3Poniedziałek, 7 sierpnia
Jean-Marc podążał za podskakującymi na małej głowie Liliane Poncet krótkimi włosami. Kobieta nadal nuciła, idąc przez frontową część budynku, gdzie znajdowały się recepcja i schody prowadzące w dół, do sali teatralnej. Przeszli przez długi hol, ozdobiony plakatami i zdjęciami z dawnych spektakli. Tutaj Jean-Marc normalnie zacząłby się ociągać, gdyż jak zwykle bardzo się denerwował, ale ponieważ był już spóźniony, szedł dalej śladem Mme Poncet. Ostatecznie była teatralną i filmową weteranką, więc niewątpliwie wiedziała, co robi.
Razem weszli do dużego pomieszczenia na zapleczu, które służyło za salon i punkt spotkań. W tym miejscu odbył się casting Jeana-Marca. Stały tu dwie, zwrócone do siebie, kanapy, obite płowiejącym aksamitem. Starał się nie krzywić na ich widok, tak były zapyziałe, a wrażenie to potęgowały jeszcze plamy i ślady od papierosów. Za nimi stał długi, drewniany stół z sześcioma niepasującymi do siebie, drewnianymi krzesłami. Od strony zachodniej znajdowały się dodatkowo dwa małe, okrągłe stoliki, każdy z czterema krzesłami. Wyobraził sobie gości teatru, którzy po nabyciu drinków podczas przerwy mogli znaleźć tutaj dla siebie miejsce. Na ścianach wisiały kolejne oprawione plakaty - z tutejszych przedstawień, ale też ze sztuk w słynnych paryskich teatrach.
- Hej! - krzyknęła znienacka Liliane. - Może powiecie nam, dokąd mamy iść!
Odwróciła się i mrugnęła do Jeana-Marca, który uśmiechnął się i zdołał wykrztusić:
- Dziękuję.
- W dół schodów na zapleczu! - odezwał się głos z piwnicy.
Jean-Marc pomyślał, że to Anouk, ale nie miał pewności.
- Widzę, że się przygotowałeś - odezwała się Liliane, patrząc na torbę mężczyzny. - Teatralny weteran?
Zakasłał.
- To moja pierwsza sztuka.
Roześmiała się i chwyciła go za ramię.
- Witamy w czarodziejskim świecie. Każda sztuka to magia.
Zeszli w dół wąskich schodów, Jean-Marc podążał za Liliane, trzymając się poręczy, bo drewniane stopnie były nierówne, a miejscami nawet popękane. Miał nadzieję, że nie będą musieli biegać w tę i z powrotem pomiędzy scenami; przecież garderoby muszą znajdować się na dole za sceną. Zebrał się na odwagę i zapytał:
- W ilu sztukach pani grała, Mme Poncet?
Obróciła się i spojrzała w górę na jego twarz.
- Wolę mademoiselle. I nie mam pojęcia. W setkach? Nie, musiało ich być od stu do stu dwudziestu.
Uśmiechnęła się szeroko, ukazując dużą przerwę między przednimi zębami, znaną każdemu Francuzowi i każdej Francuzce, którzy kiedykolwiek interesowali się teatrem lub filmem, i nazywaną Le Bonheur Poncet, co nawiązywało do zębów przynoszących szczęście - dents du bonheur. Jean-Marc odwzajemnił uśmiech. Liliane Poncet, pomimo zaawansowanego wieku, chciała, by zwracano się do niej mademoiselle, ale na tym samym oddechu swobodnie przyznawała, że pojawiła się w ponad stu sztukach, co dobitnie świadczyło o tym, ile miała lat.
Kiedy wkraczali w przestrzeń teatru i sceny, Jean-Marc trzymał się w pewnej odległości za Liliane, gdyż założył, że będzie chciała zrobić efektowne wejście. Ku jego zaskoczeniu nie wykonała żadnych zamaszystych ruchów, żadnych teatralnych gestów, nie zaintonowała też piosenki, którą słyszał wcześniej na ulicy.
Po prostu podeszła do Anouk, uścisnęła jej dłoń i powiedziała:
- Zaczynajmy.
***
W ciągu pół godziny wszyscy członkowie ekipy teatralnej zostali sobie przedstawieni. Liliane Poncet, tak jak przypuszczał Jean-Marc, miała grać główną rolę żeńską - Mme Toffi, rywalkę szefa kuchni, Cigalona. Inny profesjonalny aktor, Gauthier Lesage, wcielał się w Cigalona, który wcześniej przez trzydzieści pięć lat gotował dla wymagających klientów w Paryżu, a teraz w uroczej wiosce La Treille prowadzi piękną restaurację z tarasem wychodzącym na zieloną dolinę. Jest jednak pewien problem - Cigalon odmawia obsługiwania gości. Gotuje tylko dla siebie i dla swojej siostry, Sidonie. Jean-Marc od pierwszej chwili poczuł silną niechęć do Gauthiera, który przez całe spotkanie siedział w fotelu z grymasem niezadowolenia na twarzy. W latach dziewięćdziesiątych tego aktora nazywano w świecie francuskiej telewizji "pięknym młodzieńcem". Według Jeana-Marca nie pasował fizycznie do roli Cigalona, który powinien mieć duży, okrągły brzuch, podwójną brodę i spełniać się w gotowaniu - oraz jedzeniu - tradycyjnych, bardzo tuczących potraw z dawnej Francji. Tymczasem Gauthier był szczupły i miał szerokie ramiona.
Sympatię Jeana-Marca wzbudziła za to najmłodsza członkini ekipy, dziesięcioletnia Brigitte Vilia, która miała wcielić się w rolę wiejskiego posłańca - małego chłopca, znanego w sztuce i w filmie po prostu jako Le Petit. Anouk wyjaśniła:
- Oczywiście będziemy nazywać Brigitte La Petit - wyjaśniła Anouk. - Ponieważ w sztuce są tylko cztery role żeńskie, pozwoliłam sobie zaprosić kolejną dziewczynę.
Po tej wypowiedzi wszyscy zaczęli klaskać, uśmiechając się do dziecka z życzliwością, z wyjątkiem Gauthiera Lesage'a, który skrzyżował ręce na umięśnionej klatce piersiowej. A Brigitte zawołała, podekscytowana:
- To moje pierwsze przedstawienie!
- Moje też - odpowiedział Jean-Marc.
- U mnie tak samo - odezwał się Abdul Khattabi, podnosząc rękę.
- Abdul - zauważyła Anouk - Od kiedy pamiętam, pracujesz w teatrach.
- Owszem, ale tylko jako oświetleniowiec albo dźwiękowiec - odparł Abdul z szerokim uśmiechem i takim samym entuzjazmem jak Brigitte. - Nigdy jako aktor!
- O mój Boże - jęknął Gauthier Lesage.
- Udamy, że tego nie słyszeliśmy - powiedziała z mocą Liliane Poncet, wpatrując się w Gauthiera.
Jean-Marc zauważył, że nie on jeden nie znosi Gauthiera. Wszystko jedno, czy starszy aktor odczuwał frustrację, że musi pracować z amatorami, czy był rasistą, czy też i jedno, i drugie. W każdym razie Jean-Marc zachichotał na myśl, że Abdul będzie grał Brygadiera, naczelnika policji. Zerknął na Anouk, która zamiast uważnie słuchać i pokazać Gauthierowi jego miejsce, tak jak zrobiła to Liliane, nerwowo bawiła się swoimi długimi, rudawymi włosami, okręcając je sobie wokół długich palców. Nagle otrząsnęła się z zadumy i podskoczyła, klaszcząc w dłonie.
- Chodźmy na górę, gdzie mamy kostiumy.
Liliane, jakby czytając w jego myślach, zapytała:
- Garderoby są na górze?
Jean-Marc przypomniał sobie zdezelowane stopnie. Patrząc na przygasłe raptem twarze pozostałych członków obsady, zgadywał, że pomyśleli o tym samym. No, może z wyjątkiem Brigitte, która wciąż uśmiechała się szeroko. Dla dziesięciolatki te schody z pewnością stanowiły dodatkową atrakcję.
- Chyba żartujesz - odezwał się Gauthier, wreszcie prostując się w fotelu. - Kostiumy znajdują się kondygnację wyżej niż scena? Połamiemy sobie karki!
Członkowie ekipy z ociąganiem podnieśli się z niedobranych krzeseł, które tworzyły audytorium. Miejsca wystarczy tu dla sześćdziesięciu, maksymalnie siedemdziesięciu widzów, szacował w myślach Jean-Marc. Tak naprawdę znajdowali się teraz w piwnicy. Półkolistą scenę, wysoką na jakieś trzydzieści centymetrów, ustawiono w północno-zachodnim narożniku sali. Z powodu małej wysokości pomieszczenia, jeszcze mniejszej nad sceną, całość sprawiała klaustrofobiczne wrażenie, jak w małym jazzowym barze w suterenie na Montmartrze, do którego zaciągnął kiedyś Jeana-Marca Antoine Verlaque. A Jean-Marc słuchał tylko klasycznej muzyki.
Na końcu przestrzeni teatralnej mieścił się bar w kształcie litery L z czterema barowymi stołkami, przy najbliższej ścianie stały dwa małe, okrągłe stoliki z siedzeniami dla kolejnych czterech osób. Jean-Marc zauważył, że nie wystarczy miejsca dla całej obsady, ale i tak będą mogli relaksować się tutaj po próbach. Wyobraził sobie komitywę, jaka będzie panowała w zespole, wzajemne klepanie się po plecach, żarty i tym podobne. Jego entuzjazm dla całego przedsięwzięcia powrócił.
Zanim Anouk zaprowadziła wszystkich na górę po stroje, zabrała ich za kulisy, mające formę wąskiego korytarza za kurtyną, który prowadził do klatki schodowej. Jak się okazało, Abdul miał nie tylko grać w przedstawieniu, ale także zaprojektować oświetlenie. Dumnie pokazał zespołowi sterownik, który według Jeana-Marca - nieznającego się bynajmniej na narzędziach i technologii - wyglądał na bardzo stary.
- Ponieważ wiele scen rozgrywa się na tarasie restauracji - zaczął Abdul, mówiąc głośno to, o czym wszyscy myśleli - nie będę musiał tak często zmieniać oświetlenia. Dwa, trzy razy powinno wystarczyć, pomiędzy aktami czy scenami.
- Scena zostanie podzielona na dwie części - dodała Anouk. - A raczej na trzy - jedna trzecia będzie kuchnią Cigalona, a pozostałe dwie trzecie znajdą się na tarasie. Po prostu zmienimy obrusy i krzesła, przenosząc się do konkurencyjnej kawiarni Mme Toffi. Osadzimy wszystko w połowie lat trzydziestych w Prowansji, tak jak chciał Pagnol. Bardzo się cieszę, że znalazłam komplet naczyń i szkieł z tej epoki. A teraz chodźmy na górę do szafy, do królestwa Sandry.
Dobiegająca pięćdziesiątki kobieta nieśmiało podniosła rękę i pomachała.
- To ja - szepnęła.
- I już wiecie, że Sandra zagra Ad?le, jedną z klientek, których Cigalon nie chce obsłużyć - powiedziała Anouk.
- Amatorszczyzna - jęknął Gauthier Lesage.
- Kiedyś grałam z Fabrice'em Dufortem - zawołała Liliane Poncet. - To był jego pierwszy występ sceniczny. I nikt, powtarzam, nikt się tym nie przejmował! Po tamtej sztuce został przyjęty do Comédie-Française, a kilka lat później zdobył nagrodę dla najlepszego aktora w Cannes za swoją pierwszą rolę filmową!
Gauthier wymamrotał jakieś przeprosiny i wszyscy ruszyli gęsiego w górę schodów, przeszli przez parter z frontowym wejściem do budynku oraz hol, a następnie wspięli się na drugie piętro.
- To tutaj! - zawołała Anouk, machając ręką. - Jak widzicie, Sandra ma mnóstwo ciuchów i akcesoriów do wyboru.
Dobrą chwilę zajęło Jeanowi-Marcowi przyzwyczajenie się do panującego w tej sali chaosu.
"Szafa", jak nazwała to miejsce Anouk, składała się z ustawionych wzdłuż wschodniej ściany czterech stojaków, obciążonych kolorowymi sukienkami, płaszczami, marynarkami, spodniami i koszulami. Na końcach stojaków wisiały torebki i jasnoróżowe boa. Anouk sięgnęła po nie i udrapowała je na swoich odkrytych ramionach, a Jean-Marc wzdrygnął się, zakłopotany. Jak ta, najwyraźniej zupełnie niezorganizowana, kobieta mogła wystawić sztukę? Jego ekscytacja znów zmalała i powróciły wcześniejsze wątpliwości.
Na najdalszym krańcu sali znajdowało się wprawdzie okno wychodzące na ulicę, ale było tak gęsto pokryte karteczkami samoprzylepnymi, małymi plakatami i fotografiami, że prawie w całości zasłaniały one naturalne światło. Pod oknem stało biurko, zastawione kubkami po kawie, papierami i stosami książek. Po jego lewej stronie ustawiono małą kuchnię, równie zabałaganioną jak reszta pomieszczenia. Na półmisku leżał niedojedzony pieczony kurczak, na którego widok jeden z członków obsady wydał stłumiony okrzyk zdumienia.
- Tutaj jest druga łazienka dla pracowników, z prysznicem - poinformowała ich Anouk, przechodząc przez salę. - Oczywiście koedukacyjna.
- Gdzie są garderoby? - zapytał Gauthier.
Anouk ruchem ręki wskazała na przestrzeń dookoła, sugerując, że może ona pełnić taką funkcję. Kiedy dostrzegła niesmak na twarzy Gauthiera, dodała:
- Przecież mamy XXI wiek! A poza tym w tej sztuce nie trzeba często zmieniać kostiumów.
- Dzięki Bogu - mruknął aktor.
- Daj spokój, Gauthier - odezwała się Liliane Poncet i uszczypnęła go w ramię. - Zawsze byłeś marudą.
Wszyscy obecni patrzyli na tę scenę jak sparaliżowani.
W końcu Brigitte przerwała ciszę:
- Jesteście przyjaciółmi?
Liliane uśmiechnęła się, a Gauthier zaszurał nogami w przód i w tył i zakaszlał.
***
Przez dwadzieścia minut Marine i Sylvie siedziały nieruchomo, szepcząc do siebie o dziecku i o nadchodzącej wystawie fotografii Sylvie. Jednocześnie zerkały na nieznajomą. Była filigranowa, tak jak Sylvie, a pasmo jej brązowych włosów wciąż przylegało do czoła z powodu upału. Spała z lekko otwartymi ustami i kobiety słyszały jej oddech. Kąciki jej ust unosiły się lekko, jakby delikatnie się uśmiechała.
- Mam wielką ochotę zrobić jej kilka zdjęć - oznajmiła Sylvie.
Marine skinęła głową.
- Wygląda jak anioł, prawda? Dzięki Bogu, że ją zobaczyłam. Jak myślisz, ile może mieć lat? Trzydzieści?
- Nie, powiedziałabym raczej, że dwadzieścia pięć. Albo nawet mniej. Mówiła coś?
- Tylko dziękowała i skarżyła się na upał.
- Po francusku? - dopytywała Sylvie. - Może to turystka.
- O tak, jak najbardziej po francusku.
Marine nawet po krótkiej rozmowie mogła stwierdzić, że ich gościni była osobą wykształconą, po dobrej uczelni w Aix albo w innym mieście - Lyonie czy Paryżu. Tak, to musiał być Paryż - zdecydowała Marine.
Obie pochyliły się do przodu i objęły się, ucieszone tym, że dziewczyna drgnęła i powoli otworzyła oczy.
- Bardzo przepraszam - szepnęła.
- Nie ma problemu - szybko zapewniła ją Marine. - Było ci za gorąco. Na zewnątrz jest chyba z czterdzieści stopni.
- Napij się trochę wody - zaproponowała Sylvie, chcąc być tak pomocna i doskonała jak Marine. - Czy możesz usiąść?
- Spróbuję.
Dziewczyna uniosła się, a Marine ujęła ją pod łokieć i pomogła jej się dźwignąć i oprzeć o miękkie poduszki leżące na sofie.
Sylvie podała młodej kobiecie szklankę z wodą.
- Utrzymasz szklankę w ręce?
Ta skinęła głową, wzięła wodę i upiła kilka łyków. Uśmiechnęła się.
- Jaka zimna. Dziękuję.
- Nie spiesz się - powiedziała Marine.
Dziewczyna zamknęła oczy i pozwoliła sobie głębiej opaść na poduszki. Sylvie zerknęła na zegarek.
- Spróbuj wypić jeszcze trochę wody - zasugerowała Marine.
Dziewczyna opróżniła szklankę i oddała ją Sylvie.
- Jak się czujesz? - zapytała Marine.
- Dużo lepiej.
Rzeczywiście, Marine dostrzegła, że dziewczyna wygląda korzystniej. Na jej szczupłą twarz wrócił kolor, a skóra przestała oblewać się potem. Nieznajoma zauważyła, że jest obserwowana, i zasłoniła twarz dłonią.
- Jestem taka zakłopotana.
- Ale dlaczego? - zawołały jednocześnie Marine i Sylvie.
- Powinnam być przyzwyczajona do tego upału.
- Mieszkasz w pobliżu? - zapytała Marine. - My sprowadziliśmy się tutaj całkiem niedawno.
- Och, nie. Mieszkamy w Paryżu.
- Ale powiedziałaś, że takie temperatury to dla ciebie żadna nowość - przypomniała Sylvie.
Już trochę nudziła ją ta rozmowa i chciała wrócić do domu.
- Mamy tu dom letni - wyjaśniła dziewczyna. - W górę drogi. Zrobiło mi się gorąco, kiedy szłam, a obok przejechał samochód - zbyt blisko, zbyt szybko - i poczułam...
Marine wyrzuciła ręce w górę.
- Nie wierzę! Już drugi raz, od kiedy kupiliśmy ten dom, dzieje się coś takiego. - Instynktownie położyła ręce na brzuchu.
Dziewczyna spojrzała na nią i powiedziała:
- Dziecko. Wow! To wielkie szczęście. Muszę już iść.
Próbowała się podnieść.
- Na pewno dobrze się czujesz? - dopytywała Marine.
- Tak, tak - odparła dziewczyna. Sięgnęła do kieszeni szortów i szeroko otworzyła oczy. - Mój telefon!
- Nie widziałam żadnego telefonu, kiedy sadzałam cię na sofie - powiedziała Marine.
- Musiałaś upuścić go na drodze - zasugerowała Sylvie.
- Czytałam coś, kiedy szłam...
Sylvie westchnęła i spojrzała znacząco na Marine, ale ta zacisnęła powieki i potrząsnęła głową, dając Sylvie znak, żeby nie pouczała dziewczyny, że nie wolno wpatrywać się w ekran telefonu, idąc ulicą.
- Muszę go znaleźć.
- Wyjdę na zewnątrz i się rozejrzę - zaoferowała Sylvie.
- Pójdę z panią - zdecydowała dziewczyna.
- Więc wszystkie pójdziemy - stwierdziła Marine, pomagając jej wstać. - Chcę mieć pewność, że dobrze się czujesz.
Kiedy wychodziły z domu i kierowały się w dół podjazdu, dziewczyna wyglądała na zdenerwowaną. Nie przestawała patrzeć pod nogi, a im bardziej zbliżały się do otwartej bramy, tym szybciej szła.
- Och - rzekła Sylvie, ujmując ją pod ramię. - Jeśli twój telefon tam leży, to nigdzie nie pójdzie.
Dziewczyna milczała, kiedy przekraczały wąską, wiejską drogę. Zaczęła też od razu przypatrywać się uważnie suchej trawie na skraju szosy. Sylvie robiła to samo po drugiej stronie. Marine stała nieruchomo, pilnując, czy nie nadjeżdża samochód.
- Voila! - zawołała Sylvie. - Nowy iPhone! Nic dziwnego, że tak się martwiłaś! - Schyliła się, podniosła srebrną komórkę i wręczyła ją dziewczynie.
- Samochód! - krzyknęła Marine, otaczając pozostałe kobiety ramionami, podczas gdy nowy mini cooper minął je z wielką prędkością. Nie zwolnił ani nie zjechał nawet trochę na lewo, i już po chwili zniknął za zakrętem. - Nie będę mogła zabierać tu dziecka na spacery.
- Z całą pewnością nie. - Sylvie odwróciła się do dziewczyny, która szybko włożyła telefon do tylnej kieszeni szortów. - Podrzucę cię do domu.
Dziewczyna zawahała się, ale Marine dodała:
- Tak, moja przyjaciółka cię odwiezie. Nie ma odwołania.
- Dobrze - zgodziła się dziewczyna i ruszyła za Sylvie i Marine przez drogę i w dół wysadzanego cyprysami podjazdu.
Sylvie otworzyła drzwi pasażera. Dziewczyna posłusznie wsiadła, zapięła pas i patrzyła przed siebie. Sylvie zamknęła drzwi i wzniosła oczy ku niebu.
- Żadnego dziękuję. Rozpieszczeni milenialsi - szepnęła.
Uściskała Marine, obeszła samochód i wsiadła od strony kierowcy. Marine zapukała w okno pasażera i dziewczyna opuściła szybę.
- Bardzo dziękuję - powiedziała, jak się wydawało, zupełnie szczerze. - Była pani dla mnie tak dobra.
- Właśnie sobie uświadomiłam, że nie znamy twojego imienia.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
- Aurore. Jak zorza.