I. ŚWIT
W
roku 28 cesarzem był Tyberiusz. Judea była wtedy pod protektoratem
cesarskiej prowincji Syria, jej zarządcą - prefektem był
Poncjusz Piłat1.
Galilea wchodziła w skład tetrarchii Heroda Antypasa, syna Heroda
Wielkiego. Życiem religijnym Żydów w Judei kierował arcykapłan
Świątyni jerozolimskiej, którym był wówczas Józef Kajfasz, zięć
Annasza, byłego najwyższego kapłana. Kajfaszowi doradzała rada,
Wielki Sanhedryn. Wyznawcy judaizmu mieszkający w diasporze słuchali
zaleceń arcykapłana, choć nie miał on nad nimi władzy
wykonawczej.
Jezus
syn Józefa opuścił Galileę, gdzie nauczał i czynił cuda, i
poszedł do Judei. Był tu - jak mówią Ewangelie synoptyczne -
raz, a według Ewangelii Jana trzy razy. Po zdradzie Judasza ujęto
Jezusa i zaprowadzono na przesłuchanie Sanhedrynu, a stamtąd przed
oblicze namiestnika Piłata.
Arcykapłani
"Ludzi
grubym sznurem, którym się opasuje, bił po goleniach i głowach. I
niszczył. Stoły i ławy połamał, ptaki z klatek powypuszczał,
baranki, nasze śliczne jednoroczne baranki uwolnił, tak że
połamały nogi i potraciły rogi. I na co nam takie zwierzęta? Jak
takiego baranka pokażesz Najwyższemu? Wstyd i hańba. "Odwrócę
od nich swoje oblicze, a wtedy rabusie zbezczeszczą mój skarb
[...]"2
Tak, tak, Kajfaszu, Pan odwróci oblicze. I pieniądze rozsypał,
jakby to był piasek, na ziemię. Kupcy i bankierzy boją się teraz
tam wrócić. Ludzie zaczęli szemrać, że stawki wymiany nie takie
jak trzeba, że stary arcykapłan - znaczy się: ja - interes z
synami kręci, miast modły wznosić i patrzeć, jak lud Panu ofiary
pokornie składa. Ale jak składać, gdy drachmy i denary to pieniądz
nieczysty i tylko tyryjskie szekle są miłe Panu? Ale jak składać,
gdy na podorędziu nie masz zwierząt na ofiarę?
Synowie
już obliczyli straty, do dzisiaj jest... gdzieś to mam zapisane na
tabliczce... no trudno, w każdym razie - niemało, niemało. Więc
trzeba z tym szybko skończyć. Mówiłem - będzie tylko kłopot.
Wiem, że to bluźnierca, że fałszywy Mesjasz, że Przybytek chciał
burzyć, wiem, wiem, ale policz tylko te straty. Już za same szkody
w Świątyni powinien iść pod kamienie. Ale nam teraz nie wolno.
Trzeba do namiestnika.
A
jakże się ma moja Maria? Który to miesiąc, Kajfaszu? Już siódmy?
Zatem wkrótce doczekam się kolejnego wnuka. Dbaj o moją córkę,
dbaj, a nie pozwól, by jadła zbyt dużo słodyczy. Na wieczerzę
paschalną zajdźcie trochę wcześniej. O kwotach wymiany chciałbym
zamienić dwa słowa. Trzeba odrobić straty. Wracając do tego
Jezusa - mówię to jako były nadzorca świątynnej straży -
taki mam zamysł, żeby..."
Kajfasz
skończył okręcać zawój, poprawił poły płaszcza i talit,
przygładził brodę, wyrównał mocno skręcone pejsy. Znów będą
się za nim oglądać. I mężczyźni, i kobiety. Już świta, niebo
na wschodzie rozjaśnia się, zdmuchnął lampki. Zabiorą teraz
Galilejczyka do prefekta. Niech go osądzi i skaże. Pascha u Annasza
będzie dobra i spokojna jak zawsze. Jak zawsze w rodzie Setiego.
Dwunasty
Obudziło
go przenikliwe zimno. Noc przespał pod progiem jakiegoś
niewysokiego domu, przykryty wojłokiem. Dobre i to. Drżąc, wkręcił
się mocniej w cuchnącą płachtę. Wkoło grasuje Agrat i chmara
jej demonów. Gdzie on teraz jest? Na Dolnym, blisko muru, którego
zarys nad nim majaczył, i chyba daleko od bram. Ptaki zaczynały się
odzywać, granatowe niebo szybko szarzało, wkrótce wzejdzie słońce.
Zaczął sobie przypominać ostatnie wydarzenia. Ile potem wypił?
Tyle, żeby zapomnieć. Za mało. Usiadł, rozejrzał się. Jeruzalem
jeszcze śpi. Wyjadające resztki jedzenia z ulic i śmietników psy
przebiegły między domami. I cisza. Pomacał nabrzmiałą sakiewkę
przy pasie. Do tej pory miał w niej wspólne pieniądze, a teraz to
były jego własne. Przyjemnie je mieć, a jeszcze przyjemniej byłoby
znów przeliczyć. Rozglądnął się znowu. Nic, nikogo.
Wysypał
monety na duży płaski kamień. Piękne są, we wschodzącym słońcu
skrzą się i mienią. Teraz są żółte, jakby uczynione ze złota.
Jak rzymskie aureusy. Widział kiedyś taką monetę. Patrzył z niej
stary cesarz. Z tych cesarz co prawda nie patrzył, ale i tak
wyglądały ładnie. Ile denarów za nie dostanie? Liczył to już,
ale warto sprawdzić jeszcze raz. Tak po kursie świątynnym
wychodzi, że sto dwadzieścia, może nieco więcej. Tyle, co żołd
legionisty za cztery miesiące. Tyleż samo mozolnej pracy najemnika.
Cztery miesiące życia. Ćwiartka chleba, wino, oliwa, jakiś ser.
Można jeść, spać i na dziewkę wystarczy. Wspólnota, bywało,
miewała więcej. I dwieście się zdarzało. Więc sto dwadzieścia
to nie aż tak dużo. Ale i nie tak mało. Dobrze, że nie musi się
z nikim dzielić. A mogło być inaczej... Lepiej już o tym nie
myśleć.
Dobiegł
go łagodny, znajomy glos:
- Judaszu,
pójdź za mną. Judaszu, jesteś jednym z wybranych.
Obejrzał
się. Co jest? Nikogo. Monety zamigotały, przyblakły.
- Judaszu,
idź do wioski i zapytaj, czy nas przenocują.
Wstał.
Żywej duszy. Monety straciły barwę, już nawet nie były srebrne,
przypominały teraz liście brzozy. Ukląkł, zaczął je pospiesznie
zbierać. Ręce mu drżały. Wydało mu się, że nic teraz nie ważą.
Usłyszał:
- Judaszu,
ludzie są głodni, idź do wioski i kup nam chleba i ryb, oliwę i
wino.
Napełnił
sakiewkę.
Dotknął
jej, raz i drugi. Była znów pękata, ale dziwnie miękka.
Znów
głos:
- Judaszu,
moje królestwo nie jest z tego świata. Ale nie smuć się, Judaszu.
U kresu ja będę przy tobie.
W
powietrzu rozszedł się zapach nardowego olejku. Poczuł krople
zimnego potu na czole.
- Nieprawda!
Nakłamałeś nam, oszukałeś. Nie tak miało być. A dwanaście
tronów? Gdzie one?! - krzyknął.
Głos
odbił się echem:
- Judaszu,
będę przy tobie, pamiętaj. Dziś i przy końcu świata. Przebaczam
ci, Judaszu. Choć ludzie nie przebaczą nigdy.
Wstał,
słońce go oślepiło, w uszach dudniło, ruszył ku bramie w
oddali.
Prefekt
Niewolnica
ogoliła go dokładnie, osuszyła twarz, wklepała pachnidło,
zaczesała włosy, skropiła je wonnością. Niewolnik włożył mu
buty, zasznurował i zaczął układać fałdy togi.
Zamyślił
się. Jak każdego poranka. Sejan, jego protektor, nie ma już chyba
tej pozycji co kiedyś, a on wciąż tu siedzi. Czasem tak robią dla
żartu, żeby człowiek drżał jak osika i lękał się każdego
nadejścia cesarskiej poczty. Gdy cię mają pod butem, za bardzo się
ruszyć nie możesz. Czy to już, czy wzywają do Rzymu, a może w
liście jest wprost polecenie zadania sobie śmierci. Czasem każą
przyjechać, po czym relegują z Miasta - wysyłają bez rodziny na
jakąś skalistą, jałową wysepkę, na której tylko stada kóz się
pasą i Neptun czasami cwałuje. Co i tak nic nie oznacza, bo po
roku, a nawet dwóch, do brzegów przybija statek, a w nim posłaniec
z wyrokiem, setnik i ósemka żołnierzy, cesarskich siepaczy, którzy
przepłynęli pół Morza po to tylko, by zadać wygnańcowi śmierć.
Która ma wyglądać na samobójstwo, tak lepiej. Cóż, że ten
pogodził się już z utratą majątku, rodziny, godności, już się
przyzwyczaił, że budzi go szum morza, a nie gwar miasta, że nie
pójdzie dziś do term albo do cyrku, lecz na kamienistą plażę,
nie będą wokół niego krążyć piękne kobiety, a skrzeczące
wniebogłosy ptaki, że palium, a nie toga jest jego przyodziewkiem.
Cóż, że przemyślał czyn zawiniony - lub nie - i wszystkie
głupstwa już dawno z niego uleciały. Wyroki losu są inne. Losu
nie zmienisz. On też nie zmieni. Może być okrutnikiem, mieszać
krew pielgrzymów z krwią ich ofiar, kpić sobie otwarcie z ich
wierzeń, a może być dobrym gospodarzem, takim, co to rozumie
potrzeby poddanych cesarskich. Bez różnicy. Będzie, jak ma być.
Tyberiusz
ma zasadę, że długo trzyma namiestników prowincji. "Chcę, by
moje owce były strzyżone, a nie obdzierane ze skóry", co znaczy:
na początku się nachapałeś, więc potem będziesz rządzić
roztropnie. On przecież jakoś szczególnie nie kradł. Ucho,
wszechobecne ucho doniosło, że od początku o skarb cesarski dba.
Więc może dlatego? Świątynię, Tiberieum, wzniósł boskiemu
augustowi w Cezarei nad Morzem i ofiarował mieszkańcom. To może
dlatego? Niby ponury Tyberiusz tego nie lubi, ale każdy łasy jest
na pochlebstwa. A może mały erotyczny obraz Parrasjosa z młodymi
chłopcami, który dostał od tego zabawnego Greka i posłał go na
urodziny Najdostojniejszemu, który, jak wieść niesie, bardzo lubi
takie malowidła i wiesza je w swoim gabinecie. Czy to nie dlatego?
Przebiegłych magów i bożych szaleńców Piłat chronicznie nie
znosi, a przecież - co powszechnie wiadome - także Tyberiusz od
zawsze jest magii i nowym, obcym kultom przeciwny (o Trazyllosie
trudno myśleć, astrologia to wiedza, nie magia, nie wróżenie)3.
Tak, to pewnie dlatego tu go jeszcze trzymają. Cóż, westchnął, w
końcu go odwołają, ale może jeszcze nie teraz. Może jeszcze
trzy, cztery lata będzie tu prefektem? Kto jest blisko Jowisza, jest
blisko pioruna. Tyrani łaskawsi są dla ludzi wyróżniających się,
jeśli ci wybierają życie w ukryciu. Więc musi trzymać się Judei
jak najdłużej. I nie dać się sparaliżować strachowi.
Doszedł
go harmider dobiegający sprzed Pałacu. Spojrzał pytająco na
Kwintusa, który stanął na progu.
- To
Żydzi, panie. Przywlekli człowieka i chcą, byś go osądził. To
Galilejczyk, rabbi, nauczyciel. Twierdzi, że jest Mesjaszem, Bożym
Pomazańcem, czy coś takiego. Oni tu nie wejdą, panie. Jak wiesz,
dziś Pascha, staliby się nieczyści i nie mogliby zasiąść do
świątecznej wieczerzy. Proszą, byś do nich wyszedł. Ten
człowiek, zdaje się, nie mówi ani po grecku, ani po łacinie, więc
będę tłumaczył. Naftali, jak zawsze, spisze protokół. Wyjdź,
panie, dziś Pascha, mrowie ludzi, w mieście aż wrze. Na co nam
kłopoty?
Prochoros
Dlaczego
wciąż mamy kolczugi? W Cezarei w takiej samej pomocniczej kohorcie
pancerz to już lorica segmentata, lekka i wygodna, a my wciąż w
tych drutach. Słysząc dźwięk trąbki, Prochoros wstał - czy
ten podły pies Ruben nigdy nie przestanie chrapać? - rozłożył
płaszcz na posłaniu, wygładził, ochlapał twarz w niezbyt czystej
wodzie, przestępując z nogi na nogę, podwinął lnianą przepaskę,
poczekał w kolejce do naczynia z sikami i teraz ubierał się
powoli. Zasznuruje jeszcze sandały i koniec. Jutro wypłucze
przepaskę - mocno już zażółcona i śmierdzi. Przydałoby się
zdobyć coś pod głowę do spania. Szyja bolała go coraz bardziej
od leżenia na twardym.
Powoli
wstawał dzień. Wziął miskę, wygarnął z niej gęste resztki
wczorajszej zupy - "nic się nie może marnować" - przez
wąski korytarz przeszedł do dużej izby, gdzie dawali jedzenie,
stanął w drugiej, tym razem dłuższej kolejce, zjadł jęczmienną
papkę, do której - rzecz niebywała - kucharz wkroił kawałki
jakiegoś tłustego mięsa, popił cienkim winem i leniwie zszedł na
plac pod wieżą. Oficerowie piją rano tylko zimną wodę, a jedzą
około południa. Jak tak można wytrzymać? Rozejrzał się,
większość ludzi już była. Jego drużyna powoli formowała szyk.
Stanął za tym głupim Rubenem.
Tesserariusz,
odpowiedzialny za służby, podszedł teraz do nich.
- Jak
zwykle się, łajzy, grzebiecie. Dzisiaj ich wielkie święto, też
macie takie u siebie?
Odpowiedź
go nie interesowała.
Spojrzał
na tabliczkę, wydał polecenie:
- Wy
od popołudnia do wieczora, do pierwszej straży nocnej, macie służbę
na dachu Świątyni, i patrzycie cały czas na dziedzińce. Każdy
niepokojący ruch zgłaszacie natychmiast. I żadnych prowokacji. Za
każdy wybryk prefekt karze śmiercią, to wiecie.
- A
rano? A co, tesserariuszu, teraz? - zapytał Prochoros.
Może
dadzą wolne i będzie można podrzemać gdzieś w kącie, pomyślał.
- Rano
jest krzyżowanie. Dwóch bandziorów już czeka. Słyszałem, że
Żydzi wloką do prefekta trzeciego. Więc pewno na proces, a jeśli
tak, też się nie wywinie. Jeśli będzie trzech do obsłużenia,
ludzi się dobierze. Pojedzie z wami setnik. Wiecie, że nie lubi
tłumów w mieście i woli czas największej gorączki spędzić za
murami. Poza tym to jakiś ichni król. Królowi należy się świta.
Na razie biegnijcie do pretorium4.
Trzeba obstawić plac, gdyby były zamieszki. Z Żydami nigdy nic nie
wiadomo. Pełne uzbrojenie. A pamiętać potem o posce5,
by znowu nie brakło. Prochoros, skoroś taki ciekawy wszystkiego,
odpowiadasz mi za to. I uwińcie się do godziny dziewiątej6,
bo wtedy zaczynacie służbę. Łamać im nogi i już. Więc zabrać
pałki z oliwnego drzewa. Dobra, to chyba tyle. - Tesserariusz był
wyraźnie znudzony i już znużony mimo rannej pory.
Prochoros
wrócił po płaszcz i włócznię, i ruszył z innymi. I taka to
zasrana służba. Za dźwiganie ludzi na słupy jeszcze nikt
odznaczenia nie dostał. Ani dodatkowych denarów. O, gdyby tak
dobrać się kiedyś do świątynnych skarbów. Ile tam złota,
srebra i klejnotów. Mówią, że odnalazły się słynne kamienie,
które przepowiadają przyszłość. Wystarczyłoby mieć takie dwa
kamyki...
Skała
Filip
pokiwał głową, napił się wody i ciągnął:
- "Trzy
razy wyparłem się Pana, nim kur zapiał", rzekłeś i tak
zastygłeś przy ścianie. Jak dawniej byłeś zapalczywy, gwałtowny,
tak teraz jesteś odrętwiały i cichy. Szymonie, mówię ci, ty
jesteś naszą opoką. Pamiętaj, co ci powiedział: "Ty jesteś
Piotr, czyli Skała, i na tej Skale zbuduję wspólnotę moją, a
bramy piekielne jej nie przemogą"7.
To nic, jeśli dziś umrze, bo umrze z całą pewnością. Zabije go
podstępny Sanhedryn pospołu z tym okrutnikiem Piłatem. Oni wydali
już wyrok, a on go przybije do krzyża. Ty pierwszy w nim ujrzałeś
Mesjasza. Razem z Jakubem i Janem widziałeś, jak stał obok
Eliasza, błogosławionej pamięci, i prawodawcy Mojżesza, i jak się
przed wami przemienił. Przecież nam o tym mówiłeś. Widziałeś,
jak ożywił córkę Jaira, byłeś przy nim na Górze Oliwnej i
potem. Straciłeś wiarę, Szymonie? Cóż, że go dzisiaj zabiją.
Czy zapomną o nim ci, co go słuchali, co szli za nim wzdłuż i
wszerz Galilei? Ubodzy, smutni, głodni i cierpiący? Miłosierni i
miłosierdzia łaknący? Ci wszyscy, których uzdrowił, z których
wypędził demona? Czy zmieni to coś w naszych sercach? Sercach
uczniów, których przygarnął do siebie. No, powiedzże coś
wreszcie, synu Jony.
Ten
drgnął, szklanymi oczami spojrzał na Filipa. Oblizał suche wargi.
- Ale
on zginie, mój bracie. Jak Jan, który chrzcił ludzi w Jordanie.
Zginie, a wraz z nim umrze wszystko. Dwa pokolenia przeminą i pamięć
o nim rozwieje się jak pył na drodze, gdy mocniej powieje wiatr.
Taka jest prawda, Filipie, Bartłomieju, Andrzeju, oni wszyscy giną.
Pomódlmy się do Ojca, jak nas kiedyś nauczył. Słońce już
wschodzi, pomódlmy się razem, bo to może ostatni raz. - Piotr
otarł oczy i wstał.
Maria z Magdali
Poczuła
ból w dole brzucha, spojrzała na krew na stopach. Dlaczego właśnie
dziś? Przeszła w kąt izby, podciągnęła tunikę, podmyła się,
włożyła między nogi bandaż, ścisnęła uda przepaską.
Wypłukała usta, przemyła oczy, przeczesała włosy.
Joanna
popatrzyła na nią ze współczuciem.
- Słaba
jesteś, zjedz coś, Anna ugotowała zupę. Już dnieje. Bardzo tu o
nas dbają, to życzliwi ludzie. Witali Pana w Złotej Bramie, gdy w
chwale wjeżdżał do Świętego Miasta. Tak, wiedzą już o
wszystkim. Józef, mąż Anny, poszedł się wywiedzieć, co i jak.
Jeśli chcą jego śmierci, wezmą go do prefekta na sąd. A jeśli
chcą tylko ukarać, Rada zbierze się już po szabacie. A może już
się zebrała? Nic nie wiemy, ponad to, że straż świątynna
zabrała Pana do pałacu Annasza, gdzie go trzymali przez noc. Brat
Józefa tam pracuje przy koniach.
- A
Szymon Skała, gdzie Szymon? - spytała Maria.
- Był
na dziedzińcu u Annasza. Ale nic więcej nie wiem.
- A
inni? Andrzej, Filip, Jakub, Bartłomiej, jego najwierniejsi
żołnierze?
- O
nich też nic nie wiem, Mario.
- A
Jan? - pytała dalej.
- Jan
jest w sąsiedniej izbie. Pewno jeszcze śpi. Płakał przez całą
noc.
- A
Szymon zelota? Nikogo się nie bał. Czyżby, jak inni, też uciekł?
- Nie
mów tak, Mario. Nie jesteś sprawiedliwa. Wszyscy się bardzo boimy
o Pana. Bo nie o siebie przecież.
Maria
usiadła i próbowała jeść. Odstawiła miskę.
- Nie
mogę, nie mogę nic przełknąć. Masz moją torbę, Joanno? Zajrzyj
do niej, wyjmij sakiewkę i przelicz pieniądze. Powinno być jeszcze
jakieś sto denarów. I to już koniec. Więcej nie mam i więcej nie
będzie. On mi już nic nie da. Tak powiedział. "Gdy z nimi
pójdziesz do Jeruzalem, więcej ode mnie już nie dostaniesz. I do
Magdali nie wracaj". Co jeszcze mi wtedy rzekł, zostanie przy
mnie.
Do
izby wszedł Józef. Blade światło sączyło się przez drzwi.
- Zbierajcie
się kobiety, prowadzą go do pretorium. Jest źle, są tam
arcykapłani i starsi, a wszyscy wyglądają na bardzo wzburzonych.
Oskarżają Pana o bluźnierstwo. Przeciw Najwyższemu. No,
zbierajcie się, to spory kawałek.
- Zarzuć
pelerynę, bo ranek jest zimny. O czym teraz myślisz, Mario? -
spytała Joanna.
- O
tym, że tej dziwce z Betanii, która mu namaściła stopy, wydłubię
oczy, gdy ją kiedyś spotkam. A teraz idziemy, prowadź nas,
Józefie.