ANNA ARNO Dzika precyzja
"Pisarz dla pisarzy" - a writer's writer - Joseph Mitchell bywa nagradzany tym honorowym, a zarazem niepokojącym tytułem. Z jednej strony obdarzony nim autor to mistrz dla kolegów, którzy go cytują, zazdroszczą mu precyzji i stylistycznej wirtuozerii. Z drugiej strony taki komplement sugeruje, że mamy do czynienia z pisarzem erudycyjnym i nieprzystępnym, który nie podbija serc czytelników. "Absolutnie klarowna w swoim czystym, przejrzystym minimalizmie proza Mitchella jest niczym krystaliczna rzeka, której dno nie jest zamulone, lecz błyszczy - pisze Adam Gopnik. - To mogą być plamki słońca pełgającego na kamieniach, a może diamenty, po które warto zanurkować. Kamyki czy klejnoty, tak czy inaczej każde zdanie Mitchella sprawia wrażenie, że znacznie więcej zostało w nim niedopowiedziane" 1.
Mitchell sięgał po tematy "na uboczu". Nie interesowała go sława, chyba że ta "zła", lokalna i dwuznaczna, za którą ciągnie się woń frytury i trawionego alkoholu. Zastrzegał, że unika wielkich dam, milionerów, podróżników, uznanych pisarzy i młodych aktorek. Wolał tak zwanych zwykłych ludzi, którzy tak naprawdę byli nadzwyczajni: tych ułomnych i ekscentrycznych, marzycieli i niespełnionych artystów. Poznawał robotników i włóczęgów, cyganów, przekupniów i ulicznych kaznodziejów. Rozmawiał z bywalcami spelunek. Wiedział, że najlepszym źródłem dla reportera bywa barman z knajpy na rogu.
W przeciwieństwie do swoich bohaterów sam wydawał się nudny. Miał tylko jedną żonę, z którą spędził pół wieku. Nosił się z elegancją międzywojennego dżentelmena: biała koszula i garnitur Brooks Brothers, do tego kapelusz - zimą filcowy, a latem słomkowy. Do redakcji przychodził jak urzędnik do biura, na dziewiątą, i wychodził o szóstej. Lubił wypić, ale pod dobrą datą robił się odrobinę melancholijny i nie wynikały z tego pikantne anegdoty.
Joseph Mitchell urodził się w 1908 roku jako najstarszy syn plantatora bawełny i tytoniu w Karolinie Północnej. Wbrew nazwie rodzinne Fairmont nie było "pięknym wzgórzem". Bezkresne, płaskie pola obsiewano na przemian soją, kukurydzą i pszenicą ozimą. W okolicznych bagnistych lasach rosły ambrowce balsamiczne, dęby i sosny. Mały Joe wspinał się na najwyższe gałęzie. Ukryty w gąszczu liści obserwował ludzi pracujących przy uprawach bawełny i tytoniu. Pisał później: "Oczywiście nie mieli pojęcia, że się im przyglądam... Czułem się jak bóg na Olimpie, ale jednocześnie dziwnie samotny, obcy, zakłopotany i odcięty od reszty ludzkości, jak szpieg albo podglądacz" 2.
W dzieciństwie ojciec uczył go wyliczać ceny bawełnianych bali, ale przerastały go najprostsze rachunki. Przez całe życie Mitchell będzie obsesyjnie notował koszty: napiwki i ceny biletów do kina, ile zapłacił za taksówkę lub za czyszczenie garnituru. Nie ze skąpstwa, lecz w nadziei, że zdoła nad chaosem liczb jakoś zapanować. Być może trudności z matematyką sprawiły, że został pisarzem. Nie dostałby się na medycynę, bo nie zdałby wymaganego licencjatu. Wiedząc, że nie otrzyma dyplomu, w college'u studiował zachłannie i szeroko - filozofię i literaturę, socjologię i historię. Z wypiekami na twarzy czytał Ulissesa - pokątnie zdobyty egzemplarz wówczas jeszcze zakazanej powieści.
Rankiem 25 października 1929 roku, po całonocnej podróży, Joe Mitchell wysiadł na Penn Station. Miał dwadzieścia jeden lat i niedawno opublikował pierwszy artykuł w "New York Herald Tribune". Potraktował go jako przepustkę: przyjechał do Nowego Jorku z nadzieją na karierę dziennikarza. "Nie masz nic do roboty, tylko wściubiać nos w nie swoje sprawy?" 3 - tak ostro plany Mitchella skomentował ojciec. Walizka, którą chłopak przytaszczył z Południa, była ciężka: od goryczy zawiedzionych oczekiwań, rodzicielskich wyrzutów, podniecenia i nadziei. Czy w tym bagażu miał już notes i ołówek? Od tej pory nie rozstawał się z narzędziami pisarskiego rzemiosła: nie nosił ich w torbie, lecz bliżej serca, w kieszeni marynarki. Nie mógł wiedzieć, że na Manhattanie wylądował w fatalnym momencie - zaledwie kilka godzin po krachu na nowojorskiej giełdzie. Bagaż zostawił w przechowalni i ruszył do redakcji.
Mitchell przyjechał do Nowego Jorku z marzeniem, że zmierzy się z wielką polityką. Tymczasem w "Herald Tribune" posadzono go w zapchlonym fotelu z widokiem na posterunek policji. Całymi nocami czekał na doniesienia o morderstwach. Patrolował nielegalne spelunki, relacjonował pijackie burdy, zaglądał do nielegalnych kasyn i burdeli. Pierwszy szef - nomen omen, Stanley Walker - pouczył go, że swoje historie musi "wydeptać": spenetrować mroczne zaułki, poznać okolicznych dziwaków. Mitchell kończył dyżur o trzeciej nad ranem, a potem dalej przemierzał ulice upojony nocną metropolią. "Szczury w Nowym Jorku są bystrzejsze od wiejskich i potrafią przechytrzyć każdego, kto nie zna wystarczająco dobrze ich zwyczajów" 4 - przestrzegał po latach czytelników. Został "szczurem miejskim".
Stałą posadę dostał w "New York World-Telegram" - gazecie, którą A.J. Liebling (wkrótce zostanie najbliższym przyjacielem Mitchella w "New Yorkerze") nazwał organem "nowojorskich dipisów", "przesiedlonych" z głębszych rejonów Ameryki. Teraz Mitchell penetrował nowojorskie peryferie: Staten Island, Bronx i Queens, "egzotyczne" dzielnice, oddalone mile świetlne od Manhattanu. Jako początkujący dziennikarz nauczył się pisać na zadany temat, terminowo, z pazurem. Miał do czynienia ze słynnymi ludźmi, jak George Bernard Shaw czy Bing Crosby, przeprowadzał wywiady z Albertem Einsteinem i Eleonorą Roosevelt. Znalazł swój sposób na wyciąganie pikantnych szczegółów: "Przeważnie najlepszym chwytem na rozpoczęcie wywiadu ze znaną osobą jest przypomnieć sobie najgorszą rzecz, jaką się o niej słyszało, i zapytać, czy to prawda" 5. Zauważył jednak, że gwiazdy bywają nudne, bo cały czas mają się na baczności i pilnują swojego wizerunku.
Mitchell do końca życia trzymał się wskazówek, których udzielił mu redaktor działu miejskiego w pierwszej pracy: notuj każdy szczegół; w pisaniu trzeba mieć uszy i oczy otwarte; używaj wszystkich zmysłów; bądź ciekawski; bądź cierpliwy; trzeba więcej słuchać, niż mówić. Mitchell potrafił słuchać bez końca, a rozmówców zachęcał uprzedzającą grzecznością. Rozmawiał z dyrektorką biura matrymonialnego, producentem wachlarzy, honorowym dawcą krwi i właścicielką domu pogrzebowego. Tego rodzaju tematy w dziennikarskim żargonie lekceważąco określano mianem low life (niskie, pospolite życie). Młody Mitchell przypominał holenderskich małych mistrzów: Teniersa czy Brouwera, którzy malowali podchmielonych chłopów, ich rubaszne zabawy, zaniedbane gospody i hałaśliwe bójki. Po latach, kiedy redagował W starym hotelu - swoją antologię i opus magnum - postanowił nie włączać swoich wczesnych szkiców: był to inny rodzaj pisania.
W 1938 roku Mitchell dołączył do redakcji "New Yorkera". Tutaj nie musiał zbierać "rozmaitości", tropić skandali ani pisać o osobach ze świecznika. Nie zmuszano go do pracy na akord. Bohaterów mógł oswajać miesiącami. Dlatego chętnie powracał do osób, które kiedyś przelotnie spotkał i migawkowo opisał - po to, by przyjrzeć im się uważniej. Od dawna kusiła go fikcja, pisywał nawet krótkie opowiadania. Na szczęście "New Yorker" nie wymagał zachowania czystości gatunku. Przeciwnie - od lat dwudziestych promował "profil": esej biograficzny, którego bohater zostaje przedstawiony poprzez opisy, anegdoty i rozmowy.
Mitchell nie był już małym mistrzem, lecz podobnie jak Hals czy Rembrandt - zbieraczem ludzkich dusz. Wierzył w prawdę opowieści, a nie suchych danych: "Możesz nazbierać masę faktów, ale to nie będzie prawda. W środku faktu jest inny fakt, a w nim jeszcze inny. Musisz dotrzeć do prawdziwych faktów" 6. Jako solidny reporter Mitchell weryfikował fakty, ale zakładał, że bohater ma prawo zatajać i koloryzować. Jak choćby kapitan Charley, właściciel Prywatnego Muzeum Dla Inteligentnych Ludzi przy nowojorskim Columbus Circle. Nieprawda, że pijał tylko brandy i szampana. Ale to nieistotne, podobnie jak autentyczność jego eksponatów. Mitchell spotykał się z bohaterami wielokrotnie, w różnych okolicznościach; czekał na chwilę rewelacji, która odsłania prawdę o człowieku. Swój styl określił jako "dziką precyzję" - w tych słowach zawiera się to, co nadal stanowi o wyjątkowości "New Yorkera": "[...] uwielbienie dla faktów i szczegółów samych w sobie, podszyte odrobiną namiętności czy szaleństwa, dzięki którym wszystko nabiera znaczenia" 7.
Swoich bohaterów Mitchell znajdował na obrzeżach miejskiego życia. Niezrównoważeni albo fizycznie zdeformowani żyją we własnych, intensywnych światach. Kobieta z brodą jest zwyczajną osobą, skazaną na los cyrkowego dziwadła. W rozmowie z Diane Arbus, która pragnęła zrobić zdjęcie słynnej brodaczce, Mitchell tłumaczył: "Najbardziej porusza mnie w niej to, że hoduje pelargonie i marzy, by zostać stenotypistką" 8. Namawiał, by wystrzegać się sentymentów, bo odmieńcy bywają równie nudni jak "normalni" ludzie. W pisarskiej postawie Mitchella nie wszyscy znajdowali empatię i głęboki humanizm. Jeden z krytyków stwierdził, że pisarz z cierpliwością botanika studiuje "ludzkie chwasty"... Poirytowany Mitchell odpowiadał tym, którzy krytykowali jego "pospolitych" czy zdziwaczałych bohaterów: "Ludzie w wielu z tych opowiadań należą do tego gatunku, który ostatnimi czasy wielu piszących zaczęło określać jako "ludków". Uważam, że jest to określenie odpychające i pełne pychy. W tej książce nie ma małych ludzi. Są równie ważni jak ty, kimkolwiek jesteś" 9.
***
Mitchell został pisarzem nowojorskim, a nawet "pisarzem Nowego Jorku". W swojej niedokończonej autobiografii pisał: "Od tego trzeba zacząć, że to dziwne, że mam coś wspólnego z Nowym Jorkiem - większość moich przodków uprawiała ziemię albo miała coś wspólnego z rolnictwem i pochodzę z tej części naszego kraju - z hrabstwa Robeson w Karolinie Północnej - skąd mało kto się rusza" 10. Warsztat dziennikarski zaczął kształtować już tam, podglądając ludzi. Jego głód szczegółów kojarzył się ze stylem lokalnego plotkarza, który zagaduje osoby na każdym straganie i wie, co w trawie piszczy. Był zresztą uzależniony od gazet. Całe życie prenumerował dziennik swojego miasteczka. Uważnie studiował nekrologi, doniesienia sądowe, wreszcie najbardziej lokalne z lokalnych wiadomości: "[...] kto do kogo przyjechał, kto siedzi chory w domu, kto jest na obserwacji w szpitalu, kto miał operację, kto pojechał na delegację (albo na zakupy, pozwiedzać, na ryby czy polowanie), które dziecko poszło do college'u, komu urządzono przyjęcie niespodziankę z okazji urodzin, kto się przeprowadził, kto obchodził złote gody, kto pojechał na zakończenie szkoły syna czy córki, a kto na pogrzeb i tym podobne" 11.
Poniekąd w tym małomiasteczkowym stylu Mitchell pisał o Nowym Jorku. W Dnie nabrzeża pokazał miasto z perspektywy jednej dzielnicy, ulicy, kawiarnianego stolika. Kiedy nachodziły go myśli o śmierci, pocieszał go targ rybny Fulton na Dolnym Manhattanie. Zachodził tam o wpół do szóstej rano: rumor na straganach, zapach glonów, obfitość towarów działały niczym wzmacniający eliksir. Pragnął, by w tej opowieści jak w kalejdoskopie odbijał się cały Nowy Jork: ze swoimi wieloma językami i akcentami, sprzeczkami i pogaduszkami zwykłych ludzi. Stosował też swoją ulubioną metodę: spiętrzenie szczegółów i nazw. Jak na apelu, Mitchell przywołuje rozmaite gatunki ryb i skorupiaków, tak, jakby to on je łowił, ocalał od zapomnienia. Opisywał świat, który znikał na jego oczach. O nostalgii rzadko mówił w pierwszej osobie - wyrażał ją ustami swoich bohaterów, którzy uparcie naprawiają stare meble, sami splatają sieci, ubolewają, że na lunch do ich lokalu coraz częściej wpadają maklerzy zamiast rybaków. Mitchella pociągały zrujnowane budynki, zaniedbane uliczki, towarzystwo umarłych. "Kiedy wszystko zaczyna mnie przerastać, wkładam do kieszeni książkę o dzikich kwiatach i kilka kanapek, a potem schodzę na południowe wybrzeże Staten Island, żeby powłóczyć się trochę po jednym z tamtejszych starych cmentarzy." - wyznał kiedyś pisarz. "Za każdym razem, z jakiegoś powodu, którego nie znam i nie chcę poznawać, po tym, jak spędzę na którymś z tych cmentarzy godzinę czy dwie, oglądając wzory na nagrobkach, czytając napisy, rozpoznając dzikie kwiaty, płosząc króliki z krzaków i rozmyślając o końcu, który czeka mnie i nas wszystkich, nastrój mi się poprawia, staję się zupełnie pogodny, a wtedy wyruszam na długi spacer." 12.
Na szczęście w Nowym Jorku jest jedno miejsce, gdzie prawie nic się nie zmieniło od młodości Mitchella, a nawet na długo przedtem. Podłoga wciąż jest wysypana świeżymi trocinami, pośrodku stoi piecyk koza; w ustawionym na nim czajniku gotuje się woda na herbatę. Saloon McSorley's Old Ale House, najstarszy irlandzki pub w Nowym Jorku, Mitchell traktował jak swoje biuro. Do 1970 roku bar pozostawał przybytkiem tylko dla mężczyzn, panie dopuszczono dopiero po prawnym zakazie dyskryminacji w miejscach publicznych. Była to jedyna istotna zmiana w lokalu założonym w połowie XIX wieku. Zasadą saloonu McSorley's jest brak innowacji. W 1940 roku Mitchell z prawdziwą rozkoszą opowiadał o miejscu, które uparcie opierało się czasowi.
Sam Mitchell już jako trzydziestolatek był "panem starej daty", a niektóre z jego staroświeckich upodobań byłyby dziś nie do przyjęcia. Swoich nienormatywnych bohaterów nazywał freaks (odszczepieńcami, dziwakami) i nie do końca żartował, kiedy stwierdzał, że emancypacja kobiet zepsuła jakość befsztyków. Ale choć używał niepoprawnego dziś słownictwa, Mitchell nie lekceważył swoich "dziwaków": przeciwnie, oddawał godność bohaterom poniewieranym przez życie. Mimo że nostalgicznie wspominał spelunki nietknięte kobiecą ręką, nie był też macho ani mizoginem. Z żoną Therese tworzył serdeczny, partnerski związek. Z aparatem towarzyszyła mu w reporterskich peregrynacjach, a uchwycone przez nią scenki zdradzają pokrewną wrażliwość. Ludzie na murku, widok na Most Brookliński, właściciel restauracji wypisujący na szybie dania dnia, pijana do nieprzytomności kobieta na plaży na Coney Island. Oto kronika Nowego Jorku z lat kryzysu. I jeszcze portret męża: Joseph Mitchell stoi swobodnie oparty w drzwiach restauracji Sloppy Louie's - swojej ulubionej rybnej knajpy niedaleko targu rybnego Fulton.
Therese Mitchell zmarła w 1980 roku. Joseph nie miał głowy do porządkowania jej spuścizny. Po jego śmierci, w 1996 roku, córki natknęły się na stosy negatywów. Nora Sanborn Mitchell wywołała zdjęcia i stworzyła dla nich efemeryczną galerię. Odkryła nieznaną dotychczas twórczość swojej matki. Równolegle zdradziła "sekretną" pasję ojca. Przez kilkadziesiąt lat Joseph Mitchell zgromadził potężny zbiór najrozmaitszych, w większości "bezwartościowych" przedmiotów. Metalowe elementy budynków przeznaczonych do wyburzenia, śruby, szyldy do klamek, skrzynki alarmowe. Zbierał też sztućce i porcelanę z dawno nieczynnych restauracji, cegły i odłamki ceramicznych kafli. Fragmenty szyldów nieistniejących już firm. Druty wyrwane z murszejących murów, kurki i krany. Zioła zasuszone w słoiku. Na karteczkach zapisywał "legendę": z jakiego pochodzą budynku, kiedy zostały pozyskane. Znaleziska całymi workami znosił do domu. Uwielbiał butelki - przezroczyste i te z błękitnego szkła. Dowiadywał się, jakie przechowywano w nich płyny.
Mitchell "ratował" miasto swojej młodości, ale także dawniejsze, które tylko sobie wyobrażał. Jego ulubione porty na Dolnym Manhattanie zaczęły podupadać po 1883 roku, kiedy zainaugurowano Most Brookliński... Mitchell uwielbiał stare kościoły i stare hotele, staroświeckie sklepy, posterunki policji, drukarnie i magazyny. Wspinał się na wieże i strychy, penetrował kanały i piwnice pachnące jeszcze towarami, które niegdyś tam składowano. Wchodził na rusztowania wznoszonych właśnie wieżowców i mostów. Z bliska kontemplował drążenie tuneli. Ale chyba jeszcze bardziej pociągały go budowle opuszczone, zabite deskami, skazane na zagładę.
Wyszukiwał odłupane fragmenty architektonicznych dekoracji, gałki i klamki, metalowe okucia. Swoje zdobycze przechowywał w pudłach i kopertach, kruche drobiazgi zamykał w słojach po konfiturach. Już w młodości chodził na pchle targi, polował na mosiężne i srebrne bibeloty. W latach sześćdziesiątych zbieractwo Mitchella się nasiliło. W tym okresie jego ulubione okolice na Dolnym Manhattanie przechodziły gwałtowne przemiany. Bliscy cierpliwie wysłuchiwali jego tyrad o bezdusznym niszczeniu miasta i ohydzie nowych, ostentacyjnie luksusowych budowli. Aby zrobić miejsce dla World Trade Center, zburzono sto sześćdziesiąt cztery budynki. Mitchell miał znajomości w firmach rozbiórkowych i nieraz grzebał w gruzach. Brał ze sobą narzędzia - zawinięte w szary papier i gazety. Z wyburzanych budynków zabierał pamiątki. "Jeśli kiedyś zaginie, szukajcie go pod stosem cegieł, przywalonego zardzewiałymi schodkami przeciwpożarowymi i z błogim uśmiechem na twarzy" 13 - żartował znajomy właściciel pubu. "Łapał, co się dało - wspominała córka - odbudowywał Nowy Jork, do jakiego przyjechał jako młody człowiek. Starał się go ocalić, ale nie wzniośle ani z rozmachem. Dla własnej przyjemności" 14.
Mitchell był zatrudniony w "New Yorkerze" przez pięćdziesiąt osiem lat. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela Lieblinga pisał powoli: przycinał, szlifował każdą frazę. Każdy jego artykuł był cudem - redaktorzy szli wcześniej do domu, bo nie zostawiał im nic do roboty. Jednak ostatni utwór Mitchella ukazał się w "New Yorkerze" w 1964 roku. Niektórzy twierdzili, że głęboką, psychiczną zapaść wywołała w nim historia Joe Goulda, któremu poświęcił dwa mistrzowskie eseje. Gould był znanym w Greenwich Village włóczęgą i ekscentrykiem. Na ulicy skrzeczał jak mewa i utrzymywał, że od lat tworzy swoje opus magnum, Historię mówioną naszych czasów. Mitchell miesiącami słuchał gadaniny Goulda, który regularnie wyciągał z niego drobne datki. Całymi latami Gould nachodził Mitchella o dowolnych porach i buńczucznie stwierdzał: "Postanowiłeś napisać o mnie artykuł, musisz ponieść konsekwencje".
Mitchell, któremu Gould udostępnił kilka stronic Historii mówionej, uznał, że jest to mikstura plotek, gadaniny i bełkotu. Po miesiącach krążenia wokół tematu doszedł do wniosku, że miliony wersów tego dzieła tkwią tylko w głowie Goulda. Później miał poczucie winy; nie lubił nikogo demaskować, łapać na gorącym uczynku. Poza tym Mitchell - jak zresztą sam przyznał - doskonale rozumiał sens dzieła potencjalnego. Sam miał kiedyś w głowie coś w rodzaju nowojorskiego Ulissesa. W autobiograficznej historii chciał opisać dobę z życia reportera pochodzącego z Południa. Obsesyjnie o tej książce rozmyślał, ale nigdy nie zapisał ani zdania. Sekret Joe Goulda stał się literacką legendą, ale i zmorą Mitchella. Była to opowieść o pisarzu, który nie umiał dokończyć dzieła. Parafrazując Flauberta, Mitchell powiedział: "Joe Gould to ja".
Tymczasem po publikacji eseju do autora zgłosili się przyjaciele i znajomi, którzy zapewniali, że w piwnicach i na strychach trzymają pudła pełne zapisków zmarłego w 1957 roku Goulda. Mitchell uprzejmie dziękował i zapewniał, że wykorzysta te materiały, o ile jeszcze kiedyś będzie pisał na ten temat. Zafascynowana Gouldem historyczka Jill Lepore zaczęła grzebać w archiwach. Znalazła dowody na istnienie Historii mówionej - rozproszonej, gadatliwej, pełnej chorobliwych obsesji i rasistowskich uwag. Jak zauważa w swojej książce Joe Gould's Teeth (Zęby Joe Goulda), chwała Mitchellowi za to, że nie napisał erraty do swojej opowieści o Gouldzie i w zasadzie całkowicie zamilkł. Z historii głęboko zaburzonego, opętanego obsesjami straceńca Mitchell zrobił coś pięknego: opowieść o sztuce.
Po 1964 roku Mitchell nadal miał swoje biuro w "New Yorkerze" i regularnie przychodził do pracy. Od czasu do czasu zza drzwi słychać było stukanie na maszynie. W powieści Jasne światła wielkiego miasta Jay McInerney umieścił karykaturę Mitchella: autora widmo, który od siedmiu lat pracuje nad jednym artykułem. Koledzy spekulowali, czym się zajmuje, dlaczego złamał pióro. Mitchell uważał, że każdy nowy tekst musi być lepszy od poprzedniego. Może blokował go samokrytycyzm? Albo miał trudności z koncentracją, odkąd po pięćdziesiątce rzucił palenie? (Niewykluczone, że sam Mitchell rozpuścił taką pogłoskę). Nikt go jednak nie popędzał z powodu przeciągającej się posuchy. Przeciwnie: koledzy byli dumni, że ich redakcja może sobie pozwolić na tak ekscentryczny gest. On, który jako początkujący dziennikarz potrafił wysmażyć trzy artykuły dziennie, teraz utknął. Mówił: "Włóczę się tu jak zjawa. Wszystko się zmieniło". Lecz przecież świat się zmienia. "Czasem człowiek straci swój temat - wyznał koleżance - albo spojrzenie ma się nie tak ostre jak dawniej" 15.
Można się tylko domyślać, z jakimi tematami przez te trzy dekady mierzył się Joseph Mitchell. Nie miał zamiaru tworzyć wokół siebie aury tajemnicy, dlatego opowiedział, jak spędzał czas. Odziedziczył po rodzicach ziemie w rodzinnych stronach i zajął się ich zarządzaniem. Intensywnie angażował się też w projekt ponownego zalesiania terenów po wycince i znaczną część roku spędzał na Południu. Z kolei w Nowym Jorku był związany z South Seaport Museum i zasiadał w komisji ochrony zabytków. Jednak ani interesy farmera, ani działalność publiczna nie wyjaśniają wszystkiego. Mitchell nie przestał pisać. Przestał tylko kończyć, sam siebie zwolnił z wszelkich terminów.
Pośmiertnie ukazały się trzy rozdziały niedokończonej autobiograficznej książki. Street Life (Życie uliczne) to pean na cześć miasta, które Mitchell znał na wylot. Był w każdej z setek dzielnic, niektóre miał stale przed oczami. "O każdej porze dnia i nocy mogę zamknąć oczy i w najdrobniejszych szczegółach zobaczyć, co dzieje się na ulicach, popularnych i nieznanych, we wszystkich zakątkach miasta" 16. Uliczka na Bronxie, gdzie pachną magazyny z przyprawami, i inna, na uboczu, gdzie spotykają się narkomani. Kawałek chodnika, na którym znajdował nowy gatunek mchu czy dziki kwiatek. Mitchell wyznał wręcz, że nierzadko w godzinach pracy ruszał na badania w terenie:
Naprawdę uwielbiam snuć się po mieście bez celu. Chodzić ulicami, w dzień i w nocy. To więcej niż upodobanie - to aberracja. Na przykład dosyć często około dziewiątej rano wynurzam się z metra i zmierzam w kierunku biurowca na środkowym Manhattanie, gdzie pracuję, ale po drodze zachodzi we mnie zmiana - właściwie tracę poczucie odpowiedzialności - i kiedy docieram do wejścia, mijam je obojętnie, jakby to było obce miejsce. Idę dalej i chodzę, czasami tylko dwie godzinki, ale nieraz włóczę się do późnego popołudnia i ląduję daleko od środkowego Manhattanu - gdzieś w okolicach Bronx Terminal Market, przy zrujnowanych dokach cukrowych na Brooklynie albo w najbardziej zachwaszczonym zakątku jakiegoś zarośniętego cmentarza w Queens. Bez kłopotu znajduję usprawiedliwienia dla takiego zachowania (mam doświadczenie w usprawiedliwianiu się przed samym sobą - zawsze można się tłumaczyć uporczywym bólem głowy, a wybitnie ponury i pochmurny dzień to równie dobra wymówka jak cudowna wiosenna pogoda) 17.
Podczas swoich miejskich peregrynacji Mitchell przygarniał bezpańskie przedmioty. Znaleziska opisywał troskliwie, zwykle na firmowym papierze "New Yorkera". Na karteczce z lipca 1972 roku zapisał: "piwnica 78 Duane, drut elektryczny z izolatora nr 2, gwoździe zapewne nie pochodzą z najstarszej części budynku - to znaczy być może z boazerii albo belek zamontowanych podczas remontu. Izolatory z belki (nośnej?) pośrodku sklepienia" 18.
Z odłamków Mitchell układał mozaikę starego Nowego Jorku. Miasta, które sam dla siebie stwarzał, na podstawie archeologicznego znaleziska, jak buteleczka z zaschniętą resztką leku: "APTEKA PERRY'EGO. CZYNNA CAŁĄ DOBĘ. ATRAKCYJNE CENY. WORLD BUILDING, NOWY JORK" 19. Młodsza córka Liz kolekcjonerską pasję Josepha Mitchella nazywała "tropieniem skarbów". "Po co mu to było?" - zastanawiał się dziennikarz Paul Maliszewski. "Tak jakby podjął próbę odepchnięcia od siebie jakiegoś mroku. Był dosyć posępny, ale tyle rzeczy go fascynowało i chyba to go ratowało od rozpaczy" 20.
Nota od autora
Na niniejsze wydanie składają się cztery tomy, które napisałem wiele lat temu i które od dawna są niedostępne w sprzedaży, a także późniejsze uzupełnienia jednego z nich. Są to: Cudowny saloon McSorleya (1943), Stary pan Flood (1948), Dno nabrzeża (1960) oraz Sekret Joe Goulda (1965). Do zbioru Cudowny saloon McSorleya dodałem kilka nowych tekstów. Są to: Cyganki, Spizm i spazm, Klub głuchoniemych, Święty mikołaj Smith, Mohawkowie na wysokościach, Miła starsza blondynka oraz Nie mogłem tego rozgryźć. Edmund Wilson wykorzystał opowiadanie Mohawkowie na wysokościach jako wstęp do swojej książki Apologies to the Iroquois (Przeprosiny dla Irokezów). Pozostałe utwory nigdy nie zostały wznowione. Napisałem również dwa szkice biograficzne poświęcone Joe Gouldowi. Pierwszy z nich, zatytułowany Profesor Mewa, powstał w 1942 roku i został wykorzystany w zbiorze Cudowny saloon McSorleya. Dwadzieścia dwa lata później, w 1964 roku, napisałem drugą część, zatytułowaną Sekret Joe Goulda. Wyjąłem Profesora Mewę z Cudownego salonu McSorleya i wykorzystałem jako pierwszą część tomu Sekret Joe Goulda, ale w niniejszej publikacji umieściłem ją z powrotem w pierwotnym miejscu, a Sekret... stanowi teraz odrębną całość. Cztery opowiadania, jeśli tak można je nazwać, zamieszczone w drugiej części Cudownego saloonu... są fikcyjne, podobnie jak trzy teksty o hrabstwie Black Ankle w trzeciej sekcji tego zbioru. Wszystkie pozostałe historie zawarte w tomie Cudowny saloon... opierają się na faktach. Trzy opowiadania zamieszczone w zbiorze Stary pan Flood są fikcyjne. Wszystkie utwory z antologii Dno nabrzeża są oparte na faktach, podobnie jak w przypadku Sekretu Joe Goulda. Wszystkie teksty zawarte w tych tomach ukazały się pierwotnie na łamach magazynu "New Yorker".
Przeglądając te opowiadania - niektóre z nich czytałem po raz pierwszy od czasu ich publikacji - z zaskoczeniem i radością zauważyłem, jak często pojawia się w nich specyficzny rodzaj humoru, który mogę określić jedynie mianem cmentarnego. W pewnych tekstach stanowi on wręcz sedno narracji. W innych pojawia się w tle lub między wierszami. Często przewija się w rozmowach między mną a osobami, z którymi przeprowadzałem wywiady, lub we fragmentach rozmów, które zdecydowałem się zacytować. Ucieszyło mnie to odkrycie, ponieważ humor cmentarny doskonale odzwierciedla mój sposób postrzegania świata. Jest typowy dla mojego sposobu myślenia.
Jestem przekonany, że na sposób myślenia danej osoby oddziałuje wiele czynników, zbyt nieuchwytnych i tajemniczych, by dało się je dokładnie określić, ale tak się składa, że znam kilka takich, które miały wpływ na mnie. Jeden z tych czynników ma swoje źródło w moim dzieciństwie i młodości. Dorastałem w rolniczej miejscowości w południowo-wschodniej części hrabstwa Robeson w Karolinie Północnej. Miasteczko nazywa się Fairmont, co zupełnie do niego nie pasuje 21. Pierwotna nazwa brzmiała Ashpole, następnie zmieniono ją na Union City, a ostatecznie właśnie na Fairmont. W okolicy nie ma żadnych gór ani wzgórz. Miejscowość położona jest pośród płaskich, żyznych, czarnych ziem poprzecinanych bagnami i rozgałęzionymi kanałami, porośniętych lasami, w których dominują sosny Pinus echinata. Moi przodkowie z obu stron mieszkali w tym regionie jeszcze przed wojną o niepodległość i zajmowali się uprawą bawełny, tytoniu, kukurydzy i drzew. Kiedy byłem młody, w niedzielne popołudnia wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjeżdżaliśmy z Fairmont na przejażdżkę po okolicy. Czasami kierowaliśmy się na południe i jeździliśmy bocznymi drogami w okolicach Marietty, Black Ankle i Bear Swamp, skąd pochodziła rodzina mojego ojca. Większość mieszkańców tych terenów ma angielskie oraz walijskie korzenie i przeważnie należy do Kościoła metodystycznego lub baptystycznego.
Kiedy indziej wybieraliśmy się na zachód i przemierzaliśmy boczne drogi w okolicach Iona i McDonald, skąd pochodziła rodzina mojej matki. Tamtejsi mieszkańcy mają głównie szkockie korzenie (hrabstwo sąsiadujące z hrabstwem Robeson od zachodu nosi nazwę Scotland) i w większości są prezbiterianami. W tych okolicach jest mnóstwo rodzinnych cmentarzyków, na których pochowani są członkowie mojej familii lub osoby z nią spowinowacone. Większość cmentarzy znajduje się pośród pól, zazwyczaj w gajach cedrowych i magnoliowych, a otaczają je stare, zniszczone żeliwne ogrodzenia. Od czasu do czasu ojciec zatrzymywał samochód, wysiadaliśmy i odwiedzaliśmy jeden z takich cmentarzy, a potem któreś z rodziców opowiadało nam o każdym nagrobku - o tym, kto tam spoczywa i jak dokładnie jest z nami spokrewniony. Bardzo lubiłem te wyprawy.
Raz czy dwa razy każdego lata nasza rodzina i rodziny dwóch sióstr mojej matki (cioci Annie Parker Lytch i cioci Mary Parker Davis) spotykały się na pikniku w zagajniku na tyłach wiejskiego kościółka - starego szkockiego kościoła prezbiteriańskiego, który pomagali budować przodkowie matki - i kroiły arbuzy. Owoce były zebrane tego samego ranka z naszych ogrodów - podłużne, ciężkie, pasiaste odmiany Georgia Rattlesnake oraz duże, okrągłe, ciężkie odmiany Cuban Queen, tak zielone, że wydawały się niemal czarne. Kładliśmy je na stołach piknikowych i kroiliśmy na plasterki. Po zjedzeniu owoców zbieraliśmy się w grupkę i rozmawialiśmy. A potem, gdy robiło się późno, niektórzy z nas szli na cmentarz przy kościele w swego rodzaju procesji. Na czele zawsze kroczyła ciocia Annie. Wszyscy ją kochaliśmy i podziwialiśmy. Była wysoka, szczupła, trzymała się prosto i wręcz biła od niej pewność siebie. Wiele przeszła w życiu i pamiętam, jak smutne miała spojrzenie, ale mimo to pozostawała pogodna. Nosiła staromodne ubrania i często opowiadała o "dawnych czasach", a my uważaliśmy ją za łącznik z przeszłością. Cechowało ją poczucie humoru, które jej siostry określały jako sarkastyczne, a czasami zachwycała nas, wymawiając (lub, jak to ujęła moja mama, "wynajdując") słowa i wyrażenia, które w tamtych czasach uważano za "dosadne". Miała piękny ogród o powierzchni około pół hektara, w którym rosły obok siebie stare odmiany warzyw i kwiatów, zioła, winorośl, drzewa brzoskwiniowe, figowce, kasztanowce i granaty. Wzdłuż jednego ogrodzenia rósł szpaler starych róż, a ludzie przyjeżdżali z daleka, aby je podziwiać i dostać sadzonki. Była miłośniczką kur rasy dominicker i miała ich duże stado, a także gromadkę perliczek gniazdujących na drzewach.
Jak już wspomniałem, ciocia Annie prowadziła nas na cmentarz i zatrzymywała się przy poszczególnych grobach, a następnie opowiadała nam o mężczyźnie lub kobiecie, którzy tam spoczywali. Przy niektórych nagrobkach moja mama i ciocia Mary wtrącały się do opowieści, ale to ciocia Annie mówiła najwięcej. "Ten człowiek tutaj był naszym kuzynem, tak wrednym, że nie wiem, jak bliscy z nim wytrzymywali" - wspominała. Po chwili robiła kilka kroków i kontynuowała: "A ten był tak dobry, że nie wiem, jak bliscy z nim wytrzymywali". Potem przechodziła do szczegółów. Niektóre z jej opowieści budziły przerażenie, a inne były przerażająco zabawne.
Mam obsesję na punkcie książki Finneganów tren - przeczytałem ją co najmniej sześć razy - i za każdym razem, gdy dochodzę do fragmentu o Annie Livii Plurabelle, słyszę głosy matki i ciotek spacerujących po starym cmentarzu, gdy zapada zmrok.
Duży wpływ na mój sposób myślenia miał także meksykański artysta Posada. Po raz pierwszy usłyszałem o nim w 1933 roku, w najgorszych dniach wielkiego kryzysu, kiedy pracowałem jako reporter w gazecie "World-Telegram". Udałem się do hotelu Barbizon-Plaza, żeby przeprowadzić wywiad z Fridą Kahlo, żoną Diego Rivery i również świetną malarką, swego rodzaju demoniczną surrealistką. W tym czasie Rivera malował murale w Rockefeller Center. Na ścianach apartamentu hotelowego przypięte były bardzo dziwne ryciny wydrukowane na najtańszym papierze gazetowym. "José Guadalupe Posada. Meksykanin. Tysiąc osiemset pięćdziesiąt dwa-tysiąc dziewięćset trzynaście" - powiedziała Kahlo niemal nabożnym tonem. Wyznała mi, że sama powiesiła te reprodukcje, aby móc od czasu do czasu na nie spojrzeć i nie stracić zmysłów podczas pobytu w Nowym Jorku. Niektóre z nich były ulotkami. "Ukazują sensacyjne wydarzenia, które miały miejsce w Meksyku, na ulicach, targowiskach, w kościołach i sypialniach. Sprzedawano je na ulicach za grosze" - wyjaśniła Kahlo.
Jedna z ulotek przedstawiała tramwaj, który uderzył w karawan i zrzucił trumnę na tory. Pośród rozbitych pozostałości sarkofagu pewien dystyngowany mężczyzna leżał płasko na wznak, z rękami złożonymi na piersi. Na innej widniał ksiądz, który powiesił się w katedrze. Na jeszcze innej zobaczyłem mężczyznę na łożu śmierci w chwili, gdy dusza opuszczała jego ciało. Jednak tematem zdecydowanej większości rycin były ożywione szkielety, które naśladowały żywych ludzi podczas różnych czynności, imitując ich i wyśmiewając: szkielet mężczyzny na kolanach, śpiewający miłosną pieśń do szkieletowej kobiety, szkielet wchodzący do konfesjonału, szkielety na weselu, szkielety na pogrzebie, szkielety wygłaszające przemówienia, szkieletowi dżentelmeni w cylindrach, szkieletowe damy w modnych czepkach. Zaskoczyły mnie te rysunki, a najbardziej zdumiewające było to, że wszystkie miały humorystyczny charakter - nawet te najbardziej makabryczne, jak na przykład zniszczona trumna na torach tramwajowych.
Innymi słowy, zawierały silny humorystyczny podtekst. Był to rodzaj humoru, który dawni holenderscy mistrzowie uchwycili na drzeworytach przedstawiających skąpca zamkniętego w komnacie i liczącego pieniądze, podczas gdy Śmierć stoi tuż za drzwiami. Był to humor Starego Testamentu, zwłaszcza humor zawarty w Księdze Przysłów i Księdze Koheleta. Humor Gogola. Humor Brueghela. Myślę tu o obrazie Brueghela, na którym ślepy prowadzi ślepych, co moim zdaniem stanowi przykład humoru cmentarnego. W każdym razie od tamtego popołudnia w apartamencie Fridy Kahlo rozglądam się za albumami z rycinami Posady. Gdy przechodzę obok księgarni lub sklepu ze starociami w hiszpańskiej dzielnicy, zawsze zaglądam do środka, aby sprawdzić, czy nie ma tam książki tego artysty. Z każdym rokiem mój szacunek dla niego coraz bardziej rośnie.
Joseph Mitchell
(1992)
21 Fair (ang.) - jasny, mont (fr.) - góra [przyp. tłum.].
Część I
Stary dom
Saloon McSorley's mieści się na parterze murowanej kamienicy przy Seventh Street 15, tuż przy Cooper Square, gdzie kończy się dzielnica Bowery. Otwarty w 1854 roku lokal to najstarszy saloon w Nowym Jorku. Przez osiemdziesiąt osiem lat miał czterech właścicieli - irlandzkiego imigranta, jego syna, emerytowanego policjanta i jego córkę - i wszyscy sprzeciwiali się jakimkolwiek zmianom. Owszem, podłączono tu elektryczność, ale bar wciąż oświetlają dwie lampy gazowe, które migoczą niespokojnie i za każdym razem, gdy ktoś otwiera drzwi od ulicy, rzucają cienie na niski, pokryty pajęczynami sufit. Nie ma kasy fiskalnej. Monety wrzuca się do misek na zupę - są osobne na pięciocentówki, dziesięciocentówki, ćwierćdolarówki i półdolarówki - a banknoty trzyma się w kasetce z drewna różanego.
Panuje tutaj senna atmosfera: barmani nie wykonują zbędnych ruchów, klienci trzymają kufle z piwem, a na ścianach trzy zegary od lat wskazują każdy inną godzinę. Bywa tu bardzo różnorodne towarzystwo. Należą do niego mechanicy z okolicznych warsztatów samochodowych, sprzedawcy z punktów zaopatrzenia restauracji przy Cooper Square, kierowcy ciężarówek z domu towarowego Wanamaker's, stażyści ze szpitala Bellevue, studenci z Cooper Union i pracownicy antykwariatów położonych na północ od Astor Place. Trzon klienteli stanowi szybko kurcząca się grupa stetryczałych staruszków, głównie Irlandczyków, którzy pili tam od czasów młodości, a teraz uważają to miejsce za własne. Niektórzy mają niewielkie emerytury i są na świecie całkiem sami, nocują w hotelach w Bowery i niemal całe dnie spędzają w McSorley's. Kilku z tych weteranów wyraźnie pamięta Johna McSorleya, założyciela, który zmarł w 1910 roku, w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Mówią o nim "Stary John". Lubią siedzieć w rozklekotanych fotelach wokół wielkiego pieca, który ogrzewa lokal, gryźć cybuchy fajek i rozprawiać o dawnym właścicielu.
Stary John miał swoje dziwactwa. Zwykle był uprzejmy, ale zdarzały mu się okresy niewyjaśnionej gburowatości, podczas których nie odpowiadał, gdy się do niego zwracano. Wyłysiał w młodości, a zanim skończył czterdzieści lat, zaczął nosić niechlujne bokobrody godne nestora rodu. Zachowało się wiele jego zdjęć, na których wyraźnie widać, że Stary John odznaczał się niewymuszoną godnością. Swój saloon wzorował na pubie, który pamiętał z rodzinnego irlandzkiego miasteczka Omagh w hrabstwie Tyrone, i pierwotnie nazwał go Old House at Home 22. Około 1908 roku szyld uległ zniszczeniu, a gdy Stary John zamawiał nowy, zmienił nazwę na McSorley's Old Ale House. To wciąż oficjalna wersja; klienci lokalu nazywają go jednak od zawsze tak samo - McSorley's. Stary John uważał, że mężczyźni nie mogą spokojnie pić w obecności kobiet. W saloonie jest ładne pomieszczenie na tyłach, ale przez wiele lat na drzwiach od ulicy wisiała tabliczka z napisem: UWAGA! BRAK SALONIKU DLA PAŃ. W całej historii przybytku jedyną mile widzianą tu klientką była zniedołężniała stara handlarka znana jako Matka Świeżo Prażona, która twierdziła, że jej mąż zmarł od ugryzienia jaszczurki na Kubie podczas wojny hiszpańsko-amerykańskiej, i która latami krążyła od saloonu do saloonu na Lower East Side, oferując orzeszki ziemne prosto z fartucha. W ciepłe dni Stary John sprzedawał jej piwo, a ona darzyła go tak wielkim szacunkiem, że któregoś 4 lipca wręczyła mu małą, ręcznie wyhaftowaną amerykańską flagę - John oprawił ją w ramkę i umieścił na ścianie nad mosiężną pompą do piwa, gdzie znajduje się do dziś. Kiedy przychodziły inne kobiety, Stary John pospiesznie podchodził, kłaniał się i mówił: "Przykro mi, ale nie obsługujemy pań". Jeśli któraś nalegała, chwytał ją za łokieć, prowadził w stronę drzwi i dodawał: "Niech mnie szanowna pani nie prowokuje. Proszę natychmiast opuścić lokal, bo będę zmuszony zapomnieć, że jest pani damą". Zwyczaj ten, z wiernie zachowaną argumentacją, wciąż jest praktykowany.
W swoim czasie Stary John obsługiwał irlandzkich i niemieckich robotników - cieśli, garbarzy, murarzy, rzeźników, woźniców i piwowarów - którzy zamieszkiwali okolicę Seventh Street. Sprzedawał im piwo w cynowych kuflach po pięć centów za porcję i serwował darmowy lunch składający się z krakersów, surowej cebuli i sera. Dzisiejsi klienci mają zwyczaj narzekać, że kawałek sera, który Stary John podał gościom wieczorem podczas otwarcia lokalu w 1854 roku, wciąż się tu uchował. Obok bezpłatnego jedzenia stał pojemnik na tytoń oraz stojak z glinianymi i kukurydzianymi fajkami - zakup piwa uprawniał do palenia na koszt firmy; na stojaku wciąż można znaleźć kilka wspólnych fajek. Stary John żył oszczędnie i udało mu się kupić kamienicę - pięciopiętrową, ośmiorodzinną - jakieś dziesięć lat po tym, gdy otworzył w niej saloon. Nie ufał bankom i zawsze trzymał pieniądze w żeliwnym sejfie. Ten do dziś stoi na zapleczu, tyle że drzwiczki się obluzowały, a w środku nie ma nic oprócz wygasłych licencji na prowadzenie lokalu i kilku pamiątek po McSorleyach, w tym brzytwy Starego Johna.
John McSorley mieszkał z rodziną tuż nad saloonem. Codziennie wstawał o piątej, a przed śniadaniem szedł na długi spacer, bez względu na pogodę. O siódmej otwierał lokal, sam go zamiatał i rozsypywał trociny na podłogę. Do momentu, gdy stracił siły i nie mógł powozić wyścigową dwukółką, trzymał konia i kozę w stajni za rogiem przy St. Mark's Place. Zwierzęta przebywały w tym samym boksie, ponieważ John, podobnie jak wielu koniarzy, uważał, że konie powinny mieć w nocy towarzystwo. Po południu, gdy ruch w barze nieco ustawał, stajenny prowadził konia do koniowiązu znajdującego się przed saloonem, a Stary John, ubrany w barowy fartuch, stawał przy krawężniku i oporządzał zwierzę. Jeśli klient potrzebował obsługi, stukał w okno - Stary John odkładał zgrzebło, wchodził do środka, nalewał piwo i od razu wracał do konia. W niedziele startował w wyścigach dwukołowych wózków na szosach północnego Manhattanu.
Między dwudziestym a pięćdziesiątym piątym rokiem życia Stary John pił nieprzerwanie, ale przez ostatnie trzydzieści dwa lata życia nie wziął do ust ani kropli alkoholu, bo - jak mawiał - swoje już wypił. Z wyjątkiem kilku miesięcy w 1905 czy 1906 roku w McSorley's nie sprzedawano wysokoprocentowych alkoholi. Stary John utrzymywał, że żaden człowiek nie potrzebuje niczego mocniejszego niż kufel piwa podgrzanego na płycie kuchennej. Uwielbiał jeść. Tuż przed zamknięciem lokalu zwykł smażyć na grillu blisko półtorakilogramowy stek - kładł go na szufli do węgla i trzymał nad żarem z dębowego drewna w palenisku na zapleczu. Lubił wkładać całą cebulę w wydrążoną piętkę francuskiego chleba i jeść ją jak jabłko. Przepadał za cebulą - im ostrzejsza, tym lepsza - i mawiał, że "dobre piwo, surowa cebula i żadnych kobiet" to motto jego saloonu.
Zimą, mniej więcej raz w miesiącu, organizował na zapleczu biesiadę na koszt firmy, podczas której serwowano befsztyki, a pod koniec życia przewodniczył stowarzyszeniu smakoszy o nazwie Klub Korniszona, Befsztyka, Baseballowej Dziewiątki i Chowdera imienia Czcigodnego Johna McSorleya, które organizowało grille w gaju piknikowym na wyspie North Brother w East River. Na ścianach saloonu wiszą liczne zdjęcia zrobione podczas takich wypadów klubu - na większości z nich członkowie siedzą w kucki wokół beczek piwa; z wyjątkiem prezesa wszyscy mają pijackie uśmiechy na twarzach i nieprzytomne spojrzenia. Stary John mówił niezwykle niskim basem i chętnie śpiewał z chórem pijaków. Do jego ulubionych piosenek należały: Muldoon the Solid Man (Muldoon, solidny chłop), Swim Out, You're Over Your Head (Uciekaj, bo wpadłeś po uszy), Maggie Murphy's Home (Dom Maggie Murphy) i Since the Soup House Moved Away (Nie ma już jadłodajni). Autorami tych utworów byli Harrigan i Hart, określani wówczas mianem amerykańskiej wersji Gilberta i Sullivana. John darzył ich wielkim szacunkiem i niezmiernie się ucieszył, gdy w 1882 roku jego saloon stał się miejscem akcji jednej z ich slumsowych komedii zatytułowanej McSorley's Inflation (Inflacja McSorleya).
Co prawda Stary John nie obracał się w wyższych sferach, ale znał wiele ważnych osobistości. Jednym z jego najbliższych przyjaciół był Peter Cooper, prezes North American Telegraph Company i założyciel uczelni Cooper Union, której główna siedziba leży pół przecznicy na zachód od saloonu. Pod koniec życia pan Cooper tak często przesiadywał na zapleczu i prowadził filozoficzne dysputy z robotnikami, że przydzielono mu własne krzesło z gumową nadmuchiwaną poduszką. (Krzesło nadal stoi w lokalu; przez wiele lat przykrywano je żałobnym kirem dokładnie 4 kwietnia, w rocznicę śmierci pana Coopera, który zmarł w 1883 roku). Ponadto, podobnie jak inni stali bywalcy, pan Cooper miał cynowy kufel, na którym szpikulcem do lodu wygrawerowano jego imię i nazwisko. Podarował saloonowi portret samego siebie naturalnej wielkości, który wisi teraz nad kominkiem na zapleczu. To stosowny akcent, ponieważ od początku prohibicji McSorley's służył uczęszczającym na Cooper Union jako oficjalny saloon. Zdarza się, że jakiś owładnięty sentymentem student staje przed portretem i wznosi toast za pana Coopera.
Stary John pasjami zbierał pamiątki. Przez wiele lat przechowywał rozwidlone "kości życzeń" z indyków podawanych w Święto Dziękczynienia i na Boże Narodzenie; nawlekał je na sznurek i wieszał na drążku łączącym lampy gazowe nad barem. Każdy nowy klient najpierw pytał o te zakurzone kości. Niedawno jakiś przypadkowy gość zirytował jednego z barmanów, mówiąc: "Może staruszek wierzył w voodoo". Stary John ozdobił przegrodę między salą barową a zapleczem kartami dań bankietowych, autografami, wysuszonymi rozgwiazdami, programami teatralnymi, plakatami politycznymi i wytartymi podkowami zdjętymi z kopyt różnych koni wyścigowych i browarnianych. Nad wejściem na zaplecze zawiesił irlandzki kij i napis: ZACHOWUJ SIĘ ALBO WYNOCHA. Na jednej ze ścian baru umieścił wizerunki koni, parowców, szefów organizacji Tammany Hall, dżokejów, aktorów, piosenkarzy i mężów stanu. Około 1902 roku zamontował tam też ciężką dębową ramę ze znakomitymi portretami Lincolna, Garfielda oraz McKinleya i przymocował do niej mosiężną tabliczkę z napisem: PODŁE PSY ZABIŁY TYCH DOBRYCH LUDZI. Na tej samej ścianie powiesił oprawione pierwsze strony starych gazet: jedna, z dziennika "London Times" z 22 czerwca 1815 roku, w prawym dolnym rogu zawiera ustęp poświęcony rozpoczynającej się bitwie pod Waterloo, a w "New York Herald" z 15 kwietnia 1865 roku w jednej z kolumn opisano zabójstwo Lincolna.
Kolejną ścianę wypełnił litografiami i stalorytami. Na jednej z grafik przedstawiono śmierć Garfielda. Inna została zatytułowana Wielka walka i uwiecznia stoczony na gołe pięści pojedynek między Tomem Hyerem a Yankee Sullivanem w Still Pond Heights w Maryland w 1849 roku. Po szesnastu rundach zwyciężył Hyer, a nagroda wynosiła dziesięć tysięcy dolarów. Sędziowie mieli na głowach cylindry. Tytuł innej ryciny brzmi Ocalenie pułkownika Thomasa J. Kelly'ego i kapitana Timothy'ego Deacy'ego przez członków Irlandzkiego Bractwa Rewolucyjnego z rąk rządu angielskiego w Manchesterze, 18 września 1867. Na tej samej ścianie znajduje się również reprodukcja Proklamacji emancypacji, a także, co nieuniknione, faksymile licencji Lincolna na prowadzenie saloonu. Grawerunek przedstawiający Waszyngtona i jego generałów wisi obok ryciny ukazującej sesję Wielkiego Parlamentu Irlandii. Z czasem Stary John pokrył zdjęciami i pamiątkami praktycznie każdy centymetr kwadratowy przestrzeni między boazerią a sufitem. Wciąż są nieźle zachowane, choć pająki utkały na nich pajęczyny. Nowi klienci wpatrywali się w eksponaty całymi godzinami.
Co prawda jeszcze na kilka lat przed śmiercią Stary John nie uważał się za emeryta, ale około 1890 roku zrezygnował z codziennych dyżurów za barem i mianował głównym barmanem swojego syna Williama. Bill McSorley był typem człowieka, który zawzięcie pilnuje własnych interesów. Odziedziczył po ojcu gburowatość, ale niewiele z jego życzliwości. John w żadnym razie nie był lekkoduchem, syn jednak doprowadził wstrzemięźliwość do skrajności: pił tylko kranówkę i herbatę, czym zresztą się chełpił. Do tego zażywał odrobinę tabaki. Był tak poważny, że zanim skończył trzydzieści lat, niektórzy klienci zaczęli nazywać go Starym Billem. Uwielbiał ojca, ale nikt nie zdawał sobie sprawy z głębi tego uczucia, dopóki Stary John nie umarł. Po pogrzebie Bill zamknął saloon, poszedł na górę do mieszkania, zatrzasnął okiennice i nie wychylał nosa przez niemal tydzień. Wreszcie, wychudzony i milczący, w niedzielny poranek zszedł na dół z młotkiem i ze śrubokrętem i przez cały dzień pieczołowicie mocował na ścianach obrazy oraz pamiątki ojca, wcześniej powieszone byle jak na drucikach, więc klienci mieli w zwyczaju je zdejmować. Następnie zlecił nauczycielowi sztuki z Cooper Union wykonanie niewielkiego portretu Starego Johna na podstawie fotografii. Bill umieścił obraz na ścianie za barem, a nad nim powiesił elektryczną lampkę, której nigdy nie wyłączał - ten nabożny zwyczaj jest przestrzegany do dziś.
Przez całe życie Bill troszczył się przede wszystkim o to, by McSorley's wyglądał dokładnie tak jak za czasów jego ojca. Kiedy trzeba było coś zmienić lub naprawić, sprawiało mu to niemal fizyczny ból. Przez dwadzieścia lat lada barowa coraz bardziej się zapadała. Stolarz wielokrotnie ostrzegał, że konstrukcja może się zawalić. W końcu, w 1933 roku, Bill kazał ją podeprzeć. Podczas prac siedział przy stole na zapleczu z głową w dłoniach i tak się denerwował, że przez kilka dni nie mógł jeść. W tym samym roku farba na suficie, oblepiona nalotem z dymu tytoniowego i pajęczynami, zaczęła się łuszczyć i odpadać. Po skargach klientów, że w piwie trafiają się płatki farby i można się nimi zadławić, niechętnie zlecił odmalowanie sufitu. W 1925 roku musiał przestawić się na ceramiczne kufle (większość cynowych naczyń ukradli łowcy pamiątek). Wtedy też na zapleczu zainstalowano automat telefoniczny na monety, którego Bill nigdy nie odbierał. To jedyne większe zmiany, na jakie pozwolił. Od czasu do czasu jeden z obrazków powieszonych przez jego ojca spadał ze ściany, szkło pękało, a Bill wypełniał lukę czymś nowym. Jego wkład obejmował między innymi zbiór portretów małżonek prezydentów, począwszy od pierwszej żony Woodrowa Wilsona, plakat Barneya Oldfielda w czerwonym samochodzie wyścigowym i wiersz zatytułowany The Man Behind the Bar (Człowiek za barem). Bill znał ten wiersz na pamięć i szczególnie lubił ostatni wers:
Gdy go Święty Piotr zobaczy, to uchyli nieba bram,
Bo ten człowiek piekło przeżył już za barem sam.
W interesach Bill był anachroniczny: nienawidził banków, kas fiskalnych, księgowości i akwizytorów. Kiedy w saloonie robiło się zbyt tłoczno, zamykał go wcześniej, mówiąc: "Za dużo tu zamieszania, w głowie mi się kręci". Przedstawiciele handlowi browaru, w którym kupował piwo, często próbowali nakłonić go do otwarcia rachunku czekowego, on jednak uparcie płacił gotówką - głównie monetami. Przeliczał pieniądze po cztery, pięć razy i podawał kierowcy w papierowej torbie.
Świetnie znał się na barmaństwie. Rozumiał piwo, wiedział, jak je nalewać i przechowywać, a instalacja piwna w jego barze zawsze była czysta. W ciepłe dni chłodził kufle w kadzi z lodem - nawet jeśli klient długo sączył piwo, kamionkowy kufel utrzymywał trunek w odpowiedniej temperaturze. Z wyjątkiem okresu prohibicji mocne piwo barwy wosku sprzedawane w McSorley's zawsze pochodziło z browaru Fidelio przy First Avenue, założonego dwa lata przed powstaniem saloonu. W 1934 roku Bill odsprzedał właścicielom tego browaru prawo do używania nazwy "McSorley's Cream Stock" i zgodził się na użycie wizerunku Starego Johna na etykiecie. Wokół portretu widnieje napis: "Warzone dla McSorley's Old Ale House". W czasie prohibicji piwo McSorley's potajemnie wytwarzał w ustawionych rzędem w piwnicy beczkach i baliach emerytowany piwowar Barney Kelly, który trzy razy w tygodniu przyjeżdżał do baru z domu na Bronxie. W te dni w lokalu unosiła się silna woń słodu i mokrego chmielu. Wyrób Kelly'ego był nieoczyszczony i niezwykle wyrazisty, więc Bill zwyczajowo rozcieńczał go piwem bezalkoholowym. Przez całą prohibicję nazywał swój trunek "bezalkoholowym" - ten eufemizm niezmiernie bawił klientów. Pewnego wieczoru policjant, który znał Billa, zajrzał do lokalu i powiedział: "Widziałem na rogu starszego mężczyznę szarpiącego się z koniem pociągowym. Zapytałem go, co pił, a on odparł, że bezalkoholowe piwo z McSorley's". W latach prohibicji piwo kosztowało piętnaście centów, a dwa kufle - ćwierć dolara. Teraz kufel można dostać za dziesięć centów.
Bill był postawny i barczysty, ale nie wyglądał na siłacza. Poruszał się ociężałym, niepewnym krokiem, miał wynędzniałą twarz i ciągle sprawiał wrażenie, jakby właśnie dochodził do siebie po chorobie. Nosił wypłowiałe czarne garnitury i muszki, ale dobierał do tego zaskakująco eleganckie koszule - jedwabne w jaskrawe prążki. Cierpiał na krótkowzroczność, saloon był zazwyczaj słabo oświetlony, Bill zaś nade wszystko przestrzegał zakazu sprzedaży alkoholu nieletnim, dlatego czasami spoglądał znad lady na jakiegoś niskiego dorosłego klienta i mówił: "Niczego ci nie sprzedam, młody. Wracaj do domu, tam gdzie twoje miejsce".
Pewnego razu długo wpatrywał się w kąt sali i nagle krzyknął: "Zabieraj nogę ze stołu!". Coś musiało mu się przywidzieć, bo w kącie nikt nie siedział. Był despotą. Kiedy czytał gazetę, nie zwracał uwagi na kolejkę klientów czekających na obsługę. Jeśli ktoś się niecierpliwił i domagał napitku, Bill podnosił gniewnie wzrok i rzucał nieprzyzwoite komentarze wysokim, nosowym głosem. Takie traktowanie nie denerwowało klientów. Wręcz przeciwnie, wybuchali śmiechem - uważali, że Bill jest zabawny. Mimo jego paskudnego usposobienia spora część bywalców darzyła go sympatią. Znali go, odkąd byli młodymi mężczyznami, i zdążyli przywyknąć do jego dziwactw. Poniekąd byli nawet z niego dumni, a kiedy powtarzali, że to najbardziej ponury albo najbardziej skąpy człowiek na półkuli zachodniej, mówili to raczej w formie przechwałek. Im większym ekscentrykiem się stawał, tym bardziej go szanowali. Czasami, na użytek nowego gościa, jeden z tych klientów popisywał się przed Billem, krzycząc: "Ej, Bill, pożycz mi pięć dyszek!" albo: "Ej, Bill, nie zabierzesz pieniędzy do grobu!". Zwykle kończyło się to stekiem niewybrednych wyzwisk. Wtedy stały bywalec odwracał się do nowicjusza i pytał z dumą: "Widzisz?". Gdy wprowadzono prohibicję, Bill po prostu ją zignorował. Działał zupełnie otwarcie. Nie zainstalował wizjera w drzwiach ani nie opłacał ochrony, ale lokal nigdy nie został przeszukany - zaglądało tu wielu polityków ze stowarzyszenia Tammany i pomniejszych policyjnych oficjeli, co najprawdopodobniej zapewniło McSorley's nietykalność.
Nigdy nie miał sztywno ustalonej godziny zamknięcia - kończył pracę, gdy zaczynał odczuwać senność, co zwykle następowało około dwudziestej drugiej. Tuż przed tym zwoływał wszystkich gości i stawiał kolejkę. Zwyczaj ten wprowadził jego ojciec, a on wiernie go kultywował, choć wyraźnie go to bolało. Jeśli klienci ociągali się z dopiciem ostatniego drinka, najpierw pokasływał nerwowo, później bębnił pięściami w ladę i wołał: "Słuchajcie no, chłopaki! Nie mam, cholera, obowiązku stać tu całą noc i czekać, aż skończycie!". Kiedy naprawdę tracił panowanie nad sobą, podskakiwał i jęczał żałośnie.
Pewnego wieczoru zimą 1924 roku feministka z Greenwich Village włożyła spodnie, męski płaszcz i czapkę, wetknęła cygaro do ust i weszła do McSorley's. Kupiła piwo, wypiła je, zdjęła czapkę, a długie włosy opadły jej na ramiona. Następnie nazwała Billa męskim szowinistą, krzyknęła coś o równości płci i wybiegła. Kiedy Bill zdał sobie sprawę, że sprzedał piwo kobiecie, wydobył z siebie coś między jękiem a rykiem i zaczął podskakiwać. Wrzasnął: "To była kobieta! Cholerna baba!".
Był głuchy albo przynajmniej udawał głuchego, mimo to zwyczajne dźwięki najwyraźniej nadmiernie mu przeszkadzały. Obmyślił więc własny sposób utrzymywania spokoju w saloonie: kupił gong alarmowy, podobny do tych, których używano w szkołach i fabrykach, i przymocował go do wysokiej, ponaddwumetrowej lodówki za barem. Jeśli ktoś zaczynał śpiewać albo starsi mężczyźni usadowieni wokół piecyka wdawali się w głośną dyskusję, podchodził do gongu i kilkakrotnie szarpał za linkę. Gong wisi tam do dziś i zazwyczaj rozbrzmiewa kwadrans przed północą na znak, że zbliża się czas zamknięcia. Klienci przyciskają wtedy dłonie do uszu.
Niechęć Billa do hałasu pozostawała niezmienna. Nie lubił nawet dźwięku własnego głosu. Potrafił milczeć całymi dniami i odpowiadać na pytania jedynie prychnięciem lub chrząknięciem. Pewien stały bywalec opowiadał, że przez szesnaście lat usłyszał od Billa dokładnie sześć zrozumiałych słów. Brzmiały one: "Ciekawość to pierwszy stopień do piekła". Ów mężczyzna poprosił wtedy Billa, by ten opowiedział mu historię pary zardzewiałych kajdan na ścianie. Później dowiedział się, że pewien weteran wojny secesyjnej przywiózł je z konfederackiego więzienia w Andersonville w Georgii i podarował Staremu Johnowi na pamiątkę.
Zdarzało się niekiedy, że Bill obdarzał jakiegoś klienta sympatią bez wyraźnego powodu. Około 1911 roku w McSorley's zaczęło bywać wielu malarzy. Należeli do nich John Sloan, George Luks, Glenn O. Coleman i Stuart Davis. Wszyscy byli rozpoznawalnymi artystami, nie wywyższali się, a robotnicy w saloonie przyjęli ich jak swoich. Pewnego wieczoru wraz z malarzami przyszedł do lokalu anarchista Hipolit Havel. Był to długowłosy, krótkowzroczny Czech o łagodnym usposobieniu, który za sprawą publicznych wystąpień miewał kłopoty z policją. Nawet Bill był nim zaintrygowany. "Czym się zajmuje ten wariat?" - zapytał jednego z malarzy. Tamten odparł wymijająco, że Havel to ktoś w rodzaju polityka. Czechowi spodobało się w saloonie i został jego stałym bywalcem. Wieczorami, zwykle po wygłoszeniu płomiennego przemówienia na Union Square, spieszył prosto do McSorley's. Ku zdumieniu starych gości między nim a Billem - demokratą z Tammany i reakcjonistą do szpiku kości - zawiązała się silna przyjaźń, której podstaw nikt nie potrafił pojąć. Bill nazywał anarchistę "Hippo" i sprzedawał mu napitki do dwóch dolarów na kredyt. Innym klientom nie dawał na zeszyt nawet cygara za dziesięć centów. Bill miał mgliste pojęcie o politycznej działalności Havla. Charles Francis Murphy, szef Tammany Hall, zaglądał czasem do lokalu i pewnego razu Bill powiedział Havlowi, że szepnie o nim dobre słowo Murphy'emu. "Może załatwi ci jakąś robotę" - stwierdził. Anarchista, który uważał Murphy'ego za najpodlejszego nikczemnika, uśmiechnął się i podziękował. Kapitan policji kiedyś ostrzegł Billa przed Havlem.
- Lepiej miej oko na tego długowłosego świra - powiedział.
- Dlaczego? - zapytał Bill.
Pytanie zirytowało policjanta, który warknął:
- Cholera jasna! Havel to anarchista! Najchętniej wysadziłby wszystkie banki w tym kraju.
- Ja również.
Przyjaźń Billa z Havlem była wyjątkowa pod każdym względem. Na ogół życzliwość okazywał wyłącznie kotom. Miał ich aż osiemnaście i pozwalał im robić w saloonie, co im się żywnie podobało. Karmił je zmielonymi wołowymi wątrobami, a one rosły na tej diecie do pokaźnych rozmiarów. Gdy zbliżała się pora ich karmienia, Bill wychodził zza lady, bez względu na ruch w lokalu, i bębnił w dno blaszanej patelni, a ze wszystkich zakamarków saloonu zbiegały się tłuste koty, wtedy zwinne niczym lamparty.
Bill był żonaty, ale bezdzietny, i zwykł mawiać: "Kiedy umrę, ten lokal umrze razem ze mną". W marcu 1936 roku zmienił jednak zdanie i - ku zaskoczeniu weteranów - sprzedał zarówno saloon, jak i kamienicę Danielowi O'Connellowi, byłemu policjantowi, który od 1900 roku spędzał większość wolnego czasu przy stoliku na zapleczu. O'Connell przeszedł na emeryturę dwa dni przed zakupem saloonu. O takich ludziach mawiało się: "Jeśli nie może powiedzieć o tobie dobrego słowa, nie powie złego". Był niemal tak dumny z tradycji saloonu jak Bill i od razu przyrzekł, że niczego nie zmieni; stanowiło to zresztą jeden z warunków umowy.
Prawie od razu po sprzedaży baru Bill zaczął podupadać na zdrowiu. Zamieszkał u krewnego w Queens. W niektóre popołudnia, jeśli pogoda dopisywała, przychodził do baru - zgarbiony, przygnębiony starzec - i siadał na krześle Petera Coopera, a sękate dłonie kładł na kolanach. Godzinami wpatrywał się w portret Starego Johna. Klienci byli pewni, że zbliża się do końca swoich dni, ale kiedy wchodził, mówili: "Nieźle dziś wyglądasz, Billy", albo wygłaszali podobne uprzejmości. Sprawiał wrażenie, jakby mu to schlebiało. Rzadko się odzywał. Raz tylko zwrócił się do mężczyzny, którego znał od czterdziestu lat:
- Czasy się zmieniły, McNally.
- Co racja, to racja, Bill - odparł tamten.
Jakby spłoszony swoim sentymentalizmem, Bill odkaszlnął, splunął i dodał:
- Ten chleb, który teraz sprzedają, nie nadaje się nawet na karmę dla psa.
W nocy 21 września 1938 roku, zaledwie trzydzieści jeden miesięcy po tym, jak odstawił piwo, Bill zmarł we śnie. Jego przyjaciele ustalili, że miał siedemdziesiąt sześć lat.
Emerytowany policjant okazał się łagodnym szynkarzem. W przeciwieństwie do Billa nigdy nie wyrzucał awanturującego się pijaka na ulicę, ale próbował postawić go na nogi kawą albo zupą. Powiedział kiedyś: "Jeśli człowiek dostaje szału po tym, co mu sprzedałem, nie mogę go przecież wykopać. To byłoby uchylanie się od odpowiedzialności". Prowadził saloon niespełna cztery lata. Zmarł w grudniu 1939 roku i pozostawił nieruchomość córce, Dorothy O'Connell Kirwan. Jako osoba szanująca tradycję pani Kirwan postanowiła pozostać w tle. Początkowo klienci bali się, że wyremontuje lokal. Szybko się jednak przekonali, że obawy były bezpodstawne. "Doskonale wiem, co mój ojciec czuł do McSorley's, i dopóki ja prowadzę ten przybytek, żadnych zmian nie będzie. Nie odwołam nawet zakazu wstępu kobietom" - powiedziała pani Kirwan. Do saloonu zagląda tylko w niedziele, już po zamknięciu. Jednak na samym początku zarządzania lokalem popełniła błąd w ocenie, który doprowadził do kryzysu w McSorley's. Długo nie mogła przeboleć tej pomyłki, ale teraz widzi jej dobre strony i uważa tamten trudny moment za punkt graniczny między przeszłością McSorley's pod rządami Starego Johna, Starego Billa i jej ojca a teraźniejszością pod jej kierownictwem. Lubi o tym opowiadać:
- Po śmierci ojca przez kilka miesięcy pozostawiłam sprawy w McSorley's własnemu biegowi. Powierzyłam prowadzenie interesu dwóm starym barmanom pracującym jeszcze u ojca, dziennemu i wieczornemu, ale szybko się okazało, że odpowiedzialność ich przerasta, a sytuacja stopniowo wymykała się spod kontroli. Musiałam więc znaleźć menedżera - kogoś, kto poprowadziłby księgowość, zapłacił rachunki i po prostu przejął dowodzenie. Im dłużej o tym myślałam, tym mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że idealną osobą będzie mój wuj Joe Hnida. Wychowałam się w irlandzkiej rodzinie, która od pokoleń mieszkała w jednej ze starych irlandzkich dzielnic po zachodniej stronie Greenwich Village, pośród cyganerii i ekscentryków, i wydawało mi się, że sporo już wiem o ludzkiej naturze i zachowaniach, ale szybko się przekonałam, że tak nie jest. Joe Hnida to Czech i mój powinowaty: jest mężem siostry mojego ojca. Pracował w wypożyczalni limuzyn obsługującej wesela i pogrzeby, był przełożonym szoferów. Joe to życzliwy, przyzwoity, pracowity i godny zaufania człowiek. Porozmawiałam z nim i zapytałam, czy chciałby zostać menedżerem McSorley's. Przemyślał to i się zgodził.
Tak więc Joe zaczął pracę w McSorley's w poniedziałek rano, a pod koniec tygodnia odebrałam pierwsze telefony od najstarszych stażem bywalców, dawnych przyjaciół mojego ojca, którzy bardzo narzekali na nowego zarządcę. Nie wzięłam pod uwagę, że Joe niewiele mówi, właściwie prawie wcale, i po prostu nie potrafi prowadzić pogawędek. Ponadto jest bardzo samowystarczalny. I na dodatek, z czym raczej sam by się zgodził, jego poczucie humoru (o ile w ogóle jakieś ma) jest czeskie, na pewno nie irlandzkie.
Wyglądało na to, że część staruszków, którzy całymi dniami przesiadywali w McSorley's, rozmawiali i kłócili się między sobą, próbowała go zagadywać, a on po prostu nie reagował. Jak powiedział mi jeden z nich: "Czasem się przywita, powie "tak" lub "nie" i to wszystko. Nie skomentuje nawet pogody". Inny mówił: "Gdy stoi za barem, to naleje piwo, weźmie pieniądze i wyda resztę, i na tym koniec. Jeśli nie musi, po prostu się nie odzywa". Kilku weteranom Joe się spodobał, ale tylko tym, którzy sami niewiele mieli do powiedzenia.
Niedługo później większość stałych bywalców nabrała przekonania, że Joe uważa ich za bandę starych, strzępiących języki nudziarzy i że patrzy na nich z góry, a żeby się odegrać, zaczęli wyśmiewać go za plecami i nazywać "tym nadętym czechosłowackim karawaniarzem". Kiedy staruszkowie do mnie dzwonili, próbowałam tłumaczyć wuja, stanąć w jego obronie i załagodzić sprawę. Mówiłam: "Przecież Bill McSorley też raczej nie był gadułą. Mój ojciec twierdził, że bywały dni, kiedy nie można było wydusić z niego ani słowa". Ale to nic nie dało. "Bill McSorley to co innego, był właścicielem i mógł robić, co chciał. Może nie obchodziło go, czy żyjesz, czy nie, ale nie wyglądał, jakby patrzył na ciebie z góry. Ten nowy przyszedł znikąd i nawet nie chce okazać odrobiny uprzejmości". I tak w kółko.
Mijały tygodnie i miesiące, a sytuacja się nie poprawiała. Aż pewnego dnia najstarszy z barmanów, człowiek, któremu w pełni ufam, zadzwonił do mnie i powiedział, że stało się najgorsze, co mogło się stać: "To absurd, Dot, ale starzy odkryli, że Joe nie lubi piwa. Robił wszystko, żeby to ukryć, ale jakoś wyszło to na jaw i od razu zaczęli mu to wytykać, a on się postawił i oświadczył, że nie lubi nie tylko smaku piwa, ale też jego zapachu. Powiedział, że czasem już tylko od niego boli go głowa. Mówię, że to absurd, ale staruszkowie zachowują się tak, jakby to był ogromny skandal. A ja ich dobrze znam, nie odpuszczą tego tematu. Na dodatek część z nich nagle zrobiła się bardzo drażliwa i nerwowa, przez tę sytuację wypłynęły na wierzch dawne spory, choć wydawało się, że poszły w niepamięć. Przestali się do siebie odzywać, nawet jeśli nie do końca pamiętają dlaczego; unikają się i sami są tym jakby zdziwieni. Niezły bajzel".
Zrozumiałam, że muszę działać. To był mój obowiązek. Tak się składa, że Harry Kirwan, mój mąż, dorastał w starym irlandzkim miasteczku Ballyragget w hrabstwie Kilkenny. Ballyragget to miejscowość targowa, która słynie z tradycyjnych pubów. Matka Harry'ego zmarła, gdy był dzieckiem, więc wychowywała go babka. Już jako uczeń zaczął pracować w starym pubie Staunton's. W drodze do szkoły wpadał tam, żeby pozamiatać, a po lekcjach zmywał szkło, dosypywał węgla, biegał na posyłki i pomagał, gdzie było trzeba. Harry'ego ciągnęło do nauki, zawsze dużo czytał. Marzył, żeby zostać profesorem w Irlandii, ale nie mógł sobie na to pozwolić finansowo. Jako dziewiętnastolatek przybył do Stanów Zjednoczonych i znalazł pracę w firmie chemicznej na Bronxie, a gdy się pobraliśmy - niecały rok przed śmiercią mojego ojca - awansował na głównego księgowego. Tamtego wieczoru, gdy zadzwonił do mnie stary barman, Harry wrócił do domu, a ja od razu powiedziałam: "Usiądź, Harry. Musimy porozmawiać o czymś bardzo ważnym". Opisałam, co się dzieje w McSorley's, po czym dodałam: "Wiem, że lubisz swoją pracę, i przykro mi o to prosić, ale czy mógłbyś z niej zrezygnować i przejąć zarządzanie McSorley's?". Pamiętam każde jego słowo: "Cóż, Dot, po pierwsze wcale nie kocham swojej pracy, tylko udaję, a tak naprawdę to jej nienawidzę. A po drugie, Dot, dlaczego, na Boga, dopiero teraz na to wpadłaś? Przecież ciągle opowiadam o Staunton's w Ballyragget, gdzie większość klientów stanowili staruszkowie, z którymi trudno było się dogadać, a z którymi ja potrafiłem rozmawiać. Mało tego, uwielbiałem to. Z przyjemnością ich obserwowałem i słuchałem. Byli jak aktorzy w sztuce, tyle że to działo się naprawdę. Nie brakowało wśród nich Falstaffów (owszem, to byli tylko starzy, zapijaczeni dziwacy z zaułków Ballyragget, ale dla mnie byli Falstaffami). Zdarzali się i Starzy Pistole. Był też pewien starzec o twarzy człowieka ze złamanym sercem, który przychodził, siadał w kącie z Guinnessem, godzinami gapił się przed siebie i od czasu do czasu mamrotał pod nosem kilka słów, a ja za każdym razem powtarzałem sobie: "Król Lear". Spotykałem tam stare, dobre dusze, ale i pijawki, trędowatych i judaszy, i przypuszczam, że podobnie jest w McSorley's. Innymi słowy, Dot, tak, jestem gotów zaryzykować i sprawdzić, czy dam radę".
Wprowadzenie zmian nie trwało długo. Następnego dnia rano pojechałam do mieszkania Joe Hnidy, odbyłam z nim szczerą rozmowę i błagałam, żeby wybaczył mi, że go w to wszystko wciągnęłam. Wybaczył i wrócił do pracy w wypożyczalni. Tego samego dnia Harry złożył wypowiedzenie w firmie na Bronxie, a dwa poniedziałki później rozpoczął pracę w McSorley's. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Bałam się, że znów popełniam wielki błąd, po południu zadzwoniłam więc do McSorley's i poprosiłam Harry'ego do telefonu. Powiedział: "Wszystko w porządku, Dot. Sam się dziwię, jak bardzo mi się to podoba. Czuję się, jakbym wrócił do domu w Ballyragget, do Staunton's". A kiedy wieczorem przyszedł do domu, jego pierwsze słowa brzmiały: "Chyba wreszcie znalazłem swoje miejsce na ziemi".
Harry Kirwan - podobnie jak Stary John i Stary Bill oraz jak jego teść i żona - jest zagorzałym przeciwnikiem zmian, a odkąd przejął lokal, wprowadził tylko jedną nowość - finansową i mocno spóźnioną. Mianowicie przyznał podwyżki długoletnim pracownikom: starym barmanom, Eddiemu Mullinsowi i Joe Martocciowi, kucharzowi Mike'owi Boikowi, staremu Ukraińcowi, a także Tommy'emu Kelly'emu, który się rozkleił i rozpłakał, gdy Harry mu o tym powiedział. Tommy Kelly to prawdopodobnie najważniejszy członek personelu McSorley's, ale ma tak mglisty zakres obowiązków, że stali bywalcy mówią o nim "Kelly Majordomus". Kiedy jest wielu klientów, Tommy pełni funkcję pikolaka - nosi kufle z piwem z baru do stolików, po dwa w każdej ręce, przekładając palce przez uchwyty. Czasami zastępuje barmana. Od czasu do czasu wyprawia się na prośbę Mike'a do rzeźnika albo sklepu spożywczego. Odbiera telefony. Zimą czuwa nad ogniem w piecyku. Kiedy wpół do dziewiątej przychodzi do pracy, jest tylko smutnookim, skacowanym wyrobnikiem, ale około południa dzięki porcji letniego piwa nabiera pewnej dostojności, a o osiemnastej jest już w tak dobrym humorze, że staje przy drzwiach i podaje rękę wchodzącym klientom, jakby był właścicielem. Wielu nowych gości rzeczywiście myśli, że saloon należy do niego, i tytułuje go "panem McSorleyem". Kelly opowiada, że zanim trafił do McSorley's, imał się rozmaitych prac dorywczych. "I to naprawdę dziwnych" - dodaje. Na przykład kiedyś pracował jako nocny recepcjonista i stróż w dużym zakładzie pogrzebowym na Brooklynie, ale szybko z tego zrezygnował, bo - jak twierdzi - przemówił do niego nieboszczyk:
- Całą noc siedziałem w biurze. Piersiówkę z ginem trzymałem w płaszczu w szafce na zapleczu i co jakiś czas szedłem tam, żeby z niej pociągnąć, ot, mały łyczek, byle przetrwać do rana. Żeby dotrzeć na zaplecze, musiałem przejść między trumnami przez salę pogrzebową. Tej nocy z pół tuzina razy mijałem trumnę z nieboszczykiem przygotowanym na poranny pogrzeb i kiedy ponownie obok niego przechodziłem, odezwał się do mnie całkiem wyraźnie: "Zdejmij kapelusz, zgaś cygaro, wylej gin i wyłącz to cholerne radio".
Z punktu widzenia stałego bywalca McSorley's w większości nowojorskich saloonów panuje napięta i męcząca atmosfera. Z kolei tutaj można się odprężyć. Jest tu ciemno, a półmrok sprzyja rozluźnieniu. Ukojenie przynosi także ciche tykanie starych zegarów, przypominające bicie serca. Nad wszystkim unosi się gęsta, stęchła woń, która koi zszargane nerwy niczym zimny okład; mieszają się zapachy sosnowych trocin, kapiącego kranu, tytoniu z fajek, dymu węglowego i cebuli. Stażysta ze szpitala Bellevue stwierdził nawet, że w niektórych stanach psychicznych powietrze w McSorley's przyniosłoby o wiele więcej korzyści niż psychoanaliza, tabletki uspokajające czy modlitwa.
W południe w McSorley's jest tłoczno. Nieco później atmosfera się uspokaja. O osiemnastej lokal zapełnia się okolicznymi pracownikami. Wtedy można spotkać tutaj także kilku poszukiwaczy osobliwości. Jeśli zachowują się grzecznie i nie zadają zbyt wielu pytań, są raczej tolerowani. Większość trafia tu za sprawą obrazów Johna Sloana, który w latach 1912-1930 namalował pięć scen z saloonu: Bar McSorley's przedstawia Billa w majestatycznej pozie nad nalewakiem, obecnie jest prezentowany w Detroit Institute of Arts; Zaplecze McSorley's to portret starego robotnika siedzącego o zmierzchu przy oknie, z rękami na kolanach i cynowym kuflem na stole; Bywalcy McSorley's ukazuje grupę kłócących się staruszków przy piecyku; na Kotach w McSorley's Bill właśnie szykuje karmę dla swojej kociej gromadki; Sobotni wieczór w McSorley's, namalowany w czasach prohibicji, przedstawia Billa wręczającego kufle tłumnie zgromadzonym klientom. Za każdym razem, gdy któreś z tych dzieł pojawia się na wystawie lub w prasie, do lokalu ściągają rzesze obcych ludzi. Reprodukcja Baru w McSorley's znalazła się w książce Thomasa Cravena A Treasury of Art Masterpieces (Skarby sztuki), która ukazała się w 1939 roku, co sprawiło, że lokal odwiedziły setki osób.
Nie ma wątpliwości, że McSorley's to najczęściej malowany bar w kraju. Louis Bouché stworzył obraz McSorley's (własność Uniwersytetu w Nebrasce), a ochmistrz żeglugi Ben Rosen Poranek w barze McSorley's, za który w lutym 1943 roku zdobył pierwszą nagrodę na wystawie sztuki marynarki handlowej (Reginald Marsh wykonał kilka szkiców tego obrazu). W 1939 roku w dziale sztuki domu handlowego Wanamaker's odbyła się retrospektywna wystawa prac Sloana, na którą przybyło wielu klientów McSorley's. Jeden z nich zapytał o cenę Kotów w McSorley's. "Trzy tysiące dolarów" - usłyszał. Uznał, że ekspedient robi sobie z niego żarty, i do dziś jest tym oburzony. Tommy Kelly lubi obrazy Sloana, ale bardziej ceni akt korpulentnej kobiety, który Stary John dawno temu powiesił na zapleczu, tuż obok portretu Petera Coopera. Nieznajomemu, którego do saloonu zwabiła twórczość Sloana, Kelly radzi: "Ej, Mac, jeśli chcesz zobaczyć prawdziwą sztukę, idź popatrzeć na gołą babę na zapleczu". Modelka leży wyciągnięta na kanapie i bawi się z papugą - to kopia obrazu Gustave'a Courbeta La Femme au Perroquet, namalowana prawdopodobnie przez studenta Cooper Union. Kelly tonem uczonego objaśnia nieznajomym tytuł: "To po francusku. Znaczy "Kobita z papugiem"".
Lada barowa w saloonie McSorley's jest krótka - ma około dwunastu metrów - a jej konstrukcję wzmacniają żelazne rury. Stoi po prawej stronie od wejścia. Po lewej znajduje się rząd krzeseł ze sztywnymi oparciami wspartymi o boazerię. Krzesła są rozklekotane - kiedy siądzie na takim cięższy gość, krzesło skrzypi przy każdym jego oddechu. Klienci uważają, że należy tu siedzieć; jeśli tylko są wolne krzesła, nikt nigdy nie stoi przy barze. Na środku sali ustawiono rząd poobijanych stolików. Ich blaty są wiecznie lepkie od rozlanego piwa, a w samym centrum pomieszczenia stoi piecyk ze szklanymi drzwiczkami, dokładnie taki sam jak piecyki na stacjach kolejki naziemnej. Przez całą zimę Kelly pilnuje, żeby porządnie grzał. Mówi, że "im ci cieplej, tym bardziej się upijasz". Niektórzy klienci wolą grzane piwo - stawiają kufel na płycie i czekają, aż napój będzie gorący jak kawa. W kubełku obok pieca śpi niemrawa kotka Minnie. Deski podłogowe są wypaczone, a gdzieniegdzie dziury załatano spłaszczoną puszką po zupie. Zaplecze mieści trzy duże, okrągłe stoły i można wyjść z niego na ślepy dziedziniec kamienicy. Kuchnia znajduje się w jednym rogu izby - Mike zasłania kuchenkę gazową składanym parawanem, a garnki, patelnie oraz papierowe torby z zakupami przechowuje na półce nad kominkiem. Zdarza się, że obiera ziemniaki przy stoliku z przodu i gawędzi z pierwszymi klientami, trzymając rondel na kolanach. Posiłki w McSorley's są proste, tanie i dobrze przyrządzone. Specjalność Mike'a to gulasz, frankfurterki z kiszoną kapustą i hamburgery ze smażoną cebulą. Menu wypisuje kredą na tabliczce, która wisi w głównej sali - i konsekwentnie robi błędy ortograficzne w czterech z pięciu pozycji. Kelnera nie ma. W porze lunchu, kiedy Mike jest zbyt zajęty gotowaniem, klienci sami nakładają sobie jedzenie z garnków na kuchence.
Saloon otwiera się o ósmej. Mike szybko przeciera podłogę i rozsypuje świeże trociny. Uzupełnia ser oraz cebulę na półmiskach z darmowym lunchem i napełnia miskę zimnymi jajkami na twardo - po pięć centów za sztukę. W pracy melduje się Kelly. Przyjeżdża ciężarówka z piwem. Przed południem schodzą się starsi mężczyźni. Kelly nazywa ich "bywalcami". Większość z nich to emerytowani robotnicy i drobni przedsiębiorcy. Wolą McSorley's od własnych domów. Kilku mieszka w okolicy, wielu dojeżdża. Jeden z nich, dawny zarządca sieci tanich noclegowni, niemal codziennie przybywa z Sheepshead Bay. W dniu przejścia na emeryturę stwierdził: "Jeśli tylko wystarczy mi oszczędności, już nigdy nie zaczerpnę powietrza na trzeźwo". Mówi, że pije, by zapomnieć o nędzy, jaką widywał w norach, które wynajmował ludziom na nocleg - z pewnością widział jej dużo, zdarza się bowiem, że wypija dwadzieścia pięć kufli dziennie, a w McSorley's nie serwuje się cienkusza.
Staruszków obsługuje Kelly. Żeby nie musiał zbyt często kursować, zwykle zamawiają od razu po dwa kufle. Większość siedzi cicho i pije z godnością, choć zdarzają się ekscentrycy. Jeden z nich musiał kilka lat temu uskoczyć przed pędzącym samochodem na Third Avenue - wciąż jest z tego powodu wściekły i mamrocze do siebie. Zapytany, o czym tak pomrukuje, odparł:
- Kupię strzelbę, stanę na Third Avenue i będę strzelał do samochodów.
- W opony? - upewniono się.
- A niby czemu, do diabła? Nie! W kierowców. Zanim by mnie aresztowali, pewnie udałoby mi się zabić czterech albo pięciu. Może więcej, gdybym zdążył przeładować.
Tylko kilku stałych bywalców interesuje się teraźniejszością na tyle, by czytać gazety. Siadają z przodu, gdzie przez brudne okna wpada najwięcej światła. Kiedy znudzi im się czytanie, godzinami wpatrują się w ulicę. Na Seventh Street zawsze coś się dzieje. To jedna z tych ulic East Side, nad którymi dzieciaki przejęły całkowitą kontrolę. Grają w stickballa, a w rynsztoku rozpalają wielkie ogniska z kartonów i czasem pieką ziemniaki. W McSorley's półmiski z darmowymi przekąskami stoją na końcu baru, przy wejściu od ulicy, i każdego popołudnia dzieciaki kilkakrotnie wpadają po garść sera i plaster cebuli, po czym wybiegają na zewnątrz, trzaskając drzwiami. Weteranów niezmiennie to bawi.
Piecyk przegrzewa salę i część staruszków zasypia w fotelach. Kiedy któryś zachrapie, Kelly szturcha go, mówiąc: "Robisz tyle hałasu, że nieboszczyk by się obudził". Pewnego razu Kelly postanowił zmierzyć czas jednemu śpiochowi. Po dwóch godzinach i czterdziestu minutach naprawdę się zaniepokoił.
- Może umarł? - powiedział i na wszelki wypadek potrząsnął starcem.
- Jak długo spałem? - mruknął tamten.
- Od parady.
Stary przetarł oczy i zapytał:
- Której parady?
- Z okazji Dnia Paddy'ego 23 dwa tygodnie temu - odrzekł Kelly z naganą w głosie.
- Jezu! - jęknął staruszek, a następnie ziewnął i znowu zasnął.
Kelly dowcipkuje z przyzwyczajeń seniorów.
- Ej, Eddie! - rzucił pewnego ranka. - Stary Ryan pewnie nie żyje!
- Dlaczego? - zapytał Mullins.
- Bo od tygodnia ani razu się nie pokazał.
Latem staruszkowie siedzą na zapleczu, gdzie jest chłodno jak w piwnicy. Zimą okupują krzesła najbliżej piecyka i przesiadują na nich nieruchomo jak przyrośnięci, mniej więcej do osiemnastej. Wtedy ziewają, przeciągają się i ruszają do domów - chronieni piwem przed straszliwą samotnością starych ludzi. "Z Bogiem" - mówi Kelly, gdy znikają za drzwiami.
(1940)
22 Dosł. "Stary dom" [przyp. tłum.].
23 Potoczne określenie Dnia Świętego Patryka, obchodzonego 17 marca [przyp. red.].
Mazie
Mazie P. Gordon, pyskata blondynka o włosach w żółtym odcieniu, cieszy się w dzielnicy Bowery wyjątkową sławą. Jest znana z imienia w tanich saloonach z drinkami po pięć centów i w całonocnych jadłodajniach specjalizujących się w świńskich ryjach i kapuście po dziesięć centów za talerz. Niemal co wieczór robi po tych lokalach obchód, a pijani menele czasami podchodzą do niej, klepią ją po plecach i nazywają "skarbeńkiem". Nigdy jej to nie irytuje. Ma dla tych żuli mnóstwo nieco ironicznej, ale szczerej sympatii i bez wątpienia zna ich więcej niż ktokolwiek inny w mieście. Każdego dnia rozdaje im od pięciu do piętnastu dolarów w drobniakach, co w Bowery stanowi pokaźną sumę. "W swoim czasie szastałam dziesięciocentówkami jak sam Rockerfeller" - mówi. Mazie od dwudziestu jeden lat zasiada w kasie biletowej Venice Theatre przy Park Row 29, kilka kroków na zachód od Chatham Square, gdzie zaczyna się Bowery.
Venice to małe, obskurne kino, które otwiera się o ósmej i zamyka o północy. Wstęp kosztuje dziesięć centów. Za tę sumę klient może obejrzeć dwa filmy pełnometrażowe, kronikę filmową, kreskówkę, krótki metraż i odcinek serialu. Nie trzeba się obawiać żadnych insektów. Bywalcy bardzo cenią Venice, ponieważ fotele szoruje się tu przynajmniej raz w tygodniu. Mazie chwali się, że dbają o higienę niemal jak w Paramount. "W Venice nikt jeszcze nie złapał wszy" - zapewnia.
W Bowery tanie kino plasuje się tuż za tanim alkoholem, a większość meneli to kinomani. Wielu z nich to właśnie klientela Venice. Zaglądają tu również mieszkańcy osiedli czynszówek położonych w pobliżu Chatham Square, na przykład Chinatown, Little Italy w dolnej części Mulberry Street czy hiszpańskiego kwartału przy Cherry Street. Dwie trzecie klientów to mężczyźni. Dzieci i większość kobiet oglądają filmy w wydzielonej strefie pod czujnym okiem nadzorczyni. Pewnego razu Mazie ogarnął wytworny nastrój i pochwaliła się, że nigdy nie wpuszcza osób nietrzeźwych. "A kiedy to człowiek jest, pani zdaniem, nietrzeźwy?" - zapytano ją. Mazie parsknęła śmiechem i odparła: "Kiedy idzie na czworakach".
Prawda jest taka, że pijacy siedzą na widowni w Venice właściwie na każdym seansie. Gdy działanie alkoholu nieco osłabnie, robią się niespokojni i mamroczą do siebie, a podczas romantycznych scen wygłaszają donośne i bezceremonialne komentarze pod adresem aktorów na ekranie. Ogólnie rzecz biorąc, bywają jednak znacznie mniej uciążliwi niż ci z meneli, których Mazie określa mianem "sztywniaków". Są to bowiem żule skrajnie apatyczni - mają puste spojrzenia, poruszają się powoli i nie interesuje ich nic poza snem. Część potrafi drzemać, opierając się o ścianę, nawet na mrozie. Wielu sztywniaków zwyczajowo wstępuje do Venice o wczesnej godzinie i drzemie na fotelu, dopóki nie zostaną wypędzeni o północy. "Czasami nie wiem, co to jest: kino czy melina. Ostatnio powiedziałam kierownikowi, że filmy ze strzelaniną źle wpływają na biznes. Klienci się przez nie budzą" - zauważyła kiedyś Mazie.
Większość kin w Bowery zatrudnia bramkarzy. W Venice tę funkcję pełni Mazie. Jak opowiada znajomym, bójki wprawdzie nie przystoją damie, ale za swój obowiązek uważa wyrzucenie z sali kinowej przynajmniej jednego klienta dziennie. Mówi: "Gdybym nie trzymała wszystkiego w ryzach, klienci przejęliby kontrolę. Bójki nie sprawiają mi żadnej przyjemności. Zawsze tracę panowanie nad sobą. Gdy biorę zamach, czuję zapach krwi i już nie mogę się powstrzymać. Czasami sama nie wiem, co robię. Poza tym menele są zwykle okropnie słabi i nie podejmują walki, a ja podle się przez to czuję".
Mazie jest drobna, ale krzepka i nieustraszona, do tego jej głos wzbudza trwogę. Kasa biletowa, w której zasiada, znajduje się w cieniu torów odnogi City Hall kolei nadziemnych na Third Avenue, a dwie dekady przekrzykiwania pisku pociągów zaowocowały zgrzytliwym basem, którym Mazie potrafi podporządkować sobie dwa razy większych od siebie mężczyzn. Od czasu do czasu jakiś sztywniak w Venice odrzuca głowę do tyłu i zaczyna chrapać tak bezczelnie, że wszystko zagłusza, zwłaszcza podczas scen trzymających w napięciu. Kiedy tak się dzieje lub kiedy któregoś z pijaków najdzie potrzeba darcia gęby, kobiety i dzieci w wydzielonej sekcji tupią w podłogę i skandują: "Mazie! Mazie! Chcemy Mazie!". Gdy tylko rozlega się ta przyśpiewka, nadzorczyni pospiesznie wychodzi na korytarz i stuka w szybę kasy biletowej. Mazie zamyka szufladkę z pieniędzmi, chwyta trzymaną na podorędziu pałkę zrobioną z kilku egzemplarzy magazynu "True Romances" zwiniętych ciasno w rulon i spiętych gumkami, po czym wpada na salę. Gdy kroczy przejściem, spoglądając to w jedną, to w drugą stronę, kobiety i dzieci zrywają się na równe nogi, wskazują palcami sprawcę i krzyczą: "Tam jest, Mazie! Tam jest!". Mazie pałką wymierza winowajcy potężny cios w głowę i okłada go tak długo, aż ten zrobi się grzeczny. Między kolejnymi uderzeniami straszy go jeszcze gorszą karą. Zaciekle rzuca nie do końca spójne groźby. "Wylecisz stąd na noszach! Oczy ci wyskoczą! Małpolud jeden. Zęby ci powybijam! Pogruchoczę ci wszystkie kości" - wrzeszczy. Kobietom i dzieciom bardzo się to podoba, zwłaszcza jeśli Mazie dopadnie niewłaściwego osobnika, co czasem się zdarza. Mazie w akcji to niepokojący widok. Jej twarz nabiera rumieńców, włosy unoszą się na wszystkie strony, halka wystaje spod ubrania. Jeśli nieszczęśnik broni się lub stawia opór, Mazie wyciąga go z fotela i wygania z sali kinowej. Gdy on przemyka wzdłuż przejścia, ona pędzi za nim i wciąż wali pałką, a kobiety i dzieci biją brawo. Wrogość Mazie względem sztywniaka czy pijaka trwa zwykle do momentu, gdy uda jej się wypchnąć go na chodnik. Wówczas niemal zawsze zaczyna okazywać skruchę i żal.
- Słuchaj, kolego, przepraszam - powiedziała ostatnio do pijaczyny, którego wygoniła, ponieważ wykrzykiwał "Ciota! Ciota!" do George'a Rafta podczas seansu filmu więziennego Each Dawn I Die (Umieram co świt). - Jeśli nie widziałeś całości, to możesz wrócić.
- Do diabła, Mazie. Oglądałem to już trzy razy - odparł pijak.
- Masz. Idź się napić. - Wręczyła mu dziesięciocentówkę.
Mimo uszu wciąż czerwonych od zadanych ciosów pijak się uśmiechnął i oznajmił:
- Masz złote serce, Mazie. Mój ty skarbeńku.
- Dobra, kolego - rzuciła Mazie i wróciła do swojej budki. - Przestań zgrywać przeklętego dupka, to może rzeczywiście zostanę twoim skarbeńkiem.
Venice to rodzinne przedsięwzięcie. Należy do Mazie i jej dwóch sióstr: Rosie, wdowy po hazardziście wyścigowym, i Jeanie, tancerki akrobatycznej. Siostry Mazie pozwalają jej prowadzić kino według własnego uznania. Filmy w najmniejszym stopniu jej nie interesują i rzadko jest w stanie wysiedzieć do końca. "Od filmu to aż mnie mdli" - zdradza. W związku z tym zatrudnia kierownika i to jemu pozostawia wybór oraz zamawianie tytułów. Venice prosperuje całkiem nieźle jak na kino tej klasy, a Mazie byłoby stać na zatrudnienie bileterki i odpoczywanie, ale lubi tę pracę i nie zamierza z niej rezygnować, choć jej siostry często ją do tego namawiają. Ze swojej budki ma dobry widok na Chatham Square, ulubione miejsce pijaczków i ekscentryków z Bowery. "Dobry Boże, co ja się tam rzeczy naoglądam, aż trudno uwierzyć" - mówi z dumą. Kiedy dostrzega wśród przechodniów znajomą twarz, nachyla się do okrągłego otworu w okienku kasy biletowej i wykrzykuje pozdrowienie. Czasami omawia bardzo osobiste sprawy z ludźmi na chodniku.
- Ej, Squatty! Myślałam, że jesteś w Bellevue! - krzyknęła pewnego popołudnia do drobnego mężczyzny o rozmarzonych oczach.
- Byłem, Mazie. Wczoraj mnie wypuścili.
- Gdzie cię umieścili tym razem? Na oddziale dla pijaków czy dla wariatów?
- Tym razem z pijakami.
- Jak cię traktowali?
- Chyba nie zrobili mi nic złego.
- Upiłeś się wczoraj wieczorem, Squatty?
- A jakże.
- Pewnie musiałeś to uczcić.
- Nie inaczej.
- Uważaj na siebie, Squatty.
- Dzięki, Mazie. Ty też.
Mazie, królowa łobuzów majestatycznie usadowiona w kasie biletowej, to jeden z niewielu przyjemnych widoków na Bowery. Jest niską, biuściastą kobietą po czterdziestce. Niektórzy twierdzą, że bardzo przypomina Mae West. Jej włosy mają kolor siarki. Ma trupio bladą twarz i policzki pokryte plamą różu wielkości srebrnej dolarówki. Senne oczy spoglądają spod opadających powiek. Do pracy często zakłada zielony celuloidowy daszek na czoło. Z kącika ust niemal zawsze zwisa jej papieros, co tworzy wokół niej aurę wyniosłości. Niczym krupierka z filmu potrafi wypalić papierosa do końca i ani razu nie oderwać go od ust, nawet podczas rozmowy. Męczy ją silny kaszel palacza; pali trzy i pół paczki dziennie i twierdzi, że tytoń ją wykończy. Na palcach prawej ręki nosi cztery pierścionki z brylantami. Lubi wyraziste kolory, a jej sukienki robią ogromne wrażenie - pochodzą ze sklepów przy Division Street. Przed Venice często parkują samochody ze szklanymi dachami z Bowery i Chinatown, a od czasu do czasu na chodniku ustawia się grupa turystów i wpatruje w Mazie. Ona sama nie cierpi zwiedzających i uważa, że przynoszą Bowery ujmę. Czasami gra im na nosie. Tak naprawdę wcale jej nie przeszkadza, że się na nią gapią. "Ludzie przechodzą tędy tylko po to, by rzucić na mnie okiem. Mam własną publiczność, jak jakaś cholerna gwiazda filmowa" - stwierdziła kiedyś.
Jest kobietą dość rozmowną i zazwyczaj niezwykle szczerą, ale rzadko wspomina o życiu prywatnym, przez co niektórzy mieszkańcy Bowery uznają ją za tajemniczą. Pewien mężczyzna, który od lat wpadał do niej kilka razy w tygodniu na pogawędkę, nagle zdał sobie sprawę, że nie wie, czy jest panną, czy panią Gordon.
- Byłaś kiedyś mężatką, Mazie? - zapytał.
- To moja sprawa - odparła ostro, a chwilę później dodała: - Powiedz mi no, czy wyglądam i zachowuję się jak dziewczyna, która nigdy nie była na randce?
Ludzie z okolic Chatham Square wierzą między innymi, że za młodu występowała z tańcem brzucha w burleskach Hurtig & Seamon, co nie jest prawdą. Twierdzą także, bez związku z tematem, że oddaje pieniądze menelom, ponieważ kiedyś przeżyła zawód miłosny. Co więcej, ich zdaniem urodziła się w Chinatown. Tymczasem tak naprawdę pochodzi z Bostonu - i ten fakt bardzo ją cieszy. Każdej zimy bierze tydzień wolnego i spędza ten czas w rodzinnym mieście, po prostu spacerując. Uważa, że Bostończycy są lepsi od mieszkańców innych miast. Pewnego wieczoru pijany na umór menel wpadł na filar przed Venice i rozciął sobie skórę na nosie, a Mazie wybiegła ze swojej budki i zaciągnęła go do holu. Następnie poszła do pobliskiego saloonu i krzyknęła:
- Dajcie mi ciepłej wody i czystą szmatę!
- Chcesz się wykąpać, Mazie? - zapytał barman.
Ta uwaga ją rozwścieczyła.
- Nie mów tak do mnie, palancie! Pochodzę z Bostonu i jestem damą! - krzyknęła.
Twierdzi, że naprawdę nazywa się Mazie Phillips, ale nie chce rozmawiać o swoich rodzicach. Jej bliscy mówią, że około 1903 roku, kiedy chodziła do szkoły w Bostonie, jej starsza siostra Rosie przyjechała do Nowego Jorku i wyszła za mąż za Louisa Gordona, hazardzistę i impresaria z East Side. Osiedlili się na Grand Street, a kilka lat później dołączyły do nich Mazie i najmłodsza siostra Jeanie. Rodzina piosenkarki wodewilowej Belle Baker mieszkała nieopodal na Chrystie Street. Irving Becker, brat Belle, obecnie menedżer firmy przewozowej Tobacco Road, pracował kiedyś jako ładowacz karabinów na strzelnicy, którą Gordon prowadził na Grand Street i Bowery.
Becker niedawno wspominał:
- Bardzo się z Gordonami zaprzyjaźniliśmy. Louie Gordon to najlepszy hazardzista w historii East Side. Był postawnym, dostojnym dżentelmenem i rozdawał pieniądze biednym, a portfel miał tak gruby, że koza by go nie przełknęła. Kręcił się przy torach wyścigowych, ale obstawiał, co popadnie. Zarobił dużo pieniędzy na koniach i zainwestował je w Coney Island. On i jego brat Leo pomogli w budowie pierwszego Luna Parku, otwartego w tysiąc dziewięćset trzecim roku. To był jeden z tych cichych hazardzistów. Nigdy nie mówił o sobie. Każdemu dawał szansę i nie miał nic do ukrycia, ale milczał na swój temat. Wszyscy Gordonowie tacy byli.
W 1914 roku Gordon otworzył kino w należącym do niego budynku przy Park Row i nazwał je Venice, na cześć włoskiej restauracji na Coney Island, gdzie serwowano jego ulubione spaghetti. Po czterech latach stwierdził, że to odciąga go od wyścigów, i przekazał zarządzanie Rosie, która dotychczas obsługiwała kasę biletową. W kolejnym roku sprzedał swoją strzelnicę, gdzie Mazie przez kilka miesięcy prowadziła stoisko ze słodyczami i z piwem korzennym. Rosie nie przepadała za sprzedażą biletów, więc na tym stanowisku zastąpiła ją Mazie. Mniej więcej w tym czasie zaczęła się przedstawiać jako Mazie Gordon. Nie chce wyjaśnić, dlaczego przybrała nazwisko szwagra. "To moja sprawa" - ucina.
Na początku lat dwudziestych Gordonowie przeprowadzili się z Grand Street do domu przy Surf Avenue na Coney Island. Mazie wciąż z nimi mieszkała. Louis rzadko tam bywał, bo interesowały go głównie wyniki wyścigów konnych. Mazie wspomina, że pewnego razu, po dobrym sezonie w Saratodze, podarował jej samochód marki Stutz, który wraz z dodatkowym wyposażeniem kosztował wówczas pięć tysięcy dolarów. Codziennie po pracy jeździła nim na Coney Island - za szofera miała jednego z kinowych dozorców. W październiku 1932 roku Louis zmarł na atak serca na torze wyścigowym Empire City. Mazie i jej siostry wyprowadziły się z Coney Island kilka lat później i wróciły na East Side, gdzie zamieszkały razem w Knickerbocker Village, cztery przecznice od Venice. Żyją spokojnie. Rosie, małomówna kobieta o smutnych oczach, dogląda nieruchomości odziedziczonych po mężu. Oprócz udziałów w Venice do majątku tego należy kilka działek przy deptaku na Coney Island oraz zabytkowa czynszówka z czerwonej cegły przy James Street 9, przecznicę od Venice. W tej kamienicy znajduje się szesnaście mieszkań z dostępem do zimnej wody - są wynajmowane przez nieżonatych Chińczyków. Jeanie, urodziwa młoda kobieta, chwali się, że gdy występowała w wodewilu jako tancerka akrobatyczna, dziesięciokrotnie odbyła podróż na Zachodnie Wybrzeże i z powrotem. Od czasu do czasu zastępuje Mazie w kasie biletowej w Venice.
Godziny pracy Mazie wykończyłyby większość kobiet. Jest na stanowisku od dziewiątej trzydzieści do dwudziestej trzeciej, siedem dni w tygodniu, a wolne bierze naprawdę rzadko. Ma do dyspozycji przestrzeń niewiele większą niż budka telefoniczna, ale już dawno nauczyła się, jak zadbać o wygodę. Siedzi na dwóch grubych poduszkach na obrotowym krześle, a na stopy zakłada domowe kapcie. Latem ustawia na podłodze elektryczny wentylator skierowany w górę, a zimą zastępuje go elektrycznym grzejnikiem. Kiedy jest szczególnie zimno, zabiera do pracy Fluffy - starą sapiącą suczkę szpica miniaturowego. Pozwala jej spać na kolanach, dzięki czemu obu jest ciepło.
Resztę za bilety wydaje wręcz odruchowo, jakby robiła to bez zastanowienia, i podczas dyżuru znajduje czas na liczne dodatkowe zajęcia. Naprawia ubrania, maluje paznokcie czerwonym lakierem, trochę czyta, a od czasu do czasu poświęca pół godziny na czyszczenie brylantów skrawkiem irchy. W deszczowe dni zamawia posiłki do swojej budki i tam je zjada. Za stół służy jej marmurowy blat. Pewnego razu, pochylona nad talerzem z wołowiną, podniosła wzrok i powiedziała do klienta: "Ja tu wykonuję drobne prace domowe". Kiedy chce jej się pić, wysyła pracownika na drugą stronę ulicy, do King Kong Bar & Grill, po piwo w papierowym kubku. Kiedyś trzymała w szufladzie butelkę kanadyjskiej whiskey, którą nazywała "dymkiem", ale od czasu operacji wyrostka robaczkowego w 1939 roku ogranicza się do ginu z selerem i cytryną oraz piwa.
Na jednej ścianie jej boksu wiszą dwie zagracone półki. Na dolnej znajdują się szklany słoik ze "szczękołamaczami" - twardymi landrynkami, które Mazie rozdaje dzieciom - muszla służąca jako popielniczka, tylna łapa królika, stos papierowych ręczników i pudełko z mydłem. Kiedy menel z wyjątkowo brudną twarzą podchodzi, by kupić bilet, Mazie kładzie przed nim kilka listków ręcznika papierowego i kostkę mydła, po czym mówi: "Słuchaj, kolego, mam dla ciebie propozycję. Jeśli to weźmiesz, pójdziesz do łazienki i umyjesz twarz, wpuszczę cię za darmo". Rzadko który obraża się na tę ofertę, większość chętnie na nią przystaje. Czasami Mazie daje któremuś piętnaście centów i wysyła go do fryzjera przy Chatham Square, aby się ogolił i ostrzygł. Jeśli jest w dobrym humorze, wpuszcza ich za darmo bez ceregieli. Podkreśla jednak, że potrafi rozpoznać prawdziwego menela po oczach, a zwykli kombinatorzy, którzy usłyszeli o jej hojności i usiłują się załapać na darmowy seans, budzą w niej niechęć. Mówi im: "Jeśli nie masz pieniędzy, to idź i ukradnij zegarek".
Na górnej półce Mazie trzyma stos książek w miękkich okładkach, w tym Old Gipsy Nan's Fortune Teller and Dream Book (Księgę wróżb i snów starej Cyganki Nan), Prince Ali Five Star Dream Book (Księgę snów pięciu gwiazd księcia Alego) i Madame Fu Futtam's Spiritual Magical Dream Book (Magiczno-duchową księgę snów Madame Fu Futtam). Mazie żywo interesuje się snami, choć niekiedy trochę się tego wstydzi. "Sen oznacza po prostu, że zjadłeś coś, co ci usiadło na żołądku" - mówi czasem buntowniczo. Niemniej stara się zapamiętywać sny i godzinami wertuje książki w poszukiwaniu satysfakcjonujących interpretacji. Na górnej półce leżą także różaniec, kilka ostatnich numerów czasopisma religijnego "Messenger of the Sacred Heart" i wysłużony egzemplarz Spiritual Reflections for Sisters (Refleksji duchowych dla sióstr) autorstwa wielebnego Charlesa J. Mullaly'ego, jezuity, który pożyczyła od włoskiej zakonnicy z zakonu salezjanek prowadzących szkołę w Chinatown.
Ostatnio Mazie codziennie czyta jedną stronę tej książki. Mówi, że prawie nic z niej nie rozumie, ale lektura wprawia ją w dobry nastrój. Nie jest katoliczką, tylko Żydówką, lecz od wielu lat katolicyzm bardzo ją fascynuje. Jeden z jej najstarszych przyjaciół w okolicy to prałat William E. Cashin, proboszcz niewielkiego Kościoła Świętego Andrzeja, z tyłu Municipal Building. Mazie często chodzi tam na nocne msze, odprawiane przez prałata Cashina w każdą niedzielę o drugiej trzydzieści. Siedzi z pochyloną głową w środkowej ławce. Czuje się jak w domu w otoczeniu policjantów, strażaków, sprzątaczek, telefonistek, pielęgniarek, drukarzy i innych osób pracujących na nocnej zmianie, które regularnie uczestniczą we mszy. Przy wyjściu zawsze wrzuca banknot jednodolarowy do skrzynki na datki dla ubogich. Od czasu do czasu dzwoni do prałata i odbywa z nim długą rozmowę, a on, ilekroć spaceruje po Bowery, zatrzymuje się przy kasie biletowej i wymienia z Mazie uprzejmości.
Mazie całkiem dobrze zna również dwie zakonnice. Różaniec, który trzyma w budce, jest prezentem od Sióstr Matki Bożej Nauki Chrześcijańskiej, które prowadzą Madonna House, ośrodek przy Cherry Street. Siostra Margaret, ich przełożona, zna Mazie od lat i stara się ją zrozumieć. Zakonnica powiedziała kiedyś znajomej:
- W Bowery reputacja twardzielki to zapewne zaleta i obawiam się, że Mazie stara się robić na ludziach jak najgorsze wrażenie tylko po to, by chronić samą siebie. Tak naprawdę wcale nie jest twarda. W głębi serca jest dobra i życzliwa. Zawsze możemy liczyć na jej wsparcie. Kilka tygodni temu we włoskiej kamienicy niedaleko stąd wybuchł pożar. W jednej z mieszkających tam rodzin dopiero co urodziło się dziecko. Sytuacja zdarzyła się w środku nocy i nie bardzo wiedzieliśmy, jak im pomóc. Dwie siostry zwróciły się do Mazie, a ona natychmiast przyjechała i znalazła rodzinie nowe mieszkanie, a matce dała trochę pieniędzy.
Mazie najbardziej lubi Świętego Jana Bosko. Jego figura znajduje się we wnęce fasady Kościoła Przemienienia Pańskiego w Chinatown. W nocy można wyraźnie zobaczyć Jana Bosko w świetle neonów z otaczających kościół knajpek serwujących chop-suey. Przechodząc przez Mott Street, Mazie spogląda na świętego i wykonuje znak krzyża. "Zapytałam kiedyś pewnej zakonnicy, czy wypada mi się żegnać, a ona powiedziała, że tak" - mówi.
Katolicyzmem zainteresowała się zimą 1920 roku. Narkomanka z Mulberry Street, prostytutka z dwiema małymi córkami, pewnego wieczoru przyszła do kasy biletowej i poprosiła o pomoc. Powiedziała, że jej dzieci głodują. Mazie wspomina:
- Wiedziałam, że to ćpunka, i poszłam za nią do domu, żeby sprawdzić, czy nie kłamie o tych dzieciach. Rzeczywiście miała dwójkę maluchów, które umierały z głodu w tym obskurnym pokoju. Wszystkich próbowałam nakłonić, by coś zrobili: policję, opiekę społeczną, tak zwane misje przy Bowery, które prowadzą metodyści czy diabli wiedzą kto. Ale wszędzie słyszałam, że dziewczyna to narkomanka. Mieli więc usprawiedliwienie, żeby nawet nie kiwnąć palcem w jej sprawie. Na ulicy spotkałam dwie zakonnice, a one poszły tam ze mną. Wspólnymi siłami pomogłyśmy tej kobiecie wyjść na prostą. Spodobały mi się te siostry. Były naprawdę ludzkie. Od tamtej pory interesuję się Kościołem katolickim.
Rzadko bywa w domu, zaprasza więc ludzi do odwiedzania jej w czasie pracy. Goście stoją w holu przy tylnych drzwiach jej boksu. Często zdarza się, że zaabsorbowana rozmową Mazie siada tyłem do okienka, a klienci muszą krzyczeć i pukać w szybę, zanim się odwróci i sprzeda im bilety. Rano niemal wszyscy jej goście to skacowani menele, którzy przychodzą do niej, drapiąc się i trzęsąc, i proszą o pieniądze na pierwszy tego dnia alkohol. Mazie regularnie rozdaje dziesięciocentówki około dwudziestu pięciu pijaczkom. Z tego powodu nie przepadają za nią zatwardziali uliczni ewangelizatorzy, którzy co wieczór śpiewają religijne pieśni w rynsztokach Bowery. Jedna z takich osób, ponura starsza kobieta, nie tak dawno podeszła do okienka, pogroziła Mazie palcem i powiedziała: "To my poświęcamy czas i sterczymy tu po nocach, by zachęcić tych nieszczęśników do zmiany na lepsze, a pani daje im pieniądze, które oni od razu wydają na używki". W takich sytuacjach Mazie odpowiada zwykle coś nie na temat albo rzuca parę ostrzejszych słów, aż maruda wreszcie sobie pójdzie. Tym razem nachyliła się do przodu i wycedziła: "Bardzo szanowną panią przepraszam, ale chyba burczy pani w brzuchu. Przydałby się szanownej pani kufelek piwa".
Mężczyźni, którym Mazie daje pieniądze na klina, rzadko bywają towarzyscy. Biorą dziesięciocentówki drżącymi palcami, mamroczą słowa podziękowania i odchodzą. Dwóch jednak niezmiennie zostaje na dłużej. Stali się bliskimi przyjaciółmi Mazie. Jeden z nich to starszy uprzejmy Irlandczyk zwany "Popem", drugi to nieco szalony, sardoniczny człowieczek, który twierdzi, że jest poetą, i którego Mazie nazywa "Eddiem Guestem". Mówi, że lubi Popa, bo jest taki wesoły, a Eddiego Guesta - bo jest taki smutny. Pop wyznał kiedyś: "Pochodzę z pobożnej rodziny abstynentów. Było nas trzynaścioro i nazywali mnie słabeuszem, ponieważ upijałem się w sobotnie wieczory. Wszyscy już gryzą ziemię. Kiedy zmarł ostatni członek mojej rodziny, prezydentem był Woodrow Wilson, a ja wciąż łoję gorzałę i puszczam oko do ładnych dziewczyn". Mazie potwierdziła: "Zgadza się, Pop".
Pop działa na przystankach autobusowych. Podchodzi do osób czekających na rogu na autobus i prosi o drobne na podróż do miasta lub z miasta, w zależności od sytuacji. Kiedy dostaje pięciocentówkę, uchyla kapelusza i pędzi na kolejny przystanek. Wieczorami śpiewa ballady w irlandzkich tawernach przy Third Avenue. Mazie uważa, że Pop ma piękny baryton, dlatego mężczyzna każdego ranka, w zamian za dziesięciocentówkę, raczy ją dwiema czy trzema piosenkami. Jej ulubione - i od razu sama je nuci - to: Whiskey, You're the Devil (Whiskey, w tobie diabeł mieszka), The Garden Where the Praties Grow (Ogród, w którym rosną kartofle), Tiddly-Aye-Aye for the One-Eyed Reilly (Hejże-ha, Jednooki Reilly) i The Widow McGinnis's Pig (Świnia wdowy McGinnis). Czasami Pop tańczy jiga na posadzce w holu. "Lepsza rozrywka niż na tych filmach w środku" - stwierdza Mazie przy każdej takiej okazji.
Eddie Guest to ponury, zrezygnowany były poeta z Greenwich Village, który od ośmiu czy dziewięciu lat kręci się po Bowery. Stale mamrocze pod nosem wiersze i mniej więcej raz w roku trafia do szpitala Bellevue na obserwację. Cały swój dobytek nosi w zniszczonej torbie plażowej i sypia po melinach - nigdy w tej samej przez dwie noce z rzędu, ponieważ, jak twierdzi, nie chce, by jego wrogowie wiedzieli, gdzie przebywa. Za dnia wałęsa się po różnych filiach Nowojorskiej Biblioteki Publicznej w centrum miasta. Pewnego wieczoru obejrzał w Venice film The River (Rzeka), w którym nazwy dopływów Missisipi zostały przekształcone w wiersz. Kiedy wyszedł z sali, przystanął przy kasie biletowej, rozłożył ręce i wyrecytował Mazie nazwy licznych podrzędnych hotelików w Bowery: "Alabama Hotel, Comet i Uncle Sam House. Dandy, Defender, Niagara, Owl, Victoria House i Grand Windsor Hotel, Houston, Mascot, Palace, Progress, Palma House i White House Hotel, Newport, Crystal, Lion i Marathon. Wszystkie to meliny. Wszystkie w Bowery. Każdy to mój dom, kochany dom". Z jakiegoś powodu Mazie uznała, że to wyjątkowo zabawne. Teraz Eddie Guest musi jej to wyrecytować co rano, żeby otrzymać dziesięciocentówkę. Mazie za każdym razem uderza się w prawe udo, odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem. Oboje odczuwają mroczne, dość absurdalne rozbawienie na widok szyldów nad wejściami do noclegowni i wypisanych białymi literami menu w oknach podłych jadłodajni. Kiedy Mazie mija Victoria House i widzi szyld: POKOJE Z ELEKTRYCZNYMI LAMPAMI, 30 CENTÓW, albo kiedy spogląda na witrynę Greek's na Chatham Square: ŚWIŃSKI RYJ Z FRYTKAMI PLUS KAWA, HERBATA ALBO MAŚLANKA, 10 CENTÓW, zawsze parska śmiechem. Bardzo szanuje Eddiego Guesta, ale uważa, że sobie żartuje, kiedy przedstawia się jako poeta. Pewnego razu przeczytał jej fragment zupełnie niezrozumiałego wiersza o cywilizacji w Stanach Zjednoczonych, nad którym, jak twierdził, pracował przez dwadzieścia lat i który zatytułował No Rags, No Bones, No Bottles Today (Dzisiaj bez szmat, bez kości, bez butelek). "Jeśli to jest wiersz, to ja jestem królową Szwecji" - oceniła Mazie, gdy skończył.
Po południu odwiedzają ją znacznie szacowniejsze persony niż rankiem. Wśród osób, które pewnej soboty się zatrzymały, aby z nią porozmawiać między południem a osiemnastą, znaleźli się między innymi: prałat Cashin, Fannie Hurst, dwóch detektywów z posterunku przy Oak Street, ekstrawagancko ubrany młody chiński hazardzista, mistrz Tze Far, chińskiej gry liczbowej, którego Mazie nazywa "Fu Manchu", dwie zakonnice z Madonna House, które chciały jej podziękować za zakup fonografu do klubu dla dziewcząt w ich ośrodku, gadatliwa dziewczyna z Atlanty w Georgii, znana jako Bingo, niegdyś hostessa w sali fordansingu na Broadwayu, a obecnie konkubina szefa kuchni w knajpie chop-suey na Mott Street, barman z saloonu przy Chatham Square, który poprosił o interpretację snu, oraz recepcjonista z noclegowni, który przyszedł jej powiedzieć, że menel o imieniu Tex powiesił się w toalecie poprzedniej nocy. Na wieść o Texie Mazie pokiwała smutno głową i stwierdziła - jak zawsze, gdy dowiaduje się o śmierci kogoś, kogo znała - "Cóż, wszyscy prędzej czy później umrzemy. Nikt nie żyje wiecznie. Na każdego przyjdzie pora, na bogacza tak samo jak na biedaka". Tego popołudnia większość odwiedzających to starzy znajomi Mazie. Na przykład z panną Hurst znają się od jedenastu lat. Mazie mówi do niej "Fannie" i chętnie opowiada o ich pierwszym spotkaniu:
- Pewnego wieczoru do mojego boksu podeszła elegancka dama i oświadczyła, że często spaceruje po Bowery i chciałaby mnie poznać. Powiedziała, że nazywa się Fannie Hurst. Odparłam: "Bardzo mi miło, Fannie. Ja jestem Mary Pickford". Okazało się, że to naprawdę była Fannie Hurst. Na początku myślałam, że chce mnie opisać w książce, i nie chciałam z nią gadać. Jednak gdy obiecała, że mnie nigdzie nie opisze, zostałyśmy przyjaciółkami.
Panna Hurst często odwiedza Mazie. Ta za każdym razem przygląda się sukience Fannie, dotyka materiału, pyta, ile kosztowała, po czym mówi jej, że dała się ocyganić, i radzi, by wybrała się do jednego ze sklepów przy Division Street. Panna Hurst nie ma nic przeciwko temu. Wyjaśnia: "Podziwiam Mazie. Ona ma w sobie najwięcej współczucia ze wszystkich znanych mi osób. Bez względu na to, jak brudny, pijany czy cuchnący jest menel, ona traktuje go jak równego sobie". Do niedawna panna Hurst od czasu do czasu zabierała znajomych na spotkanie z Mazie. "Obawiam się, że postrzegali ją jako kolejną ciekawostkę z Bowery. Teraz już nikogo tam nie przyprowadzam. Kiedyś zapraszałam Mazie na imprezy do siebie do domu. Zawsze się zgadzała, ale nigdy nie przychodziła. Chyba nadal nie do końca mi ufa, choć nie napisałam o niej ani słowa i nie zamierzam tego robić. Po prostu uważam ją za przyjaciółkę" - przyznaje.
Od rozmówców takich jak Fu Manchu i Bingo Mazie słyszy mnóstwo plotek o półświatku Chinatown. Mówi, że nie powtarza tych pogłosek nawet swoim siostrom. Detektywi wiedzą, że ma wielu chińskich przyjaciół, i czasami odwiedzają ją, żeby zadać pozornie niewinne pytania na ich temat. Mazie wzrusza ramionami i mówi: "Ja nie znać angielski". Jednak ogólnie nie odmawia współpracy z policją. Pijani turyści często zapuszczają się do knajp przy Bowery, by zobaczyć prawdziwe życie, a gdy Mazie zauważa, że błąkają się po Chatham Square chwiejnym krokiem, dzwoni na posterunek przy Oak Street. "Zaraz się znajdzie jakiś menel, który spróbuje obrobić takiego ćwoka. Mam gdzieś przyjezdnych, ale menele to najgorsi złodzieje na świecie. Zawsze dają się złapać, najlepiej po prostu usunąć pokusę z ich drogi" - tłumaczy. Policjantów z Oak Street często szokuje słownictwo Mazie, lecz są dla niej pełni podziwu. Na przykład detektyw Kain twierdzi, że ma ona "najostrzejszy język i najbardziej miękkie serce w całym rewirze". Dodaje też: "Zna tę okolicę jak własną kieszeń i do tego ma szósty zmysł. Jeśli na Bowery coś się dzieje, ona to wyczuwa".
Detektyw Kain od pewnego czasu próbuje rozwiązać sprawę, w którą zamieszana jest Mazie. Kobieta ma w swojej budce telefon, a w czerwcu 1929 roku mężczyzna, którego głosu nie rozpoznała, zaczął dzwonić do niej codziennie o siedemnastej i zapraszać na randkę lub wygłaszać tajemnicze komentarze, takie jak: "Zamknęli drogę, Mazie. Nikogo nie przepuszczają". Po trzech miesiącach telefony ustały. Lecz w okolicach Bożego Narodzenia następnego roku mężczyzna znowu zadzwonił. Od tamtej pory wydzwania z przerwami. Mazie mówi:
- Potrafi się nie odzywać przez jakieś pół roku, a później któregoś dnia około siedemnastej odbieram telefon, a ten głos oznajmia: "Wszystkie zegary przestały działać" albo "Mazie, ścięli wielki dąb" czy coś w tym stylu. Nigdy nie mówi więcej niż kilka słów, a kiedy się odezwę, natychmiast się rozłącza. Pewnego popołudnia przyprawił mnie o dreszcze. Zadzwonił i powiedział: "Mazie, mam siostrzeńca, który uczy się na grabarza i potrzebuje kogoś, na kim mógłby poćwiczyć", po czym się rozłączył. Minutę później zadzwonił ponownie i oznajmił: "Ty się nadasz! Ty się nadasz!". Odnoszę wrażenie, że on dzwoni z budki po drugiej stronie ulicy. Najgorsze jest to, że zaczynam podejrzewać każdego nieznajomego kupującego bilet. Zagaduję ich tylko po to, by sprawdzić, czy trafię na kogoś, kto mówi tak jak on. Chyba próbuje doprowadzić mnie do obłędu.
W rozmowach ze znajomymi określa swojego rozmówcę mianem "Tego Człowieka". Jeśli około siedemnastej ma gości i zadzwoni telefon, prosi: "Odbierz i zobacz, co tym razem ma do powiedzenia Ten Człowiek". Fannie Hurst kiedyś go usłyszała. "Istny koszmar" - stwierdziła później. Detektyw Kain często podsłuchiwał rozmowy, ostrzegał mężczyznę i próbował namierzyć połączenia, ale bezskutecznie. Numer Mazie był wielokrotnie zmieniany, jednak to nie pomogło.
Mazie zamyka kasę biletową tuż po dwudziestej trzeciej, kiedy trwa ostatni seans, i udaje się do całodobowej knajpki nieopodal Mostu Brooklińskiego, gdzie przy kilku filiżankach kawy i bułce z miodem przegląda "Daily News". Od początku do końca czyta tylko dział z komiksami oraz rubryki "Voice of the People" i "The Inquiring Fotographer". Mówi, że nie interesuje się polityką ani wojną, ponieważ tego nie rozumie i wprawia ją to w smutny nastrój.
- Świat jest popieprzony. Zawsze był, zawsze będzie - powiedziała kiedyś.
- Naprawdę w to wierzysz? - zapytano ją.
- Nie, chyba jednak nie - odparła po chwili zastanowienia.
W knajpce spędza pół godziny. Następnie, niemal każdego wieczoru, przed pójściem do domu do łóżka odbywa samarytański obchód po Bowery i okolicach. Ma ze sobą parasol i dużą torebkę z latarką, kilkoma małymi kostkami mydła oraz zapasem pięciocentówek, dziesięciocentówek i ćwierćdolarówek.
Jeśli noc jest zimna, Mazie zaczyna obchód od zaułka przy schodach prowadzących na Most Manhattański. Menele chętnie rozpalają tam ogniska w starych beczkach po ropie. Mazie rozdaje im trochę drobnych. Następnie zagląda do Columbus Park, przecznicę na zachód od Chatham Square, gdzie każdej zimy kilku meneli traci przytomność na ławkach i umiera z wychłodzenia. Policja twierdzi, że Mazie uratowała w tym parku dziesiątki mężczyzn. Następnie mija Chinatown, wraca do Bowery i idzie dalej, zatrzymując się przy każdym napotkanym kloszardzie. Daje mu pieniądze na posiłek, coś do picia lub nocleg. Często dorzuca kostkę mydła. Niemal błaga: "Masz, użyj tego, chłopie". Tu i ówdzie świeci latarką w głąb bramy. Szczególną uwagę zwraca na pijanych albo wyczerpanych bezdomnych, którzy śpią w wejściach do budynków, na rampach załadunkowych albo chodnikach. Próbuje ich obudzić i wyprawia dokądś na noc, ale jeśli jest ciepło, a oni nie są skłonni się ruszyć, zostawia ich w spokoju. "Latem na chodniku jest mniej więcej tak dobrze jak na pryczy w melinie. Człowiek wstanie zesztywniały, ale bez wszy" - mówi.
Zimą tłucze śpiących parasolką w żebra, aż wstaną, a jeśli trzeba, klęka i okłada ich po twarzy. "Kiedy lump odsypia popijawę, możesz mu odciąć nogę, a on i tak nie zauważy" - twierdzi. Zdarza się, że ktoś tak gwałtownie budzony zamachnie się na Mazie. Wtedy przyjmuje ona postawę niczym do szermierki, uderza parasolką w powietrze i krzyczy: "Odsuń się albo wyłupię ci oczy!". Jeśli delikwent jest zbyt słaby, pijany albo zobojętniały, by wstać, Mazie łapie go za łokcie, stawia na nogi, prowadzi do najbliższej noclegowni i wciąga po schodach do holu. Płaci recepcjoniście (zwyczajowa cena noclegu to trzydzieści centów) i nalega, żeby dali biedakowi co najmniej dwa koce. Następnie - z pomocą recepcjonisty albo dyżurnego - zdejmuje mężczyźnie buty, rozpina kołnierzyk, luzuje pasek i kładzie pijaka do łóżka w ubraniu. Zwykle odbywa się to w nerwowej atmosferze, więc inni lokatorzy noclegowni często się budzą, wystawiają głowy ze swoich boksów i wołają: "To Mazie! Cześć, Mazie!". Od czasu do czasu jakiś wzruszony kloszard wychodzi w samej bieliźnie i usiłuje uścisnąć jej dłoń, krzycząc: "Niech cię Bóg błogosławi, kochana Mazie!". Mazie nie pochwala takich zachowań i odpowiada: "Wracaj do łóżka, stary capie". Jeśli zna recepcjonistę i mu ufa, zostawia drobne z prośbą, by przekazał je menelowi, gdy ten się obudzi. Noclegownie są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, a Mazie jest jedyną kobietą, która tam wchodzi.
Co najmniej kilka razy w tygodniu znajduje na ulicy rannych mężczyzn. Dzwoni wtedy na komisariat i prosi o karetkę ze szpitali Gouverneur lub Beekman Street - te placówki obsługują rejon Bowery. Zna wielu kierowców z imienia i wydaje im krótkie rozkazy. Policja twierdzi, że Mazie wzywa więcej karetek niż ktokolwiek inny w mieście, a ona jest z tego dumna. "Nie przeginam. Jeśli człowiek nie jest cały zakrwawiony, nie dzwonię, ale gdyby to ode mnie zależało, karetki jeździłyby całą noc. W Bowery mało który kloszard nie potrzebuje szpitala" - podkreśla.
Podczas obchodów po pracy zwykle stara się unikać niektórych znanych postaci nocnego życia Bowery, między innymi Beksy i Wdowy. Beksa to stary menel, który godzinami siedzi na krawężniku, trzymając stopy w rynsztoku, i zanosi się płaczem.
- Co z tobą? - zagadnęła kiedyś, szturchając go w ramię.
- Popełniłem niewybaczalny grzech.
Zapytała go, co takiego zrobił, a on rozpoczął teologiczny opis przewinienia. Mazie nic z tego nie rozumiała, dlatego po kilku minutach ucięła:
- Do diabła, Beksa, nie popełniłeś żadnego grzechu. Pewnie masz po prostu wrzody na żołądku.
Wdowa to zgarbiona, jęcząca starucha w żałobnym welonie, kapeluszu z szerokim rondem i wypłowiałym czarnym płaszczu. Około północy przechadza się po Bowery i rozdaje menelom kartki z rozmaitymi, ręcznie wypisanymi sentencjami, na przykład "Bóg jest miłością" czy "Ogień piekielny płonie wiecznie". Mazie się jej boi. Mówi: "Chodzi jak kobieta i ubiera się jak kobieta, ale gdy już coś powie, to jakby odezwał się mężczyzna".
Zazwyczaj około drugiej, zanim wróci do domu, wstępuje na chwilę do kilku saloonów i całodobowych knajp. Nie przeszkadza jej odór zwietrzałego piwa, tłustej kapusty i środków dezynfekujących. Tłumaczy, że "po paru latach w Bowery nos się przyzwyczaja". Idzie tam nie po to, by zjeść czy się napić, tylko by pogadać z barmanami i kelnerami oraz posłuchać, co mówią stali bywalcy. Zauważyła, że pijacy rzadko rozmawiają o seksie, sporcie, polityce albo interesach - czyli o kwestiach zwykle poruszanych w saloonach. Większość jest zbyt niedożywiona, żeby interesować się seksem. Zamiast tego opowiadają, jakimi byli szychami, zanim trafili do Bowery. Te historie fascynują Mazie, ale na ogół podchodzi do nich cynicznie. "Z ich opowieści wynika, że w młodości każdy żul z Bowery zarabiał miliony na Wall Street, był senatorem albo prezesem wielkiej firmy. W rzeczywistości większość z nich całe życie spędziła jako pijacy".
(1940)
Cios krową w głowę
Kiedy mam wolną chwilę, czasem chodzę do sutereny kamienicy przy Fifty-ninth Street, trzy czwarte przecznicy na zachód od Columbus Circle, gdzie siadam na nadgryzionej przez szczury egipskiej mumii i rozmawiam z Charlesem Eugene'em Cassellem, starym Jankesem, którego zgorzkniały i chaotyczny umysł darzę wielkim szacunkiem. Pan Cassell ma w sobie krew murzyńską, francuską, portugalską i angielską. Mówi o sobie "kapitan Charley", ponieważ podczas pierwszej wojny światowej krótko dowodził łodzią transportującą amunicję i nie widzi powodu, by nie posługiwać się tym tytułem. Jakieś piętnaście lat temu, gdy narastająca skłonność do konfliktów uniemożliwiła mu utrzymanie zatrudnienia, wypłacił część oszczędności i otworzył muzeum - Prywatne Muzeum Kapitana Charleya dla Inteligentnych Ludzi - w kamienicy w Harlemie. Jakiś czas później, po serii kradzieży, przeniósł się jednak do sutereny przy Fifty-ninth Street. Kapitan to niestrudzony i niewybredny kolekcjoner, a w jego mieszkaniu znajdują się tysiące ciekawych drobiazgów, które zebrał przez pięćdziesiąt pięć lat pracy jako marynarz lub kuk na jednostkach marynarki wojennej i handlowej, a także w czasie, gdy był posługaczem w klubach i hotelach na Manhattanie. Najcenniejszymi eksponatami są wypchane zwierzęta. Są podżarte przez mole i wyliniałe, ale kilka razy w roku kapitan wypożycza je do kin, gdzie można je oglądać w holu przed seansami filmów o dżungli. Za wstęp do swojego muzeum kapitan bierze piętnaście centów, ale od połowy klientów zapomina je zainkasować. Większość odwiedzających to przypadkowi przechodnie, których wabią wielkie tekturowe tabliczki umieszczone na schodach prowadzących w dół do sutereny - napisy na nich głoszą: JEŚLI UWAŻASZ SIĘ ZA INTELIGENTNEGO, WEJDŹ DO ŚRODKA; KAPITAN CHARLEY SPRZEDAJE KILKA DROBIAZGÓW W CENIE OD DZIESIĘCIU CENTÓW DO PÓŁTORA TYSIĄCA DOLARÓW; SKORO JESTEŚ TAK CHOLERNIE INTELIGENTNY, DLACZEGO NIE JESTEŚ BOGATY? Wśród odwiedzających zdarzają się kobiety polujące na antykwaryczne okazje.
Lubię siedzieć w tej ponurej, zatęchłej piwnicy i słuchać kapitana. Po kwadransie przypominam sobie coś, co przydarzyło mi się, gdy miałem dziesięć lat. Mój ojciec oraz najemnik o imieniu Alonzo ubijali krowę w przedsionku stodoły na tyłach naszego domu w małym miasteczku w Karolinie Północnej, skąd pochodzę, a ja im pomagałem. Podnosiliśmy zwierzę za pomocą wyciągu, żeby je oskórować, a ja i Alonzo trzymaliśmy linę. Krowa oderwała się od ziemi, ale pechowo zawiódł sprzęt - kiedy się ocknąłem, byłem na podwórzu, biegałem w kółko i piszczałem, a głowę miałem całą we krwi. Gdy Alonzo w końcu mnie złapał i uspokoił, wyciągnąłem się na zielonej trawie pod drzewem orzesznika, spojrzałem na ojca i zapytałem, co się stało. Ojciec popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem i odparł: "Synu, oberwałeś krową w głowę". Przez co najmniej kolejny tydzień wszystko, co ludzie do mnie mówili, wydawało mi się nielogiczne lub niepowiązane - każda rozmowa, którą słyszałem, wprawiała mnie w przyjemną dezorientację. Tak właśnie się czuję, gdy przez chwilę słucham kapitana Charleya - mam wrażenie, jakbym oberwał krową w głowę.
Ostatnim razem, gdy poszedłem się z nim zobaczyć, wziąłem ze sobą notatnik i kiedy buszował po muzeum - szukał kości, którą, jak powiedział, odciął Arabowi około dwudziestej pierwszej w księżycową noc w 1907 roku po tym, jak Arab ten został zamordowany za podpisanie traktatu - zapisywałem wszystko, co usłyszałem. Nie zwracał na mnie zbytniej uwagi i przez cały czas coś mamrotał, jakby mówił do siebie. W tym czasie wyciągał rozmaite przedmioty z chaotycznej sterty na podłodze w suterenie. Twierdził, że chce znaleźć kość Araba i wysłać ją pocztą do komisarza policji Grovera A. Whalena. "Ostatniej nocy śniłem o starym Groverze i postanowiłem zrobić mu prezent. W tym śnie on był maszynistą w szybkiej kolei towarowej New York Central, a ja byłem strażakiem i kłóciliśmy się o to, kto ma prawo dmuchać w gwizdek. Fiuuu! Fiuuu! Stary Grover wygrał" - dodał. (Kapitan Charley jest wielbicielem pana Whalena, więc zapytałem go kiedyś, skąd ta admiracja. Powodem okazała się odwaga w kwestiach ubioru, z której słynął pan Whalen. "Podoba mi się, jak stary Grover się ubiera. Dokładnie tak, jakby naprawdę o to mu chodziło" - stwierdził kapitan Charley).
Wkrótce ułożył stos z różnych zakurzonych eksponatów, wśród których znalazły się: wypchana sowa, stara pozłacana ramka na zdjęcia, blaszane pudełko na lunch, sterta programów teatralnych i menu restauracji z lat dziewięćdziesiątych XIX wieku, damski kapelusz z zielonym strusim piórem, brudna torebka ozdobiona koralikami, wgnieciony hełm korkowy, skrzynka po cygarach pełna muszelek, przypinki z kampanii politycznych i chińskie monety, duża rolka pożółkłych gazet obwiązana krawatem, kordelas, parasol należący niegdyś, według kapitana, do słynnej nowoorleańskiej burdelmamy, pani Lilly-belle Sue-belle Russell, oraz długa skóra boa dusiciela, który w Ameryce Południowej zabił dziewczynę i dojoną przez nią kozę.
- Gdzie się pan urodził, kapitanie Charley? - zapytałem.
- W Bostonie, w samym centrum. Jestem Jankesem z krwi i kości, wykarmionym dorszem i żurawiną. Ludzie mojego pokroju już wymarli. Wyłamali się ze schematu. Uważam, że wyróżniam się spośród innych mężczyzn, stoję na wyższym poziomie. Zawsze byłem szefem, nigdy nie nosiłem roboczego kombinezonu. Weźmy największego człowieka w kraju. Nieważne, jak wielkich czynów dokonał, ja zrobiłem dwa razy więcej. Nie palę ani nie przesiaduję w tych podrzędnych saloonach przy Columbus Avenue. Pijam wyłącznie w ekskluzywnych lokalach. Nie tykam niczego poza szampanem i brandy. Osoby z wyższych sfer zapraszają mnie na kolacje, żebym zaszczycił je swoją obecnością, a potem odsyłają do domu z żołądkiem pełnym brandy. Jestem bardzo wybredny, jeśli chodzi o jedzenie. Kiedy mam do dyspozycji gotówkę, jadam wyłącznie homary, świeże brzoskwinie i najlepsze steki. Niektórzy potrafiliby przeżyć na tym, co wyrzucam. Kiedyś korzystałem z uroków kobiet, ale gdzieś po drodze utraciłem zwierzęcego ducha. Potrafię spojrzeć gangsterowi w oczy i zmusić go do zmiany zdania, ale z kobietą już nic nie zrobię. Niegdyś miałem na liście płac dziewięć dorodnych kokot i wszystkie mnie okradły. Hieny! Pewnego dnia spakuję manatki, pojadę do Bostonu i umrę. Nie zadam sobie nawet trudu, by wykupić miejsce na cmentarzu, po prostu znajdę odpowiedni rynsztok, położę się w nim i umrę. Smutne, bardzo smutne! Postanowiłem umrzeć w Bostonie, bo tam się urodziłem. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Im jestem starszy, tym większą czuję odrazę. Jeszcze nie spotkałem ani uczciwego mężczyzny, ani uczciwej kobiety. Nie wierzę nawet w dobre uczynki: gdy raz próbowałem wyciągnąć człowieka ze studni, sam do niej wpadłem i połamałem nogi. Wierzę w zamachy, dzięki nim robi się więcej miejsca. Uważam, że należy zagazować wszystkich starych ludzi, z wyjątkiem mnie. Jestem za mądry na gaz. Jestem taksydermistą. Mogę wypchać komara. Mogę wypchać truskawkę. Mogę wypchać każdą rybę, jaką w życiu widziałeś.
W tym momencie zabrzęczał krowi dzwonek zawieszony na gałce drzwi wejściowych i do sutereny wkroczyła kobieta w średnim wieku. Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, spojrzała na nas i zapytała:
- Czy mogę obejrzeć te zabytki?
- Zapraszam miłą panią - odparł kapitan.
Podszedł do niej i zainkasował piętnaście centów, po czym znów zajął się poszukiwaniem kości Araba. Kobieta stała przez chwilę nieruchomo i wpatrywała się w gospodarza. To niewielki, niechlujny i gburowaty mężczyzna. Oczy ma wiecznie załzawione, a siwe wąsy smaruje woskiem. Miał na sobie swój codzienny strój - wystrzępione spodnie z grubej tkaniny, sweter z golfem, wełnianą marynarkę, czapkę kapitańską i tenisówki pomalowane srebrną farbą do kaloryferów. Pewnego dnia ozdabiał nią muszelki i uznał, że będzie się dobrze prezentować na obuwiu. Powiedział:
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
DAVID REMNICK Przedmowa do wydania oryginalnego
Joseph Mitchell zdobywał dziennikarskie szlify w redakcjach nieistniejących już gazet w mieście, które na zawsze odeszło w niebyt. W październiku 1929 roku, tuż po tym, jak rozpoczął się wielki kryzys, Mitchell wyruszył z rodzinnego domu w Karolinie Północnej i przybył na nowojorski dworzec Pennsylvania Station. Miał dwadzieścia jeden lat. W Nowym Jorku szybko wyrobił sobie markę jako autor artykułów w dziennikach "Morning World", "Herald Tribune" i "World-Telegram". Jako felietonista, reporter policyjny i redaktor relacjonował przebieg procesu sądowego sprawców porwania syna Charlesa Lindbergha oraz niezliczone pożary i morderstwa. Przeprowadzał wywiady z właścicielami pchlich cyrków, mieszkańcami jaskiń w Central Parku, handlarzami ostryg, kapitanami statków, tancerkami wodewilowymi, Clarą Bow, Fatsem Wallerem, Albertem Einsteinem i "królową nudystów", która przyjęła młodego Mitchella ubrana jedynie w niebieskie stringi. Mitchell miał iście reporterski dar słuchania ludzi - łatwość wczuwania się w ich sytuację - porównywalny z jego talentem pisarskim. Swoich ulubionych rozmówców określał mianem "zagadywaczy".
Szybko stał się jednym z najpopularniejszych dziennikarzy w mieście. Zdjęcie Mitchella widniało na burtach samochodów dostawczych. Był bystry, pełen cichej ambicji i bezgranicznie dociekliwy. Jeśli chciał lepiej poznać jakąś okolicę, wynajmował w jej obrębie pokój w tanim pensjonacie. Odznaczał się niebywałą komunikatywnością i werwą. Jak sam opowiadał, w czasach, gdy pracował w gazecie, zdarzało mu się jednego dnia przygotować i napisać trzy artykuły:
Pewnego ranka o dziewiątej dostałem zadanie odnalezienia włoskiego murarza, który wyglądem przypominał księcia Walii, i przeprowadzenia z nim wywiadu, ponieważ ktoś zadzwonił do redakcji z informacją, że zaproponowano mu pracę w Hollywood. Namierzyłem go w piwnicy sklepu z macą na West Side, gdzie naprawiał piec... Wróciłem do biura i napisałem ten tekst, a następnie zlecono mi zorganizowanie rozmowy z bokserką, która mieszkała w hotelu St. Moritz. W pokoju miała całe swoje wyposażenie treningowe. Unosił się tam zapach potu i mokrych skórzanych sprzętów, który przypominał mi siłownię Jacka O'Briena z Filadelfii w deszczowy dzień. Powiedziała, że jest nie tylko bokserką, ale także hrabiną [...]. Wróciłem do redakcji i spisałem tę relację, po czym wysłano mnie na rozmowę z Samuelem J. Burgerem, który zatelefonował do gazety z informacją, że sprzedaje ludziom z wyższych sfer karaluchy wyścigowe po siedemdziesiąt pięć centów za parę. Pan Burger jest agentem teatralnym i reprezentuje trupę nagich tancerek oraz sławy takie jak ojciec zmarłego Johna Dillingera i żona Jacka "Legsa" Diamonda. Kiedyś próbował nawet wypromować całą ławę przysięgłych ze sprawy Hauptmanna. Znalazłem go w delikatesach na Broadwayu, gdzie kupował kanapki z szynką i serem dla dwóch striptizerek.
W 1938 roku "New Yorker" uporał się już z pierwszymi trudnościami finansowymi, a Harold Ross, jego założyciel i redaktor, który sam pochodził z prowincji, zatrudnił Mitchella, niewątpliwie licząc nie tylko na ewidentny talent tego młodego człowieka, ale także na jego imponującą wręcz wydajność. Mitchell pracował dla magazynu przez pięćdziesiąt jeden lat. Najpłodniejszym okresem w jego karierze był rok 1939, kiedy opublikował trzynaście tekstów, a przez kilka kolejnych lat utrzymywał podobne tempo. W wyniku tej pracy powstała jego pierwsza książka Cudowny saloon McSorleya - cykl nowojorskich reportaży i etiud, równie celnych, różnorodnych i przejmujących jak historie zawarte w Dublińczykach Jamesa Joyce'a.
Ulubione rewiry Mitchella obejmowały Times Square, Village, saloony na East Side, Harlem i - być może przede wszystkim - doki oraz mola. Nie interesowali go wielcy tego świata. Podobnie jak wcześniej, gdy pracował w redakcjach dzienników, pociągali go "wizjonerzy, obsesjonaci, szarlatani, fanatycy, zagubione dusze, uliczni kaznodzieje, starzy cygańscy królowie i stare cygańskie królowe, a także kompletne dziwolągi". Teraz jednak jego twórczość nabrała większej głębi. Żartobliwość obecna w jego artykułach prasowych - zebranych w tomie My Ears Are Bent (Uszy mi puchną) - zniknęła, a ich ton stał się dojrzalszy. W tekstach zagościły cienie, a smutek pobrzmiewał nawet w najzabawniejszych komentarzach. W redakcji "New Yorkera" pod rządami Rossa Mitchell odnalazł swój styl.
Najcenniejszą rzeczą w moim redakcyjnym biurze jest zdjęcie dwóch mężczyzn - najlepszych przyjaciół - którzy w swoim czasie wyznaczali standardy literatury faktu. Fotografia przedstawia Mitchella - smukłego, eleganckiego, figlarnego - i A.J. Lieblinga - postaci rabelaisowskiej pod względem zarówno postury, jak i ducha - siedzących na wiklinowych fotelach pod wykrzywionym drzewem we wschodniej części Long Island. Obaj uśmiechają się zdecydowanie szerzej, niż wymagało tego pozowanie do zdjęcia - być może to skutek wypicia kilku butelek wina, które są widoczne na fotografii już puste. Mitchell i Liebling często pracowali na tym samym terenie i z tymi samymi bohaterami: przyciągali ich wygadani mężczyźni i kobiety z półświatka - trenerzy boksu, awanturnicy, drobni przedsiębiorcy, którzy prowadzili interesy w budkach telefonicznych (telephone-booth Indians). Pod względem języka Mitchell i Liebling różnili się jednak jak Czechow i Gogol. Liebling pisał szybko, zawzięcie, "szybciej niż inni, lepiej niż inni". Budował barokowe, strzeliste zdania, pełne dygresyjnego komizmu (z wyjątkiem lat wojny, kiedy skupiał się wyłącznie na relacjonowaniu wydarzeń). Mitchell, choć równie zabawny, pisał przejmująco, powściągliwie, z precyzją i wyrafinowaniem. Roger Angell, jego kolega po fachu, powiedział kiedyś, że pisarstwo Mitchella "tkwi w umysłach czytelników pewnie i schludnie niczym szejkerskie meble".
Nawet gdy Mitchell pisał o cyrkowych dziwolągąch lub bywalcach barów, w tych portretach próżno doszukiwać się znamion kiczu. Jego bohaterowie nie byli powszechnie znani, a opisywane przez niego miejsca nie przyciągały turystów. Jeden z jego ulubionych lokali, saloon McSorley's, prastary bar przy Cooper Square, był - podobnie jak sam Mitchell - mroczny i melancholijny. W tym oświetlonym lampami gazowymi przybytku, pogrążonym w cieniu XIX wieku, który przeciągnął się na XX stulecie, "trzon klienteli stanowi szybko kurcząca się grupa stetryczałych staruszków, głównie Irlandczyków, którzy pili tam od czasów młodości, a teraz uważają to miejsce za własne. Niektórzy mają niewielkie emerytury i są na świecie całkiem sami, nocują w hotelach w dzielnicy Bowery i niemal całe dnie spędzają w McSorley's".
Bohaterami wczesnych tekstów Mitchella byli między innymi: komandor Dutch, który organizował bale charytatywne dla własnej korzyści, Arthur Samuel Colborne, który jako samozwańczy założyciel Ligi Przeciwko Wulgaryzmom odwiedzał bary Yorkville i głosił kazania nawołujące do powstrzymywania się od przekleństw, a co najważniejsze - Joseph Ferdinand Gould, Bostończyk z dobrego domu, który ukończył Harvard w 1911 roku, zrezygnował z wyprawy antropologicznej, podczas której mierzył czaszki rdzennych mieszkańców Dakoty Północnej - Odżibwejów i Mandanów - i na stałe osiadł w Greenwich Village, gdzie wynajmował pokoje w tanich pensjonatach i przesiadywał w barach. Znali go wszyscy w okolicy - drobny mężczyzna w podniszczonym garniturze, który twierdził, że opanował mowę mew (zamierzał przetłumaczyć poezję Longfellowa na ten język). Opowiadał wszystkim, że tworzy epicki dziennik, literacki majstersztyk zatytułowany Historia mówiona naszych czasów. Uważał się za ostatniego przedstawiciela bohemy: "Jedni trafili do grobu, inni do wariatkowa, a jeszcze inni do branży reklamowej". Za sprawą barowych gawęd i kilku wyrywków z dziennika Gould zaskarbił sobie zainteresowanie Ezry Pounda, Edwarda Estlina Cummingsa i Malcolma Cowleya. A ponieważ był bezkonkurencyjnym "zagadywaczem", zwrócił także uwagę Josepha Mitchella, który w 1942 roku opublikował poświęcony mu artykuł zatytułowany Profesor Mewa.
Zbiór, który trzymasz, drogi Czytelniku, po raz pierwszy ukazał się nakładem wydawnictwa Pantheon w 1992 roku dzięki Danowi Frankowi. Zawiera wszystkie teksty Mitchella powstałe po tym, jak porzucił on pracę w redakcjach dzienników na rzecz tygodnika "New Yorker". Znajdziemy tu bez liku ciekawych wątków, jednak chyba najciekawszą i najoczywistszą przemianą, nad którą warto się pochylić, jest ta widoczna pomiędzy Profesorem Mewą a Sekretem Joe Goulda opublikowanym w 1964 roku, siedem lat po śmierci Goulda w szpitalu psychiatrycznym. Nie tylko poznajemy tu bolesną prawdę o Gouldzie - że nie istniała żadna Historia mówiona naszych czasów, że wszystkie jego zapewnienia były kłamstwem, a codzienna egzystencja udręką - ale także możemy zajrzeć w głąb duszy samego Mitchella.
Sekret Joe Goulda to dziennikarskie arcydzieło. Był to także, rzecz jasna, ostatni utwór Mitchella. Niczego więcej już nie opublikował. Przez kolejne trzydzieści jeden lat i sześć miesięcy przychodził do pracy niemal codziennie, lecz nie oddał ani jednego tekstu do rubryki "The Talk of the Town". Członkowie zespołu darzyli tego uprzejmego, łagodnego geniusza ogromnym szacunkiem i tylko największy głupiec odważyłby się zapytać o powody jego milczenia. Krążyły teorie na temat tego, co mogło stanąć mu na przeszkodzie: jakaś osobista tragedia, ciężar reputacji, drastyczne zmiany zachodzące w Nowym Jorku. "Wygląda na to, że nie potrafię już niczego skończyć" - przyznał, gdy był już po osiemdziesiątce. "Świat znalazł się w tak strasznym położeniu, że pisarstwo, które zwykłem uprawiać, po prostu nie ma już racji bytu".
Triumfalna publikacja zbioru W starym hotelu to swoisty podwójny dar. Po pierwsze, książka była darem dla pokoleń czytelników, którzy nie znali twórczości Mitchella lub niewiele o niej wiedzieli, a także dla garstki tych, którzy latami poszukiwali jego niedostępnych książek i płacili zawrotne sumy za egzemplarze z wyczerpanych nakładów. Po drugie, darem była możliwość obserwowania, jak pisarstwo Mitchella znów cieszy się popularnością oraz uznaniem krytyków i czytelników. Kiedy niedawno skończyłem ponowną lekturę tej książki, przed oczami stanął mi pewien obraz: kilka miesięcy przed śmiercią Mitchell zgodził się publicznie odczytać swój tekst w wytwornej - już zresztą nieistniejącej - księgarni Books & Company przy Madison Avenue. Tłumy wyległy na chodnik. Wszyscy chcieli usłyszeć jego głos. Tego wieczoru słuchaliśmy z zapartym tchem. Joseph Mitchell sam stał się zagadywaczem.
1 Adam Gopnik, Adam Gopnik on Joseph Mitchell's Joe Gould's Secret, "The New Yorker", 25 sierpnia 2025, newyorker.com/magazine/takes/adam-gopnik-on-joseph-mitchells-joe-goulds-secret.
2 Joseph Mitchell, Days in the Branch, "The New Yorker", 24 listopada, 2014, newyorker.com/magazine/2014/12/01/days-branch.
3 Thomas Kunkel, Man in Profile: Joseph Mitchell of the New Yorker, New York 2015, s. 47.
4 Joseph Mitchell, Szczury na nabrzeżu, w tym tomie, s. 572.
5 Joseph Mitchell, My Ears Are Bent, New York 2008, 12.
6 Sarah Gordon, Joe Gould, Daddy Hall, and Lady Olga: The New Yorker's Joseph Mitchell and Flannery O'Connor, "Flannery O'Connor Review", Vol. 7, 2009, s. 43.
7 Adam Gopnik, dz. cyt.
8 Thomas Kunkel, dz. cyt., s. 115.
9 Tamże, s. 140.
10 Joseph Mitchell, Days in the Branch, dz. cyt., s. 40.
11 Tamże, s. 41.
12 Joseph Mitchell, Grób pana Huntera, w tym tomie, s. 587-588.
13 Brendan Gill, Joseph Mitchell, "The New Yorker", 10 czerwca 1996, newyorker.com/magazine/1996/06/10/joseph-mitchell-2.
14 Paul Maliszewski, The Collector, "Granta", Iss. 88, 1 stycznia 2005, granta.com/the-collector.
15 Mary Hawthorne, Joseph Mitchell, "London Review of Books", Vol. 18, No. 15, 1 sierpnia 1996, lrb.co.uk/the-paper/v18/n15/mary-hawthorne/diary.
16 Joseph Mitchell, Street Life, "The New Yorker", 11 lutego 2013, newyorker.com/magazine/2013/02/11/street-life.
17 Tamże.
18 Paul Maliszewski, dz. cyt.
19 Joseph Mitchell, W starym hotelu, w tym tomie, s. 542.
20 Paul Maliszewski, dz. cyt.