ROZDZIAŁ PIERWSZY
Anna chce się porządnie najeść
- Przyjechaliśmy z Polski - mówimy.
Olha Lubczyk właśnie wróciła z cerkwi. Na nasz widok przyciska chustkę do oczu.
- Czemu ona znowu płacze? - nie wytrzymuje Anatolij.
Z nerwów odchodzi na bok.
- Wszyscy są, tylko Ani nie ma. - Olhie łzy ciekną po policzkach.
Niska, drobna, ma już dziewięćdziesiąt dwa lata. Ubrana w szarą spódnicę i za dużą marynarkę w kratę, podpiera się kulą.
- Przyjeżdżają i przyjeżdżają, delegacja za delegacją, zawracają tylko głowę i nic - narzeka Anatolij. - Nawet wasze służby już tu były.
- Jakie służby? - jesteśmy zaciekawieni.
- A skąd mam wiedzieć? Od Wałęsy może? - zastanawia się Anatolij, nazywany przez krewnych Tolikiem.
Ma pięćdziesiąt parę lat i od razu widać, że to on tu rządzi.
- Dość już mam tych wizyt - tłumaczy.
Stoimy z Olhą i Anatolijem przed ich domem we wsi Sadowe w Ukrainie. Nie zapraszają nas do środka. Wejdziemy, dopiero gdy rozmowa się przedłuży, a starsza pani nie będzie już miała siły stać.
- Coś wam pokażę - powie Anatolij i w końcu zaprosi nas do domu.
Do tego spotkania zaraz wrócimy. Ale najpierw o tym, jak trafiliśmy do Ukrainy.
*
O samolocie, który w 2010 roku rozbił się w Rosji, z polskim prezydentem na pokładzie, donoszą media na całym świecie. O innych pasażerach, którzy zginęli, również. Ukraińscy dziennikarze szczególnie interesują się urodzoną na Wołyniu Anną Walentynowicz. Odkrywają, że we wsi Sadowe pod Równem nadal mieszka jej rodzeństwo. Radio Swoboda tytułuje swój materiał: "W katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem zginęła Ukrainka, która odmieniła losy Polski".
Siostry i brat zapewniają, że sławna siostra odwiedzała ich regularnie przez czternaście lat - od chwili gdy niespodziewanie się odnaleźli po spowodowanej wojną rozłące. Spotkania nie dożył Nazar Lubczyk, ojciec Anny, który umarł w 1996 roku. W Polsce niedowierzanie. Przecież ze wspomnień Anny Walentynowicz wynika coś zupełnie innego. Jej ojciec Jan Lubczyk był Polakiem z Wołynia, zginął we wrześniu 1939 roku trafiony odłamkiem na ulicy. Matka Aleksandra zarabiała jako krawcowa i umarła na zawał wkrótce po nim. Anna miała jednego brata - starszego, przystojnego Andrzeja, który nie lubił się uczyć. Aresztowali go Sowieci i wywieźli na Sybir. Nigdy już stamtąd nie wrócił. Dziesięcioletnią Annę przygarnęli sąsiedzi, polska rodzina Teleśnickich. Zrobili z niej służącą i zabrali z sobą, gdy w czasie wojny wyjeżdżali z Wołynia. Wykorzystywali sierotę, aż od nich uciekła i zatrudniła się w stoczni.
Czy odnaleziona w Ukrainie rodzina jest prawdziwa? W tej sprawie podzieleni są nawet bliscy Anny Walentynowicz.
Syn Janusz:
- Mam wątpliwości... Czy ja w ogóle powinienem z wami rozmawiać?
Wnuk Piotr:
- To prawda. Pomagam robić o tym film. Jak skończę, to z wami pogadam. Na razie nic z tego. Ale piszcie.
Przyjaciółka i biografka Anna Baszanowska:
- A jakieś dokumenty widzieliście?
Do Ukrainy jedziemy osiem lat po katastrofie w Smoleńsku.
*
Na lotnisku we Lwowie nie ma zbyt dużo ludzi. Słychać głównie Polaków. Jedni przyjechali się zabawić, innych ciągnie nostalgia. Po podróży samolotem atmosfera w pociągu do Równego przenosi nas w przeszłość. Konduktorka sprawdza bilety jeszcze na peronie. W środku z dwóch stron korytarza są po trzy siedzenia - tory w Ukrainie, tak jak w Rosji, są szersze niż w Polsce. Upał aż dusi, ale w całym wagonie można uchylić tylko jedno okno. Nie przeszkadza to siedzącym naprzeciwko pasażerkom, które gdy tylko pociąg rusza, odwijają kanapki z kiełbasą i chrupią ogórki ze skórką.
Na stacji w Równem wita nas Walentyna Romaniuk, dziennikarka Radia Swoboda. Robiła już audycje o rodzinie Anny Walentynowicz i nadal ma z nią kontakt. Około pięćdziesięcioletnia, mówi szybko, rozumiemy co trzecie słowo. Ukraiński różni się jednak od rosyjskiego, którego uczyliśmy się w szkole. Zresztą okazuje się, że rosyjskiego też nie pamiętamy.
Ustalamy, że następnego dnia pojedziemy razem na wieś.
- Tam je sestra Olha, wona stareńka duże, ale wse rozumieje. Wona taka chorosza żinka - opowiada nam Walentyna.
"Żinka"? To chyba "kobieta"?
- Tut je orhanizacija, taki kozaky. Jak my szukały Walentynowicz, to wid nych takyj odyn istoryk, po mami buw, ale win nedawno pomer - tłumaczy Walentyna.
Co Kozacy mają wspólnego z Anną Walentynowicz? Na razie się nie dopytujemy, wkrótce samo się wyjaśni. Może powinniśmy jednak poszukać tłumacza?
*
Rodzina Anny Walentynowicz od prawie stu lat mieszka w Sadowem. Przed wojną wieś nazywała się Sienne. Leży ponad czterdzieści kilometrów od Równego. Niby blisko, ale drogi tu marne. Do tego czasem biegną polami, więc trudno je znaleźć. Marszrutnoje taksi - czyli zdezelowany busik - jeździ w tej okolicy raz dziennie. Chyba że się popsuje i nie wyrusza w trasę. Walentyna nie poleca marszrutki. Organizuje łańcuszek ludzi, żebyśmy mieli własny transport.
- Mój kum - przedstawia mężczyznę ze złotymi zębami.
Najpierw jego samochodem jedziemy do Hoszczy. Tam na krzyżówce dróg czeka na nas kolejny kierowca, też ze złotymi zębami.
- Wołodia, z administracji obwodu - mówi Walentyna.
Wołodia ma zgrabny chiński samochód osobowy. Pierwszy raz taki widzimy. Z Wołodią przyjechał Maksym, tłumacz. Właściwie to ciągle jeszcze uczy się polskiego, ale i tak jest świetny. Maksym ma dwadzieścia pięć lat. Uświadamiamy sobie, że w Ukrainie nie widać wielu młodych ludzi.
- Za granicą są. Osiem milionów już wyjechało - wyjaśnia Walentyna.
Wszyscy pakujemy się do małego chińskiego auta. Samochód trzeszczy, ale dzielnie prze naprzód: polami, po dziurach, czasami po kocich łbach.
Walentyna pociesza Wołodię:
- I tak jest dobrze, bo dawno nie padało.
Wsie, które mijamy, wyglądają chyba tak samo jak osiemdziesiąt lat temu, gdy mieszkała tu Anna Walentynowicz - wtedy Lubczyk. Pobielone ściany, niebieskie okiennice, płoty we wszystkich kolorach tęczy, krzyże zdobione wstęgami. Zieleń przykrywa walące się chlewiki, krzywe kominy i wychodki przy domach. Rzadko mija nas jakiś samochód, na polach pusto, w gospodarstwach ludzi niewielu.
- Nikt nie chce tu już mieszkać. Pracy nie ma, do miasta trudno dojechać. Młodzi wyjeżdżają, starsi wymierają - mówi Walentyna. - Władze proponowały puste domy uciekinierom z Donbasu. Nawet oni ich nie chcieli. Ani szkół, ani dróg, jak tu żyć?
Po godzinie Wołodia wyjeżdża z pola na drogę, która prowadzi do tabliczki z napisem "Садове".
*
Dom stoi zaraz na skraju wsi - zadbany, murowany, świeżo otynkowany na różowo. Mieszkają w nim Olha i Kateryna, starsza i młodsza siostra Anny Walentynowicz. Obie siwe, z twarzami pociętymi zmarszczkami, w chustkach na głowach. Dom jest własnością Anatolija, syna Kateryny. Gdy pytamy go o Annę, odpowiada ze zniecierpliwieniem:
- No, przyjeżdżała tu, przyjeżdżała, aż zginęła. - Macha ręką. W końcu prosi do środka: - Coś wam pokażę.
W pokoju woń suszonych owoców miesza się z zapachem starości. Sprzętów jest niewiele: kanapa, stół pod oknem, w kącie kaflowy piec. Anatolij przynosi kilka krzeseł. Potem znika i wraca z wyświechtanym egzemplarzem biografii Anny Walentynowicz Cień przyszłości.
- O, to nam dała.
Otwieramy książkę. Na stronie tytułowej odręczna dedykacja: "Swoją biografię przekazuję całej swojej rodzinie Nazarowych. Jest to dokument, gdzie byłam i co robiłam w czasie naszej 53-letniej rozłąki. W przygotowaniu drugie wydanie - uzupełniające. Anna Lubczyk-Walentynowicz. 3 XII 1996"1.
Wygląda jak pismo Anny Walentynowicz. Jak rozumieć dedykację? Czy chciała wydać na nowo biografię, dodając do niej historię swojego ukraińskiego pochodzenia? Jeśli miała taki zamiar, nigdy nie doszedł do skutku.
Rozmowa z rodziną jest chaotyczna. Anatolij co chwilę wchodzi w słowo Olhie, z rzadka wtrąca coś Katia, najmłodsza z sióstr. Była za mała, żeby dobrze zapamiętać Annę. Maksym tłumaczy, ale ledwie nadąża:
- Ojciec Anny nazywał się Nazar Lubczyk, a matka Pryśka.
- Pryśka była wdową, miała już syna Iwana.
- Nazar miał z nią piątkę dzieci. W tym Annę, Olhę i Katię.
- Pryśka umarła w trzydziestym siódmym roku.
Próbujemy ustalić kolejność wydarzeń i słuchamy historii o tym, jak rodzina uznała Annę za zmarłą.
Dedykacja Anny Walentynowicz
Wołyń, rok 1937. Aleksander Pawłowicz Zinkiewicz, dyrektor Szkoły Powszechnej w Siennem, ma dla uczniów ważną wiadomość.
- Fotograf przyjeżdża. Umyć się, uczesać i ubrać porządnie - zarządza. - Zdjęcie będzie wisiało na korytarzu, jeszcze wasze wnuki będą je oglądać.
Ma rację. To jedyna fotografia sprzed wojny, która zachowała się do dziś w archiwum szkoły. Czy jest na niej Anna Lubczyk? Nie wiemy. Właśnie zaczęła naukę w tej szkole. Na zdjęciu są jej szkolne koleżanki i koledzy oraz ulubiony nauczyciel Aleksander Pawłowicz. Pod jego okiem uczy się czytać i pisać po polsku.
Anna po latach opowie: - Zaciągał tak z ruska. Mówił: "Pamiętajcie, dzieci, uczcie się, nie zostawiajcie książek". Z takim akcentem mówił, ale myśmy go bardzo lubili2.
Zinkiewicz to w Siennem ważna postać. Ukrainiec, wykształcony, także w polskich szkołach, trafił tu przed pierwszą wojną. Zawsze w marynarce, z wypielęgnowanym wąsikiem. Druciane okulary i łysina dodają mu powagi.
Obchodzi okoliczne chutory i namawia chłopów, żeby posłali dzieci do szkoły. Liczba uczniów wzrasta pięciokrotnie, w ławkach po raz pierwszy zasiadają dziewczynki. Program nauczania: czytanie, pisanie i rachunki.
Jego autorytet też rośnie. Gdy każe chłopom pomóc przy remoncie szkoły, pomagają. Kiedy ich sztorcuje, że dzieci mają się uczyć, a nie krowy paść, kończą się wagary.
Nauczyciel umie zdobywać zaufanie władz. Za cara to jeszcze pół biedy. Rosyjska administracja wiele od niego nie oczekuje. Trudniej jest z Polakami, ciągle jakieś komisje, zarządzenia. W szkole ma mówić tylko po polsku, a lekcje zaczynać od odśpiewania Mazurka Dąbrowskiego.
Bez dyskusji wiesza przesłaną z kuratorium tablicę z polskim godłem i napisem "Szkoła Powszechna w Siennem". Pilnuje, żeby nikt po niej nie mazał obraźliwych napisów.
Klnie pod nosem, gdy władze zamykają filię ukraińskiej organizacji oświatowej Proswita i działającą przy niej bibliotekę. Buntuje się, dopiero gdy ministerialny urzędnik żąda, by przeszedł na katolicyzm:
- Nie ma mowy, ja Ukrainiec, prawosławny z dziada pradziada.
Za Niemców musi zamknąć szkołę, ale przynajmniej ocali życie. W zależności od oczekiwań władz prowadzi lekcje w trzech językach: po rosyjsku, po polsku albo po ukraińsku. Na emeryturę przechodzi w latach pięćdziesiątych, ze stalinowskim orderem w klapie.
Anna pod okiem Aleksandra Pawłowicza uczy się przez cztery lata. Nigdy więcej do żadnej szkoły nie pójdzie.
*
Ale na razie wieś przygotowuje się na przyjazd fotografa. Zgodnie z poleceniem Zinkiewicza matki szykują najlepsze ubrania, wietrzą śmierdzące naftaliną sukienki i garniturki, prasują koszule, obcinają chłopcom włosy. Aż nadchodzi oczekiwany dzień:
- Fotograf, fotograf jedzie! - krzyczą dzieci na widok wozu.
Biegają wokoło, zaglądają pod plandekę. Takie atrakcje w Siennem zdarzają się rzadko.
Zdjęcie, które się zachowało, jest bardzo dobrej jakości, można dostrzec mnóstwo szczegółów. Do fotografii ustawiły się czterdzieści trzy osoby. Większość dziewczynek ma włosy do ramion, przedziałek, grzywkę zapiętą spinką. Chłopcy noszą krótkie fryzury, niektórzy są ogoleni tuż przy skórze. Garniturki za duże, sukienki z różnych epok. Dwoje uczniów jest boso. Niektórzy za to się wystroili: mają pod szyją żabocik lub ciasno zawiązany krawat, kwiatek w butonierce.
Troje dzieci się zagapia, gdy fotograf mówi: "Stąd wyleci ptaszek!". Patrzą gdzieś na bok. Jeden chłopak akurat oblizuje wargi. Na fotografii ma język na wierzchu i niezwykle głupią minę.
W pierwszym rzędzie w środku siedzi ksiądz. Tuż obok, trochę ściśnięty, dyrektor Zinkiewicz, pod krawatem i w błyszczących butach. Nauczycielka Galina Jerofiejewna Glinska, w odświętnej sukience, stoi w ostatnim rzędzie. Na szyi ma aż dwa sznury korali.
Wszyscy są potwornie stremowani i poważni. Tylko dziewczynka z pierwszego rzędu - jedno z tych dzieci, które nie patrzą w obiektyw - ma na ustach delikatny uśmiech.
Budynek szkoły, na którego tle została zrobiona fotografia, stoi w środku wsi, tuż obok cerkwi. Dzięki obrotności Zinkiewicza jest regularnie remontowany. Przez lata większość potrzeb, łącznie z pensją dla nauczycieli, zaspokajali Pruszyńscy, bajecznie bogaci polscy ziemianie. Teraz szkołę utrzymuje polska administracja.
Pruszyńscy to hrabiowska rodzina, ich majątek przylega do wsi Sienne. Za parę lat Anna będzie miała okazję ich poznać.
*
Chata Pryśki i Nazara, rodziców Anny Lubczyk, stoi niedaleko szkoły - wystarczy minąć cerkiew. Ma pobielone ściany i słomianą strzechę. W środku są tylko dwa pomieszczenia. Po prawej stronie jest komora na jedzenie, naczynia i ubrania. Po lewej izba - pod ścianą rozparł się piec, do niego przytulony jest zapiecek, na którym śpi cała rodzina. Po przeciwnej stronie stoją ławy i stół, pośrodku - kuchnia.
Uczniowie i pracownicy szkoły w Siennem, rok 1937
Wnętrze chaty przypomina ilustrację z elementarza. Brakuje tylko kota wylegującego się na przypiecku. Tak przynajmniej wygląda to na akwareli, która powstanie wiele lat później na podstawie opowieści dzieci Lubczyków. Obrazek namaluje Aleksander Adamowicz, emerytowany nauczyciel i znawca regionu. Pokaże nam go, gdy zatrzymamy się u niego podczas podróży z Równego do Sadowego.
Ze wspomnień Anny Walentynowicz o domu dowiemy się niewiele: - Ogród przy domu nie był duży, miał warzywnik, drzewa owocowe i żelazne korytko z wodą dla kur.
Pryśka i Nazar zamieszkują razem w 1925 roku. Pryśka pochodzi z ustosunkowanej rodziny Paszkoweć. Jej dwie siostry wyemigrowały za ocean. Mieszkają teraz w Buenos Aires w Argentynie, czasem przysyłają listy i zdjęcia. Jest jeszcze brat, chce zostać naukowcem. W rodzinie Pryśki pielęgnuje się legendę, że są potomkami słynnego kozackiego atamana Semena Nalewajki, który pod koniec XVI wieku stanął na czele kozackiej rewolty. Zanim został pojmany i stracony, zdobywał miasta, mordował ich mieszkańców. Wiele lat później bratanek Pryśki napisze o tym książkę.
Pryśka ma dwadzieścia sześć lat i jest kobietą po przejściach. Jej pierwszy mąż Ołeksa Suszczuk utopił się w stawie kilka tygodni po narodzinach ich pierworodnego syna Iwana. Samotna wdowa szybko jednak znalazła męża. Został nim Nazar Lubczyk, który właśnie wrócił z Krakowa z przeszkolenia w polskim wojsku. Są w tym samym wieku, razem mają kawał ziemi - pięć dziesięcin, czyli ponad pięć hektarów. Nie są to latyfundia, ale chłopska rodzina - nawet spora - jakoś z tego wyżyje.
Pryśkę oprócz kozackiego pochodzenia we wsi wyróżnia jeszcze jedna rzecz: wyznanie. Należy do sztundystów. To protestancka wspólnota, która na wschodzie Europy pojawiła się kilkadziesiąt lat wcześniej wraz z niemieckimi kolonistami. Z czasem przyłączają się do niej Rosjanie, Ukraińcy i Polacy.
Sztundystów nie ma wielu, na całym Wołyniu żyje ich około trzydziestu tysięcy. Nie chodzą do kościoła, spotykają się w domach, żeby czytać Biblię. Sąsiedzi traktują ich jak dziwaków, bo są do bólu uczciwi, nie przeklinają i nie palą machorki. Wierni nowej religii zrywają też z tradycyjnym pijaństwem. Nawet duchowni z cerkwi są pod wrażeniem.
Pierwsze dziecko Nazara i Pryśki przychodzi na świat w 1926 roku. To Olha. Trzy lata później, 15 sierpnia 1929 roku, rodzi się Anna.
Na świecie w tym czasie same kłopoty. W Ameryce zaczyna się Wielki Kryzys, który szybko dotrze do Europy. W Niemczech dzięki niemu do władzy dojdzie Adolf Hitler. W Siennem trudniej będzie sprzedać mleko.
U Lubczyków rodzą się kolejne dzieci. Po Annie pojawiają się Petro, Kateryna i Nadija, która umiera jako niemowlę. Najmłodszy syn dostaje na imię Wasyl.
Nazar i Pryśka wpajają dzieciom surowe zasady wiary, nakłaniają do pobożności i modlitwy. Ale żadne z dzieci Lubczyków nie zostaje ochrzczone zaraz po urodzeniu. Sztundyści uznają, że sakrament ten należy przyjmować świadomie, najlepiej w dorosłym wieku.
To dlatego Anna Walentynowicz ochrzci się w Kościele rzymskokatolickim dopiero w wieku trzydziestu pięciu lat, gdy będzie szła do ślubu. Nie przyzna się do braku sakramentu. Będzie twierdziła, że w czasie wojny spłonął jej parafialny kościół, a wraz z nim i metryka.
*
W dorosłym życiu Anna Walentynowicz o rodzicach będzie opowiadała ogólnikami: - Mama była cichą, wrażliwą kobietą. To do niej biegłam ze swoimi zmartwieniami. Ojciec był dobry i mądry. Wielu ludzi zwracało się do niego z prośbą o radę, a on nie odmawiał nikomu pomocy. Jednakże z własną biedą nie umiał sobie poradzić.
Anna ma sześć lat i włosy do pasa. Nie cierpi czesania i zaplatania ich w warkocze. Gdy matka je obcina, płacze cały dzień. Boi się, co powie ojciec.
- No i dobrze, będziesz miała wygodnie teraz - mówi Nazar.
W połowie lat trzydziestych rodzina Lubczyków postanawia wyemigrować. W jednych opowieściach chcą wyjechać do Argentyny, gdzie mieszkają już siostry Pryśki, w innych jest mowa o Kanadzie.
- Leżące na stole żółte i fioletowe kwestionariusze, nad którymi marzyliśmy o podróży statkiem po wielkim falującym morzu, mam przed oczyma do dziś - opowie po latach Walentynowicz.
Podróż ośmioosobowej rodziny to ogromny wydatek - może i z tysiąc złotych. Wykwalifikowany robotnik zarabia wtedy około stu złotych miesięcznie, a na Wołyniu nie więcej niż sześćdziesiąt. Skąd Lubczykowie chcą wziąć pieniądze na taką wyprawę? Sporo dostaliby ze sprzedaży ziemi i domu. Może coś odkładają albo liczą na pomoc żyjących w Buenos Aires krewnych.
- Wszystkie dokumenty były już przygotowane i mieliśmy wyjeżdżać. - Olha Lubczyk również pamięta emigracyjne plany. - Wtedy nasza mama nagle zachorowała. Operacji nie chcieli jej zrobić, przyjechał tylko felczer. Zapytał: "Po co mnie do martwego człowieka wieźliście? Przecież ona już nieżywa". I odjechał. Mama zmarła po dwóch dniach.
Wiele lat później Anna Walentynowicz opowie: - Mama leżała na katafalku i było ciepło. Rozmowy były, że trzeba chować, bo ciało się rozkłada. W ciemną suknię była ubrana i na katafalku była ziemia położona. Nie wiedziałam, dlaczego ta ziemia, teraz zdaję sobie sprawę, że gorąco było.
We wrześniu 1937 roku Nazar zostaje sam z szóstką dzieci. Nie myśli już o emigracji.
Olha ma jedenaście lat, musi przerwać naukę i zająć się sprzątaniem, gotowaniem, pilnowaniem sióstr i braci. Kiedy jest jej ciężko, wypłakuje się młodszej o trzy lata Ani. Dziewczynki dzielą się wszystkimi sekretami.
Jest jeszcze dorastający Iwan - najstarszy, przyrodni brat. Do szkoły też już nie chodzi, musi pomagać ojcu w gospodarstwie. Dzięki temu mają co jeść. Lubczykowie żyją głównie ze sprzedaży mleka i buraków cukrowych. Buraki skupują od chłopów miejscowe cukrownie należące do polskich ziemian. Cukier z nich, tańszy niż ten z trzciny cukrowej, podbija Polskę i Europę.
Najpopularniejsze hasło reklamowe brzmi: "Cukier krzepi". W 1935 roku Melchior Wańkowicz inkasuje za nie gigantyczne honorarium - pięć tysięcy złotych.
- Mieliśmy swoją ziemię, mogliśmy ją siać i obrabiać - opowiada nam Olha Lubczyk. - Było ciężko, ale nie żyliśmy biednie.
*
Centrum świata małej Anny to Sienne. Czternaście kilometrów stąd, na południe, leży miasteczko Hoszcza. Oprócz Ukraińców żyje w nim sporo Żydów i Polaków, nawet Niemców.
Hoszcza jest oddalona o kolejne trzydzieści cztery kilometry od Równego, gdzie w każdy poniedziałek jest dzień targowy. Z okolicznych wsi zjeżdżają chłopi, tragarze biegają od wozu do wozu, sprzedawcy nawołują klientów w różnych językach. Czy Anna jeździ tam z ojcem przed wojną? Wozem zabrałoby im to co najmniej pół dnia. Częściej w poniedziałki wybierają się na rynek do leżącego sześć kilometrów od Siennego Tuczyna.
W Równem działają szkoły rosyjskie, polskie, żydowskie i ukraińskie. W hebrajskim gimnazjum Żydowskiego Stowarzyszenia Oświatowo-Kulturalnego "Tarbut" uczy się Fania Mussman. Zanim wybuchnie wojna, zdąży wyjechać do Palestyny i urodzić syna Amosa, który w przyszłości przybierze nazwisko Oz i stanie się najbardziej znanym pisarzem izraelskim.
Młodziutka Sara Gincburg, wnuczka Klary Sandberg, która prowadzi aptekę przy głównej ulicy Równego, pisze pierwsze wiersze. Niedługo zadebiutuje w gazetce "Echa Szkolne", weźmie udział w konkursie "Wiadomości Literackich", zwróci na siebie uwagę Juliana Tuwima i zacznie się podpisywać "Zuzanna Ginczanka".
Anna w Równem pojawi się tuż przed ucieczką z Wołynia.
*
Po pierwszej wojnie światowej wielu Ukraińców jest rozczarowanych, że nie mają własnego państwa. Owszem, w ramach ZSRR powstaje Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka, ale decyzje zapadają w Moskwie.
Wielki głód, celowo wywołany przez sowieckie władze, zabija miliony ukraińskich chłopów. Więcej szczęścia mają ci, którzy tak jak Nazar Lubczyk znaleźli się w II Rzeczypospolitej. Wciąż jednak klepią biedę i są obywatelami drugiej kategorii. Choć wychodzą ukraińskie gazety i książki, działają stowarzyszenia i organizacje polityczne, to młodzi Ukraińcy mają niewielkie szanse na karierę. W szkołach trwa przymusowa polonizacja. Mimo obietnic nie powstaje uniwersytet ukraiński we Lwowie.
Do tego polski rząd wysyła na Kresy osadników wojskowych. Dostają za darmo ziemię, mogą brać tanie kredyty. To nie podoba się ukraińskim chłopom.
Młodzi Ukraińcy, którzy marzą o niepodległym państwie, są coraz bardziej radykalni. W 1929 roku w Wiedniu powstaje Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. Członkowie OUN są gotowi na wszystko, łącznie z terrorem. W Galicji podpalają polskie zagrody, sabotują produkcję, organizują ataki, których celem są głównie Ukraińcy sprzyjający porozumieniu z Polską. Ich najgłośniejszy zamach to jednak zabójstwo polskiego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. Wśród skazanych za to na śmierć jest Stepan Bandera, jeden z przywódców OUN. Sąd zmienia mu później wyrok na dożywocie.
Nie wszyscy Ukraińcy popierają akcje OUN. Tym bardziej że powodują one represje. Polskie wojsko przeprowadza rewizje we wsiach, niszczy plony. Podejrzani lądują w stworzonym przez sanację obozie w Berezie Kartuskiej. W ostatnich latach II Rzeczypospolitej jest jeszcze gorzej. Władze burzą prawosławne cerkwie na Lubelszczyźnie i Wołyniu i próbują zmusić Ukraińców do przejścia na katolicyzm.
O nastrojach na wsi przed wojną pisze sławny dziennikarz Ksawery Pruszyński, kuzyn polskich ziemian z majątku Pustomyty, leżącego po sąsiedzku ze wsią Sienne: "Chłop ukraiński pytał się przejezdnych rok temu, co z Abisynią. Chłop ukraiński pyta się w tym roku o Hiszpanię. Dlaczego ludzie pod Włodzimierzem, Dubnem interesują się nieraz losami Negusa czy sukcesami gen. Moli? Wyjaśniają to jasno i szczerze: "Może być z tego wojna". "Czy chcielibyście, żeby była wojna?" - pytam. Chłop patrzy się głęboko zdziwiony i mówi: "Ja chłop, panie, jakże mnie chcieć wojny?". (...) Chłop nie chce wojny nawet wtedy, gdyby jej owocem miałaby być wolna Ukraina. Zbyt wielkie, zbyt ciężkie ryzyko. (...) Pragnienie pokoju jest tak wielkie, że pogłoski o planowanej przez Hitlera wojnie wzmogły do kilkudziesięciu tysięcy podania o pozwolenie na emigrację do Ameryki. Chłop nie chce wojny"3.
Pruszyński się nie myli. Na wojnie, o której nadejściu rozprawiają ukraińscy chłopi, Nazar Lubczyk nic nie zyska. Straci za to na lata córkę i syna oraz - już na zawsze - cztery palce lewej dłoni. I tak będzie mógł nazywać się szczęśliwcem.
*
Kampania wrześniowa jest dla Polski krótka i bolesna. Hitler potrzebuje przestrzeni życiowej na wschodzie i wie, jak ją zdobyć. Do ataku ruszają czołgi. Całe dywizje czołgów. Żadnej wojny pozycyjnej, żadnych okopów. Blitzkrieg. Niemieccy żołnierze w kilka tygodni docierają na drugi koniec Polski, po drodze rozbijając nieprzygotowane wojsko polskie.
Niemcy zachęcają do działania ukraińskich nacjonalistów, którzy mają dezorganizować polskie zaplecze. Ukraińcy wierzą, że to dla nich okazja, aby przy pomocy Rzeszy stworzyć niepodległe państwo. Z więzienia wydostał się już Stepan Bandera.
Sytuacja się pogarsza, gdy 17 września Rzeczpospolitą atakują Sowieci. Polski rząd ucieka do Rumunii już następnego dnia.
Polska jest teraz podzielona między dwa mocarstwa. Niepodległa Ukraina? Niemcy zostawiają nacjonalistów na lodzie. Ukraińskie powstanie nie wybucha. Bojówki OUN uderzają tylko na kilkanaście polskich kolonii. We wsiach Koniuchy, Potutory i Sławentyn zabijają około dwustu Polaków. Giną wszyscy mężczyźni, chłopcy powyżej dziesięciu lat i kobiety, które mogą rodzić.
Stalin przymyka oczy na te zbrodnie. Nowa władza nazywa je "ludową sprawiedliwością".
Ponad sto dwadzieścia tysięcy Ukraińców walczyło jednak ramię w ramię z Polakami w kampanii wrześniowej. To dużo więcej niż tych, którzy atakowali polskie kolonie, dwory, grabili i mordowali.
Pod koniec września jest już po wszystkim. Polska jest zdobyta, gdzieniegdzie bronią się niedobitki. Wołyń znajduje się pod panowaniem Związku Sowieckiego.
*
Wśród polskich żołnierzy nie ma czterdziestoletniego Nazara. Po śmierci Pryśki sam opiekuje się szóstką dzieci. Najmłodsze nie skończyło jeszcze trzech lat, najstarsze ma czternaście. Chyba to wybawiło go od mobi-lizacji.
Lubczykowie dalej mieszkają w Siennem. Nie są już jednak obywatelami II Rzeczypospolitej, lecz Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Sowieci nie uznają własności prywatnej.
- Zabrali nam ziemię, cały majątek i inwentarz. Wtedy nie mieliśmy się już w co ubrać, chodziliśmy boso - wspomina Olha.
Są też korzystne decyzje nowych władz. Szkoła w Siennem się powiększa. Materiały budowlane pochodzą z domów niemieckich kolonistów, którzy posłusznie wyjeżdżają do Generalnej Guberni.
Represje dotykają polskich ziemian i zamożniejszych gospodarzy. Jednym z najbogatszych ludzi w obwodzie jest hrabia Andrzej Pruszyński, dziedzic majątku Pustomyty (jego przodek odkupił go od samych książąt Lubomirskich, do których należało Równe i liczne dobra na Wołyniu). Dwór znajduje się ledwie cztery kilometry od domu Lubczyków. Od wiosny do jesieni pracuje tu połowa Siennego.
Rada wiejska Pustomytów jeszcze we wrześniu 1939 roku oskarża Andrzeja Pruszyńskiego o to, że nigdy nie pracował, gnębił parobków i zgromadził ogromny majątek. Hrabia umiera w łagrze dwa lata później.
Dwór w Pustomytach przetrwa do 1943 roku. Zanim spłonie, w majątku zamieszka Anna Lubczyk.
Tymczasem mamy jeszcze rok 1940. U Lubczyków wesele, Nazar żeni się po raz drugi. Do domu w Siennem wprowadza się Marija Ozarczuk, młodsza od męża o osiemnaście lat. Pełna werwy, w chacie od razu widać zmiany. Będą mieli piątkę dzieci, przeżyją razem ponad pół wieku.
Olha Lubczyk pamięta, że macocha dbała o pasierbów jak o własne dzieci. Anna nie wspomni o niej ani słowem.
*
W czerwcu 1941 roku mieszkańcy Siennego słyszą warkot przelatujących samolotów. Na Równe spadają bomby. Kilka dni później Anna po raz pierwszy widzi Niemców.
- Jechali motorem z przyczepą, a wtedy my, dzieciaki, biegaliśmy od zabudowania do zabudowania i się chowaliśmy - opowie po latach.
Pojawienie się Niemców budzi wśród Ukraińców nadzieję, a nie grozę. Przegnali Sowietów. Może pozwolą stworzyć własne państwo? Banderowcy ogłaszają powstanie rządu. Nic z tego. W lipcu Stepan Bandera zostaje aresztowany i wysłany do obozu koncentracyjnego. a Ukraina staje się Komisariatem Rzeszy. Jego szef Erich Koch na swoją główną siedzibę wybiera Równe.
Zebrania z lokalnym aparatem zaczyna od kilku słów o sobie: - Moi panowie, jestem znany jako brutalny pies.
Zadania? Produkować żywność i dostarczyć ludzi do pracy w Rzeszy.
Koch: - Mamy wypompować z Ukrainy wszystko.
Polacy robią, co mogą, by uniknąć wywózki, uciekają albo znajdują zatrudnienie na niższych szczeblach administracji.
Do Schutzmannschaft, policji pomocniczej, zgłaszają się tysiące Ukraińców. W dużej części są to członkowie OUN, którzy wierzą, że przy Niemcach jeszcze coś ugrają. Szucmani dostają niemieckie mundury, na czapkach mają okrągły znak z żółtym tryzubem na niebieskim tle. Chcieli służyć niepodległej ojczyźnie, a wkrótce będą łapać ludzi do wywózki na roboty przymusowe, zabierać chłopom żywność, walczyć z sowiecką i polską konspiracją. Asystują przy egzekucjach, uczestniczą w likwidacji Żydów.
Na całym Wołyniu mieszka około dwustu tysięcy Żydów. W Tuczynie, tuż przy Siennem, żyje ich kilkuset, w czterdziestotysięcznym Równem stanowią ponad połowę mieszkańców. Są przerażeni. Ci, którzy słyszeli o gettach w Generalnej Guberni, chcą uciekać na wschód razem z Armią Czerwoną. Inni są zdania, że gorzej być nie może - Niemcy to cywilizowany naród.
Ta kwestia szybko się wyjaśnia. Niemieccy żołnierze zaraz po zdobyciu Równego rozstrzeliwują kilkuset Żydów, kilku mordują w synagodze. We wszystkich miastach tworzą getta. Latem na Wołyniu ginie około dwunastu tysięcy żydowskich mieszkańców wsi i miasteczek. W egzekucjach pomagają ukraińscy policjanci. A to dopiero początek.
*
Jesienią 1941 roku większość Żydów z Równego, z walizkami i tobołkami, maszeruje pod eskortą do lasku Sosenki. Z centrum miasta to cztery kilometry. Przed wojną rodziny jeździły tu na pikniki, harcerze urządzali ogniska i nocowali nad potokiem pod gołym niebem. Teraz jest listopad, wietrznie, pada mokry śnieg. Drogą idą ci, którzy wierzyli w Niemców, oraz ci, którzy nie zdążyli przed nimi uciec: kantorzy, wędrowni handlarze, rzeźnicy, artyści i nauczyciele. Drogą idzie też aptekarzowa Klara Sandbergowa, babcia Zuzanny Ginczanki, i niemal wszyscy szkolni koledzy Fani Mussman, matki Amosa Oza.
W lesie czekają już wykopane doły. Rozstrzelanie około piętnastu tysięcy kobiet, mężczyzn i dzieci w Sosenkach zajmuje Niemcom dwa dni. 7 listopada jest już po wszystkim. Żołnierze odmaszerowują. Ziemia, którą dopiero co zasypano doły, jeszcze lekko się porusza. Żydowskiego złota ludzie będą szukać w tym miejscu nawet kilkadziesiąt lat po wojnie.
Niemcy likwidują getta niemal we wszystkich miejscowościach. W 1942 roku na Wołyniu mieszkają tylko Polacy i Ukraińcy. Dokładnie mówiąc, trzysta pięćdziesiąt tysięcy Polaków i półtora miliona Ukraińców. Z przedwojennego spisu ludności można już wykreślić Żydów. Ci, którzy kryją się po lasach i piwnicach, wkrótce zostaną wytłuczeni.
Polityka narodowościowa? Koch streszcza ją tak: - Polacy mają zabijać Ukraińców. I odwrotnie. A jeśli przedtem zastrzelą Żyda, zrobią dokładnie to, czego chcę.
Polityka oświatowa? Koch nie widzi sensu w kształceniu podludzi, zamyka szkoły: - Jak spotkam Ukraińca, z którym warto usiąść do stołu i pogadać, to osobiście go zastrzelę.
Po wojnie Koch jest jednym z najbardziej poszukiwanych zbrodniarzy wojennych. Wpadnie w Hamburgu w 1949 roku. W Polsce sąd skaże go na śmierć. Do egzekucji jednak nie dojdzie - polskie i radzieckie tajne służby są przekonane, że nazista zna miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty. Koch resztę życia spędzi w więzieniu w Barczewie. Gdy uwięzieni zostają tam czołowi działacze zdelegalizowanej Solidarności, będzie im dogadywał: "Solidarnoszcz kaputt".
Myli się, Solidarność przetrwa.
*
Szkoła w Siennem też zostaje zamknięta. Wieś ma produkować żywność. Nałożone przez Niemców kontyngenty są duże, trzeba się zwijać, by je na czas dostarczyć. Nazarowi pomaga najstarszy, przybrany syn Iwan. Gdy w 1943 kończy osiemnaście lat, staje się samodzielnym gospodarzem. To ochroni go przed wywózką na roboty. Olha też już jest dużą dziewczyną, razem z Anną mają swoje obowiązki. Wydoić krowę, zaprowadzić na łąkę, pilnować, żeby w drodze powrotnej nie wyżarła warzyw w ogrodzie.
Pracują całymi dniami, a rodzina i tak nie ma za dużo jedzenia. Olha zapamiętała, że nierzadko chodzili spać głodni.
Przydają się znajomości nowej żony Nazara. Marija przed wojną była służącą u Edmunda Teleśnickiego, wykształconego Polaka, agronoma z cukrowni w Babinie. Gdy pojawiają się Niemcy, Teleśnicki rozpoczyna pracę jako zarządca majątku w Pustomytach. Trudno dziś powiedzieć, jak do tego doszło. Wyznaczyli go Niemcy? A może ściągnęła go siostra Andrzeja Pruszyńskiego, wywiezionego na Syberię właściciela majątku, która nadal tam mieszka wraz z piątką dzieci hrabiego?
Pojawienie się Teleśnickiego to dla Lubczyków uśmiech losu. Gdy Maria dowiaduje się, kto rządzi w Pustomytach, idzie prosto do dawnego chlebodawcy. Z Siennego to przez pola godzina drogi. Wraca zadowolona:
- Zbieraj się, Olha, idziesz na służbę.
Przed wojną służba u polskich panów jest marzeniem wielu wiejskich dziewcząt. W gospodarstwie harują od świtu do nocy, pasą krowy, karmią świnie, opiekują się młodszym rodzeństwem. Służące też się nie obijają, ale sprzątanie domu, pranie, prasowanie czy zakupy to jednak czystsza praca. Można zarobić parę groszy i zobaczyć coś więcej niż tylko swoje obejście.
Olha jednak srodze się zawodzi. Praca u Teleśnickich to koszmar. Tęskni za rodzeństwem, nie ma się nawet do kogo odezwać, sama po polsku rozumie co drugie słowo. Wytrzymuje cztery miesiące i wraca do domu z płaczem.
- To była ciężka robota, źle mi tam u nich było. - Nawet po siedemdziesięciu siedmiu latach Olha ma łzy w oczach. - Do stołu mnie nie prosili. Jadłam ziemniaki, które gotowałam dla świń. Miejsca do spania było w domu dosyć, ale państwo pokazali mi, że mam się kłaść pod piecem. Nie dali nawet poduszki. Jedną kufajkę wsuwałam pod głowę, drugą się okrywałam i tak spałam. W końcu zostawiłam ich i poszłam do domu.
*
Edmund Teleśnicki to przedsiębiorczy człowiek. Przed wojną dla cukrowni skupował buraki od chłopów, dobrze go znają w okolicy. Sam jest właścicielem tylko pięciu hektarów. Przynajmniej do tylu po wojnie przyzna się komunistycznym władzom.
W zarządzanych przez niego Pustomytach nikt nie próżnuje. Mleczarnia pracuje na pełnych obrotach, w chlewie przybywa świń, chłopi obsiewają pola. Zatrudnia, kogo się da, pracowników trzyma twardą ręką. Ale kontyngenty dostarcza na czas. Do dworu sprowadził rodzinę - żonę Walentynę i dwóch synów. Konstanty, już dziewiętnastoletni, trafia na roboty przymusowe do pobliskiej Hoszczy. To dobry przydział, blisko rodziny. Roman, dwa lata młodszy, na razie oficjalnie pracuje u ojca jako robotnik rolny. Bracia przed wojną uczyli się w szkole powszechnej w Równem i należeli do harcerstwa. Teleśniccy mają też dwudziestoletnią córkę Angelinę, która wyjechała z mężem do Równego.
Po ucieczce Olhy Teleśnicki jedzie rozmówić się z Lubczykami. Przejeżdża obok cerkwi i budynku szkoły w Siennem, kawałek dalej ściąga lejce i zatrzymuje wóz.
Z domu wychodzi Nazar Lubczyk i jego młoda żona Marija. Wokół kręci się gromadka dzieci, Olha chowa się za plecami ojca i macochy.
Obok stoi druga dziewczynka. Drobna, dziecko jeszcze, ale spogląda na Teleśnickiego bez strachu. Czy poznała go, gdy odwiedzała w Pustomytach starszą siostrę?
Marii jest trochę wstyd za Olhę, nieźle jej nagadała, gdy pasierbica niespodziewanie wróciła do domu. Ale przed Teleśnickim jej broni.
- Ona zawsze przy rodzinie była - tłumaczy. - Ciężko jej. Ale się poprawi.
Olha nie chce wracać.
- A ja to bym dała radę - wtrąca się Anna.
Marija patrzy pytająco na Polaka.
Edmund kiwa głową. Potrzebuje ludzi, a ta mała wydaje się inna od siostry. Chętna, ciekawa, no i chyba nie taka beksa. Może się do czegoś nada.
- Wskakuj.
Anna wsiada na wóz. Ma skończonych dwanaście lat, marzy o tym, żeby się porządnie najeść.
Po latach opowie: - Obcy ludzie wzięli mnie, żeby się mną opiekować. Nie byli nawet w tej samej miejscowości. On był karbowym z cukrowni. Ja byłam biedna, a oni państwo. Nie mogłam się inaczej do nich zwracać jak państwo, panicz czy panienka.
U Teleśnickich Anna radzi sobie lepiej niż Olha. Dużo czasu spędza z Walentyną, żoną Edmunda, która po odejściu własnej córki bierze dziewczynkę pod swoje skrzydła. Uczy dobrych manier, poprawia, gdy ta przekręca polskie słowa.
- Ja ciebie wychowam do rozumu, ty mnie do śmierci - powtarza Annie Walentyna.
Dwór w Pustomytach jest już ogołocony z cenniejszych przedmiotów, ale herb Rawicz na szczycie i cztery okazałe kolumny nadal przypominają o czasach świetności. W przylegającej do niego kapliczce Polacy zbierają się na wspólne modlitwy. Anna po raz pierwszy chodzi na katolickie nabożeństwa, słyszy, jak odmawiają Różaniec.
Oprócz rodziny Teleśnickiego w majątku pracuje kilkudziesięciu Polaków. Jest wśród nich Julia Płocka, ciotka Mirosława Hermaszewskiego, który w przyszłości zostanie kosmonautą. Mąż Julii Bronisław nadzoruje mleczarnię. W dworze nadal żyją też niedobitki rodziny Pruszyńskich. Stanisław, najmłodszy z synów hrabiego Andrzeja, jest zaledwie o rok starszy od Anny. Nie wiadomo, czy polski panicz i ukraińska służąca zamienili z sobą choć słowo. Stanisław przetrwa wojnę, po strajkach sierpniowych zapisze się do Solidarności, w stanie wojennym będzie pomagał internowanym i ich rodzinom.
Czy skojarzy kiedyś Anię z Pustomytów z Anną Walentynowicz?
*
Ale na razie mamy początek 1943 roku. Pracujący w Pustomytach Polacy śledzą wiadomości ze świata. Ktoś podrzuca ukraińską gadzinówkę: "Hitler ogłasza żałobę narodową po klęsce pod Stalingradem".
W okolicy zaczyna działać sowiecka partyzantka. Za to przestają pojawiać się ukraińscy policjanci, szucmani.
- Uciekają do lasu, bydlaki - zdradzają niemieccy żandarmi.
Mają kłopot, teraz sami muszą pilnować porządku i odbierać kontyngenty. Służba ciężka i do tego niebezpieczna. Na miejsce Ukraińców Niemcy do policji pomocniczej werbują Polaków.
OUN wydaje ulotkę: "Powstała Ukraińska Powstańcza Armia, która będzie walczyć o wolność Ukrainy, a wy, Lachy, utikajte"4. Tysiące dezerterów z policji tworzą trzon UPA. Mają broń, są oswojeni z zabijaniem. Jeszcze niedawno pomagali Niemcom likwidować getta. Dowódcy wiedzą, jak postępować z Polakami: "Jeśli chodzi o sprawę polską, to nie jest to zagadnienie wojskowe, tylko mniejszościowe. Rozwiążemy je tak, jak Hitler sprawę żydowską. Chyba że usuną się sami"5.
Zbrojne akcje UPA zaczynają się w lutym 1943 roku atakiem na niemiecki posterunek we Włodzimiercu, ponad sto kilometrów od Pustomytów. Banderowcy zabijają siedmiu policjantów, uwalniają swojego druha i zdobywają broń. Następny przystanek to Parośla. Podają się za Sowietów i mówią, że będą niszczyć pobliskie tory. Mieszkańców wiążą - tłumaczą, że to ochroni ich przed zemstą Niemców. Urządzają popijawę. Potem sto pięćdziesiąt pięć osób, w tym kobiety i dzieci, mordują siekierami. Zostawiają przybite do stołu niemowlę, do ust wkładają mu niedojedzony ogórek.
Parośla leży sto trzydzieści kilometrów na północ od Pustomytów.
Dederkały - giną cztery osoby. Sto kilometrów od Pustomytów.
Antonówka - zaszlachtowano około dwudziestu ludzi. Dziewięćdziesiąt kilometrów.
Janowa Dolina, kwiecień, sześciuset ludzi. Pięćdziesiąt kilometrów.
W Lipnikach, około dwudziestu kilometrów od majątku Pruszyńskich, ginie sto osiemdziesiąt pięć osób. Z pogromu ratuje się półtoraroczny Mirosław Hermaszewski.
Do zabijania służy wszystko: broń palna, bagnety, butelki z benzyną, granaty, noże, siekiery, piły, kosy, widły, młotki, drągi, kołki, kamienie.
*
Rozlewu krwi nic nie jest w stanie powstrzymać. Teraz na Wołyniu każdy walczy z każdym. UPA poluje na Polaków i Sowietów. Radzieccy partyzanci urządzają zasadzki na banderowców, zabierają lub niszczą żywność przeznaczoną dla Niemców. Hitlerowcy przy pomocy polskich szucmanów pacyfikują wsie, których mieszkańcy nie dostarczają mleka i mięsa lub są podejrzani o pomaganie UPA. Policjanci bronią też miejscowości, w których przed rzezią chronią się rodacy. To nie wystarcza.
- Teleśnicki wiedział, co się dzieje - twierdzi po latach Olha. - W pewnym momencie razem z rodziną zaczęli szykować się do wyjazdu. Pozabijali świnie, nagotowali jedzenia, uprzątnęli gospodarstwo. Poszłam któregoś razu do Ani w gości i powiedziałam jej: "Wracaj do domu, co ty tu będziesz dalej robić". Zdecydowała, że zostanie z Teleśnickimi do wyjazdu, bo u nich jest przynajmniej chleb, nie będzie głodna chodziła. W domu i tego nie było.
Annę odwiedza też macocha. Chce ją stamtąd zabrać.
- Ale jeszcze nie dzisiaj. Dużo rzeczy mam - wykręca się Anna. Proponuje, żeby ojciec przyjechał po nią furmanką.
*
Banderowcy oprócz leśnych oddziałów organizują też grupy we wsiach. Dowódcą komórki UPA w Siennem zostaje w czerwcu 1943 roku Iwan - najstarszy, przyrodni brat Anny Lubczyk. Za rok zezna sowieckiemu oficerowi podczas śledztwa, że zwerbował go niejaki "Łoś". Nazwiska nie zna. Sam przyjmuje pseudonim "Saszko". Szkoli dwudziestoosobową bojówkę młodych chłopców ze wsi.
W połowie roku UPA atakuje Pustomyty. Płonie dwór rodziny Pruszyńskich. Ciotka i wuj Hermaszewskiego zostają uduszeni sznurem. Ginie około trzydziestu Polaków. Wśród zabitych nie ma Teleśnickich.
Olha Lubczyk zapamięta, że Teleśniccy wyjechali wcześniej, bo nastraszyli ich "chłopcy z lasu". Nastraszyli czy ostrzegli? Dziś trudno rozstrzygnąć, jak było naprawdę.
Nazar Lubczyk, ojciec Anny
Czternastoletnia Anna ucieka razem z Polakami. Dziwne: do domu ma przecież blisko, może tam w każdej chwili pobiec. Równie niezrozumiałe jest to, że Teleśniccy zabierają z sobą ukraińską służącą. Przed nimi tułaczka, a tu jeszcze jedna osoba do wykarmienia.
Nazar nie może się pogodzić z wyjazdem córki. Gdy dowiaduje się, że Anna jest w oddalonej o kilkanaście kilometrów Hoszczy, wybiera się, żeby sprowadzić ją do domu. Miasteczko jest chronione przez niemiecki posterunek i polską samoobronę.
- Ojciec pojechał po Anię do Teleśnickich - opowiada Olha. - Powiedzieli mu, że wyszła na zabawę, a tak naprawdę kazali jej siedzieć w domu i nikomu się nie pokazywać.
Nazar czeka na nią do samej nocy, w końcu wraca do domu sam. Nigdy nie spotka już córki.
*
Na Wołyniu trwa rzeź. W niedzielę 11 lipca 1943 roku UPA atakuje jednocześnie około stu miejscowości, w których żyją Polacy. Zgromadzeni w kościołach wierni są wyjątkowo łatwym celem. Można otoczyć budynek, zamknąć drzwi, wrzucić do środka granat albo strzelać do tłumu z karabinów maszynowych. W czasie kiedy jedna grupa banderowców pilnuje, by nikt nie wyszedł żywy z kościoła, inna chodzi po wsi i zabija ludzi w domach. Ciał na ogół nie zakopują, bo mają stanowić przestrogę dla innych Polaków.
Zgodnie z planem po wymordowaniu ludzi w jednej miejscowości oddziały szybko przemieszczają się do następnej.
Polacy chowają się na polach, w zbożu, szukają kryjówek w lasach. Lipcowe noce są jednak krótkie, dają mało czasu na schronienie. O tym, czy uda się przeżyć, decyduje czasem wysokość zboża.
*
Teleśnicki dobrze przygotowuje rodzinę do ucieczki. Mają jedzenie, bimber na łapówki, na wozach co cenniejszy dobytek. Zabierają nawet trochę złota na czarną godzinę. Część kosztowności Edmund razem z synami zakopuje w zalutowanej puszce pod jednym z drzew w Pustomytach. Wkłada do niej też rodzinne dokumenty.
Przemieszczają się ostrożnie. Tuczyn i Hoszcza, potem Hruszwica. Stąd również muszą uciekać, po ostrzeżeniu znajomego Ukraińca. Przenoszą się do pobliskich Dziatkiewicz. Tygodniami kluczą, zawracają, nadkładają drogi. Na koniec docierają do Równego. Pokonują ponad sto kilometrów, choć normalnie mieliby do przejechania trzydzieści.
W Równem stacjonuje silny niemiecki garnizon, jest dworzec kolejowy. Na ulicach koczują setki Polaków, którzy uciekli przed banderowcami. Teleśnickim dzięki przedwojennym znajomościom udaje się znaleźć kąt do spania.
W Równem Edmund przekupuje niemieckich strażników pilnujących transportu wojskowego. Najprawdopodobniej stąd, przez Brześć, na początku 1944 roku rodzina wydostaje się w końcu z Wołynia. Do pociągu wsiada z nią także Anna.
- Myślała, że wszyscy zginęliśmy - opowiada Olha. - Tak powiedzieli jej Teleśniccy. Okłamali ją.
To prawdopodobne. Pytanie tylko, czy skłamali świadomie.
W grudniu 1943 roku sowieccy partyzanci podpalili mleczarnię w Pustomytach. Niemcy w odwecie spacyfikowali okoliczne wsie, zamordowali kilkuset mieszkańców. W Siennem też spalili większość chałup i jeden ze szkolnych budynków. Informacja o masakrze zapewne dotarła do Teleśnickich. Mogli być przekonani, że Lubczykowie nie żyją.
- Niemcy spalili całą naszą wioskę i sąsiednie też - opowiada nam Olha. - Jak ostała się jakaś chata, to przyszli za parę dni polscy szucmani, brali snopki, zapalali je i przykładali do strzechy. Uciekliśmy do lasu i schowaliśmy się w ziemiankach, tylko dlatego przeżyliśmy.
Z pożaru ocalała chata Lubczyków.
*
Sowieci wkraczają na Wołyń w lutym 1944 roku. Stalin mści się na Ukraińcach za to, że przetrwali niemiecką okupację. Nie walczyli do końca? Na front!
W Siennem wygląda to tak: 20 marca konny oddział Armii Czerwonej otacza wieś i wyłapuje mężczyzn. Niektórzy uciekają. Między nimi Iwan, starszy brat Anny. Strzał pod nogi, Iwan przestaje biec i podnosi ręce do góry. Na Wołyniu w ciągu kilku dni zmobilizowano w ten sposób dziewięćdziesiąt tysięcy mężczyzn. Oprócz Iwana jest wśród nich czterdziestopięcioletni Nazar Lubczyk. Teraz jednak ich drogi się rozchodzą. Iwan odmawia służby w sowieckiej armii.
Cztery dni później przesłuchuje go porucznik Gomzin z tuczyńskiego NKGB, radzieckiej służby bezpieczeństwa. Ze zdumiewająco obszernych i starannie wykaligrafowanych akt sprawy dowiadujemy się, że obywatel Iwan Aleksiejewicz Suszczuk (lat dziewiętnaście, niekarany, kawaler, piśmienny, pochodzenie chłopskie) z Siennego nie wyjeżdżał. Przesłuchanie odbywa się w uprzejmej formie - przynajmniej na papierze. Iwan jako powód odmowy służby podaje przynależność do UPA. I dyktuje do protokołu:
- W 1943 roku w czerwcu zaproponowano mi wstąpienie do kontrrewolucyjnej nacjonalistycznej bandy UPA. Nadali mi pseudonim "Saszko" i jako ochotnikowi UPA powierzono mi prowadzenie szkolenia wojskowego dla młodzieży, która także była w UPA.
- Kogo szkoliliście?
- Chłopaków z naszej wioski. Tkaczuka Stepana, Bojczuka Osypa, Dawydiuka Trofyma. Innych nie pamiętam, było u mnie dwudziestu ludzi.
Porucznik upewnia się, że decyzja o odmowie wstąpienia do armii podjęta jest świadomie, co obywatel Suszczuk potwierdza. Od siebie jeszcze dodaje, że ponieważ jest członkiem UPA, to musi prowadzić walkę z władzą radziecką.
Akta sprawy uzupełnia ankieta personalna Iwana, z której wynika, że "siostra Anna Nazarowna Lubczyk wyjechała z Polakiem nie wiadomo dokąd"6.
Wyrok zapada miesiąc później. Piętnaście lat katorżniczych prac i konfiskata mienia. Szanse na przeżycie - znikome.
Wiele lat później krewni Iwana będą twierdzić, że dowody przeciwko niemu zostały sfabrykowane. Z akt wynika jednak coś innego. Chłopak jest idealistą, zachowuje się zgodnie ze swoim sumieniem. Odmawia służby w komunistycznej armii, oświadcza, że chce walczyć z władzą radziecką i że członkiem UPA został na ochotnika.
W Workucie, najgorszym obozie sowieckiego Gułagu, wydobywa węgiel przez dwanaście lat, dwa miesiące i dwa dni. Okolica słynie z mrozu, który trzyma przez dziesięć miesięcy w roku, i ostro tnących komarów.
*
Nazar Lubczyk do Armii Czerwonej idzie bez sprzeciwu. Jego szanse na przeżycie też są marne. Po krótkim przeszkoleniu rusza na front. Od politruków słyszy: "Musicie swoją krwią zmyć winy przed Ojczyzną i jej wielkim przywódcą, towarzyszem Stalinem".
Weźmie udział bitwie o Ostrów, z okrzykiem "urrra!" przeprawi się wpław przez rzekę Wielikaja, koło wsi Kozły wraz z oddziałem odeprze sześć ataków niemieckich czołgów. Stalin przyzna mu za to Order Sławy trzeciej klasy. Do domu Nazar wróci tuż przed końcem 1944 roku, w stopniu starszego szeregowego, bez czterech palców lewej ręki, które zostaną w błotach między Pskowem a Smoleńskiem. Wnukom opowie, że jeden karabin przypadał na trzech żołnierzy.
Po wojnie ojciec Anny zatrudni się jako listonosz. W Dzień Zwycięstwa będzie przypinał order i przyjmował kwiaty od dzieci ze szkoły w Siennem. Jego zdjęcie, razem z podobiznami innych bohaterów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, zawiśnie na korytarzu między klasami.
Gdy w latach dziewięćdziesiątych jego dzieci zaczną szukać zaginionej Anny, machnie tylko ręką: - Gdyby żyła, dawno by się odezwała.
Nadziei nie ma już od lat. Jednej z urodzonych po wojnie córek da na imię Anna, na pamiątkę po tej zaginionej. Umrze jedenaście miesięcy przed jej odnalezieniem.
1 Kopia dedykacji w posiadaniu autorów.
2 Wypowiedzi Anny Walentynowicz pochodzą z następujących źródeł: Tomasz Jastrun, Życie Anny Walentynowicz, Warszawa 2011; Hanna Krall, Ludzie może i nie są źli..., w: taż, Sześć odcieni bieli i inne historie, Warszawa 2015; Grzegorz Nawrocki, Polak z Polakiem, Warszawa 1990; Anna Walentynowicz, Moja Solidarność, Wrocław 2007; Anna Walentynowicz, Anna Baszanowska, Cień przyszłości, Kraków 2005; Anna Walentynowicz, Grudzień 1970, "Robotnik" 1980, nr 70-71; Anna Proletariuszka, reż. Marek Ciecierski, Sławomir Grünberg, Polska 1981; Anna Walentynowicz. Niczego nie żałuję. Doceniałam każdy przeżyty dzień, reż. Jędrzej Lipski, Piotr Mielech, Polska 2010; Wer ist Anna Walentynowicz?, reż. Sylke René Meyer, Niemcy 2003; Robotnicy '80, reż. Andrzej Chodakowski, Andrzej Zajączkowski, Polska 1980; Wojna legend, czyli zaduma nad życiem Anny Walentynowicz, Janina Jankowska, Magdalena Skawińska, Polskie Radio 2005; nagranie rozmowy Anny Muller z Anną Walentynowicz z 2005 r.; nagranie rozmowy Janiny Jankowskiej z Anną Walentynowicz z 1983 r.
3 Ksawery Pruszyński, Prawo do Wołynia, "Wiadomości Literackie" 1936, nr 43 (w cytatach z dzieł dawnych ortografia została uwspółcześniona).
4 Zenobiusz Janicki, W obronie Przebraża i w drodze do Berlina, Lublin 1997, w: Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do Akcji "Wisła": konflikt polsko-ukraiński 1943-1947, s. 126.
5 SPP, Kolekcja 13, t. 61, Relacja mjr. T. Klimkowskiego, w: tamże, s. 127.
6 Archiwum SBU w Równem, zespół 5, opis 29, sprawa 5974, t. 1.