W nowych onkolicznościach. Moje życie z chorobą nowotworową - Marek Migalski

Kup ebooka

41.50 zł
33.20 zł (41,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

To książka, którą chciałbym przeczytać w momencie, w którym dowiedziałem się, że mam raka. Był październik 2025 roku i po standardowej kolonoskopii, po której miałem nadzieję, że lekarz powie mi: "jest pan "czysty", widzimy się za pięć lat", a dowiedziałem się od niego, iż mam zmiany w jelicie grubym i jego zdaniem to są zmiany rakowe, wymagające już operacji. To był grom z jasnego nieba, bo zupełnie nie spodziewałem się takiej diagnozy. Nie miałem żadnych objawów, które mogłyby świadczyć o tym, że coś złego dzieje się w moich trzewiach. Mocno zszokowany i lekko przerażony, nie za bardzo wiedziałem, skąd wziąć informacje o tym, co mnie czeka. Przeszukiwałem internet, ale to tylko pogłębiało mój niepokój i niepewność. Tym, czego wówczas potrzebowałem, były rzetelne rady dotyczące mojej najbliższej przyszłości - konsultacji, oszacowania szans przeżycia, szczegółów czekającej mnie operacji i późniejszej terapii. Niczego takiego nie znalazłem.

Ta książka ma być tym, czego wówczas pragnąłem - osobistym poradnikiem dla chorujących na nowotwór i ich bliskich. Ma pokazać, z czym przyjdzie im się zmierzyć, czego mogą się spodziewać w nadchodzących dniach, tygodniach, miesiącach. Ma być przewodnikiem, który pomoże przejść przez graniczne doświadczenie, jakim jest diagnoza choroby nowotworowej i świadomość, że od tej chwili jest się pacjentem onkologicznym. Pomocą w tym trudnym czasie.

Podkreślę jedynie przymiotnik "osobisty" użyty w poprzednim akapicie. Nie jestem wszak lekarzem, nie mam wystarczającej wiedzy medycznej, by coś doradzać lub odradzać. Ale przeszedłem cały ten proces - od chwili, gdy dowiedziałem się, że mam raka, przez operację, po niedawno zakończoną półroczną chemioterapię. Mogę więc być pomocny jako towarzysz podróży w zmierzeniu się z tym doświadczeniem. Nie jako autorytet, wszystkowiedzący mędrzec, profesor medycyny. Raczej jako kolega z sali szpitalnej, przyjaciel, życzliwy przechodzień. Wierzę, że taka perspektywa jest potrzebna chorym onkologicznym i ich bliskim.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza jest zapisem wszystkiego, co mnie spotkało - od momentu stwierdzenia obecności nowotworu, przez pierwsze diagnozy i operację, po długą chemioterapię (ze wszystkimi towarzyszącymi jej niespodziankami). Na drugą składają się zapiski z mojego dziennika, który prowadzę od kilku lat. Są bardziej osobiste, intymne, bardzo szczere. Połączenie tych dwóch sposobów pisania o chorobie może pokazać walkę z nią w inny niż obowiązujący w przestrzeni medialnej sposób. Mam nadzieję, że tak się stanie. Podobnie jak na to, że każdy, kto sięgnie po tę lekturę, wyniesie z niej korzyść dla siebie i ulgę w walce z nowotworem. Oby tak właśnie się stało.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jesienią 2025 roku postanowiłem "wziąć się za siebie". Nie żebym był wcześniej jakoś zaniedbany. Co to, to nie! Nieźle się odżywiałem, uprawiałem sporty (w stopniu umiarkowanym, a więc takim, jaki jest najlepszy dla zdrowia - żadnych maratonów, triatlonów, za to dużo roweru, nart w zimie, pływania latem), nie paliłem, nie nadużywałem alkoholu (no, może trochę przesadzałem z winem w czasie wakacji we Włoszech czy w Grecji). Ale jako że miałem już pięćdziesiąt sześć lat, uznałem, iż najwyższy czas zrobić przegląd i przekonać się, czy wszystko w maszynerii mojego organizmu jest w jak najlepszym porządku.

Najpierw poszedłem do dermatologa, żeby sprawdził moje pieprzyki i znamiona na skórze, które mogły być potencjalnie groźne. Zgodnie z moimi oczekiwaniami pani doktor po wnikliwym przyjrzeniu się mojemu boskiemu ciału oznajmiła, że wszystko jest gites, a te niepokojące mnie pieprzyki są całkowicie bezpieczne i nie powinienem się nimi przejmować. Czyli poszło zgonie z planem.

Następnym punktem była kolonoskopia. Od pewnego czasu chciałem ją sobie zafundować, ale zawsze brakowało czasu, ciągle coś było ważniejsze, no i trochę się wstydziłem wystawiać tyłek jakiemuś obcemu facetowi. Bo niby po co to wszystko? - pytałem sam siebie. Żeby dowiedzieć się, że jest okej i nic niepokojącego nie ma w moich jelitach?

Bo trzeba Wam wiedzieć, że pozytywnego wyniku kolonoskopii byłem prawie pewien - nic mnie nie bolało, nie miałem żadnych, ale to żadnych objawów nawet wczesnego zagnieżdżenia się we mnie raka, najmniejszych oznak, że coś może być nie tak. W końcu jednak uznałem, że czas się przełamać i mieć to wreszcie za sobą. Skontaktowałem się z odpowiednią placówką w Wodzisławiu Śląskim i umówiłem wizytę.

Okazało się, że jako pięćdziesięciosześciolatek mam prawo do darmowego zabiegu w ramach badań przesiewowych. No to już bajka - pomyślałem. Nie dość, że będę to miał wreszcie za sobą, to w dodatku za friko. Otrzymałem od pań z recepcji informacje o sposobie przygotowania się do kolonoskopii oraz preparaty do zastosowania przed badaniem. W normalnych warunkach raczej zaoszczędziłbym Wam szczegółów owych przygotowań, ale w tej książce właśnie o takie rzeczy jednak będzie chodzić - by zwiększyć wiedzę tych, którzy doświadczą tego, co było moim udziałem, oraz ich rodzin i bliskich. Nic zatem nie będzie Wam oszczędzone!

W skrócie wygląda to tak, że na dwadzieścia cztery godziny przed badaniem już właściwie się nie je, ale za to się pije. I to dużo. Oraz - jak się domyślacie - aplikuje się środki przeczyszczające. Powiem tak - to nie jest miłe i przyjemne, uwalniające i rozluźniające. Oj, nie. Po połknięciu pierwszej dawki przez dwie lub nawet trzy godziny nie działo się nic. Już nawet zacząłem się lekko niepokoić, czy aby poprawnie przeczytałem ulotkę i czy nie zrobiłem czegoś nie tak. Ale właśnie jakieś trzy godziny po zażyciu leku poczułem, że chyba muszę puścić bąka. Przezornie jednak, nie do końca sobie ufając, poszedłem do toalety i usiadłem na desce klozetowej. Opatrzność nade mną czuwała, bo - jak pewnie znowu się domyślacie - sprawa nie skończyła się na uwolnieniu gazów. Oj, nie! Uwolniły się moce piekielne! Wywaliło ze mnie w tym pierwszym uderzeniu całe moje wnętrze - a przynajmniej takie miałem wrażenie. To nie było oddanie stolca, to była próba przebicia się przez mój kibel do wnętrza Ziemi! To było jak pierwsze wbicie się w dno morskie przez wiertła platformy Shell na Morzu Północnym! To był armagedon!

Nim zdążyłem posprzątać efekty tego tsunami ze ścian muszli, nadeszła druga fala! A potem trzecia! I czwarta! Już miałem pewność, że ulotkę przeczytałem prawidłowo. Czy się z tego powodu cieszyłem? Nie miałem czasu, bo nadchodziła piąta fala.

Tyle Wam powinno wystarczyć. Dość powiedzieć, że gdy w końcu następnego dnia rano pojechałem do poradni, w której miano mi wykonać kolonoskopię, byłem tak umęczony, że pragnąłem już tylko, by podano mi wreszcie narkozę i bym mógł spokojnie zasnąć. Tak też się stało - dość szybko mnie przyjęto, podano fartuszek odsłaniający tylną część ciała (szkoda, że nie zrobiłem sobie fotki w tym uroczym wdzianku) i położono na stół "operacyjny". Miło się gawędziło z personelem w oczekiwaniu na przyjście lekarza. Wreszcie wszedł do pokoju zabiegowego i... tyle z tego pamiętam.

Obudziłem się po jakimś czasie jeszcze w tym samym pomieszczeniu. Mało tego, widziałem ekran, na którym ewidentnie mogłem pooglądać wnętrze mojego jelita, bo zabieg jeszcze trwał! Ale nic nie bolało - zapewniam Was. Co więcej, byłem na tyle przytomny, że rozmawiałem z lekarzem i obiecałem, że muszę mu opowiedzieć o pewnym eksperymencie psychologicznym, który niedawno wykorzystałem w mojej książce (100 najsłynniejszych eksperymentów psychologicznych świata i ich znaczenie dla rozumienia polityki). Wyraził zaciekawienie i umówiliśmy się, że za kwadrans widzimy się u niego w gabinecie, żeby omówić wyniki kolonoskopii.

Przebrałem się, po czym mój przyjaciel, z którym przyjechałem (nie wolno po narkozie samemu prowadzić auta), odprowadził mnie do poczekalni i miło sobie gawędząc, oczekiwaliśmy wezwania do lekarza na podsumowującą rozmowę.

Po kilkunastu minutach poproszono nas do gabinetu. Przy drzwiach rzuciłem lekko:

- Panie doktorze, jakie pan ma dla mnie wiadomości?

Oczekiwałem oczywistej odpowiedzi, że mam piękne i czyste jelita charakterystyczne dla miłych ludzi i że widzimy się za pięć lat.

Usłyszałem jednak:

- Średnie.

Nie do końca chyba od razu skojarzyłem, o co chodzi.

- W sensie? - dopytałem niezbyt mądrze.

- Mam dla pana średnie wieści - odparł spokojnie lekarz. I kontynuował: - Już przy wychodzeniu z pana natrafiłem na zmianę nowotworową i wygląda na to, że jest ona operacyjna.

Powoli, bardzo powoli docierało do mnie, że mam raka. Ale gdybym się teraz siebie zapytał, czy wówczas, w tym gabinecie, zdałem sobie z tego sprawę, to chyba nie mógłbym tego potwierdzić.

Zmiana nowotworowa operacyjna? Czyli trzeba to wyciąć i będzie po wszystkim - tak chyba wówczas myślałem. Nie do końca dziś to pamiętam, bo to jednak był szok. Wiem tylko, że gdy wracaliśmy z przyjacielem do domu, to w aucie panowała dziwna atmosfera. On o wiele szybciej niż ja zdał sobie sprawę z tego, co usłyszeliśmy. Ja potrzebowałem trochę więcej czasu. To zresztą chyba naturalne i myślę, że większość ludzi (oraz ich bliskich) słyszących tę diagnozę tak właśnie reaguje - nie tyle niedowierzaniem (bo to nie jest kwestia wiary), lecz jakimś chwilowym (choć ta chwilowość może trwać długo) odseparowaniem się od prawdy. Prawdy o tym, że właśnie stali się pacjentami onkologicznymi.

Na marginesie - temu lekarzowi z Wodzisławia zawdzięczam, że wciąż walczę o życie. Bo przecież mógł nie zauważyć tego nowotworu, zagadać się z pielęgniarką, nie dość wnikliwie przeprowadzić badanie. Wszak sam powiedział, że zmianę dostrzegł, już ze mnie wychodząc. Gdyby nie wykazał się profesjonalizmem, nie otrzymałbym diagnozy i żyłbym sobie jeszcze przez pewien czas, będąc pewnym, że wszystko ze mną w porządku - podczas gdy rak atakowałby kolejne organy. Aż do momentu, gdy z bólem brzucha i krwią w stolcu zgłosiłbym się na SOR, z którego prawdopodobnie skierowano by mnie na onkologię, lekarze stwierdziliby IV stopień zaawansowania choroby i leczyliby mnie już tylko paliatywnie (przez kilka miesięcy oddzielające mnie od śmierci).

Aha, chcecie się dowiedzieć, co to był za eksperyment psychologiczny związany z kolonoskopią? Okej, służę (zresztą lekarzowi też o nim wówczas opowiedziałem, choć do dziś nie mam pojęcia, jak znalazłem na to siłę - wyparcie?). Opisuje go w swojej książce Pułapki myślenia Kahneman. Osoby poddawane kolonoskopii podzielono na dwie grupy. U pacjentów z pierwszej grupy przeprowadzono normalne, dość bolesne badanie bez znieczulenia, trwające kwadrans. Drugiej zrobiono dokładnie to samo, ale dodatkowo, już na końcu, przez pięć minut trzymano w odbycie narzędzie do kolonoskopii, ale w takim miejscu, że pacjenci nie odczuwali prawie żadnego bólu. Mówiąc w skrócie: pierwsza grupa dostała dawkę bólu "X", a druga "X" plus 5 minut minimalnego bólu. Teraz pytanie: gdy po kilku miesiącach zapytano wszystkich badanych o to, czy zdecydowaliby się na powtórny zabieg, w której grupie było więcej chętnych? Tak, macie rację - w drugiej! W tej, w której całościowa dawka bólu była... większa ("X" plus 5 minut). Dlaczego? Jak przekonuje Kahneman, z tego powodu, że nasz mózg zapamiętuje zazwyczaj to, co dzieje się na końcu jakiegoś wydarzenia, a nie na jego początku.

W polityce ma to zastosowanie takie, że jeśli rządzący chcą społeczeństwu zaaplikować jakieś bolesne reformy, ale także wręczyć miłe socjalne bonusy, to te pierwsze powinni przeprowadzać na początku kadencji, a te drugie dawać na jej końcu, tuż przed następnymi wyborami. A jaki wniosek z tego płynie dla naszego życia prywatnego? Na przykład taki, że w czasie wakacji nie oszczędzajcie na ostatnim hotelu i ostatniej kolacji przed lotem powrotnym do kraju. No i zachowujcie się dobrze przy rozstawaniu się z żoną czy z mężem, kochankiem czy kochanką.

*

W kilka dni po kolonoskopii... poleciałem w miłym towarzystwie pewnej damy do Egiptu. Nie, nie była to histeryczna reakcja na diagnozę lub próba wyparcia jej z umysłu. Ten wyjazd miałem po prostu zaplanowany (i opłacony), więc nie było powodu, bym z niego zrezygnował. Czy to przejaw skąpstwa? Nie osądzajcie mnie zbyt surowo - co niby innego miałem zrobić? Zostać w kraju i się zamartwiać? Powiedzieć towarzyszce, że co prawda obiecałem jej Morze Czerwone i bardzo elegancki hotel, ale jednak zostaniemy w Polsce i spędzimy ten czas u mnie na wsi?

Poleciałem więc do tego cholernego Egiptu i w miarę sympatycznie spędziłem tam kilka dni. Partnerce nie powiedziałem o chorobie, bo nie byliśmy tak blisko, żebym musiał ją obciążać moimi problemami. I tak zresztą miała na głowie swoje kłopoty... z własnym facetem (umówiliśmy się - bez osądzania, tak?). Czy w Hurghadzie myślałem o raku? Tak. Czy się zamartwiałem? Tak bym tego nie określił. Po pierwsze, chyba jednak wciąż byłem w szoku, a po drugie - nie wiedziałem, na jakim etapie jest nowotwór i po cichu liczyłem, że to dopiero początkowa faza i jak go wytniemy, to będzie po sprawie.

Po powrocie do Polski wyczekiwałem telefonu z poradni. Do trzech tygodni miały przyjść wyniki badań histopatologicznych. Pewnego dnia usłyszałem dzwonek telefonu i od razu wiedziałem, kto i w jakiej sprawie chce ze mną rozmawiać.

- Pan Migalski? - usłyszałem w słuchawce.

- Tak, to ja - potwierdziłem.

- Mamy pana badania histo. Prosimy o jak najpilniejsze zgłoszenie się do nas. Czy byłoby to możliwe dziś lub jutro?

Nogi się pode mną ugięły. Bo ta prośba o pośpiech nie wróżyła niczego dobrego. Akurat byłem w Raciborzu na zakupach, więc powiedziałem, że do godziny będę w Wodzisławiu. Byłem przerażony. Nie miałem wątpliwości, że jadę po złe wieści.

Wiecie, co było najśmieszniejsze? Że w tamtym momencie zauważyłem u siebie tendencję do odbijania. Rozumiecie? Takie uczucie jak po wypiciu napoju gazowanego. Jechałem do tej poradni i co chwila chciało mi się bekać (jak to się niezbyt kulturalnie mówi). Wpadłem trochę w panikę, że to pewnie sygnał, iż mam raka także w żołądku, wątrobie, a pewnie i w trzustce (a co sobie będę żałował!). Stan ten trwał zresztą kilka dni. Dopiero po czasie przeczytałem, że takie objawy mogą być skutkiem stresu. A ja w tamtym momencie miałem do niego powody.

Po wejściu do poradni wręczono mi wyniki i kazano czekać na wezwanie do lekarza. Zacząłem nerwowo wszystko czytać i od razu sprawdzać w necie. Z dokumentów wynikała jedna zła i jedna dobra informacja. Zła, że jednak mam raka. Dobra, że ma low grade, czyli jest mało złośliwy. Nie wierzyłem w swoje szczęście! Bo że walczę z nowotworem, to już wiedziałem i nie było to dla mnie zaskoczeniem, ale że jest on "niskoemisyjny", to już było coś naprawdę miłego.

Lekarz potwierdził obie na szybko wyczytane przeze mnie wiadomości. W dodatku podkreślił, że umiejscowienie raka w esicy daje duże szanse na to, że po pierwsze, nie przerzucił się na inne organy (bo - jak powiedział - ten odcinek jelita grubego jest jakby chroniony dodatkową otuliną), a po drugie, że zmiana jest na tyle daleko od odbytu, że prawie na pewno nie grozi mi po operacji stomia (wiecie, taki odbyt na zewnątrz).

Nie mam pojęcia, z której informacji ucieszyłem się bardziej! Tak, wiem, nie świadczy to o mnie najlepiej, bo jednak kwestia tego, czy inne organy mojego ciała (poza jelitem) nie zostały zaatakowane przez nowotwór, jest ważniejsza od tego, czy będę chodził z kałowym woreczkiem koło brzucha, ale szczerze Wam opisuję, co wtedy czułem. Okazało się zatem, że w sumie wyniki histopatologiczne nie są dla mnie takie złe i że niepotrzebnie wpadłem w panikę. Jesteście ciekawi, czy bekanie przeszło? Uważni czytelnicy wiedzą, że nie. Świadczy to o tym, że mój organizm był mądrzejszy ode mnie. Bo przyszłość pokazała, że mój ówczesny optymizm był nieco na wyrost.

Co działo się później? Oczywiście od razu zacząłem szukać szpitala, w którym mógłbym zrobić sobie (jakże nieszczęśliwe określenie - "zrobić sobie", aha, na pewno) operację. I tu następuje jeden z kluczowych momentów mojej opowieści, bo to bardzo ważna decyzja. Będę szczery - szpital szpitalowi nierówny i lekarz lekarzowi nierówny. Nie chcę nikogo obrazić, naprawdę nie jest to moim zamiarem, ale trzeba uznać ten banalny fakt, że ludzie (także chirurdzy czy onkolodzy) różnią się wiedzą, doświadczeniem, umiejętnościami. Jeśli ta oczywista konstatacja dotyczy mechaników samochodowych czy fryzjerów, to także lekarzy. Nie wolno zapomnieć o niej w tym właśnie momencie walki z rakiem i warto rozejrzeć się za dobrym szpitalem z dobrą opinią. Oraz z dobrymi fachowcami. Ja zdecydowałem się na Szpital św. Barbary w Sosnowcu. I nie żałuję, bo spotkałem tam naprawdę wybitnych lekarzy i troskliwą opiekę. Żeby było jasne - nie twierdzę, że w innych placówkach w naszym regionie jest gorzej, nie mam zamiaru nikogo do niczego zniechęcać. Po prostu apeluję - zastanówcie się przed podjęciem ostatecznej decyzji, gdzie i z kim u boku będziecie walczyli o życie. To może być kluczowe dla zwiększenia Waszych szans na dalszą egzystencję. Zatrzymajcie się, pomyślcie, popytajcie znajomych - i wtedy skierujcie swoje kroki do odpowiedniej placówki.

Za radą przyjaciół zrobiłem sobie także tomografię komputerową (Boże, znowu to "zrobiłem sobie"). Nie wiedziałem wtedy, jak ważne są jej wyniki. W skrócie - jeśli TK wykazałaby, że mam zmiany rakowe w innych (tzw. "odległych") organach, takich jak płuca, wątroba czy otrzewna, oznaczałoby to, że jestem... w ostatnim stadium choroby i że mam dziesięć do piętnastu procent szans na przeżycie pięciu lat. Wtedy zupełnie o tym nie wiedziałem i poszedłem na badanie "na pewniaka". Może i dobrze, bo zaoszczędziłem sobie stresu. Wyniki były takie, jakich mogłem oczekiwać - tak, jest zmiana nowotworowa w jelicie, ale w okolicy jamy brzusznej i miednicy nie widać nic niepokojącego. Mogłem odetchnąć.

*

Mam jedną zabawną historię. A może nawet dwie. Przygotowując się do badania, trzeba wypić dwa litry wody z jakimś syfem (zwanym kontrastem). Nie jest to bardzo niesmaczne, ale... wzmaga parcie na pęcherz. Gdy już zbliżała się moja kolej, latałem do ubikacji oddalonej o kilkadziesiąt metrów już właściwie od kwadransa. Szybko wracałem, pilnując, żeby nie przepadła moja kolejka. Ale gdy już miałem wchodzić na badanie (które trwa jakieś dwadzieścia minut, może nawet dłużej), znowu poczułem, że muszę się wysikać. Stanąłem więc wobec pytania o wiele ważniejszego niż słynne: "być albo nie być". Brzmiało ono: "sikać czy nie sikać?". W obawie o wypadnięcie z kolejki podjąłem heroiczną de facto decyzję: siedzieć, nie sikać!

I opłaciło się, bo gdy już (z prawie pełnym pęcherzem) miałem wchodzić do pracowni TK... nagle podjechała ekipa z oddziału szpitalnego z pacjentką na łóżku i poleceniem jak najszybszego wykonania USG. Co za ulga! Bo gdy tylko zamknęli za sobą drzwi od wewnątrz, pędem poleciałem do kibelka na końcu korytarza, wysikałem się na maksa i z puściutkim pęcherzem zameldowałem się pod pracownią. Po chwili drzwi się uchyliły, ekipa z oddziału wyjechała z pacjentką, a ze środka doszedł mnie słodki głos pielęgniarki:

- Pan Migalski, proszę.

Wkroczyłem więc idealnie przygotowany i w dobrym nastroju.

A druga anegdota? Gdy położono mnie już w maszynie i podłączono do wszystkich wenflonów, miła pani przeprowadzająca badanie poinformowała mnie, że w pewnym momencie wpuszczą we mnie kontrast i że może to być uczucie ciepła spływającego od głowy w dół.

- W dół, rozumie pan? - dopytywała

- Nie bardzo - odparłem.

- No poczuje się pan tak, jakby się pan zsikał w majtki - wyjaśniła już bez zbędnej aury tajemniczości.

Aha - pomyślałem. Czyli jednak dobrze, że wcześniej odcedziłem się do suchutka, bo w przeciwnym przypadku nie o złudzenie oddawania moczu w majtki mogłoby chodzić.

I rzeczywiście już pod koniec TK poczułem ciepło idące od głowy... w dół. Gdy usadowiło się ono w okolicach krocza, myślałem tylko o jednym - czy to ułuda, czy może jednak gdy wstanę, wszyscy będziemy świadkami pewnej złocistej niespodzianki. Na szczęście okazało się, że badanie zakończyło się tylko złudzeniem i nie przeszedłem do historii tej akurat pracowni.

*

Czas zatem poddać się operacji. Jak już wspomniałem, wybrałem szpital w Sosnowcu i lekarze byli gotowi pociąć mnie już na początku listopada. Ale poprosiłem o tydzień zwłoki. Już pewnie domyślacie się, o co mogło chodzić. Tak, chciałem jeszcze gdzieś polecieć, w miejsce dalekie i egzotyczne - żeby potem, już po operacji, móc wspominać jakieś piękne widoki i nie wyć z żalu, że jestem uwięziony w ojczyźnie. Zaplanowałem więc na szybko miniobjazdówkę po Tajlandii (Wyspy Phi Phi, Krabi, Phuket) i uzyskałem zgodę na tygodniowe wagary od leczenia. W tamtym czasie sądziłem, że już w kilka tygodni po wycięciu części jelita będę mógł ponownie podróżować po świecie i w pełni cieszyć się życiem. Nie byłem świadom, że zmagam się z przeciwnikiem o wiele bardziej przebiegłym i groźnym. Może i dobrze.

Wróciłem z Tajlandii piętnastego listopada i już następnego dnia zostałem przyjęty do szpitala. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin zmieniłem wygodny i komfortowy hotel z widokiem na Morze Andamańskie na szpitalne łóżko. Poważna i dotkliwa różnica. Cieszyłem się jednak na to, co mnie czeka, bo chciałem już pozbyć się z organizmu tego świństwa. Operację wyznaczono na osiemnastego listopada, a ja zaraz po trafieniu na oddział chirurgii zamieściłem w mediach społecznościowych stosowny wpis. I przyznam, że nie spodziewałem się takiej reakcji. Setki tysięcy osób (a może nawet miliony) poczuło się jakoś poruszonych tym, co napisałem. A co zamieściłem na moich soszjalach? Banalną w sumie rzecz - po poinformowaniu o chorobie zaapelowałem, żeby się badać. Nie wiem, co się stało, że wywołało to tak masowe poruszenie (zwłaszcza że nigdy nie należałem do osób szczególnie lubianych - o co zresztą starannie latami dbałem). Może przyczyną było to, iż wspomniałem, że wcześniej nie miałem żadnych, ale to naprawdę żadnych objawów raka jelita grubego (nawet tych świadczących o wczesnym etapie choroby)? Może szczerość tej wypowiedzi? Nie mam pojęcia.

Zalało mnie tsunami życzliwości! Zupełnie obcy ludzie pisali do mnie z życzeniami wyzdrowienia, wspierali mnie opowieściami o pokonaniu przez nich lub ich bliskich podobnych kłopotów, zapewniali o modlitwach za mnie. Było to dla mnie szokujące - tym bardziej że kilka miesięcy wcześniej stałem się w Polsce wrogiem publicznym numer jeden po tym, gdy nazwałem pilota F-16, który rozbił się na pokazie w Radomiu, "przestępcą" i "nieudacznikiem". Dokonano na mnie wówczas publicznego linczu, choć zaraz następnego dnia przeprosiłem za te słowa (podtrzymałem natomiast mój krytyczny sąd o tym, co ów pilot zrobił, bo jeśli było to jego winą, to nie tylko rozbił jedną z czterdziestu pięciu maszyn tego typu, którymi Polska dysponuje, wartą tyle, co budowa pięciu szpitali, ale także naraził na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia setki, a może nawet tysiące widzów pokazu w Radomiu). Wtedy, latem 2025 roku, wiele redakcji przestało mnie zapraszać do swoich studiów, portale i gazety (z jednym wyjątkiem) zakończyły ze mną współpracę i nie chciały już publikować moich tekstów, a rektor mojego uniwersytetu nie tylko wydał list otwarty, w którym potępiał moje słowa, ale także ukarał mnie upomnieniem. Dostałem wówczas kilka tysięcy życzeń śmierci oraz około dwudziestu gróźb zabicia mnie (coś w stylu: wiem, gdzie pracujesz i mieszkasz, już jesteś martwy, nie dożyjesz następnego tygodnia itp.).

Tym dziwniejsze było to, czego doświadczałem w tym momencie. Być może przyczyną było to, że jako osoba publiczna jestem niejako kimś znanym i bliskim, kimś, kogo widuje się "u siebie w domu" (choć tylko z ekranu telewizora). Gdy napisałem, że mimo zdrowego odżywiania, uprawiania sportu i dbania o siebie nagle zapadłem na raka, oznaczało to, że każdego może to spotkać. Być może właśnie to było przyczyną tej masowej (i życzliwej) reakcji - ten grom z jasnego nieba uderzający w kogoś "bliskiego"? Naprawdę nie wiem.

*

Dzień poprzedzający operację był trudny. Przyczyną było czyszczenie jelit. Jeśli przeżyliście kolonoskopię, to wiecie mniej więcej, jak to jest, prawda? Ale wierzcie mi - to nic w porównaniu z przygotowaniami do wycięcia kawałka jelita. Dlaczego? Bo podczas zwyczajnej kolonoskopii w sumie nic złego się nie stanie, jeśli nie jesteście całkowicie czyściutcy (najwyżej trudniej będzie dostrzec zmiany) i jakoś można to zaakceptować (choć oczywiście lepiej być "przejrzystym", bo to ułatwia zadanie lekarzowi). Natomiast jeśli czeka Was operacja usunięcia fragmentu jelit, to ich klarowność jest kluczowa ze względu na możliwość przeniknięcia kału do innych organów i związanych z tym kłopotów zdrowotnych.