Gdzieś nad Europą...
Chmury szły gęste, zbite i tak ciemne, że w mrokach nocy trudno je było
dostrzec. Jedynie równa i hałaśliwa praca silników pozwalała
przypuszczać, że tę zwartą masę przecina samolot. Po chwili, kiedy
warstwa obłoków stała się cieńsza, wyłoniła się z niej sylwetka
Liberatora. W tej nieskończonej ciemnogranatowej otchłani maszyna jakby
zastygła w bezruchu.
Załoga siedziała w milczeniu. Każdy tkwił na swoim stanowisku, odprężony
po wykonaniu zadania i czekający na pomyślne lądowanie. Pilot od czasu
do czasu zerkał na oświetloną tablicę wskaźników. Wszystko O.K. -
pomyślał i dodał gazu.
Samolot jakby pchnięty niewidzialną siłą zaczął uciekać niedbale
postrzępionym obłokom. Fakt ten zdenerwował nawigatora, który ślęcząc
nad mapą Merkatora zgubił z pola widzenia swój ołówek kreślarski. Po
chwili w słuchawkach pilota rozległ się ochrypły głos:
-?Następnym razem, jak będziesz zmieniał wysokość, to mnie uprzedź.
Spróbuję wtedy zatrzymać swoje przyrządy.
Znów nastąpiła cisza. Ciemne chmury stały się bledsze, jakby wypłowiałe
od słońca. I kiedy załodze wydawało się, że wkrótce na horyzoncie pojawi
się czerwona tarcza słoneczna, oznaczająca początek nowego dnia, w dole
nagle pojaśniało. Morze świateł wzniosło się z ziemi i popłynęło w stronę samolotu. Ostre stożki reflektorów przecinały niebo, krzyżowały
się i znowu rozchodziły. W chwilę później dołączyła do nich kanonada
artyleryjska.
-?To Balaton! -?stwierdził pilot i zmienił kurs.
Maszyną zakołysało. Ogniste smugi poszły bokiem, by po chwili znów
chwycić w swe macki Liberatora. Blada twarz pilota skamieniała. Zdał
sobie sprawę, że moment nieuwagi, jedna spóźniona reakcja i wysiłek osób
przygotowujących wyprawę mógł pójść na marne. Rozbiegane oczy krążyły
pomiędzy zegarami kontrolnymi a szybą kabiny, za którą rozgrywał się
teatr jednostronnych działań wojennych.
-?Żeby mieć na pokładzie chociaż kilka bomb... -?zamarzył drugi pilot.
Niestety, jedynie strzelec pokładowy mógł posłać serię z karabinów
maszynowych, ale w tych warunkach i na tej wysokości nie miało to
żadnego sensu.
Sekundy biegły tak wolno, iż lotnikom wydawało się, że ktoś celowo
przytrzymuje wskazówki zegara. Jedynie po zroszonych potem twarzach
można było poznać, że czas nie zatrzymał się w miejscu.
Powoli lotnicy uspokajali się. Serca biły już równo, oddech stał się
miarowy, kredowe dotąd twarze nabrały kolorów, a krople potu przestały
opadać na bluzy.
Odetchnęli z ulgą. Minęli niebezpieczny rejon i w bladym przedświcie
dostrzegli niewyraźne zarysy ośnieżonych gór Jugosławii.
Nagle, jakby zbyt mało emocji przeżyli tej nocy, w zasięgu ich wzroku
pojawił się nieprzyjacielski myśliwiec. Był jeszcze daleko, ale z każdą
chwilą jego sylwetka stawała się większa. O ucieczce nie mogło być mowy.
Zbyt wolną mieli maszynę, by mogli umknąć przed lekkim, szybkim i zdolnym do błyskawicznych manewrów Messerschmittem.
Pilot myśliwca nie myślał zrezygnować z okazji strącenia samolotu wroga.
Zwiększył prędkość i ostrą piką zszedł w dół, po czym prostopadle
poszybował w górę i siadł na ogonie Liberatora.
-?Jest za mną! -?krzyknął tylny strzelec.
-?To strzelaj, na co czekasz?! -?odparł zdenerwowany pilot.
Strzelec pociągnął serię z karabinów maszynowych, ale pociski poszły
bokiem. Oddana po chwili następna seria również była niecelna.
Przewaga Niemca rysowała się wyraźnie, a jego zdolność manewrowania
przewyższała wolne, prawie żółwie ruchy Liberatora.
-?Uważaj z lewej! -?ostrzegł strzelec.
Pilot wykonał nagły skręt z jednoczesnym zejściem w dół. Manewr powiódł
się. Me-110 spudłował. Nie dał jednak za wygraną. Ponownie ostrzelał
Liberatora i znowu usiadł na jego ogonie, by za moment odskoczyć i razić
go śmiertelnym ogniem.
Jak wilk dobiera się do rannej ofiary, tak Niemiec atakował alianta. Z rozgrzanych luf sypały się ogniste smugi pocisków -?krótkie, długie,
chwila przerwy na zmianę pozycji, i dalej zacięty atak. Pociski
przelatywały nad kabiną pilotów i nad kadłubem. Wreszcie dosięgły celu.
Przeszyły wzdłuż lewe skrzydło, dziurawiąc je w kilkunastu miejscach.
Myśliwiec, pewny już zwycięstwa, nie odstępował swojej ofiary.
Doskakiwał i uchodził na bezpieczną odległość, mimo iż Liberator starał
się powstrzymać jego huraganowe ataki. Niestety, skuteczność rażenia
bombowca była zbyt mała, aby móc zestrzelić myśliwca. Próbował więc
nabrać prędkości i oderwać się od Niemca, ale brakowało mu mocy.
W czasie jednej z takich prób coś dziwnego zaczęło dziać się z maszyną.
Lotnicy poczuli ogromną wibrację, a równomierna dotąd praca silników
została zakłócona. Bombowiec, sącząc strużkę ciemnego dymu, tracił
szybkość. Wprawdzie nadal utrzymywał się w powietrzu, jednak sunął już
znacznie wolniej i mniej płynnie.
-?Dostaliśmy w lewy, zewnętrzny silnik -?stwierdził pilot.
-?Czy dolecimy? -?zaniepokoił się radiotelegrafista.
-?Wszystko w rękach Boga -?odparł drugi pilot.
-?Jedno jest pewne, szkopa mamy już z głowy.
-?Jak to? -?zdziwił się nawigator. -?Tak łatwo zrezygnował?
-?Nie zrezygnował -?mruknął pilot -?ale z pewnością dostrzegł, że to już
nasze terytorium. Spójrzcie w dół.
Przed załogą roztaczał się wspaniały widok wschodzącego słońca, białych
grzyw na powierzchni morza i nieba nabierającego błękitnych odcieni.
Ostre promienie słońca zaczęły oślepiać pilotów, ale oni nie zważali na
to. Myśleli tylko o jednym: jak dolecieć do bazy?
W wirze walki niemiecki samolot zagalopował się prawie nad Adriatyk, nad
terytorium patrolowane przez brytyjskie myśliwce. Niemiec nie chciał już
ryzykować i wycofał się.
Tymczasem Liberator nadal tracił wysokość. Kłęby ciemnego dymu buchały z silnika, tworząc wokół maszyny gęstą, cuchnącą spalinami mgłę.
Lotnisko było tuż, tuż. Pilot, przekonawszy się o tym, zszedł jeszcze
niżej. Dobiegał końca kolejny lot, kolejne spotkanie ze śmiercią.
-?P jak Piotr prosi o zezwolenie lądowania. P jak Piotr prosi o zezwolenie lądowania -?zgłosił pilot.
Po chwili w słuchawkach odezwała się ziemia:
-?O.K. Możesz lądować.
-?Zrozumiałem -?potwierdził pilot. -?Mam uszkodzenie, zostałem trafiony
w silnik.
W słuchawkach znowu rozlegał się głos wieży kontrolnej, ale pilot już go
nie słuchał. Podchodził do lądowania. Wysunął podwozie i część klap,
ujął gazu i zszedł niżej. Wiał lekki, boczny wiatr. Liberator
przelatywał prawie nad wodami Adriatyku i kiedy wydawało się, że jeszcze
moment i dotknie pomarszczonej tafli, pojawił się urwisty brzeg i maszyna, uderzywszy o betonową nawierzchnię płyty lotniska, zetknęła się
z ziemią na samym początku pasa startowego.
Załoga odetchnęła z ulgą. Wylądowali szczęśliwie. Samolot podkołował i zatrzymał się na środku pasa. Poszczególni członkowie załogi wyskakiwali
z bombowca i szybkimi susami oddalali się od niego.
W tym samym czasie od strony hangaru nadjeżdżały samochody. Były wśród
nich: strażacki i sanitarka. Strażacy błyskawicznie rozwinęli sprzęt
gaśniczy i już mieli podejść do płonącego samolotu, kiedy ogromny wybuch
i towarzyszący mu podmuch powietrza zniweczył ich pracę.
W kilkanaście sekund później przepołowiony wrak Liberatora dopalał się
resztkami słabego ognia.
-?To zbiornik paliwa spowodował ten wybuch -?stwierdził pilot,
zwróciwszy się w stronę zgromadzonych mechaników.
-?Pan kapitan miał szczęście, duże szczęście. -?Jeden z naziemnej
obsługi wyraził to, co pomyśleli inni. -?Wystarczyło jeszcze kilka
minut, a wasza załoga powiększyłaby listę poległych lotników.
-?Los tak chciał -?uśmiechnął się pilot. -?Ale kiedyś ta z kosą...
pewnie nas dosięgnie.
I znowu, nie wiadomo po raz który, ci młodzi lotnicy z emblematem
"Poland" na ramieniu oszukali śmierć, w przedziwny, niemal cudowny
sposób wydostali się z jej objęć. Misja specjalna została zakończona.
Załoga wróciła na lotnisko Campo Cassale koło Brindisi, na południowym
cyplu Włoch, gdzie stacjonowała polska eskadra 1586 specjalnego
przeznaczenia, eskadra przystosowana do wykonywania najtrudniejszych
zadań, nierzadko otoczonych największą tajemnicą. Załogi tej eskadry
niosły pomoc ruchowi oporu, ludziom prowadzącym walkę podziemną na
obszarze okupowanej Europy, jednak ich głównym zadaniem były loty do
Polski. O poszczególnych misjach wiedziało jedynie wąskie grono osób
bezpośrednio zainteresowanych daną akcją. Również i sama załoga w ostatniej chwili, niemal tuż przed startem, dowiadywała się o celu lotu.
Tego typu ostrożność była konieczna, gdyż w grę wchodziło bezpieczeństwo
ludzi znajdujących się w samolocie, oczekujących na placówce zrzutowej i dobro całego przedsięwzięcia.
Eskadra dokonywała zrzutów broni, amunicji, środków wybuchowych,
odzieży, żywności, lekarstw, instruktorów walki podziemnej,
radiotelegrafistów, łączników z tajną pocztą, złotem i walutą. Zakres
działania był szeroki, uzależniony od aktualnych potrzeb.
"Loty wykonywane były indywidualnie, na dalekich trasach, wyłącznie w nocy i na małych wysokościach -?wspomina Henryk Kwiatkowski, jeden z pilotów 1586 eskadry. -?Odnalezienie zrzutowiska w takich warunkach
stawało się twardym orzechem do zgryzienia, tym bardziej że Niemcy mogli
celowo dezorientować załogę ustawianiem fałszywych znaków świetlnych, a ona sama łączności radiowej z ziemią nie miała. Do tego dochodził
jeszcze czynnik najbardziej niebezpieczny -?ogień środków
przeciwlotniczych...".
Nic więc dziwnego, że eskadra ponosiła duże straty w ludziach i sprzęcie
oraz że przyjmowano do niej jedynie doświadczonych lotników, mających za
sobą przynajmniej jedną kolejkę lotów operacyjnych w dywizjonach
bombowych. Nabór kandydatów do służby w tej jednostce odbywał się w sposób ochotniczy -?tak zadecydowały władze lotnicze.
Wszyscy chętni do służby w owej jednostce musieli jednak sprostać
odpowiednim wymogom i warunkom. Przede wszystkim liczyły się
umiejętności lotnicze i odpowiednie predyspozycje. Szczególnie wysoką
poprzeczkę stawiano nawigatorom i pilotom, od których wymagano
doskonałej znajomości nawigacji i orientacji w terenie, a w przypadku
pilotów -?bardzo dobrego opanowania pilotażu.
Niezależnie od tych wszystkich cech lotnicy musieli przejść
przeszkolenie na samolotach używanych w dywizjonach specjalnych, czyli
na Halifaxach i Liberatorach. W czasie treningów ćwiczyli loty na małych
wysokościach i w trudnych warunkach atmosferycznych.
Z szerokiej gamy spraw związanych z przygotowaniem lotu na czoło wysuwał
się główny cel operacji -?ładunek przewożony do określonego miejsca w Europie oraz skoczkowie ("cichociemni"). Nad całością zagadnień
związanych z przerzucaniem spadochroniarzy oraz sprzętu czuwała w Oddziale V Komendy Głównej AK "komórka zrzutów", która na początku wojny
podlegała władzom lotniczym, a następnie, od 1942 roku, uzyskała
samodzielność, stając się wydziałem.
"Komórka zrzutów" określana była różnymi kryptonimami, za pomocą których
można było się z nią kontaktować (zazwyczaj drogą radiową). Najczęściej
używano kryptonimu "Syrena" i "Grad", chociaż stosowano też kryptonimy
liczbowo-literowe, bardziej skomplikowane i trudniejsze do
rozszyfrowania przez wroga.
"Komórka zrzutów" zajmowała się organizowaniem placówek odbiorczych i utrzymywała stałą łączność z Oddziałem VI Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie (korespondencja dotyczyła przede wszystkim zagadnień związanych
z organizacją zrzutów). Jej pracownicy czuwali nad ewakuacją zawartości
zrzutów z placówek, ich rozdziałem do poszczególnych miejsc zbiorczych,
punktów kontaktowych i lokali przeznaczonych dla "cichociemnych".
Na początku wojny, kiedy dokonywano pionierskich lotów nad Polskę,
organizowaniem placówek odbiorczych zajmowali się oficerowie lotnictwa i przybyli z Wielkiej Brytanii "cichociemni". Później, kiedy liczba
placówek odbiorczych wzrosła do kilkunastu, rozsianych po całym niemal
terytorium kraju (z wyjątkiem terenów zachodnich), "komórka zrzutów"
zaczęła odczuwać dotkliwy brak ludzi. W tej sytuacji organizowanie
placówek powierzono działaczom terenowym i rejonowym oddziałom Armii
Krajowej, a zagadnieniami technicznymi operacji lotniczych zajmował się
Wydział Lotnictwa KG AK, który dysponował całym sztabem oddanych sprawie
fachowców.
Ze względu na to, iż w grę wchodziło życie skoczków spadochronowych oraz
ogromna wartość zrzucanych zasobników, odbiór na placówkach w kraju
musiał być opracowany w najdrobniejszych szczegółach. Najmniejsza
pomyłka mogła zniweczyć trud setek ludzi, a zrzucone materiały mogły
dostać się w ręce Niemców.
Pierwsze zrzuty ludzi i sprzętu odbywały się "na dziko", ale szybko
przekonano się, iż metoda taka przynosi zbyt duże straty w sprzęcie i ludziach. Analizowano różne warianty i propozycje. Długie tygodnie
trwały narady, których tematem było rozwiązanie technicznej strony
zagadnienia. W końcu postanowiono, że zrzuty dokonywane będą wyłącznie
na placówki odbiorcze (ewentualnie na zapasowe), odpowiednio
przygotowane, zabezpieczone i w ściśle określonym terminie. Ustalono
też, że do Londynu będą przekazywane jednolite dane, współrzędne z map,
określające w sposób bardzo dokładny miejsce zrzutu.
Loty operacyjne trwały od jesieni do wiosny, w tym czasie też
przekazywano do Londynu wykaz uruchomionych w kraju placówek. Zarówno
załogę samolotu, jak i obsługę zrzutowiska obowiązywał swego rodzaju
regulamin i jego wskazania były na ogół przestrzegane. Otóż samolot z ładunkiem lub skoczkami miał wyznaczoną placówkę odbiorczą, na której
powinien dokonać zrzutu. Jeśli nie mógł tam dotrzeć lub placówka nie
odpowiadała na sygnały, wówczas kierował się na placówkę zapasową. Gdyby
tam również były kłopoty, powinien udać się w rejon zapasowy, ale tylko
po to, aby skoczkowie mogli opuścić pokład maszyny. W takiej sytuacji
sprzęt w postaci zasobników i paczek musiał wrócić do bazy, gdyż obsługa
zrzutowiska zapasowego rejonu nie była w stanie przyjąć większej ilości
sprzętu. Czuwało tam zazwyczaj zaledwie 2 lub 3 ludzi, mogących zapewnić
skoczkom osłonę oraz wskazać punkty kontaktowe.
Z rejonów zapasowych korzystano zazwyczaj w czasie ciemnych nocy i złych
warunków atmosferycznych, kiedy samolot nie trafił do właściwego miejsca
zrzutu. Zdarzały się i takie przypadki, że placówka odbiorcza została
"spalona" i swojej pozycji nie sygnalizowała światłami.
Z czasem, kiedy zaczęto do Polski wysyłać kilka, a nawet kilkanaście
samolotów jednocześnie, powstały wyspecjalizowane placówki odbioru.
Dzieliły się one na typ "A" (przyjmowały ludzi) oraz typ "B"
(przyjmowały wyłącznie sprzęt i materiały). Placówki, na których
lądowali skoczkowie, musiały mieć liczną eskortę i środki szybkiego
transportu, zapewniające natychmiastowy przerzut ludzi, waluty i tajnej
poczty do zakonspirowanych lokali. Placówki typu "B" miały również
liczną obsługę, gdyż przejęcie i ukrycie sprzętu należało zorganizować
szybko i sprawnie.
Stosowano zwykle dwa podstawowe zestawy, które pakowane w sześć
zasobników zabierał jeden samolot i zrzucał na jedną placówkę odbiorczą.
Zestaw "OW" -?ognisko walki -?zawierał 2 karabiny maszynowe i 1260 naboi
do każdego, 18 pistoletów maszynowych Sten i po 522 naboje, 21
pistoletów Colt i po 25-50 naboi, 40 granatów ręcznych, 76 granatów
przeciwpancernych oraz 118 kg plastyku i środków zapalających.
W skład zestawu "MD" -?minersko-dywersyjnego -?wchodziło 265 kg
plastyku, 10 Stenów, 20 granatów ręcznych, 8 granatów przeciwpancernych
i 13 ładunków kolejowych.
Dowództwo AK szczególną wagę przywiązywało do tego, aby wszystkie
poczynania związane z przyjęciem skoczków i sprzętu zachować w całkowitej tajemnicy. Wszystkie tego typu akcje określano jako "ściśle
tajne", a o ich przebiegu i terminie wiedziało nieliczne grono
zaufanych, należących do ścisłej konspiracji pracowników.
Aby zgrać przylot samolotu z uruchomieniem placówki odbiorczej,
wprowadzono system zapowiedzi radiowych, który polegał na nadawaniu w audycjach polskiego radia BBC ustalonych melodii sygnałowych
zapowiadających lot do kraju. Później, w 1944 roku, podawano w audycjach
trzycyfrowe liczby, przyporządkowane poszczególnym placówkom. Ażeby
uchronić załogę samolotu i oczekujących na dole przed wszelkiego rodzaju
omyłkami i niedomówieniami organizacyjnymi, Sztab Naczelnego Wodza
wprowadził w życie jednolite przepisy, zebrane w odpowiednią instrukcję
i dostarczone do zainteresowanych osób w kraju oraz w bazie, z której
startowały samoloty.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki