IIMasz mój łuk
Maria wyobrażała sobie piekło dosyć często, szczególnie w ostatnich dniach, ale żadna z jej wizji nie przewidywała wielkiej stacji metra. Kiedy przeszły z Tiffany przez olbrzymie, masywne, a przede wszystkim naprawdę stare wrota spodziewała się tam zastać różne rzeczy: kotły ze smołą, diabły z widłami i rogami, kręgi piekielne, cholera, nawet Dantego w objęciach Wergiliusza, ale nie tłumu na podziemnej stacji, kolorowych reklam i właśnie nadjeżdżającego nowoczesnego wagonu. Owszem, wagon okazał się wypchany do oporu różnokształtnymi demonami, a na peronie tłok był jak w japońskim metrze w godzinach szczytu, ale jednak...
A potem zerknęła na towarzyszkę i szczęka opadła jej do końca. To nadal była Tiffany, ale, no, nie dało się ukryć, że nie była człowiekiem. Koło Marii stały dobre cztery metry postawnej kobiety o lśniącej złotem skórze i karłowatych skrzydłach. A właściwie kilku ich parach, ciemnych, poruszających się delikatnie na niewyczuwalnym wietrze.
- Uhhh - wydobyło się z gardła Marii, której funkcje poznawcze właśnie ogłosiły strajk generalny i odmówiły dalszej współpracy. - Yyyy...
Nefilimka złapała ją za przedramię i popchnęła gdzieś w bok, w kierunku czegoś, co wyglądało jak wbudowany w ścianę automat biletowy.
- No, tutaj zostać nie możemy, musimy się przemieścić, przegrupować, ogarnąć - mruknęła Tiffany, pochylając się jeszcze bardziej i rozkładając skrzydełka, by zyskać nieco przestrzeni osobistej.
- Co do cholery? Gdzie my jesteśmy? - wydusiła w końcu Maria pełne, choć krótkie zdania, kiedy Tiffany, chyba nieco bardziej przytomna niż ona, zasłoniła ją przed oczami tych wszystkich rogatych, kolczastych, łuskowatych i wyrośniętych stworów, które właśnie wysypały się z pociągu na jeden z wielu peronów. - Gdzie kotły?
- Jakie kotły? - zdumiała się nefilimka.
- No, takie ze smołą i w ogóle...
Tiffany zamrugała.
- Och... No tak... Dobra, znajdźmy jakieś spokojniejsze miejsce, gdzie nas nikt nie zobaczy i na szybko sobie to przegadamy. - Popatrzyła po swoim ubraniu, które też zmieniło się przy przejściu. Szczęśliwie, bo inaczej, zupełnie jak Hulk, zostałyby na niej tylko strzępy ludzkiej odzieży. Teraz miała na sobie złotą tunikę i luźne spodnie do kostek. Wyciągnęła delikatnie dłoń przed siebie i przez chwilę skupiała się nad czymś z przymkniętymi oczami. Nareszcie w jej palcach zmaterializowała się jakaś olbrzymia, ciemna płachta. Zarzuciła ją sobie na ramiona, po czym sięgnęła w stronę Marii.
- Wybacz, ale muszę cię schować, nie możesz tu tak sobie paradować.
- Jasne. - Maria niechętnie, ale się zgodziła i już po chwili zniknęła pod ciężkim materiałem, który prawie zupełnie ograniczył jej pole widzenia. Co z jednej strony przyjęła z ulgą, bo trochę ją to wszystko, co działo się wokół, przytłaczało, ale z drugiej nie przybyła tu, by chować się pod pachą mechaniczki samochodowej.
Tymczasem Tiffany po chwili zastanowienia przycisnęła kilka guzików, maszyna zawibrowała, plumknęła i wypluła dwa kwadratowe żetony.
- W sumie bez sensu, skoro udaję, że jestem sama - westchnęła, obracając je w palcach. - No nic, może się przydadzą.
- Czym zapłaciłaś? - zdumiała się Maria, starając się choć trochę podglądać, co działo się na dworcu, kiedy Tiffany odwróciła się ostrożnie, by popatrzeć na elektroniczną tablicę.
- Przed chwilą wyczarowałam dwa metry kwadratowe wielbłądziej wełny, uważasz, że nie zrobię tego samego z walutą Dominium? Dobra, wsiadamy do drugiego wagonu, wygląda na w miarę pusty - rzuciła Tiffany i, chwytając Marię mocniej, pomknęła do właśnie nadjeżdżającego pociągu. Wpadła przez drzwi i usadowiła się na samym końcu wagonu, tak żeby mieć wszystkich na oku. Na szczęście w ich przedziale była tylko jakaś koźlogłowa niewiasta ze stadkiem koźlątek, całkiem ludzko wyglądający mężczyzna w garniturze (nie licząc czerwonych oczu bez źrenic i płonącego psa na smyczy) oraz jakiś pokurcz o ciele świni i twarzy buldoga.
"Tfu, mordzie" - poprawiła się w myślach Maria, naciągając opończę na głowę i łypiąc jednym okiem przez szparę.
- Możemy gadać? - szepnęła, zastanawiając się, czy Tiffany ją usłyszy.
- Mhm - odpowiedziała tamta. - Najwyżej wezmą mnie za wariatkę. Albo opętańca, co tutaj pewnie jest na porządku dziennym.
- O... okej - mruknęła Maria. - Czyli... jesteśmy w piekle?
Tiffany ledwo zauważalnie pokiwała głową.
- Dlaczego wygląda... no, tak jak wygląda? Inaczej je sobie wyobrażałam - szeptała lekko nerwowo Maria.
Nefilimka wzruszyła ramionami.
- Też się trochę zdziwiłam, ale to może kwestia mieszkańców?
- Hę? - Maria nie do końca rozumiała, co Tiffany ma na myśli.
- Wiesz, trafiło tu na pewno sporo geniuszy i wynalazców, a w ostatnich latach zaczęli umierać astrofizycy, informatycy, inżynierowie, technicy i architekci nowej generacji, którzy w Mundi nie mieli już sił albo środków, by wprowadzić swoje idee w życie, a sprzedali swe dusze dla nauki. Tutaj... - Tiffany obróciła się lekko, by wyjrzeć przez okno, jako że właśnie opuścili tunel i pociąg wypełniło lekko fioletowe, jasne światło. - Tutaj wszystko jest możliwe. Nowe pole doświadczalne. Demoniczna siła robocza. I magia.
Maria także przekręciła się nieco w bok i wyjrzała przez szybę.
- O - wykrztusiła, widząc strzeliste, geometryczne kształty, wirujące lśniące czerwienią serpentyny dróg, schody i windy wijące się jak kod DNA, szklane kule wystające ze ścian i wieżowce pnące się tak wysoko, że nie widziała sklepienia nad nimi.
- Coś czuję, że ten wasz cały Szem, czy jak go tam, drugi król, z przyjemnością wysłał Kindreda do pilnowania sytuacji wśród ludzi i dopiero wtedy ruszył z tym całym rozwojem, bo gdyby to od Kindzia zależało, byłoby tu tylko błoto, strzechy i dorożki zaprzężone w konie ogniste - mruknęła Maria, przysysając się mocniej do szyby. - Naprawdę jesteśmy pod ziemią?!
- Co?
- No, piekło, pod ziemią...
Tiffany zachichotała, nerwowo zasłaniając usta i spoglądając na zaciekawione koźlątka.
- No skąd. Piekło, Dominium, Otchłań, jakkolwiek nazwiemy to miejsce, nie znajduje się pod ziemią. Technicznie nie znajduje się chyba nawet na Ziemi, w każdym razie takiej, jaką znasz. Czekaj, tu wysiądziemy. - Tiffany chwyciła poły opończy i zaciągnęła je mocno, przytrzymując Marię, po czym wypadła z wagonu i przez chwilę gdzieś szybko dreptała, kompletnie ignorując fakt, że Maria nic nie widzi, a na dodatek ma kompletny mętlik w głowie. Jak to nie były nawet na Ziemi? To gdzie niby?!
- No! - Nefilimka usiadła gwałtownie i lekko rozpostarła okrycie. - Myślałam, że Kindred ci powiedział.
- O czym niby? Poza tym to Kindred! Znasz Kindreda? Nie no, oczywiście, że nie znasz, bo nie gadałabyś tak głupio - oburzyła się Maria, wyczołgując się na coś, co chyba było trawą. - Gdybyś go znała, wiedziałabyś, że Kindred nic i nikomu nie mówi! Wedle mojej dotychczasowej wiedzy piekło jest na dole, a niebo na górze. Tak mi pokazywaliście! - Wciąż na czworakach rozejrzała się dokoła. Znajdowały się... hm, chyba można było uznać, że w parku. Średniej wielkości parku usadowionym planistycznie między olbrzymimi, smukłymi i lśniącymi w fioletowo-czerwonym blasku wieżowcami. W ogóle dużo wokół było fosforyzujących burgundów, srebrzystych granatów, jaskrawych bladoróżów, jakby znajdowały się jednocześnie pod wodą i w kosmosie. A i drzewa - bo to co je otaczało, to chyba był jakiś lokalny odpowiednik drzew - wyglądały raczej jak masywne ukwiały, wodorosty, glony czy inne algi, falując miękko całymi swoimi ametystowo-koralowymi pniami, a może i ciałami, cholera wie.
- Ukwiały robią tak samo, niby człowiek myśli, że roślina, a tu, bah! Zwierzę! Jezuu, czuję się jak po LSD... - Maria przesunęła wzrok na Tiffany, która również wyglądała dość dziwnie, z tą złotą skórą i skrzydłami, ale jednak, no, była bardziej normalna, niż to wszystko dookoła. Co wiele mówiło o samej Marii i jej obecnej definicji "normalności".
- Jakie ukwiały? - zapytała nefilimka zdumiona, przestając obserwować pusty park i gapiąc się na towarzyszkę, jakby to jej wyrosły dodatkowe kończyny.
- Nieważne. Wróćmy do kwestii tego, gdzie jesteśmy i że nie jesteśmy na Ziemi. To niby gdzie?!
Tiffany rozejrzała się jeszcze raz, sprawdzając, czy nikt ich nie obserwuje, ale nie, poza mijającymi je w pewnej odległości wagonikami kolejnego pociągu i sunącymi po jednej z serpentyn samochodopodobnymi pojazdami w pobliżu nie było nikogo. Chyba mogły zebrać myśli i chwilę pogadać.
- No... tak jakby obok. - Tiffany się zamyśliła. - Wiesz... to, co uznajesz za niebo i piekło, dla mnie jest Szaddaj i Otchłanią, a dla Kindreda Dominium i... prawdopodobnie czymś niecenzuralnym... wybacz dygresję. Znaczy, do nieba nie dostaniesz się po bardzo wysokiej drabinie, a do piekła kopiąc bardzo głęboki dół. Pod ziemią jest tylko piach, glina, skały, płynny środek, jądro Ziemi, a potem drugi raz skały, glina i Australia. Albo ocean, jak nie wycelujesz. A my przed chwilą przeszłyśmy w bok. Istnieją... jakby to określić... szczeliny. Pęknięcia. O, wiem, międzywymiarowe portale i tunele czasoprzestrzenne. - Tiffany uśmiechnęła się szeroko, jakby określenia naukowe i w ogóle nazwanie tego wszystkiego miało rozjaśnić Marii w głowie. No więc tego nie zrobiło.
- Portale i tunele? Gdzie my jesteśmy, w Gwiezdnych wrotach? - Maria miała wrażenie, że mózg jej zaraz wybuchnie. - Chcesz mi powiedzieć, że wy wszyscy jesteście kosmitami?!
- Nie bardziej niż ty.
- Nie bardziej niż... Słucham?!
- Żyjesz w kosmosie dokładnie tak samo jak ja. Więc jeśli ja jestem kosmitką, to ty też - powiedziała Tiffany ze spokojem, jaki dawało jej obserwowanie świata przez kilka tysięcy lat.
- Dobra, dosyć, nie chcę tego wiedzieć - powiedziała Maria stanowczo, po czym łypnęła na Tiffany i zanim zdołała się powstrzymać, zapytała: - Czy są jeszcze jakieś inne przejścia niż do nieba i piekła? Nie wiem, do jakichś magicznych lądów? Wróżki, jednorożce...
- Jednorożce to akurat żyły u was, czy też u nas, na Ziemi, ale z tego, co się orientuję, już wyginęły - odparła jej towarzyszka. - A jeśli chodzi o wróżki typu pixie, mówię o takich małych i skrzydlatych, to nie ma do nich przejść, bo nie istnieją.
Maria odetchnęła, a Tiffany dodała:
- I tak, istnieje szczelina, jeśli mówimy o takich dużych i wrednych. Typu faerie. Fey.
- Fae...?
- Jasne, możemy zostać przy fae.
Maria zamrugała. Potem zamrugała bardziej. I zerwała się z miejsca, z trudem powstrzymując wrzask. Przetarła twarz dłońmi, złapała się za kark i przez chwilę odprawiała taniec-wygibaniec, cały czas starając się nie krzyczeć, by nie zwrócić czyjejś uwagi. W końcu wytupała większość swojej frustracji, gniewu i niedowierzania, opuściła ręce wzdłuż ciała i stwierdziła ponuro:
- Udam, że po prostu tego wszystkiego nie słyszałam. Skupmy się na tym, po co tu przybyłyśmy. Jak, do jasnej cholery, znajdziemy w tym demonicznym La Défense - tu wskazała nowoczesne geometryczne budownictwo - jedną porwaną nastolatkę?
- Dowiedzmy się najpierw, kto tak naprawdę zabił Shemyazaza. - Tiffany też wstała. - Posłuchajmy plotek. Kto wie, może to nas nakieruje na jakiś trop...
Przy braku jakiegokolwiek planu ten brzmiał całkiem sensownie, więc Maria z westchnieniem wpakowała się z powrotem pod opończę. Tiffany przytrzymała ją w pasie i tak, lekko zgięta, ruszyła z powrotem w kierunku cywilizacji, starając się zachować kamienną twarz, gdy spod ciężkiego materiału dobiegało utyskiwanie w rodzaju: "Fae srae, i co jeszcze?".
* * *
Przesiadły się raz, potem drugi, błąkając się po peronach i nadstawiając ucha, jednak badanie bezpośrednie nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Postanowiły więc, konsultując się w zaułku, że znajdą lokalne media, bo w tak rozwiniętym świecie musiała prężnie działać jakaś sieć informacyjna.
- A jak to nie zadziała, znajdziemy mojego ojca - powiedziała Tiffany. - Będzie to na pewno bardzo dziwne spotkanie, ale w końcu dopuszczałam do siebie możliwość, że tak się to skończy. Nawet jeśli nam nie pomoże, to chociaż powie, przeciwko czemu dokładnie stajemy.
* * *
Podążający za Marią i Tiffany Yves Renaud od razu ściągnął na siebie spojrzenia bywalców lokalu. Naczynia zamarły w połowie drogi do ust, piana z nalewanego właśnie piwa przelała się kelnerce przez krawędź kufla, gdzieś huknęły wypuszczone nieopatrznie drzwi.
Yves zignorował tę dziwną atmosferę i jak po sznurku skierował się tam, gdzie jeszcze niedawno przechodziły prowadzone przez ochroniarza Tiffany z Marią. Jednak tym razem stojący w korytarzu mężczyzna z tatuażem przedstawiającym trzygłowego psa pokręcił w milczeniu głową.
- Chcę przejść dalej - zażądał Yves, zaciskając pięści.
- Ludziom wstęp wzbroniony - usłyszał w odpowiedzi niski, zachrypnięty głos. Strażnik zaryglowanych podwójnych drzwi splótł ręce na nagiej piersi.
- Wystarczająco daleko upadłem od człowieczeństwa - sarknął Yves. - Otwieraj drzwi!
- Ludziom. Wstęp. Wzbroniony. - Tym razem z gardła strażnika wydobył się pierwotny warkot.
- Przed chwilą jeden człowiek tu wszedł! - Yves czuł, że traci cierpliwość. - Sam widziałem, do jasnej cholery!
- To nie był człowiek. To był dobytek - odpowiedział spokojnie mężczyzna. - A teraz wynocha.
- Nie ruszę się stąd, będziecie musieli mnie wyrzucić! - wrzasnął Yves, szykując się do ataku.
* * *
- Wyrzucili mnie! - skarżył się kilka godzin później, przykładając do opuchniętej, posiniaczonej twarzy owiniętą ręcznikiem torbę z lodem.
Siedząca przed nim Gloria wydawała się zupełnie niewzruszona tą haniebną sytuacją. Popijała herbatę z filiżanki z różowej porcelany, siedząc przy niewielkim, białym stoliku. Poza nią w herbatce uczestniczył również wielki puchaty miś z wydłubanymi ślepiami i wychodzącą z dziur watą oraz porcelanowa lalka o oczach szklanych i tak pustych, że Yves nie wiedział, które z tej trójki jest najbardziej przerażające i odstręczające zarazem. A jednak znowu tu wrócił. Znowu pracował dla aniołów za niepewną i mglistą obietnicę, że zwrócą mu Emily i dziecko.
- Cierpliwości - odpowiedziała Gloria, sięgając po ciasteczko. - Kiedy nasz plan się powiedzie, wrota do Otchłani staną przed tobą otworem i będziesz mógł tam wchodzić i wychodzić jak pan, kiedy tylko najdzie cię taka ochota. - Upiła łyk herbaty. - A na razie mam dla ciebie kolejne zadanie.
Zadania i misje, właśnie z tego składało się teraz życie Renauda. Sama praca, zero przyjemności. I zero nadziei.
- Słucham - mruknął ponuro.
- Będziesz miał kolejną osobę do śledzenia poza tą śmieszną blondynką. Tylko ostrożnie, bo ta może ci wyrwać głowę razem z płucami. - Podała mu fotografię przedstawiającą ładną rudą kobietę o wąskich ustach, w dosyć nieokreślonym wieku, tak gdzieś między trzydzieści a trzysta. - Tylko obie będą musiały najpierw opuścić Otchłań. No, chyba że nie wszystkim się uda, wtedy skupisz się na tych, co przeżyli.
Yves westchnął. Gdyby wiedział, że jego niewątpliwie nadnaturalny talent do wyśledzenia każdego i wszędzie tak się przyda, zatrudniłby się w FBI. Przynajmniej mieli jakiś pakiet emerytur czy coś na odchodne. I większość agentów przeżywała, by z tych benefitów skorzystać...
* * *
W czasie, gdy Tiffany i Maria próbowały ogarnąć jakikolwiek sensowny plan działania, plan Michaela rozwijał się jak piękny kwiat. W kilku miejscach domu pochował szałwię, dołączył się do sprzątania i całą kuchnię umył do błysku wodą święconą (napełniając nią przy okazji regularnie czajnik), a teraz zastanawiał się, z pomocą którego demona wywołać odpowiedni chaos. Przy okazji wybrał się na przebieżkę wokół rezydencji, by sprawdzić, czy jego działania miały jakikolwiek wpływ na barierę. Słońce powoli skrywało się za horyzontem, a zmierzch sprzyjał realizowaniu różnych planów - w końcu o takiej porze nie wiadomo, czy coś się widziało czy tylko przywidziało. Szczególnie wśród drzew i krzaków, gdzie każdy cień mógł urastać do czegoś o wiele groźniejszego.
"Valac nie" - myślał Michael, bo tylko idioci mruczą pod nosem swoje niecne plany, gdy ktoś może ich podsłuchać. - "Nikt by nie uwierzył, że zaatakował mnie dzieciak od wyszukiwania skarbów. Leraje byłby niezły, ale zostawię go sobie na później, demoniczny łucznik zawsze może mi się przydać... Może Furfur?" - Obejrzał się za siebie, czy nikt go nie śledzi, po czym ruszył szybszym truchtem, nadal kątem oka zerkając na niewidoczną dla śmiertelników barierę. - "Tak, Furfur będzie idealny. Teraz tylko muszę naszykować potrzebny sprzęt..." - uznał po kolejnych kilku minutach przebieżki. Nie mógł wezwać demona na terenie Kindreda, ale tuż poza nim jak najbardziej. I to właśnie planował zrobić. Musiał wzbudzić w Kindredzie niepewność, że to miejsce jest nadal bezpieczne. Zmusić go do działania: opuszczenia rezydencji albo generalnego przeglądu barier. A wiadomo, jak z każdym ustrojstwem, najlepszym sposobem na sprawdzenie poprawności działania jest realizacja porady: "A próbował pan wyłączyć i włączyć?". Kiedy to się stanie, Michael będzie miał Kindreda w garści.
Uśmiechnięty od ucha do ucha dokończył trening, z przyjemnością zauważając delikatne zmarszczki na idealnie gładkiej do tej pory barierze, po czym wciąż zziajany wpadł do kuchni, w której gospodarował James i rzucił:
- Co na obiadokolację? Umieram z głodu!
* * *
Pedanteria była straszliwą wadą, poza momentami, kiedy okazywała się wielką zaletą. Tym razem Michael wybitnie doceniał uporządkowanie Jamesa i fakt, że wszystkie demoniczne sigile z Lemegetonu króla Salomona były poukładane alfabetycznie i ślicznie mieściły się w jednej, choć sporej, skórzanej walizce. A wepchnąć siedemdziesiąt dwa demony do walizki to w końcu nie lada wyczyn. Ciekawe, ile to dawało piekielników na metr kwadratowy...?
"Foras, Forreus..." - Przesuwał palcem po okrągłych glinianych pieczęciach. - "Focalor, Furcas, no, jest! Furfur!" - Wyciągnął pieczęć i zrobił odbitkę w kupionej w miasteczku masie do odcisków, po czym przetarł i ostrożnie odłożył oryginalny sigil na miejsce. Po czym ze spokojem zaczął grzebać dalej, uznając, że za jednym zamachem przygotuje sobie dalsze etapy planu. Po kolejnych dwudziestu minutach przeglądania pieczęci i odbiciu jeszcze kilku z nich zamknął walizkę. Odciski wsunął do kieszeni szarej, powyciąganej bluzy, mając nadzieję, że kopie mu wystarczą. Wolał nie zostawiać po sobie śladów, bo przecież pierwsze co zrobi Kindred, to przyleci do swojego gabinetu, by sprawdzić, czy mu ktoś nie zajumał walizki - no bo w końcu Furfur musiał się jakoś pojawić. Dlatego Michael zamknął ją dokładnie i odłożył w miejsce, w którym ją znalazł: między złotą dłoń przykrytą przykurzoną szklaną kopułą a stertę jakichś na wpół rozsypujących się zwojów. Sprawdził jeszcze raz, czy odciski ukryte są bezpiecznie w kieszeni, po czym podszedł do drzwi, ostrożnie wyjrzał na korytarz i cichutko zamknął je za sobą. Jedno z głowy. Teraz musiał jeszcze przywołać demona, zabić demona i... No, potem jakoś pójdzie. Miał tylko nadzieję, że pół jeleń, ćwierć anioł i ćwierć bógwieco nie będzie za ciężki, bo Michael niestety będzie go musiał kawałek przenieść i to tak, by nie zostawić śladów. No, ale czego się nie zrobi dla uzyskania odpowiednich efektów?
Zszedł po schodach, wziął piwo z lodówki, po czym zajrzał do salonu, gdzie siedzieli jego dwaj smutni towarzysze i głośno oświadczył, że idzie po drewno, dopóki nie jest zupełnie ciemno.
- Mhm - usłyszał zamyślone mruknięcie Kindreda, więc uznał, że przekaz dotarł i wyszedł na dwór, tupiąc głośno. Podszedł do pieńka, na którym zwykle rąbał drewno, sprawdził, czy siekiera jest przygotowana, odstawił piwo i, zerkając na dom, czy nikt go nie śledzi, rzucił się w kierunku bramy. Kilka minut później, nieco zdyszany wypadł poza teren objęty barierą Kindreda i zanurzył się w gęstym lesie.
Teoretycznie powinien rozrysować krąg przywołań, zabezpieczyć wszystko solą, świecami, blablabla, ale, po pierwsze, Furfur był od niego o wiele słabszy i nic nie mógł mu zrobić, a po drugie, Michael potrzebował demona na zewnątrz kręgu, więc tworzenie go zwyczajnie mijało się z celem.
Dlatego wyciągnął sigil, ścisnął go delikatnie w dłoni, pilnując, by nie zniszczyć wzoru i zaczął mruczeć pod nosem inkantację przywołania. Odbitka się rozjarzyła, rozgrzewając lekko, a potem powietrze delikatnie zafalowało i jakby pękło, wypluwając na wilgotną ziemię skrzydlatego pół-jelenia, z racicami, dłońmi, rogami i ludzkim torsem, kubek w kubek jak na ilustracji w grimuarze.
Michael nie tracił czasu na dogłębne zastanawianie się nad anatomią demona, tylko wziął zamach i zanim Furfur zdołał zogniskować na nim spojrzenie, przywalił mu w łeb długą, kostropatą gałęzią. Dla pewności poprawił jeszcze jednym łupnięciem w skroń, po czym, sprawdziwszy, czy demon jest wystarczająco nieprzytomny lub już martwy, zarzucił go sobie na plecy i - sprawdzając, czy raciczki nie ciągną się po ziemi zostawiając bruzdy - ruszył z powrotem w kierunku domu Kindreda, starając się nie stękać po drodze.
* * *
Myjący naczynia James najpierw usłyszał krzyk, potem jakby świst zakończony uderzeniem i głośne, głuche łupnięcie. Wyskoczył na korytarz w sięgających do łokci żółtych gumowych rękawiczkach, wciąż pokrytych pianą, i prawie wpadł na wychodzącego z salonu Kindreda.
- Też to słyszałeś? - zapytał Kindred, wyciągając fajkę z ust.
James tylko pokiwał głową, a potem zerknął na ciemność zapadającą za oknem. I wrzasnął, podskakując wysoko, gdy drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie, waląc w ścianę i odłupując kawałek tynku. A potem krzyknął jeszcze raz, choć ciszej, gdy w progu, oświetlony słabą żarówką, stanął zakrwawiony Michael, ściskający w ręku odrąbaną głowę olbrzymiego rogatego jelenia.
- Co do chole... - zaczął Kindred oburzony. - Zakrwawisz mi dywanik!
Michael popatrzył najpierw na Kindreda, potem, jakby zaskoczony na wciąż kurczowo ściskany łeb, a na końcu na wspomniany dywanik. Po czym zamachnął się i wyrzucił głowę w mrok. Łupnięcie się powtórzyło, choć jakby cichsze.
- Mamy problem - oświadczył.
- Owszem! Jak nie doliczą się swoich jeleni w Lac Taureau Regional Park, będziemy mieć problem! - zgodził się Kindred bez wahania. - Co cię opętało?!
- Mnie? - Michael wydawał się szczerze zgorszony. - To on mnie napadł, kiedy kręciłem się koło pieńka do rąbania drewna! I całe szczęście, że tam, bo miałem się czym bronić, inaczej to nie jego a moje zwłoki leżałyby przy drewutni. I wypraszam sobie insynuacje, że zamordowałbym Bambi bez powodu, ten miał skrzydła! I ręce! Było ciemno, a ten sukinsyn przestraszył mnie na śmierć!
- Chyba na swoją śmierć - burknął Kindred i zamilkł, kiedy dotarło do niego znaczenie reszty słów. - Zaraz. Ręce? - Odłożył fajkę na rzeźbiony stolik i szybkim krokiem ruszył na dwór. James, po chwili wahania, potruchtał za nim, już czując, że gumowe rękawiczki przydadzą mu się nie tylko do mycia naczyń i wycierania blatów. A Michael, cóż, Michael pogratulował sobie w myślach i skreślił kolejny punkt z listy.
A najlepsze, że zabawa się dopiero zaczynała.
* * *
Kiedy Kindred i James wrócili do domu po oględzinach trupa, Michael zdążył już umyć ręce i szyję, na której odkrył plamki krwi, oraz przebrać się w czysty podkoszulek. Stał na środku kuchni, z miską w jednej ręce i zakrwawioną bluzą w drugiej i wyglądało na to, że intensywnie nad czymś myślał.
Podniósł spojrzenie na wchodzących do kuchni mężczyzn i z miną totalnego niewiniątka zwrócił się do Jamesa:
- Nie wiesz, czym sprać krew z ubrania?
- Zimna woda utleniona i sól - odpowiedział James, nagle znajdując się na znajomym terenie sprzątania. Nawet jeśli była mowa o krwi. - Ewentualnie sok cytrynowy.
- Świetnie! - Michael wrzucił bluzę do miski, podniósł kciuk i odwrócił się w kierunku zlewu. - Jakoś to połączę w takim razie. Lubię tę bluzę, nie chciałbym jej stracić.
- Czy możesz na chwilę zostawić ten cholerny ciuch i skupić się na kwestii, że koło domu leży demoniczne truchło? - warknął Kindred. - Skąd ono się tam wzięło?
- Truchło, obawiam się, wyprodukowałem ja. W celu samoobrony. Gdyby jeleń zaczął cię nagle dusić, też byś tak zareagował, a miałem pod ręką siekierę... - zaczął Michael, zerkając za siebie i nie przestając namaczać materiału. - Natomiast skąd wziął się przy domu? - Wzruszył ramionami i sięgnął po sól. - Pojęcia nie mam.
- Musiał się zaczaić, ale dlaczego zaatakował Michaela? - zastanowił się James.
- Nie mógł się ot tak przyczaić, nie miał prawa tu wejść! - wściekł się Kindred.
- Może bariera puściła? - zapytał James, a Michael, wyciskając cytrynę i wyciągając pestki z miski, uśmiechnął się pod nosem. Nie on to powiedział.
- Z. Barierą. Jest. Wszystko. Dobrze - wycedził Kindred. - Zamknijcie na noc drzwi i okna. Idę do siebie. - Skierował się w stronę wyjścia z kuchni i dalej ku schodom. - Muszę pogrzebać w księgach, nawet nie wiem, co to za demon. Nigdy wcześniej nie miałem z nim styczności. Dlaczego, na wszystkich książąt Dominium, postanowił nas nagle zaatakować i jak w ogóle się tu znalazł? - Wciąż mamrocząc, zaczął się wspinać na piętro.
James i Michael zostali sami.
- Pomóc ci z tym? - zapytał James, patrząc na blondyna pochylonego nad zlewem.
- Nie, dzięki, dam sobie radę, nie mam już pięciu lat - zapewnił Michael. - Ale w sumie zgłodniałem, zjadłbym coś.
- Kanapki czy coś na ciepło?
- W sumie to cokolwiek...
- Chyba zostało trochę leczo z wczoraj.
- Leczo!
* * *
O ile plan Michaela rozwijał się, cóż, zgodnie z planem, o tyle Tiffany i Maria zaczynały mieć ostro pod górkę. Owszem, udało im się dojechać do czegoś, co można było uznać za dzielnicę biznesową: wysokie wieżowce, uporządkowany ruch komunikacyjny, jakieś ozdobne, choć chyba mięsożerne rośliny w donicach i mnóstwo świetlistych, ciekłokrystalicznych ekranów.
- Do tej pory miałam wrażenie, że skręciłam w niewłaściwą rzeczywistość i trafiłam do urban fantasy, ale to jest jakieś pieprzone SF... - dobiegło marudzenie spod opończy, kiedy Tiffany stanęła pod ścianą, by nikt na nią nie wpadł i dumała nad tym, co dalej. Jak w tym nieszczęsnym Dominium mają znaleźć Bandit? Albo, co pewnie będzie łatwiejsze, ojca Tiffany?
Odpowiedź na to drugie pytanie przyszła, całkiem nieoczekiwanie, właśnie spod okrycia.
- Patrz, tamten z czterema rękami chyba wyszukuje coś na jednym z tych ekranów. Wygląda zupełnie jak mapka ze sklepami w centrum handlowym. Ekran, nie ten gość.
- Uhu. - Tiffany zmrużyła oczy, żeby lepiej widzieć. - Rzeczywiście coś w tym może być.
Poczekały chwilę, aż czteroręki demon oddali się w swoją stronę, wymachując czerwoną walizką ze skóropodobnego materiału, po czym podeszły do ekranu. Kiedy Tiffany nieśmiało puknęła palcem w półpłynny ekran, ten rozświetlił się i ich oczom ukazał się napis: "WITAJ W CENTRUM BIZNESOWYM 666". Pod napisem pojawiła się nagle wyjątkowo ohydna morda, podpisana: "Pracownik miesiąca: Belzebub, Starszy Specjalista ds. Much, Opętań i Egzorcyzmów". A jeszcze niżej zamigała uśmiechnięta buźka i ramka do wyszukiwania, dodatkowo oznaczona strzałką z napisem: Znajdź pracownika.
- To nie może być takie proste - powiedziała Tiffany, podnosząc dłoń, by uruchomić klawiaturę. Po czym zamarła w pół ruchu. - Kogo właściwie szukamy?
Maria przewróciła oczami. No tak, gdyby tylko wiedziały, kto właściwie porwał Bandit...
- Zacznijmy od twojego ojca, a potem zerkniemy na tego całego Zagama - powiedziała scenicznym szeptem, bo miała wrażenie, że ktoś kręci się za ich plecami.
- Mhm. - Tiffany potwierdziła, że komunikat dotarł i zaczęła wpisywać: "Za-za-e'il".
Głośne pingnięcie rozległo się tak nagle, że Tiffany wzdrygnęła się zaskoczona.
"Nie znaleziono" - odpowiedział system, migając ostrzegawczo żółtą ramką.
- Dobra, to może tak... - Tiffany wpisała inną formę tego samego imienia: "Azazel".
To samo głośne, natarczywe pingnięcie.
- Może tu nie pracuje? - dobiegło spod opończy.
Tiffany westchnęła, zirytowana kolejnym problemem i wpisała w wyszukiwarkę "Zagam".
Tym razem ekran rozbłysnął łagodną zielenią i pojawiło się zdjęcie nawet w miarę ludzko wyglądającego mężczyzny, nie licząc oczywiście takich drobiazgów jak bycze rogi wyrastające z głowy czy brązowe skrzydła mogące należeć do orła albo gryfa.
- Całkiem przyjemny dla oka - zauważyła Tiffany odruchowo, po czym przeczytała opis:
- "Prezydent Dominium, Samodzielny Inżynier Sprzeczności i Pojęć Abstrakcyjnych. Budynek B, piętro czterdzieste drugie, pokój 4667".
- Zawsze coś. Hej, a wpisz Kindreda! - ponownie dobiegło spod okrycia.
Tiffany uśmiechnęła się krzywo.
- Nie sądzę, by był na liście pracowników centrum biznesowego, jeśli jest królem. Poza tym to nie jest jego prawdziwe imię, więc pewnie nie ma go w żadnym sensownym systemie.
- Jak to nieprawdziwe? - zdumiała się Maria. - A jakie jest?
Tiffany wzruszyła ramionami.
- Na pewno nie Kindred, bo, zapewniam cię, w Dominium nie ma żadnego smoczego demona o takim imieniu.
- A masz jakieś podejrzenie, jakie jest jego prawdziwe imię? - Maria się ożywiła, przypominając sobie, że, o ile wyjdzie z tego wszystkiego żywa, to znając imię Kindreda, będzie go mogła przywołać. Nie, żeby aż tak się za nim stęskniła, ale przywołać znaczy też odesłać, a jak odesłać to może i uwięzić? Byłby na pewno o wiele mniej wkurzający, gdyby mogła go postawić w jakimś magicznym pudełku koło paprotki na parapecie. Może nawet od czasu do czasu wytarłaby kurz z utrzymujących go w zamknięciu pieczęci...
Jej marzenia na jawie zostały gwałtownie przerwane, kiedy ktoś nagle szarpnął Tiffany za ramię. Okazało się jednak, że nie tak łatwo odwrócić półanioła, szczególnie wtedy, gdy ten nie chce zostać odwrócony. Tiffany twardo stała w miejscu, zaciskając zęby.
SCHOWAJ SIĘ - Maria usłyszała wyraźny głos wewnątrz swojej czaszki. Zamrugała zaskoczona, nie wiedząc, co właściwie się dzieje. Czyżby wszystkie anioły, także te częściowe, miały dostęp do ludzkich umysłów? Do tej pory myślała, że to tylko taka sztuczka Michaela...
SCHOWAJ SIĘ! - Natarczywy rozkaz Tiffany połączony z lekkim rozluźnieniem opończy był wystarczającą sugestią, że Maria wszelkie rozmyślania powinna odłożyć na później, a teraz po prostu usłuchać.
Zsunęła się częściowo po materiale opończy, a częściowo po nodze nefilimki i przeturlała pod masywną plazmową tablicę, zamierając. Dopiero wtedy Tiffany odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z trzema mundurowymi strażnikami. Byli naprawdę masywni, chyba nawet wyżsi od Tiffany, naturalnie granatowi i w sumie przypominali dziwne połączenie goblina i japońskiego y?kai, o których Maria dowiedziała się podejrzanie dużo w czasie, kiedy mieszkała drzwi w drzwi z Harukim.
- W czym mogę pomóc? - spytała tymczasem anielica, z powrotem ciaśniej owijając się opończą.
- Dokumenty.
- Nie zdążyłam wyrobić - odpowiedziała z kamiennym spokojem Tiffany. Po czym pokazała na wyświetlacz za sobą. - Właśnie szukam odpowiedniego urzędu. Dopiero tu przybyłam.
- Powód przyjazdu?
- Odwiedzam rodzinę.
- Dane kontaktowe.
- Azazel - odpowiedziała Tiffany.
To wreszcie, choć tylko lekko, wytrąciło strażników z formalnego drylu.
- Azazel? - powtórzył jeden z nich.
- To mój ojciec - dodała Tiffany. - Może panowie mi wskażą, gdzie mogę wyrobić dokumenty, żeby móc się przemieszczać po Dominium bez problemu?
- Panienka pójdzie z nami - zarządził najwyższy z trzech demonów. - Sprawdzimy dane i wtedy - tu nastąpiła krótka pauza - ewentualnie odtransportujemy panienkę w miejsce docelowe.
- A nie możecie mi po prostu wskazać drogi i każdy pójdzie w swoją stronę? - Nefilimka wzięła się pod boki, pokazując przy okazji, że pod okryciem nie ma broni, paczek ani innych przemycanych elementów, typu żywi ludzie.
- Nie. Mamy żółty stan alarmowy. Wszystkie podejrzane...
- O, stało się coś? - zdumiała się Tiffany. - Nic nie słyszałam.
- Tym bardziej nie powinna panienka tu sama chodzić. Żyjemy w niebezpiecznych czasach. - Ten sam najwyższy demon chwycił nefilimkę pod ramię, mocno i stanowczo, pokazując wyraźnie, że wszelka dodatkowa dyskusja zwyczajnie mija się z celem. - Zapraszam.
Tiffany zmarszczyła nos, niezadowolona.
POCZEKAJ TU NA MNIE. NIGDZIE SIĘ NIE RUSZAJ. WRÓCĘ, JAK TYLKO BĘDĘ MOGŁA - puściła myśl w stronę Marii, a na głos powiedziała:
- No trudno, jak mus to mus. A ten żółty alarm to...
Maria przewróciła oczami. Ta półanielica nie miała pojęcia, o czym mówi. Jeśli Maria tu zostanie, rozpłaszczona pod wyświetlaczem, to bardzo szybko stanie się rozpłaszczonymi ludzkimi zwłokami. Dlatego postanowiła zacząć działać na własną rękę i przejść od razu do "Planu I". I jak improwizacja. Ewentualnie idiotka. To okaże się z czasem. Ale wychodziła z założenia, że akurat w przypadku piekła miał rację Churchill, mówiąc: "Jeżeli idziesz przez piekło, nie zatrzymuj się, idź dalej. Wszystko się kiedyś kończy". A ona chciała przejść przez to, wcale nie metaforyczne piekło jak najszybciej.
Dlatego przymknęła oko, wężowym ruchem wysunęła duszę spod wyświetlacza i wpełzła w najbliżej stojącą osobę. Czyli do tej pory milczącego Strażnika Numer Trzy.
- Ja tu jeszcze zostanę - powiedziała zdumiewająco tubalnym głosem. - Rozejrzę się po okolicy.
- Jak tam chcesz - odpowiedział ten środkowy i obaj oddalili się z oglądającą się od czasu do czasu przez ramię Tiffany. Strażnik Numer Trzy odmachał jej, jakby znali się jak łyse konie, po czym schylił się po coś, co leżało na ziemi, wsadził sobie to do kieszeni i raźno odmaszerował w stronę Budynku B.
* * *
Michael, zachęcony tym, jak dobrze rozwijał się jego plan, ruszył w kierunku bramy, po czym skręcił na lewo w lasek, gdzie już wcześniej przyzywał demona. Tym razem przyda mu się krąg, bo nie potrzebował całego demona do dalszego planu. Tym razem tylko gromadził broń. Owszem, teoretycznie powinien pozbywać się świadków, ale nie zamierzał już długo tutaj zabawić, więc uznał, że jeśli plotka się rozejdzie, to i tak będzie za późno. A wtedy będzie mu to nawet na rękę. W końcu zanim dojdą, po co mu ta cała demoniczna broń...
Przyklęknął na ziemi, rozgarniając liście i rozrysowując niewielki krąg ślicznym różowym sprayem, kupionym chyba jeszcze przez Bandit w St. Michel. Po co jej był, Michael nie miał pojęcia, może do udekorowania pokoju. Nie pchał się tam, to nie wiedział, jak wygląda wnętrze jej sypialni. Choć może powinien, żeby sprawdzić, czy mała nie knuje czegoś na własną rękę...
Chwilowo porzucił jednak te rozmyślania i dokończył krąg, po czym wyciągnął z kieszeni odbitkę sigila markiza Leraje, wyjątkowo wkurzającego demona powodującego kłótnie i odpowiadającego za gangrenę w ranach łuczniczych. I głównie ta ostatnia kwestia interesowała Michaela: jego demoniczny łuk. Resztę markiza mógł odesłać do Otchłani. W całości lub w kawałkach. Obie opcje pozostawały otwarte, byleby nie miał go na głowie tutaj.
Zajęty mamrotaniem inkantacji nie zwrócił uwagi na cichy i w sumie typowy odgłos przejeżdżającej po głównej drodze ciężarówki. W końcu jakaś droga musiała tutaj istnieć, żeby mogli z niej skręcać do rezydencji w głębi lasu. Więc, no cóż, zignorował dźwięk silnika. Nikt nie jest idealny.
Przyzwanie poszło bez problemu, krąg zajaśniał lekko i w środku lasu pojawił się nieco zaskoczony, wysoki, elegancki, ubrany w zieleń łucznik. Odruchowo poprawił kołczan przewieszony przez plecy i zapytał z podejrzanie brytyjskim akcentem:
- Co jest?
- Dawaj łuk. - Michael nie bawił się w konwenanse.
- Słucham?
- Łuk - wycedził Michael, zerkając na zegarek. Powinien już wracać, żeby nie wzbudzać podejrzeń swoimi przydługimi wędrówkami, a musiał jeszcze schować broń w jakimś bezpiecznym miejscu. - Albo, ujmę to dosadniej, to jest napad, łuk albo życie - dodał, widząc, że demon nie jest specjalnie skory do współpracy.
Piekielny wielki markiz tylko bardziej kurczowo zacisnął palce na łęczysku.
- Nie!
- Słuchaj... - Michaela zaczęła otaczać delikatna, złotawa poświata. Od powrotu ze szpitala nie był sobą. A może raczej był sobą nieco za bardzo. Charakter wpływał mu na wygląd jak wredota stereotypowemu rudzielcowi. - Dopiero co sprałem krew z jednej bluzy i naprawdę nie mam tyle dobrych ubrań, by codziennie czyścić inne z posoki. Poza tym to już byłoby podejrzane. Dawaj ten cholerny łuk i strzały. - Wyciągnął rękę. - Albo zabiorę go z twoich stygnących zwłok. Ta kwestia nie podlega negocjacjom.
Leraje skrzywił się wyraźnie i bardzo, ale to bardzo niechętnie zaczął ściągać kołczan. Poderwał głowę, gdy dosłyszał trzask gałązki.
Michael równie prędko zerknął przez ramię i dojrzał między drzewami stojącego w bezruchu, zszokowanego i obładowanego zakupami Jamesa. Michael nie przypominał sobie, żeby James pojechał do miasta. Torby były firmowe. Znajdowali się niedaleko bramy. Ciężarówka dostawcza. Zakupy z dowozem. Jakim cudem James nauczył się zamawiać żarcie z dowozem? Kiedy i od kogo? No tak, jakiś czas mieli przecież w drużynie Harukiego, mistrza niewychodzenia z domu i zamawiania wszystkiego przez Internet. Oraz bardzo szybkie łącze zamontowane przez Japończyka w rezydencji. Cholernik nauczył Jamesa zakupów w sieci... Te wszystkie myśli przeleciały przez głowę Michaela w ciągu sekundy, góra dwóch. Uśmiechnął się promiennie do obładowanego zakupami mężczyzny, wciąż wyciągając rękę po łuk trzymany przez stojącego w kręgu demona. Nadal świecąc anielskim blaskiem. Westchnął i odezwał się przepraszająco, chwytając broń.
- Obawiam się, że to jest dokładnie to, na co wygląda - przyznał z rozbrajającym uśmiechem. - Strzały - dodał, zerkając na demona. - Potem możesz spadać.
Leraje dosyć trafnie rozpoznał sytuację, w której się znalazł i przeanalizował, że nie opłaca mu się kłócić, choćby dla własnego zdrowia. Bez słowa oddał kołczan i zniknął z cichym pyknięciem. Podobna analiza przebiegła chyba w głowie Jamesa, tylko że ten w odpowiedzi upuścił zakupy tam, gdzie stał i rzucił się do ucieczki w stronę rezydencji. Byle dotrzeć do Kindreda.
Michael bez pośpiechu przerzucił kołczan przez ramię, sprawdził cięciwę i spojrzał w niebo. Blask na polance wzmógł się jeszcze trochę, a potem mężczyzna zniknął w świetle i łopocie skrzydeł.
* * *
James biegł przez las, jakby goniły go wszystkie psy piekielne. Albo, co właśnie do niego docierało, jeden dwulicowy anioł. Nie, żeby James miał do tej pory dużo do czynienia z tym gatunkiem, ale był w stanie rozpoznać takiego, kiedy prawie na niego nadepnął. Zdumiało go raczej, że wszyscy wokół byli tak bardzo ślepi. Michael, no... wyglądał anielsko. Poza tym, do jasnej cholery, przedstawił im się z imienia! Michael Malakh, posłaniec, anioł. Szlag, to by oznaczało, że nie był to normalny anioł. I to w drużynie Kindreda, króla Dominium. Jak mogli być aż tak ślepi?! Rzucił na nich jakiś czar? A może po prostu wykorzystał fakt, że najciemniej jest pod latarnią i nikt normalny nie uzna za możliwe, że w drzwiach władcy piekieł stanie archanioł, mówiąc: "Cześć, jestem archaniołem Michałem, dołączę do waszej drużyny, więc wpleć moją energię w swoją barierę, okejka?". Przecież to było aż nazbyt absurdalne... Ale teraz zostali z nim sami, a ten wzywał demony na prawo i lewo i załatwiał z nimi jakieś interesy... Do diabła, przecież to samo Szaddaj mogło stać za przewrotem w piekle... Jak mogli być tak ślepi??
Wszystkie te myśli kotłowały się w głowie Jamesa, gdy biegł przez las do rezydencji, skracając sobie drogę na wskroś krętej dojazdowej alei. I wszystko szło dobrze, dopóki, oglądając się nerwowo za siebie, nie wywalił się jak długi, potykając się o jakiś wystający korzeń. Na moment stracił oddech, poczuł, jak kolano pali go żywym ogniem, ale szybko podniósł się na klęczki, ponownie zerkając za siebie.
Nic. Cisza. Potworna, przerażająca cisza i ani śladu Michaela. Czyżby udało mu się go zgubić...?
* * *
W tym samym czasie Michael spokojnie przycupnął na grubej gałęzi starej sekwoi i przez chwilę patrzył, jak James zbiera się z ziemi i, wciąż na czworakach, rozgląda się w popłochu, wypatrując pogoni. Nie dostrzegł jej i na jego twarzy odmalowała się pewna ulga. Michael poprawił się na gałęzi i naciągnął cięciwę wciąż trzymanego łuku.
- Gruchu, gruchu, gołąbeczku - powiedział i wypuścił demoniczną strzałę, która trafiła idealnie w sam środek jeszcze sekundę wcześniej szaleńczo bijącego małego ludzkiego serca.
Michael z gracją spłynął z gałęzi i stanął na ziemi. Złociste skrzydła zamigotały, zgasły i zniknęły, jakby nigdy ich tam nie było. Mężczyzna strzepnął z ramienia nieistniejący pyłek, założył jasny kosmyk za ucho i niespiesznie, tym razem na piechotę, ruszył w kierunku bramy, żeby pozbierać zakupy. Szkoda, by się zmarnowały.
Po drodze upchnął łuk w jakiejś dziupli, krzywiąc się nieco, że znowu przyszło mu modyfikować plan. Chciał użyć tego łuku w zupełnie innych okolicznościach, no ale teraz efekt zaskoczenia szlag trafi, kiedy Kindred znajdzie zwłoki Jamesa. A znajdzie je na pewno. Więc łuk już się Michaelowi na nic nie przyda. Westchnął i otworzył w umyśle właściwą szufladę zawierającą jego plan. Przez chwilę przeglądał mentalne foldery, szukając odpowiedniej modyfikacji. Wreszcie znalazł swoje wewnętrzne notatki, przejrzał je szybko i schował, po czym wycofał się ze swojego umysłu.
- A tak - mruknął, wychodząc na ścieżkę. - Wilki.
* * *
Siedzący na głazie na skraju polany Alexander patrzył na to wszystko z szeroko otwartymi ustami. Gdyby nie był stuletnim duchem, pewnie pożałowałby, że nie ma popcornu, bo taki film akcji nie trafił mu się tu jeszcze nigdy, a miał spore doświadczenie w obserwowaniu otaczającego go kawałka świata.
Jego zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy facet ze skrzydłami zniknął między drzewami, a przy świeżych i jeszcze ciepłych zwłokach coś się poruszyło. Choć może raczej lepsze określenie to "w zwłokach". Nieco przezroczysta, słaba i migotliwa dusza Jamesa powoli podniosła się z ziemi i zszokowana popatrzyła na do niedawna swoje ciało.
- Co... - zaczął słabo, patrząc to na zwłoki, to na swe półprzezroczyste ręce.
- Witaj w klubie - dobiegło zza jego pleców. Kiedy James odwrócił się gwałtownie, dostrzegł siedzącego na kamieniu młodego mężczyznę w eleganckim i raczej pamiętającym poprzednią epokę stroju. - Jestem Alexander, a ty jesteś bardzo martwy - dodał tamten. - Aha, możesz mi mówić Al.
- Al...
- Bardzo dobrze. Przyzwyczaisz się z czasem. Będziesz miał teraz bardzo dużo czasu.
- Musimy ostrzec Kindreda! - zawołał James. - Jest w niebezpieczeństwie!
- Na dwoje babka wróżyła - mruknął Alexander. - Jeśli ten twój złoty chłoptaś na niego poluje, może sobie połamać na nim zęby. Kindred jest jak karaluch, przetrwa wszystko. Poza tym nie mamy jak go ostrzec - dodał, widząc, że James zaczyna iść w stronę domu. - Nie widzi nas. No i tam nie dotrzesz, jesteś uwięziony w pobliżu swoich zwłok.
- A gdzie są twoje? - spytał słabo James, który zaczął już rozumieć, co się właśnie wydarzyło.
Al poklepał głaz pod swoim tyłkiem.
- Może Maria tu przyjdzie. Powiemy Marii, co się dzieje i... - zaczął.
- Znasz Marię? - przerwał mu James.
- Mhm. Często tu do mnie wpada. Choć ostatnio jej nie widziałem.
James usiadł przy swoich zwłokach i ukrył twarz w dłoniach.
- Maria jest w piekle - powiedział niewyraźnie. - I nie wiem, czy uda jej się wyjść stamtąd cało...
- Oj - zmartwił się Al. - Cholera, szkoda. Lubiłem ją. Ostatnio nawet sprawiła, że znów poczułem się żywy... - Westchnął głośno i objął się ramionami. - To nic nie poradzimy - powiedział. - Ech... - Westchnął ponownie. - Maria...
* * *
Maria też nie wiedziała, czy uda jej się wyjść z tego cało. Na razie jednak śmiało maszerowała przed siebie.
"Budynek B, piętro czterdzieste drugie, pokój 4667" - powtarzała w myślach, podchodząc kilka minut później do eleganckich półprzezroczystych wind. Sprawdziła rozpiskę pięter i nacisnęła guzik. Nadal nikt nie zwracał na nią uwagi. Znalazła sobie kryjówkę idealną, wewnątrz umundurowanego strażnika, robiącego dosyć stanowczym krokiem obchód dzielnicy biurowej.
- To idzie, kurde, za prosto - mruknęła do siebie, kiedy drzwi windy otworzyły się i weszła do pustego przestronnego wnętrza. - Coś się rypnie. Coś się rypnie. Coś się tak rypnie, że ja pierdolę, tylko jeszcze nie wiem co.
Winda dojechała na jedenaste piętro, wydała z siebie zachęcające "ping!" i rozsunęła drzwi, ukazując równie pusty, czysty i elegancki korytarz. Strażnik prowadzony przez Marię jak - nie przymierzając - mech bojowy przez bardzo zdeterminowanego pilota ruszył sztywno przed siebie, tupiąc ciężkimi buciorami po jasnym chodniku. Maria naprawdę miała nadzieję, że nikt się do niej nie przyczepi za zostawienie szarawych śladów.
Jednak poza roomboidalnym kształtem, który wypadł zza rogu, strasząc ją prawie na śmierć, by małymi szczoteczkami posprzątać po jej przejściu, na korytarzu nadal nikt się nie pojawił. Albo budynek był pusty jak w najgorszym horrorze (dopóki nie okazywał się nie tak do końca pusty), albo wszyscy grzecznie siedzieli w swoich pozamykanych biurach i świat poza nimi po prostu dla nich nie istniał. A może mieli jakąś demoniczną przerwę na lunch?
Maria maszerowała, obserwując rosnące numerki na mlecznobiałych drzwiach.
"4663" - odliczała w myślach, patrząc na prawo. - "4665". - Dotarła do końca korytarza i stanęła przed drzwiami z poszukiwanym przez nią numerem. - No, jest 4667.
Nabrała głęboko powietrza i zmówiła krótką modlitwę o litość do dowolnego bóstwa, które akurat miało ochotę jej wysłuchać.
"Pukać? Wejść bez pukania? Jak wejdę i na kogoś wpadnę, to mam przesrane. Jak zapukam i ktoś mi otworzy, to co powiem? Że... że sprawdzam, czy wszystko w porządku, bo dotarło do nas zgłoszenie" - uznała, nie precyzując, jaki typ zgłoszenia miałby to być. Podniosła umięśnioną rękę o granatowym odcieniu skóry i zagiętych pazurach, po czym zapukała.
Nic.
Zapukała drugi raz, a nie doczekawszy się reakcji, nacisnęła klamkę.
Drzwi były otwarte.
- Jezu, teraz to już na bank jestem pewna, że coś się rypnie. Napięcie mnie zabije, zanim rzeczywiście to się zdarzy - jęknęła Maria głosem demona, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi. Znalazła się w przestronnym, jasnym gabinecie.
W którym nie było nikogo.
Ani Zagama. Ani, niestety, Bandit. Nie, żeby Maria miała choć promyk nadziei, że potencjalny morderca wujka Szema i równie potencjalny porywacz Estelle będzie trzymał porwaną w swoim firmowym biurze. Szczególnie że ten konkretny piekielnik podobno nie należał do nazbyt potężnych, ale za to okrutnych i inteligentnych. Maria miała szczerą nadzieję, że nigdy go nie spotka. Ale jak już tutaj była i nie miała żadnych innych śladów, to równie dobrze mogła przejrzeć półki i szuflady. Może akurat na coś trafi?
Popatrzyła po półkach, pomacała ściany, zajrzała za nieliczne obrazki, przetrząsnęła kilka książek leżących na parapecie (widok z jedenastego piętra na Dominium dosłownie zapierał dech w piersiach), po czym zaczęła przeglądać szuflady biurka. Nic ciekawego, nic ciekawego, płaska butelka z czymś, co prawdopodobnie było tutejszym odpowiednikiem alkoholu, trochę papeterii, nic ciekawego, ochrystepanieohyda, nic ciekawego i jeszcze trochę papierów. Przejrzała wszystkie szuflady i rzeczy na biurku, ale cały czas coś nie pozwalało jej odejść od tego cholernego mebla. Obmacała krzesło i zajrzała dla pewności również pod nie. Pomacała blat od spodu. Coś, co wreszcie udało jej się określić jako "szepty", nadal szeleściło w okolicy biurka. Maria westchnęła i otworzyła drugie oko. Przytrzymała strażnika w pozycji na wpół schylonej koło mebla, wygrzebała się z jego głębokiej kieszeni i wyskoczyła na miękki dywan. Szepty jakby się wzmogły. Biurko z tej perspektywy było naprawdę potężne. Czuła się jak zmniejszona Alicja, która krążyła po Krainie Czarów. Spojrzała w lewo, w prawo, w końcu przykucnęła i zlustrowała mebel z pozycji, w jakiej najlepiej szuka się grzybów. I wreszcie to dojrzała. Pewną nierówność. Niewielki wypukły prostokąt koło jednej z nóg. Podeszła tam i z pewnym wysiłkiem oderwała płaskie pudełko wielkości jej obu dłoni. Obejrzała je, po czym truchtem wróciła do kieszeni. Czuła, że powinna stąd znikać, zanim właściciel biura wróci. Szczególnie że zamierzała mu podiwanić coś z pewnością bardzo cennego.
Nie miała pojęcia, dlaczego to robi, ale to pudełko ją autentycznie przyzwało. Nie będzie się z nim kłócić.
Strażnik, którego ciało opętała, (haha, człowiek opętał demona w piekle, rzeczywistość przerastała każdą fikcję) wyprostował się, po czym ruszył do drzwi. Już po chwili maszerował korytarzem w stronę wind. A pilotująca go Maria, wciąż ściskając w dłoniach pudełko, zastanawiała się: co dalej? Nie miała żadnych punktów zaczepienia. Może rzeczywiście powinna wrócić na dół i poczekać na Tiffany? Przydałby jej się choć jeden cholerny znak mówiący, co ma robić...
Potężny wybuch wstrząsnął całą okolicą, szkło posypało się na zszokowaną i wystraszoną Marię, a siła wybuchu rzuciła nią o ścianę. Dobrze, że jej oryginalne ciało było bezpiecznie ukryte, bo czuła, jak po ciele strażnika spływają setki małych strumyczków krwi z pociętej szkłem skóry. Próbowała wstać w jego ciele, które - lekko ogłuszone - odmawiało współpracy. Usłyszała tupot stóp, trzask otwieranych drzwi i ktoś chwycił ją pod masywne ramię.
- Rusz się, do cholery! - usłyszała władczy głos, gdy ów ktoś stawiał ją do pionu. - Co się stało, do jasnej cholery? Nawet na chwilę nie można wyjść na fajkę?
Maria wreszcie zogniskowała wzrok na swoim, no, powiedzmy, że wybawcy.
- Musimy stąd uciekać! - dodał demon, ciągnąc ją w stronę schodów.
Maria, wciąż w ciele otępiałego i na wpół ogłuszonego strażnika, potykając się, truchtała za nim, nie wiedząc, na której myśli się skupić. Główna z nich brzmiała: "Już nigdy nie poproszę o wyraźny znak od wszechświata, nigdy, nigdy, nigdy!".
Tak. Wybuch zdecydowanie jej zaszkodził. A Zagam, Prezydent Dominium, Samodzielny Inżynier Sprzeczności i Pojęć Abstrakcyjnych prawdopodobnie ją dobije, jeśli odkryje, że tak naprawdę to Maria ukrywa się w kieszeni prowadzonej przez niego na wpół bezwładnej marionetki, a chwilę przed atakiem przegrzebała mu biuro i go okradła.
I dopiero w okolicy piątego piętra, wciąż pędząc w dół na łeb na szyję, przebiła się do niej myśl trzecia:
"Ktoś przeprowadził zamach w samym środku Dominium".