Rozdział 1
Kiedyś
Dawno, dawno temu, na ziemiach dzisiejszej krainy mazurskich jezior, swoją pierwszą osadę wznosiło wędrowne plemię Vattów. Wybrali obszary dziewicze, nietknięte ręką człowieka, żyzne, surowe ziemie i lasy u progu skrzyżowania dwóch słodkich jezior.
W centrum obozu budowano pokaźną wieżę na planie spirali, zwieńczoną strzelistą iglicą. Mała dziewczynka siedziała na kamieniu i machając wesoło nogami, opowiadała śmieszne bajeczki, by umilić czas ciężko pracującym robotnikom. Nieproszona, gdy tylko wyczuła potrzebę, podawała im wodę i biegała do pobliskiej studni, by napełnić bukłaki. Nietrudno się domyślić, że od dnia swoich narodzin od razu została ulubienicą wszystkich osadników.
Wszyscy w osadzie wiedzieli, że córeczka wodza to oczko w głowie swoich rodziców i niespokojna dusza, która biegnie tam, gdzie ją poniesie wiatr. Czarne jak nocne niebo włosy spływały kaskadami na jasne ramiona i falowały uroczo, kiedy chichotała. Jasnoniebieskie oczęta rzucały wszędzie ciekawskie spojrzenia. Dano jej na imię Liliana, ale wszyscy wołali za nią "mała Lilu".
- Mała Lilu! Gdzie jesteś? - Pogodny głos młodej kobiety przetoczył się między budowniczymi.
- Mama cię szuka... - powiedział rudowłosy mężczyzna, ocierając pot z czoła. Dziewczynka podała mu bukłak i wystrzeliła jak z procy w kierunku kobiety, która wyglądała jak jej dorosła wersja. Rzuciła się matce w ramiona i zachichotała perliście w jej włosy.
- Ile razy mam ci powtarzać, że nie wolno przeszkadzać mężczyznom podczas pracy? - zapytała poważnie mama.
- Mała Lilu nigdy nie przeszkadza... - powiedział rudy robotnik i wskazał brodą na bukłak.
- Dzięki, Lynx.
Kobieta uśmiechnęła się do niego serdecznie, przytulając małą. Budowniczy odwzajemnił uśmiech, po czym wrócił do pracy. Musiał przyznać, że żona wodza była najpiękniejszą kobietą, jaką do tej pory spotkał. Lynx był wiernym poddanym i nie odważyłby się o niej pomyśleć w sposób niewłaściwy, dlatego też nie mógł za długo na nią patrzeć i rozmawiać dłużej, niż to było konieczne. Wódz był mądry i Lynx powierzyłby mu własne życie.
Pogoda tego dnia była idealna do pracy. Nastała wiosna, nie było jeszcze zbyt gorąco ani słonecznie. Zaspane po zimowych mrozach drzewa wypuszczały pierwsze pączki, a w powietrzu można było wyczuć przełamanie temperatury.
Mała Lilu ze słodką przyjemnością wtulała się w ciepłe ramiona ukochanej matki. Nagle dostrzegła nieoczekiwany ruch szponiastych gałęzi na skraju lasu.
- Pomocy! - Desperacki krzyk kobiety dobiegł z drugiego końca osady. Wyglądało na to, że mężczyźni właśnie wrócili z polowania. Robotnicy rzucili łopaty, które wbiły się twardo w piach i pobiegli pospiesznie w kierunku, z którego dobiegał głos.
- Marina, zabierz stąd dziecko... Wszystkim się zajmiemy. - Lynx doradził nerwowo pięknej żonie wodza. Dziewczynka poczuła, jak matka przyciska ją mocniej do ciała, a z jej piersi dobiega smutny szloch. Później mała usłyszała kilka urywanych krzyków osadników, przerywanych groźbami: "Zapłacą nam za to".
- Podajcie wody... Rany nie są zbyt głębokie... - Zbolały głos przebiegł przez tłum i Lilu zrozumiała, że to jej ojciec został ranny. Zaczęła się wyrywać, ale matka trzymała ją mocno i stanowczo. Po chwili przejął ją Lynx i zaniósł w bezpieczne miejsce, daleko od tragicznej sceny.
- Spokojnie, Lilu. Tacie nic nie będzie...
- Kto go zaatakował? - pytała mała, nerwowo zagryzając zęby i świdrując go przenikliwym spojrzeniem. Próbowała dojrzeć cokolwiek przez jego umięśnione ramię. Była bardziej rezolutna, niż dorosłym mogłoby się wydawać. Lynx miał pewne podejrzenia co do wroga, jednak postanowił nie głosić jeszcze spiskowych teorii dziejów.
- To był niedźwiedź... - powiedział, uspokajająco gładząc dziecko po ramionach.
Rany wodza Semmyra okazały się niegroźne i szybko wrócił do zdrowia dzięki troskliwej opiece żony i przyjaciół. Mała Lilu również pomagała, wychodząc przy tym ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć, ale za każdym razem odmawiano jej wyjaśnień. W historię z niedźwiedziem oczywiście nie uwierzyła. Bo kto by uwierzył, że jej ojca mógłby zaatakować wielki i powolny niedźwiedź? Lilu sama mogłaby mu uciec, gdyby go spotkała na swojej drodze. A co dopiero uzbrojony wojak z eskortą...
Po ataku w lesie jej ojciec zarządził budowę wysokiego kamiennego muru dookoła osady. Dni mijały jeden za drugim, a centralna spiralna wieża rosła metr po metrze w stronę nieba.
Dziewczynce zabroniono wychodzić poza obszar muru, nie udzielając odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Tkwiła zamknięta w bezpiecznym obszarze, z każdym tygodniem coraz bardziej znudzona i sfrustrowana.
Wreszcie nadszedł moment, w którym zakończono budowę i osadnicy zaczęli przeprowadzać się do środka wieży. Wódz wraz z żoną i córką zajęli pomieszczenia na ostatnim piętrze, zaraz pod tarasem z obserwatorium gwiazd. Gdy tylko ich nogi przestąpiły próg nowego domostwa, mała Lilu wybiegła na taras na dachu wieży. Ostry wiatr smagnął jej kruczymi włosami, kiedy znalazła się na zewnątrz. Potarła ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka. Był już późny zmierzch i na sinym nieboskłonie pojawiły się pierwsze, iskrzące gwiazdy.
Dziewczynka z błyskiem w oczach oglądała rozległe tereny wokół osady. Po horyzont ciągnęły się iglaste lasy, pachnące żywicą i igliwiem, a między nimi błyszczały dwa spokojne jeziora. Po chwili obok niej nagle ukazał się ciemnowłosy ojciec i uniósł ją na barana, by mogła lepiej widzieć.
- Tato, a co tam jest? - zapytała, wskazując palcem na drugą stronę jeziora. Oko dziecka zwabiły migotające nad taflą wody jasne światełka. Dobiegały stamtąd wesołe odgłosy, jakby ktoś śpiewał i tańczył. Dziewczynka wytężyła wzrok, próbując dostrzec wibrujące sylwetki poruszające się w rytm bębnów.
- Tam...? - zamyślił się Semmyr, szukając odpowiednich słów. Odwrócił się lekko i udał, że patrzy na daleki szczyt, rysujący się na północnym horyzoncie. Dziecko jednak nie dało się zwieść i zaczęło się niecierpliwie wiercić, chcąc jak najszybciej poznać odpowiedź. Finalnie uznał, że najlepiej będzie powiedzieć małej prawdę. W końcu i tak kiedyś się dowie.
- To inne plemię. Nie są do nas przyjaźnie nastawieni... Unikamy tego miejsca jak ognia, a oni unikają nas. I niech tak zostanie. Pod żadnym pozorem nie wolno ci się do nich zbliżać. Gdybyś kiedyś zabłądziła w lesie i spotkała któregoś z nich, uciekaj, ile sił w nogach. Zrozumiano?
- Tak, tato...- Czarnowłosa dziewczynka pokiwała głową, wyrażając całkowite zrozumienie i posłuszeństwo. Dyskretnie jednak skrzyżowała dwa palce za plecami.
Okazja do małej wyprawy nadarzyła się mniej więcej miesiąc od chwili, kiedy Lilu widziała światła nad wodą po raz pierwszy. Codziennie przesiadywała na tarasie i z fascynacją w oczach obserwowała wrogi obóz. Gdy rodzice nie patrzyli, sama tańcowała w rytm pierwotnej muzyki i nuciła melodie, które niosła woda. Wódz wraz z żoną widzieli jej niezdrowe zainteresowanie innym plemieniem i zlecili dodatkowe pary oczu do pilnowania muru. Dziewczynka była posłuszna jak dotychczas i nie wykazywała żadnych oznak niesubordynacji, ale z dziećmi nigdy nic nie wiadomo.
Rodzice szukali sposobu, by zająć dziecko i odciągnąć jej głód wiedzy od obozu za wodą. Niestety w ich plemieniu nie było rówieśników, z którymi Lilu mogłaby się bawić. Najmłodszy członek był już piętnastolatkiem i w oczach starszyzny dorosłym wojownikiem, a najmłodszy berbeć był dopiero w powijakach.
Pewnego dnia na polowaniu wódz Semmyr znalazł w pułapce skowyczące szczenię. Przeszukał dokładnie okolicę, żeby upewnić się, czy matka nie będzie szukać zwierzęcia. Leżała martwa na brzegu strumienia, a z jej ciała wykrojono już odpowiednie płaty mięsa i obdarto zwierzę ze skóry.
Wódz owinął skomlące maleństwo do lnianej peleryny i przyniósł do obozu. Z pewnym niepokojem podarował córce małego szakala, mając nadzieję, że opieka nad nim odciągnie jej uwagę od tematu tajemniczych tańców do mrocznej muzyki. Nic bardziej mylnego. Teraz przesiadywała na tarasie z nowym przyjacielem. Stworzenie wyglądało jak daleki krewny lisa - miało dłuższe nogi i czarne, cętkowane futerko na grzbiecie. Reszta ciała była całkowicie ruda.
Lilu od razu pokochała nowego podopiecznego i nazwała go Płomykiem na cześć światełek po drugiej stronie jeziora. Semmyr i Marina nie byli z tego powodu specjalnie szczęśliwi, ale musieli przyznać, że imię to wyjątkowo pasowało do pupila. Miał on bowiem długi, puszysty ogon, który przywodził na myśl język ognia.
Miesiąc po przeprowadzce do wieży, Lilu leżała na swoim posłaniu ze skór. Miała zamknięte oczy i przytulała Płomyka jak poduszkę. Gdyby teraz wszedł tata, na pewno stwierdziłby, że jego pociecha słodko wygląda, jak śpi. I mocno by się nabrał, bo Lilu wcale nie spała. Cierpliwie czekała, aż rodzice zasną. Przez ostatni miesiąc nie próżnowała, przygotowując w głowie nocną eskapadę. Wiedziała, że dziś na warcie po raz pierwszy jest rudy piętnastolatek, więc liczyła, że uda się go łatwo wykiwać. Ojciec nieświadomie włożył jej w ręce narzędzie, które mogła wykorzystać. Przez ostatnie tygodnie była wzorem grzecznej i sumiennej córki, doskonale zdając sobie sprawę, że musi uśpić czujność wszystkich wokół. Gdy usłyszała, jak oddech rodziców się wyrównuje, odważyła się wstać i zarzucić niebieski płaszcz na ramiona. Uniosła poduszkę i wyciągnęła spod niej przygotowaną na tę okazję torbę. Przeszła przez swój pokój na paluszkach. Ostrożnie zajrzała do sypialni rodziców i upewniwszy się, że śpią jak zabici, minęła ich pokój i otworzyła drzwi prowadzące na korytarz. Płomyk podążył za nią, również zachowując pełną dyskrecję. Prawdopodobnie dlatego, że w zębach dzierżył kawałek suszonego mięska. Zeszli krętą klatką schodową i po chwili znaleźli się na zalanym przez srebrzyste światło księżyca dziedzińcu. Rudawy strażnik przechadzał się leniwie wzdłuż muru, trzymając w rękach pochodnię.
- Szukaj! - powiedziała Lilu do Płomyka, który przed chwilą przełknął ostatni kawałek suszonej baraniny.
Szakal wystartował z nosem przy trawie, wiedziony tropem świeżego mięsa. W końcu dotarł do przygotowanej wcześniej przez Lilu pułapki i zaczął ryć w ziemi niedaleko miejsca warty strażnika.
Młodzieniec, zaalarmowany odgłosem rozkopywania ziemi, po chwili dostrzegł zwierzę i podszedł bliżej, by ustalić, co się dzieje. W tym czasie mała Lilu podbiegła na tyły wieży do wielkiej wiśni i zaczęła się wspinać. Podciągnęła się na kamienną krawędź muru i minęła ostrożnie ostre kolce. Zmarszczyła brwi, szukając w ciemnościach odpowiedniego drzewa, na które mogłaby skoczyć. W końcu wypatrzyła jedno, które było kilka metrów od muru. Zgięła nogi i zaczęła balansować ciałem. Po chwili odbiła się od kamiennego gzymsu i poczuła przypływ adrenaliny, kiedy leciała w powietrzu. Sprawne dłonie uczepiły się gałęzi, a nogi oplotły omszały pień. Ostrożnie zeszła na dół i po cichu zawołała pupila.
Płomyk wreszcie wygrzebał z ziemi to, co tak długo nęciło jego nozdrza. Słysząc w oddali swoje imię, obejrzał się na strażnika z kawałkiem mięsiwa w pysku i czmychnął w kierunku bramy. Podkopał się lekko pod zawiasem i wybiegł poza teren, dołączając do swojej pani. Po chwili już ich nie było, zniknęli w ciemnościach lasu.