W hołdzie Katalonii - George Orwell

Kup ebooka

28.00 zł
23.24 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W Kosza­rach Lenina w Bar­ce­lo­nie, dzień przed wstą­pie­niem do mili­cji anar­chi­stów, pierw­szą posta­cią, która rzu­ciła mi się w oczy był wło­ski mili­cjant sto­jący przed sto­łem szta­bo­wym.

Był twardo wyglą­da­ją­cym mło­dzień­cem w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lub sze­ściu lat, z rudymi wło­sami i potęż­nymi ramio­nami. Skó­rzaną czapkę z dasz­kiem mocno nacią­gnął na jedno oko. Stał do mnie bokiem z brodą opusz­czoną, wpa­tru­jąc się ze zdzi­wioną miną w mapę, którą jeden z ofi­ce­rów roz­ło­żył na stole. Coś w jego twa­rzy głę­boko mnie poru­szyło. Była to twarz czło­wieka, który popeł­niłby mor­der­stwo i oddałby życie za przy­ja­ciela - twarz, któ­rej można by się spo­dzie­wać u anar­chi­sty, choć on raczej wyglą­dał na komu­ni­stę.

Biła od niego zarówno szcze­rość, jak i zacie­kłość; także nabożny sza­cu­nek, jaki anal­fa­beci mają dla swo­ich wykształ­co­nych prze­ło­żo­nych. Widać było, że nie potra­fił posłu­gi­wać się mapą; naj­wy­raź­niej uwa­żał jej czy­ta­nie za zdu­mie­wa­jący wyczyn inte­lek­tu­alny. Nie mam poję­cia dla­czego, ale chyba ni­gdy nie spo­tka­łem kogoś, kogo rów­nie szybko bym polu­bił. Pod­czas roz­mowy przy stole wyszło na jaw, że jestem obco­kra­jow­cem. Włoch pod­niósł głowę i zapy­tał szybko:

- Ita­liano?

Odpo­wie­dzia­łem w moim sła­bym hisz­pań­skim: - No, Inglés. Y tú?

- Ita­liano.

Kiedy wyszli­śmy na zewnątrz pod­szedł do mnie i bar­dzo mocno ści­snął moją dłoń. Dziwne, taka otwar­tość wobec nie­zna­jo­mego! To było tak, jakby jego i mojej duszy udało się na chwilę poko­nać prze­paść języka i tra­dy­cji oraz spo­tkać się w cał­ko­wi­tej intym­no­ści. Mia­łem nadzieję, że lubi mnie tak samo, jak ja go polu­bi­łem. Ale wie­dzia­łem też, że aby zacho­wać moje pierw­sze wra­że­nie o nim, nie mogę go ponow­nie zoba­czyć - i nie trzeba doda­wać, że ni­gdy wię­cej go nie widzia­łem. Takie spo­tka­nia były wtedy w Hisz­pa­nii na porządku dzien­nym.

Wspo­mi­nam tego wło­skiego mili­cjanta, bo utkwił mi w pamięci. Ze swoim pod­nisz­czo­nym mun­du­rem i zacie­kłą, żało­sną twa­rzą stał się dla mnie uoso­bie­niem wyjąt­ko­wej atmos­fery tam­tych cza­sów. Wiąże się z moimi wspo­mnie­niami z tam­tego okresu wojny - czer­wone flagi w Bar­ce­lo­nie, nędzne pociągi pełne nędz­nych żoł­nie­rzy jadą­cych na front, szare, ogar­nięte wojną mia­sta z dala od linii frontu, błot­ni­ste, prze­raź­li­wie zimne okopy w górach.

To było pod koniec grud­nia 1936 roku, nie­całe sie­dem mie­sięcy odkąd zaczą­łem pisać, a jed­nak jest to okres, który odda­lił się już ode mnie na ogromną odle­głość. Póź­niej­sze wyda­rze­nia uni­ce­stwiły go znacz­nie bar­dziej niż znisz­czyły rok 1935 czy 1905. Przy­je­cha­łem do Hisz­pa­nii, aby napi­sać kilka arty­ku­łów pra­so­wych, ale wstą­pi­łem do mili­cji nie­mal natych­miast, ponie­waż w tam­tym cza­sie i w tam­tej atmos­fe­rze wyda­wało mi się to jedy­nym uczci­wym wyj­ściem. Anar­chi­ści na­dal spra­wo­wali kon­trolę nad Kata­lo­nią, a rewo­lu­cja wciąż trwała. Każ­demu, kto był tam od początku, praw­do­po­dob­nie nawet w grud­niu czy stycz­niu wyda­wało się, że okres rewo­lu­cyjny się koń­czy; ale kiedy ktoś przy­je­chał pro­sto z Anglii, wygląd Bar­ce­lony był czymś zaska­ku­ją­cym i przy­tła­cza­ją­cym. Po raz pierw­szy byłem w mie­ście, w któ­rym klasa robot­ni­cza spra­wo­wała wła­dzę.

Prak­tycz­nie każdy budy­nek jakiej­kol­wiek wiel­ko­ści został zajęty przez robot­ni­ków i obwie­szony czer­wo­nymi fla­gami lub czer­wono-czar­nymi sztan­da­rami anar­chi­stów; na każ­dej ścia­nie naba­zgrano sierp i młot oraz ini­cjały par­tii rewo­lu­cyj­nych; pra­wie każdy kościół został zde­mo­lo­wany, a zdo­biące go obrazy spa­lone. Kościoły były sys­te­ma­tycz­nie burzone przez bandy robot­ni­ków. Na witry­nie każ­dego sklepu i kawiarni wid­niały napisy zapew­nia­jące, że ten obiekt han­dlu lub usług został sko­lek­ty­wi­zo­wany. Nawet pucy­buci zostali sko­lek­ty­wi­zo­wani, a ich skrzynki poma­lo­wane na czer­wono i czarno.

Kel­ne­rzy i prze­chod­nie patrzyli ci śmiało w twarz, trak­tu­jąc cię jak rów­nego sobie. Słu­żal­cze, a nawet cere­mo­nialne formy mowy chwi­lowo znik­nęły. Nikt nie mówił Se?or ani Don ani nawet Usted; wszy­scy zwra­cali się wszyst­kich per "Towa­rzy­szu" i "Wy", mówili też Salud! zamiast Buenos dias. Napiwki były praw­nie zabro­nione od cza­sów Primo de Rivery1 - jed­nym z moich pierw­szych doświad­czeń było wysłu­cha­nie wykładu kie­row­nika hotelu na temat próby dania napiwku win­dzia­rzowi. Nie było pry­wat­nych samo­cho­dów - wszyst­kie zostały zare­kwi­ro­wane. Wszyst­kie tram­waje, tak­sówki i inne środki trans­portu poma­lo­wano na czer­wono i czarno. Rewo­lu­cyjne pla­katy były wszę­dzie, bucha­jąc ze ścian czy­stą czer­wie­nią i błę­ki­tem, przez co nie­liczne pozo­stałe reklamy wyglą­dały jak plamy sza­rego błota. Na Ram­blas, sze­ro­kiej cen­tral­nej arte­rii mia­sta, gdzie tłumy ludzi nie­ustan­nie prze­pły­wały tam i z powro­tem, z gło­śni­ków wyły rewo­lu­cyjne pie­śni, przez cały dzień i do póź­nej nocy. Wygląd tłumu był naj­dziw­niej­szą rze­czą ze wszyst­kich. Z pozoru było to mia­sto, w któ­rym zamożne klasy prak­tycz­nie prze­stały ist­nieć. Poza nie­wielką liczbą kobiet i obco­kra­jow­ców w ogóle nie było osób "dobrze ubra­nych". Prak­tycz­nie wszy­scy mieli na sobie zgrzebne ubra­nia robot­ni­cze, nie­bie­skie kom­bi­ne­zony, albo jakiś wariant mili­cyj­nego mun­duru. Wszystko to było dziwne i wzru­sza­jące zara­zem. Zoba­czy­łem w Bar­ce­lo­nie wiele rze­czy, któ­rych nie rozu­mia­łem, pod pew­nymi wzglę­dami nawet mi się to nie podo­bały, ale od razu roz­po­zna­łem w tym stan rze­czy, o który warto wal­czyć. Wie­rzy­łem też, że wszystko jest tak, jak się wydaje, że naprawdę jestem na tere­nie pań­stwa robot­ni­czego i że cała bur­żu­azja ucie­kła, została wybita, albo dobro­wol­nie prze­szła na stronę klasy robot­ni­czej. Nie zda­wa­łem sobie wów­czas sprawy, że więk­szość zamoż­nych bur­żu­jów po pro­stu się maskuje i prze­biera za pro­le­ta­riu­szy.

W tym wszyst­kim czuć było coś z posęp­nej atmos­fery wojny. Mia­sto wyglą­dało na posępne, zanie­dbane, drogi i budynki były w kiep­skim sta­nie, ulice w nocy były słabo oświe­tlone z obawy przed nalo­tami, sklepy były w więk­szo­ści odra­pane i na wpół puste. Bra­ko­wało mięsa, a mleka prak­tycz­nie nie można było zdo­być, bra­ko­wało węgla, cukru i ben­zyny, a chleba w zasa­dzie nie było. Nawet w tym okre­sie kolejki po chleb miały czę­sto setki metrów dłu­go­ści. Jed­nak wyda­wało się, że ludzie byli zado­wo­leni i pełni nadziei. Nie było bez­ro­bo­cia, a koszty utrzy­ma­nia wciąż utrzy­my­wały się na bar­dzo niskim pozio­mie. Nie zauwa­ży­łem zbyt wielu bied­nych ludzi i ani jed­nego żebra­ków, z wyjąt­kiem Cyga­nów. Przede wszyst­kim rzu­cała się w oczy wiara w rewo­lu­cję i przy­szłość, poczu­cie nagłego wej­ścia w erę rów­no­ści i wol­no­ści. Ludzie pró­bo­wali zacho­wy­wać się jak istoty ludz­kie, a nie jak try­biki w kapi­ta­li­stycz­nej machi­nie. W salo­nach fry­zjer­skich znaj­do­wały się anar­chi­styczne ogło­sze­nia (fry­zje­rzy byli w więk­szo­ści anar­chi­stami) uro­czy­ście obwiesz­cza­jące, że pra­cow­nicy salo­nów nie są już nie­wol­ni­kami. Na uli­cach wisiały kolo­rowe pla­katy wzy­wa­jące pro­sty­tutki, by porzu­ciły swoją pro­fe­sję. Dla każ­dego przy­by­sza z zacie­kłej, szy­der­czej cywi­li­za­cji ras anglo­ję­zycz­nych było coś raczej żało­snego w dosłow­no­ści, z jaką ci ide­ali­styczni Hisz­pa­nie przyj­mo­wali okle­pane fra­zesy o rewo­lu­cji. W tym cza­sie na uli­cach sprze­da­wano za kilka cen­ty­mów naiwne rewo­lu­cyjne bal­lady o pro­le­ta­riac­kim bra­ter­stwie i nie­go­dzi­wo­ści Mus­so­li­niego. Czę­sto widy­wa­łem nie­pi­śmien­nych mili­cjan­tów, któ­rzy kupo­wali te bal­lady, mozol­nie lite­ro­wali słowa, a potem, śpie­wali je do odpo­wied­niej melo­dii.

Cały czas pozo­sta­wa­łem w Kosza­rach Lenina, prze­cho­dząc szko­le­nie uni­tarne. Gdy wstą­pi­łem do mili­cji anar­chi­stycz­nej, powie­dziano mi, że naza­jutrz powi­nie­nem zostać wysłany na front, ale w rze­czy­wi­sto­ści musia­łem pocze­kać, aż świeża cen­tu­ria będzie gotowa. Mili­cje robot­ni­cze, pospiesz­nie powo­ły­wane przez związki zawo­dowe na początku wojny, nie były jesz­cze zor­ga­ni­zo­wane na wzór zwy­kłej armii. Jed­nostką dowo­dze­nia była "dru­żyna" licząca około trzy­dzie­stu ludzi, "cen­tu­ria" licząca około stu ludzi oraz "kolumna", która w prak­tyce ozna­czała dowolną liczbę żoł­nie­rzy.

Koszary Lenina były zespo­łem wspa­nia­łych kamien­nych budyn­ków z ujeż­dżal­nią i ogrom­nymi bru­ko­wa­nymi dzie­dziń­cami. Mie­ściły się tu koszary kawa­le­rii, które zostały zdo­byte pod­czas walk lip­co­wych. Moja cen­tu­ria spała w jed­nej ze stajni, pod kamien­nymi żłób­kami, na któ­rych wciąż wid­niały imiona ruma­ków kawa­le­rii. Wszyst­kie konie schwy­tano i wysłano na front, ale całe wnę­trze wciąż śmier­działo koń­skim moczem i zgni­łym owsem. Byłem w kosza­rach około tygo­dnia. Przede wszyst­kim pamię­tam koń­skie zapa­chy, nie­pew­nie wyko­ny­wane sygnały trąbką (wszy­scy nasi trę­ba­cze byli ama­to­rami - po raz pierw­szy usły­sza­łem hisz­pań­skie sygnały woj­skowe, słu­cha­jąc ich od strony linii faszy­stow­skich), stu­kot pod­ku­tych butów na dzie­dzińcu koszar, dłu­gie poranne parady w zimo­wym słońcu, sza­lone mecze piłki noż­nej - po pięć­dzie­się­ciu w jed­nej dru­ży­nie w żwi­ro­wej ujeż­dżalni. W kosza­rach było około tysiąca męż­czyzn i około dwu­dzie­stu kobiet, nie licząc żon mili­cjan­tów, które goto­wały. W mili­cji na­dal słu­żyły kobiety, choć było ich nie­wiele. We wcze­snych bitwach wal­czyły ramię w ramię z męż­czyznami. To rzecz, która w cza­sach rewo­lu­cji wyda­wała się natu­ralna. Jed­nak poglądy zaczęły się zmie­niać. Mili­cjan­tów trzeba było trzy­mać z dala od ujeż­dżalni, pod­czas gdy kobiety tam ćwi­czyły obsługę broni, ponie­waż zano­sili się śmie­chem na widok ich wysił­ków. Kilka mie­sięcy wcze­śniej nikt nie widziałby niczego komicz­nego w kobie­cie trzy­ma­ją­cej kara­bin.

Całe koszary były brudne i w sta­nie cha­osu, do któ­rego mili­cja spro­wa­dzała każdy zaj­mo­wany przez sie­bie budy­nek i który wydaje się być jed­nym z pro­duk­tów ubocz­nych rewo­lu­cji. W każ­dym kącie natra­fiało się na stosy znisz­czo­nych mebli, poła­mane sio­dła, mosiężne hełmy kawa­le­rii, puste pochwy od sza­bli i gni­jące jedze­nie. Żyw­ność mar­no­wano na potęgę, zwłasz­cza chleb. Tylko z mojego baraku przy każ­dym posiłku wyrzu­cano kosz pełen chleba - haniebna rzecz, bo lud­no­ści cywil­nej go bra­ko­wało. Jedli­śmy przy dłu­gich sto­łach na kobył­kach z wiecz­nie zatłusz­czo­nych bla­sza­nych mise­czek, a pili­śmy z okrop­nej rze­czy zwa­nej por­ro­nem. Por­ron to rodzaj szkla­nej butelki ze spi­cza­stym dziob­kiem, z któ­rego po prze­chy­le­niu try­ska cienki stru­mień wina; można w ten spo­sób pić z daleka, nie doty­ka­jąc jej ustami i prze­ka­zy­wać ją z ręki do ręki. Zastraj­ko­wa­łem i zażą­da­łem kubka do picia, gdy tylko zoba­czy­łem w uży­ciu por­ron. Moim zda­niem te naczy­nia były zbyt podobne do szpi­tal­nych "kaczek", zwłasz­cza że były wypeł­nione bia­łym winem.

Stop­niowo wyda­wano rekru­tom mun­dury, a ponie­waż była to Hisz­pa­nia, wszystko wyda­wano na raty, tak że ni­gdy nie było do końca pewne, kto co otrzy­mał, a różne przed­mioty, któ­rych naj­bar­dziej potrze­bo­wa­li­śmy, takie jak pasy i naboje, były dostar­czane w ostat­niej chwili, kiedy pociąg już cze­kał, aby zabrać nas na front. Wspo­mnia­łem o "mun­du­rach" mili­cyj­nych, co chyba nie do końca oddaje ich wygląd. To nie był w zasa­dzie mun­dur. Być może okre­śle­nie "wie­lo­ra­kość" byłoby dla wła­ściwą nazwą dla tego ubioru. Ubra­nia wyda­wane rekru­tom w róż­nym stop­niu nawią­zy­wały do jakie­goś jed­nego wzorca, ale zna­le­zie­nie dwóch iden­tycz­nych mun­durów było nie­moż­liwe. Prak­tycz­nie wszy­scy w armii nosili sztruk­sowe spodnie do kolan, ale na tym koń­czyła się jed­no­li­tość. Jedni nosili owi­ja­cze, inni sztruk­sowe getry, jesz­cze inni skó­rzane leg­ginsy lub wyso­kie buty. Wszy­scy nosili kurtki zapi­nane na zamek, ale nie­które kurtki były ze skóry, inne z wełny i wystę­po­wały w każ­dym moż­li­wym kolo­rze. Rodzaje cza­pek były tak liczne, jak ich wła­ści­ciele. Przód czapki zwy­kło się ozda­biać odznaką par­tyjną, a w dodatku pra­wie każdy męż­czy­zna owi­jał szyję czer­woną lub czer­wono-czarną chustką.

Mili­cje robot­ni­cze w tym cza­sie były motło­chem o nie­zwy­kłym wyglą­dzie. Ubra­nia wyda­wano ochot­ni­kom, bo ta czy inna fabryka mogła je naj­wy­żej wyrzu­cić na śmiet­nik, a nie były to złej jako­ści ubra­nia, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. Nato­miast koszule i skar­petki były nędz­nymi baweł­nia­nymi wyro­bami, zupeł­nie bez­u­ży­tecz­nymi pod­czas zimy. Nawet nie chcę myśleć o tym, przez co musieli przejść mili­cjanci we wcze­śniej­szych mie­sią­cach, zanim repu­bli­kań­skie siły zbrojne zostały jako tako zor­ga­ni­zo­wane. Pamię­tam, że zale­d­wie dwa mie­siące wcze­śniej natkną­łem się na gazetę, w któ­rej jeden z przy­wód­ców POUM po wizy­cie na fron­cie powie­dział, że postara się dopil­no­wać, aby "każdy mili­cjant miał koc". Wyra­że­nie, które sprawi, że zadrżysz, jeśli kie­dy­kol­wiek spa­łeś w oko­pie pod­czas zimy.

Dru­giego dnia mojego pobytu w kosza­rach roz­po­częło się coś, co zostało komicz­nie nazwane "instruk­ta­żem". Od początku prze­wa­żały prze­ra­ża­jące sceny cha­osu. Rekru­tami byli głów­nie szes­na­sto- lub sie­dem­na­sto­letni chłopcy z ubo­gich dziel­nic Bar­ce­lony, pełni rewo­lu­cyj­nego zapału, ale zupeł­nie nie­świa­domi sensu wojny. Nie dało się ich nawet zmu­sić do sta­nia w kolejce. Dys­cy­plina nie ist­niała; jeśli komuś nie spodo­bał się roz­kaz, wycho­dził z sze­regu i zacie­kle kłó­cił się z ofi­ce­rem. Porucz­nik, który nas instru­ował, był tęgim, miłym, mło­dym męż­czy­zną o czer­stwej twa­rzy, który wcze­śniej był ofi­ce­rem regu­lar­nej armii, i na­dal tak wyglą­dał, kro­cząc pew­nie w swoim ele­ganc­kim mun­du­rze. Co cie­kawe, był szcze­rym i żar­li­wym socja­li­stą. Nawet bar­dziej niż reszta nale­gał na cał­ko­witą rów­ność wszyst­kich stopni.

Pamię­tam jego bole­sne zasko­cze­nie, gdy nie­świa­domy rekrut zwró­cił się do niego Se?or.

- Co! Se?or? Kto tu nazywa mnie Se?or? Czyż wszy­scy nie jeste­śmy towa­rzy­szami?

Wąt­pię, czy to uła­twiło mu pracę. Tym­cza­sem nowi rekruci nie prze­cho­dzili żad­nego szko­le­nia woj­sko­wego, które mogłoby im się w naj­mniej­szym stop­niu przy­dać. Powie­dziano mi, że obco­kra­jowcy nie mają obo­wiązku uczęsz­czać na "szko­le­nia" (zauwa­ży­łem, że Hisz­pa­nie byli prze­ko­nani, że wszy­scy obco­kra­jowcy wie­dzą o spra­wach woj­sko­wych wię­cej niż oni sami), ale natu­ral­nie posze­dłem z innymi. Bar­dzo chcia­łem nauczyć się obsłu­gi­wać ciężki kara­bin maszy­nowy; była to broń, z którą ni­gdy wcze­śniej nie mia­łem do czy­nie­nia. Ku mojemu prze­ra­że­niu stwier­dzi­łem, że nie zamie­rzał nas uczyć obsługi jakiej­kol­wiek broni. Tak zwane szko­le­nie było po pro­stu musz­trą na placu ape­lo­wym, naj­bar­dziej archa­icz­nego, głu­piego rodzaju: w prawo zwrot, w lewo zwrot, masze­ro­wa­nie na bacz­ność w kolum­nie trój­kami i cała reszta tych bez­u­ży­tecz­nych bzdur, któ­rych nauczy­łem się, gdy mia­łem pięt­na­ście lat. Cóż za nie­zwy­kła forma szko­le­nia armii par­ty­zanc­kiej!

Oczy­wi­ście, jeśli masz tylko kilka dni na wyszko­le­nie żoł­nie­rza, musisz nauczyć go rze­czy, któ­rych będzie naj­bar­dziej potrze­bo­wał: jak się kryć, jak poru­szać się w otwar­tym tere­nie, jak peł­nić służbę war­tow­ni­czą i wyko­pać tran­szeję i... jak uży­wać broni. Jed­nak tej gro­mady chęt­nych dzie­cia­ków, które za kilka dni miały zostać prze­rzu­cone na linię frontu, nie nauczono nawet strze­lać z kara­binu czy wycią­gać zawleczkę z gra­natu. W tam­tym cza­sie nie wie­dzia­łem jesz­cze, że broni do nauki prak­tycz­nie nie było. W mili­cji POUM brak kara­bi­nów był tak roz­pacz­liwy, że świeże oddziały docie­ra­jące na front musiały odbie­rać kara­biny żoł­nie­rzom, któ­rych zastę­po­wali. W całym Kosza­rach Lenina, jak sądzę, nie było kara­bi­nów poza tymi, któ­rych uży­wali war­tow­nicy.

Po kilku dniach, mimo iż na­dal byli­śmy kom­plet­nym motło­chem pod każ­dym wzglę­dem, uznano nas za god­nych poka­za­nia publicz­nie i rano wypro­wa­dzano nas do ogro­dów na wzgó­rzu za Plaza de Espa?a. Był to wspólny poli­gon wszyst­kich mili­cji par­tyj­nych, z wyjąt­kiem kara­bi­nie­rów i pierw­szych kon­tyn­gen­tów nowo utwo­rzo­nej Armii Ludo­wej. W publicz­nych ogro­dach był to dziwny i pokrze­pia­jący widok. Każdą ścieżką i alejką, wśród kwiet­ni­ków, oddziały i kom­pa­nie męż­czyzn masze­ro­wały sztywno tam i z powro­tem, wypi­na­jąc piersi i despe­racko pró­bu­jąc wyglą­dać jak żoł­nie­rze.

Wszy­scy byli nie­uzbro­jeni i nikt nie był w peł­nym umun­du­ro­wa­niu, a u więk­szo­ści mun­dur mili­cyjny był mocno poła­tany. Pro­ce­dura była zawsze taka sama. Przez trzy godziny masze­ro­wa­li­śmy tam i z powro­tem (hisz­pań­ski krok mar­szowy jest bar­dzo krótki, za to szybki), potem zatrzy­my­wa­li­śmy się, padała komenda "Rozejść się!" i spra­gniony oddział pędził do małego sklepu spo­żyw­czego, który znaj­do­wał się na zbo­czu wzgó­rza i robił dobry inte­res na tanim winie. Wszy­scy byli dla mnie bar­dzo przy­jaźni. Jako Anglik byłem czymś w rodzaju cie­ka­wostki, a ofi­ce­ro­wie Cara­bi­nero trak­to­wali mnie dobrze i sta­wiali mi wino. W mię­dzy­cza­sie, ile­kroć mogłem dopaść naszego porucz­nika, doma­ga­łem się by prze­szko­lił mnie w posłu­gi­wa­niu się kara­bi­nem maszy­no­wym. Wycią­ga­łem z kie­szeni słow­nik Hugo i zaczy­na­łem natar­czy­wie prze­ma­wiać moim nik­czem­nym hisz­pań­skim:

- Yo sé mane­jar fusil. No sé mane­jar ame­tral­la­dora. Quiero appren­der ame­tral­la­dora. Quándo vamos appren­der ame­tral­la­dora2?

Odpo­wie­dzią był zawsze wymu­szony uśmiech i obiet­nica, że szko­le­nie odbę­dzie się ma?ana. Nie trzeba doda­wać, że ma?ana ni­gdy nie nade­szła. Minęło kilka dni, a rekruci nauczyli się masze­ro­wać rów­nym kro­kiem i prę­żyć na bacz­ność, ale jeśli wie­dzieli, z któ­rej strony kara­binu wyla­tuje kula, tutaj ich wie­dza się koń­czyła. Pew­nego dnia uzbro­jony Cara­bi­nero pod­szedł do nas, gdy się zatrzy­ma­li­śmy, i pozwo­lił nam obej­rzeć swój kara­bin. Oka­zało się, że w całej mojej dru­ży­nie nikt poza mną nie umiał nawet zała­do­wać kara­binu, a co dopiero wyce­lo­wać.

Przez cały ten czas toczy­łem zma­ga­nia z języ­kiem hisz­pań­skim. Oprócz mnie w kosza­rach był tylko jeden Anglik i nikt, nawet wśród ofi­ce­rów, nie znał ani słowa po fran­cu­sku. Sprawy nie uła­twiał mi fakt, że gdy moi towa­rzy­sze roz­ma­wiali ze sobą, mówili na ogół po kata­loń­sku. Jedy­nym spo­so­bem, w jaki mogłem się doga­dać, było nosze­nie wszę­dzie małego słow­nika, który w chwi­lach kry­zysu wycią­ga­łem z kie­szeni. Wola­łem jed­nak być obco­kra­jow­cem w Hisz­pa­nii niż w więk­szo­ści innych kra­jów. Jak łatwo było się tam zaprzy­jaź­nić! W ciągu dnia lub dwóch zna­la­zło się tu wielu mili­cjan­tów, któ­rzy mówili do mnie po imie­niu, wta­jem­ni­czali mnie w miej­scowe zwy­czaje i wpra­wiali w zakło­po­ta­nie gościn­no­ścią. Nie piszę książki pro­pa­gan­do­wej i nie chcę ide­ali­zo­wać POUM. Cały sys­tem mili­cji anar­chi­stycz­nej miał poważne wady, a sami ludzie sta­no­wili mie­szaną grupę, ponie­waż w tym cza­sie liczba ochot­ni­ków spa­dała, i wielu naj­lep­szych ludzi było już na fron­cie lub nie żyło. Zawsze był wśród nas pewien pro­cent ludzi zupeł­nie bez­u­ży­tecz­nych. Chłopcy w wieku pięt­na­stu lat byli bez wstydu przy­pro­wa­dzani przez swo­ich rodzi­ców ze względu na dzie­sięć peset dzien­nie - tyle wyno­sił dzienny żołd - a także ze względu na chleb, który mili­cjanci otrzy­my­wali w dużych ilo­ściach i który mogli prze­my­cić do domu. Uwa­żam jed­nak, że każdy komu zda­rzyło się zna­leźć wśród przed­sta­wi­cieli hisz­pań­skiej klasy robot­ni­czej - powi­nie­nem chyba uści­ślić, że klasy robot­ni­czej Kata­lo­nii, bo poza kil­koma Ara­goń­czy­kami i Anda­lu­zyj­czy­kami prze­by­wa­łem tylko z Kata­loń­czy­kami - byłby pod wra­że­niem przy­zwo­ito­ści robot­ni­ków, a przede wszyst­kim pro­sto­li­nij­no­ści i hoj­no­ści. Szczo­drość Hisz­pana, w potocz­nym zna­cze­niu tego słowa, bywa cza­sem wręcz krę­pu­jąca. Jeśli popro­sisz go o papie­rosa, da ci całą paczkę. A poza tym cho­dzi mi o hoj­ność w głęb­szym sen­sie, o praw­dziwą wiel­ko­dusz­ność, z którą spo­ty­ka­łem się raz po raz w naj­mniej obie­cu­ją­cych oko­licz­no­ściach. Niektó­rzy dzien­ni­ka­rze i inni obco­kra­jowcy, któ­rzy podró­żo­wali po Hisz­pa­nii w cza­sie wojny, twier­dzili, że Hisz­pa­nie skry­cie czuli zawiść do poma­ga­ją­cych im obco­kra­jow­ców. Mogę tylko powie­dzieć, że ni­gdy niczego takiego nie zaob­ser­wo­wa­łem. Pamię­tam, że na kilka dni przed moim wyj­ściem z koszar grupa męż­czyzn wró­ciła na prze­pu­stce z frontu. Roz­ma­wiali z pod­eks­cy­to­wa­niem o swo­ich doświad­cze­niach i byli pełni entu­zja­zmu dla nie­któ­rych fran­cu­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy wal­czyli razem z nimi w Huesca. Mówili, że Fran­cuzi byli bar­dzo odważni; doda­jąc entu­zja­stycz­nie: - Más valien­tes que noso­tros ("Odważ­niejsi niż my!"). Oczy­wi­ście mówi­łem, że to prze­sada, po czym wyja­śniono mi, że Fran­cuzi po pro­stu wie­dzieli wię­cej o sztuce wojen­nej - byli bar­dziej bie­gli w uży­wa­niu gra­na­tów, kara­bi­nów maszy­no­wych i tak dalej. Uwaga ta jed­nak o czymś świad­czy. Anglik prę­dzej odciąłby sobie rękę, niż powie­dział coś podob­nego.

Każdy cudzo­zie­miec, który słu­żył w mili­cji, przez kilka pierw­szych tygo­dni uczył się kochać Hisz­pa­nów i rów­no­cze­śnie był ziry­to­wany pew­nymi ich cechami. Na fron­cie moja iry­ta­cja zmie­niała się nie­kiedy we wście­kłość. Hisz­pa­nie bez wąt­pie­nia spi­sują się świet­nie w wielu dzie­dzi­nach, ale nie w pro­wa­dze­niu wojen. Wszy­scy cudzo­ziemcy byli jed­na­kowo zbul­wer­so­wani ich nie­efek­tyw­no­ścią, a przede wszyst­kim dopro­wa­dza­jącą do szału nie­punk­tu­al­no­ścią. Jedy­nym hisz­pań­skim sło­wem, któ­rego żaden obco­kra­jo­wiec nie unik­nie, jest ma?ana (jutro). Gdy tylko jest to moż­liwe, aktu­alne sprawy odkłada się na ma?ana. Jest to tak typowe, że nawet Hisz­pa­nie sami z tego żar­tują. W Hisz­pa­nii nic, począw­szy od posiłku, a na bitwie koń­cząc, nie odbywa się w wyzna­czo­nym cza­sie. Z reguły wszystko odbywa się zbyt późno, ale od czasu do czasu - żeby nie przy­zwy­cza­jać się do reguły, że wszystko się spóź­nia - zda­rza się o wiele za wcze­śnie. Pociąg, który ma odje­chać o ósmej, zwy­kle odjeż­dża pomię­dzy godziną dzie­wiątą a dzie­siąta, ale zazwy­czaj raz w tygo­dniu, przez kaprys maszy­ni­sty, odje­dzie o wpół do ósmej. Takie rze­czy bywają niezwy­kle iry­tu­jące. Teo­re­tycz­nie raczej podzi­wiam Hisz­pa­nów za to, że nie obcho­dzi ich ner­wica cza­sowa ludzi pół­nocny, ale nie­stety ja na tym cier­pię.

Po nie­koń­czą­cych się plot­kach, ma?anas i opóź­nie­niach nagle zosta­li­śmy wysłani na front z dwu­go­dzin­nym wyprze­dze­niem, kiedy znaczna część naszego sprzętu była jesz­cze nie­wy­dana. W maga­zy­nie kwa­ter­mi­strza zapa­no­wał chaos; w końcu wielu żoł­nie­rzy musiało wyru­szyć bez peł­nego wypo­sa­że­nia. Baraki natych­miast zapeł­niły się kobie­tami, które zda­wały się wyra­stać z ziemi i poma­gały swoim mężom rolo­wać koce i pako­wać ple­caki. To było dość upo­ka­rza­jące, że Hisz­panka, żona Wil­liamsa, dru­giego angiel­skiego mili­cjanta, musiała mi poka­zać, jak skła­dać nowe skó­rzane ładow­nice. Była łagodną, ciem­no­oką, nie­zwy­kle kobiecą istotą, która wyglą­dała, jakby życie upły­wało jej na huś­ta­niu koły­ską, ale która w rze­czy­wi­sto­ści wal­czyła dziel­nie w lip­co­wych bitwach ulicz­nych. W tym cza­sie nosiła w łonie dziecko, które uro­dziło się zale­d­wie dzie­sięć mie­sięcy po wybu­chu wojny i naj­praw­do­po­dob­niej zostało spło­dzone tuż za bary­kadą.

Pociąg miał odje­chać o ósmej, a było około dzie­sięć po ósmej, gdy sfru­stro­wani, spo­ceni ofi­ce­ro­wie zdo­łali zapro­wa­dzić nas na plac kosza­rowy. Bar­dzo dobrze pamię­tam scenę: wrzawa i pod­nie­ce­nie, czer­wone flagi łopo­czące w świe­tle pochodni, sze­regi mili­cjan­tów z ple­ca­kami i zro­lo­wa­nymi kocami prze­pa­sa­nymi przez pierś; krzyki, stu­kot butów i brzęk bla­sza­nych mise­czek, a potem potężny i wresz­cie uwień­czony ciszą syk pary wydo­by­wa­jący się z loko­mo­tywy. Potem poja­wił się jakiś komi­sarz poli­tyczny sto­jący pod wiel­kim toczą­cym się czer­wo­nym sztan­da­rem i wygła­sza­jący prze­mó­wie­nie po kata­loń­sku. W końcu zapro­wa­dzili nas na sta­cję, każąc iść naj­dłuż­szą trasą, trzy lub cztery mile, aby poka­zać nam całe mia­sto.

Na Ram­blas zatrzy­mali nas, gdy wypo­ży­czona orkie­stra grała jakąś rewo­lu­cyjną melo­dię. Znowu boha­te­ro­wie zdo­byw­ców - krzyki i entu­zjazm, wszę­dzie czer­wone i czer­wono-czarne flagi, przy­ja­zne tłumy tło­czące się na chod­niku, by nas obej­rzeć, kobiety macha­jące z okien. Jakże to wszystko wyda­wało się wtedy natu­ralne; jakże obec­nie odle­głe i nie­praw­do­po­dobne! W pociągu było tak cia­sno, że pra­wie nie było miej­sca, nawet na pod­ło­dze, nie mówiąc już o sie­dze­niach. W ostat­niej chwili z peronu zbie­gła żona Wil­liamsa i dała nam butelkę wina i wia­nu­szek jaskrawoczer­wonej kieł­basy, która sma­kuje jak mydło i wywo­łuje bie­gunkę. Pociąg wyto­czył się z Kata­lo­nii na pła­sko­wyż Ara­go­nii z nor­malną w cza­sie wojny pręd­ko­ścią, mniej­szą niż dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na godzinę.

Rozdział 2

Bar­ba­stro, choć daleko od linii frontu, wyglą­dało na ponure i znisz­czone mia­sto. Po uli­cach krą­żyły chmary mili­cjan­tów w obszar­pa­nych mun­du­rach, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc się ogrzać. Na zruj­no­wa­nej ścia­nie natkną­łem się na pla­kat z zeszłego roku zapo­wia­da­jący, że w takim a takim dniu na are­nie zosta­nie zabi­tych "sześć dorod­nych byków". Jak żało­śnie wyglą­dały te wybla­kłe kolory! Gdzie były teraz dorodne byki i przy­stojni tor­re­ado­rzy? Wyglą­dało na to, że nawet w Bar­ce­lo­nie w dzi­siej­szych cza­sach nie ma pra­wie żad­nych walk byków; z nie­zna­nego powodu wszy­scy naj­lepsi mata­do­rzy naj­wi­docz­niej byli faszy­stami.

Moją kom­pa­nię wysłano cię­ża­rówką do Sie­tamo, a następ­nie na zachód do Alcu­bierre, które znaj­do­wało się tuż za linią frontu Sara­gossy. Sie­tamo trzy­krot­nie prze­cho­dziło z rąk do rak, zanim anar­chi­ści w końcu zdo­byli je w paź­dzier­niku, gdy jego część została zrów­nana z zie­mią ogniem arty­le­ryj­skim, a więk­szość domów podziu­ra­wiona kulami kara­bi­no­wymi. Znaj­do­wa­li­śmy się teraz 500 metrów nad pozio­mem morza. Było potwor­nie zimno, a gęste mgły nad­cią­gały zewsząd. Pomię­dzy Sie­tamo a Alcu­bierre kie­rowca cię­ża­rówki zgu­bił się (to była kolejna z nie­od­łącz­nych cech tej wojny) po czym błą­ka­li­śmy się godzi­nami we mgle. Do Alcu­bierre dotar­li­śmy późno w nocy. Ktoś popro­wa­dził nas przez błot­ni­ste bagna do stajni dla mułów, gdzie zagrze­ba­li­śmy się w sieczce i natych­miast zasnę­li­śmy. Sieczka nie jest zła do spa­nia, gdy jest czy­sta, nie tak dobra jak siano, ale o wiele lep­sza niż słoma. Dopiero w poran­nym świe­tle odkry­łem, że sieczka jest pełna skó­rek od chleba, podar­tych gazet, kości, mar­twych szczu­rów i zgnie­cio­nych puszek po mleku.

Byli­śmy teraz bli­sko linii frontu, wystar­cza­jąco bli­sko, by poczuć cha­rak­te­ry­styczny zapach wojny - z mojego doświad­cze­nia jest to zapach eks­kre­men­tów i roz­kła­da­ją­cego się jedze­nia. Alcu­bierre ni­gdy nie zostało ostrze­lane i było w lep­szym sta­nie niż więk­szość wio­sek tuż za linią. Uwa­żam jed­nak, że nawet w cza­sie pokoju nie można było podró­żo­wać po tej czę­ści Hisz­pa­nii, nie nara­ża­jąc się na widok oso­bli­wej nędzy ara­goń­skich wio­sek. Są zbu­do­wane jak for­tece. Masa nędz­nych dom­ków z błota i kamie­nia kuli się wokół kościoła, a nawet wio­sną pra­wie ni­gdzie nie widać kwia­tów. Domy nie mają ogro­dów, są tylko podwórka, na któ­rych wrza­skliwe ptaki prze­śli­zgują się po błot­ni­stych grząd­kach. Pogoda była paskudna, na prze­mian mgła i deszcz. Wąskie grun­towe drogi zamie­niły się w morze błota, miej­scami głę­bo­kiego na pół metra, z tru­dem poko­ny­wa­nego przez buk­su­jące cię­ża­rówki. Chłopi pro­wa­dzili swoje nie­zdarne wozy cią­gnięte przez muły, czę­sto aż po sześć zwie­rząt w jed­nym zaprzęgu, zawsze pousta­wia­nych w szpic. Cią­głe poja­wia­nie się i odcho­dze­nie wojsk dopro­wa­dziło wio­skę do stanu nie­wy­obra­żal­nego brudu. Ani teraz ani w prze­szło­ści nie ist­niały tu takie udo­god­nie­nia jak publiczne toa­lety, i nie było nawet metra kwa­dra­to­wego, po któ­rym można by stą­pać, nie patrząc czuj­nie pod nogi. Kościół od dawna słu­żył jako latryna; tak samo było ze wszyst­kimi polami w pro­mie­niu pół kilo­me­tra. Zawsze gdy pomy­ślę o pierw­szych dwóch mie­sią­cach wojny, wspo­mi­nam zimowe ścier­ni­ska, któ­rych brzegi były pokryte ludz­kim łaj­nem.

Minęły dwa dni i nie wydano nam żad­nych kara­bi­nów. Kto był w Comite de Guerra i przyj­rzał się rzę­dowi dziur w murze - rezul­ta­towi salw plu­tonu egze­ku­cyj­nego - roz­strze­li­wano tutaj wielu faszy­stów - ten poznał już wszyst­kie oso­bli­wo­ści Alcu­bierre. Na pierw­szej linii pano­wała oczy­wi­ście cisza; przy­by­wało tu bar­dzo nie­wielu ran­nych. Naj­więk­szym wyda­rze­niem było poja­wie­nie się faszy­stow­skich dezer­te­rów, któ­rych spro­wa­dzono pod strażą z linii frontu. Wielu żoł­nie­rzy po dru­giej stro­nie frontu wcale nie było faszy­stami, a jedy­nie pobo­ro­wymi, któ­rzy mieli pecha odby­wać służbę woj­skową pod­czas wybu­chu wojny i za bar­dzo bali się uciec. Od czasu do czasu małe ich grupy podej­mo­wały ryzyko prze­śli­zgnię­cia się na nasze pozy­cje. Bez wąt­pie­nia byłoby ich wię­cej, gdyby ich krewni nie pozo­stali na tery­to­rium kon­tro­lo­wa­nym przez faszy­stów. Ci dezer­te­rzy byli pierw­szymi "praw­dzi­wymi" faszy­stami, jakich kie­dy­kol­wiek widzia­łem. Ude­rzyło mnie, że są nie do odróż­nie­nia od nas, z wyjąt­kiem tego, że nosili kom­bi­ne­zony khaki. Po przy­by­ciu zawsze byli żar­łocz­nie głodni - co było natu­ralne po dniu lub dwóch błą­dze­nia po pasie ziemi niczy­jej, lecz za każ­dym razem sta­no­wiło to trium­fal­nie obwiesz­czany argu­ment na popar­cie tezy, iż faszy­stow­skie oddziały gło­dują. Widzia­łem, jak kar­miono jed­nego z nich w chłop­skim domu. Był to raczej żało­sny widok. Wysoki, dwu­dzie­sto­letni chło­pak, mocno ogo­rzały od wia­tru, w łach­ma­nach, przy­kuc­nął nad ogniem i z roz­pacz­liwą pręd­ko­ścią poże­rał miskę gula­szu; przez cały ten czas jego oczy wędro­wały ner­wowo po kręgu mili­cjan­tów, któ­rzy stali obok, obser­wu­jąc go. Myślę, że wciąż na wpół wie­rzył, że jeste­śmy krwio­żer­czymi "czer­wo­nymi" i zamie­rzamy go zastrze­lić, gdy tylko skoń­czy posi­łek. Uzbro­jony mili­cjant, który go pil­no­wał, gła­skał go po ramie­niu i wyda­wał uspo­ka­ja­jące dźwięki. Pew­nego pamięt­nego dnia w jed­nej gru­pie przy­było pięt­na­stu dezer­te­rów. Pro­wa­dzono ich trium­fal­nie przez wieś, a przed nimi jechał ofi­cer na bia­łym koniu. Udało mi się zro­bić dość nie­wy­raźne zdję­cie, które póź­niej mi ukra­dziono.

Trze­ciego ranka do Alcu­bierre zawi­tały kara­biny. Sier­żant o ogo­rza­łej twa­rzy roz­da­wał je w stajni dla mułów. Dozna­łem szoku gdy zoba­czy­łem to, co mi dali. Był to nie­miecki Mau­ser z 1896 roku - miał ponad czter­dzie­ści lat! Był zardze­wiały, zamek nie dawał się nawet poru­szyć, a jeden rzut oka na wylot lufy ujaw­nił, że jest sko­ro­do­wana i raczej nic jej już nie pomoże. Więk­szość kara­bi­nów była rów­nie kiep­ska, nie­które jesz­cze gor­sze. Nie pod­jęto żad­nych prób, by dać naj­lep­szą broń ludziom, któ­rzy wie­dzieli, jak się nią posłu­gi­wać. Naj­lep­szy kara­bin, mający zale­d­wie dzie­sięć lat, został poda­ro­wany głu­piemu pięt­na­sto­lat­kowi, zna­nemu wszyst­kim jako mari­cón (pede­ra­sta)).. Sier­żant udzie­lił nam pię­cio­mi­nu­to­wego "szko­le­nia", które pole­gało na wyja­śnie­niu, w jaki spo­sób łado­wać kara­bin i jak roz­bie­rać zamek. Wielu mili­cjan­tów ni­gdy wcze­śniej nie miało broni w ręku i bar­dzo nie­wielu, jak sądzę, wie­działo, do czego służą przy­rządy celow­ni­cze. Roz­dano naboje, po pięć­dzie­siąt sztuk każ­demu, a następ­nie usta­wi­li­śmy się w sze­regi. Zało­ży­li­śmy nasz ekwi­pu­nek na plecy i wyru­szy­li­śmy na linię frontu, około pię­ciu kilo­me­trów dalej.

Cen­tu­ria, osiem­dzie­się­ciu męż­czyzn i kilka psów, wspi­nała się nie­równo w górę drogi. Każda kolumna mili­cji miała przy­naj­mniej jed­nego psa jako maskotkę. Nie­szczę­sne psi­sko, które szło krok w krok z nami, miało wypa­lone na sier­ści olbrzy­mie litery POUM, i chyba było świa­dome, że coś jest nie tak z jego wyglą­dem. Na czele kolumny, obok czer­wo­nej flagi, na czar­nym koniu jechał Geo­r­ges Kopp, tęgi bel­gij­ski ofi­cer, a nieco dalej mło­dzie­niec z przy­po­mi­na­ją­cej wyglą­dem ban­dy­tów kawa­le­rii mili­cyj­nej cwa­ło­wał tam i z powro­tem, by zatrzy­my­wać się na każ­dym kawałku wzno­szą­cego się terenu i pozu­jąc w malow­ni­czych posta­wach na szczy­cie. Wspa­niałe konie hisz­pań­skiej kawa­le­rii zostały schwy­tane w dużej licz­bie pod­czas rewo­lu­cji i prze­ka­zane mili­cji, która, rzecz jasna, w krót­kim cza­sie zmie­niała je w cha­bety.

Droga wiła się mię­dzy żół­tymi nie­uro­dzaj­nymi polami, nie­tknię­tymi od zeszło­rocz­nych żniw. Przed nami roz­cią­gał się niski łań­cuch gór­ski, który leży mię­dzy Alcu­bierre a Sara­gossą. Zbli­ża­li­śmy się teraz do linii frontu, w pobliże gra­na­tów, kara­bi­nów maszy­no­wych i błota. Nie mówi­łem o tym nikomu, ale poczu­łem strach. Wie­dzia­łem, że w tej chwili na linii frontu pano­wała cisza, ale w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści męż­czyzn wokół mnie byłem wystar­cza­jąco doro­sły, by pamię­tać I wojnę, choć nie na tyle doro­sły, by w niej wal­czyć. Dla mnie wojna ozna­czała ryczące poci­ski i lata­jące we wszyst­kie strony odłamki stali; a przede wszyst­kim błoto, wszy, głód i zimno. To cie­kawe, ale bar­dziej bałem się zimna niż wroga. Myśl o tym prze­śla­do­wała mnie przez cały czas pobytu w Bar­ce­lo­nie. Nawet nie spa­łem w nocy, myśląc o zim­nie w oko­pach, o okrop­nych poran­kach prze­ry­wa­nych alar­mami, dłu­gich godzi­nach na war­cie z oszro­nio­nym kara­bi­nem, o lodo­wa­tym bło­cie, które oble­piało buty. Przy­znaję też, że czu­łem rodzaj prze­ra­że­nia, patrząc na ludzi, wśród któ­rych masze­ro­wa­łem. Nie wyobra­ża­cie sobie, na jaki motłoch wyglą­da­li­śmy. Szli­śmy w o wiele mniej­szym porządku niż stado owiec; zanim prze­szli­śmy trzy kilo­me­try, tył kolumny pozo­stał poza zasię­giem wzroku. A bli­sko połowa tak zwa­nych żoł­nie­rzy była dziećmi - przy czym mam tu na myśli dosłow­nie dzieci, naj­wy­żej szes­na­sto­let­nie. Jed­nak wszy­scy byli szczę­śliwi i pod­eks­cy­to­wani per­spek­tywą dotar­cia w końcu na front. Gdy zbli­ży­li­śmy się do linii oko­pów, chłopcy wokół czer­wo­nej flagi z przodu zaczęli wykrzy­ki­wać: - Visca POUM!, Fasci­stas - mari­co­nes! i tak dalej - okrzyki, które miały być wojenne i groźne, w tych dzie­cię­cych gar­dłach brzmiały rów­nie żało­śnie jak płacz kociąt. Wyda­wało się straszne, że obroń­cami Repu­bliki jest ten tłum obdar­tych dzie­cia­ków nio­są­cych wysłu­żone kara­biny, o obsłu­dze któ­rych nie mieli poję­cia. Pamię­tam, że zasta­na­wia­łem się, co by się stało, gdyby faszy­stow­ski samo­lot prze­le­ciał na naszą stronę frontu - praw­do­po­dob­nie lot­ni­kowi w ogóle zechciałby się zanur­ko­wać, by oddać w naszą stronę serię z kara­binu maszy­no­wego. Z pew­no­ścią nawet z powie­trza mógł dostrzec, że nie jeste­śmy praw­dzi­wymi żoł­nie­rzami.

Gdy droga weszła w łań­cuch gór­ski, skrę­ci­li­śmy w prawo i wspię­li­śmy się na wąską ścieżkę dla mułów, która wiła się zbo­czem góry. Wzgó­rza w tej czę­ści Hisz­pa­nii mają kształt pod­kowy z spłasz­czo­nymi wierz­choł­kami i bar­dzo stro­mymi zbo­czami scho­dzą­cymi w głę­bo­kie wąwozy. Na wyż­szych zbo­czach nie rośnie nic poza kar­ło­wa­tymi krze­wami i wrzo­sami, z bia­łymi kośćmi wapie­nia ster­czą­cymi co krok. Tu linia frontu nie sta­no­wiła cią­głej linii oko­pów - byłoby to nie­moż­liwe w tak górzy­stym tere­nie - była po pro­stu łań­cuchem ufor­ty­fi­ko­wa­nych sta­no­wisk, nazy­wa­nych "pozy­cjami", usta­wio­nych na każ­dym szczy­cie wzgó­rza. W oddali widać było naszą "pozy­cję" na koro­nie pod­kowy: poszar­pana bary­kada wor­ków z pia­skiem, powie­wa­jąca czer­wona flaga, dym z ognisk w oko­pach. Pod­cho­dząc bli­żej czu­łeś obrzy­dliwy, słod­kawy smród, który pozo­sta­wał w moich noz­drzach przez wiele tygo­dni. Do roz­pa­dliny tuż za pozy­cją wrzu­cano wszel­kiego rodzaju odpadki: gni­jąca masa skó­rek chleba, eks­kre­men­tów i zardze­wia­łych puszek.

Kom­pa­nia, którą mie­li­śmy zlu­zo­wać, wła­śnie pako­wała swoje ple­caki. Byli na fron­cie od trzech mie­sięcy; ich mun­dury były oble­pione bło­tem, buty roz­pa­dały się na kawałki, a twa­rze mieli w więk­szo­ści zaro­śnięte. Dowo­dzący pozy­cją kapi­tan, o nazwi­sku Lewiń­ski, ale znany wszyst­kim jako Ben­ja­min, z uro­dze­nia pol­ski Żyd, posłu­gu­jący się fran­cu­skim jak języ­kiem ojczy­stym, wyczoł­gał się z zie­mianki i przy­wi­tał nas. Był niskim mło­dzień­cem w wieku około dwu­dzie­stu pię­ciu lat, ze sztyw­nymi czar­nymi wło­sami i bladą, gor­liwą twa­rzą, która w tym okre­sie wojny była zawsze bar­dzo brudna. Kilka zabłą­ka­nych poci­sków prze­le­ciało wysoko nad naszymi gło­wami. "Pozy­cja" była pół­okrą­głym ogro­dze­niem o pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu metrów, oto­czo­nym wałem, który czę­ściowo skła­dał się z wor­ków z pia­skiem, a czę­ściowo z brył wapie­nia. Wokół wid­niało trzy­dzie­ści albo czter­dzie­ści sta­no­wisk strze­lec­kich, przy­po­mi­na­ją­cych szczu­rze nory. Wsko­czy­łem z Wil­liam­sem jego i hisz­pań­skim szwa­grem do naj­bliż­szej wol­nej jamy, która wyglą­dała na nada­jącą się do zamiesz­ka­nia. Gdzieś z przodu od czasu do czasu wypa­lił kara­bin, wywo­łu­jąc dziwne, pohu­ku­jące wśród kamie­ni­stych wznie­sień echo. Wła­śnie zrzu­ci­li­śmy nasze ple­caki i wyczoł­ga­li­śmy się z dołu, gdy roz­legł się kolejny huk, i jeden z dzie­cia­ków z naszej kom­pa­nii spadł z przed­pier­sia wału, z twa­rzą we krwi. Oka­zało się, że pocią­gnął spust i naj­wy­raź­niej udało mu się roz­sa­dzić zamek; jego czaszka została roz­darta na strzępy przez odłamki pęk­nię­tej łuski. Tak więc kom­pa­nia docze­kała się pierw­szej ofiary, i co nie­stety typowe, z powodu samo­oka­le­cze­nia.

Po połu­dniu trzy­ma­li­śmy pierw­szą wartę, a Ben­ja­min opro­wa­dził nas po pozy­cji. Przed wałem biegł sys­tem wąskich rowów wyku­tych w skale, z pry­mi­tyw­nymi otwo­rami strzel­ni­czymi wyko­na­nymi z pła­skiego wapie­nia. W róż­nych punk­tach wykopu i za wewnętrzną balu­stradą znaj­do­wało się dwu­na­stu war­tow­ni­ków. Przed wyko­pem roz­cią­gnięto drut kol­cza­sty, a dalej zbo­cze osu­wało się w zda­wało się bez­denny wąwóz. Naprze­ciwko roz­cią­gały się nagie wzgó­rza, miej­scami gołe skały, szare i zimne, bez jakich­kol­wiek prze­ja­wów życia, nawet ptaki tam nie zaglą­dały. Ostroż­nie wyj­rza­łem przez lukę, pró­bu­jąc zna­leźć faszy­stow­ski rów.

- Gdzie jest wróg?

Ben­ja­min mach­nął ręką.

- Tiam - odparł w kosz­mar­nej angielsz­czyź­nie.

- Ale gdzie?

Według moich wie­dzy na temat wojny oko­po­wej faszy­ści powinni być odda­leni o pięć­dzie­siąt lub sto metrów. Niczego nie dostrze­głem - naj­wy­raź­niej ich okopy były bar­dzo dobrze zama­sko­wane. Potem z prze­ra­że­niem zoba­czy­łem miej­sce, które wska­zy­wał Ben­ja­min; w odle­gło­ści co naj­mniej sied­miu­set metrów wid­niał maleńki zarys wału i czer­wono-żółta flaga - pozy­cja faszy­stow­ska. Byłem zdru­zgo­tany. Nie byli­śmy nawet w ich pobliżu! Na tym dystan­sie nasze kara­biny były cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczne. W tym momen­cie za naszymi ple­cami roz­legł się okrzyk pod­nie­ce­nia.

Dwaj faszy­ści, szare figurki w oddali, wspi­nali się po nagim zbo­czu wzgó­rza naprze­ciwko. Ben­ja­min chwy­cił kara­bin naj­bliż­szego męż­czy­zny, wyce­lo­wał i ścią­gnął spust. Klik! Nie­wy­pał. Pomy­śla­łem, że to zły omen.

Roz­pę­tała się okropna kano­nada, strze­lali wszy­scy wokół, nie mie­rząc przy tym w żaden kon­kretny cel. Widzia­łem faszy­stów, maleń­kich jak mrówki, prze­my­ka­ją­cych tam i z powro­tem za wałem, a cza­sami tylko czarna kropka, która była głową, zatrzy­my­wała się na chwilę, bez­czel­nie się odsła­nia­jąc. Oczy­wi­ście strze­la­nie nie miało sensu. Ale nie­ba­wem war­tow­nik po mojej lewej, opusz­cza­jąc bez roz­kazu poste­ru­nek w typowy dla Hisz­pa­nów spo­sób, pod­szedł do mnie i zaczął nama­wiać do strze­la­nia. Pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć, że z tej odle­gło­ści i z tych kara­bi­nów można kogoś tra­fić jedy­nie przez przy­pa­dek. Ale on był tylko dzie­cia­kiem i cią­gle wska­zy­wał kara­bi­nem w kie­runku jed­nej z kro­pek, uśmie­cha­jąc się przy tym jak pies, który ocze­kuje, że rzuci się mu patyk. W końcu usta­wi­łem celow­nik na sie­dem­set i strze­li­łem. Kropka znik­nęła. Podej­rze­wam, że kula prze­le­ciała na tyle bli­sko, że ktoś musiał się prze­stra­szyć. Po raz pierw­szy w życiu strze­li­łem z broni do czło­wieka.

Teraz, gdy zoba­czy­łem już front, byłem głę­boko znie­sma­czony. I oni to nazy­wają wojną! Pra­wie nie mie­li­śmy kon­taktu z wro­giem! Nie musia­łem nawet trzy­mać głowy poni­żej poziomu okopu. Chwilę póź­niej jed­nak kula ze zło­wro­gim trza­skiem prze­le­ciała mi koło ucha i wbiła się w obwa­ło­wa­nie z tyłu. Nie­stety, odru­chowo schy­li­łem się. Całe życie przy­się­ga­łem, że nie schylę się, gdy pierw­szy raz prze­leci koło mnie kula; ale ten ruch wydaje się być instynk­towny i pra­wie każdy uczyni tak przy­naj­mniej raz.

Rozdział 3

W woj­nie pozy­cyj­nej ważne jest pięć rze­czy: drewno opa­łowe, żyw­ność, tytoń, świece i wróg. Zimą, na fron­cie w Sara­gos­sie, tak wła­śnie wyglą­dała hie­rar­chia waż­no­ści - wróg był na sza­rym końcu. Z wyjąt­kiem nocy, kiedy można było spo­dzie­wać się ataku z zasko­cze­nia, nikt nie przej­mo­wał się wro­giem. Były to po pro­stu odle­głe czarne owady, które od czasu do czasu widy­wano ska­czące tam i z powro­tem. Naj­waż­niej­szym zada­niem obu armii było ogrza­nie się.

Powi­nie­nem wspo­mnieć, że przez cały czas pobytu w Hisz­pa­nii widzia­łem bar­dzo mało walki. Byłem na fron­cie w Ara­go­nii od stycz­nia do maja, a od stycz­nia do końca marca na tym fron­cie nie wyda­rzyło się pra­wie nic, z wyjąt­kiem oko­lic Teruel. W marcu wokół Huesca toczyły się cięż­kie walki, ale ja oso­bi­ście ode­gra­łem w nich nie­wielką rolę. Póź­niej, w czerwcu, miał miej­sce kata­stro­falny atak na Huesca, w któ­rym kilka tysięcy ludzi zgi­nęło w ciągu jed­nego dnia, ale wcze­śniej zdą­ży­łem już odnieść ranę i byłem nie­zdolny do walki. Rze­czy, o któ­rych zwy­kle myśli się w kate­go­riach okrop­no­ści wojny, rzadko mi się przy­da­rzały. Żaden samo­lot ni­gdy nie zrzu­cił bomby w pobliżu, nie sądzę nawet, by zbłą­kany pocisk arty­le­ryj­ski eks­plo­do­wał w pro­mie­niu pięć­dzie­się­ciu metrów ode mnie, tylko raz wal­czy­łem wręcz (powie­dział­bym, że o jeden raz za dużo). Oczy­wi­ście czę­sto znaj­do­wa­łem pod ostrza­łem cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych, ale zwy­kle na dale­kich dystan­sach. Nawet w Huesca byłeś raczej bez­pieczny, jeśli pod­ją­łeś odpo­wied­nie środki ostroż­no­ści.

Tutaj na wzgó­rzach oka­la­ją­cych Sara­gossę nuda prze­pla­tała się z nie­wy­go­dami, jakie nio­sła ze sobą wojna pozy­cyjna. Toczy­li­śmy życie rów­nie spo­kojne jak urzęd­nika magi­stratu i pra­wie tak samo regu­larne. Warty, patrole, roboty ziemne; roboty ziemne, patrole, warty. Na każ­dym szczy­cie wzgó­rza widać było faszy­stów lub loja­li­stów, grupki obdar­tych, brud­nych męż­czyzn drep­czą­cych wokół flagi i pró­bu­ją­cych się ogrzać. I przez cały dzień i noc bez­sen­sowne kule lata­jące po pustych doli­nach, mogące tylko jakimś nie­praw­do­po­dob­nym tra­fem spe­ne­tro­wać ludz­kie ciało.

Czę­sto roz­glą­da­łem się po zimo­wym kra­jo­bra­zie i podzi­wia­łem darem­ność tego wszyst­kiego. Cóż za kapry­śna wojna! Wcze­śniej, około paź­dzier­nika, o wszyst­kie te wzgó­rza toczyły się zacie­kłe walki. Potem brak ludzi i broni, zwłasz­cza arty­le­rii, unie­moż­li­wiał jaką­kol­wiek ope­ra­cję na dużą skalę, obie armie oko­pały się więc i osia­dły na zdo­by­tych szczy­tach wzgórz. Po naszej pra­wej stro­nie widać było małą pla­cówkę, rów­nież POUM, a na grzbie­cie po naszej lewej stro­nie usta­wiono wzglę­dem nas, niczym wska­zówki zegara na godzi­nie siód­mej, sta­no­wi­sko PSUC3, zwró­cone fron­tem do wyż­szego grzbietu, na któ­rym poroz­rzu­cano na poszcze­gól­nych szczy­tach kilka małych poste­run­ków faszy­stów. Tak zwana linia frontu bie­gła zyg­za­kiem w tę i z powro­tem ukła­da­jąc się we wzór, który byłby cał­kiem nie­zro­zu­miały, gdyby nad każ­dym sta­no­wi­skiem nie powie­wała flaga. Flagi POUM i PSUC były czer­wone, flagi anar­chi­stów czer­wone i czarne; faszy­ści na ogół mieli flagę monar­chi­styczną (czer­wono-żółto-czer­woną), ale od czasu do czasu wywie­szali flagę Repu­bliki4 (czer­wono-żółto-fio­le­towa). Kra­jo­braz nie­sa­mo­wity, a trzeba jesz­cze pamię­tać, że każdy gór­ski szczyt był obsa­dzony przez oddziały, a więc zaśmie­cony pusz­kami i pokryty odcho­dami. Na prawo od nas łań­cuch wygi­nał się na połu­dniowy wschód, by ustą­pić miej­sca sze­ro­kiej, sło­jo­wa­tej doli­nie, która cią­gnęła się w poprzek aż do Huesca. Na środku rów­niny leżało kilka sze­ścia­nów poroz­rzu­ca­nych jak kości do gry: mia­sto Robres, znaj­du­jące się we wła­da­niu loja­li­stów. Rano dolina czę­sto była ukryta pod morzem chmur, z któ­rych wyła­niały się pła­skie i błę­kitne wzgó­rza, nada­jące kra­jo­bra­zowi dziwne podo­bień­stwo do nega­tywu foto­gra­ficz­nego. Za Huescą roz­cią­gało się wię­cej wzgórz o takiej samej for­ma­cji jak nasze, poprze­ty­ka­nych pasami śniegu, któ­rego zasięg zmie­niał się z dnia na dzień. W oddali mon­stru­alne szczyty Pire­ne­jów, gdzie śnieg ni­gdy nie top­nieje, zda­wały się uno­sić w powie­trzu. Nawet na rów­ni­nie wszystko wyglą­dało na mar­twe i nagie. Wzgó­rza naprze­ciwko nas były szare i pomarsz­czone jak skóra słoni. Nie­mal ni­gdy na nie­bie nie dostrze­głem pta­ków. Chyba ni­gdy nie widzia­łem kraju, w któ­rym było tak mało lata­ją­cych stwo­rzeń. Jedy­nymi pta­kami, jakie można było zoba­czyć, były sroki i stada kuro­patw, które nocą prze­ra­żały swoim nie­spo­dzie­wa­nym war­ko­tem, a także bar­dzo rzad­kie grupki orłów, które powoli szy­bo­wały nad nimi, ści­gane czę­sto w swych lotach przez kule kara­bi­nowe, któ­rych zresztą nie raczyły nawet zauwa­żać.

W nocy i pod­czas mgli­stej pogody w doli­nie na pas ziemi niczy­jej mię­dzy nami a faszy­stami wysy­łano patrole. Zaję­cie to nie cie­szyło się popu­lar­no­ścią. Było zbyt zimno, zbyt łatwo można się było zgu­bić, i wkrótce prze­ko­na­łem się, że mogę dosta­wać zgodę na wyru­sze­nie na patrol tak czę­sto, jak tylko chcia­łem. W ogrom­nych, poszar­pa­nych wąwo­zach nie było żad­nych ście­żek; można było się odna­leźć tylko dzięki kolej­nym wypra­wom, za każ­dym razem zapa­mię­tu­jąc nowe punkty orien­ta­cyjne. Kula prze­la­tu­jąca mię­dzy nami i naj­bliż­szym sta­no­wi­skiem faszy­stów poko­ny­wała w linii pro­stej odci­nek sied­miu­set metrów, ale jedyna nada­jąca się do przej­ścia trasa mie­rzyła dwa i pół kilo­me­tra. Cał­kiem przy­jem­nie było wędro­wać po ciem­nych doli­nach, z zabłą­ka­nymi kulami lata­ją­cymi wysoko nad głową, jak gwiż­dżące wró­ble.

Lep­sze od nocy były gęste mgły, które czę­sto utrzy­my­wały się cały dzień i które miały zwy­czaj sku­piać się wokół szczy­tów wzgórz i omi­jać doliny. W pobliżu pozy­cji faszy­stów trzeba było skra­dać się w śli­ma­czym tem­pie; bar­dzo trudno było cicho się poru­szać po zbo­czach wzgórz, wśród sze­lesz­czą­cych krze­wów i brzę­czą­cych wapieni. Dopiero przy trze­ciej lub czwar­tej pró­bie udało mi się zna­leźć drogę do faszy­stow­skiej linii. Mgła była bar­dzo gęsta, a ja pod­kra­dłem się do drutu kol­cza­stego, żeby nasłu­chi­wać. Sły­sza­łem, jak faszy­ści roz­ma­wiają i śpie­wają wewnątrz umoc­nień. Potem ku mojemu nie­po­ko­jowi usły­sza­łem, jak kilku z nich scho­dzi w moim kie­runku. Sku­li­łem się za krza­kiem, który nagle wydał mi się bar­dzo mały, i pró­bo­wa­łem bez­gło­śnie odbez­pie­czyć kara­bin. Poszli jed­nak inną drogą i nie poka­zali się nawet w zasięgu wzroku. Za krza­kiem, w któ­rym się ukry­wa­łem, natkną­łem się na różne relikty wcze­śniej­szych walk - stos pustych łusek, skó­rzaną czapkę z dziurą po kuli i czer­woną flagę, oczy­wi­ście jedną z naszych. Zanio­słem ją z powro­tem na nasze sta­no­wi­sko, gdzie została zresztą podarta na szmatki do czysz­cze­nia broni.

Gdy tylko dotar­li­śmy na linię frontu, zosta­łem kapra­lem, czyli cabo, jak tu się mówiło, i dosta­łem pod komendę dwu­na­sto­oso­bowy oddział. Funk­cja ta nie była żadną syne­kurą, zwłasz­cza na początku. Cen­tu­ria była nie­wy­szko­lo­nym zbio­ro­wi­skiem zło­żo­nym głów­nie z chłop­ców w wieku kil­ku­na­stu lat. Tu i ówdzie w mili­cji można było spo­tkać dzieci w wieku jede­na­stu czy dwu­na­stu lat, zwy­kle ucie­ki­nie­rów z faszy­stow­skiego tery­to­rium, któ­rzy zostali zacią­gnięci do mili­cji, bo tak było naj­ła­twiej zapew­nić im prze­trwa­nie. Z reguły byli zatrud­niani do lek­kich prac na tyłach, ale cza­sami uda­wało im się prze­drzeć na linię frontu, gdzie sta­no­wili zagro­że­nie dla wszyst­kich. Pamię­tam, jak jeden gno­jek "dla żartu" wrzu­cił gra­nat ręczny do ogni­ska w wyko­pie. W Monte Pocero nie było chyba młod­szych niż pięt­na­sto­latki, ale średni wiek wyno­sił raczej mniej niż dwa­dzie­ścia lat. Chłopcy w tym wieku ni­gdy nie powinni być zna­leźć się na pierw­szej linii frontu, ponie­waż nie mogą znieść braku snu, który jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zany z wojną oko­pową. Na początku utrzy­ma­nie naszej pozy­cji w nocy było pra­wie nie­moż­liwe. Jedyną metodą na obu­dze­nie tych nie­szczę­śli­wych dzieci było wywle­ka­nie ich z wyko­pów za nogi, lecz gdy tylko czło­wiek się odwra­cał, opusz­czali poste­runki i wśli­zgi­wali się do swo­ich kry­jó­wek, a nawet, mimo prze­raź­li­wego zimna, opie­rali się o ścianę okopu i szybko zasy­piali. Na szczę­ście nasz wróg był nie­zbyt przed­się­bior­czy. Bywały noce, kiedy wyda­wało mi się, że naszą pozy­cję może zdo­być dwu­dzie­stu har­ce­rzy, lub tyle samo har­ce­rek, jedy­nie z kijan­kami do pra­nia w ręku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki