1. Pytania
Tego dnia, kiedy zginął Harsid, padał deszcz. Tęcza miała kształt
idealnego okręgu, nim zniknęła w burych chmurach. Woda przeciekała na
wylot przez wszystkie pokłady i moczyła moje posłanie, w miejscu gdzie
nie starczało brezentu. W jej szarych strugach i podmuchach wiatru sieci
falowały jak wielkie ażurowe skrzydła, wprawiając w delikatne bujanie
całe miasto. Przesiedziałem kilka godzin w swoim kącie obok magazynu
lin. Przez szczeliny krat nade mną widziałem pokład dowodzenia, skąd
wydawano polecenia rozwinięcia kolejnych płacht do łapania wody,
zamykania i otwierania zaworów przy zbiornikach bądź zluzowania
namokłych sieci. Nie licząc krzątaniny kilku osób, na czas deszczu
miasto niemal zamierało.
Harsid wypadł za barierkę, albo sam wyskoczył. Musiało się tak stać,
wielokrotne przeszukiwanie wszystkich pokładów nie dało bowiem
rezultatu. Kiedyś w dole były sieci, które by go zatrzymały. Potem
przeniesiono je wyżej, by zwiększyć połowy. Harsid był niespełna rozumu
- tak mówili, ale ja wiedziałem swoje. Był mądry, może najmądrzejszy z nas wszystkich. Znał odpowiedzi na wiele pytań, a co ważniejsze, znał
też wiele pytań, na które nie było odpowiedzi. Stary ogrodnik wprawił w ruch nieznane trybiki w mojej głowie. Jego zniknięcie było dla mnie
końcem prawdziwego dzieciństwa, a początkiem świadomego, dorosłego
życia. To był impuls, który przestawił mój umysł na inny rodzaj pracy.
Właśnie wtedy zrozumiałem, że nic nie jest niezmienne. Wkrótce potem
dotarło do mnie jeszcze to, że ja też kiedyś będę stary.
I że kiedyś umrę.
* * *
Gdy po kilku dniach wiatr rozwiał nieco chmury, wszyscy zgromadzili się
przy barierkach, próbując wypatrzyć zmiany. W zasięgu wzroku jak zawsze
było kilkadziesiąt niewykorzystanych lin. Niektóre wystarczająco blisko,
by próbować ich dosięgnąć, gdyby zaistniała taka potrzeba.
Sigg krzyknął ze swojego małego, okrągłego pokładu, że na południu widzi
wiązkę uformowaną na naszej wysokości, więc zapewne było tam inne
miasto. Wszyscy z nadzieją wpatrywali się we wskazanym kierunku, a kapitan osobiście wdrapał się do obserwatorium, by sprawdzić tę
wiadomość.
Od wielu miesięcy nie zbliżyliśmy się do żadnego miasta wystarczająco
blisko, by móc rozpocząć Wymianę. Wysoko w górze i daleko pod nami
widzieliśmy wiele czarnych kropek, ale dzielił je od nas rok, albo i więcej.
Kapitan długo siedział w wielkim fotelu i wpatrywał się w okular
teleskopu. W końcu wstał i oparł się silnymi dłońmi o barierkę. Był
postawnym mężczyzną w sile wieku. Wiatr poruszał jego peleryną i czarnymi, przetykanymi siwizną włosami. Spojrzał z góry na wszystkich
mieszkańców.
- Zobaczyłem miasto na południu - oznajmił. - Jest odległe o kilka
miesięcy. Rozwińcie żagle.
Rozległy się wiwaty na cześć kapitana i Obserwatora. W ciągu godziny na
linach między pokładami i na dodatkowych masztach rozpięto kilka żagli.
Północny wiatr popychał nas w stronę spotkania.
Wspiąłem się po krótkich schodkach do królestwa Sigga i przytknąłem oko
do okularu teleskopu. Między chmurami dostrzegłem czarną kropkę i nieostre, szarawe pasmo ich wiązki. Sigg mruczał pod nosem, zapisując
coś starannie w swojej wielkiej księdze. Wreszcie zamknął ją, założył
okulary i odwrócił się do mnie. Pokaźny brzuch utrudniał mu poruszanie
się po ciasnym i zagraconym pokładzie obserwacyjnym.
- Oczy już nie te - westchnął. - Widzę zaledwie nieostrą plamkę. Założę
się, że ty potrafisz rozpoznać nawet jego kształt.
- Ma kształt prawie-kuli - przytaknąłem. - Tak jak nasze.
Pamiętam, jak Sigg opowiadał, że kiedyś chciano przerobić jego przyrząd
na coś bardziej pożytecznego, ale udowodnił, że teleskop się przydaje.
Sigg był wyjątkowym człowiekiem, a jego pokład - wyjątkowym miejscem.
Mimo to, nikt poza mną nie interesował się jego pracą. Uważano go za
nieszkodliwego dziwaka. Gdyby nie to, że potrafił dostrzec inne miasto z odległości kilku lat, dawno zagoniono by go do innej pracy, a jego
skarby wymieniono na pożywienie lub ziemię.
Wychyliłem się przez barierkę i spojrzałem w dół. Wystające poza obrys
miasta mechanizmy były przytwierdzone solidnymi wspornikami pod głównym
pokładem. Wolno przesuwały się w górę po linach, ciągnąc za sobą całą
konstrukcję.
Cesenu podchodził kolejno do każdej z lin. Uderzał w nie i słuchał
wibracji, słyszalnych tylko dla niego. Patrzył w górę, potem w dół.
Obserwowałem jego poczynania. Chodził zwykle w specyficzny sposób:
powoli, w ostatniej chwili wydłużając krok. Sprawiał wrażenie człowieka,
który nigdy się nie spieszy, ale i tak zawsze zdąża na czas. Cesenu miał
czarne, kręcone włosy i lekko się garbił. Starzał się, ale wciąż był
niezastąpionym mechanikiem. O napędach i mechanizmach miasta wiedział
wszystko. Niewiele mówił. Nie odpowiadał na pytania, jeśli odpowiedź
wymagała użycia kilku zdań. Mimo jego dziwactw, szacunek okazywał mu
nawet kapitan.
Wreszcie Cesenu poszedł do kapitana poinformować go o wynikach oględzin.
Każdy inny wykrzyczałby nowiny na całe gardło, żeby podkreślić swoją
rolę w społeczności. Ale nie on.
Pobiegłem na dół posłuchać. Jedna z lin mogła należeć do miasta
znajdującego się o dwa lata drogi nad nami. Pozornie swobodne liny, od
zachodu, przez dłuższy już czas nie zmieniały znacząco swego położenia,
co sugerowało, że są resztką ich wiązki. Nasze starania o przemieszczenie mogły kolidować z planami tych na górze. Korzystniej
było więc odczepić tę linę i zastąpić za jakiś czas inną.
Nasze miasto wisiało na dziewięciu linach, a mieliśmy jeszcze dwa wolne
napędy. Pozbycie się tej jednej liny nie powinno zachwiać równowagi.
Kapitan ustalił, że wyczepienie nastąpi rano.
* * *
Rzadko bawiłem się z innymi dziećmi w moim wieku, a było ich pięcioro,
może sześcioro, jeśli liczyć Nykę, który coraz chętniej przebywał w towarzystwie mężczyzn i traktował mnie z góry. Sporo czasu
przesiadywałem na brzegu pokładu, wpatrując się w Niebo, lub próbowałem
zrozumieć, jak działa któryś z mechanizmów miasta. Zdarzało się, że w mojej głowie kłębiło się tyle pytań, że zapominałem o świecie wokół.
Tylko na nieliczne z nich potrafiłem znaleźć odpowiedź, ale i tak nie
wiedziałem, czy są prawdziwe. Ktoś inny musiał tu przesiadywać przede
mną - w metalu, przy samej krawędzi wyryte były jakieś znaki. Nie
wiedziałem, co oznaczają.
Drgnięcie pokładu i następujący po nim gong oznajmiły, że coś wpadło w sieci. Często zamyślałem się tak, że nie słyszałem, kiedy ktoś do mnie
mówił. Gong jednak docierał do mnie zawsze. Zaczekałem, aż wyciągną
zdobycz i wytaszczą ją na najbliższy pokład. Wtedy ruszyłem do pracy.
Dziś spadło coś ciężkiego, lżejsze przedmioty sam bowiem zdejmowałem -
byłem sieciarzem, łatałem sieci. Niemal zawsze po upadku ciężkiego
przedmiotu pękało kilka oczek. Zdarzało się, że przedmiot przelatywał na
wylot, zostawiając po sobie poszarpaną dziurę większą od człowieka. Tym
razem wyglądało na to, że nic się nie stało, ale i tak musiałem tam
wejść i sprawdzić.
Przypiąłem linkę asekuracyjną i doszedłem do połowy długości poziomego
masztu. Zeskoczyłem na sieć. Ugięła się pode mną i jak zwykle doznałem
uczucia, jakbym spadał. Dziwne mrowienie mięśni znów dało o sobie znać.
Nie lubiłem mieć Nieba pod stopami, a jednocześnie pociągało mnie.
Zawsze była jeszcze linka asekuracyjna... W kilku susach dotarłem do
żółtej wstążki, którą oznaczono prawdopodobne miejsce upadku. Zgodnie z przewidywaniami nie było uszkodzeń. Położyłem się nad bezdenną
przepaścią i zapatrzyłem w dół. Wolno bujałem się w wielkim hamaku,
rozkoszując się uczuciem swobodnego spadania i tego podskórnego
niepokoju, który nie dopuszczał do pełnego rozluźnienia. Bałem się, ale
właśnie ten strach sprawiał, że było to przyjemne. Liny naszej wiązki
robiły się coraz cieńsze i znikały w błękitnym Niebie, na granicy
spojrzenia. Z mojego miejsca widziałem wyraźnie trzy miasta. Odwróciłem
się na plecy i zapatrzyłem w liny znikające w oddali, w bezmiernym
błękicie.
- Murk! Śpisz tam?
Murk to ja. Nie spałem i naprawdę nie miało znaczenia, czy naprawię sieć
teraz, czy za pięć minut. Nie miało znaczenia nawet to, że sieć nie jest
uszkodzona. Chodziło o dyscyplinę. Zerwałem się i wróciłem na pokład.
Łatanie nie należało wcale do prostych czynności. Naprawienie sieci, by
nie była w tym miejscu słabsza ani mniej elastyczna, wymagało sprawnych
rąk i doświadczenia. Łata powinna być taka sama jak każde inne miejsce.
Należało zrobić to tak, by nie dało się potem odnaleźć śladu dziury.
Bywało, że spędzałem na sieci pół dnia, niemal nie czując potem rąk.
Dwie z sieci miały większe oczka i grubsze linki. Były mocniejsze od
pozostałych, inaczej zbudowane. Służyły do łapania najcięższych
zdobyczy. Gdy coś uderzało w sieć, ta wyrywała mocowania i leciała w dół, ciągnąc za sobą elastyczne liny, które amortyzowały upadek. Tak
zdobyliśmy jeden zapasowy napęd, który zwykłą sieć zamieniłby w niezdatną do naprawy plątaninę frędzli. Oczywiście, nie sposób
przewidzieć co, kiedy i gdzie upadnie - część potencjalnych zdobyczy
musiała się wymknąć. Łapał je pewnie ktoś kilka lat niżej. Najmocniejsza
sieć znajdowała się w górze, ponad miastem i zabezpieczała je, by nic
nie spadło nam na głowy.
* * *
Noc. Gwiazdy w górze, gwiazdy w dole. Cisza, nie licząc poświstywania
wiatru i cichych trzasków naciągów sieci. Pająk pod sufitem też rozpinał
własną sieć, a ja nie zamierzałem mu przeszkadzać. Staruszek obok cicho
pochrapywał. Większą część pokładów i ścian wykonano z drobnych krat
bądź perforowanych blach. Przez małe otwory w ścianie oddzielającej
nasze mieszkania wyraźnie widziałem jego siwe włosy. Przypomniał mi się
Harsid. Wraz z nim odeszła część starej mądrości. Nie zdążył jej nikomu
przekazać. Może nie miał komu.
Już nie mogłem zasnąć. Leżałem i patrzyłem na słabo jarzące się okrągłe
lampy, wmontowane w elementy nośne. Same zapalały się o zmierzchu, a gasły rano. Rozpraszały mrok, ale pozwalały też spać. Wyszedłem z korytarzyka, w którym miałem swój kąt, potem wspiąłem się po schodach na
główny pokład. Pusty, bez ludzi, wydawał się ogromny.
Mężczyzna pełniący nocną straż na pokładzie dowodzenia pomachał do mnie
z góry. Pozdrowiłem go dłonią i podszedłem do barierki. Mechanizm napędu
mozolnie wciągał miasto po linie bez końca. Obserwowałem go przez kilka
minut. Potem przeniosłem się pod Drzewo. W wielokrotnie łatanej,
ogromnej donicy rosła największa i jedyna całkowicie nieprzydatna
roślina. Rodziła jedynie żołędzie - niesmaczne orzechy, choć podobno w czasach głodu jedzono i je. Bardzo stare drzewo miało spękaną głęboko
korę. Pewnie mogłoby urosnąć większe, gdyby jego korzeni nie ograniczała
donica. I tak było wyższe nawet od dorosłego mężczyzny. Wszyscy lubili
Drzewo, więc nie groziło mu przerobienie na opał.
Sigg siedział w swoim ogromnym fotelu i wpatrywał się w okular
teleskopu. Konstrukcja z prętów i blach częściowo osłaniała jego
królestwo i umożliwiała przykrycie go brezentem na wypadek deszczu.
Starając się nie hałasować, wspiąłem się na jego pokład. Obserwator i tak od razu to usłyszał. Z trudem wstał i gestem wskazał mi fotel.
Usiadłem i przyłożyłem oko do teleskopu. Gwiazdy, widziane przez
przyrząd, były tylko odrobinę jaśniejsze, ale wcale nie większe.
- Czy liny są przyczepione do tamtych gwiazd? - zapytałem.
- Nie. - Uśmiechnął się. - Gwiazdy się obracają, wszystkie razem, a my
nie.
- Jakbyśmy siedzieli we wnętrzu kuli?
- Tak to wygląda. A może to my się obracamy, a gwiazdy stoją? Nigdy się
nie dowiemy.
Gwiazdy migotały delikatnie w nocnym powietrzu. Patrzyłem na nie długo.
Nigdy się nie dowiemy.
- Kto zrobił nasze miasto? Wszystkie miasta?
Sigg zmarszczył brwi, a przynajmniej wydał ciche pufnięcie, które zawsze
towarzyszyło zmarszczeniu brwi po kolejnym trudnym pytaniu.
- Pytałeś o to wiele razy.
- A supły na linach? Czy widziałeś kiedyś supeł?
- To tylko legenda. Bajka dla niegrzecznych dzieci.
- A słońce, które pewnego razu zapłonęło w dole?
- Jakby gdzieś komuś coś się pomyliło...
Sigg lubił mnie, nawet kiedy zadawałem dziwne pytania. Mówił, że go
inspiruję, ale nie rozumiałem, co miał na myśli.
- A co się dzieje ze słońcem? Gaśnie co wieczór, a zapala się co rano.
Kto to robi?
Siwa broda Sigga łaskotała mnie w kark, gdy w zamyśleniu kręcił głową.
- Jutro wyczepienie liny.
Powiedział to tak, jakby wszystkie inne rzeczy miały zblednąć i stracić
wagę przy tym wydarzeniu.
Wiedziałem, że nie dowiem się już niczego więcej.
2. Wymiana
Było nas wszystkich razem około setki. Stałem z innymi na wyższych
pokładach i obserwowałem napęd zachodniej liny.
Kilka głośnych uderzeń, krótki jęk dźwigarów i drgnięcie podłogi -
konstrukcja zawsze reagowała na zmianę układu sił. Miasto przechyliło
się ledwo wyczuwalnie. Regulatorowi zajmie chwilę przywrócenie poziomu.
Szczęki napędu rozwierały się powoli, a wszyscy patrzyli na to, jak na
niezwykłe przedstawienie. Lina, z dziwnie cichym puknięciem, wysunęła
się poza szczęki i powoli odpłynęła. Zaczepiła jeszcze o jeden z masztów, od którego na tę okazję odpięto sieć, i sama oddaliła się na
zachód. Naprawdę musiała należeć do wiązki tych z góry, skoro zrobiła to
tak szybko. Dobrze, że się jej pozbyliśmy.
Odprowadzałem linę wzrokiem, aż ktoś mnie potrącił i nie potrafiłem jej
już odnaleźć. W jej miejsce za kilka godzin, może dni, trafi inna,
współtworząc naszą wiązkę i po tygodniu nikt nie będzie o tym pamiętał.
- Lina to los.
Odwróciłem się, słysząc znajomy głos. Kapitan stał za mną i patrzył
gdzieś w dal. Miał na sobie długą pelerynę - niepraktyczny, acz
przydający majestatu atrybut. Nie wiem, czy mówił do mnie, ale i tak
poczułem się wyróżniony. Znaczenie tego prostego stwierdzenia miałem
zrozumieć dużo później.
* * *
Sigg wyliczył, że miasta szybko zbliżają się do siebie. W ciągu jednej
doby pokonaliśmy kilka dni. Nie mieliśmy pewności, czy cały manewr się
powiedzie. Jeśli jeszcze któraś z lin naszej wiązki, kilka lat wyżej lub
niżej, poza granicą widoczności, należała do innego miasta, mogło się
zdarzyć tak, że wykonamy tylko spore bujnięcie i wrócimy do poprzedniej
pozycji. Nie było na to rady. Nie było nawet sposobu, by przekonać się,
która lina nas trzyma na taką odległość. Pozostawało wierzyć, że mamy
czystą wiązkę. Bardzo potrzebowaliśmy tej Wymiany. Wszyscy liczyli, że
uda nam się dostać trochę ziemi. Wiedziałem już wtedy, że ziarenka ziemi
powoli ulatują z wiatrem. Nie pomagały żadne zasłony ani przykrywki.
Zapytałem Yeresta, naszego nowego ogrodnika, skąd się bierze ziemia pod
uprawy. Właściwie to znałem odpowiedź, nim jeszcze do niego poszedłem.
Brzmiała ona w większości wypadków tak samo:
- Spada z Nieba.
Jakkolwiek by się troszczyć o zielone tarasy, wznoszące się ponad
górnymi pokładami, i tak ziemi z nich ubywało. Jeszcze gorzej było ze
skrzynkami, w których - wokół niższych pokładów - rosły pnącza. Ogrodnik
wbił łopatkę w doniczkę. Nie tak dobry jak Harsid, to wiedziałem nawet
ja, ale i tak był najlepszy z nas wszystkich.
- Inne miasta potrafią ją poławiać - wyjaśnił. - My za to specjalizujemy
się w cięższych przedmiotach, które tamtym drą sieci. Wymieniamy się
potem.
Nie miało sensu tłumaczyć, że pytałem o to, skąd się wzięła ziemia,
zanim spadła z Nieba. Chyba tylko Sigg rozumiał to pytanie, choć i on
nie potrafił udzielić odpowiedzi. Zazwyczaj ludzie sądzili, że dokonali
niebywałego odkrycia, gdy wpadli na to, że wszystko, co ląduje w naszych
sieciach, musiało kiedyś wylecieć z miasta gdzieś nad nami. To
wiedziałem od dawna, ale ja przecież chciałem wiedzieć, gdzie była
ziemia, zanim trafiła do pierwszego z miast.
* * *
Gdy wiatr zmienił się na północny, Sigg oświadczył, że widzi żagle
tamtych. Znaczyć mogło to tylko tyle, że i im zależy na Wymianie. Trudno
było poznać z tej odległości, co chcą wymienić, ale rada starszych już
na zapas denerwowała się o przebieg negocjacji.
Poszedłem do obserwatorium popatrzeć na zbliżające się miasto. Miało
nieco mniejsze ogrody od naszego, ale liczba i wielkość żagli były
imponujące. Sigg powiedział, że to dobrze wróży, bo w taki sam materiał,
rozciągnięty w poziomie, łapie się ziemię.
Podobnie jak nasze, tamto miasto miało kształt przypominający
nieregularnie wygryzioną od góry kulę. Nad pokład główny wystawało
ledwie kilka węższych pokładów i tarasy z uprawami. Niżej zabudowa była
zwarta, choć i tam w wielu miejscach na wylot przeświecało Niebo. Tamci
zachowali pod spodem sieci, które mogły złapać nieszczęśników podobnych
do starego Harsida.
Niezliczoną ilość razy chciałem zapytać naszego kapitana, dlaczego nie
założymy takich zabezpieczeń, ale oczywiście nie uczyniłem tego.
Myślałem za to wiele o tym, gdzie teraz jest Harsid. Umarł, czy wpadł
bezpiecznie w czyjeś sieci? A może, spadając, wciąż żyje?
Wolałem myśleć, że pielęgnuje czyjeś uprawy wiele lat niżej.
Podczas kilku ostatnich napraw sieci zauważyłem u siebie niepewność i nerwowość. Postanowiłem z tym walczyć. Nikt nie lubi ludzi, którzy boją
się Nieba. Przynoszą pecha.
Jak przez mgłę pamiętałem poprzednie Wymiany. Jako dziecko inaczej
traktowałem czas i on inaczej traktował mnie. Miesiąc to była cała
wieczność. Podczas ostatniej Wymiany siedziałem w swoim kącie. Raz tylko
wdrapałem się na jeden z najwyższych pionowych masztów, by obejrzeć
drugie miasto. Chciałem, żeby jak najszybciej się odłączyli.
Pamiętałem cały proces. Trapy, wysunięte poza zasięg masztów sieci,
łączyły się ze sobą. Powstała w ten sposób kładka obracała się
przegubowo w miejscach zetknięcia z pokładami, by nie dopuścić do
uszkodzeń, gdy wiatr poruszał jednym z miast. To, że końce trapów
pasowały do siebie, było taką oczywistością, że nikt się nad tym nie
zastanawiał, a przecież kiedyś istniał ktoś, jakiś... konstruktor, który
ustalił choćby ich szerokość i rodzaj zaczepów. Czy tylko mnie męczyły
takie myśli?
