ście nie mo­gli mnie od razu do­strzec. Przy­bysz wy­glą­dał na zszo­ko­wa­nego tym, co dzieje się w klu­bie, a na jego twa­rzy przez chwilę dało się za­uwa­żyć wy­raz oszo­ło­mie­nia, a na­wet po­tę­pie­nia. Moja cie­ka­wość się wzmo­gła. Oczy­wi­ście nowi klienci rzadko byli przy­go­to­wani na taki wi­dok, ale więk­szość z nich miała ten­den­cje do eks­hi­bi­cjo­ni­zmu lub pod­glą­dac­twa, więc na ogół im się po­do­bało.

Męż­czy­zna był ubrany zgod­nie z dress code'em: miał na so­bie do­brze skro­joną twe­edową ma­ry­narkę w ko­lo­rze zła­ma­nej zie­leni, ciem­no­brą­zowe spodnie i zie­lon­kawą ko­szulę. Nie no­sił kra­wata, a co naj­mniej trzy górne gu­ziki ko­szuli zo­sta­wił roz­pięte. Koł­nie­rzyk za­cho­dził lekko na ma­ry­narkę.

Miał co naj­mniej metr osiem­dzie­siąt pięć wzro­stu, a zbu­do­wany był... Po krót­kim za­sta­no­wie­niu przy­szło mi do głowy słowo "so­lid­nie". Barki sze­ro­kie jak drzwi sto­doły, mocny kor­pus, dłu­gie i silne ręce. Kiedy usiadł przy wy­so­kim sto­liku po dru­giej stro­nie wej­ścia, za­uwa­ży­łam, jak ma­te­riał jego spodni na­pina się wo­kół umię­śnio­nego uda. Męż­czy­zna wprost ema­no­wał te­sto­ste­ro­nem, ale kiedy po­now­nie zer­k­nę­łam na jego twarz, minę miał czujną i... czyżby po­gar­dliwą? Zmru­ży­łam oczy i przyj­rza­łam się wy­so­kim ko­ściom po­licz­ko­wym, sze­ro­kim ustom o lekko unie­sio­nych ką­ci­kach i oko­lo­nym dłu­gimi rzę­sami oczom, głę­boko osa­dzo­nym pod gę­stymi, pro­stymi, ja­snymi brwiami.

Wie­dzia­łam, że po­win­nam po­dejść i się przed­sta­wić, ale coś prze­szy­wało mi brzuch z taką siłą, że nie da­łam rady się pod­nieść. Nie by­łam pewna, co to było, aż zro­zu­mia­łam: uczu­cie tak dawne, że nie od razu je roz­po­zna­łam, pra­wie zu­peł­nie za­po­mniane.

Po­żą­da­nie.

Ni­gdy nie by­łam wy­bredna w kwe­stii męż­czyzn, ale mia­łam swój typ. I ni­gdy nie był to ja­sno­włosy, umię­śniony wi­king. Moje ciało jed­nak zbu­dziło się z wie­lo­let­niego snu i naj­wy­raź­niej za­de­cy­do­wało ina­czej. Mimo to, kiedy wresz­cie wsta­łam, nie mia­łam żad­nych obaw. Wie­dzia­łam, że z ta­kim do­świad­cze­niem i wy­ro­bie­niem bez pro­blemu dam so­bie radę z chwi­lo­wym po­ry­wem na­mięt­no­ści.

Ob­cią­gnę­łam czarną, cia­sno przy­le­ga­jącą do ciała su­kienkę i uło­ży­łam de­kolt w ten spo­sób, żeby moje mlecz­no­białe piersi były jak naj­le­piej wy­eks­po­no­wane. Zsu­nę­łam rów­nież krót­kie rę­kawki, ob­na­ża­jąc ra­miona, i upew­ni­łam się, że zwi­sa­jący z czar­nej ak­sa­mitki na szyi duży krysz­tał jest na swoim miej­scu. Mia­łam na so­bie poń­czo­chy i lo­ubo­utiny na dwu­na­sto­cen­ty­me­tro­wych ob­ca­sach, a włosy ucze­sa­łam w wy­soki kok, który już od trzy­na­stu lat sta­no­wił mój znak roz­po­znaw­czy.

- Do­bry wie­czór - po­zdro­wi­łam go mięk­kim, ide­al­nym nie­miec­kim z pół­noc­nym ak­cen­tem.

- A to za­pewne wła­ści­cielka. - Usły­sza­łam w od­po­wie­dzi po fiń­sku, za­nim na­wet męż­czy­zna od­wró­cił się w moją stronę.

Tro­chę się zdu­mia­łam, bo do Der Klubu nie przy­cho­dzili po­je­dyn­czy tu­ry­ści. Je­śli po­ja­wiał się ktoś z ze­wnątrz, to w to­wa­rzy­stwie sta­łych klien­tów. Nie przy­po­mi­na­łam też so­bie, że­bym wi­działa na li­ście ja­kieś fiń­skie na­zwi­sko, chyba że... Je­dyny z no­wych klien­tów, który jesz­cze nie przy­był, miał na imię Frans, pod­czas gdy wer­sję nie­miecką zwy­kle za­pi­suje się Franz. Ale na­zwi­sko miał na pewno nie­miec­kie: Ra­atz.

Pa­trzy­łam w zie­lone oczy, w któ­rych tań­czyły zło­to­brą­zowe plamki. Grube, zło­ci­ste, lśniące włosy oka­lały twarz, któ­rej ra­czej nie można by było na­zwać piękną, ale na pewno mę­ską. Nie­wia­ry­god­nie mę­ską. Z ja­kie­goś po­wodu dziw­nie ści­snęło mi się w gar­dle, a ko­lejna fala prze­szyła brzuch tak ostro, że na mo­ment wstrzy­ma­łam od­dech.

- Skąd wie­dzia­łeś, że je­stem Finką? - spy­ta­łam, od­sta­wia­jąc kir roy­ala na sto­lik.

Rów­no­cze­śnie za­sta­na­wia­łam się, czy przy wej­ściu na pewno po­rząd­nie spraw­dzano na­zwi­ska i osoby po­le­ca­jące. Nie zna­czyło to by­naj­mniej, że za­mie­rzam od razu wy­rzu­cić go z klubu, choćby i do­stał się tu pod­stę­pem. Zresztą nie chciało mi się w to wie­rzyć.

- Otto mi po­wie­dział. To on mnie... po­le­cił. - Szy­der­czo za­ak­cen­to­wał ostat­nie słowo.

Jego głos był ni­ski i do­no­śny. Nie­po­ko­jący dreszcz prze­biegł mi wzdłuż krę­go­słupa, kiedy usi­ło­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, o kim mowa. Na­gle mnie oświe­ciło: Otto Schmidt, nad­ko­mi­sarz z trze­ciego de­par­ta­mentu LKA. Prze­stęp­stwa go­spo­dar­cze. Przy­cho­dził co ja­kiś czas z pa­roma in­nymi ko­mi­sa­rzami. Nie oba­wia­łam się trud­no­ści, bo moja dzia­łal­ność była cał­ko­wi­cie le­galna, mimo wszystko za­sta­na­wia­łam się, czemu Otto po­rę­czył za męż­czy­znę.

Wy­pro­sto­wa­łam się, roz­cią­gnę­łam w przy­ja­znym uśmie­chu pełne, po­ma­lo­wane czer­woną szminką wargi, i pró­bo­wa­łam się sku­pić na fak­cie, że cho­ciaż Ra­atz nie od­wza­jem­nił uśmie­chu, ką­ciki jego ust były za­wsze lekko unie­sione.

- Ach, tak. Wi­tam. Pa­trząc na na­zwi­sko, nie spo­dzie­wa­łam się Fina.

- Dzia­dek był z Nie­miec. Zdą­żył za­ba­wić na woj­nie na tyle długo, że udało mu się zro­bić babci dziecko i wziąć udział w pusz­cze­niu z dy­mem La­po­nii.

Od­chrząk­nę­łam i uśmiech­nę­łam się jesz­cze sze­rzej, cho­ciaż Frans przy­glą­dał mi się bez emo­cji, za to z na­my­słem, z lekko prze­krzy­wioną głową.

- Ta­kich hi­sto­rii jest dość sporo, czyż nie? Bab­cia chyba miała szczę­ście, że dzia­dek się z nią oże­nił.

- Oże­nił się i roz­wiódł tuż po za­koń­cze­niu wojny. Wy­cho­wa­łem się w Fin­lan­dii, ale przy­je­cha­łem do Nie­miec do pracy kilka lat temu. Zresztą przy­sze­dłem tu­taj wła­śnie w spra­wie dziadka.

Mój umysł pra­co­wał w za­wrot­nym tem­pie. Frans Ra­atz był co naj­mniej w moim wieku, może na­wet tro­chę star­szy. Jego dzia­dek mu­siał mieć po­nad osiem­dzie­siąt lat, na­wet je­śli młodo za­ło­żył ro­dzinę. Nie. Wię­cej. Je­śli brał udział w woj­nie, miał przy­naj­mniej dzie­więć­dzie­siąt lat. Nie mie­wa­li­śmy klien­tów w tym wieku.

- Co to może być za sprawa? Bar­dzo do­brze znam na­szą klien­telę i nie od­wie­dzają nas go­ście w tym prze­dziale wie­ko­wym.

- Dzia­dek nie przy­cho­dził tu­taj po­ru­chać. W ogóle nie przy­cho­dził. Nie cho­dził na dziwki.

Za­mar­łam. To było bar­dzo po­wszechne nie­po­ro­zu­mie­nie, a ja do­brze wie­dzia­łam, że dziew­czyny i ich praca ba­lan­sują na cien­kiej gra­nicy od­dzie­la­ją­cej tan­cerki ero­tyczne od pro­sty­tu­tek, ale ze­zło­ścił mnie wy­raźny nie­smak w gło­sie Fransa Ra­atza. W klu­bie pa­no­wały ja­sne za­sady, ni­kogo do ni­czego nie zmu­szano ani nie oszu­ki­wano - ina­czej niż, jak po­ję­łam wiele lat póź­niej, było w moim wła­snym przy­padku - a dzia­łal­ność, którą pro­wa­dzi­łam, była cał­ko­wi­cie le­galna i uczciwa w sto­sunku do pra­cow­nic. Do tego każdy klient oka­zu­jący ten­den­cje do mo­le­sto­wa­nia lub prze­mocy na­tych­miast wy­la­ty­wał z lo­kalu ra­zem z osobą, która go po­le­ciła. Mój głos był twardy jak stal, gdy od­po­wie­dzia­łam:

- Tu nie ma żad­nych dzi­wek. Lu­dzie przy­cho­dzą, żeby się za­ba­wić i przy­jem­nie spę­dzić czas. Je­śli to ci nie wy­star­czy, je­śli czu­jesz się w ja­kiś spo­sób lep­szy, gra­tu­luję. Ale mamy tu miej­sce tylko dla jed­nej straż­niczki mo­ral­no­ści, czyli dla mnie. Pro­szę, że­byś opu­ścił klub.

