Adrian
Moja żona. To brzmiało to tak surrealistyczne, że ciągle musiałem zerkać na nasze lewe dłonie, by sprawdzić, że wydarzyło się naprawdę. Wesele, choć różniło się od tych, do których przywykłem w Polsce, było piękne. Tata oczywiście nie omieszkał wspomnieć, że gdy urodzi się jego wnuk, musimy wszyscy przyjechać i urządzić przyjęcie dla naszej rodziny. Nie miałem nic przeciwko temu, rodzice pokazali się od innej strony, więc nie zamierzałem o to z nimi walczyć.
Po ślubie zostali z nami kilka dni, ale potem wrócili do Polski. Na lotnisku wszystkie kobiety zalały się łzami, jakby to było pożegnanie na zawsze.
- Ale obiecajcie, że po wizycie i ostatecznym ustaleniu daty porodu dacie znać - powtarzała po raz setny mama. - Chcę tu być, gdy na świat przyjdzie moja pierwsza wnuczka.
- Chyba raczej wnuk! - Tata był pewien, że Gwen nosi pod sercem chłopca, mama za to była przekonana, że to dziewczynka.
Oparłem podbródek na głowie żony i patrzyłem, jak nasi rodzice żegnali się po raz kolejny. Dobrze, że się dogadali, jeden problem mniej.
Ucałowałem mamę, uściskałem tatę i wróciłem do domu z moją rodziną, po raz pierwszy żałując, że tata i mama mieszkają tak daleko.
Zastanawiałem się, mając w myślach ostatnie tygodnie, czy ich wcześniejsze zachowanie nie wynikało też z mojego podejścia. Uciekałem z domu, nie chciałem rozmawiać i na spokojnie opowiedzieć o swoich marzeniach. Brałem ich za zło konieczne i zapominałem, że byli moim rodzicami, ludźmi, którzy o mnie dbali, wychowali mnie i zapewnili wykształcenie.
***
Czas pędził jak szalony, ani się obejrzałem, a mogliśmy świętować miesięcznicę naszego ślubu. Ten okres był... zwariowany. Pomiędzy pracą, próbami i pierwszymi koncertami załatwionymi przez Lauren, usiłowałem spędzić tak wiele chwil z Gwen, jak to było możliwe. Nikomu się nie przyznałem, ale miałem nadzieję, że będziemy mieć szczęście i poznamy płeć.
Pamiętaj, żeby dać znać, jak wyjdziecie ze szpitala! Dziewczyny okupują sofę i czekają na wieści.
Przeczytałem SMS-a od Jamesa i nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Pokazałem go Gwen, która z podekscytowania nie potrafiła usiedzieć spokojnie. Gdy położna wywołała jej nazwisko, prawie pobiegła w stronę wejścia.
- Zwolnij, żono, bo jeszcze wpadniesz w te drzwi i coś sobie uszkodzisz. - Zaśmiałem się, ale tak naprawdę chciałem zrobić to samo.
Gwen położyła się na kozetce wskazanej przez położną i odsłoniła powiększający się brzuch. Parsknąłem śmiechem na cichy pisk, który wydała, gdy zimny żel dotknął jej skóry. Przez cały czas trzymałem ją za rękę, cierpliwie czekałem, aż lekarka zbierze potrzebne pomiary. Po chwili, która wydawała się wiecznością, usłyszeliśmy bicie serca naszego dziecka. Nie dbałem o to, czy faceci powinni płakać, czy nie, bo nie potrafiłem i nie chciałem kryć łez. To był piękny dźwięk, dowód na to, że razem z Gwen stworzyliśmy żywą istotę.
- Jeśli chcecie poznać płeć, to bobas świetnie współpracuje.
- Chcemy! - stwierdziliśmy jednocześnie.
- Gratulacje, to chłopiec - rzuciła położna.
Jak zaklęty patrzyłem na monitor i całowałem dłoń mojej żony.
- Będziemy mieli synka - powiedziałem, przenosząc spojrzenie na Gwen.
- Będziemy mieli synka - powtórzyła i widziałem, że była równie wzruszona.
- Dziękuję, kochanie. - Pocałowałem ją szybko.
Wdzięczność, miłość, niezmierzone szczęście. To czułem i miałem ochotę je wykrzyczeć całemu światu.
Gdy wyszliśmy ze szpitala, wysłałem SMS-a do Jamesa. Byłem pewien, że nim dotrzemy do domu, będą tam na nas czekać w komplecie.
- TO CHŁOPIEC! - krzyknąłem, wchodząc do środka i ciągle trzymając Gwen za rękę.
Tak, jak myślałem, była tu cała ekipa, łącznie z Naną, a Monica rozmawiała z moimi rodzicami przez Skype'a. Wszyscy dowiedzieli się w tym samym czasie, co zdawało się idealne. Dziewczyny zgarnęły Gwen, ściskając ją i dopytując o szczegóły. Moi przyjaciele poklepywali mnie po męsku po plecach.
Tak wyglądała moja rodzina, a ten maluch będzie miał świetnych wujków i ciotki. Nie mówiąc o dziadkach! Byłem pewien, że nasze dziecko okaże się najbardziej rozpieszczanym bobasem na świecie.
***
Nie wiadomo kiedy, nie wiadomo skąd nadszedł maj, a z nim jeszcze więcej koncertów. Teraz nie graliśmy tylko w soboty, ale także w niektóre piątki i niedziele. Zgodnie z umową z Lauren, Ian wywalczył wolny majowy bank holiday, umówiliśmy się, że już rano wszyscy przyjadą do nas i spędzimy ten dzień w komplecie.
Gwen dla odmiany wstała jako pierwsza, wypoczęta i radosna jak skowronek. Nie mogłem się powstrzymać i ciągle gładziłem ją po coraz większym brzuchu. Nasz syn robił się bardziej aktywny i uwielbiałem, gdy dawał o sobie znać. Ciągle nie mogliśmy jednak dojść do porozumienia w sprawie imienia. Chciałem, by było uniwersalne, używane i w Polsce, i w Anglii.
- Gdzie moja ulubiona ciężarówka? - spytała Celia.
- Raczej twoja najlepsza przyjaciółka - odgryzła się Gwen, choć cieszyło ją wsparcie dziewczyn.
- Cześć, maluszku, tu twoja najlepsza ciocia. - Bawił mnie widok zwariowanej Celii gadającej do brzucha.
- Postaraj się o własne dziecko, tylko ja mogę mówić do mojego syna - zażartowałem.
- Wtedy to James będzie do niego mówił. To moja szansa na wpłynięcie na tego malucha.
Z kubkami z kawą i herbatą usiedliśmy w ogródku, ciesząc się ładną pogodą. Czekaliśmy na resztę naszych znajomych, Lila miała przyjechać z Ianem, Jo i Liam z Mattem i Kelly. Monica krzątała się w kuchni, nie pozwalając nikomu sobie pomóc. Było idealnie.
Moje rozmyślania przerwał sygnał dzwoniącego telefonu.
- Adi, nie świruj, ale musicie tu przyjechać. - Lila nie traciła czasu na powitania.
- Gdzie przyjechać? - zapytałem, a pod skórą poczułem niepokój.
- Do szpitala. Tata Iana zasłabł w samochodzie, wracając do domu. Ian świruje, gada od rzeczy, a nikt nie może dodzwonić się do jego mamy.
- Już jedziemy - odpowiedziałem, czym przyciągnąłem spojrzenia przyjaciół.
Wziąłem głęboki wdech.
- Tata Iana trafił do szpitala, nie ma kontaktu z jego mamą. Kto jedzie do domu jego rodziców, a kto do szpitala?
James i Celia mieli spróbować złapać mamę Iana, ja i Gwen zebraliśmy się do szpitala. W samochodzie daliśmy znać reszcie, że plany się zmieniły.
- Wolałbym, żebyś została w domu, ale wiem, że nic cię tu nie zatrzyma. Więc obiecaj mi, że nie będziesz się stresować.
- Postaram się.
Resztę drogi pokonaliśmy w milczeniu, zaparkowałem na przyszpitalnym parkingu i ruszyliśmy na oddział ratunkowy, gdzie czekała na nas Lila.
- Przewieźli go na operację, coś z sercem. Nie zrozumiałam, o co dokładnie chodziło.
- Gdzie Ian?
- Świruje w poczekalni.
Lila nie żartowała. Ian kiwał się do przodu i tyłu z palcami wsuniętymi we włosy. Przeraził mnie ten widok, bo z reguły chłopak był zdystansowany i nie okazywał emocji, a teraz siedział w totalnej rozsypce.
- Hej, stary. - Podszedłem i klepnąłem go delikatnie w ramię.
- Tylko nie dziś. Tylko nie dziś. To nie może się dziać. To nie może się dziać - powtarzał niczym mantrę, nie przestając się kiwać.
- Ian, twojemu tacie nic nie będzie - próbowałem go pocieszyć, ale to nie pomagało.
Siedziałem więc obok, po prostu będąc dla niego, gdyby mnie potrzebował.
Chwilę później pojawili się James z Celią, a za nimi weszła matka Iana.
- Synku? - zapytała delikatnie, widząc jego zdenerwowanie.
- Tylko nie dziś, mamo. Nie w rocznicę... - Ian zapłakał, wprawiając nas wszystkich w osłupienie.