Minął jeszcze tydzień, nim tamto miasto zbliżyło się wystarczająco, bym
mógł je obserwować bez pomocy teleskopu. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że
otaczała je jedna wielka sieć. Maszty naciągały ją, sięgając od dołu.
Dzięki temu rozwiązaniu wszystko w niej lądowało i nic nie mogło uderzyć
w maszt. Poniżej głównych sieci rozpięto płachty grubego płótna.
Poławiały ziemię.
Różnic musiało być więcej i nagle zapragnąłem wejść na ich pokłady i zobaczyć inne konstrukcje. Obawy z czasów poprzednich Wymian na razie
nie dawały o sobie znać.
* * *
Sigg po raz pierwszy pokazał mi swoją księgę. Całkiem sporo arkuszy
papieru, spiętych, może sklejonych z jednej strony i umocowanych w sztywnych, oklejonych skórą okładkach. Księga. Miasto złowiło ją jeszcze
przed moim urodzeniem. Kilkanaście pierwszych stron było zapisanych już
wtedy, ale reszta, czysta, czekała na nowego właściciela. Sigg zapisał i zarysował prawie pięćdziesiąt kolejnych stronic: szkice, schematy
konstrukcyjne, jakieś wykresy, których nie rozumiałem, tabele, opisujące
dzień po dniu odległości i położenie innych miast, stan pogody, fazy
księżyca, imiona odchodzących i przychodzących. Kronika miasta.
- Po co to robisz? - zapytałem.
- Szukam prawidłowości.
Wszystkie tabele Sigg oznaczył numerami dni. Wpisał kolejny numer.
- Dziś jest dzień 5349 - powiedział. - Numeruję je od dnia, gdy księga
trafiła w moje ręce.
Pisał piórem, wykonanym z wydrążonego patyka, z jednej strony
zakończonego zakrętką, z drugiej stalówką dociśniętą korkiem. Obie
końcówki były ściśle obwiązane grubą nitką.
Potrafiłem czytać cyfry. Gorzej było ze składaniem ich w liczby. Liter
nie znałem wcale.
- Co to znaczy? - wskazałem nagłówek tabelki.
- Aristo. To nazwa naszego miasta.
A więc nasze miasto miało nazwę. Nie przyszło mi to wcześniej do głowy.
- Nikt jej nie używa - powiedziałem.
- Taki napis widnieje na podstawie regulatora. Jakoś musiałem oznaczać
rysunki i tabele.
Pomysł nazywania naszego miasta wydał mi się odkrywczy, nawet jeśli nie
było to do niczego przydatne.
- A inne miasta? Mają nazwy?
- Nie wiem. Ja nadaję im numery.
- Numery trudniej zapamiętać.
- I tak drugi raz nie spotka się tego samego miasta.
- Nigdy się to nie zdarzyło?
- Nigdy, odkąd pamiętam. Każde miasto wspina się z nieco inną
prędkością. Z moich wyliczeń wynika, że w ogóle coraz rzadziej spotykamy
inne miasta.
* * *
Stali jak i my, przy relingach. Niektórzy machali do nas, czasem my
machaliśmy do nich. Od jakiejś godziny dawało się poznać poszczególne
postacie. Byli niżej od nas. Odniosłem dziwne wrażenie, jakby nasze
miasto zwolniło, żeby tamci nas dogonili. Ale to przecież niemożliwe.
Nie mieliśmy wpływu na prędkość wznoszenia.
Trzech mężczyzn skończyło naciąganie katapulty, mającej przerzucić do
tamtych rzutkę z liną. Kapitan uznał, że jesteśmy dostatecznie blisko.
Zwolniono katapultę. Jęknęła sprężyna i stalowa kula zawinięta w miękkie
szmaty ze świstem pociągnęła cienką linkę wysoko ponad ich pokłady.
Patrzyliśmy z napięciem na jej lot, aż znikła w oddali. Ze zwoju ubywało
liny.
- Pudło - zakomunikował z góry Sigg. - Bardziej w lewo.
Nie czekając na polecenie kapitana, nadzorujący ludzi Cesenu pociągnął
dźwignię. Rozległ się schodzący z wysokich tonów wizg hamowanej liny.
Znałem ten dźwięk, choć wcześniej nie wiedziałem, co go wydaje. Myślę,
że w takich chwilach, mimo uczucia zawodu, ludzie doceniali to, co robił
Sigg. Odwinęła się przecież tylko połowa liny, a przed kolejnym strzałem
trzeba ją było wciągnąć ręcznie.
Trzej mężczyźni z plecami błyszczącymi od potu już mozolnie wciągali
linę, a czwarty układał ją równo na pokładzie. Trwało to tak długo, że
część oczekujących ludzi zrezygnowała z oglądania.
Kolejny strzał i znów chybiony. Zniecierpliwieni ludzie wydali z siebie
pomruk dezaprobaty. Po czwartym strzale zaczęli głośno komentować
niezdarność Cesenu i jego podkomendnych. Zerkali też niechętnie w stronę
Obserwatora, jakby i on był winien. Ludzie zawsze szybko przyzwyczajają
się do dobrych rzeczy i zapominają, jak było wcześniej. Ja wiedziałem,
jak było wcześniej. Katapulta wpadła w najmocniejszą z naszych sieci już
za mojego świadomego życia. Cesenu wyremontował ją i przystosował do
wyrzucania liny. Bez katapulty końcową fazę zbliżania można było
przeprowadzić tylko skomplikowanym manewrowaniem żaglami. Tę metodę
stosowały wszystkie napotkane dotychczas miasta, używając liny, dopiero
gdy dawało się ją przerzucić ręcznie.
Katapulta jęknęła po raz piąty. Część ludzi z napięciem, część ze
zniechęceniem obserwowała rozwijającą się linę.
- Jest! - krzyknął Sigg.
Pobiegłem na górę i zobaczyłem przez teleskop, że nasz pocisk przeleciał
nad miastem. Liny ich wiązki nie pozwolą już naszej zsunąć się.
- Oby tylko wiedzieli, co z tym zrobić - mruknął Obserwator.
Opowiadał mi, że kiedyś przywiązywaliśmy do końca cienkiej liny grubszą,
którą tamci mieli wciągnąć, ale tylko raz trafiliśmy na takich, którzy
od razu wiedzieli, o co chodzi. Teraz od razu wystrzeliwaliśmy linę,
która mogła wytrzymać przeciąganie. Oznaczało to niestety mniejszą
precyzję w celowaniu.
Do liny przypadło kilkunastu mężczyzn i zaczęli ciągnąć. Tamci chyba też
zrozumieli, bo robili to samo ze swojej strony. Dopiero teraz
widzieliśmy, w jakim tempie się zbliżamy: dziesięć pociągnięć ramion na
minutę. Nikt już nie dbał o równe układanie liny; zrobi się to potem.
Ci, dla których nie starczyło miejsca przy linie, dopingowali
ciągnących.
Trzy dziewczyny siedziały pod Drzewem. Były pięknie wystrojone,
szykowały się do odejścia. Ruda Chloe już zaczynała chlipać. Przez trzy
kolejne Wymiany nikt jej nie chciał. Teraz nawet nasi patrzyli na nią z niechęcią. Zdarzało się, że odchodzili i młodzi mężczyźni. Działo się
tak jednak bardzo rzadko - za mężczyznę trzeba dużo zapłacić. Dziewczyny
były znacznie tańsze, miały więc większą swobodę wyboru. Ludzi nie
traktowano jak towaru, negocjowana cena była raczej rekompensatą za ich
odejście z miasta, odejście zresztą dobrowolne. Najczęściej zdarzało się
tak, że wymienialiśmy dziewczynę na inną. Harsid mówił kiedyś, że źle
jest, jeśli rodzi się więcej niż jedno pokolenie bez wymiany młodych.
Dopiero teraz przyszło mi do głowy zapytać dlaczego. Mogłem pytać Sigga,
ale on interesował się innymi sprawami, głównie obserwacjami Nieba. Nie
zapytałem więc.
Na pokładzie głównym, pod pokładem dowodzenia układano towary, które
przeznaczyliśmy na wymianę. Trzech członków Rady naradzało się wcześniej
co do wartości poszczególnych przedmiotów i tego, na co chcemy je
wymienić. Najbardziej zależało nam na ziemi. Sigg też szykował się na
Wymianę. Szperał w swoich kufrach i wynajdywał coraz to nowe, najmniej
przydatne drobiazgi, których przeznaczenia nawet się nie domyślałem.
Liczył chyba na to, że spotka kogoś podobnego sobie.
Mężczyźni przy linie zmienili się. Byłem jeszcze za mały, by im pomagać.
Siedziałem na schodach prowadzących do obserwatorium. Kawałek materiału,
niesiony podmuchem wiatru, nadlatywał od strony obcego miasta. Z rosnącym niepokojem przyglądałem się jego dziwnym ruchom. Nagle zdałem
sobie sprawę z tego, że wiatr wieje z innego kierunku, a szmata porusza
się zbyt regularnie. Z przerażeniem zauważyłem, że to nie jest szmata!
Brunatne coś, postrzępione od tyłu, z przodu zaś ostro zakończone
szpikulcem, poruszało się, jakby było żywe. Z przodu miało czarny,
błyszczący guzik. Frędzle z tyłu tego czegoś poruszały się nieco
sztywno. Przeszedł mnie dreszcz. Na dole też zapanowało spore
poruszenie.
Dziwna rzecz okrążyła nas i podążyła z powrotem do obcego miasta.
- Sigg! Sigg! Co to było? - krzyczały z dołu dzieci.
- Ptak.
- Co to takiego?
- Zobaczycie.
Chciałem obejrzeć go przez teleskop, ale Sigg mi nie pozwolił. Wykonywał
pospieszny szkic miasta i mruczał coś pod nosem. Zobaczyłem przez ramię,
że narysował ptaki. Gdy kwadrans później miasta były oddalone od siebie
o dwie szerokości, też widziałem kilka ptaków dostojnie szybujących
wokół ich wiązki.
- Czy to jakieś mechanizmy? - zapytałem.
Obserwator zaśmiał się i zamknął swoją księgę.
- To zwierzęta - wyjaśnił, mierzwiąc mi włosy. - Takie jak szczury albo
króliki.
Latające zwierzęta... Interesujące. Poszedłem na jeden z pokładów
ogrodniczych, gdzie nie było ludzi, by przyjrzeć się połączeniu i przemyśleć sprawę latających zwierząt.
Może ludzie też mogliby latać, gdyby skonstruować dla nich skrzydła? Ta
nagła wizja porwała mnie natłokiem kolejnych pytań i pomysłów, których
nie nadążałem śledzić. Tak mało wiedziałem...
* * *
Tamci nadal byli nieco niżej, ale różnica wysokości malała. Cesenu
powiedział mi, że wewnątrz rury stanowiącej podstawę regulatora obraca
się szybko bardzo ciężki walec. Zmieniając prędkość obrotową, sprawia,
że miasto zawsze jest tak samo ustawione do kierunków świata, a zbliżając się do innego miasta, odwraca się do niego stroną, z której
znajduje się trap. Działania tego mechanizmu nie potrafiłem pojąć.
Męczyło mnie to.
- Czy zwolniliśmy wznoszenie, żeby się z nimi spotkać? - zapytałem.
- Miasta załatwiają to między sobą, bez naszej wiedzy - odparł.
Już wysuwano trapy i przerzucano następne liny. Cesenu i jego
odpowiednik z tamtej strony kierowali ludźmi przy linach, tak by oba
trapy trafiły w siebie.
Patrzyłem na to z góry. Te haki i odpowiadające im otwory na końcach
trapów nie mogły powstać przypadkowo.
Błysk i suchy trzask pomiędzy końcówkami trapów. Poczułem delikatne,
niezależne od woli drgnięcie mięśni. Chwilę później zadrżał cały pokład
i zaczepy zaskoczyły z charakterystycznym, podwójnym szczęknięciem. Po
obu stronach rozległy się wiwaty. Ja też poczułem radość, choć trochę
się bałem.
Wymianie podlegać mogło właściwie wszystko, decydowali o tym starsi.
Istniały nieliczne wyjątki od wspólnej własności. Moje ubranie należało
do mnie, ale już linka asekuracyjna z paskiem i karabińczykiem - nie.
Gdybym przestał naprawiać sieci, odebrano by mi ją. Sigg miał kilka
kufrów z dziwnymi przedmiotami, ale należały do niego tylko dlatego, że
nikt nie miał pojęcia, do czego mogłyby się przydać. Jestem jednak
pewien, że gdyby rada pomyślała, że mogą mieć jakąś wartość, bez wahania
zostałyby wystawione do Wymiany. Był to zapewne jeden z powodów, dla
których Obserwator nie próbował nikomu wyjaśniać ich przeznaczenia,
nawet jeśli przypadkiem je znał. Zbieranie indywidualnego majątku nie
miało zresztą sensu, bo co to za radość gromadzić dobra i czynić z nich
obiekt zawiści.
Nasza starszyzna weszła na pomost i wymieniła grzeczności z tamtymi.
Następnie ich przedstawiciele weszli na nasz pokład, a nasi
przedstawiciele na ich, by obejrzeć, co mamy sobie nawzajem do
zaoferowania. Członkowie rady dyskretnie stali z boku i obserwowali
zachowanie gości przy każdym przedmiocie i w myślach podnosili lub
opuszczali ceny. Podpowiadali cechy (wyłącznie te pozytywne) bądź
tłumaczyli przeznaczenie przedmiotów.
Zapragnąłem nagle przejść na drugą stronę i zobaczyć, jak tam jest. Nie
byłem pewien, czy wolno mi to zrobić, ale okazało się to silniejsze ode
mnie, zszedłem bowiem na główny pokład. Grupki ludzi już zaczynały
przechodzić w obie strony, by porozmawiać i napić się alkoholu.
Przeszedłem i ja. Pokład, po którym stąpałem, wyglądał tak samo: drobne
kraty osadzone w grubych ramach szkieletu nośnego, wyślizgana stalowa
blacha osłaniająca mechanizmy, nadgryzione rdzą schody, wsporniki
wyższych poziomów. I wszędzie tłum.
Różnice jednak istniały: u nich nad pokładami ogrodniczymi był jeszcze
jeden pokład, na którym coś się poruszało. Wytężyłem wzrok i dostrzegłem
postacie stojące na jakiejś rurze. Patrzyłem pod słońce, więc nie
widziałem dokładnie, ale i tak wydały mi się osobliwe i dziwnie obce.
Przysadziste, zgarbione karzełki w płaszczach. Wszedłem wolno po
schodach prowadzących przy samej krawędzi miasta. Pokład dowodzenia był
podobny do naszego. Przeglądając księgę Sigga, widziałem szkice wielu
miast, zdecydowanie różniących się od naszego. Naszkicował je dawno temu
pierwszy właściciel księgi. Dodał też opisy, ale niestety nie umiałem
czytać.
Minąłem pokłady ogrodnicze, mniejsze, ale wyglądające niemal tak samo
jak nasze. Wąskim, zadaszonym łukiem, obiegającym pół ćwiartki obwodu
miasta, dotarłem do najwyższego poziomu. Zamknięte stalowe pudła, a za
nimi... zwierzęta. Siedziały w pewnej odległości od siebie, każde na
oddzielnej poręczy umocowanej do podłogi. Ciarki przeszły mi po plecach,
kiedy spojrzałem w ich groźne twarze bez wyrazu. Stałem dłuższą chwilę w bezpiecznej, jak mi się wydawało, odległości. Byłem gotowy rzucić się do
ucieczki, gdyby któreś z nich się poruszyło. Przypominały nieco ptaka,
którego widziałem przed połączeniem.
- To sokoły. - Usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się. Kościsty mężczyzna w skórzanym płaszczu stał tuż za mną.
Kapelusz o szerokim rondzie rzucał cień na jego twarz.
- Ptaki? - zapytałem niepewnie. - Wyglądały inaczej...
- Teraz mają złożone skrzydła. Łapią w locie spadające przedmioty i przynoszą do gniazda. To główny z nich pożytek.
- Muszą mieć doskonały wzrok.
- Sokoli.
Słyszałem wiele razy powiedzenie "sokoli wzrok", ale nie zastanawiałem
się nad tym, skąd się wzięło. Ptasznik wskazał mi krawędź nadbudówki z przeciwnej strony miasta. Było tam gniazdo wykonane z wyschniętych
gałęzi. W środku siedziały małe sokoły, następne pokolenie. Ich rodzice
przysiedli na krawędzi i od czasu do czasu machali skrzydłami.
- Szukam ucznia.
Po chwili dotarło do mnie, że właśnie otrzymałem propozycję Wymiany.
Nie, nie byłem gotowy na takie decyzje, ani nawet na rozważanie ich.
Przebiegłem obok niego, zeskakując po dwa stopnie.
- Zastanów się! - krzyknął za mną. - Masz czas do zgaśnięcia słońca.
* * *
Słońce zniżało się, przybierając bardziej pomarańczowy odcień. Dokonałem
kolejnego spostrzeżenia, dotyczącego podstawowego faktu, na który nikt
nie zwracał uwagi. Pomost łączący oba miasta pozostawał na tym samym
poziomie, mimo że nikt nie manipulował regulatorami. Połączone miasta
wznosiły się teraz w tym samym tempie.
Pozbyliśmy się wielu króliczych skór i prawie połowy innych wystawionych
dóbr. W zamian dostaliśmy dużą beczkę ziemi. Musiało ją toczyć trzech
rosłych mężczyzn. Dostaliśmy też błyszczący, mosiężny przedmiot, którego
zastosowania nie znałem.
Wymiana dobiegła końca. Na tę okazję oba miasta, po równo dzieląc się
kosztami, przystąpiły do przygotowywania zabawy. Wyglądało na to, że
główna jej część odbędzie się w tamtym mieście, choć większa beczka z winem stała już na naszym pokładzie. Na dole zaczynał grać bęben. Po
chwili dołączyła do niego piszczałka. Kilka kobiet tańczyło w kółku.
Mężczyźni na razie pozostawali z boku, klaszcząc jedynie do taktu. Dalej
ktoś grał w kości o skórę królika i butelkę podejrzanego napoju.
Dzieci bawiły się w berka lub przechwalały się, w czym ich miasto jest
lepsze. Przed rozłączeniem trzeba je będzie pozbierać i przeprowadzić na
właściwą stronę pomostu. Tchnięty nagłym impulsem, spojrzałem w górę. Na
jednym z pokładów ogrodniczych zobaczyłem czarnowłosą dziewczynę. Stała
oparta o barierkę i wyglądało na to, że przyglądała mi się od dłuższego
czasu. Gdy zobaczyła, że na nią patrzę, cofnęła się, znikając w gąszczu
winogron.
Zapłonęło kilka ognisk w metalowych misach. Na rożen nabito króliki i po
pokładach rozeszła się cudowna woń pieczonego mięsa. Już nalewano zupę z wielkiego kotła, a każdy mógł jeść świeżo zerwane, słodkie owoce.
Szedłem dalej po obcym pokładzie. Ktoś wetknął mi w dłoń kubek z wodą i poklepał po ramieniu. Pociągnąłem spory łyk i zakrztusiłem się.
Słodko-ostry smak palący w gardle. Alkohol.
Złapałem się stołu. Zakręciło mi się w głowie. Pokład zawirował, a ja
upadłem, przytrzymując się czegoś, by nie wypaść w przepaść. Młode
kobiety tańczyły coraz szybciej, migając w świetle ognisk roześmianymi
twarzami. Jedna odsłoniła piersi i wirowała z kubkiem w ręku. Coraz to
nowe pary znikały w zakamarkach. Muzyka stawała się głośniejsza, a pokład pode mną wibrował w rytm podskoków.
Obok mnie upadła ze śmiechem dziewczyna. Zapach jej gorącego ciała dał
mi przedsmak zupełnie nowych pragnień. Spojrzała na mnie i pocałowała
mnie w usta. Jakieś ręce pomogły jej wstać i znikła gdzieś wśród innych
postaci. Zdawało mi się, że kręcę się wraz z całym miastem, to znów, że
wiszę głową w dół. Muzyka docierała jakby z oddali, tańczące postacie
zlewały się w kolorowe smugi. Starczyło mi świadomości na tyle, że
przesunąłem się w kąt pod schodami, by nikt mnie nie nadepnął.
Ptak na wysokim gnieździe krzyknął i zamachał skrzydłami na tle gwiazd.
Wstałem i z trudem powlokłem się w stronę pomostu. Ręce i nogi były tak
odległe ode mnie, że nie potrafiłem ich w pełni kontrolować. Skręcałem
albo wręcz przewracałem się, zauważając to dopiero, gdy łokcie i kolana
sygnalizowały ból.
Czarna postać zastąpiła mi drogę. Błysnęły wyszczerzone w złym uśmiechu
zęby. Ktoś złapał mnie za ręce i zasłonił twarz skórzaną rękawicą. To
nie sen! Otrząsnąłem się, gdy ciągnięto mnie w boczny korytarz.
Szarpnąłem się, ale dłonie na moich ramionach zacisnęły się mocniej.
Gryzłem, kopałem i biłem na oślep. Uścisk zelżał. Wyrwałem się,
doprawiając pięścią. Stęknięcie z ciemności zostało w tyle. Wybiegłem
pod gwiazdy i przewróciłem się na stopniach. Ból eksplodował w lewej
ręce, ale od razu o nim zapomniałem. Wstałem, dobiegłem do pomostu i przedostałem się na drugą stronę, o mało nie spadając w sieć
zabezpieczającą. Nie pamiętam, jak dotarłem do swojego posłania i zasnąłem.
3. Czarnowłosa
Obudził mnie ból w lewym przedramieniu. Ręka od nadgarstka do łokcia
była spuchnięta, a ból potęgował się przy każdej próbie poruszenia
choćby palcem. Ręka... przewróciłem się. Bolała mnie też głowa, ale to,
jak przypuszczałem, było wynikiem wypicia zawartości kubka.
Zielarka Phora na pewno będzie wiedziała, co zrobić. Krzywiąc się z bólu, z ręką wiszącą bezwładnie wyszedłem na pokład, w jasne światło
dnia. Pierwsze, co zrobiłem, to zwymiotowałem do kompostownika. Nieco mi
ulżyło. Wytarłem dokładnie twarz i rozejrzałem się. Rozłączenie nastąpi
wkrótce, może jeszcze przed południem. Wypiłem zawartość stojącego obok
kubka, upewniwszy się uprzednio, że zawiera wodę.
Phora siedziała na pokładzie i wystawiała twarz do słońca. Nie była już
młoda. Miała pełno drobnych zmarszczek, ale nie wyglądała jak inne stare
kobiety. Zapewne dzięki jej ziołom, pod tymi zmarszczkami wciąż
zachwycała pięknością. Na jej długich, czarnych włosach nie było śladu
siwizny. Zobaczyła mnie, spojrzała na moją rękę i uśmiechnęła się
smutno. Wstała, bez słowa poprowadziła schodami do swojej pachnącej
odurzająco komórki usytuowanej obok najniższego poziomu ogrodniczego.
Posadziła mnie na zydelku i ostrożnie położyła chorą rękę na stole.
Syknąłem z bólu. Ze współczuciem pogłaskała mnie po głowie.
- To nic groźnego - powiedziała łagodnie. - Za miesiąc nie będzie śladu.
Rozpaliła malutkie palenisko, postawiła nad nim kociołek z wodą i wsypała do niego kilka rodzajów suszonych ziół. Od samego ich zapachu
ból zdawał się słabnąć. Obserwowałem, jak zielarka krząta się po
komórce, zaglądając w szuflady i dosypując jakieś proszki do kociołka.
Gdy ogień zaczął przygasać, zwinęła szmatkę, która dotychczas leżała na
stole, i wylała na nią wonny napar z kociołka. Zaczekała, aż szmatka
wystygnie. Potem owinęła nią moją opuchniętą rękę.
- Posiedź.
Phora pomagała nowemu ogrodnikowi, tak jak i poprzedniemu.
Podejrzewałem, że wiedziała o roślinach więcej od Yeresta, ale nie
została następcą Harsida. Może starsi bali się, że zamiast roślin
jadalnych wszędzie zasieje swoje tajemnicze zioła.
Nie wiem, ile czasu tam siedziałem, rozkoszując się kojącym działaniem
wywaru. Zielarka znów zdawała się mnie nie zauważać, aż w końcu podeszła
i zdjęła opatrunek. Opuchlizna niemal zniknęła, ale za to widziałem, w którym miejscu pękła kość. Wyraźnie wypychała skórę.
- Teraz zaboli.
Przytrzymała mnie za łokieć i szarpnęła moją dłoń. Krzyknąłem tak, że
słychać mnie było chyba na końcu drugiego miasta. Ból wciąż pulsował,
ale gdy spojrzałem na rękę, była już prosta. Zielarka przyłożyła do niej
trzy łupki i owinęła ściśle kilka razy długim pasmem materiału. Krótsze
zawinęła pod ręką i zawiązała mi na karku.
- Wypij. - Podetknęła mi kubek.
Wypiłem paskudnie smakujący płyn, starając się nie zwymiotować.
Zakręciło mi się w głowie, ale inaczej niż wczoraj.
- Może swędzieć, ale nie ruszaj nią przez dziesięć dni. Potem możesz
pomachać palcami, żeby nie drętwiały. Po trzydziestu dniach przyjdź,
zdejmę usztywnienie.
Pocałowała mnie w czoło i odprowadziła do drzwi. Podziękowałem jakoś
niezdecydowanie i zszedłem na pokład główny.
Ludzie Cesenu przymierzali się do rozłączenia trapów. Zawsze był to
smutny moment. Po tamtej stronie, wśród wielu innych, zobaczyłem
czarnowłosą dziewczynę. Tę samą, która obserwowała mnie wcześniej.
Patrzyła na mnie z niepokojem. Była w moim wieku, nie mogła mieć więcej
niż piętnaście lat.
Zgrzyt i jakby wystrzał. Szarpnięcie zmusiło mnie do przytrzymania się
barierki. Szczelina między trapami poszerzała się powoli i po chwili
tamten trap zaczął się unosić. Obce miasto wznosiło się szybciej od nas.
Dziewczyna podjęła jakąś decyzję, zobaczyłem to w jej oczach. Zacisnęła
usta i zaczęła się przepychać między ludźmi, do trapu. Stanęła na jego
początku i, nim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać, pobiegła w stronę
poszerzającej się szczeliny. Wszyscy zamarli, a ona pędziła coraz
szybciej, ściskając pod pachą szmacianą lalkę. Odbiła się od końca ich
trapu i wylądowała na naszym, przyklękając na jedno kolano. Lalka
wysunęła jej się z ręki i zaczęła spadać w Niebo. Dziewczyna złapała ją
w ostatniej chwili za skrawek materiału. Wstała i zeszła na nasz pokład
między rozstępujących się, oniemiałych ludzi. W górze zobaczyłem ponurą
postać Ptasznika, bezsilnie wpatrującego się w uciekinierkę.
Było już za późno, by ją oddać. Miasta oddalały się i nikt nie zamierzał
marnować sił ani czasu, by połączyć je na nowo. Wszystko, co miało być
wymienione, zostało wymienione.
- Źle mi tam było - rzuciła z determinacją. - Mogę być waszą
ogrodniczką.
Ktoś próbował zadawać jakieś pytania, ale czarnowłosa zignorowała je i podeszła do mnie. Poczułem, że gapią się na nas chyba wszyscy.
- Zrobiłam to dla ciebie. - Popatrzyła mi w oczy.
Zatkało mnie. Wszyscy z napięciem czekali, co odpowiem. Właśnie
przestałem być dla nich dzieckiem. Rozejrzałem się i zobaczyłem
zachmurzoną twarz Passina, głównego sieciarza, który myślał chyba tylko
o tym, że za sprawą złamanej ręki przez miesiąc nie będzie miał ze mnie
pożytku.
- Skąd wiesz, że będziemy do siebie pasować za dziesięć lat? -
zapytałem.
- Matka Fo kiedyś powiedziała, że spotkam kogoś takiego jak ty i że
zrozumiem od razu, że chodzi o ciebie.
Nie wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Wybawiła mnie Phora. Stanęła
obok, kładąc rękę na ramieniu nowej.
- Potrzebuję uczennicy - powiedziała.
Kapitan obserwował całą scenę z góry. U jego boku stała młoda kobieta,
która przeszła do nas wczoraj. Szepnęła mu coś do ucha, a on zmarszczył
brwi. Nie był jednak zły. Odchowana dziewczyna za darmo, czysty zysk.
Skinął głową. Zielarka wzięła dziewczynę za rękę i poprowadziła do
siebie. Czarnowłosa rzuciła mi jeszcze długie spojrzenie. Ludzie
rozchodzili się. Passin, przechodząc obok, klepnął mnie w ramię i rzucił:
- Zdrowiej szybko.
Ostatnio wszyscy klepali mnie po ramieniu albo mierzwili mi włosy.
Miałem tego dość. Chciałem już być dorosły.
Tamto miasto było już tak daleko, że nie widziałem, co się w nim teraz
dzieje. Zauważyłem jednak coś innego: wokół ich wiązki krążyło kilka
ptaków. Jeden z nich zmienił tor lotu i poszybował w naszą stronę.
Chwilę potem podążyły za nim następne. Cofnąłem się w cień, rzucany
przez pokład dowodzenia. Nie wiedziałem, czy powinienem zwrócić czyjąś
uwagę na te ptaki. Teraz, po przypieczętowaniu losu Czarnowłosej, znów
byłem dzieckiem.
Czekałem. Ptaki zbliżały się ze sporą prędkością. Miały ostre dzioby i pazury, mogły więc być niebezpieczne. Nie zaatakowały jednak. Zaczęły
krążyć wokół nas i wtedy już zauważyli je wszyscy. Kobiety zabrały
dzieci z odsłoniętego pokładu. Mężczyźni rozglądali się za czymś, co
mogłoby posłużyć za broń.
Zanim ktokolwiek się spostrzegł, jeden sokół zwinął skrzydła i runął w dół, wprost na kapitana. Ten cofnął się dwa kroki, ale ptak nie mierzył
w niego. W ostatniej chwili rozłożył wielkie skrzydła i wyhamował.
Chwycił w szpony coś leżącego na blacie obok regulatora i odleciał poza
pokłady. Wydał donośny pisk i zawrócił w stronę domu. Reszta ptaków
podążyła za nim.
Co zabrał? Ten dziwny, cenny drobiazg, mosiężną tulejkę, której
przeznaczenia nie znałem. Spóźniona zapłata za dziewczynę. Wygórowana -
widziałem to w oczach kapitana.
Czarnowłosa zbiegła ze schodów i goniona gniewnymi okrzykami ludzi,
podbiegła do brzegu pokładu. Odwróciła się tyłem do Nieba.
- Wyskoczę, jeśli mnie nie chcecie!
Uniosła się na palcach stóp, przy samej krawędzi, tuż nad Niebem.
Delikatnymi ruchami rąk łapała równowagę. Wydawało się, że musi runąć do
tyłu.
- Odpracuję stratę - powiedziałem szybko, wychodząc z cienia. Pusty
gest, tym bardziej zważywszy mój stan, ale wywołał efekt. Usprawiedliwił
bezsilność.
Kapitan po raz drugi odezwał się do mnie:
- Nawet nie wiesz, co to było, Murk. - Jego głos przepełniała gorycz.
Czarnowłosa podeszła kilka kroków do przodu. Między mną a nią rozciągał
się pusty pokład. Uniosła lalkę i rozerwała jej plecy na szwie. Spośród
wylatującego pierza wyciągnęła identyczną mosiężną tuleję z martwą,
czarną soczewką z jednej strony. Teraz mogłem przyjrzeć się tej rzeczy
dokładniej, ale nadal nie miałem pojęcia, czemu to może służyć.
- Będzie wściekły, kiedy spostrzeże jego brak. - Uśmiechnęła się lekko.
- Miał tylko dwa.
- Wiedziałaś, że to zrobi - oskarżycielskim tonem stwierdził Finxeb,
przewodniczący rady starszych. - Mogłaś nas ostrzec.
- Wiedziałam - przyznała, patrząc z dołu na starca. - Dlatego
przyniosłam wam drugie oko.
Dobra odpowiedź, utrącająca dalsze oskarżenia. Finxeb opierał się o reling pokładu dowodzenia. Z jego twarzy nie dawało się nic wyczytać. Po
długiej chwili wyciągnął dłoń, a Czarnowłosa wbiegła po schodach, by
podać mu "oko".
- Phoro! - rozkazał przewodniczący, ważąc w dłoni tuleję. - Zabierz
swoją uczennicę.
* * *
Przeszły do nas muchy. Takie same jak te, które wytępiliśmy w zeszłym
roku. Te duże, bo małych nigdy nie udało nam się pozbyć. Zawsze po
solidniejszym wietrze much ubywało, ale tydzień później znów było ich
tyle samo.
Pająki się ucieszą, pomyślałem, za to kucharz się wścieknie.
Sigg dłubał coś przy niezidentyfikowanym przedmiocie leżącym na stole i palił fajkę. Lubiłem jej zapach.
- Dlaczego nie sprzedaliśmy im królików, by sami mogli je hodować? -
zapytałem. - Przecież nigdy więcej ich nie spotkamy.
- Oni mogą spotkać kogoś, komu przekażą króliki, a tamci następnym i tak
dalej. W końcu, za ileś lat, okaże się, że nie możemy sprzedawać naszych
skór, bo inni mają własne. - Dlatego trzymamy monopol na króliki. Takie
zasady. Wydają się głupie, ale mają sens. Nie wszyscy ludzie są dobrzy,
jak sam widziałeś.
- Jeśli u nas zginą wszystkie króliki, to nigdzie i nigdy już nie będzie
królików.
- Martw się najpierw o siebie. Rozdawaj tylko zbędny nadmiar. To
najbardziej rozpowszechniona strategia Verticalu.
Swędziała mnie ręka, jak to zapowiedziała Phora. Na razie udawało mi się
opanowywać odruch drapania bandaży. Patrzyłem na Obserwatora w milczeniu. Wreszcie odwrócił się do mnie, porzucając dłubaninę.
- Ta dziewczyna przeskoczyła nad Niebem dla ciebie. Musisz się jej
podobać.
- Może jest szpiegiem?
- Szpiegiem? Jak?
- Może przekazywać informacje w nocy przez ptaki.
- Jakie informacje? I po co? Nigdy więcej ich nie spotkamy. Są wyżej i wciąż się oddalają. Przestaliśmy mieć ze sobą cokolwiek wspólnego.
Zdawało mi się, że przed Wymianą to my poruszaliśmy się szybciej, ale
nie byłem pewien. Spojrzałem na Obserwatora i moje myśli poszybowały w innym kierunku.
- Może dziewczyna ma trochę nie po kolei w głowie - dodał jeszcze Sigg,
wzruszając ramionami.
Nie spodobało mi się to, co powiedział, ale nie zareagowałem.
Obserwowałem, jak zabiera się do swojej roboty. Przypomniałem sobie, co
mówili o Harsidzie i jego dziwactwach.
- Chciałbym, żebyś nauczył mnie pisać i czytać - powiedziałem.
Spojrzał z zaskoczeniem, które stopniowo zamieniło się w uśmiech.
4. Sny
Budziłem się na dźwięk gongu. Potem następowało szarpnięcie za kark, gdy
ręka na temblaku próbowała chwycić się ściany i dźwignąć mnie do pionu.
I tak kilka razy każdej nocy. Przez pierwszy tydzień. Potem budziłem się
tylko z nerwowym drgnięciem. Mimo moich skłonności do zamyślania się,
Passin uważał mnie za najlepszego sieciarza. Wstawałem sam, nie musiał
przychodzić i szarpać mnie za ubranie. Zawsze zjawiałem się przy
zdobyczy bez przypominania. Dwaj pozostali sieciarze byli regularnie
wyzywani od leni i nierobów.
Odkąd Sigg zaczął uczyć mnie pisać patykiem po piasku, śniły mi się
stalowe litery latające po Niebie bez pomocy lin. Miały sokole skrzydła
i krążyły wokół miasta.
Kilka nocy temu doszła do tego postać Ptasznika. Nie widziałem jego
twarzy, skrytej w cieniu szpiczastego kapelusza z szerokim rondem.
Czasem odrobina światła padała na jego garbaty nos, nadając mu wygląd
sokolego dzioba, ale najczęściej występował tylko jako postać w ponurej,
księżycowej scenerii. Wyciągał po mnie ręce albo przyzywał, kiwając
szponiastym palcem. Jego dłonie wyglądały tak, jak zapamiętałem ptasie
nogi. Pokryte gładką skórą palce były chude, guzowate i zakończone
długimi pazurami. Kiedy moje sny zaczęły sprawiać, że budziłem się zlany
zimnym potem, nie mogąc do rana zasnąć, postanowiłem udać się po pomoc
do Phory. Miałem cichą nadzieję spotkać przy okazji Czarnowłosą. Tak
będzie lepiej, nie pójdę tam przecież po to, by ją spotkać, ale spotkam
i tak. Miała pomagać, uczyć się ziół.
Układałem sobie w głowie, co jej powiem i od rana zbierałem się, by
wejść na górę. Bardzo chciałem z nią porozmawiać, ale jednocześnie
obawiałem się tego. Widywałem ją wysoko, na górnych pokładach
ogrodniczych, jak zbierała do koszy owoce. Uśmiechała się do mnie, ale
nie robiła nic, by zejść, zamienić choć słowo. Kilka razy zauważyłem,
jak przyglądała mi się, sądząc, że patrzę w inną stronę. Szczerze mówiąc
- zdarzało mi się robić to samo. Nie mogłem się przełamać, by tam pójść.
Moi rówieśnicy, z którymi i tak nie znajdowałem wspólnego języka,
zauważyli ten dziwny układ. Zaczęli mnie jeszcze bardziej unikać.
Wychylając się przez barierkę, przyglądałem się pustemu napędowi po
linie, wyczepionej przed ostatnią Wymianą. Nieużywany mechanizm wsunął
się do wnętrza miasta i teraz wystawały tylko końcówki masywnych szczęk.
Przez szczeliny w podłodze zobaczyłem ludzi. Zszedłem na pokład
napędowy, znajdujący się pod pokładem głównym. Dwanaście zestawów szyn,
mniejszych kratownic i popychaczy odchodziło od pionowego walca
zawierającego Regulator. Wiedziałem, że mieliśmy jedenaście napędów, z czego cztery były obecnie nieużywane. Dwunasty zestaw trzymał trap.
- Jak ręka? - zapytał Cesenu, poprawiając coś wewnątrz jakiejś skrzynki.
- Passin wciąż narzeka.
- Jeszcze ze dwa tygodnie.
Zgodnie z instrukcjami zielarki poruszałem palcami, by pobudzić obieg
krwi. Usztywniona ręka czasem drętwiała.
- Niektóre miejsca trzeba czyścić - powiedział Cesenu, odpowiadając na
pytanie, które wcale nie miało paść. Wszedł głębiej do środka
mechanizmu.
Nad samym napędem znajdowała się lita osłona z grubej, stalowej blachy,
ale dookoła, przez niezliczone perforacje, dostawało się sporo światła.
Przysiadłem na cokole regulatora obok napisu "Aristo" i zacząłem się
przyglądać wnętrzu pokładu napędowego. Pracowało tu jeszcze trzech
mężczyzn, chociaż nie potrafiłem ich poznać przez gąszcz stalowych
konstrukcji i nakładające się na nie cętki światła.
Niżej, na obrzeżach miasta, znajdowały się kabiny mieszkalne, otoczone
przez uprawy wytrzymalszych odmian roślin pnących. Wewnątrz
zainstalowano instalacje techniczne niezbędne do funkcjonowania miasta:
plątaninę rur, pomp i zbiorników do oczyszczania ścieków i odzyskiwania
wody. Podziwiałem ludzi, którzy wiedzieli, co płynie w której rurze i kiedy który zawór przekręcić, w którą stronę. Fascynowały mnie te
skomplikowane mechanizmy, ale jednocześnie drażniło mnie, że nie
rozumiem zasady ich działania.
Nie chciałem schodzić dalej. To było tylko uciekanie od problemu
czekającego mnie na górze.
- Czy można założyć drugi trap? - zapytałem.
Cesenu wyprostował się.
- Zobacz. - Wskazał wnętrze kratownicy, gdzie na kilkudziesięciu rzędach
kół trzymał się wspornik napędu. W środku znajdował się jednolity,
gruby, prostokątny kształt zakończony blisko krawędzi miasta szczękami.
- To jest napęd. Czyścimy i konserwujemy to od zewnątrz, ale co jest w środku ani jak działa, nie wiemy. Lepiej nie kombinować i robić to, co
się umie, tak jak się to robiło od zawsze. Nowe pomysły to nowe kłopoty.
- Czy dlatego nie łapiemy nowej liny?
- Każda zmiana osłabia konstrukcję, a wytrzymałość materiału, nawet
stali, ma swoje granice. Bez potrzeby nie zmieniamy układu sił.
Wiedziałem, że drut, zgięty pięćdziesiąt razy, pęknie.
- Czyli że jest określona liczba wyczepień, jaką miasto może wytrzymać?
- Tak, choć ja jej nie znam.
Zajął się ponownie pracą.
Tak jak człowiek - może wytrzymać tylko określoną liczbę rozstań. Nie
wiem, skąd przyszła mi do głowy ta myśl.
- Cesenu?
- Tak? - W jego głosie wyczułem delikatne zniecierpliwienie.
- Co zabrał ten ptak?
- Elektryczne oko.
Elektryczne oko. Nie chciałem przeciągać i postanowiłem drążyć temat
przy następnej okazji. Milczałem, snując domysły, choć rozumiałem, że do
niczego sensownego nie dojdę, nie wiedząc, co znaczy słowo
"elektryczne".
- Idź do niej - powiedział niespodziewanie, schowany prawie do połowy
wewnątrz mechanizmu. - Może jest nieśmiała.
Zerwałem się i zacząłem wchodzić po schodach, próbując wykorzystać ten
bodziec, z nadzieją, że starczy mi energii na następne sześć poziomów.
Chwilę później, sam nie wierząc, że to robię, stałem przed wejściem do
zielarni. Zapukałem w ścianę.
Zza przepierzenia wyszła... Czarnowłosa. Była zaskoczona, ale odezwała się
pierwsza:
- Cześć, przyszedłeś do mnie?
- I tak, i nie... Właściwie... tak!
Ręce miała ubrudzone ziemią. Przekrzywiła lekko głowę i czekała na ciąg
dalszy.
- Jak ci na imię? - zapytałem.
- Wołali mnie Hersis. Dlaczego czekałeś tyle czasu, nim tu przyszedłeś?
Wzruszyłem ramionami.
- Też mogłaś do mnie zejść.
- Dlaczego miałabym to robić pierwsza?
- Skoczyłaś nad Niebem.
- Więc następny krok należy do ciebie.
- Skoczyłaś dla mnie.
- Źle mi tam było. - Wzruszyła ramionami.
Oczy miała błyszczące, przejęte rozmową, bardziej niż to wynikało ze
słów. Widząc moje badawcze spojrzenie, opuściła wzrok.
- Porwał mnie pół roku temu. Inni udawali, że nie wiedzą. Boją się go.
Przypomniałem sobie postać w płaszczu, ale niczego, co stało się tamtego
wieczoru, nie byłem pewien. Pamiętałem Ptasznika, ale czy chciał mnie
porwać? Szukał ucznia... Nie! Passin i kapitan nigdy by mnie nie zostawili
w obcym mieście!
- Witaj, Murk! - Phora weszła, trzymając pęk świeżo ściętych roślin. -
Za wcześnie na zdjęcie opatrunku.
Patrzyła na mnie swoimi mądrymi oczyma. Wiedziała przecież, że sprowadza
mnie co innego. Czekała, aż sam to powiem.
- Nie chodzi o rękę...
Posadziła mnie przy stole, odsyłając Czarnowłosą do jakiejś pracy.
Obejrzała jednak opatrunek i wysłuchała krótkiej opowieści o snach.
- Na to nie ma lekarstwa - odezwała się z powagą. - Mogę ci dać wywar na
mocny sen. Sen będzie się śnił, ale nie będziesz się budził w nocy.
- To chyba gorzej.
- Rano nie będziesz nic pamiętał.
Czy ja we śnie to ten sam ja, co w dzień? Nie pamiętam snów, jeśli się
nie obudzę w trakcie, a we śnie nie pamiętam siebie spoza snu. Żyjemy
więc razem, tu, w tym ciele. Ja dzienny i ja nocny. Dwie osoby. Nie mogę
mojemu drugiemu ja zrobić czegoś takiego.
- Dziękuję, lepiej nie. Jakoś sobie z tym poradzę. Wrócę na zdjęcie
tego. - Wskazałem bandaże. - Dziękuję.
Wyszedłem. Hersis stała na zewnątrz. Opierała się o poręcz i patrzyła w dal. Zatrzymałem się obok. Błękitne Niebo przekreślone pionową kreską,
kilka chmur na granicy widoczności.
- Obserwator uczy mnie pisać - powiedziałem niespodziewanie dla samego
siebie. - Mogę go zapytać, czy...
- Byłoby wspaniale.
* * *
Ptasznik śnił mi się nadal. Stał tylko gdzieś ponad mną i machał połami
płaszcza jak skrzydłami. Może to naprawdę były skrzydła? Może tylko
wiatr... A choć koszmary zdarzały się coraz rzadziej, to nie mogąc zasnąć,
żałowałem, że nie skorzystałem z pomocy zielarki.
* * *
Tabliczka z drobnym piaskiem i cienki patyk - tak wyglądał nasz przyrząd
do nauki. Papier był zbyt cenny. Wiedziałem o tym i nawet nie myślałem,
żeby poprosić o kartkę i pióro. Mogliśmy pisać tylko w bezwietrzne dni.
Przez pozostały czas, potrzebny na zrośnięcie się ręki, spędzałem z Hersis po kilka godzin dziennie na mozolnym dłubaniu liter i wyrazów w piasku oraz na czytaniu zapisków Sigga. Inni, widząc, co robimy, zaczęli
omijać nas dużym łukiem, jakbyśmy byli niebezpieczni.
Chyba trzeciego dnia Hersis urwała pisane zdanie w połowie i spojrzała
na mnie.
- Ja wiem, że to jesteś właśnie ty - powiedziała i, jakby nigdy nic,
wróciła do pracy.
5. Miasto
Od ostatniej Wymiany minęło pół roku. Ręka odzyskała dawną sprawność i zapomniałem prawie o złamaniu.
Teraz ja i Hersis byliśmy jedynymi, obok rady starszych, kapitana i Sigga, którzy potrafili czytać i pisać. Sigg powiedział, że jeszcze z miesiąc i będziemy to robić tak sprawnie jak on. Chwilę potem zmartwił
nas jednak, dodając, że powinniśmy też umieć liczyć.
Nowa umiejętność jeszcze bardziej izolowała mnie od rówieśników. Dla
dzieci byłem dorosłym, dla dorosłych wciąż dzieckiem. Na szczęście
miałem Hersis. Możliwość spędzania z nią czasu dawała mi coś
wyjątkowego. Jej również moja obecność sprawiała radość, choć wciąż
wyczuwałem dziwny dystans, narastający czasem bez wyraźnego powodu.
Pewnego dnia, gdy po ciężkim, wypełnionym pracą dniu siedzieliśmy na
brzegu pierwszego pokładu ogrodniczego, zapytała:
- Sigg mówił, że interesuje cię sens. Co to znaczy?
Sens... Chwilę zastanawiałem się, co właściwie miała na myśli. Nie
przypominałem sobie, żeby Obserwator kiedykolwiek mówił o poszukiwaniach
jakiegoś sensu.
- Spójrz tutaj. - Wskazałem brzeg pokładu, gdzie perforowana blacha była
wyślizgana do połysku. - Gdy siadaliśmy w tym miejscu, dotykaliśmy
podeszwami butów do krawędzi. Przed nami siadało tutaj wiele pokoleń. Od
milionów otarć ten fragment stał się odrobinę cieńszy.
- Ledwo co. - Przyjrzała się dokładniej wskazanemu miejscu.
- Ledwo co - przyznałem. - Ale za trzysta lat nawet stal się przetrze.
- Nas już wtedy nie będzie.
- Chodzi mi teraz o przeszłość. Wszystko wokół nas starzeje się i będzie
się starzeć.
- Przeszłość? Mówisz wciąż o przyszłości. Po co się martwić czymś, co
nastąpi za kilkaset lat? Z Nieba spadną nowe rzeczy.
- Ale nie konstrukcja miasta. Te główne belki nośne nie spadają z Nieba.
One są tu od początku. Zużywają się przy każdej zmianie układu sił. To
nie może się dziać w nieskończoność. Miasta nie są wieczne.
- Może nim się zużyje, dotrzemy do Celu. - Wzruszyła ramionami.
- Chodzi mi o to, że... przed miastami musiało być coś innego.
Nie wiedziałem, czy rozumiała. Siedzieliśmy więc i machaliśmy nogami nad
Niebem. Mrużyliśmy oczy i odwracaliśmy twarze do słońca. Było tak
spokojnie.
- Pokażę ci coś. - Wstała i pobiegła do kabiny Phory. Wróciła po chwili,
niosąc kawałek materiału rozpięty na dwóch skrzyżowanych patykach. Do
środka miał przywiązany sznurek.
- Latawiec - wyjaśniła. - Patrz!
Wyrzuciła go w Niebo, rozwijając sznurek. Latawiec opadł, ale zaraz
złapał wiatr i... uniósł się ponad nas. Hersis pozwalała mu oddalać się
coraz bardziej, aż został jej obwiązany wokół nadgarstka koniec
napiętego sznurka. Latawiec tańczył w powietrzu, polatując to w prawo,
to w lewo. Wznosił się i opadał, ale wciąż napinał sznurek.
- To ciekawe. Unosi się dzięki temu, że ciągnę go w dół. Musi czuć opór,
musi walczyć. Gdy dam mu swobodę - spadnie.
* * *
Miasto wypatrzyłem właściwie ja, ale nie miałem śmiałości krzyczeć na
całe gardło. Zrobił to jak zwykle Sigg, zamieniając na kilka minut naszą
sprawnie funkcjonującą społeczność w totalny chaos.
Kapitan tradycyjnie osobiście potwierdził nasze obserwacje i zarządził
przygotowania. Rozwinęliśmy żagle, gdy tylko wiatr zmienił kierunek.
Tydzień później zbliżyliśmy się na tyle, by zobaczyć więcej. Ich wiązka
nie była dobrze widoczna, musiało być w niej mniej lin, ale i tak
dostrzegałem ten efekt "szarego nieba" między linami wiązki. Nie wiem,
czy było to złudzenie, czy niedokładność teleskopu - powietrze wewnątrz
wiązki zawsze wydawało się przyciemnione. Miasto było inne od naszego.
Miało cylindryczny kształt, jakby pionowo ustawionej, spłaszczonej
beczki. Mechanizmy napędowe znajdowały się niemal na samej górze. Ponad
główny pokład wystawała tylko wąska galeryjka, jakieś dźwigi i kilka
niewielkich pomostów. Byłem ciekawy, jak to wygląda od środka, ale
czułem też dziwny niepokój na myśl o przejściu na ich pokłady.
Dopiero po trzech dniach zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak. Tamci
nie zrobili nic, by ułatwić nam zbliżanie. Jakby nas nie widzieli. Sigg
całymi godzinami wpatrywał się w teleskop, próbując ustalić, o co im
chodzi. Jeśli nie chcieli Wymiany, to tylko traciliśmy czas i energię na
manewry.
Po następnych dwóch dniach zbliżyliśmy się na tyle, że widziałem już
puste pokłady. Tam nie było nikogo. Nie próbowałem o tym rozpowiadać -
nadzieje na Wymianę były zbyt silne. Sigg już zauważył to co ja i też
milczał. Po jakimś czasie poszedł jednak do kapitana i powiedział mu to
na osobności. Widziałem ich rozmowę. Zdziwiło mnie, że kapitan nie
okazał zawodu.
- Miasto widmo - złowieszczo rzucił Yerest, gdy byliśmy już blisko.
Stojące obok kobiety ofuknęły go, że straszy dzieci.
Wszyscy patrzyli w milczeniu na wolno zbliżające się wymarłe pokłady.
Kwadrans później przerzucono cumy z hakami, a dwóch ludzi Cesenu
przeszło na tamtą stronę i wysunęło trap. Wiatr osłabł wieczorem, więc
połączenia udało się dokonać sprawnie i szybko.
Znów poczułem ten dziwny wstrząs całego ciała, gdy oba trapy zetknęły
się. Echo szczęknięcia mechanizmów ucichło, ale nikt się nie poruszył.
Nie widziałem jeszcze ludzi w takim stanie.
- To może być pułapka - ostrzegł Secnis, jeden ze starszych. Powiedział
to cicho, ale i tak wszyscy usłyszeli. Rozległy się szepty.
Kapitan rozkazał dwóm mężczyznom, którzy byli po tamtej stronie, żeby
przeczesali miasto. Nie byli zachwyceni swoim zadaniem, ale wykonali je
bez słowa. Wrócili po kilku minutach, nie napotkawszy nikogo.
- Nie będzie Wymiany - oświadczył Kapitan. - Wszystko jest nasze.
Sprawdzimy, co może się przydać, i jutro przeniesiemy do nas.
O to chodziło! Dlatego się nie martwił, że miasto jest puste. Całe było
nasze. Czysty zysk. A przecież i tak nie przeniesiemy wszystkiego -
większy ciężar, to wolniejsza wspinaczka. Dłuższa droga do Celu.
Pierwszy przeszedł Cesenu, za nim inni. Niepewnie i bez entuzjazmu
zajęli się przetrząsaniem miasta i wyszukiwaniem przydatnych rzeczy,
które gromadzili potem na pokładzie. Nyka, który wraz z innymi oceniał
stan mechanizmów miasta, wyciągnął z jakiegoś zakamarka księgę,
przypominającą tę, którą miał Sigg. Przyniósł ją. Widziałem, jak
Obserwatorowi zaświeciły się oczy, gdy wziął ją w dłonie. Przekartkował
pobieżnie i oznajmił, że sam musi się wybrać na poszukiwania.
Mimo obaw poszedłem razem z nim.
Miasto naprawdę się różniło, trudno było się połapać, co gdzie jest.
