W zakamarkach serca - Małgorzata Tarczyńska

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Pod na­ci­skiem klam­ka po­wo­li opa­dła. Drzwi za­skrzy­pia­ły - naj­wy­raź­niej ktoś za­po­mniał je na­oli­wić. Po chwi­li otwo­rzy­ły się i z bu­dyn­ku Uni­wer­sy­te­tu Mi­ko­ła­ja Ko­per­ni­ka wy­szły dwie stu­dent­ki. Ostat­nie eg­za­mi­ny za­li­czo­ne, w in­dek­sach przy­by­ło kil­ka wpi­sów, czas na od­po­czy­nek.

Pierw­sza z nich, Agniesz­ka Maj­kow­ska, była wy­so­ką, szczu­płą blon­dyn­ką. Dłu­gie wło­sy, przy­po­mi­na­ją­ce łany zbóż, wią­za­ła w koń­ski ogon. Mia­ła po­cią­głą twarz o de­li­kat­nych ry­sach i duże nie­bie­skie oczy pod­kre­śla­ją­ce jej uro­dę. Dru­ga, Mal­wi­na Tur­kie­wicz, rów­nież była smu­kłą dziew­czy­ną. Gę­ste, kasz­ta­no­we wło­sy z gra­cją opa­da­ły jej na ra­mio­na, a zie­lo­ne oczy kon­tra­sto­wa­ły z ja­sną cerą, na któ­rej roz­sia­ne były licz­ne pie­gi.

Los ma swo­je pla­ny i re­ali­zu­je je bez kon­sul­ta­cji z nami. Sta­wia nam na dro­dze lu­dzi, któ­rzy wpły­wa­ją na na­sze wy­bo­ry. Jed­ni od­gry­wa­ją waż­ną rolę w na­szym ży­ciu, a obec­ność in­nych jest tyl­ko krót­kim epi­zo­dem.

Dziew­czy­ny spo­tka­ły się po raz pierw­szy kil­ka lat temu pod­czas dni otwar­tych, któ­re mia­ły po­móc w pod­ję­ciu de­cy­zji o wy­bo­rze szko­ły śred­niej. Mło­dzież prze­mie­rza­ła ko­ry­ta­rze jed­ne­go z li­ce­ów ogól­no­kształ­cą­cych w To­ru­niu, za­glą­da­jąc do po­szcze­gól­nych klas, spo­ty­ka­jąc się z na­uczy­cie­la­mi. W pew­nej chwi­li Mal­wi­na ener­gicz­nym ru­chem otwo­rzy­ła drzwi do ła­zien­ki i wła­śnie wte­dy usły­sza­ła dziw­ny od­głos. Po dru­giej stro­nie sta­ła Agniesz­ka z gu­zem na czo­le. Ten przy­kry in­cy­dent był po­cząt­kiem ich zna­jo­mo­ści, któ­ra z cza­sem prze­ro­dzi­ła się w przy­jaźń. Obie zdo­by­wa­ły wie­dzę w tym li­ceum, a po ma­tu­rze wy­bra­ły ten sam kie­ru­nek stu­diów.

- Wy­bierz­my się na kil­ka dni nad mo­rze - za­pro­po­no­wa­ła Mal­wi­na.

- Chęt­nie, tyl­ko w środ­ku se­zo­nu trud­no bę­dzie zna­leźć tani po­kój - za­uwa­ży­ła przy­ja­ciół­ka.

- Wie­czo­rem po­szpe­ram w In­ter­ne­cie. Jak coś cie­ka­we­go znaj­dę, dam ci znać.

- Oczy­wi­ście.

- Wra­caj­my do domu - za­pro­po­no­wa­ła Mal­wi­na i obie po­szły w kie­run­ku przy­stan­ku au­to­bu­so­we­go.

***

Agniesz­ka we­szła do domu. Zaj­rza­ła do kuch­ni, póź­niej do sa­lo­nu, lecz ni­ko­go tam nie za­sta­ła. Bły­ska­wicz­nie wy­bie­gła na ta­ras i ścież­ką po­śród ko­lo­ro­wych kwia­tów po­dą­ża­ła w głąb ogro­du. Za­trzy­ma­ła się i po­chy­li­ła nad her­ba­cia­ną różą, któ­rej za­pach tak lu­bi­ła. No­sem mu­snę­ła jej płat­ki i po­czu­ła tę ak­sa­mit­ną woń. Ko­lo­ro­we kwia­ty wa­bi­ły owa­dy, któ­re chęt­nie sia­da­ły na po­szcze­gól­nych ro­śli­nach i czer­pa­ły z ich do­bro­dziej­stwa. W głę­bi ogro­du Agniesz­ka uj­rza­ła swo­ich naj­bliż­szych. Tata, Hen­ryk - wy­so­ki, po­staw­ny męż­czy­zna - opróż­niał ko­siar­kę z resz­tek ścię­tej tra­wy. Wśród do­rod­nych krze­wów ma­lin zo­ba­czy­ła mamę i bab­cię. Obie zry­wa­ły czer­wo­ne owo­ce kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce na­parst­ki. Emi­lia So­wań­ska, se­nior­ka rodu, była ko­bie­tą śred­nie­go wzro­stu, szczu­płą, o po­god­nym wy­ra­zie twa­rzy, a jej cór­ka Syl­wia, nie­co wyż­sza, mia­ła peł­niej­sze kształ­ty.

- Ko­cha­na ro­dzin­ko, za­li­czy­łam wszyst­kie eg­za­mi­ny i je­stem stu­dent­ką dru­gie­go roku fi­lo­lo­gii an­giel­skiej! - za­wo­ła­ła ra­do­śnie Agniesz­ka.

- Có­recz­ko! Bar­dzo się cie­szę - od­po­wie­dział Hen­ryk.

- Wspa­nia­ła wia­do­mość. - Syl­wia się uśmiech­nę­ła.

- Wnu­siu, je­stem z cie­bie dum­na - do­da­ła bab­cia Emi­lia.

Agniesz­ka we­szła mię­dzy krze­wy ma­lin i nie mo­gła oprzeć się czer­wo­nym owo­com, któ­re za­miast do ko­szy­ka, tra­fia­ły bez­po­śred­nio do jej ust. Tego lata plo­ny do­pi­sa­ły, krze­wy ugi­na­ły się od czer­wo­nych skar­bów na­tu­ry. Kie­dy ko­szy­ki zo­sta­ły na­peł­nio­ne owo­ca­mi, wszy­scy uda­li się do domu.

- Cze­ka nas te­raz wie­le pra­cy - oznaj­mi­ła Emi­lia.

- Tak, bab­ciu, już nie mogę się do­cze­kać prze­pysz­ne­go soku i kon­fi­tur z ma­lin - za­pew­ni­ła dziew­czy­na.

- Może i ja się przy­dam - rzekł Hen­ryk.

- A jak­że, two­ja siła jest nie­oce­nio­na - od­po­wie­dzia­ła Emi­lia z uśmie­chem.

- To praw­da. Nikt tak jak ty, ta­tu­siu, nie po­tra­fi so­lid­nie za­krę­cić sło­ików.

- Tak, tu po­trzeb­na jest mę­ska siła. Prze­cież mu­szę dbać, aby moje pięk­ne i uro­cze pa­nie się nie prze­mę­czy­ły. Uro­cza te­ścio­wa spra­wi, że owo­ce za­mie­nią się w pysz­ne prze­two­ry. Ko­cha­na żona, naj­lep­sza na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki, spraw­nie po­li­czy sło­iki, a moja cu­dow­na cór­ka z pew­no­ścią kil­ka sło­icz­ków opróż­ni, za­nim zdą­żę je za­krę­cić - po­wie­dział go­spo­darz z bar­dzo po­waż­ną miną, co wy­wo­ła­ło szcze­ry uśmiech na twa­rzach resz­ty do­mow­ni­ków.

- A ty, w mię­dzy­cza­sie, jako skru­pu­lat­ny far­ma­ceu­ta, za­nim za­krę­cisz sło­iki, spraw­dzisz ich skład - za­żar­to­wa­ła Syl­wia.

- I li­czę na na­lew­kę z ma­lin - nad­mie­nił Hen­ryk.

- Obo­wiąz­ko­wo, to już na­sza tra­dy­cja - od­po­wie­dzia­ła se­nior­ka.

- Oj! He­niu, mam na­dzie­ję, że i mnie do­pu­ścisz do de­lek­to­wa­nia się tym pysz­nym trun­kiem, za­nim opróż­nisz wszyst­kie bu­tel­ki - kon­ty­nu­owa­ła żar­to­bli­wym to­nem Syl­wia.

- Ależ, ko­cha­nie, jak­bym śmiał wy­pić je sam - od­po­wie­dział i po­ca­ło­wał żonę w po­li­czek.

- Wi­dzę, że przy tak we­so­łym na­sta­wie­niu pra­ca bę­dzie się wam pa­li­ła w rę­kach - stwier­dzi­ła se­nior­ka.

Emi­lia po­dzie­li­ła za­da­nia tak, aby każ­dy miał szan­sę wy­ka­zać się swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi.

- Mal­wi­na za­pro­po­no­wa­ła, by­śmy po­je­cha­ły na parę dni nad mo­rze - po­wie­dzia­ła na­gle Agniesz­ka, wkła­da­jąc do ust ko­lej­ną so­czy­stą ma­li­nę.

- My­ślę, że to do­bry po­mysł - od­po­wie­dział Hen­ryk i spoj­rzał na żonę, któ­ra zmarsz­czy­ła brwi i za­py­ta­ła:

- Ko­cha­nie! Nie po­je­dziesz z nami na Ma­zu­ry?

- Oczy­wi­ście, że po­ja­dę, ale wcze­śniej chcia­ły­śmy spę­dzić kil­ka dni nad mo­rzem. Mal­wi­na obie­ca­ła spraw­dzić w In­ter­ne­cie ofer­ty za­kwa­te­ro­wa­nia.

- Ire­na Wie­rzyń­ska, któ­rą dwa lata temu po­zna­łam w sa­na­to­rium, miesz­ka w Prusz­czu Gdań­skim. Za­py­tam ją, czy udo­stęp­ni wam po­kój - wtrą­ci­ła się do roz­mo­wy Emi­lia.

- Z Prusz­cza Gdań­skie­go jest spo­ry ka­wa­łek nad mo­rze - od­par­ła Agniesz­ka.

- Prze­cież prze­jazd ko­le­ją nie zaj­mie wam wie­le cza­su - po­wie­dział Hen­ryk.

- Ire­na z pew­no­ścią za­pro­po­nu­je roz­sąd­ną cenę za po­kój - na­le­ga­ła star­sza pani.

- To jest ar­gu­ment - od­par­ła wnucz­ka.

Pani Emi­lia ode­szła od sto­łu, umy­ła ręce i uda­ła się do swo­je­go po­ko­ju. Wró­ciw­szy, oznaj­mi­ła:

- Ire­na chęt­nie was ugo­ści.

- To wspa­nia­le! - Agniesz­ka się ucie­szy­ła.

- Mo­że­cie u niej za­miesz­kać do koń­ca lip­ca, po­nie­waż w sierp­niu ocze­ku­je syna z ro­dzi­ną.

- Bab­ciu, jak my się jej od­wdzię­czy­my?

- Na to też znaj­dzie się rada. Poza tym zdą­żysz wró­cić na moje uro­dzi­ny.

- Bab­ciu! Nie mo­gła­bym opu­ścić tak waż­nej dla cie­bie uro­czy­sto­ści.

- Przy­go­tu­je­my dla mamy wspa­nia­łe przy­ję­cie i kil­ka nie­spo­dzia­nek - wtrą­ci­ła Syl­wia.

- Po­sta­ra­my się, aby ten dzień był wy­jąt­ko­wy - do­dał Hen­ryk.

- W ta­kim ra­zie mu­szę uzbro­ić się w cier­pli­wość - oznaj­mi­ła roz­ra­do­wa­na Emi­lia.

Agniesz­ka za­dzwo­ni­ła do przy­ja­ciół­ki, któ­ra z apro­ba­tą przy­ję­ła pro­po­zy­cję wy­jaz­du do Prusz­cza Gdań­skie­go. Ceny wol­nych po­koi, któ­re zna­la­zła w In­ter­ne­cie, oka­za­ły się zbyt wy­so­kie.

Rozdział drugi

Na to­ruń­skim dwor­cu zgro­ma­dził się cał­kiem spo­ry tłum. Z me­ga­fo­nu pły­nął miły dam­ski głos in­for­mu­ją­cy o nad­jeż­dża­ją­cym skła­dzie. Sły­sząc tę za­po­wiedź, dziew­czę­ta uda­ły się na pe­ron. Pa­sa­że­ro­wie wsie­dli do wa­go­nów i za­ję­li wy­zna­czo­ne miej­sca. Po­ciąg ru­szył, by swo­im ryt­mem prze­mie­rzać ko­lej­ne ki­lo­me­try.

Po nie­speł­na dwóch go­dzi­nach za­trzy­mał się na sta­cji Pruszcz Gdań­ski. Przy­ja­ciół­ki wy­sia­dły i skie­ro­wa­ły się do wyj­ścia. Osie­dle, na któ­rym mia­ły za­miesz­kać, znaj­do­wa­ło się nie­opo­dal dwor­ca PKP. Dziew­czę­ta po dro­dze po­dzi­wia­ły ogro­dy peł­ne róż­no­rod­nych ro­ślin. Wie­lo­barw­ne kwia­ty pła­wi­ły się w pro­mie­niach słoń­ca. Róże roz­kła­da­ły de­li­kat­ne płat­ki, eks­po­nu­jąc swo­je wa­lo­ry. Oka­za­łe sło­necz­ni­ki kła­nia­ły się i z uśmie­chem wi­ta­ły prze­chod­niów. Kępy wy­so­kich traw ko­ły­sa­ły się na wie­trze. Dziew­czę­ta za­trzy­ma­ły się przed furt­ką z nu­me­rem 21. Agniesz­ka na­ci­snę­ła bia­ły gu­zik do­mo­fo­nu. Po chwi­li drzwi domu otwo­rzy­ły się, a w pro­gu sta­nę­ła szczu­pła, nie­wy­so­ka ko­bie­ta.

- Dzień do­bry, je­stem Agniesz­ka, a to moja przy­ja­ciół­ka Mal­wi­na.

- Miło mi. Cze­ka­łam na was z nie­cier­pli­wo­ścią. Za­pra­szam do środ­ka - od­po­wie­dzia­ła go­spo­dy­ni i otwo­rzy­ła furt­kę.

Do par­te­ro­we­go domu pro­wa­dził chod­nik z sza­rych płyt, wzdłuż któ­re­go ro­sły ak­sa­mit­ki. Przed wej­ściem z ka­mion­ko­wych do­nic wy­ła­nia­ły się czer­wo­ne pe­lar­go­nie. W domu było miło i przy­tul­nie. Agniesz­ka z ple­ca­ka wy­ję­ła pu­deł­ko i po­da­ła go­spo­dy­ni:

- Pro­szę przy­jąć upo­mi­nek od bab­ci Emi­lii.

- Ależ pięk­ny bież­nik i ser­wet­ki - za­chwy­ci­ła się go­spo­dy­ni.

- A to spe­cjal­ność mo­jej bab­ci - do­da­ła Agniesz­ka i po­sta­wi­ła na sto­le kil­ka sło­icz­ków z po­wi­dła­mi i so­kiem ma­li­no­wym oraz na­lew­kę z aro­nii.

- Bar­dzo dzię­ku­ję za te wspa­nia­ło­ści. A te­raz, mło­de damy, za­pro­wa­dzę was do po­ko­ju. Za pięt­na­ście mi­nut za­pra­szam na obiad.

W po­ko­ju znaj­do­wa­ły się dwa drew­nia­ne łóż­ka, sza­fa, mały sto­lik, na któ­rym le­ża­ła kre­mo­wa ser­wet­ka, a na niej pięk­nie pre­zen­to­wa­ła się por­ce­la­no­wa fi­gur­ka przed­sta­wia­ją­ca dziew­czyn­kę z bu­kie­tem kwia­tów. Obok sto­li­ka sta­ły dwa fo­te­le. Na ścia­nie wi­sia­ła re­pro­duk­cja za­cho­du słoń­ca, a tuż obok niej, na kwiet­ni­ku, swo­ją uro­dę pre­zen­to­wa­ła do­rod­na pa­prot­ka.

Wcho­dząc do ja­dal­ni, dziew­czę­ta po­czu­ły za­pach ro­so­łu. W tym cza­sie do­łą­czył do nich męż­czy­zna śred­nie­go wzro­stu o krę­pej bu­do­wie cia­ła. Go­spo­dy­ni przed­sta­wi­ła go­ściom męża, Sta­ni­sła­wa, któ­ry przy­wi­tał się i ob­jął dziew­czę­ta wzro­kiem. Po czym wszy­scy ze sma­kiem zje­dli przy­go­to­wa­ny przez Ire­nę po­si­łek.

- Czy ma­cie już spre­cy­zo­wa­ne pla­ny na spę­dze­nie wa­ka­cji? - za­py­ta­ła go­spo­dy­ni.

- Za­mie­rza­my zwie­dzić oko­li­cę oraz po­le­niu­cho­wać na pla­ży - od­po­wie­dzia­ła Mal­wi­na.

- W na­szej miej­sco­wo­ści jest wie­le cie­ka­wych za­kąt­ków. Chęt­nie was opro­wa­dzę i przy­go­tu­ję plan zwie­dza­nia Trój­mia­sta - za­pro­po­no­wał pan Sta­ni­sław.

- Dzię­ku­je­my. Z przy­jem­no­ścią sko­rzy­sta­my z pana pro­po­zy­cji - od­po­wie­dzia­ła Mal­wi­na i spoj­rza­ła na przy­ja­ciół­kę, któ­ra ocho­czo przy­tak­nę­ła.

- Pro­po­nu­ję za­opa­trzyć się w bi­le­ty re­gio­nal­ne, dzię­ki któ­rym mo­że­cie ko­rzy­stać z po­łą­czeń ko­le­jo­wych obo­wią­zu­ją­cych w ca­łym Trój­mie­ście - za­su­ge­ro­wa­ła Ire­na, co spo­tka­ło się z apro­ba­tą obu dziew­cząt.

- War­to wy­brać się na Jar­mark Do­mi­ni­kań­ski - po­wie­dział Sta­ni­sław.

- To bar­dzo cie­ka­we wy­da­rze­nie - po­twier­dzi­ła Ire­na.

- Wie­cie, że jego tra­dy­cja się­ga trzy­na­ste­go wie­ku? Peł­no tam stra­ga­nów z naj­róż­niej­szy­mi wy­ro­ba­mi, do tego sto­iska z wy­śmie­ni­tym je­dze­niem. Ar­ty­ści po­ka­zu­ją swo­je pra­ce, są wer­ni­sa­że, kon­cer­ty, spek­ta­kle... na­praw­dę mnó­stwo się dzie­je - za­chwa­lał go­spo­darz.

- Do tej pory nie mia­łam oka­zji uczest­ni­czyć w tym wy­da­rze­niu - stwier­dzi­ła Mal­wi­na.

- Ja rów­nież. Chęt­nie się tam wy­bie­rze­my - po­wie­dzia­ła Agniesz­ka.

- A na de­ser pro­po­nu­ję ser­nik - wtrą­ci­ła go­spo­dy­ni.

- Ser­ni­ka ni­g­dy nie od­mó­wię - od­po­wie­dzia­ła Mal­wi­na.

- Ani ja - za­wtó­ro­wa­ła jej Agniesz­ka.

- Iren­ko, czy zo­stał jesz­cze kom­pot z wi­śni?

- Tak, już po­da­ję.

Dziew­czę­ta bez sło­wa uda­ły się z go­spo­dy­nią do kuch­ni. Mal­wi­na po­kro­iła ser­nik, Agniesz­ka wla­ła kom­pot do dzban­ka, a go­spo­dy­ni na­szy­ko­wa­ła ta­le­rzy­ki i szklan­ki. Tym­cza­sem go­spo­darz w al­tan­ce na sto­le uło­żył czte­ry pod­kład­ki z bam­bu­sa, a na ła­wach po­ło­żył sza­ro­nie­bie­skie po­dusz­ki. Ser­nik był tak pu­szy­sty, że roz­pły­wał się w ustach. Roz­mo­wy to­czy­ły się do póź­ne­go wie­czo­ra.

***

Na­stęp­ne­go dnia Agniesz­ka i Mal­wi­na wsta­ły wcze­śnie rano. Wyj­rza­ły przez okno. Słoń­ce pro­mie­nia­mi ota­cza­ło zie­mię. Wiatr ko­ły­sał li­ście na drze­wach, pta­ki ćwier­ka­ły ra­do­śnie. Po po­ran­nej to­a­le­cie i ob­fi­tym śnia­da­niu przy­ja­ciół­ki w to­wa­rzy­stwie go­spo­da­rza wy­ru­szy­ły na mia­sto.

Pan Sta­ni­sław tak cie­ka­wie opo­wia­dał, że dziew­czę­ta słu­cha­ły go z za­par­tym tchem, chło­nąc każ­de jego sło­wo. Za­dzi­wił je nie tyl­ko nie­sa­mo­wi­tą wie­dzą, ale i cie­ka­wym spo­so­bem jej prze­ka­zy­wa­nia. To uro­cze mia­stecz­ko mia­ło wie­le in­te­re­su­ją­cych miejsc do za­ofe­ro­wa­nia - Ka­nał Ra­du­ni czy kom­pleks bu­dyn­ków cu­krow­ni. Prze­mie­rza­jąc ko­lej­ne uli­ce, do­tar­li na te­ren Fak­to­rii Osa­dy Han­dlo­wej, gdzie dziew­czę­ta po­czu­ły po­wiew prze­szło­ści. W każ­dej cha­cie cze­ka­ło na zwie­dza­ją­cych wie­le nie­spo­dzia­nek. Przy­ja­ciół­ki od­nio­sły wra­że­nie, jak­by prze­nio­sły się w cza­sie o wie­le wie­ków wstecz. Mia­ły oka­zję po­znać hi­sto­rię ów­cze­snych miesz­kań­ców i zo­ba­czyć wie­le cen­nych ar­che­olo­gicz­nych zna­le­zisk.

- Nie są­dzi­łam, że w tym mie­ście jest tak wie­le wspa­nia­łych za­byt­ków i cie­ka­wych miejsc - zdzi­wi­ła się Agniesz­ka.

- Pra­wie w każ­dej ma­łej miej­sco­wo­ści lub wsi moż­na od­kryć coś cie­ka­we­go. Po­znać miej­sca na­zna­czo­ne hi­sto­rią ży­ją­cych tam lu­dzi, któ­rzy po­świę­ci­li ży­cie dla da­nej spo­łecz­no­ści - po­wie­dział Sta­ni­sław.

- Tak, to praw­da - zgo­dzi­ła się z nim Mal­wi­na.

- Cią­gle od­kry­wam nowe miej­sca i lu­dzi z pa­sją. Pro­wa­dzę kro­ni­kę, aby uwiecz­nić naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia i miej­sca, póki jesz­cze są, bo świat idzie na­przód i nie wszyst­kie obiek­ty mają szan­sę na prze­trwa­nie. A lu­dzie tak szyb­ko od­cho­dzą, że war­to spi­sać ich wspo­mnie­nia - zwie­rzył się Sta­ni­sław.

- Po­wi­nien pan opu­bli­ko­wać swo­je tek­sty - za­su­ge­ro­wa­ła Agniesz­ka.

- Książ­ka! Mam na­pi­sać książ­kę?! - od­parł zdu­mio­ny.

- Z taką wie­dzą z pew­no­ścią na­pi­sze pan cie­ka­wą książ­kę - prze­ko­ny­wa­ła go Mal­wi­na.

- Po­my­ślę nad tym - oznaj­mił męż­czy­zna, a na jego twa­rzy dało się za­uwa­żyć nut­kę za­my­śle­nia.

- Tak, ko­niecz­nie. Ja już za­ma­wiam pierw­szy eg­zem­plarz, i to z au­to­gra­fem. - Mal­wi­na się uśmiech­nę­ła.

Sta­ni­sław na­gle od­pły­nął w ma­rze­niach. Ni­g­dy nie my­ślał o na­pi­sa­niu książ­ki. Pod­dać się ta­kie­mu wy­zwa­niu, czy po­do­ła, czy po­tra­fi w cie­ka­wy spo­sób za­wrzeć w niej naj­istot­niej­sze in­for­ma­cje?

- Chodź­my już do domu, z pew­no­ścią Iren­ka przy­go­to­wa­ła coś pysz­ne­go na obiad - za­pro­po­no­wał męż­czy­zna, gdy wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

Prze­kra­cza­jąc próg, wę­drow­cy po­czu­li za­pach pie­czo­nej kacz­ki. Zmę­cze­ni ca­ło­dnio­wą wy­ciecz­ką, umy­li ręce i usie­dli do sto­łu. Po po­sił­ku dziew­czę­ta uda­ły się do po­ko­ju na od­po­czy­nek.

***

Na­za­jutrz po śnia­da­niu, za­opa­trzo­ne w su­chy pro­wiant i bu­tel­ki wody, przy­ja­ciół­ki uda­ły się na dwo­rzec, skąd po­je­cha­ły przy­wi­tać Mo­rze Bał­tyc­kie. Tłu­my wcza­so­wi­czów ob­le­ga­ły pla­żę. Dziew­czę­ta prze­ci­ska­ły się po­mię­dzy ko­lo­ro­wy­mi pa­ra­wa­na­mi. Wcza­so­wi­cze wy­sta­wia­li swo­je cia­ła ku słoń­cu. Ktoś czy­tał książ­kę, inni gra­li w kar­ty, dzie­ci ba­wi­ły się w pia­sku, gru­pa mło­dzie­ży gra­ła w pił­kę pla­żo­wą. Po przej­ściu tego la­bi­ryn­tu Agniesz­ka i Mal­wi­na zna­la­zły od­po­wied­nie miej­sce. Nie­opo­dal znaj­do­wał się punkt ob­ser­wa­cyj­ny dla ra­tow­ni­ków. Przy­ja­ciół­ki sko­rzy­sta­ły z ką­pie­li mor­skiej. Po bu­łecz­kach przy­go­to­wa­nych przez pa­nią Ire­nę nie po­zo­sta­ły na­wet okrusz­ki.

Le­żąc na kocu, w pew­nej chwi­li za­uwa­ży­ły cień nad swo­imi gło­wa­mi. Na­tych­miast ze­rwa­ły się i usia­dły. Tuż nad nimi sta­ło dwóch osił­ków, któ­rzy nie wy­glą­da­li na mi­łych fa­ce­tów.

- Hej, lale, chęt­nie do was do­łą­czy­my. Dwie sa­mot­ne dziew­czy­ny. Z wiel­ką przy­jem­no­ścią te wa­sze na­mięt­ne cia­ła wy­sma­ru­je­my kre­mem - po­wie­dział wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna z wę­żem wy­ta­tu­owa­nym na pier­si.

Agniesz­ka sku­li­ła się, przy­cią­gnę­ła ko­la­na do bro­dy i za­drża­ła. Tym­cza­sem Mal­wi­na wsta­ła, opar­ła ręce na bio­drach i gło­śno po­wie­dzia­ła:

- Nie po­chle­biaj­cie so­bie. Nie­ba­wem wró­cą nasi męż­czyź­ni.

- Ha, ha, ha... Nie udał ci się blef. Ob­ser­wu­je­my was od ja­kie­goś cza­su i wie­my, że je­ste­ście same - od­po­wie­dział dru­gi męż­czy­zna.

Mal­wi­na nie dała za wy­gra­ną i do­no­śnym gło­sem za­wo­ła­ła:

- To­mek! Piotr! Wra­caj­cie do nas!! - Li­czy­ła na to, że ktoś z wcza­so­wi­czów za­re­agu­je.

Kil­ka osób spoj­rza­ło w ich kie­run­ku, ale nikt nie wy­ko­nał żad­ne­go ge­stu, aby po­móc dziew­czę­tom. Mal­wi­na jesz­cze gło­śniej za­wo­ła­ła:

- To­mek! Piotr!

Na­tręt­ni męż­czyź­ni za­czę­li się gło­śno śmiać. Na­gle jak spod zie­mi wy­ro­sło dwóch mło­dzień­ców.

- Pa­no­wie, tro­chę wię­cej kul­tu­ry - po­wie­dział sta­now­czym gło­sem je­den z nich.

- Dziew­czę­ta są z nami - do­dał dru­gi.

- Sor­ry! Je­śli tak, to my spa­da­my - za­koń­czył roz­mo­wę ten z ta­tu­ażem i obaj się od­da­li­li.

- Dzię­ku­je­my za po­moc - po­wie­dzia­ła Mal­wi­na, przy­glą­da­jąc się wy­baw­com.

- Gra­tu­lu­ję od­wa­gi - od­parł je­den z męż­czyzn.

- Dzia­ła­łam pod wpły­wem im­pul­su. Dziw­ne, że tak szyb­ko ode­szli - za­uwa­ży­ła Mal­wi­na, wciąż przy­glą­da­jąc się im uważ­nie.

- To miej­sco­we chło­pa­ki. Co­dzien­nie się tu­taj krę­cą. Cza­sa­mi trze­ba ich usta­wić do pio­nu - od­po­wie­dział sza­tyn.

- Ach tak - rze­kła Mal­wi­na.

- Prze­pra­sza­my, ale obo­wiąz­ki wzy­wa­ją. Ży­czy­my wam mi­łe­go wy­po­czyn­ku - od­po­wie­dział sza­tyn i ode­szli.

Agniesz­ka pod­nio­sła gło­wę i spoj­rza­ła na od­da­la­ją­cych się wy­ba­wi­cie­li. Je­den był wy­so­kim sza­ty­nem z buj­ną czu­pry­ną, a dru­gi, nie­co niż­szy, blon­dy­nem o bar­dzo krót­ko przy­cię­tych wło­sach. Obaj mie­li spoden­ki z na­pi­sem "ra­tow­nik".

- Cał­kiem faj­ne chło­pa­ki. Jest na kim oko za­wie­sić. - Mal­wi­na się za­śmia­ła.

- Moż­li­we. Stra­ci­łam ocho­tę na pla­żo­wa­nie - po­wie­dzia­ła Agniesz­ka.

- Praw­dę mó­wiąc, ja też.

Dziew­czę­ta za­bra­ły swo­je rze­czy i uda­ły się w dro­gę po­wrot­ną do pań­stwa Wie­rzyń­skich. Nie wspo­mnia­ły go­spo­da­rzom o in­cy­den­cie na pla­ży.

***

Gdańsk ze swo­ją wspa­nia­łą ar­chi­tek­tu­rą i hi­sto­rią za­chę­cał tu­ry­stów do za­nu­rze­nia się w uro­cze za­ka­mar­ki Sta­re­go Mia­sta. Moż­na było po­czuć ma­gię Jar­mar­ku Do­mi­ni­kań­skie­go, któ­ry przy­cią­gał wie­lu za­in­te­re­so­wa­nych. Tłum lu­dzi jak wol­ny po­tok pły­nął wzdłuż stra­ga­nów peł­nych prze­róż­nych rze­czy. Sprze­daw­cy za­chwa­la­li swo­je pro­duk­ty i za­chę­ca­li do ich na­by­cia. Zwie­dza­ją­cy oglą­da­li wy­sta­wio­ne przed­mio­ty, nie­któ­rzy de­cy­do­wa­li się na za­kup. A było z cze­go wy­bie­rać. Przy­ja­ciół­ki dłu­żej za­trzy­my­wa­ły się przy sto­iskach z dzie­ła­mi sztu­ki - ob­ra­zy, rzeź­by przy­cią­ga­ły ich wzrok. W koń­cu do­szły do sto­isk ze sta­ro­cia­mi. Wy­staw­cy ofe­ro­wa­li bar­dzo róż­ne rze­czy, któ­rych dzi­siaj już nie moż­na do­stać w żad­nym skle­pie. Ta róż­no­rod­ność była osza­ła­mia­ją­ca. Wy­ro­by ze szkła, drew­na, por­ce­la­ny, mo­sią­dzu, skó­ry i in­nych ma­te­ria­łów. Dziew­czę­ta z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem oglą­da­ły te wszyst­kie wspa­nia­ło­ści i po­dzi­wia­ły per­fek­cyj­ne wy­ko­na­nie. Na jed­nym ze sto­isk Agniesz­ka za­uwa­ży­ła pro­sto­kąt­ny ka­wa­łek drew­na, na któ­rym na­ma­lo­wa­ny był roz­wi­nię­ty po­lny kwiat, a nad nim pięk­ny, ko­lo­ro­wy mo­tyl. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by mo­tyl za mo­ment miał usiąść na kwiat­ku. Ob­raz był pięk­ny. Pa­ste­lo­we ko­lo­ry uży­te przez ma­la­rza spra­wia­ły wra­że­nie, jak­by tań­czy­ły w rytm mu­zy­ki. Agniesz­ka wzię­ła ob­raz do ręki i dłu­go mu się przy­glą­da­ła.

- Za­mie­rzasz go ku­pić? - za­py­ta­ła przy­ja­ciół­ka.

- Tak. My­ślę, że to bę­dzie naj­lep­szy pre­zent uro­dzi­no­wy dla bab­ci. Ona bar­dzo lubi ob­ser­wo­wać mo­ty­le. Czę­sto po­wta­rza, że ich skrzy­dła są ży­wy­mi ob­ra­za­mi, któ­re na­ma­lo­wa­ła na­tu­ra.

- Fak­tycz­nie, to pięk­ny ob­raz - zgo­dzi­ła się Mal­wi­na, a wi­dząc do­syć wy­gó­ro­wa­ną cenę, zwró­ci­ła się do sprze­daw­cy: - Z tego co się orien­tu­ję, to na każ­dym sza­nu­ją­cym się ba­za­rze moż­na się tar­go­wać.

- Oczy­wi­ście, pa­nien­ko. Mogę ob­ni­żyć cenę o pięć pro­cent - za­pro­po­no­wał.

- Dwa­dzie­ścia pro­cent bę­dzie dla nas za­do­wa­la­ją­ce - za­su­ge­ro­wa­ła po­waż­nym to­nem Mal­wi­na.

- Ależ pa­nien­ko! Tyle nie mogę opu­ścić - po­wie­dział sta­now­czym to­nem sprze­daw­ca.

Jed­nak Mal­wi­na nie dała za wy­gra­ną i wda­ła się z nim w dłuż­szą dys­ku­sję. Agniesz­ka bez sło­wa przy­słu­chi­wa­ła się ich roz­mo­wie. Nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu, wi­dząc tak duże za­an­ga­żo­wa­nie przy­ja­ciół­ki. Po za­cię­tej wy­mia­nie zdań sprze­daw­ca ska­pi­tu­lo­wał i opu­ścił cenę o dwa­na­ście pro­cent. Gdy obie ode­szły od stra­ga­nu, Agniesz­ka, trzy­ma­jąc w ręku ob­raz, po­wie­dzia­ła:

- Nie są­dzi­łam, że drze­mie w to­bie tyle ta­len­tów.

- Mam na­dzie­ję, że jesz­cze nie­raz cię za­sko­czę - od­par­ła z uśmie­chem przy­ja­ciół­ka.

Dziew­czę­ta po­szły da­lej. Obej­rza­ły wy­sta­wę ma­lar­ską oraz wy­stęp gru­py te­atral­nej. Spró­bo­wa­ły tak­że kil­ku re­gio­nal­nych sma­ko­ły­ków. Póź­nym po­po­łu­dniem, zmę­czo­ne, ale peł­ne wra­żeń, wró­ci­ły do Prusz­cza Gdań­skie­go.

- Je­stem pew­na, że Emi­lia bę­dzie za­chwy­co­na tak pięk­nym pre­zen­tem - oznaj­mi­ła Ire­na, oglą­da­jąc z za­in­te­re­so­wa­niem ob­raz.

- Kie­dy go zo­ba­czy­łam, od razu po­my­śla­łam o bab­ci - od­par­ła Agniesz­ka.

- Ten ob­raz na­ma­lo­wał bar­dzo zdol­ny ar­ty­sta. Na tym nie­po­zor­nym ka­wał­ku drew­na kwiat i mo­tyl two­rzą nie­po­wta­rzal­ną ca­łość. Wszyst­ko do­sko­na­le ze sobą współ­gra. My­ślę, że je­że­li au­tor na­ma­lo­wał­by ten ob­raz na płót­nie, nie uda­ło­by mu się osią­gnąć ta­kie­go efek­tu - wy­ra­ził po­dziw Sta­ni­sław.

- Im dłu­żej mu się przy­glą­dam, tym bar­dziej zga­dzam się z pana opi­nią - po­wie­dzia­ła Agniesz­ka.

- Mu­szę przy­znać, że jest pan wspa­nia­łym ob­ser­wa­to­rem - do­da­ła Mal­wi­na.

- Dzię­ku­ję.

- Wy­star­czy atrak­cji na dzi­siaj, czas na ko­la­cję - wtrą­ci­ła się do roz­mo­wy go­spo­dy­ni.

- Oj tak, za­raz po­mo­że­my w przy­go­to­wa­niu po­sił­ku - za­pro­po­no­wa­ła Mal­wi­na i ra­zem z przy­ja­ciół­ką uda­ły się do kuch­ni.

Pod­czas ko­la­cji dziew­czę­ta z en­tu­zja­zmem wspo­mi­na­ły wy­da­rze­nia mi­ja­ją­ce­go dnia. Na­za­jutrz cze­ka­ły na nie nowe przy­go­dy. Plan opra­co­wa­ny przez pana Sta­ni­sła­wa oka­zał się tak pre­cy­zyj­ny, że dzię­ki nie­mu dziew­czę­ta po­zna­ły wie­le cie­ka­wych miejsc i obiek­tów Trój­mia­sta. Nie­ste­ty, czas pły­nął nie­ubła­ga­nie. Na­de­szła pora po­że­gna­nia. Pan Sta­ni­sław od­wiózł go­ści na dwo­rzec, skąd przy­ja­ciół­ki po­je­cha­ły po­cią­giem do To­ru­nia.

Pozostało jeszcze 90 % treści tej książki.