W krainie sanacyjnych absurdów. Podróż druga - Sławomir Suchodolski

Kup ebooka

34.90 zł
28.97 zł (29,67 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Bibliografia

Pra­sa przed­wo­jen­na

"ABC: No­winy Co­dzienne" 1937

"Chwila" 1936

"Czas" 1930

"Dzien­nik Byd­go­ski" 1937

"Dzien­nik Piotr­kow­ski" 1935

"Echo" 1938

"Ga­zeta Lwow­ska" 1938

"Ga­zeta Pol­ska" 1930, 1933

"Głos Lu­bel­ski" 1934

"Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny" 1929, 1931, 1935-1939

"Ku­rier Po­ranny" 1930

"Na­sza Praca" 1938

"Nowy Głos" 1938

"Po­lo­nia" 1938

"Pro­sto z Mo­stu. Ty­go­dnik Li­te­racko-Ar­ty­styczny" 1938

"Prze­łom" 1930

"Sie­dem Gro­szy" 1938

"Słowo" 1923-1924, 1929, 1936-1939

"Słowo Po­mor­skie" 1930, 1934-1935

"Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kie" 1930

"Zie­mia Prze­my­ska" 1937-1938

 

Pra­sa po­wo­jen­na

"Lwów i Wilno" 1948

"Wia­do­mo­ści" (lon­dyń­skie) 1951

 

Wspo­mnie­nia, li­te­ra­tura piękna, pu­bli­cy­styka, opra­co­wa­nia, wy­daw­nic­twa źró­dłowe (do roku 1945)

- Ab­surdy Pol­ski mię­dzy­wo­jen­nej opra­co­wał i wstę­pem opa­trzył M.S. Fog, Ve­sper, Po­znań 2008.

- Bo­zie­wicz W., Pol­ski ko­deks ho­no­rowy, Wy­daw­nic­two Ca­pi­tal, War­szawa 2016.

- Cie­cier­ski H., Pa­mięt­niki, oprac. T. Cie­cier­ska-Chła­powa i J. Chłap-No­wa­kowa, Wy­daw­nic­two AR­CANA, Kra­ków 2015.

- Czer­mań­ski Z., Ko­lo­rowi lu­dzie, Pol­ska Fun­da­cja Kul­tu­ralna-Wy­daw­nic­two LTW, Lon­dyn-Ło­mianki 2008.

- Dąb­ski J., Po­kój ry­ski. Wspo­mnie­nia-Per­trak­ta­cje-Tajne układy zJof­fem-Li­sty, Za­kłady Gra­ficzne i Wy­daw­ni­cze Wik­tora Ku­ler­skiego, War­szawa 1931.

- Dęb­ski M., Kon­tro­ler pań­stwa. Nad­uży­cia wła­dzy we wspo­mnie­niach urzęd­nika Naj­wyż­szej Izby Kon­troli, "Karta", 91/2017, ss. 38-53.

- De­kla­ra­cja pre­miera Wa­le­rego Sławka w spra­wie brze­skiej, zło­żona 26 stycz­nia 1931 roku w Sej­mie [Od­po­wie­dzi rządu], [w:] Sprawa brze­ska. Do­ku­menty i ma­te­riały, oprac. M. Le­czyk, Wy­daw­nic­two "Książka i Wie­dza", War­szawa 1987, ss. 42-44.

- Gla­ser S., Urywki wspo­mnień, Od­nowa, Lon­dyn 1974.

- Iwasz­kie­wicz J., Po­dróże do Pol­ski, Zysk i S-ka Wy­daw­nic­two, Po­znań 2009.

- Ja­ło­wiecki M., Na skraju Im­pe­rium i inne wspo­mnie­nia, oprac. A. Gor­dzie­jew­ski, M. Ja­ło­wiecki i M. Zwo­liń­ski, Czy­tel­nik, War­szawa 2015.

- Ję­drze­je­wicz W., Wspo­mnie­nia, oprac. J. Ci­sek, Osso­li­neum, Wro­cław 1993.

- Ka­spro­wicz B., By­łem ju­nio­rem, Wy­daw­nic­two Mor­skie, Gdy­nia 1965.

- Kor­boń­ski S., Po­lo­nia Re­sti­tuta. Wspo­mnie­nia z dwu­dzie­sto­le­cia nie­pod­le­gło­ści 1918-1939, oprac. G. Eber­hardt, Wy­daw­nic­two PRO­HI­BITA, War­szawa 2014.

- Kot S., Pod­stawy hi­sto­ryczne współ­cze­snej or­ga­ni­za­cji szkół wyż­szych, [w:] W obro­nie wol­no­ści szkół aka­de­mic­kich, "Dom Książki Pol­skiej", Kra­ków 1933, ss. 209-224.

- Kru­kow­ski K., Moja War­szawka, Ini­cjał An­drzej Pa­lacz, War­szawa 2015.

- Krzep­kow­ski M., Ze wspo­mnień dzien­ni­ka­rza, [w:] Moja droga do dzien­ni­kar­stwa (1918-1939). Wspo­mnie­nia dzien­ni­ka­rzy pol­skich z okresu mię­dzy­wo­jen­nego, oprac. J. Ło­jek, Pań­stwowe Wy­daw­nic­two Na­ukowe, War­szawa 1974, ss. 137-195.

- Krzy­wo­szew­ski S., Dłu­gie ży­cie. Wspo­mnie­nia, Bi­blio­teka Pol­ska Sp. z o.o., t. 1-2, War­szawa 1947.

- Ku­ro­pie­ska J., Wspo­mnie­nia do­wódcy kom­pa­nii 1923-1934, Wy­daw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2014.

- Ku­ro­pie­ska J., Wspo­mnie­nia ofi­cera sztabu 1934-1939, Wy­daw­nic­two Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej, War­szawa 1972.

- Li­bicki J., Gra­nice opo­dat­ko­wa­nia, To­wa­rzy­stwo Eko­no­miczne w Kra­ko­wie, Kra­ków 1936.

- List pro­fe­so­rów Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego w spra­wie Brze­ścia, [w:] Sprawa brze­ska. Do­ku­menty i ma­te­riały, oprac. M. Le­czyk, Wy­daw­nic­two "Książka i Wie­dza", War­szawa 1987, ss. 39-41.

- Ma­cie­jew­ski J. K., Moja praca w pra­sie woj­sko­wej, [w:] Moja droga do dzien­ni­kar­stwa (1918-1939). Wspo­mnie­nia dzien­ni­ka­rzy pol­skich z okresu mię­dzy­wo­jen­nego, oprac. J. Ło­jek, Pań­stwowe Wy­daw­nic­two Na­ukowe, War­szawa 1974, ss. 197-215.

- Mac­kie­wicz J., Bul­bin z jed­no­sielca, Kon­tra, Lon­dyn 2007.

- Mac­kie­wicz J., Nu­dis Ver­bis, Kon­tra, Lon­dyn 2003.

- Mac­kie­wicz J., Okna za­tkane szma­tami, Kon­tra, Lon­dyn 2012.

- Ma­kow­ski W., Cy­wilwoj­sku - wspo­mnie­nia z ży­cia i wo­jen, oprac. L. Jon­kaj­tys, Wy­daw­nic­two ZP, cz. III-IV: 1930-1945, War­szawa 2012.

- Ma­li­now­ski (Po­bóg-Ma­li­now­ski) W., Z mo­jego okienka. Fakty i wra­że­nia z lat 1939-1945, oprac. P. M. Żu­kow­ski, Wy­daw­nic­two LTW, t. 1: 1939-1940, Ło­mianki 2013.

- Mały Rocz­nik Sta­ty­styczny 1939, Główny Urząd Sta­ty­styczny, War­szawa 1939.

- Mar­go­lin J., Po­dróż do kra­iny ze­ków, przeł. J. Czech, Wy­daw­nic­two Czarne, Wo­ło­wiec 2013.

- Mar­schak L., By­tem przy tym... Wspo­mnie­nia 1914-1939, Czy­tel­nik, War­szawa 1976.

- Meysz­to­wicz, J., Czas prze­szły do­ko­nany Wspo­mnie­nia ze służby w Mi­ni­ster­stwie Spraw Za­gra­nicz­nych w la­tach 1932-1939, In­sty­tut Prasy i Wy­daw­nictw "No­vum", War­szawa 1989.

- Mi­cha­łow­ski, Wieś nie ma pracy Wy­wiad spo­łeczny w po­wie­cie rze­szow­skim, In­sty­tut Spraw Spo­łecz­nych, Fun­dusz Pracy, War­szawa 1935.

- No­wa­kow­ski Z., Laj­ko­nik. Wy­bór _fe­lie­to­nów z lat 1931-1939, oprac. H. Mar­kie­wicz, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 1975.

- Paw­li­kow­ski M., Wojna i se­zon. Po­wieść, oprac. M. Urban­kow­ski, Wy­daw­nic­two LTW, Ło­mianki 2011.

- Po­gra­ni­cza. Stara Ki­szewa, wy­bór tek­stów i re­dak­cja M. Kraw­czyk, Ośro­dek KARTA, War­szawa 2013.

- Pru­szyń­ski K., Nie­za­do­wo­leni i en­tu­zja­ści. Pu­bli­cy­styka 19311939, wy­bór i oprac. D. Ko­ło­dziej­czyk, G. Pyka i J. Roszko, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 1990.

- Ra­do­życki J., Aby o nich nie za­po­mniano. Wspo­mnie­nia, Wy­daw­nic­two LTW, Ło­mianki 2018.

- Ro­meyko M., Przed i po maju, oprac. K. Bu­ga­jak, Wy­daw­nic­two Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej, War­szawa 1985.

- Ro­meyko M., Wspo­mnie­nia o Wie­nia­wie i o rzym­skich cza­sach, Wy­daw­nic­two Mi­ni­ster­stwa Obrony Na­ro­do­wej, War­szawa 1990.

- Sło­nim­ski A., Al­fa­bet wspo­mnień, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 1989.

- Sło­nim­ski A., Moje walki nad Bzdurą, To­wa­rzy­stwo Wy­daw­ni­cze "Rój", War­szawa 1932.

- Sło­nim­ski A., Po­piół i wiatr, [w:], A. Sło­nim­ski, Po­ezje ze­brane, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 1970, ss. 423-445.

- Stra­sze­wicz C., Pi­sma, pod red. V. Wejs-Mi­lew­skiej i M. Urba­now­skiego, Wy­daw­nic­two AR­CANA, t. 1: Opo­wia­da­nia, pu­bli­cy­styka, kry­tyka, Kra­ków 2020.

- Stud­nicki W., Mia­no­wany, nie­po­wo­łany ad­mi­ni­stra­tor p. Ste­fan Sta­rzyń­ski, War­szawa 1937.

- Stud­nicki W., Wo­bec nad­cho­dzą­cej dru­giej wojny świa­to­wej, Wy­daw­nic­two An­tyk - Mar­cin Dy­bow­ski, Ko­mo­rów 2010.

- Szan­cer J.M., Cur­ric­lum vi­tae, Ofi­cyna Wy­daw­ni­cza G&P, Po­znań 2015.

- To­ka­rzew­ski M., Wspo­mnie­nia z Bel­we­deru, "Szkoła Na­wi­ga­to­rów", nr 11/2016, ss. 20-30.

- Wat A., Mój wiek. Pa­mięt­nik mó­wiony, roz­mowy prze­pro­wa­dził C. Mi­łosz, do druku przy­go­to­wała L. Cioł­ko­szowa, oprac. R. Ha­biel­ski, Czy­tel­nik, cz. 1 i 2, War­szawa 1998.

- Wit­tlin T., Ostat­nia cy­ga­ne­ria, Wy­daw­nic­two LTW, Ło­mianki 2010.

- Wo­dzicki R., Wspo­mnie­nia. Gdańsk-War­szawa-Ber­lin 1928-1939, Pań­stwowe Wy­daw­nic­two Na­ukowe, War­szawa 1972.

- Woy­nił­ło­wicz E., Wspo­mnie­nia 1847-1928, Kli­nika Ję­zyka, cz. 1, War­szawa 2016.

- Za­mor­ski K.J., Dzien­niki (1930-1938), oprac. R. Li­twiń­ski i M. Sioma, In­sty­tut Jó­zefa Pił­sud­skiego w War­sza­wie, Wy­daw­nic­two LTW, War­szawa 2011.

- Zby­szew­ski W.A., Ga­wędy o lu­dziach i cza­sach przed­wo­jen­nych, oprac. A. Gar­licki, Czy­tel­nik, War­szawa 2000.

- Zdzie­chow­ski M., Widmo przy­szło­ści. Szkice hi­sto­ryczno-pu­bli­cy­styczne, "Wy­daw­nic­two An­tyk - Mar­cin Dy­bow­ski", Ko­mo­rów 2009.

- Ze­chen­ter W., Upływa szybko ży­cie. Książka wspo­mnień, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 1971.

- Zwarra B, Wspo­mnie­nia gdań­skiego bówki, Wy­daw­nic­two Mor­skie, t. 1, Gdańsk 1984.

- Żon­goł­ło­wicz B., Dzien­niki 1930-1936, wstęp i oprac. D. Za­moj­ska, Prze­gląd Wschodni, Stu­dium Eu­ropy Wschod­niej, War­szawa 2004.

 

Wspo­mnie­nia, li­te­ra­tura piękna (po roku 1945)

- Dą­brow­ska M., Dzien­niki po­wo­jenne 1945-1965, oprac. T. Drew­now­ski, Czy­tel­nik, t. 1: 1945-1949, War­szawa 1997.

 

Opra­co­wa­nia (po roku 1945)

- Be­sala J., Al­ko­ho­lowe dzieje Pol­ski. Czasy Wiel­kiej Wojny i II Rze­czy­po­spo­li­tej, Zysk i S-ka Wy­daw­nic­two, Po­znań 2018.

- En­cy­klo­pe­dia Gdań­ska, pod red. na­ukową B. Śli­wiń­skiego, Fun­da­cja Gdań­ska, Gdańsk 2012.

- Ja­nicki K., Pierw­sze damy II Rzecz­po­spo­li­tej. Praw­dziwe hi­sto­rie, Wy­daw­nic­two Znak, Kra­ków 2012.

- Kacz­mar­ski K., Wło­dzi­mierz Bi­lan (1903-1951), [w:] Słow­nik bio­gra­ficzny pol­skiego obozu na­ro­do­wego, pod red. K. Ka­węc­kiego, In­sty­tut Dzie­dzic­twa My­śli Na­ro­do­wej im. Ro­mana Dmow­skiego i Igna­cego Pa­de­rew­skiego, Wy­daw­nic­two Ne­ri­ton, t. 1, War­szawa 2020, ss. 27-32.

- Ko­per S., Wpły­wowe ko­biety Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej, Wy­daw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2013.

- Ko­per S., Ży­cie pry­watne elit Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej, Wy­daw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2014.

- Ło­jek J., Agre­sja 17 wrze­śnia 1939. Stu­dium aspek­tów po­li­tycz­nych, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy PAX, War­szawa 1990.

- Mierzwa J., Słow­nik bio­gra­ficzny sta­ro­stów Dru­giej Rze­czy­po­spo­li­tej, Wy­daw­nic­two LTW, t. 1, Ło­mianki 2018.

- Mierzwa J., Sta­ro­sto­wie Pol­ski mię­dzy­wo­jen­nej. Por­tret zbio­rowy, To­wa­rzy­stwo Wy­daw­ni­cze "Hi­sto­ria Ia­gel­lo­nica", Kra­ków 2018.

- No­wa­kow­ski J.M., Wa­lery Sła­wek (1879-1939). Za­rys bio­gra­fii po­li­tycz­nej, In­sty­tut Wy­daw­ni­czy Związ­ków Za­wo­do­wych, War­szawa 1988.

- Osiń­ski Z., Ja­nusz Ję­drze­je­wicz - pił­sud­czyk i re­for­ma­tor edu­ka­cji (1885-1951), Wy­daw­nic­two Uni­wer­sy­tetu Ma­rii Cu­rie-Skło­dow­skiej, Lu­blin 2007.

- Pią­tek G., Sa­na­tor. Ka­riera Ste­fana Sta­rzyń­skiego, Wy­daw­nic­two WAB, War­szawa 2016.

- Ra­wicz J., Dok­tor Ło­kie­tek i Tata Ta­siemka. Dzieje gangu, Wy­daw­nic­two WAB, War­szawa 2014.

- Ro­mań­ski R., Ge­ne­rał Bo­le­sław Wie­niawa-Dłu­go­szow­ski. Po­li­tyk czy lew sa­lo­nowy?, Wy­daw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2014.

- Rut­kow­ski T.P., Sta­ni­sław Kot 1885-1975. Mię­dzy na­uką a po­li­tyką, Mu­zeum Hi­sto­rii Pol­skiego Ru­chu Lu­do­wego, War­szawa 2012.

- Sem­czuk P., Ma­giczne dwu­dzie­sto­le­cie, Dom Wy­daw­ni­czy PWN, War­szawa 2014.

- So­ło­wia­niuk P., Ja­sno­widz w sa­lo­nie, czyli spi­ry­tyzm i pa­ra­nor­mal­ność w Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej, Wy­daw­nic­two Iskry, War­szawa 2014.

- Stel­ma­siak I., Ja­nusz Ję­drze­je­wicz. Pe­da­gog, woj­skowy, ide­olog i po­li­tyk (za­rys bio­gra­fii 1885-1951), Wy­daw­nic­two MADO, To­ruń 2012.

- Stęp­niak H., Lud­ność pol­ska w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku 1920-1939, Wy­daw­nic­two Die­ce­zji Gdań­skiej "Stella Ma­ris", Gdańsk 1991.

- Su­cho­dol­ski S., Czarna księga sa­na­cji, Wy­daw­nic­two PRO­HI­BITA, War­szawa 2017.

- Su­cho­dol­ski S., W kra­inie sa­na­cyj­nych ab­sur­dów. Po­dróż pierw­sza, Wy­daw­nic­two PRO­HI­BITA, War­szawa 2018.

- Urba­nek M., Wie­niawa. Szwo­le­żer na pe­ga­zie, Wy­daw­nic­two Iskry, War­szawa 2015.

- Wit­tlin T., Sza­bla i koń. Ga­węda o Wie­nia­wie, Wy­daw­nic­two LTW, Ło­mianki 2010.

- Woł­gin I., Na skraju ot­chłani. Do­sto­jew­ski a dwór car­ski, przeł. M. Ko­tow­ska, Ofi­cyna Na­ukowa, War­szawa 2001.

- Za­krzew­ska Z., "Cu­kier krzepi". Pro­pa­ganda kon­sump­cji cu­kru w la­tach 1925-1932, In­sty­tut Pa­mięci Na­ro­do­wej, War­szawa 2020.

- Zy­cho­wicz P., Ger­ma­no­fil. Wła­dy­sław Stud­nicki - Po­lak, który chciał so­ju­szu z III Rze­szą, Dom Wy­daw­ni­czy RE­BIS, Po­znań 2020.

 

Ma­te­ria­ły opu­bli­ko­wa­ne w In­ter­ne­cie

- Alek­san­dro­wicz S., W cie­niu czer­wo­nej gwiazdy 68. rocz­nica agre­sji so­wiec­kiej na Pol­skę. Mó­wili, że idą nam z po­mocą.

http://www.lwow.com.pl/na­szdzien­nik/agre­sja-so­wiecka-1939.html

- Bart­nicka K., Wła­dy­sław Spa­sow­ski.

https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/bio­gra­fia/wla­dy­slaw-spa­sow­ski#text

- Bie­ga­now­ski A. W., Jó­zef Teo­fil Ra­fael (Ra­fał) Rym­wid-Mic­kie­wicz, "Ogrody Wspo­mnień".

https://www.ogro­dyw­spo­mnien.pl/in­dex/showd/48034,Jo­ze­f_Te­ofi­l_Ra­fa­el_(_Ra­fal),Rym­wid-Mic­kie­wicz.html

- Brzo­zow­ski S.M., Eu­ge­niusz Mi­ko­łaj Ro­mer, "Pol­ski Słow­nik Bio­gra­ficzny", t. XXXI.

http://www.ipsb.nina.gov.pl/in­dex.php/a/eu­ge­niusz-mi­ko­laj-ro­mer

- Czar­nota W., Gra­żyń­ska z Gep­ne­rów He­lena, [w:] Har­cer­ski Słow­nik Bio­gra­ficzny, pod red. J. Woj­ty­czy, Mu­zem Har­cer­stwa i Mar­ron Edi­tion, t. 3, War­szawa 2012, ss. 70-72.

https://mu­zeum­har­cer­stwa.pl/ima­ges/fi­les/HSB/HSB3.pdf

- Da­ni­luk J., Ilu było Po­la­ków w Wol­nym Mie­ście? In­ter­ne­towa strona do­mowa au­tora (wpis z 25 stycz­nia 2022 roku).

http://www.jan­da­ni­luk.pl/pl/176-ilu-bylo-po­la­kow-w-wol­nym-mie­scie

- De­kret Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 21 li­sto­pada 1938 roku - Prawo pra­sowe, Dz.U. 1938, nr 89, poz. 608.

http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19380890608/O/D19380608.pdf

- Do­broń­ski A.C., Ma­rian Zyn­dram-Ko­ściał­kow­ski. Czarna le­genda wo­je­wody, "Ku­rier Po­ranny" [on line], 9 czerwca 2013.

https://po­ranny.pl/ma­rian-zan­dram-ko­scial­kow­ski-czarna-le­genda-wo­je­wody/ar/5539076#al­bum-bia­lo­stocki

- Do­broń­ski A.C., Ma­rian Zyn­dram-Ko­ściał­kow­ski. Czar­nej le­gendy ciąg dal­szy, "Ku­rier Po­ranny" [on line], 15 czerwca 2013.

https://po­ranny.pl/ma­rian-zyn­dram-ko­scial­kow­ski-czar­nej-le­gendy-ciag-dal­szy/ar/5540500

- "Dzien­nik Roz­ka­zów. Mi­ni­ster­stwo Spraw Woj­sko­wych", nr 9 z 30 marca 1931 roku.

http://zbro­jow­nia.cbw.wp.mil.pl:8080/Con­tent/695/DRoz­k_1931_N­r_009.pdf

- GOK, Ta­de­usz Her­nes: Stra­tos­fera i aresz­to­wany przez świ­nie.

http://po­znan­skie­ka­mie­nice.pl/ar­ty­kul/543/Stra­tos­fera-ia­resz­to­wany-przez-swi­nie

- Ko­deks Karny - Roz­po­rzą­dze­nie Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 11 lipca 1932 roku, Dz.U. 1932, nr 60, poz. 571.

http://isap.sejm.gov.pl/De­ta­ils­Se­rvlet?id=WDU­19320600571

- Majka J., Ruch na­ro­dowy w Prze­my­ślu w la­tach II Rze­czy­po­spo­li­tej, "Rocz­nik Prze­my­ski", t. XLV (2009), z. 4 (Hi­sto­ria), ss. 149-175.

http://www.tpn.pbp.webd.pl/rocz/rp452009h.pdf

- Ob­wiesz­cze­nie Mi­ni­stra Spraw We­wnętrz­nych z dnia 22 stycz­nia 1937 roku w spra­wie ogło­sze­nia jed­no­li­tego tek­stu roz­po­rzą­dze­nia Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 23 grud­nia 1927 roku o gra­ni­cach Pań­stwa, Dz.U. 1937, nr 11, poz. 83.

https://sta­tic1.mo­ney.pl/d/ak­ty­_prawne/pdf/DU/1937/11/DU­19370110083.pdf

- Ostrow­ski S., Wa­cław So­bie­ski - hi­sto­ryk nie­co­dzienny kon­tro­wer­syjny i nie­tu­zin­kowy.

http://ostrow­ski.bloog.pl/id,6297152,ti­tle,Wac­law-So­bie­ski-hi­sto­ryk-nie­co­dzienny-kon­tro­wer­syjny-i-nie­tu­zin­kowy,in­dex.html?smoyb­bt­ti­caid=616f64

- Pa­ruch W., Pod­stawy i uza­sad­nie­nie toż­sa­mo­ści po­li­tycz­nej obozu pił­sud­czy­kow­skiego (1926-1939), "An­na­les Uni­ver­si­ta­tis Ma­riae Cu­rie-Skło­dow­ska" (Lu­blin - Po­lo­nia), Sec­tio K, Za­kład My­śli Po­li­tycz­nej XIX i XX wieku Wy­działu Po­li­to­lo­gii UMCS, vol. 4, 1997, ss. 27-45.

https://ba­zhum.mu­zhp.pl/me­dia//fi­les/An­na­le­s_U­ni­ver­si­ta­ti­s_Ma­ria­e_Cu­rie­_Sklo­dow­ska­_Sec­tio­_K_Po­li­to­lo­gia/An­na­le­s_U­ni­ver­si­ta­ti­s_Ma­ria­e_Cu­rie­_Sklo­dow­ska­_Sec­tio­_K_Po­li­to­lo­gia-r1997-t4/An­na­le­s_U­ni­ver­si­ta­ti­s_Ma­ria­e_Cu­rie­_Sklo­dow­ska­_Sec­tio­_K_Po­li­to­lo­gia-r1997-t4-s27-45/An­na­le­s_U­ni­ver­si­ta­ti­s_Ma­ria­e_Cu­rie­_Sklo­dow­ska­_Sec­tio­_K_Po­li­to­lo­gia-r1997-t4-s27-45.pdf

- Pi­sku­re­wicz J., Sta­ni­sław Mi­chal­ski w dzie­jach na­uki pol­skiej pierw­szej po­łowy XX wieku, "Kwar­tal­nik Hi­sto­rii Na­uki i Tech­niki", 35/1, 1990, ss. 55-92.

https://ba­zhum.mu­zhp.pl/me­dia//fi­les/Kwar­tal­ni­k_Hi­sto­rii­_Nau­ki­_i­_Tech­niki/Kwar­tal­ni­k_Hi­sto­rii­_Nau­ki­_i­_Tech­niki-r1990-t35-n1/Kwar­tal­ni­k_Hi­sto­rii­_Nau­ki­_i­_Tech­niki-r1990-t35-n1-s55-92/Kwar­tal­ni­k_Hi­sto­rii­_Nau­ki­_i­_Tech­niki-r1990-t35-n1-s55-92.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Mi­ni­stra Spraw We­wnętrz­nych z dnia 22 stycz­nia 1937 roku wy­dane w po­ro­zu­mie­niu z Mi­ni­strami: Skarbu, Spra­wie­dli­wo­ści, Ko­mu­ni­ka­cji oraz Rol­nic­twa i Re­form Rol­nych w spra­wie wy­ko­na­nia roz­po­rzą­dze­nia Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej o gra­ni­cach Pań­stwa, Dz.U. 1937, nr 12, poz. 84.

https://sta­tic1.mo­ney.pl/d/ak­ty­_prawne/pdf/DU/1937/12/DU­19370120084.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 7paź­dzier­nika 1927 roku o sztucz­nych środ­kach sło­dzą­cych, Dz.U. 1927, nr 89, poz. 797.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19270890797/O/D19270797.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Mi­ni­stra Wy­znań Re­li­gij­nych i Oświe­ce­nia Pu­blicz­nego z dnia 25 wrze­śnia 1933 roku o zwi­nię­ciu nie­któ­rych ka­tedr i za­kła­dów na­uko­wych w szko­łach aka­de­mic­kich, Dz.U. 1933, nr 71, poz. 527.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19330710527/O/D19330527.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Mi­ni­stra Wy­znań Re­li­gij­nych i Oświe­ce­nia Pu­blicz­nego z dnia 5 grud­nia 1933 roku o zwi­nię­ciu i utwo­rze­niu nie­któ­rych ka­tedr i za­kła­dów na­uko­wych w szko­łach aka­de­mic­kich, Dz.U. 1933, nr 103, poz. 796.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19331030796/O/D19330796.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Mi­ni­stra Wy­znań Re­li­gij­nych i Oświe­ce­nia Pu­blicz­nego z dnia 26 marca 1935 roku o znie­sie­niu i utwo­rze­niu nie­któ­rych ka­tedr na Wy­dziale Fi­lo­zo­ficz­nym Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego w Kra­ko­wie, Dz.U. 1935, nr 22, poz. 137.

https://sta­tic1.mo­ney.pl/d/ak­ty­_prawne/pdf/DU/1935/22/DU­19350220137.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 30 stycz­nia 1928 roku w spra­wie uzna­nia mia­sta Wilna i oko­licy za ob­szar wa­rowny, Dz.U. 1928, nr 29, poz. 273.

https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19280290273/O/D19280273.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej z dnia 22 marca 1928 roku o li­kwi­da­cji mie­nia by­łych ro­syj­skich osób praw­nych, Dz.U. 1928, nr 38, poz. 377.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19280380377/O/D19280377.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Rady Mi­ni­strów z dnia 6 grud­nia 1934 roku o wpro­wa­dze­niu ogra­ni­czeń w ob­sza­rze wa­row­nym Wilno, Dz.U. 1935, nr 28, poz. 219.

https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19350280219/O/D19350219.pdf

- Roz­po­rzą­dze­nie Rady Mi­ni­strów z dnia 6 grud­nia 1934 roku o sto­sunku władz woj­sko­wych do miej­sco­wych cy­wil­nych władz rzą­do­wych oraz sa­mo­rzą­do­wych w ob­sza­rach wa­row­nych i re­jo­nach umoc­nio­nych, Dz.U. 1935, nr 28, poz. 220.

https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19350280220/O/D19350220.pdf

- Ro­żań­ski J., Obóz na­ro­dowy w Prze­my­ślu. Rys hi­sto­ryczno-wspo­mnie­niowy (1890-1947), "Rocz­nik Prze­my­ski", t. XXVIII (1991/1992), ss. 241-266.

http://bc.tpn.prze­mysl.pl/in­dex.php/ka­ta­log-ksia­zek/4-ksiazka?id_k­siazka=194

- Tłu­czek R., Ruch na­ro­dowy w Prze­my­ślu w la­tach 1918-1939, "Rocz­nik Hi­sto­ryczno-Ar­chi­walny" (Ar­chi­wum Pań­stwo­wego w Prze­my­ślu), t. XV (2001), ss. 5-17.

http://www.prze­mysl.ap.gov.pl

- Tre­piń­ski A., Cen­zura w pra­sie war­szaw­skiej przed drugą wojną świa­tową, "Rocz­nik Hi­sto­rii Cza­so­pi­śmien­nic­twa Pol­skiego", XI/1, 1972, ss. 117-147.

http://ba­zhum.mu­zhp.pl/me­dia//fi­les/Rocz­ni­k_Hi­sto­rii­_Cza­so­pi­smien­nic­twa­_Pol­skiego/Rocz­ni­k_Hi­sto­rii­_Cza­so­pi­smien­nic­twa­_Pol­skiego-r1972-t11-n1/Rocz­ni­k_Hi­sto­rii­_Cza­so­pi­smien­nic­twa­_Pol­skiego-r1972-t11-n1-s117-147/Rocz­ni­k_Hi­sto­rii­_Cza­so­pi­smien­nic­twa­_Pol­skiego-r1972-t11-n1-s117-147.pdf

- Ustawa z dnia 28 stycz­nia 1932 roku o sto­sun­kach praw­nych w ob­sza­rach wa­row­nych i re­jo­nach umoc­nio­nych, Dz.U. 1932, nr 19, poz. 124.

https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19320190124/O/D19320124.pdf

- Ustawa z dnia 15 marca 1933 roku o szko­łach aka­de­mic­kich, Dz.U. 1933, nr 29, poz. 247.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WDU­19330290247/O/D19330247.pdf

- Za­rzą­dze­nie z dnia 11 li­sto­pada 1937 roku o nada­niu Zło­tego Krzyża Za­sługi, "Mo­ni­tor Po­1ski" 1937, nr 260, poz. 411.

http://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/do­wn­load.xsp/WMP19372600411/O/M19370411.pdf

- Zięba A., Ste­fan Soł­tyk, "Pol­ski Słow­nik Bio­gra­ficzny", t. XL.

https://www.ipsb.nina.gov.pl/a/bio­gra­fia/ste­fan-sol­tyk#text

Roz­dział I. "Panowie, a teraz odmówicie tę modlitwę do Piłsudskiego", czyli sanacyjna celebra w kleszczach "kordonomanii" i szablonu

Po­wi­ta­nie mi­ni­stra ko­mu­ni­ka­cji Al­fonsa Kuhna (stoi za czwórką dzieci) przed bramą trium­falną (wi­doczna z le­wej strony przed li­mu­zyną) w Wie­liczce, 21 czerwca 1930 roku. Jak wspo­mi­nał Mie­czy­sław Ja­ło­wiecki: "Naj­bar­dziej jed­nak czaso- i pra­co­chłonne były ofi­cjalne wi­zyty wo­je­wódz­kich czy war­szaw­skich dy­gni­ta­rzy, któ­rzy w tak zwa­nym te­re­nie zwy­kli byli od czasu do czasu wy­gła­szać prze­mó­wie­nia o "de­mo­kra­cji" i de­mon­stro­wać swoją go­spo­dar­czą tro­skę".

Ksiądz pro­fe­sor Bro­ni­sław Żon­goł­ło­wicz, pro­rek­tor Uni­wer­sy­tetu Ste­fana Ba­to­rego w Wil­nie, w la­tach 1930-1936 - wi­ce­mi­ni­ster wy­znań re­li­gij­nych i oświe­ce­nia pu­blicz­nego. Na aka­de­mii ku czci Jó­zefa Pił­sud­skiego z oka­zji jego imie­nin (19 marca 1933 roku), wy­sta­wił taką oto bał­wo­chwal­czą laurkę do­stoj­nemu so­le­ni­zan­towi: "Pił­sud­ski in­te­lek­tem się wznosi na szczyty naj­wyż­sze. W krę­gach my­ślo­wych ogar­nia ho­ry­zonty nie­skoń­czone ta­jem­nic, za­gad­nień i za­dań. (...) Wkra­cza w mroczny la­bi­ryn­towy bieg hi­sto­rii na­szej. Zdu­miewa wszę­dzie ato­mi­za­cją naj­sub­tel­niej­szych naj­skryt­szych taj­ni­ków. Olśniewa zwartą po­tężną syn­tezą. Wprost prze­raża au­to­ana­lizą du­szy wła­snej, su­mie­nia swego i swych czy­nów".