Frans wy­glą­dał na za­kło­po­ta­nego. Ob­cią­gnął poły ma­ry­narki, a ja na­gle zro­zu­mia­łam, że nie jest przy­zwy­cza­jony do ele­ganc­kiego stroju. Co ja­kiś czas mu­siał się do­brze ubie­rać - wy­wnio­sko­wa­łam po ja­ko­ści tka­niny i do­pa­so­wa­niu kroju - ale nie cho­dził w gar­ni­tu­rze na co dzień. Ani na­wet w ma­ry­narce. W jego oczach bły­snęło coś, co zin­ter­pre­to­wa­łam jako roz­ba­wie­nie, po czym prze­lot­nym spoj­rze­niem ogar­nął moje ciało.

Cho­ciaż by­łam wście­kła, po­czu­łam po­żą­da­nie tak silne jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej. No pro­szę, a wy­da­wało mi się, że o po­żą­da­niu i sek­su­al­nej przy­jem­no­ści wiem już wszystko. Ko­lana mi zmię­kły, pierś prze­szył ból, a palce za­częły drżeć. Gdy męż­czy­zna wstał z miej­sca, oka­zał się za­le­d­wie o kilka cen­ty­me­trów wyż­szy ode mnie. Ma pra­wie na pewno metr osiem­dzie­siąt sie­dem wzro­stu, prze­szło mi przez myśl.

Na jego twa­rzy za­ma­ja­czył nie­wielki uśmiech, a ja prze­łknę­łam ślinę. Frans Ra­atz miał do­łeczki w po­licz­kach, w do­datku głę­bo­kie. Wy­so­kie ko­ści po­licz­kowe, mę­ska twarz, mocna szczęka, zie­lo­no­złote oczy i do­łeczki.

De­spe­racko pró­bo­wa­łam się uchwy­cić ja­kiejś my­śli, jed­nak bez­sku­tecz­nie. Moje ciało wark­nęło tak wście­kle i be­stial­sko, że po­czu­łam się jak umie­ra­jąca z głodu wam­pi­rzyca. Wam­pi­rzyca, którą znę­cił słodki za­pach ludz­kiej krwi i za­raz rzuci się na ofiarę, za­mie­rza­jąc wy­ssać z niej wszyst­kie soki.

- Prze­pra­szam. Je­stem ra­czej kon­ser­wa­tywny, choć oczy­wi­ście zda­wa­łem so­bie sprawę z ist­nie­nia ta­kich miejsc.

W końcu udało mi się ode­rwać wzrok od jego zdra­dziecko hip­no­ty­zu­ją­cych oczu.

- Więc co cię tu spro­wa­dza? - spy­ta­łam, si­ląc się na chłodny, rze­czowy ton.

- Otto po­wie­dział, że naj­ła­twiej zła­pać cię tu­taj. Tak się zło­żyło, że jest i moim klien­tem. Są tu gdzieś ob­razy. Dwie wcze­sne prace Ka­zi­mie­rza Ma­le­wi­cza i je­den Klimt. Na­zi­ści ukra­dli je pew­nemu bo­ga­temu Ży­dowi, który zgi­nął w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym. Ob­razy zna­la­zły się u star­szego brata mo­jego dziadka, dość bli­skiego współ­pra­cow­nika Göringa. Przed śmier­cią brat prze­ka­zał je dziad­kowi. Nie ża­ło­wał swo­ich czy­nów, ale ni­gdy nie zo­stał ska­zany, bo nie zaj­mo­wał wy­star­cza­jąco wy­so­kiej po­zy­cji ani nie ode­grał waż­nej roli w two­rze­niu i za­rzą­dza­niu obo­zami. Naj­wy­raź­niej Luft­waffe nie było aż tak mor­der­cze.

Zmarsz­czy­łam brwi i odro­binę przy­su­nę­łam się do Fransa, żeby go le­piej sły­szeć wśród ha­łasu. W każ­dym ra­zie pró­bo­wa­łam sama sie­bie prze­ko­nać, że kie­rują mną względy prak­tyczne. Wam­pi­rzyca we mnie za­wyła i ob­na­żyła zęby, ale pa­no­wa­łam nad sobą, ogra­ni­czona za­sa­dami sa­voir-vi­vre'u. Wi­dzia­łam, jak moje piersi nie­mal mu­skają zie­loną ko­szulę, i za­uwa­ży­łam, że męż­czy­zna gwał­tow­nie wciąga po­wie­trze, a na­stęp­nie po­czu­łam na po­liczku jego od­dech.

To było roz­koszne uczu­cie. Że Frans Ra­atz na mnie re­ago­wał. Może nie w taki spo­sób jak ja na niego, mimo wszystko nie po­zo­sta­wał obo­jętny. Znowu pod­nio­słam wzrok.

- Dla­czego ob­razy mia­łyby być tu­taj? Twój wu­jeczny dzia­dek ra­czej nie ma wiele wspól­nego z moim klu­bem.

- Dzia­dek zmarł przed kil­koma mie­sią­cami. Do te­sta­mentu do­łą­czony był list, który do­ty­czył tych ob­ra­zów. Dzia­dek od­dał je w za­staw. Twój mąż to Bernd Wolff, czyż nie? W teczce były do­ku­menty i wszystko. Po­świad­cze­nie kwoty długu i in­for­ma­cja, że za­staw sta­no­wiły ob­razy. Żad­nej in­nej in­for­ma­cji poza za­łą­czo­nymi fo­to­gra­fiami. Dzia­dek już tych ob­ra­zów nie od­zy­skał. Miał kilka re­stau­ra­cji, które jego syn chciał prze­kształ­cić w sieć, ale gówno z tego wy­szło. Ni­gdy ni­komu nie wspo­mi­nał o ob­ra­zach, jed­nak w li­ście na­pi­sał, że ża­łuje sko­rzy­sta­nia z cze­goś, co nie było jego wła­sno­ścią. I że je­śli ktoś z nas bę­dzie miał moż­li­wość, po­wi­nien od­dać je do mu­zeum.

By­łam zu­peł­nie oszo­ło­miona, co zda­rzało się rzadko. We Fran­sie Ra­atzu było już wy­star­cza­jąco wiele do prze­tra­wie­nia, a tu jesz­cze in­for­ma­cja, że w klu­bie lub w moim domu mia­łyby się znaj­do­wać bez­cenne ob­razy. Bernd lu­bił sztukę i po­sia­dał cał­kiem po­kaźną, war­to­ściową ko­lek­cję, którą odzie­dzi­czył po nim syn. Ale ni­gdy nie wi­dzia­łam tam ni­czego, co wy­glą­da­łoby na Ma­le­wi­cza lub Klimta - a na pewno zwró­ci­ła­bym uwagę na dzieła, które cho­ciaż przy­po­mi­na­łoby twór­czość mi­strzów tego ka­li­bru.

- Ni­gdy nie za­uwa­ży­łam tu nic po­dob­nego - wy­rzu­ci­łam z sie­bie nieco mniej ele­ganc­kim to­nem.

Frans wes­tchnął ze znie­cier­pli­wie­niem.

- Je­śli twój mał­żo­nek wie­dział co­kol­wiek na te­mat sztuki i na­szej ro­dzin­nej hi­sto­rii, był świa­domy, że ma do czy­nie­nia z nie­le­gal­nym to­wa­rem. Mu­siał je gdzieś scho­wać. Dzia­dek mó­wił, że są tu­taj w sej­fie, ale mogą być i u was w domu. Wciąż miesz­kasz w tym sa­mym miej­scu, co przed śmier­cią męża?

Nie wie­rzy­łam, żeby w lo­kalu lub w domu były ja­kieś dzieła poza tymi, które sama za­ku­pi­łam.

- Chodźmy do biura, tam po­roz­ma­wiamy - za­pro­po­no­wa­łam. - To na ty­łach klubu.

Po­ki­wał głową, czoło miał zmarsz­czone w sku­pie­niu. Kiedy po raz ko­lejny spoj­rzał w stronę klubu, ze­sztyw­niał nieco. Z nie­do­wie­rza­niem przy­glą­dał się Fanny. Dziew­czyna wciąż była przy­wią­zana do ściany, ale jej piersi miały od­cień stra­żac­kiej czer­wieni, a dys­cy­pli­nu­jący ją męż­czy­zna ude­rzał już dużo moc­niej. Fanny za­gry­zała wargi i cho­ciaż z tej od­le­gło­ści nie wi­dzia­łam twa­rzy, by­łam pewna, że jest za­chwy­cona. Na­wie­dził mnie zło­śliwy cho­chlik i zła­pa­łam Fransa za rękę.

- Chodź, prze­pro­wa­dzę cię na drugą stronę. Może się zdzi­wisz, a na­wet... hmm... pod­nie­cisz.

Mój głos był lekko ochry­pły. Pod­eks­cy­to­wa­łam się jak na­sto­latka, gdy po­czu­łam, jak palce Fransa wsu­wają się w moją dłoń. Nie bra­łam nar­ko­ty­ków od prze­pro­wa­dzo­nej przez Bernda in­ter­wen­cji, ale nie za­po­mnia­łam uczu­cia, ja­kie wy­wo­łuje pierw­sza dawka. Te­raz za­re­ago­wa­łam po­dob­nie. Jak­bym unio­sła się pod sam su­fit, moje ciało sta­nęło w pło­mie­niach i wszystko stało się moż­liwe.

Zmu­si­łam się do po­sta­wie­nia pierw­szego kroku i lekko po­cią­gnę­łam Fransa za rękę. Mi­chelle wstała już z ławki i sie­działa ubrana w po­ły­skliwe stringi, sku­biąc słone prze­ką­ski. Kiedy za­trzy­ma­łam się obok niej i spy­ta­łam, czy po­do­bała jej się se­sja, Frans wy­raź­nie zmar­twiał: jego ręka w mo­jej dłoni ze­sztyw­niała.

- Było miło - od­parła za­do­wo­lona Mi­chelle, a na­stęp­nie spoj­rzała na Fransa spod uma­lo­wa­nych rzęs. - Czy sza­nowny pan miałby ochotę do­trzy­mać mi to­wa­rzy­stwa? Po­tra­fię zna­ko­mi­cie po­móc się zre­lak­so­wać ze­stre­so­wa­nym przy­stoj­nym męż­czy­znom. To­bie mo­gła­bym za­ofe­ro­wać wszystko, co mam w re­per­tu­arze.

Mocno za­ci­snę­łam usta, żeby się nie ro­ze­śmiać, kiedy Mi­chelle flir­to­wała z Fran­sem tak bez­wstyd­nie, jak tylko po­tra­fiła. Za­rzu­ciła dłu­gimi czar­nymi wło­sami, po czym roz­su­nęła uda, jed­no­cze­śnie wy­gi­na­jąc się lekko, żeby le­piej wy­eks­po­no­wać piękne piersi o bar­wie kawy z mle­kiem. Na ko­niec obie­cu­jąco przy­gry­zła wargę.

- Nie przy­sze­dłem tu jako klient - od­po­wie­dział Frans bez­błędną niem­czy­zną, w któ­rej jed­nak było sły­chać mocny fiń­ski ak­cent.

Mi­chelle unio­sła brwi.

- Szkoda. Może jesz­cze wpad­niesz któ­re­goś wie­czoru. Jako klient i... tak ogól­nie - rzu­ciła.

Z od­le­gło­ści kilku me­trów do­sły­sze­li­śmy jęki i zde­cy­do­wa­łam, że po­kie­ruję Fransa obok Fanny. Fa­cet, który wcze­śniej okła­dał ją pej­czem, zdjął kaj­danki z jej ko­stek i pie­przył ją chci­wie, jed­no­cze­śnie cią­gnąc za włosy i agre­syw­nie ści­ska­jąc czer­wone, opuch­nięte piersi. Fanny krzy­czała i po­ję­ki­wała z roz­ko­szy - tym ra­zem naj­wy­raź­niej nie uda­wała - ale kiedy mi­nę­li­śmy parę, Frans nie­spo­dzie­wa­nie przy­ci­snął usta do mo­jego ucha.

- To nie jest nie­le­galne? Prze­cież ona jest bita - za­uwa­żył ostro.

Za­chwia­łam się, a przez myśl prze­szło mi, że nie­le­galne po­winno być wzbu­dza­nie tak sil­nego po­żą­da­nia, ja­kie on we mnie wzbu­dza. Nie mo­głam oprzeć się po­ku­sie i de­li­kat­nie opar­łam się o niego, od­wra­ca­jąc głowę. Sze­ro­kie, zmy­słowe usta otarły się o mój po­li­czek, a ja bez­gło­śnie wes­tchnę­łam, czu­jąc, jak od prze­lot­nego do­tyku ze­rwał się do lotu cały rój mo­tyli.

- Fanny tak lubi. Ni­gdy nie sły­sza­łeś o BDSM-ie?

Ści­snę­łam moc­niej dłoń Fransa i prze­pro­wa­dzi­łam go obok cel.

- Tu mamy świet­nie wy­po­sa­żone cele do krę­po­wa­nia. - Wska­za­łam po­miesz­cze­nia, z któ­rych jedno było za­jęte przez parę speł­nia­jącą swoje naj­śmiel­sze ma­rze­nia.

- To nie jest chore? Krzyw­dzić drugą osobę i...

Do­tar­li­śmy do drzwi biura i cho­ciaż na­gana w gło­sie Fransa mnie zi­ry­to­wała, nie wy­pu­ści­łam z uści­sku cu­dow­nie szorst­kiej dłoni.

- Tu nikt ni­komu nie robi trwa­łej krzywdy. Wszystko jest wcze­śniej usta­lone. Mamy ja­sne za­sady.

- Mu­szę być ja­kiś cho­ler­nie nudny, skoro uwa­żam, że bi­cie ko­biet nie jest fajne.

- Je­steś cho­ler­nie nudny, je­śli my­ślisz tak zero-je­dyn­kowo - rzu­ci­łam, od­krę­ca­jąc się w ten spo­sób, że znów zna­leź­li­śmy się na­prze­ciwko sie­bie. - Lu­dzie są różni. Sama cza­sami lu­bię odro­binę bólu, ale nie do tego stop­nia, co Fanny. Nie­któ­rych kręci seks gru­powy. Nie­któ­rzy są homo. Do­póki nikt nie koń­czy z ob­ra­że­niami na całe ży­cie, a wszy­scy uczest­ni­czą w za­ba­wie chęt­nie i świa­do­mie, co w tym złego?

"Dla­czego mó­wię, jak­bym upra­wiała seks?"

Ostroż­nie spoj­rza­łam w nie­bez­pieczne zie­lo­no­złote oczy. Frans uśmiech­nął się w taki spo­sób, że aż gło­śno wes­tchnę­łam. Nie mo­głam ode­rwać wzroku od jego bo­skich ust, do­łecz­ków w po­licz­kach i ja­snych wło­sów lśnią­cych tak za­chę­ca­jąco, że aż chcia­łoby się je...

- Wiesz, że wy­glą­dasz do­kład­nie jak moje wy­obra­że­nie bur­del­mamy? Czarny strój, ciemne, grube włosy i mocny ma­ki­jaż. Na­wet te zie­lone ko­cie oczy pa­sują do ob­razka.

Moje zie­lone oczy były ja­sne i jed­no­barw­nie zie­lone. Da­leko im było do ma­gicz­nej głębi spoj­rze­nia Fransa. Wciąż sta­li­śmy na­prze­ciwko sie­bie, nie mo­gąc się po­ru­szyć, ale udało mi się cho­ciaż od­zy­skać głos.

- Nie je­stem bur­del­mamą. I po­wta­rzam, to nie jest ża­den bur­del. To klub ero­tyczny, a ja je­stem jego wła­ści­cielką. Sie­dzę tu w każdy week­end i upew­niam się, że wszystko prze­biega, jak po­winno.

- No. Skoro je­steś wła­ści­cielką, mu­sisz się za­jąć tą sprawą. Ob­razy gdzieś tu są. Nie od­po­wie­dzia­łaś na moje py­ta­nie, czy na­dal miesz­kasz...

- Tak. Wciąż miesz­kam w Char­lot­ten­burgu, ale tam też ani śladu po tych ob­ra­zach.

- Mam pro­po­zy­cję.

"Ma pro­po­zy­cję. Świet­nie".

Wy­rzu­ci­łam z my­śli pry­mi­tywne sko­ja­rze­nia, ale Frans pach­niał i wy­glą­dał tak do­brze, że w de­spe­ra­cji za­czę­łam snuć nie­cne plany. Żad­nego seksu, rzecz ja­sna. Ale cho­ciaż je­den po­ca­łu­nek. Na­wet coś ta­kiego mo­głoby otrzeź­wić moje przy­zwy­cza­jone do wie­lo­let­niej abs­ty­nen­cji ciało i umysł.

Pu­ści­łam jego dłoń i za­uwa­ży­łam, jak z za­sko­cze­niem przy­gląda się wła­snym pal­com. Zu­peł­nie jakby do­piero zwró­cił uwagę, że przez cały ten czas trzy­mał mnie za rękę. Od­wró­ci­łam się, po­wta­rza­jąc so­bie po ci­chu, że prze­cież po­tra­fię jesz­cze uwo­dzić. A już na pewno męż­czy­znę, któ­rego po­żą­dam bar­dziej niż ko­go­kol­wiek in­nego.

Za­ko­ły­sa­łam bio­drami, za­krę­ci­łam pupą i ko­kie­te­ryj­nie po­stą­pi­łam kilka kro­ków w stronę biurka. Przy­sta­nę­łam na chwilę, żeby Frans mógł przyj­rzeć się moim krą­gło­ściom, per­fek­cyj­nej li­nii karku, poń­czo­chom i szpil­kom o czer­wo­nych po­de­szwach. Po­tem po­woli zwró­ci­łam się w jego stronę i usia­dłam na biurku.

Od razu wie­dzia­łam, że mi się udało. Frans za­mru­gał, jakby pró­bo­wał siłą ode­rwać wzrok od krzy­wi­zny mo­ich bio­der. Nie­stety spoj­rze­nie nie usłu­chało roz­kazu i na mo­ment za­trzy­mało się na moim biu­ście, za­nim do­tarło do twa­rzy.

- No więc co to za pro­po­zy­cja? - Le­dwo do­strze­gal­nie ob­li­za­łam wargi.

- Z tego zrobi się po­li­cyjne śledz­two, wła­dze będą pró­bo­wały na­mie­rzyć ob­razy za wszelką cenę. Tak bar­dzo są war­to­ściowe. Te zdję­cia... ro­ze­zna­łem się w sy­tu­acji i wiem, że ob­razy na­prawdę uważa się za za­gi­nione. Z za­wodu je­stem ku­cha­rzem, ale mama pro­wa­dzi ga­le­rię i dzięki temu tro­chę znam się na sztuce. Na­zwi­ska o ta­kiej sła­wie za­in­te­re­sują śled­czych. Może to ozna­czać, że roz­biorą twój klub do go­łych ścian, a te wszyst­kie cie­kawe sprzęty zo­staną roz­prute. Tak samo sta­nie się z twoim do­mem. I z do­mem lub do­mami syna two­jego męża. Do­wody wska­zują, że ob­razy znaj­do­wały się w po­sia­da­niu Bernda Wolffa, a przy tym są warte o wiele wię­cej niż kwota po­życzki wzię­tej przez dziadka. I trudno mi uwie­rzyć, że nie masz po­ję­cia, gdzie mogą się znaj­do­wać.

Frans mó­wił spo­koj­nie, ale jego spoj­rze­nie wę­dro­wało mię­dzy mo­imi ustami, wło­sami i oczami. Na­wet nie mia­łam siły ze­zło­ścić się na jego oskar­że­nia. Za­czerp­nę­łam po­wie­trza i cho­ciaż roz­ma­wia­li­śmy na po­ważny te­mat, po­tra­fi­łam my­śleć je­dy­nie o tym, jak się do niego zbli­żyć.

- Mój mąż ko­lek­cjo­no­wał sztukę i moż­liwe, że przy­jął ta­kie dzieła. Choćby po to, żeby móc je oglą­dać w sa­mot­no­ści. Ale przy­się­gam, ni­gdy nie wi­dzia­łam tu Ma­le­wi­cza ani Klimta. Mąż po­sia­dał zbiór, który odzie­dzi­czył jego syn. Nie po­wie­dzia­łeś jesz­cze, co pro­po­nu­jesz. Za­kła­dam, że cho­dzi o coś in­nego niż wpusz­cze­nie tu tak od razu bandy śled­czych.

Franz przy­glą­dał mi się ostroż­nie, jakby coś roz­wa­żał. Nie­spo­koj­nie prze­cze­sał włosy, po czym zro­bił krok w moją stronę.

"Grzeczny chłop­czyk".

- Mój po­mysł... Po­my­śla­łem...

Od­wró­cił głowę za­wsty­dzony, jakby nie po­tra­fił wy­brać mię­dzy po­cząt­ko­wym po­my­słem a zwąt­pie­niem, które z ja­kie­goś po­wodu zro­dziło się w jego umy­śle.

- Tak? - spy­ta­łam miękko i do­da­łam: - Prze­cież mo­żesz wejść cał­kiem do środka. Nie gryzę.

"Ow­szem, gryzę, je­śli mam do tego oka­zję".

Frans po­now­nie spoj­rzał mi w oczy, wy­pro­sto­wał się i pod­szedł bli­żej.

- Chcia­łem za­pro­po­no­wać współ­pracę. Cał­kiem nie­źle po­słu­guję się na­rzę­dziami i nic nie znisz­czę, je­śli mi po­mo­żesz się ro­ze­znać w klu­bie i tu­taj w biu­rze. I w domu. Mo­gli­by­śmy zaj­rzeć pod dy­wany, na re­gały, do szu­flad i tak da­lej. Pra­cuję na nocną zmianę tak jak ty, więc przed pracą da­li­by­śmy radę prze­szu­ki­wać po­miesz­cze­nia.

Moje serce przy­spie­szyło jak wy­ści­gówka - nie­bez­piecz­nie i nie­po­ko­jąco. Obie­ca­łam so­bie, że nie za­in­te­re­suję się już w ży­ciu żadną istotą ludzką, ale Frans miał w so­bie coś... nie­od­par­tego. Był mę­ski i pewny sie­bie, a jed­no­cze­śnie nie­winny i cie­pły. Od wie­ków nie spo­tka­łam ni­kogo ta­kiego.

- W ja­kiej re­stau­ra­cji pra­cu­jesz? - wy­rwało mi się, choć wcale nie za­mie­rza­łam go o nic py­tać.

- W Bau­hau­sie. Jako sous-chef.

- W Bau­hau­sie.

Do te­matu dnia ide­al­nie pa­so­wała re­stau­ra­cja o na­zwie przy­wo­łu­ją­cej je­den z naj­waż­niej­szych nur­tów w sztuce i ar­chi­tek­tu­rze z po­czątku XX wieku. Od­wie­dzi­łam ją kie­dyś. Była urzą­dzona w od­po­wied­nim stylu i na tyle wspa­niała, że za­słu­żyła na dwie gwiazdki Mi­che­lin.

- Zdaję so­bie sprawę, że wy­glą­dam pew­nie ra­czej na me­cha­nika albo mu­ra­rza, ale to mój za­wód. Ku­charz.

- Ża­den tam zwy­czajny ku­charz. Je­steś na­stępny po Ern­ście Ha­be­rze, je­śli pra­cu­jesz jako sous-chef. Do­brze wiem, jak to wy­gląda w prak­tyce. Ernst spija śmie­tankę, pod­czas gdy ty dy­ry­gu­jesz or­kie­strą.

- To nie ta­kie pro­ste. Ale odło­ży­łem pie­nią­dze i za­mie­rzam nie­długo otwo­rzyć wła­sną re­stau­ra­cję w Fin­lan­dii. Na­leży do mnie część hel­siń­skiej KoKo, ale to bar­dziej biz­nes, a ja służę je­dy­nie jako kon­sul­tant.

Rzadko by­wa­łam w Fin­lan­dii, ale od­wie­dzi­łam już KoKo. Świetny lo­kal, za­ło­żony parę lat temu. Po­le­cana przez prze­wod­nik Mi­che­lin. Zero gwiaz­dek... jak na ra­zie.

- Zga­dzam się. Mam tylko je­den mały wa­ru­nek - od­po­wie­dzia­łam ak­sa­mit­nym gło­sem, pa­trząc na do­brze zbu­do­wa­nego, zło­to­wło­sego męż­czy­znę.

Przy­mknę­łam po­wieki, moc­niej chwy­ci­łam się biurka i cze­ka­łam. At­mos­fera za­gę­ściła się i na­elek­try­zo­wała, a im dłu­żej mil­cze­li­śmy, tym wię­cej iskier prze­ska­ki­wało mię­dzy nami. Nie­mal trzesz­czało mi w uszach. Nie­mal czu­łam ten prąd na skó­rze.

- Ra­czej nie je­steś w od­po­wied­niej po­zy­cji, żeby...

- Po­dejdź tu­taj. Po­wiem ci szep­tem.

Frans za­ci­snął usta w wą­ską kre­skę i skrzy­żo­wał ręce na piersi. Już my­śla­łam, że od­mówi i wy­tknie mi blef. Ja­sne, że chęt­nie po­szu­kam ob­ra­zów na wła­sną rękę, za­nim sprawa trafi na po­li­cję. A jesz­cze chęt­niej zro­bię to w to­wa­rzy­stwie Fransa. Tak czy ina­czej, męż­czy­zna w końcu ru­szył się z miej­sca, cho­ciaż minę miał nie­za­do­wo­loną. Zu­peł­nie jakby coś go po­py­chało.

Pod­szedł szyb­kim kro­kiem i zde­cy­do­wa­nie spoj­rzał mi w oczy. Znów wy­rwało mi się wes­tchnie­nie, gdy pa­trzy­łam na wszystko to, czego tak bar­dzo chcia­łam do­tknąć. Unio­słam rękę i kiw­nę­łam na niego pal­cem, uśmie­cha­jąc się nie­pew­nie.

Otwo­rzył usta, wy­glą­dał na zbun­to­wa­nego, ale w końcu par­sk­nął ze znie­cier­pli­wie­niem i po­chy­lił głowę tak, że jego ucho otarło się o moje wargi. Serce za­częło mi wa­lić, a mię­dzy no­gami po­czu­łam taką falę go­rąca, że in­stynk­tow­nie za­ci­snę­łam uda. Jesz­cze bar­dziej przy­mknę­łam oczy i pra­wie jęk­nę­łam.

- Bu­ziak - wy­mru­cza­łam, mu­ska­jąc war­gami kształtne ucho i jego de­li­katny pła­tek.

Pod­nio­słam się nieco i wy­su­nę­łam. Na­sze ciała ze­tknęły się i po­czu­łam, że Frans cały ze­sztyw­niał. Ką­tem oka za­uwa­ży­łam, jak pod­nosi rękę, a po chwili po­czu­łam dużą dłoń za­ci­ska­jącą się na moim koku. Spoj­rza­łam w roz­iskrzone po­żą­da­niem złoto-zie­lone oczy, omio­tłam wzro­kiem twarz o ry­sach jak wy­cio­sa­nych z mar­muru i roz­chy­lone usta.

Wy­cią­gnę­łam się o tych parę cen­ty­me­trów, któ­rych mi bra­ko­wało, i przy­ję­łam jego cie­płe, ła­godne wargi. Aż prze­stały być ła­godne. Jed­nym moc­nym ru­chem Frans przy­cią­gnął mnie do sie­bie. Trzy­ma­jąc za kok, ob­jął mnie ra­mio­nami i za­chłan­nie, nie­mal wście­kle, przy­ci­snął usta do mo­ich warg.

Wy­mknął mi się roz­anie­lony jęk, jedną ręką zła­pa­łam za zło­ci­ste włosy, a drugą wsu­nę­łam pod ma­ry­narkę. On sma­ko­wał moje wargi ła­ko­mie i za­bor­czo, a ja z de­spe­racką żą­dzą da­wa­łam mu co­raz wię­cej. Otwo­rzy­łam usta, lekko prze­su­wa­łam ję­zy­kiem po jego war­gach, a gdy te się roz­chy­liły i za­czął ba­dać ję­zy­kiem wnę­trze mo­ich ust, by­łam go­towa dać mu wszystko, czego chciał.

Gła­dzi­łam jego włosy, uszy, kark i po­liczki. Wy­da­wa­łam ci­che od­głosy roz­ko­szy, kiedy Frans po­głę­bił po­ca­łu­nek. Jego ję­zyk po­ru­szał się w tak nie­biań­sko ide­alny spo­sób, że moje ciało było bli­skie eks­plo­zji, a gdy po­czu­łam, jak jedna z dłoni zsuwa się z mo­ich lę­dźwi na po­śladki i za­czyna ma­so­wać je po­wol­nymi, pa­ląco zmy­sło­wymi ru­chami, za­czę­łam ko­ły­sać bio­drami w rytm jego ru­chów. Jed­no­cze­śnie roz­pi­na­łam gu­ziki jego ko­szuli. Je­den, drugi, trzeci.

Pod pal­cami mia­łam owło­sioną, umię­śnioną klatkę pier­siową. Frans przy­cią­gnął mnie jesz­cze bli­żej. Po­czu­łam, że mię­dzy jego no­gami wy­brzu­sza się coś twar­dego i na­prawdę du­żego. Szyb­kim, dłu­gim ru­chem otar­łam się o jego ku­tasa, po­ło­ży­łam otwartą dłoń za jego głową i za­chłan­niej wpi­łam się w jego usta - i na­gle, zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, zo­sta­łam wy­rwana z tego cu­dow­nego stanu.

Dy­sząc, sta­łam tuż przed biur­kiem, i nie mo­głam wy­du­sić słowa. Frans pa­trzył na mnie, jakby nie wie­rzył wła­snym oczom albo nie do­wie­rzał temu, co się wła­śnie wy­da­rzyło. Za­uwa­ży­łam, że udało mi się od­piąć pra­wie wszyst­kie gu­ziki. Czu­łam rów­nież, że kok mam po­lu­zo­wany, a su­wak z tyłu su­kienki zo­stał czę­ściowo roz­pięty.

- Nie za­mie­rzam być za­bawką pra­cow­nicy sek­su­al­nej. Wiem, że do­brze znasz te wszyst­kie sztuczki, ale ja mam part­nerkę i do­cho­wuję wier­no­ści.

Głę­boko wcią­gnę­łam po­wie­trze i pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co za­szło. W jaki spo­sób wszystko tak szybko wy­mknęło mi się spod kon­troli? I to cał­ko­wi­cie. Zresztą nie tylko mnie się wy­mknęło.

Po­czu­łam gorzki za­wód z po­wodu tego, że Frans ko­goś ma, ale nie mo­głam po­wstrzy­mać się od po­in­for­mo­wa­nia drżą­cym gło­sem:

- Je­stem wła­ści­cielką klubu ero­tycz­nego. Już tu nie pra­cuję. I gdy­bym była twoją part­nerką, za­nie­po­ko­iła­bym się. Bo i ty naj­wy­raź­niej masz cały re­per­tuar sztu­czek. Wy­star­cza­jąco, żeby szczo­drze się nimi dzie­lić.

Wciąż na mnie pa­trzył. Za­uwa­ży­łam zmie­szany wy­raz twa­rzy, kiedy omia­tał wzro­kiem moje roz­pusz­czone włosy i roz­pięte ubra­nie. Po­tem przyj­rzał się so­bie i chyba prze­łknął ślinę, za­nim za­brał się do za­pi­na­nia gu­zi­ków.

- Czy twój wa­ru­nek zo­stał speł­niony? - spy­tał ostro.

"Nie. Chcę znacz­nie wię­cej".

- Tak. To kiedy za­czy­namy?

- Ju­tro. Dziś wy­sze­dłem wcze­śniej, ale ju­tro jest nie­dziela. Przyjdę o dwu­na­stej.