2
Luke Davenport podjechał pod dom znajdujący się na ranczu Triple G. Prowadził swojego konia Titana w stępie, żeby móc obserwować otoczenie. Zauważył zabudowania sąsiadów od zachodu, kilka gospodarstw na północy, w pobliżu Madisonville, i opustoszały teren od strony południowej. Złodzieje bydła prawdopodobnie przyszli i uciekli w tamtym kierunku.
Koń zastrzygł uszami, a Luke pochylił się lekko do przodu i poklepał go po karku.
- Tak - szepnął. - Widzę go.
W cieniu na werandzie stał mężczyzna ze strzelbą w ręce.
Luke zatrzymał Titana. Rosły kasztan natychmiast go posłuchał, jakby wyczuwając zamiar swojego pana, zanim ten pociągnął za wodze.
Titan był jednym z pierwszych koni w Gringolet, które Luke zaczął ujeżdżać, gdy jego dawny kapitan zajął się prowadzeniem osławionej hodowli. Kiedy Matt Hanger ożenił się i oficjalnie zawiesił działalność Jeźdźców, zatrudnił ich wszystkich, żeby przygotowywali konie dla wojska i lokalnych klientów.
Luke lubił tę pracę, szczególnie że Matt wyznaczał mu do ujeżdżania najbardziej nieokiełznane rumaki. Dla niego im były dziksze, tym lepiej. Uwielbiał stawać naprzeciw godnego przeciwnika i w ten sposób znajdować ujście dla własnych pierwotnych instynktów. Tego właśnie mu brakowało, odkąd odszedł z kawalerii. Bycie jednym z Jeźdźców pozwalało mu zaspokajać te potrzeby. Ściganie bandytów, uchylanie się przed pociskami podczas strzelanin czy rozpracowywanie gangów przestępców dawało życiu wyrazisty smak. Luke robił to najlepiej, jak potrafił. Wojsko ukierunkowało jego brawurę i nadało jej cel. Potem Matt udoskonalił te aspiracje i przemienił je w misję chronienia życia i dobytku przyzwoitych ludzi przed pozbawionymi skrupułów przestępcami. Ostatnio jednak Luke miał wrażenie, że jego poczucie celu nieco przybladło. Tak jak szabla nieużywana w boju, jego sens egzystencji przytępił się i stracił blask. Matt i pozostali mogli odwiesić broń jako upamiętnienie dawnych czasów, ale Luke nie miał w życiu nic innego. Kim był, jeśli nie wojownikiem?
Przerażała go myśl o olbrzymiej pustce, która pojawiała się w jego głowie jako odpowiedź na to pytanie, więc złapał się pierwszej możliwej wymówki, byle tylko przystąpić do działania. Wilson Grimes, dawny kawalerzysta, który służył niegdyś pod dowództwem Matta, napisał do niego z pytaniem, czy Jeźdźcy mogliby zająć się sprawą złodziei bydła, z którymi borykał się jego brat w hrabstwie Madison. Luke zgłosił się do tego zadania, jeszcze zanim Matt skończył czytać list.
Wiedział, że tym razem będzie zdany na siebie. Pozostali Jeźdźcy nie mogli mu towarzyszyć. Działał już wcześniej w pojedynkę i wiedział, że sobie poradzi. Jego przyjaciele mieli teraz ważniejsze sprawy. Żona Matta za kilka tygodni oczekiwała narodzin ich pierwszego dziecka. Jonah niedawno się ożenił i miał pod opieką gospodarstwo. A Wallace pełnił obowiązki zastępcy szeryfa i dbał o spokój i bezpieczeństwo mieszkańców Kingsland. Nikt poza Lukiem nie mógł po prostu zostawić wszystkiego w jednej chwili i wyjechać.
- Dzień dobry - zawołał. - Jestem Luke Davenport. Przyjechałem się zobaczyć z Oliverem Grimesem. Przysyła mnie Matthew Hanger.
Mężczyzna stojący na werandzie wyszedł z cienia, skierował lufę strzelby w ziemię i się uśmiechnął.
- Panie Davenport! Witam. - Zszedł po schodkach i ruszył w kierunku Luke'a. - Nawet pan nie wie, jak się cieszę, że pan tu jest. Proszę, niech pan wejdzie. Zaraz ktoś z moich ludzi zajmie się pańskim koniem. - Zagwizdał, a ze stodoły wyszedł starszy mężczyzna o pałąkowatych nogach, tak krzywych, że zmieściłby się między nimi młody bizon. - Quincy, zaopiekuj się koniem pana Davenporta, dobrze?
- Oczywiście, szefie. - Mężczyzna podchodził spokojnie w czasie, gdy Luke zsiadał z siodła. - Piękny koń. Jak się nazywa?
- Titan. - Luke poklepał kasztana po karku, po czym dał wodze do ręki staremu oborowemu, któremu oczy aż błyszczały z podziwu.
- Pasuje do niego - stwierdził Quincy, przyglądając się zwierzęciu uważnie i z wprawą. - Ile mierzy? Pewnie gdzieś z metr siedemdziesiąt w kłębie?
Luke się uśmiechnął.
- Metr siedemdziesiąt siedem. - Sam miał ponad metr dziewięćdziesiąt, więc potrzebował odpowiednio wysokiego konia.
Quincy zagwizdał cicho.
- Oho ho. Chyba będę potrzebował drabiny, żeby go rozsiodłać.
- Na razie wystarczy poluzować mu popręg i dać trochę wody - powiedział Luke. - Będę chciał objechać posiadłość po tym, jak pana szef zrelacjonuje mi, co się tu ostatnio wydarzyło.
Quincy przytaknął.
- Dobrze. - Spoważniał, gdy spojrzał w oczy swojemu chlebodawcy. Skinął głową do obu mężczyzn. - Titan będzie gotowy, kiedy trzeba.
Luke dotknął ronda kapelusza.
- Dziękuję.
- Wejdźmy do środka. - Oliver Grimes wszedł po stopniach i otworzył drzwi.
Luke udał się za nim i zdjął kapelusz, kiedy przekraczał próg.
- Wilson powiedział mi, że napisał do kapitana Hangera z prośbą o pomoc - mówił Grimes, zamykając. Poprowadził Luke'a przez salon do niewielkiego gabinetu z tyłu domu. - Wiedziałem, że Jeźdźcy zawiesili działalność. Nie spodziewałem się, że cokolwiek z tego wyjdzie. A tymczasem pan przyjechał.
Tak. Był tu. Tak bardzo chciał się podjąć tego zlecenia, że nie wysłał nawet telegramu z potwierdzeniem. Po prostu pojawił się pod drzwiami, jak jakiś bezpański pies w poszukiwaniu kości.
Grimes z uśmiechem odsunął się, żeby przepuścić Luke'a w drzwiach. Kiedy obaj znaleźli się w pomieszczeniu, gospodarz spoważniał. Można było odnieść wrażenie, że to miejsce służy do przechowywania jego zmartwień i napięcia. Luke nie chciał, żeby ogarnęła go przytłaczająca atmosfera. Grimes skinął i wskazał mu krzesło, po czym sam zajął miejsce za pokaźnym dębowym biurkiem.
Oparł przedramiona na blacie i wziął głośny oddech.
- Jak dotąd straciłem dziesięć sztuk bydła, ale to nie są zwykłe kradzieże. Oni robią to stopniowo. Tak jakby się ze mną droczyli.
Luke postawił pewnie stopy na ziemi, po czym oparł dłoń na kolanie i pochylił się do przodu.
- Jak to?
- Za każdym razem kradną jedną czy dwie krowy. Nie ma żadnych śladów końskich kopyt ani zamieszania w stadzie. Zakradają się w nocy, znajdują jakąś sztukę na uboczu i zabierają ją. Mam nocnego stróża, ale moje gospodarstwo jest niewielkie. Nie jestem dużym hodowcą z tysiącami sztuk bydła i kilkunastoma pracownikami. Mam dwieście krów i trzech pomocników, nie licząc starego Quincy'ego. Dziesięć skradzionych krów oznacza dla mnie stracone pięć procent stada. Jeśli nie znajdę sposobu na powstrzymanie tych kradzieży, za miesiąc ubędzie mi dwadzieścia pięć procent. Za trzy miesiące mogę już być bez bydła.
Wydawało się czymś ryzykownym dla złodziei, żeby wracać wielokrotnie na miejsce przestępstwa. A może to był ktoś, kto działał w pojedynkę?
- Znalazł pan jakieś przecięte druty w ogrodzeniu?
Grimes postukał bokiem kciuka w blat biurka, a narastająca frustracja sprawiała, że odgłos nabierał intensywności.
- Nie. Sprawdzam ogrodzenie za każdym razem, kiedy zniknie mi sztuka ze stada. Nie znalazłem żadnych przeciętych czy obniżonych fragmentów. - Podniósł rękę nad biurkiem i zacisnął dłoń w pięść. - Nie mam pojęcia, jak do tego dochodzi.
- Wydaje się, że to może być ktoś z miejscowych, skoro wracają. Może jakaś biedna rodzina chce wyżywić swoje dzieci?
Grimes spojrzał na niego spode łba.
- Pomyślałbym tak, gdyby zabrali jedną krowę. Ale dziesięć? Tu nie chodzi o jedzenie. To coś osobistego.
Luke się wyprostował.
- Ktoś ma w tym jakiś interes? - Byłoby to bardziej uzasadnione, gdyby chodziło o zemstę czy zrobienie komuś na złość. Złodzieje bydła robili to dla pieniędzy, a jedynym sposobem na zarobek, który przewyższyłby ryzyko, byłaby kradzież jak największej liczby krów i zniknięcie z okolicy. Trzeba było zmienić oznaczenie bydła i znaleźć kupca, który nie sprawdzałby tego zbyt dokładnie. Ale jeśli głównym motywem nie były pieniądze, otwierało to kolejne możliwości.
- W tym właśnie cały problem. - Grimes odchylił się i uderzył dłonią o podłokietnik. - Nie przychodzi mi do głowy nikt, kto chciałby mnie doprowadzić do bankructwa. Kilka lat temu zwolniłem pomocnika, bo kiepsko się sprawował, ale z tego, co wiem, przeprowadził się do Kolorado. A z ludźmi w miasteczku nie mam żadnych zatargów.
- A co z pańskimi pracownikami? - Luke zastukał sobie o udo rondem kapelusza. - Może któryś wypił za dużo i powiedział lub zrobił coś, czym kogoś uraził?
Grimes potrząsnął głową.
- Buck i Randall są bardzo opanowani. A jeśli chcą się rozerwać w sobotę wieczorem, raczej grają w karty. Zanim pan spyta, mogę od razu powiedzieć, że nie mają długów. Joe jest młody, więc zrobi czasem coś głupiego, ale taki z niego czaruś, że nikt się na niego nie gniewa.
Luke chrząknął. Dobry pracodawca znał swoich ludzi, ale nikt nigdy nie wiedział wszystkiego. Każdy miał jakieś sekrety. Możliwe, że za tą sprawą stał ktoś z Triple G. Kto inny znałby gospodarstwo na tyle dobrze, żeby wyprowadzić krowę, nie przecinając przy tym ogrodzenia?
- A ktoś z przeszłości? Jakieś nieudane transakcje czy kobiety, które mogą próbować się zemścić?
- Nie. Kupiłem tę ziemię dziesięć lat temu, bez żadnych zobowiązań. Zdobyłem swoje stado po pięciu latach prowadzenia spędów bydła. Rozstałem się w zgodzie z poprzednimi wspólnikami. - Grimes głośno odetchnął i potarł sobie twarz dłonią. - A jeśli chodzi o kobiety, przez te wszystkie lata znałem się bliżej może z garstką, a z nikim nie byłem na tyle blisko, żeby mieć wobec siebie jakiekolwiek oczekiwania. - Chwycił za krawędź biurka i spojrzał Luke'owi prosto w oczy. - Panie Davenport, jestem hodowcą krów. Moje gospodarstwo to moje życie. Nie mam czasu na politykowanie, zalecanie się do kogokolwiek czy wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Jedyny człowiek, z którym miałem ostatnio jakieś zatargi, to Doug Baxter, ale on nie żyje, więc to nie może być on.
Intuicja Luke'a od razu zareagowała.
- O co chodziło między panem a Baxterem?
Grimes wzruszył ramionami.
- Zwykłe sprawy. - Wskazał kciukiem do tyłu. - Był właścicielem sąsiedniej działki. Piękny kawałek ziemi porośnięty trawą, ze strumieniem, który byłby idealny dla bydła. Chciałem go od niego odkupić, a on nie był chętny. Ale już mówiłem. On nie żyje od prawie dwóch miesięcy.
- Został tam ktoś z rodziny, kto może żywić do pana niechęć?
Osoby pogrążone w żałobie czasem szukały winnych, żeby w ten sposób przekierować swój bol i gniew.
- Syn. Nate. Nie sądzi pan chyba... - Mężczyzna zamyślił się na chwilę. - Nie. Ten chłopak ma dopiero trzynaście czy czternaście lat. Czasem daje popalić, ale jest nieszkodliwy. Chociaż... teraz, jak się nad tym zastanawiam... to mogłoby wyjaśnić... - Zacisnął usta.
- Co?
- Brakujące krowy to nie jedyna rzecz, jaka mnie ostatnio spotkała.
Luke uniósł brwi, zachęcając Grimesa do wyjaśnień.
- Były też pewne zniszczenia.
- Co na przykład?
- Połowa mojego ogrodu warzywnego została dosłownie posiekana na kawałki. Straciłem w ten sposób zapasy na prawie miesiąc. Konie wypłoszono z zagrody. Jeden z nich okulał. Prawdopodobnie wszedł w norę po pieskach preriowych, kiedy tamten wandal go wystraszył. Różne drobne rzeczy, jakiś skunks w pomieszczeniu dla pracowników czy bomby z nawozu na werandzie przy wejściu. Wszystko to działo się w nocy, podobnie jak kradzieże. Zaczęło się w podobnym czasie. Podejrzewam, że te sprawy są ze sobą powiązane i że to coś na tle osobistym. Nikt z hodowców w okolicy nie stracił bydła, więc prawdopodobnie to ja jestem celem ataków. Nie wiem tylko dlaczego. Ale jeśli to w jakiś sposób powiązane z Baxterem...
- Niech mi pan pozwoli to sprawdzić, zanim wyciągnie pan pochopne wnioski.
Luke wyprostował nogi. Sam dopuszczał się różnych psot, kiedy był mały. Wielokrotnie wpadał w tarapaty. Możliwe, że to ten chłopak z sąsiedztwa był odpowiedzialny za tamte wybryki. Ale kradzież bydła? To znacznie poważniejsze niż jakiś wandalizm.
Klepnął się dłońmi w kolana, po czym wstał z krzesła.
Grimes również się podniósł.
- To znaczy, że bierze pan to zlecenie?
Luke włożył kapelusz i skinął głową.
- Tak.
- Cieszę się. - Mężczyzna wyciągnął z kieszeni klucz, otworzył szufladę biurka i sięgnął do środka. - Rozumiem, że bierze pan połowę ceny z góry. Mogę panu wypisać...
Luke przerwał mu, machając ręką.
- Możemy się tym zająć później. Chcę zacząć, póki jeszcze jest jasno.
Grimes odsunął się od biurka i popatrzył na niego z szacunkiem.
- Powiem Quincy'emu, żeby przygotował konia. Lepiej, żeby pan zaczął od wschodniej części terenu. Stado pasie się od kilku tygodni po stronie południowo-wschodniej.
Luke docenił te informacje, ale nie zamierzał dzisiaj objeżdżać ogrodzenia.
- Ogrodzeniem zajmę się rano - stwierdził. - Myślę, że najpierw odwiedzę pańskiego sąsiada.
Zamierzał sprawdzić Nate'a Baxtera. Chłopak był jedynym podejrzanym. A jeśli Luke wyciągnął jakiekolwiek wnioski ze swojej młodości, wiedział, że przepełnieni gniewem chłopcy potrafili wyrządzać poważne szkody. A im bardziej krzywdzili innych, równocześnie tym bardziej krzywdzili sami siebie. Jednak nie zdawali sobie z tego sprawy do chwili, aż było za późno.