Pokład dowodzenia znajdował się dwa poziomy pod pokładem głównym i nie
było z niego widać Nieba. Panel sterujący regulatora został uszkodzony,
jakby przewróciło się na niego coś ciężkiego. Na podłodze leżało
elektryczne oko z rozbitym szkłem. Wylał się z niego czarny płyn, teraz
już zaschnięty. Martwe ogrody znajdowały się niemal na wszystkich
pokładach, wzdłuż ich zewnętrznych krawędzi. Bliżej osi miasta
umiejscowiono kabiny mieszkalne, a za nimi pomieszczenia techniczne.
Sigg przeczesywał głównie kabiny. Po przejrzeniu dziesiątej znudziło
mnie to, tym bardziej że musiałem wysłuchiwać nieustannego sapania i ciężkiego do zrozumienia, mruczącego monologu. Wyszedłem z ciemnego
wnętrza na wąski zewnętrzny taras. Konstrukcję oplatały kruche brązowe
pnącza. Słońce prawie już zgasło, a w zasięgu wzroku pod i ponad nami
pojawiły się płaskie, granatowe chmury.
Trzy poziomy niżej Yerest wraz z dwiema kobietami i z Hersis sprawdzali,
które z upraw da się uratować. Czarnowłosa zobaczyła mnie i wbiegła po
schodach. Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek.
- Coś przeżyło? - zapytałem.
- Tylko fasolki na samym dole. Tam jest jakiś automatyczny podlewacz.
Sigg siedział w jednej z kabin obok otwartego kuferka i obracał w dłoniach czarny, matowy przedmiot, dziwne, precyzyjnie wykonane pudełko
bez żadnego otworu, z kilkoma tylko poprzecznymi bruzdami. Mniejsza
ścianka była niemal w całości pokryta mosiężnymi bolcami. Przy okazji
zapytam go, co to jest.
Przeszedłem głębiej do wnętrza miasta, widząc, że udali się tam kapitan
i kilku starszych. Doszedłem za nimi do pokładu technicznego
znajdującego się, odwrotnie niż u nas, nad pokładem dowodzenia i przezornie zatrzymałem się za ścianą. Cesenu sprawdzał łożyska prowadnic
nieużywanego napędu.
- Co tu się właściwie stało? - zapytał ktoś ze starszych.
- Kto to wie? - odpowiedział Cesenu, wycierając ręce w szmatę. - Musieli
opuścić miasto ponad miesiąc temu. Większość upraw uschła, w kątach leży
kurz.
- Mechanizmy są sprawne?
- Na to wygląda. Wciąż dąży do Celu.
- Wodnik twierdzi, że nie zdołamy przenieść nawet czwartej części wody.
Nie mamy jej gdzie zmagazynować.
Rozpoznawałem tylko głos kapitana i Cesenu. Kapitan mówił szybko i zdecydowanie, a Cesenu na pytanie zwykle odpowiadał dopiero po chwili.
Nie dlatego, żeby był powolny. Myślę, że musiał najpierw dokładnie
przemyśleć odpowiedź.
- To miasto było liczniejsze od naszego.
- Zdobyliśmy sporo ziemi. Jest jej tu znacznie więcej, niż teraz mamy u nas.
- Więcej niż potrzebujemy?
- Tak.
- Yerest znalazł sporą beczkę wina. Spróbował i twierdzi, że jest dobre.
- Wino też się przyda - powiedział kapitan. - Przenieśmy wszystko, co
się da. Resztę zniszczymy.
- Ale najpierw dowiedzmy się, co się tu wydarzyło.
- Szkoda, szkoda... - mruczał Cesenu.
Wycofałem się po cichu na górę. Pomyślałem, że to zły pomysł, żeby
niszczyć pozostałe dobra. Czyste marnotrawstwo. Oczywiście rozumiałem,
czemu chcą to uczynić - żebyśmy podczas następnej Wymiany nie trafili na
miasto, które obłowiło się tutaj. Wiedziałem i rozumiałem, ale nie
podobało mi się to.
Passin wraz z pomocnikami wytaszczył na pokład zwinięte sieci i teraz z nadmiaru szczęścia nie miał pojęcia co robić. Rano zaczną się wielkie
przenosiny. Lepiej położyć się spać i zebrać siły. Miałem cichą
nadzieję, że dodatkowe sieci rozwiesimy pod miastem, by ratować
przyszłych nieostrożnych.
Zebrałem całą odwagę i podszedłem do kapitana.
- Może... nie rozłączajmy miast... - powiedziałem niepewnie.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
- Dwa miasta to o jedno za dużo - odparł. - Każde miasto starannie
dobiera swoją wiązkę, by była jak najbardziej spójna. Dobranie naraz
dwóch idealnie równoległych wiązek jest niemożliwe. Dlatego łączymy się
tylko na czas Wymiany. Napięcie lin musi w końcu rozerwać pomost i cumy.
Dwa miasta to za dużo! A ja myślałem o dziesięciu miastach połączonych
pomostami, razem wspinających się w równym tempie po linach.
Spuściłem głowę.
- Lubię cię, Murk - zaczął kapitan. - Kiedyś byłem taki jak ty.
Zastanawiałem się, dokąd prowadzą te liny, szukałem... ale potem
zrozumiałem, że tu nic nie można znaleźć poza tym, co samo spada z Nieba. My nie dożyjemy Celu, ale musimy do niego dążyć. Dla następnych
pokoleń.
Zmierzwił mi włosy (znów!) i odszedł.
Wierzyliśmy w to, że liny nie mają końca. Jednocześnie dążyliśmy w górę,
by zobaczyć jakiś Cel. Ta oczywista sprzeczność zdawała się nikomu nie
przeszkadzać. Mnie bardziej interesowało to, co było w dole. Miejsce, z którego pochodziły miasta.
Hersis przerwała moje rozmyślania, przechodząc z koszem pełnym zerwanych
strąków fasolki. Odstawiła go i usiadła na stopniu schodów.
Obok niej zobaczyłem mały, białoszary zaciek. Ukucnąłem i przyjrzałem mu
się z bliska.
- Guano - wyjaśnił Sigg, stając nad nami. Dźwigał worek wypakowany
nowymi skarbami.
- Co?
- Ptasie gówno.
Wstałem i odruchowo wytarłem ręce o spodnie, chociaż nie dotykałem
guana. Hersis zacisnęła usta.
- Może oni też hodowali ptaki - powiedział Sigg uspokajającym tonem. -
Widziałem je nie raz.
Dziewczyna wzięła kosz i odeszła szybkim krokiem.
Pokręciłem się jeszcze z Siggiem po pokładzie. Potem pomogłem mu zanieść
worek i zjadłem kolację - potrawkę z królików, ubitych na futra przed
niedoszłą Wymianą. Wreszcie ułożyłem się wygodnie w zwojach lin na
pokładzie i zapatrzyłem w migoczące gwiazdy. Niebo spowiła już czerń.
Ludzie w małych grupkach dyskutowali o wymarłym mieście, a ja starałem
się ich nie słuchać. Dzieci, korzystając z ogólnego zamieszania,
próbowały się bawić w chowanego, ale było na to za ciemno i w ogóle nie
mogły się znaleźć. Znudzone, same poszły spać.
Poczułem delikatny wstrząs, gdy Czarnowłosa położyła się obok mnie na
linach. Pachniała ziołami. Nawijała na palec kosmyk włosów i też
zapatrzyła się w gwiazdy. Przysunęła się bliżej i położyła głowę na moim
ramieniu.
- Jedziemy do gwiazd - powiedziała. - Gdy miasto dotrze do nich, my sami
też staniemy się gwiazdami. Może to jest ten twój sens?
Westchnąłem. Gwiazdy były przecież bardzo, bardzo daleko. Dopiero po
chwili pomyślałem, że zrozumiałem ją zbyt dosłownie.
6. Trudna decyzja
Obudził mnie głośny tupot i posapywanie. Ktoś biegł na złamanie karku
przez pokład. Przed zaspanymi oczyma mignęła mi czarna postać. Kroki
zadudniły na pomoście i po tamtej stronie. Wtedy usłyszałem ten krzyk.
Wrzask, nieprzerwany aż do wyczerpania powietrza w płucach. Przerwa na
wdech i znów krzyk. Uderzenie o metal i jakaś szarpanina, tarzanie się.
Kolejne uderzenie o metal. Zerwałem się na równe nogi. Mężczyzna
pełniący straż na pokładzie dowodzenia stał jak skamieniały. Krzyk
ucichł na chwilę, po czym znowu dobiegł gdzieś z dołu. Wdech i krzyk.
Dziki, zwierzęcy. Oddalał się szybko. Ktoś wypadł albo wyskoczył i może
teraz żałował. Wyjrzałem przez barierkę, ale nic nie było widać.
Usłyszałem jeszcze, jak krzyk zmienia się w upiorny chichot i cichnie
gdzieś w dole.
Kilku mężczyzn wybiegło na pokład. Zatrzymali się, nie wiedząc, co dalej
robić.
- Ktoś wyskoczył... - powiedział strażnik, wciąż stojąc w tym samym
miejscu. Drżącą ręką wskazywał wymarłe miasto.
Zaniepokojeni ludzie wylegali na pokład i przekazywali sobie z ust do
ust zasłyszaną wiadomość. Część z nich chciała natychmiast wciągać trap
i ciąć cumy. Kapitan pojawił się w samą porę, żeby zaprowadzić porządek.
Ryknął swoim stanowczym głosem i osadził wszystkich w miejscu.
Zera, kobieta ogrodnika, wyszła na pokład. Płakała i trzymała się za
rękę.
- Obudził się w nocy i nie mógł zasnąć... Gdy próbowałam go uspokoić,
ugryzł mnie i wybiegł z kabiny. Miał takie oczy...
Kobieta rozszlochała się na dobre.
Yerest wyskoczył! Tłum zaszemrał.
- Coś złego przeszło z tamtej strony...
Gdyby nie kapitan, znów ruszyliby, by ciąć cumy.
- Nie gadajcie, kobiety - powiedział. - Harsid wyskoczył dawno temu. Tak
samo.
Potem szepnął coś na ucho Vaunee, dziewczynie, z którą sypiał. Ta
skinęła głową, poprawiła koc narzucony na nagie ciało i zeszła na dół, w tłum. To była ta sama dziewczyna, która przeszła do nas z miasta
Ptasznika. Usłyszałem jeszcze, jak mówi głośno:
- Zjedli jakąś roślinę, która mąci umysł. Obaj żuli te same korzenie.
Harsid i Yerest.
- Tak. One powoli zatruwają krew - dopowiedział ktoś inny.
- Może tak się robi od dotykania ziemi?
- Jedli te korzenie co wieczór...
- Ja też to widziałam.
Wszyscy zaczęli się zastanawiać, kto jeszcze mógł żuć korzenie.
Czy ogrodnicy naprawdę to robili? Wątpliwe. Na pewno zaś Vaunee nie
mogła znać Harsida.
Dziewczyna weszła na górę. Kapitan pocałował ją w czoło i odesłał.
Odprowadziłem ją wzrokiem. Stał potem długo i patrzył na wymarłe miasto.
Ułożyłem się w linach i patrzyłem razem z nim. W świetle wychylającego
się zza chmur księżyca wyglądało posępnie. Ostatnia myśl uchwyciła się
krawędzi umysłu i pozwoliła prawie o sobie zapomnieć. Zasnąłem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki