W twoim interesie - Marzena Hryniszak

Kup ebooka

47.00 zł
36.19 zł (36,19 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog. Kołolasie, dwa dni później

Myślisz, że nie wróci? - zapytała, zerkając w stronę kuchennego okna przesłoniętego gęsto marszczoną zazdrostką.

- Kto? Pani Basia? A gdzie tam. Prawie ciemno, a widziałaś, jak się uwijała, żeby zdążyć przed zmrokiem. To taka stara czarownica, co się boi ciemności - zarechotał mężczyzna.

- No weź, miła jest. Ciasto zostawiła.

- Aha, i winko. Chodź, pooglądamy ten twój ulubiony film, poprzytulamy się, rozluźnimy - kusił, dolewając sobie rubinowego trunku do kieliszka, a ona spojrzała na niego z obojętnością. Nie potrafiła wyzbyć się niepokoju i odpędzić napierających myśli, pełnych obaw o przyszłość i strachu o córkę.

- Powinnam była ją odebrać. - Pokręciła głową z irytacją nie pierwszy raz.

- Tak jak jest, jest dobrze - odburknął. Jakkolwiek by się starał, nie potrafił wpłynąć na jej nastrój.

- Sam powiedziałeś, że tu jest najbezpieczniej. A dziecko powinno być...

- Przestań. Wiesz, że to na chwilę, góra kilka dni. Zgarniemy kasę, odbierzemy małą i wyjedziemy stąd w cholerę. Spróbujmy choć na moment od tego odpocząć. - Silił się na łagodny ton, lecz w jego głosie wyraźnie wybrzmiewało napięcie.

- Jak chcesz - szepnęła zrezygnowana, biorąc do ręki wypełniony do połowy kieliszek. Bez namysłu opróżniła szkło jednym haustem i sięgnęła po butelkę.

Kilka minut później siedzieli na starej kanapie przykrytej równie starym pledem i oglądali czołówkę komedii romantycznej. Ona, teraz nieco bardziej rozluźniona, popijała wino małymi łykami i próbowała się skupić na fabule, a on nawijał na palec pasemko jej długich złocistych włosów, które tak uwielbiał. To był ich czas. Czas na chwilę oddechu, zatrzymania i umacniania nadziei, że wszystko jakoś się ułoży. Z każdym mililitrem alkoholu czuła, jak lęk i wątpliwości tracą moc. Przecież nikt nie wie, gdzie są, a ich plan jest idealny. Muszą jeszcze tylko zaczekać na zastrzyk pieniędzy. Góra kilka dni, jak powiedział. Tak, na pewno miał rację. W końcu jeszcze nigdy się na nim nie zawiodła. Ryzykowali, ale - do cholery - jest ryzyko, jest zabawa. Wszystko się ułoży - powtórzyła w myślach i przymknęła oczy, gdy musnął wargami jej szyję tuż nad obojczykiem.

Nie usłyszeli metalicznego zgrzytu klamki. Człowiek w czerni i kominiarce szczelnie pokrywającej głowę oraz większość twarzy uchylił drzwi, po czym bezszelestnie wślizgnął się do domu. Rozkład pomieszczeń znał jedynie z opisu i to musiało wystarczyć. Deska podłogowa w przedpokoju jęknęła pod jego stopą. Skrzywił się pod grzejącym twarz akrylem i przystanął, lecz tylko on usłyszał skrzypnięcie. Dźwięki telewizora skutecznie maskowały wszelkie odgłosy. Miał szczęście, ale musiał być ostrożny. Tu nie było miejsca na błędy. Nie mógł po prostu wejść do pokoju, bo od razu zostałby zauważony, a wtedy szanse na to, by zabić oboje czystymi strzałami, byłyby mniejsze, zważywszy że mężczyzna siedział na kanapie blisko drzwi i miał cholernie dobry refleks. Napastnik wiedział to doskonale, przecież znali się nie od dziś. Spojrzał tylko na przeszklone, matowe drzwi do pokoju, który raz po raz rozświetlały zmieniające się na ekranie ujęcia, i przeszedł na palcach do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie stało szerokie łoże oraz zabudowana szafa wypełniająca całą ścianę.

Tej nocy księżyc robił, co mógł, by odbić wystarczającą do rozproszenia ciemności ilość światła, lecz w domu okolonym gęstwiną wysokich drzew niewiele można było dostrzec. Napastnik powoli przyzwyczajał wzrok do warunków. Zacisnął dłoń na rękojeści pistoletu, aby opanować wewnętrzne drżenie. Zesztywniał, spojrzawszy w lustro częściowo pokrywające front połyskliwej fornirowanej szafy. To tylko plama jego własnego, niewyraźnego odbicia. Dom wydawał się martwy z przerażenia - jak gdyby wiedział, co się zaraz wydarzy.

Cztery kroki do przodu, dwa w prawo. Jeden świadomy oddech. Naciśnięcie klamki, pchnięcie drzwi. Napięcie mięśni. Ogłuszający strzał. I następny. Bez wahania. Między jednym a drugim słowem aktorki. Para siedząca na kanapie po skosie do drzwi sypialni nie miała szans. Mimo to morderca poprawił, pakując w nich jeszcze po jednej kulce.

Przez dłuższą chwilę stał bez ruchu i patrzył, jak z obojga uchodzi życie. Nie mógł oderwać od nich przerażonych oczu. Jakby sam nie wierzył w to, co właśnie zrobił. Jakby oglądał filmową scenę z parą oglądającą film. Film w filmie. Gdy wreszcie znieruchomieli, a podźwięk huku ustąpił odgłosom z telewizora, uniósł drążącą teraz dłoń i z trudem zabezpieczył pistolet. Pokój wypełnił monolog, a potem śmiech Renée Zellweger, gdy zabójca, już nie dbając o absolutną ciszę, wycofał się chwiejnym krokiem do sypialni. Opanował chęć ucieczki, chociaż czuł, że się dusi, a jego żołądkiem wstrząsnęły torsje. Potoczył wzrokiem po sypialni, spojrzał na pled pokrywający łóżko i opanował chęć, by usiąść lub choćby oprzeć się o nie. Miał wrażenie, że zaraz się udusi albo zemdleje. Zerwał z głowy kominiarkę i szarpnął za zamek kurtki, zasunięty dotąd pod brodę. Oddychał przez chwilę łapczywie, jakby w powietrzu brakowało tlenu, a jego wzrok powędrował w stronę szafy. Przez otwarte obok drzwi wpadało zmieniające intensywność światło ekranu, sprawiając, że nieco wyraźniej dostrzegł w lustrze swoją sylwetkę. To go otrzeźwiło. Zamknął na moment oczy i zacisnął mocno szczęki. Potarł mocno dłonią w rękawiczce twarz, jakby wraz z potem chciał zetrzeć z niej strach, po czym z powrotem naciągnął na głowę elastyczny materiał. Musiał zachować zimną krew. Nie było miejsca na emocje, a pośpiech był zbędny - od precyzji i uniknięcia nawet najmniejszego błędu zależało bardzo wiele.

Przemógł wewnętrzny opór i wszedł z powrotem do pokoju wypełniającego się coraz bardziej intensywnym zapachem świeżej krwi. Z trudem przełknął ślinę i wstrzymał oddech. Rozejrzał się z napięciem, powstrzymując chęć natychmiastowej ucieczki. Smartfon leżał na stoliku obok otwartej butelki z resztką wina. Szybko zgarnął go do kieszeni, omiótł wzrokiem meble i spojrzał na martwą parę. Nie, nie będzie grzebał im w kieszeniach. Jeden telefon wystarczy - zdecydował i czym prędzej opuścił dom.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Cieszyn

Czterdzieści dwa miesiące odsiadki to wystarczająco dużo czasu, by przemyśleć sobie wszystko i zatęsknić za wolnością. Sebastian Barecki długo liczył bezsenne noce, identyczne doby i z niecierpliwością wyczekiwał ostatniego dnia, lecz gdy ten wreszcie nadszedł, wytęsknioną ulgę i radość zastąpiło napięcie zmieszane ze wstydliwym lękiem. Wyraźnie się ociągał ku niezadowoleniu popędzającego go raz po raz strażnika. Przeczuwał, że za więziennym murem nic dobrego go nie czeka. Od dawna nie miał kontaktu z nikim z zewnątrz, a ci, których do dnia aresztowania uważał za swoich przyjaciół, stali się jego wrogami. Nie miał pojęcia, na kogo i czy w ogóle na kogoś może liczyć.

