Xenopolis. Rzecz o wymknięciu się zasadzie przeciwieństwa, z udziałem dwóch mnichów, kobiety nad brzegiem rzeki, lekarza i filozofa
Xenopolis
Rzecz o wymknięciu się zasadzie przeciwieństwa, z udziałem dwóch
mnichów, kobiety nad brzegiem rzeki, lekarza i filozofa
Utracona tajemnica wspólnoty
Zburzyliśmy mur berliński, otworzyliśmy granice, upowszechniliśmy
Internet, większość z nas żyje w wielokulturowych metropoliach. A jednak
mur pozostaje żywym doświadczeniem współczesnego Europejczyka. Wobec
narastającej fali imigrantów, a może przede wszystkim wobec wzmożonej
słabości samego centrum tego, co uchodzi za nasze, zaczynamy ponownie
wznosić mury, płoty i zasieki, w tym również wzdłuż granic państw
narodowych. Jednocześnie jesteśmy świadomi, że o tych pogłębiających się
podziałach w coraz mniejszym stopniu stanowią bariery: językowa,
etniczna czy ustroju politycznego. Dzisiejszy mur wyrasta wewnątrz
społeczności, na tym samym brzegu rzeki, a ustanawiają go ostre i konfrontacyjne granice tożsamości kulturowych. Narastająca bliskość
obcego, nie na zewnątrz naszego świata, ale w intymnej przestrzeni
zarezerwowanej dotychczas dla tego, co bliskie i swoje, ustanawia nowy
mur, w którym zapieczętowane są nasze współczesne lęki i zagubienia.
Coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że tożsamość to nie to samo, co
wspólnotowość, i że tocząc boje w obronie tej pierwszej wartości,
utraciliśmy wiele z ducha tej drugiej. Problemem współczesnej Europy nie
jest ugruntowywanie odmienności i różnic, lecz to, co Czesław Miłosz
nazywał "tkanką łączną" i na czym ustanawiał swój koncept "rodzinnej
Europy". Dlatego współczesna opowieść europejska to opowieść o obcowaniu, bo to ona daje bieg temu nurtowi myślenia i działania, który
zdolny jest sprawić, że po raz kolejny na Starym Kontynencie mur
zostanie zburzony - już nie w świecie zniewolenia i zimnej wojny, lecz
narastającej bliskości obcego.
Nasza wspólnotowość przeżywa głęboki kryzys. Europa przypomina coraz
bardziej wioskę z filmu Wernera Herzoga Szklane serce, w której utracono
tajemnicę konstytuującą życie mieszkańców a prorocy wieszczą nadejście
końca świata. Rozpaczliwie poszukujemy kozła ofiarnego, pod ręką mając
imigrantów i podejrzliwie spoglądając na muzułmanów. Nie zbudujemy
racjonalnego gruntu dla przyszłości, okopując się na własnym brzegu.
Czystki etniczne, deportacje, getta, rasizm i ksenofobia... Wszystko to
już przerabialiśmy, choć nie wszyscy chcemy pamiętać, że poza ludzką
katastrofą nie przynosi to żadnego rozwiązania, jest w najwyższym
stopniu irracjonalne. Stoimy obecnie w obliczu bardzo wielu realnych
problemów, w tym ekologicznych, demograficznych czy społecznych, dla
których rozwiązań trzeba szukać tak na gruncie moralnym, jak i ekonomicznym. A wszystkie je łączy to, że żadnego z nich nie da się
rozwiązać "w pojedynkę", możemy im podołać jedynie jako silna wspólnota.
Jej odrodzenia możemy dokonać tylko razem z innymi, obejmując tu i teraz
całe sąsiedztwo i udzielając gościny. W tym stwierdzeniu nie chodzi o doraźne uzasadnienie potrzeby zmierzenia się z wielką falą przychodźców
(licentia poetica prof. Jerzego Bralczyka), która wywołała europejski
kryzys. Chodzi o odwieczną tajemnicę wspólnoty, która ustanawia się w pełni tylko dzięki obecności obcego. Dlatego ta opowieść jest o obcowaniu.
Obcowanie mówi nam o naszej - w sensie naszej krwi, narodowości czy
kultury - niewystarczalności w zawiązywaniu wspólnoty. W rdzeniu tego
słowa znajduje się Obca / Obcy. To dość niezwykłe. Oczekiwalibyśmy
raczej odniesienia do tego, co wspólne, tak jak w przypadku słów
wywodzących się od łacińskiego communio. Szukając dla niego odpowiednika
w europejskiej tradycji, moglibyśmy powiedzieć: ksenopolis, ale tylko
wówczas, kiedy rozumielibyśmy pod tym pojęciem nie społeczność przyjazną
innemu, ale taką, którą ksenos konstytuuje. Ta opowieść mogłaby się
rozpoczynać na przykład tak.
Opowieść o dwóch mnichach i kobiecie nad brzegiem rzeki
Dawno temu wędrowali po ziemi dwaj mnisi. Opowiadacze tej historii
różnią się w ich opisie. Raz nazywają ich Li i Wu, innym razem po prostu
mniejszym i większym albo młodszym i starszym, wreszcie podążającym
ścieżką intelektu i idącym ścieżką serca. Jedno jest pewne: wywodzili
się z klasztoru znanego z reguł życia ustanowionych tradycją, w którym
składali śluby wierności zasadom, w tym śluby milczenia za dnia i nieulegania pokusie kobiety. Droga prowadziła ich do rzeki, na brzegu
której czekała kobieta. Różnie mówią: że przeszła przez rzekę rano, gdy
poziom wody był niski, a teraz, po deszczu monsunowym woda wezbrała i odcięła ją od domu; że most zerwało; że była bardzo bogato odziana i bała się zamoczyć szatę z jedwabiu. Jedno jest pewne: była piękna i młoda. A także to, że pierwszy mnich, nazwijmy go młodszym, odwrócił od
niej wzrok i wierny temu, kim był sforsował rzekę, przechodząc mimo
oczekującej pomocy. Natomiast starszy mnich, nie zastanawiając się wiele,
wziął kobietę na ramiona i przeniósł na drugi brzeg. Niewiasta
podziękowała (wieść niesie nawet o uściśnięciu dłoni mnicha, ale nie
wszyscy opowiadacze posuwają się aż tak daleko) i poszła w swoją stronę.
Dwaj mnisi zaś w swoją. I tutaj znowu wersje opowieści różnią się od
siebie: jedne sugerują, że już po pięciu minutach młodszy mnich odezwał
się do starszego; inne oddalają ich rozmowę w czasie o trzy godziny albo
wręcz o upływ całego bożego dnia i lokują to ważne wydarzenie nie na
drodze i w żywiole wędrowania, lecz już w zaciszu zmroku i w klasztornej
celi; inne wreszcie podkreślają, że młodszy mnich nagabywał gwałtownie
starszego, lecz tamten trwał w głębokim milczeniu, które przerwał
dopiero po zapadnięciu nocy.
Jedno wszakże jest pewne: inaczej teraz przebiegało wędrowanie mnichów
po ziemi - starszy szedł zestrojony ze sobą, sycąc się pięknem
krajobrazu i uwagą obdarzając wszystko, co napotkał; natomiast młodszy
niewiele dostrzegał z otaczającej go rzeczywistości, lękał się spotkania
kogokolwiek i uginał pod ciężarem, niewidocznym wprawdzie, a jednak
realnym (tak jak przeszłość może być miniona, a jednak obecna). I to
także jest pewne, że młodszy mnich wybuchnął oskarżycielskim pytaniem
skierowanym do starszego pobratymcy w wierze i swojaka z tego samego
klasztoru, pytaniem o to, jak mógł wziąć na ramiona kobietę, która
gładkimi udami ścisnęła jego biodra, jędrnymi piersiami przylgnęła do
jego pleców, powabnymi ramionami objęła jego szyję, a może nawet gorącym
policzkiem dotknęła jego policzka. Nie wszystkie opowieści są aż tak
szczegółowe w opisie tej kontrowersyjnej sytuacji. Większość ogranicza
się do prostych jak katechizm pytań: jak mogłeś złamać zasady
ustanowione tradycją, sprzeniewierzyć się sobie, zdradzić nasz zakon? I dla kogo to wszystko - nieznanej kobiety, jakiejś obcej? Choćbyśmy
uwzględnili niezliczoną ilość wersji tej opowieści, czasem znacznie
odległych od siebie, wszystkie one - jak strumienie z różnych źródeł
wpadające do jednej rzeki - zbiegają się w nieuchronnej odpowiedzi
starszego mnicha: "Bracie, ja pozostawiłem kobietę na drugim brzegu
rzeki. Czyżbyś dźwigał ją teraz ty, przez życie całe?".
Egzegezy
Najstarsza znana nam tradycja mówi, że dwaj mnisi byli buddystami, że
wywodzili się z klasztoru zen, że żyli w Chinach. Ale przecież mogliby
być z innej religii, z innej wspólnoty, z innego kraju. Złożone przez
nich śluby i my składamy naszym wiarom, ojczyznom, wartościom. I nie ma
takiego zakątka na świecie, w którym droga wcześniej czy później nie
prowadziłaby człowieka do rzeki, na brzegu której czeka Inna lub Inny.
Różne nauki można wysnuć z opowieści o dwóch mnichach i kobiecie. Jedni
będą podkreślać, jak zgubne dla człowieka może być nagromadzenie
negatywnych myśli i uczuć, które nie pozwalają rozwiązać żadnych
życiowych problemów, a w zamian uprzedzeniem i lękiem oddalają go od
realnego świata. Natomiast to, co zbliża człowieka do rzeczywistości i pozwala mu skutecznie się z nią mierzyć ma swe źródło w spontanicznym
akcie serca, w filozofii życia, podążającej za porywem duszy.
Szkoły zen, które czasem "zadają" tę opowieść swoim uczniom jako koan,
nauczają o czystości umysłu starszego mnicha, ona pozwoliła mu rozpoznać
sytuację i odpowiednio na nią zareagować, po czym kontynuować drogę w gotowości na to, co przyniesie. Aby poradzić sobie z wyzwaniami, jakie
stawia życie na każdym kroku, umysł człowieka musi być otwarty na różne
możliwości, co jest znacznie ograniczone w przypadku obarczenia go złą
pamięcią i resentymentem przeszłości. Innymi słowy - mentalne
uzależnienie od idei czy wcześniejszego doświadczenia blokuje pełne
doświadczenie obecności tu i teraz. Komentarz pewnego mistrza medytacji
ujmuje to jeszcze dosadniej: "złościmy się, jeśli ktoś wrzuci śmieci do
naszego domu, ale nie bronimy się przed zaśmiecaniem naszego umysłu".
Arabski mistyk Abu Hassan Bushanja pouczał: "Grzeszny czyn jest znacznie
mniej szkodliwy niż pragnienie i idea dokonania go. Jedna rzecz to ulec
ciału w chwilowej przyjemności, a inna rzecz, bardzo różna, to ciągle to
rozważać w umyśle i w sercu". Swoje trzy grosze do historii o dwóch
mnichach dorzucał Anthony de Mello: "Kiedy osoby religijne w kółko
rozpamiętują grzech innych, można podejrzewać, że to wgłębianie się daje
im więcej przyjemności niż grzesznikowi".
Dla Jiddu Krishnamurtiego spotkanie nad rzeką starszego mnicha z kobietą
było przede wszystkim przypowieścią o dobrej samotności:
Jedynie wtedy, gdy zwracamy uwagę na jakiś problem i natychmiast go
rozwiązujemy, nie odkładając go na następny dzień czy następną minutę,
pojawia się samotność. [...] Być wewnętrznie samotnym i mieć w sobie
przestrzeń jest bardzo ważną sprawą, bo oznacza wolność bycia, pójścia
dokądkolwiek, działania, wolność lotu. Ostatecznie, dobroć może
rozkwitać tylko w przestrzeni, a cnota może rozkwitać tylko tam, gdzie
jest wolność. Możemy mieć polityczną wolność, a wewnętrznie nie być
wolni...1
W tradycji chrześcijańskiej żywa jest opowieść o dwóch mnichach
pielgrzymujących do relikwii wielkiego świętego, których w drodze
zaskakuje nie tyle ukazanie się pięknej niewiasty, ile fakt, że jest
kobietą z krwi i kości. Egzegeci tej historii nacisk kładą na wewnętrzną
wartość człowieka, o której decyduje to, co się dzieje w jego sercu, i przeciwstawiają ją legalistycznej moralności, symbolizowanej we wczesnym
chrześcijaństwie przez faryzeuszy. Dlatego przywołuje się przy tej
okazji słowa Jezusa z Ewangelii Mateusza: "oczyść najpierw wnętrze
kubka, aby i to, co jest na zewnątrz, stało się czyste" (Mt 23, 26),
oraz cytowane przez Jezusa słowa proroka Izajasza: "Ten lud czci mnie
wargami, ale jego serce daleko jest ode mnie; i czczą mnie na próżno,
głosząc nauki, które są nakazami ludzkimi" (Mt 15,
8-9)2.
Starszy mnich, czyli przekroczenie
Im bardziej wgłębiamy się w opowieść o dwóch wędrownych mnichach i obcej
kobiecie, im bardziej poznajemy jej różne interpretacje, im bardziej
staramy się ją odnieść do czasu i miejsca nam przeznaczonych, tym
bardziej przekonujemy się, że jest to opowieść o współistnieniu. I niech
nas nie zwodzi wiedza o tym, że zdarzenie nad rzeką trwało chwilę
zaledwie, a współistnienie lub jego niemożność to nasz byt codzienny.
Świadomość człowieka przypomina opowieść samą, pisaną intensywnym
doświadczeniem, granicznym, takim jak wydarzenie spotkania Innego,
przemieniającym ją w przypowieść o życiu, która gdzieś na dnie naszej
świadomości osadza esencję długiego trwania.
Starszy mnich swoją niewymuszoną mądrością i pełną spokoju wewnętrzną
wolnością budzi nasz podziw połączony z życzliwą zazdrością. Trudno
ukryć, że dzieli nas od niego spory dystans, że spoglądamy na jego
ścieżkę z oddali naszego miejsca w rzeczywistości, miejsca o wiele
bardziej problematycznego, splątanego międzyludzkimi powikłaniami,
uwarunkowaniami bytowymi, dziedzicznym obciążeniem, kulturowymi
uprzedzeniami. Wydaje się nam, jakby korzenie starszego mnicha
rozgałęziały się z jego głowy ku niebu, podczas gdy nasze silnie
wrastają w ziemię.
Dystans otwarty przed nami przez starszego mnicha stwarza przestrzeń, w której może rozkwitać - jakby powiedział Krishnamurti - nasze rozumienie
współistnienia. Przede wszystkim odniesieni zostajemy do spontanicznego
aktu serca, zrodzonego z realnej sytuacji życiowej i potrzeby napotkanej
Innej. Wobec tego aktu na drugi plan schodzą ustanowione wcześniej
zasady i wierzenia, a nawet przysięgi im składane, owe głoszone przez
lud "nauki, które są nakazami ludzkimi". Więcej, sytuacja wymaga tego,
aby zostały one przełamane, wymaga więc odwagi narażenia się na zarzut
zdrady i odstępstwa od siebie i od swoich.
Ten akt serca, założycielski dla współistnienia, znajduje dla siebie
tradycję w jednej z najstarszych ksiąg Biblii. Oto w Księdze Kapłańskiej
czytamy: "Niech ten przybysz osiadły pośród was będzie traktowany jak
rodak; masz go miłować tak, jak samego siebie..." (Kpł 19, 34). To
pouczenie Jahwe skierowane do Mojżesza przywoływane jest w Pięcioksięgu
kilkakrotnie, jednak wcześniej w Księdze Kapłańskiej mówi się o miłości
bliźniego w sensie "współrodaka" (Kpł 19, 18), w Księdze Powtórzonego
Prawa o miłowaniu "cudzoziemców, bo sami byliście cudzoziemcami w Egipcie" (Pwt 10, 19), a w Księdze Wyjścia o tym, że "nie wolno ci
uciskać obcego [...] gdyż sami byliście obcymi w ziemi egipskiej" (Wj
23, 9).
Pouczenie przywołane na początku, spisane w V wieku przed Chrystusem,
choć, jak już dziś wiemy, opierające się na bardzo starych przekazach,
sięgających nawet połowy drugiego tysiąclecia przed Chrystusem, jest
jednym z najstarszych, jeśli nie najstarszym w tradycji
judeochrześcijańskiej ustanowieniem relacji z Innym jako współistnienia.
Łączy ono w sobie dwa nakazy, które w innych miejscach Biblii, już przez
nas wspomnianych, a także w późniejszych ich odczytaniach, aż do dziś,
były i są traktowane rozdzielnie, a często wręcz przeciwstawnie, jako
przynależne różnym porządkom - racjonalnemu i irracjonalnemu. W pierwszym członie pouczenia mówi się o traktowaniu przybysza (obcego,
wędrowca, imigranta, uchodźcy etc.) jak rodaka, współobywatela, co
obejmuje i równość wobec prawa i przyzwolenie na odmienność (religijną,
rasową, narodową etc.). Zwłaszcza dzisiaj podkreśla się silnie ten
aspekt legislacyjny w ustanawianiu współistnienia, dowodząc często, że
zamiast mówienia o tolerancji i innych "nieuchwytnych" racjonalnie
wartościach powinniśmy skoncentrować się na stanowieniu konstytucyjnego
porządku gwarantującego prawa człowieka. Księga Kapłańska bynajmniej nie
lekceważy tego aspektu współistnienia, ale też na nim nie poprzestaje.
Jej pouczenie sięga dalej, ku miłości, która jest przekroczeniem,
zawartym już w samym "jak siebie samego" - tak miłować obcego oznacza
zmienić siebie samego, wyjść poza siebie. Ta miłość nie jest nam dana,
tak jak miłość własna, dlatego może zrealizować się tylko w przekroczeniu - w obcowaniu, najpiękniejszym słowie, jakie ma język
polski dla określenia współistnienia.
Ich troje
Przekroczenie mówi nam o duchowym rozwoju, ale także o konflikcie, który
rodzi granica i stanie na jej straży. Symbolizuje go dwóch mnichów i powstała między nimi kontrowersja. Czy po to stanowimy prawo, składamy
śluby, wyznaczamy granice, by potem je łamać, zrywać i przekraczać?
Konflikt ten wydaje się nierozstrzygalny dopóty, dopóki dwóch mnichów
traktować będziemy rozdzielnie, każdemu przypisując osobną ścieżkę i czyniąc prawdę któregokolwiek z nich jedyną. Nieprzypadkowo jednak w opowieści podążają oni jedną drogą, są i pozostają towarzyszami podróży.
Przywołując język ludzi pogranicza nawykłych do życia z innymi, które
nie zaciera odmienności, moglibyśmy powiedzieć: droga ich graniczy. To,
co ich łączy i dzieli stanowi o współistnieniu. Akt serca starszego
mnicha nie byłby możliwy bez granicy, której wierny pozostaje młodszy
mnich. Granica czyni nas wolnymi nie dlatego, że nas od czegoś oddziela
czy przed czymś zabezpiecza, ale dlatego, że stwarza nam możliwość
przekroczenia. Z tego powodu dwaj mnisi są jak bracia syjamscy,
stanowiąc nierozdzielne części całości, którą pragnie być zarówno
wspólnota, jak również każdy człowiek z osobna. Stajemy się sobą,
przekraczając siebie.
O współistnieniu stanowi także spotkanie. Li i Wu mogliby podróżować
razem, żyć pod jednym dachem klasztoru, spierać się i pięknie różnić,
ale to nie byłoby jeszcze obcowanie. Przestrzeń, w której "rozkwita
dobroć" otwiera przed nimi dopiero napotkanie nad brzegiem rzeki Innej.
Dopiero wtedy mogą stać się wolnymi, w sensie "dobrej samotności"
Krishnamurtiego. Opowieść mówi o przejściu przez rzekę. Wszyscy troje
stają na drugim brzegu. Potem podążają dalej, każde w swoją stronę.
Powrót na brzeg, z którego wyruszyli nie jest już możliwy. Po wspólnym
przejściu - a nie zapominajmy, że częścią tej wspólnoty są nie tylko
starszy mnich i niesiona przez niego kobieta, ale także przeprawiający
się obok młodszy mnich, który nie podniósł oczu na kobietę - każde z nich jest już kimś innym i znajduje się w innym miejscu. Budując
współistnienie, wszyscy się zmieniamy, nikt nie pozostaje przy swoim.
Prawdziwe obcowanie jest możliwe tylko wtedy, gdy zgodzimy się opuścić
własny brzeg, niezależnie od tego, czy zgadzamy się co do okoliczności,
w jakich przejście to się odbywa.
Młodszy mnich, czyli lęk
Tak jak starszy mnich budzi w nas podziw i dystans jednocześnie, tak z kolei młodszy, którego sytuacja zdaje się przerastać, jest nam
najzwyczajniej bliski. Dobrze znamy ciężar niespełnionego spotkania z Innym, kiedy pozostał obcym, bo zabrakło nam mocy, świetlistego daru,
odwagi, wolności, by spotkanie to przemienić w obcowanie. Ten ciężar
spoczywa w naszej chorobliwej pamięci, źle pojętej tożsamości,
fałszywych ideologiach, w tradycjach skażonych ślepym bólem albo zgubnym
poczuciem wyższości, w prymitywnym instynkcie dominacji, ślubach
składanych przez niewolnych lękiem i własną słabością. Niesiemy ten
ciężar przez kręgi własnej rodziny, w której różnych dokonywano wyborów
światopoglądowych, religijnych i narodowościowych i w której wybory
serca mieszały krew; niesiemy go przez kręgi najbliższego sąsiedztwa i pogranicza wielokulturowych społeczności, gdzie na porządku dziennym
były rasizm, nacjonalizm i inne formy nietolerancji; przez kręgi
imperiów budowanych na niewolnictwie i kolonialnym podboju. Jest tak
swojski, że wydaje się częścią nas samych, nierozdzielną, wpisaną w los
człowieka i wspólnoty.
Dlatego tak niepokojąca jest dla nas postawa starszego mnicha, zarzucamy
go pytaniami, na które sami sobie pospiesznie odpowiadamy, by zagłuszyć
jego odpowiedź, by dowieść nie tylko jego odstępstwa od nauk, będących
nakazami ludzkimi, ale także tego, że to my wiemy, co jest prawdą o życiu, a co jedynie mrzonką. Czując się życiowymi pragmatykami, z konformizmu, lęku i fałszu absolutnych racji, wznosimy zasłonę iluzji,
by nie dostrzec otwartej przez akt przekroczenia starszego mnicha
przestrzeni, w której działanie jest skuteczne, a ścieżka świetlista.
Czując się wiernymi przysięgom, łamiemy je w imię wyższej konieczności,
tak jak młodszy mnich, owładnięty myślą o grzechu innego mnicha złamał
ślub milczenia przed końcem dnia.
Przyznajmy: postawa młodszego mnicha znakomicie rezonuje ze światem
człowieka współczesnego - światem postmodernistycznego relatywizmu,
zacieranych granic, polityki pamięci, fetyszyzacji przeszłości, kryzysu
wielokulturowości, globalizacji gwałtownie spotykającej nas z obcymi.
Trudno ukryć, że w świecie, w którym żyjemy, nie udało nam się spotkanie
nad rzeką z Inną lub Innym, bo zamiast wyzwolenia, jakie daje
przekroczenie siebie, przyniosło ono niekończący się ciąg konfliktów i napięć, po raz kolejny w historii dających pożywkę rozmaitej maści
obrońcom partykularnych interesów.
Istotne pytanie, jakie powinniśmy teraz postawić, dotyczy dalszych losów
młodszego mnicha. Skoro jego postawa jest tak niepokojąco nam znana, to
nie powinniśmy urywać naszej opowieści na mądrości starszego mnicha,
nieubłaganie trafiającej w nasz słaby punkt, gruntownie podważającej
nasze mniemanie o sobie i jednocześnie trudno dostępnej. Opowieść o współistnieniu powinna biec dalej śladem młodszego mnicha i poszukiwać
mądrości w działaniu możliwym już po tym, co wydarzyło się nad rzeką.
Tak jak poprzednio młodszy Li potrzebny był starszemu Wu dla aktu
przekroczenia, tak teraz Wu powinien stać się oparciem dla Li w jego
usiłowaniu odnalezienia się w świecie, w którym obcy pozostaje na tym
samym brzegu, co on. Starszy mnich miał rację, twierdząc, że Li będzie
już zawsze podążał przez życie razem z Inną lub Innym. Nie zaszedłby
daleko, gdyby próbował tego nie dostrzegać lub przed tym uciekać. Każde
radykalne "pozbycie się problemu", które w historii przybierało postać
różnych form eksterminacji i czystek, zabiłoby również jego, skoro z obcym są już nierozdzielni. Wiemy też, że nie ma dla niego powrotu do
sytuacji sprzed przekroczenia rzeki, bo obcej kobiety już tam nie ma -
jest pośród nas, na naszym brzegu. Wyzwaniem losu będzie dla niego
obcowanie - budowanie wspólnoty z Innym. Przed nim kolejna rzeka do
przekroczenia, ale jeżeli tym razem stanie na wysokości zadania, to nie
po to, by napotkaną kobietę pozostawić na brzegu i pójść w swoją stronę,
lecz by z nią współistnieć. Jego przekroczenie spełni się, jeśli obca,
symbolizująca Innego, stanie się swoją - nie ciężarem, lecz miłośnie
rozpoznaną częścią jego samego.
Kobieta, czyli piękno i pamięć
Na koniec tej części naszej opowieści zapytajmy, kim była kobieta
spotkana przez dwóch mnichów na brzegu rzeki. W równym stopniu co
nieznana i inna, była piękna i młoda. Czyżby starożytni opowiadacze tej
historii chcieli nam zasugerować, że istnieje tu jakaś zależność, jakieś
pole przyciągania? Być może niesłusznie sprowadzamy sedno spotkania nad
rzeką tych trojga wyłącznie do ciężaru nagromadzonych frustracji i mniemań, które albo udaje nam się przezwyciężyć, albo nie. Czyż w napotkaniu Obcego nie dochodzi również do głosu przemożna potrzeba
wychylenia się ku nieznanemu pięknu i innej młodości? Czyż Obcy nie
pociąga nas, nie budzi w nas pamięci, a może nawet tęsknoty za czymś, co
utraciliśmy? Możemy być spontanicznie na to otwarci, jak Wu, albo
gwałtownie odwrócić od tego wzrok, jak Li, ale i w jednym, i w drugim
przypadku dajemy świadectwo emocjonalnej nieobojętności. Obcowanie, o którym snuje się ta opowieść, ma coś z przypomnienia - gdy staje się
rzeczywiste, czujemy w nim obecność Erosa i Mnemosyne.
Opowieść biegnie dalej
Przyszłe losy bohaterów opowieści o dwóch mnichach i kobiecie nad
brzegiem rzeki rodzą wiele pytań. Czy kobieta w dalszym swoim życiu
postępowała drogą, którą wskazał jej starszy mnich? Czy potrafiła oddać
dar Innemu? A może zamknęła się w sobie, bo zachowanie młodszego mnicha
pozostawiło w niej głęboki uraz do religii, mężczyzny, nieznajomego.
Mogła też o tym zdarzeniu zapomnieć, nie odnajdując powiązania między
doznaną kiedyś pomocą ze strony obcego a własną obojętnością wobec losów
innych potrzebujących pomocy. A nawet gdyby odczuwała takie powiązanie,
może nie potrafiłaby tej sytuacji sprostać, wypierając prawdę w sferę
tabu, do czego skłaniały ją warunki życia, otoczenie, lęk o przetrwanie
lub inne okoliczności? A dwaj mnisi, czy pozostali w przyjaźni? Czy
starszego mnicha relegowano z zakonu? Czy w oczach bliskich był mędrcem,
czy zdrajcą? Jak biegła ścieżka dalszego życia młodszego mnicha, w skrusze i dialogu z innymi czy w nienawiści i żądzy odwetu?
Rzeczywistość epoki narastających konfliktów kulturowych podpowiada
radykalnie dramatyczne scenariusze, z udziałem przemocy, wykluczenia,
publicznego linczu i erupcji niskich instynktów. Czy działanie
określające tożsamość tych trojga otwierało proces jej ciągłego
ukształcania, czy też zamykało ich życie w raz na zawsze ustanowionych i nieprzekraczalnych granicach? Jak, a może jaka tożsamość buduje we
współczesnym świecie wspólnotowość?
Pytanie o sztukę życia razem, a nie o indywidualną prawdę czy wolność,
zmierza do samego serca opowieści o obcowaniu. Dlatego powinniśmy teraz
skierować naszą uwagę na przyszłe koleje losu bohaterów dramatu
wydarzającego się na granicy spotkania z Inną lub Innym i zapytać o możliwość przekroczenia podziałów, które powstały między nimi wskutek
tego doświadczenia.
Przed spotkaniem mnisi połączeni byli wędrowaniem, wspólną wiarą i przyjaźnią; kobieta była samotna, nie narażona na odrzucenie jej prośby
przez obcego ani też na przyjęcie od niego daru. Zerwany most na rzece
sprawił, że ich życiowe ścieżki skrzyżowały się, naruszając stare i budując nowe więzi. Aby przekroczyć rzekę, musieli zbudować między sobą
niewidzialny most, pełen napięć i współzależności. Jak możliwe byłoby
ich wspólne życie na drugim brzegu? Można oczywiście założyć, że drogi
tych trojga się rozejdą, że nie są skazani na bycie sąsiadami i w ten
sposób pozostawić za sobą splot trudnych pytań i międzyludzkich obcowań,
tak jak stary mnich pozostawił kobietę na drugim brzegu. Zdajemy sobie
jednak sprawę, że w ten sposób jedynie salwujemy się ucieczką od
problemu, który będzie nieustannie do nas powracał, zakorzeniony w naszym codziennym bytowaniu, domagający się praktycznych rozstrzygnięć.
Coś sprawiło, że dwaj mnisi i kobieta znajdują się w ruchu, są
migrantami, potrzebują przekroczenia. To coś stanowi signum temporis
epoki globalizacji, ale też sięga do prawdy o człowieku w ogóle.
"Niechby łódź Argo jak ptak nie pomknęła / Przez Symplegady ciemne do
Kolchidy". Ale pomknęła, i na nic tu wołanie piastunki Medei otwierające
tragedię Eurypidesa o konsekwencjach podróży poza limes własnego świata.
Powtarzające się od tysiącleci wołanie o pozostanie u siebie, gdzie
bezpiecznie i swojsko. Na próżno. Progi domostw i bramy ojczyzn są
przekraczane, mosty zrywane i odbudowywane, a życie w wielokulturowym
społeczeństwie jest dniem powszednim coraz większej liczby ludzi. Nic,
żadne reżimy wizowe bądź wzmacnianie murów obronnych, nie zmieni tego,
że granice kulturowe przemieszczają się razem z człowiekiem,
przynoszącym je ze sobą do wspólnot, w których zamieszkuje.
Ustanawiane na zewnętrznych rubieżach zapory, w postaci check pointów
albo strażników bramy nie są w stanie tych granic zarekwirować
człowiekowi ani też uwolnić go od nich. Co więcej, nawet potrafiąc
samemu poradzić sobie z nimi, znajdując siłę wewnętrzną do ich
przekraczania czy pozostawiania ich za sobą, nasze współżycie z innymi
we wspólnocie sprawi, że w dalszym ciągu będziemy musieli się z nimi
zmagać. Starszy mnich mógłby ostatecznie "uwolnić się" od kobiety, żyjąc
w samotności. Jeśli jednak uznamy, że w przyszłości ich drogi z młodym
mnichem się nie rozejdą, znaczyć to będzie, że kobieta w dalszym ciągu
pozostanie częścią jego życia poprzez tego, który inaczej niż on sam
odniósł się do spotkania z nią. Wiele też zależeć będzie od samej
kobiety i od tego, jak potoczą się koleje jej losu. Powtórzmy raz
jeszcze - moglibyśmy ich rozdzielić, zakładając, że nie spotkają się już
więcej. Nie zbliży nas to jednak do prawdy o obcowaniu. Współżyjąc z innymi w wielokulturowych społeczeństwach, doświadczamy rzeczywistości,
w której losy tych trojga są ze sobą splecione.
Czas teraz na to, aby refleksja o obcowaniu weszła w dialog z myślą
Józefa Tischnera, księdza i filozofa, on nie pozostawiłby ich samych
sobie: tak kobiety nad brzegiem rzeki, jak i młodego mnicha na drugim
brzegu, ani też nie przystałby na odosobnienie starego mnicha w jego
wyniosłej acz samotnej mądrości, szukając dla niego miejsca za stołem
całej wspólnoty.
Tischner, czyli z kim żyć?
Zapytany: "Jak żyć?", ksiądz Józef Tischner odpowiedział: "Nieważne
jak, ważne - z kim". Przygotowywał się już wtedy do odejścia z tego
świata. Wcześniej ukazały się jego rozważania o sensie istnienia pod
tytułem Jak żyć?. Odnajdziemy w nich mądrość starego mnicha. To, co dla
naszej opowieści jest istotne w myśli i postawie Tischnera, to fakt, że
filozof i mędrzec spotyka się w nich z praktykiem duchowości (moglibyśmy
również powiedzieć: praktykiem wspólnotowości, gdyż w jego słowniku
pojęcia te pozostają nierozdzielne).
Tischner-praktyk nie porzuca współżycia z innymi na rzecz poszukiwania
prawdy, jak przydarza się to poetom i filozofom podążającym za głosem
dajmoniona, lecz poszukuje uwiarygodnienia prawdy w międzyludzkim
dramacie współistnienia. Autor Etyki Solidarności opowiada się nie tyle
za obstawaniem przy zasadach moralnych, ile za staniem przy
grzesznikach, słabszych, zagubionych i tych wszystkich, którym zdarza
się naruszać te zasady, a przynajmniej którzy nie potrafią im w danej
chwili i miejscu sprostać. Ponieważ był głęboko wierzącym
chrześcijaninem, uważał, że jego miejsce jest nie tyle i nie tylko
pośród tych, którzy wyznają i czynią wspólne z nim wartości, ile pośród
tych, którzy myślą i czynią inaczej bądź niedoskonale. Dlatego następuje
u niego przełamanie tradycyjnej filozoficznej refleksji nad tym "jak
żyć?" ku otwarciu przestrzeni współżycia "z kimś". Ona staje się
najważniejsza dlatego, że uwiarygodnia bądź nie refleksję filozoficzną.
Przy czym ów ktoś, z którym współżyjąc, rozstrzygamy o tym, co
najważniejsze, nie jest kimś przeze mnie wybranym, odseparowanym od
reszty zbliżającymi nas ku sobie przymiotami w rodzaju wspólnoty krwi,
jedności wiary czy zbieżności poglądów. Ów ktoś jest każdym, kim obdarza
mnie sąsiedztwo, wspólnota losu, przypadkowe spotkanie w drodze. Jest
inny ode mnie. Zbiór mądrości pod tytułem "Jak żyć?" dopiero wówczas
nabiera pełnego sensu, kiedy inicjuje mnie w sztukę życia z tym "kimś".
Wtedy jedynie staje się obcowanie.
Lekarz i filozof
Tischner zdawał sobie oczywiście sprawę, że obcowanie, o którym toczy
się ta opowieść to sztuka trudno osiągalna w realiach społecznych,
politycznych i kulturowych, w jakich dane było mu żyć. Snując tę
opowieść dzisiaj, odkrywamy, że jego głębokie zatroskanie o wspólnotowość i solidarność w okresach reżimu komunistycznego i transformacji ustrojowej zyskuje dzisiaj na wadze i sprawia, że książki
pisane przez niego w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych
ubiegłego wieku stają się zaskakująco aktualne. Dotyczy to zwłaszcza
tekstów poświęconych analizie syndromu zamykania się człowieka i społeczeństwa przed światem i obcymi. Myśl Tischnera w tej dziedzinie
ukształtowała się w dialogu z Antonim Kępińskim, wybitnym psychiatrą i humanistą, prekursorem psychoterapii indywidualnej i grupowej.
Tischner poznał Kępińskiego dzięki pośrednictwu Romana Ingardena,
jeszcze w latach sześćdziesiątych. Jego myśl terapeutyczną uznawał za
odmianę polskiej filozofii nadziei, zrodzonej z traumy drugiej wojny
światowej. "Ten wie o człowieku więcej niż Freud, Heidegger, Levinas" -
pisał o lekarzu z Krakowa. Życie na pograniczu wiele nauczyło
Kępińskiego. Urodzony w 1918 roku w Dolinie koło Stanisławowa, podczas
wojny polsko-ukraińskiej na Kresach jako dziecko dostaje się do niewoli
ukraińskiej, gdzie życie ratuje mu ukraińska niańka. Na getto ławkowe
podczas studiów medycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim odpowiada,
siadając z Żydami w ławce. Nie ustrzegło go to od ciężkiego pobicia
przez socjalistów za noszenie czerwonej czapki wydziału lekarskiego,
utożsamianej z endekami. W frankistowskim obozie koncentracyjnym, gdzie
go więziono przez prawie trzy lata, zostaje ciężko pobity i na miesiąc
zamknięty w głodowej celi. Będzie jednym z pierwszych psychoterapeutów,
którzy podejmą pracę z byłymi więźniami Auschwitz. Był współredaktorem
"Przeglądu Lekarskiego - Oświęcim", dwukrotnie nominowanego do Pokojowej
Nagrody Nobla, gdzie zamieszczał swoje studia dotyczące między innymi
KZ-syndromu (zespół choroby obozowej), dzięki którym syndrom ten został
włączony do międzynarodowej klasyfikacji chorób psychicznych.
W 1969 roku Kępiński zachorował na raka szpiku kostnego. Ze słynnego
gabinetu w piwnicach krakowskiej kliniki psychiatrii, gdzie za czasów
austriackich trzymano najciężej chorych i agresywnych pacjentów,
przeniesiono go do pokoiku na ostatnim piętrze kliniki nefrologicznej, w którym kilkakrotnie przed jego śmiercią pojawił się Tischner. Pożegnał
przyjaciela esejem Filozofia wypróbowanej nadziei z 1973 roku. W dziesiątą rocznicę śmierci Kępińskiego, podczas stanu wojennego napisał
esej Społeczeństwo dialogu. Podkreślał, że to, co najbardziej ich
zbliżało, to formuła Gabriela Marcela "pozwolić drugiemu być".
Pielgrzym i człowiek z kryjówki
Najważniejszym studium napisanym przez Tischnera w dialogu z Kępińskim
jest tekst Ludzie z kryjówek, opublikowany po raz pierwszy w "Znaku" w 1978 roku. Powstał on niejako na marginesie dogłębnej lektury
Psychopatii, ostatniej książki napisanej przez Kępińskiego, wydanej
drukiem w 1977 roku. Czytany dzisiaj, jawi się jako przenikliwy obraz
społeczeństwa zranionego głębokimi wewnętrznymi podziałami, obsesyjnie
lękającego się otwarcia na świat i spotkania z Innym, i z jednakową
obsesją poszukującego kozła ofiarnego w tymże zewnętrznym świecie.
Tischner był świadom tego, że język i wiedza Kępińskiego czerpana z głębokiej empatii wobec pacjentów wykraczają daleko poza indywidualne
schorzenie chorobowe, że dotykają wymiaru uniwersalnego i że da się za
ich pomocą opisać i zdiagnozować człowieka i wspólnotę dotkniętych
syndromem zamknięcia oraz dramatem skrajnie spolaryzowanych,
wykluczających się wzajemnie postaw.
Ten moment naszej opowieści o obcowaniu, w którym jesteśmy już na drugim
brzegu i zapytujemy o konsekwencje wspólnego przekroczenia rzeki jest
momentem najwłaściwszym do nawiązania dialogu z myślą i praktyką
wspólnotową lekarza i filozofa w osobach Kępińskiego i Tischnera. To, co
wydarzyło się przed tym spotkaniem, w przypadku obu mnichów zawiera się
w tym, jak Tischner określał etos pielgrzyma. Chodzi tu o postawę
człowieka wędrownego, podążającego ku nieznanemu, nielękającego się
porzucić balastu przeszłości, umiejącego czerpać z bieżącej chwili to,
co potrzebne do drogi, doświadczającego nadziei - najcenniejszego,
zdaniem filozofa, daru życia, dzięki któremu czynimy wartości.
Zachowanie starszego mnicha podczas przekraczania rzeki doskonale mieści
się w etosie pielgrzyma. Gdybyż to nasze życia dało się opisać
opowieścią o kobiecie w potrzebie, której z pomocą przychodzi starszy
mnich, w działaniu łączący roztropność z porywem serca! Przypomina to
wydarzenie w życiu młodego Jazona, przywódcy Argonautów i przyszłego
męża Medei. I on również, na początku swej drogi po złote runo spotyka
nad brzegiem rzeki kobietę, wprawdzie starą, ale to tylko postać, którą
przybrała piękna bogini Atena, by poddać wędrowca próbie. Jazon zdoła
sprostać jej prośbie, przeniesie ją na drugi brzeg, zjednując sobie
opiekunkę dla dalszej podróży i gubiąc w nurcie rzeki sandał. Od tej
chwili będzie monosandalos - tym, któremu przeznaczone jest odnaleźć
cząstkę samego siebie poza limes własnego świata, w spotkaniu z obcymi.
Gdybyż potrafił sprostać tej postawie do końca swoich dni! Życie jego
zapętla się jednak w tragedię nieudanego spotkania z Obcą i kończy
litościwym aktem łaski Ateny, która - sprawiając, że zabija go spadający
maszt łodzi Argo - ustrzega go przed popełnieniem samobójstwa.
W świecie greckim Jazon jest przegranym, a zdobyte przez niego złote
runo jest bezwartościowe, gdyż w drodze powrotnej dopuścił się zdrady i sponiewierał dary gościnności i miłości. Ale w świecie współczesnym ta
przegrana nie jest już tak oczywista. Mógłby z łatwością zgromadzić
wokół siebie wielką rzeszę sprzymierzeńców, dla których najważniejsza
byłaby zwycięska droga na szczyt, a nie sposób, w jaki z niego powraca,
czyli to, jak dochowuje wierności przysięgom i obietnicom składanym dla
osiągnięcia sukcesu i jak oddaje dary, przyjęte w drodze na drugi,
niedostępny bez nich brzeg. Imponowałby także swoją wyższością nad
innymi kulturami, które potrafi sprytnie wykorzystać na własną korzyść,
oraz przekonaniem o prymacie interesu swojego ludu i królestwa nad
dobrem wspólnym. Nawet od osób, którym taka postawa jest wewnętrznie
obca, usłyszymy: przestańmy idealizować, weźmy życie takim, jakim ono
jest.
Do naszej opowieści wkracza "życie takie, jakim ono jest" uosabiane
przez młodszego mnicha. Jego postawa niesie w sobie najwięcej cech, z którymi spotykamy się na ostrych krawędziach podziałów współczesnych
społeczeństw. Ludzi takich spotkamy na barykadach obrońców
partykularnych racji i interesów albo przy urnach wyborczych
decydujących o tym, że w większości państw europejskich wzrasta poparcie
dla polityków budujących swoją popularność na pogłębianiu lęku wobec
obcych i traktujących tożsamość narodową bądź kulturową jak twierdzę
obronną przed resztą świata. Tischner określi ich mianem "ludzi z kryjówek".
Zmiana, jaka dokonała się w byciu w świecie młodego mnicha po tym, jak
znalazł się na drugim brzegu, opisana przez nas na samym początku
opowieści, doskonale odpowiada zachowaniu "człowieka z kryjówki":
przestaje uważnie postrzegać otaczającą go rzeczywistość, lęka się
spotkania z kimkolwiek, ciąży mu przeszłość, wędrowanie zamienia się w ucieczkę od ludzi i świata. "Przestrzenie obcowań" - jak nazywa je
Tischner - obu mnichów, a więc pielgrzyma i człowieka z kryjówki,
zaczynają diametralnie się różnić. W przypadku pierwszego z nich jest
ona elastyczna, odpowiada realnym potrzebom drugich i własnym
możliwościom ich zaspokojenia. W przypadku drugiego staje się sztywna,
jakby raz na zawsze ustalona, każde jej naruszenie może być łatwym
pretekstem do oskarżenia drugiego, natomiast własna słabość czy grzech
są w tej przestrzeni obcowania głęboko skrywane. W tej sytuacji młody
mnich będzie robił wszystko, by uwypuklić fakt, że starszy mnich, wbrew
złożonym ślubom, dotknął ciała kobiety, a także wszystko, by ukryć
złamanie przez siebie ślubowania milczenia do zachodu słońca. Eskalacja
oskarżeń zmierzać będzie do zawładnięcia drugim. Jest to najbardziej
charakterystyczna forma oswojenia bliźniego i świata przez człowieka z kryjówki.
Tischner, za Kępińskim, analizuje różne warianty gry psychologicznej
prowadzącej do zawładnięcia drugim człowiekiem. Jest wśród nich
histeria, która czyni z przestrzeni obcowań swoisty teatr, gdzie
wystawiane na pokaz skrajne emocje służą do manipulowania ludzkimi
uczuciami, do wprowadzania innych w sytuacje wyreżyserowane własnym
lękiem i uprzedzeniem wobec drugiego, jawiącego się jako wróg, który
albo nam ulegnie, albo stanie się obiektem naszej agresji. Wszystko to,
co pcha histeryka na scenę, psychastenika z kolei zamyka w samym sobie.
W prowadzonej przez siebie grze ucieka się do maski uległości i pozornie
łagodnego usposobienia, w momencie zerwania obnaża ona jednak gniew i zawiść, syndrom sługi, który ma szansę stać się władcą pana. Formą
postępowania najbliższą postawie młodego mnicha jest anankastia.
Ludzi z syndromem anankastii zamyka w kryjówce obsesja walki ze złem,
które dostrzegają zarówno w sobie samych, jak i w najbliższym otoczeniu.
Kępiński pisał o nich:
Fakt, że otoczenie ma w sobie tyle zła, jest dla nich dużym
pocieszeniem, gdyż czują się dzięki temu lepsi od swych bliźnich. [...]
U anankasty od wczesnych lat życia wytwarza się pustka między nim a światem otaczającym; zamiast związków opartych na uczuciach, wytwarzają
się związki oparte na poczuciu obowiązku, zakazy i nakazy [...].
Anankasta boi się życia, gdyż nie ma odwagi przyjąć związków uczuciowych
z otoczeniem, a uczucia są pierwszym i zasadniczym subiektywnym
przejawem życia; żyje "z drugiej ręki", tj. wedle nakazów i zakazów
swego otoczenia społecznego. Życie jego jest puste, jałowe,
sztuczne3.
Egocentryzm anankasty różni się od egocentryzmu histerycznego tym, że
uzasadnia siebie szczytnymi ideami, które mają zbawić ludzi i świat
cały. W stronę drugiego kierowane są oskarżenia we wszelkie możliwe
sposoby wtrącające go w poczucie winy i w konieczność nieustannego
dowodzenia swej niewinności. Przestrzeń obcowania w tym przypadku
zdominowana jest wyższością moralną anankasty, jego pretendowaniem do
prawdy absolutnej. Towarzyszy temu wewnętrzne rozdarcie, związane z tym,
że nie potrafi uwolnić się od odczuwania zła, które dostrzega u innych,
w sobie samym, co w konsekwencji zamyka go jeszcze bardziej w kryjówce.
Podstawą organizacji przestrzeni obcowań opisywanych przez Kępińskiego i Tischnera jest lęk oraz pogłębiające się przeciwieństwa. Człowiek z kryjówki ustanawia swoją tożsamość na oddzieleniu, negacji i zamknięciu.
Drugi człowiek jest tym, któremu nie można ufać, wrogiem, nad którym
albo trzeba zapanować, albo go unicestwić. Możemy go poznawać, ale to
niczego nie zmienia, bo zanim doświadczyliśmy spotkania z nim,
wiedzieliśmy o nim wszystko. Kępiński podkreśla, że znalezienie się w przestrzeni obcowania, która staje się grą o władanie, dokonuje się
wbrew naszej pierwotnej woli, że decydują o tym środowisko i życiowe
okoliczności, bowiem nikt z nas nie przychodzi na świat z wrodzonym
lękiem wobec innych ludzi, to inni wydobywają z nas to, co znajduje się
jedynie w stanie możności. Tischner dodaje, że "człowiek posiadany" jest
człowiekiem utraconym, a jego bliskość nikogo nie uszczęśliwia, lecz
przyprawia goryczy. "Im bardziej posiada się człowieka, tym trudniejsza
do pokonania ściana dzieli bliskich posiadanych od bliskich
posiadających"4. W tej sytuacji najważniejszym
staje się pytanie o to, jak wyjść z tego impasu. To ono będzie głównym
przedmiotem troski lekarza i filozofa, które ustanawia ich praktykowanie
duchowości. Tym samym powracamy do naszego pytania o możliwość
współistnienia grupy ludzi, między którymi okoliczności trudnego
spotkania z innością, w tym lęk i granice kulturowe uwidoczniły głębokie
podziały.
"Ja" sprzyja prawdzie, gdy "ty" akceptuje drugiego
Tischner miał świadomość, że w swoich rozważaniach o ludziach z kryjówki, unaoczniających kryzys wspólnotowości we współczesnym świecie,
musi wyjść poza krytyczną analizę samej choroby i opisywanie jej
objawów. To, co interesowało go najbardziej, to możliwość wydostania się
z kryjówki i ustanowienia przestrzeni obcowania jako międzyludzkiej
wspólnoty. Potrzebny jest do tego inny od krytycznego język i inna od
bezstronnej obserwacji postawa. Podkreślał, że "psychoterapia więcej wie
o strukturze patologii niż o procesie uzdrawiania, a z kolei etyka -
więcej o strukturze winy niż o procesie nawrócenia"5. W zbliżeniu lekarza i filozofa widział szansę na
zapełnienie tej luki. Próbował dokonać tego już w samym tekście Ludzie z kryjówek, co dla naszej opowieści ma w istocie rozstrzygające znaczenie.
Tischner nie pozwalał sobie na bagatelizowanie i relatywizację dramatu
zamykania się człowieka i społeczeństwa. Dostrzegał w tym głęboką ranę
determinującą naszą emocjonalność i postępowanie, bardzo trudną do
zagojenia:
Przejście z przestrzeni nadziei w przestrzeń kryjówki jest upadkiem
człowieka o głęboko etycznym znaczeniu. I choć nie jest to upadek w grzech, w świadomą i dobrowolną winę, to jednak jest to naprawdę upadek.
Człowiek żyje na poziomie nijakości, poza dobrem i złem, jest ani winny,
ani niewinny, jego odpowiedzialność znalazła się w stanie uwiądu. Nie
znaczy to jednak, że człowiek stracił w ten sposób swą ludzką godność.
Rzecz w tym, że cała godność człowieka sprowadza się do wartości
cierpień, którym podlega. Znamiennym rysem ludzi z kryjówek jest to, że
sami cierpią i innym przysparzają cierpień. I, co najgorsze, ich
cierpienia są równie wielkie, jak niepotrzebne6.
Kolejnym istotnym krokiem na drodze do przezwyciężenia zamknięcia jest
porzucenie płaszczyzny konfrontacji, na której "dialektyka
przeciwieństwa stanowi o sposobie obcowania z ludźmi". Kto wie, czy nie
jest to najtrudniejsze wyzwanie. Tym bardziej że dotyczy ono każdego
obcującego z nami i każdego, z kim obcujemy. Ci, którzy mają rację,
zamiast doczekać się jej uznania przez innych, muszą zająć się
budowaniem mostu. A nie jest to łatwe tak dla ludzi z kryjówek, jak i dla tych spoglądających na nich z politowaniem. Ani język, którym
dysponujemy, ani kultura, w tym medialna, w której jesteśmy zanurzeni
temu nie sprzyjają. Skąd brać siły, aby podjąć to wyzwanie? Kępiński
wierzy w wyzwolenie ze zniewolonej przestrzeni obcowań, warunkiem jest
"głęboki przewrót w sposobie przeżywania wartości". Tischner, idąc jego
śladem, przekonuje, że człowiek pochwycony w sieć schorowanej wyobraźni
utrwalających się podziałów "musi przetrawić siebie", wydobywając się na
taką płaszczyznę życia, na której czuje się sobą i u siebie.
Zakorzenienie w prawdzie o sobie wzmacnia nas w spotkaniu z innym i daje
przyzwolenie otwarciu.
Głęboka polaryzacja społeczna, jakiej dziś doświadczamy sprawia, że
"ludzi z kryjówek" odnajdujemy nie tylko pośród tradycyjnych
przeciwników otwartości na świat i na drugiego, ale także w kręgach
liberałów czy kosmopolitów. Ich otwartość na świat niekoniecznie
pokrywa się z wychyleniem ku drugiemu, z którym sąsiadują. Zastąpienie
współistnienia linią frontową sprawia, że oddzieleni jesteśmy od siebie
ścianą uprzedzeń, złudzeń i krzywdzących osądów. W konsekwencji
przeżywanie naszej własnej godności opiera się na skrzywionych
wyobrażeniach i przekazach, zatruwających to, co Kępiński nazwał
"metabolizmem informacyjnym" i co w warstwie biologicznej, emocjonalnej
i społeczno-kulturowej decyduje o naszej wspólnotowości, czyli właściwej
wymianie informacji żywego ustroju z otoczeniem. Przywrócenie harmonii
metabolizmu informacyjnego dokonać się może jedynie przez doświadczenie
horyzontu prawdy, możliwe nie przez narzucenie z zewnątrz czy pouczenie,
lecz przez "przetrawienie siebie".
Podążając dalej, zapytajmy o sposoby uporządkowania metabolizmu
informacyjnego. Lekarz podkreśla potrzebę poszerzenia świadomości, pracy
nad sobą i swobodnego odreagowania kompleksów emocjonalnych. Nie będzie
to możliwe bez szczerej aprobaty siebie i pozyskania tej aprobaty w oczach innych. Im bardziej wgłębiamy się w proces możliwego wychodzenia
z kryjówek, tym lepiej rozumiemy, dlaczego Tischner powiedział księdzu
przygotowującemu rekolekcje na temat "jak żyć?", że ważniejsze od tego
jest "z kim żyć?". To drugi może spotęgować w człowieku ducha sprzyjania
prawdzie i to inni sprawiają, że chowamy się do kryjówek.
Kępiński kierujący się empatią wobec swoich pacjentów, tak często i niesprawiedliwie wykluczanych ze wspólnoty, przejmująco pisał o kłamstwie sceny, która zwodzi patrzeniem z góry na innych, o kłamstwie
oskarżycielskich piedestałów ustanawiających przestrzeń obcowania na
strukturze przeciwieństwa. Tischner uważał, że samo pokazanie tego
kłamstwa działa wyzwalająco, ale nie poprzestawał na tym, gdyż z samej
negacji nie da się zbudować etosu solidarności.
Lekarz i filozof zgadzają się, że są dwa warunki wyprowadzenia człowieka
z lęku usidlającego go w kryjówce i poddającego go żądzy zawładnięcia
innym: otwarcie na prawdę i drugi człowiek. Warunki te są głęboko ze
sobą powiązane. Moglibyśmy powiedzieć, że "ja" człowieka w kryjówce
zaczyna sprzyjać prawdzie wtedy, gdy ten "ktoś / każdy" spoza kryjówki
zdobywa się na akceptację drugiego, a tym samym staje się tym drugim, na
którego jest zapotrzebowanie w zamykającym się społeczeństwie. Mamy więc
tu do czynienia z całym splotem uwarunkowań składających się na proces,
który raz uruchomiony może przemienić się w konstruktywne budowanie
współistnienia w trudnej przestrzeni obcowania, naznaczonej
resentymentem zerwanych więzi, naruszonych granic i zniewolenia lękiem.
Ludzie, którzy zamieniali się w aktorów, by manipulować emocjami innych,
albo pozorowali służbę, by panować, albo też moralizowali, by ukryć
własne poczucie winy i by wpędzić w nie domniemanych wrogów - oni
wszyscy zdani są na "przetrawienie siebie". I może z tego właśnie
przetrawienia wyrabia się prawdziwe spoiwo wspólnoty? Czyż spotkanie
dwóch mnichów i kobiety nad brzegiem rzeki nie mówi nam o tym, że
wyeliminowanie którejkolwiek z niewygodnych cząstek tej całości w dłuższej perspektywie nie ułatwi nikomu z nich życia, gdyż odebrana im
zostanie wówczas szansa wtajemniczenia w sztukę życia razem z kimś innym
od nas, rzecz dla naszej ludzkiej egzystencji najważniejsza? Oto
prawdziwy sekret obcowania. Tylko że powiedzieliśmy chwilę wcześniej:
proces raz uruchomiony... Zbyt łatwo przeszliśmy do porządku dziennego nad
samym progiem kryjówki, który najtrudniej jest przekroczyć. Od czego
trzeba zacząć? Jak przełamać siebie?
Przekroczenie, czyli godność
Jako praktyk duchowości, Tischner wiedział, że jeśli człowiek widzi
koniec, a nie widzi początku, będzie mimo wszystko bardziej kochał
złudzenie niż prawdę. Dlatego nie dawało mu spokoju pytanie o to, jaki
początek daje etyka nadziei? Po odpowiedź wrócić musimy do wnętrza
kryjówki. Istnieje lęk, który każe człowiekowi szukać tam schronienia
dla siebie, ale istnieje jeszcze inny, równie silny - to lęk przed
wyjściem w otwartą przestrzeń, tym trudniejszy do przezwyciężenia, im
dłużej i głębiej schowany był człowiek w kryjówce. Jego nieszczęściem
jest wiara w to, że
gdy tylko pokaże ludziom, kim jest, gdy odsłoni swoje "dno", ludzie
rzucą się na niego, by go wyszydzić. W tej niewierze w ludzi leży jego
tragedia. Idzie więc o to, aby człowiek przełamał swoją niewiarę. Bo
prawda wypowiedziana o sobie jest zawsze czymś wielkim, niezależnie od
tego, czy jest to prawda o ludzkiej cnocie, czy winie. Kto się
przyznaje, ten wchodzi pod opiekę prawdy7.
Istnieje wszakże jeszcze druga, zewnętrzna strona progu kryjówki, która
ma skłonność do stygmatyzowania człowieka w niej usidlonego, sadzania go
na ławie oskarżonych lub wykluczania ze wspólnoty. Inaczej mówiąc, lęk
przed przekroczeniem progu znajduje swoje uzasadnienie zarówno po
wewnętrznej, jak i zewnętrznej jego stronie. Ludziom z kryjówek
współczesnego świata nie wystarczy powiedzieć, jak mają żyć, odsyłając
ich do filozoficznych mądrości, które w działanie potrafili przemieniać
stary mnich albo Tischnerowski pielgrzym. Oni muszą mieć jeszcze z kim
żyć.
Sytuacja progu, o której tu mówimy, nie jest początkiem wszystkiego.
Bardzo wiele dokonało się wcześniej. Ludzie zamknęli się w kryjówkach,
więzi międzyludzkie zostały pozrywane, spotkania z innym się nie udały,
lęk i wrogość zdominowały przestrzeń obcowań. Próg, na który dotarliśmy
z naszą opowieścią, jest potencjalnym nowym początkiem. Troje naszych
bohaterów znajdujących się już na drugim brzegu rzeki pozostaje w oczekiwaniu na nowy gest. Jego tajemnicę doskonale uchwycił Tischner,
stwierdzając, że chodzi o "gest serca i rozumu, dzięki któremu człowiek
wymyka się samej zasadzie przeciwieństwa". Zapisując te słowa, filozof
nawiązuje myślą do stanu, w którym o tym, czy człowiek wyzwoli w sobie
wewnętrzną siłę na przekroczenie progu decyduje poczucie ludzkiej
godności. Kępiński i Tischner zgodziliby się, że sponiewieranie godności
człowieka jest tym, co najmocniej usidla go w kryjówce, mocniej nawet
niż lęk, wewnętrzne kompleksy czy słabo rozwinięta świadomość. Po raz
kolejny przekonujemy się, jak istotny dla naszego istnienia jest ten,
który pozostaje na zewnątrz nas, po drugiej stronie progu kryjówki,
najbliższy sąsiad naszej inności. Jedynie on ludzi z kryjówek obdarzyć
może gestem przywracającym im godność. Następuje wtedy coś w rodzaju
"wyrównania przestrzeni" - znikają sceny teatru, piedestały
oskarżycieli, więź opartą na zawładnięciu zastępuje "więź powiernictwa
nadziei". Budujemy sytuację nowego początku, pozwalając drugiemu być,
sprawiając, że może on powierzyć część swojej nadziei Innemu, a także
wziąć na siebie część jego nadziei, dojrzewamy wspólnie z ludźmi z kryjówek do przekroczenia progu...
Wiedza i praktyka wspólnotowa lekarza i filozofa w osobach Kępińskiego i Tischnera nie pozwoliły nam pozostawić obu mnichów i kobiety samych
sobie. W sytuacji nowego początku, w jakiej znaleźli się na drugim
brzegu, musi nastąpić przełamanie, wyzwalające siłę wewnętrzną dla
przezwyciężenia podziałów, które po dramacie spotkania z innością
zdominowały ich przestrzeń obcowań. Wcześniej, podczas przejścia przez
rzekę, dokonał tego stary mnich. Kto teraz zdobędzie się na gest serca i rozsądku, który pozwoli im wymknąć się samej zasadzie przeciwieństwa i nie dać się usidlić w kryjówkach? Wszyscy są już teraz "ludźmi po
przejściach", ponieważ doświadczyli obcości i naruszenia granic
uznawanych wcześniej za niezmienne, lęku i głębokich podziałów, a także
konsekwencji otwarcia się lub zamknięcia na Innego. Dla starszego mnicha
przyjście z pomocą znajdującemu się w potrzebie młodemu mnichowi, z którym łączą go więzi przynależności do tego samego zakonu i stara
przyjaźń, w tej nowej sytuacji może okazać się trudniejsze od tego, co
uczynił względem obcej kobiety. Dużo większe problemy ze zdobyciem się
na podobny gest będą mieli młodszy mnich i kobieta, w których nieudane
spotkanie nad rzeką mogło pozostawić rany potęgujące lęk i uprzedzenie.
Opowieść o obcowaniu jest opowieścią o dwóch brzegach. Na pierwszym z nich pomagamy Obcej lub Obcemu - wychylamy się ku nim z naruszeniem
własnych granic i zasad, otaczamy opieką mniejszości, słabszych,
przychodźców, a w konsekwencji przygotowujemy narzędzia prawne i systemowe, jak europejskie multi-kulti, obejmujące między innymi
dyskryminację pozytywną czy parytet płci. Na drugim brzegu to już nie
wystarcza. Wyzwaniem stają się nie tylko inni, ale w coraz większym
stopniu ci, którzy nie zostali włączeni do procesu otwierania się
społeczeństwa, zradykalizowali swój stosunek do obcych i usztywnili
granice swych tożsamości narodowych czy kulturowych. Wspólnie z nimi
jesteśmy społeczeństwem "po przejściach". By żyć dalej razem,
potrzebujemy przełamania. Nie jest najważniejsze, kto tego dokona, choć
dostrzegamy rosnący potencjał kobiety znad brzegu rzeki w tej na nowo
zawiązującej się wspólnocie, a więc osoby, która przyjmując dar od
obcego i przełamując lęk wobec tego, kto pozostał zamknięty na spotkanie
z nią, być może najwięcej mogłaby uczynić dla zbudowania przez tych
troje nowego niewidzialnego mostu. Najważniejsze jednak jest to, co
przygotowuje nas do przełamania paraliżu głębokich międzyludzkich
podziałów, jaki dopada nas na drugim brzegu: pozwolić drugiemu być,
uwierzyć w niezniszczalność godności ludzkiej, zawiązać międzyludzką nić
powiernictwa nadziei.
W ten oto sposób opowieść o obcowaniu powraca do swojego początku. Obcy,
zawiązujący prawdziwą wspólnotę, nie pojawia się znikąd, przeprawiamy
się z nim ku brzegom, ku którym trzeba budować niewidzialne mosty, każdy
z innego tworzywa, i wspólnie z nim przygotowujemy się do przekroczenia
progu naszych kryjówek. Od tego wszystko się rozpoczyna, nie po raz
pierwszy... Kto nie widzi początku, kocha złudzenia. Raz uruchomiony w ten
sposób proces może stać się konstruktywnym budowaniem współistnienia z kimś, kto jest "każdym" ofiarowanym nam przez sąsiedztwo, los czy
podróż. Mamy szansę dosięgnąć wówczas dobra, które, jak głęboko wierzył
ksiądz Józef Tischner, jest diffusium sui - samorozprzestrzeniające się
i samo z siebie dążące do wcielenia w przestrzeni ludzkich obcowań.
Jiddu Krishnamurti, Wolność od znanego, przeł. Franciszek Urbańczyk, Warszawa 1989, s. 66. [wróć]
Te i dalsze przytoczenia z Pisma Świętego Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych ze wstępami i komentarzami, tzw. Biblii poznańskiej, w tłumaczeniu zespołu pod redakcją ks. Michała Petera (Stary Testament) i ks. Mariana Wolniewicza (Nowy Testament), Poznań 1975.
Źródło: https://www.biblia.info.pl/biblia.html (dostęp: 9 IX 2019). [wróć]
Antoni Kępiński, Psychopatie, Kraków 2014, s. 153-157. [wróć]
Józef Tischner, Ludzie z kryjówek, [w:] tegoż, Myślenie według wartości, Kraków 1982, s. 424. [wróć]
Tamże, s. 432. [wróć]
Tamże, s. 416. [wróć]
Tamże, s. 432. [wróć]
Tkanka łączna
Tkanka łączna
Widziana przez okular mikroskopu przypomina mapę prowincji o gęstej
fakturze granic, rzek i dróg połączonych w sieć ogniskami splotu
osobnych linii. Textus connectivus, tkanka łączna. Najbardziej
zróżnicowana ze wszystkich tkanek. Wytwarza substancję międzykomórkową,
budującą złącza, życiodajną. Pojedyncze włókna, luźno ułożone, osobne
jak kreski Giacomettiego, nakładają się na grunt spoiwa, przez
histologów nazywany istotą podstawową. To w niej zanurzone są komórki i włókna. Jest bezpostaciowa, wspólna dla wszystkich, wyłaniająca się u samego początku z mezenchymy, czyli tkanki łącznej zarodkowej, w której
nie ma jeszcze włókien.
Choroba tkanki łącznej osłabia środowisko wewnętrzne organizmu.
Zanika
wytwarzanie przeciwciał, a komórki tracą zdolność radzenia sobie z "elementami obcymi". Zagrożone są funkcje odżywcze, regeneracyjne,
zapewniające elastyczność i przeciwdziałające krzepnięciu krwi. O dziwo,
to nie sama komórka, ale substancja międzykomórkowa utrzymuje i ochrania
narządy wewnętrzne, stojąc na straży integralności ustroju organizmu.
Widziana przez teleskop nakierowany na Ziemię albo w niebo tkanka łączna
przypomina konstelację, społeczeństwo, wspólnotę. Zauważamy same ogniwa,
gwiazdy, kontynenty, państwa, ludzi. Nie widzimy istoty podstawowej.
Rozmowa toczyła się późnym wieczorem w klasztorze kamedulskim nad
Wigrami. Był koniec września 1989 roku. Czesław Miłosz zwrócił się do
nas, mojej żony Małgorzaty i do mnie, z pytaniem, co chcemy robić w nowej Polsce. Widząc nasze zakłopotanie, jego brat, Andrzej, szybko
odpowiedział: "Przecież mówili ci, że chcą założyć fundację".
Dopowiedzieliśmy, że nosimy się z zamiarem przeniesienia się do Sejn z rodziną i przyjaciółmi, i stworzenia tutaj ośrodka kultury. "No dobrze -
nie ustępował poeta - ale czym będziecie się zajmowali?". Z chaotycznej
opowieści, którą zaczęliśmy snuć, jasno wynikało tylko to jedno, że mamy
za sobą ciekawe doświadczenia teatru alternatywnego i działalności w podziemiu, ale nie potrafimy nazwać tych intuicji, które doprowadziły
nas na polsko-litewskie pogranicze i kazały poszukiwać nowej formy
działania w kulturze. "Książki zbójeckie" Miłosza, a także Vincenza,
Stempowskiego, Mackiewicza, Ficowskiego, Konwickiego, Singera, Grassa,
Bubera, Bachtina, Weil, Schulza, Gombrowicza... czytane przez nas z bijącym sercem na ruinach "starej cywilizacji", domagały się przełożenia
na język nowych idei i praktyk. A tego języka jeszcze nie znaliśmy.
Potem rozmowa zeszła na sprawy życiowe, bo okazało się, że przepaść
dzieli nasze marzycielstwo od warsztatu autora Traktatu poetyckiego,
skoncentrowanego na konkrecie, detalach życia codziennego, uważnym
przyleganiu do rzeczywistości. Było więc o dzieciach, szkole,
mieszkaniu, funduszach... "Poeta, a taki konkretny" - myślałem. Czuć było
jednak, że nie daje mu spokoju ta niemożność językowa ujawniona chwilę
wcześniej. W pewnym momencie wstał i w milczeniu zaczął krążyć po
pokoju. Andrzej coś mówił. Aż zatrzymał się przed nami rozpromieniony:
"Państwo zajmować się będziecie budowaniem tkanki łącznej! Czyż nie
tak?". Nasze "tak" było milczące, ale równie ostateczne jak zakończenie
wiersza Notatnik: Brzegi Lemanu.
Wszystkim nam lżej zrobiło się na duszy. W pokoju było więcej światła i radości. Jak po narodzinach. Gdybyż ta wieczna chwila mogła trwać. Skąd
mogliśmy wiedzieć, że słowo "tak" wypowiedziane tego wieczora oznaczać
będzie wygnanie z polskiej ortodoksji i fakt, że gdziekolwiek byśmy się
znaleźli, nie będziemy stąd.
Pierwsze spotkanie z Czesławem Miłoszem przywoływałem dotychczas w krótkich relacjach, wywiadach, anegdocie. Naszą rozmowę ledwie muskałem
pamięcią, opisując raczej okolice czasu i miejsca, jakbym lękał się
zbliżyć do niej. A może nie było takich okoliczności, by zatrzymać się
przy wspomnieniu dłużej? Życie z "Pograniczem" nabrało przyspieszenia, i co było, szybko zasypiało pod rosnącą warstwą nowych wydarzeń. Nie
słyszałem we śnie aniołów powtarzających mi te słowa, ale dyktat był ten
sam, co u Miłosza: "zaraz dzień / jeszcze jeden / zrób co możesz" (O aniołach, WW 628)1. Dopiero teraz, gdy
zamieszkałem w Krasnogrudzie, powrócił do mnie tamten wieczór, ze
zdwojoną siłą, tak wyrazisty jak nigdy dotąd. Zdumiewające, ileż tam
skrywa się zapowiedzi i nauk, które przyjdzie mi zgłębiać przez kolejne
lata. Tak, Ciemno Wielmożny Profesorze: "Nawet śpiąc, pracujemy nad
stawaniem się świata" (Czarodziejska góra, WW 690).
Odzyskanie przyszłości. Zanim zdążyliśmy go zapytać o to, co było
kiedyś, i jakie nosi w sobie wspomnienia, on już nas pytał, o nową
Polskę i nasze plany na przyszłość. Kolejne z nim spotkania i podróże
tylko potwierdziły jego głód dyskusji z młodymi ludźmi i nienasyconą
ciekawość nowego, które rodzi się wraz z przełomem 1989 roku. Od
początku wektor naszych rozmów ustawił ku przyszłości. My chcieliśmy
widzieć w nim wysłannika zatopionej Atlantydy, on chciał być
powiernikiem naszego jutra.
Podczas innej rozmowy, już w Krasnogrudzie, powiedział, że
prawdopodobnie jesteśmy pierwszym pokoleniem od stuleci, które na
środkowoeuropejskich pograniczach ma szansę uchwycić nitkę długiego
trwania, czyli odzyskać przyszłość. I niech nas nie zwodzi fakt, że sam
był poetą-guślarzem, przywołującym zmarłych i żywych na obrzęd
obcowania, powołującym się w jednym z listów do "Pogranicza" na słowa
Simone Weil: "Skąd przyjdzie odrodzenie do nas, którzyśmy skazili i spustoszyli cały glob ziemski? Tylko z przeszłości, jeżeli ją kochamy?"2. Odzyskujemy przyszłość, przywracając pamięć
istnieniu i zabierając zmarłych ze sobą w podróż, tak pracując świadomie
dla tego, co kiedyś będzie. Teraz wiem, że linia powrotu biegnie do
przodu.
Jedną z podstawowych zasad warsztatu praktyka pogranicza jest wychylenie
wektora czasu ku przyszłości. Musi się to odbywać z zachowaniem
heglowskiej reguły, o której też przypomniał nam Miłosz: "Przezwyciężyć,
zachowując". Uświadomienie sobie, jak długo - wskutek zaborów, wypędzeń,
deportacji, totalitarnego zniewolenia - pokolenia przed nami żyły bez
przyszłości, która została im odebrana, ma kolosalne znaczenie dla
naszej pracy tak w Sejnach, jak w Wilnie, Czerniowcach, Târgu Mure? czy
Sarajewie. Jesteśmy w błędzie, dopatrując się przyczyn niegasnących
konfliktów narodowościowych czy kulturowych wyłącznie w przeszłości i usiłując im zaradzić albo przez gloryfikację własnych mitów przeszłości,
albo przez zacieranie pamięci, w naiwnej wierze, że obojętność - jeden
ze skutków lobotomii - lepsza jest od niezagojonej rany. Zebrane przeze
mnie doświadczenie mówi, że na tę ranę najskuteczniejszy jest balsam
odzyskiwanej przyszłości, zakorzenienia w długim trwaniu, póki
oczywiście jest on gdzieś jeszcze w tej płynnej nowoczesności do
zdobycia.
Esencja konkretu. Poeta i praktyk pogranicza dzielą warsztat pracy,
wyposażony w narzędzia umożliwiające wydziedziczonym zbliżenie do
rzeczywistości. Most, jak wiersz, buduje się z esencji miejsca, losów,
imion, pamięci, ocalanych drobiazgów i doświadczanych dramatów, z esencji odsączanej z życia przez miłosną uwagę. Dlatego i poeta, i praktyk pogranicza muszą być ludźmi słowa "tak", jak kiedyś mądrze o Miłoszu powiedział Tomas Venclova. Choćby dane im było zaglądać do
czeluści wojen i czystek etnicznych, choćby sploty uprzedzeń i osobnych
stuprocentowych racji były jak węzły gordyjskie.
Czesław Miłosz odczytywał nasz wyjazd na prowincję i zatrzymanie się w Sejnach na życie, a nie tylko na jeden występ artystyczny, jako gest
niezgody na zastępowanie konkretu, wszelkiego szczegółu tak zwanymi
ideami ogólnymi, idées générales. Po latach, wiedząc już, czym się
zajmujemy, potrafił więcej powiedzieć o tajnikach budowania tkanki
łącznej, znowu dając rzeczy odpowiednie słowo:
"Pogranicze" przez dziesięć lat swojej działalności zajmowało się tym,
co w naszej części Europy jest szczegółowe, konkretne, bolesne, a zarazem życiodajne. Sama nazwa "Pogranicze" oznaczała wybór sfery dla
ludzi z zewnątrz niejasnej, gdzie trzeba być na miejscu, żeby ludzi o różnych językach i różnych tradycji rozumieć3.
Wymówione, wzmacnia się. Podczas tamtej wieczornej rozmowy z Czesławem
Miłoszem trudziliśmy się nad znalezieniem słów określających naszą
przyszłą pracę. Minęło wiele lat i dalej się trudzimy. Miłosz
zainicjował wtedy jedną z najważniejszych pracowni w warsztacie
"Pogranicza" - pracownię języka. Dzisiaj nasz leksykon jest dużo
bogatszy, ale ciągle szukamy słów, które zbliżałyby nas do
rzeczywistości "istoty podstawowej", niewidzialnej w przestrzeni
międzyludzkiej, nienazwanej, a więc może nieistniejącej... Ludzie z zewnątrz pytali: "Po co wam ten ośrodek pomiędzy? Jeśli jesteście
Polakami, macie polski dom kultury, jeśli Litwinami - jest przecież
litewski. Kim jesteście?". W takiej sytuacji znalezienie imienia dla
swojej obecności jest tak samo ważne jak znalezienie miejsca dla swojego
warsztatu - w naszym przypadku w opuszczonym kwartale żydowskim w centrum miasteczka.
"Obrzydliwość spustoszenia", o której pisał Miłosz, konstatując kres
starej cywilizacji, obejmuje nie tylko erozję pamięci i materialną
degradację, jak w przypadku zrujnowanych dworów i zdziczałych parków w Szetejniach i Krasnogrudzie, także utratę języka mogącego tworzyć
textus connectivus. W zamian odziedziczyliśmy język zamykający nas w obrębie "swoich", obronny, giętki jedynie w wyrażaniu konfliktu i naszej
odrębności. Zatem odpamiętujemy dawne słowa, przywracamy wartość
zdeprecjonowanym, autentyczność wytartym i skompromitowanym, tworzymy
nowe. Któż wcześniej u nas mówił, że spotykamy się na naszej sejneńskiej
agorze? A doskwierał nam brak i takiego miejsca, i określającego go
pojęcia. Podobnie jak imienia dla budowniczego mostów - neimara, które
odnaleźliśmy na Bałkanach. Z kolei słowo "pogranicze" nie miało tutaj
dobrych konotacji, skoro wartością był albo czysty Polak, albo Litwin, a o życiu decydowało nieraz zatajenie prawdy o własnych, mieszanych - jak
w większości tutejszych rodzin - korzeniach. Trochę to trwało, zanim
przestano nazywać nas "przygraniczem" albo "zarzeczem". Podobnie było z przekładami na języki obce. Na przykład na angielski usilnie nas
tłumaczono jako "Borderline Foundation". Trzeba było czasem całego
wykładu, by wyjaśnić, że chodzi o "borderland", coś diametralnie
różnego. Któregoś razu w Barcelonie opowiadałem o etosie pogranicza
przedstawicielom europejskiej sieci miast wielokulturowych. Ktoś z sali
poprosił mnie wtedy, abym nauczył ich polskiego słowa "pogranicze", bo
angielskie "intercultural dialogue" jest już w Europie tylko irytującym
sloganem. Od tego czasu zacząłem częściej posługiwać się polskim słowem
jako trudno przetłumaczalnym, woląc opisywać jego sens, niż zdawać się
na wypaczające ten sens ekwiwalenty. W mojej małej ojczyźnie słowo
"pogranicze" też jest już oswojone, co w istocie znaczy "przypomniane",
a także i to, że wraz ze słowem staliśmy się częścią rzeczywistości,
wprawdzie uwierającą czasem, ale swoją.
Długo można by snuć opowieść o słowach i związanych z nimi perypetiach w praktykowaniu pogranicza. Ułożone w leksykon z pewnością dobrze
służyłyby ludziom, którzy parają się tym niezwyczajnym rzemiosłem i zwykle wpadają w panikę, słysząc sakramentalne "więc czym się państwo
zajmujecie?" albo otrzymując do wypełnienia formularze z rubryką "zawód
wykonywany". Czyż nie warto jednak znosić te męki dla jednej chwili
radości z odnalezionego słowa, które jak kamień wyciągnięty z rzeki
mieni się znaczeniami do tej pory pozostającymi w ukryciu i urzeczywistniającymi to coś wewnątrz nas, co trwało w nie-do-istnieniu,
choć upragnione? Z tamtej wieczornej rozmowy co pozostanie? Promienna
twarz pana Czesława zbliżającego się do nas z darem słowa o budowaniu
tkanki łącznej. Widzę go jakby to było teraz, i słyszę z bliska jego
rozmowę z japońskim poetą Issą:
Wiedzieć i nie mówić:
tak się zapomina.
Co jest wymówione, wzmacnia się.
Co nie jest wymówione, zmierza do nieistnienia
(Czytając japońskiego poetę Issa (1762-1826), WW 704)
Minęły trzy lata od pamiętnego pierwszego spotkania i Czesław Miłosz
ponownie odwiedził nasze pogranicze. Towarzyszyliśmy mu wtedy w podróży
do miejsc rodzinnych w Litwie, a potem powróciliśmy razem do Sejn i Krasnogrudy. Przywiózł nam w darze książkę Szukanie ojczyzny, z dedykacją nawiązującą do naszej pierwszej rozmowy. W przedmowie pisał:
Istnieje polska ortodoksja, która ma różne odcienie, i spostrzegam, że
znalazłem się poza jej obrębem. Nie sądzę jednak, że miano "prawdziwych
Polaków" przyznawane tym, którzy ją wyznają, i wyłączenie heretyków ze
wspólnoty cokolwiek załatwia. Niech będzie tak, że niektórzy czują się
źle w kulturach etnocentrycznych. Użyteczność takich osobników na tym
właśnie może polegać, że tworzą "tkankę łączną" tam, gdzie sprzeczne
narodowe lojalności zdają się nie do pogodzenia4.
W kolejnych rozmowach dopytywał mnie, czy "dobrze wywiązał się z zadania"... Podkreślał, że na starość stało się to jego służbą
obywatelską. W przedmowie do drugiego wydania książki też nawiązał do
spełniania przez siebie funkcji "tkanki łącznej", ciesząc się, że
ukazało się wydanie litewskie.
Dzisiaj mógłbym Czesławowi Miłoszowi powiedzieć, że Szukanie ojczyzny
jest jednym z podstawowych podręczników w "szkole budowniczych mostów",
czyli utworzonym w Krasnogrudzie Międzynarodowym Centrum Dialogu. Po
nauki przyjeżdżają tu ludzie z różnych pograniczy Europy i świata,
ponownie nawiedzanych "zbiorowym durem" megalomanii narodowej i uprzedzeń kulturowych. Wiem, że nieobce im są opisane w Rodzinnej
Europie doświadczenia studenta z dalekich prowincji, którego podczas
podróży na Zachód w 1931 roku na moście łączącym Szwajcarię i Francję
witał napis obwieszczający, że "zabrania się wstępu Cyganom, Polakom,
Rumunom i Bułgarom"5. Dokładamy starań, aby lekcja
wyciągana współcześnie z podobnych doświadczeń nie utwierdzała ich w przekonaniu, że lepiej żyć osobno, we własnym zamkniętym świecie, lecz
uświadamiała im, że dla każdej osobnej komórki życiodajna jest tkanka
łączna.
Wszystkich przytoczeń z wierszy Czesława
Miłosza dokonano za Wierszami wszystkimi, Kraków 2011; dalej będą
oznaczane skrótem WW i numerem strony. [wróć]
Simone Weil, Wybór pism, przeł. Czesław Miłosz, Kraków 1991, s. 174. [wróć]
Czesław Miłosz, O "Pograniczu", [w:] Miłosz - Dialog - Pogranicze, Łukasz Galusek (red.), Sejny 2011,
s. 75. [wróć]
Tenże, Szukanie ojczyzny, Kraków 2001, s. 13-14. [wróć]
Tenże, Rodzinna Europa, Kraków 2001, s. 184. [wróć]
Limes i agora
Limes i agora
Jeszcze całkiem niedawno, w latach sześćdziesiątych XX wieku, Europa
Zachodnia zmierzała do zniesienia granic dzielących państwa, narody i ludzi. Dynamiczny rozwój nowoczesnej techniki, a także rosnąca liczba
problemów, których rozwiązanie możliwe było tylko ponad granicami, jak
ekologia czy bezpieczeństwo - wszystko to zdawało się potwierdzać
zapowiedź McLuhana o "globalnej wiosce", światowej wspólnocie, gdzie
granice utracą wszelkie znaczenie. Towarzyszyło temu przekonanie, że
dzięki takiemu rozwojowi wypadków zanikać będą konflikty etniczne i wszelkie separatyzmy narodowe.
Podobne założenie można było odnaleźć na wschodzie kontynentu w ideologii komunistycznej, tylko że tam wyzwoleniem od narodowych fobii
miał być nowy, zunifikowany wytwór ludzki - homo sovieticus. Ten
wschodni internacjonalizm w rzeczywistości okazał się jedynie wierzchnią
warstwą skrywającą ciągle kultywowany tutaj szowinizm. Fakt ten
demaskowały jaskrawo granice "bratnich państw" najeżone nienawiścią i wrogością. Były to swoiste strefy-zony, do których strach było się
zbliżać. Podróżny, który posiadał wszystkie potrzebne dokumenty, niczego
nie przemycał, nie miał ze sobą nawet zakazanych książek, na granicy
czuł się winny, był szykanowany i poniżany.
Mieszkaniec państw z tej strony berlińskiego muru z zazdrością patrzył
na procesy zachodzące w Europie Zachodniej. Świat otwartych granic
symbolizował wolność. W roku 1990 zburzono mur, co miało dać początek
otwieraniu się granic w całej Europie Środkowej i Wschodniej. Tymczasem
powstają nowe, krwią okupione granice w byłej Jugosławii, dla wielu
niezrozumiała granica dzieli Czechy i Słowację, cała sieć granic pokryła
obszar dawnego Związku Radzieckiego.
Przewartościowaniu ulega samo rozumienie granicy: coraz częściej w imię
wolności właśnie i zagrożonej suwerenności obywatele domagają się
utwierdzenia granic czy wręcz ich zamknięcia. Tak dzieje się we
wschodniej części Europy, ale czy tylko? Pomimo spełniających się
zapowiedzi modernizacji i postępu technicznego, pomimo zaawansowanego
procesu jednoczenia się Europy, u schyłku XX wieku nikt poważny nie mówi
o całkowitym zniesieniu granic na naszym kontynencie. Wręcz przeciwnie,
coraz silniejsze podnoszą się głosy w ich obronie, w obronie zachowania
własnej oddzielności. Technika dokonała bardzo wiele, ale jest bezradna
wobec lęku członków wspólnoty przed jej pełnym otwarciem. Nie doszło
również do zaniku konfliktów etnicznych, a świadomość przynależności
narodowej, pomimo przeobrażeń, pozostaje ciągle żywotną siłą
oddziałującą na współczesnych Europejczyków.
Europa doświadczyła już bardzo różnych form istnienia granicy. Wytyczono
ją, by dzielić, odstraszać i izolować, by chronić, a także aby łączyć i spotykać. Zmiana podejścia do problemu granicy zawsze związana była
silnie z kształtującą się nową postawą światopoglądową. Chwila obecna
jest czasem przewartościowań, upadku starych systemów i hierarchii,
dlatego ponownie ważne staje się pytanie o rozumienie granicy dzisiaj, w trakcie toczących się debat o kształcie Unii Europejskiej czy o Europie
regionów.
Jean-Marie Domenach w książce Europa: wyzwanie dla kultury tak oto
postrzega Europę zacierających się granic:
Przechodzę na drugą stronę Renu mostem Europejskim, nie zauważając
nawet, że przechodzę z Francji do Niemiec. Kiedyś, jako dziecko, z zachodniego brzegu Renu obserwowałem przez lornetkę mego dziadka
artylerzysty manewry młodych nazistów. Dziś ogarnia mnie radość, której
towarzyszy jednak pewne zażenowanie: nie dostrzegam już granic mojego
terytorium, a przecież granica (finis) zawsze była tym, co mnie
określa (définit), zamyka, co przekazuje moje własne ograniczenia1.
Jak przystało na Europejczyka, spostrzeżenie to zawiera trudną do
rozwiązania sprzeczność: z jednej strony radość z pokonania, a właściwie
z wyswobodzenia się z granic, z drugiej - potrzeba wyznaczenia granicy,
która mnie określa, stanowi o mojej tożsamości. Inaczej mówiąc: tęsknota
za wyobcowaniem spotyka się z pragnieniem zakorzenienia.
W taki oto sposób docieramy do sedna toczących się w dzisiejszej Europie
polemik absorbujących ludzi polityki, gospodarki, kultury i nauki. I nic
dziwnego, skoro jesteśmy w trakcie wypracowywania nowego kształtu
jednoczącego się kontynentu. Polemiki przybrały na sile po ujawnieniu
rezultatów badań socjologicznych prowadzonych zwłaszcza wśród młodych
generacji Europejczyków, które wykazały rosnącą przewagę postaw
zwróconych ku zakorzenieniu nad postawami ciążącymi ku wyobcowywaniu.
Jakże daleko jesteśmy od lat sześćdziesiątych!
Warto zapytać, czy przywołane orientacje muszą się wzajemnie wykluczać?
Czy rację przyznawać należy wyłącznie jednej ze stron? Czy nie
powinniśmy może pozwolić po prostu zaistnieć tej sprzeczności, która
objawia się tak naturalnie jak w owym zwierzeniu Domenacha? Czy nie taki
jest w istocie duch europejski, korzeniami tkwiący w rozmaitości i wielogłosie, gardzący czystkami i sprowadzeniem rzeczy do jednego
wymiaru?
Pozwolić zaistnieć tej sprzeczności to uznać ją za zgodną z naturą
Europy, to tak budować jej kształt, aby pomieścił wszystko, czego gdzie
indziej pomieścić się nie da, co rozsadzi każde inne, z innego kruszcu
stworzone naczynie. Takie jest zadanie prawdziwego budowniczego, bo -
jak mawiał mój mistrz, cieśla i starowier - "nie sztuka zbudować sobie
dach nad głową, sztuka zbudować taki dach, który nie przesłania nieba!".
Ku takiej budowie zmierzają ci, którzy wypracowują kształt Europy
regionów, kontynentu, gdzie jeszcze raz uniwersalne zrodzi się z tego,
co odrębne.
Granica jest święta
Zakreślając granice, człowiek często ustanawia linię przynależną do
sfery sacrum. Naruszenie takiej granicy jednoznaczne jest ze
świętokradztwem.
W Prawach Platona znajdziemy takie oto zdanie włożone w usta samego
Zeusa, opiekuna granic, zwanego przez Greków Herkeios - Graniczny:
"Niech nikt nie ruszy kamienia, który oddziela jego posiadłość od
posiadłości sąsiada..."2.
Hannah Arendt interpretująca ten fragment w Kondycji ludzkiej
podkreśla, że tym, co kazało Grekom bronić nietykalności granic, nie
było "poszanowanie własności prywatnej w naszym rozumieniu, lecz
dlatego, że bez posiadania domu człowiek nie mógł uczestniczyć w sprawach świata, ponieważ nie miał w nim naprawdę własnego miejsca"3.
Słowianie sadzili na granicach grusze, których ścięcie - jak powszechnie
wierzono - przynosiło nieszczęście. Chroniliśmy swoje miejsce, swą
odrębność, a więc to, co - jak mówi Domenach - nas określa, co stwarza
nam możliwość podmiotowego udziału w sprawach tego świata. Otwartym
pozostaje pytanie o zakres przestrzenny takiego miejsca. Kiedyś było nim
najbliższe otoczenie, rodzinna posiadłość, mała ojczyzna, mury naszego
miasta... Dzisiaj mamy państwa narodowe ze strzeżonymi granicami i poczucie, że utraciliśmy własne miejsce.
Granica jest względna
Pochodzę z tej części Europy, gdzie trudno by znaleźć coś bardziej
niestałego od granic państwowych. Spotkać tu można ludzi, którzy nie
zmieniając przez całe życie miejsca zamieszkania, byli obywatelami
trzech, a nawet czterech państw. Granice mojego kraju po drugiej wojnie
światowej przesunęły się o sto, a czasem i więcej kilometrów na zachód.
Względność granic podkreśla jeszcze bardziej ich często absurdalny
przebieg, urągający wszelkim normom racjonalnego myślenia i właściwego
rozpoznania rzeczywistości. Zdarza się, że granica biegnie przez środek
miejscowości, z niezrozumiałych powodów dzieląc rodziny czy ludzi
mówiących tym samym językiem.
Rudolf Kučera z Pragi stwierdza:
Po pierwszej wojnie światowej w Europie Środkowej powstało - zamiast
siedmiu - czternaście państw i obecnie nie ma w niej państwa, które by
uważało swoje granice za sprawiedliwe - i to jest dziedzictwo pokojowych
traktatów z obu wojen. Te granice wyznaczyła ołówkiem na biurku, na
którym świętowała swe wojenne zwycięstwo, grupa politycznych i wojskowych psychopatów4.
(Ja sam mieszkam na Suwalszczyźnie w pobliżu tzw. trójstyku, miejsca
niezwykłego w tej części Europy, gdzie od XV wieku spotykają się
niezmiennie granice trzech państw: dawniej Królestwa Polskiego,
Wielkiego Księstwa Litewskiego i Zakonu Krzyżackiego; dzisiaj Polski,
Litwy i obwodu kaliningradzkiego należącego do Rosji - podaję ten
przykład jako wyjątek potwierdzający regułę).
Towarzyszy temu zjawisko niezwykłej dynamiki migracyjnej mieszkańców
Europy Środkowej i Wschodniej powodowanej bądź to względami
ekonomicznymi (choćby niedawne wędrówki Cyganów rumuńskich do Polski i Niemiec czy Węgrów siedmiogrodzkich na Węgry), bądź to przymusowymi
deportacjami przeprowadzanymi przez reżim komunistyczny (przesiedlanie
ludności ukraińskiej ze wschodu na zachód i północ Polski bądź Niemców
sudeckich z Czechosłowacji do Niemiec). Przykłady można by mnożyć.
Na Zachodzie podobne zjawiska nie występowały, a przynajmniej nie z taką
siłą. Niemniej również tam, głównie z powodu postępującego procesu
otwierania się i zacierania granic państwowych, doszło do rosnącego
poczucia ich względności i tymczasowości. W rezultacie mieszkańcy obu,
rozdzielonych jeszcze do niedawna, części Europy tak samo tęsknią
dzisiaj do miejsca, którego kamień oddzielający nie byłby naruszony i które by nas zakorzeniało.
Coraz bardziej oczywiste staje się również przekonanie, że linia
graniczna tego miejsca nie będzie już granicą państwa narodowego, a raczej naszego domowego, rodzinnego regionu, z którym łatwiej jest nam
się w pełni utożsamić.
Granica jest przełamywana
Duch europejski równie silnie jak do zadomowienia dąży do wyobcowania,
wyswobodzenia się z lokalnych przynależności. Ciągłe przekraczanie
granic jest wyzwaniem, któremu Europejczyk usiłuje z radością sprostać.
Stoi za tym nienasycona ciekawość świata, otwartość na odmienność,
upatrywanie bogactwa w różnorodności. Stoi za tym również pragnienie
stworzenia budowli ponadlokalnej, cywilizacji o charakterze
uniwersalnym, która zagarniałaby i przyswajała możliwie wiele różnych
przestrzeni. Taką była przecież cywilizacja łacińska. Taka była też
république des lettres zainicjowana przez hugenotów wygnanych przez
Ludwika XIV pod koniec XVII wieku, którzy wśród elit różnych krajów
rozpowszechniali drukowane przez siebie książki, dzięki czemu język
francuski stał się językiem wspólnego, europejskiego porozumienia.
Przynależność do tej republiki utożsamiana była z udziałem w tym, co
powszechne, i okupiona musiała być rezygnacją z wszelkiej przynależności
wyznaniowej, narodowej czy nawet rodzinnej. Jest to więc skrajny
przykład przeciwstawienia się lokalności i dyskredytacji wszelkiej
odmienności.
Inaczej było z cywilizacją łacińską, która dzięki chrześcijaństwu
wrażliwa była na koloryt lokalny, wchłaniała i tym samym zachowywała
wszelkie odrębności regionalne. Jej jedność była jednością w różnorodności. Niewątpliwie to z tego ducha nieustannie dążącego do
przekraczania granic rodzi się dzisiejsze zjednoczenie europejskie.
Zapewne stworzy ono zupełnie nową jakość w dziejach kontynentu. Niemniej
przywoływane przeze mnie echa różnych koncepcji zjednoczeniowych z przeszłości przewijają się w dzisiejszych dyskusjach nad kształtem Unii.
Dzięki dążeniu do przełamywania granic Europa - jak żadna chyba inna
kultura - jest ciągle sobą nieusatysfakcjonowana, ciągle otwarta i ekspansywna.
Granice Europy
Bardzo trudno jest tak naprawdę powiedzieć, gdzie przebiegają granice
Europy. Ciągle na przykład trwają spory o jej wschodnią granicę. Herodot
umieszczał ją na Donie, de Gaulle na Uralu, a do niedawna byli jeszcze
tacy, którzy uparcie widzieli ją na Łabie. Dzisiaj coraz częściej mówi
się o Europie od Uralu po Atlantyk. A gdzie przebiegają jej granice na
południu?
Zabrzmi to paradoksalnie, ale uniwersalizm Europejczyków zawsze miał swe
granice. Uniwersalna była cywilizacja europejska, która strzegła swych
granic oddzielających ją od świata barbarzyńców. Tak więc począwszy od
limes - granic Cesarstwa Rzymskiego - samo istnienie Europy
warunkowane jest wyraźnym zakreśleniem jej linii granicznych.
Oczywiście granice te można było rozszerzać. Samo słowo nazywające
Europejczyków - Européens, pojawia się po raz pierwszy jako określenie
wojowników chrześcijańskich walczących w VIII wieku o rozszerzenie
imperium Karola Wielkiego. Świadomość istnienia granicy oddzielającej
nas, mieszkańców Państwa Środka, od obcych, których przez długi czas
nazywaliśmy obraźliwie barbarzyńcami, decydowała o istnieniu naszej
tożsamości europejskiej. Pamiętać należy, że nasze limes nigdy nie
były tak szczelne i zamknięte jak na przykład mur chiński, były
granicami przenikania i wzajemnych wpływów, których znaczenie dla
rozwoju Europy nie podlega dyskusji. Niemniej sam fakt ich istnienia
określał naszą odrębność i nasz charakter.
Czyniono rozmaite próby przełamania czy wręcz zatarcia również tych
granic. Szczególnie w XX stuleciu zainteresowanie Europy innymi
cywilizacjami, do którego przyczynił się zwłaszcza dynamiczny rozwój
antropologii kultury, miało charakter nie tylko poznawczy, ale także
silnie zwalczający europocentryzm i przeciwstawiający dumnej Europie
mądrość innych kultur. W rezultacie jednak to kultura europejska stała
się jeszcze bardziej różnorodna, a limes w naszej świadomości istnieją
nadal. Między innymi jako przeczucie zagrożenia, co niewątpliwie zawsze
aktywizowało wszelkie próby jednoczenia się Europy i tak jest również
dzisiaj.
Richard Nikolaus hrabia Coudenhove-Kalergi, który w Wiedniu w 1923 roku
książką Paneuropa kładł podwaliny pod dzisiejszą ideę Unii
Europejskiej, ostrzegał przed Sowietami na barbarzyńskim Wschodzie,
upatrując tam głównego zagrożenia dla Europy. O tym, że obawy Kalergiego
nie były bezpodstawne, przekonuje polski pisarz Stanisław Vincenz,
opisując w Dialogach z Sowietami reakcję ludzi, którzy na wieść o wkroczeniu Armii Czerwonej do Polski zaczynali palić książki, ich
posiadanie bowiem mogło przynieść im zgubę. Dzisiejsze działania
Europejczyków podejmowane między innymi właśnie w obronie książki przed
zalewem amerykańskiej, masowej kultury obrazkowej jako żywo przypominają
usiłowania zakreślenia granicy, nowych limes, chroniących europejską
tożsamość.
Europa Środka
Wzmacnianie i pilne strzeżenie granic - czy to będą limes, czy też
granice państw narodowych - ma miejsce nie tylko w okresie rosnącego
zagrożenia z zewnątrz. Mocnych granic domaga się słabe centrum. Inaczej
mówiąc: to nasz wewnętrzny kryzys, nasza zagrożona tożsamość powodują,
że zaczynamy przywiązywać wielką wagę do granicy, która ma nas chronić.
W takiej sytuacji rodzą się napięcia i łatwo wybuchają konflikty.
Wspomniałem, że zmienia się dzisiaj nasze rozumienie granic w porównaniu
na przykład do lat sześćdziesiątych minionego wieku. Źródeł tego stanu
rzeczy doszukiwać się należy w wewnętrznych problemach samych
Europejczyków. Coraz dobitniej artykułowana potrzeba zakorzenienia
wyraża niepokój związany z utratą własnego miejsca. Zafascynowanie
możliwością łatwego przemieszczania się, zdobywania przestrzeni,
otwartością granic, ustępuje poszukiwaniu dróg prowadzących do środka,
do samego centrum.
A gdzie szukać takiego centrum we współczesnej Europie? Dawno już
utraciliśmy Rzym jako miejsce promieniujące na całą naszą cywilizację.
Do przeszłości należy również okres, w którym podobną rolę mogły
spełniać niektóre, silnie oddziałujące kulturowo i politycznie miasta,
jak Paryż czy Wiedeń. Nie uda się takich oczekiwań spełnić również
współczesnym centrom europejskiej administracji, choćby Brukseli czy
Strasburgowi, za którymi stoi wprawdzie Europa otwartych granic, ale
zunifikowana.
Jeśli dobrze rozpoznaję dążenia Europejczyków, wyrażone najdobitniej w istniejącej sprzeczności pomiędzy wyraźnym zakreślaniem granic swojego
miejsca a ciągłym ich przełamywaniem, to nowa Europa, która w najbliższym czasie się z tego wyłoni, będzie Europą regionów. Wydaje się
bowiem, że tylko taki jej kształt umożliwi docieranie nowoczesnemu
Europejczykowi do centrum, które zakorzenia i określa go w jego
odrębności, a jednocześnie zapewnia mu udział w sprawach świata, w tym,
co powszechne.
Czym jest Europa regionów? To kula, której środek jest wszędzie, a granice nigdzie. To szczególne określenie Boga - sformułowane jeszcze
przez tradycję hermetyczną i dzięki mistykom średniowiecza przyswojone
chrześcijaństwu - wydaje się niezwykle trafne również w odniesieniu do
naszych rozważań. Powstawanie małych i większych regionów w Europie to
tworzenie się autentycznych centrów pozostających blisko człowieka i możliwie w pełni go wyrażających. Ten proces jest niezbędny w momencie
powstawania Unii Europejskiej, niezbędny dla równowagi. Otwarcie czy
zniesienie granic powoduje silne wyodrębnienie różnorodności i odmienności, które bronią się przed unifikacją.
I to jest zjawisko naturalne. Tak rodzi się nieobca przecież
europejskiemu doświadczeniu jedność w różnorodności. Powstawanie
regionów to natomiast dążenie - w poszukiwaniu środka - do wewnątrz.
Jednocześnie silnie promieniujące centrum przekracza granice, ucisza
nasze obawy przed otwarciem i wymieszaniem, a tym samym przyczynia się
do zwiększania szans zrealizowania idei Wspólnoty Europejskiej.
Fałszywym jest twierdzenie, że w dążeniu Europejczyków do zakorzenienia
w swych małych regionach skrywa się niebezpieczeństwo prymatu racji
partykularnych, ksenofobii i nacjonalizmu. Nacjonalizm nadszedł z peryferii. Zrodził się wśród ludzi oddalonych od centrum, żyjących z jego kompleksem, eksploatowanych przez nie. W tym sensie nacjonalizm
jest dzieckiem okresu olbrzymiej dysproporcji istniejącej pomiędzy
polityczno-kulturowym centrum a regionalno-etniczną prowincją. Realną
przeciwwagę dla takiego układu może stanowić Europa, która stworzy swoje
centra na peryferiach, której środek będzie wszędzie.
Oczywiście Europa regionów, broniąc odrębności i różnorodności jako
bogactwa, które ją samostanowi, nie będzie dążyła do zacierania
istniejących granic kulturowych, narodowych czy wyznaniowych. Istnienie
silnych centrów regionalnych będzie te granice zachowywać i wyodrębniać.
Nie ma w tym sprzeczności, bowiem źródłowe znaczenie samego słowa
'granica', łacińskiego finis i pokrewnego mu finitimus -
'pograniczny', związane jest bardziej z pojęciem bliskiego sąsiedztwa
niż ze szczelnym odizolowaniem. To jest specyfika regionu, który można
nazwać pograniczem, a więc takim miejscem, gdzie granice są wewnątrz, a nie na zewnątrz bliskiego nam obszaru. Istnienie żywego centrum osłabia
jedynie te granice, które są na zewnątrz, które izolują i zamykają,
natomiast w naturalny sposób wzmacnia granice przebiegające wewnątrz i decydujące o charakterze regionu.
Istnienie i rozwój pograniczy, których przecież we współczesnej,
wielokulturowej Europie powstawać będzie coraz więcej, jest niezwykle
ważne w procesie kształtowania się europejskiego zjednoczenia. Tutaj
bowiem najszybciej ma szansę zrodzić się autentyczna wspólnota tworzona
w zmaganiu silnych odrębności. Tutaj wyraźnie zakreślone granice zbiegać
się będą w uniwersalnym centrum. Tak powstawać będzie Europa Środka. A wówczas może uda się sztuka zbudowania takiego dachu nad głową, który
nie przesłoni nam nieba.
Jean-Marie Domenach, Europa: wyzwanie dla kultury, przeł. Hanna Sikorska, Warszawa 1992, s. 21-22. [wróć]
Platon, Prawa, przeł. Maria Maykowska, Warszawa 1960, s. 366. [wróć]
Hannah Arendt, Kondycja ludzka, przeł. Anna Łagodzka, Warszawa 2000, s. 35. [wróć]
Rudolf Kučera, Kapitoly z dějin střední Evropy, Praha 1992, s. 11. Jeżeli nie podano tłumacza, wszystkie cytaty w przekładzie autora. [wróć]