31 stycznia 1937
A to się, proszę ja kogo, na fest ta grypa za nas wzięła. Wszyscy chorują. Tramwajarze, szkolna młodzież, nawet podobnież aptekarze i doktorzy, a moja Gienia zdrowa.
U znajomych po dwie, trzy osoby w łóżkach leżą, a Gienia chodzi jak w zegarku, tylko jeszcze większego pyska dostała i dzień w dzień awanturę ze mną toczy, taka ważna, że grypa nie ma do niej przystępu.
Aż mnie to raz zgniewało i mówię:
- Gieniuchna! Nie dziwię się grypie, że cię nie bierze, kto by cię chciał brać? Jeden się taki ciężki frajerzyna znalazł, ale ten by cię z gustem oddał, jeszcze by parę złotych dopłacił, chociaż jest niezamożny.
A ona lu we mnie wazonikiem.
Żarty żartamy, ale faktycznie przykro mnie trochę było, tak się z całego narodu wyróżniać. Solidarność to grunt. Doszło do tego, że na oczy wstydziłem się ludziom pokazać.
Byle lebiega mnie jemponował na mieście, że 39 stopni z kreskamy gorączki posiadał, jego żona przeszło czterdzieści, a ja się nie mogłem nawet do 38 dociągnąć.
Aż nareszcie jednego dnia rano budzę się i czuję, że wszystkie kości zaczynają mnie łamać.
"Dobra nasza - myślę sobie - nareszcie przestanę się ze wstydu palić!" i zaznaczam do Gieni:
- Żono kochająco, ugotuj mnie dwa jajka na miętko, kwiaty postaw przy łóżku i w ogóle cicho się zachowuj, bo chory jest w domu.
Ona kwiatów mnie co prawda nie postawiła, ale skoczyła do apteki po proszki. Cztery razy dziennie miałem to przyjmować i obficie popijać wodą. "Dlaczego cztery? - myślę sobie. - Jak się leczyć, to na całe parę!" i łykałem proszki z początku co godzinę, a potem co pół.
Gienia była zdziwiona, że po każdem proszku weselszy się robię, ale pod wieczór straciłem przytomność.
Wtenczas moja małżonka poleciała do apteki, nasobaczyła prowizorowi, że za mocne lekarstwo mnie dał i spro wadziła doktora.
Badał mnie, badał i w końcu mówi, że to nie grypa, tylko zatrucie ankoholem. Wtenczas się wydało, że ja aspirynę zamiast wodą, popijałem obficie gołdą.
Cztery puste butelki pod łóżkiem stali.
Faktycznie tak robiłem, bo się obawiałem, żeby od wody komplikacji, czyli zapalenia środkowego ucha nie dostać.
Ja faktycznie uszy mam tylko po bokach, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.
A te łamanie w kościach to tyż nie było z grypy, tylko z tego, że poprzedniego dnia ze schodków się obsunąłem, jakżem ze szwagrem spod "Minogi" wychodził.