Pił­sud­czycy, sa­na­to­rzy lu­bo­wali się w uro­czy­sto­ściach, ce­le­brze. Szpa­lery, nie­prze­li­czone tłumy, owa­cje, prze­ci­na­nie wstęg, bramy trium­falne, kom­pa­nie ho­no­rowe, wi?zy­ta­cje, go­spo­dar­skie wi­zyty, prze­mó­wie­nia - to był ich ży­wioł. Dy­plo­mata i zie­mia­nin, Mie­czy­sław Ja­ło­wiecki, we wspo­mnie­niach Na skraju Im­pe­rium, sporo miej­sca po­świę­cił sza­leń­stwu świąt i uro?czy­sto­ści w epoce sa­na­cyj­nej.

"Nie­szczę­ściem (...) zbio­ro­wego ży­cia w Pol­sce" - wspo­mi­nał Ja­ło­wiecki - "były stałe uro­czy­sto­ści zwią­zane z prze­cho­dzą­cym wszel­kie gra­nice ofi­cjal­nym ga­dul­stwem. Gdyby ogra­ni­czono się tylko do świąt pań­stwo­wych, ta­kich jak rocz­nica Cudu nad Wi­słą, Święto Nie­pod­le­gło­ści, rocz­nica Po­wsta­nia Li­sto­pa­do­wego, Dzień Żoł­nie­rza czy rocz­nica Kon­sty­tu­cji Trze­ciego Maja, to można by­łoby jesz­cze wy­trzy­mać. Nie­stety, do­łą­czyły się do tego różne "aka­de­mie" i przy­jazdy róż­nych dy­gni­ta­rzy, a wresz­cie po zgo­nie Mar­szałka do­łą­czyły się ofi­cjalne święta zwią­zane z dniem jego uro­dzin, imie­nin, rocz­nicą zgonu. Do tego do­cho­dziły uro­czy­sto­ści róż­nych or­ga­ni­za­cji. I w tym miej­scu au­tor wy­mie­nił na­zwy ośmiu sa­na­cyj­nych, pił­sud­czy­kow­skich or­ga­ni­za­cji (np. Zwią­zek Strze­lecki czy Zwią­zek Re­zer­wi­stów RP). Li­stę Ja­ło­wiec­kiego ko­niecz­nie uzu­peł­nił­bym o Zwią­zek Le­gio­ni­stów Pol­skich, Fe­de­ra­cję Pol­skich Związ­ków Obroń­ców Oj­czy­zny oraz Ligę Obrony Po­wietrz­nej i Prze­ciw­ga­zo­wej (LOPP). Au­tor zresztą za­po­mniał, że uro­dziny i imie­niny uro­czy­ście ob­cho­dzono także za ży­cia "Twórcy Pol­ski Mo­car­stwo­wej" (przy­kłady za­mie­ści­łem w tym roz­dziale). Je­śli do tego do­damy ty­dzień pro­pa­gandy LOPP, Święto Mo­rza, Zjazdy Le­gio­ni­stów, rocz­nice wy­mar­szu Pierw­szej Kom­pa­nii Ka­dro­wej, imie­niny i uro­dziny mar­szałka Śmi­głego-Ry­dza oraz pre­zy­denta Igna­cego Mo­ścic­kiego, to ofi­cjalny ka­len­darz... mo­żemy uznać za wy­peł­niony.

Nie było ty­go­dnia, aby czło­wiek zaj­mu­jący ja­kieś sta­no­wi­sko spo­łeczne nie był zmu­szony" - na­rze­kał Ja­ło­wiecki - "do wy­słu­chi­wa­nia ofi­cjal­nej ga­da­niny Przy czym me­ga­lo­ma­nia była nie­obli­czalna. Jako czło­nek rady gmin­nej wy­słu­cha­łem prze­mó­wie­nia miej­sco­wego na­uczy­ciela z oka­zji zbu­do­wa­nia no­wego mo­stu na ośmio­me­tro­wej rzeczce Swędrni, na miej­scu sta­rego, nieco już spróch­nia­łego. W mo­wie tej nasz wójt Woj­ciech Wit­czak zo­stał po­rów­nany do mę­żów, któ­rzy wzno­sili mury sta­rego Rzymu.

We­dług pa­mięt­ni­ka­rza naj­bar­dziej jed­nak czaso- i pra­co­chłonne były ofi­cjalne wi­zyty wo­je­wódz­kich czy war­szaw­skich dy­gni­ta­rzy, któ­rzy w tak zwa­nym te­re­nie zwy­kli byli od czasu do czasu wy­gła­szać prze­mó­wie­nia o "de­mo­kra­cji" i de­mon­stro­wać swoją go­spo­dar­czą tro­skę.

Ża­den z gu­ber­na­to­rów ro­syj­skich w cza­sie ob­jazdu gu­berni nie po­zwo­liłby so­bie na ota­cza­nie swo­jej osoby taką at­mos­ferą czo­ło­bit­no­ści, jaka to­wa­rzy­szyła na­szym wo­je­wo­dom w cza­sie ich co prawda rzad­kich, ale nie mniej dla lud­no­ści uciąż­li­wych ob­jaz­dów. Te bramy try­um­falne, or­kie­stry, te przy­ję­cia, po­wi­talne mowy - wszystko to sta­nęło mi w oczach, gdy pew­nego po­ranka sierp­nio­wego stary Mar­cin, słu­żący (...), za­anon­so­wał, że pan sta­ro­sta prosi mnie do te­le­fonu w spra­wie ob­jazdu po­wiatu przez wo­je­wodę Hauke-No­waka.

Ma­jor Alek­san­der Hauke-No­wak ka­rierę za­czął ro­bić po za­ma­chu ma­jo­wym. W 1929 roku przy­dzie­lono go do dys­po­zy­cji mi­ni­stra spraw we­wnętrz­nych. W MSW spra­wo­wał funk­cję dy­rek­tora de­par­ta­mentu po­li­tycz­nego i w tym cha­rak­te­rze wy­stę­po­wał jako świa­dek oskar­że­nia w pro­ce­sie brze­skim. Hauke-No­wak za­wiódł ocze­ki­wa­nia pana mar­szałka, po­nie­waż, jak pi­sał Jó­zef Ku­ro­pie­ska (Wspo­mnie­nia do­wódcy kom­pa­nii)-. Po pro­ce­sie brze­skim, o któ­rym Pił­sud­ski ma­wiał, że zo­stał "sfaj­dany", Hauke-No­wak "za karę" zo­stał wo­je­wodą w Ło­dzi, a na­stęp­nie w Łucku. Ku­ro­pie­ska do­ko­nał pew­nego skrótu my­ślo­wego - za­nim Hauke-No­wak za­siadł w fo­telu wo­je­wody, za­znał go­ry­czy nie­ła­ski - po pro­ce­sie brze­skim wy­wa­lono go z MSW, na­stęp­nie "urlo­po­wano bez prawa do po­bo­rów" i prze­nie­siono do re­zerwy. Wo­je­wódz­twem łódz­kim za­czął wło­da­rzyć od 1 stycz­nia 1933 roku, a wo­łyń­skim od 13 kwiet­nia 1938 roku (ty­powa sa­na­cyjna ro­szada - Hauke-No­wak prze­niósł się z Ło­dzi do Łucka, a wo­je­woda Hen­ryk Jó­zew­ski z Łucka do Ło­dzi).

Ja­ło­wiecki tak scha­rak­te­ry­zo­wał pana wo­je­wodę: "był czło­wie­kiem nie­szko­dli­wym", ale i nie­po­zba­wio­nym wad. Śmie­szył mnie nieco pom­pa­tycz­nym na­zwi­skiem, które wpły­wało na jego oso­bo­wość, a ob­darte z pierw­szego członu bę­dą­cego tylko pseu­do­ni­mem le­gio­no­wym, sta­wało się po­spo­li­tym No­wa­kiem, tra­cąc swą hi­sto­ryczną pompę. Mia­łem rów­nież do niego pewne za­strze­że­nia za na­rzu­ca­nie kan­dy­da­tów na se­na­to­rów z na­szego okręgu, jak moim zda­niem roz­hi­ste­ry­zo­waną pa­nią ge­ne­ra­łową Nor­wid-Neu­ge­bau­erową albo Alek­san­dra Pry­stora, któ­rzy nie mieli nic z na­szym te­re­nem wspól­nego, a je­dy­nymi ich za­słu­gami było po­sia­da­nie wpły­wo­wego męża lub wy­ka­za­nie od­wagi po­łą­czone z utratą pa­ra­sola w pa­mięt­nej ak­cji pod Bez­da­nami.

Nie­ważne, Hauke czy nie Hauke (na pewno No­wak), ale trzeba było go god­nie przy­jąć, o co pro­sił Ja­ło­wiec­kiego w roz­mo­wie te­le­fo­nicz­nej pan sta­ro­sta Hen­ryk Osta­szew­ski: Pa­nie pre­ze­sie (...) otrzy­ma­łem po­ufną wia­do­mość, że pan wo­je­woda za­mie­rza w przy­szłym ty­go­dniu prze­pro­wa­dzić lu­stra­cję po­wiatu. Pan wo­je­woda ma za­miar od­wie­dzić gminę Ka­mień, a przy tej oka­zji wy­ra­ził chęć od­wie­dze­nia oso­bi­ście pań­stwa w po­rze obiadu. Jest to do­wód wiel­kiego za­ufa­nia - rzekł sta­ro­sta zni­ża­jąc głos - że pan wo­je­woda za­je­dzie do dworu zie­miań­skiego. Jest to do­wo­dem, że pan jako pre­zes Związku Zie­mian cie­szy się za­ufa­niem sfer rzą­do­wych i jest to pewną na­grodą za pań­ską dzia­łal­ność spo­łeczną. Pan wo­je­woda wy­ra­ził po­nadto ży­cze­nie, aby obiad od­był się w ści­słym kole i oczy­wi­ście wśród zie­mian nie­na­le­żą­cych do opo­zy­cji. Są­dzę, że zgod­nie z ży­cze­niem pana wo­je­wody ogólna ilość go­ści, a więc pana wo­je­wody i jego naj­bliż­szej świty oraz osób przez pana za­pro­szo­nych nie po­winna prze­kro­czyć dwu­na­stu. Czy mógł­bym spy­tać pana pre­zesa, kogo spo­śród zie­mian za­mie­rza pan za­pro­sić? - spy­tał przy­mil­nie. Gdy Ja­ło­wiecki po­dał na­zwi­ska go­ści, Osta­szew­ski do­dał: Mu­szę się sto­so­wać do po­le­ceń mo­jego zwierzch­nika i od­po­wied­nio wszystko przy­go­to­wać w gmi­nie na przy­ję­cie wo­je­wody. Wójt do­stał już ode mnie od­po­wied­nie in­struk­cje z na­ka­zem, by wszel­kie przy­go­to­wa­nia uzgod­nił z pa­nem pre­ze­sem. Wójt obie­cał na­uczyć się na pa­mięć mowy po­wi­tal­nej, pro­sił jed­nak, by pan mu tę mowę skom­po­no­wał.

Po odło­że­niu słu­chawki Ja­ło­wiecki po­słał za­raz po wójta, Woj­cie­cha Wit­czaka. Obaj pa­no­wie usta­lili na­stę­pu­jący po­rzą­dek uro­czy­sto­ści: 1) Na go­dzinę przed przy­jaz­dem wo­je­wody, rada gminy miała ze­brać się przy bra­mie try­um­fal­nej (Wojt­czak: Na bramę try­um­falną we­dle gminy na szo­sie, to już pew­ni­kiem pan pre­zes da drzewo i swego ogrod­nika (...), a ja każę dzie­wu­chom na­zbie­rać kwia­tów i by po­ro­biły gir­landy); 2) Or­kie­stra ode­gra hymn na­ro­dowy i Pierw­szą Bry­gadę; 3) Wójt wy­głosi mowę po­wi­talną (Wojt­czak: A tę mowę po­wi­talną, to już niech pan pre­zes sam wy­kom­bi­nuje, a ja ino na pa­mięć się na­uczę. Ino niech pan pre­zes wy­kal­ku­luje krótką mowę, bo ma­jąc te­raz tyle na gło­wie, to mi już po­noć trudno wszystko spa­mię­tać); 4) Jan­ko­wia­kówna, "mała i czer­wona jak wi­sienka", wrę­czy panu wo­je­wo­dzie bu­kiet; 5) "Dzieu­chy" za­śpie­wają "A wi­tajże nam, wi­taj miły go­spo­da­rzu"; 6) Aka­de­mia na cześć wo­je­wody w urzę­dzie gmin­nym; 7) Skła­da­nie przez urzęd­ni­ków ra­por­tów panu wo­je­wo­dzie.

Po na­ra­dzie z wój­tem Ja­ło­wiec­kiego cze­kała ko­lejna na­rada, tym ra­zem z żoną Zo­fią. Mał­żon­ko­wie po­sta­no­wili, że For­nale usta­wieni w krąg na traw­niku przed dwo­rem palną trzy­krot­nie z ba­tów na wi­wat wo­je­wody po prze­kro­cze­niu przez niego bramy par­ko­wej. Po­tem star­szy wło­darz Dziu­bek po­dej­dzie z ra­por­tem o sta­nie go­spo­dar­stwa, a po nim star­szy ga­jowy Do­bkie­wicz o le­śnic­twie i zwie­rzo­sta­nie, po czym pan wo­je­woda wstąpi w po­dwoje na­szego domu. Tam bę­dzie cze­kał na niego wy­kwintny obiad, a wśród dań - sławna ka­mień­ska ro­lada z gęsi, wzbu­dza­jąca za­wsze za­zdrość wśród są­siedz­twa.

Ja­ło­wiecki uty­ski­wał, że "na tych przy­go­to­wa­niach ze­szedł nam tak dro­go­cenny w go­spo­darce ty­dzień". W końcu jed­nak nad­szedł dla po­wiatu ten uro­czy­sty dzień. Wszystko było przy­go­to­wane i za­pięte na przy­sło­wiowy ostatni gu­zik, lecz... wo­je­woda nie przy­je­chał! Ja­ło­wiecki nie ukry­wał iry­ta­cji: By­łem wście­kły. Aro­gan­cja po­cho­dzą­cej z "do­łów" wła­dzy była nie do znie­sie­nia. Jak się póź­niej oka­zało, wo­je­woda odło­żył swoją lu­stra­cję z po­wodu przy­jazdu do Ło­dzi pani se­na­tor Nor­wid-Neu­ge­bau­ero­wej. "Przy­jazd tej skrom­nie na po­ko­jówkę uro­dzo­nej, a dzi­siaj roz­wy­drzo­nej gęsi - my­śla­łem - był dla pana No­waka waż­niej­szy od zmar­no­wa­nego tylu rol­ni­kom czasu, i to w okre­sie let­nim. Pseu­do­ni­mami w ty­pie Hauke i Nor­wid wro­dzo­nego cham­stwa się nie zmaże".

Sta­ro­sta Osta­szew­ski bo­żył się na wszyst­kie świę­to­ści, że Hauke No­wak przy­je­dzie do Ka­mie­nia za dzie­sięć dni, i "że tym ra­zem wi­zyta wo­je­wody na pewno nie bę­dzie prze­ło­żona (...). Za­czę­li­śmy więc na nowo przy­go­to­wa­nia". Tym­cza­sem na "dwa dni przed wy­zna­czo­nym ter­mi­nem sta­ro­sta otrzy­mał z Ło­dzi ofi­cjalne za­wia­do­mie­nie, że pan wo­je­woda i tym ra­zem jest z po­wodu waż­nych spraw zmu­szony odło­żyć swój przy­jazd". I wierz tu, czło­wieku, sa­na­cyj­nym dy­gni­ta­rzom!

Po upły­wie kilku ty­go­dni Osta­szew­ski znów pod­niósł alarm: pan wo­je­woda na pewno przy­je­dzie za dwa dni! Cóż, Ka­mień po raz trzeci ogar­nął amok przy­go­to­wań. Pa­mięt­nego dnia wi­zy­ta­cji pra­wie cała spo­łecz­ność ka­mień­ska ze­brała się po­now­nie na szo­sie przy bra­mie try­um­fal­nej by jesz­cze raz spraw­dzić, jak mó­wił wójt, "czy wszystko kla­puje". Wszystko "kla­po­wało" w jak naj­lep­szym po­rządku. Pan wo­je­woda miał przy­być o go­dzi­nie trzy­na­stej. Mi­nęła trzy­na­sta... czter­na­sta... pięt­na­sta... szes­na­sta! Punk­tu­al­ność jest grzecz­no­ścią kró­lów, jak stwier­dził Lu­dwik XVIII, lecz w przy­padku sa­na­cji...

"Gdy stra­ci­li­śmy już na­dzieję uj­rze­nia do­stoj­nego go­ścia, uka­zał się na ho­ry­zon­cie ob­łok ku­rzu, z któ­rego wy­ło­nił się sa­mo­chód pana wo­je­wody, a za nim jesz­cze kilka in­nych sa­mo­cho­dów i au­to­bus wio­zący jego świtę". Na­resz­cie! Oto "ka­mie­nia­kom" złak­nio­nym wi­doku wło­da­rza, pan Hauke-No­wak uka­zał się "w stroju ofi­cjal­nym, w me­lo­niku na gło­wie. Po­wagą i do­sto­jeń­stwem tchnęła ta po­stać na­szego wiel­ko­rządcy, przy któ­rym, jak pa­mię­tam, car Ro­sji za­cho­wy­wał się bar­dziej swo­bod­nie i na­tu­ral­nie". Kiedy or­kie­stra "wy­trą­biła" hymn i Pierw­szą Bry­gadę, wójt prze­mó­wił, Jan­ko­wia­kówna wrę­czyła kwiaty, a "dzieu­chy" od­śpie­wały pieśń po­wi­talną, Ja­ło­wiecki w końcu miał oka­zję za­py­tać Osta­szew­skiego: "Pa­nie sta­ro­sto, (...) gdzie­ście tak długo za­ma­ru­dzili?". Pan sta­ro­sta od­parł, roz­kła­da­jąc ręce: "U mły­na­rza Pie­choty. On jest człon­kiem sej­miku wo­je­wódz­kiego. Za­pro­sił nas wszyst­kich do sie­bie, a że na tę in­ten­cję za­bił dwa świ­niaki, więc je­dze­nia było w bród. Wszy­scy je­ste­śmy prze­je­dzeni, a szcze­gól­nie wo­je­woda, któ­remu na­wet czkawka za­częła do­ku­czać. (...) Siła wyż­sza. Wo­je­woda chciał pod­kre­ślić, że nie ma prze­są­dów sta­no­wych i nie robi róż­nicy mię­dzy chło­pem a zie­mia­ni­nem, tym bar­dziej, że Pie­chota cie­szy się na wsi wielką po­pu­lar­no­ścią. (...) Niech pan pre­zes złoży to na karb obo­wiąz­ków cią­żą­cych na bar­kach wo­je­wody".

W sie­dzi­bie władz gminy od­była się aka­de­mia, pod­czas któ­rej wójt i różni gminni urzęd­nicy skła­dali ra­porty panu wo­je­wo­dzie. "Na ogół lu­stra­cja wy­pa­dła po­myśl­nie (...), a wo­je­woda, prze­cho­dząc koło prze­pi­sowo utrzy­ma­nych ubi­ka­cji, które zlu­stro­wał nie­mal pro­fe­sjo­nal­nym okiem, udzie­lił paru po­chleb­nych uwag i uznał gminę za wzo­rową".

Obiad u Ja­ło­wiec­kiego upły­nął w po­nu­rej at­mos­fe­rze. Go­ście byli senni, mil­czący, prze­je­dzeni (tra­wili jesz­cze świ­niaki pana Pie­choty), no i w do­datku mę­czyła ich czkawka. Wbrew wcze­śniej­szym usta­le­niom (przy­po­mnijmy: dy­gni­tarz chciał, aby do obiadu za­sia­dło mak­sy­mal­nie dwa­na­ście osób), z pa­nem wo­je­wodą przy­była tak liczna świta (trzy­dzie­ści parę osób), że go­spo­da­rze mu­sieli "na­prędce do­sta­wiać stoły" i przy­go­to­wać do­dat­kowe na­kry­cia. Na do­bitkę w cza­sie je­dze­nia usły­sze­li­śmy tur­kot mo­to­rów i przed gan­kiem sta­nęły dwa au­to­busy prze­peł­nione do­dat­kową par­tią nie­pro­szo­nych go­ści. Byli to różni kon­tro­le­rzy tak po­wia­towi, jak wo­je­wódzcy re­por­te­rzy lo­kal­nych dzien­ni­ków, in­struk­to­rzy ho­dow­lani i Bóg ra­czy wie­dzieć kto. Wy­sze­dłem na ga­nek, aby ich po­wi­tać i prze­pro­sić, że nie ocze­ki­wa­li­śmy ich przy­jazdu i wła­śnie za­sie­dli­śmy do stołu, ale po skoń­czo­nym obie­dzie bę­dziemy ra­dzi, je­żeli ze­chcą coś wy­pić i prze­ką­sić.

- Nie ma co tu ro­bić - ozwał się ja­kiś gniewny głos. - To u chłopa, pana Pie­choty, to­śmy byli przy­jęci z otwar­tymi rę­kami, a pan dzie­dzic to na­wet nie ra­czy nas na obiad za­pro­sić.

Za­nim au­to­busy "znik­nęły w po­mroce wie­czoru", Ja­ło­wiecki usły­szał jesz­cze kilka so­czy­stych epi­te­tów pod ad­re­sem "prze­klę­tych ob­szar­ni­ków".

Zie­mia­nin Hen­ryk Cie­cier­ski w swo­ich Pa­mięt­ni­kach opi­sał prze­bieg wi­zy­ta­cji biel­skiego po­wiatu, prze­pro­wa­dzo­nej przez wo­je­wodę ppłk. Ma­riana Zyn­dram-Ko­ściał­kow­skiego 25 paź­dzier­nika 1930 roku. W Sie­mia­ty­czach na pana wo­je­wodę cze­kał im­po­nu­jący łuk try­um­falny, a or­kie­stra stra­żacka rżnęła od ucha mar­sze, zaś "szkoły sło­wiań­skiej i se­mic­kiej rasy stały szpa­le­rem na Le­gio­no­wej ulicy". Po­tem na­stą­piło po­wi­ta­nie w ko­ściele ka­to­lic­kim, cer­kwi pra­wo­sław­nej oraz w sy­na­go­dze. Naj­uro­czy­ściej wy­pa­dło po­wi­ta­nie wo­je­wody w sy­na­go­dze, gdzie kan­tor, zwró­cony do Ko­ściał­kow­skiego "wy­śpie­wy­wał ja­kąś he­braj­ską hos­sanę". We­dług Cie­cier­skiego "brzmiał ten śpiew mniej wię­cej tak: Te­re­fe­re­ele­mele Pre­zi­dent Mo­ścicki! Te­re­fe­re­ele­mele Mar­sza­lek Pil­sud­ski! Te­re­fe­re­ele­mele wo­je­woda Ko­ścial­kow­ski!". Na­stęp­nie wi­zyta w urzę­dzie gminy i ma­gi­stra­cie - stan­dard: chleb, sól, prze­mowy. "Z gminy po­je­cha­li­śmy obej­rzeć fun­da­menta i co­kol­wiek mu­rów, bu­du­ją­cej się od kilku lat wiel­kiej szkoły po­wszech­nej, która z braku fun­du­szów tak się wolno wznosi, jak ko­ra­lowe rafy na Pa­cy­fiku (szkołę od­dano do użytku do­piero w 1938 roku - S.S.)". Ja­kaś na­uczy­cielka wy­stą­piła "z przy­długą, wy­uczoną ora­cją". W środku mowy za­cięła się "i stała po­tem nie­boga skon­fun­do­wana przed wo­je­wodą, mil­cząc jak żak nie­szczę­sny". Z placu bu­dowy do­stojny gość po­ma­sze­ro­wał do am­bu­la­to­rium - "tam okrą­gły pan dok­tor Mar­cin Gel­baum, gładko się po po­wierzchni śli­zga­ją­cymi fra­ze­sami, sła­wetną tę in­sty­tu­cję przed­sta­wił". Z ko­lei Ko­ściał­kow­ski wi­zy­to­wał mle­czar­nię spół­dziel­czą, bank spół­dziel­czy, ko­ope­ra­tywę spo­żyw­ców oraz sie­mia­tycką eks­po­zy­turę sta­ro­stwa biel­skiego "po­trzeb­nej lud­no­ści prze­waż­nie tyle, ile mo­stom dziura, bo można wpraw­dzie sprawę w niej za­cząć, ale koń­czyć ją trzeba za­wsze w Biel­sku".

Na po­ste­runku pan wo­je­woda prze­eg­za­mi­no­wał ko­men­danta "na oko­licz­ność ja­kie­goś nie­lo­jal­nego wiecu któ­rej­kol­wiek par­tii opo­zy­cyj­nej". Gdy ko­men­dant nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć, Ko­ściał­kow­ski ła­ska­wie mu pod­po­wia­dał. "Osta­tecz­nym ce­lem po­ucze­nia było za­le­ce­nie, by roz­wią­zy­wać wiece opo­zy­cji. A było to na parę ty­go­dni przed wy­bo­rami do sejmu i se­natu". Do­dajmy, że cho­dziło o tzw. wy­bory brze­skie, bę­dące ka­mie­niem mi­lo­wym w krót­kich dzie­jach sa­na­cyj­nej dyk­ta­tury. Wo­je­woda py­tał się rów­nież o to, ja­kie ga­zety, i w ja­kiej ilo­ści pre­nu­me­ro­wała lud­ność po­wiatu biel­skiego. "Ko­men­dant po­ste­runku był wi­docz­nie tymi py­ta­niami za­sko­czony i prę­dzej by się w wol­nej, de­mo­kra­tycz­nej re­pu­blice dia­bła ro­ga­tego, niż żą­da­nia ta­kich da­nych spo­dzie­wał. Od­po­wie­dzi też da­wał naj­wi­docz­niej z po­wie­trza". Pew­nie i z po­wie­trza, ale trzeba przy­znać, że od­po­wie­dzi "tra­fiały w li­nię par­tyjną pana wo­je­wody", bo gdy ten za­py­tał: "A Ga­zety War­szaw­skiej ile tu przy­cho­dzi?", ko­men­dant od­parł bez wa­ha­nia: "Tylko jedna, pa­nie wo­je­wodo".

Z Sie­mia­tycz Ko­ściał­kow­ski udał się do Biel­ska Pod­la­skiego. Pierw­szym punk­tem biel­skich uro­czy­sto­ści była aka­de­mia Fe­de­ra­cji In­wa­li­dów. Prze­ma­wiało paru tych bie­da­ków. Mowy ich były męt­nie groźne, za­po­wia­da­jące krzy­kli­wie ich wier­ność mar­szał­kowi (...) i na­szpi­ko­wane były, jak za­jąc sło­niną, peł­nymi za­pału wy­krzyk­ni­kami w ro­dzaju: "praca twór­cza!", "wy­ścig pracy!", "pierw­szy mar­sza­łek Pol­ski!", "wódz ge­nialny!", "wódz nie­zwy­cię­żony!" "ge­niusz!" itd. Kra­so­mów­stwo ich wy­ra­żało się prze­waż­nie wy­krzy­ki­wa­niem go­ło­słow­nych po­chwał pod ad­re­sem mar­szałka i za­pew­nień, że nikt inny tylko "On" Pol­skę wskrze­sił, zba­wił, a te­raz Kraj na nogi po­stawi, wszyst­kich uszczę­śliwi i wróci wiek złoty - Ar­ca­dia Fe­lix! (...) We­dług owych mą­drych try­bu­nów i sta­ty­stów, wszy­scy lu­dzie, ma­jący co­kol­wiek od­mienne po­glądy na sprawy Pol­ski, na jej bo­jow­ni­ków i dzia­ła­czy spo­łecz­nych i po­li­tycz­nych - to banda osza­la­łych ło­trów, pod­łych bur­żu­jów i kpów. (...) Je­den tylko młody, ciężko ranny (...) in­wa­lida o ku­lach, prze­ma­wiał nie ucze­nie, nie ka­rie­ro­wi­czow­sko- re­kla­mowo, ale z ser­cem i praw­dzi­wie wzru­sza­jąco. Był wi­docz­nie go­rąco od­dany Pił­sud­skiemu, ale się nie płasz­czył, nie po­pi­sy­wał się obrzy­dli­wie wo­bec wo­je­wody. W koń­co­wej czę­ści aka­de­mii prze­ma­wiał pan Mer­dzik, pro­fe­sor z biel­skiego gim­na­zjum, kan­dy­dat na po­sła z "je­dy­nie słusz­nej li­sty" - Bez­par­tyj­nego Bloku Współ­pracy z Rzą­dem. Jego wy­stą­pie­nie na­fa­sze­ro­wane było fra­ze­sami wie­co­wymi, prze­pla­ta­nymi jako kwiat­kami eru­dy­cjii hi­sto­rycz­nymi cy­ta­tami, ma­ją­cymi cel ukryty - dys­kret­nie za­ma­ni­fe­sto­wać wo­bec wo­je­wody po­chwałę sa­mo­woli mar­szałka. Mówca dość swo­bod­nie żon­glo­wał cy­ta­tami, np. słynne słowa Alek­san­dra Wie­lo­pol­skiego - "Dla Po­la­ków można cza­sem coś do­brego zro­bić, ale z Po­la­kami ni­gdy" - przy­pi­su­jąc... kró­lowi Ste­fa­nowi Ba­to­remu! Cie­cier­ski, pod­su­mo­wu­jąc tę pa­trio­tyczną im­prezę, ze smut­kiem stwier­dził, że: "Cześć Pol­sce skła­dała tylko or­kie­stra, bo lu­dzie wi­wa­to­wali wy­łącz­nie na cześć mar­szałka".

Wi­zy­ta­cję pana wo­je­wody za­koń­czył huczny ban­kiet po­łą­czony z ba­lem. Jemy pi­jemy roz­brzmie­wają ora­cje pełne pro­win­cjo­nal­nego kra­so­mów­stwa. Mówcy, je­den przez dru­giego li­cy­tują się, za­pa­trzeni w wo­je­wodę jak w tę­czę, w sta­wia­niu mar­szałka na co­raz to wyż­szym pie­de­stale za­sług, ge­niu­szu, bo­ha­ter­stwa itd., a oczy każ­dego ora­tora zdają się mó­wić wo­je­wo­dzie: pa­mię­taj, że ja, ja tak prze­ma­wia­łem... A o tym fun­da­men­cie na­szym, o tej na­szej mi­łej Pol­sce i in­nych jej za­słu­żo­nych mę­żach - ani mru mru. (...) Mówcy po ko­lei ga­dają... Jed­no­stajna sy­pie się z ust ich sieczka. Bębni mo­no­tonny omłot pu­stej słomy, upięk­szany nie­smacz­nym pia­niem hym­nów prze­sad­nych i wąt­pli­wej szcze­ro­ści na cześć Bel­we­deru. W końcu, w imie­niu braci zie­miań­skiej, prze­mó­wił Hen­ryk Cie­cier­ski. Pa­nie wo­je­wodo, jako stary zie­mia­nin, znam wszyst­kich są­sia­dów biel­skiego po­wiatu, ich na­stroje, i stwier­dzam, że zie­miań­stwo na­sze w imię sta­rej tra­dy­cji pra­cuje ca­łym ser­cem na ni­wie spo­łecz­nej pro pu­blico bono, dla do­bra Pol­ski. Od­da­jemy się rów­nież gor­li­wie i pracy twór­czej, by za­peł­nić kasy biel­skiego Urzędu Skar­bo­wego. A je­żeli cho­dzi o przed­sta­wie­nie obec­nego stanu biel­skiego zie­miań­stwa, to go okre­ślę jed­nym wy­ra­zem: gi­niemy! Jed­nakże nie opusz­czamy rąk i chcemy da­lej dla do­bra Pol­ski pra­co­wać pod kie­run­kiem i życz­liwą opieką pana wo­je­wody i na­szego pana sta­ro­sty. Niech żyje pan wo­je­woda!

Przed ba­lem prze­ma­wiał Ko­ściał­kow­ski. Jego mowa miała jed­nać rzą­dowi wszyst­kich. Więc były nuty pod ad­re­sem chło­pów, miesz­czan, rze­mieśl­ni­ków i kup­ców. Dłuż­szy czas mó­wił o re­li­gii, o Bogu, czy­niąc z tego kanwę, na któ­rej mi­ster­nie tkał swoją mowę. Miało to zjed­nać kler na­szego po­wiatu dla rządu (...). Chwa­lił w swej mo­wie wo­je­woda nasz po­wiat, ro­biąc tym przy­jem­ność po­wia­to­wej am­bi­cji i mi­ło­ści wła­snej miesz­kań­ców.

Pod­su­mo­wu­jąc wi­zy­ta­cję, stwier­dzić trzeba, że nic z niej dla po­wiatu nie wy­ni­kało. Wo­je­woda prze­pro­wa­dził ją w ra­mach kam­pa­nii wy­bor­czej do par­la­mentu. Po­parł miej­sco­wych kan­dy­da­tów z li­sty BBWR, po­li­cję uczu­lił, żeby zwal­czała opo­zy­cję an­ty­sa­na­cyjną. Nikt mu się nie skar­żył, nie za­wra­cał głowy ja­ki­miś po­stu­la­tami, in­we­sty­cjami (np. do­koń­cze­nie bu­dowy gma­chu szkoły). Mówcy do­pusz­czeni do głosu przed Ko­ściał­kow­skim (może poza Cie­cier­skim) prze­ści­gali się w ka­dze­niu rzą­dowi i wo­je­wo­dzie, wy­ci­ska­niu z tuby wa­ze­liny, bez­wstyd­nym i bez­myśl­nym ubó­stwia­niu Pił­sud­skiego.

Pora się do­wie­dzieć, jak fe­to­wano imie­niny pana mar­szałka. Naj­pierw od­dajmy głos Je­rzemu Kon­ra­dowi Ma­cie­jew­skiemu, dzien­ni­ka­rzowi, który w la­tach 1930-1939 był se­kre­ta­rzem re­dak­cji "Żoł­nie­rza Pol­skiego"

W 1931 roku kiedy mar­sza­łek Pił­sud­ski le­czył się na Ma­de­rze, w kraju roz­pę­tano ak­cję wy­sy­ła­nia tam pocz­tó­wek imie­ni­nowo-hoł­dow­ni­czych. Od­mó­wi­łem na­by­cia ta­kich pocz­tó­wek, wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że jest to nie­do­rzecz­ność, bi­zan­ty­nizm, że mar­sza­łek na te stosy ba­nal­nej pi­sa­niny na­wet nie spoj­rzy Sprawa oparła się o na­czel­nego (ka­pi­tana Sta­ni­sława Fal­kie­wi­cza - S.S.), który rzecz po­sta­wił zu­peł­nie wy­raź­nie: albo-albo...

Mimo wszystko mo­głem, oczy­wi­ście, od­mó­wić. Z wia­do­mymi kon­se­kwen­cjami. Ale cho­dziło prze­cież o pracę, którą się ce­niło, o którą się drżało. Tym bar­dziej w mo­ich wa­run­kach: w Ło­dzi spa­li­łem za sobą mo­sty, a w ży­cio­ry­sie mia­łem ha­czyk w po­staci braku ma­tury. Więc z wy­pie­kami na twa­rzy tak się czu­jąc, jak gdyby wy­mie­rzono mi po­li­czek - ule­głem.

Na­stał (...) czas imie­nin mar­szałka. Wy­sze­dłem na mia­sto (...). Na uli­cach nie­mal nie­prze­rwany łań­cuch dru­żyn, bio­rą­cych udział w mar­szu Su­le­jó­wek-Bel­we­der. Do Bel­we­deru udała się de­le­ga­cja WINW (Woj­skowy In­sty­tut Na­ukowo-Wy­daw­ni­czy, od 1934 roku: Woj­skowy In­sty­tut Na­ukowo-Oświa­towy, pod egidą któ­rego uka­zy­wał się "Żoł­nierz Pol­ski" - S.S.) z kpt. Fal­kie­wi­czem w jej skła­dzie. Spy­ta­łem go, jak wo­bec tego na­leży ro­zu­mieć pro­gram ob­chodu, który prze­wi­duje piel­grzymkę do Bel­we­deru wszyst­kich ofi­ce­rów gar­ni­zonu war­szaw­skiego, skoro oprócz nich idą jesz­cze de­le­ga­cje? Ka­pi­tan od­parł, iż po­mimo de­le­ga­cji i tak (pod­kre­śle­nie au­tora - S.S.) wszy­scy tam pójdą. Ma­cie­jew­skiego zaś od­de­le­go­wano do kina "Co­los­seum" na uro­czy­stą aka­de­mię ku czci "Je­dy­nego Wskrze­si­ciela Pol­ski". Słowo wstępne wy­gło­sił ulu­biony ad­iu­tant "Uko­cha­nego Wo­dza", puł­kow­nik Bo­le­sław Wie­niawa-Dłu­go­szow­ski. A po­tem śpiewy i re­cy­ta­cje... Żal mi było (...) Wę­grzyna (Jó­zef Wę­grzyn, wy­bitny przed­wo­jenny ak­tor te­atralny i fil­mowy - S.S.), który - w ża­kie­cie - de­kla­mo­wał oko­licz­no­ściowe ka­wałki (J. Ma­cie­jew­ski, Moja praca w pra­sie woj­sko­wej).

Ksiądz Bro­ni­sław Żon­goł­ło­wicz, wi­ce­mi­ni­ster wy­znań re­li­gij­nych i oświe­ce­nia pu­blicz­nego, w swo­ich Dzien­ni­kach pod datą 18 marca 1933 (w przed­dzień imie­nin Ziuka) za­pi­sał, że: Pre­mie­rowa i Mi­ni­strowa WRiOP ka­zały ze­brać się "Ro­dzi­nie Urzęd­ni­czej" na Placu Pił­sud­skiego o godz. 5, gdzie cze­kano na zbiórkę do 7, po czym ru­szono ga­lo­pem w po­cho­dzie do Bel­we­deru - wy­so­kie "dy­gni­tarki" wcale się nie sta­wiły, oprócz Ję­drze­je­wi­czo­wej i Hu­bic­kiej, które przy­je­chały i od­je­chały au­tami mi­ni­sterstw, zaś "Ro­dzina" ma­sze­ro­wała ga­lo­pem, zzia­jana, środ­kiem ulicy z 4 ki­lo­me­try. Tak wy­gląda "de­mo­kra­cja".

19 marca 1933 roku Żon­goł­ło­wicz le­dwo zdą­żył na Aka­de­mię ku czci Pił­sud­skiego: "Auta nie mia­łem, oba za­brały pa­nie Ję­drze­je­wi­czowa - na­wia­sem: zo­stała w domu - i Ka­zi­mie­rzowa Pie­racka". Żon­goł­ło­wicz mu­siał je­chać tak­sówką, "lecz tłum ją za­trzy­mał na rogu Szu­cha", tram­wa­jem, "da­lej ju­żem le­ciał na no­gach" do Pre­zy­dium Rady Mi­ni­strów. Jego mowa zro­biła wiel­kie wra­że­nie. "Szkic mowy Pre­mie­rowa wy­darła z rąk przed­sta­wi­cieli PATa (Pol­skiej Agen­cji Te­le­gra­ficz­nej - S.S.), scho­wała do to­rebki i nie chciała mi zwró­cić do uzu­peł­nień. Póź­niej dwu­krot­nie długo i ostro tłu­ma­czyła re­fe­ren­towi pra­so­wemu w Ra­dzie Mi­ni­strów, że mowę na­leży prze­dru­ko­wać do­słow­nie, bez skró­tów, na pierw­szym miej­scu... Biedny urzęd­nik kła­niał się, za­kli­nał".

Mowę prze­dru­ko­wano w re­żi­mo­wych cza­so­pi­smach, w tym w "Ga­ze­cie Pol­skiej" (nr 80 z 21 marca 1933 roku) pod ty­tu­łem: Kto du­szy żąda, du­szę dać musi. W mo­wie Żon­goł­ło­wicz pod­kre­ślił, że "Wódz Na­rodu (...) dał Pol­sce du­szę przez mi­łość, co nie pra­gnie nic dla sie­bie" i "płaci Pol­sce du­szą wła­sną przez mi­łość bez­gra­niczną, en­tu­zjazm i ofiarę". Pił­sud­ski "in­te­lek­tem się wznosi na szczyty naj­wyż­sze. W krę­gach my­ślo­wych ogar­nia ho­ry­zonty nie­skoń­czone ta­jem­nic, za­gad­nień i za­dań. (...) Wkra­cza w mroczny la­bi­ryn­towy bieg hi­sto­rii na­szej. Zdu­miewa wszę­dzie ato­mi­za­cją naj­sub­tel­niej­szych naj­skryt­szych taj­ni­ków. Olśniewa zwartą po­tężną syn­tezą. Wprost prze­raża au­to­ana­lizą du­szy wła­snej, su­mie­nia swego i swych czy­nów". Da­lej jest mowa o "wiel­kim my­śli­cielu", "głę­bo­kim trzeź­wym re­ali­ście", "mę­drcu". "W roz­ka­zach Wo­dza brzmi ser­deczna, przej­mu­jąca, uczu­ciowa nuta".

Cie­kawe, ja­kie kon­kret­nie roz­kazy miał na my­śli Żon­goł­ło­wicz; może ten z 27 marca 1929 roku o łącz­no­ści w woj­sku: "Moje okre­śle­nie, które stale przy grach wo­jen­nych po­wta­rzam jest, że woj­sko bez pracy nad łącz­no­ścią staje się zwy­czajną dziewką pu­bliczną, szu­ka­jącą awan­tur mi­ło­snych po róż­nych la­sach i pa­gór­kach, bez żad­nej ko­rzy­ści dla wojny oprócz za­do­wo­le­nia roz­dzi­wa­czo­nej pindy. (...) W do­świad­cze­niu z ubie­głej wojny gdzie by­łem zwy­cię­skim Na­czel­nym Wo­dzem, wy­nio­słem smutne wra­że­nia, że woj­ska, któ­remu do­wo­dzi­łem, nie tylko nie ro­biły i nie czy­niły łącz­no­ści, ale sta­ran­nie od niej ucie­kały, tak jak gdyby się lu­bo­wały w sta­nie owej la­dacz­nicy z roz­dzi­wa­czo­nym or­ga­nem płcio­wym. (...) Wszyst­kie do­świad­cze­nia wojny z po­czątku 1914 roku, które prze­stu­dio­wa­łem, wska­zują wy­raź­nie i ja­sno, że jazda była ide­ałem wy­ma­rzo­nym tej dziewki pu­blicz­nej (...). Wo­bec tego zaś, że na­sza jazda jak do­tąd za naj­wyż­szą tra­dy­cję uważa byłą jazdę ro­syj­ską, która była naj­wy­bit­niej­szą przed­sta­wi­cielką tego kur­wiar­skiego kie­runku (...), będę więc mu­siał ob­my­ślić prawdę o łącz­no­ści dla jazdy" (cyt. za: S. Su­cho­dol­ski, Czarna księga sa­na­cji).

Wróćmy do prze­mó­wie­nia księ­dza wi­ce­mi­ni­stra: "Gdy (Pił­sud­ski - S.S.) ude­rza w par­tyj­nic­two, w pod­łość i nik­czem­ność, jak wul­kan wy­bu­cha, spala roz­ża­rzoną lawą, ude­rza jak grom, a słowo każde po­siada dru­zgo­cącą siłę". Czy ksiądz wy­po­wia­da­jąc te słowa miał na my­śli oszu­stwa przy urnach wy­bor­czych w 1928 i 1930 roku, pu­bliczne pie­nią­dze prze­ka­zane na dzia­łal­ność BBWR, sprawę brze­ską? Wąt­pię. Poza tym nie tylko słowo Pił­sud­skiego "po­sia­dało dru­zgo­cącą siłę", ale także pię­ści, ka­stety, pałki i re­wol­wery zbi­rów w ofi­cer­skich mun­du­rach i bo­jów­ka­rzy ka­tu­ją­cych Do­łęgę-Mo­sto­wi­cza, Je­rzego Zdzie­chow­skiego, Jana Dąb­skiego, Adolfa No­wa­czyń­skie- go czy Sta­ni­sława Cy­wiń­skiego.

Swoją mowę Żon­goł­ło­wicz za­koń­czył gór­no­lotną frazą: "Wódz nasz swą siłą atrak­cyjną sku­pia w gro­mady jed­nostki roz­pro­szone (...), jed­no­czy je i spaja pro­mie­nio­twór­czą ener­gią swego du­cha". Od­nosi się wra­że­nie, że ksiądz wi­ce­mi­ni­ster przed­sta­wił nie Pił­sud­skiego, czło­wieka z krwi i ko­ści, tylko Me­sja­sza, boga...

Wy­naj­dy­wano prze­różne oka­zje, aby sze­rzyć kult Wiel­kiego Mar­szałka. Mi­chał Paw­li­kow­ski (Wojna i se­zon) opi­sał jak to: "w Zu­ło­wie po­sta­no­wiono do­ko­nać uro­czy­stego po­świę­ce­nia [f u n d a m e n t ó w] (słowo wy­róż­nione przez au­tora - S.S.) domu, w któ­rym uro­dził się Pił­sud­ski. Stary dom dawno się spa­lił, a na wy­sta­wie­nie no­wego nie zdo­byto kre­dy­tów. Po­sta­no­wiono więc - na ra­zie - po­świę­cić uro­czy­ście ład­nie od­bu­do­wane fun­da­menty. Na uro­czy­stość przy­był pan pre­zy­dent Mo­ścicki i wszy­scy mi­ni­stro­wie. Pre­zy­dent i mi­ni­stro­wie byli w cy­lin­drach". Przed koń­cem ce­re­mo­nii wo­je­woda wi­leń­ski płk Lu­dwik Bo­ciań­ski przy­wo­łał Mi­chała Paw­li­kow­skiego - pra­cow­nika Urzędu Wo­je­wódz­kiego - i szep­nął mu do ucha: "Weź­mie pan forda i po­je­dzie pan z po­wro­tem do Wilna. Po dro­dze za­trzyma się pan w każ­dej wsi i każe soł­ty­sowi, aby przy prze­jeź­dzie pre­zy­denta lud­ność wy­le­gła na ulicę i spon­ta­nicz­nie go wi­tała". Aha, spon­ta­niczne po­wi­ta­nie pre­zy­denta - naj­pierw po­sta­wić soł­tysa do pionu, a po­tem soł­tys bę­dzie sta­wiał do pionu wie­śnia­ków. Fak­tycz­nie, pe­łen spon­tan...

Nie wszy­scy byli wy­znaw­cami kultu Jó­zefa Pił­sud­skiego. Do tego grona na­le­żał z pew­no­ścią Jan Ra­do­życki, fi­lo­log kla­syczny, tłu­macz dzieł sta­ro­żyt­nych, na­uczy­ciel ła­ciny w Pań­stwo­wym Żeń­skim Gim­na­zjum im. Emi­lii Scza­niec­kiej w Ło­dzi. Ra­ziło mnie - wspo­mi­nał Ra­do­życki - prze­sadne uwiel­bie­nie Pił­sud­skiego Iry­to­wało mnie za­rzą­dze­nie, na­ka­zu­jące or­ga­ni­zo­wa­nie w szko­łach aka­de­mii ku czci Pił­sud­skiego w każdą rocz­nicę jego śmierci. W tym dniu każdy na­uczy­ciel mu­siał wy­brać ja­kiś frag­ment z dzieł mar­szałka i od­czy­tać go na głos za­miast lek­cji. Pi­szę o tym, bo bar­dzo nie­chętny je­stem ta­kim prze­sad­nym hoł­dom. Wielu jed­nak mo­ich ko­le­gów sta­rało się wła­dzom przy­po­chle­bić. Pierw­szego roku (pracy w szkole - S.S.) usły­sza­łem z ust na­uczy­cielki hi­sto­rii ta­kie oto słowa w trak­cie aka­de­mii (12 maja 1937 roku - S.S.): "Gdy Jó­zef Pił­sud­ski zmarł, wy­dało się nam, że słońce sta­nęło w miej­scu, że koło hi­sto­rii prze­stało się to­czyć". Przy­po­mniały mi się wtedy z woj­ska obo­wiąz­kowo po wie­czor­nym apelu re­cy­to­wane słowa: "Jó­zef Pił­sud­ski umarł cia­łem, ale żyje du­chem w ser­cach na­szych i żyć bę­dzie wiecz­nie". Roz­kaz tej re­cy­ta­cji wy­ko­ny­wał pod­ofi­cer na po­le­ce­nie do­wódcy pułku. Zwra­cał się on do nas sło­wami:

- Pa­no­wie, a te­raz od­mó­wi­cie tę mo­dli­twę do Pił­sud­skiego.

Od­górne wpro­wa­dze­nie bał­wo­chwal­czego kultu szko­dziło pa­mięci sa­mego Pił­sud­skiego, a rów­no­cze­śnie wpły­wało na upo­li­tycz­nie­nie szkoły i woj­ska w du­chu rzą­dzą­cej grupy sa­na­cyj­nej (J. Ra­do­życki, Aby o nich nie za­po­mniano).

A jak ob­cho­dzono Święto Mo­rza? Dzięki Zyg­mun­towi No­wa­kow­skiemu i Jó­ze­fowi Mac­kie­wi­czowi wiemy co nieco na ten te­mat W Czort­ko­wie (...) czy nad sa­mym Se­re­tem, czy też zgoła nad wspo­mnianą Dułą - re­la­cjo­no­wał No­wa­kow­ski - było tego lata Święto Mo­rza, po­łą­czone z pusz­cza­niem wian­ków pod ha­słem: "Żą­damy po­wszech­nych świad­czeń na roz­bu­dowę Ma­ry­narki Wo­jen­nej!". Ko­mi­tet (...) wy­dru­ko­wał (...) pro­gram tej istot­nie prze­pięk­nej uro­czy­sto­ści, który w ak­tach do­łą­czam do ni­niej­szego fe­lie­tonu z obawy, aby czy to Sza­nowna Re­dak­cja, czy też Ko­chani P.T. Czy­tel­nicy nie po­są­dzili mnie przy­pad­kiem o grubą prze­sadę albo na­wet o zwy­czajną blagę. Dla do­kład­no­ści prze­pi­suję ten frag­ment pro­gramu do­słow­nie:

6) Pusz­cza­nie wian­ków -

a) na cześć Rze­czy­po­spo­li­tej i Pana Pre­zy­denta pusz­cza Pan Sta­ro­sta,

b) na cześć Ar­mii i Pana Mar­szałka Ry­dza-Śmi­głego pusz­cza Do­wódca Kor­pusu Ochrony Po­gra­ni­cza,

c) pusz­cza pu­blicz­ność.

To wszystko jest szczerą prawdą i tak wła­śnie upra­wia się u nas wiel­ko­mo­car­stwową pro­pa­gandę w roku 1938... Za­iste, piękne mu­siało być to Święto Mo­rza nad Se­re­tem wraz z do­pły­wami (...).

Ten pro­gram jest rze­czy­wi­ście im­po­nu­jący: pusz­czają po ko­lei spon­ta­nicz­nie we­dług al­fa­betu! Jaki ład, jaki po­rzą­dek, jaka or­ga­ni­za­cja! Ta­kiego ry­goru nie ma chyba na­wet w Niem­czech, ani we Wło­szech! Sam Go­eb­bels (dr Jó­zef Go­eb­bels, mi­ni­ster pro­pa­gandy w III Rze­szy - S.S.) mógłby się uczyć... Co wię­cej, jest w tym zglajch­szal­to­wa­niu za­cho­wana sub­tel­nie hie­rar­chia. (...)

Miej­sca sto­jące 50 gr, dla dzieci i sze­re­go­wych 20 gr. Ta­nio jak barszcz! I ileż atrak­cji, ileż swo­body re­zer­wuje dla pu­blicz­no­ści punkt "c". O punk­cie "b" nie mó­wię już, bo to są pew­nie ja­kieś ta­jem­nice woj­skowe, do któ­rych le­piej się nie wtrą­cać, ale za­zna­czyć wy­pada, że ce­lem roz­bu­do­wa­nia Ma­ry­narki Wo­jen­nej włą­czono także do pro­gramu i inne, a wy­soce sto­sowne punkty, jako to "we­sołe mia­steczko" lo­te­rię fan­tową i nie­odzowny przy ak­cji do­zbra­ja­nia dan­cing (Punkt C, czyli wia­nek sta­ro­sty, "Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny", nr 224 z 15 sierp­nia 1938 r.).

Był No­wa­kow­ski, no te­raz Jó­zef Mac­kie­wicz: Przy­po­mina mi się pe­wien letni wie­czór w Kra­śnem nad Uszą. Było to kilka lat temu. Za­pa­lono dwa fa­jer­werki, a na Uszy wy­wra­cał się z boku na bok, pod­pie­rany żer­dziami sta­tek, zbu­do­wany z dykty Dzieci się śmiały, chłopi, któ­rym ka­zano leźć do wody ra­to­wać sta­tek, klęli (po ci­chu). Sta­rzy lu­dzie stali na mo­ście i pluli so­bie w wodę, jak to we zwy­czaju u nas bywa. Kom­pa­nia Kor­pusu Ochrony Po­gra­ni­cza ma­sze­ro­wała przez mia­steczko, Ży­dzi wy­stra­chani pa­trzyli za wę­gła. Tylko pan ko­men­dant po­li­cji stał dum­nie i śle­dził, czy "święto mo­rza" od­bywa się prze­pi­sowo. Bo gdyby nie... no, to da się rady...

Tak wy­glą­dała pro­pa­ganda mo­car­stwo­wego roz­ro­stu Pol­ski na mo­rzu. - Pła­kać się chciało (Sztan­dary na pod­sie­dzioł­kach, "Słowo", nr 269 z 29 wrze­śnia 1937 r.).

W jed­nym z nu­me­rów wi­leń­skiego "Słowa" od­na­la­złem bar­dzo cie­kawy re­por­taż Jó­zefa Mac­kie­wi­cza, opi­su­jący ty­dzień pro­pa­gandy Ligi Obrony Po­wietrz­nej i Prze­ciw­ga­zo­wej. Au­tor za­uwa­żył, że wszyst­kie wi­leń­skie do­rożki przy­stro­jone są dwiema cho­rą­giew­kami biało-żół­tymi (barwy LOPP). Mac­kie­wicz za­gad­nął jed­nego z dryn­dzia­rzy:

"Co to, wam darmo roz­dają te cho­rą­giewki?".

Do­roż­karz: "Nie­eee... trzeba pła­cić po 40 gro­szy".

Mac­kie­wicz: "To zna­czy, kto chce, ten ku­puje.

Do­roż­karz żach­nął się na koźle: "A kto nie ze­chce tak temu bieda beń­dzi".

Mac­kie­wicz: "Jak to?!".

Do­roż­karz: "Tak czyż pan nie wie? Z Amie­riki musi przy­je­chaw­szy... Wia­domo kuż­demu. Cze­piajo sia za każda głup­stwa, pro­to­koły pi­szo. Wia­domo, żyć nie dajo, Wo­lej za­pła­cić 40 gro­szy, niż kilka złot man­datu kar­nego".

Jó­zef Mac­kie­wicz za­kli­nał się, że to nie ża­den kiep­ski żart, że wier­nie opi­sał całą sy­tu­ację, ale... nie byłby w sta­nie tego do­wieść, po­nie­waż "gdy­bym za­pi­sał jego (do­roż­ka­rza - S.S.) nu­mer, to­bym go po pro­stu... zgu­bił. Gdy­bym spo­śród do­roż­ka­rzy chciał wy­sta­wić świad­ków, czyby świad­czyli za mną? Nie. Też ze względu na sys­tem dys­kre­cjo­nalny. Po kiego li­cha na­ra­żać się wła­dzy. Po­wie­działby je­den z dru­gim:

- Ot przy­szło sie na ta bieda z tym pa­sa­żi­ram roz­ga­dać sie, a w ta pora po są­dach cion­gajo. Nie­chaj jego kaczki! Wo­lej był i z dzie­sią­tek żół­tych cho­rą­giew­ków ku­pić i nic nie ga­dać".

W dal­szej czę­ści ar­ty­kułu Mac­kie­wicz za­chę­cał czy­tel­ni­ków, żeby się prze­szli uli­cami: Rud­nicką, Za­walną, Koń­ską, Nie­miecką, i po­dzi­wiali fa­sady ży­dow­skich do­mów, które to­nęły wręcz w po­wo­dzi biało-żół­tych sztan­da­rów. Pań­stwo­wo­twór­czy za­pał? Wolne żarty. Tu także za­dzia­łał sys­tem dys­kre­cjo­nalny. "Cho­rą­gwie wi­szą" - tłu­ma­czył pu­bli­cy­sta - "bo Żyd wie, że ma cza­sem dzie­dzi­niec brudny, cza­sem la­tar­nia się źle pali, nu do wszyst­kiego może być przy­czepka".

O tak, sa­na­cja uwiel­biała ter­ro­ry­zo­wać spo­łe­czeń­stwo sys­te­mem dys­kre­cjo­nal­nym. Niby na przy­kład taki ty­dzień pro­pa­gandy LOPP - prze­cież to nie żadne święto pań­stwowe. No tak, ale spró­buj tylko, bratku, nie ku­pić biało-żół­tej cho­rą­giewki! Już my ci po­ka­żemy, gdzie raki zi­mują! Już pan po­ste­run­kowy wy­pi­sze ci man­da­cik! Że co?! Że nie ma ta­kiego prawa, które ka­rze za brak cho­rą­giewki?! A kto ci po­wie­dział, że do­sta­niesz man­dat za brak cho­rą­giewki?! Je­śli je­steś do­roż­ka­rzem, to wle­pimy ci man­dat, po­wiedzmy, za za­bło­cony nu­mer. Je­steś ka­mie­nicz­ni­kiem i nie wy­wie­si­łeś biało-żół­tych cho­rą­gwi?! No, to pro­szę po­kwi­to­wać man­da­cik za krzywo po­wie­szoną ta­bliczkę z nu­me­rem ka­mie­nicy. Itd., itp. Oby­wa­tele po kilku la­tach ta­kiej "pań­stwo­wo­twór­czej tre­sury" do­sko­nale wie­dzieli, że sprze­ci­wiać się wła­dzy, to to samo co si­kać pod wiatr: żad­nego po­żytku, a spodnie będą mo­kre od roz­porka po man­kiety.

Wróćmy jed­nak do ar­ty­kułu. Mac­kie­wicz wcale nie był ja­kimś za­pie­kłym an­ty­sa­na­to­rem, od­rzu­ca­ją­cym po­trzebę sze­rze­nia pro­pa­gandy przez pań­stwo; wręcz prze­ciw­nie - po­stu­lo­wał, pi­sał expres­sis ver­bis: Po­trze­bu­jemy więc sil­nej, sprę­ży­stej pro­pa­gandy we­wnątrz kraju, po­trze­bu­jemy uświa­do­mie­nia mas. Ale za­raz do­da­wał: To wszystko, co się u nas w tej dzie­dzi­nie robi, albo robi się wa­dli­wie, albo wręcz szko­dli­wie, bo w od­wrot­nym kie­runku. Nie przy­ciąga się te masy, ale wręcz od­stra­sza. Dla­tego, że robi się na po­kaz, na ze­wnątrz, dla za­spo­ko­je­nia am­bi­cji urzęd­ni­ków, któ­rzy mu­szą się wy­ka­zać wła­śnie, że "coś się robi". Bo wy­obraź­cie so­bie pań­stwo sy­tu­ację wo­je­wody, w któ­rego mie­ście ani je­den dom pod­czas ty­go­dnia Loppu nie wy­wie­sił biało-żół­tego sztan­daru... Wy­obraź­cie so­bie sy­tu­ację sta­ro­sty, w któ­rego mia­steczku... itd.

Oni mu­szą, oni mu­szą ka­zać.

A w sto­sunku do tych, któ­rzy ich nie chcą słu­chać... od tego jest sys­tem dys­kre­cjo­nalny

Ale to wszystko ra­zem nie ma nic wspól­nego z obroną po­wietrzną pań­stwa, a przez de­ner­wo­wa­nie i znie­chę­ca­nie lud­ność ra­czej tę obron­ność zmniej­sza, niż po­tę­guje (J. Mac­kie­wicz, Sztan­dary na pod­sie­dzioł­kach, "Słowo", nr 269 z 29 wrze­śnia 1937 r.).

Celne uwagi, które po­winny wziąć so­bie do serca wszyst­kie wła­dze pań­stwowe, nie­za­leż­nie od ustroju. Ina­czej sze­rzona przez nie pro­pa­ganda bę­dzie prze­ciw­sku­teczna. Pro­pa­ganda bę­dzie też prze­ciw­sku­teczna, je­żeli spo­łe­czeń­stwu bę­dzie się na chama, na siłę, aż do od­ru­chów wy­miot­nych, wtła­czało do głów pewne frazy i ha­sła. Zwró­cił na to uwagę prof. Ma­rian Zdzie­chow­ski w szkicu Ze wspo­mnień o Pił­sud­skim i jego epoce za­miesz­czo­nym w książce Widmo przy­szło­ści: "Wy­razy pań­stwo, pań­stwo­wość po­wta­rzane bez końca, przy każ­dej spo­sob­no­ści a bez żad­nej po­trzeby, wy­wo­łują sku­tek od­wrotny, za­miast kultu bu­dzą uczu­cia obrzy­dze­nia do pań­stwa, pań­stwo­wo­ści, pań­stwo­wego wy­cho­wa­nia".

Z ko­lei pi­sarz i pu­bli­cy­sta, Cze­sław Stra­sze­wicz, w ar­ty­kule Prze­ci­nana wstęga ("Pro­sto z Mo­stu", nr 24 z 22 maja 1938 roku), po­ru­szył pro­ble­ma­tykę... "kor­do­no­ma­nii" i sza­blonu w uro­czy­sto­ściach. Opi­sy­wana uro­czy­stość zwią­zana była z otwar­ciem portu we Wła­dy­sła­wo­wie 3 maja 1938 roku. Umiemy pra­co­wać, osią­gać - prawda. Ale nie umiemy być dumni z re­zul­ta­tów tej pracy. Nie umiemy osią­gnię­ciom swoim nada­wać zna­cze­nie, ja­kiego wy­maga na­ro­dowa ra­cja. (...) Tu nie­omal o mi­ste­rium na­ro­dowe cho­dzi; o wy­krze­sa­nie dumy na­ro­do­wej, po­czu­cia mocy, wspól­noty i wiary, że je­ste­śmy, i trwamy - i zwy­cię­żymy! Mało w Pol­sce no­wych por­tów, no­wych miast, no­wych fa­bryk, zbu­do­wa­nie ich to wi­domy znak bytu na­ro­do­wego, wy­raz ener­gii i siły. I lu­dzie się mu­szą o tym do­wie­dzieć, mu­szą to po­jąć, mu­szą to uczuć! (...)

We Wła­dy­sła­wo­wie wbito w pia­sek maszty z cho­rą­gwiami; tu i ów­dzie po­roz­wie­szano gir­landy z zie­leni; siatki przy­brano we flagi sy­gna­li­za­cyjne; po­sta­wiono try­bunę do prze­mó­wień i prze­cią­gnięto wstęgę.

Przy­je­chał Pan Mi­ni­ster Prze­my­słu i Han­dlu (An­toni Ro­man - S.S.), przy­je­chali do­stoj­nicy ko­ścielni i pań­stwowi. Było sporo po­li­cji, szkółka po­wszechna. Ośmiu stra­ża­ków i tro­chę miej­sco­wych lu­dzi; któ­rych trzy­mano z da­leka, za kor­do­nem!

"Wszystko" od­było się skład­nie i po­to­czy­ście, prze­mó­wie­nia, po­świę­ce­nie, prze­cię­cie wstęgi.

Stra­sze­wi­cza, jak to sam ujął, "za­bo­leli" lu­dzie, któ­rzy stali za kor­do­nem i w mil­cze­niu przy­glą­dali się wi­do­wi­sku. Ja­kiś ogromny na­wias od­gra­dzał ich od tego, co się "tam" działo. Pa­trzyli się, dzi­wili się i byli na ze­wnątrz, nie w cen­trum; byli i nie byli, nie ich się tu sprawy działy, nie oni tu byli naj­po­trzeb­niejsi. Ga­pili się i tyle! (...).

W cza­sie, gdy od­by­wało się po­świę­ce­nie portu, w jed­nym z pism war­szaw­skich można było prze­czy­tać do­kładny opis uro­czy­sto­ści. Ten, kto to pi­sał, mu­siał pi­sać wtedy, gdy nic jesz­cze wia­domo nie było. A jed­nak... nie po­my­lił się w ni­czym. Ow­szem, po­my­lił się, że pana mi­ni­stra wi­tano na dworcu, pod­czas gdy pan mi­ni­ster przy­je­chał au­tem. Poza tym cały pro­gram, szcze­gół po szcze­góle zo­stał opo­wie­dziany do­kład­nie, wraz z opi­sem de­ko­ra­cji (zie­leń, cho­rą­gwie!), tek­stem prze­mó­wień i ce­re­mo­nią prze­cię­cia wstęgi...

Za ileś tam lat od­bę­dzie się w War­sza­wie otwar­cie ko­lei pod­ziem­nej, za­po­bie­gliwy re­por­ter już dzi­siaj mógłby skre­ślić pod­nio­sły opis tej uro­czy­sto­ści. I za­pewne nie po­my­liłby się w ni­czym!

Stwo­rzył się ja­kiś po­tworny sza­blon! Stwo­rzyła się ja­kaś urzę­dowa pie­częć, którą au­to­ma­tycz­nie przy­kłada się do "no­wych ak­tów". Mar­two, pro­gra­mowo i bez­dusz­nie. W chwi­lach, w któ­rych winna się kon­cen­tro­wać i wy­bu­chać po­ten­cja na­ro­dowa - "wy­bu­cha" nuda i sche­mat. Co nie­dziela czę­stują nas przez ra­dio opi­sem "prze­ci­na­nia wstęgi" i co nie­dziela słyszmy jedno i to samo, jak do­brze wy­uczoną i stale po­wta­rzaną lek­cję.

Tak nie wolno! (...) Mu­simy im­pro­wi­zo­wać swoją ra­dość i dumę. Po­trzeba nam (...) re­ży­se­rów-ar­ty­stów, któ­rzy by po­tra­fili oży­wić mar­two sto­jące za kor­do­nem tłumy Któ­rzy by umieli zła­mać kor­don, zjed­no­czyć wszystko i na­tchnąć wspól­nym du­chem. Któ­rzy by po­ję­lii że wła­śnie tłum w ta­kich chwi­lach jest naj­waż­niej­szy, że tu o niego przede wszyst­kim cho­dzi\ że do­stoj­nicy pań­stwowi w tym wy­padku to ak­ce­so­ria, które mają "do­da­wać wagi" i "pod­kre­ślać zna­cze­nie", a nie ci dla kogo i do­koła koło wszystko się czo­ło­bit­nie kręci. (...)

Pro­pa­ganda (...) nie znosi sza­blo­nów i sche­ma­tów, wy­maga twór­czych roz­wią­zań i twór­czego wy­siłku. Forma musi na­brać ży­wej, no­wej, nie­zbęd­nej dla ży­cia na­ro­do­wego tre­ści! I nie urzęd­ni­czym spo­so­bem.

Jó­zef Mac­kie­wicz także pi­sał o "kor­do­no­ma­nii", która od­sznu­ro­wuje świat oby­wa­tel­skich "do­łów" od biu­ro­kra­tycz­nej "góry" w spo­sób wy­star­cza­jąco ja­skrawy Kor­dony za­my­kają ulice, dworce, pe­rony przed które za­jeż­dża byle sa­lonka. Dzien­ni­karz mógł się o tym prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, bio­rąc udział w ja­kichś uro­czy­sto­ściach na lot­ni­sku w To­ru­niu. Spo­strze­gł­szy więk­sze sku­pie­nie osób, dy­gni­ta­rzy, prasy itd., idę w tym kie­runku przez bło­nie - "Pa­nie! Tu nie wolno cho­dzić!" Za­wra­cam, choć mam przed sobą pu­stą prze­strzeń. Idę drogą, któ­rędy przy­szli wy­brani. - "Pan do­kąd? Tu przej­ścia nie ma" - Je­stem w ja­snym gar­ni­tu­rze i let­nim ka­pe­lu­szu. W tej chwili spo­strze­gam jak tam i z po­wro­tem bie­gną różni pa­no­wie: czarne ma­ry­narki, spodnie w pa­ski, w kla­pie or­dery, na gło­wie albo cy­lin­der, albo me­lo­nik. Nie py­tają i nie są za­trzy­my­wani. Nikt ich nie le­gi­ty­muje, a prze­cież każdy wie, że to albo wyż­szy urzęd­nik tylko, albo zgoła dy­gni­tarz. Wy­daje mi się, że ni­gdy nie­rów­ność sta­nów nie była tak mocno ak­cen­to­wana. Nie wiem, czy kiedy strój, czy na­wet kon­tusz i ka­ra­bela w okre­sie osła­wio­nej pańsz­czy­zny, da­wały taką su­pre­ma­cję stanu, jak dziś cy­lin­der i or­der w kla­pie. Czarne por­tki w pa­ski i świat współ­cze­snej Pol­ski stoi otwo­rem. Ob­lało mnie ku­rzem. Wspa­niała li­mu­zyna prze­su­nęła obok. Po­li­cjant za­sa­lu­to­wał "na wszelki wy­pa­dek". We­wnątrz był tylko szo­fer.

I wła­śnie to sa­lu­to­wa­nie po­li­cjanta szo­fe­rowi li­mu­zyny, tak "na wszelki wy­pa­dek", na­su­nęło pu­bli­cy­ście pe­wien po­mysł, kiedy zo­stał wy­słany przez re­dak­cję "Słowa" do Au­gu­stowa, aby zre­la­cjo­no­wać czy­tel­ni­kom kon­fe­ren­cję pol­sko-li­tew­ską. Za­da­nie oka­zało się bar­dzo trudne, po­nie­waż na­sze wła­dze "oto­czyły kon­fe­ren­cję nim­bem pań­stwo­wej ta­jem­nicy. Żad­nego dzien­ni­ka­rza, broń Boże słówka do prasy!". Już na dworcu w Au­gu­sto­wie po­dróż­nych cze­kało skru­pu­latne spraw­dza­nie do­ku­men­tów. Na ulicy pełno taj­nia­ków i mun­du­ro­wych. Yacht-Club, w "któ­rym od­by­wało się to mi­ste­rium, oto­czono trzy­krot­nym kor­do­nem po­li­cji". W pierw­szym szpa­le­rze służbę peł­nili wy­wia­dowcy. Drugi kor­don sta­no­wiły "po­ste­runki nad je­zio­rem, żeby na­wet kto wodą nie do­pły­nął. Za­mknięto wszyst­kie ło­dzie na zamki". Trzeci kor­don roz­lo­ko­wał się w parku - na ław­kach i na ścież­kach pełno funk­cjo­na­riu­szy bez­pie­czeń­stwa... Jakże więc ja­kiś pi­smak ma do­stać się do Yacht-Clubu? Ha! Zda­niem Jó­zefa Mac­kie­wi­cza... "nie ma nic prost­szego w Pol­sce"! Wy­star­czy pójść na ry­nek, wy­brać naj­bar­dziej "wy­pa­sioną", ele­gancką tak­sówkę, taką a la li­mu­zyna. Po­tem Mac­kie­wicz ka­zał się wieźć główną szosą, wprost przez park, przez główny pod­jazd klubu. Roz­stę­pują się kor­dony, otwie­rają bramy stróże. Wy­bie­gają lo­kaje, kła­niają się wpół. Któż ośmieli się za­trzy­mać li­mu­zynę w jej do­stoj­nym biegu? Któ­ryż z po­li­cjan­tów za­ry­zy­kuje za­trzy­mać, le­gi­ty­mo­wać, spraw­dzać? Wszak każdy z nich wie, że ci, któ­rzy wy­dają roz­po­rzą­dze­nia ogra­ni­cza­jące swo­bodę oby­wa­teli, są bar­dzo szor­stcy i nie­cier­pliwi, gdy się do nich oso­bi­ście sto­suje. Więc jak naj­grzecz­niej i - jak naj­da­lej. Przy­znają Pań­stwo - ach, ja­każ to piękna scenka, ro­dem z Ka­riery Ni­ko­dema Dyzmy! (Pol­ski Ha­run Al Ra­szyd, "Słowo", nr 194 z 18 lipca 1938 roku.)

Zyg­munt No­wa­kow­ski, pi­sząc o pew­nym in­cy­den­cie na kra­kow­skim dworcu, także po­ru­szył pro­blem "kor­do­no­ma­nii":

Po zło­że­niu wieńca wra­cała do sto­licy de­le­ga­cja Se­natu i Sejmu (7 grud­nia 1938 roku, w rocz­nicę uro­dzin Jó­zefa Pił­sud­skiego, de­le­ga­cja par­la­men­tarna na czele z mar­szał­kiem Se­natu, ppłk. Bo­gu­sła­wem Mie­dziń­skim oraz mar­szał­kiem Sejmu, prof. Wa­cła­wem Ma­kow­skim zło­żyła wie­niec u jego trumny na Wa­welu - S.S.) i (...) za­mknięto zu­peł­nie do­stęp do dworca, a pu­blicz­ność, za­pła­ciw­szy pełną cenę bi­le­tów, np. dru­giej klasy, mu­siała prze­do­sta­wać się do wa­go­nów ja­ki­miś prze­smy­kami, ja­ki­miś pa­sa­żami pod­ziem­nymi, omal nie ka­na­łami, po­słów zaś i se­na­to­rów oto­czył kor­don po­li­cji, strze­gąc, by plebs nie otarł się o te sel­skiny, o te wy­dry, te tchó­rze...

Co gor­sza, wy­jeż­dża­jąc tym sa­mym po­cią­giem, na wła­sne oczy wi­dzia­łem dwóch dy­gni­ta­rzy w kij za­la­nych... A w po­ciągu było zimno, jak w psiarni, po­nie­waż z po­wodu do­cze­pie­nia sa­lo­nek nie dało się ogrzać wa­go­nów, gdzie sie­działa ho­łota, czerń..." (Pla­to­niczny list, "Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny", nr 9 z 9 stycz­nia 1939 r.).

No i roz­pę­tało się pie­kło. Obu­rzeni mar­szał­ko­wie Ma­kow­ski i Mie­dziń­ski wy­sto­so­wali list do pre­miera ge­ne­rała Sła­woja Skład­kow­skiego, w któ­rym po­tę­pili fe­lie­ton Pla­to­niczny list oraz jego au­tora. W tek­ście epi­stoły pa­nów mar­szał­ków ro­iło się od ta­kich słów i sfor­mu­ło­wań, jak: "po­nura i zło­śliwa fan­ta­zja pu­bli­cy­sty I.K.C.", "obu­rza­jąca na­paść", "oszczer­stwo", "in­sy­nu­acje", "po­spo­lita i zło­śliwa de­ma­go­gia", "ja­skrawe usi­ło­wa­nie po­de­rwa­nia po­wagi Izb Usta­wo­daw­czych", "naj­więk­szy nie­smak", "zło­śliwe plotki", "zła wiara", "cał­ko­wita fan­ta­stycz­ność przed­sta­wie­nia sprawy", "na­paść pu­bliczna w dzien­niku Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny". Pan pre­mier, a jakże, po­dzie­lił obu­rze­nie sa­na­cyj­nych dy­gni­ta­rzy i wy­sto­so­wał do nich na­stę­pu­jącą od­po­wiedź:

Spie­szę za­ko­mu­ni­ko­wać, że w zu­peł­no­ści po­dzie­lam opi­nie Pa­nów Mar­szał­ków o_fe­lie­to­nie, za­miesz­czo­nym w nr 9 "Ilu­stro­wa­nego Ku­riera Co­dzien­nego", w któ­rym au­tor po­zwo­lił so­bie po­trak­to­wać w spo­sób tak nie­wła­ściwy sprawę po­bytu de­le­ga­cji Izb Usta­wo­daw­czych, skła­da­ją­cej w Kra­ko­wie hołd Jó­ze­fowi Pił­sud­skiemu.

Ce­lem na­le­ży­tego oświe­tle­nia sprawy wo­bec opi­nii pu­blicz­nej za­rzą­dzi­łem prze­sła­nie "Ilu­stro­wa­nemu Ku­rie­rowi Co­dzien­nemu" Ko­mu­ni­katu Urzę­do­wego, za­wie­ra­ją­cego pi­smo PP. Mar­szał­ków oraz moją ni­niej­szą od­po­wiedz. "Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny" ogłosi po­wyż­szy ko­mu­ni­kat na pod­sta­wie art. 30. Prawa pra­so­wego.

"Ikac" opu­bli­ko­wał oba li­sty w nr 17 (z 17 stycz­nia 1939 roku) na pierw­szej stro­nie pod ty­tu­łem Ko­mu­ni­kat Urzę­dowy. Czy kra­kow­ski dzien­nik mógł od­mó­wić wy­dru­ko­wa­nia tych li­stów? Nie, nie mógł, gdyż ob­li­go­wał go do tego ar­ty­kuł 30. De­kretu Pre­zy­denta Rze­czy­po­spo­li­tej z dnia 21 li­sto­pada 1938 roku - Prawo pra­sowe (Dz.U. 1938, nr 89, poz. 608):

Art. 30. (1) Re­dak­tor obo­wią­zany jest umie­ścić w cza­so­pi­śmie ko­mu­ni­kat urzę­dowy, na­de­słany na pod­sta­wie każ­do­ra­zo­wego za­rzą­dze­nia Pre­zesa Rady Mi­ni­strów.

(2) Ko­mu­ni­kat umie­ścić na­leży w naj­bliż­szym nu­me­rze cza­so­pi­sma w miej­scu i czcion­kami, prze­zna­czo­nymi w da­nym pi­śmie dla waż­nych wia­do­mo­ści.

(3) Nie wolno zmie­niać na­de­sła­nego tek­stu ani uwa­gami umiesz­czo­nymi w tym sa­mym nu­me­rze po­mniej­szać zna­cze­nia ko­mu­ni­katu.

(4) Ko­mu­ni­kat do jed­nego nu­meru cza­so­pi­sma nie może prze­kra­czać 250 wier­szy druku, li­cząc 6 słów za wiersz.

W No­wa­kow­skim za­wrzała krew - chwy­cił za pióro i wy­sma­żył ar­ty­kuł po­le­miczny pod ty­tu­łem De­kret ma dwa końce, w któ­rym nie owi­ja­jąc w ba­wełnę stwier­dził, iż pa­no­wie mar­szał­ko­wie "ata­ku­jąc mój ho­nor, go­dzą rów­no­cze­śnie w moje ży­wotne in­te­resy jako dzien­ni­ka­rza i li­te­rata". Ar­ty­kuł jest na tyle in­try­gu­jący, że po­zwolę so­bie za­cy­to­wać z niego co cie­kaw­sze frag­menty:

Oświad­czam, że fe­lie­ton mój ści­śle od­twa­rza rze­czy­wi­stość. (...) Pod­trzy­muję i z całą sta­now­czo­ścią i w peł­nym po­czu­ciu od­po­wie­dzial­no­ści pod­trzy­my­wać będę, że na­pi­sa­łem prawdę. Mało: na­pi­sa­łem nie wszystko, co po­wi­nie­nem był na­pi­sać, obec­nie za­tem do­daję, że szy­kany trwały na­wet po od­jeź­dzie po­ciągu. Tak więc część pu­blicz­no­ści wy­cho­dzą­cej z dworca skie­ro­wano dla nie­zba­da­nych przy­czyn scho­dami w ul. Lu­bicz, gdy zaś nie­jaki p. St. (pełne na­zwi­sko po­dam we wła­ści­wej chwili) oświad­czył, że chce je­chać tram­wa­jem li­nii nr 1, usły­szał słowa: "Nie wolno!". Inną część pu­blicz­no­ści wy­pusz­czono za­miast główną bramą przez dwo­rzec za­chodni, przy czym p. N mu­siała zwró­cić uwagę po­ste­run­ko­wym, aby nie od­py­chali jej rę­kami. Tak to ostro po­czy­nano so­bie przy wy­jeź­dzie owych de­le­ga­cji!

Z palca nie wy­ssa­łem mo­jej wzmianki.

Rze­czy te są prze­cież do zba­da­nia i śledz­two musi usta­lić, kto wy­dał ta­kie roz­po­rzą­dze­nie, kto za nie po­nosi od­po­wie­dzial­ność. Mu­siały zo­stać za­równo w wo­je­wódz­twie, jak i w sta­ro­stwie grodz­kim, w re­fe­ra­cie bez­pie­czeń­stwa, w ko­men­dzie po­li­cji, wresz­cie u władz ko­le­jo­wych ja­kieś do­wody, pa­piery (...).

Je­śli idzie o mnie sa­mego, usi­ło­wa­łem naj­pierw do­stać się na pe­ron drogą nor­malną, więc przez po­cze­kal­nię II klasy Por­tier nie wpu­ścił mnie, mó­wiąc, że ta droga jest za­mknięta z po­wodu wy­jazdu po­słów i se­na­to­rów. Skie­ro­wa­łem się za­tem w stronę re­stau­ra­cji i po dro­dze za­mie­ni­łem kilka słów z dwoma za­wia­nymi pa­nami (o tym bę­dzie mowa ni­żej). Przez re­stau­ra­cję nie pusz­czono także, mu­sia­łem więc, aby nie spóź­nić się do po­ciągu, przejść przez ja­kieś drzwiczki, o któ­rych ist­nie­niu, choć je­stem ro­do­wi­tym kra­ko­wia­kiem, nie sły­sza­łem ni­gdy w ży­ciu.

Trud­no­ści z prze­do­sta­niem się do wa­go­nów ro­biono także na sa­mym pe­ro­nie (...). Gdy nie­da­leko sa­lo­nek po­sel­skich i se­na­tor­skich za­trzy­ma­łem się, cze­ka­jąc na ba­ga­żo­wego, po­ste­run­kowy to­nem wcale ostrym (...) oświad­czył mi: "Nie stać!" (...)

W prze­dziale, w któ­rym je­cha­łem do War­szawy, był pe­wien znany li­te­rat i pu­bli­cy­sta, p. A.N. (praw­do­po­dob­nie cho­dzi o Adolfa No­wa­czyń­skiego - S.S.) wraz z ciężko chorą żoną. Oboje skar­żyli się na szy­kany i trud­no­ści, ja­kie im ro­biono na dworcu. Pani ta, od­pro­wa­dzana przez liczną ro­dzinę, wra­cała z po­grzebu matki. (...)

W ogóle całą sprawę musi wy­świe­tlić do­kładne śledz­two. Ono rów­nież zbada, z ja­kich przy­czyn w wa­go­nach prze­zna­czo­nych dla pu­blicz­no­ści pa­no­wało pie­kielne zimno. Kon­duk­tor, spy­tany o to, po­wie­dział, że z po­wodu wa­dli­wego przy­cze­pie­nia sa­lo­nek po­sel­skich i se­na­tor­skich nie da się w ża­den spo­sób ogrzać wa­go­nów, któ­rymi je­dzie "tylko" pu­blicz­ność. (...)

Te­raz jesz­cze jedna sprawa, mia­no­wi­cie kwe­stia owych "za­wia­nych" dy­gni­ta­rzy Nie­miła to dla mnie hi­sto­ria, choć zno­wuż [o tym - S.S.] na­pi­sa­łem. Stało się jed­nak i będę mu­siał po­dać na­zwi­ska. Na­tu­ral­nie, w dzien­niku zro­bić tego nie mogę i nie chcę, po­nie­waż bądź co bądź czyta mnie kilka mi­lio­nów lu­dzi, są­dzę jed­nak, że nada­rzy się spo­sob­ność i przy za­mknię­tych na tę chwilę drzwiach prze­cież zdra­dzę ta­jem­nicę służ­bową (Z. No­wa­kow­ski, Laj­ko­nik).

Cóż, gdyby ar­ty­kuł się uka­zał, to pew­nie za­do­wo­leni czy­tel­nicy wy­krzyk­nę­liby: "Brawo No­wa­kow­ski! Ale tym dy­gni­ta­rzom po­szło w pięty!". Gdyby... Sęk w tym, że w nu­me­rze 18 "Ikaca" (z 18 stycz­nia 1939 roku) na jed­nej ze stron za­miast fe­lie­tonu po­ja­wiła się duża biała, nie­za­dru­ko­wana plama, czyli krótko mó­wiąc, cen­zor do­ko­nał kon­fi­skaty ar­ty­kułu De­kret ma dwa końce. Na szczę­ście znamy jego treść, po­nie­waż nie­ocen­zu­ro­wany eg­zem­plarz cza­so­pi­sma znaj­duje się w Bi­blio­tece Ja­giel­loń­skiej (w 1975 roku Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie prze­dru­ko­wało go w zbio­rze fe­lie­to­nów No­wa­kow­skiego pt. Laj­ko­nik). A swoją drogą, od­ważny czło­wiek z tego pana dok­tora No­wa­kow­skiego - w sa­na­cyj­nej Pol­sce za mniej­sze "prze­winy" ka­to­wano dzien­ni­ka­rzy do utraty przy­tom­no­ści bądź ciu­pa­sem od­sy­łano do Be­rezy Kar­tu­skiej. Na szczę­ście No­wa­kow­skiego nie od­wie­dziła żadna bo­jówka ofi­cer­ska, a także za­osz­czę­dzono mu "do­bro­dziejstw" re­so­cja­li­za­cji w obo­zie w Be­re­zie.

Tak na­rze­kamy na "kor­do­no­ma­nię", bi­zan­ty­nizm sa­na­cji, wy­ma­ganą przez wła­dzę czo­ło­bit­ność... Czy to roz­po­częło się w 1926 roku? Na to py­ta­nie od­po­wie nam Edward Woy­nił­ło­wicz (Wspo­mnie­nia 1847-1928, cz. 1), zie­mia­nin z Mińsz­czy­zny. 13 li­sto­pada 1919 roku w wy­zwo­lo­nym od bol­sze­wi­ków Miń­sku ob­ra­du­jące To­wa­rzy­stwo Rol­ni­cze (naj­star­sze z kre­so­wych), wy­słało do przy­wód­ców pań­stwa pol­skiego (na­czel­nika Jó­zefa Pił­sud­skiego, mar­szałka Sejmu Usta­wo­daw­czego Woj­cie­cha Trąmp­czyń­skiego i pre­miera Igna­cego Jana Pa­de­rew­skiego) uro­czy­ste de­pe­sze, w któ­rych uczest­nicy po­sie­dze­nia za­pew­niali "do­stoj­nych" przy­wód­ców o "uczu­ciach hołdu i uzna­nia". Ku za­sko­cze­niu i roz­cza­ro­wa­niu (a może i na­wet pew­nemu znie­sma­cze­niu) re­da­gu­ją­cego de­pe­sze Woy­nił­ło­wi­cza, "dy­gni­ta­rze Naj­ja­śniej­szej Rze­czy­po­spo­li­tej za­szczy­cić nas od­po­wie­dzią nie ra­czyli". Roz­go­ry­czony pa­mięt­ni­karz wspo­mniał przy tej oka­zji, iż "ongi ce­sarz (car Mi­ko­łaj II - S.S.) od­po­wie­dział na de­pe­szę na­szą, przy po­czątku wojny wy­słaną (w 1914 roku - S.S.)".

Opi­su­jąc prze­bieg zjazdu sa­mo­rzą­dów po­wia­to­wych w Miń­sku w marcu 1920 roku, Woy­nił­ło­wicz ujaw­nił w jaki spo­sób "spon­ta­nicz­nie" zre­da­go­wano ad­res do Jó­zefa Pił­sud­skiego. Ostat­niego dnia ob­rad de­le­gaci na zjazd po­wie­rzyli to za­szczytne za­da­nie wła­śnie Woy- nił­ło­wi­czowi. W prze­rwie ob­rad Woy­nił­ło­wicz za­pro­szony przez Wła­dy­sława Racz­kie­wi­cza na obiad snuł dy­wa­ga­cje na te­mat ukła­da­nia ad­re­sów: że "de­baty nad ta­kimi enun­cja­cjami ni­gdy nie są wła­ściwe na ogól­nym ze­bra­niu", bo może dojść do ja­kichś scy­sji i nie­po­ro­zu­mień; że ad­resy mu­szą zo­stać zre­da­go­wane przez mę­żów za­ufa­nia róż­nych ugru­po­wań po­li­tycz­nych i do­piero wów­czas mogą być przy­jęte na wal­nym ze­bra­niu itd., itp. Ro­ze­śmiany od ucha do ucha Racz­kie­wicz (ko­mi­sarz okrę­gowy miń­ski i za­stępca ko­mi­sa­rza ge­ne­ral­nego Ziem Wschod­nich) od­parł, że ten ad­res, który miał uło­żyć Woy­nił­ło­wicz... "jest u ze­cera, aby już mógł w ran­nym wy­da­niu dzien­nika w Miń­sku być prze­czy­tany, jako uchwała zgro­ma­dze­nia"! Istot­nie, kiedy po prze­rwie obia­do­wej Woy­nił­ło­wicz po­ja­wił się na sali ob­rad, oka­zało się, iż pe­wien "drobny szlach­cic za­go­nowy wy­stą­pił z pro­po­zy­cją ad­resu, niby z wła­snej ini­cja­tywy, po­wo­łu­jąc się na tekst ad­resu, ja­koby na ze­bra­niu pry­wat­nym gdzieś prze­dys­ku­to­wany". Oczy­wi­ście cała sprawa była wcze­śniej ukar­to­wana, al­bo­wiem "cho­dziło o to" - jak tłu­ma­czył pa­mięt­ni­karz - "aby ini­cja­tywa po­cho­dziła ze sfer de­mo­kra­tycz­nych", a nie ze sfer ob­szar­ni­czych (za jej przed­sta­wi­ciela uwa­żali Woy­nił­ło­wi­cza "po­stę­powi" pił­sud­czycy, choć Bo­giem a prawdą, bol­sze­wicy do­pro­wa­dzili jego ma­ją­tek do kom­plet­nej ru­iny, więc bli­żej mu było do szlachty za­ścian­ko­wej ani­żeli do ob­szar­ni­ków). De­le­gaci przy­jęli treść ad­resu "jed­no­gło­śnymi okrzy­kami na cześć na­czel­nika pań­stwa" i wy­słali do War­szawy. Woy­nił­ło­wi­czowi zaś przy­po­mniały się car­skie czasy, gdy­śmy także po­dobne "wier­no­pod­dań­cze" uczu­cia ma­ni­fe­sto­wać mu­sieli. Wi­docz­nie spo­soby rzą­dze­nia nie­za­leż­nie od ustroju pań­stwo­wego są wszę­dzie jedne i te same.

Niech za pod­su­mo­wa­nie tego roz­działu po­służy nam pe­wien cy­tat wzięty ze wspo­mnień po­ety Alek­san­dra Wata (Mój wiek). Wat okre­ślił II RP "jako ży­cie zu­peł­nie w de­ko­ra­cjach te­atral­nych, w ma­kie­tach z dykty, z tek­tury (...) To było tak ma­kie­towe to dwu­dzie­sto­le­cie pił­sud­czy­zny to ama­tor­stwo Pol­ski nie­pod­le­głej, zwłasz­cza (...) to - "ska­zani na wiel­kość". I po­brzę­ki­wa­nia sza­belką z ku­ta­sem, jak na­pi­sał kie­dyś Irzy­kow­ski. W ob­li­czu tych am­bi­cji, wiel­ko­po­tę­go­wych aro­gan­cji, to było zu­peł­nie jak z ja­kiejś dzi­siej­szej gro­te­ski Io­ne­sco. Gro­te­ska czy­sto te­atralna, w de­ko­ra­cjach z pa­pier ma­che.

Złota Od­znaka Ho­no­rowa Ligi Obrony Po­wietrz­nej i Prze­ciw­ga­zo­wej. Liga była bar­dzo po­ży­teczną i za­słu­żoną or­ga­ni­za­cją, ale miała też swoje grzeszki... W 1937 roku Jó­zef Mac­kie­wicz opi­sał w re­por­tażu, jak to w cza­sie ty­go­dnia pro­pa­gandy LOPP w Wil­nie po­li­cja zmu­szała do­roż­ka­rzy do za­kupu cho­rą­gie­wek w bar­wach LOPP po 40 gr od sztuki pod groźbą wle­pia­nia pię­cio­zło­to­wych man­da­tów...

 

Wstęp, czyli... w krótkich, żołnierskich słowach

Dro­dzy Czy­tel­nicy! Po bli­sko czte­rech la­tach, od­da­jąc do Wa­szych rąk drugą część Sa­na­cyj­nych ab­sur­dów, pod­trzy­muję w ca­łej mocy opi­nię o pi­sa­niu wstę­pów do ksią­żek (vide s. 7 czę­ści pierw­szej): nie lu­bię, nie cier­pię tego ro­bić! I dla­tego też na sa­mym po­czątku skła­dam przy­sięgę godną Han­ni­bala: ni­niej­szy wstęp bę­dzie naj­krót­szym wstę­pem ze wszyst­kich, ja­kie wy­szły spod mo­jej ręki. A więc w krót­kich, żoł­nier­skich sło­wach!

Są­dzę, że wy­pada od­po­wie­dzieć na dwa py­ta­nia, które kie­ro­wali do mnie Czy­tel­nicy po uka­za­niu się czę­ści pierw­szej.

Py­ta­nie pierw­sze: dla­czego część druga uka­zuje się do­piero po bli­sko czte­rech la­tach? Nie­stety, na wła­snej skó­rze od­czu­łem, z jaką po­korą na­leży pod­cho­dzić do snu­cia róż­nych pla­nów. Pro­blemy zdrowotne i ro­dzinne zmu­siły mnie do po­rzu­ce­nia my­śli o na­pi­sa­niu i wy­da­niu dru­giej czę­ści w 2019 roku.

Py­ta­nie dru­gie: Czy nie uwa­żam, że przy tak du­żej ilo­ści cy­ta­tów część pierw­sza za­częła przy­po­mi­nać ja­kieś wy­pisy źró­dłowe? Nie, nie uwa­żam. Im wię­cej cy­ta­tów na po­par­cie mo­ich tez, tym le­piej. Niech kry­tycy mo­jej pu­bli­cy­styki nie po­le­mi­zują ze mną, ale z kon­kret­nymi usta­wami, roz­po­rzą­dze­niami, ar­ty­ku­łami i re­por­ta­żami z tam­tych lat; niech po­le­mi­zują z fak­tami z epoki; niech po­le­mi­zują z opi­niami Hen­ryka Cie­cier­skiego, Mie­czy­sława Ja­ło­wiec­kiego, Mi­chała Paw­li­kow­skiego, Zyg­munta No­wa­kow­skiego czy Jó­zefa Mac­kie­wi­cza.

A pro­pos Jó­zefa Mac­kie­wi­cza: w tym roku ob­cho­dzimy 120. rocz­nicę jego uro­dzin. W śro­do­wi­skach pa­trio­tycz­nych Jó­zef Mac­kie­wicz jest nie­wąt­pli­wie po­sta­cią ota­czaną czcią i sza­cun­kiem, jed­nakże z bó­lem serca na­leży przy­znać, iż na­wet w tym śro­do­wi­sku po­ziom wie­dzy o "ptasz­niku z Wilna" jest że­nu­jąco ni­ski. Za­pewne tylko je­den na dzie­się­ciu, na py­ta­nie: "Kim był Jó­zef Mac­kie­wicz?", od­po­wie: "Pi­sa­rzem, pu­bli­cy­stą, twórcą Drogi do­ni­kąd, z za­wodu - jak sam o so­bie mó­wił - an­ty­ko­mu­ni­stą, au­to­rem de­wizy: Je­dy­nie prawda jest cie­kawa". Na­to­miast dzie­wię­ciu od­po­wie: "Jó­zef Mac­kie­wicz? No jak to?! No pew­nie, że wiem, kto to był! Wielki pi­sarz. To on... chyba on na­pi­sał te... Zie­lone oczy. I sie­dział w... no, jak jej tam?... O, w Be­re­zie sie­dział! I chyba był na­wet ja­kimś mi­ni­strem na uchodź­stwie, prawda?". A gu­zik prawda! Dzie­wię­ciu na dzie­się­ciu za­py­ta­nych myli Jó­zefa Mac­kie­wi­cza z jego star­szym bra­tem, Sta­ni­sła­wem Cat-Mac­kie­wi­czem. Nie­stety, aż do dziś Jó­zef eg­zy­stuje w na­szej pol­skiej świa­do­mo­ści w cie­niu Sta­ni­sława.

We wszyst­kich mo­ich po­przed­nich książ­kach, a i w tej rów­nież, ko­rzy­sta­łem z pu­bli­cy­styki Jó­zefa Mac­kie­wi­cza peł­nymi gar­ściami. Im­po­no­wał mi za­wsze styl, kom­po­zy­cja jego re­por­taży, ar­ty­ku­łów. Ale przede wszyst­kim im­po­no­wała mi jego od­waga; nie bał się brać w obronę skrzyw­dzo­nych przez bez­duszną sa­na­cyjną biu­ro­kra­cję i nie bał się kry­ty­ko­wać ów­cze­snego es­ta­bli­sh­mentu. Swego czasu, w szes-na­stym stu­le­ciu, Mi­ko­łaj Ma­chia­velli pi­sał w li­ście do Fran­ciszka Gu­ic­ciar­di­niego: "Od dawna już ni­gdy nie mó­wię tego, co my­ślę, i nie my­ślę tego, co mó­wię, a je­śli wy­myka mi się słowo prawdy, owi­jam je w tyle kłamstw, że go się nie do­szu­kać" (cyt. za: A. Wat, Mój wiek). Jó­zef Mac­kie­wicz ni­gdy nie pod­pi­sałby się pod tą opi­nią (naj­do­bit­niej świad­czy o tym jego twór­czość); wielu dzi­siej­szych "nie­po­kor­nych, nie­złom­nych, nie­za­leż­nych" pu­bli­cy­stów - jak naj­bar­dziej...

Druga część Sa­na­cyj­nych ab­sur­dów składa się z szes­na­stu roz­dzia­łów, za­wie­ra­ją­cych ma­te­riał pra­wie tylko i wy­łącz­nie pre­mierowy; dwa roz­działy opu­bli­ko­wa­łem w roku 2020 na go­ścin­nych ła­mach dwu­mie­sięcz­nika "Ma­gna Po­lo­nia" (na po­trzeby książki znacz­nie je roz­sze­rzy­łem).

Pra­gnę w tym miej­scu po­dzię­ko­wać mo­jemu ser­decz­nemu kole­dze, Paw­łowi Su­da­rze. Bez pu­bli­ka­cji, którą mi po­da­ro­wał, nie mógłby po­wstać Roz­dział XI. Pawle, wiel­kie dzięki!

Na ko­niec sprawa na poły hu­mo­ry­styczna. Otóż po uka­za­niu się pierw­szej czę­ści w roku 2018 otrzy­ma­łem dużo skarg od her­ba­cia­rzy, po­nie­waż, ja­koby, fa­wo­ry­zuję... ka­wo­szy! Fak­tycz­nie, wów­czas w ostat-nim aka­pi­cie wstępu na­pi­sa­łem: "A te­raz, drogi Czy­tel­niku, po­staw na sto­liku swoją ulu­bioną fi­li­żankę z go­rącą, aro­ma­tyczną kawą"... itd. Cóż, po­zo­staje mi prze­pro­sić her­ba­cia­rzy - co też ni­niej­szym czy­nię - i do­ko­nać nie­wiel­kiej prze­róbki fe­ral­nego pas­susu...

A te­raz, drogi Czy­tel­niku, po­staw na sto­liku swoją ulu­bioną fili-żankę z go­rącą, aro­ma­tyczną her­batą, wy­god­nie roz­siądź się w fo­telu i po­zwól się za­pro­wa­dzić do sa­na­cyj­nej kra­iny ab­sur­dów, czyli do "pań­stwa nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści" (tak pi­sał o sa­na­cji Adolf No­wa­czyń­ski). Jak to moż­liwe? Po prosu prze­wróć na­stępną stronę, a ja będę Twoim usłuż­nym ci­ce­rone. Czas więc w drogę, wę­drow­cze! A na końcu po­dróży, sta via­tor, i za­du­maj się nad tym, że nas, Po­la­ków, hi­sto­ria ni­czego nie uczy - ona tylko śmieje się z nas ostat­nia...

Mimo to, ży­czę przy­jem­nej i po­ży­tecz­nej lek­tury.

Au­tor