W cieniu Golgoty - Ryszard Lenc

Kup ebooka

30.00 zł
24.00 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. ŚWIT

W roku 28 cesarzem był Tyberiusz. Judea była wtedy pod protektoratem cesarskiej prowincji Syria, jej zarządcą - prefektem był Poncjusz Piłat1. Galilea wchodziła w skład tetrarchii Heroda Antypasa, syna Heroda Wielkiego. Życiem religijnym Żydów w Judei kierował arcykapłan Świątyni jerozolimskiej, którym był wówczas Józef Kajfasz, zięć Annasza, byłego najwyższego kapłana. Kajfaszowi doradzała rada, Wielki Sanhedryn. Wyznawcy judaizmu mieszkający w diasporze słuchali zaleceń arcykapłana, choć nie miał on nad nimi władzy wykonawczej.

Jezus syn Józefa opuścił Galileę, gdzie nauczał i czynił cuda, i poszedł do Judei. Był tu - jak mówią Ewangelie synoptyczne - raz, a według Ewangelii Jana trzy razy. Po zdradzie Judasza ujęto Jezusa i zaprowadzono na przesłuchanie Sanhedrynu, a stamtąd przed oblicze namiestnika Piłata.

Arcykapłani

"Ludzi grubym sznurem, którym się opasuje, bił po goleniach i głowach. I niszczył. Stoły i ławy połamał, ptaki z klatek powypuszczał, baranki, nasze śliczne jednoroczne baranki uwolnił, tak że połamały nogi i potraciły rogi. I na co nam takie zwierzęta? Jak takiego baranka pokażesz Najwyższemu? Wstyd i hańba. "Odwrócę od nich swoje oblicze, a wtedy rabusie zbezczeszczą mój skarb [...]"2 Tak, tak, Kajfaszu, Pan odwróci oblicze. I pieniądze rozsypał, jakby to był piasek, na ziemię. Kupcy i bankierzy boją się teraz tam wrócić. Ludzie zaczęli szemrać, że stawki wymiany nie takie jak trzeba, że stary arcykapłan - znaczy się: ja - interes z synami kręci, miast modły wznosić i patrzeć, jak lud Panu ofiary pokornie składa. Ale jak składać, gdy drachmy i denary to pieniądz nieczysty i tylko tyryjskie szekle są miłe Panu? Ale jak składać, gdy na podorędziu nie masz zwierząt na ofiarę?

Synowie już obliczyli straty, do dzisiaj jest... gdzieś to mam zapisane na tabliczce... no trudno, w każdym razie - niemało, niemało. Więc trzeba z tym szybko skończyć. Mówiłem - będzie tylko kłopot. Wiem, że to bluźnierca, że fałszywy Mesjasz, że Przybytek chciał burzyć, wiem, wiem, ale policz tylko te straty. Już za same szkody w Świątyni powinien iść pod kamienie. Ale nam teraz nie wolno. Trzeba do namiestnika.

A jakże się ma moja Maria? Który to miesiąc, Kajfaszu? Już siódmy? Zatem wkrótce doczekam się kolejnego wnuka. Dbaj o moją córkę, dbaj, a nie pozwól, by jadła zbyt dużo słodyczy. Na wieczerzę paschalną zajdźcie trochę wcześniej. O kwotach wymiany chciałbym zamienić dwa słowa. Trzeba odrobić straty. Wracając do tego Jezusa - mówię to jako były nadzorca świątynnej straży - taki mam zamysł, żeby..."

Kajfasz skończył okręcać zawój, poprawił poły płaszcza i talit, przygładził brodę, wyrównał mocno skręcone pejsy. Znów będą się za nim oglądać. I mężczyźni, i kobiety. Już świta, niebo na wschodzie rozjaśnia się, zdmuchnął lampki. Zabiorą teraz Galilejczyka do prefekta. Niech go osądzi i skaże. Pascha u Annasza będzie dobra i spokojna jak zawsze. Jak zawsze w rodzie Setiego.

Dwunasty

Obudziło go przenikliwe zimno. Noc przespał pod progiem jakiegoś niewysokiego domu, przykryty wojłokiem. Dobre i to. Drżąc, wkręcił się mocniej w cuchnącą płachtę. Wkoło grasuje Agrat i chmara jej demonów. Gdzie on teraz jest? Na Dolnym, blisko muru, którego zarys nad nim majaczył, i chyba daleko od bram. Ptaki zaczynały się odzywać, granatowe niebo szybko szarzało, wkrótce wzejdzie słońce. Zaczął sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Ile potem wypił? Tyle, żeby zapomnieć. Za mało. Usiadł, rozejrzał się. Jeruzalem jeszcze śpi. Wyjadające resztki jedzenia z ulic i śmietników psy przebiegły między domami. I cisza. Pomacał nabrzmiałą sakiewkę przy pasie. Do tej pory miał w niej wspólne pieniądze, a teraz to były jego własne. Przyjemnie je mieć, a jeszcze przyjemniej byłoby znów przeliczyć. Rozglądnął się znowu. Nic, nikogo.

Wysypał monety na duży płaski kamień. Piękne są, we wschodzącym słońcu skrzą się i mienią. Teraz są żółte, jakby uczynione ze złota. Jak rzymskie aureusy. Widział kiedyś taką monetę. Patrzył z niej stary cesarz. Z tych cesarz co prawda nie patrzył, ale i tak wyglądały ładnie. Ile denarów za nie dostanie? Liczył to już, ale warto sprawdzić jeszcze raz. Tak po kursie świątynnym wychodzi, że sto dwadzieścia, może nieco więcej. Tyle, co żołd legionisty za cztery miesiące. Tyleż samo mozolnej pracy najemnika. Cztery miesiące życia. Ćwiartka chleba, wino, oliwa, jakiś ser. Można jeść, spać i na dziewkę wystarczy. Wspólnota, bywało, miewała więcej. I dwieście się zdarzało. Więc sto dwadzieścia to nie aż tak dużo. Ale i nie tak mało. Dobrze, że nie musi się z nikim dzielić. A mogło być inaczej... Lepiej już o tym nie myśleć.

Dobiegł go łagodny, znajomy glos:

- Judaszu, pójdź za mną. Judaszu, jesteś jednym z wybranych.

Obejrzał się. Co jest? Nikogo. Monety zamigotały, przyblakły.

- Judaszu, idź do wioski i zapytaj, czy nas przenocują.

Wstał. Żywej duszy. Monety straciły barwę, już nawet nie były srebrne, przypominały teraz liście brzozy. Ukląkł, zaczął je pospiesznie zbierać. Ręce mu drżały. Wydało mu się, że nic teraz nie ważą.

Usłyszał:

- Judaszu, ludzie są głodni, idź do wioski i kup nam chleba i ryb, oliwę i wino.

Napełnił sakiewkę.

Dotknął jej, raz i drugi. Była znów pękata, ale dziwnie miękka.

Znów głos:

- Judaszu, moje królestwo nie jest z tego świata. Ale nie smuć się, Judaszu. U kresu ja będę przy tobie.

W powietrzu rozszedł się zapach nardowego olejku. Poczuł krople zimnego potu na czole.

- Nieprawda! Nakłamałeś nam, oszukałeś. Nie tak miało być. A dwanaście tronów? Gdzie one?! - krzyknął.

Głos odbił się echem:

- Judaszu, będę przy tobie, pamiętaj. Dziś i przy końcu świata. Przebaczam ci, Judaszu. Choć ludzie nie przebaczą nigdy.

Wstał, słońce go oślepiło, w uszach dudniło, ruszył ku bramie w oddali.

Prefekt

Niewolnica ogoliła go dokładnie, osuszyła twarz, wklepała pachnidło, zaczesała włosy, skropiła je wonnością. Niewolnik włożył mu buty, zasznurował i zaczął układać fałdy togi.

Zamyślił się. Jak każdego poranka. Sejan, jego protektor, nie ma już chyba tej pozycji co kiedyś, a on wciąż tu siedzi. Czasem tak robią dla żartu, żeby człowiek drżał jak osika i lękał się każdego nadejścia cesarskiej poczty. Gdy cię mają pod butem, za bardzo się ruszyć nie możesz. Czy to już, czy wzywają do Rzymu, a może w liście jest wprost polecenie zadania sobie śmierci. Czasem każą przyjechać, po czym relegują z Miasta - wysyłają bez rodziny na jakąś skalistą, jałową wysepkę, na której tylko stada kóz się pasą i Neptun czasami cwałuje. Co i tak nic nie oznacza, bo po roku, a nawet dwóch, do brzegów przybija statek, a w nim posłaniec z wyrokiem, setnik i ósemka żołnierzy, cesarskich siepaczy, którzy przepłynęli pół Morza po to tylko, by zadać wygnańcowi śmierć. Która ma wyglądać na samobójstwo, tak lepiej. Cóż, że ten pogodził się już z utratą majątku, rodziny, godności, już się przyzwyczaił, że budzi go szum morza, a nie gwar miasta, że nie pójdzie dziś do term albo do cyrku, lecz na kamienistą plażę, nie będą wokół niego krążyć piękne kobiety, a skrzeczące wniebogłosy ptaki, że palium, a nie toga jest jego przyodziewkiem. Cóż, że przemyślał czyn zawiniony - lub nie - i wszystkie głupstwa już dawno z niego uleciały. Wyroki losu są inne. Losu nie zmienisz. On też nie zmieni. Może być okrutnikiem, mieszać krew pielgrzymów z krwią ich ofiar, kpić sobie otwarcie z ich wierzeń, a może być dobrym gospodarzem, takim, co to rozumie potrzeby poddanych cesarskich. Bez różnicy. Będzie, jak ma być.

Tyberiusz ma zasadę, że długo trzyma namiestników prowincji. "Chcę, by moje owce były strzyżone, a nie obdzierane ze skóry", co znaczy: na początku się nachapałeś, więc potem będziesz rządzić roztropnie. On przecież jakoś szczególnie nie kradł. Ucho, wszechobecne ucho doniosło, że od początku o skarb cesarski dba. Więc może dlatego? Świątynię, Tiberieum, wzniósł boskiemu augustowi w Cezarei nad Morzem i ofiarował mieszkańcom. To może dlatego? Niby ponury Tyberiusz tego nie lubi, ale każdy łasy jest na pochlebstwa. A może mały erotyczny obraz Parrasjosa z młodymi chłopcami, który dostał od tego zabawnego Greka i posłał go na urodziny Najdostojniejszemu, który, jak wieść niesie, bardzo lubi takie malowidła i wiesza je w swoim gabinecie. Czy to nie dlatego? Przebiegłych magów i bożych szaleńców Piłat chronicznie nie znosi, a przecież - co powszechnie wiadome - także Tyberiusz od zawsze jest magii i nowym, obcym kultom przeciwny (o Trazyllosie trudno myśleć, astrologia to wiedza, nie magia, nie wróżenie)3. Tak, to pewnie dlatego tu go jeszcze trzymają. Cóż, westchnął, w końcu go odwołają, ale może jeszcze nie teraz. Może jeszcze trzy, cztery lata będzie tu prefektem? Kto jest blisko Jowisza, jest blisko pioruna. Tyrani łaskawsi są dla ludzi wyróżniających się, jeśli ci wybierają życie w ukryciu. Więc musi trzymać się Judei jak najdłużej. I nie dać się sparaliżować strachowi.

Doszedł go harmider dobiegający sprzed Pałacu. Spojrzał pytająco na Kwintusa, który stanął na progu.

- To Żydzi, panie. Przywlekli człowieka i chcą, byś go osądził. To Galilejczyk, rabbi, nauczyciel. Twierdzi, że jest Mesjaszem, Bożym Pomazańcem, czy coś takiego. Oni tu nie wejdą, panie. Jak wiesz, dziś Pascha, staliby się nieczyści i nie mogliby zasiąść do świątecznej wieczerzy. Proszą, byś do nich wyszedł. Ten człowiek, zdaje się, nie mówi ani po grecku, ani po łacinie, więc będę tłumaczył. Naftali, jak zawsze, spisze protokół. Wyjdź, panie, dziś Pascha, mrowie ludzi, w mieście aż wrze. Na co nam kłopoty?

Prochoros

Dlaczego wciąż mamy kolczugi? W Cezarei w takiej samej pomocniczej kohorcie pancerz to już lorica segmentata, lekka i wygodna, a my wciąż w tych drutach. Słysząc dźwięk trąbki, Prochoros wstał - czy ten podły pies Ruben nigdy nie przestanie chrapać? - rozłożył płaszcz na posłaniu, wygładził, ochlapał twarz w niezbyt czystej wodzie, przestępując z nogi na nogę, podwinął lnianą przepaskę, poczekał w kolejce do naczynia z sikami i teraz ubierał się powoli. Zasznuruje jeszcze sandały i koniec. Jutro wypłucze przepaskę - mocno już zażółcona i śmierdzi. Przydałoby się zdobyć coś pod głowę do spania. Szyja bolała go coraz bardziej od leżenia na twardym.

Powoli wstawał dzień. Wziął miskę, wygarnął z niej gęste resztki wczorajszej zupy - "nic się nie może marnować" - przez wąski korytarz przeszedł do dużej izby, gdzie dawali jedzenie, stanął w drugiej, tym razem dłuższej kolejce, zjadł jęczmienną papkę, do której - rzecz niebywała - kucharz wkroił kawałki jakiegoś tłustego mięsa, popił cienkim winem i leniwie zszedł na plac pod wieżą. Oficerowie piją rano tylko zimną wodę, a jedzą około południa. Jak tak można wytrzymać? Rozejrzał się, większość ludzi już była. Jego drużyna powoli formowała szyk. Stanął za tym głupim Rubenem.

Tesserariusz, odpowiedzialny za służby, podszedł teraz do nich.

- Jak zwykle się, łajzy, grzebiecie. Dzisiaj ich wielkie święto, też macie takie u siebie?

Odpowiedź go nie interesowała.

Spojrzał na tabliczkę, wydał polecenie:

- Wy od popołudnia do wieczora, do pierwszej straży nocnej, macie służbę na dachu Świątyni, i patrzycie cały czas na dziedzińce. Każdy niepokojący ruch zgłaszacie natychmiast. I żadnych prowokacji. Za każdy wybryk prefekt karze śmiercią, to wiecie.

- A rano? A co, tesserariuszu, teraz? - zapytał Prochoros.

Może dadzą wolne i będzie można podrzemać gdzieś w kącie, pomyślał.

- Rano jest krzyżowanie. Dwóch bandziorów już czeka. Słyszałem, że Żydzi wloką do prefekta trzeciego. Więc pewno na proces, a jeśli tak, też się nie wywinie. Jeśli będzie trzech do obsłużenia, ludzi się dobierze. Pojedzie z wami setnik. Wiecie, że nie lubi tłumów w mieście i woli czas największej gorączki spędzić za murami. Poza tym to jakiś ichni król. Królowi należy się świta. Na razie biegnijcie do pretorium4. Trzeba obstawić plac, gdyby były zamieszki. Z Żydami nigdy nic nie wiadomo. Pełne uzbrojenie. A pamiętać potem o posce5, by znowu nie brakło. Prochoros, skoroś taki ciekawy wszystkiego, odpowiadasz mi za to. I uwińcie się do godziny dziewiątej6, bo wtedy zaczynacie służbę. Łamać im nogi i już. Więc zabrać pałki z oliwnego drzewa. Dobra, to chyba tyle. - Tesserariusz był wyraźnie znudzony i już znużony mimo rannej pory.

Prochoros wrócił po płaszcz i włócznię, i ruszył z innymi. I taka to zasrana służba. Za dźwiganie ludzi na słupy jeszcze nikt odznaczenia nie dostał. Ani dodatkowych denarów. O, gdyby tak dobrać się kiedyś do świątynnych skarbów. Ile tam złota, srebra i klejnotów. Mówią, że odnalazły się słynne kamienie, które przepowiadają przyszłość. Wystarczyłoby mieć takie dwa kamyki...

Skała

Filip pokiwał głową, napił się wody i ciągnął:

- "Trzy razy wyparłem się Pana, nim kur zapiał", rzekłeś i tak zastygłeś przy ścianie. Jak dawniej byłeś zapalczywy, gwałtowny, tak teraz jesteś odrętwiały i cichy. Szymonie, mówię ci, ty jesteś naszą opoką. Pamiętaj, co ci powiedział: "Ty jesteś Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję wspólnotę moją, a bramy piekielne jej nie przemogą"7. To nic, jeśli dziś umrze, bo umrze z całą pewnością. Zabije go podstępny Sanhedryn pospołu z tym okrutnikiem Piłatem. Oni wydali już wyrok, a on go przybije do krzyża. Ty pierwszy w nim ujrzałeś Mesjasza. Razem z Jakubem i Janem widziałeś, jak stał obok Eliasza, błogosławionej pamięci, i prawodawcy Mojżesza, i jak się przed wami przemienił. Przecież nam o tym mówiłeś. Widziałeś, jak ożywił córkę Jaira, byłeś przy nim na Górze Oliwnej i potem. Straciłeś wiarę, Szymonie? Cóż, że go dzisiaj zabiją. Czy zapomną o nim ci, co go słuchali, co szli za nim wzdłuż i wszerz Galilei? Ubodzy, smutni, głodni i cierpiący? Miłosierni i miłosierdzia łaknący? Ci wszyscy, których uzdrowił, z których wypędził demona? Czy zmieni to coś w naszych sercach? Sercach uczniów, których przygarnął do siebie. No, powiedzże coś wreszcie, synu Jony.

Ten drgnął, szklanymi oczami spojrzał na Filipa. Oblizał suche wargi.

- Ale on zginie, mój bracie. Jak Jan, który chrzcił ludzi w Jordanie. Zginie, a wraz z nim umrze wszystko. Dwa pokolenia przeminą i pamięć o nim rozwieje się jak pył na drodze, gdy mocniej powieje wiatr. Taka jest prawda, Filipie, Bartłomieju, Andrzeju, oni wszyscy giną. Pomódlmy się do Ojca, jak nas kiedyś nauczył. Słońce już wschodzi, pomódlmy się razem, bo to może ostatni raz. - Piotr otarł oczy i wstał.

Maria z Magdali

Poczuła ból w dole brzucha, spojrzała na krew na stopach. Dlaczego właśnie dziś? Przeszła w kąt izby, podciągnęła tunikę, podmyła się, włożyła między nogi bandaż, ścisnęła uda przepaską. Wypłukała usta, przemyła oczy, przeczesała włosy.

Joanna popatrzyła na nią ze współczuciem.

- Słaba jesteś, zjedz coś, Anna ugotowała zupę. Już dnieje. Bardzo tu o nas dbają, to życzliwi ludzie. Witali Pana w Złotej Bramie, gdy w chwale wjeżdżał do Świętego Miasta. Tak, wiedzą już o wszystkim. Józef, mąż Anny, poszedł się wywiedzieć, co i jak. Jeśli chcą jego śmierci, wezmą go do prefekta na sąd. A jeśli chcą tylko ukarać, Rada zbierze się już po szabacie. A może już się zebrała? Nic nie wiemy, ponad to, że straż świątynna zabrała Pana do pałacu Annasza, gdzie go trzymali przez noc. Brat Józefa tam pracuje przy koniach.

- A Szymon Skała, gdzie Szymon? - spytała Maria.

- Był na dziedzińcu u Annasza. Ale nic więcej nie wiem.

- A inni? Andrzej, Filip, Jakub, Bartłomiej, jego najwierniejsi żołnierze?

- O nich też nic nie wiem, Mario.

- A Jan? - pytała dalej.

- Jan jest w sąsiedniej izbie. Pewno jeszcze śpi. Płakał przez całą noc.

- A Szymon zelota? Nikogo się nie bał. Czyżby, jak inni, też uciekł?

- Nie mów tak, Mario. Nie jesteś sprawiedliwa. Wszyscy się bardzo boimy o Pana. Bo nie o siebie przecież.

Maria usiadła i próbowała jeść. Odstawiła miskę.

- Nie mogę, nie mogę nic przełknąć. Masz moją torbę, Joanno? Zajrzyj do niej, wyjmij sakiewkę i przelicz pieniądze. Powinno być jeszcze jakieś sto denarów. I to już koniec. Więcej nie mam i więcej nie będzie. On mi już nic nie da. Tak powiedział. "Gdy z nimi pójdziesz do Jeruzalem, więcej ode mnie już nie dostaniesz. I do Magdali nie wracaj". Co jeszcze mi wtedy rzekł, zostanie przy mnie.

Do izby wszedł Józef. Blade światło sączyło się przez drzwi.

- Zbierajcie się kobiety, prowadzą go do pretorium. Jest źle, są tam arcykapłani i starsi, a wszyscy wyglądają na bardzo wzburzonych. Oskarżają Pana o bluźnierstwo. Przeciw Najwyższemu. No, zbierajcie się, to spory kawałek.

- Zarzuć pelerynę, bo ranek jest zimny. O czym teraz myślisz, Mario? - spytała Joanna.

- O tym, że tej dziwce z Betanii, która mu namaściła stopy, wydłubię oczy, gdy ją kiedyś spotkam. A teraz idziemy, prowadź nas, Józefie.