Zniecierpliwiony klawisz burknął coś na do widzenia i szybko zatrzasnął za nim bramę, a Sebastian nasunął na głowę kaptur tej samej kurtki, w której został tu przywieziony pamiętnej jesieni. Wtedy, podobnie jak teraz, padało, z tą różnicą, że wówczas grzały go silne emocje i gotowość do walki o siebie. Naciągnął głębiej kaptur i wcisnął dłonie głęboko w kieszenie, czując przeszywający chłód, po czym zerknął na boki i przebiegł na drugą stronę bezludnej, szarej ulicy. Wiedział, że nikt nie będzie na niego czekał, a jednak na widok pustki wokół ścisnęło mu się na chwilę boleśnie gardło.

Co za łaskawy los - pomyślał z sarkazmem, przekręcając klucz w zamku. Posesja nie stała się własnością zakonu bonifratrów, jak odgrażał się za życia ojciec. Sebastian pchnął drzwi i jego oczom ukazał się pusty hol. Zmarszczył brwi i ruszył w głąb domu. Kroki odbijały się echem w opustoszałej przestrzeni, gdy biegał od pokoju do pokoju, otwierał z impetem kolejne drzwi i lustrował gołe ściany pomieszczeń. Wszystko zniknęło.

- Alan! Alaaan! - wołał, choć szybko zrozumiał, że to bezcelowe. - Kurwa, Alan! Gdzie do cholery jesteś, gnoju?! - wrzasnął wściekle, wpadając do biura. Biurem nazywał przestronny salon, w którym niegdyś gromadził kolekcjonowane przez Mecenasa, swojego szefa, obrazy warte miliony. Tu również przywitały go nagie ściany i pusta podłoga. Po białych skórzanych kanapach zostały jedynie rysy na brudnych panelach.

Kilka razy obszedł wszystkie pomieszczenia w domu. Wciąż nie wierzył własnym oczom. Z każdego kąta wyzierała pustka i tylko w pokoju ojca znalazł zapadnięte łóżko oraz stary, wysiedziany fotel, którego zapewne nikomu nie chciało się wynosić, bo był ciężki, nieporęczny i śmierdział.

Wybiegł na taras i rozejrzał się po zaniedbanym ogrodzie, gdzie walały się liście nie tylko z ostatniej jesieni. Podszedł do brudnej, pustej niecki basenu. Splunął do środka. Walczył o ten dom, więc go ma. Dopiął swego, brawo. Skrzywił się, wodząc dookoła wzrokiem.

Zapewne stałby tak jeszcze długo, gdyby deszcz nie przybrał na sile. Wrócił zatem do zimnego wnętrza, by po kilku minutach znowu zakląć. Nie było wody, prądu, ogrzewanie też nie działało. Posesja w niczym nie przypominała dawnej willi, była martwa.

Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer do brata, nie robiąc sobie zbyt wiele nadziei. Usłyszał beznamiętne "Wybrany numer nie istnieje". Po chwili namysłu zadzwonił do Poli. Tylko ona go odwiedzała w więzieniu. Może "odwiedzała" to za wiele powiedziane. Była u niego trzy razy w ciągu pierwszego roku. Zawsze sama, bez Antosi. Przyznał jej rację: więzienie to nie miejsce dla dziecka. Po co ma oglądać tatę w takim otoczeniu? Później Pola urwała kontakt. Nie zgadzała się na oficjalne telefony ani nie odbierała, gdy dzwonił z lewej komórki, chociaż musiała wiedzieć, jak wiele kosztują go te próby. Przestała przyjeżdżać, nie odpisywała.

- Pola? - zdziwił się, gdy tym razem odebrała po trzecim dzwonku.

- Po co dzwonisz? - przywitała go szorstko.

- Wyszedłem, jestem... Będę u ciebie za pół godziny - powiedział szybko, biegnąc już w stronę drzwi. Bywało, że wyobrażał sobie ich spotkanie, to, jak jej wszystko wygarnie, ustawi do pionu, dobitnie o sobie przypomni. Teraz jednak jej głos, choć wrogi, przypomniał mu dawne czasy i Sebastian był gotów zapomnieć o wyrzutach, byle zobaczyć ją i małą.

- Nie dzwoń do mnie więcej, rozumiesz? Nie chcę cię znać. Nawet nie próbuj mnie szukać. Wyjechałam! - Jej wycedzone przez zęby słowa były jak lodowaty prysznic.

- Co? Co ty pierdolisz? Pola! Kurwa, kobieto, od ponad trzech lat córki nie widziałem, nie masz prawa...

Usłyszał jej szyderczy śmiech.

- Prawa! - Prychnęła, jeszcze zanim się rozłączyła.

Ponownie wybrał jej numer, lecz na próżno. Zablokowała go. Wybiegł z domu pewien, że blefowała z tym wyjazdem. Dokąd niby miałaby wyjechać? Wszystko, co miała, zawdzięczała jemu. To on płacił jej rachunki, dawał kasę, na co tylko chciała, utrzymywał i ją, i ich córkę. Była jedyną osobą, której ufał po tym wszystkim, co go spotkało. Nie miał wyjścia, komuś musiał zaufać. Dał jej dostęp do konta, by uratować przynajmniej te oszczędności, o których nikt nie wiedział. Kazał przelać wszystko na jej rachunek i zamknąć własny. To było jedyne wyjście. Dogadali to potem. Ona miała trzymać kasę, korzystać z niej w miarę potrzeb i nikomu o tym nie mówić. Czuł, że to jedno przynajmniej zrobił dobrze - zabezpieczył swoją kobietę i dziecko. Nie mogła nigdzie wyjechać!

Do kamienicy przy Michejdy dobiegł w trzydzieści minut. Dopadł drzwi i zaczął walić w nie pięścią, wykrzykując imię Poli. Bezskutecznie. W końcu odpuścił. Nie wiedząc, co robić, usiadł na schodach. Siedział trzy i pół roku w celi, może posiedzieć jeszcze chwilę na klatce. Oparł się ramieniem o ścianę, nie czując nawet, że koszulka pod przemoczoną kurtką przykleiła mu się do pleców. Potrzebował zebrać myśli.

- Panie, tu się nie śpi! Idź pan stąd, bo zawołam policję! - Z półsnu wyrwał go zachrypnięty głos.

- Nie śpię, czekam na kogoś - burknął i kiwnął głową w stronę drzwi.

- Spod ósemki? Przecież tam nikt nie mieszka - zdziwiła się starsza kobieta.

- Co?

- No co, co. Mówię przecież. Od roku z okładem lokal stoi pusty. Nikt nie bierze, bo se agencja tyle śpiewa, że ho, ho, a to się podobno do generalki nadaje, a nie do mieszkania.

- Co też pani opowiada? - zirytował się Sebastian, a ona zmrużyła oczy, przyglądając mu się z uwagą.

- A! To pan od tej z dzieciakiem! Pamiętam pana. Przypomniał se pan o babie, co? - zapytała kpiąco, biorąc się pod boki.

- Pani wie, gdzie Pola teraz mieszka? - Wstał i podszedł do kobiety, a ta cofnęła się, zerknąwszy w dół schodów, jakby rozważała, czy uciekać. Sebastian dał krok do tyłu, żeby zwiększyć dystans i dodać sąsiadce pewności siebie. Przyjrzała mu się krytycznie i milczała przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Nie ma co żałować. Kurwiszcze poszło w Polskę z jakimś typem - rzekła łagodniej. - Jak pana tu nie było, niejeden się przewinął przez to jej gniazdko. Imprezy, libacje. Działo się. Bywało, że policja i co noc była. W końcu się dziewuszysko zawinęło. I dobrze. Wreszcie spokój jest. No co pan się tak patrzysz? Trzeba jej było nie zostawiać, to może by się tak nie stoczyła. I to z dzieciakiem. - Pokręciła głową.

- Ja pierdolę - mruknął pod nosem i ścisnął dłonią czoło, jakby chciał je zmiażdżyć.

- No, a tego dzieciaka to najbardziej żal. Taka matka, jak i ojciec. - Zmierzyła go wzrokiem. - A może pan nie ojciec, co? Takie jak ona nieraz same nie wiedzą, z kim dziecko mają - dodała z pogardą. - Może i lepiej, że tę małą zabrali, bo...

- Zabrali? - wszedł jej w słowo.

- Ja tam nie wiem, ale tak słyszałam. - Wzruszyła ramionami. - Niby zniknęła razem z dzieciakiem, różnie ludzie gadają. Pewnie w jakimś domu dziecka siedzi. Biedne to takie, ani matki normalnej, ani ojca. - Znów pokręciła głową.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Warszawa

Gwizd pociągu przewiercał się przez mleczne kłęby pary, irytująco nasilając się i powtarzając. Motorniczy zapewne miał ludzi za zbyt tępych, żeby zrozumieli znaczenie pojedynczego sygnału. Jeremi Cygan spojrzał wzdłuż starego torowiska, lecz w rzednącej mgle nie dostrzegł lokomotywy. Peron płynnie przeistoczył się w długi znajomy przedpokój mieszkania przedwojennej kamienicy, a on uśmiechnął się do siebie łagodnie. Ach, te skojarzenia. Mama zaraz wyłączy palnik pod czajnikiem. Jak zawsze. Zrzucił buty bez rozwiązywania sznurówek i sięgnął do wieszaka, ale ręka z kurtką zatrzymała się w pół drogi. Co jest? Nie miał przed sobą mosiężnych haczyków wykonanych przez ojca, zapalonego artystę-majsterkowicza o dewizie życiowej "zrób to sam", ani ogromnej tafli lustra w ramie do kompletu, lecz gładką, jasną powierzchnię szafy typu komandor. Pulsacyjny pisk czajnika przybrał na sile, a on uświadomił sobie, że i tu jest coś nie tak. Dźwięk powinien być ciągły...

Cierpliwy budzik w smartfonie wreszcie osiągnął wyznaczony mu cel - przedarł się przez ostatnią warstwę snu detektywa i zamilkł posłusznie, gdy ten dotknął na oślep, a mimo to dokładnie na środku napisu "Stop". Niemal nadludzkim wysiłkiem uniósł głowę z poduszki i jęknął boleśnie, a umysł skonstruował myśl jak codzienną mantrę: "Dziś położę się wcześniej". Przez krótką chwilę był pewien przyrzeczenia danego samemu sobie, choć w tym przypadku nigdy nie dotrzymywał słowa. Po prysznicu i pierwszej kawie jak zawsze o nim zapomni.

Dochodziła ósma. Cygan stał nad otwartym laptopem w otoczeniu notatek, wydruków i zdjęć, wpatrując się w pozorny chaos znad pustego, ale wciąż ciepłego kubka z ukruszonym brzegiem, o który od czasu do czasu ranił sobie wargę. Dziś skubał bezwiednie zębami maleńki strupek powstały poprzedniego dnia. Podrapał się po szorstkiej brodzie i przystawił kubek do ust. Zerknął na suche dno, gdy receptory smakowe nie doczekały się ożywczej kawowej goryczki. Na policzku miał jeszcze odgniecioną od pościeli bruzdę, ale spojrzenie ciemnych oczu już zupełnie przytomnie skakało między papierami.

Wczoraj siedział nad nimi do późna, ścigając się z nocą. Wygrał, bo zdążył położyć się tuż przed świtem, a jednocześ­nie przegrał - nie wymyślił nic nowego, nie wycisnął niczego odkrywczego z tego, co zgromadził, a co było w dużej mierze przede wszystkim górą wątpliwości.

Spojrzał na zielony kubek, uprzedzając kolejną próbę napicia się nieistniejącego napoju. Potrzebował jeszcze jednej porcji smolistej kawy. Zanim ruszył do kuchni, zgarnął z poduszki dzwoniący telefon. Kącik ust drgnął, gdy na ekranie zobaczył nazwisko swojej byłej żony, Joli Rybawskiej.

- Moje uszanowanie, pani nadkomisarz. Co nowego w wielkim świecie? - rozpoczął, udając nadmierny entuzjazm.

- Ty nadal w betach, że nie wiesz? Dziś wychodzi Sebastian Barecki, syn mafii narkotykowo-samochodowej, kojarzysz? - podjęła jego ton.

- Coś tam kojarzę. Mam ci pomóc w rozwijaniu czerwonego dywanu czy sypać kwiaty z pieśnią na ustach? Zrobię, co zechcesz, tylko mi nie każ łazić za typem - zastrzegł od razu, idąc do kuchni.

- Gdybym tylko miała taką władzę nad sektorem prywatnym... Dobra, ale do rzeczy. Chciałam ci o tym przypomnieć, bo wiem, że ostatnio interesujesz się ciekawymi klubami, więc jakby wilk chciał wrócić do lasu, miej oczy otwarte.

- Po pierwsze nie klubami, tylko jednym eleganckim klubem z ładnymi paniami, a nie z prochami, a po drugie nawet nie samym klubem...

- Tylko paniami - wtrąciła rozbawiona.

- O widzisz, to by było coś. A tu ani czasu, ani hajsu, ech.

- W każdym razie miej to z tyłu głowy. Znali się z tym twoim kontaktem w łódzkim klubie. - Rybawska spoważniała.

- Myślisz, że Barecki zechce wrócić do gry? - Odłożył smartfon na blat, dotknął symbolu głośnika i sięgnął do szafki po wymiętą paczkę z resztką mielonej kawy.

- Nie wiem, ale może zechce grać inaczej. Obrazy, które zniknęły z jego willi, kiedy poszedł siedzieć, nadal się nie odnalazły. - Głos Jolanty wybrzmiał w maleńkiej kuchni, jakby była tu razem z nim. Lubił to złudzenie.

- Pamiętam. - Jeremi potarł czoło i od razu pomyślał o Robercie Kokonie. Wieczorem miał się z nim spotkać, ­liczył na konkretną dawkę informacji. Pomyślał też o pewnej odnalezionej reprodukcji i mimowolnie się skrzywił. - Coś jeszcze? Muszę włączyć ekspres.

- Nie mów, że zabrałeś ze sobą do Warszawy tego dogorywającego Ursusa! Kupiłbyś sobie wreszcie jakiś współczesny sprzęt albo chociaż porządną kawiarkę. Nie wierzę, że sektor prywatny aż tak ciężko przędzie - ironizowała.

- Sektor prywatny lubi sprzęty retro i ceni tradycję - powiedział ze śmiechem Cygan.

- Wpadnij kiedyś do skromnej budżetówki na porządną kawę. Pa!

Nie musiał sięgać do telefonu, bo ona już rozłączyła rozmowę. Zawsze musiała mieć ostatnie zdanie, a on zawsze to w niej szalenie lubił. Tę siłę, specyficzne poczucie humoru, które nie każdy potrafi wyłapać, i jeszcze kilka innych cech. Szkoda, że nam nie wyszło - pomyślał po raz nie wiadomo który, po czym wlał wodę do starego urządzenia, wsypał trzy kopiaste łyżeczki kawy do papierowego filtra i włączył ekspres. Chwilę później pomieszczenie wypełniła charakterystyczna kakofonia bulgotów, trzasków i warknięć, do których dołączył wielki kłąb szalejącej pary. Zwieńczeniem był mocny, pobudzający do działania aromat.

Wróciwszy do pokoju, odstawił gorący kubek na parapet i zaczął porządkować papiery. Zatrzymał wzrok na notatkach dotyczących łódzkiego klubu ze striptizem Godaan. Zlecenie, nad którym pracował, z pozoru nie było ani trochę związane z tym miejscem.

Trzy tygodnie wcześniej w progu jego jednoosobowego warszawskiego oddziału biura detektywistycznego stanęła para byłych małżonków, których pchnęła ku sobie na powrót tragedia. Ich jedyny syn po upadku z wiaduktu na beton trafił do szpitala w ciężkim stanie, a oni nie wierzyli, że sam skoczył, by targnąć się na swoje życie. Nie potrafili pogodzić się z najmocniejszą hipotezą policji o próbie samobójczej. Marcel Falbiński znajdował się w śpiączce, więc nie mógł wyznać, jak było. Policja nie znalazła dowodów na udział osób trzecich w tym tragicznym zdarzeniu, za to odkryła, co mogło pchnąć młodego człowieka do desperackiego czynu. Według śledczych należało po prostu czekać, aż pacjent zostanie wybudzony, dojdzie do siebie i opowie, co się stało. Na taki scenariusz państwo Falbińscy, a właściwie Karol Falbiński i Magdalena Osmarska, nie potrafili jednak przystać. Byli przekonani, że ktoś zrobił krzywdę ich synowi - uparcie twierdzili, iż to po prostu niemożliwe, by Marcel chciał się zabić, niezależnie od tego, w jakim był stanie psychicznym. Naciskali, żeby szukać sprawców, bo zwłoka utrudnia dojście do prawdy, lecz byli bezradni wobec procedur państwowej machiny. Zwrócili się zatem do prywatnego detektywa Jeremiego Cygana, który miał poruszyć niebo i ziemię, by udowodnić, że Marcel Falbiński otarł się o śmierć nie z własnego wyboru.

To wydarzyło się pewnej ponurej marcowej nocy. Kierowca ciężarówki dostrzegł nieforemny ciemny kształt na środku pasa jezdni tuż pod wiaduktem na Żeraniu. W ostatniej chwili wyhamował przed ciałem słabo oświetlonym dogorywającą latarnią powyżej. Kiedy na miejsce przybyły służby, w kółko powtarzał roztrzęsionym głosem, że omal nie przejechał człowieka. Rzeczywiście, gdyby nie brak załadunku, refleks kierowcy i dobre hamulce, nieprzytomny człowiek leżący na środku drogi nie miałby szans na przeżycie, zwłaszcza że w istocie ledwie żył.

Marcel Falbiński spadł z kilku metrów na asfalt biegnącej pod wiaduktem ulicy, czego następstwem był uraz kręgosłupa szyjnego, głowy oraz nieliczne, ale groźne obrażenia wewnętrzne. Przewieziono go do szpitala w ciężkim stanie, wymagającym wprowadzenia w śpiączkę farmakologiczną.

Był zwyczajnym facetem z całkiem dobrym zawodem, który pozwalał mu na przyzwoite życie w Warszawie. Pracował jako analityk baz danych w jednej ze stołecznych korporacji. Spokojny, bezproblemowy, samodzielny - jak w skrócie określił go Cygan, zapoznawszy się pokrótce z zebranymi od matki i ojca informacjami. Później dołożyły się kolejne, na przykład ta, że z żyjącymi osobno po rozwodzie rodzicami kontaktował się rzadko, a od jakiegoś czasu jedynie z okazji świąt albo kiedy potrzebował pożyczyć pieniędzy. Dobry, trochę może za bardzo zapracowany syn, z którego rodzice byli bardzo dumni. Nie wiedzieli jednak, że jego główną namiętnością nie była praca, lecz ruletka.

Marcel wpadł w sidła nałogu. A właściwie popadał w niego powoli od kilku lat. Oczywiście grał, bo chciał. Był dorosły i nikt nie mógł mu zabronić. Cygan, próbując dowiedzieć się jak najwięcej o hazardowej stronie codzienności tak idealnego w ocenie rodziców młodego człowieka, spędził kilka długich wieczorów w domu gry, gdzie Marcel bywał najczęściej. Jeden z krupierów dobrze go pamiętał. Marcel zawsze przychodził z dużymi pieniędzmi, więc po pewnym czasie został dopuszczony do strefy premium. Tam z upodobaniem grywał w ruletkę francuską. Był przekonany, że opracował system z dużą szansą na wygraną, i rzeczywiście nieraz imponująco wygrywał, ale tylko na początku był w stanie wyjść z kasyna z gotówką. Potem grał coraz odważniej i nieraz przyciągał zdumione spojrzenia innych graczy. W ocenie krupiera im więcej miał, tym mniej myślał, stawiał bez zahamowań, aż wreszcie zostawał z niczym. Nie wchodził w bliższe kontakty z innymi klientami, nie dostrzegał pełnych podziwu spojrzeń kobiet, gdy rosła przy nim kupka żetonów. Praktycznie nie odrywał oczu od zielonego sukna i drewnianego koła. Zapamiętano go jako nerwowego, ale nigdy agresywnego młodego człowieka, bez zahamowań kładącego pieniądze na stół. Znał zasady i nigdy nie dał obsłudze powodu do ograniczenia mu gry. Teraz Jeremi pomyślał, że długo go nie zapomną nie z powodu przepisowej postawy i wydanych pieniędzy, bo przecież nie był jedynym takim klientem, ale drobiazgowych kontroli, jakie zaserwował im po swoim upadku.

Marcel ukrywał swój nałóg przed rodziną i współpracownikami, a bliższych znajomych od dłuższego czasu wcale nie miał. Stracił wiele, właściwie wszystko, i pogrążył się w samotnej, cichej depresji, której finałem w ocenie policyjnego śledztwa była próba samobójcza. Smutna historia, jakich wiele. To była jak dotąd najmocniejsza wersja i Cygan również z początku tak uważał. Znalazł jednak powody, by spojrzeć na nią z rezerwą, a im dłużej nad sprawą pracował, tym bardziej wątpił w samobójstwo i choć głośno tego nie przyznawał, chwilami nawiedzała go myśl o tym, że przeczucie nie myli rodziców.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki