ZDERZENIA
Z przestrzeni kosmicznej Archipelag Malajski wygląda jak rozsypane
kawałki ogromnego porcelanowego półmiska, który jakiś olbrzym upuścił na
Ziemię, po czym cofnął się, by podziwiać tego skutek. Ostro zakończony
południowo-wschodni koniec Półwyspu Malajskiego i wysmukłe kształty
Sumatry i Jawy przechodzą w łańcuch wysp ciągnący się długim na wiele
tysięcy kilometrów łukiem, równym jednej czwartej obwodu Ziemi. Niektóre
z nich mają kształt pająków, inne to prawie idealnie okrągłe plamki
zwieńczone stożkami wulkanów, wyglądające jak na dziecięcym rysunku. W połowie tego łańcucha znajduje się zwalista bryła Borneo i siedem
tysięcy szczątków owego półmiska, z których składają się Filipiny. Na
wschodzie, przed rozległym przestworem Pacyfiku, ostatnim jego ogniwem
jest Nowa Gwinea. A środkowe ogniwo, zbyt małe, by można je dokładnie
przedstawić na jakiejkolwiek mapie świata, tworzy grupa tysiąca wysepek
- Moluków, jak przyjęło się je nazywać w podręcznikach historii. To
serce tropików, które przeszywa niczym strzała równik, dzieląc dobę na
równe połowy - dzień i noc.
Cały archipelag jest epicentrum jednego z najbardziej aktywnych
geologicznie regionów Ziemi. To miejsce styku czterech płyt
tektonicznych, które napierają na siebie, wypychając na powierzchnię
nowe wyspy wulkaniczne, przesuwając Australię na północ i wprawiając
góry na Nowej Gwinei w nieustanne drżenie. Czterysta pięćdziesiąt
wulkanów, które stanowią zachodni skraj Pierścienia Ognia obejmującego
Pacyfik wielką półobręczą w kształcie końskiej podkowy, należy do
najgroźniejszych na Ziemi. Od czasu do czasu po całym globie niesie się
ich echo: wybuch Krakatau w 1882 roku wytworzył najgłośniejszy hałas
odnotowany w historii, a w naszych czasach, w 2004 roku, podwodne
trzęsienie ziemi spowodowało wysokie na piętnaście metrów tsunami, które
pędząc przez Pacyfik z prędkością 800 kilometrów na godzinę, uderzyło w czternaście krajów. Ludzie, którzy mieszkają na linii tego uskoku, żyją
na niestabilnej ziemi. Czują, że planeta drży, lądy stale zmieniają
kształty i położenie. Alfred Russel Wallace, XIX-wieczny przyrodnik,
zauważył, że "na wielu z tych wysp lata potężnych trzęsień ziemi tworzą
dla ich mieszkańców chronologiczne epoki, za pomocą których zapamiętują
oni wiek swoich dzieci i określają daty ważnych wydarzeń"1.
Pisze też, że wchodząca w skład archipelagu Moluków wyspa Makian
została rozerwana przez gwałtowną erupcję [wulkanu], która zostawiła z jednej strony ogromną rozpadlinę sięgającą w głąb góry. Kiedy ostatnio,
w 1860 roku, odwiedziłem wyspę, góra była po szczyt pokryta roślinnością
i znajdowało się na niej dwanaście ludnych malajskich wiosek. 29 grudnia
1862 roku [...] nastąpił nagle kolejny wybuch, który rozsadził górę,
całkowicie zmieniając jej wygląd, zabijając większość mieszkańców,
wyrzucając taką ilość popiołu, że nad odległą o sześćdziesiąt kilometrów
Ternate pociemniało niebo, i niemal kompletnie niszcząc uprawy na tej i na sąsiednich wyspach2.
To region zderzeń nie tylko geologicznych. Spotykają się tu, na granicy
zwanej obecnie linią Wallace'a, dwa królestwa flory i fauny, z których
jedno wywodzi się z Australazji, drugie z Azji. Na bogatej wulkanicznej
glebie tego łańcucha wysp, w monsunowych deszczach i wysokiej
temperaturze, wyewoluowało wiele przeróżnych, niespotykanych nigdzie
indziej roślin, zwierząt i owadów. Życie jest tu tak bujne, że
XIX-wieczny holenderski zoolog naliczył przy brzegach jednej z wysp tyle
gatunków ryb, ile jest we wszystkich europejskich rzekach i morzach, a tropikalne lasy tak gęste, że po drugiej wojnie światowej ostatni
japoński żołnierz zdołał ukrywać się przez trzydzieści lat na
kieszonkowej wysepce Morotai.
Archipelag jest laboratorium ewolucji. Ta oszałamiająca różnorodność
gatunków wprowadziła Moluki do historii. Pięć wulkanicznych wysepek -
Ternate, Tidore, Moti, Makian i Bacan - było jedynymi miejscami na
świecie, gdzie rosły drzewa goździkowe. Leżąca 600 kilometrów od nich
inna grupa wysp, Banda, była unikatowym źródłem gałki muszkatołowej.
Owocom tych drzew zawdzięczają Moluki nazwę Wyspy Korzenne i to one
zwróciły na ów archipelag uwagę świata.
Powab przypraw sięga odległej starożytności - w miastach na brzegach
Eufratu odkopano liczące cztery tysiące lat pąki goździków, a w Dolinie
Królów odkryto płaskorzeźby przedstawiające flotę płynącą z ładunkiem
przypraw. Chińscy cesarze z dynastii Han wymagali od swych dworzan, by
ich oddech pachniał goździkami, a Rzymianie uważali, że przyprawy są
węchowymi wrotami do krainy bogów, że ich woń niesie do niej składane
bogom ofiary i dusze ze stosów pogrzebowych. Przyprawy były cenionymi
afrodyzjakami, środkami odkażającymi i przeciwbólowymi, wzbogacały smak
dań i napojów, były namiastką raju. Przyczyniły się do powstania
lądowych i morskich szlaków handlowych, rozwoju miast i szerzenia
religii przez sprowadzających je kupców. Lekkie i trwałe, były
pierwszymi towarami o naprawdę światowym zasięgu, a ponieważ
przechodziły przez ręce wielu pośredników, miały tak wysoką marżę - nim
trafiły na europejski rynek, ich cena wzrastała nawet o tysiąc procent -
że ich wartość przewyższała wartość złota o identycznym ciężarze.
Czasami same stawały się walutą.
W średniowieczu Europejczycy zżymali się na to, że handel przyprawami
spoczywa głównie w rękach kupców muzułmańskich i że do nich trafia
złoto, którym za nie płacą. Źródło pochodzenia goździków i gałki
muszkatołowej było nieznane. Apetyt zaostrzały opowieści samotnych
podróżników. Marco Polo sądził, że goździki pochodzą z Chin - musiał
widzieć całe ich gałęzie sprowadzane z Moluków - a gałka muszkatołowa z Jawy. Franciszkański misjonarz Odoryk z Pordenone, który na początku XIV
wieku odwiedził Jawę, zorientował się, że pochodzą z jakiejś wyspy
leżącej dalej na południu, ale nie udało mu się ustalić skąd. Włoski
podróżnik Ludovico di Varthema utrzymywał, że około 1505 roku dotarł
zarówno do Wysp Banda, jak i Moluków i widział tam uprawy goździków i gałki muszkatołowej. Drukowany opis jego podróży znalazł się szybko w obiegu.
Ten splot spekulacji i pragnień stał się motorem dalekomorskich wypraw
Europejczyków. Kolumb wyruszył na zachód, by znaleźć drogę do "Indii" -
Chin, Japonii i Wysp Korzennych - dotrzeć do źródła orientalnych bogactw
i wyeliminować muzułmańskich pośredników. Uwagi na zachowanym do naszych
czasów jego łacińskim egzemplarzu opisu podróży Marca Polo wskazują, że
Kolumba interesowały przyprawy, złoto i kamienie szlachetne. Ale trafił
na barierę nie do przejścia - Amerykę. Vasco da Gama wybrał wschodnią
drogę do Indii i w 1511 roku dotarł do Malakki na Półwyspie Malajskim,
skąd niemal widać było Sumatrę.
To, co nastąpiło potem, jest tematem niniejszej książki. Moluki miały
się stać epicentrum XVI-wiecznej wielkiej gry, która dosłownie
ukształtowała świat - najpierw zaciętej walki między Portugalią i Hiszpanią o dalekosiężnych skutkach, a potem globalnej rywalizacji. W jej ramach wysłano dziesiątki ekspedycji przez Malaje, Cieśninę
Magellana, wzdłuż wybrzeża Meksyku i koło podbiegunowe północne.
Wyprawiano floty z Sewilli, Lizbony i Londynu z konkwistadorami z Kastylii, portugalskimi i baskijskimi nawigatorami, flamandzkimi
kartografami, angielskimi marynarzami, niemieckimi i włoskimi
bankierami. To ona doprowadziła do zatargów z imperium osmańskim i kontaktów Europejczyków ze starymi cesarstwami Chin i Japonii.
W latach 1511-1571 Europa, głodna, ambitna i agresywna, przesunęła się
zdecydowanie z boku na środek sceny, a Hiszpania na krótko stała się
potęgą światową. W ciągu tych sześciu ważnych dekad Europejczycy
dowiedli, że Ziemia ma kształt kulisty1, zaczęli wypełniać
białe plamy na mapach Pacyfiku, stworzyli pierwsze światowe metropolie i połączyli oceany. Ich imperia miały przez pół tysiąca lat dominować na
morzach planety. Ich imponujące wyprawy oraz zderzenia ludów i kultur
zaowocowały niezwykłymi opowieściami o wytrwałości, odwadze i cierpieniu, a także o aktach okrucieństwa wobec rdzennych mieszkańców
odkrywanych lądów i ludobójstwie. Dzięki wynalazkowi druku
zapoczątkowały epokę informacji i stworzyły sieć globalnego handlu.
Napędzało ją srebro jako uniwersalny środek płatniczy, a impulsem do jej
powstania był powab przypraw. Wszystko to nadało polityczne, handlowe,
kulturowe i ekologiczne oblicze nowożytnemu światu.
W 1511 roku trzy portugalskie statki wypłynęły z Malakki w poszukiwaniu
źródła goździków i gałki muszkatołowej. Były na najlepszej drodze po
niesamowite zyski.
Wyprawy Magellana i innych XVI-wiecznych żeglarzy niczego nie dowodziły w kwestii kształtu Ziemi, ponieważ o jej kulistym kształcie wiedzieli wszyscy wykształceni mieszkańcy średniowiecznej Europy (i wielu niewykształconych). Przełomowe znaczenie rejsu floty Magellana polegało na udowodnieniu, że kulę ziemską da się opłynąć dookoła, co wcześniej część uczonych uważała za niewykonalne z powodu wielkich odległości na morzu i upału panującego wokół równika (przyp. red. meryt.). [wróć]
1
RAJ FRANCISCA SERR?O
1511-1519
1 kwietnia 1512 roku, Koczin na zachodnim wybrzeżu Indii. List Afonsa de
Albuquerque, portugalskiego gubernatora Indii, do króla Manuela I. Do
listu dołączony fragment dużej mapy. Gubernator pisze:
Panie, wydaje mi się, że to najlepsza rzecz, jaką dotąd widziałem, i bardzo spodoba się Waszej Wysokości [...]. Przesyłam Waszej Wysokości
ten kawałek [mapy - A.J.], skopiowany przez Francisca Rodriguesa z innej. Wasza Wysokość zobaczy na nim, skąd naprawdę przybywają Chińczycy
i Gorowie [mieszkańcy wysp Riukiu], kurs, jaki powinny obrać statki
Waszej Wysokości, by dotrzeć do Wysp Goździkowych, gdzie znajdują się
kopalnie złota, i wyspy Jawa i Banda, z goździkami i gałką muszkatołową,
ziemia króla Syjamu, a także dokąd dopływają Chińczycy i w jakim
kierunku pływają, i dlaczego nie zapuszczają się dalej3.
Większa mapa, o której wspomina Albuquerque, zatonęła podczas katastrofy
statku, w której gubernator omal nie stracił życia, ale to, co zostało,
miało niezmierną wartość. Z naniesioną "siatką rumbów i bezpośrednimi
szlakami statków"4, fragment ów stał się mapą przewodnią dla
Europejczyków zmierzających na Wyspy Korzenne, do ostatecznego celu ich
wypraw, odkrytego po wiekach spekulacji o położeniu tych wysp, i stwarzał oszałamiającą perspektywę nawiązania bezpośredniego kontaktu z Chinami, bajeczną krainą w ich rozpalonej przez opis podróży Marca Polo
wyobraźni.
Osiem miesięcy wcześniej Portugalczycy zdobyli strategiczne miasto
Malakka na krańcu Półwyspu Malajskiego, w którym szlaki handlowe z najdalszych krajów Orientu łączyły się ze szlakami prowadzącymi przez
Indie i Bliski Wschód. Tą drogą przyprawy docierały po bardzo zawyżonej
przez pośredników cenie na rynki europejskie; teraz mogła ona powieść
Portugalczyków do źródeł goździków i gałki muszkatołowej. Działali
szybko. Mając w rękach Malakkę, Albuquerque natychmiast wysłał do Birmy,
Tajlandii i na Sumatrę ambasadorów, by powiadomili władców tych krajów o obecności Portugalczyków i ich woli nawiązania z nimi stosunków
handlowych. W liście do króla Manuela nie poinformował o tym, że na
Wyspy Korzenne płynie już flota z Franciskiem Rodriguesem, "młodzieńcem
[...] z bardzo dobrą wiedzą i umiejętnością sporządzania map"5,
jako nawigatorem. Wśród zdobywców Malakki było dwóch młodych ludzi
pochodzących z drobnej portugalskiej szlachty: Francisco Serr?o i Fern?o
de Magalh?es, zwany później Magellanem.
Prawdopodobnie w listopadzie 1511 z Malakki wypłynęły "na Moluki po
goździki i na Wyspy Banda po gałkę muszkatołową"6 trzy
okręty pod dowództwem Antónia de Abreu: Santa Catarina, Sabaia,
której kapitanem był Francisco Serr?o, i lekka karawela prowadzona przez
Rodriguesa. Obsadzone były przez 120 Portugalczyków i 60 niewolników do
pracy przy pompach. Dowódcy byli ludźmi zahartowanymi w boju o Malakkę.
Abreu dochodził do siebie po postrzale z muszkietu, który pozbawił go
zębów i części języka, ale ekspedycja była pokojową wyprawą handlową. W jej skład wchodziło również dwóch Malajów znających szlak, którym
płynęła. Albuquerque zdawał sobie sprawę, że wiadomość o zajęciu Malakki
przez Portugalczyków rozniosła się wśród mieszkańców Archipelagu
Malajskiego i zagrażała nawiązaniu z nimi kontaktów handlowych. Dla
przetarcia drogi wysłał przodem dżonkę pod dowództwem Persa imieniem
Ismael, "byśmy po dotarciu Antónia de Abreu do tych portów nie zostali
źle przyjęci, jako że nasza nazwa budziła strach"7. Opłynąwszy
koniec półwyspu, Portugalczycy znaleźli się na nowym morzu i w nowym
świecie - Archipelagu Malajskim z tysiącami wysp, wieloma językami,
malutkimi królestwami i nieznanymi im warunkami żeglugi. W trakcie tej
podróży przekształcili się ze zdobywców w kupców działających na skraju
portugalskiego imperium.
Statki płynęły wzdłuż północnego wybrzeża Jawy, łańcucha wulkanów
wznoszących się nad zielonymi tarasowymi poletkami ryżu. Zawinąwszy dla
uzupełnienia zapasów do portu Gresik, Serr?o, wzorem pływających tam
sezonowych kupców, pojął za żonę Jawajkę, "monsunową pannę młodą".
Podczas przechodzenia przez pas raf Sabaia została uszkodzona i trzeba
było ją porzucić. Dwa pozostałe statki trzymały kurs na północ.
Rodriguesa zdumiała stercząca z morza samotna wulkaniczna wysepka Gunung
Api, z której "najwyższego punktu spływały bez przerwy strumienie ognia,
tworząc wspaniały widok"8. Po drodze rysował mapę nowego świata i kreślił zarysy mijanych wybrzeży.
Wyprawa wyruszyła jednak w złym czasie. Wiejące o tej porze roku
przeciwne wiatry nie pozwoliły jej dotrzeć do goździkowych Moluków i zmusiły do skierowania się na południe w poszukiwaniu gałki
muszkatołowej na innej grupie wysp, Banda, dziesięciu malutkich
skrawkach ziemi leżących wokół kaldery zapadniętego wulkanu. Przybysze
rzucili kotwice w zatoce Lontar, największej z tych wysp, mającej według
portugalskiego historyka Barrosa "kształt sierpaka"9. Nad nimi
wznosił się czynny wulkan, wypluwający z krateru siarkę. Zbocza wysp
spowite były soczystą zielenią drzew muszkatołowych. Ten widok
przechodził wyobraźnię Portugalczyków: "zdawało się, że to ogród, w którym Natura stworzyła w postaci tego konkretnego owocu coś
zachwycającego". Kwiaty drzewa muszkatołowego "miały złożony zapach,
nieporównywalny z niczym, co jest u nas. Po kwiatach [pojawiają się -
A.J.] owoce, koloru zielonego [...], a gdy zaczynają dojrzewać,
przylatuje mnóstwo papug i różnych innych ptaków [...]. Sama
różnorodność ich gatunków, kolorów, które dała im Natura, i pieśni jest
osobnym spektaklem"10. Ptaki, roznoszące nasiona drzew
muszkatołowych, odgrywały istotną rolę w skomplikowanej sieci
ekologicznych zależności tych wysp. Zaciekawieni Portugalczycy opisywali
szczegółowo także mieszkańców wysp i ich strukturę społeczną.
Portugalczycy obserwowali, ale im też się przyglądano. Według jednej z relacji mieszkańców wysp przestraszyło pojawienie się floty Abreu i wielkość wchodzących w jej skład okrętów. Przybysze szybko wykorzystali
psychologicznie i praktycznie wrażenie, jakie wywarły na tubylcach ich
potężne żaglowce. Rui de Brito Patalim, dowódca fortu w Malakce,
donosił, że "na Moluki, Banda, Timor i Jawę potrzebujemy dużych okrętów,
mimo że mieszkańców przeraża ich widok". Proponował wysłanie jednego lub
dwóch nao (wielkich żaglowców) o wyporności 500 ton, "gdyż poza tym,
że pokażą naszą siłę, mogą zabrać ogromną ilość przypraw, jakiej nie da
się przewieźć mniejszymi okrętami. Co więcej, droga jest już znana,
żeglowna i łatwa do pokonania"11.
Mieszkańcy Wysp Banda mieli rozległe kontakty handlowe z sąsiednimi
wyspami. Dostawali goździki z Moluków, pływali na Jawę i czasami do
Malakki. Powitali przybyszów jako jeszcze jednego partnera w interesach.
Przyjęli ich gościnnie głównie dlatego, że ci sami Portugalczycy
rozerwali ich sieci handlowe, a oni żyli z handlu. Idąc za radami kupców
z Malakki, Europejczycy przywieźli odpowiednie towary: ubrania, ryż i chińską porcelanę. Na wyspach wielką popularnością cieszyły się
jawajskie gongi, które można było wymienić na duże ilości przypraw: "Na
nich i na metalowych misach grają muzykę"12.
Portugalczycy załadowali gałkę muszkatołową i macis (mającą
delikatniejszy zapach osnówkę nasiona owocu muszkatołowca) oraz
importowane przez tubylców goździki i kupili dżonkę, która miała
zastąpić Sabaię. Podobnie jak oba ocalałe statki nie była ona w dobrym
stanie. Dżonki znakomicie spisywały się w żegludze między wyspami, ale
niezbyt się nadawały do rejsów dalekomorskich i miały tylko drewniane
kotwice, ale wzięli ją, gdyż potrzebowali sporych ładowni na gałkę
muszkatołową, która zajmowała dużo miejsca. Gdy wyruszyli z powrotem
przez Morze Banda, dowództwo nad dżonką objął Francisco Serr?o. Ta
jednak w połowie drogi zaczęła nabierać wody. Osiadła na nagiej wysepce,
gdzie oprócz Portugalczyków były tylko żółwie. Nie było żadnego innego
pożywienia ani słodkiej wody. Ich trudna sytuacja nie została wszakże
niezauważona. Wyspy Lucopina [Lucipara] były ewidentnie dobrze znanym
cmentarzyskiem statków na Morzu Banda i źródłem dochodów morskich
łupieżców. Na horyzoncie pojawiła się łódź wojenna, której załoga
chciała sprawdzić, co da się wydobyć z wraku. Za radą muzułmańskiego
pilota Portugalczycy ukryli się, wzięli rabusiów z zaskoczenia i przejęli ich łódź. Niedoszli piraci, a teraz także potencjalni
rozbitkowie, zostali zmuszeni do przewiezienia ich do wioski Hitu na
pobliskiej wyspie Ambon.
1. Ciągnący się wzdłuż wybrzeża Jawy łańcuch wulkanów na rysunku
Francisca Rodriguesa. W środku buchająca ogniem wulkaniczna wyspa Gunung
Api.
Mała grupa Portugalczyków, ogółem 8-9 ludzi, zeszła na brzeg w pełnych
zbrojach, z muszkietami. Zrobiła na tubylcach wielkie wrażenie. Hitu
było w konflikcie z ludem Luhu osiadłym na sąsiedniej wyspie, Seram.
Wojny między wyspami toczyły się według tego samego schematu:
"mieszkańcy jednej przypuszczając na drugą niespodziewany atak czółnami,
brali jeńców albo zabijali się wzajemnie"13. Przybysze z Portugalii szybko zaznajomili się z tym stylem walki, jak również z zawiłościami miejscowej polityki. Skaptowana przez Hitu drużyna Serr?o
wywarła decydujący wpływ na wynik zatargu. Wieści o przybyszach i ich
wyczynach szybko rozeszły się po archipelagu. Wkrótce dotarły do
odległych o 450 kilometrów, będących źródłem goździków Moluków i natychmiast zainteresowały ich władców.
Nad Ternate i Tidore górują wznoszące się wprost z morza symetryczne
wulkany o zboczach pokrytych lasami. W tamtym momencie te dwie małe
wyspy, przedzielone zaledwie kilkusetmetrowym pasem wody, były w stanie
wojny. Mieszkańców obu powierzchownie zislamizowali muzułmańscy kupcy, a ich sułtanowie byli zaciekłymi rywalami. Każdy z nich przewodził
konfederacji innych wysp i osad. Serr?o i jego towarzysze znali już z udziału w walkach na Ambon miejscowy sposób wojowania. Ataki
przypuszczano w dużych i szybkich łodziach zwanych kora-kora lub
joanga, które mogły pomieścić do stu wioślarzy. Największą flotę tych
łodzi miało Ternate i jedna z nich przypłynęła do Hitu z zaproszeniem
dla Serr?o.
Portugalskich awanturników powitał ciepło sułtan Bajan Sirrullah:
"przyjął ich w swoim kraju z wielkimi honorami"14. Powiedział,
że miał proroczy sen o przybyciu mężczyzn zakutych w żelazo, którzy
rozszerzą jego panowanie. Szybko udowodnili swoją wartość, dając Ternate
przewagę nad Tidore. Serr?o stał się niezastąpionym doradcą i powiernikiem sułtana. Gdy w 1514 roku Bajan Sirrullah napisał do króla
Portugalii list, w którym zobowiązywał się, że zostanie jego wasalem,
zrobił to nie tylko dlatego, że Portugalczycy sprawowali władzę nad
Malakką, kluczowym węzłem handlu przyprawami, odgrywającym ważną rolę w eksporcie goździków z Ternate, lecz również dlatego, że widział w nich
siłę, która pomoże mu zapanować nad sąsiednimi wyspiarskimi królestwami.
Miał tego dokonać Serr?o. Portugalczycy postrzegali to inaczej. We
wrześniu 1515 roku Albuquerque pisał do Manuela I, że doszły go "wieści,
iż Serr?o żyje i ma władzę nad wyspami goździkowymi oraz rządzi królem i całą tą ziemią"15, domyślnie w imieniu swego władcy.
2. Ternate i znajdujący się na niej wulkan na XVIII-wiecznej rycinie
holenderskiej
Malakka była wysuniętym najdalej na wschód punktem imperium
portugalskiego. Jego ograniczone zasoby ludzkie były z rzadka
rozmieszczone w rozciągającym się od Afryki po Zatokę Perską i wybrzeże
Indii łańcuchu fortów i baz. Moluki znajdowały się o dwa monsuny i niemal 14 tysięcy kilometrów od stolicy monarchii, a Serr?o - jak się
wydaje - coraz bardziej wymykał się spod władzy króla rezydującego w odległej Lizbonie. W latach po jego przybyciu zawijały na wyspę Ternate
portugalskie statki handlowe, zabierały ładunek goździków i odpływały,
natomiast on pozostawał na niej, ignorując wszelkie wezwania do powrotu.
Na pół niezależny od Portugalii mieszał się do wewnętrznej polityki
wysp. Prowadził życie, o jakim marzyło wielu portugalskich poszukiwaczy
przygód, kierując się bynajmniej nie pragnieniem służenia królowi, lecz
chęcią zysku i opływania w orientalne luksusy niczym egzotyczny radża. Z listu Albuquerquego wynika, że był co najmniej tolerowany.
Serr?o pozostaje zagadkową postacią. Niewiele o nim wiadomo, ale jego
nazwisko przewija się niczym cienka nić w kronikach tej epoki. Przyszło
mu odegrać kluczową rolę w tym, co miało się wydarzyć. Podobnie jak
wiele innych portugalskich dokumentów, jego listy prawdopodobnie
zaginęły podczas trzęsienia ziemi w Lizbonie w 1755 roku. We
współczesnych mu kronikach możemy odnaleźć tylko ich echo. Wiadomo
jednak, że pisał je do króla i swojego przyjaciela, Fern?o de
Magalh?esa, i wysyłał wracającymi do kraju portugalskimi statkami.
Portugalczycy skrzętnie zbierali informacje o Wyspach Korzennych.
Opisali wyjątkową strukturę polityczną mieszkańców Wysp Banda: "nie mają
króla, są rządzeni przez starszych", ich wygląd, pożywienie, które
opierało się na sago, "[mące - A.J.] otrzymywanej z miękiszu pewnego
drzewa i bardzo mocno spieczonej [...], używanej jako pieniądz",
geografię wysp i miejsca dogodne do lądowania, a przede wszystkim ich
sieci handlowe oraz szczegółowe koszty przypraw. Z zainteresowaniem
odkrywali sposoby uprawy i zbioru gałki muszkatołowej i macis: "drzewa
podobne do wawrzynów, których owocami są orzechy, nad nimi rozpościera
się macis niczym kwiat, a znowu nad tym gruba skorupa. Jeden kwintal
macis jest wart tyle, co siedem kwintali gałki
muszkatołowej"16. "Macis jest owocem jak brzoskwinia czy
morela, a kiedy dojrzeje, pęka i wypada z niego zewnętrzna pulpa, a to,
co zostaje w środku, przybiera czerwony kolor, i to właśnie jest macis
gałki muszkatołowej. Zbierają ją i suszą. Owoce rodzą się przez cały rok
i są zbierane co miesiąc"17.
3. Gałka muszkatołowa i jej osnówka, macis
Tyle samo uwagi poświęcali produkcji goździków na Molukach:
Lasy na tych wyspach obfitują w pewne drzewa podobne do wawrzynów, a ich
liście przypominają liście chruściny; nad nimi rosną jak kwiaty
pomarańczy czy dzikiego wina grona goździków. Są bardzo zielone, a później białe, ale gdy dojrzeją, mają piękny czerwony kolor. Wtedy
tubylcy je zbierają i rozkładają na słońcu, by wyschły, aż staną się
czarne, a kiedy nie ma słońca, suszą je w wędzarniach. Gdy wyschną,
spryskują je odrobiną słonej wody, by się nie pomarszczyły i zachowały
wszystkie swoje zalety. I na tych pięciu wyspach zbierają ich tak wiele,
że nie są w stanie wywieźć ich z kraju. [...] jeśli nie zbiera się ich
przez trzy lata, drzewa dziczeją i to, co potem rodzą, jest
bezwartościowe18.
Te relacje, gromadzone przez kupców i ich pośredników, były w istocie
podręcznikami handlu i zapewniały Portugalczykom ciągły dopływ danych o geografii, ekologii, strukturach władzy i antropologii. Zresztą wszyscy
Europejczycy zbierali informacje o świecie i żadne z nich nie były
całkowicie niewinne.
4. Kiść owoców drzewa goździkowego
W 1519 roku król Manuel I zlecił wykonanie atlasu z mapami egzotycznych
krajów, obecnie zwanego Atlasem Millera. Jest to zarówno piękne dzieło
sztuki, jak i hołd dla odkryć dokonanych przez Portugalczyków. Moluki są
w nim nakreślone złotym kolorem i przyszpilone portugalską flagą do
morza jak rzadki motyl w gablocie kolekcjonera. Był to swoisty akt
własności, o czym mieszkańcy tych wysp nie mieli pojęcia. Na
zamieszczonej w tym atlasie mapie świata są one otoczone półkolem
mielizn sugerującym, że są niedostępne. Położenie samych wysp zaznaczone
jest dość dokładnie, ale owe mielizny nie istnieją. W dodatku znajdują
się one w labiryncie cieśnin i przesmyków między innymi, wyimaginowanymi
wyspami, co ma wskazywać, że niezwykle trudno jest do nich
dotrzeć1. Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że nie istnieje
na niej Pacyfik, który cztery lata wcześniej zobaczyli Hiszpanie i w tamtym czasie był już szeroko znany. Ta mapa jest anachronicznym
powrotem do obrazu świata, jaki przedstawił starożytny geograf
Ptolemeusz. Atlantyk jest tu morzem otoczonym ze wszystkich stron lądem,
przez który nie ma żadnego przejścia na wschód. Atlas Millera nie był
obiektywnym opisem świata znanego Portugalczykom, lecz geopolitycznym
narzędziem, które miało zapewnić im hegemonię w handlu przyprawami i zniechęcić rywali, zwłaszcza Hiszpanów, do prób dotarcia do Moluków
przez Pacyfik drogą wokół Ameryk.
Hiszpanie, z aktywnym udziałem Fern?o de Magalh?esa, planowali tego
dokonać w tym samym roku. Król Manuel z pewnością o tym wiedział.
Umieszczenie tych fikcyjnych wysp na mapie było nie tylko formą dezinformowania potencjalnej konkurencji. Ich obecność w tym miejscu wynikała również (a raczej przede wszystkim) z utrwalonej tradycji. W europejskiej geografii od czasów Marca Polo istniało głębokie przekonanie, że całe wschodnie i południowo-wschodnie wybrzeża Azji są otoczone niezliczonymi wyspami. Widzimy je na większości map tego obszaru powstałych w XIV-XVI wieku (przyp. red. meryt.). [wróć]
2
MAPY I SPEKULACJE
1513-1519
Hiszpanie nadrabiali zaległości w wyścigu do Indii. Pojawiały się
wątpliwości, czy Kolumb rzeczywiście - jak twierdził - dotarł w pobliże
Japonii; na razie jego odkrycia nie przedstawiały dużej wartości. Stałe
postępy Portugalczyków budziły zazdrość i niepokój po drugiej stronie
granicy. Portugalia i Korona Kastylii, scalająca wówczas inne królestwa
Półwyspu Iberyjskiego w jednolitą całość, Hiszpanię, tworzyły dzięki
małżeństwom ich władców i sąsiedztwu związek, który można nazwać
pasywno-agresywnym. Ich królowie zwracali się do siebie per "drogi
przyjacielu", ale byli zawziętymi rywalami. Przez granicę przenikały
wiedza i umiejętności żeglarskie. Oba państwa opierały się nie tylko na
mieszkańcach Półwyspu Iberyjskiego, ale także na cudzoziemcach:
Wenecjanach, Genueńczykach i Francuzach. Na ogół wiedza przepływała w jedną stronę, z przodującej w eksploracji świata Portugalii do
kastylijskiego centrum informacji w Sewilli.
Obszar eksploracji obu stron określał traktat z Tordesillas. W 1494
roku, po gwałtownych sporach dotyczących Atlantyku, Portugalia i Kastylia zgodziły się na podział stref wpływów wzdłuż wyobrażonej linii
ciągnącej się przez ten ocean od bieguna południowego do północnego.
Wyznaczono ją w odległości 370 lig na zachód od Wysp Zielonego
Przylądka. Miała ona odgraniczać terytoria nad Atlantykiem, do których
zgłaszali roszczenia Hiszpanie, od obszarów eksploracji Portugalczyków,
ale implikacje traktatu ujawniły się w pełni, gdy ci drudzy ruszyli na
wschód, w stronę Wysp Korzennych. Okazało się, że linia demarkacyjna
powinna przebiegać przez cały glob, przecinając go jak nóż pomarańczę
dokładnie na połowy. Decydujące znaczenie miało to, kto "posiadał"
bardzo pożądane źródła goździków i gałki muszkatołowej na drugiej
półkuli. Mimo tych sporów władcy państw iberyjskich obstawali przy tym,
że mają monopol na odkrycie wszystkich zakątków planety i włączenie ich
do prywatnych stref wpływów politycznych. "Pokażcie mi testament Adama"
- skomentował to szyderczo Franciszek I, król Francji, zawziętej rywalki
Hiszpanii. Kluczowe znaczenie dla nakreślenia południka biegnącego przez
Archipelag Malajski miała wielkość dzielonej pomarańczy. Zdaniem Kolumba
świat był mniejszy, niż jest w rzeczywistości. Ten mniejszy świat
odpowiadał ambicjom Kastylii, gdyż pozwalało to jej na roszczenie
pretensji do części terytoriów na wschodzie, do których przyznali już
sobie prawo Portugalczycy. To oni pływali dalej niż rywale i bardziej
realistycznie oceniali wielkość tych terytoriów, chociaż ani jedni, ani
drudzy nie zdawali sobie jeszcze sprawy z tego, jak ogromny jest Ocean
Spokojny.
Linia wyznaczona w traktacie z Tordesillas okazała się klątwą ciążącą na
iberyjskich pionierach. Precyzyjne zmierzenie długości geograficznej
było niemożliwe, ponieważ na wschodzie brakowało odpowiednika Wysp
Zielonego Przylądka, zatem dokładne wyznaczenie, jak i gdzie przebiega
granica terytoriów, do których zawłaszczenia przyznawała sobie prawo
każda ze stron traktatu, również było niemożliwe. Spory o przebieg linii
demarkacyjnej ciągnęły się, niczym obsesyjne poszukiwanie cząstek
subatomowych w naszych czasach, przez cały wiek XVI, powodując zalew
dokumentów, wzajemnych roszczeń, patów dyplomatycznych i wojen. Wydawało
się, że kwestię tę rozstrzygnie tylko zajęcie spornych terytoriów, co
było niuansem, o którym ich rdzenna ludność nie miała pojęcia.
W świetle traktatu z Tordesillas jedynym sposobem, w jaki Hiszpanie
mogli przystąpić do rywalizacji w handlu przyprawami, było dotarcie do
Wysp Korzennych od zachodu, a do tego potrzebne było znalezienie drogi
wodnej prowadzącej przez Ameryki do morza, które znajdowało się za nimi,
albo opłynięcie końca kontynentu południowoamerykańskiego, leżącego
równolegle do Przylądka Dobrej Nadziei, który okrążali Portugalczycy,
żeglując na wschód, do Indii. Bardzo ekscytowano się myślą, że może tam
być jakaś cieśnina łącząca Atlantyk z tym morzem. Dwie pierwsze dekady
XVI wieku widziały co rusz ponawiane, to przez Portugalczyków, to przez
Hiszpanów, próby znalezienia tej drogi. Statki pływały wzdłuż wybrzeża
Ameryki Południowej na południe, gdzie, w zimniejszej strefie, zdawało
się ono przybierać kształt klina, zapuszczając się w górę rzek i ich
dopływów. To, że w 1513 roku konkwistador Vasco Nú?ez de Balboa przebył
wąski Przesmyk Panamski i dotarł do nowego oceanu, który nazwał Mar del
Sur, Morzem Południowym, potraktowano jako zachętę. Jego wyprawa
nasuwała przypuszczenie, że rzeczywiście może tam istnieć jakaś droga
wodna. W tym samym roku ukazała się słynna mapa Martina Waldseemüllera,
pierwszego, który nazwał ów kontynent Ameryką, z kanałem w tym regionie.
Ferdynand Aragoński zlecił Juanowi Díazowi de Solís, nawigatorowi
prawdopodobnie portugalskiego pochodzenia, znalezienie takiego kanału.
De Solís wyruszył w następnym roku, po początkowym sprzeciwie króla
Portugalii, na poszukiwanie zachodniej drogi na "wyspy Maluco, które
leżą w granicach uzgodnionej strefy naszych wpływów, by wziąć je w nasze
posiadanie"19, które to stwierdzenie powtarzano w Hiszpanii
bez końca w następnych dziesięcioleciach. Pożeglował w górę rzeki La
Plata w nadziei, że może ona być owym transkontynentalnym kanałem, ale
został zabity i zjedzony przez tubylców. Jednak nadzieja na znalezienie
przejścia i hiszpańskie roszczenia nie umarła.
W Europie rosło zaciekawienie nowym światem wyłaniającym się z wiadomości docierających z Lizbony i Sewilli. Niemieccy i hiszpańscy
bankierzy finansowali wyprawy, spodziewając się zysków. Kartografowie
rysowali nowe obrazy świata. Oparte na domysłach mapy były projekcjami
marzeń odkrywców o cieśninach łączących Atlantyk z nowym morzem. Jedna z nich, z 1514 roku, oparta na wyprawach portugalskiego nawigatora, Jo?o
de Lisboa, pokazuje Amerykę Południową ze zwężającym się stożkowato
końcem. Na sporządzonym w następnym roku globusie innego kartografa,
Johannesa Schönera, widnieje zarówno kanał Waldseemüllera, jak i cieśnina oddzielająca Amerykę Południową od nazwanej już, ale jeszcze
nieodkrytej Antarktyki1. Towarzyszy temu komentarz twórcy
globusa, w którym czytamy:
A zatem Portugalczycy opłynęli ten region, Brasilie Regio, i odkryli
boczne przejście między wschodem i zachodem, bardzo podobne do tego w naszej Europie (gdzie mieszkamy). Z jednej strony widać ląd po drugiej
stronie, a - jak pokazuje nasz globus - przylądek tego regionu leży w odległości około sześćdziesięciu mil od Bieguna Antarktycznego, czyli
tak jakby się płynęło na wschód przez Cieśniny Gibraltarską czy Sewilską
i Berberyjską albo Marokańską w Afryce. Co więcej, odległość tego
Regionu Brazylii do Malaki, gdzie Święty Tomasz zdobył męczeńską koronę,
jest umiarkowana20.
Schöner, kurcząc świat, przedstawiał europejskiej publiczności wizję
wygodnej, analogicznej do rejsu przez Morze Śródziemne, żeglugi przez
Atlantyk do Ameryki Południowej, skąd jest tylko żabi skok przez wąskie
morze oddzielające ją od Malakki. Być może u jej podłoża leżały
zniekształcone opisy wypraw w górę La Platy.
Na tę arenę spekulacji i eksploracji wkroczył przyjaciel Francisca
Serr?o, Fern?o de Magalh?es, który wywodził się z drobnej szlachty
portugalskiej i miał typowe dla tamtych czasów i warstwy społecznej
wychowanie, przesiąknięte późnośredniowiecznymi ideałami rycerskości,
włącznie z dążeniem do wielkich czynów i chwały. We wczesnej młodości
został zgodnie z panującym wówczas zwyczajem paziem na dworze króla
Manuela w Lizbonie, co było odskocznią do wszelkich awansów, a potem
brał udział w dalekomorskiej ekspansji Portugalczyków, która - choć
wiązała się z wielkim ryzykiem - stwarzała poszukiwaczom przygód i pieniędzy okazję do zdobycia majątku i sławy. Podobnie jak Luís de
Cam?es, wielki portugalski poeta epoki odkryć, był świadkiem oblężeń,
katastrof statków, bitew morskich, zdobywania niezmiernych bogactw i nagłych odmian fortuny. W 1505 roku wybrał się do Indii z pływającą tam
co roku portugalską flotą, uczestniczył w plądrowaniu wybrzeża Afryki
Wschodniej, cztery lata później walczył w rozstrzygającej bitwie
morskiej pod Diu, w 1511 roku był przy zdobyciu Malakki, pomógł Serr?o
wyjść z życiem z zasadzki i wyprawił się z nim aż na Sumatrę. Stracił
cały zdobyty na Wschodzie majątek, gdy ich statek zatonął na Malediwach
podczas potyczki, w której - jak się zdaje - walczył mężnie i z zachowaniem zimnej krwi. Udało mu się dotrzeć do Goa, ale był niemal bez
grosza przy duszy, tak biedny, że Afonso de Albuquerque podarował mu
używaną zbroję. Powróciwszy w końcu do rodzinnego kraju, wziął udział w wyprawie przeciw marokańskim Maurom. Gdzieś po drodze został ranny w nogę i odtąd utykał. Widział świat Orientu, dostrzegał rysujące się tam
możliwości i miał listy od Serr?o o bogactwach Wysp Korzennych. Zagłębił
się w studiowanie map i domysłów kartografów.
5. Globus Johannesa Schönera, 1515 r. Ameryka Północna niemal na nim nie
istnieje, za to Południowa ma kształt prawie zgodny z rzeczywistością.
Ukazana jest tu także cieśnina prowadząca do Pacyfiku. Schöner mógł
potraktować jako cieśninę rzekę La Plata. Pod nią znajduje się Brazylia.
Jego globus prawdopodobnie był jednym z dzieł kartograficznych, które
natchnęły Magellana wiarą w istnienie jakiejś cieśniny na południu
Ameryki.
Kampania marokańska w latach 1513-1514 okazała się zgubna dla jego
kariery w Portugalii. Został oskarżony o nielegalną sprzedaż części
łupów. Zdołał oczyścić swoje imię, ale pewne jego cechy - upór,
drażliwość i duma - irytowały króla Manuela, który odmówił mu
przywrócenia dworskiego uposażenia. Niezrażony tym Magalh?es zwrócił się
do niego ponownie z tą samą prośbą, która też została odrzucona.
Pozbawiony widoków na przyszłość i z poczuciem niesprawiedliwego
potraktowania postanowił poszukać szczęścia za granicą, w sąsiedniej
Kastylii.
Być może to listy od Serr?o oraz własne spostrzeżenia rozbudziły w nim
zainteresowanie Molukami. Mapy i globusy przekonały go, że musi istnieć
jakaś droga prowadząca z zachodu na Wyspy Korzenne. W takim razie,
biorąc pod uwagę traktat z Tordesillas, szansę na zyski dawała praca na
rzecz Hiszpanii, nie Portugalii. Strząsnąwszy z butów kurz rodzinnej
ziemi, jesienią 1517 roku przekroczył granicę. 20 października znalazł
się w Sewilli, centrum kastylijskich wypraw, gdzie złożył przysięgę
wierności temu królestwu i zmienił nazwisko na Fernando de Magallanes.
Miał papiery uwierzytelniające - listy od Serr?o, przekonujące mapy - i pewność siebie. O jego wiarygodności świadczyło, oprócz znajomości
Wschodu, dwoje niewolników - mężczyzna zwany Enrique de Malacca i kobieta z Sumatry. Potrzebował tylko dojścia do właściwej instytucji.
Taką instytucją była w Sewilli kierowana przez potężnego biskupa Burgos
Juana Rodrígueza de Fonseca Casa de Contratación, która sprawowała
nadzór nad wszystkimi badaniami obu Ameryk i prowadzonymi tam
interesami. Magalh?es zastał w Sewilli także małą, lecz wpływową grupę
portugalskich emigrantów. Byli wśród nich Diogo Barbosa, dobrze
sytuowany wygnaniec z Portugalii, z którym tak się zaprzyjaźnił, że dwa
miesiące później pojął za żonę jego córkę, oraz Juan de Aranda, który
miał znajomości w Casa de Contratación. Magalh?es miał też wspólnika w swym przedsięwzięciu, nieco ekscentrycznego Ruya Faleirę, kosmografa i astrologa, który twierdził, że rozwiązał problem oznaczania długości
geograficznej. Faleiro, podzielając wiarę Magalh?esa w to, że Moluki
leżą w hiszpańskiej strefie wpływów, w grudniu podążył za nim do
Kastylii.
Tak się złożyło, że Magalh?es przyjechał do Kastylii w szczęśliwym
momencie, ważnym dla jej i całej Hiszpanii dziejów. Miesiąc po jego
przybyciu wylądował w tym kraju Karol książę Burgundii, by objąć jako
Karol I tron Hiszpanii odziedziczony w ramach koneksji dynastycznych.
Prawie wszyscy jego doradcy byli Flamandami, a on sam nie znał ani słowa
po kastylijsku, mimo to dokonał przełomu w sprawach swego nowego
królestwa. Kastylia sięgała po Ameryki, ale pragnęła więcej; w tym samym
czasie, pod panowaniem młodego władcy, hiszpańskie królestwa scalały się
w spójny blok. Karol osiadł w Valladolid, faktycznej stolicy Hiszpanii,
i Juan de Aranda zaproponował Magellanowi, że właśnie tam zaoferuje jego
usługi. W styczniu 1518 roku Magellan i Faleiro wyruszyli pod przewodem
Arandy do stolicy.
Aranda był człowiekiem interesu szukającym przewidywanych zysków, co
szybko stało się przedmiotem sporów całej trójki, ale miał kontakty. 17
marca doprowadził do spotkania, na którym obaj wspólnicy przedstawili
swoją sprawę radzie ministrów. Składała się ona z trzech flamandzkich
doradców i szanownego Juana de Fonseca. Magellan pokazał dowody: listy
od Serr?o, "dając mu [Fonsece - A.J.] do zrozumienia, że odkrył
jeszcze jeden świat, większy i bogatszy od tego, który znalazł Vasco da
Gama"21, i ukazując jego rąbek w postaci Enriquego i kobiety z Sumatry, oraz przekonujące mapy i globusy. Faleiro dowodził, że Wyspy
Korzenne leżą w strefie wpływów hiszpańskich. Obaj roztoczyli miraż
bogactw, które znajdowały się tuż za drzwiami Hiszpanii i prawnie jej
się należały. Decydujące pytanie brzmiało: Jak dotrzeć do Moluków, skoro
do tej pory nie odkryto żadnej cieśniny ani innego przejścia przez
zaporę, jaką stanowiły Ameryki? To, czy pewnemu siebie Magellanowi,
opierającemu się na tym, co wiedział albo co wydedukował z poprzednich
podróży, uda się przekonać radę do swojego pomysłu, zależało od
przedstawionego przez niego globusa.
Naocznym świadkiem tego spotkania był dominikanin Bartolomé de las
Casas. Według niego Magellan, niczym magik, który nie chce wyjaśnić
sekretu swych sztuczek, "przyniósł ze sobą dobrze namalowany globus
ukazujący cały świat, na którym wykreślił kurs, który proponował obrać,
oprócz cieśniny, której nie zaznaczył, by nikt go nie ubiegł"22.
Jak przedsiębiorca reklamujący opatentowany wyrób, którego składu nie
chce wyjawić, gdyż jest on tajemnicą handlową, odmówił podzielenia się
swym sekretem. Był to oszałamiający popis pewności siebie i brawury. Bez
względu na to, co wiedział, czego się domyślał lub na co miał nadzieję,
Magellan opierał swój plan na myśleniu życzeniowym i sile woli. W każdym
razie projekt tego człowieka, który nawet nie mówił dobrze po hiszpańsku
i którego lojalność wobec nowej ojczyzny była dyskusyjna, powinien
zostać z miejsca odrzucony.
Dodatkowe pytanie zadane mu przez Casasa zapewne byłoby nokautującym
ciosem dla każdego, kto składałby ofertę sceptycznym inwestorom:
"Zapytałem go, jaką drogę proponuje obrać. Odparł, że zamierza popłynąć
tą, która wiedzie do Cabo Santa María, który my nazywamy Río de la
Plata, i stamtąd płynąć wzdłuż wybrzeża, dopóki nie znajdzie tej
cieśniny. Powiedziałem: "Co pan zrobi, jeśli nie znajdzie pan cieśniny,
żeby się dostać na to drugie morze?". Odparł, że jeśli żadnej takiej nie
znajdzie, popłynie trasą, którą obierają Portugalczycy [żeglując na
wschód]"23. Zważywszy na cierpkie stosunki między tymi dwoma
królestwami i dbałość każdego z nich, by nie naruszyć strefy wpływów
drugiego, odpowiedź ta powinna była zdyskredytować Magellana. Było to
również pośrednie przyznanie, że jego sekretna droga wokół Ameryki może
w ogóle nie istnieć. Nic zatem dziwnego, że rada ministrów nie
przychyliła się do jego propozycji. Casas zostawił słowny portret
stojącego przed radą trzydziestosiedmioletniego Magellana: "Ten Hernándo
de Magallanes musiał być dzielnym człowiekiem, odważnie myślącym i skorym do wielkich przedsięwzięć, chociaż nie wyglądał zbyt imponująco,
gdyż był małej postury i ludzie sądzili, że brak mu śmiałości i rozwagi
i można go okpić"24. Bardzo się mylili. Może był nieroztropny,
lecz z pewnością nie brakowało mu odwagi. Towarzyszyły jej drażliwość i skrytość, upór i przekonanie o swojej wielkiej wartości i zdolnościach:
"myślał, że zostanie wielkim panem"25.
O dziwo, propozycję Magellana przedstawiono królowi w pozytywnym
świetle. Być może tych, którzy to zrobili, tak oszołomiły bogactwa
Moluków, że nie zważali na pytanie, jak się tam dostać; może uznali, że
gra warta jest świeczki, i patrząc z zazdrością na dochodzące z Portugalii tryumfalne roszczenia do wyłączności w handlu przyprawami,
obawiali się, że z niej wypadną. Zdaje się, że Karol I przełamał
wszelkie obawy. Zdumiewająco szybko, bo już 22 marca 1518 roku,
niespełna pięć miesięcy po przybyciu Magellana do Kastylii, zaaprobował
jego pomysł, by "w domenach, które do nas należą na tym obszarze Morza
Oceanicznego, w granicach uzgodnionej strefy naszych wpływów, znaleźć
wyspy, lądy stałe i bogactwo przypraw"26. Szczególnie ważna
była i ponownie została podkreślona kwestia terenu eksploracji: "Musisz
tak prowadzić te poszukiwania, by nie naruszyć strefy najjaśniejszego
króla Portugalii, mego drogiego wuja i brata, i jej granic ani nie
przynieść żadnego innego uszczerbku jego interesom, jedynie w granicach
uzgodnionej strefy naszych wpływów"27. Zważywszy na niejasny
przebieg linii wyznaczonej w traktacie z Tordesillas, był to złożony
przykład nowomowy. Dwa miesiące później Karol I podpisał traktat, na
mocy którego jego siostra została małżonką króla Portugalii Manuela. Z biskupem Burgos Magellanowi nie poszło tak łatwo.
Magellan poprosił o włączenie do umowy na jego wyprawę dziwnej klauzuli:
że gdyby odkrył, iż jest więcej niż sześć wysp, będzie mu wolno zachować
dwie dla siebie. Wskazuje to, że mógł mieć zamiar wykrojenia sobie
własnego lenna, jak Serr?o. Wiadomo było, że w archipelagu Moluków jest
pięć wysp korzennych i że dobrze usadowili się na nich Portugalczycy.
Czyżby więc w ogóle nie wybierał się na Moluki?
Po jego powrocie do Sewilli przygotowania do podróży ruszyły pełną parą.
Od samego początku Magellan napotykał trudności. Miał dostać pięć
okrętów, wszystkie małe (największy o wyporności 130 ton), przy czym
żaden nie był nowy. Mimo to koszty ich zakupu, przyholowania,
zaopatrzenia i zrekrutowania załogi były duże. Gdy doszło do kluczowej
sprawy sfinansowania wyprawy, Karol zdecydował, że większość wydatków na
tę inwestycję, około 80 procent, zostanie pokryta ze skarbu królestwa.
Miał to być projekt imperialny. Pozostałą część mogli wpłacić inni
udziałowcy. Dowódcami ekspedycji, która miała otrzymać nazwę Armada de
Molucca, mianowano Magellana i Faleirę. Później obaj otrzymali dodatkową
nagrodę - król pasował ich na rycerzy Zakonu Świętego Jakuba, co było
zaszczytem podnoszącym autorytet i prestiż przybyszów z Portugalii.
A jednak w rozkazach króla Karola przewija się nić braku zaufania. Za
kulisami, w Casa de Contratación, Fonseca starał się podważyć pozycję
Magellana. Jednemu z zaufanych ludzi Fonseki, Juanowi de Cartagena,
powierzono stanowisko generalnego inspektora tej floty, które pozwalało
mu sprawować kontrolę nad wszystkimi poczynaniami Magellana. Otrzymał on
również poufne rozkazy od króla:
Będziesz donosił nam w pełni i szczegółowo o sposobie, w jaki wykonywane
są na rzeczonych ziemiach nasze instrukcje i polecenia, o naszych
sędziach, o traktowaniu mieszkańców rzeczonych ziem [...] o tym, jak
rzeczeni kapitanowie i oficerowie stosują się do naszych poleceń i o innych sprawach naszej służby28.
Obecność Cartageny świadczyła o nieufności wobec Portugalczyków. Został
przydzielony do wyprawy, by trzymać Magellana i Faleirę w ryzach. Nie
miał żadnego doświadczenia w rejsach dalekomorskich, ale zaoferowano mu
wynagrodzenie znacznie wyższe od tego, które otrzymał Magellan. Nie był
człowiekiem znikąd. Był "siostrzeńcem" Fonseki, jak eufemistycznie
nazywano nieślubnego syna. Fonseca zadbał także o obsadzenie innych
kluczowych stanowisk. Kapitanami statków, z wyjątkiem tych, którymi
dowodzili Magellan i Faleiro, byli ludzie wybrani przez niego. Wszystko
to stwarzało sytuację, w której łatwo mogły pojawić się kłopoty.
Panowały jawne obawy co do portugalskiego kontyngentu. Wydano rozkaz, by
ograniczyć jego wielkość do 12 osób. Byli to przeważnie doświadczeni
nawigatorzy. W rezultacie kapitanami niemal wszystkich statków zostali
Hiszpanie, natomiast nawigatorami Portugalczycy. Cała załoga floty miała
liczyć najwyżej 235 osób. Magellan starał się jak mógł zmieścić udział
Portugalczyków w tej kwocie, ale trudno było zwerbować dostateczną
liczbę marynarzy z Kastylii. Ostatecznie zwiększono liczbę
Portugalczyków do 37. Na dzień przed wyjściem w morze Magellana zmuszono
do złożenia przysięgi, że czynił wszelkie starania, by zwerbować
Hiszpanów: "Ogłosiłem w całym mieście, na placach, rynkach, w ruchliwych
miejscach i na nadrzecznych ulicach, że każdy - marynarz, chłopiec
okrętowy, stolarz, cieśla i inny - kto chce dołączyć do Armady, powinien
się ze mną skontaktować [...]. Nie chciał się przyłączyć żaden z tutejszych wieśniaków"29. Jedynym, który podpisał kontrakt,
był Juan Sebastián Elcano, doświadczony żeglarz z Baskonii.
Z kompletowaniem załogi wiąże się pewna ciekawostka. Nadliczbowym jej
członkiem został włoski szlachcic i uczony, Antonio Pigafetta. Bardzo
oczytany, kulturalny i dociekliwy, zaciągnął się na statek dla samego
rejsu: "wiedząc [...] z lektury wielu książek [...] o wspaniałych i strasznych rzeczach w oceanie, postanowiłem dzięki łaskawości cesarza
[Karola] [...] popłynąć tam i ujrzeć część z nich na własne
oczy"30, a także po to, by opisać wyprawę. Miał się stać
hagiografem Magellana. W jego dziele trudno znaleźć jakąś krytyczną
uwagę o dowódcy. Jednocześnie stworzył fascynującą relację z tej
podróży, a był ciekaw świata. Jako zarazem przyrodnik, etnolog,
zdyscyplinowany kompilator języków, badacz astronomii i klimatu - oraz
rozbitek - Pigafetta był ucieleśnieniem renesansowego ducha dociekań.
Lizbonę ogarnęła wściekłość na poczynania Magellana. Władze przymykały
oko na to, że granicę przekracza wielu Portugalczyków szukających
sposobności dorobienia się majątku w Kastylii, ale Magellan był osobnym
przypadkiem. Uznano, że może wyrządzić rzeczywiste szkody narodowym
interesom swej ojczyzny, co doprowadziło do napiętnowania go jako
zdrajcy. Portugalski ambasador w Hiszpanii starał się to obietnicami, to
pogróżkami ściągnąć i Magellana, i Faleirę z powrotem do kraju.
Propozycja, by wrócili do Lizbony i przedstawili swoją ofertę pod
rozwagę królowi Manuelowi, spotkała się z brakiem odzewu. Magellan
uznał, że bardziej prawdopodobne jest ich uwięzienie i stracenie.
Możliwość nasłania morderców, choć mało realna, skłoniła Karola I do
przydzielenia im ochrony.
Magellan walczył na wielu frontach. Mimo pełnomocnictwa udzielonego mu
przez króla powszechne było antyportugalskie nastawienie, zwłaszcza w Casa de Contratación. W październiku znalazło ono wyraz w incydencie, do
którego doszło w Sewilli po podniesieniu przez Magellana flagi omyłkowo
wziętej za flagę Korony Portugalskiej. Wybuchły zamieszki, podczas
których został zasztyletowany portugalski nawigator. Magellan głośno
zaprotestował i powiedział królowi, że zauważył na nabrzeżu
podżegającego tłum Sebasti?o Alvaresa, portugalskiego agenta w Sewilli.
6. Podpis Juana Sebastiána Elcano. Tutaj podpisał się jako del Cano.
Alvares próbował storpedować ekspedycję Magellana jeszcze 18 lipca 1519
roku, miesiąc przed jej wyruszeniem. W liście do króla Manuela pisze, że
przyłapał żeglarza w rzadkiej chwili jego pobytu w mieszkaniu, gdy
tamten pakował swój dobytek: "Poszedłem do domu Magellana, gdzie
zastałem go przy ładowaniu do koszy i skrzyni trwałych wiktuałów i innych rzeczy"31. Chociaż groźby, łapówki i emocjonalne apele nie
przekonały Magellana do rezygnacji z wyprawy, ewidentnie zburzyły jego
spokój ducha. "Wtedy zaczął bardzo użalać się nad sobą i powiedział, że
wielce niepokoi się tym wszystkim, ale nie znalazł niczego, co by mogło
usprawiedliwić jego odejście od króla, który wyświadczył mu taką
łaskę"32. Ale były też inne sposoby na zniechęcenie renegata.
Dobrze poinformowany Alvares ostrzegł go, by uważał na siebie: "On,
Magellan, myślał, że wypłynie jako admirał, podczas gdy ja wiedziałem,
że wysyła się inne, będące w opozycji do niego osoby, o których
dowiedziałby się, dopiero gdy byłoby już za późno, by mógł uratować
honor. I powiedziałem mu, żeby nie zważał na miód lejący się z ust
biskupa Burgos"33. Alvares trafnie oszacował podziały w łonie
dowództwa i zły wpływ biskupa. Przetwory, o których wspomniał, później
okażą się ważne dla przeżycia.
Alvares miał szczegółową wiedzę o planowanej trasie ekspedycji. Pisał do
króla Manuela: "droga, którą według doniesień zamierzają obrać, wiedzie
prosto do Cape Frio [przez Rio de Janeiro], zostawiając Brazylię z prawej strony [...], a stamtąd pożeglują prosto do Maluco, którą to
ziemię Maluco widziałem na globusie i mapie [które zabierają ze
sobą]"34. Dodał do tego klątwę: "Oby Bóg Wszechmogący sprawił, że
ich wyprawa zakończy się tak jak wyprawa Cortego Realsa, i by Wasza
Wysokość mógł pozostać spokojny"35. Corte Reals, portugalski
podróżnik, zaginął bez śladu na morzach północnych.
Alvares wiedział też, że coś jest nie tak z Ruyem Faleirem. "Dwukrotnie
rozmawiałem z Ruyem Faleiro [...] i wydaje mi się, że jest on jak
człowiek poszkodowany na umyśle i że odebrało mu to wszelką mądrość,
jaką kiedykolwiek był obdarzony"36. Również inne osoby
zauważyły, że Faleiro wykazuje niepokojące oznaki zaburzeń psychicznych.
Ten w połowie astronom, w połowie astrolog postradał zmysły. Tydzień
później wykluczono go z załogi z mglistą obietnicą, że wypłynie z drugą
flotą.
Usunięcie Faleira dało biskupowi możliwość zacieśnienia kontroli nad
Magellanem. Skoro Faleirę trzeba było kimś zastąpić, rola drugiego
dowódcy wyprawy przypadła Juanowi de Cartagena, w czym maczał palce
Fonseca. Cartagena objął stanowisko "współdowodzącego", które wcześniej
piastował Faleiro, co zaburzyło hierarchię służbową. Czy był podwładnym
Magellana, czy też był mu równy stopniem? Każdy z nich interpretował to
na swój sposób. Gdy flota znalazła się na morzu, stało się to jeszcze
jednym składnikiem receptury na kłopoty. Na pewno konsekwencją tego aktu
była konieczność omawiania przez Magellana wszystkich spraw z Cartageną.
8 maja 1519 roku Magellan otrzymał ostatnie instrukcje od Karola I. Były
one, jak zawsze w czasach, gdy monarchowie starali się mieć nadzór nad
sprawami, nad którymi nie sposób było zapanować, niezwykle drobiazgowe i zupełnie niewykonalne w trudnych realiach na morzu. Jako inspektor
generalny Cartagena dostał ich kopię, na podstawie czego mógł
domniemywać, że ma taką samą rangę jak Magellan. Król jeszcze bardziej
pogłębił podziały w strukturze dowodzenia. Kilkukrotnie powtórzył, że
wyprawa nie może naruszyć granic terytoriów, które należą do Portugalii,
chociaż dla każdego, kto się nad tym zastanowił, było jasne, że armada
musi popłynąć wzdłuż wybrzeża Brazylii, przez terytorialne wody
portugalskie. Kwestia przebiegu granicy rozdzielającej strefy wpływów
obu państw na Molukach była wciąż nierozstrzygnięta.
Możliwe, że sam Karol I nie był pewien, jakie zamiary ma wybrany przez
niego dowódca. Powtarzający się, natarczywy rozkaz, "by płynął wprost do
źródła przypraw"37, zdaje się świadczyć, że podejrzewał, iż
Magellan myśli o obraniu innego kierunku. Takie przypuszczenie mogła mu
nasuwać klauzula o sześciu wyspach. Alvares donosił królowi Manuelowi o różnicach zdań między Magellanem i Casa de Contratación; członkowie tej
instytucji nie znosili Portugalczyka. W tych warunkach - przy
rozdźwiękach między Magellanem i Cartageną, między frakcjami portugalską
i hiszpańską oraz fantazjach, które mógł snuć nieustępliwy pomysłodawca
wyprawy - z chwilą gdy żegluga stanie się trudna, mogło dojść do
pojawienia się poważnych kłopotów.
Król wymagał przede wszystkim, by Magellan dzielił się informacjami z kapitanami i oficerami wszystkich statków armady - miał sporządzić na
piśmie plan całej wyprawy, kapitanowie zaś, zgodnie z przyjętym na morzu
zwyczajem, mieli każdego popołudnia osobiście meldować się na okręcie
flagowym, a w przypadku oddzielenia się od floty postępować według
ustalonej procedury. Innymi słowy członkowie ekspedycji mieli ze sobą
ściśle współpracować. Jednak jasne jest, że Magellan widział to inaczej.
Zapytany przez Alvaresa o hierarchię służbową, odparł, że "gdy znajdzie
się na morzu, będzie mógł postępować, jak zechce"38.
Na początku sierpnia 1519 roku statki miały już w ładowniach zapasy na
dwa lata i były gotowe do podróży. Niespełna dwa miesiące wcześniej, 28
czerwca, Karol I został po licznych przekupstwach wybrany na władcę
Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Od tej pory wierzył, że skoro ma ogromne
posiadłości w Europie i obu Amerykach, jego przeznaczeniem jest zostać
władcą świata. Kierował się maksymą Plus ultra, "Jeszcze
dalej"2. Magellan miał być jego pośrednikiem w tym dziele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Nazwanie lądu zaznaczonego na południe od Ameryki na globusie Schönera i innych XVI-wiecznych mapach "Antarktyką" jest pewną nadinterpretacją. Była to Terra Australis, czyli całkowicie fikcyjny ląd wywodzący się z wyobrażeń starożytnych i średniowiecznych, który przedstawiano sobie jako coś w rodzaju skrzyżowania Antarktydy z Australią (przyp. red. meryt.). [wróć]
Dewiza herbowa cesarza Karola V Plus ultra nawiązywała do starożytnej legendy, zgodnie z którą Herakles po zakończeniu dziesiątej ze swoich dwunastu prac postawił dwie kolumny między Morzem Śródziemnym a Atlantykiem (czyli skały po obu stronach Cieśniny Gibraltarskiej) i wykuł w nich napis Non plus ultra oznaczający, że dalej człowiek nie powinien się zapuszczać. Dewiza cesarza symbolicznie oznaczała więc zerwanie z dawnymi ograniczeniami w ekspansji morskiej na cały świat, a w konsekwencji także w podbijaniu kolejnych lądów (przyp. red. meryt.). [wróć]