I
Paweł początkowo uważał, że ładunek wybuchowy należy podłożyć jednemu z lekarzy do torby, jednak po dwóch tygodniach wnikliwej obserwacji ich zwyczajów zrozumiał, że taki plan jest zbyt trudny do zrealizowania i niesie ze sobą nadmierne ryzyko niepowodzenia. "Łatwiej ją będzie podmienić" - w głowie zaświtała mu genialna myśl. "Kupi się identyczną torbę, jaką ma lekarz, i wpakuje do niej śliczną bombkę". Wybór eleganckiego neseseru ginekologa Izydora Kowalskiego był oczywisty, bo ginekolożka Barbara Gęsicka za każdym razem przyjeżdżała do pracy z inną torebką.
- Szczuje bogactwem - relacjonował Paweł swoje odkrycie Zuzannie. - Pokazuje, jak się dorobiła na okaleczaniu i zabijaniu pacjentek. Pan doktor za to nigdy nie rozstaje się ze swoim kuferkiem.
Paweł przyjechał na parking przed szpitalem już w niedzielę wieczorem. By się tam dostać, wykorzystał załatwioną przez Zuzannę przepustkę pracowniczą. Nocowanie w aucie nie było dla niego żadną nowością, ale z powodu podekscytowania nie mógł zmrużyć oka. Raz za razem analizował wszystkie punkty swojego planu, co chwilę zerkając na siedzenie obok, żeby sprawdzić, czy duża lekarska torba na pewno tam była, a potem zaglądał do jej wnętrza, żeby się upewnić, czy przygotowany z największą starannością ładunek wciąż spoczywał na jej dnie.
- Przyjeżdżają, wysiadają, idą do budynku - wyliczał na głos. - Ja wysiadam z torbą, uruchamiam alarm w ich aucie, czekam... - Przy tym punkcie zawsze przerywał na chwilę i marszczył brwi. - Jeśli nikt nie wyjdzie... Będę musiał wejść do środka, żeby złapać lekarza na oddziale. - Plan nie był idealny, ale właśnie z tego powodu Paweł zdecydował się zastosować odpalanie ładunku drogą radiową, a nie na przykład za pomocą zegara albo mechanizmu inicjowanego otwarciem torby. - Jak wybuchnie, obserwuję otoczenie - kontynuował swoją śmiertelną wyliczankę. - Czekam na przyjazd policji, obserwuję ich, wtapiam się w tłum...
Jego wzrok znów powędrował na siedzenie pasażera. Torba lekarska z bombą leżała na niedużej czarnej walizce, w której trzymał wszystkie akcesoria konieczne do dokonania szybkiej zmiany wyglądu: peruki, wąsy, brody, okulary, a nawet sztuczne nosy i kolorowe soczewki kontaktowe. Miał też zestaw do makijażu, który pozwalał zmienić odcień skóry albo domalować siniaki, przypuszczał jednak, że tym razem mu się to nie przyda. Poza tym nie lubił przebieranek i uciekał się do nich tylko wtedy, gdy okoliczności nie dawały mu alternatywy. Preferował działać spontanicznie, na przykład dopaść ofiarę na drodze i ją po prostu zatłuc, a potem szybko...
- Kurwa! - zaklął i zacisnął mocno usta. - Bagażnik!
Z powodu całego podniecenia związanego z planowanym zamachem Paweł całkiem zapomniał, że w bagażniku wciąż leżały zwłoki młodej dziewczyny, którą zabił na szosie za Lesznem. Szła poboczem, prowadząc rower, więc zatrzymał się i zapytał uprzejmie, czy jej nie pomóc. Kiedy odmówiła i zaczęła iść dalej, zjechał z drogi, wysiadł z auta i po prostu rozbił jej czaszkę znalezionym pod stopami kamieniem. Rower wrzucił do rowu, a ciało umieścił w bagażniku. Uznał, że skoro swojej zbrodni dokonał gołymi rękami, na dziewczynie mogą znajdować się ślady biologiczne.
"To było głupie!" - pomyślał, uderzając dłońmi o kierownicę. "Zuzanna nie będzie zadowolona".
Paweł wiedział, że będzie ona po prostu wściekła, zwłaszcza że jeszcze dzień wcześniej prosiła go, żeby nie robił nic głupiego. Pod słowem głupie rozumiała: nie zabij nikogo przypadkowego. Ale kiedy zobaczył tę dziewczynę na poboczu, nie myślał o niczym innym, tylko o tym, że musi ją zabić.
Impuls?
Zachcianka?
Jak zwał, tak zwał. Niezaplanowane morderstwa kręciły go najbardziej.
- Trudno - westchnął. Wiedział, że zwłoki będą musiały zostać w bagażniku do końca jego akcji, jak nazywał planowany zamach. Nie było upału, nie było więc obawy, że zaczną się rozkładać i śmierdzieć (taką przynajmniej miał nadzieję), komplikowały jednak sytuację. Będzie musiał później zboczyć z trasy i gdzieś je zakopać. Teraz jednak liczyło się tylko wykonanie planu!
Paweł z bijącym sercem patrzył, jak parking szpitalny zapełnia się powoli służbowymi autami. Spojrzał na zegarek. Dokładnie o szóstej pięćdziesiąt pięć w bramie pojawiła się zielona Toyota należąca do doktora Kowalskiego, który jak co dzień zajął swoje miejsce na parkingu i po chwili wysiadł z auta. Z Pawła uszło powietrze. Ponownie uderzając dłońmi o kierownicę, zawołał:
- Ja pierdolę! Przyjechał sam!
Ginekolog otworzył tylne drzwi auta i wyjął klasyczną skórzaną torbę lekarską. Taka sama leżała na siedzeniu pasażera obok Pawła.
- Gdzie jest ta głupia baba?!
Jakiś mężczyzna przechodził akurat obok i spojrzał z zaciekawieniem na mężczyznę wydzierającego się za kierownicą samochodu.
Paweł zauważył go i opanował się nieco.
- Nie zwracaj na siebie uwagi. Uspokój się - powtarzał sam do siebie. Musiał zdecydować, czy ma kontynuować realizację swojego planu. Skoro Gęsicka nie przyjechała z Kowalskim, to trzeba będzie ją dopaść jakoś inaczej. To zaś oznaczało działanie w pośpiechu, bez większego planowania... czyli znów spontaniczną akcję. Niby to właśnie Paweł lubił najbardziej, ale w tym wypadku wszystko miało się przecież potoczyć inaczej. - Jebać to! - warknął. - Później się zobaczy. Teraz jadę z koksem.
Kiedy Kowalski ruszył w stronę wejścia na SOR, Paweł złapał kuferek lekarski i wyskoczył z auta. Podszedł do Toyoty i uderzył torbą o maskę, natychmiast uruchamiając alarm. Zwrócił się ku wejściu do szpitala z przestraszoną minią i uniesioną dłonią.
Ginekolog od razu się obejrzał. Na widok mężczyzny w średnim wieku, który machał w jego stronę, wrócił na parking i podszedł do swojego auta.
- Bardzo pana przepraszam. - Paweł wyszczerzył się w uśmiechu, tak samo udawanym jak wcześniejszy przestrach. - Mam nadzieję, że niczego nie uszkodziłem. Myślę, że tylko otarłem się torbą o maskę, ale chyba się nic nie stało.
- Nie, nic się nie stało - odparł lekarz, choć widać było, że nie jest zadowolony. - Zaraz wyłączę alarm.
- Ale niech pan spojrzy, czy czegoś nie zatarłem. Wie pan, nie mam okularów i nie bardzo widzę.
- Nie, chyba nie.
W tym momencie chodziło o to, żeby Kowalski na parę sekund pozostawił torbę poza zasięgiem swojego wzroku. Paweł znał się trochę na ludziach i ich mimowolnych reakcjach, więc aby lekarza do tego zachęcić, swoją torbę postawił na asfalcie i obszedł auto z drugiej strony.
"Bingo!" - pomyślał, widząc, jak ginekolog kładzie neseser obok i idzie za nim.
- No niech pan zerknie - zachęcił Kowalskiego. - Szedłem, o tu, z tyłu, i mogło się nieco porysować. - Po tych słowach natychmiast ruszył w stronę toreb i złapał kufer należący do lekarza.
Początkowo zirytowany ginekolog uspokoił się i machnął ręką, kiedy zobaczył, że auto jest nieuszkodzone.
- Nadmierna przesada - zawyrokował, po czym spojrzał na Pawła dzierżącego torbę identyczną do jego własnej. - Pan tutaj pracuje?
- Ja? Nie, ja tylko przyjechałem na konsultację. Jestem ze szpitala w Oleśnicy.
- O, naprawdę? Ja też tam czasami pracuję.
- No tak mi się wydawało, że pana skądś kojarzę - powiedział Paweł i roześmiał się nerwowo. - Musieliśmy się kiedyś minąć na korytarzu. Ja pracuję na internie. A tutaj teraz leży mój pacjent i przyjechałem sprawdzić, czy wszystko u niego okej. - Zrobił wymowny gest palcami. - Jestem za to wynagradzany poza NFZ.
- No tak. - Lekarz uśmiechnął się kątem ust. - Jasne.
Kowalski podszedł do torby i bez sprawdzania, czy na pewno należy do niego, podniósł ją z ziemi i ruszył w stronę SOR-u.
- To idę. Do zobaczenia na placu boju - pożegnał się, machając ręką przez ramię.
- Tak, do zobaczenia - odparł Paweł, po czym wrócił do swojego auta i zajął miejsce kierowcy. Wiedział, że torba, którą złapał, należała do lekarza, ale i tak zajrzał do środka, żeby się upewnić.
- Tak, kurwa, tak! - krzyknął, widząc jej zawartość. Sięgnął do schowka na okulary i wyjął z niego starą komórkę, która miała posłużyć za pilota do odpalenia bomby. - Teraz tylko wejdź do środka i po sprawie, doktorku.
Paweł mógł zainicjować wybuch, zanim lekarz wszedł do budynku, ale uznał, że zabawniej będzie zrobić to w taki sposób, by zginęło więcej ludzi. Pomyślał, że dzięki temu złagodzi nieco swój gniew wywołany tym, że Gęsicka nie przyjechała do pracy.
Wklepał numer na telefonie, ale zanim wybrał przycisk połączenia, przez kilkanaście sekund kontemplował tę cudowną chwilę, przypominając sobie wszystkie inne sytuacje, kiedy wysadzał ludzi w powietrze. Bliski Wschód, Afganistan, Irak i ten jeden raz w Iranie, o którym nikt nie wiedział... Uświadomił sobie, że nigdy nie zrobił tego w Europie, i dopiero w ten poniedziałkowy poranek zrozumiał, że bardzo tego chciał i że spełnia swoje marzenie.
Eksplozja była większa, niż Paweł się spodziewał. Na tyle duża, że lecący w stronę lądowiska helikopter Lotniczego Pogotowia Ratunkowego zachwiał się i o mało nie spadł. Paweł był tym tak zaskoczony, że zaczął się zastanawiać, czy w torbie na pewno była tylko jedna kostka trotylu. "Może mi się pojebało?" - pomyślał. "Może wrzuciłem dwie?" Po chwili uświadomił sobie jednak, że w szpitalu znajdowały się instalacje z tlenem i prawdopodobnie gazowa, co zwiększyło siłę wybuchu.
- Zajebiście - mruknął. - Wprost cudownie.
Bardzo chciał wysiąść z samochodu, żeby podziwiać swoje dzieło z nieco lepszej perspektywy, ale wolał nie zwracać na siebie uwagi. Na pewno ktoś zauważyłby faceta, który z uśmiechem na twarzy przygląda się rannym ludziom uciekającym w panice z budynku szpitala. Oparł brodę o kierownicę i z rozmarzonym wzrokiem obserwował otoczenie.
Paweł mógłby kontemplować swoje dzieło zniszczenia godzinami, ale w każdej beczce miodu była jakaś łyżka dziegciu. W tym wypadku był to telefon od Zuzanny, o której niemal całkiem zapomniał.
- Zrobiłeś to? - zapytała bez zbędnych powitań.
- Tak, zrobiłem.
- Bo media jeszcze nic nie mówią - powiedziała nieco cichszym tonem.
Paweł domyślił się, że nie chciała, aby ich rozmowę słyszał jej mąż.
- Powiedzą - zapewnił. - Ale mam dla ciebie złą wiadomość.
- Mów.
- Ginekolog przyjechał sam. Nie było z nim jego koleżanki.
Po drugiej stronie zapadła złowroga cisza.
- Ale on nie żyje? - upewniła się Zuzanna.
- Tak, wziął ładunek ze sobą i wszedł do szpitala. Zrobiło się spore zamieszanie.
- O Boże! - w głosie Zuzanny słychać było irytację. - Czyli nawet nie potwierdziłeś, że on zginął. A w dodatku lekarka nie przyjechała i ciągle chodzi żywa po tej ziemi.
- Przestań się wkurzać. Lekarz na pewno nie żyje. Na pewno. A nią zajmę się później.
- Czy ty się dobrze czujesz? Czy ty w ogóle myślisz? Przecież teraz ona będzie mogła się gdzieś schować i nawet jej nie znajdziesz. Policja może dać jej ochronę.
Paweł wybuchnął głośnym śmiechem.
- Jaka policja? Jaką ochronę? Skąd będą wiedzieć, że oni są celem zamachu? Że ten lekarz był celem zamachu? Cały SOR na Kamieńskiego przestał istnieć i akurat będą wiedzieli, że ładunek był w jego torbie? Zanim się zorientują, minie przynajmniej doba.
- Ty naprawdę jesteś głupi. Masz w tej chwili jechać i załatwić sprawę lekarki! Ona jest twoim celem.
- Żaba, no nie mogę się stąd ruszyć. Muszę czekać na rozwój wypadków.
- Jaki rozwój wypadków? O czym ty mówisz?
- Muszę zobaczyć, jak prowadzona jest akcja ratunkowa i kto jest za nią odpowiedzialny. Jeśli okaże się, że są na naszym tropie... na moim tropie, to będę musiał reagować. Nie bój się, lekarka nie ucieknie. Poza tym...
- Tak?
- Poza tym teraz nabrałem ochoty na coś większego. Myślę, że wybiorę się w nocy do was i wezmę cały arsenał, jaki miałem. I tak planowałem się tego pozbyć. Nie będzie lepszej okazji.
Zuzanna nie odpowiedziała. Paweł wiedział, że była zdenerwowana, on zaś był wyjątkowo spokojny i opanowany. Był też pewien powodzenia swojej misji. W tamtym momencie czuł się niepokonany.
- Dobra, Żabo, będę kończyć. Przyjechało sporo służb i zaczęły działać. Wmieszam się w tłum i zobaczę, o co chodzi, okej?
- No, okej - mruknęła. - Dzwoń, gdybyś czegoś potrzebował.
- Jasne.
Wmieszanie się w tłum nie było wcale trudne. Akcja prowadzona była chaotycznie. Ludzie wchodzili i wychodzili bez żadnego nadzoru. Przez dłuższą chwilę Paweł nie mógł się nawet zorientować, kto dowodzi ze strony policji, ale kiedy w końcu zlokalizował człowieka, ten okazał się kompletnym ignorantem, powodującym więcej zamieszania niż pożytku. Saperzy przyjechali dopiero około południa. Wtedy też Zuzanna dała mu znać, że w mediach głównego nurtu informacji jest jak na lekarstwo, ale w mediach społecznościowych pojawiły się już nieoficjalne zdjęcia z miejsca wybuchu. To mu się nie spodobało, bo ktoś sfotografował pozostałości po ładunku.
"Gdyby to zobaczył ktoś ze starych znajomych, mógłbym mieć kłopoty" - pomyślał.
Kręcenie się po terenie szpitala ułatwiało mu to, że prawie wszyscy nosili maski, ale i bez tego Paweł umiał wtopić się w tłum i zachowywać tak, by nie wzbudzać podejrzeń. Przez chwilę rozważał nawet, czy nie posprzątać pozostałości po ładunku, ale te zostały zabezpieczone najwcześniej.
Około godziny czternastej na terenie SOR-u pojawiło się kilku policjantów, którzy wydawali się mieć głowy na karku. Paweł wiedział, że trzeba ich bacznie obserwować. Jeden z nich nazywał się Borkowski, a jego wygląd umożliwiał Pawłowi podszycie się pod niego.
Paweł wrócił do auta i otworzył walizkę z rekwizytami. Kiedy obmyślał swoje przebranie, przyszło mu do głowy, że gdyby akcja prowadzona była należycie, wszystkie samochody na parkingu zostałyby już dawno sprawdzone i znaleziono by zwłoki w jego bagażniku. Oczywiście nic takiego się nie stało, dlatego mógł ze spokojem upodabniać się do policjanta. Na tylnym siedzeniu miał worek z ubraniami na różne okazje, od bardzo eleganckich garniturów po strój sportowy. Borkowski nosił prostą czarną kurtkę i choć Paweł nie miał identycznej, mógł narzucić sięgającą bioder bomberkę, która z powodzeniem mogła uchodzić za kurtkę pana aspiranta.
Kiedy Paweł skończył przebieranie się i dopasowywanie peruki, poczuł wielki głód, więc posilił się kanapkami zakupionymi wcześniej na stacji benzynowej. Szczęście mu sprzyjało, bo kiedy z zadowoleniem przeżuwał chleb z szynką, zauważył, że Borkowski i jego partner wychodzą z SOR-u, wsiadają do auta i gdzieś odjeżdżają.
"Mogę tam po prostu wejść i podawać się za niego" - skonstatował. Zanim jednak to zrobił, zadzwonił do Zuzanny.
- Żabo, mogłabyś mi zdobyć numer telefonu aspiranta Borkowskiego z wrocławskiej policji?
- Słucham? Po co ci to?
- Oj, nie pytaj, po prostu załatw mi go.
- Dobra, ale co ty w zasadzie robisz? Jesteś tam jeszcze?
- Tak, jestem. Wyślij mi ten numer.
Po skończonej rozmowie Paweł wyjął plik małych karteczek, które mogły służyć jako wizytówki. Pół godziny później zadzwoniła Zuzanna z numerem aspiranta Borkowskiego. Paweł zapisał go na kilku kartkach i schował je do kieszeni kurtki. Wysiadając z auta, zauważył w oddali dwa busy na warszawskich numerach. Mimo że nie były w żaden sposób oznaczone, od razu poznał, że to antyterroryści. Wystarczyło, że zobaczył czarne mundury i kominiarki.
- Niedobrze - wyszeptał. - Oby nie było tam nikogo, kto ogarnie ten burdel.
Ruszył w stronę SOR-u, mijając po drodze "czarnych", którzy wysiedli z busów. Przyjrzał się im uważnie, a gdy zauważył, że ich szef idzie rozmawiać z miejscowym policjantem dowodzącym akcją, podążył za nim i był świadkiem nieprzyjemnej wymiany zdań. Kiedy wracał do wyjścia, minął młodą funkcjonariuszkę trzymającą otwartego laptopa. Intuicja podpowiedziała mu, żeby ją zaczepić.
- Cześć - powiedział wesoło.
Spojrzała na niego zdziwiona, z szeroko otwartymi oczami.
- Aspirant Borkowski. Przyjechaliście z Warszawy nam pomóc?
Dziewczyna się zacukała:
- No... tak... Taki jest plan.
- Świetnie, bo tutaj ta akcja to jest o kant dupy potłuc. Słuchaj, dam ci mój numer telefonu, dobrze? Gdybyście potrzebowali kontaktu do kogoś, komu naprawdę zależy na rozwiązaniu tej sprawy. - Wyjął z kieszeni prowizoryczną wizytówkę i podał ją dziewczynie.
- Okej, dzięki. - Spojrzała niepewnie na karteluszek.
- Zapomniałem dorobić nowych, ale to naprawdę mój numer - zapewnił. - Zadzwońcie, gdybyście czegoś potrzebowali.
- Tak zrobimy.
- Super! Wobec tego ja teraz pojadę na komendę, ale bądźmy w kontakcie. Trzymajcie się.
Paweł nie był pewien, czy jego plan ma szanse powodzenia, ale uznał, że warto było spróbować. Następnie skupił się na obserwowaniu antyterrorystów. Kiedy odjeżdżali spod szpitala, pomyślał, że może wracają do domu, ale i tak ich śledził, aż dojechał za nimi do akademików Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Zaparkował auto w pewnej odległości od budynków i poszedł sprawdzić otoczenie. Zauważył, że na portierni siedział jakiś cieć, więc schował się i przez chwilę czekał na rozwój wypadków. Zuzanna dzwoniła dwa razy, ale odrzucał połączenia. Około północy pod akademikiem pojawił się samochód, z którego wysiadło dwóch mężczyzn.
- Jestem geniuszem - powiedział do siebie Paweł, widząc postać Borkowskiego i jego partnera. Wiedział, że musi dostać się do budynku, ale to oznaczało, że albo pozbędzie się ochroniarza, albo znajdzie inne wejście. Wolał nie robić niepotrzebnego zamieszania kolejnym trupem, więc wybrał się na poszukiwanie jakiegoś otwartego okna. "Zawsze jakieś są" - pomyślał i po chwili zauważył uchylone okno łazienki, przez które wśliznął się do środka, po czym ruszył na poszukiwanie policjantów.
Paweł podsłuchał ich rozmowę. To, czego się dowiedział, wcale mu się nie spodobało. Oznaczało bowiem, że czekała go jeszcze jedna bezsenna noc spędzona na konstruowaniu następnego ładunku... Mimo wszystko uważał, że los mu sprzyjał, ponieważ wciąż miał szansę na to, aby dokończyć swój plan. Co więcej, nikt nie dociekał, skąd pani funkcjonariusz miała numer telefonu Borkowskiego.
"Nikt w tej policji nie myśli" - doszedł do wniosku. "A Zuzanna mówi, że to ja jestem głupi".
***
- Gdzie jesteś? - zapytała Zuzanna, kiedy Paweł w końcu do niej zadzwonił.
- W trasie. Jadę po resztę ładunków wybuchowych. Jestem już bardzo blisko waszego domu.
- Co planujesz?
- Biorąc pod uwagę to, czego się dowiedziałem, muszę całą sprawę załatwić jeszcze o świcie.
- Ale czego się dowiedziałeś? Opowiedz mi wszystko.
Paweł streścił przebieg wydarzeń z minionego dnia.
- Jeszcze na koniec słyszałem, jak Borkowski załatwia nakaz przeszukania domu lekarki - relacjonował. - Dzwonił do prokuratury, zanim odjechał spod akademika.
- Czyli już wiedzą, że chodziło o nich.
- No powiedzmy, że się domyślają.
- Kurwa, wiedziałam!
- Uspokój się, okej? Panuję nad sytuacją. Jadę po ładunki, a ty zrób tak, żeby twój stary mnie nie zauważył. Załatwimy tę sprawę, zanim się obejrzysz.
- Mam nadzieję. Nie spieprz tego.
- Ma się rozumieć.
Paweł wiedział, że musi ukraść kolejny samochód. Postanowił zrobić wielką bombę, ale dopiero kiedy dotarł do garażu Zuzanny i Marka Iwanickich, przyszła mu do głowy myśl, że może upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. I to dosłownie.
"Skoro policja będzie jechać pod jej dom, to może wtedy ich wszystkich wysadzę?" - zaczął fantazjować, czując, jak narastające podekscytowanie odpędza sen.
Najlepiej byłoby zaparkować kilka numerów dalej od domu Zuzanny i jej męża. Paweł miał jednak do załadowania wiele kilogramów trotylu, co oznaczało, że musiał podjechać jak najbliżej garażu, żeby przeprowadzić tę akcję jak najdyskretniej. Na szczęście miał klucze zarówno do posesji, jak i do garażu, o czym mąż Zuzanny nie wiedział.
Zanim otworzył kłódkę, Paweł spojrzał na dom i dostrzegł w jednym z okien postać przyjaciółki, która po chwili zasunęła zasłonę. Uśmiechnął się, bardzo cicho otworzył drzwi i rozpoczął załadunek. Duża część kostek trotylu musiała znaleźć się w bagażniku, więc przykrył nim znajdującego się tam wciąż trupa, który był już sztywny.
"Narobiłem sobie kłopotów tym ciałem" - pomyślał. "Po jaką cholerę ją zabijałem?!"
Nie było jednak czasu na autoanalizy psychologiczne. Musiał wyczyścić garaż do ostatniej kostki trotylu i nie zapomnieć zabrać pudełka ze spłonkami, a także okablowania.
- Opłaciło się kitranie tego przez lata - powiedział do siebie z zadowoleniem, sięgając po skrzynkę z narzędziami. - Jeszcze tylko zajumamy Mareczkowi parę rzeczy do sklecenia ładunku i... gotowe.
Czekało go bardzo dużo pracy, dlatego Paweł nie oglądał się za siebie. Wsiadł do auta i ruszył w stronę Kobierzyc.
Włamywanie się do samochodów nie było dla Pawła trudne, zwłaszcza do starszych modeli, które nie były naszpikowane elektroniką. W pobliżu Kobierzyc wypatrzył Volkswagena Polo pamiętającego minione tysiąclecie, który idealnie nadawał się na samochód pułapkę. Auto, którym jeździł do tej pory, ukrył w krzakach nieopodal domu lekarki i na piechotę udał się do wsi, by wrócić na miejsce skradzionym pojazdem.
- Ja jebię - stęknął, wysiadając z Volkswagena. - To robota dla dwóch osób.
Nie było jednak czasu na narzekanie. Paweł z werwą zabrał się za konstruowanie bomby. Pracował tak ciężko, że bolały go wszystkie mięśnie. Uważał jednak, że najważniejsze jest to, aby dało się zainicjować jak największą liczbę ładunków, więc okablowanie musiało być zamontowane bez zarzutu.
O czwartej trzydzieści nad ranem ładunek był gotowy. Obciążony samochód pułapka ruszył z trudem, ale udało się go podprowadzić pod dom lekarki bez włączania świateł. Paweł jechał bardzo wolno i znów miał szczęście, bo nikt go wtedy na drodze nie minął. Wysiadł i rozejrzał się w poszukiwaniu dogodnego miejsca, z którego mógłby obserwować otoczenie. Najgorsze było to, że nie wiedział, czy i kiedy przyjedzie policja z Wrocławia. Oznaczało to długie czekanie na zimnie i pod gołym niebem. Wrócił więc do swojego auta, z którego wyjął dodatkową kurtkę i ciepłą czapkę, po czym schował się w krzakach. Wtedy zrozumiał, że bardzo przydałaby mu się noktowizja.
Bliźniak należący do ginekologów Kowalskiego i Gęsickiej znajdował się na uboczu, z dala od zabudowań najbliższej wsi. Otoczony był polami i niedużymi zagajnikami, a szosa, przy której stał, nie miała żadnego oświetlenia. Paweł mógł swobodnie obejść przylegający do posesji płot bez obawy, że ktoś go zauważy. A jednak, kiedy zbliżył się do niego od tyłu po ściernisku, zza ogrodzenia dobiegło głośne szczekanie.
- Mają psa - szepnął. - Wcześniej żadnego nie widziałem.
Wycofał się w stronę krzaków, nie chcąc zdradzać swojej obecności. Wyjął komórkę i włączył aparat, który miał możliwość robienia dobrych zdjęć w nocy.
"To nie gogle z noktowizją" - pomyślał. "Ale zawsze coś..."
Policjanci i antyterroryści zjawili się chwilę potem. Paweł domyślił się, że zrobili to samo co on i ukryli pojazdy w zagajniku.
"Dobrze, że nie przyjechali z przeciwnej strony" - uświadomił sobie. "Mogliby znaleźć moją kryjówkę".
Policjanci i antyterroryści poruszali się bardzo cicho i sprawnie, ale Paweł był na tyle blisko, że mógł ocenić, gdzie dokładnie się znajdują, i uznać, że nadszedł czas, żeby ginekolożkę wywabić z domu.
- Chcieliście chronić panią doktor? - mruknął, wybierając numer lekarki. - To wy też oberwiecie.
Gęsicka nie odebrała.
Paweł warknął, niczym wściekły zwierz. Szybko wysłał do lekarki wiadomość tekstową. Napisał, że pies jej uciekł z posesji i że zaraz odłowi go policja. Wiedział, że to nieco słaby wybieg, ale nic innego nie przyszło mu do głowy.
"Ten kundel może nawet nie być jej" - dywagował. "A może nie ma jej w domu..."
Wtedy światło na ganku zapaliło się, a po kilku sekundach Paweł zobaczył na wyświetlaczu telefonu, że ktoś otwiera drzwi. W głowie kołatała się mu myśl, że przecież to mógł być jej mąż, lecz nie było już czasu na rozterki. Wyjął z kieszeni drugi telefon, za pomocą którego miał zainicjować wybuch. I wtedy poczuł spokój. Jego mięśnie rozluźniły się, a zmęczenie nagromadzone przez ostatnie dwie doby całkowicie ustąpiło radości i pewności siebie.
Taki widok nawet się Pawłowi nie śnił. Wybuch był piękny. Później jednak wyrzucał sobie, że nie włączył na smartfonie nagrywania i tego nie uwiecznił, ale prawda była taka, że żaden film nie mógł się równać doświadczeniu na żywo. Ziemia zadrżała, a fala uderzeniowa rozgrzała zmarznięte policzki Pawła. Cofnęło go na dwa kroki, lecz ustał, i przez długie, cudowne sekundy delektował się widokiem ognia i dymu. Do jego uszu dotarły stłumione krzyki ludzi, a potem wszystko ucichło. Chłonął tę ciszę. Była lepsza od wszystkiego, czego dokonał na Bliskim Wschodzie, lepsza od widoku rannych wybiegających z SOR-u na Kamieńskiego. Przestał robić sobie wyrzuty o rowerzystkę zabitą pod Lesznem, bo wiedział, że teraz już wszystko będzie dobrze.
Kiedy kurz niemal całkiem opadł, naszła Pawła ochota, by podejść i z bliska zobaczyć dzieło swojego zniszczenia, a przede wszystkim sprawdzić, czy ktoś nie przeżył. Wiedział jednak, że to nie byłoby rozsądne.
"Nikt z tego nie wyjdzie żywy" - pocieszał się, patrząc na niemal całkowicie zrujnowany dom lekarzy. "Wszyscy już gryzą piach".
Pokusa była jednak na tyle duża, że Paweł podszedł bliżej szosy. Już miał iść w stronę, gdzie leżały porozrzucane ciała, kiedy zza zakrętu wyjechał samochód dostawczy. Serce zabiło mu mocniej, ale szybko się uspokoił, kiedy pojął, że kierowca, zapewne przerażony tym, co zastał na miejscu eksplozji, akurat jego nie zauważył. Auto zahamowało gwałtownie i po chwili wyskoczył z niego młody mężczyzna, który podbiegł do ciała leżącego najbliżej. Paweł trochę mu zazdrościł i przez ułamek sekundy rozważał zamordowanie kierowcy.
- Cholera! - Złapał się za brzuch, z którego wydobywały się odgłosy burczenia. Spojrzał na ciężarówkę i mocno wciągnął nosem powietrze. - Pieczywo. - Jego organizm zareagował na zapach świeżego chleba, który miał trafić do pobliskich sklepów. Podszedł więc do auta, otworzył tylne drzwi i sięgnął do jednej ze skrzynek, z której wyjął dwie ciepłe bułki, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył do wsi, gdzie zaparkowany był jego samochód, niezmiennie z trupem w bagażniku.