W masce jej do twarzy - Patrycja Strzałkowska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (25,73 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Goście gro­ma­dzą się licz­nie pod cien­ką płach­tą przy­po­mi­na­ją­cą lnia­ną ko­szu­lę, któ­ra peł­ni funk­cję da­chu al­ta­ny. Al­ta­na stoi tuż za uro­czym dwor­kiem, wśród buj­nej zie­le­ni, pną­cych się ciem­no­czer­wo­nych róż i brzóz sto­ją­cych w sze­re­gu, jed­na przy dru­giej. Jest tak cie­pło, że każ­dy szu­ka cie­nia, by cho­ciaż na chwi­lę od­po­cząć od upa­łu. Per­go­la zo­sta­ła przy­kry­ta z każ­dej stro­ny gę­sty­mi de­ko­ra­cja­mi w ko­lo­rach zie­mi. Bia­łe pe­onie, mię­dzy któ­ry­mi zwi­sa mod­na w tym se­zo­nie zło­to-be­żo­wa tra­wa pam­pa­so­wa, przy­cią­ga­ją wzrok ko­biet, któ­re skry­cie pra­gną po­dob­ne­go przy­ję­cia we­sel­ne­go. Ca­ło­kształt pięk­nie kom­po­nu­je się z ple­cio­ny­mi ja­sny­mi ma­kra­ma­mi, któ­re są ma­rze­niem wszyst­kich pa­nien mło­dych zna­ją­cych się na naj­now­szych tren­dach ślub­nych w sty­lu boho i gla­mo­ur. Za­pach kwia­tów uno­si się w cie­płym po­wie­trzu, stwa­rza­jąc przy­jem­ny na­strój, któ­ry wy­wo­łu­je uśmiech na twa­rzach go­ści. Jest bar­dzo uro­kli­wie i nie­sa­mo­wi­cie kli­ma­tycz­nie. Do­bra­nie od­po­wied­nie­go wy­stro­ju za­ję­ło na­praw­dę spo­ro cza­su, ale było war­to, gdyż efekt za­chwy­ca każ­de­go. Za­pro­sze­ni bli­scy pary mło­dej są pod wra­że­niem. Bra­ku­je tyl­ko bia­łe­go ko­nia, by po­my­lić uro­czy­stość z wy­two­rem wy­obraź­ni słyn­ne­go pi­sa­rza ba­śnio­wych opo­wie­ści. Jest wed­ding plan­ner­ka, fo­to­graf z naj­wyż­szej pół­ki, słod­ki stół, sala ude­ko­ro­wa­na z naj­więk­szą pre­cy­zją przez flo­ryst­kę, a na­wet bus z pro­sec­co. Peł­ny ze­staw atrak­cji. Sły­chać czyjś śmiech, bie­ga­nie dziec­ka, a stres pana mło­de­go nie­mal wy­la­tu­je mu przez uszy jak para wod­na z wiel­kie­go ko­tła. Nie ma co się dzi­wić, nie­co­dzien­nie zda­rza się taki dzień. Jed­nak pan mło­dy wie, że Ali­sa była do­brym wy­bo­rem, wła­ści­wie je­dy­nym słusz­nym wy­bo­rem. Jest pe­wien, że po­ślu­bi ko­bie­tę swo­je­go ży­cia. Męż­czy­zna stoi tuż przy urzęd­nicz­ce, roz­glą­da­jąc się po ple­ne­rze, w któ­rym od­bę­dzie się uro­czy­stość. I on, i ona za­wsze ma­rzy­li, by otu­lał ich w tym waż­nym mo­men­cie po­wiew wia­tru i szum drzew. Męż­czy­zna jest za­chwy­co­ny. Wszyst­ko jest do­kład­nie tak, jak być po­win­no. Uśmie­cha się, ła­piąc głę­bo­ki od­dech. Pro­mie­nie słoń­ca ude­rza­ją go po oczach. Za­my­ka je i po­now­nie się uśmie­cha, by po chwi­li uj­rzeć aniel­ską po­stać swej uko­cha­nej, w bia­łej suk­ni z dłu­gim tre­nem. Jest cie­pło, wręcz upal­nie. Kwie­cień był na­głym wy­bo­rem, mało prze­my­śla­nym, ale obo­je z Ali­są chcie­li mieć już to jak naj­szyb­ciej za sobą. Gdy Ar­tur zdo­był się po 9 la­tach na oświad­czy­ny, chciał jak naj­szyb­ciej sfi­na­li­zo­wać swo­ją de­cy­zję. Zresz­tą, Ali­sa rów­nież nie mo­gła się do­cze­kać, by móc po­wie­dzieć sa­kra­men­tal­ne "tak".

Wszyst­ko by­ło­by na­praw­dę pięk­nie, ale... No wła­śnie... Jest to okrop­ne ALE. Ale... to były tyl­ko ich ma­rze­nia. Wy­obra­że­nie tego, jak mógł­by wy­glą­dać ich ślub... Bo kto po­wie­dział, że on się w ogó­le od­bę­dzie...?

Nikt nie spo­dzie­wał się cze­goś po­dob­ne­go. A jed­nak. Sta­ło się.

PAN­DE­MIA. Co do cho­le­ry?

Świat opa­no­wa­ła cho­ro­ba ko­ro­na­wi­ru­so­wa (CO­VID-19). We­dług wy­ja­śnień WHO (Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia) to cho­ro­ba za­kaź­na spo­wo­do­wa­na przez wi­ru­sa, któ­re­go nie wy­kry­wa­no do­tąd u lu­dzi. Wi­rus po­wo­du­je cho­ro­bę ukła­du od­de­cho­we­go po­dob­ną do gry­py, z ob­ja­wa­mi ta­ki­mi jak ka­szel, go­rącz­ka, a w cięż­szych przy­pad­kach - za­pa­le­nie płuc. Wi­rus prze­no­si się głów­nie przez kon­takt z za­ra­żo­ny­mi oso­ba­mi, któ­re ki­cha­ją lub kasz­lą. Jest też prze­no­szo­ny przez kro­pel­ki śli­ny i wy­dzie­li­nę z nosa.

Cały świat za­stygł w miej­scu. Prak­tycz­nie wszyst­ko i wszę­dzie zo­sta­ło za­mknię­te. W Pol­sce wpro­wa­dzo­no stan za­gro­że­nia epi­de­micz­ne­go, by parę dni póź­niej ogło­sić stan epi­de­mii. Co­dzien­nie w wia­do­mo­ściach po­da­wa­no ko­lej­ne, ro­sną­ce licz­by za­ka­żeń i zgo­nów z po­wo­du za­ka­że­nia ko­ro­na­wi­ru­sem. Kwa­ran­tan­na. Wszyst­kie pla­ców­ki oświa­to­we w kra­ju zo­sta­ły za­mknię­te. Rzecz ja­sna, za­mknię­to rów­nież klu­by, puby, re­stau­ra­cje, kina, si­łow­nie. Ma to po­trwać mie­siąc, a może dłu­żej. Tego nie wie nikt. Nic nie moż­na zro­bić. To­tal­nie nic. Lu­dzie boją się wy­cho­dzić z do­mów, a co gor­sza - boją się od­dy­chać. Zwy­czaj­ne za­ku­py spo­żyw­cze ura­sta­ją do ran­gi od­waż­ne­go czy­nu. W skle­pach lu­dzie za­cho­wu­ją od­le­głość mię­dzy sobą, no­szą ochron­ne rę­ka­wicz­ki i ma­ski. Wy­ku­pu­ją pa­pier to­a­le­to­wy, jak­by pierw­szy raz w ży­ciu zro­zu­mie­li, iż na­le­ży się pod­cie­rać. Pa­ni­ka ogar­nę­ła każ­de­go miesz­kań­ca kuli ziem­skiej.

Gdzie w tym wszyst­kim jest miej­sce dla Ali­sy i Ar­tu­ra? Pan mło­dy czu­je się to­tal­nie bez­rad­ny, ale nie prze­ży­wa tego tak bar­dzo jak Ali­sa. Ona sie­dzi sku­lo­na z roz­pa­czy, z ner­wów boli ją brzuch. Dziew­czy­na nie wie, gdzie ma scho­wać ten swój cały stres. Oby tyl­ko nie na­ba­wi­ła się wrzo­dów żo­łąd­ka, bo prze­cież i tak nie bę­dzie mia­ła gdzie się te­raz le­czyć. Pa­trzy na swo­je­go na­rze­czo­ne­go. Od sied­miu dni sie­dzi z nim w domu i za­miast my­śleć o bia­łej suk­ni, któ­ra wisi w sza­fie, za­sta­na­wia się, jak po ci­chu go za­mor­do­wać. Do­pie­ro te­raz do­sko­na­le po­zna­ła jego trud­ne ce­chy cha­rak­te­ru. A to prze­cież do­pie­ro po­czą­tek. Za­sta­na­wia się, czy kie­dyś w ogó­le to się skoń­czy i czy skoń­czy się to szczę­śli­wie dla ich związ­ku. Po­noć w Chi­nach, gdzie wi­rus po­wo­li ustę­pu­je, za­czy­na się la­wi­na roz­wo­dów.

A prze­cież chcia­ła być tyl­ko szczę­śli­wa. Chcia­ła tyl­ko mieć swo­je wy­ma­rzo­ne przy­ję­cie. Chcieć to móc - za­wsze ma­wia­ła. Była pew­na sie­bie. Przy­go­to­wa­ła wszyst­ko z pre­cy­zją, do­pil­no­wa­ła każ­de­go szcze­gó­łu. Była z sie­bie taka dum­na, a tu na­gle coś ta­kie­go.

Po chwi­li dzwo­ni te­le­fon. To ktoś z pa­ła­cu, w któ­rym mia­ła mieć swój ślub.

- Nie­ste­ty, nie wie­my, co z pań­stwa przy­ję­ciem. Pro­po­nu­je­my na­stęp­ny wol­ny ter­min pod ko­niec grud­nia.

- Co?

- Bar­dzo nam przy­kro... Pro­szę się szyb­ko de­cy­do­wać, bo chęt­nych jest wie­lu. Urząd wstrzy­mał moż­li­wość udzie­la­nia ślu­bów, bez­ter­mi­no­wo. Jed­nak głę­bo­ko wie­rzy­my, że w grud­niu sy­tu­acja bę­dzie na tyle opa­no­wa­na, iż bę­dzie­cie pań­stwo już mo­gli bez pro­ble­mów zde­cy­do­wać się na uro­czy­stość.

Ko­niec roz­mo­wy. Ale nie ko­niec atrak­cji, bo po chwi­li Ali­sa do­sta­je wia­do­mość z pra­cy, że nie mają moż­li­wo­ści wy­sła­nia jej za­le­głej pen­sji, gdyż sy­tu­acja w kra­ju jest, jaka jest, i wszy­scy pra­cu­ją zdal­nie.

- Płat­no­ści na ten mo­ment zo­sta­ły wstrzy­ma­ne. Przy­kro mi, ale nie jest pani je­dy­ną oso­bą, któ­rej nie mo­że­my po­móc.

Do­sta­nie prze­lew nie­ba­wem. Po­sta­ra­ją się zro­bić to szyb­ko. Ale kie­dy? Nie wia­do­mo... Klnie pod no­sem, a w jej gło­wie aż bu­zu­je od nad­mia­ru złych in­for­ma­cji.

Za co będę żyć...? Jezu.

Czy ślub się od­bę­dzie...?

Kie­dy...?

Czy w ogó­le po­win­nam my­śleć o ślu­bie w tym mo­men­cie?

Je­stem ego­ist­ką!

Wstyd mi!

A co, je­śli się za­ra­żę...?

A co, je­śli za­ra­żę bli­skich?

Czy wszy­scy prze­ży­ją...?

Jezu.

Tego wszyst­kie­go jest tak dużo. Za dużo, by to prze­żyć i nie zwa­rio­wać! Pra­gnę­ła mieć tyl­ko pięk­ny ślub, a te­raz na­wet nie wie, jak bę­dzie wy­glą­dał świat. Po­tem otwie­ra w in­ter­ne­cie stro­nę z naj­now­szy­mi wia­do­mo­ścia­mi i czy­ta prze­ra­ża­ją­cy wpis do­ty­czą­cy jed­ne­go z wło­skich miast. Tam sy­tu­acja jest naj­gor­sza.

"W Ber­ga­mo nie ma już tru­mien.

W Ber­ga­mo nie ma już tle­nu.

W Ber­ga­mo, poza cmen­ta­rzem, jest rząd ka­ra­wa­nów.

W Ber­ga­mo co pół go­dzi­ny od­by­wa się po­chó­wek. Tra­cisz ko­goś, kogo ko­chasz i nie mo­żesz na­wet po­że­gnać się z nim po raz ostat­ni.

Na cmen­ta­rzu szu­ka­my wspar­cia, pa­trząc so­bie w oczy.

My, inni lu­dzie, ostat­nio wi­dzi­my tyl­ko oczy, po­nie­waż nos i usta są za­kry­te ma­ską.

W Ber­ga­mo nie wi­dać już uśmie­chów.

Ży­je­my w dziw­nej rów­no­wa­dze od 3 ty­go­dni: z jed­nej stro­ny siła na­tu­ry, któ­ra chce nas za­ła­mać, z dru­giej ta z Ber­ga­mo, jesz­cze sil­niej­sza, któ­ra chce za­cząć od nowa.

Dni są nie­skoń­czo­ne, nie­prze­spa­ne noce. Każ­dy za­my­ślo­ny: mło­dzi lu­dzie my­ślą o dziad­kach, dziad­ko­wie my­ślą o wnu­kach, przed­się­bior­cy my­ślą o tym, jak pła­cić pła­ce, wszy­scy ma­rzy­my o nor­mal­no­ści.

Nie wiem, kie­dy ta nor­mal­ność po­wró­ci, ale na pew­no świet­nie bę­dzie zna­leźć nas w cen­trum i wresz­cie zo­ba­czyć, jak się uśmie­cha­my."*

* https://glo­ria.tv/?post=sgB­FH­zN­mE­qP44Qhy­b3Y­AocY­Ei (do­stęp: 31.07.2020)

Łzy pły­ną jej ciur­kiem. Wie, że to bę­dzie bar­dzo cięż­ki okres w jej ży­ciu. Zresz­tą, nie tyl­ko w jej, a w eg­zy­sten­cji ca­łe­go świa­ta. Cza­sem na­praw­dę trud­no po­ra­dzić so­bie z tym, na co nie ma się wpły­wu. Praw­dę mó­wiąc, cza­sem le­piej nie pa­trzeć w przy­szłość. Le­piej żyć chwi­lą i cie­szyć się nią do koń­ca, bo ży­cie po­tra­fi na­praw­dę za­sko­czyć, a uczu­cia nie zno­szą pla­no­wa­nia. Los i tak po­łą­czy za­wsze to, co ma być ra­zem, ale nie za­wsze zgod­nie z na­szy­mi za­ło­że­nia­mi.

Ali­sa głę­bo­ko wzdy­cha i wciąż pła­cze. Zda­je so­bie spra­wę, że prze­cież nie jest w tym sama. Może i ży­cie cza­sem da­wa­ło jej znać, że by­ło­by o wie­le pro­ściej, gdy­by Ar­tu­ra nie było. Nie­raz był prze­cież przy­czy­ną jej ogrom­nych fru­stra­cji, czę­sto wku­rzał ją do gra­nic moż­li­wo­ści, ale za­wsze był i bę­dzie. Obie­cał. Cho­ciaż cza­sem my­śla­ła, by uciec i snu­ła wi­zje ży­cia w po­je­dyn­kę, bez zno­sze­nia kry­ty­ki, cią­głe­go tłu­ma­cze­nia się i by­cia przez nie­go opie­prza­ną. Cza­sem też po pro­stu chcia­ła po­być sama w ci­szy, któ­rą tak bar­dzo lu­bi­ła, a on wte­dy gde­rał bez opa­mię­ta­nia. Ale, choć wciąż ma w oczach łzy, za­czy­na się uśmie­chać. Zda­je so­bie spra­wę, że ta tra­gi­ko­micz­na sy­tu­acja to so­lid­ny eg­za­min ze związ­ku. Je­śli ją prze­trwa­ją, to prze­trwa­ją już wszyst­ko. Ra­zem.

Mieć sie­bie, to mieć wszyst­ko.

Roz­dział 1

Brak śnie­gu tej zimy był przy­jem­nym za­sko­cze­niem dla więk­szo­ści war­sza­wia­ków. By­wa­ły prze­cież lata, gdy nie dało się wyjść z domu bez za­ło­że­nia dwóch par raj­stop, a pal­ce u stóp i tak przy­ma­rza­ły do bu­tów, taki był mróz. Tym ra­zem było ina­czej. Pierw­szy raz ter­mo­metr w mie­ście nie wska­zy­wał mniej niż zero. Cza­sem tyl­ko w nocy zda­rza­ło się, że po­ja­wił się ten mi­nus, ale za­raz nad ra­nem zni­kał bar­dzo szyb­ko. Wszy­scy mó­wi­li, że świat się zmie­nia. Fak­tycz­nie. Nie my­li­li się.

Do­cho­dzi­ła pół­noc. Za oknem wiał chłod­ny wiatr, któ­ry roz­bi­jał się z hu­kiem o uchy­lo­ne okno w sa­lo­nie. Ko­ły­sał nim tak na­tar­czy­wie, że Ali­sa nie mo­gła znieść ha­ła­su i po­de­rwa­ła się z ka­na­py, by je za­mknąć. Po­tem wró­ci­ła na ka­na­pę, ale nie mo­gła za­snąć. Wła­ści­wie ni­g­dy nie kła­dła się do łóż­ka szyb­ciej niż o pierw­szej, bo wcze­śniej, mimo że za­my­ka­ła oczy i ukła­da­ła gło­wę na po­dusz­ce, sen nie przy­cho­dził. Sły­sza­ła, jak ze­gar od­li­czał ko­lej­ne bez­sen­ne go­dzi­ny. Tak już mia­ła i była przy­zwy­cza­jo­na. Wie­czo­ra­mi bar­dzo czę­sto wy­bie­ra­ła re­laks na ka­na­pie po cięż­kim dniu pra­cy. Włą­cza­ła te­le­wi­zor i na­le­wa­ła so­bie lam­kę bia­łe­go słod­kie­go wina. Kie­dy mia­ła gor­szy dzień, się­ga­ła po coś moc­niej­sze­go, zwy­kle whi­sky o sma­ku wi­śni roz­cień­czo­ne colą zero. Tak było i tego wie­czo­ru. W te­le­wi­zji le­cia­ły po­wtór­ki pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych, ale wo­la­ła coś bar­dziej mi­łe­go, więc zmie­ni­ła ka­nał i z ekra­nu po­pły­nął re­lak­su­ją­cy jazz. Mu­zy­ka wy­peł­ni­ła cały po­kój, po­bu­dza­jąc zmy­sły dziew­czy­ny. Po chwi­li po­rwa­ła ją do tań­ca. Ali­sa mia­ła jędr­ne, ale nie­mu­sku­lar­ne cia­ło. Po pro­stu dba­ła o nie, re­gu­lar­nie ćwi­cząc w śmiesz­nym uni­for­mie pod­czas mod­nych tre­nin­gów EMS. Nie każ­da mu­zy­ka do­cie­ra­ła do ser­ca dziew­czy­ny, ale gdy tak wła­śnie się dzia­ło, na jej skó­rze po­ja­wia­ła się gę­sia skó­ra, a cia­ło prze­szy­wał dreszcz. Czu­ła się tak, jak­by chcia­ła sca­lić się z gło­sem, któ­ry roz­brzmie­wał w gło­śni­kach. Był nie­zwy­kle przej­mu­ją­cy. A jej pier­si, któ­re ster­cza­ły pod ubra­niem... One rów­nież uwiel­bia­ły jazz.

Ali­sa mia­ła pro­ste wło­sy do ra­mion. Wy­glą­da­ły na dość sztyw­ne, ale w rze­czy­wi­sto­ści były bar­dzo mięk­kie. Dziew­czy­na dba­ła o nie, sto­su­jąc róż­ne za­bie­gi ko­sme­tycz­ne. Wło­sy to była jej wiel­ka sła­bość. Do­tknę­ła je ręką i wsu­nę­ła pal­ce w gę­stą czu­pry­nę, po czym wes­tchnę­ła i za­czę­ła ko­ły­sać się w rytm mu­zy­ki. Na­gle z kie­lisz­ka, któ­ry trzy­ma­ła w dło­ni, wy­la­ła się na dy­wan odro­bi­na za­war­to­ści. Dziew­czy­na po­bie­gła do kuch­ni po ścier­kę i roz­chi­cho­ta­na za­czę­ła wy­cie­rać pla­mę. Po­tem znów się­gnę­ła po kie­li­szek. Za­krę­ci­ło się jej w gło­wie, ale prze­cież wła­śnie o to cho­dzi­ło. Ubó­stwia­ła ten stan, ale jesz­cze bar­dziej lu­bi­ła do­pra­wić to wszyst­ko bu­chem pro­sto z bon­ga, bo ma­ri­hu­any z fif­ki pa­lić nie po­tra­fi­ła. Ob­ję­ła usta­mi otwór i pod­pa­la­jąc za­pal­nicz­ką miej­sce, któ­re na­bi­ła wcze­śniej zio­łem, za­czę­ła na­peł­niać płu­ca bia­ły­mi kłę­ba­mi dymu, by po chwi­li wy­pu­ścić z nich to, czym przed chwi­lą się za­cią­gnę­ła. Gdy obie sub­stan­cje po­łą­czy­ły się w jed­ność, a w jej ży­łach bu­zo­wa­ło od nad­mia­ru odu­rze­nia, po­szła do ła­zien­ki. Za­czę­ła ścią­gać z sie­bie czar­ną ko­szul­kę z je­dwa­biu, rzu­ci­ła ją na pod­ło­gę i we­szła pod prysz­nic. Chwy­ci­ła srebr­ną słu­chaw­kę i ob­la­ła kro­pel­ka­mi na­gie cia­ło i wło­sy. Zim­na woda spra­wi­ła, że na jej skó­rze po­ja­wi­ła się gę­sia skór­ka, więc szyb­ko za­czę­ła się ma­so­wać, by zro­bi­ło jej się cie­pło, ale za­miast tego po­czu­ła, że ten do­tyk spra­wił jej nie­za­mie­rzo­ną przy­jem­ność.

- Ach... - jęk­nę­ła gło­śno, gdy jej ręka po­wę­dro­wa­ła płyn­nym ru­chem po pier­si i zna­la­zła się na­gle mię­dzy jej no­ga­mi.

Prze­łą­czy­ła słu­chaw­kę od prysz­ni­ca na tryb z jed­nym sil­nym stru­mie­niem po­środ­ku i gdy woda zro­bi­ła się cie­plej­sza, skie­ro­wa­ła ją w stro­nę swo­jej łech­tacz­ki. Gę­sia skór­ka nie chcia­ła znik­nąć. Tym ra­zem po­ja­wi­ła się do­słow­nie wszę­dzie. Sek­su­al­ne do­zna­nia po pa­le­niu ma­ri­hu­any były dla Ali­sy czymś, co ubó­stwia­ła naj­bar­dziej. Nie dało się tego po­rów­nać z ni­czym in­nym. W mo­men­cie, gdy stru­mień wody pie­ścił jej łech­tacz­kę, usły­sza­ła szarp­nię­cie za klam­kę. Aż krzyk­nę­ła z prze­ra­że­nia.

- Jezu! - Po­śli­zgnę­ła się i upa­dła, wy­pusz­cza­jąc słu­chaw­kę z ręki. No co za pech, za­bra­kło do­słow­nie kil­ku se­kund, żeby mia­ła or­gazm. Tym­cza­sem przed jej ocza­mi uka­zał się męż­czy­zna o ciem­nej oliw­ko­wej kar­na­cji i za­ro­ście na twa­rzy. Nie­ste­ty, tyl­ko tyle zdo­ła­ła zo­ba­czyć, bo szy­by prysz­ni­ca były moc­no za­pa­ro­wa­ne. Na­gle ob­lał ją zim­ny pot i po­czu­ła dreszcz, wy­wo­ła­ny wsty­dem i prze­ra­że­niem.

- Po­móc ci? - męż­czy­zna ode­zwał się po chwi­li. Oczy Ali­sy roz­sze­rzy­ły się ze zdu­mie­nia, gdy sku­pi­ła wzrok na po­sta­ci.

- Kim je­steś? Co tu ro­bisz? Jezu, nie rób mi krzyw­dy! Wyjdź! Aaaa! - za­czę­ła krzy­czeć z prze­ra­że­nia.

Męż­czy­zna pod­szedł do szkla­nych drzwi­czek i uchy­lił je po­wo­li. Ali­sa sie­dzia­ła sku­lo­na w rogu, a struż­ki wody z jej wło­sów ka­pa­ły na jej ster­czą­cy biust.

- Sko­ro tu już je­stem, to może się przed­sta­wię. Mi­cha­el. - Po­dał jej dłoń, za któ­rą chwy­ci­ła bez wa­ha­nia.

- Skrzyw­dzisz mnie? - za­py­ta­ła.

- Je­śli tego wła­śnie chcesz, to tak.

- Nie chcę! Bez prze­sa­dy.

- No to nie.

- Sła­by z cie­bie zło­czyń­ca.

- Za­mknij się i chodź. Za­pra­szam cię do sy­pial­ni.

Męż­czy­zna wziął ją na ręce, była mo­kra, drżą­ca. A on? Po­ło­żył ją na łóż­ku, prze­wró­cił na brzuch i dał jej moc­ne­go klap­sa w po­śla­dek.

- Sła­bo...

- Jak to sła­bo? Chcesz moc­niej? - głos męż­czy­zny za­brzmiał w uszach ko­bie­ty.

- Tak! - ro­ze­śmia­ła się, ma­cha­jąc ener­gicz­nie no­ga­mi, jak­by chcia­ła się uwol­nić z jego uści­sku.

- Pro­szę się nie cie­szyć, bo tym ra­zem bę­dzie cię na­praw­dę bo­leć. A poza tym, mała, nie wierć się! - Tym ra­zem klaps był tak moc­ny, że jego ręka zo­sta­wi­ła czer­wo­ny ślad na jej pu­pie.

- Auuu - jęk­nę­ła Ali­sa.

Męż­czy­zna za­pa­lił sto­ją­cą koło te­le­wi­zo­ra świe­cę.

- Czy nie za bar­dzo się rzą­dzisz w moim do­mu? - za­py­ta­ła, za­sła­nia­jąc dło­nią usta, by ukryć śmiech.

- Ci­sza! - od­po­wie­dział, ro­biąc groź­ną minę, a na­stęp­nie zła­pał jej rękę i ode­rwał od jej ust.

- Je­steś bar­dzo nie­kul­tu­ral­nym nie­zna­jo­mym. To nie jest miłe, co ro­bisz. Puść mnie!

- Do­sko­na­le wiem, że ta­kie pa­nien­ki jak ty lu­bią, kie­dy je boli.... A nie­kul­tu­ral­ny to mogę być za­raz, gdy cię ze­rżnę.

- Nie za­py­tasz na­wet, jak mam na imię? Nie chcesz wie­dzieć, kogo bę­dziesz bzy­kać?

- Nie in­te­re­su­je mnie to - od­parł szyb­ko, po czym pod­szedł do niej, po dro­dze wy­cią­ga­jąc z sza­fy oliw­kę. Na­lał ją na dłoń i prze­su­nął mo­krą ręką po swo­im na­brzmia­łym człon­ku, pa­trząc jej głę­bo­ko w oczy. Al­ko­hol wy­peł­nił mózg Ali­sy. Czu­ła się pod­nie­co­na jesz­cze bar­dziej niż chwi­lę wcze­śniej. Na­stęp­nie nie­zna­jo­my we­pchnął rękę po­mię­dzy jej roz­chy­lo­ne nogi i przy­ci­snął pa­lec do jej na­puch­nię­tej łech­tacz­ki, ukry­tej po­mię­dzy fał­da­mi cip­ki. W dru­giej ręce trzy­mał swo­je­go pe­ni­sa, któ­rym ryt­micz­nie ru­szał w górę i w dół. Jej cip­ka była bar­dzo wil­got­na, wręcz mo­kra. Spra­wi­ło to, że męż­czy­zna na­brał jesz­cze więk­szej ocho­ty, by wejść w cia­ło ko­bie­ty. Ale na ra­zie pie­ścił jej łech­tacz­kę, a Ali­sa ję­cza­ła z roz­ko­szy. Po chwi­li prze­chy­li­ła mied­ni­cę w górę, apro­bu­jąc jego do­tyk jesz­cze bar­dziej.

- Do­brze, że za­mknę­łaś okno, bo są­sie­dzi już by u nas byli ze skar­ga­mi. Je­stem tego pe­wien - po­wie­dział męż­czy­zna.

- Ha, ha - za­czę­ła się śmiać i za­mknę­ła oczy. Męż­czy­zna wy­ko­rzy­stał sy­tu­ację i ob­ró­cił ją jed­nym ru­chem, po czym pod­ku­lił jej nogi pod brzuch. - Ała! - pi­snę­ła.

- Bę­dziesz ro­bić, co ci każę!

Po­now­nie prze­su­nął pal­ca­mi po jej cip­ce i tył­ku. Uklęk­nął i za­czął li­zać ją od tyłu. Gdy to ro­bił, Ali­sa wy­da­ła z sie­bie jesz­cze gło­śniej­szy jęk niż wcze­śniej. Przy­ci­snę­ła się do jego ję­zy­ka, wy­gi­na­jąc ple­cy, aby męż­czy­zna mógł mieć lep­szy do­stęp do cip­ki. Jej od­dech na­brał tem­pa. Sły­chać było, że spra­wia jej to ogrom­ną przy­jem­ność. Na­stęp­nie męż­czy­zna do­łą­czył do ję­zy­ka dwa pal­ce.

Cho­ciaż li­za­nie jej cip­ki było dla niej nie­co nie­zręcz­ne, było po pro­stu nie­sa­mo­wi­te. Na­dal to ro­bił, wsu­wa­jąc w nią pa­lec lub dwa. Na­gle Ali­sa za­czę­ła szar­pać bio­dra­mi, pró­bu­jąc za­cho­wać ci­szę, gdy w jej cia­ło ude­rzył go­rą­cy or­gazm. Wte­dy męż­czy­zna szyb­ko wsa­dził w jej po­chwę pe­ni­sa, by po paru ru­chach wy­peł­nić ją swo­ją sper­mą.

- Ach... - wes­tchnę­ła, nie ru­sza­jąc się z po­zy­cji, w któ­rej le­ża­ła.

- A ty tak dłu­go bę­dziesz? - za­py­tał.

- Tyl­ko mnie, kur­wa, te­raz nie do­ty­kaj! Mu­szę swo­je od­cze­kać i prze­żyć.

- Prze­cież wiem, znam cię już 9 lat.

- Je­ste­śmy po­pier­do­le­ni, ale kur­wa, uwiel­biam od­gry­wać z tobą ta­kie scen­ki.

- Ale ju­tro przy­cho­dzi Va­nes­sa. Nie ma tak, że cią­gle tyl­ko ty masz przy­jem­no­ści - ro­ze­śmiał się Ar­tur do swo­jej ko­bie­ty.

- No do­bra... Niech i tak już bę­dzie. - Ali­sa wsta­ła i po­szła do ła­zien­ki, by znów opłu­kać cia­ło i ob­myć się z bia­łej cie­czy, ciek­ną­cej po jej udach.

Gdy skoń­czy­ła, za­rzu­ci­ła na sie­bie mięk­ki szla­frok i wy­szła, a po dro­dze spo­tka­ła Ar­tu­ra, któ­ry szedł do kuch­ni.

- A ty do­kąd? To nie idzie­my spać? - za­py­ta­ła.

- Spać? Chy­ba zwa­rio­wa­łaś. Mu­szę prze­cież coś zjeść. Wy­mę­czy­łaś mnie do resz­ty.

- Ha, ha! Ar­tur, tak się skła­da, że to mnie schwy­tał zbo­czo­ny nie­zna­jo­my, nie na od­wrót.

- Tak... Tyl­ko cie­ka­we, czyj to był po­mysł?

- Nie będę się z tobą kłó­cić. Le­piej po­wiedz, co bę­dzie­my je­dli.

- A, czy­li do­łą­czasz do uczty?

- Chy­ba kpisz? Nie będę spać, gdy ty bę­dziesz ob­że­rać się pysz­no­ścia­mi.

- Tak wła­śnie po­dej­rze­wa­łem, że nie opu­ścisz mnie tak szyb­ko. To co, może car­bo­na­ra? Daw­no nie je­dli­śmy. Mam na to strasz­ną ocho­tę. Tyl­ko cze­kaj, spraw­dzę, czy mamy wszyst­kie skład­ni­ki w lo­dów­ce. Oby! Nie­ste­ty, o tej go­dzi­nie to chy­ba tyl­ko czyn­ny jest noc­ny, a tam bocz­ku i pie­trusz­ki nie ku­pię - Ar­tur otwo­rzył lo­dów­kę i prze­szu­kał jej za­war­tość.

- O rany, czy­tasz w mo­ich my­ślach. Moja dupa tego nie prze­ży­je, ale nie umiem ci od­mó­wić.

- Wi­dzisz, jak cię znam?

- Do­sko­na­le! A jak ze skład­ni­ka­mi? - Zło­ży­ła ręce, jak­by chcia­ła się po­mo­dlić i cze­ka­ła na od­po­wiedź swo­je­go męż­czy­zny.

- Mamy fart! Wszyst­ko jest. Na­wet, o dzi­wo, par­me­zan się zna­lazł.

- Z do­brą datą?

- Chy­ba...

- Chy­ba czy na pew­no? Daj mi to. - Wy­rwa­ła z jego rąk ser i za­czę­ła czy­tać ety­kie­tę.

- O kur­de, że­byś ty taka groź­na była w łóż­ku i łap­czy­wa jak je­steś do żar­cia, to bym był naj­szczę­śliw­szym fa­ce­tem na zie­mi.

- Spa­daj! Nie na­rze­kaj, bo tego co masz w do­mu, nie ma nikt!

- No ja mam, kur­wa, na­dzie­ję, że je­steś tyl­ko moja!

- Pier­ścion­ka nie mam, więc re­zer­wa­cji jesz­cze nie do­ko­na­łeś.

- Bar­dzo śmiesz­ne. A co z tym se­rem?

- Szyb­ka zmia­na te­ma­tu, wi­dzę. Do­bry, pro­szę pana Mi­cha­ela.

- Su­per. W ta­kim ra­zie za­bie­ram się za go­to­wa­nie.

Ali­sa sta­nę­ła przy ku­chen­ce i przy­glą­da­jąc się, jak Ar­tur go­tu­je, pod­kra­da­ła mu skład­ni­ki. Uśmie­cha­ła się pro­mien­nie. Czu­ła w ser­cu spo­kój. Była na­praw­dę szczę­śli­wa. To był na­praw­dę uda­ny wie­czór. Zresz­tą, nie pierw­szy i nie ostat­ni tego typu.

Na­stęp­ny po­ra­nek za­czął się dla dziew­czy­ny wcze­sną po­bud­ką. Dźwięk te­le­fo­nu wy­rwał ją ze snu tuż po go­dzi­nie 8:00. Wy­grze­ba­ła spod po­dusz­ki ko­mór­kę i za­spa­na przy­ło­ży­ła ją po omac­ku do ucha.

- Halo...

- Halo? Ali­sa, je­steś tam? - Głos w słu­chaw­ce wy­da­wał się dziew­czy­nie moc­no zna­jo­my, ale była jesz­cze w fa­zie roz­bu­dza­nia umy­słu i w pierw­szej chwi­li go nie roz­po­zna­ła.

- No, jak sły­chać, je­stem. A kto tam? - Jej za­chryp­nię­ty głos z tru­dem dało się zro­zu­mieć.

- Mat­ko, Ali­sa, nie za­ła­muj mnie... Pi­łaś coś wczo­raj, praw­da?

- No cóż. To może być cał­kiem moż­li­we. A co?

- To ja, Olka. Może mnie ko­ja­rzysz? Przy­jaź­ni­my się od cza­sów gim­na­zjum.

- Prze­cież wiem.

- To po co py­ta­łaś?

- A tego to już aku­rat nie wiem.

- Wiesz, je­steś nie­moż­li­wa!

- A daj mi spo­kój! Le­d­wo żyję. Ar­tur mnie wczo­raj tak wy­mę­czył. Chy­ba nie wsta­nę na­wet zro­bić siku. Boli mnie całe kro­cze.

- Ja nie wiem, jak ty to ro­bisz. Po tylu la­tach związ­ku...

- Ach... Ola, to pro­ste. Wy­star­czy być kre­atyw­nym. A ty to na­wet w domu wi­bra­to­ra nie masz. Ale spo­koj­nie, nie­dłu­go zbli­ża­ją się two­je uro­dzi­ny...

- A weź, spa­daj! Nie chcę.

- Uwierz mi, że chcesz. Ostat­nio od­kry­łam coś, co uwa­żam, że po­win­na mieć każ­da ko­bie­ta w swo­jej sza­fie, szu­fla­dzie czy w taj­nym pu­de­łecz­ku. Nie wiem, gdzie trzy­ma­ją to inne baby. Do­bra, nie­waż­ne, słu­chaj. Wy­star­czy­ło, że po­ka­za­łam Ar­tu­ro­wi zdję­cie tego cuda i już na­stęp­ne­go dnia prze­ży­łam naj­lep­szy or­gazm ży­cia...

- Co ty mó­wisz...? Lep­szy niż z fa­ce­tem?

- No cóż... Ar­tur za­bra­nia mi już tego uży­wać, bo jest zwy­czaj­nie za­zdro­sny. Po­tra­fię za­ba­wiać się tym ma­łym urzą­dze­niem parę razy dzien­nie, a póź­niej wie­czo­rem nie mam już na nic siły.

- Fuj! Ali­sa, nie chcę tego słu­chać.

- No do­bra, spo­koj­nie, fil­mi­ku nie będę ci wy­sy­łać. Ale nie uwie­rzę, że je­steś taką grzecz­ną i bez­grzesz­ną pa­nien­ką. Do­sta­niesz w pre­zen­cie to cudo i już.

- A co to jest wła­ści­wie? Py­tam z cie­ka­wo­ści.

- Ja­sne, ja­sne! To taki wi­bra­tor, oczy­wi­ście, ale nie zwy­czaj­ny! No­wo­cze­sny! Oprócz wi­bru­ją­cej czę­ści do­po­chwo­wej ma też świet­ną koń­ców­kę z tech­no­lo­gią ła­god­nych fal ssą­cych. Mó­wię ci, od­le­cisz do in­ne­go świa­ta w dwie mi­nu­ty mak­sy­mal­nie!

- Do­bra, Ali­sa... Wła­ści­wie to dzwo­nię ci po­wie­dzieć, że wi­bra­tor nie bę­dzie mi już po­trzeb­ny.

- Co? Jezu! - Dziew­czy­na pod­nio­sła się z łóż­ka i do­pie­ro wte­dy zo­rien­to­wa­ła się, że Ar­tu­ra nie ma w miesz­ka­niu. Wy­po­wiedź Oli była jed­nak w tym mo­men­cie dla niej dużo bar­dziej za­ska­ku­ją­ca i cie­kaw­sza niż szu­ka­nie od­po­wie­dzi na py­ta­nie: "Gdzie jest mój chło­pak?".

To, że Ali­sa za­re­ago­wa­ła w ten, a nie inny spo­sób, mo­gło­by się z po­cząt­ku wy­da­wać śmiesz­ne, a jej zdzi­wie­nie bez­pod­staw­ne. Przy­ja­ciół­ka praw­do­po­dob­nie chcia­ła jej oznaj­mić, że zna­la­zła so­bie fa­ce­ta. Jed­nak hi­sto­ria Olki nie na­le­ża­ła do tych z ka­te­go­rii bła­hych. Aby to zro­zu­mieć, trze­ba cof­nąć się o parę mie­się­cy, a wła­ści­wie - na­wet parę lat.

Po­nad pięć lat temu, pod­czas stu­diów na wy­dzia­le po­lo­ni­sty­ki, Alek­san­dra po­zna­ła Ka­ro­la. Już od pierw­sze­go spo­tka­nia było czuć, iż na­ro­dzi się mię­dzy nimi głęb­sze uczu­cie. Za­wsze, kie­dy się wi­dzie­li, ich du­sze się roz­pro­mie­nia­ły, a ser­ca biły moc­niej. To była mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia. Tak wła­śnie im się wy­da­wa­ło. Było uro­czo, wręcz ma­low­ni­czo i pięk­nie. W koń­cu ich stu­denc­kie spo­tka­nia prze­isto­czy­ły się w peł­no­praw­ny zwią­zek. Po krót­kim cza­sie za­miesz­ka­li w ma­łej miej­sco­wo­ści pod War­sza­wą, w domu, na któ­ry wzię­li wspól­ny kre­dyt. Żyli w tej ro­man­tycz­nej au­rze przez rok, aż pew­ne­go pięk­ne­go dnia Ola po­ka­za­ła swo­je­mu męż­czyź­nie bia­ły pla­sti­ko­wy przed­miot z dwo­ma czer­wo­ny­mi kre­ska­mi. Po nie­speł­na ośmiu mie­sią­cach na świat przy­szedł Ignaś - ich syn.

Nikt nie spo­dzie­wał się tego, że to wła­śnie bę­dzie po­czą­tek upad­ku ich ide­al­ne­go ży­cia. Mia­ło być prze­cież jesz­cze le­piej. Jed­nak ży­cie po­to­czy­ło się w in­nym kie­run­ku niż spo­dzie­wa­ła się dziew­czy­na. Ka­rol nie miał ocho­ty zaj­mo­wać się swym po­tom­kiem. Ra­czej go uni­kał. Pod pre­tek­stem de­le­ga­cji wy­jeż­dżał, by­le­by tyl­ko nie mu­sieć pod­cie­rać ma­łe­mu tył­ka czy wsta­wać do nie­go w nocy, gdy za­pła­kał. Je­dy­ne, na co Ola nie mu­sia­ła na­rze­kać, to były pie­nią­dze. Ka­rol, dzię­ki Bogu, przy­no­sił kasy dość spo­ro, choć nie za­wsze były to pie­nią­dze le­gal­nie za­ro­bio­ne. A zresz­tą, kto w tych cza­sach chce dzie­lić się z pań­stwem pra­wie po­ło­wą swo­jej pen­sji? Bo w su­mie tyle wy­cho­dzi: 23 pro­cent VAT-u i 19 pro­cent po­dat­ku do­cho­do­we­go - je­śli jest li­nio­wy. Nie za­po­mi­naj­my też o skład­kach na ZUS, któ­re nie są ni­skie. Je­śli ktoś, tak jak Ka­rol, ma wła­sną fir­mę, to ha­ru­je jak wół, a za­ra­bia jak osioł. Wra­ca­jąc jed­nak do po­sta­wy Ka­ro­la wo­bec oj­co­stwa, trud­no się dzi­wić Oli, że było jej na­praw­dę cięż­ko. Praw­da jest taka, że mo­gła w tym związ­ku li­czyć tyl­ko na sie­bie. Dzię­ki Bogu, mia­ła rów­nież ko­cha­ją­cą mat­kę, któ­ra raz na ja­kiś czas za­bie­ra­ła Igna­sia na noc.

Mimo wszyst­ko Alek­san­dra na­praw­dę sta­ra­ła się utrzy­mać do­bre re­la­cje z part­ne­rem. Dba­ła o to, żeby nie kłó­cić się z nim i nie ro­bić mu awan­tur o byle co, nie strze­lać fo­chów i nie za­bra­niać mu wy­jeż­dżać, cho­ciaż roz­pacz za­bi­ja­ła ją od środ­ka. Chcia­ła jak naj­le­piej dla swo­je­go syna, za­po­mi­na­jąc o swo­jej du­mie. Nie­ste­ty, za­czę­ło to mieć ne­ga­tyw­ny wpływ na jej sa­mo­po­czu­cie i wy­gląd. Prze­sta­ła dbać o sie­bie tak, jak dba­ła wcze­śniej, a Ka­rol nie omiesz­kał tego nie za­uwa­żyć i do­gry­zał jej tek­sta­mi typu: "I tak mnie ni­g­dy nie zo­sta­wisz, bo kto by niby cię chciał?" Po kil­ku­na­stu mie­sią­cach wal­ki o nor­mal­ność, gdy Igna­cy miał już pół­to­ra roku, pew­nej nocy miar­ka się prze­la­ła.

Był maj. Ka­rol nie wie­dział, że to, co się wy­da­rzy, bę­dzie mia­ło ogrom­ne skut­ki na jego całą przy­szłość. Po wie­czor­nej sprzecz­ce, któ­rą rzecz ja­sna spro­wo­ko­wał on sam, wy­szedł, trza­ska­jąc drzwia­mi, i wsiadł na ro­wer. Po­je­chał na wód­kę do przy­ja­cie­la, któ­ry miesz­kał nie­da­le­ko. Chciał przy paru głęb­szych roz­ła­do­wać na­pię­cie po awan­tu­rze z Alek­san­drą. Kie­dy wy­pi­li już z przy­ja­cie­lem wszyst­ko, co mie­li, po­sta­no­wi­li ru­szyć na ro­we­rach w mia­sto, w po­szu­ki­wa­niu przy­gód. Nie­ste­ty, ro­zum Ka­ro­la zo­stał tak przy­ćmio­ny al­ko­ho­lem, że jego wy­ciecz­ka skoń­czy­ła się wy­pad­kiem. W cięż­kim sta­nie tra­fił do szpi­ta­la, gdzie z tru­dem go od­ra­to­wa­no.

Alek­san­dra nie­wie­le zro­zu­mia­ła z tego, co po­wie­dział jej le­karz. Jed­nak za­pa­mię­ta­ła jed­no: zna­czą­co uszko­dzo­ny płat czo­ło­wy, co może mieć strasz­ne kon­se­kwen­cje. Le­karz po­in­for­mo­wał ją, że wiel­ką rolę przy kon­tro­li na­szych emo­cji od­gry­wa re­jon przed­czo­ło­wy, to on jest od­po­wie­dzial­ny za na­wet naj­bar­dziej zło­żo­ne za­cho­wa­nia. Ostrzegł ją rów­nież, że nie­ste­ty, ale praw­do­po­dob­nie szyb­ko za­uwa­ży zna­czą­ce zmia­ny w za­cho­wa­niu Ka­ro­la. Może stać się jesz­cze bar­dziej wul­gar­ny, po­ryw­czy, a na­wet agre­syw­ny. Po tych sło­wach po­cie­sza­ją­co po­kle­pał ją po ra­mie­niu i po­wie­dział, że mo­gło być go­rzej, po­nie­waż po­waż­ne uszko­dze­nia mó­zgu czę­sto pro­wa­dzą do śpiącz­ki lub śmier­ci, a ten pa­cjent żyje.

To był ko­lej­ny cios. Przy­cho­dzi­ła do Ka­ro­la co­dzien­nie. Gdy wresz­cie od­zy­skał po kil­ku­na­stu dniach świa­do­mość, usły­sza­ła z jego ust coś strasz­ne­go:

- Nie­na­wi­dzę cię! To wszyst­ko przez cie­bie, ty kur­wo! Mo­głaś sama za­jąć się dziec­kiem, a nie pier­do­lić mi od rze­czy. Jak tyl­ko stąd wyj­dę, to cię za­bi­ję, ro­zu­miesz?! Za­bi­ję i za­ko­pię w ogro­dzie. Nikt i tak nie bę­dzie cię szu­kać.

Alek­san­dra po­czu­ła moc­ne ukłu­cie w brzu­chu. Ból był nie do znie­sie­nia. Po­cho­dził nie z żo­łąd­ka, a ra­czej z jej stra­chu przed tym, jak da­lej bę­dzie wy­glą­dać jej ży­cie. Zwłasz­cza, a może i przede wszyst­kim dla­te­go, że była w pierw­szym mie­sią­cu cią­ży.

Całe szczę­ście, Ola nie na­le­ża­ła do głu­pich ko­biet. Jej sy­nap­sy w mó­zgu dzia­ła­ły jesz­cze spraw­nie, cho­ciaż - jak wia­do­mo - ko­bie­ty w cią­ży czę­sto mają za­chwia­ny ogląd rze­czy­wi­sto­ści. Po­tra­fią cza­sem my­śleć o zu­peł­nie abs­trak­cyj­nych rze­czach, a za­po­mnieć, jak się na­zy­wa­ją albo dla­cze­go nie­bo ma nie­bie­ski ko­lor. Cóż, to uro­cze, ale bywa moc­no pro­ble­ma­tycz­ne wła­śnie w ta­kich mo­men­tach, gdy cho­dzi o ich dal­sze ży­cie. Jed­nak nad Alek­san­drą czu­wa­ły ja­kieś do­bre moce, a może anio­ły. W porę po­sta­no­wi­ła gru­bą kre­ską od­dzie­lić swo­je ży­cie od ży­cia Ka­ro­la. Chcia­ła go wy­ma­zać nie tyl­ko ze swej pa­mię­ci, ale też z ży­cia swo­ich dzie­ci, któ­re były dla niej naj­waż­niej­sze. Ode­szła od nie­go. Po­wie­dzia­ła so­bie, iż ni­g­dy prze­nig­dy już do nie­go nie wró­ci. Po­pro­si­ła na­wet Ali­sę, by wy­bi­ła jej z gło­wy każ­dy po­mysł po­wro­tu, gdy­by przy­pad­kiem mia­ła ta­kie my­śli.

Na szczę­ście nie było ta­kiej po­trze­by. Ola za­miesz­ka­ła u swo­jej mamy. Ze­bra­ła się do kupy i usta­bi­li­zo­wa­ła swo­je ży­cie na tyle, na ile po­tra­fi­ła. Po­sła­ła Igna­sia do żłob­ka, by móc sa­mej w spo­ko­ju prze­trwać okres, w któ­rym się zna­la­zła. Jej brzuch rósł...

Dla­te­go wła­śnie wia­do­mość, któ­ra usły­sza­ła Ali­sa, że cię­żar­na Ola ma no­we­go part­ne­ra, była dla niej ta­kim szo­kiem.

Roz­dział 2

Alek­san­dra jesz­cze parę mie­się­cy temu, bę­dąc w pią­tym mie­sią­cu dru­giej cią­ży, prze­ży­wa­ła na­praw­dę cięż­kie chwi­le. Nie dość, że mio­ta­ły nią emo­cje spo­wo­do­wa­ne roz­sta­niem z oj­cem dziec­ka, to jesz­cze ten okrop­ny stan bło­go­sła­wio­ny wca­le nie był dla niej przy­jem­ny. Nie­na­wi­dzi­ła swo­jej cią­ży. Czu­ła się w niej kosz­mar­nie. Wy­mio­to­wa­ła co dzień i mdli­ło ją, gdy tyl­ko prze­cho­dzi­ła obok lo­dów­ki. A za­miast przy­bie­rać na wa­dze, jak dzia­ło się po­przed­nim ra­zem, do­słow­nie chu­dła w oczach. Cóż, sa­mot­na cią­ża, bez wspar­cia dru­giej po­łów­ki, dla każ­de­go praw­do­po­dob­nie by­ła­by cięż­kim do­świad­cze­niem. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że Ola mia­ła pod opie­ką syn­ka, któ­ry wkra­czał w nie­szczę­sny okres bun­tu dwu­lat­ka. Ob­ja­wia­ło się to mię­dzy in­ny­mi tym, że na ścia­nie lą­do­wa­ły ka­nap­ki, któ­re z ta­kim ser­cem mu szy­ko­wa­ła, wy­ci­na­jąc krom­ki chle­ba w sło­necz­ka i pie­ski z jego ulu­bio­nej baj­ki. Je­dy­ną chwi­lę od­po­czyn­ku mia­ła wte­dy, gdy syn był w żłob­ku. Na szczę­ście nie pro­te­sto­wał, gdy go tam za­pro­wa­dza­ła. Uwiel­biał inne dzie­ci, dzie­lił się z nimi swo­imi nie­spo­ży­ty­mi po­kła­da­mi ener­gii.

Nie­ste­ty, były też dni, gdy Ola sie­dzia­ła na pod­ło­dze i wy­le­wa­ła z sie­bie li­try łez, nie wie­dząc, co po­win­na ze sobą zro­bić. Bała się o sie­bie, bała się o syna i o ten za­ro­dek, któ­ry ro­snął u niej w brzu­chu. Z po­cząt­ku tak go na­zy­wa­ła, ale gdy wresz­cie po­czu­ła jego ru­chy, zro­zu­mia­ła, że ten mały brzdąc ni­cze­mu nie jest wi­nien i musi go po­ko­chać bez­gra­nicz­nie. Od tam­te­go mo­men­tu tak się sta­ło. Nie zmie­ni­ło to jed­nak fak­tu, że po pro­stu czu­ła się nie­szczę­śli­wa i sa­mot­na.

Pew­ne­go dnia, kie­dy Ta­dzio lub Lu­cjan - bo tak wła­śnie miał na­zy­wać się jej nie­na­ro­dzo­ny dru­gi syn - był już wiel­ko­ści ba­kła­ża­na, Alek­san­dra obu­dzi­ła się kil­ka mi­nut przed szó­stą. Zbu­dził ją Ignaś, któ­re­go łó­żecz­ko sta­ło w jej po­ko­ju. Cho­ciaż dość dłu­go wtu­la­ła gło­wę w po­dusz­kę, uda­jąc, że nie sły­szy jego wo­ła­nia, syn nie da­wał za wy­gra­ną i krzy­czał co­raz gło­śniej. W koń­cu była zmu­szo­na się pod­dać i wstać. Nikt ni­g­dy nie zro­zu­mie bólu mat­ki, je­śli mat­ką nie zo­sta­nie. Je­śli dzwo­ni bu­dzik, moż­na go wy­łą­czyć albo na­wet wy­rzu­cić przez okno. Dziec­ka się nie wy­rzu­ci. Bę­dzie krzy­czeć do skut­ku, aż mat­ka wsta­nie, choć­by w tym cza­sie resz­ta spo­łe­czeń­stwa prze­krę­ca­ła się do­pie­ro na dru­gi bok. Alek­san­dra po­de­szła do Igna­ce­go i na­chy­la­jąc się nad nim, spoj­rza­ła w jego ślicz­ne nie­bie­skie oczy prze­peł­nio­ne mi­ło­ścią. Ten wi­dok za­wsze ła­go­dził jej ner­wy. Przy­tu­li­ła chłop­ca, po­ło­ży­ła obok sie­bie w łóż­ku i dała mu do za­ba­wy ksią­żecz­kę o smo­kach.

Ra­nek był wy­jąt­ko­wo rześ­ki, a moc­ne świa­tło prze­bi­ja­ją­ce się przez czę­ścio­wo za­sło­nię­te ża­lu­je zwia­sto­wa­ło, że nad­cho­dzi uro­czy dzień. Cho­ciaż dla Alek­san­dry dni od pew­ne­go cza­su i tak wy­glą­da­ły iden­tycz­nie. Zle­wa­ły się ze sobą w nie­koń­czą­cy się ciąg mo­no­ton­nie sza­rej ru­ty­ny. By­wa­ły dni, gdy ma­rzy­ła o tym, by wró­cić do biu­ra i stać się przy­kład­nym pra­cow­ni­kiem, któ­ry ślę­czy przed kom­pu­te­rem 8 go­dzin dzien­nie, a w domu za­sta­je ci­szę, spo­kój i od­po­czy­nek. Za­miast tego Ola pra­co­wa­ła zdal­nie z domu, gdy jej syn prze­by­wał parę go­dzin w żłob­ku. Zresz­tą, nie mia­ła od dłuż­sze­go cza­su na­wet siły na to, by prze­do­sta­wać się na dru­gi ko­niec War­sza­wy do miej­sca, w któ­rym pra­co­wa­ła. Cze­ka­ła prze­cież, aż wy­buch­nie i na świe­cie po­ja­wi się ko­lej­ny czło­nek ro­dzi­ny, któ­re­go bę­dzie mu­sia­ła wy­kar­mić.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej.