Krawiec Baczakiewicz poznał los. Naprzód owdowiał,
pozostając z jedną dziewczynką dziesięcioletnią i dwoma chłopcami
lat ośmiu i siedmiu. Potem zapadł na oczy i zaczął niedowidzieć.
Skutkiem tego począł szyć wolno i źle. Roboty ubywało, czeladnik go
opuścił, pozostał z trojgiem dzieci sam.
Nigdy go zanadto nie szanowano, nigdy bowiem nie przestał
być biedny. Jeden miał tylko okres świetności w życiu, kiedy panu
radcy miejskiemu Dzielnikowi poprawił spodnie w samym Lwowie
zrobione. Wówczas naprzód radca Dzielnik, potem radca Cielątnicki
zamówili sobie u niego spodnie. Spodnie wypadły nienajgorzej i
przyszedł sam burmistrz Poklepacz. Wszedł osobiście do kuchni,
która służyła za mieszkanie krawcowi Baczakiewiczowi, to jest
wścibił głowę przez drzwi i zawołał: panie Baczakiewicz, przyjdźno
pan do mnie jutro rano...
Sam burmistrz, który miał na jednym rogu rynku sklep z
wędlinami, na drugim rogu rynku szynk, a oprócz tego handlował
drzewem na spółkę z Żydami. Zdawało się, że krawiec Baczakiewicz
wstąpił w okres chwały. Sam znakomity majster Zieliniak, który miał
trzech czeladników, raczył na niego spojrzeć zezem i ruszyć czapką
w odpowiedzi na ukłon, podczas kiedy dawniej nie spoglądał wcale, a
kiwał tylko głową. Majstrowi Zieliniakowi zresztą o klientelę
"miejscową" nie szło - ubierał w okolicy dzierżawców, a nawet
niekiedy praktykantów "po wielkich domach" - lekceważenie więc jego
było czyste i wyniosłe.
Krawcowi Baczakiewiczowi uśmiechnęło się słońce - myślał o
wzięciu nowego mieszkania z pokojem. Aliści sen o szczęściu nie
trwał długo. Czeladnik spodnie pana burmistrza przy prasowaniu
przypiekł - powstała żółto-czarna plama.
Nadaremnie krawiec Baczakiewicz pracował w pocie czoła nad
usunięciem przysmalenia, napróżno pobiegł do Arona Biedla, który
miewał materyały, lub próbki materyałów. Niepodobna było takiej
sztuki znaleźć. W czem nie było nic dziwnego, gdyż spodnie pana
burmistrza miały być zrobione z resztki kupionej na licytacyi we
Lwowie przy okazyi przez radcę Dzielnika.
Rozpacz ogarnęła duszę krawca Baczakiewicza.
Gdy przyszedł ów straszny dzień, krawiec Buczakiewicz
chwiał się od piątej rano na nogach i kołysał się, jak błędny od
ściany kuchni do ściany. Błysk jego chwały zapadł w cień. Wychylił
głowę z wody jak karp i jak karp pogrążył się w toni.
Nigdy go zanadto nie szanowano przedtem, a od tego
zdarzenia poczęto lekceważyć tem więcej, że wydawało się przez
chwilę, iż się wydobędzie nad poziom powszechnej biedy. Krawiec
Baczakiewicz stał się poturadłem jeszcze więcej, niż był przedtem.
Jakiemże dopiero, gdy naprzód stracił żonę, która jeszcze
jako tako podtrzymywała dom i honor domu, a potem, gdy począł
tracić oczy.
Wokoło miasteczka grzmiały działa. Grzmiały coraz bliżej i
coraz okropniej. Zamożniejsi uciekli, ubożsi zostali. Krawiec
Baczakiewicz pozostał z dziećmi. Było to w trzy lata po śmierci
żony.
Siedzieli zawsze w tej samej kuchni i słuchali.
Dziewczynka miała już lat trzynaście, synowie lat jedenaście i
dziesięć.
Średni, Władek, chory był na gorączkę. Co mu było, krawiec
Baczakiewicz nie wiedział. Był to tyfus, czy febra, czy gorączka z
głodu? Nie wiadomo. Lekarza w miasteczku już nie było. Wyjechał
przed inwazyą. Chłopiec leżał na tapczanie, czasem majaczył, a
czasem był zupełnie przytomny. Jedną oddawał usługę reszcie
rodziny, że nie chciał wcale jeść. U krawca Baczakiewicza bowiem
nie było co jeść tak dalece, prawie na pół jednej osoby ośredniem
zapotrzebowaniu. Natomiast wody pił, ile chciał.
Kanonada przystępowała ku miasteczku wielkiemi krokami. W
końcu w samym środku rynku, "jak na amen Opatrzności" podług
wyrażenia baby kościelnej Agnieszki, padł granat rosyjski. Wyrwał
okrutną dziurę w gruncie, błotem zachlastał ćwierć rynku i zabił
psa. Za tym granatem przyleciał drugi, ale ten już zwalił
piekarnię, dwie lipy i zabił troje ludzi. Trzeci zapalił stodołę
furmana Krupowskiego i pokaleczył jedenaścioro osób i trzy konie.
Za granatami przyleciały szrapnele, siejąc śmierć i rany. Ludzie
widząc, że nie przelewki, pomyśleli o schroniskach. Poczęli się
kryć do piwnic.
Pomyślał też o tem krawiec Baczakiewicz.
Ale co było robić z Władkiem? Wzięli go oboje z
trzynastoletnią Jadwinią z tapczanem, najmłodszy Staś pomagał,
wysunęli z kuchni i chcieli nieść do piwnicy domowej. Aliści
naprzód przekupka Barbara postawiła
veto ze względu na chorobę Władka. Wlazła ona do piwnicy z
dwojgiem swoich małych z drugiego męża i z czworgiem swojej
najstarszej córki. Za nią poszła sklepiczarka Chaja Kitzlerowa z
siedmiorgiem dzieci. Jeszcze zarazę przyniesie. Przyłączył się i
mularz Muchała, choć dzieci nie miał. Ot tak, do towarzystwa. Nie
pozwolili chorego wnieść do piwnicy. Gdy się zaś Baczakiewicz
napierał i prosił, Muchała zawołał: - Panie Baczakiewicz, o cóż też ta panu idzie! Czy wam też
to nie wszyćko jedno z głodu czy od kuli?
- Solche Bettler - krzyczała Chaja Kitzlerowa. - Jak
będziemy tu siedzieć tydzień, to nam tu pozdychacie z głodu! Tu wam
nikt nie da nic! Ny! Na co sie pchać z zarazą?
- Idźcie psiekrwie z tą zarazą! - klęła przekupka Barbara.
- Dzieci ludzkie zapaskudzicie!
Biła was na śmierć nędza, cholery piekielne, co się tych
kul tak boicie?!
Słuśnie powiadają kum Muchała! Idźcie, choroby, ciągcie
się z tym śmierdzącem ścierwem, bo jak nie, to jak Boga kocham!!...
I podsunęła rękaw nad pięścią, jak pół bochenka chleba.
Krawiec Baczakiewicz pociągnął ku sobie tapczan.
Pociągnął, bo musiał. Chaja Kitzlerowa pchnęła w tapczan drągiem
szczotki, porwanej ze sklepu.
Krawiec Baczakiewicz cofnął się. Był sam jeden z
trzynastoletnią córką i dziesięcioletnim synem. Drżał na całem
ciele, a łzy poczęły mu się sypać z oczu. Powrócił z tapczanem i
dziećmi do kuchni.
Tymczasem nad miasteczkiem rozszalała się burza ognia i
żelaza. Domy gruchotały się, kościół, szkoła i część miasteczka
stała w płomieniach. Ktoś uciekając wolał: ratusz zwalili!
Krawiec Baczakiewicz postawił tapczan na dawnem miejscu i
siadł na ławie.
- Cóż będziemy robić, tato? - zapytała Jadwinia.
- Będziemy czekać - odpowiedział krawiec Baczakiewicz.
- Na co?
Baczakiewicz nie umiał odpowiedzieć.
- Władek, chce ci się pić? - spytał najmłodszy Staś.
Chory chłopiec nie dał znaku ani tak, ani nie.
- Gorączkę ma - rzekł Staś.
- Źli ludzie - odezwała się Jadwinia.
- Kużden o sobie myśli - objaśnił ją pobłażliwie
Baczakiewicz.
- Kużden o sobie - jak tata panu burmistrzowi spodnie
robił, to się tacie Muchała kłaniał...
- Ale się potemu ze mnie śmiał.
- Żeby byli choć mnie z Jadwinią puścili - westchnął Staś.
- A opuściłbyś Władka i tatę?! - zgromiła go Jadwinia.
- Nie - szepnął Staś zawstydzony.
- Tato - rzekł po chwili.
- Co?
- A co my będziemy jedli?
- Co będziemy jedli? - powtórzył Baczakiewicz niepewnie,
ale właśnie rypnął granat gdzieś niedaleko i w strasznym huku
krawiec Baczakiewicz pogrzebał odpowiedź.
- O jej! Ja się boję! - zapiszczała Jadwinia.
- I ja się boję! - zawtórował jej Staś i zaczął płakać.
- Zaraz - rzekł krawiec Baczakiewicz.
Wstał, wyszedł i podstąpił ku piwnicy.
Drzwi miała zamknięte.
Zapukał.
Pukał dość długo, wreszcie poznał głos sklepiczarki
Kitzlerowej.
- Co jest?
- To ja, Baczakiewicz, krawiec.
- Co chcecie?
- Puśćcie moje dzieci, zdrowe.
- Won, choroby zatracone! - zahuczała przekupka Barbara. -
Nie dość, że strzelają, jeszcze wy, psiekrwie, będziecie skomleć!
Dziady!
- Dziadu! - zawołał z głębi mularz Muchała, widocznie
coraz mocniej pijany.
- Ludzie! Bójcie się Boga! Zdrowe dzieci!
- Daj się pon wypchać, panie Baczakiewicz! - odpowiedział
mularz Muchała.
- Chorobę mogą przenieść! - wołała Kitzlerowa.
- Niech was dunder świśnie, końskie kopyta! - dodała
przekupka Barbara. - Przy chorym niema zdrowych!
Poczem nikt już krawcowi Baczakiewiczowi nie odpowiadał.
Ale nie stał on już przy drzwiach piwnicy długo, gdyż wobec
padających strzałów bał się dzieci zostawić same.
Gdy wrócił, zapytał się Staś chlipiąc:
- Pocoście, tato, chodzili?
Ale Jadwinia dała znak płaczącemi oczami; czy się
domyślała, czy nie, krawiec Baczakiewicz nie poznał. Musiała się
domyśleć, a Władek oprzytomniał. Patrzał wyraźnie.
- Pić - jęknął.
Baczakiewicz podał mu szklankę.
Chory chłopiec napił się, potem posłuchał grzmotu działa,
które właśnie zahuczało i rzekł chrypliwie:
- Armaty...
- Tak - odpowiedział mu krawiec Baczakiewicz.
- Strzelają do nas?
- Strzelają...
Jadwinia i Staś przytuleni do siebie płakali.
- Tato - odezwał się Władek.
- Co chcesz?
- A co nasi robią?
- Nasi? Niby Polacy?
- Tak.
- Jedni się biją.
- A drudzy?
- Siedzą w piwnicach - wyłkał Staś.
- A trzeci?
- Są tacy, jak my - rzekł Baczakiewicz.
Gorączkujący chłopiec powiódł wzrokiem po rodzinie.
- Wy toście biedni, cierpieć musicie...
- Tyś najbiedniejszy, boś chory - szepnęła Jadwinia
szlochając.
Piekielny huk rozległ się znowu, ale słychać było słowa
Władka:
- Ja? Ja na białym koniu jadę i szablę mam w ręce - -
Jadwinia spojrzała na ojca.
Potem kanonada stała się tak przeraźliwie gwałtowną, że
rozmawiać nie mogli. Staś przypadł ze strachu na podłogę do kolan
ojca i łkał, a Jadwinia przytuliła mu się do ramienia zawodząc.
W jednym momencie tego okropnego chaosu wydało się
krawcowi Baczakiewiczowi, że Władek znowu mówi:
Ja na białym koniu jadę i szablę mam w ręce.
Ale widocznie potem stracił zupełnie przytomność.
Dzień począł się chylić do skłonu, a nic się nie zmieniło.
Jakaś potworna bitwa toczyła się w okolicy. Jadwinia i Staś płakali
i w końcu usnęli, przyciśnięci do siebie. Zaś krawiec Baczakiewicz
siedział na krawędzi tapczana przy chorym synu i czuł, że mu głowa
opada coraz niżej. Jakieś sny go opadać jęły, pół na jawie, pół
poza jawą. Władek jechał na białym koniu ze szablą w ręce...
Rogatywkę miał czerwoną na głowie, białym barankiem obszytą, i
chorągiew polską nad sobą... Tak się Baczakiewiczowi wydawało, że
on sam szedł przy synu piechotą i niósł ją nad nim. Była taka
właśnie jesień, jak była...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.