W objęciach wroga - Ada Tulińska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (41,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W ob­ję­ciach wroga

Część I

Do­tyk Pół­nocy

Część II

Od­dech Wschodu

Część III

Krzyk Po­łu­dnia

Dla mo­jej ma­łej iskierki, Mi­chasi

Roz­dział 1

Kiedyś

Dawno, dawno temu, na zie­miach dzi­siej­szej kra­iny ma­zur­skich je­zior, swoją pierw­szą osadę wzno­siło wę­drowne ple­mię Vat­tów. Wy­brali ob­szary dzie­wi­cze, nie­tknięte ręką czło­wieka, ży­zne, su­rowe zie­mie i lasy u progu skrzy­żo­wa­nia dwóch słod­kich je­zior.

W cen­trum obozu bu­do­wano po­kaźną wieżę na pla­nie spi­rali, zwień­czoną strze­li­stą iglicą. Mała dziew­czynka sie­działa na ka­mie­niu i ma­cha­jąc we­soło no­gami, opo­wia­dała śmieszne ba­jeczki, by umi­lić czas ciężko pra­cu­ją­cym ro­bot­ni­kom. Nie­pro­szona, gdy tylko wy­czuła po­trzebę, po­da­wała im wodę i bie­gała do po­bli­skiej studni, by na­peł­nić bu­kłaki. Nie­trudno się do­my­ślić, że od dnia swo­ich na­ro­dzin od razu zo­stała ulu­bie­nicą wszyst­kich osad­ni­ków.

Wszy­scy w osa­dzie wie­dzieli, że có­reczka wo­dza to oczko w gło­wie swo­ich ro­dzi­ców i nie­spo­kojna du­sza, która bie­gnie tam, gdzie ją po­nie­sie wiatr. Czarne jak nocne niebo włosy spły­wały ka­ska­dami na ja­sne ra­miona i fa­lo­wały uro­czo, kiedy chi­cho­tała. Ja­sno­nie­bie­skie oczęta rzu­cały wszę­dzie cie­kaw­skie spoj­rze­nia. Dano jej na imię Li­liana, ale wszy­scy wo­łali za nią "mała Lilu".

- Mała Lilu! Gdzie je­steś? - Po­godny głos mło­dej ko­biety prze­to­czył się mię­dzy bu­dow­ni­czymi.

- Mama cię szuka... - po­wie­dział ru­do­włosy męż­czy­zna, ocie­ra­jąc pot z czoła. Dziew­czynka po­dała mu bu­kłak i wy­strze­liła jak z procy w kie­runku ko­biety, która wy­glą­dała jak jej do­ro­sła wer­sja. Rzu­ciła się matce w ra­miona i za­chi­cho­tała per­li­ście w jej włosy.

- Ile razy mam ci po­wta­rzać, że nie wolno prze­szka­dzać męż­czy­znom pod­czas pracy? - za­py­tała po­waż­nie mama.

- Mała Lilu ni­gdy nie prze­szka­dza... - po­wie­dział rudy ro­bot­nik i wska­zał brodą na bu­kłak.

- Dzięki, Lynx.

Ko­bieta uśmiech­nęła się do niego ser­decz­nie, przy­tu­la­jąc małą. Bu­dow­ni­czy od­wza­jem­nił uśmiech, po czym wró­cił do pracy. Mu­siał przy­znać, że żona wo­dza była naj­pięk­niej­szą ko­bietą, jaką do tej pory spo­tkał. Lynx był wier­nym pod­da­nym i nie od­wa­żyłby się o niej po­my­śleć w spo­sób nie­wła­ściwy, dla­tego też nie mógł za długo na nią pa­trzeć i roz­ma­wiać dłu­żej, niż to było ko­nieczne. Wódz był mą­dry i Lynx po­wie­rzyłby mu wła­sne ży­cie.

Po­goda tego dnia była ide­alna do pracy. Na­stała wio­sna, nie było jesz­cze zbyt go­rąco ani sło­necz­nie. Za­spane po zi­mo­wych mro­zach drzewa wy­pusz­czały pierw­sze pączki, a w po­wie­trzu można było wy­czuć prze­ła­ma­nie tem­pe­ra­tury.

Mała Lilu ze słodką przy­jem­no­ścią wtu­lała się w cie­płe ra­miona uko­cha­nej matki. Na­gle do­strze­gła nie­ocze­ki­wany ruch szpo­nia­stych ga­łęzi na skraju lasu.

- Po­mocy! - De­spe­racki krzyk ko­biety do­biegł z dru­giego końca osady. Wy­glą­dało na to, że męż­czyźni wła­śnie wró­cili z po­lo­wa­nia. Ro­bot­nicy rzu­cili ło­paty, które wbiły się twardo w piach i po­bie­gli po­spiesz­nie w kie­runku, z któ­rego do­bie­gał głos.

- Ma­rina, za­bierz stąd dziecko... Wszyst­kim się zaj­miemy. - Lynx do­ra­dził ner­wowo pięk­nej żo­nie wo­dza. Dziew­czynka po­czuła, jak matka przy­ci­ska ją moc­niej do ciała, a z jej piersi do­biega smutny szloch. Póź­niej mała usły­szała kilka ury­wa­nych krzy­ków osad­ni­ków, prze­ry­wa­nych groź­bami: "Za­płacą nam za to".

- Po­daj­cie wody... Rany nie są zbyt głę­bo­kie... - Zbo­lały głos prze­biegł przez tłum i Lilu zro­zu­miała, że to jej oj­ciec zo­stał ranny. Za­częła się wy­ry­wać, ale matka trzy­mała ją mocno i sta­now­czo. Po chwili prze­jął ją Lynx i za­niósł w bez­pieczne miej­sce, da­leko od tra­gicz­nej sceny.

- Spo­koj­nie, Lilu. Ta­cie nic nie bę­dzie...

- Kto go za­ata­ko­wał? - py­tała mała, ner­wowo za­gry­za­jąc zęby i świ­dru­jąc go prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Pró­bo­wała doj­rzeć co­kol­wiek przez jego umię­śnione ra­mię. Była bar­dziej re­zo­lutna, niż do­ro­słym mo­głoby się wy­da­wać. Lynx miał pewne po­dej­rze­nia co do wroga, jed­nak po­sta­no­wił nie gło­sić jesz­cze spi­sko­wych teo­rii dzie­jów.

- To był niedź­wiedź... - po­wie­dział, uspo­ka­ja­jąco gła­dząc dziecko po ra­mio­nach.

Rany wo­dza Sem­myra oka­zały się nie­groźne i szybko wró­cił do zdro­wia dzięki tro­skli­wej opiece żony i przy­ja­ciół. Mała Lilu rów­nież po­ma­gała, wy­cho­dząc przy tym ze skóry, żeby się cze­goś do­wie­dzieć, ale za każ­dym ra­zem od­ma­wiano jej wy­ja­śnień. W hi­sto­rię z niedź­wie­dziem oczy­wi­ście nie uwie­rzyła. Bo kto by uwie­rzył, że jej ojca mógłby za­ata­ko­wać wielki i po­wolny niedź­wiedź? Lilu sama mo­głaby mu uciec, gdyby go spo­tkała na swo­jej dro­dze. A co do­piero uzbro­jony wo­jak z eskortą...

Po ataku w le­sie jej oj­ciec za­rzą­dził bu­dowę wy­so­kiego ka­mien­nego muru do­okoła osady. Dni mi­jały je­den za dru­gim, a cen­tralna spi­ralna wieża ro­sła metr po me­trze w stronę nieba.

Dziew­czynce za­bro­niono wy­cho­dzić poza ob­szar muru, nie udzie­la­jąc od­po­wie­dzi na nur­tu­jące ją py­ta­nia. Tkwiła za­mknięta w bez­piecz­nym ob­sza­rze, z każ­dym ty­go­dniem co­raz bar­dziej znu­dzona i sfru­stro­wana.

Wresz­cie nad­szedł mo­ment, w któ­rym za­koń­czono bu­dowę i osad­nicy za­częli prze­pro­wa­dzać się do środka wieży. Wódz wraz z żoną i córką za­jęli po­miesz­cze­nia na ostat­nim pię­trze, za­raz pod ta­ra­sem z ob­ser­wa­to­rium gwiazd. Gdy tylko ich nogi prze­stą­piły próg no­wego do­mo­stwa, mała Lilu wy­bie­gła na ta­ras na da­chu wieży. Ostry wiatr sma­gnął jej kru­czymi wło­sami, kiedy zna­la­zła się na ze­wnątrz. Po­tarła ra­miona, na któ­rych po­ja­wiła się gę­sia skórka. Był już późny zmierzch i na si­nym nie­bo­skło­nie po­ja­wiły się pierw­sze, iskrzące gwiazdy.

Dziew­czynka z bły­skiem w oczach oglą­dała roz­le­głe te­reny wo­kół osady. Po ho­ry­zont cią­gnęły się igla­ste lasy, pach­nące ży­wicą i igli­wiem, a mię­dzy nimi błysz­czały dwa spo­kojne je­ziora. Po chwili obok niej na­gle uka­zał się ciem­no­włosy oj­ciec i uniósł ją na ba­rana, by mo­gła le­piej wi­dzieć.

- Tato, a co tam jest? - za­py­tała, wska­zu­jąc pal­cem na drugą stronę je­ziora. Oko dziecka zwa­biły mi­go­ta­jące nad ta­flą wody ja­sne świa­tełka. Do­bie­gały stam­tąd we­sołe od­głosy, jakby ktoś śpie­wał i tań­czył. Dziew­czynka wy­tę­żyła wzrok, pró­bu­jąc do­strzec wi­bru­jące syl­wetki po­ru­sza­jące się w rytm bęb­nów.

- Tam...? - za­my­ślił się Sem­myr, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów. Od­wró­cił się lekko i udał, że pa­trzy na da­leki szczyt, ry­su­jący się na pół­noc­nym ho­ry­zon­cie. Dziecko jed­nak nie dało się zwieść i za­częło się nie­cier­pli­wie wier­cić, chcąc jak naj­szyb­ciej po­znać od­po­wiedź. Fi­nal­nie uznał, że naj­le­piej bę­dzie po­wie­dzieć ma­łej prawdę. W końcu i tak kie­dyś się do­wie.

- To inne ple­mię. Nie są do nas przy­jaź­nie na­sta­wieni... Uni­kamy tego miej­sca jak ognia, a oni uni­kają nas. I niech tak zo­sta­nie. Pod żad­nym po­zo­rem nie wolno ci się do nich zbli­żać. Gdy­byś kie­dyś za­błą­dziła w le­sie i spo­tkała któ­re­goś z nich, ucie­kaj, ile sił w no­gach. Zro­zu­miano?

- Tak, tato...- Czar­no­włosa dziew­czynka po­ki­wała głową, wy­ra­ża­jąc cał­ko­wite zro­zu­mie­nie i po­słu­szeń­stwo. Dys­kret­nie jed­nak skrzy­żo­wała dwa palce za ple­cami.

Oka­zja do ma­łej wy­prawy nada­rzyła się mniej wię­cej mie­siąc od chwili, kiedy Lilu wi­działa świa­tła nad wodą po raz pierw­szy. Co­dzien­nie prze­sia­dy­wała na ta­ra­sie i z fa­scy­na­cją w oczach ob­ser­wo­wała wrogi obóz. Gdy ro­dzice nie pa­trzyli, sama tań­co­wała w rytm pier­wot­nej mu­zyki i nu­ciła me­lo­die, które nio­sła woda. Wódz wraz z żoną wi­dzieli jej nie­zdrowe za­in­te­re­so­wa­nie in­nym ple­mie­niem i zle­cili do­dat­kowe pary oczu do pil­no­wa­nia muru. Dziew­czynka była po­słuszna jak do­tych­czas i nie wy­ka­zy­wała żad­nych oznak nie­sub­or­dy­na­cji, ale z dziećmi ni­gdy nic nie wia­domo.

Ro­dzice szu­kali spo­sobu, by za­jąć dziecko i od­cią­gnąć jej głód wie­dzy od obozu za wodą. Nie­stety w ich ple­mie­niu nie było ró­wie­śni­ków, z któ­rymi Lilu mo­głaby się ba­wić. Naj­młod­szy czło­nek był już pięt­na­sto­lat­kiem i w oczach star­szy­zny do­ro­słym wo­jow­ni­kiem, a naj­młod­szy ber­beć był do­piero w po­wi­ja­kach.

Pew­nego dnia na po­lo­wa­niu wódz Sem­myr zna­lazł w pu­łapce sko­wy­czące szcze­nię. Prze­szu­kał do­kład­nie oko­licę, żeby upew­nić się, czy matka nie bę­dzie szu­kać zwie­rzę­cia. Le­żała mar­twa na brzegu stru­mie­nia, a z jej ciała wy­kro­jono już od­po­wied­nie płaty mięsa i ob­darto zwie­rzę ze skóry.

Wódz owi­nął skom­lące ma­leń­stwo do lnia­nej pe­le­ryny i przy­niósł do obozu. Z pew­nym nie­po­ko­jem po­da­ro­wał córce ma­łego sza­kala, ma­jąc na­dzieję, że opieka nad nim od­cią­gnie jej uwagę od te­matu ta­jem­ni­czych tań­ców do mrocz­nej mu­zyki. Nic bar­dziej myl­nego. Te­raz prze­sia­dy­wała na ta­ra­sie z no­wym przy­ja­cie­lem. Stwo­rze­nie wy­glą­dało jak da­leki krewny lisa - miało dłuż­sze nogi i czarne, cęt­ko­wane fu­terko na grzbie­cie. Reszta ciała była cał­ko­wi­cie ruda.

Lilu od razu po­ko­chała no­wego pod­opiecz­nego i na­zwała go Pło­my­kiem na cześć świa­te­łek po dru­giej stro­nie je­ziora. Sem­myr i Ma­rina nie byli z tego po­wodu spe­cjal­nie szczę­śliwi, ale mu­sieli przy­znać, że imię to wy­jąt­kowo pa­so­wało do pu­pila. Miał on bo­wiem długi, pu­szy­sty ogon, który przy­wo­dził na myśl ję­zyk ognia.

Mie­siąc po prze­pro­wadzce do wieży, Lilu le­żała na swoim po­sła­niu ze skór. Miała za­mknięte oczy i przy­tu­lała Pło­myka jak po­duszkę. Gdyby te­raz wszedł tata, na pewno stwier­dziłby, że jego po­cie­cha słodko wy­gląda, jak śpi. I mocno by się na­brał, bo Lilu wcale nie spała. Cier­pli­wie cze­kała, aż ro­dzice za­sną. Przez ostatni mie­siąc nie próż­no­wała, przy­go­to­wu­jąc w gło­wie nocną eska­padę. Wie­działa, że dziś na war­cie po raz pierw­szy jest rudy pięt­na­sto­la­tek, więc li­czyła, że uda się go ła­two wy­ki­wać. Oj­ciec nie­świa­do­mie wło­żył jej w ręce na­rzę­dzie, które mo­gła wy­ko­rzy­stać. Przez ostat­nie ty­go­dnie była wzo­rem grzecz­nej i su­mien­nej córki, do­sko­nale zda­jąc so­bie sprawę, że musi uśpić czuj­ność wszyst­kich wo­kół. Gdy usły­szała, jak od­dech ro­dzi­ców się wy­rów­nuje, od­wa­żyła się wstać i za­rzu­cić nie­bie­ski płaszcz na ra­miona. Unio­sła po­duszkę i wy­cią­gnęła spod niej przy­go­to­waną na tę oka­zję torbę. Prze­szła przez swój po­kój na pa­lusz­kach. Ostroż­nie zaj­rzała do sy­pialni ro­dzi­ców i upew­niw­szy się, że śpią jak za­bici, mi­nęła ich po­kój i otwo­rzyła drzwi pro­wa­dzące na ko­ry­tarz. Pło­myk po­dą­żył za nią, rów­nież za­cho­wu­jąc pełną dys­kre­cję. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że w zę­bach dzier­żył ka­wa­łek su­szo­nego mię­ska. Ze­szli krętą klatką scho­dową i po chwili zna­leźli się na za­la­nym przez sre­brzy­ste świa­tło księ­życa dzie­dzińcu. Ru­dawy straż­nik prze­cha­dzał się le­ni­wie wzdłuż muru, trzy­ma­jąc w rę­kach po­chod­nię.

- Szu­kaj! - po­wie­działa Lilu do Pło­myka, który przed chwilą prze­łknął ostatni ka­wa­łek su­szo­nej ba­ra­niny.

Sza­kal wy­star­to­wał z no­sem przy tra­wie, wie­dziony tro­pem świe­żego mięsa. W końcu do­tarł do przy­go­to­wa­nej wcze­śniej przez Lilu pu­łapki i za­czął ryć w ziemi nie­da­leko miej­sca warty straż­nika.

Mło­dzie­niec, za­alar­mo­wany od­gło­sem roz­ko­py­wa­nia ziemi, po chwili do­strzegł zwie­rzę i pod­szedł bli­żej, by usta­lić, co się dzieje. W tym cza­sie mała Lilu pod­bie­gła na tyły wieży do wiel­kiej wi­śni i za­częła się wspi­nać. Pod­cią­gnęła się na ka­mienną kra­wędź muru i mi­nęła ostroż­nie ostre kolce. Zmarsz­czyła brwi, szu­ka­jąc w ciem­no­ściach od­po­wied­niego drzewa, na które mo­głaby sko­czyć. W końcu wy­pa­trzyła jedno, które było kilka me­trów od muru. Zgięła nogi i za­częła ba­lan­so­wać cia­łem. Po chwili od­biła się od ka­mien­nego gzymsu i po­czuła przy­pływ ad­re­na­liny, kiedy le­ciała w po­wie­trzu. Sprawne dło­nie ucze­piły się ga­łęzi, a nogi oplo­tły omszały pień. Ostroż­nie ze­szła na dół i po ci­chu za­wo­łała pu­pila.

Pło­myk wresz­cie wy­grze­bał z ziemi to, co tak długo nę­ciło jego noz­drza. Sły­sząc w od­dali swoje imię, obej­rzał się na straż­nika z ka­wał­kiem mię­siwa w py­sku i czmych­nął w kie­runku bramy. Pod­ko­pał się lekko pod za­wia­sem i wy­biegł poza te­ren, do­łą­cza­jąc do swo­jej pani. Po chwili już ich nie było, znik­nęli w ciem­no­ściach lasu.

Co­py­ri­ght ? by Ade­lina Tulińska

All ri­ghts reserved

Pro­jekt okładki i graficzny

Ade­lina Tulińska i ku­cing­ke­cil

Pro­jekt ty­po­graficzny

Ma­te­usz Po­radecki

Redakcja i ko­rekta

Na­ta­lia Jóź­wiak

Wy­daw­nic­two Ada Tu­liń­ska

Wy­daw­nic­two Bi­blioteka

www.wy­daw­nic­two-bi­blio­teka.pl

wy­daw­nic­two@wy­daw­nic­two-bi­blio­teka.pl

ePUB ISBN 978-83-67221-04-7

MOBI ISBN 978-83-67221-05-4

Wy­da­nie II

Łódź 2022

Skład i łamanie

Wy­daw­nic­two Bi­blioteka

Na I stro­nie okładki wy­ko­rzy­stano ilu­stra­cję au­torstwa:

ku­cing­ke­cil

https://www.in­sta­gram.com/ku­cing­ke­ci­l_ca­bin/?hl=en