Opuszczając Adryanopol z Halefem, Omarem i Oską w towarzystwie
trzech kawasów, nie odjechaliśmy jeszcze daleko od miasta, kiedy
usłyszeliśmy za sobą tętent. Odwróciwszy się, ujrzeliśmy jeźdźca,
który starał się nas dopędzić. Zatrzymaliśmy nasze konie i wnet
rozpoznaliśmy w nim Malhema, oddźwiernego Hulama. Jechał na koniu,
ciężko obładowanym, a zeskoczył zeń tuż obok nas. - Sallam! - powitał krótko. Odpowiedzieliśmy n a jego pozdrowienie, poczem on, widząc nasze
pytające spojrzenia, oświadczył: - Wybacz, effendi, że przerywam waszą pośpieszną jazdę! Pan mój
kazał mi was doścignąć. - Dlaczego? - spytałem. - Aby wam przyprowadzić tego konia. - Co masz na nim? - Żywność i inne rzeczy, których potrzebować możecie. - Jesteśmy już zaopatrzeni na kilka dni! - Pan mój przypuszcza, że ci, których ścigacie, zboczą z gościńca.
Jeżeli udadzą się w góry, to znajdziecie żywność dla koni, ale nie
dla siebie. - Pan twój jest bardzo dobry, ale ten ciężko obładowany koń będzie
tylko opóźniał naszą jazdę. - Przyprowadziłem go wam, bo muszę słuchać; nie wolno mi inaczej
postąpić. Warin zaghlik ile Allah jol aczliklighi - bądźcie zdrowi,
Allah niech wam użyczy dobrej podróży! Z temi słowy zarzucił koniowi cugle na szyję, obrócił się i
pobiegł szybko ku miastu. W tej chwili zawrócił Halef konia także ku miastu i zapytał: - Czy pognać za nim, effendi? - Na co? - Schwytać go i sprowadzić, aby poznał twoją wolę! - Nie, zostaw go! Nie mamy czasu do stracenia. - Co tam może być w tych kocach i rogóżkach? - Nie potrzebujemy tego wiedzieć na razie. Zobaczymy wieczorem,
kiedy już będzie za ciemno na dalszą jazdę. Weź konia za cugle i
naprzód! Ruszyliśmy dalej po tej przerwie, ja przodem, a reszta za mną
dlatego, że ja musiałem uważać na ślady, chociaż trudno było nawet
pomyśleć, byśmy je odnaleźli. Droga nasza, choć nie zasługiwała na nazwę gościńca, była dość
ożywiona. Mały hadżi miał zupełną słuszność, twierdząc, że tutaj
daleko trudniej wpaść na trop ściganego, niż na Saharze. To też
zwracałem uwagę nie tyle na samą drogę, ile na jej krawędź, leżącą
naprzeciw brzegu rzeki. Dopóki nie dostrzegłem, żeby trzej jeźdźcy
zboczyli z kierunku, w którym myśmy jechali, mogłem być pewnym, że
mieliśmy ich przed sobą. Spotykaliśmy jeźdźców, przyciężkie wozy i pieszych przechodniów,
ale nie pytałem o nic nikogo. Wobec tego, że zbiegowie przejeżdżali
tędy jeszcze wczoraj wieczorem, nie mógł ich widzieć nikt ze
spotykanych przez nas ludzi. Nie zatrzymywałem się też obok domów, które mijaliśmy po drodze,
ponieważ nie prowadziły stąd żadne drogi, któremi mógłby był jechać
Barud el Amazat. Gdyśmy jednak dostali się do niewielkiej
miejscowości, zwanej Bukioj, skąd rozchodziło się kilka ścieżek na
boki, stanąłem i zapytałem pierwszego, który nas spotkał: - Sallam! Czy jest w tej miejscowości, której niech Allah
błogosławi, jaki bekdżi? Zapytany dźwigał olbrzymi sarras u boku i dzierżył straszny kostur
w prawicy. Dokoła fezu owinął chustę, która kiedyś miała może jakąś
barwę, ale teraz kapała brudem; szedł boso. Przypatrywał mi się
przez chwilę, poczem zamierzał także moich towarzyszy poddać
szczegółowej obserwacyi. - No! - rzekłem zniecierpliwiony. - Sabr, sabr - cierpliwości, cierpliwości! - odpowiedział. Oparł się na kiju i zaczął dokładnie badać postać małego hadżego.
Halef Omar jednak sięgnął do troków przy siodle, dobył bata i
zapytał: - Znasz to? Zapytany wyprostował się, ujął za pałasz i odparł: - Znasz to, mały? Mały! Żadne słowo nie mogło Halefa Omara tak dotknąć, jak to.
Zamierzył się do ciosu, lecz ja wcisnąłem się z koniem między
tamtego a niego i przestrzegłem go: - Tylko bez zbytniego pośpiechu, Halefie! Już ten człowiek odpowie
mi na pytanie. Wyjąłem z kieszeni małą monetę, pokazałem właścicielowi pałasza i
powtórzyłem: - A zatem, czy jest tu bekdżi? - A dasz pieniądze? - spytał. - Tak. - To dawaj! Wyciągnął rękę. - Najpierw odpowiedź! Tak, tu jest bekdżi. No, ale teraz już dawaj pieniądze! Było to tylko kilka miedzianych para. - Masz! - rzekłem. - Gdzie on mieszka? - A zapłacisz i za to pytanie? - Przecież już zapłaciłem! - Za pierwsze, lecz nie za drugie. - Dobrze, masz jeszcze dwie pięcioparówki! A zatem, gdzie mieszka
bekdżi? - Tam w ostatnim domu - odpowiedział, wskazując na jakiś budynek,
który nazwał wprawdzie domem, który jednak powinien się raczej
nazywać stajnią. Ruszyliśmy we wskazanym kierunku. Przybywszy do walącego się
jednopiątrowego domu, zsiadłem z konia, aby zbliżyć się do otworu,
służącego jako jedyne wejście i wyjście. W tej samej chwili ukazała
się w niem kobieta, wywabiona tętentem naszych koni. - O, jazik! Acz gyciny - o biada! Uważaj! - zawołała i cofnęła się
co prędzej. Bosa była i twarz miała odsłoniętą, co chyba naszą winą nie było.
Ciało jej okrywała jakaś stara, potargana materya, a włosy
wyglądały tak, jak gdyby na głowie miała fabrykę filcu na małą
skalę. Wody z pewnością z rok na jej obliczu nie było. Już myślałem, że się nie pokaże, ale po kilku moich okrzykach
zniecierpliwienia pojawiła się znowu, trzymając dno połamanego
kosza przed twarzą. Przez szpary starej plecionki widziała ona nas,
ale my nie mogliśmy rozkoszować się widokiem jej oblicza. - Czego chcecie? - spytała. - Czy tu mieszka bekdżi? - odpowiedziałem na jej pytanie. - Tak. - Czy jesteś jego żoną? - Jestem jego jedyną żoną - odrzekła dumnie, zaznaczając, że
posiada na wyłączną własność serce nocnego baszy. - Czy on jest w domu? - Nie! - Gdzież jest? - Wyszedł. - A dokąd? - Na drogi swego urzędu. - Ależ teraz nie jest noc! - On czuwa nietylko w nocy, lecz i za dnia nad poddanymi
padyszacha. Jest nietylko bekdżim, lecz także sługą kiaji, którego
rozkazy ma wykonywać. Kiaja, to naczelnik gminy. Wtem przyszedł mi na myśl człowiek, z
którym mówiliśmy poprzednio. Odwróciłem się i ujrzałem go,
zbliżającego się do nas krokiem poważnym i wolnym. Tego było mi już za wiele. Zrobiłem minę jak najgroźniejszą i
przystąpiłem doń na kilka kroków. - To ty sam jesteś bekdżim? - zapytałem. - Tak - odparł z pewnością siebie. Hadżi Halef Omar zauważył, że nie jestem już w dobrym humorze i
zwrócił konia ku stróżowi dnia i nocy, patrząc przytem bystro na
mnie. - Czemu tego zaraz nie powiedziałeś, kiedy z tobą mówiłem? -
zapytałem. - Nie było potrzeba. Czy masz jeszcze pieniądze? - Dla ciebie wystarczy. Oto zapłacę ci zaraz z góry za. wszystkie
pytania. Na moje skinienie zaczął bicz Halefa skakać po grzbiecie stróża
poddanych padyszacha. Ten chciał wstecz odskoczyć, ale hadżi
ścisnął kolanami konia, przyparł bekdżego do muru i okładał go
coraz nowymi ciosami. Obity nawet nie pomyślał o tem, żeby zrobić użytek z pałasza lub
kostura. Wrzeszczał tylko najrozmatszymi głosami, a wtórowała mu
jego żona "jedyna". Zapomniała przytem przytrzymać dno kosza przed
obliczem i odrzuciwszy daleko od siebie tę osłonę swej kobiecej
godności, poskoczyła ku koniowi Halefa, chwyciła za ogon i
krzyczała, ciągnąc go, ile jej sił starczyło. - Waj baszina, waj baszina - biada ci, biada ci! Jak śmiesz
obrażać sługę i ulubieńca padyszacha? Nazad, nazad! Bre bre, he he
- na pomoc, na pomoc! Na te, chrapliwym głosem wydawane okrzyki, zaroiło się przed
drzwiami domów i chałup. Powybiegali mężczyźni, kobiety i dzieci,
aby zbadać przyczynę tych wrzasków. Dałem Halefowi znak, by zaprzestał, kiedy już stróż nocny otrzymał
dziesięć do dwunastu batów. Puścił z rąk kostur, dobył z pochwy
pałasza i zawołał, pocierając się lewą ręką po plecach: - Człowiecze! Na coś ty się odważył! Czy mam cię skrócić o głowę?
Całą gminę przeciw tobie podjudzę i każę cię jej rozszarpać! Halef skinął głową z uśmiechem. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie
zdołał, bo przez tłum przecisnął się jakiś człowiek i zwrócił się
do mnie w szorstkim tonie: - Co się tu dzieje? Co za jedni jesteście? Przedemną stał naczelnik miejscowości we własnej osobie; mimo to
zapytałem: - A ty co za jeden? - Jestem kiaja tej wsi. Kto wam dał prawo porywać się na mojego
kawasa? - Jego zachowanie. - Jakto? - Żądałem od niego pewnych wiadomości, a on odmówił. Chce, żebym
mu płacił za każdą odpowiedź z osobna. - On może odpowiedzi swoje sprzedawać tak drogo, jak mu się
podoba. - A ja mogę płacić za nie, jak mnie się podoba. Teraz dostał
zapłatę już naprzód i musi mi odpowiadać. - Ani słowa! - zawołał stróż. - Nie odpowie ani słowa - potwierdził kiaja. - Rzuciliście się na
mego sługę, teraz chodźcie za mną w tej chwili. Zbadam sprawę i
otrzymacie należną karę. Wtem pokazał mu bicz mały hadżi i zapytał: - Effendi, czy dać temu kiaji z Bukioj pokosztować tej pięknej
skóry hipopotama? - Nie teraz, może później - odrzekłem. - Co, psie, ty chcesz mnie kazać oćwiczyć? - wrzasnął naczelnik. - Może i tak - odpowiedziałem spokojnie. - Ty jesteś kiają tej
wsi, ale czy wiesz, kim i czem ja jestem? Nie odpowiedział. Pytanie moje było mu widocznie nie na rękę.
Mówiłem dalej: - Nazwałeś tego człowieka swoim kawasem, nieprawdaż? - Tak, on też nim jest. - Nie, on nim nie jest. Gdzie się urodził? - Tutaj. - Ach, tak! Kto odkomenderował go do ciebie? To mieszkaniec tej
wsi, a ty zrobiłeś zeń swojego sługę, ale żołnierzem policyjnym on
nie jest. Oto przypatrz się tym trzem jeźdźcom, którzy noszą
uniform wielkorządcy! Ty masz stróża nocnego, ja zaś mam trzech
prawdziwych kawasów. Czy domyślasz się, że jestem kimś innym, niż
ty? Aby słowom moim dodać nacisku, wymachiwał Halef biczem tak blizko
jemu przed nosem, że się cofnął ze strachu. Zarazem posunęli się
wstecz ludzie, którzy stali za nim. Poznałem po ich twarzach, że
zaczęli mię uważać za wielkiego dostojnika. - Odpowiadajże! - rozkazałem. - Panie - prosił - powiedz najpierw, kim jesteś! Wtem huknął na niego Halef: - Człowieku! Gadzie! Jak możesz żądać, żeby tak i pan mówił ci,
kim jest? Ale ja ci powiem łaskawie, że stoisz przed dostojnym i
szlachetnym hadżim, effendim Kara Ben Nemzi bejem, którem u oby
Allah użyczył wielu tysięcy lat, nie licząc zim. Przypuszczam, że
już o nim słyszałeś! - Nie, nigdy! - zaklinał się przestraszony kiaja, stwierdzając
prawdę. - Co? Nigdy? - huknął na niego Halef. - Czy mam rozkazać, żeby ci
tak długo ściskano mózgownicę, aż wyjdzie z niej właściwa myśl?
Namyśl się! - Tak, słyszałem o nim - wyznał kiaja w największem przerażeniu. - Czy tylko raz? - Nie, bardzo wiele razy! - To szczęście twoje, kiajo! Wziąłbym cię do niewoli i odesłałbym
do Stambułu, aby cię utopiono w Bosforze! A teraz posłuchaj tego,
co ci powie ten dostojny effendi i emir! Podczas tych słów odsunął Halef konia od kiaji. Oczy jego błyskały
jeszcze pozornym gniewem, ale kąciki ust drgały zdradziecko.
Poczciwy hadżi musiał sobie zadać wiele trudu, aby nie wybuchnąć
głośnym śmiechem. Wszyscy czekali teraz na to, co ja powiem. Odezwałem się do kiaji
w tonie uspakajającym: Nie przybyłem tu, żeby wam coś złego
uczynić; ale przywykłem, żeby mi odpowiadano posłusznie i
natychmiast na moje pytania. Ten człowiek wzbraniał się dać mi
odpowiedź dobrowolnie, chciał wymusić pieniądze, dlatego nakazałem
go skarcić. Od niego samego zależy, czy nie otrzyma jeszcze
bastonady! Gdy ja odwróciłem się do stróża nocnego, dał mu
naczelnik skwapliwie znak i szepnął: - Na miłość Allaha, odpowiedz prędko! Nocny obrońca poddanych padyszacha stanął w wyprostowanej
postawie, jak gdyby ujrzał przed sobą władcą wiernych. - Effendi, pytaj! - rzekł. - Czy czuwałeś ostatniej nocy? - spytałem. - Tak. - Jak długo? - Od wieczora aż do rana. - Czy przejeżdżali przez wieś jacy obcy? - Nie. - Nikt obcy przez wieś nie przejeżdżał? - Nie. Zanim jednak dał tą odpowiedź, wymknąło mu się z oczu pytające
spojrzenie ku kiaji, którego twarzy nie mogłem wprawdzie zobaczyć,
w każdym jednak razie widziałem dość, aby nie wierzyć tej
odpowiedzi. To też odezwałem się surowo: - Kłamiesz! - Panie, mówią prawdą! W tej chwili odwróciłem się szybko do kiaji
i zauważyłem, że położył ostrzegawczo palec na ustach. Szepnął mu
przedtem, żeby mi prędko odpowiadał, a teraz zalecał milczenie. To
musiało oczywiście wpaść w oko. Spytałem stróża: - I nie rozmawiałeś z nikim obcym? - Nie. - Dobrze! Kiajo, gdzie twe mieszkanie? - Ten dom po drugiej stronie - odpowiedział. - Ty i bekdżi zaprowadzicie mnie tam, ale tylko wy dwaj. Chcę z
wami pomówić. Nie oglądając się na nich, poszedłem ku wskazanemu domowi i
wszedłem w drzwi. Zbudowany był całkiem na sposób bułgarski i składał się tylko z
jednej komnaty, podzielonej plecionką z wierzbiny na kilka części.
W przednim oddziale znajdowało się coś w rodzaju stołka, na którym
usiadłem. Obaj dygnitarze nie śmieli mi się sprzeciwić i weszli prawie
bezpośrednio za mną. Przez otwór w ścianie, zastępujący miejsce
okna, widziałem też, że mieszkańcy wsi stali jeszcze zgromadzeni,
ale w pełnem szacunku oddaleniu od mych towarzyszy. Kiaja i jego podwładny znajdowali się widocznie w położeniu nie do
pozazdroszczenia. Bali się obydwaj, to też należało to wyzyskać. - Bekdżi, czy obstajesz jeszcze przy tem, co powiedziałeś
poprzednio? - zapytałem. - Tak. Pomimo, że mnie okłamałeś? - Nie skłamałem! - Skłamałeś i to tylko dlatego, że życzył sobie tego kiaja. Naczelnik zerwał się przestraszony. - Effendi! - Co? Co chcesz powiedzieć? - Wszak nie powiedziałem temu człowiekowi ani słowa! - Ale dawałeś mu znaki! - Nie! - Powiadam ci, że kłamiecie obydwaj. Czy znacie przysłowie o
Żydzie, który utonął, ponieważ położył się spać w studni? - Znamy. - Stanie się z wami to, co z onym Żydem. Narażacie się na
niebezpieczeństwo, które jak ta woda w studni nakryje was i zadusi.
Ale ja nie chcę waszego nieszczęścia i ostrzegam was. Mówię z wami
tutaj, aby podwładni wasi i przyjaciele nie dowiedzieli się, żeście
skłamali. Widzicie, że jestem względem was łagodny i przyjaźnie
usposobiony. Wymagam jednak od was prawdy! - Jużeśmy ją powiedzieli - zaklinał się kiaja. - A zatem n ikt obcy nie przejeżdżał tej nocy przez tę
miejscowość? - Nie. - Trzej jeźdźcy? - Nie. - Na dwóch siwych i jednym ciemnym koniu? - Nie. - I oni z wami nie rozmawiali? - Jakże mogli z nami rozmawiać, skoro ich tutaj nie było? Nie
widzieliśmy nikogo obcego! - Dobrze! Chciałem waszego dobra, ale wy sami działacie na swoją
niekorzyść. Ponieważ mnie okłamujecie, każę was zabrać do Edreneh i
to do samego wehlego. Wziąłem na to ze sobą trzech kawasów. Tam
krótko się z wami załatwią. Pożegnajcie się ze swoimi ludźmi! Spostrzegłem, że się obydwaj bardzo przerazili. - Effendi, ty żartujesz! - rzekł naczelnik. - A tobie co znowu? - spytałem, powstając. - Nie mam nic więcej do
powiedzenia i wołam kawasów. - Ależ my niewinni! - Dowiodą wam, żeście zawinili, a wówczas będziecie zgubieni.
Chciałem was ocalić, ale wy tego nie chcecie. Poniesiecie teraz
sami skutki swojego uporu! Podszedłem ku drzwiom, jak gdybym chciał zawołać policyantów, lecz
kiaja zastąpił mi prędko drogę i zapytał: - Effendi, prawda to, że chciałeś nas wyratować? - Tak. - A czy i teraz jeszcze? - Hm! Niewiem. Wypieraliście się! - Ale jeśli teraz się przyznamy? - W takim razie może jeszcze czas. - Będziesz łaskaw i nie uwięzisz nas? - Wy nie macie pytać, lecz odpowiadać. Rozumiecie mnie? Co potem
postanowię, o tem się dowiecie. Okrutnikiem nie jestem. Spojrzeli po sobie. Stróż nocny podniósł rękę, jakby do niemej
prośby. - A czy tu nikt się nie dowie, co ci opowiemy, effendi? - spytał
kiaja. - Chyba trudno. - No to dobrze! Usłyszysz prawdę. Nie wychodź, lecz zostań tutaj i
powiedz nam, co chcesz wiedzieć. Odpowiemy ci teraz. Zająłem znowu poprzednie miejsce i zwróciłem się do stróża
nocnego. - A zatem, czy przejeżdżali przez wieś jacy obcy? - Tak. - Kto? - Po północy wóz zaprzężony wołami, a potem ci, których widocznie
śledzisz. - Trzej jeźdźcy? - Tak. - Na jakich koniach? - Na dwóch siwych i jednym gniadym. - Czy rozmawiali z tobą? - Tak. Stałem n a środku drogi i dlatego odezwali się do mnie. - Czy wszyscy trzej z tobą mówili? - Nie. Tylko jeden. - Co ci powiedział? - Prosił mię, żebym milczał o tem, że widziałem tych trzech
jeźdźców, skoroby mnie ktoś o to spytał. Dał mi bakszysz. - Ile? - Dwa piastry. - O to dużo, bardzo dużo! - zaśmiałem się - I za te dwa piastry
wykroczyłeś przeciwko prawu proroka i skłamałeś przedemną. - Effendi, nie tylko te piastry temu winny. - A cóż jeszcze? - Pytali mnie, jak się nasz kiaja nazywa, a kiedy im powiedziałem,
zażądali, żebym ich zaprowadził do niego. - Czy znałeś którego z nich? - Nie. - Ale oni znali chyba kiaję, skoro życzyli sobie rozmowy z nim.
Czy spełniłeś ich życzenie i zaprowadziłeś ich do niego? - Tak. Wobec tego zwróciłem się do naczelnika, który bardziej się
widocznie obawiał od swego podwładnego. Niepewny wzrok, jaki u
niego teraz zauważyłem, świadczył o nieczystem sumieniu. - Czy wciąż jeszcze twierdzisz, że nikt przez wieś nie
przejeżdżał? - spytałem go. - Effendi, ja się bałem - odpowiedział. - Kto się boi, ten zrobił coś złego! Sam wystawiasz sobie złe
świadectwo. - Panie, ja się nie poczuwam do niczego złego! - Skąd więc ta obawa i na co? Czy wyglądam jak człowiek, którego
bez winy baćby się należało? - O, ja nie bałem się ciebie! - A kogóż? - Manacha el Barsza. - A zatem znasz go? - Tak. - Gdzie go poznałeś? - W Mastanly i Ismilan. - Jak i gdzie z nim się zetknąłeś? - On jest poborcą podatków w Uskub i przybył do Seres, aby się tam
porozumieć z kilku mieszkańcami. Stąd pojechał był na słynny
jarmark do Meneliku. - Kiedy to było. - Przed dwoma laty. Potem miał do czynienia w Ismilan i Mastanly;
widziałem go w obu tych miejscowościach. - Czy rozmawiałeś z nim także? - Nie. Ale słyszałem niedawno, że pobrał wyższe podatki, niż miał
prawo i dlatego uciekł. Udał się w góry. Udać się w góry znaczy, jak już wspomniałem, pójść między
rozbójników. Dlatego rzekłem teraz tonem surowym: - Miałeś zatem obowiązek przytrzym ać go, skoro się tylko pojawił. - O effendi, na to się odważyć nie mogłem! - Czemu nie? - To byłaby moja śmierć. W górach mieszka tylu ludzi, siedzą we
wszystkich wąwozach i mają setki sprzymierzeńców. Oni znają się
wszyscy i mszczą się wzajem za siebie. Jeślibym był go schwytał,
byliby przyszli jego przyjaciele i zabili mnie! - Jesteś tchórz i boisz się spełnić swoją powinność. Nie
powinieneś być ani chwili dłużej naczelnikiem! - O panie, ty się mylisz! Tu nie idzie o mnie; oni zrównaliby z
ziemią całą wioskę! Wtem otwarły się drzwi, a z poza nich ukazała się głowa hadżego. - Zihdi - rzekł - mam ci słówko powiedzieć. Przemówił po arabsku ojczystym dyalektem zachodniej Sahary, żeby
go może nie zrozumieli kiaja i stróż nocny. - Co takiego? - spytałem. - Chodź tu, a prędko! - odparł, nie tłumacząc się dalej. Poszedłem zatem do niego. Miał z pewnością coś ważnego do
powiedzenia. - No mów! - szepnąłem. - Zihdi - objaśnił tak cicho, że tamci dwaj go usłyszeć nie mogli.
- Jeden z mieszkańców dał mi potajemnie znak i zaprowadził mnie
poza dom. Poszedłem za nim, nie zwracając, ile możności uwagi, a on
powiedział, że chce nam o czemś donieść, jeśli mu zapłacimy
dziesięć piastrów. - Gdzie on teraz? - Ciągle jeszcze za domem. - Czy nie powiedział ci nic więcej? - Ani słowa. - Pójdę do niego. Zostań na razie tutaj, aby ci dwaj ludzie nie
mogli się przeciwko nam porozumieć. Dziesięć piastrów to nie było wcale tak wiele za ważną wiadomość.
Nie wyszedłem przodem na drogę wiejską, lecz odrazu tyłem przez
wychód. Tu ujrzałem oparkaniony czworobok, wewnątrz którego
znajdowało się kilka koni. W pobliżu stał człowiek, czekający na
mnie widocznie. Ujrzawszy mnie, przystąpił szybko i rzekł całkiem
cicho. - Czy zapłacisz, effendi? - Tak. - To daj tu! - Masz! Dobyłem niewielką kwotę, a on schował ją i szepnął do
mnie. - Oni tu byli! - Wiem o tem. - On zmienił konia. - Którego? - Siwego. Chcieli mieć trzy siwe, a tamtego tu zostawili. Patrz,
stoi tam w kącie. Spojrzałem w tę stronę. Maść konia zgadzała się z tem, co mi
powiedziano. - Czy to już wszystko, o czem miałeś mię zawiadomić? - spytałem. - Nie. Niedługo po południu przybył tu jeszcze jeden, który pytał
się o nich. - Kogo? - Mnie. Dlatego wiem o tem. Stałem na drodze, kiedy przybył i
pytał o trzech jeźdźców, z których dwu jechało na siwych koniach.
Nie wiedziałem nic i odesłałem go do stróża, a ten zaprowadził go
do kiaji. - Czy się długo zatrzymał? - Nie. Było mu widocznie bardzo pilno. - Potrafisz mi go opisać? - Tak. Jechał na starym bułanie, bardzo spoconym. Na głowie miał
czerwony fez, a ponieważ owinął się długim, szarym biniszem przeto
zobaczyłem tylko jego czerwone kundurra. - Czy miał brodę? - Nie, z wyjątkiem małego jasnego byika był, o ile widziałem, bez
zarostu. - Dokąd jechał? - Ku Mastanly. Ale nie słyszałeś jeszcze rzeczy najważniejszej.
Oto kiaja ma w Ismilan siostrą, której mąż jest bratem Szuty. Była to wiadomość tak ważna, że aż cofnąłem się 0 krok z powodu
tej niespodzianki. Na półwyspie bałkańskim nie zdołano nigdy skutecznie zapobiec
rozbójnictwu i aż do ostatnich czasów donosiły gazety ustawicznie o
buntach, napadach, podpalaniach i rabunkach, oraz innych wypadkach,
które odnieść należy do niepewności tamecznych stosunków. Tam
wysoko w górach Szar Dagh, pomiędzy Prisrendi a Kankadelem nabrał
rozgłosu Skipetar, który z zebraną dokoła siebie gromadą
niezadowolonych grasował aż hen po góry Kurbeczka-Planina i w dół
do dolin Babuna. Opowiadano sobie, że widywano go nawet w wąwozach
Perin Dagh i że ma swoich sprzymierzeńców w bezludziach
Despoto-Planiny. Nikt nie znał jego właściwego imienia. Nazywano go El Asfar,
Sayrik, Szut stosownie do języka, którym się posługiwano. Wszystkie
te trzy słowa oznaczają "żółty". Być może, że otrzymał tę nazwę z
powodu żółtaczki. Szuta jest rodzaj żeński od serbskiego wyrazu
szut i znaczy "żółta". A więc ta Szuta, żona Skipetara, była krewną mojego kiaji. To
zastanowiło mię oczywiście. Nie przeszło mi jednak przez myśl
zawiadomić go o tem, co wywnioskowałem na tej podstawie. - Czy masz mi jeszcze co powiedzieć? - Nie. Czy nie jesteś zadowolony. - O, i owszem. Ale skąd to pochodzi, że zdradzasz przedemną swego
zwierzchnika? - Effendi, to człowiek niedobry. Nikt go nie lubi i wszyscy
cierpią z powodu jego niesprawiedliwości. - Czy wie o tem jeszcze kto, że mówisz ze mną? - Nie. Proszę cię, nie mów o tem nikomu! - Zamilczę. Po tem zapewnieniu chciałem już przerwać rozmowę kiedy nasunęła mi
się myśl, że byłbym zapomniał o rzeczy bardzo potrzebnej. - Czy znasz Ismilan? - spytałem. - Tak. - A zatem znasz pewnie szwagra kiaji, o którym twierdzisz, że jego
siostra jest żoną Skipetara. - Tak, znam go. - Czem on jest? - On jest siladżim i ma zarazem kawehane, gdzie wywieszone są na
sprzedaż jego wyroby. - Gdzie mieszka? - Na drodze, wiodącej do wsi Czatak. - Dziękuję ci! Ale teraz milcz i ty tak, jak ja będę milczał. Wróciłem teraz do środka. Po minach kiaji i stróża nocnego nie
widziałem, czy odgadli, że oddalenie się moje miało wrogą względem
nich przyczynę. Halef cofnął się zaraz. - No, a teraz - podjąłem przerwaną rozmowę - chętnie dowiedziałbym
się, czego chciał od ciebie ten były poborca z Uskub. - Pytał o drogę - odrzekł kiaja. - Dokąd? - Do Sofali. Sofala leżała wprost na południe, gdy tymczasem ja byłem pewien,
że pojechali dalej na zachód. Ten zacny kiaja chciał mię zatem
sprowadzić z drogi właściwej. Nie okazałem oczywiście tego, że nie
wierzę jego słowom i powiedziałem: - Prawda, że Manach el Barsza przybył z Edrench? - Tak. - Jechał zatem przez Samankę, Czingerli i Ortakioj wprost na
zachód, a stąd zboczył nagle na południe. Jeżeli chciał się udać do
Sofali, to mógł zdążać odrazu na Tartar, Ada, Szahandża, Demotika i
Mandra na południe. Dlaczego więc z powodu tego kąta nałożył sobie
drogi o szesnaście godzin jazdy konnej? - Nie pytałem go o to. - A ja tego pojąć nie mogę. - Boi się pokazywać. Chcą go schwytać. Może starał się cabtię z
drogi sprowadzić. - To możliwe. - Czy ty także go szukasz i zamierzasz pojmać? - Tak. - W takim razie musisz się udać w tym kierunku, który ja ci podam. - To bardzo dobrze, że mi to powiedziałeś. Czy w tym południowym
kierunku nie mieszka jaki twój krewny, albo znajomy, do którego
mógłbym się zwrócić w razie potrzeby? - Nie. - Przecież masz krewnych. - Nie. - Nie masz rodziców? - Nie. - Ani brata lub siostry? - Także nie. Było to kłamstwo oczywiste, a stróż nocny nie miał widocznie
zamiaru wyjawić mi prawdy, chociaż znał stosunki naczelnika. Obaj
ci ludzie uważali mnie za wysokiego dygnitarza, a jednak
oszukiwali. Jako obcy, zdany zupełnie na siebie samego, pozbawiony
byłem wszelkiej władzy przeciwko tym ludziom. Mogłem użyć jedynie
podstępu, a w tym wypadku polegał on tylko na tem, że udałem,
jakobym wierzył jego słowom. Wydobyłem z kieszeni notatkę i
zacząłem przewracać kartki, udając najpierw, że czegoś szukam, a
potem jakobym znalazł. Po chwili powiedziałem: - Tak, to słuszne: stareszyn z Bukioj, nieugięty, bezwzględny i
niesprawiedliwy urzędnik. Do tego pozwoliłeś uciec zbiegom zamiast
ich przytrzymać. Tobie... - Nieugięty, bezwzględny, niesprawiedliwy? - przerwał mi. -
Effendi, to nie może się do mnie odnosić! - A do kogóż innego? Nie mam dziś czasu zajmować się tobą dłużej,
ale bądź pewny, że każda niesprawiedliwość spotka się z karą. Czy
słyszałeś, co prorok powiedział o ujuhn Allah. - Tak, emirze - odrzekł półgębkiem. - Są ostrzejsze od noża, który wciska ci się w serce, aby cię
zabić. Wnikają głębiej; wnikają w duszę i niema wobec nich
zaprzeczenia, Pomnij zawsze na te oczy Wszechwiedzącego, bo będzie
z tobą gorzej niż z abid elasman pomimo twoich salawat, które
zwykłeś punktualnie odmawiać! Odchodzę. Niechaj Allah pokieruje
uczuciami twojego serca i myślami twojej głowy! Allah juzebimak -
niech cię Bóg ma w swojej opiece! Skłonił się głęboko z szacunkiem i rzekł: - Nezinin za'id - lata twoje niech będą błogosławione! Stróż nocny skłonił się tak nizko, iż twarzą omal że ziemi nie
dotknął, odzywając się po turecku: - Akibetinic chajir ola sultanum - obyście mieli lekki skon, mój
panie! Powiedział to w liczbie mnogiej zamiast w pojedynczej, co jest
oznaką wielkiej uprzejmości. Mimo to w chwili, kiedy za drzwi
wyszedłem, usłyszałem, jak kiaja, który dopiero co życzył mi lat
błogosławionych mruknął z cicha, ale ze złością: - Ingali 'min hom! Znaczy to prawie to samo, co w potocznej arabszczyźnie: "ruli
lidżehennum" - idź do dyabła! Widać było z tego, że moja pobożna
przestroga, zwrócona do niego, nie na wiele się przyda. Dosiadłszy koni, wyjechaliśmy ze wsi nie w zachodnim, lecz
południowym kierunku; a kiedy nie można już było nas zobaczyć,
skręciliśmy znowu na drogę, wiodącą do wioski Geren, położonej
mniej więcej o półtorej godziny. Teraz dopiero spostrzegłem, że mamy ze sobą już tylko dwu kawasów. - Gdzie twój podwładny? - spytałem kawasbasziego. - Wrócił do Edreneh. Powiedział to tak spokojnie, jakgdyby szło o coś samo przez się
zrozumiałego. - Czemu? - Nie mógł dalej jechać za nami. - Dlaczego? - Miał basz dymnessi gylin. Nie zdołał już dłużej wytrzymać. - Skądże dostał tej choroby? - Bo koń jego biegł ciągle - odrzekł poważnie. - Wszak powiedziałeś, że umiecie jechać takdobrze! - Tak, ale trzeba konia zatrzymywać. Kiedy biegnie, to trzęsie
się, kiwa i huśta bez litości. To potrafi znieść tylko żołądek
kassaka russialy. Moje badżirzak zniknęły; niema ich, bo wsunęły
się do końskich. Nie czuję ich już, czuję tylko moje salwar,
przylepione tam, gdzie miałem dobrą własną skórę, którą sobie
odjeździłem. Gdybym był tym, który ma dyabła ukarać, skazałbym go
na jazdę z wami do Menliku. Przybyłby tam bez skóry i kości i
chętniej siedziałby w najgorszym ogniu piekielnym, niż na koniu. Była to skarga, z której musieliśmy się wszyscy uśmiać, ale mnie
żal było istotnie tego człowieka. Miał minę nazbyt płaczliwą.
Istotnie zdarła mu się w kilku miejscach skóra pomimo krótkości
czasu, spędzonego na koniu. Jego koledze powodziło się zapewne tak
samo, gdyż mruczał pod wąsem: - Wallahi, yjle dir - na Allaha, tak jest! Nie powiedział nic więcej, ale widać było wyraźnie po jego twarzy,
że doznawał zupełnie tych samych uczuć, co jego przełożony. - Kto mu pozwolił wrócić? - spytałem. - Ja - odrzekł zdumiony, że tak pytam. - Sądzę jednak, że ja jestem tym, którego powinien był zapytać! - Ty? Effendi, czy ty jesteś kawas-baszi, czy ja nim jestem? - Naturalnie, że ty; ale czy wiesz, czyje teraz masz wykonywać
rozkazy? - Rozkazy kadiego, on zaś nie kazał mi w grzbiecie tego konia
wysiedzieć takiej dziury, żeby mi w końcu tylko głowa z niej
wyzierała. Będę śpiewać i głosić chwałę Boga jak anioł, gdy położę
się znowu w koszarach w Edreneh. Na to rzekł mały hadżi: - Ty gałganie, jak śmiesz tak bez respektu mówić do mego effendi!
To twój pan, dopóki mu się spodoba. Jeśli ci rozkaże jechać, to
masz jechać, choćby ci cały uniform miał przyróść do skóry. Po co
robiłeś tak wielką gębę i twierdziłeś, że umiecie jeździć tak
doskonale! - Co powiada ten mały? - odrzekł podoficer z gniewem. - Jak on
mnie nazywa? Gałganem? A ja jestem przecież kapralem władzcy
wszystkich wiernych; ja powiem to kadiemu, gdy wrócę! Mały hadżi
chciał coś odpowiedzieć, ale uprzedził go Osko. Wziął konia
kawasowego za cugle i rzekł, śmiejąc się, w ojczystym, serbskim
języku: - Chodźcie, wasze prewaschodztwo. Trzymajcie się dobrze siodła,
wysoko błagorodni gospodine. Zaczynają się wyścigi! W tej samej chwili pognał cwałem z kawas-baszim. Równocześnie
chwycił Omar Ben Sadek drugiego kawasa i popędził z nim za tamtymi
dwoma. - Do pioruna! Drabie! Łotrze! Synu dyabelski! Wnuku piekielny!
Bratanku czarownicy! Szwagrze złości! Te i inne okrzyki usłyszeliśmy z ust obudwu stróżów bezpieczeństwa
publicznego, trzymających się kurczowo siodeł i grzyw końskich.
Pośpieszyliśmy za nimi. Żal mi ich było, a gdyśmy ich doścignęli,
tchu im brakło już całkiem. Zaczęli miotać słowami dosadnemi, wziętemi z arabskiego,
tureckiego, perskiego, rumuńskiego i serbskiego języka. W tym
rodzaju wymowy dzielny jest człowiek wschodni, a zwłaszcza
żołnierz. Kosztowało m nie niemało trudu, zanim zdołałem gniew ich
uśmierzyć i upłynęła dobra chwila, zanim ruszyliśmy dalej w
spokojnym nastroju. Nadszedł czas wymiany zapatrywań na to, co przeżyliśmy w Bukioj. Bystrego Halefa uderzyła taksamo zresztą, jak i mnie, ta
okoliczność, że dziś po południu dopytywał się jakiś jeździec o
trzech zbiegów. - Niewątpliwie zn a ich - powiedział. - Zapewne wie o ich
ucieczce. Ale dlaczego nie pojechał za raz z nimi, zihdi? - Bo prawdopodobnie nie miał początkowo wcale zamiaru z nimi
jechać. - A dlaczegóż ściga ich teraz? - Przypuszczam, dlatego, żeby donieść im o tem, co się dziś stało. - Że ty znów jesteś wolny? - Tak. - Że pojmałeś "tańczącego", Ali Manacha? - Tak, i prawdopodobnie o tem, że ten Ali Manach już nie żyje. - Co na to powie Barud el Amazat? - Opanuje go przestrach i wściekłość oczywiście, jeśli temu
jeźdźcowi uda się ich dopędzić i zawiadomić o tem. - Czemu nie miałoby mu się udać? Jechał tak prędko, że koń jego
się pocił! - Bo stary. Właśnie dlatego, że był spocony, długo nie wytrwa.
Zresztą nie mam zamiaru dopuścić tego człowieka do celu. - Czemu nie? - Zbiegowie dowiedzieliby się od niego, że jestem wolny i że się
ich ściga, a to nie może być dla nas przyjemne. Im bezpieczniej się
będą czuli, tem powolniej będą uciekać i tem prędzej też i łatwiej
ich dościgniemy. Dlatego chciałbym co prędzej pośpieszyć za tym
jeźdźcem, aby jego zamiar zniweczyć. - Zanadto wysforował się naprzód. - Czyż sądzisz, że Bih biec już nie zdoła? - Kary, zihdi? O, Bih nazywa się Wiatr i pędzi jak wiatr. Dawno
już nie miał sposobności pokazać, że ma ścięgna stalowe. Jakżeby go
wyścig z wichrem ucieszył! Ale my nie zdołamy dotrzymać kroku. - To też niepotrzebne zupełnie. Pojadę sam. - Sam, zihdi? A co my zrobimy? - Wy podążycie za mną jak najprędzej. - Dokąd? - Pozostaniecie dalej na drodze do Mastanly. Ja tam także pojadę,
ale w jak najprostszym kierunku. Ponieważ nie wiem, gdzie go
spotkam, nie mogę wam powiedzieć, gdzie będę na was czekać. - A czy wiesz, że on podążył drogą najprostszą? - Tego pewnie nie zrobił, bo to droga zbyt uciążliwa dla jego
starego bułana. - A co będzie, jeśli go miniesz? - Zaczekam na niego. - A jak będziesz wiedział, czy jest przed tobą, czy za tobą? - Mam nadzieję, że się dowiem. - Ale nie znasz okolicy, możesz więc łatwo zabłądzić. Może cię
spotkać jakie nieszczęście. Weź mnie z sobą zihdi! - Nie obawiaj się, kochany Halefie! Mam dobrego konia i dobrą
broń. Nie mogę cię wziąć z sobą, bo musisz być dowódzcą tamtych. To pochlebiało jego dumie. Zgodził się na mój plan, poczem dałem
wskazówki Osce i Omarowi. Ponieważ należało przytem uwzględnić i
omówić wszystkie możliwości, nie zwracaliśmy przez jakiś czas uwagi
na kawasów. Kiedy odwróciłem się do nich, ujrzałem
ekwilibrystę-kaprala, ale jego kolegi nie było. - Gdzie twój towarzysz? - spytałem zdumiony. Odwrócił się i zawołał z zakłopotaniem: - Effendi, on jechał za mną! Zakłopotanie nie było bynajmniej udane. Wyraz twarzy wskazywał na
to, że wierzył, iż towarzysz broni był za nim. - Ale gdzie on? - pytałem. - Zniknął, ulotnił się, zgubił, zniszczył, zatarł, strawił się! -
odrzekł w nieopisanem osłupieniu. - Musiałeś jednak zauważyć, że został! - Jak mogłem to zauważyć? Czy ty to zauważyłeś? Pośpieszę
natychmiast, by go sprowadzić! Zamierzał już widocznie wykonać to postanowienie. Przy tej
sposobności mógł z powodzeniem wycofać się wogóle. - Stój! - zawołałem. - Ty zostaniesz! Nie mamy czasu szukać tego
uciekiniera, ani też czekać, dopóki go nie znajdziesz! - Ależ on ma jechać z nami! - Załatwisz to z nim potem, jak będziesz w Edreneh! Teraz
pojedziesz z nami. Hadżi Halefie Omarze, zwracajcie, skoro odjadę,
pilnie uwagę na onbasziego, aby spełnił swoją powinność! Puściłem karego w skok i wkrótce straciłem z oczu towarzyszy. W okolicach owych osady budowane są na sposób bułgarski. Wieś
bułgarska, selo, leży często zdala od gościńca, czy też czegoś,
czemu daje się tę nazwę. Zazwyczaj rozciąga się selo na stepie
wdłuż brzegu strumienia, który mu służy jako rów i środek ochronny. Każda z takich wsi, następujących po sobie, liczy tylko po kilka
zagród, oddzielonych pastwiskami. Sześć do dziesięciu chałup składa
się na jedną zagrodę. Chałupy te są wykopane w ziemi i zaopatrzone
stożkowatym dachem ze słomy i chróstu, albo zbudowane z plecionej
wierzbiny i wyglądają wówczas jak wielkie koszyki. Wszyscy i
wszystko ma w tych zagrodach osobne mieszkanie. Są tam więc chałupy
dla ludzi, dla koni, bydła, świń, owiec i drobiu. Zwierzęta
wychodzą ze swych mieszkań, kiedy im się podoba i przechadzają się
spokojnie między zagrodami. Niema tu szos zachodnio europejskich. Już nazwa gościniec mówi za
wiele. Chcąc się dostać z jednego sela do drugiego, napróżno
częstokroć szukałbyś tego, co się u nas drogą lub ścieżką nazywa.
Kto tu jest obcy i nie zdąża do celu całkiem blizkiego, musi, skoro
tylko zboczy z toru, ujeżdżonego arbam i wolemi, a tworzącego tu
drogę, posiadać instynkt przelotnego ptaka. Przytem gorzej mu niż
ptakowi, bo ptak może przecinać powietrze we wszystkich kierunkach,
a człowiekowi przychodzi przezwyciężać setki przeszkód
najrozmaitszych.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.