W pustyni nubijskiej - Karol May

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

W PUSTYNI NUBIJSKIEJ

 

Wróciłem do khanu i udałem się na spoczynek, o śnie jednak mowy być nie mogło. Wprawiała mnie w niepokój nie utrata przyjaźni Nassyra, ani też obawa przed jego zemstą, - inne były tego przyczyny.

Przedewszystkiem zajmował mnie jego prawdopodobny stosunek do łowcy niewolników Ibn Asla. Chciałem się dowiedzieć o miejscu pobytu tego łotra, a w tym celu wystarczało nie spuszczać z oka Murada Nassyra. Poróżniwszy się z Turkiem, postanowiłem tem gorliwiej działać na rzecz przewodnika w Maabdah, ażeby, jeśli się tylko uda, odnaleźć jego zaginionego brata.

Wstałem wcześnie, usiadłem przed drzwiami khanu i kazałem khandżiemu przynieść sobie kawy. Przypatrując się świtaniu, zobaczyłem jeźdźca. Był jeszcze tak daleko, że zaledwie można go było rozpoznać. Musiał jechać na doskonałym zwierzęciu, gdyż zbliżał się z nadzwyczajną szybkością i rósł mi w oczach. Poznałem go, kiedy był jeszcze daleko. Był to porucznik okrętowy reisa effendiny. Powstałem oczywiście, aby go przywitać. Zobaczył mnie, zwrócił ku mnie wielbłąda, kazał mu uklęknąć i zeskoczył z siodła.

- Co tu robisz w Korosko? - zapytałem. - Sądziłem, że emir w Chartumie.

- Był tam istotnie. Gdzie się teraz znajduje, powiem ci, ale muszę się wprzód rozmówić z szechem el beled, przełożony wsi.

- Możesz go zobaczyć choćby i zaraz. Już wstał; widziałem go przed chwilą, klęczącego przed chatą i odmawiającego modlitwę poranną.

Pokazałem mu chatę. Porucznik bezzwłocznie poszedł we wskazanym kierunku. Wielbłąd jego klęczał w mojem pobliżu. Było to wspaniałe, bardzo drogie zwierzę, maści koloru mysiego. Posiadało wszystkie cechy doskonałego wierzchowca. Skąd do porucznika taki wielbłąd? Osobniki tej rasy przebywają w jednym dniu bez zatrzymania się nawet sto kilometrów. W dodatku było to zwierzę znakomicie wytresowane. Kiedy je pogłaskałem, spojrzało na mnie przychylnie swemi wielkiemi oczyma, a nie uniosło się zwykłą złośliwością wielbłądów, które obcych kąsają, kopią, a nawet opluwają. Byłem jeszcze zajęty zwierzęciem, kiedy Selim ukazał się we wrotach; ujrzawszy mnie, przystąpił zaraz i powiedział:

- Effendi, słyszałem bardzo, bardzo złe rzeczy i dlatego miałbym wielką prośbę do ciebie. Czy ją spełnisz?

- Cóż takiego?

- Czy prawda, że poróżniłeś się z Muradem Nassyrem?

- Kto ci to powiedział?

- On sam dał mi to do poznania, gdyż mi surowo mówić z tobą zabronił.

- I dlatego przychodzisz do mnie, ty jego wierny marszałek, i naruszasz dany ci zakaz?

- Tak, czynię to, gdyż wiesz, że ciebie więcej miłuję, niż jego.

- Jakąż masz do mnie prośbę?

- Nie chcę być już dłużej u Murada Nassyra.

- Dlaczego? Czy ci u niego niedobrze? Czy jesteś z niego niezadowolony?

- Dobrze mi i jestem zadowolony, ale od wyjazdu z Siut mówi bez przerwy o rzeczach, które mi się nie podobają.

- O jakich rzeczach?

- Jestem jeszcze w jego służbie, więc nie wiem, czy mogę go zdradzić.

- Czy masz może na myśli handel niewolnikami?

- Słusznie, bardzo słusznie! A więc i ty już wiesz, że Murad jest handlarzem niewolników?

- Pewnie, że wiem.

- Więc nie jestem zdrajcą, kiedy o tem z tobą rozmawiam. Murad żąda ode mnie, ażebym pozostał w jego służbie. Jeśli pozostanę, a pochwycą nas, może być ze mną źle.

- A zatem znowu się boisz?

- Bać się? Nie! Wiesz, że jestem największym bohaterem pustyni i pragnę przy odpowiedniej sposobności zginąć śmiercią bohaterską, - nie chciałbym jednak, aby mnie powieszono jako handlarza niewolników.

- Masz zupełną słuszność.

- Jeżeli i ty jesteś tego zdania, opuszczam natychmiast służbę. Cóż jednak pocznę z sobą? Gdybym cię tak nie miłował, decyzja byłaby łatwa, ale ja, effendi, nie chciałbym się z tobą rozstawać. Jeżeli pozwolisz, to pewną kwestję przedłożę twojej rozwadze.

- Słucham.

- Wszyscy wiedzą, że jesteś rozumnym człowiekiem; znasz wszystkie gałęzie wiedzy i przenikasz głębie wszystkich tajemnic, ale masz przecież błąd jeden.

- Jaki?

- Brak ci służącego, jakim ja jestem. Darzonoby cię szacunkiem dziesięć razy większym, niż dotychczas, gdyby wiedziano, że stoję u twego boku.

- Chciałbyś więc zostać u mnie?

- Tak, effendi.

- Nie może to być, gdyż nie podoba mi się twoja nieustanna waleczność. Może mnie ona łatwo uwikłać w jaką krwawą sprawę.

- Już ty się o to nie bój, effendi! Jeśli w mojej przelewającej się odwadze rozpoczynam z kim walkę, to sam ją kończę; pod tym względem znasz mnie dostatecznie. Ciebie na żadne niebezpieczeństwo z pewnością nie narażę, natomiast, gdybyś wbrew moim usilnym staraniom znalazł się w jakimś kłopocie, możesz być pewny, że całej mej bohaterskiej energji użyję, aby ciebie ocalić. Poza tem będę ci zawsze we wszystkiem posłuszny. No, i cóż powiesz na moją propozycję?

- Namyślę się jeszcze.

- Effendi, to sprawa zupełnie jasna niema się nad czem namyślać. Cenniejszego sługi nade mnie z pewnością nigdy nie znajdziesz.

- Być może, ale już mam służącego.

- Ben Nila? Jakież usługi może ci oddać ten młodzieniec? Jakież on bitwy wygrał, jakie odniósł zwycięstwa?

- On jeszcze młody i łatwo może stać się większym bohaterem od ciebie.

- Daruj, effendi, ale ja w to nie wierzę. Żeby się czegoś nauczyć, przedewszystkiem trzeba umieć słuchać, on tymczasem żadnej nauki ode mnie przyjąć nie chce i sprzeciwia mi się we wszystkiem.

- Jako człowiek doświadczony i rozsądny powinieneś być wyrozumiały. Byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybyś się nim szczerze i po ojcowsku zajął.

- Twoje życzenie z największą przyjemnością gotów jestem spełnić. Będę znosił cierpliwie jego słabości, a głupstwa przebaczę ze spokojem i wyrozumiałością.

- Idź więc do Ben Nila i powiedz mu, że chcesz u mnie zostać. Zrobię tak, jak mi Ben Nil poradzi.

- Jakto? Taki słynny effendi chce się kierować wolą służącego?

- Kierować nie, ale w tym wypadku jego życzenie uwzględnię, bo gdybym cię przyjął do służby, wy dwaj przedewszystkiem musielibyście ze sobą obcować.

- Zdaje mi się, że moje towarzystwo Ben Nil powinien uważać za zaszczyt. Jeżeli sobie jednak życzysz, abym z nim na ten temat pomówił, pójdę do niego, a potem doniosę ci, że jest uszczęśliwiony moją propozycją.

Poszedł. Chętnie byłbym podsłuchał ich rozmowę. Między nimi rozwinął się bowiem oryginalny stosunek. Polubili się wzajem, a mimo to sprzeczali się od rana do nocy. Poza swemi błędami miał Selim wcale dużo zalet i we wszystkich zleceniach, gdzie nie potrzeba było odwagi, okazywał się sługą godnym zaufania. Chorobliwą manję wielkości można mu było wybaczyć. Ben Nil zajął mnie bardzo. Był to młodzieniec poważny i cichy, a pomimo młodych lat miał takie zapatrywania, jakichby się nie powstydził niejeden starzec. Bystrość jego zasługiwała na podziw; energja, którą dotychczas mógł coprawda tylko w zwykłych sprawach okazać, pozwalała spodziewać się, że w razie potrzeby wykaże bardzo wiele odwagi.

Ilekroć ci dwaj ludzie zderzali się z sobą, patrzyliśmy jak na jakieś wesołe widowisko, a sceny podobne wprowadzały pożądaną odmianę w niemiłą monotonję podróży. Z tego właśnie powodu byłem gotów zatrzymać Selima przy sobie. Wiedziałem, że będzie to dość kosztowna przyjemność, ale ostatecznie, środki pieniężne, potrzebne na jej pokrycie, jakoś może potrafię zdobyć.

Przerwałem rozmyślania, gdyż zobaczyłem porucznika, wychodzącego z chaty. Szech wyszedł także i popędził ku rzece. Porucznik zbliżył się do mnie, wyjął cybuch z torby przytroczonej do siodła na wielbłądzie, nałożył fajkę i usiadł przy mnie. Podałem mu ogień.

- Masz doskonałego wielbłąda - zacząłem. - Zapewne to rozkosz nielada przelatywać pustynię na grzbiecie takiego zwierzęcia.

- Poznasz tę rozkosz, - odrzekł - gdyż ten wielbłąd dla ciebie przeznaczony.

- Rzeczywiście? Skąd przyszło emirowi na myśl przesyłać mi wielbłąda?

- Przesyła ci nietylko wielbłąda, ale zarazem i prośbę, którą ci mam przedłożyć. Czy gotów jesteś jej wysłuchać?

- I owszem.

- Byłeś już nieraz w pustyni i umiesz odczytywać tropy ludzi i zwierząt. Polecił mi więc, abym cię zapytał, czy...

Utknął w środku zdania, bo oto wpobliżu bud składowych ukazało się kilku Beduinów z wielbłądami. Pochodzili zapewne z niedalekiej okolicy i chcieli prawdopodobnie siebie i zwierzęta wynająć. Murad Nassyr zobaczył ich z podwórza i wyszedł, ażeby z nimi pomówić. Ponieważ siedzieliśmy właśnie w bramie tuż pod murem, nie zauważył nas; skinął na tych ludzi, ażeby szli za nim. Zaledwie porucznik rzucił nań okiem, zamilkł i jął mu się przypatrywać posępnym, badawczym wzrokiem.

W tej chwili odwrócił się gruby Turek i nas zobaczył. Porucznik podniósł się, stanął w samym środku wejścia, aby Nassyrowi zastąpić drogę, i rzekł:

- Zdaje mi się, żeśmy się już kiedyś widzieli.

- Ja ciebie? Nigdy! - odrzekł Turek dumnie, rzucając na porucznika wzgardliwe spojrzenie. Widać było, że mówił prawdę.

- Być może, że ty mnie nie zauważyłeś, ale ja ciebie widziałem.

- To mi obojętne. Mnie wielu ludzi widziało. Zresztą, nie miałem i nie mam z tobą nic wspólnego. Zejdź mi z drogi!

- Zaczekaj jeszcze chwileczkę. Chciałbym z tobą pomówić. Jak się nazywasz?

- Zapytaj o to, kogo chcesz; ja nie mam obowiązku ani ochoty odpowiadać na twoje pytania.

- Mylisz się! Czy wiesz, kto to reis effendina?

Twarz Turka drgnęła. Spojrzał na mówiącego, który miał na sobie zwykły strój Nubijczyka, całkiem inaczej, niż przedtem.

- Wiem bardzo dobrze, kim on jest, bo to wie każdy, - odpowiedział znacznie uprzejmiej.

- W takim razie wiesz zapewne i to, że reis effendina wyposażony jest w wiele pełnomocnictw, które mu nadają niekiedy większą władzę, aniżeli ma mudir.

- I to wiem także.

- Jestem porucznikiem emira i powiem ci, że twarz twoja zajmuje mnie bardzo. Teraz mi już chyba odpowiesz?

- Udowodnij mi wpierw, że jesteś rzeczywiście tym, za kogo się podajesz.

- Jeżeli koniecznie chcesz, zastosuję się do twojego życzenia i pójdziemy razem do szecha el beled, ale tam rozmówimy się urzędowo, gdy tymczasem tutaj rozmawiałbym z tobą uprzejmie.

- Jestem tak samo, jak ty, przyjacielem uprzejmości, możesz mi więc stawiać pytania, jakie chcesz.

Turek miał widocznie powód do obawy przed urzędowem przesłuchaniem. Porucznik rzekł z uśmiechem:

Ponawiam pytanie, jak się nazywasz?

- Nazywam się Murad Nessyr.

- Skąd pochodzisz?

- Z Nif koło Ismir.

- Twój zawód?

- Bazirgijan.

- Kupiec? Czem handlujesz?

- Czem się tylko da. Teraz udaję się do Chartumu po sennę, gumę i kość słoniową.

- Czy nie kupowałeś i nie sprzedawałeś jakiego innego towaru?

- Owszem.

- Tak, ale ja mam na myśli towar żywy, niewolników.

- Taki handel przez myśl mi nigdy nie przeszedł. Jestem posłusznym poddanym i nie czynię nic przeciwko prawom sułtana i rozkazom kedywa.

- Jeśli tak, to dobrze. Czy znasz może miejscowość Kauleh, leżącą nad Bahr el Abiad?

- Nie.

- To szczególne! Taki kupiec, jak ty, miałby nie znać tej miejscowości? To wydaje mi się podejrzane! Nie dawniej jak przed rokiem wieziono Nilem niewolników z Karanak do Kauleh; miano ich sprowadzić do Messalamieh. Statek wpadł jednak w nasze ręce i handlarzom odebraliśmy nieszczęśliwych niewolników. Przywódca, który nam umknął, by tak podobny do ciebie, jak jedna kropla wody do drugiej. Pytałem jednego z pojmanych o nazwisko przywódcy. Podał je, lecz brzmiało całkiem inaczej, niż obecnie ty podajesz.

- To dowodzi niezbicie, że nie jestem tym, za kogo mnie uważasz.

- Może także dowodzić, że nosisz rozmaite nazwiska. Widziałem wówczas twarz twoją i dotąd nie zapomniałem, jak wygląda.

- Panie, ja jestem uczciwym kupcem! Może to poświadczyć także ten effendi, obok którego siedzisz. Zapytaj go, on zna mnie dobrze i nawet ze mną chce jechać do Chartumu.

Ze strony Murada było to zuchwalstwo.

- Czy to prawda? Znasz go? - zapytał mnie porucznik.

- Znam go pod tem nazwiskiem, jakie ci podał.

- Czy mówił z tobą o łowach na niewolników?

- Tak jest. Wczoraj wieczorem nawet.

- Co powiedział?

- Chciał mi dać siostrę za żonę, jeślibym zechciał dopomóc mu w handlu niewolnikami.

- Opowiedz to obszernie, effendi!

Usłuchałem wezwania, gdyż nie widziałem powodu, dla którego miałbym milczeć na korzyść Turka, lub nawet kłamać. Murad zacisnął zęby i patrzył na mnie wzrokiem, mówiącym wyraźnie, że przy sposobności zemści się krwawo.

- No i cóż ty na to? - zapytał go porucznik, kiedy skończyłem.

- Miałem bardzo słuszny powód, aby mu to powiedzieć. Ten effendi, który nic nie umie i grosza w kieszeni nie ma, chciał mnie zmusić, żebym go ze sobą zabrał jako towarzysza podróży. Z Siut aż tu kosztował mnie mnóstwo pieniędzy i żeby się go pozbyć, udałem przed nim, że jestem handlarzem niewolników. I ten środek istotnie pomógł, bo zląkł się i rozstał się ze mną.

- Przedtem twierdziłeś, że on chce z tobą jechać do Chartumu.

- Powiedziałem to chyba przez nieuwagę. Widocznie o czem innem wtedy myślałem.

- Jesteś mi bardzo podejrzany. Czy możesz udowodnić, że jesteś rzeczywiście Muradem Nassyrem z Nif?

- Tak. Mam przy sobie dwa paszporty, jeden sułtana, a drugi khedive.

- Pokaż mi je!

- W takim razie bądź łaskaw pofatygować się do moich komnat.

Porucznik wszedł z nim do khanu, a kiedy po jakimś czasie powrócił, oznajmił z niechęcią:

- Oba paszporty w najpiękniejszym porządku; jedzie z siostrą do Chartumu. Zbadałem jego rzeczy i nic mu nie mogę zarzucić, choć pewien jestem, że to ten sam handlarz niewolników, którego przed rokiem widziałem.

- A ja mógłbym przysiąc, że współudział w handlu proponował mi zupełnie serjo.

- I ja jestem tego samego zdania, mimo to jednak muszę go puścić wolno, coprawda tylko na dzisiaj. Będziemy już nad nim czuwali. A teraz wróćmy do poprzedniej rozmowy.

- Tutaj nam przeszkadzają. Każ swego hedżina wprowadzić do khanu, a my chodźmy nad rzekę, gdzie będziemy sami i nikt nas nie podsłucha.

Zgodził się na moją propozycję, oddał wielbłąda khandżiemu. Ruszyliśmy nad wodę. Ujrzałem łódź z jednym wioślarzem, płynącą szybko wgórę rzeki.

- To mój człowiek wysłany przez szecha el beled na mój rozkaz do Derr - rzekł porucznik.

- Czy mogę zapytać, poco go wysyłasz?

- Owszem, a nawet musisz to wiedzieć koniecznie. Z Derr pójdzie drugi posłaniec do Abu Simbel, stamtąd trzeci do Wadi Halfa, potem czwarty do Semneh i tak dalej, aż zaalarmuje się całą dolinę Nilu.

- W takim razie musiało się stać coś nadzwyczajnego?

- Coś okropnego. Kiedy rabusie napadają na czarnych, aby ich jako niewolników pojmać, od biedy można tego jeszcze nie widzieć, bo to rzecz zwyczajna; kiedy jednak wloką do niewoli Arabów, prawowiernych muzułmanów, jest to grzechem przeciw koranowi, grzechem, wołającym o pomstę do nieba.

- Gdzie się na coś podobnego odważono?

- Czy słyszałeś o studni Bir es Serir, położonej na zachód od Es Safih?

- Słyszałem. Znajduje się na południowym wschodzie od Dżebel Modjaf, a należy, o ile się nie mylę, do Arabów z pokolenia Fessara.

- Widzę, że znasz tutejsze stosunki wybornie. Otóż oddział Fessarów, pojących swoje trzody w tej studni, obchodził jakąś uroczystość. Wszyscy mężczyźni udali się do Dżebel Modjaf, aby tam urządzić wspaniałą "fantazję", kobiety zaś zostały w domu. Kiedy mężczyźni nazajutrz powrócili, zastali w swych namiotach trupy dzieci i starych kobiet. Młode niewiasty uprowadzono; a trzody rabusie rozproszyli.

- To straszne! Dziewczęta i kobiety Fesserów słyną z piękności. Czy żadnych śladów nie znaleziono?

- Nie. Nad ranem zerwała się burza i wszelkie tropy na pustyni zawiała.

- Kiedy tę zbrodnię popełniono?

- Przed dwudziestu dniami. Wiesz, jaka to wielka odległość, i nie zdziwisz się, że otrzymaliśmy wiadomość dopiero przed trzema dniami. Jak sądzisz, dokąd się sprawcy zwrócili?

- Ani na zachód, ani na południe, bo tam nie mogliby sprzedać porwanych. Sądzę, że mogli się zwrócić jedynie ku Morzu Czerwonemu, bo stamtąd najłatwiej wysłać niewolników do Egiptu, albo do Turcji.

- Tego samego zdania jest reis effendina. Handlarze mogli jednak wiele dróg obrać.

- Tylko dwie.

- Które?

- W pobliżu Wadi Melk przez pustynię Bajuda i okolicę Berberu, a stamtąd jak najkrótszą drogą do Suakin. Druga droga prowadziłaby przez Wadi Melk i Wadi el Gab do Dongoli i wpoprzek pustyni nubijskiej do Ras Rouai nad morzem Czerwonem.

Porucznik rzucił na mnie spojrzenie pełne zdumienia i powiedział:

- Effendi, reis effendina widocznie zna ciebie dobrze; on także podobnie myślał i powiedział, że będziesz tego samego zdania, co on.

- Bardzo mnie to cieszy. Jakąż jednak wspólność może mieć moje zdanie z tą sprawą?

- Bardzo wielką. Obie te drogi należy zagrodzić, ale w zupełnej tajemnicy, aby rabusiów do czujności nie pobudzić. Reis effendina popłynie więc z Chartumu w okolicę Berberu, ażeby łowcom zagrodzić drogę do Suakin, mnie natomiast wystał z drugą częścią załogi tutaj, bym tej drogi pilnował.

- A gdzież są twoi ludzie?

- Zostawiłem ich na pustyni, ażeby ich nikt nie widział. Dla nas dwu zarekwirował reis prawdziwe hedżiny, abyśmy mogli przejeżdżać wielkie przestrzenie. Załoga zaopatrzona jest w zwyczajne, ale wcale dobre wielbłądy.

- A cóż mi po tym hedżinie?

- Nie odgadujesz? Reis effendina sądzi, że twoja rada mogłaby mi się przydać, a ponieważ z niejaką pewnością przypuszczał, że będziesz teraz w Korosko, kazał mi tu przyjechać i prosić cię o przyłączenie się do nas. Czy spełnisz tę prośbę?

Byłem w szczególnem położeniu. Miałem kłopoty z powodu kosztów podróży i nie mogłem wracać do Kairu. Od emira mogłem spodziewać się pomocy i przyrzekłem wogóle odwiedzić go w Chartumie. Nie mogłem też odmówić prośbie, którą przysłał mi przez porucznika. Zresztą, musiałem również z powodu obietnicy, danej przewodnikowi z Maabdah, udać się do Chartumu. Wkońcu pomyślałem, że zaufanie, okazane mi przez reisa effendinę, jest dla mnie wielkim zaszczytem. To też odrzekłem:

- Jakże mógłbym tej prośbie odmówić? Twój pan tyle mi grzeczności wyświadczył, że z przyjemnością skorzystam ze sposobności, aby mu się przysłużyć.

- Effendi, dziękuję ci bardzo! Muszę ci powiedzieć, iż reis effendina spodziewał się na pewno twojej zgody, ponieważ jednak zadanie jest bardzo niebezpieczne, sądziłem, że mu odmówisz. Raduję się jednak z całej duszy, że jego nadziei nie zawiodłeś. To, co mamy wykonać, połączone jest z wielkiemi trudnościami; skoro jednak wiem, że wesprze mnie twoja rada, jestem pewien, te przynajmniej większych błędów uniknę.

- Możesz liczyć nietylko na moje rady, ale i czynny współudział. Czy masz osobne instrukcje, o których nie mówiłeś jeszcze dotychczas?

- Nie. Nakazano mi zabierać każdego spotkanego po drodze łowcę lub handlarza niewolników i prowadzić go razem z łupem do emira. Oczywiście, w pierwszym rzędzie powinienem zwrócić uwagę na uprowadzone żony i córki Beni Fessarów i mam, jak ci to oznajmiam otwarcie, we wszystkiem polegać na twojej radzie.

- To ostatnie bynajmniej nie jest pożądane; bądź co bądź, mogą łatwo zajść różnice zapatrywań, co sprawę utrudni.

- Możesz śmiało liczyć na to, że zgodnie z rozkazem reisa effendiny poddam się twojej woli. Emir polecił mi zaraz po wyjaśnieniu stosunków oddać ci tę kartkę.

Wyjął mały złożony kawałek papieru, rozwinął go i podał. Przeczytałem te wymowne słowa:

"Ty jesteś pierwszym, on drugim."

Był to niezwykły dowód zaufania, tem większy, że reis powyższym mandatem znaczną część swojej władzy w moje ręce złożył.

- Czy jesteś teraz spokojny? - spytał porucznik.

- Tak - odrzekłem. - Jestem nietylko spokojny, lecz mam przekonanie, że spotkamy rabusiów, jeżeli tylko obrali jedną z obu wspomnianych dróg.

- Czy to nie jest zbyt śmiałe twierdzenie, effendi?

- Nie, gdyż wiem bardzo dobrze, co mówię.

- Ale zważ, jaka pustynia wielka! Stąd do Bir Murat mamy cztery dni drogi, a studnia ta nie leży w samym środku. Gdybyśmy mogli nawet obsadzić tę ogromną przestrzeń, mieliby rozbójnicy wiele luk, któremi mogliby się przemknąć, zwłaszcza nocą.

- Tak, ale trzeba się liczyć z właściwościami pustyni, którą mają przebyć. Od Nilu aż do morza Czerwonego, jako celu, dzieli ich dwadzieścia dni drogi wielbłądami. Na taką długą drogę nie mogą być zaopatrzeni w wodę i muszą wyszukiwać studnie, przy których się z nimi spotkamy.

- Nie licz na to tak bardzo! Czy o tem nie wiesz, że są studnie tajemne?

- Tak. Na Saharze niejeden raz piłem z nich wodę.

Spojrzał na mnie, potrząsnął głową rzekł:

- Słyszałem wprawdzie, że Frankowie są w wielu rzeczach o wiele rozumniejsi od nas, lecz mieszkańcy pustyni niewątpliwie lepiej znają swój kraj, niż mieszkaniec Zachodu, który się tam znajdzie po raz pierwszy w życiu.

- Zaczekaj! Nie dam ci teraz żadnych wyjaśnień; wypadki ci udowodnią, że mam istotnie słuszność.

- Zaciekawiasz mnie bardzo. Niech przyszłość pokaże. Narazie pozostaje mi jeszcze zapytać tylko, czy na pewno ze mną pojedziesz?

- Z całą pewnością.

- W takim razie mam ci jeszcze coś doręczyć. Allah tak zrządził, że człowiek nie może żyć bez pieniędzy. Nawet w pustyni mogą się przydać. Emir polecił mi więc oddać ci tę kasę, którą możesz rozporządzać wedle swojego uznania. Przedewszystkiem reis prosi, abyś tutaj zakupił to wszystko, czego ci tylko do tak długiej drogi potrzeba.

Podał mi skórzaną sakiewkę, napełnioną rijal masri - egipskiemi talarami i egipskiemi półfuntowemi złotówkami. Suma wynosiła około tysiąca franków. To mogło wystarczyć aż nadto na kilka tygodni, zwłaszcza, że dowiedziałem się, iż żołnierze są dostatecznie wyekwipowani. Przyjąłem pieniądze bez wahania, przyczem jednak zauważyłem:

- Narazie nie mam żadnych potrzeb i zużyję pieniądze dla was w razie potrzeby, a potem przedłożę emirowi rachunek. Kiedy wyruszamy?

- Kiedy ci się spodoba. Chciałbym tylko przedtem napoić wielbłąda. Od dwu dni nie dostał wody.

- Nie dostanie jeszcze przez dwa dni, a kto wie, czy nie dłużej.

- Czemu effendi?

- Bo chcę odkryć tajemne studnie na pustyni.

Rzucił na mnie spojrzenie, po którem poznałem, że mojej odpowiedzi nie pojął, i rzekł, potrząsając znów głową:

- Nie rozumiem cię, effendi! Podróżując kryjomo, musimy uniknąć studni, więc nasze wielbłądy będą musiały znosić pragnienie. Tu znajdujemy się nad brzegiem Nilu, więc powinien byś skorzystać ze sposobności i obficie napoić swoje zwierzę.

- A ja tymczasem ani kropli dać mu nie myślę.

- Czy to nie okrucieństwo? Czy religja chrześcijańska nie nakazuje wam dbać o zwierzęta?

- Nasza religja jest o wiele przychylniejsza dla zwierząt, niż wasza; trudno, lepiej, żeby jeden wielbłąd znosił pragnienie, jeżeli przez to wielu ludzi można od cierpień uchronić. Skoro tylko się dowiem, jakie plany ma Murad Nassyr, wyruszymy w drogę. Jakże jednak dostaniemy się do twoich ludzi we dwójkę, kiedy mamy tylko jednego wielbłąda?

- Owszem, są dwa. Tego drugiego zostawiłem poza osadą ze spętanemi nogami. Nie chciałem, aby poznano, że przybyłem po ciebie.

Postąpiłeś bardzo rozsądnie. Gdzieżeś go zostawił?

- Niedaleko stąd nad brzegiem Nilu. Za pół godziny zaszedłbyś tam piechotą.

- To wsiadaj i jedź, napój swego wielbłąda, ale mojemu pić nie pozwól. Przyjdę do ciebie.

- Nie znajdziesz mnie!

- Nie obawiaj się, znajdę.

- Ależ ty nie znasz okolicy!

- Nie potrzeba mi tego, bo mam przewodnika, który mnie do ciebie zaprowadzi.

- Kto to być może?

- Twój trop.

- Czy rzeczywiście umiesz dobrze odczytywać ślady?

- Ślady są dla mnie takie wyraźne, jak dla ciebie pismo koranu.

- W takim razie jadę - boję się jednak, czy sobie zbytnio nie ufasz.

Wrócił na miejsce, na którem leżał przeznaczony dla mnie hedżin, dosiadł go i odjechał. Czekałem jeszcze przez chwilę. Wtem nadeszli Arabowie, poprzednio już przez Murada przyzwani, i poszli do rzeki, by napoić zwierzęta. Widocznie ich Turek wynajął, aby natychmiast wyruszyć, co im oczywiście miłe być nie mogło, gdyż Beduini zwykle każdą podróż zaczynają dopiero po południu. Poszedłem zwolna do khanu. W bramie stał Turek, musiałem więc przejść tuż obok niego. Zaczął mnie lżyć:

- Ty psie, ty zdrajco! Teraz zostaniesz tutaj, a szatan głodu pożre cię kawałkami. Jeżeli zaś śmierci głodowej unikniesz, bądź pewny, że ci przy pierwszem spotkaniu głowę roztrzaskam!

Nie zważając na te słowa, poszedłem na dziedziniec. Przechodząc koło drzwi, które prowadziły do komnat Kumry, usłyszałem jej głos głęboki, stłumiony aż do szeptu:

- Effendi, zatrzymaj się na chwilę, lecz nie oglądaj się na mnie!

- Czego sobie życzysz? - zapytałem, odwróciwszy się do niej plecami i udając, że jestem pogrążony w obserwacji khanu.

- Zatrzymałam cię, aby z tobą raz jeszcze jeden pomówić. Brat opowiedział mi, że gardzisz moją siostrą.

- Nie gardzę nią, lecz jako chrześcijanin jestem wrogiem wszystkich handlarzy niewolników i właśnie z tego powodu muszę się rozstać z Muradem.

- Bardzo mnie to smuci! Przywróciłeś mi ozdobę głowy, więc chciałabym ci się za to odwdzięczyć. Tymczasem nie wiem, czy będę mogła. Ale w każdym razie bądź pewny, że nigdy o tobie nie zapomnę!

- Ja także z rozkoszą będę ciebie wspominał, ty kwiecie szczęścia i wzorze ziemskiej piękności.

- Bądź zdrów, effendi, nie gniewam się na ciebie!

Poszedłem do swego pokoju, gdzie siedział Selim z Ben Nilem i sprzeczali się, jak zwykle, na temat bohaterstwa. Przyszło mi na myśl, że zapomniałem zwrócić na nich uwagę porucznika, i nie wiedziałem teraz, co z nimi zrobić. Mimo to jednak oświadczyłem Selimowi ku jego ogromnej uciesze, że go do służby przyjmuję, i zacząłem się zastanawiać, jak ja się z nimi w dalszą podróż zabiorę.

Na szczęście przypomniałem sobie szecha el beled. Porucznik był u niego i z tego wywnioskowałem, że zna jego i reisa effendinę. Poszedłem bezzwłocznie do szecha i po wstępnych pozdrowieniach przedłożyłem mu swoją prośbę.

- Panie, jesteś przyjacielem emira i jam na twoje usługi - odrzekł szech. - Czy chcesz wielbłądów wierzchowych, czy jucznych?

- Wierzchowych, ale muszą być dobre i szybkonogie.

- Czy możesz za nie zapłacić?

- Ceny za dwa wierzchowe wielbłądy nie mam oczywiście przy sobie.

- Więc można je tylko pożyczyć?

- I to trudno, - musiałbym zabrać ze sobą właściciela, a ten byłby mi w drodze tylko przeszkodą.

- Nie bój się, effendi! Tak źle nie będzie! Ceny wynajmu teraz płacić nie potrzebujesz. Oddacie wielbłądy szechowi Ababdeh w Abu Hammed, on mi je przyśle, a jeśli kiedy później emir będzie w Korosko, z nim samym rachunek załatwię.

- A zatem zgoda, postaraj mi się tylko jak najrychlej o dobre wielbłądy wierzchowe, bo te, które tu widzę, są zbyt ciężkie i powolne; zresztą, i tak wynajął je pewnie Turek, który tu ze mną przybył.

Szech zrobił chytrą minę i odrzekł:

- Jesteś wprawdzie Frankiem, lecz wiesz może, kto potężniejszy od najpotężniejszego księcia?

- Myślisz prawdopodobnie o otwartej ręce?

- Tak, ręka otwarta wszystko może.

Wydobyłem kilka egipskich talarów, a kiedy mu je podałem, pochwycił szybko, schował i powiedział:

- Effendi, jesteś najmędrszym z mędrców, a dobroć twoja równa się miłosierdziu. Bądź pewny, że cię obsłużę tak, jak samego reisa effendinę, szybko i dobrze. Niech ci się nie zdaje, że przewoźnicy tutejsi posiadają te tylko wielbłądy, które przed sobą widzimy; mają i lepsze, ale tych nie pokazują odrazu, aby od podróżnych jak największe ceny wyłudzić. Jeżeli jednak każdemu z właścicieli dasz po talarze bakszyszu, dostaniesz wkrótce dwa wielbłądy takie szybkie, jak ten, na którym przyjechał porucznik.

- Chętnie ten bakszysz zapłacę.

- A więc zatrzymaj się chwilkę, a ja tymczasem pomówię z tymi ludźmi.

Powróciłem do khanu, gdzie Turek zajmował się opakowywaniem wielbłądów. Na jednym z nich umieszczono tachtirwan, przeznaczony dla siostry Murada, dwa inne niosły żywność i wory napełnione wodą. na dwu dalszych umocowano po dwa kosze, do których weszły służące, szóstego dosiadł Turek, a siódmego przewodnik. do którego należały wielbłądy. Chwilę później dał się słyszeć okrzyk: "la szech Abd-el-ka-a-der", hasło do wyruszenia. Mały orszak począł się ruszać powoli. Turek, zanim przejechał przez bramę, odwrócił się jeszcze do mnie i zawołał:

- Odstręczyłeś ode mnie Selima, ty najbrudniejszy z nieczystych. Zapamiętaj sobie, co ci już powiedziałem, że przy najbliższem spotkaniu nie minie cię śmierć z mojej ręki!

I tym razem nic mu jeszcze nie odpowiedziałem, gdyż nie wątpiłem, że wkrótce lepszą znajdę do tego sposobność. Po upływie kwadransa przyszedł szech el beled z dwoma ludźmi. Każdy z nich prowadził za uzdę wierzchowego wielbłąda. Nie były to wierzchowce zwyczajne, więc zafrasowała mnie myśl, że emir będzie musiał za nie zapłacić bardzo wysoką cenę. Powiedziałem szechowi, co myślę, odpowiedź jego jednak zupełnie mnie uspokoiła.

- Nie martw się, effendi! Nie my oznaczamy wysokość ceny najmu, lecz reis effendina. Jest on wysłannikiem wicekróla i mógłby właściwie nawet nic nie zapłacić. Ty mi tylko poświadczysz, że otrzymałeś od nas wielbłądy.

Dałem pisemne poświadczenie i dwa talary napiwku. Potem pożegnałem się z szechem i z owymi ludźmi. Selim i Ben Nil wsiedli, ja podałem im swoje rzeczy, poczem, zapłaciwszy khandżiemu należność za mieszkanie, której Turek uiścić nie myślał, opuściłem z dumą pieszo Korosko. Czy w Europie pożyczyłby kto obcemu takie wielbłądy?

Ponieważ wiedziałem, w jakim kierunku odjechał porucznik, łatwo mi było odnaleźć ślady jego wielbłąda. Podążyliśmy za temi śladami. Z początku oddaliliśmy się nieco od Nilu, wnet jednak skręciliśmy pod kątem ku jego brzegom. Ponieważ szedłem dobrym krokiem, dostaliśmy się nad brzeg w przeciągu jakich dwudziestu minut. Porucznik siedział w krzakach, których soczyste końce obrywał jego wielbłąd, podczas gdy mój leżał ze spętanemi nogami zdala od wody, ku której zwracał tęsknie rozwarte nozdrza. Żal mi było zwierzęcia, musiało jednak cierpieć ze względu na nasze późniejsze korzyści.

Porucznik był zaskoczony przybyciem nieznanych mu ludzi. Ponieważ znał z opowiadania moje ostatnie wypadki, więc się odrazu domyślił, kim są ci dwaj moi towarzysze.

- Musiałem długo czekać na ciebie - rzekł. - Myślałem już, że moich śladów nie odnalazłeś. Ten młodzieniec - to zapewne Ben Nil, o którym mi opowiadałeś?

- Tak.

- A ten drugi, to pewnie Selim, bohater nad bohaterami?

- Zgadłeś - rzekł wymieniony, nie pozwalając mi odpowiedzieć. - Kiedy mnie poznasz, ogarnie cię zdumienie.

- Zdumienie ogarnia mnie już teraz, gdy odpowiadasz niepytany. Czy ci ludzie chcą jechać z nami?

Z ostatniemi słowy zwrócił się znów do mnie. Objaśniłem mu sprawę dokładnie. Kiedy skończyłem, rzekł:

- Spodziewam się, że zasłużą na to, żeby ich nosiły takie wielbłądy. Ty jesteś pierwszym, ja drugim, możesz czynić, co ci się podoba, ja ci tylko życzę, ażebyś jakiego błędu nie popełnił. Napełnijmy zaraz wory i ruszajmy w drogę!

Wkrótce wory były pełne wody i wszystko gotowe do drogi, więc ruszyliśmy dalej. Wielbłąda mego trudno było odciągnąć od brzegu, kiedyśmy jednak mieli Nil już za sobą, był całkiem posłuszny, co dowodziło, że jest zwierzęciem lepszem i szlachetniejszem od tamtych trzech.

Skręciliśmy najpierw na drogę, wiodącą ku południowemu wschodowi, a potem zwróciliśmy się wprost na południe. Jechaliśmy chorem, to jest łożyskiem rzecznem, którem woda płynie tylko w porze deszczowej. Okolica była dzika i pusta, po bokach wznosiły się tylko nagie skały, a nasze wielbłądy stąpały po ostrem, nieurodzajnem kamienisku.

Pierwsza część szlaku pustynnego wiedzie przez teren górzysty, właściwa pustynia piaszczysta zaczyna się dopiero w trzecim dniu drogi; nazywa się Bahr bela mah, to znaczy: morze bez wody. Z nazwą tą spotykałem się dosyć często na Saharze i po drugiej stronie morza Czerwonego, a posługują się nią Arabowie, Beduini, Berberyjczycy i Tuaregowie.

Zwierzęta nasze szły dzielnie pomimo złej drogi. Kłus wielbłąda jest bardzo wydatny, a na dłuższą metę nie dorówna mu nawet prawdziwy biegun arabski. To też po upływie dwu godzin ujrzeliśmy przed sobą ciągnącą zwolna karawanę Murada Nassyra. Kiedy mnie zobaczył, zdziwił się mocno, ja zaś, przejeżdżając mimo, zawołałem do niego:

- Znowu masz przyjemność widzieć się ze mną; możesz mnie teraz zdruzgotać!

Odpowiedział przekleństwem. Selim zatrzymał się przy nim i powiedział:

- Nie osiągniesz swego celu, lecz zginiesz w pustyni, gdyż nie jestem już twoim obrońcą.

- Idź do piekła! - huknął nań jego pan dawny.

- Może cię tam zastanę, kiedy mnie nieszczęście do piekła wtrąci.

Kiedyśmy zniknęli Turkowi z oczu, skręciliśmy z drogi na prawo, aby trafić na ludzi, których tam porucznik zostawił. Nie był bywalcem w pustyni, więc mógł się pomylić co do kierunku; ale bardzo różnorodne kształty skał dostarczały mu tak wyraźnych wskazówek, że trudno było zabłądzić. Kiedy z nim rozmowę na ten temat zacząłem, rzekł:

- W tych stronach zabłądzić chyba nie można. Niema tu wprawdzie właściwej drogi, ani ścieżki, lecz zapamiętałem sobie kształty wzgórz, obok których przejeżdżałem, nie mogę się zatem pomylić. Zupełnie co innego na równinie piaszczystej - tam się zorjentować nie umiem.

- Jakże więc trafiłeś do Korosko? Musieliście przecież przechodzić przez pustynię piaszczystą.

- Czyż nie powiedziałem ci, że emir dał nam doskonałego przewodnika? Ten człowiek jest kapralem, walczył nieraz w Sudanie i zna doskonale pustynię. On nas prowadził, a teraz został przy żołnierzach, określiwszy mi dokładnie drogę do Korosko. Przekonasz się, że to bardzo przydatny człowiek.

Po jakimś czasie dostaliśmy się znowu do suchego choru; tu mieli żołnierze czekać na powrót porucznika. Zastaliśmy ich, ale nie wszystkich. Było ich tylko dziesięciu i wielbłądów przy nich nie było. Dowiedzieliśmy się, że stary kapral skorzystał z nieobecności komendanta i pojechał szybko nad Nil napoić wielbłądy i wory świeżą wodą napełnić. To własnowolne zachowanie się przejęło porucznika obawą. Usiłowałem go uspokoić, lecz on rzekł z gniewem:

- Nie broń go, effendi! Nie jesteśmy zwykłymi podróżnymi, lecz żołnierzami, dlatego wśród nas musi panować surowa karność. Ten onbaszi, kapral nie miał prawa opuszczać stanowiska bez mego pozwolenia.

- Bezwątpienia. Bądź co bądź ma on dobre zamiary.

- Może, ale przy dobrych zamiarach niejedno głupstwo można popełnić. Nikt nas przecież widzieć nie powinien, a tymczasem ten człowiek jedzie w trzydzieści ludzi i przeszło czterdzieści wielbłądów w okolicę, gdzie go bezwarunkowo muszą zauważyć.

- W takim razie przedstawiłeś mi go fałszywie.

- Jakto?

- Nazwałeś go człowiekiem pożytecznym, a teraz uważasz go widocznie za podwładnego, któremu ufać nie można.

- Tak surowego sądu o nim wydawać nie myślę, w każdym razie powinien był mnie zapytać, co ma czynić. Bardzo łatwo może się spotkać z ludźmi, którzy jego i naszą obecność zdradzą przed rabusiami.

- Powiadasz, że zna pustynię; więc chyba obierze drogę bezpieczną, na której nikt go nie zobaczy.

- Trudno uniknąć takiego spotkanie, bo Nil jeszcze zbyt blisko.

- Jeśli pojedzie stąd prosto, natrafi na rzekę między Toszkeh a Tabil i nikt go prawdopodobnie nie dostrzeże. Jeśli zaś on sam przypadkiem kogoś na drodze zobaczy, to go chyba, jako człowiek doświadczony, zręcznie ominie. Czekajmy spokojnie jego powrotu.

- Więc sądzisz, że nie powinniśmy go szukać? - Naturalnie, gdyż przez to nie osiągniemy nic, chyba tylko zwiększymy możliwość spotkania się z ludźmi.

Rozłożyliśmy się obok pakunków na ziemi. Żołnierze trzymali się w pełnem uszanowania oddaleniu. Ze spojrzeń, rzucanych na mnie, widać było, że się cieszą z mego przybycia. Znali mnie ze statku i uważali widocznie za człowieka, którego obecność mogła im się na coś przydać. Skromny Ben Nil usiadł przy nich. Selim miał wielką ochotę zbliżyć się do nas, porucznik jednak spojrzał nań w ten sposób, że bohater odwrócił się i poszedł do żołnierzy. Zmierzył ich z góry i powiedział:

- A zatem jesteście asaker, żołnierze reisa effendiny, którego zamierzamy uszczęśliwić naszą pomocą? Spodziewam się, że będę z was zadowolony. Czy mnie znacie?

- Nie - odrzekł jeden z nich, który, podobnie jak inni, ze zdumieniem przypatrywali się Selimowi nie wiedząc, jak się ma wobec niego zachować.

- Jesteście zatem zupełnie obcy w tym kraju, gdzie każde dziecko opowiada o moich czynach bohaterskich. Moje słynne nazwisko jest takie długie, że go nie zdołacie spamiętać, i dlatego pozwolę wam nazywać mię krótko Selimem. Jestem największym wojownikiem wszystkich ludów i plemion Wschodu, a przygody moje opowiadają i opisują w tysiącach książek. Potężne ramię moje jest osłoną, w której cieniu możecie żyć bezpiecznie i spokojnie przez najdłuższe lata.

Mówiąc to, rozciągnął nad nimi obie ręce i przybrał postawę człowieka, który światem wstrząsnąć jest w stanie. Żołnierze nie wiedzieli, co mają o nim sądzić i co mu na to wszystko odpowiedzieć. Milcząc, spoglądali na mnie. Kiedy zobaczyli mój uśmiech, a Ben Nil wzruszył ramionami, wymawiając arabskie słowa "timm et kebir", które znaczą tyle, co nasz "samochwał", zorjentowali się natychmiast. Wówczas jeden z nich młody jeszcze chłopak, który, jak się potem dowiedziałem, był żartownisiem, powstał, skłonił się Selimowi głęboko i rzekł tonem pełnym szacunku i namaszczenia:

- Jesteśmy, o Selimie nad Selimy, uszczęśliwieni twą obecnością i olśnieni promieniami twej sławy. Jesteś, jak słyszymy, zbiorem wszelkich wzniosłych zalet i mamy nadzieję, że nam będziesz świecił stale swoim przykładem.

- Będę na pewno - odrzekł Selim, nie mając pojęcia, że wpada w pułapkę. Jestem gotów każdej chwili dopomóc wam do zdobycia sławy.

Przeciwnik chciał mu odpowiedzieć, lecz uwagę jego pochłonął daleki horyzont, na którym ukazał się teraz długi szereg jeźdźców na wielbłądach. To wracał onbaszi w otoczeniu żołnierzy. Wielbłądy były napojone tak obficie, że formalnie zgrubiały, wyglądały jednak zdrowo i silnie. Było to dla nas bardzo korzystne, tem więcej, że stary zabrał także wszystkie wory i napełnił je wodą. Dzięki temu troska o wodę odpadłą na kilka dni. Poprosiłem więc porucznika, żeby przebaczył kapralowi tę wcale nieszkodliwą dla nas samowolę. Gdy stary usłyszał moje słowa, wyciągnął do mnie rękę i rzekł:

- Effendi, dobroć twoja przynosi ulgę memu sercu. Nikt nas nie widział, a jeżeli wielbłądy spragnione, trudno przy ich pomocy czegośkolwiek dokonać. Jesteś pierwszym władcą i znajdziesz we mnie posłusznego i wiernego sługę.

Teraz nadszedł czas zbadania pakunków. Amunicji i żywności było poddostatkiem. Każdy miał czarkę, a oprócz tego widziałem kilka misek i żelazny kocioł do gotowania. Emir posunął się tak daleko w swojej troskliwości, że kazał dla mnie i dla porucznika zabrać w drogę namiot. Ciężki pakunek zawierał łańcuchy i kajdanki na ręce dla naszych ewentualnych jeńców.

Ponieważ ludzie byli głodni, a ja nie chciałem tracić czasu, pożywili się tylko suszonemi daktylami. Należało naradzić się nad planem, który też omówiłem z porucznikiem i onbaszim. Prości żołnierze nie mieli oczywiście głosu. Przekonałem się, że moi doradcy wcale się dotąd nie zastanawiali nad swojem zadaniem.

A łatwe ono nie było. Mieliśmy pilnować przestrzeni przynajmniej trzystu kilometrów. Przestrzeń ta była pustynią, w której znajdowała się tylko jedna jedyna studnia. Dostarcza ona w porze suchej wcale dobrej wody. Jest to wspomniana już Bir Murat, studnia. Innych studzien nie było, ale właśnie ta okoliczność była mi na rękę.

Jeśli ci, których szukaliśmy, chcieli rzeczywiście przejść przez nubijską pustynię, bezwarunkowo nie mogli ominąć Bir Murat. Ponieważ zaś drogi od Nilu do owej studni nie można przebyć wcześniej, jak w ciągu dni ośmiu, a żaden wielbłąd przez tyle dni pragnienia znieść nie może, należało przypuszczać, że rabusie znali tajemne studnie, obok których musieli przechodzić. Wypadało nam więc pilnować przedewszystkiem Bir Murat, a nadto odkryć owe ukryte studnie i rozłożyć przy nich czaty. Pierwsza część zadania była stosunkowo łatwa, druga zato nadzwyczajnie trudna. Tę drugą postanowiłem wziąć na siebie.

Towarzysze przyznali moim wywodom słuszność, onbaszi jednak zauważył, że jeżeli na tej pustyni istotnie znajdują się ukryte studnie, to w każdym razie nie zdołamy ich odnaleźć.

- Zostaw to mnie - rzekłem. - Jeżeli tylko wpobliżu studni droga nam wypadnie, nie ominę jej na pewno.

- A po czemże ją poznasz?

- Wiem, jak się takie źródła urządza. Kopie się w piasku tak głęboko, dopóki się nie natrafi na wodę, nad dołem kładzie się kilka kawałków drzewa, na nich rozciąga się rogoże lub koc; potem przysypuje się to wszystko piaskiem i wyrównywa z otoczeniem, aby to miejsce nie było dla oka widoczne.

- W takim razie i ty go znaleźć nie zdołasz.

- Ja nie, ale mój wielbłąd.

- Czy - - wielbłąd ma bystrzejsze oczy od ciebie?

- Nie, ale czulsze nerwy powonienia. Spragniony wielbłąd wierzchowy jest bardzo czuły na wilgoć wody nawet ukrytej. Pędzi zdaleka do takiego miejsca, a gdy dopadnie, zaraz zaczyna kopać piasek nogami. Właśnie z tego powodu nie napoiłem mojego wielbłąda.

- Allah jest wielki; on użycza każdemu stworzeniu osobnego daru. A zatem chcesz szukać bijar es sirr? Czy sam się na te poszukiwania wybierzesz?

- Nie.

- Kto ci ma towarzyszyć?

- Jeszcze dokładnie nie wiem. Przedtem chciałbym cię zapytać, czy można się zdać na ciebie i na twoją znajomość terenu.

- Zapytaj porucznika, czy nie prowadziłem go wyśmienicie. Znam tę pustynię tak dobrze, jak tutejszy przewodnik karawany.

Czy znasz i pustynię Bajuda po drugiej stronie Nilu?

- Znam.

- A czy znasz jej widjany, doliny?

- Wszystkie. Wymienię ci wadi Mokattem, Uszer, Ammer, Abu Runi, Laban i Argu.

- A wielkie wadi na zachodzie pustyni?

- Masz na myśli wadi Melk?

- Tak. Przypuszczam, że rozbójnicy, jeśli ruszą drogą północną, tego właśnie wadi będą się trzymali. Wpobliżu Abu Gusi dochodzi ono do Nilu. Czy sądzisz, że ci ludzie przejdą przez Nil tamtędy?

- Bezwarunkowo nie, gdyż Abu Gusi leży naprzeciwko starej Dongoli, a tam okolica zbyt ożywiona i przez to niezbyt dla nich bezpieczna.

- A więc w którą stronę mogliby się zwrócić?

- Dalej na północ, wzdłuż wadi el Gab, może aż do Tura i Moszo, gdzie trudno spotkać człowieka, a wyspa Argo ułatwia przeprawę na drugą stronę Nilu. Czy ci się to wydaje niemożliwe?

- Całkiem to samo, co teraz powiedziałeś, podałem porucznikowi poprzednio jako moje zapatrywanie. Obstaję przy niem, a rzuciłem ci pytanie tylko dla próby.

Z uśmiechem wielkiej pewności siebie i zadowolenia zapytał mnie znowu:

- I cóż, czy zdałem egzamin?

- Doskonale. Widzę, że tamte strony znasz. Główna rzecz jednak w tem, czy i tę okolicę, którą teraz właśnie mamy przebyć, znasz równie dobrze?

- I owszem. Z Korosko przechodzi się przez Ugab, Abu Rakib, Meriszę, Bir Murat, Bir Absa, Tabun i Abu Szurwut do Abu Hammed nad Nilem.

- Bardzo dobrze. Powiedz mi jeszcze, znasz dokładnie położenie miejscowości Bir Murat?

- Tak jest, effendi. Byłem tam już nieraz.

- Jak długo potrwa droga stąd do Bir Murat?