W imię dziecka - Ian McEwan

Kup ebooka

27.20 zł
21.76 zł (27,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Londyn. Trzecia, już przedostatnia w tym roku, sesja sądu zaczęła się tydzień temu. Nieznośna czerwcowa pogoda. Fiona Maye, sędzia Wysokiego Trybunału Anglii i Walii, w niedzielne popołudnie leżała na szezlongu u siebie w domu. Na linii wzroku miała swoje stopy w pończochach, dalej, przy kominku, fragment wbudowanych w ścianę półek na książki, a obok, przy wysokim oknie, niewielką litografię Renoira z kąpiącą się. Kupiła ją trzydzieści lat temu za pięćdziesiąt funtów. Zapewne falsyfikat. Pod litografią, pośrodku okrągłego stolika z drewna orzechowego, stał błękitny wazon. Nie pamiętała, jak weszła w jego posiadanie. Ani też kiedy po raz ostatni wstawiła do niego kwiaty. W kominku nie rozpalano od roku. Poczerniałe krople deszczu kapały w nieregularnym rytmie na palenisko, cicho stukając w zderzeniu ze zmiętą pożółkłą gazetą. Na lakierowanej podłodze z szerokich desek leżał bucharski dywan. Na skraju pola widzenia wyłaniał się lśniący czarny fortepian salonowy, na którym stały rodzinne zdjęcia w srebrnych ramkach. Przy szezlongu, w zasięgu ręki, czekał projekt orzeczenia. W tej chwili Fiona najchętniej posłałaby to wszystko na dno morza.

W dłoni trzymała drugą szkocką z wodą. Była roztrzęsiona, wciąż nie mogła się zebrać po zajściu z mężem. Rzadko piła alkohol, ale whisky Talisker z wodą z kranu działała jak balsam na jej duszę. Być może wstanie, podejdzie do kredensu po przeciwnej stronie salonu i przygotuje sobie trzeciego drinka. Mniej szkockiej, więcej wody, bo następnego dnia ma być w sądzie, a nawet teraz, kiedy leżała, próbując dojść do siebie, pełniła dyżur pod telefonem. Jej mąż wygłosił szokujące oświadczenie i zrzucił na nią ciężar nie do przyjęcia. Fiona po raz pierwszy od lat podniosła głos i wciąż pobrzmiewało jej w uszach słabe echo wykrzyczanych słów.

- Ty idioto! Ty cholerny idioto!

Nie zaklęła na głos od czasów, gdy jako beztroska nastolatka jeździła do Newcastle, choć czasem mocne słowo wdzierało się w jej myśli, kiedy słyszała jakieś niczemu niesłużące argumenty lub nieistotne dla sprawy pytanie prawne.

A zaraz potem, aż dysząc z oburzenia, powiedziała głośno, co najmniej dwukrotnie:

- Jak śmiesz?!

Trudno było uznać to za pytanie, lecz on odparł spokojnie:

- Jest mi to potrzebne. Mam pięćdziesiąt dziewięć lat. To moja ostatnia szansa. Jak dotąd nie wiadomo mi o żadnych dowodach na życie po śmierci.

Pretensjonalne spostrzeżenie, na które nie znalazła odpowiedzi. Wpatrywała się w niego zdumiona i niewykluczone, że otworzyła nawet usta. Trafna riposta przyszła jej do głowy dopiero teraz, gdy leżała na szezlongu. "Pięćdziesiąt dziewięć? Jack, przecież ty masz sześćdziesiąt lat! Jakie to żałosne i banalne".

Tymczasem w rzeczywistości odpowiedziała nieprzekonująco:

- To po prostu śmieszne.

- Fiono, kiedy ostatni raz się kochaliśmy?

Kiedy? Zadawał to pytanie już wcześniej, czasem tonem żałosnym, a czasem zrzędliwym. Ale w natłoku codziennych spraw trudno sobie przypomnieć nie tak odległą przeszłość. Wydział Rodzinny Wysokiego Trybunału obfitował w dziwne nieporozumienia, wyjątkowe petycje, półprawdy o życiu osobistym i niecodzienne oskarżenia. I podobnie jak w innych gałęziach prawa, sędzia musiał szybko poznać wszystkie aspekty i okoliczności konkretnej sprawy. W zeszłym tygodniu wysłuchała końcowych wystąpień rozwodzących się rodziców, żydów, którzy różnili się stopniem ortodoksyjności i toczyli spór o wykształcenie córek. Projekt uzasadnienia orzeczenia, który leżał teraz na podłodze, dotyczył tej właśnie sprawy. Jutro zaś po raz kolejny stanie przed Fioną zrozpaczona, bladziutka matka pięcioletniej dziewczynki. Ta świetnie wykształcona Angielka podejrzewała, że ojciec dziecka, marokański biznesmen i ortodoksyjny muzułmanin, wbrew temu, co oświadczył w sądzie, wywiezie córkę do Rabatu, gdzie zamierzał się osiedlić i rozpocząć nowe życie. Przed sądem toczyły się spory o miejsce zamieszkania dzieci, o domy, polisy emerytalne, dochody, spadki. Do Wysokiego Trybunału trafiały sprawy o podział naprawdę dużych majątków. Bogactwo zwykle nie przynosi długotrwałego szczęścia. Rodzice szybko poznawali nowe słownictwo i żmudne procedury. I wkrótce, ku ich zdumieniu, okazywało się, że prowadzą zażartą walkę z osobą, którą niedawno kochali. A za kulisami czekały dzieci, których imiona były wymieniane w aktach sądowych. Te biedne maluchy, Benowie i Sary, tuliły się do siebie znękane, a ponad ich głowami walka bogów toczyła się do samego końca. Od Sądu Rodzinnego przez Wysoki Trybunał po Sąd Apelacyjny.

W tym morzu nieszczęść powtarzały się te same tematy, ludzie okazywali się podobni, lecz mimo to Fiona nadal była zafascynowana swoją pracą. Wierzyła, że reprezentując głos rozsądku, może pohamować zapędy zwaśnionych stron i nawołać do opamiętania. Krótko mówiąc, wierzyła w przepisy prawa rodzinnego. Prymat potrzeb dziecka nad potrzebami rodziców, który zapisano w Ustawie o dzieciach, w chwilach optymizmu uznawała za istotny wskaźnik postępu cywilizacyjnego. Dni wypełniała jej praca. A wieczory? Ostatnio kilka oficjalnych kolacji, spotkanie w korporacji adwokackiej Middle Temple na cześć sędziego, który przeszedł na emeryturę, koncert w Kings Place (Schubert, Skriabin), taksówki, metro, odbieranie ubrań z pralni chemicznej, list w sprawie szkoły specjalnej dla autystycznego syna sprzątaczki i wreszcie czas na sen. Gdzie w tym wszystkim był seks? W tej chwili nie mogła sobie przypomnieć.

- Nie zapisuję sobie takich rzeczy - odpowiedziała mu wtedy.

A on rozłożył szeroko ręce na znak, że nie ma już nic do dodania.

Fiona bacznie obserwowała męża, kiedy przechodził przez pokój i nalewał sobie szkocką Talisker, którą sama teraz piła. Ostatnio sprawiał wrażenie wyższego i poruszał się swobodniej. Kiedy stał odwrócony do niej plecami, ogarnęło ją niemiłe przeczucie, że mąż ją porzuci i upokorzy. Odejdzie do młodszej kobiety, a ją zostawi, jak bezużyteczny przedmiot. Zastanawiała się, czy nie lepiej zgodzić się na wszystko, czego chciał, lecz natychmiast odsunęła od siebie ten pomysł.

Podszedł do niej ze szklanką w ręku. Nie proponował jej, jak zazwyczaj o tej porze, kieliszka wina Sancerre.

- Czego ty właściwie chcesz, Jack?

- Zamierzam przeżyć romans.

- Chcesz rozwodu.

- Nie. Chcę, żeby wszystko zostało bez zmian. Bez oszukiwania.

- Nie rozumiem.

- Oczywiście, że rozumiesz. Czy sama nie powiedziałaś mi kiedyś, że małżeństwa z długim stażem żyją bardziej jak rodzeństwo? Dotarliśmy do tego etapu, Fiono. Stałem się twoim bratem. To wygodny i przyjemny układ, a ja ciebie kocham, ale nim wyzionę ducha, chcę przeżyć wielki, namiętny romans.

Jej cichy okrzyk zdziwienia wziął chyba za śmiech, być może drwiący, bo powiedział szorstko:

- Pragnę takiej ekstazy, która prowadzi do utraty tchu. Pamiętasz, jak to było? Chcę znów to przeżyć, zapewne po raz ostatni w życiu, nawet jeśli ty nie chcesz. A może chcesz.

- A więc o to chodzi - odparła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem.

To wówczas powiedziała mu, jakim jest idiotą. Ogólnie przyjęte normy i wartości stanowiły jej domenę. A propozycja Jacka była tym bardziej oburzająca, że nigdy dotąd jej nie zdradził. A jeśli nawet, to dyskretnie. Fiona znała imię tej kobiety. Melanie. Dość podobne do nazwy złośliwego raka skóry, "melanoma". Wiedziała, że jego romans z tą dwudziestoośmioletnią specjalistką od statystyki może ją unicestwić.

- Jeśli to zrobisz, z nami koniec. Całkiem proste.

- Czy to groźba?

- Moja solenna obietnica.

Odzyskała już panowanie nad sobą. I naprawdę zdawało się to proste. Małżeństwo otwarte można zaproponować przed ślubem, a nie trzydzieści pięć lat później. Ryzykować utratę wszystkiego, co mieli, tylko po to, żeby Jack mógł zaznać zmysłowych rozkoszy! A gdyby ona zapragnęła czegoś takiego? Kiedy wyobraziła sobie taki swój "ostatni w życiu wyskok" - który w jej przypadku byłby pierwszym - pomyślała wyłącznie o zamęcie, o potajemnych schadzkach, rozczarowaniu i telefonie, który dzwoni nie w porę. Trzeba poznawać nowego partnera w łóżku, wymyślać nowy zestaw czułych słówek, udawać i wreszcie wyplątać się z takiego związku, zdobywając się na szczerość i otwartość. A potem nic już nie byłoby takie same. Nie, Fiona wolała raczej niedoskonałe życie, które dotąd wiodła.

Dopiero teraz, kiedy leżąc na szezlongu, analizowała tę rozmowę, dotarło do niej, jak bardzo ją znieważył, i zrozumiała, że gotów jest zapłacić za swoją przyjemność jej cierpieniem. Bez cienia litości. Nieraz widziała, jak potrafił działać z determinacją, nawet kosztem innych, ale najczęściej w słusznej sprawie. Nie tak jak teraz. Co się zmieniło? Przypomniała sobie chwilę, gdy Jack stanął przy kredensie. Stał wtedy wyprostowany, na rozstawionych nogach, i jedną ręką nalewał sobie whisky, a palcami drugiej przebierał w rytm jakiejś melodii, którą pewnie często puszczał, tyle że nie Fionie. Ją krzywdził i wcale się tym nie przejmował - na tym polegała zmiana. Dotąd zawsze był lojalnym i dobrym mężem, a dobroć jest zasadniczym elementem naszego człowieczeństwa, jak ciągle dowodziły sprawy z Wydziału Rodzinnego. Niedobrym rodzicom Fiona miała prawo odebrać dziecko, i czasem to robiła. Ale sama, opuszczona i słaba, nie mogła obronić się przed niedobrym mężem. Kto go osądzi? Kto ją otoczy opieką?

Czuła się zażenowana, gdy ludzie użalali się nad sobą, nie zamierzała więc sama tego robić. W zamian przygotowała sobie trzeciego drinka. Nalała jednak tylko symboliczną porcję whisky i dużo wody, po czym wróciła na leżankę. Tak, z tej rozmowy powinna sporządzić notatki. Trzeba to zapamiętać, starannie oszacować zniewagę. Kiedy zagroziła, że jeśli Jack tak postąpi, będzie to koniec ich małżeństwa, powtórzył tylko, że bardzo ją kocha. Powiedział, że zawsze będzie ją kochał, ale ma tylko jedno życie i jest ogromnie nieszczęśliwy, bo nie zaspokaja swoich potrzeb seksualnych. Dlatego teraz, za wiedzą Fiony i, jak miał nadzieję, za jej zgodą, chciałby wykorzystać tę ostatnią szansę. Rozmawiał z nią w duchu otwartości. Mógłby to przecież zrobić "za jej plecami". Za jej kruchymi, nieprzebaczającymi plecami.

- Och - mruknęła. - Jakie to szlachetne z twojej strony, Jack.

- Cóż, w istocie... - zaczął, lecz nie dokończył.

Domyślała się, co chciał powiedzieć: że romans już się zaczął - a tych słów by nie zniosła. Zresztą nie musiał mówić. I tak o tym wiedziała. Śliczna specjalistka od statystyki już pracowała nad zmniejszeniem prawdopodobieństwa jego powrotu do zgorzkniałej żony. Oczami wyobraźni Fiona ujrzała słoneczny poranek, nieznaną łazienkę, a w niej swojego męża. Jack, który nadal był dobrze umięśniony, miał na sobie na wpół rozpiętą śnieżnobiałą lnianą koszulę. Z charakterystycznym zniecierpliwieniem ściąga ją przez głowę i rzuca do kosza z brudną bielizną. Zmięta koszula zaczepia rękawem o brzeg kosza, po czym spada na podłogę. Zatracenie. To się wydarzy, za jej przyzwoleniem lub bez niego.

- Odpowiedź brzmi "nie". - Powiedziała to podniesionym tonem, niczym surowa belferka. I dodała: - Czego się spodziewałeś?

Poczuła się bezradna i chciała już zakończyć tę rozmowę. Następnego dnia rano miała oddać uzasadnienie orzeczenia przed jego publikacją w "Family Law Reports". Los dwóch żydowskich uczennic został już rozstrzygnięty, decyzja ogłoszona, ale tekst uzasadnienia trzeba było wygładzić, zadbać o odpowiedni dobór słów, okazując szacunek należny pobożności, na wypadek ewentualnej apelacji. Deszcz bębnił w szyby, z oddali dobiegł pisk opon hamujących na mokrym asfalcie. Jack ją zostawi, a życie będzie toczyć się dalej.

Kiedy wzruszył ramionami i odwrócił się, żeby wyjść z pokoju, miał spiętą twarz. Na widok jego oddalających się pleców znów przeszył ją lęk. Zawołałaby za nim, ale bała się, że ją zignoruje. I co by powiedziała? Przytul mnie, pocałuj, weź sobie tamtą dziewczynę. Usłyszała jego kroki w przedpokoju, trzaśnięcie drzwi do sypialni, które zamknął, a potem ciszę spowijającą mieszkanie. Ciszę i deszcz, który padał nieprzerwanie od miesiąca.

* * *

Najpierw fakty. Obie strony pochodziły z pobożnej ultraortodoksyjnej zamkniętej wspólnoty haredim z północnego Londynu. Małżeństwo państwa Bernsteinów zostało zaaranżowane przez rodziców. Zaaranżowane, a nie przeforsowane siłą, jak wyjątkowo zgodnie podkreślały obie strony. Trzynaście lat później wszyscy, czyli mediator, pracownik socjalny oraz sędzia, uważali, że małżeństwa nie da się naprawić. Para żyła w separacji. Rodzice z trudem dzielili opiekę nad dwiema córkami, Rachel i Norą, które mieszkały z matką i utrzymywały częste kontakty z ojcem. Rozpad małżeństwa zaczął się we wczesnych latach pożycia. Po trudnym drugim porodzie matka nie mogła ponownie zajść w ciążę z powodu radykalnego zabiegu chirurgicznego. Ojciec gorąco pragnął dużej rodziny, co doprowadziło do bolesnego konfliktu. Matka po okresie depresji (jej zdaniem krótkiej, a według ojca długiej) zaczęła studiować na uniwersytecie otwartym, zdobyła uprawnienia nauczycielskie i kiedy młodsza córka poszła do szkoły, podjęła pracę. Taki obrót sytuacji nie odpowiadał ojcu ani licznym krewnym. Wśród społeczności haredim, której tradycje trwają niezmienione od wieków, kobiety mają zajmować się dziećmi, im więcej dzieci tym lepiej, oraz domem. Kobiety z wyższym wykształceniem, aktywne zawodowo, stanowią rzadkość. Ojciec wezwał na świadka starszego mężczyznę, szanowanego we wspólnocie, który to potwierdził.

Mężczyźni również nie uczęszczali zbyt długo do szkół. Już jako dzieci większość czasu musieli poświęcać studiowaniu Tory. Z reguły nie wstępowali na uniwersytet. Częściowo z tego powodu wielu członków haredim żyło skromnie. Co nie dotyczyło akurat Bernsteinów, którym jeden z dziadków, posiadający udział w patencie na maszynę do drylowania oliwek, zapisał pewną kwotę. Jednak po opłaceniu rachunków związanych z prowadzoną w sądzie sprawą ich sytuacja materialna ulegnie radykalnej zmianie. Wszystkie pieniądze pójdą na adwokatki, które zresztą Fiona dobrze znała. Zdawać by się mogło, że sprawa dotyczy edukacji Rachel i Nory. Lecz stawką był cały kontekst wychowania dziewczynek. Była to walka o ich dusze.

Chłopców i dziewczynki ze społeczności haredim nauczano oddzielnie, aby zachowali czystość. Modne ubrania, telewizja i internet były zabronione, podobnie jak przebywanie wśród dzieci mogących korzystać z takich rozrywek. Wstęp do domów, w których nie przestrzegano surowych zasad koszerności, był zakazany. Ustalone zwyczaje obejmowały wszystkie aspekty codziennego życia. Problem zaczął się od matki, która zerwała ze wspólnotą, choć nie z judaizmem. Wbrew sprzeciwom ojca posłała dziewczynki do koedukacyjnej żydowskiej szkoły podstawowej, gdzie telewizja, muzyka pop, internet i relacje z nieżydowskimi dziećmi były dozwolone. Chciała, aby dziewczynki kontynuowały naukę po ukończeniu szesnastego roku życia i poszły na uniwersytet, jeśli taka będzie ich wola. W pisemnym zeznaniu oświadczyła, że chce, by dziewczynki zdobyły większą wiedzę o tym, jak żyją inni, i były tolerancyjne, a także zyskały możliwości pracy zawodowej, jakich ona nie miała. Pragnęła, by jako osoby dorosłe były ekonomicznie niezależne i mogły wybrać sobie na męża człowieka posiadającego takie kwalifikacje zawodowe, żeby pomagał utrzymać rodzinę. W przeciwieństwie do jej męża, który cały czas poświęcał na studiowanie Tory i nauczał jej przez osiem godzin w tygodniu, bez wynagrodzenia.

Choć ta argumentacja była racjonalna, Judith Bernstein - koścista blada twarz, odkryte kręcone rude włosy spięte wielką niebieską klamrą - w sądzie zachowywała się irytująco. W niespokojnych piegowatych dłoniach międliła liściki, które stale podawała swojej adwokatce, a kiedy głos zabierała adwokatka jej męża, pani Bernstein wymownie wzdychała, przewracała oczami i wydymała usta. Ciągle też, bardzo niestosownie, grzebała w swojej przepastnej skórzanej torbie, przetrząsając jej zawartość. W którymś momencie wyjęła nawet paczkę papierosów i zapalniczkę - przedmioty z pewnością prowokacyjne dla jej męża - i położyła na wierzchu, żeby mieć je pod ręką, gdy długa popołudniowa rozprawa wreszcie się skończy. Siedząc wyżej, Fiona dostrzegła to wszystko, ale udawała, że nic nie widzi.

Pisemne zeznania pana Bernsteina miały na celu przekonanie sądu, że jego żona jest samolubną kobietą, która "ma problemy z kontrolowaniem gniewu" (w Wydziale Rodzinnym powszechne, często obopólne oskarżenie). Pan Bernstein utrzymywał, że żona odwróciła się plecami do przysięgi małżeńskiej, skłóciła się z jego rodzicami oraz wspólnotą i odcięła córki od dziadków. Przeciwnie, oznajmiła Judith z miejsca dla świadka, to teściowie nie chcieli spotykać się z nią ani z dziećmi, dopóki wraz z córkami nie wróci na właściwą drogę życia, a to oznaczało odrzucenie współczesnego świata, w tym mediów społecznościach, i prowadzenie koszernego domu na ich warunkach.

Pan Julian Bernstein, wysoki jak trzcina, niczym łodyga sitowia, w którym ukryty został mały Mojżesz, schylił kornie głowę nad papierami sądowymi. Pejsy kołysały mu się melancholijnie, gdy reprezentująca go adwokatka oskarżyła jego żonę o nieumiejętność oddzielenia własnych potrzeb od potrzeb dzieci. To, czego zdaniem pani Bernstein córki potrzebowały, było w istocie tym, czego chciała dla siebie. Wyrywała dziewczynki z ciepłego i bezpiecznego środowiska rodziny, surowej, ale kochającej. Zasady i praktyki religijne tej społeczności odnoszą się do wszelkich trudnych sytuacji, tożsamość jest określona, a metody sprawdzone przez pokolenia. Członkowie tej wspólnoty są szczęśliwsi i bardziej spełnieni od przedstawicieli świeckiego społeczeństwa konsumpcyjnego, którzy żyją w świecie, gdzie wyśmiewa się życie duchowe, a kultura masowa uwłacza dziewczynkom i kobietom. Matka dzieci przejawia frywolne pragnienia i stosuje lekceważące tradycję, a nawet destrukcyjne metody. Pani Bernstein bardziej niż dzieci kocha samą siebie.

Na co Judith odparła szorstko, że nic nie uwłacza człowiekowi, chłopcu czy dziewczynce, bardziej niż odebranie mu możliwości edukacji i godnej pracy. Że przez całe dzieciństwo i okres dojrzewania słyszała, że jedynym celem jej życia jest prowadzenie miłego domu dla męża oraz dbanie o jego dzieci - i to również umniejszało jej prawo do wyboru własnego celu. Gdy z wielkim trudem podjęła studia na uniwersytecie otwartym, została wyśmiana, potępiona i wyklęta. Obiecała sobie, że jej córki nie doświadczą takich ograniczeń.

Adwokatki obu stron przyjęły podobną taktykę, zgodnie uznając (gdyż taką opinię reprezentowała sędzia), że sprawa dotyczy nie tylko kwestii edukacji. Sąd w imieniu dzieci miał dokonać wyboru pomiędzy religią totalną a religią o mniejszym oddziaływaniu na życie. Pomiędzy kulturami, tożsamościami, stanami umysłu, aspiracjami, kręgami więzi rodzinnych, podstawowymi definicjami, elementarną lojalnością wobec jednego lub drugiego rodzica, nieznanymi wariantami przyszłości.

W takich sprawach często decydowało naturalne dążenie do zachowania status quo, dopóki obecny stan rzeczy wydawał się korzystny. Uzasadnienie orzeczenia Fiony liczyło dwadzieścia jeden stron. Kartki leżały na podłodze niczym wachlarz, zapisanymi stronami do dołu, czekając, aż je podniesie, jedną po drugiej, a następnie poprawi tekst miękkim ołówkiem.

Z sypialni nie dobiegał żaden dźwięk, nic prócz szmeru samochodów sunących w deszczu po ulicy. Miała sobie za złe, że z napiętą uwagą, wstrzymując oddech, nasłuchuje skrzypienia drzwi lub podłogi. Pragnąc i lękając się tego zarazem.

W środowisku sędziowskim Fionie Maye nie skąpiono pochwał. Nawet pod jej nieobecność koledzy wyrażali uznanie dla jej rzeczowego, prawie ironicznego i niemal ciepłego stylu oraz zwięzłych określeń, za pomocą których potrafiła przedstawić istotę sporu. Podobno sam Lord Sędzia Najwyższy Anglii i Walii podczas lunchu szepnął o niej komuś na stronie: "Boski dystans, diabelska przenikliwość, a przy tym jaka uroda". Ona zaś uważała, że z każdym rokiem wykazuje coraz większe zamiłowanie do precyzji, którą można by określić mianem pedantycznej. Starała się formułować niepodważalne definicje, które inni sędziowie i adwokaci mogliby często przytaczać, tak jak często cytowano Hoffmana ze sprawy Piglowskiej przeciwko Piglowskiemu, a także Binghama, Warda czy niezastąpionego Scarmana, do których Fiona również się odwoływała. Tak jak w tym orzeczeniu, którego wiotką pierwszą kartkę trzymała w palcach. Czy jej życie się zmieni? Czy już wkrótce w Gray's Inn albo nawet w pozostałych trzech korporacjach, Lincoln's Inn, Inner i Middle Temple, znajomi adwokaci i sędziowie zaczną szeptać z trwogą: "I naprawdę go wyrzuciła?". Ona zaś będzie siedzieć sama w tym cudownym mieszkaniu w Gray's Inn, z którego w końcu wygonią ją wysokie opłaty lub starość.

Czas wrócić do orzeczenia. Część pierwsza: "Stan faktyczny". Po rutynowym opisie warunków mieszkaniowych i kontaktów córek z ojcem następował akapit poświęcony wspólnocie haredim. Fiona napisała, że zasady religijne regulują wszystkie sfery życia. Różnica pomiędzy tym, co należne cesarzowi, a tym, co należne Bogu, była bez znaczenia, podobnie jak w przypadku muzułmanów. Ołówek w jej palcach znieruchomiał. Porównanie żydów do muzułmanów. Czy może to zostać odebrane jako niestosowne lub prowokacyjne, w każdym razie przez ojca? Owszem, gdyby był nierozsądny, ale Fiona uznała, że nie jest. Czyli zostawić bez zmian.

Druga część nosiła tytuł "Różnice moralne". Sąd miał zdecydować o dalszym kształceniu obu dziewczynek, dokonać wyboru pomiędzy dwoma systemami wartości. A w takich sprawach pewną pomoc stanowiło odwołanie się do ogólnie przyjętych w społeczeństwie norm i zwyczajów. W tym miejscu przytoczyła słowa lorda Hoffmana: "Są to opinie wartościujące, w których ludzie rozsądni mogą się różnić. Ponieważ sędziowie są również ludźmi, oznacza to, że pewien stopień zróżnicowania w ich ocenie wartości jest nieunikniony...".

Na następnej stronie Fiona poświęciła kilkaset słów na zdefiniowanie pojęcia "dobro dziecka", a następnie omówienie standardów, które to dobro wyznaczają. Za przykładem lorda Hailshama uznała, że jest to pojęcie tożsame z dobrostanem i obejmuje wszystko, co ma związek z rozwojem dziecka jako osoby. Powołała się na Toma Binghama, uznając, że należy przyjąć perspektywę średnio- i długoterminową, ponieważ dzisiejsze dzieci mogą dożyć dwudziestego drugiego wieku. Zacytowała fragment orzeczenia lorda sędziego Lindleya z 1893 roku, mówiący o tym, że dobra dziecka nie można mierzyć tylko warunkami finansowymi czy też jedynie wygodą życia lub dobrym samopoczuciem fizycznym. Fiona przyjmie jak najszerszą perspektywę. Dobro, szczęście, dobrostan winny odnosić się do filozoficznego pojęcia udanego życia. Wymieniła kilka istotnych elementów, celów, które mogą stanowić zwieńczenie procesu dojrzewania. Wolność ekonomiczna i moralna, cnota, współczucie i altruizm, praca dająca zadowolenie dzięki realizacji trudnych zadań, rozwijanie relacji osobistych, zdobywanie szacunku innych ludzi, dążenie do nadania swemu życiu większego sensu oraz posiadanie jednego lub kilku istotnych związków opartych przede wszystkim na miłości.

Tak, jeśli chodzi o ten ostatni, zasadniczy element, sama poniosła porażkę. Szklanka szkockiej z wodą stała obok nietknięta. Żółta jak uryna barwa i natrętny korkowy zapach teraz napawały ją obrzydzeniem. Powinna być bardziej wściekła, powinna porozmawiać z przyjaciółką - miała ich kilka - powinna wkroczyć do sypialni, domagając się dalszych wyjaśnień. Ale czuła, że kurczy się w sobie, jakby zamieniała się w punkt geometryczny, pełny niespokojnej determinacji. Jutro mija termin oddania tekstu do druku. Trzeba zabrać się do pracy. Jej życie osobiste nie ma tu nic do rzeczy. A przynajmniej nie powinno mieć. Uwaga Fiony nadal była podzielona między trzymaną kartkę a zamknięte drzwi sypialni, które znajdowały się w odległości piętnastu metrów. Zmusiła się do przeczytania długiego akapitu, który budził jej wątpliwości, gdy wygłaszała go w sądzie. Uznała jednak, że nie ma nic złego w dobitnym stwierdzaniu oczywistości. Dobrostan zależy od relacji społecznych. Złożona sieć powiązań dziecka z rodziną i przyjaciółmi to kluczowy element. Dziecko nie jest wyspą. Człowiek to istota społeczna, według słynnej koncepcji Arystotelesa. W czterystu słowach poświęconych tej kwestii wypłynęła na pełne morze, nabierając, dzięki erudycyjnym odniesieniom (Adam Smith, John Stuart Mill), wiatru w żagle. Dobre uzasadnienie orzeczenia zawsze powinno być osadzone w takich światłych ramach.

Idąc dalej, dobrostan jest pojęciem zmiennym, należy go oceniać według standardów dzisiejszych rozsądnych kobiet i mężczyzn. To, co zadowalało poprzednie pokolenie, może już nie wystarczać. I znów, podejmowanie decyzji w sprawie wierzeń religijnych czy różnic teologicznych nie leży w gestii świeckiego sądu. Wszystkie religie zasługują na szacunek, jeśli są, jak to ujął lord sędzia Purchas, "prawnie i społecznie dopuszczalne", a nie, według bardziej mrocznego określenia lorda sędziego Scarmana, "niemoralne lub w odczuciu społecznym odrażające".

Sądy nie powinny spieszyć z interwencją w obronie interesów dziecka wbrew zasadom religijnym rodziców. Czasem jednak muszą. Lecz kiedy? W odpowiedzi przywołała słowa jednego ze swych faworytów, mądrego lorda sędziego Munby'ego z Sądu Apelacyjnego: "Rozmaitość ludzkich uwarunkowań wyklucza arbitralną definicję". Godny podziwu szekspirowski akcent. "Zwyczaj żądz nie spłoszy: jej rozmaitość wzmacnia wdzięk rozkoszy"1. Te słowa wytrąciły ją z toku myślenia. Kwestię Enobarbusa znała na pamięć, bo zagrała go kiedyś na studiach, w spektaklu, w którym występowały same kobiety, wystawionym w pewne słoneczne letnie popołudnie na trawniku w Lincoln's Inn Fields. Ledwie spadł jej z pleców ciężar egzaminów adwokackich. Mniej więcej w tym czasie zakochał się w niej Jack, a wkrótce potem ona zakochała się w nim. Po raz pierwszy kochali się w wynajętym pokoju na strychu, gdzie prażyło popołudniowe słońce. Przez okrągłe okienko, którego nie dawało się otworzyć, widać było kawałek Tamizy.

Pomyślała o przyszłej, a może już obecnej kochance Jacka, tej specjalistce od statystyki, Melanie. Raz ją spotkała. Cicha młoda kobieta z ciężkimi bursztynowymi koralami i w szpilkach, które mogły zrujnować starą dębową podłogę. "Kobiety zwykle tępią smak przesytem/Ta coraz nowym rzeźwi go zachwytem". Mogło być właśnie tak: toksyczna obsesja, uzależnienie, które odsuwało go od domu, zatruwało, pochłaniając całą ich przeszłość, przyszłość, a także teraźniejszość. Chyba że Melanie należała, podobnie jak najwidoczniej sama Fiona, do tych kobiet, które "tępią smak przesytem", i Jack wróci przed upływem dwóch tygodni, zaspokoiwszy apetyt, i zacznie snuć plany rodzinnych wakacji.

Tak czy inaczej było to nie do zniesienia.

Nie do zniesienia, a zarazem fascynujące. I w tej chwili nieistotne. Zmusiła się, by wrócić do swoich kartek, do podsumowania zeznań obu stron. Było zwięzłe i dość życzliwe. Kolejny akapit ze streszczeniem raportu, który opracował powołany przez sąd pracownik socjalny. Przedstawicielka Cafcass, instytucji wspomagającej sąd rodzinny, była pulchną życzliwą młodą kobietą, która często pojawiała się na sali sądowej zdyszana, z rozwichrzonymi włosami, w koszuli, którą nosiła na wierzch, rozpiętej pod szyję. Była chaotyczna, dwa razy spóźniła się na rozprawę z powodu jakichś zawiłych kłopotów z kluczykami od samochodu, dokumentów zatrzaśniętych w aucie i dziecka, które musiała odebrać ze szkoły. Lecz jej raport, zamiast typowych frazesów, które miałyby zadowolić obie strony, zawierał sensowne, a nawet wnikliwe spostrzeżenia, i Fiona przytoczyła jej słowa, w pełni się z nimi zgadzając. Co dalej?

Podniosła głowę i zobaczyła męża. Stał po przeciwnej stronie pokoju i nalewał sobie drinka, dużego, z whisky na trzy, a może na cztery palce. Latem często chodził po domu boso, jak przystało na ekscentrycznego profesora. Teraz również nie miał butów. Dlatego wszedł tak cicho. Pewnie leżał wcześniej na łóżku i wpatrując się w misterną sztukaterię na suficie, przez pół godziny zastanawiał się nad brakiem rozsądku Fiony. Zgarbione, napięte plecy, sposób, w jaki wcisnął korek - uderzając w niego czubkiem kciuka - sugerowały, że wszedł tutaj bezszelestnie, szukając kłótni. Znała te sygnały.

Odwrócił się i podszedł do niej ze swoją nierozcieńczoną whisky. Żydowskie dziewczynki, Rachel i Nora, muszą unieść się w powietrze i poczekać za plecami Fiony, niczym chrześcijańskie aniołki. Ich świecki bóg ma własne kłopoty. Z szezlongu miała całkiem dobry widok na jego paznokcie u nóg - przycięte równo, na kwadratowo, o jasnych, młodzieńczych półksiężycach, bez żółtych smug, które pokrywały jej paznokcie. Zachował dobrą formę dzięki grze w tenisa w klubie uniwersyteckim oraz ciężarkom w gabinecie, które każdego dnia starał się podnieść w sumie sto razy. Fiona robiła niewiele dla zachowania kondycji: poza tym, że dźwigała teczkę z dokumentami przez długie sądowe korytarze i raczej korzystała ze schodów niż z windy. Jack był przystojny, choć w niesforny sposób. Miał krzywą kwadratową szczęką i wyszczerzoną w uśmiechu twarz, jakby mówił: "Jestem gotów na wszystko", co urzekało studentów, którzy po profesorze historii starożytnej nie spodziewali się takiego, świadczącego o hedonizmie wyglądu. Nigdy wcześniej nie przyszło jej do głowy, że Jack mógłby interesować się studentkami. Teraz wszystko przedstawiało się inaczej. Być może Fiona, która przez całe życie zawodowe analizowała ludzkie słabości, pozostała niewinna, bezmyślnie wyłączając siebie i męża z powszechnego wzorca zachowań. Kiedy Jack wydał swoją jedyną popularyzatorską książkę, biografię Juliusza Cezara, zyskał na krótko cichą sławę i uznanie. To mogło sprowokować jakąś zuchwałą kokietkę z drugiego roku studiów. W jego gabinecie stała kanapa. Miał tam również tabliczkę z napisem "Ne pas déranger", którą zabrał z Hôtel de Crillon, gdzie zatrzymali się dawno temu, pod koniec miesiąca miodowego. Były to całkiem nowe myśli. Oto jak robak podejrzliwości toczył przeszłość.

Jack usiadł na najbliższym krześle.

- Nie potrafiłaś odpowiedzieć na moje pytanie, więc sam ci powiem. Minęło siedem tygodni i jeden dzień. Czy naprawdę jesteś z tego zadowolona?

- Czy ten romans już trwa? - spytała cicho Fiona.

Wiedział, że na trudne pytanie najlepiej odpowiedzieć innym pytaniem.

- Myślisz, że jesteśmy zbyt starzy? O to chodzi?

- Bo jeśli tak - dodała - chciałabym, żebyś spakował teraz walizkę i opuścił ten dom.

Samokrzywdzący ruch, bez premedytacji, jej wieża za jego skoczka, czysta głupota i żadnej możliwości odwrotu. Jeśli zostanie - upokorzenie; jeśli odejdzie - otchłań.

Siedział na drewnianym krześle obitym skórą, z ćwiekami, które wyglądało niczym średniowieczne narzędzie tortur. Fiona nigdy nie lubiła wiktoriańskiego gotyku, a teraz szczególnie. Z nogą założoną na nogę i przechyloną głową spoglądał na nią z wyrozumiałością, a może współczuciem. Odwróciła wzrok. Siedem tygodni i jeden dzień - to również przywodziło jej na myśl średniowiecze, bo brzmiało jak wyrok orzeczony przez dawny sąd koronny delegowany. Niepokoiła ją myśl, że oskarżenia Jacka mogą się okazać uzasadnione. Przez wiele lat ich życie seksualne było przyzwoite, radośnie nieskomplikowane. W tygodniu - wczesnym rankiem, gdy tylko się obudzili, nim oślepiające problemy kolejnego dnia pracy zdążyły się przedrzeć przez ciężkie sypialnianie zasłony. W weekendy - popołudniami, czasem po tenisie, po towarzyskich deblach rozgrywanych na korcie w ogrodach przy Mecklenburgh Square. A wtedy seks zmazywał winę za skiksowane uderzenia. Ich życie miłosne było naprawdę przyjemne i dobrze funkcjonowało, pozwalając im płynnie przechodzić do innych sfer codzienności, i nie rozmawiali o seksie, co również stanowiło jego zaletę. Nie mieli nawet specjalnego słownictwa - i dlatego zabolało ją, gdy Jack wspomniał o nim teraz. Dlatego też zapewne nie zauważyła nawet, że ich obopólny zapał i częstotliwość zbliżeń zmalały.

Ale zawsze go kochała, zawsze była wobec niego czuła, lojalna, okazywała mu uwagę. Całkiem niedawno, w minionym roku, opiekowała się nim troskliwie, gdy złamał nogę i nadgarstek na nartach w Méribel, kiedy podczas zjazdu ścigał się jak dureń ze swoim starym szkolnym kolegą. Teraz przypomniała sobie, jak go zadowalała, siadając na nim okrakiem, gdy leżał w splendorze gipsowych opatrunków. Nie potrafiła na swoją obronę mówić o takich rzeczach, zresztą nie z tego powodu była atakowana. Brakowało jej nie oddania, lecz pasji.

A do tego kwestia wieku. Nie całkiem starość, jeszcze nie, lecz jej pierwsze zapowiedzi były już widoczne, podobnie jak na buzi dziesięciolatka może czasem mignąć dorosła twarz. Jeśli Jack, rozwalony naprzeciw niej na krześle, sprawiał w tej rozmowie tak groteskowe wrażenie, to Fiona musiała w jego oczach wyglądać jeszcze gorzej. Siwe włosy na piersiach, powód jego nieustannej dumy, wystawały znad kołnierzyka, jakby oznajmiając światu, że już nie są czarne. Na głowie przerzedzone włosy, które ostatnio nieco zapuścił, nieudolnie rekompensując początki łysiny. Uda o słabszej muskulaturze, na których dżinsy przestały się opinać. Subtelne zwiastuny pustki, która za jakiś czas w nich zagości, i pasujące do tego, lekko zapadnięte policzki. A co z jej kostkami u nóg, coraz grubszymi, jakby w kokieteryjnej odpowiedzi? Co z pupą, powiększającą się niczym letni cumulus? Co z talią, której przybywało w miarę odsłaniania się szyjek zębowych? A wszystko to liczone w paranoidalnych milimetrach. Dużo gorsza była zniewaga, którą upływ czasu rzucał niektórym kobietom: powolne opadanie kącików ust. Fiona będzie wkrótce wyglądać tak, jakby stale patrzyła na świat z wyrzutem. Całkiem na miejscu u sędzi, która z wysokości swego tronu spogląda z marsową miną na adwokata. Ale u kochanki?

Oto siedzą tu, jak nastolatkowie, zbierając się do rozmowy w imię sprawy Erosa.

Jack z taktyczną przebiegłością zignorował jej ultimatum.

- Uważam, że nie powinniśmy się poddawać, prawda? - powiedział.

- To ty odchodzisz.

- Sądzę, że ty również masz w tym swój udział.

- To nie ja jestem bliska zniszczenia naszego małżeństwa.

- Skoro tak mówisz.

Wypowiedział te słowa powoli, z rozwagą, żeby zasiać w niej zwątpienie, myśl, że może racja nie leży po jej stronie.

Pociągnął nieduży łyk whisky. Nie chciał się upijać i dopiero wtedy domagać się prawa do zaspokojenia swoich potrzeb. Będzie poważny i racjonalny, jakby na złość Fionie, która wolałaby, żeby się awanturował.

Wytrzymując jej spojrzenie, powiedział:

- Wiesz, że cię kocham.

- Ale pragniesz młodszej kobiety.

- Pragnę mieć życie seksualne.

Sygnał dla niej. Teraz powinna złożyć ciepłe obietnice, przyciągnąć go z powrotem do siebie, przeprosić, że była zajęta, zmęczona, niedostępna. Ona jednak odwróciła wzrok, nic nie mówiąc. Nie zamierzała pod presją rozbudzać zmysłowości, którą w tej chwili wcale nie była zainteresowana. Zwłaszcza że romans zapewne już się zaczął. Jack nie starał się temu zaprzeczyć, a ona nie zapyta ponownie. Nie chodziło tylko o dumę. Nadal lękała się odpowiedzi.

- Cóż - odezwał się po dłuższym obopólnym milczeniu - a ty byś nie chciała?

- Nie z lufą przy skroni.

- Co masz na myśli?

- Albo się poprawię, albo odejdziesz do Melanie.

Zakładała, że dość dobrze zrozumiał, co miała na myśli. Może chciał usłyszeć z jej ust to imię, którego nigdy wcześniej nie wymówiła na głos. Drgnęła mu twarz. Czyżby bezradny nerwowy tik podniecenia? A może to z powodu słowa "odejdziesz"? Czy już go straciła? Nagle poczuła zawrót głowy, jakby ciśnienie jej spadło i zaraz podskoczyło. Usiadła wyprostowana na szezlongu i odłożyła na dywan kartkę z fragmentem orzeczenia, którą wciąż trzymała w dłoni.

- To nie tak - mówił teraz Jack. - Posłuchaj, odwróć sytuację. Załóżmy, że jesteś na moim miejscu, a ja na twoim. Co byś zrobiła?

- Nie znalazłabym sobie mężczyzny, żeby później zacząć z tobą negocjacje.

- Więc co byś zrobiła?

- Zastanowiłabym się, co cię trapi. - Głos, jakim to powiedziała, zabrzmiał w jej uszach afektowanie.

Rozłożył szeroko ręce.

- Świetnie! - Sokratyczna metoda, którą z pewnością stosował wobec studentów. - A zatem, co cię trapi?

W trakcie tej wymiany zdań, idiotycznej i zakłamanej, padło to jedno naprawdę ważne pytanie, które zresztą sama sprowokowała, ale Jack zirytował ją swoim protekcjonalnym tonem i nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie powędrowało w stronę fortepianu, na którym przez ostatnie dwa tygodnie niewiele grała, oraz ustawionych na nim - w stylu wiejskiej rezydencji - fotografii w srebrnych ramkach. Rodzice ich obojga od dnia ślubu po starcze zdziecinnienie, trzy siostry Jacka, dwaj bracia Fiony, ich obecni i byli małżonkowie (Fiona i Jack, nielojalnie, zachowali wszystkie zdjęcia), jedenaścioro dzieci i kolejnych trzynaścioro w następnym pokoleniu. Życie toczyło się w coraz szybszym tempie, zaludniając niewielką wioskę, która przycupnęła na fortepianie. Fiona i Jack nie przyczynili się do rozwoju rodziny, nie wnieśli żadnego wkładu, nie licząc rodzinnych spotkań, niemal cotygodniowych prezentów urodzinowych czy wielopokoleniowych wakacji w jednym z tańszych zamków. W swym mieszkaniu często gościli rodzinę. W końcu korytarza, w garderobie, stało składane łóżeczko, wysokie krzesełko do karmienia, kojec oraz trzy wiklinowe kosze pełne pogryzionych wyblakłych zabawek, które czekały na nowych członków rodziny. A ten letni zamek, szesnaście kilometrów na północ od położonego w Szkocji Ullapool, czekał na ich decyzję. Jak głosił kiepski prospekt reklamowy: fosa, działający most zwodzony oraz lochy z hakami i żelaznymi obręczami na ścianach. Dawne tortury były dziś emocjonujące dla dzieci. Fiona znów pomyślała o średniowiecznym wyroku, siedem tygodni i jeden dzień - tyle czasu upłynęło od zakończenia sprawy braci syjamskich.

Na fotografii, którą pokazano wyłącznie sędzi, nikomu więcej, było wszystko: zgroza i rozpacz oraz dylemat sam w sobie. Noworodki płci męskiej, dzieci jamajsko-szkockiej pary, leżały pośród plątaniny rurek aparatury podtrzymującej życie, na oddziale intensywnej terapii pediatrycznej. Były zrośnięte na wysokości miednicy, miały wspólny tułów i nóżki rozstawione pod kątem prostym do kręgosłupów, na podobieństwo wieloramiennej rozgwiazdy. Centymetr umieszczony na bocznej ścianie inkubatora wskazywał, że ten bezradny ludzki twór miał sześćdziesiąt centymetrów długości. Rdzenie kręgowe noworodków i dolne odcinki kręgosłupa były połączone, oczy zamknięte, cztery ręce uniesione w geście poddania wobec decyzji sądu. Ich apostolskie imiona, Mateusz i Marek, w pewnych kręgach mąciły jasność umysłów. Głowa Mateusza była spuchnięta, uszy ledwie się zaznaczały, dwa wgłębienia w różowej skórze. Głowa Marka, w wełnianej niemowlęcej czapeczce, była normalna. Mieli wspólny pęcherz, którego znaczna część znajdowała się w brzuchu Marka i który, jak zauważyła lekarka, "opróżniał się spontanicznie i swobodnie przez dwie oddzielne cewki moczowe". Serce Mateusza było duże, ale "prawie się nie kurczyło". Aorta Marka wchodziła do aorty Mateusza i to serce Marka utrzymywało ich obu przy życiu. Mózg Mateusza był poważnie zdeformowany i nie mógł zapewnić normalnego rozwoju, a płuca się nie rozwinęły. Jak powiedziała jedna z pielęgniarek, "nie miał nawet płuc, żeby płakać".

Marek ssał prawidłowo, odżywiał się i oddychał za obu, wykonując "całą pracę", przez co był niezwykle chudy. Mateusz, nie mając nic do roboty, przybierał na wadze. Gdyby pozostawić sprawy własnemu biegowi, serce Marka wkrótce zaczęłoby szwankować i obaj musieliby umrzeć. Prawdopodobieństwo, że Mateusz będzie żyć dłużej niż sześć miesięcy, było niewielkie. Umierając, zabrałby ze sobą brata. Londyński szpital pilnie oczekiwał zgody na rozdzielenie bliźniąt, żeby ratować Marka, który miał szanse stać się normalnym zdrowym dzieckiem. W tym celu chirurdzy musieliby założyć zaciski na wspólnej aorcie, a następnie ją przeciąć, zabijając tym samym Mateusza. Potem poddaliby Marka skomplikowanym zabiegom rekonstrukcyjnym. Kochający rodzice, żarliwi katolicy, mieszkający w nadmorskiej wiosce na północy Jamajki, czerpiący spokój ducha z wiary, odmówili zgody na morderstwo. Bóg dał życie i tylko Bóg może je odebrać.

We fragmentarycznych wspomnieniach okres ten kojarzył się Fionie z wrzawą atakującą jej zdolność koncentracji. Wrzawą ciągłą i okropną, jakby tysięcy alarmów samochodowych, tysięcy oszalałych czarownic, a jej istotą był banał: krzykliwe nagłówki gazet. Przedstawiciele społeczeństwa - lekarze, księża, gospodarze programów radiowych i telewizyjnych, felietoniści, koledzy, krewni, taksówkarze - całe społeczeństwo miało na ten temat własne zdanie. Elementy tej narracji przemawiały do wyobraźni: dotknięte tragedią noworodki, dobrzy, poważni, przekonywający rodzice, kochający zarówno siebie nawzajem, jak i swoje dzieci. Życie, miłość, śmierć i wyścig z czasem. Chirurdzy w maskach przeciwstawieni wierze w siły nadprzyrodzone. Na jednym krańcu spektrum postaw znajdowali się ci o świeckich, utylitarystycznych przekonaniach, zniecierpliwieni aspektami prawnymi, cieszący się błogosławieństwem prostego rachunku moralnego: lepsze jedno uratowane dziecko niż dwoje martwych. Na drugim krańcu stali ludzie, którzy nie tylko wierzyli w Boga, ale również umieli zrozumieć Jego wolę. Na wstępie uzasadnienia Fiona zacytowała lorda sędziego Warda, przypominając obu stronom, że "sąd ten jest sądem prawa, nie moralności, a naszym zadaniem jest znaleźć i obowiązkiem jest następnie zastosować zasady prawne odnoszące się do sytuacji, z którą mamy do czynienia - sytuacji jedynej w swoim rodzaju".

Istniało tylko jedno słuszne lub mniej niesłuszne rozwiązanie tego tragicznego sporu, lecz droga prawna do niego nie była łatwa. Fiona, pod presją czasu, przy hałaśliwym wyczekiwaniu świata, znalazła - co zajęło jej bez mała tydzień i trzynaście tysięcy słów - właściwe uzasadnienie swojej decyzji. A przynajmniej takiego zdania był Sąd Apelacyjny, który w dzień po wydaniu przez nią orzeczenia pracował pod jeszcze większą presją czasu. Założenie, że życie jednej osoby jest warte więcej niż drugiej, nie wchodziło w grę. Rozdzielenie bliźniąt byłoby czynnym zabiciem Mateusza. Nierozdzielenie byłoby zabiciem ich obu przez zaniechanie. Z powodu ograniczeń prawnych i moralnych należało przedstawić ten problem jako wybór mniejszego zła. Sędzia był jednak zobowiązany rozważyć, co leży w najlepszym interesie Mateusza. Z pewnością nie śmierć. Lecz życie również nie było możliwe. Mateusz miał nierozwinięty mózg, nie miał płuc, a jego serce nie pracowało. Prawdopodobnie cierpiał i czekała go rychła śmierć.

Fiona w nowatorskim uzasadnieniu, z którym zgodził się Sąd Apelacyjny, dowodziła, że Mateusz, w przeciwieństwie do brata, nie miał żadnego interesu, by żyć.

Tyle że mniejsze zło, choć lepsze, nadal może być niezgodne z prawem. W jaki sposób morderstwo, rozkrojenie ciała Mateusza w celu odcięcia aorty, może być usprawiedliwione? Fiona odrzuciła myśl, do której przekonywał ją radca prawny szpitala, że rozdzielenie bliźniąt jest analogiczne do odłączenia Mateusza od aparatury podtrzymującej życie, którą był Marek. Operacja była zbyt inwazyjna, stanowiła zbyt duże naruszenie fizycznej integralności Mateusza, by traktować ją jako przerwanie leczenia. W zamian Fiona posłużyła się doktryną "stanu wyższej konieczności" - funkcjonującą w prawie precedensowym koncepcją, wedle której w pewnych rzadkich sytuacjach, jakich żaden parlament nie podjąłby się nawet sprecyzować, dopuszczalne jest złamanie przepisów prawa karnego, aby uniknąć większego zła. Odniosła się do sprawy mężczyzn, którzy porwali lecący do Londynu samolot, sterroryzowali pasażerów i zostali uznani za niewinnych, ponieważ uczynili to, żeby uniknąć prześladowań we własnym kraju.

Co do niezwykle ważnej kwestii intencji, celem operacji było nie zabicie Mateusza, lecz uratowanie Marka. Mateusz, przy całej swej bezradności, zabijał Marka. Dlatego należało pozwolić, by lekarze przyszli z pomocą Markowi i usunęli grożące mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Po oddzieleniu Mateusz umrze nie w wyniku zamierzonego morderstwa, lecz dlatego, że sam nie jest w stanie się rozwijać.

Sąd Apelacyjny zgodził się z jej orzeczeniem, apelacja rodziców została odrzucona i dwa dni później o siódmej rano bliźnięta znalazły się na sali operacyjnej.

Sędziowie, i to ci, których Fiona wysoko ceniła, szukali okazji, żeby uścisnąć jej dłoń. Inni pisali listy zasługujące na przechowanie w specjalnie założonym folderze. Jej uzasadnienie było eleganckie i słuszne - taka opinia panowała w środowisku. Operacja rekonstrukcji przebiegła pomyślnie, zainteresowanie opinii publicznej słabło i przenosiło się na inne tematy. Fiona jednak nie była zadowolona. Sprawa nie dawała jej spokoju. Nocami przez wiele godzin nie spała, roztrząsając szczegóły, redagując od nowa fragmenty uzasadnienia, zmieniając taktykę. Albo jej myśli błądziły wokół tematu rodziny i własnej bezdzietności. W tym czasie jakaś dewotka zaczęła wysyłać do niej listy w małych pastelowych kopertach. Zawierały jadowite uwagi i opinię, że należało pozwolić umrzeć obojgu chłopcom, i potępiały decyzję Fiony. Styl niektórych listów był obraźliwy, w innych autorka wyrażała chęć wyrządzenia jej krzywdy fizycznej.

Te intensywne tygodnie odcisnęły na Fionie swoje piętno, które właśnie zaczęło powoli zanikać. Co naprawdę ją trapiło? Pytanie męża było jej własnym pytaniem, a teraz Jack czekał na odpowiedź. Przed rozprawą otrzymała opinię rzymsko-katolickiego arcybiskupa Westminsteru. W orzeczeniu z szacunkiem zwróciła uwagę, że arcybiskup wolał, by Marek umarł wraz z Mateuszem, żeby nie ingerować w zamiary Boga. Fakt, że duchowny opowiadał się za zniszczeniem potencjalnego wartościowego życia po to, by pozostać w zgodzie z teologią chrześcijańską, nie zdziwił jej ani nie poruszył. Podobne problemy istniały na gruncie prawa, gdy w pewnych przypadkach pozwalało ono lekarzom dusić, odwadniać czy głodzić na śmierć pacjentów cierpiących na nieuleczalne choroby, lecz nie dopuszczało możliwości wykonania śmiertelnego zastrzyku, który przyniósłby natychmiastową ulgę.

W bezsenne noce wracała myślami do tamtego zdjęcia bliźniąt oraz kilkunastu innych, które oglądała. Przypominała sobie szczegółowe informacje, które przekazali jej lekarze na temat wszystkich problemów medycznych, z jakimi przyszło im się zmierzyć. Mówili jej o cięciach i łamaniu kości, łączeniu i składaniu ciała dziecka, które trzeba było wykonać, aby dać Markowi normalne życie. Musieli przeprowadzić rekonstrukcję organów wewnętrznych, obrócić jego nogi, narządy płciowe i pęcherz o dziewięćdziesiąt stopni. W ciemnościach sypialni, z Jackiem cicho chrapiącym obok, Fiona zaglądała w przepaść. W zapamiętanych zdjęciach Mateusza i Marka widziała ślepą, bezcelową nicość. Mikroskopijne jajeczko nie podzieliło się na czas z powodu błędu gdzieś w łańcuchu wydarzeń chemicznych, nastąpiło drobne zakłócenie w kaskadzie reakcji białek. Molekularne wydarzenie rozdęło się niczym wybuchający wszechświat i urosło do większej skali ludzkiego nieszczęścia. Nie było w tym żadnego okrucieństwa, zemsty, żadnego ducha kroczącego tajemniczymi ścieżkami. Jedynie błędnie transkrybowany gen, wypaczony przepis na enzym, przerwane wiązanie chemiczne. Proces naturalnej redukcji, obojętny i bezcelowy. Promujący jedynie doskonale ukształtowane życie, równie przypadkowe i równie bezcelowe. Ślepy traf decyduje o tym, że przychodzimy na świat z właściwie ukształtowanymi organami we właściwych miejscach, mając kochających, a nie okrutnych rodziców, albo też uciekamy, z powodu uwarunkowań geograficznych czy społecznych, przed wojną lub biedą. A wtedy łatwiej nam okazać szlachetność.

Pod wpływem tej sprawy Fiona przez jakiś czas była odrętwiała, mniej jej zależało, mniej czuła, choć nadal wykonywała swoje obowiązki i nic nikomu nie mówiła. Stała się przeczulona na punkcie fizyczności, z trudem mogła patrzeć na swoje lub Jacka ciało bez odrazy. Jak miała o tym mówić? Gdyby na tym etapie kariery prawniczej powiedziała mu, że ta jedna sprawa spośród tylu innych, z całym jej smutkiem, anatomicznymi szczegółami i głośnym zainteresowaniem opinii publicznej, aż tak głęboko ją dotknęła, byłoby to mało wiarygodne. Przez pewien czas jakaś część Fiony, wraz z biednym Mateuszem, stała się zimna. To ona odesłała to dziecko na tamten świat, uzasadniając zniszczenie tego istnienia na trzydziestu czterech eleganckich stronach. Nieważne, że ze spuchniętą głową i sercem, które się nie kurczyło - był skazany na śmierć. Była równie nieracjonalna, co arcybiskup, i zaczęła uważać, że to jej zapadanie się w sobie jest ceną, którą winna zapłacić. Te uczucia i myśli minęły, lecz w pamięci pozostały blizny, nawet po upływie siedmiu tygodni i jednego dnia.

Gdyby tak nie mieć ciała, unosić się swobodnie, bez fizycznych ograniczeń - to najbardziej by jej odpowiadało.

* * *

Cichy brzęk, gdy Jack odstawił szklankę na stolik, przywrócił Fionę do rzeczywistości i jego pytania. Patrzył na nią nieruchomym wzrokiem. Nawet gdyby wiedziała, jak ma sformułować swoje wyznanie, nie była teraz w nastroju do tego. Ani do okazania jakiejkolwiek słabości. Miała pilną pracę, musiała przeczytać końcowe wnioski orzeczenia. Anioły czekały. Stan jej umysłu nie był ważny. Problemem był wybór jej męża i presja, którą teraz na nią wywierał. Nagle znów ogarnęła ją złość.

- Pytam po raz ostatni, Jack. Spotykasz się z nią? Twoje milczenie uznam za odpowiedź twierdzącą.

Ale on również był wzburzony. Odszedł w stronę fortepianu i przystanął, z jedną dłonią opartą na uniesionej pokrywie. Wreszcie się odwrócił. Przestało padać, dęby w ogrodach The Walks znieruchomiały i zapadła jeszcze głębsza cisza.

- Myślałem, że wyraziłem się jasno. Próbuję być wobec ciebie szczery. Byłem z nią na lunchu. Do niczego nie doszło. Chciałem najpierw z tobą porozmawiać. Chciałem...

- Porozmawiałeś i usłyszałeś odpowiedź. Więc co teraz?

- Teraz powiesz mi, co się z tobą dzieje.

- Kiedy był ten lunch? Gdzie?

- W zeszłym tygodniu, w pracy. To nie było nic wielkiego.

- Nic wielkiego, a prowadzi do romansu.

Jack nadal stał na drugim końcu salonu.

- To prawda - przyznał beznamiętnym głosem.

Rozsądny człowiek doprowadzony do granic wyczerpania. Niewiarygodne! Jack sądził, że dzięki takim sztuczkom wszystko ujdzie mu płazem. W czasach, gdy była sędzią okręgowym, starzejący się niepiśmienni recydywiści, niektórzy ze sporymi brakami w uzębieniu, odstawiali na ławie oskarżonych lepsze przedstawienia.

- To prawda - powtórzył. - I jest mi przykro.

- Wiesz, co zamierzasz zniszczyć?

- Mógłbym powiedzieć to samo. Coś się dzieje, a ty ze mną nie rozmawiasz.

Pozwól mu odejść, usłyszała w głowie swój własny głos. I natychmiast ogarnął ją ten sam strach co wcześniej. Nie mogła, nie chciała przeżyć reszty życia w samotności. Jej dwie bliskie przyjaciółki, od dawna rozwiedzione, nadal cierpiały, wchodząc samotnie do pełnego gości salonu. A poza względami towarzyskimi była miłość. Wiedziała, że kocha Jacka. Choć teraz tego nie czuła.

- Twój problem polega na tym - odezwał się z drugiego końca pokoju - że wydaje ci się, że nigdy nie musisz się tłumaczyć. Odsunęłaś się ode mnie. Chyba zdajesz sobie sprawę, że to zauważyłem. I nie jest mi to obojętne. Zapewne mógłbym to znieść, gdybym wierzył, że nie potrwa długo, albo znał przyczyny. Więc...

Przy tych słowach ruszył z powrotem w jej stronę, ale Fiona nigdy nie dowiedziała się, jaka była jego ostateczna konkluzja, ani nie dała upustu swej rosnącej irytacji, ponieważ w tym momencie rozległ się dzwonek telefonu. Machinalnie podniosła słuchawkę. Była na dyżurze i z pewnością dzwonił jej asystent Nigel Pauling. Jak zwykle w jego głosie brzmiała niepewność, niemal się jąkał. Zawsze jednak był kompetentny i zachowywał uprzejmy dystans.

- Proszę wybaczyć, że przeszkadzam o tak późnej porze, pani sędzio.

- Nie szkodzi. Słucham.

- Dzwonił adwokat reprezentujący szpital imienia Edith Cavell w Wandsworth. Muszą pilnie dokonać transfuzji u chorego na raka pacjenta, chłopca w wieku siedemnastu lat. Zarówno on, jak i jego rodzice nie wyrażają zgody. Szpital chciałby...

- Dlaczego nie wyrażają zgody?

- To świadkowie Jehowy, pani sędzio.

- Rozumiem.

- Decyzja sądu jest niezbędna, żeby szpital mógł wprowadzić leczenie wbrew woli rodziców.

Fiona spojrzała na zegarek. Minęła dziesiąta trzydzieści.

- Ile mamy czasu?

- Lekarz twierdzi, że po środzie sytuacja będzie groźna. Bardzo groźna.

Rozejrzała się. Jack wyszedł już z salonu.

- W takim razie - odparła - proszę wpisać tę sprawę na wokandę w trybie pilnym na godzinę czternastą we wtorek. I zawiadomić uczestników postępowania o terminie. Proszę polecić szpitalowi, żeby poinformował rodziców. Będą mogli się odwołać. Chłopiec musi mieć kuratora procesowego i pełnomocnika. Szpital ma dostarczyć dowody do jutra, do godziny szesnastej. Prowadzący lekarz onkolog powinien złożyć oświadczenie w charakterze świadka.

Przez chwilę miała pustkę w głowie. Odchrząknęła i mówiła dalej:

- Chcę wiedzieć, dlaczego produkty krwiopochodne są niezbędne. A rodzice muszą dołożyć wszelkich starań, by do godziny dwunastej we wtorek złożyć zeznania.

- Natychmiast się tym zajmę.

Fiona podeszła do okna i spojrzała na drugą stronę placu, gdzie w późnym czerwcowym zmierzchu cienie drzew stawały się czarnymi bryłami. Żółte latarnie rozświetlały jedynie swoje kręgi trotuaru. W niedzielny wieczór ruch był niewielki i od strony Gray's Inn Road czy High Holborn nie dochodziły niemal żadne dźwięki. Tylko kapanie pojedynczych kropli deszczu na liście i dalekie melodyjne bulgotanie z pobliskiej rynny. Fiona obserwowała kota sąsiadów, który starannie okrążył kałużę, po czym rozpłynął się w ciemnościach pod krzewem. Nie przeszkadzało jej, że Jack się wycofał. Ich wymiana zdań zmierzała ku koszmarnej szczerości. Nie sposób zaprzeczyć, że odczuła ulgę, wkraczając na neutralny grunt, bezdrzewne wrzosowisko problemów innych ludzi. Znów religia. Jednak tym razem, ponieważ chłopiec miał prawie osiemnaście lat, czyli był bliski osiągnięcia pełnej zdolności czynności prawnych, pod uwagę będzie brana przede wszystkim jego wola.

W tym nagłym zdarzeniu Fiona dostrzegła obietnicę wolności, co uznała za nieco perwersyjne. Na drugim końcu miasta jakiś nastolatek stał w obliczu śmierci, w imię przekonań religijnych własnych lub jego rodziców. Ratowanie go nie było jej sprawą ani misją. Do niej należało tylko zdecydowanie, co będzie tu rozsądne i zgodne z prawem. Miała ochotę spotkać się z tym chłopcem, na godzinę lub dwie wyrwać się z tego grzęzawiska domowych problemów i sali sądowej, odbyć krótką podróż, zagłębić się we wszystkie meandry sprawy i sformułować orzeczenie na podstawie własnych obserwacji. Chłopiec może podzielać przekonania religijne rodziców albo boi się im sprzeciwić, choć oznaczają dla niego wyrok śmierci. W obecnych czasach samodzielne badanie sprawy przez sędziego jest ze wszech miar niekonwencjonalne. Jeszcze w latach osiemdziesiątych sędzia mógłby spotkać się z nastolatkiem, w szpitalu czy w domu, choć wyznaczał mu kuratora procesowego, tak jak i teraz. Szlachetne ideały w jakiś sposób przetrwały do czasów współczesnych, niczym pełna wgnieceń, zardzewiała zbroja. Sędziowie reprezentowali monarchę i przez wieki byli w tym kraju opiekunami dzieci. Dziś tę funkcję przejęli pracownicy społeczni z Cafcass, którzy składają sędziemu sprawozdania. Stary system, powolny i niewydajny, był bardziej ludzki. A teraz jest mniej opóźnień, ale więcej papierów. I więcej trzeba wziąć na wiarę. Dziecięce losy zapisywane są w pamięci komputera, precyzyjnie, ale raczej nie z taką życzliwością jak niegdyś.

Wizyta w szpitalu była sentymentalnym kaprysem. Fiona odrzuciła ten pomysł. Odwróciła się od okna i podeszła do szezlongu. Z westchnieniem irytacji usiadła i podniosła orzeczenie w sprawie żydowskich dziewczynek ze Stamford Hill. Znów miała w rękach ostatnie strony z wnioskami. Przez chwilę nie mogła się zmusić, by spojrzeć na własny tekst. Nie po raz pierwszy obezwładniała ją absurdalność i bezcelowość własnego zaangażowania w jakąś sprawę. Rodzice wybierają szkołę dla dzieci - niewinna, ważna, prozaiczna kwestia natury prywatnej, która z powodu śmiertelnej mieszanki głębokiej niezgody ze zbyt dużą ilością pieniędzy przeobraziła się w monstrualną pracę biurową, pudła pełne dokumentów prawniczych, tak licznych i ciężkich, że do sądu trzeba je było zwozić na wózkach. Uczone spory trwały godzinami, potem znów przesłuchania i odroczenie decyzji. Machina z wolna wznosiła się coraz wyżej, obejmując kolejne szczeble sądowej hierarchii, niczym przekrzywiony, źle umocowany balon na ogrzane powietrze. Skoro rodzice nie mogli dojść do zgody, musiał - choć niechętnie - zdecydować o tym sąd. Fiona zaś ma przewodniczyć tej sprawie z pełną powagą i respektem wobec procedur, niczym fizyk nuklearny. Ma przewodniczyć czemuś, co powstało z miłości, a zakończyło się nienawiścią. Całą sprawę należałoby oddać w ręce pracownika socjalnego, który w pół godziny podjąłby sensowną decyzję.

Fiona orzekła na korzyść Judith, niespokojnej rudowłosej kobiety, która, jak doniósł jej asystent, na każdej przerwie gnała po marmurowej posadzce gmachu Sądów Królewskich i pod wypolerowanymi kamiennymi łukami wychodziła na Strand, by zapalić kolejnego papierosa. Dzieci powinny kontynuować naukę w szkole mieszanej, którą wybrała ich matka. Mogą tam zostać do ukończenia osiemnastego roku życia, a następnie zdobyć wyższe wykształcenie, jeśli taka będzie ich wola. W treści uzasadnienia sąd odniósł się z szacunkiem do wspólnoty haredim, do ciągłości wiekowych tradycji i praktyk religijnych, dodając, że nie zajmuje stanowiska w sprawie przekonań członków wspólnoty, lecz zauważa tylko, że nakazy religijne są przez nich sumiennie przestrzegane. Jednakże wywodzący się z tej wspólnoty i powołani przez ojca świadkowie przyczynili się do udaremnienia jego zamiarów. Pewna ciesząca się szacunkiem osoba powiedziała, być może z przesadną dumą, że kobiety haredim winny poświęcić się stworzeniu "bezpiecznego domu", a nauka po ukończeniu szesnastego roku życia nie jest do tego potrzebna. Inny przedstawiciel społeczności oświadczył, że nawet w przypadku chłopców podjęcie pracy zawodowej jest rzadko spotykane. Trzeci świadek zbyt stanowczo wyraził pogląd, że dziewczynki i chłopcy powinni być rozdzieleni w szkole, by zachować czystość. Tego rodzaju podejście, napisała Fiona, wykracza daleko poza ogólnie przyjęte postępowanie rodziców oraz powszechny pogląd, że dzieci należy zachęcać do realizacji ich dążeń. Taki sam pogląd winien mieć sędzia, działający jako "sądowy" rodzic, racjonalny i rozsądny. Zgodziła się z opinią pracownicy Cafcass, że jeśli dziewczynki wrócą do zamkniętej społeczności ojca, zostaną odcięte od matki. Odwrotna sytuacja była raczej mało prawdopodobna.

Do obowiązku sądu należy przede wszystkim umożliwienie dzieciom wejścia w dorosłość tak, aby same mogły zadecydować o swoim życiu. Dziewczynki mogą w przyszłości opowiedzieć się za wersją religii ojca albo matki lub też odkryć, że poczucie spełnienia daje im coś zupełnie innego. Po ukończeniu osiemnastego roku życiu znajdą się poza zasięgiem rodziców i sądu. Na zakończenie Fiona dała ojcu lekkiego prztyczka, zauważając, że pan Bernstein korzystał z usług kobiet, dwóch pań mecenas, oraz z doświadczenia wyznaczonej przez sąd pracownicy socjalnej, bystrej, źle zorganizowanej przedstawicielki Cafcass. A bezwarunkowo wiążąca była decyzja kobiety, sędzi, która rozpatrywała tę sprawę. Ojciec powinien w takiej sytuacji zadać sobie pytanie, dlaczego chce pozbawić córki możliwości pracy zawodowej?

Gotowe. Następnego dnia wczesnym rankiem do projektu orzeczenia zostaną wniesione poprawki. Fiona wstała, przeciągnęła się, po czym wzięła szklanki po whisky i zaniosła do kuchni, żeby je umyć. Ciepła woda, która obmywała jej dłonie, działała uspokajająco i Fiona stała przy zlewie przez jakąś minutę, wypełnioną całkowitą pustką. Choć równocześnie nasłuchiwała Jacka. Bulgotanie w zamierzchłej instalacji wodno-kanalizacyjnej mogłoby zdradzić, czy Jack szykuje się do łóżka. Kiedy wróciła do salonu, żeby zapalić światła, coś podkusiło ją, by znów wyjrzeć przez okno.

Na placu, niedaleko kałuży, którą wcześniej ominął kot, jej mąż ciągnął walizkę. Przez ramię przewiesił teczkę, z którą chodził do pracy. Doszedł do samochodu, do ich samochodu, otworzył drzwi, położył bagaż na tylnym siedzeniu, wsiadł i zapalił silnik. Gdy włączył reflektory i skręcił przednie koła do oporu, żeby wyjechać z ciasnego miejsca parkingowego, Fiona usłyszała ciche dźwięki samochodowego radia. Muzyka pop. Przecież on nienawidził takiej muzyki.

Musiał wcześniej spakować walizkę, na długo przed tym, nim zaczęli rozmawiać. Albo w połowie rozmowy, kiedy wycofał się do sypialni. Zamiast zamętu, złości czy smutku poczuła tylko znużenie. Postanowiła, że będzie praktyczna. Jeśli od razu się położy, zaśnie bez tabletki nasennej. Wróciła do kuchni, wmawiając sobie, że wcale nie szuka liściku na sosnowym stole, gdzie zawsze zostawiali sobie wiadomości. Nic tam nie było. Zamknęła drzwi wejściowe i wyłączyła światło w przedpokoju. W sypialni panował niczym niezmącony porządek. Otworzyła drzwi jego garderoby i okiem żony oceniła, że zabrał trzy marynarki, spośród których najnowszy nabytek stanowiła lniana, w kolorze złamanej bieli, od Gieves&Hawkesa. W łazience oparła się chęci otwarcia szafki Jacka, co pozwoliłoby jej oszacować zawartość jego kosmetyczki. Wiedziała już wystarczająco dużo. W łóżku przyszła jej do głowy tylko jedna sensowna myśl: że w przedpokoju musiał bardzo uważać, żeby go nie usłyszała, a drzwi zamykał za sobą centymetr po zdradzieckim centymetrze.

Nawet ta myśl nie powstrzymała jej przed zapadnięciem w sen. Lecz sen nie przyniósł wybawienia, ponieważ nim minęła godzina, osaczyli ją oskarżyciele. A może byli to ludzie proszący o pomoc. Twarze zlewały się i rozdzielały. Maleńki Mateusz, jeden z dwóch braci bliźniaków, ten o pozbawionej uszu, spuchniętej główce, z sercem, które się nie kurczyło, po prostu się w nią wpatrywał, podobnie jak w inne noce. Siostry Rachel i Nora wołały do niej rozżalonymi głosami, wymieniając swoje lub Fiony błędy. Jack zbliżał się coraz bardziej. Przyciskał poznaczone od niedawna zmarszczkami czoło do jej ramienia i tłumaczył pełnym wyrzutu głosem, że powinna w przyszłości dać mu większe prawo wyboru.

Dzwonek budzika wyrwał ją ze snu o szóstej trzydzieści. Fiona usiadła na łóżku i ze zdziwieniem spojrzała na puste miejsce obok. A potem poszła do łazienki i zaczęła szykować się pracy.