Nowa droga
Rok rozpoczęłam Maltą na totalnym budżecie: tanie bilety i spanie. No i tam jeszcze nie byłam2, a chciałam mieć na jej temat swoje zdanie.
Tymczasem Malta i Gozo mnie oczarowały. Nadmorskie, niewielkie miasta z wąskimi uliczkami i małymi placykami. Białe kamieniczki z kolorowymi drzwiami i okiennicami. No i te ich wykusze, tak typowe dla maltańskiej zabudowy. Na wodzie barwne łódki, kafejki w portach. Szaleństwem jest poruszanie się autobusami po wąskich uliczkach w ruchu lewostronnym... jakbyśmy cały czas jechali na czołówkę z kierowcami z przeciwka. Nawet żałowałam, że nie zostałam dłużej. Wcześniej uwielbiałam krótkie wypady, teraz zaczęłam doceniać dłuższe pobyty.
Trafił się też wiosenny Budapeszt z mamą. Ona już znała miasto, ale zupełnie inaczej niż ja. Więc tym razem miał być Budapeszt po mojemu. Dużo chodzenia, sporo odpoczynku. Najpierw kawa i lekkie śniadanie w New York Café. To najpiękniejsza kawiarnia w Budapeszcie, a być może również na świecie. Zupełnie jakby czas się zatrzymał gdzieś w okolicy osiemnastego wieku (chociaż nawet historia budynku tak daleko nie sięga...)
Księga gości świadczy o tym, że w tej kawiarni bywali też Josephine Baker, Thomas Mann i Maurice Ravel. A Ferenc Molnár pisał tam "Chłopców z Placu Broni". Podobno.
W środku ma się wrażenie, że w każdym momencie można nagle zostać przeniesionym w czas walców, gorsetów, fiszbinów, krynolin i peruk. Wnętrze ocieka złotem, a całość dopełnia muzyka klasyczna na żywo. Kolejka do wejścia ustawia się niemal zawsze (miejscowych tam nie uświadczysz) i ceny są wysokie, ale przecież płaci się za przeżycie pięknego doświadczenia. My poszłyśmy tam prosto z lotniska, z plecakami. Średnio pasowałyśmy: w tenisówkach, na sportowo, prosto z drogi. Ale przecież przychodzą tam najróżniejsi goście. Dostałyśmy dobry stolik w głównej części, rozsiadłyśmy się na spokojną kawę, kawałek sernika i poranny kieliszek tokaju.
Drugie na liście: termy. Pomyślałam, że tym razem zrobimy sobie dzień spa i poszłyśmy do obu największych łaźni w mieście: do Gellerta, które ponoć najpiękniejsze i do Szechenyi, które już znam i uwielbiam, bo to kolejne budapesztańskie miejsce idealne do podróży w czasie.
Łaźnie Gellerta zlokalizowane są u podnóża Wzgórza Gellerta i na tyłach Hotelu Gellerta. Hotel był w remoncie, łaźnie natomiast rzeczywiście okazały się absolutnie zjawiskowe. Główny, najpiękniejszy basen w stylu secesyjnym, z posągiem Wenus, piętrem i szklanym dachem, zwykle stoi pusty, ponieważ służy do pływania sportowego i moczyć się w nim nie można. Do moczenia, konwersacji i relaksu służą dwa inne baseny wewnętrzne o fantazyjnych kształtach, z fontannami, pięknie zdobione kolorowymi kaflami i rzeźbami. Spośród dwóch basenów zewnętrznych działał tylko jeden, mniejszy, dość zatłoczony, wobec czego wróciłyśmy do środka. Całość otoczona jest metalowym płotem, za którym widać domy, ulice i parkujące auta, co niestety burzy atmosferę i brutalnie ściąga na ziemię, do burego, zimowego świata. Kontrastowo - kiedy wchodzisz do Szechenyi, to znikasz w czasoprzestrzeni. Budynki łaźni zbudowane są na planie owalu z basenami zewnętrznymi pośrodku. Nie widać niczego poza łaźniami. Wchodzi się do innego świata - świata basenów sprzed wieków. Baseny wewnętrzne nie są tam tak zdobne i imponujące, ale nam to wcale nie przeszkadzało. Na zewnątrz dużo przestrzeni, para unosi się tajemniczo, jest taras, barek, restauracja. Można spędzić cały dzień. My pobyłyśmy raptem parę godzin, wystarczyło.
Przemaszerowałyśmy też na Budę, gdzie - na zamku, na szczycie, odpoczęłyśmy przy kawie z widokiem na Peszt i budynek parlamentu. Odbyłyśmy nocny rejs statkiem po Dunaju. Popołudnia to czas odpoczynku, regeneracji i słuchania podcastów. Budapeszt jest fenomenalny!
Majówka do końca była niewiadomą. Loty odpadały, bo primo: w tym czasie są drogie i secundo: dopiero wróciłam, a potem niebawem znów miałam lecieć. Zamarzył mi się road trip. Wymyśliłam, że pojadę autem i będę spać w bagażniku. Jak kiedyś, ten pierwszy raz. Tylko że tym razem miało być chłodno, a nawet deszczowo - tak, sprawdziłam prognozy pogody! Wychodziłam właśnie z okrutnego przeziębienia - po Malcie, którą zwiedzałyśmy na górnym piętrze autobusu bez dachu, przewiało mnie i zaprawiłam się na dobre. Pomyślałam, że w chłodzie nie dojdę do siebie, a jeśli rzeczywiście będzie padać cały dzień lub dwa, to siedzenie w bagażniku auta nie ma sensu; za mało miejsca, żeby mniej więcej wygodnie przeżyć kilka dni. Zatem porzuciłam myśl o kampingu i wynajęłam pokój. Nad brzegiem morza, w małej miejscowości na wyspie Krk. Przedsezonowe ceny są tu korzystniejsze niż w tym samym czasie w Juracie. Sprawdziłam. Ludzi niewiele, plaże jeszcze puste, woda zimna, ale czysta i nawet prognoza pogody zapowiadająca deszcze wcale się nie sprawdziła.
Miałam ze sobą chińskie zupy w paczkach, przecier pomidorowy i mleko kokosowe. To mój stały, ulubiony i niezastąpiony zestaw wyjazdowy. Czasem zabieram jeszcze groszek lub fasolę w małej puszce. Albo małe puszki kimchi3. To wszystko spokojnie przetrwa bez lodówki. Jeśli porządnie zgłodnieję, to mogę jeść tydzień to samo. Jednak gdybym potrzebowała urozmaicenia, mam też grzybową z papierowym makaronem. Na bogato. Wtedy nie dodaję fasoli tylko mleko kokosowe. Czasem można kupić szatkowane grzyby w puszkach na miejscu. Ale nie wszędzie. Da się żyć.
Śniadaniowo mam chleb, pomidory, oliwę i sól. To w Chorwacji zawsze podstawa. Czasem jakieś warzywa - ogórek, papryka. Na południu wszystko dojrzewa wcześniej i można się zaopatrzyć na straganach przy drodze. Nawet w lokalną oliwę i miód. Kawa - wiadomo - poranny rytuał, chociaż raczej z przyzwyczajenia niż potrzeby, bo przecież kawa instant to nie kawa, ale i tak daje radę przy wakacyjnych leniwych porankach.
Czasem zatrzymuję się w przydrożnej piekarni, kiedy woła mnie burek. Najpyszniejszy ze wszystkiego, co jadłam w Chorwacji: tłuściutki, słony, spory na tyle, żeby się najeść i nie mieć ochoty na więcej (o ile to możliwe), ale też nie przejeść się na śmierć, bo opcja "zostawienie na później" nie istnieje.
A potem zakotwiczam i żyję z tego, co mam ze sobą. Wygodnie, jeśli w pobliżu jest mały sklepik, ale to rzadko się zdarza. No i zwykle po prostu mi się nie chce. Ani na piechotę, ani autem. Wobec czego dobrze jest sobie policzyć, ile jedzenia potrzeba na ile dni i tego się trzymać.
Podróżowanie autem w przeciwieństwie do latania lubię dlatego, że mogę dowolnie wybierać, kiedy chcę zacząć podróż. Nie potrzebuję być na lotnisku dwie godziny przed wylotem, mogę zdecydować, kiedy chcę wyruszyć. Mogę się cofnąć, jeśli czegoś zapomniałam - co mi się nagminnie zdarza. Jest lżej. Łatwiej. Daje mi to poczucie możliwości wyboru.
Lubię też chwilę, w której dociera do mnie, że jestem w podróży. Tym razem była to Słowenia. Nagle drogi zrobiły się węższe, natura bardziej zielona - co było niebywałe; pojawiły się drogowskazy na Maribor i Lubljanę (słoweńskie nazwy brzmią baśniowo) i poczułam wakacje, podróż, przygodę.
Stamtąd do Chorwacji to już był żabi skok.
Uwielbiam moment, kiedy zakotwiczam, przebieram się w bikini i już po prostu w nim zostaję. Zmieniam na suche, jeśli jest mokre i w takim trybie toczy się dzień za dniem. Bikini, szorty, top, sandały. Plaża, książka, kąpiel. I od nowa to samo.
NOTKI Z PODRÓŻY:
"no nie wierzę.kiedy w końcu mogłam spakować ile wlezie i naprawdę wzięłam toniki, kremy, złuszczacze, nawilżacze, maski, olejki, witaminy, książki... no po prostu wszyściutko co trzeba, żeby sobie o siebie ładnie zadbać (nawet gacie mam) to niespodziewanie okazuje się, że tym razem nie zabrałam szczotki do zębów.no naprawdę"."nie uwierzycie.misja: szczotka do zębów.znalazłam taki pierdalny (uczeniek by tak powiedziała, tęsknię za uczeńkiem) supermarket. wino, oliwa, wafelki (na odchudzanie), jabłka, pomidory, burek (ścisła dieta), sałata.i kiedy już wsiadłam i wyjechałam z parkingu przypomniałam sobie po co przyjechałam.no nie wierzę.wracam".
Jak zwykle odpaliłam aplikację randkową. Tyle ciekawych osób podróżuje... Nigdy nie wiadomo na kogo można trafić!
Tym razem umówiłam się już na kolejny dzień. Może i bym nie pojechała, bo odezwał się we mnie wielki leń, ale Lars podróżował niezwykłym kampervanem, który wyglądał na wojskowy i zatrzymał się na polu kampingowym, na którym i ja miałam rezerwację, dopóki nie zdecydowałam, że jednak tym razem za wcześnie na bagażnik. Pomyślałam więc, że pojadę i obejrzę ten super pojazd, poznam człowieka i jego historię oraz sprawdzę mój niedoszły kamping.
Pole okazało się absolutnie niesamowite, położone nieopodal cmentarza, z dala od wioski, wśród dziczy. Idealne na lato z psem, chociaż Chorwacji w planach na to lato nie miałam.
Lars z kolei okazał się ciekawym rozmówcą. Jego kamper rzeczywiście został przerobiony z pojazdu wojskowego, nie był bardzo duży, ale za to miał wysokie zawieszenie i olbrzymie koła, przez co sprawiał wrażenie olbrzyma. Kanciasty z zewnątrz, ale w środku miał wszystko jak każdy zwykły kampervan. Lars miał też ze sobą sportowy motocykl do jeżdżenia po okolicy. Ten motocykl był mały, ale ma też duży, na którym przejechał Azję i chyba jeszcze jakiś inny kontynent, ale już nie pamiętam. Opowiadał, że w drodze jest już od dwóch miesięcy i wybrał się w nią trochę w poszukiwaniu siebie. Mieszka w Amsterdamie, a właściwie mieszkał, bo niedawno sprzedał dom i nie wie do końca, co dalej. Jest w drodze. Jest właścicielem kafejki, którą może też sprzeda, jeśli pojawi się dobra oferta. Na razie prowadzi ją jego córka. Ma dwie córki, już dorosłe, więc nic go właściwie w Amsterdamie nie trzyma, a dodatkową pracę ogarnia na laptopie z miejsca, gdzie aktualnie jest. Od początku swojej podróży przejechał Portugalię, Hiszpanię, Włochy, Bałkany i teraz jest w Chorwacji. Czeka go jeszcze miesiąc w drodze i następny cel to Grecja. Fenomenalnie!
Opowiedziałam mu też trochę o sobie, a zanim się pożegnaliśmy, obiecaliśmy, że pozostaniemy w kontakcie. Potem pojechałam. I więcej się nie odezwałam.
I kiedy wczoraj myłam zęby, to mnie oświeciło: całkiem niedawno byłam na randce w Gdańsku. Poszliśmy na kolację, było wino, było miło, rozmowa płynęła i założę się, że był flirt. Naprawdę, tyle rozpoznałam - były iskierki. I potem nagle zdechło. Wyszłam do toalety i kiedy wróciłam, to jakby inna osoba siedziała przy stoliku. Zmiana dosłownie z minuty na minutę. Wyszliśmy i "do widzenia", i "było miło", i "dziękuję"... i poszedł, a ja cały kolejny dzień nie mogłam dojść do siebie. Co takiego się zdarzyło, że nastrój się zwarzył, uśmiech zniknął, humor wyparował? W jednym momencie wstaliśmy i wyszliśmy. Męczyło mnie to okrutnie. I nie dlatego, że gdybym wiedziała, zrobiłabym coś inaczej. Od lat na randkach jestem sobą, mówię co myślę i jeśli komuś się to nie podoba - trudno. A tu naprawdę czułam, że dobrze się bawiliśmy. A jednak coś się zdarzyło, co spowodowało zwrot akcji. I jak zwykle w takich sytuacjach - królestwo za prawdę. Co się naprawdę stało? Kiedyś nawet któregoś z nich (w podobnej sytuacji) zapytałam, a on powiedział "nie było chemii". Mnie to jednak niewiele wyjaśnia. Mam potrzebę wiedzy konkretnej i jasnej, chociaż już wiem, że w układach damsko-męskich to nieosiągalne. Chemia czy jej brak to wymówka, która nic nie tłumaczy. A ja po prostu chciałabym wiedzieć.
No i właśnie wczoraj, kiedy po powrocie szorowałam zęby nową szczotką dotarło do mnie, że ja z Larsem zrobiłam dokładnie to samo. Po miło spędzonej godzinie, uścisku na pożegnanie, a nawet po komentarzu: "zostaniemy w kontakcie", tym razem ja zniknęłam. I gdyby mnie ktoś zapytał, dlaczego, to naprawdę nie było tam nic konkretnego. Drobiazgi, które najłatwiej byłoby podsumować "nie było chemii". Działo się coś, czego nie umiałam określić.
Wylogowałam się z aplikacji, widząc, że sama ze sobą nie daję sobie rady i resztę poranków spędziłam czytając książki na półce skalnej przy wodzie.
Mogłabym żyć przy plaży. Rano kąpiel, żeby ostudzić ciało po nocy, potem sok lub kawa - koniecznie z książką. Potem praca. Oczywiście musiałaby to być Chorwacja lub Włochy. Tam, gdzie niebieskie niebo, ciepło i czyste morze. I gdzie mają własne słodkie pomidory. I figi.
Tam właśnie, któregoś poranka dostałam mail od mojego wydawcy, że tekst potrzebuje korekty i redakcji. Zatem w deszczowe popołudnia miałam co robić. To właśnie tam ruszyła machina, której efektem końcowym była papierowa książka "Tysiąc Mil Samotności". Nowe nadchodziło pełną parą. Uzupełniałam, dopisywałam, sprawdzałam. Rzeczy się działy.
A potem ruszyłam w drogę powrotną do domu.
Dobrze być w domu. Przyjechała Mika i miała ogromną potrzebę przytulasów. Leżenie na dywanie przed ekranem, oglądanie po raz setny tego samego serialu, kakao, pizza, opowieści i śmiechy.
A zaraz po majówce leciałyśmy z Miką do Paryża. Jakoś w zeszłym roku, po lecie na dzikim kacu, kiedy ledwo mogłam zebrać myśli do kupy, zaczęłyśmy wspominać koncerty, na których razem byłyśmy i od niechcenia rozglądać się, co jest do wyboru. I niczego, co mogłoby nas zainteresować w najbliższej przyszłości nie było. To znaczy w Polsce niczego nie było, bo już za granicą tak. Co prawda bilety na koncert Arctic Monkeys (znałyśmy zaledwie trzy ich utwory, ale wszystkie świetne) dostępne były tylko z drugiej ręki, więc droższe niż normalnie z kasy, ale byłyśmy już w pędzie i wyglądało na to, że nic nas nie powstrzyma. Dodatkowo omamiona kacem nie stawiałam żadnego oporu, a niesamowicie tanie bilety lotnicze do Paryża tylko potwierdziły słuszność naszego szaleństwa. Mika na bilet lotniczy wyłuskała swoje zaskórniaki - znaczy, zależało jej. Później okazało się, że primo: dodali kolejny koncert następnego dnia, na który można było zwyczajnie kupić bilety w normalnej cenie w kasie i secundo: zaraz po Paryżu Monkeys przyjeżdżali na festiwal Open'er do Gdańska... Ale o tym przyrzekłyśmy sobie po prostu nie wspominać. No to poleciałyśmy. Najpierw długa przeprawa do miasta, ponieważ lądowałyśmy na Beauvais, czyli osiemdziesiąt kilometrów od Paryża (połączenie jest naprawdę wygodne, choć zabiera dużo czasu). Padało. Mika dostała misję rozpracowania metra, by dowieźć nas do hotelu. Widziałam, że pomimo początkowej udawanej obojętności paryskie metro ją oszołomiło. Mnogość linii, wygląd stacji, kolejki, wagoniki, różnorodność pasażerów. Nawet siedzenia były inaczej ustawione niż w tym, które znałyśmy. Siedziała i chłonęła. Dotychczas nie bywałyśmy w miastach z metrem. Znałyśmy jedynie to w Vancouver, które ma dwie linie i jest naziemne, więc i stacje są inne, bardziej przypominają przystanki tramwajowe. No i Warszawa, w której też są dwie zwyczajne linie. W Paryżu zastałyśmy zupełnie inny, fascynujący świat.
Mika już wcześniej zaplanowała, że koniecznie musimy iść do Luwru, a że było to jak na nią dość nietypowe życzenie, bardzo ochoczo się zgodziłam. Trzeba było się spiąć, żeby zdążyć dojść, wystać swoje w kolejce do wejścia i jeszcze mieć dość czasu, żeby co nieco zobaczyć. Bilety kupiłam wcześniej i przy okazji zorientowałam się, że Luwr będzie otwarty w dzień naszego przyjazdu, ale już nazajutrz niestety nie. Zameldowałyśmy się w hotelu i zaraz ruszyłyśmy z powrotem w miasto. Mika znalazła gdzieś filmik z instrukcją, jak dostać się do Luwru bocznym wejściem, żeby uniknąć kolejek. Dwie godziny nam wystarczyły na spotkanie z Mona Lisą, Wenus z Milo i tłuściutkimi kupidynkami na co drugim obrazie. Mona okazała się niewielkim obrazem, jedynym w olbrzymim pomieszczeniu pomalowanym na czarno i zapchanym tłumami po brzegi. Ludzie tworzyli dwie stłoczone kolejki, podchodzili na chwilę do barierki odgradzającej obraz od reszty sali, rzucali okiem i sprawnie wychodzili, a maruderzy byli delikatnie napominani przez służby porządkowe. Nie było czasu na zadumę, spojrzenie w oczy, refleksję. Trzeba raz dwa, raz dwa, bo zwiedzających dużo, każdy chce zobaczyć, a czas ucieka... Przy Wenus było odrobinę mniej tłoczno. Poszwendałyśmy się wśród obrazów i rzeźb, pobyłyśmy i wyszłyśmy. To była krótka, ale treściwa wizyta.
Następnego dnia padało, więc nim dotarłyśmy do wieży Eiffla, byłyśmy trochę przemoczone. Zatem śniadaniowy croissant z cappuccino w pobliskiej kafejce, żeby się chwilę ogrzać i osuszyć, potem wieża widziana z tej jednej bocznej uliczki, skąd wygląda jakby wychodziła spomiędzy budynków, z Trocadéro i z powrotem do pokoju, żeby się przygotować na koncert. Poszłyśmy jeszcze do bistro nieopodal hotelu, na późny lunch - francuską zupę cebulową i ślimaki. O ile zupa była dobra, o tyle ślimaki nie wzbudziły naszego entuzjazmu. Obie spróbowałyśmy, obie z odruchem wymiotnym, obie zdecydowane, że nigdy więcej. Żabich udek nie było w menu. Może to i lepiej.
Po południu na szczęście się rozpogodziło. W arenie było fantastycznie, pomimo że nawet nie wiedziałyśmy czy band, który wyszedł na scenę to support czy zespół, na który przyszłyśmy. Ale kiedy zaczęli występ to było świetnie. Niesamowicie jest słyszeć na żywo kawałki, które dotychczas grały tylko w słuchawkach.
A kolejnego dnia znów kropiło i podczas gdy ja skoczyłam sobie jeszcze do Notre-Dame, Mika została w pokoju. Pomyślałam wtedy, że cudnie jest mieć taką lekkość decydowania, gdy mimo pobytu w zupełnie wyjątkowym miejscu, nie ma konieczności zwiedzania za wszelką cenę. Jest zmęczona, pada deszcz - Paryż nie ucieknie. Wie jaki jest, może wrócić, jeśli przyjdzie jej na to ochota. A ja pomyślałam, że chciałabym pokazać jej więcej miast, bo wspólne zwiedzanie jest naprawdę fajne! I żeby mogła porównać, sprawdzić i wyrobić zdanie o tym, które miasta lubi i dlaczego.
Z takim postanowieniem wróciłyśmy do domu.
Kolejne Camino, tym razem z grupą babek. Czułam, że będzie to nowe przeżycie. I na to się cieszyłam. Już wtedy wiedziałam, jak droga zmienia ludzi. Dla mnie samej: co miało się zdarzyć - już się zdarzyło. Druga solo wyprawa dowiodła, że oświecenie nie przychodzi za każdym razem. Teraz pomyślałam, że skoro i tak pójdę - ponieważ kiedy wejdzie się na szlak, to już zawsze będzie się na niego wracać - to zbiorę grupę i ruszymy razem. Już od jakiegoś czasu chciałam się podzielić tym doświadczeniem. I rzeczywiście: zebrała się świetna grupa, poszłyśmy i wszystkie pokochały drogę równie mocno jak ja. Spałyśmy w najróżniejszych albergach, aby popróbować wszystkiego po trochu. Było niesamowicie. Tak bardzo, że kolejnego lata znów zebrałam grupę. I wtedy już wiedziałam, że to moje ostatnie Camino tą trasą. Znam już każdy kąt, znam albergi, znam bary przydrożne, znam tę drogę. Kiedy coś się kończy, coś się zaczyna...
NOTKA Z PODRÓŻY:
"lubię lotniska. to takie przestrzenie inne niż wszystkie. nie ma przypadkowych osób, każdy ma jakiś konkretny cel. duch podróży unosi się, krąży i wypełnia każdy kącik. cale mnóstwo historii... słów pierwszych lub ostatnich, tajemnic, które zostaną w ukryciu. jednocześnie uczucie tymczasowości, wszystko jest na chwilę krótszą lub dłuższą, minie lub zniknie z kolejnym odlotem lub przylotem. czasem to obietnica przygody, a czasem powrotu do domu. ja tym razem wracam".
2 O przygodzie maltańskiej pisałam więcej w "Tysiącu mil samotności".
3 Kimchi to koreańska kiszona kapusta pekińska.