Warszawa romantyczna - Alina Kowalczykowa

Kup ebooka

64.00 zł
53.12 zł (64,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Romantyzm w Polsce ma dokładnie określony moment narodzin: rok 1822, data opublikowania pierwszego tomu Poezji Adama Mickiewicza. Ranga tego wydarzenia literackiego jest tak wielka, że oczywista i niepodważalna wydaje się decyzja o uznaniu go za przełomowe, za manifest i początek nowej, romantycznej epoki.

Decyzja to oczywista, ale powzięta z perspektywy lat, gdy jaśniej zarysowuje się ważna dla nas hierarchia faktów, gdy bierze się pod uwagę nie tylko ich znaczenie dla kształtowania się świadomości ludzi ówczesnych, lecz patrzy się przede wszystkim z punktu widzenia późniejszego biegu literatury, a i historii. Znakomitość wystąpienia Mickiewicza na takim tle okazuje się w całej okazałości.

Data, dla badacza zajmującego się romantyzmem tak ważna - rok 1822 - ma znaczenie nieporównanie mniejsze z punktu widzenia rozwoju romantycznej świadomości w Warszawie. Jeśli bowiem zajmujemy się nie Wilnem, lecz Warszawą, jeśli patrzymy z perspektywy ówczesnej, a nie ocen później ustalanych - hierarchia faktów okaże się zupełnie inna. Wilno było daleko, o Mickiewiczu wtedy - w 1822 r. - w Warszawie jeszcze niemal nie słyszano, a lata poprzednie upływały w stolicy pod znakiem innych niż na prowincji wydarzeń. Nie literatura nadawała im ton. Pozostawała w cieniu historii, wielkich wydarzeń, raz po raz wstrząsających bytem miasta, ustawicznych zmian władzy, niepewności, krótkotrwałej nadziei na stabilizację po powstaniu Królestwa Kongresowego, nie mniej dramatycznych rozczarowań związanych z osobą Aleksandra I, policyjnej atmosfery i spisków, i patriotycznych manifestacji, i wielu podobnej rangi wypadków, poprzedzających powstanie listopadowe... Narodziny romantyzmu, romantycznej świadomości, są związane w Warszawie o wiele mocniej niż w Wilnie bezpośrednio z historią, mniej z wpływem literatury.

Warszawa romantyczna to zatem nie tylko, i nawet nie przede wszystkim, jej literatura; powiedzmy szczerze, że nie było tu nawet indywidualności wybitnych - poza Mochnackim; że jeśli nawet przebywali w stolicy pisarze tej miary, co Słowacki czy później Norwid, to, po pierwsze, wkrótce ją opuszczali, a po wtóre - byli w niej we wczesnej młodości, gdy o Słowackim nic jeszcze jako o poecie nie wiedziano, a Norwid znany był tylko wśród grona przyjaciół. Był i umarł w Warszawie Malczewski, bywali Goszczyński, Zaleski... - ale żaden znamienity pisarz nie związał się ze stolicą trwalej; pod koniec epoki dopiero pojawiła się indywidualność wybitna - Narcyza Żmichowska.

Nie życie literackie ma więc być tematem tej książki, lecz zjawisko o wiele mniej sprecyzowane, które można by nazwać komplikacjami i rozwojem romantycznej świadomości w Warszawie. A to nie wielka literatura narzucała miastu owe myśli, owe postawy, które można by nazwać romantycznymi. Sądzę, że rolę o wiele bardziej inspirującą niż poezja odegrał tu bezpośredni i bolesny związek z historią współczesną, to on wpoił ludziom te przekonania buntownicze, te zachowania pełne rozpaczy, tę niepokorność umysłów, prowokował wewnętrzne konflikty moralne - to wszystko, co nazywa się dziś romantyczną świadomością.

Oczywiście, przejawiała się ona także w postawach i utworach publicystów i pisarzy, przenikała z przemycanych dzieł wielkich romantyków, powiązania stawały się obustronne. Ale życie w stolicy - za panowania Aleksandra I i Mikołaja I, pod bezpośrednim władaniem księcia Konstantego, a później feldmarszałka Paskiewicza - rodziło bodźce o wiele silniejsze, nadawało im o wiele dotkliwszy charakter, niż mogłaby to zrobić literatura. Literatura, dodajmy, pozbawiona przez historię i restrykcje cenzury w kraju zarówno wybitnych twórców, jak i swobodnego obiegu dzieł emigracyjnych.

Tak przyjęta perspektywa narzuca też inne nieco niż tradycyjnie z romantyzmem wiązane ramy czasowe, inną nieco hierarchię omawianych wydarzeń i źródeł, z których korzystam. Mało stosunkowo miejsca zajmą w książce takie sprawy, jak życie codzienne warszawiaków, salonowe spotkania, rozwój architektury - wiele ważnych skądinąd tematów musi zostać potraktowanych pobieżnie lub wręcz pominiętych. Bo ma to być książka nie o Warszawie tamtej epoki, lecz o Warszawie romantycznej, o romantycznej świadomości, o czynnikach wpływających na jej kształtowanie się i rozwój. Preferuję wyraźnie te zagadnienia, o których mniej dotychczas pisano (jak np. wydarzenia lat trzydziestych), i te źródła, z których rzadziej się korzysta, przede wszystkim gazety codzienne.

Datą początkową książki staje się nie rok 1822, lecz rok 1815 - utworzenie Królestwa Polskiego; wprowadzam nawet wydarzenia z kwietnia 1814 r., nieco ten moment poprzedzające. Datą zamykającą staje się maj 1856 r. - pierwszy przyjazd do Warszawy nowego cara, Aleksandra II. Zamknięcie epoki Mikołaja I i Paskiewicza zbiega się bowiem w czasie z kolejnym przełomem, dokonującym się w patriotycznej świadomości zamieszkałych w Królestwie Polaków: wchodzi w życie nowa generacja, rodzą się nowe koncepcje, kształtują się nowe idee, prowadzące już wprost ku powstaniu styczniowemu. To zaś temat odrębny, o wiele lepiej znany, a przy tym tak obszerny, że wprowadzenie go do książki przytłoczyłoby zupełnie wydarzenia Warszawy paskiewiczowskiej. A właśnie ta epoka wcześniejsza, mało interesująca badaczy, sumarycznie oceniana, w której jakby nic się nie działo w porównaniu z patriotyczną świetnością powstańczych zrywów z lat 1830 i 1863, wydała mi się osobliwie fascynująca. W trakcie pracy nad książką coraz głębiej wciągały mnie sprawy tej epoki, w której życie kulturalne przedstawiało się bardzo skromnie, a wybitnych osiągnięć literackich właściwie nie było. Ale byli ludzie, którzy na różne sposoby i wciąż od nowa walczyli o przetrwanie polskiej kultury i narodowości. Oczywiście, zjawiska czysto literackie miały w tej sytuacji znaczenie nie najważniejsze.

ROZDZIAŁ INowy monarcha - nadzieje i dramaty

Wystąpienia literackie i literatury dotyczące, jakie miały miejsce około 1820 r., a które wymienia się jako ważne dla genezy nurtu romantycznego w Warszawie, nie były ani zbyt liczne, ani rewoltujące. Artykuł Kazimierza Brodzińskiego O klasyczności i romantyczności tudzież o duchu poezji polskiej z 1818 r. dał impuls do ostrych polemik, ale toczyły się one początkowo głównie w Wilnie; działalność publicystyczna grupy Brunona Kicińskiego, głośna przede wszystkim dlatego, że w jej rezultacie wprowadzono cenzurę, określana była zawsze jako tylko "przedromantyczna", bo w zakresie literatury poglądy i oceny, prezentowane przez tych młodych ludzi, nie były szczególnie nowatorskie. Później dopiero pisarstwo Mochnackiego, nowe czasopisma literackie, przeniknięcie tomików Mickiewicza i spowodowana tymi faktami polemika między starymi a młodymi, między klasykami a romantykami, wydaje się prawdziwym początkiem romantyzmu; kontrowersje te szczególnie dobrze mamy w pamięci, bo utrwalił je Mickiewicz w Salonie warszawskim z III części Dziadów.

Spojrzenie na genezę postaw zwanych romantycznymi z punktu widzenia ówczesnej Warszawy pozwala jednak zarysować tu także inną nieco hierarchię, połączyć narodziny tej romantycznej świadomości, której wybuch widzi się w powstaniu listopadowym, także z innym ciągiem wydarzeń, które bez wątpienia w nie mniejszym niż literatura stopniu determinowały romantyczne - w tym szerokim znaczeniu słowa, jakie mu dziś nadajemy - oblicze XIX-wiecznej Warszawy.

Sądzę, że momentem niezwykle ważnym dla kształtowania się nowej świadomości był 24 kwietnia 1814 r., dzień uroczystego przejęcia przez cara Aleksandra I w Saint-Denis pod Paryżem polskiego wojska, resztek armii, która walczyła pod rozkazami Napoleona. Sytuacja ta wymagała od żołnierzy przestawienia lojalności: z honorem związane poczucie przywiązania do Napoleona, połączone z naturalną wrogością do niedawnego przeciwnika - Rosji, miało być zastąpione deklaracją wdzięczności i wierności dla cara Aleksandra.

Lustracja w Saint-Denis, rozpoczynająca w dziejach polskiego wojska epokę podporządkowania go rosyjskiemu monarsze, miała przebieg niezwykle uroczysty: "Stanęliśmy wszyscy w wielkiej paradzie, oczekując na przybycie monarchy Rosji. Przybył on konno z liczną świtą nie tylko swoich generałów, ale i z różnych narodów złożoną. Przy objeździe szeregów niemal każdego oficera łaskawym swym ukłonem witał. Mnóstwo ludzi z Paryża przybyło w dzień ten do St. Deni, celem widzenia tak prędkiej zmiany losu naszego, i podziwienia się nad wspaniałomyślnością, z jaką się obszedł z nami Cesarz Wszech Rosji, władca podbitego kraju naszego"1.

Przemówienie Aleksandra, wygłoszone w Saint-Denis, pełne było pochwał dla nieustraszonego męstwa polskiego żołnierza i niejasnych obietnic wskrzeszenia ojczyzny (znamienne, że - inaczej niż zazwyczaj tego typu okazjonalne teksty - nie było wtedy nigdzie opublikowane). Zmiana władzy zmuszała także do gwałtownej zmiany stylu zachowań: patetyczno-ojcowski ton Aleksandra wymagał w odpowiedzi patetycznej uniżoności od Polaków.

Pełne dramatyzmu było w tych chwilach postępowanie wielu wyższych oficerów, którzy czuli się odpowiedzialni za los wojska, a jednocześnie szukali rozwiązań zgodnych z honorem. Innego wyjścia jak porozumienie z Aleksandrem nie było. Rozumieli to dobrze; niektórzy nawet (tu wysuwa się postać generała Wincentego Krasińskiego) od razu - trochę zbyt pospiesznie - starali się zaskarbić sobie życzliwość nowego władcy2. Większość przeżywała jednak ogromne konflikty moralne, połączone z zupełnym brakiem pewności co do przyszłych losów ojczyzny i wojska. Przykładem może być choćby wysłanie delegacji do Napoleona (już po zapadnięciu decyzji o przekazaniu wojsk Aleksandrowi), by uspokoić sumienie, że to cesarz Francuzów nadal podejmuje za nich decyzje; wyprawieni przez Dąbrowskiego Sokolnicki i Szymanowski zapewniali Napoleona, że "Polacy [...] nie chcą nic bez jego woli począć, a ufni, że ich i teraz nie odstąpi i dalszy byt im zechce zapewnić, udają się do jego łaski, ażeby o dalszych ich losach stanowił"3. Inny taki przykład, już nieco późniejszy, to list oficerów do generała Dąbrowskiego, pisany latem 1814 r.: "Wzywasz nas znowu do wojska [...] Powiedz nam, czym teraz jesteś i po co nam się uzbrajać każesz?... Ty, któremu tylko odzyskanie imienia ojców na myśli, zapytaj się zwycięzcy w imieniu naszym, czego chce po nas? Jesteśmy w jego mocy, ale do ofiary krwi naszej tylko ojczyzna ma prawa"4. We wspomnieniach znajdujemy z kolei świadectwa przeżyć indywidualnych, ukazujące rozpacz i zupełne zagubienie oficerów. "Miałem do wyboru powrócić do ojczyzny lub służyć nadal w wojsku francuskim; miłość do kraju i przywiązanie do rodziny wzięły górę, połączyłem się z rodakami w St-Denis, gdzie mi wskazano kwaterę. Nieszczęśliwe było to przedsięwzięcie, bo przywiązanie moje do Napoleona było głębsze, aniżeli sobie z tego zdawałem wówczas sprawę"5 - to jeden typ reakcji. "Niejedno oko zwilżyła łza żalu i smutku. Do czegóż powrócić? służyćże dla chleba łupieżcom Polski, prześladowcom onej obrońców!"6 Podobne uczucia emanują ze wspomnienia anonimowego pułkownika: "Cesarz Aleksander [...] zaczął nam robić najlepsze nadzieje. Bóg nam świadkiem, że nie wierzyliśmy wszystkim tym zapewnieniom, ale cóż było robić, innego nie było ratunku. Z bólem w sercu, a z uśmiechem na ustach przyjęliśmy braterstwo Rosji"7.

Wspomnienia z reguły pisane były po latach kilkudziesięciu, uczestnicy odległych już wydarzeń patrzyli na nie z perspektywy późniejszego postępowania Rosji wobec Polski, mądrzejsi o nabyte doświadczenia; zapewne rzutowały one na malowany obraz ówczesnych uczuć.

Z Aleksandrem trzeba było dojść do porozumienia - negocjowano więc tylko możliwie korzystne warunki. Przede wszystkim szło o uzyskanie gwarancji, że polskie wojsko nie zostanie wcielone do armii rosyjskiej (ostateczne ustalenia zapadną rok później na kongresie wiedeńskim); po zakończeniu tych pertraktacji, po defiladzie w Saint-Denis, wojsko to wymaszerowało w maju z Paryża i w sierpniu stanęło na ziemi ojczystej. By wjazd był jeszcze bardziej wzruszający, jednocześnie - za zezwoleniem Aleksandra - sprowadza się zwłoki księcia Józefa Poniatowskiego, które armia eskortuje uroczyście z Poznania do Warszawy, a nadto jeden z pułków wiezie - traktowane jako narodową relikwię - otrzymane w Nantes kilka kości ze szkieletu króla Stanisława Leszczyńskiego.

Był to prolog sytuacji, która rychło stała się nie do zniesienia dla większości dawnych oficerów. Łatwo sobie wyobrazić, z jakimi uczuciami w sierpniu i wrześniu 1814 r. słuchali przemówień, którymi witano ich na polskiej ziemi, a w których dominowały dwa akcenty: podziw dla nieulękłego męstwa powracających i wysławianie niezwykłej dobroci Aleksandra, który raczył im wybaczyć, że walczyli przeciw niemu u boku Napoleona; w wysławianiu łaskawości cara celował zwłaszcza - co musiało budzić niemiłe refleksje - Wincenty Krasiński, wszędzie odpowiadający w imieniu wojska na powitalne przemówienia.

Był jednak wtedy jeden jeszcze ton, który szybko potem przycichł w oficjalnych przemówieniach wojskowych: ton nadziei na utworzenie pod berłem Aleksandra wolnej Polski, państwa osobnego, zachowującego autonomiczność wobec rosyjskiego mocarstwa. Podsycał ją umiejętnie sam Aleksander, starający się wówczas usilnie o zaskarbienie sympatii Polaków; stale składał niejasne obietnice, zapewniał, że los ich ojczyzny leży mu na sercu. Taka była przyczyna - obok tęsknoty do ziemi ojczystej i braku innych perspektyw zawodowych - dla której dawni napoleończycy masowo podejmowali służbę w tym nowym polskim wojsku, któremu jeszcze w Paryżu Aleksander przeznaczył jako naczelnego wodza swego brata, księcia Konstantego. Nadzieje te były bardzo żywe, dawano im głośny wyraz; kiedy na przykład Barclay de Tolly, witając w imieniu władzy rosyjskiej wojsko na przedmieściu Warszawy, ,,odezwał się w języku polskim do każdego pułku: Niech żyje waleczne wojsko polskie! Na to pułki odpowiedziały przez głośne okrzyki: Niech żyje Cesarz, który nam Polskę powraca!"8

Wierzono Aleksandrowi, bo chciano mu wierzyć, bo innego wyjścia nie było. Deklarowano więc pragnienie zasłużenia na względy monarchy i z góry zapewniano o niechybnej wdzięczności Polaków. W dniu, w którym polskie wojsko wkroczyło do Warszawy, teatr uczcił je repertuarem okolicznościowym; ,,oficer polski" deklamował na scenie takie m.in. wiersze:

Wiernych wśród klęsk i zawodu

(Nad czym zdumieją się wieki)

Władca bratniego narodu

Uznał godnych swej opieki.

"Wróćcie (rzekł) w ojczyste kraje,

Wróćcie z waszymi orłami;

Świat wam waleczność przyznaje;

Brat mój niech dowodzi wami"9.

Sztafaż tego typu naiwnych deklaracji i patetycznych frazesów przekształci się szybko w styl obowiązujący we wszelkich wystąpieniach zwróconych do oficjalnych władców, we wszelkich publikowanych w gazetach informacjach o carskiej rodzinie, pisanych z przerażającą uniżonością.

Do atmosfery pozorów, fałszu, do służalczych zachowań umieli się dobrze wdrożyć tylko niektórzy wyżsi oficerowie (monstrualnym jej wyrazem było np. prześciganie się w składaniu hołdu z okazji rozmaitych uroczystości dworskich - m.in. różne "oświetlania" budynków, pod którym to słowem kryły się pojawiające się w światłach na fasadach kamienic przemyślne obrazy sławiące monarszą rodzinę; zachwycające było ponoć takie "oświetlenie" domu generała Sokolnickiego z okazji rocznicy urodzin Konstantego w 1816 r.10).

Naczelny wódz - Konstanty - wprowadzał nową organizację wojska, nową do niego atmosferę. Pełnej zmianie wymagań - zamiast kształcenia zdolności bojowej nacisk został położony wyłącznie na musztrę - towarzyszyło ujęte regulaminem formowanie diametralnie innego niż w armii napoleońskiej układu relacji między oficerami a podwładnymi: miały być teraz oparte na strachu i ślepym posłuszeństwie, którego znakiem stało się wprowadzenie kar cielesnych dla żołnierzy. Nie mogli się z tym pogodzić dawni napoleończycy.

Nowe porządki wydawały się bezsensowne i upokarzające11 - mimo że przez pierwsze miesiące po objęciu dowództwa przez Konstantego obdarzał on oficjalnie swoją polską armię wysokimi pochwałami: po przybyciu z Petersburga do Warszawy już na drugi dzień, 28 września 1814 r., "W. Książę kazał stojącym tu szwadronowi gwardii polskiej i oddziałowi woltyżerów czynić na dziedzińcu pałacu Saskiego przed sobą rozmaite obroty wojskowe, dowodząc osobiście i wydając sam rozkazy, pierwszej w języku francuskim, drugiemu w języku polskim. Obroty te wykonywane z dokładnością i żywością zjednały wojsku pochwałę W. Księcia"12.

Ciągłe parady, których głównym elementem były "rozmaite obroty" i po których Konstanty "ukontentowanie swoje oświadczał"13, stawały się charakterystycznym elementem życia miasta, były przede wszystkim najważniejszą dekoracyjną oprawą uroczystości dworskich. Początkowo - w każdym razie przed kongresem wiedeńskim, na którym uregulowano prawnie status Królestwa Polskiego (maj 1815 r.), wielki książę z reguły chwalił wojsko za znakomite wyszkolenie, chwalił oficerów; jeśli dochodziło wówczas do konfliktów, to miały charakter kameralny, nie odbywały się przed masową widownią placu Saskiego.

Starcia były jednak nieuchronne, i to nie tylko z przyczyny osławionej gwałtowności charakteru Konstantego, lecz po prostu dlatego, że nie leżało w interesie Rosji utrzymywanie suwerennej, zespolonej ideowo, polskiej armii. Konstanty, któremu Aleksander I pozostawił de facto wolną rękę w sprawie polskiego wojska, dążył od razu do samowładzy. Musieli więc najpierw odejść z urzędów wojskowych ci, którzy próbowali uchronić niezależność swych postanowień; z ustalonego jeszcze w Saint-Denis Komitetu Wojskowego usunęli się Kniaziewicz, Woyczyński i Paszkowski, po 7-miesięcznym urzędowaniu na stanowisku ministra Komisji Wojny w maju 1816 r. zrezygnował generał Wielhorski (a raczej to Aleksander I przyjął jego złożoną na znak protestu dymisję). Oba te ciała urzędowe, które mogły jakoś hamować poczynania Konstantego, zostały mu w ten sposób całkowicie podporządkowane. A odszedł ze służby i ten, kto cieszył się największym autorytetem moralnym - generał Henryk Dąbrowski (zmarł w 1818 r.).

Rozpoczynały się wielkie zmiany w składzie osobowym armii. Jeszcze 11 grudnia 1814 r., po raz ostatni, Konstanty, chcąc przed kongresem wiedeńskim zademonstrować poparcie Polaków dla swej osoby i polityki, ogłosił w pismach patetyczną odezwę do żołnierzy: "Żołnierze Polacy, Najj[aśniejszy] Cesarz, Aleksander, wasz potężny opiekun, przywołuje was; przybywajcie pod ojczyste chorągwie, uzbrójcie dzielne ramiona ku obronie ojczyzny i utrzymaniu politycznego jej bytu. W chwili, gdy ten wspaniały monarcha pracuje nad tym szczęściem, które ziemi waszej przeznacza, pokażcie mu, że jesteście gotowi krwią waszą wspierać wspaniałe jego usiłowania"14.

Charakter służby w wojsku Konstantego nie odpowiadał oficerom "dawnej służby", napoleońskim. Ani sprowadzenie roli wojska do popisowego wykonywania parad, ani przede wszystkim poniżające oficerów zachowanie wielkiego księcia, który na placu Saskim publicznie przed frontem wojska i przed przyglądającymi się mieszkańcami Warszawy lżył ich i upokarzał. Masowo składano prośby o dymisję - udzielane były na ogół bez przeszkód (choć były przypadki, że ze znacznym opóźnieniem - gdy np. pułkownik Franciszek Gajewski chciał na wieść o powrocie Napoleona udać się pod jego sztandary, czekał pół roku). Szeroko komentowano godne zachowanie się generała Chłopickiego, którego spokojna reakcja na brutalność wielkiego księcia - i złożona wtedy prośba o dymisję - zyskały mu szacunek i sympatię warszawiaków. Opisał to w pamiętniku Ignacy Komorowski15.

Nie wszyscy jednak mogli prosić o dymisję. Żołnierze nie mieli do tego prawa, więc masowo dezerterowali. Wielu oficerów nie miało żadnych, poza żołdem, źródeł utrzymania; musieli w wojsku pozostać. I ci właśnie ludzie byli często stawiani w położeniu dramatycznym, z którego jedynym wyjściem wydawała się śmierć16. Było to pokolenie niezwykle wysoko ceniące pojęcie żołnierskiej godności i honoru oficera. A już regulamin, narzucony wojsku przez Konstantego, uniemożliwiał przestrzeganie tych cnót. Znamienne były na przykład konflikty wybuchające wokół sprawy stosowanych wobec żołnierzy kar cielesnych; wymagano, by je egzekwować, ale część oficerów stosowała rozmaite źle widziane wybiegi17.

Nie kontrowersje wokół regulaminu były jednak źródłem osobistych tragedii, ale upokorzenia, jakich doznawano bezpośrednio od Konstantego. Wymysły, jakimi obrzucał nawet generałów, można było skwitować honorowo prośbą o dymisję. Na czynne zniewagi, których dopuszczał się wobec młodszych oficerów, reagowali oni w sposób zaskakujący, wcześniej niespotykany; popełniali samobójstwa. Samobójczą śmiercią odpowiadali na naigrawanie się z honoru oficera, na uderzenie, na brutalne wymysły, na poniżające degradacje. Kilka takich wypadków jest opisanych w pamiętnikach, powtarzają je historycy. Oto przykłady dotyczące kwietnia 1816 r.:

"W. książę, w wybuchu gniewu, podczas parady na placu Saskim rozkazał kilku oficerom wziąć karabiny i stanąć w szeregach. Byli to ludzie młodzi i ambitni; dotknięci niezasłużoną i upokarzającą karą, po paradzie odebrali sobie życie"18.

"...nazajutrz, w dniu pierwszym Świąt Wielkanocnych, z żalem powszechnym głoszono w mieście, że Wilczek w łeb sobie strzelił. Potem, jeden po drugim, dość często podobne zdarzały się wypadki. Raz, gdy wszedłem do towarzysza, gdzie naprzeciw drzwi wchodowych siedział pułkownik Aleksander hr. Chodkiewicz, skoro mnie ujrzał, zerwał się z miejsca jakby mocno zdziwiony; podchodzi i cofa się. - Przepraszam! Zdało się, że widzę oficera (wymienił nazwisko Biesiekierski), który wczoraj się zabił"19.

"...dnia 17 kwietnia w sam dzień Wielkiejnocy pojechał wielki książę do koszar gwardii pieszej koronnej, tam że warta czy nie dość prędko, czy nie dość prosto stanęła do broni, przypadł do podoficera... i z pasją rzekł mu: że go zdegraduje i wraz 40 pałek wyliczyć każe. Skoro się oddalił, podoficer nie czekając spełnienia wyroku, odszedł w tył odwachu i powiesił się na drzewie"20.

Źródłem oficjalnym, w którym można znaleźć potwierdzenie tych wydarzeń, są rozkazy dzienne dla wojska, podpisywane przez księcia Konstantego, z których wyciągi publikowano w gazetach. Jest w nich rubryka "wykreśleni z kontrol", w której podaje się informacje o zmarłych oficerach. Zawarte w niej dane różnią się nieco od relacji pamiętnikarskich. W kwietniu 1816 r. zostali wykreśleni - według rozkazu z 1 kwietnia: podporucznik Jan Sosiński, zmarły 1 kwietnia (w przeddzień, 31 marca, odbywała się "świetna i liczna parada wojskowa", co miało może związek z jego śmiercią)21; według rozkazu z 16 kwietnia: "Z sztabu głównego. Z części kwatermistrzostwa jeneralnego porucznik Biesiekierski i adiutant polowy przy jen. dywizji Wincentym Krasińskim, porucz. Michał Wilczek, zmarli - pierwszy w dniu 10-tym, a drugi 12-tym bm."22; według rozkazu z 29 kwietnia: "Z jazdy: Z pułku 1-go ułanów kapitan Zbyszewski, zmarły w dniu 11-tym bm."23 Biesiekierski i Zbyszewski mogli być tymi oficerami, za którymi ujął się Michał Wilczek; Sosiński - może to być inna wersja wymienianego przez pamiętnikarzy nazwiska "Wodziński". O powieszonym w dniu 17 kwietnia nie ma wzmianki w rozkazach - może dlatego, że był to tylko podoficer, a może Niemcewicz pomylił datę?

Podobno w ciągu pierwszych czterech lat rządów Konstantego 49 oficerów popełniło samobójstwa; nadto, jak pisał Tokarz: "Samobójstwa zdarzały się nawet wśród podoficerów i żołnierzy"24. Kto i na jakiej podstawie ustalił, że było 49 samobójstw, nie wiadomo niestety. Historycy (Askenazy, Tokarz) stwierdzają jedynie, że "obliczono" ich tyle, nie podając źródła.

Próba dotarcia do jakichś bliższych informacji o tych samobójcach wskazuje na ogromną zawodność materiałów źródłowych. W oficjalnych publikacjach z owych lat nie ma wzmianek o samobójcach - pisano wyłącznie o wspaniałości parad i okazywanej podczas manewrów łaskawości księcia - przemilczano oczywiście wszelkie przykre incydenty. Wspomnienia zaś, spisywane notabene nie przez naocznych świadków, lecz przez ludzi, którzy z ust innych osób słyszeli o tych zajściach i następujących po nich tragediach, są bardzo niedokładne; mylą się daty, nazwiska, bardzo różnią się opisy towarzyszących tragicznym wydarzeniom okoliczności. Kilka tylko takich przypadków stało się przedmiotem komentarzy różnych pamiętnikarzy; kilkanaście nazwisk wymieniają historycy (też dość chaotycznie - łatwo wskazać nieścisłości chronologii). Zdobycie bliższych wiadomości o tych wydarzeniach i o tych oficerach byłoby z punktu widzenia narodzin romantycznej świadomości bardzo ważne - niestety, nie jest już dziś możliwe.

Źródłem najpewniejszym wydają się wspomniane rozkazy dzienne księcia Konstantego: są w nich wymienione nazwiska i daty śmierci oficerów. Ale niektórzy z nich mogli przecież umrzeć śmiercią naturalną (chociaż przy wyrywkowym sprawdzeniu nazwisk, tam, gdzie okazało się, to możliwe, wszyscy odnalezieni przeze mnie w rozkazach "zmarli" okazali się samobójcami; biorąc pod uwagę fakt, że byli to oficerowie służby czynnej, ludzie zdrowi, można przypuszczać, że nagłe zgony z innych przyczyn nie były wśród nich częste), a przede wszystkim nie mamy żadnej pewności, że gazety zamieszczały wyciągi ze wszystkich rozkazów, że wymieniały wszystkich "wykreślonych z kontrol" wskutek śmierci. Jest to jednak stosunkowo obfite źródło informacji na ten temat, a nadto skłania do ostrożnego krytycyzmu przy powoływaniu się na wspomnienia.

Czy było ich 49? Na podstawie rozkazów dziennych także się tego nie ustali. Najważniejsza jest jednak nie dokładna liczba, lecz możliwość stwierdzenia, że na pewno samobójstwa wśród oficerów zdarzały się często. Ważne jest zjawisko. Popełniano ich wiele nie tylko w jakimś wybranym okresie (pamiętnikarze wymieniają stale te z wiosny 1816 r., które najbardziej zapadły im w pamięć - ze względu może na popularną postać Michała Wilczka, odważnego oficera, osobiście wyróżnionego przez Napoleona), lecz na całej przestrzeni tych kilku lat. Na przykład na przełomie 1817 i 1818 r. odnotowujemy wśród zmarłych nazwiska oficerów wyższych stopniem, tu możliwość niezauważonego samobójstwa jest mniejsza. Byli to: kapitan Iwanicki (z pułku drugiego strzelców konnych, zmarł 13 grudnia 1817 r., rozkaz z 27 grudnia), major Gryński (zmarł 30 grudnia 1817 r., rozkaz z 30 grudnia), major Czarnotta (z 1 pułku strzelców pieszych, zmarł 27 grudnia, rozkaz z 10 stycznia 1818 r.), porucznik Kulczycki ("pełniący służbę w Placu Warszawy", daty zgonu nie podano, rozkaz z 19 stycznia 1818 r.), major Van der Noot (ze sztabu naczelnego wodza, zmarł 21 stycznia, rozkaz z 2 lutego 1818 r.), kapitan Cimmer ("z wojska", zmarł 30 stycznia, rozkaz z 2 lutego), kapitan Królikiewicz (ze sztabu głównego kwatermistrzostwa, zmarł 3 marca, rozkaz z 7 marca). Warto wspomnieć, że po raz pierwszy bodaj pojawia się wtedy w tej rubryce zapis wykreślenia z "kontrol" oficera "za potajemne oddalenie się z Królestwa", czyli za dezercję - porucznik Witkowski z pułku strzelców konnych.

Te tak liczne samobójstwa przypadające na pierwsze lata Królestwa Polskiego stawały się jakby naturalną reakcją na znieważenie honoru oficera, i zarazem reakcją jedyną, jaka wydawała się możliwa. Znamienne - i jakże bliskie dramatycznej dyskusji spiskowców w podziemiach katedry w Kordianie Słowackiego - jest tu objaśnienie motywacji samobójczego kroku, zawarte w pożegnalnym liście Michała Wilczka: "Nigdy panujący w Polsce, ani nawet bliscy ich, nie ginęli z ręki Polaka; obelgi zadawane nam przez W. Księcia są takie, że je krew tylko zmazać może; przyjść może chwila, gdzie uniesienia mego nie będę mógł być panem; wolę się więc zgładzić, niż na nieszczęśliwy, lecz nie skażony dotąd naród mój rzucić plamę zabójstwa"25. Znamienne też, że fala samobójstw przycicha w tym mniej więcej okresie, w którym zaczęły się w wojsku zawiązywać związki patriotyczne, kiedy gwałtowny sprzeciw mógł znajdować inne ujście niż śmierć samobójcza.

Te samobójstwa z pierwszych lat poddania wojska pod władzę Konstantego były, jak sądzę, rezultatem i znakiem narodzin nowego typu świadomości. Jakże bowiem nierozważny był to typ reakcji, jakże odbiegający nawet od postępowania starszych oficerów, którzy też przecież przeszli przez szkołę armii napoleońskiej, a na zniewagi reagowali godnie, lecz z rozsądkiem. Jak generał Chłopicki, który poprosił wprawdzie o dymisję, lecz potem spokojnie uzgadniał z Konstantym jej dogodne dla obu stron warunki. Dramatyczne gesty młodych oficerów wydają się na takim tle wyrazem odmiennego pojmowania honoru, odmiennej świadomości - być może odmiennej koncepcji człowieka? Jeśli bowiem młody oficer zabija się, bo uważa, że naczelny wódz go upokorzył, to musi mieć ogromnie zdemokratyzowaną wizję świata, poczucie równości, pozwalające mu własną godność cenić niezwykle wysoko. Zniewagę opłaca samobójstwem ten tylko, kto wysoko, egzaltowanie ceni własną osobę; i kto ma przy tym to poczucie wielkiej i nagłej samotności w obliczu losu, prowadzące do zachowań heroistycznych. To właśnie z taką determinacją manifestowane tu poczucie równości będzie później - zauważmy od razu - podstawą romantycznego indywidualizmu.

Samobójstwa tych młodych ludzi bardziej były pełne determinacji, bardziej nawet może w istocie swej "romantyczne" niż późniejsze samobójcze próby wielkich bohaterów romantycznej literatury - niż pełen rozpaczy gest Gustawa, niż melancholijnym zniechęceniem powodowane samobójstwa młodego Kordiana czy Edmunda z dramatu Witwickiego. Porucznik Wilczek zginął, bo jego honor został znieważony; Gustaw z IV części Dziadów zabił się, bo kochał zbyt mocno. Podłoże tych samobójstw było przecież to samo: nazbyt gwałtowne przeżywanie własnej sytuacji, niemożność przystosowania się, konflikt ze światem. A jeśli słusznie w dramatycznych zachowaniach oficerów polskiego wojska z tamtych lat widzieć pierwszy i jakże autentyczny wyraz nowej świadomości, nazwanej później romantyczną, to narzuca się tu spostrzeżenie, że już u swych źródeł polski romantyzm był przeniknięty patriotyzmem, duchem narodowym.

Przed dramatycznymi wyborami stawali polscy oficerowie na placu Saskim - mogli ugiąć się ostatecznie albo postawić na szali dalszą swą karierę lub życie. Najmocniej, desperacko, reagowali młodzi. Nie popełniano samobójstw w 1814 r. w Saint-Denis, w momencie klęski, po upadku Napoleona i nadziei... Aby z rozpaczy odbierać sobie życie, na to trzeba było mieć już całkiem osobistą, indywidualną świadomość, wykształconą niezwykle szybko pod brutalną ręką księcia Konstantego.

Wojskowi najszybciej i najbardziej dotkliwie odczuli ciężar obcej, narzuconej władzy. Społeczeństwo cywilne Warszawy zachowało złudzenia, wiązane z obietnicami cara Aleksandra, o wiele dłużej. Sprzyjał temu fakt, że Konstanty początkowo interesował się głównie wojskiem i nie mieszał się do spraw miasta, sprzyjała przyjęta z zadowoleniem konstytucja, a także rozpoczynający się po 1815 r. ogromny rozwój stolicy we wszelkich dziedzinach: architektury, przemysłu, handlu. Początkowe respektowanie swobód obywatelskich pozwalało wierzyć w liberalny i przyjazny stosunek do Polaków cara Aleksandra, mimo że niektóre jego decyzje odbierano jako zaskakujące - choćby mianowanie namiestnikiem nie księcia Adama Czartoryskiego, jak się powszechnie spodziewano, lecz zniedołężniałego generała Zajączka26.

W przemówieniu do narodu z okazji ogłoszenia Królestwa Polskiego i nadania konstytucji Zajączek umieścił taką opinię o Aleksandrze I: "Wywołał z grobu lud nieszczęśliwy, choć mężny, i nie znał granic wspaniałomyślności. - W krótkim przeciągu zlały się na ród nasz wszystkie dobrodziejstwa. - Rozległo się po świecie imię polskie. - Dostojeństwo Królestwa wrócone, najświętsze Ustawy Konstytucji nadane. - Dobroczyńca świata osiadł na tronie Piastów i Jagiełłów i szczęście Polaków stało się potrzebą Jego serca. [...] Nowe swobody wasze równać się mogą ze swobodami najwolniejszych ludów, a więc do was należy dowieść, żeście godni Konstytucji, skoro wam nadano"27.

Nie było w tych pierwszych latach poważnych i publicznie ujawnianych konfliktów między społeczeństwem Warszawy a rosyjskim polskim królem, relacje zdawały się układać w miarę harmonijnie. A przecież chęć protestu mógł wzbudzać sam fakt podporządkowania ojczyzny obcej monarchii: świadectwem kiełkowania od początku ducha oporu było powstanie już w 1814 r. Związku Prawdziwych Polaków; wśród jego inicjatorów byli ówcześni młodzi oficerowie, a późniejsi generałowie powstania listopadowego, Ignacy Prądzyński i Klemens Kołaczkowski, a także cywil - 17-letni Gustaw Małachowski. Znamienne, że nie myślano o ułożeniu jakiegoś programu działania, o wytyczaniu przyszłych celów związku: u jego genezy leżała wyraźnie tylko chęć zamanifestowania swej niezgody na stan istniejący. Był to pierwszy - ale czy jedyny wówczas? - sygnał oporu, zawiązujących się konspiracji... I chyba splecenie uczuć patriotycznych z konspiracyjną obrzędowością, jaką opisywał w pamiętnikach Prądzyński, było też zapowiedzią narodzin nowego typu bohatera: spiskowca.

Efemeryczny Związek Prawdziwych Polaków nie miał większego znaczenia, nawet Prądzyński wspomina o nim w tonie, w jakim pisze się o młodzieńczych szaleństwach28. Nie miał znaczenia realnego, ale jego zawiązanie możemy traktować jako świadectwo pojawiania się już wtedy postaw opozycyjnych, nie tylko wśród wojskowych.

W opracowaniach historycznych, dotyczących życia kulturalnego Warszawy z pierwszych lat Królestwa Polskiego, ocenia się ten okres z reguły jako czas pełnej i nieskrępowanej swobody słowa, której kres położyło dopiero wprowadzenie cenzury rozporządzeniami z maja i lipca 1819 r. Lektura ówczesnej prasy i pamiętników nasuwa tu jednak pewne sceptyczne refleksje. Oczywiście, cenzury nie było, to fakt bezsporny. Nie było też - z drugiej strony - zorganizowanego, jawnie opozycyjnego środowiska, które by spróbowało publikować jakieś druki antyrządowe; nie wiadomo więc, czy ta wolność wypowiedzi nie była czysto teoretyczna i czy nie trwała aż przez cztery lata dlatego tylko, że nikt nie narażał jej na próbę. W Raporcie o czynnościach dwuletnich rządu, odczytanym na posiedzeniu sejmu 28 marca 1818 r., mówiono: "W latach ubiegłych nie wyszło żadne dzieło, które by przyjętym zasadom ubliżało [...] Pocieszającym będzie dla ojcowskiego serca WCKMości słyszeć, jak jest pocieszającym dla władzy, którąś nad oświeceniem krajowym przełożył położeniem, nie znaleźć żadnych powodów do ścieśnienia wolności druku, znaleźć wszystkie pobudki do jego rozszerzenia"29.

Funkcjonowało już wówczas zadziwiające pojęcie możliwości "znieważenia zagwarantowanego w konstytucji dobrodziejstwa wolności druku" i w imię zapobiegania owemu "znieważeniu" formułowano zakazy pełniące funkcje zbliżone do cenzury. Musiało dochodzić do jakichś spięć na tle wymykających się kontroli publikacji, jeśli już 3 listopada 1818 r. Komisja Rządowa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wydała rozporządzenie zabraniające drukarzom publikowania "żadnego pisma", którego autor nie jest znany, i księgarzom - rozpowszechniania druków anonimowych30.

Sądzę, że wędzidłem o wiele nawet skuteczniejszym niż zakazy oficjalne była wtedy ogólna atmosfera, zmierzająca ku zyskaniu jak największej przychylności Aleksandra I; dlatego w imię dobra ojczyzny schlebiano mu bezwstydnie przy wszelkich okazjach i z pewnością okrzyczano by jako wroga narodu tego, kto by jakimkolwiek publicznie wypowiedzianym słowem wywołał nieukontentowanie najjaśniejszego monarchy. Jeśli skonfrontuje się służalczy ton gazet warszawskich i aż śmieszną uniżoność kierowanych ku członkom rodziny monarszej przemówień, wygłaszanych często przez ludzi poza tym godnych szacunku, z refleksjami z pamiętników - widać, że rażąca egzaltacja stosunku do monarchy była rezultatem nie tylko chyba indywidualnego karierowiczostwa, lecz często także efektem postawy, narzucanej przez szerokie środowisko opiniotwórcze, zmierzające do ułożenia bytu kraju w ramach nakreślonych przez liberalną konstytucję31.

Dlatego i możliwość pełnego korzystania z wolności druku była dość problematyczna. Opinia powszechna, interpretująca w określony sposób interes ojczyzny, mogła okazać się zaporą wielekroć potężniejszą niż cenzura.

Przełamać tę zaporę można było wtedy dopiero, gdy powstał dostatecznie silny opór przeciw postawom ugodowym, gdy ostro ujawnił się konflikt między tymi, którzy w imię spokojnego bytu kraju byli skłonni do rezygnacji z pewnych pryncypiów, a tymi, którzy owe pryncypia - wśród nich słowem sztandarowym stała się wolność - stawiali przed wszystkim.

Bruno Kiciński i Teodor Morawski, młodzieńcy ledwie dwudziestoletni, od października 1818 r. wydawali "Gazetę Codzienną Narodową i Obcą"; na jej łamach ukazały się w połowie maja 1819 r. artykuły, które spowodowały karne zamknięcie dziennika i wprowadzenie cenzury.

Zaczęło się od drobiazgu. Faworyzowana przez wielkiego księcia aktorka teatru francuskiego pozwoliła sobie, lekceważąc publiczność, wyjść na scenę z cukierkiem w ustach; hałaśliwe protesty widzów zdenerwowały Konstantego. W rezultacie naczelnik policji, Wojda, polecił 7 maja rozlepić na mieście obwieszczenie grożące aresztem za gwizdanie lub inne ubliżające aktorom zachowania, "ostrzegające przechodzących, że wzgardę aktorom okazaną opłacą własną wolnością"32. To pogwałcenie praw obywatelskich wywołało powszechne oburzenie. Ukazało się wtedy m.in. kilka artykułów w "Gazecie Codziennej", na marginesie tej sprawy protestujących głośno przeciw lekceważeniu ustaleń zawartych w konstytucji, przeciw nadużyciu swych prerogatyw przez policję. Redaktorzy zostali osobiście zwymyślani przez księcia Konstantego, pismo zamknięto, wprowadzono cenzurę.

Badacze, wspominający o "Gazecie Codziennej", widzą w tych artykułach wygodny pretekst, pozwalający namiestnikowi Zajączkowi zamknąć organ prasowy zdobywający szybko popularność, a głoszący poglądy liberalne, pismo niewygodne dla rządu.

Można jednak także - i wydaje się to bardziej interesujące - ujrzeć w tych artykułach zamierzony finał konsekwentnie przez pół roku prowadzonej działalności redakcyjnej, konsekwentnie utrzymywanej linii ideowej; wydarzenie teatralne stało się tylko znakomitym pretekstem - dla redaktorów właśnie - by dobitnie wyrazić poglądy, od dawna dające się odczytać z profilu gazety; tyle że teraz moment dla ich ujawnienia był wyjątkowo dogodny, można było liczyć na zrozumienie i poparcie mocno urażonych warszawiaków.

Przy ocenianiu działalności publicystycznej Brunona Kicińskiego i grona jego przyjaciół lekceważy się nieco "Gazetę Codzienną", traktując ją jako wyraz postawy tylko liberalnej (i oczywiście podnosząc rangę pisma jako pierwszej i to nowocześnie redagowanej gazety codziennej); dopiero następne ich imprezy wydawnicze, podejmowane już po wprowadzeniu cenzury, takie jak "Kronika Drugiej Połowy Roku 1819" i "Orzeł Biały", traktuje się jako wydawnictwa śmiało opozycyjne, pełne przejrzystych aluzji politycznych. Byłabym skłonna o wiele większe znaczenie przypisywać właśnie "Gazecie Codziennej", której tamte pisma były tylko mądrą kontynuacją. Jeśli bowiem przeanalizuje się dokładniej treść "Gazety", szczególnie na tle pism popierających politykę rządową, to można zauważyć, że ów eksponowany liberalizm był tu szczególnie mocną artykulacją postaw opozycyjnych. Można było bowiem jawnie upominać się o to, co gwarantowane w konstytucji, można było opowiadać się właśnie za deklarowanym przez Aleksandra liberalizmem. I można było pod tą etykietą przemycać poglądy o wiele bardziej śmiałe. Jakże przewrotnie brzmi taka oto interpretacja obowiązków dobrego poddanego Aleksandra I: "Każdy prawy Polak przywiązany do Konstytucji krajowej śmiało by przemówił, gdy ta Konstytucja, tarcza swobód naszych, zgwałconą zostaje. Najłaskawszy Monarcha, dając nam Ustawę liberalną, zapewnił w niej wolność druku w przekonaniu, że za pomocą tej wolności dowie się o życzeniach i woli narodu. Powinniśmy stać się godnymi tak wielkiego zaufania"33.

Uderza, w porównaniu z prorządowymi "Gazetą Warszawską" i "Gazetą Korespondenta", zupełnie odmienny ton i styl, w jakim utrzymywał Kiciński "Gazetę Codzienną". Całkowity brak uniżoności, chłodna rzeczowość, z jaką relacjonowano - nie poświęcając im zresztą wiele miejsca - informacje typu "dworskiego"34, dotyczące wydarzeń oficjalnych; to znak stylu gazety nowoczesnej, ale i odmiennej, godnej postawy redaktorów. To jednak drobiazg, który można interpretować rozmaicie; rzeczą nieporównanie ważniejszą był dobór tematów i oceny wydarzeń. Nie mogło być wtedy mowy o jakiejkolwiek swobodzie w traktowaniu drażliwych tematów polskich (mimo że cenzury przecież nie było!), czerpano więc z wiadomości zagranicznych, a przy ich omawianiu zapisywano wyraźnie swe credo polityczne. Był to oczywiście swoisty język ezopowy - i znakomity sposób przekazywania swych poglądów.

Sprawa najważniejsza - sympatie polityczne. Najczęściej w doniesieniach zagranicznych pojawiało się - podobnie jak kilka lat wcześniej w gazetach prorządowych - imię Napoleona. Jeśli jednak w "Gazecie Warszawskiej" pisano o nim wówczas dlatego, że w związku z jego powrotem z Elby i potem z zesłaniem był to temat najbardziej aktualny, i jeśli przedstawiano go jako znienawidzonego przez ludy ciemiężyciela, to w "Gazecie Codziennej" po kilku latach rzecz przedstawiała się zupełnie inaczej. Przede wszystkim temat był już nie tak niezwykle aktualny, lecz celowo uaktualniany, podejmowano go z okazji napływających wieści o Napoleonie ze Świętej Heleny oraz pojawiających się rozmaitych publikacji o nim. Pisano o Napoleonie w tonie pełnym admiracji, co było przecież jawną prowokacją w państwie rządzonym przez Aleksandra I. Publiczne przypominanie chwały Napoleona było w ówczesnej sytuacji kierowane nie tylko zresztą przeciw władcom rosyjskim; przykre musiało być i dla tych wyższych oficerów, którzy - jak choćby Zajączek - pozostali w służbie carskiej i sprzeniewierzyli się dawnym ideałom. Było to zatem krzewienie ducha buntu, nie tylko liberalizmu.

Apologia wolności to bez wątpienia symptom liberalizmu. Granica między ugodowym liberalizmem a buntowniczością jest tu jednak dość nieostra; natężenie mocy haseł wolnościowych w "Gazecie Codziennej" było z pewnością - jak na liberałów - przesadne. Połączenie zaś haseł wolnościowych z apostrofami przeciw tyranii i władzy absolutnej nadawało ideologii liberalnej, pod którą mogłoby się podpisać przecież także wielu zrównoważonych przedstawicieli starszego pokolenia, ostrze mocno antyrządowe.

Wolność była dla "Gazety Codziennej" słowem kluczowym. Wprowadzano temat zawsze drogą okrężną. Na przykład informując o założeniu we Francji czasopisma "Minerwa", solidaryzowano się z poglądami redaktorów i przedrukowywano odpowiednio dobrane fragmenty - takie oto: "Chcemy wolności, a wzgardzamy nierządem i tyranią. [...] chcemy niepodległości narodowej, choćby się nawet Francuzi dokupywać jej mieli tylą krwi, ile już za nią przelali"35. Drukowano - z obszernym streszczeniem idei przewodniej - recenzję z jakiejś francuskiej książki o wolności ludów36. Zamiast sygnować teksty swoimi nazwiskami, tłumaczono sławiącą wolność mowę Benjamina Constanta37 i dawano sprawozdanie z odbywających się we Francji debat nad kwestią wolności druku. Wszelkie artykuły dotyczące wydarzeń zagranicznych opatrywano ogólniejszymi refleksjami - czy był to artykuł o Francji, o Stanach Zjednoczonych, czy uwagi na marginesie lektur, w których rozstrzelonym drukiem wybito sentencję, że "ten jest rząd prawy, który nie jest arbitralnym, bo taki rząd jest barbarzyńskim i staje się nienawistnym"38. Każdy podejmowany temat stawał się okazją dla przemycania podburzających myśli. Dla przypominania w przejrzystych aluzjach, że mamy obcą władzę, że Królestwo Kongresowe jest tworem sztucznym i narzuconym z zewnątrz, a przecież "narody powstające, czując się już na siłach, sobie tylko chcą być winne niepodległość" (to ostatnie o Stanach Zjednoczonych)39.

Z wielkim uznaniem trzeba podkreślić, że redaktorzy "Gazety Codziennej" opublikowali obszerne artykuły informacyjne o najnowszej literaturze angielskiej, niemieckiej i francuskiej (charakterystycznie świadczy o ich sympatiach i antypatiach demonstracyjny brak zainteresowania literaturą i czasopismami rosyjskimi), lansowali m.in. nazwiska "lorda Birona" i "najpoczytniejszego" Thomasa Moore'a40. Prezentując nowych poetów i nową literaturę, przeciwstawiali się zaśniedziałym opiniom, a że nie wykazali w tej dziedzinie bystrości równej kręgowi Mickiewicza...! Przyjaciele Brunona Kicińskiego mieli gusta estetyczne jeszcze dość konserwatywne, opowiadali się najżywiej za tymi współczesnymi autorami, których na przykład wcześniej przychylnie dostrzegł Niemcewicz; czy zresztą mogli już wtedy dobrze i nie z drugiej ręki znać najnowszą literaturę obcą? W każdym razie na tym polu nie okazywali tej śmiałej inteligencji i przemyślności, z jaką walczyli o ideały moralne i polityczne. Zapowiadali się na znakomitych publicystów, nie na krytyków literackich czy poetów.

Walczyli o te same etyczne i patriotyczne ideały, w imię których samobójczo ginęli młodzi oficerowie; analogiczne niepokoje ujęte genialnie przez Mickiewicza zapoczątkują w parę lat później przełom romantyczny w polskiej literaturze. Mickiewicz w przedmowie do Ballad i romansów pisał o tradycjach starożytnej Grecji i Rzymu, młodzi publicyści warszawscy o wydarzeniach w obcych krajach - w obu przypadkach był to kostium dla przemycenia myśli bardziej śmiałych; Mickiewicz pragnął otworzyć drogę dla nowej literatury, warszawiacy walczyli bardziej bezpośrednio o nowy typ postaw i świadomości politycznej. Pod tym kątem warto też spojrzeć na finał pierwszego etapu działalności publicznej Brunona Kicińskiego i jego przyjaciół, na owe słynne artykuły wydrukowane w maju 1819 r. w "Gazecie Codziennej", po których oficjalnie wprowadzono cenzurę.

Była to seria tekstów, pisanych przez osoby z otoczenia Kicińskiego; po niepodpisanym artykule redakcyjnym O nadużyciach policji w państwie konstytucyjnym41 zamieszczono dwa listy Franciszka Skomorowskiego42 i list Ignacego Kochanowskiego43, i jeszcze artykuł Jana Olrycha Szanieckiego44, wszystko to na przestrzeni jednego tygodnia. Wszyscy autorzy przyjęli tę samą metodę: pozornie stali tylko na straży przestrzegania konstytucji, domagali się tylko respektowania gwarantowanych przez nią praw obywatelskich; w rzeczywistości był to także pretekst dla gwałtownego ataku na instytucje rządowe. Pouczali i wysuwali groźby pod adresem władz policyjnych: "Co jest policja, jakie powinny być jej obręby w państwie konstytucyjnym, oto są uwagi, które mocno zastanawiać powinny każdego obywatela. Od nich po większej części zależy jego wolność osobista [...] Gdzie bezpieczeństwo publiczne lub prywatne wymaga nagłego zaradzenia, tam może i powinna surowo działać policja. Ten jest zakres jej władzy. [...] Niech ta uwaga stoi zawsze przed oczyma osób, w których ręku jest policja, niech się lękają nadużywać władzy swojej kosztem osobistej wolności obywateli, aby naród nie był przymuszony żądać od nich przykładnej odpowiedzialności"45. Przypominali rządowi jego podległość: "Konstytucja każdego kraju nie jest dziełem rządu, ale rząd jest dziełem Konstytucji", i choć jeszcze przecież cenzury niby nie było, gwałtownie upominali się o prawo wolności druku.

Wspominałam, że w "Gazecie Codziennej" problemy nurtujące Polaków były poruszane pod narzuconym kostiumem spraw zagranicznych; i oto w ostatnim numerze pisma pojawia się passus, domagający się możliwości otwartego pisania o sprawach polskich: ,,Z pism naszych publicznych, jak dotąd, dowie się Polak, jak myślą w Ameryce, jak na wyspie St. Domingo, jak w Anglii, Francji lub Niemczech; lecz nie ma sposobności dowiedzieć się, co i jak myślą współziomkowie, jakie ich zdanie w tej lub owej materii dobra publicznego"46.

Po tym numerze, w nocy 19 maja, drukarnię oficjalnie zapieczętowano - i zezwolono na wznowienie dopiero po wprowadzeniu cenzury prewencyjnej; obejmowała początkowo tylko pisma periodyczne.

I oto 15 czerwca ukazuje się następny, ostatni już numer "Gazety Codziennej Narodowej i Obcej". Redaktorzy wyjaśniają w nim przyczyny tak długiej przerwy, a potem - z dużą bezczelnością - zapowiadają sposób, w jaki będą obchodzili zakazy cenzuralne. Oto "Gazeta" przestaje się ukazywać, bo "fizyczna niemożność zachodzi odsyłania do cenzora codziennie artykułów w "Gazecie" umieszczać się mających", ale: "W następstwie tejże "Gazety" wychodzić będzie dzieło nieperiodyczne, a zatem na mocy postanowienia JO. Księcia Namiestnika Królewskiego cenzurze nieuległe, pod tytułem: Kronika Drugiej Połowy Roku 1819. Dzieło to składać się będzie ze 100 tomików. Pierwszy tomik wyjdzie z początkiem lipca, ostatni w końcu grudnia"47.

Tak zakończyła się historia "Gazety Codziennej Narodowej i Obcej", dając początek stałym zatargom kolejnych pism warszawskiej młodzieży literackiej z cenzurą.

Ten gwałtowny atak młodych literatów, skupiających się wokół Brunona Kicińskiego, w obronie wolności słowa i wolności osobistej Polaków, dochodzący do otwartych pogróżek i pouczeń pod adresem rządu, był zdumiewająco ostry. I nierozważny - toż rezultatem tych nieumiarkowanych wystąpień stało się wprowadzenie cenzury, dozoru o wiele ściślejszego.

Była to gra nierozważna - podobnie nierozważne było, w parę lat później, zawiązanie się w Warszawie Towarzystwa Patriotycznego, wśród którego założycieli znalazł się Bruno Kiciński. Ale można też zauważyć, że niezależnie od takich lub innych zachowań redaktorów nadzór policyjny w Warszawie w tych latach bardzo się wzmagał, cenzura i tak musiałaby zostać wprowadzona, najwyżej o parę miesięcy później. Podobnie nierozważne gry toczono zaś przez całe następne dziesięciolecie - aż do finału, aż do wybuchu powstania listopadowego.

ROZDZIAŁ IIMiasto rozkwita

Około roku 1820, w epoce, gdy w Wilnie rodził się już romantyzm, w Warszawie pasjonowano się czym innym - wielką polityką, ogromnymi przemianami oblicza stolicy. Tu przebiegały wtedy wydarzenia niezwykle istotne z punktu widzenia dalszego bytu narodu, tu właśnie jesienią tego roku na sejmie, odbywającym się w obecności Aleksandra I, cara i króla polskiego, doszła gwałtownie do głosu opozycja tzw. kaliszan z braćmi Niemojowskimi na czele - konflikt między carem-królem a polskim społeczeństwem objawił się po kilku latach istnienia Królestwa Polskiego w sposób otwarty.

Zarysowuje się już wtedy sytuacja, która później trwale będzie dzieliła społeczeństwo polskie, warszawskie przede wszystkim, na dwa odłamy: tych, którzy doceniając wagę rozwoju gospodarczego kraju, będą skłonni do aprobowania pewnych ustępstw w dziedzinie ducha, do uznania daleko idących ograniczeń za zło konieczne, i tych, którzy kwestię zachowania wolności oraz poszanowania praw jednostki uznają za wartość nadrzędną. Bo już wówczas nieraz zapewne trzeba było stawiać sobie pytanie o granice kompromisu, o to, czy w imię dobra ogólnego ma się prawo i czy powinno się przymykać oczy na tłumienie wolnej myśli, swobodnego słowa, na nadużycia policyjnej władzy.

Dobre strony powstałego w 1815 r. układu politycznego spektakularnie rzucały się w oczy. Miasto rozkwitało, świadczą o tym dane statystyczne i opisy stanu Warszawy, a przede wszystkim jednogłośne uniesienia ówczesnych pamiętnikarzy, zafascynowanych jej rozwojem. Ludność szybko i stale wzrastała - gdy w 1816 r. Warszawa liczyła 81 000 stałych mieszkańców, to w 1820 r. było ich już 100 300. Wszędzie była widoczna ogromna skala zamierzeń i dokonań urbanistyczno-architektonicznych: dążąc do modernizacji stolicy, komponowano od nowa całą jej sylwetę, wytyczano z rozmachem place, porządkowano ulice.

Rozbierano rudery (których mnóstwo pozostało po końcowych latach Księstwa Warszawskiego), a i stare budowle zawadzające kompozycyjnie. Na przykład zburzono Bramę Krakowską (1817) i sąsiednie kamienice oraz zabudowania przedniego dziedzińca Zamku Królewskiego, co ukształtowało wizualnie plac Zamkowy, rozebrano Ratusz Miejski na Rynku Starego Miasta (1817) i Ratusz Nowomiejski (1818), kościół i klasztor dominikanów obserwantów (1818, stanął na tym miejscu Pałac Staszica), kościół św. Jerzego i wiele innych budynków. W latach dwudziestych ustalił się architektonicznie Nowy Świat, ukształtowały się place Teatralny i Bankowy, stwarzając w centrum miasta szerokie perspektywy widokowe; wybudowano gmach Teatru Wielkiego, gmach Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu oraz Banku Polskiego, kościół św. Aleksandra itp. Likwidowano w obrębie miasta zabudowę drewnianą, a jednocześnie od 1817 r. duże fundusze przeznaczano na pożyczki udzielane na bardzo dogodnych warunkach tym, którzy podejmowali budowę co najmniej dwukondygnacyjnych domów murowanych. Także w 1817 r. powstała Rada Budownictwa, która opracowywała projekty inwestycji miejskich.

Brukowano ulice, reperowano jezdnie (szczególnie te, którymi stale jeździł książę Konstanty), układano chodniki. Modernizowano parokrotnie sposób oświetlania ulic: jeszcze w 1816 r. latarnie były rozwieszane na sznurach między słupami, w 1817 r. montowano je na żelaznych prętach mocowanych przy domach lub na słupach, a od 1819 r. wprowadzano latarnie tzw. genewskie, czyli łojowe, zaopatrzone w blaszane rewerbery; wedle Sobieszczańskiego w końcu tego roku było ich już 2451. Od 1819 r. nocą przemierzały miasto mające utrzymywać porządek straże tzw. patrolistów, chodzące po ulicach z halabardami i grzechotkami.

Za nową władzą i nowym porządkiem przemawiał także świetny rozwój przemysłu i handlu. Pomyślność gospodarcza Królestwa zdawała się leżeć początkowo w planach Aleksandra, toteż inicjatywy polskich władz spotykały się z poparciem. Zmierzano więc do opartego na trwałych podstawach uprzemysłowienia stolicy. Obok istniejącego już rzemiosła i prymitywnych form przemysłu ("fabryki" o kilku pracownikach w lokalach prywatnych) powstawały liczne nowe przedsiębiorstwa, zakładane z rozmachem, w osobnych często budynkach; w kilku z nich pojawiły się około 1820 r. pierwsze maszyny parowe.

Wcześniej rozwinięty był w Warszawie głównie przemysł spożywczy i browarniczy, teraz zmierzano do zmiany profilu struktury przemysłowej, do rozwoju przede wszystkim włókiennictwa i przemysłu metalowego2. Starano się uniezależnić od dostaw zagranicznych - popierano więc hodowlę owiec w Królestwie z myślą o przemyśle wełnianym, a już w 1816 r. powstała w Kielcach pod kierunkiem Staszica Główna Dyrekcja Górnicza, mająca dbać o dostawę surowca z tamtych terenów dla warszawskich fabryk metalowych. Jednym z głównych instrumentów nowej polityki był system protekcji celnej, wprowadzony od 1823 r.

O tym, jak bardzo starano się przyspieszyć rozwój przemysłu, świadczy fakt, że najznaczniejsze nowe fabryki otwierano jako własność rządową, a po paru latach odstępowano je prywatnym przedsiębiorcom3. I tak np. powstała w 1817 r. rządowa fabryka kobierców na Solcu (w 1820 r. zatrudniała już wielką jak na ówczesne stosunki liczbę 106 pracowników) w 1826 r. została sprzedana Janowi Geysmerowi, fabrykę sukna "Poland", powstałą w 1820 r., w 1823 r. odstąpiono Samuelowi Fraenklowi. Własnością państwa pozostała oczywiście mennica, otwarta w 1818 r. przy ulicy Bielańskiej. Między ważniejszymi powstałymi wtedy zakładami prywatnymi można wymienić "pracownię narzędzi chirurgicznych i wyrobów stalowych ostrych" (1819) Niemców Manna i Rötlingera, drukarnię tkanin bawełnianych Bereksohnów (1820), zakład odlewniczy Anglików Morrisa i Evansa (1822), liczne fabryczki i rękodzielnie włókiennicze.

Pomyślnie rozwijał się także handel4. Wolność jego była poręczona w traktacie wiedeńskim, a praw i swobód kupców pilnował skutecznie powstały w 1817 r. Urząd Starszych Zgromadzenia Kupiectwa Warszawskiego, który notabene już w tymże roku otrzymał od namiestnika ustawę "o urządzeniu kupiectwa", regulującą także sprawy zdobywania kwalifikacji zawodowych. Walczono energicznie o przywileje dla kupców miejscowych, szermowano argumentem "podniesienia handlu krajowego"; m.in. w 1820 r. wystosowano memoriał, domagający się takiej regulacji prawa celnego, która by ukróciła na warszawskim rynku konkurencję "sąsiadów", przede wszystkim gdańszczan. Dawano posłuch tym postulatom - jeśli nie mogły być spełnione, to zapewniano inne przywileje, które by wspomogły warszawski handel.

Rozdział I. Nowy monarcha - nadzieje i dramaty

1 K.W. Wójcicki, Józef Rudnicki, w: Cmentarz Powązkowski pod Warszawą, t. III, Warszawa 1858, s. 101.

2 "Urodzonym dworakiem" nazwał Wincentego Krasińskiego gen. Henryk Dembiński (H. Dembiński, Od Napoleona do Aleksandra, "Kwartalnik Historyczny" 1916, s. 110).

3 R. Wybranowski, Pamiętniki, t. I, Lwów 1882, s. 73.

4 Sz. Askenazy, Łukasiński, t. I, Warszawa 1908, s. 29. W nieco innej wersji przytacza ten tekst Marcin Smarzewski. Odpowiednie ustępy brzmią: "Wzywasz nas do wojska. [...] Powiedz nam, czym jesteś teraz i dlaczego uzbrajać nam się każesz? Zakrwawionych serc naszych nie rozdzieraj jeszcze obelgą, którą upatrujemy w wezwaniu Twoim, aby chwytać za oręż, nie wiedząc, czy znów nie w cudzej sprawie. Zapytaj się imieniem naszym zwycięzcy, czego on po nas wymaga. Jesteśmy w jego mocy, ale do dobrowolnej z życia naszego ofiary sama tylko ojczyzna ma prawo" (M. Smarzewski, Pamiętnik 1809-1831, oprac. F. Sawicka, Wrocław 1962, s. 100-101).

5 F. Gajewski, Pamiętniki, t. I, Poznań [b.r.], s. 398-399.

6 M. Smarzewski, Pamiętnik..., s. 99.

7 Ludwik, Powrót do kraju w r. 1814. Z opowiadania pułkownika, "Dziennik Literacki" 1858, t. I, s. 485-486.

8 "Gazeta Warszawska" 1814, dod. do nru 73 z 10 IX.

9 Tamże.

10 Opisy takich iluminacji podawała obszernie "Gazeta Warszawska".

11 "W niskich cywilnych urzędach nową zaczynać karierę pod łapą jakiego nudnego pedanta zdawało mi się niepodobieństwem; dekorowany oficer miałby ulegać fantazjom gryzmoły! Do wojska, z honorowej swobody pod pałki i mechaniczną sztywność przechodzącego, niewiele czułem ochoty; wziąłem więc urlop nieograniczony" - pisał Smarzewski (Pamiętnik..., s. 109).

12 "Gazeta Warszawska" 1814, dod. do nru 79 z 1 X.

13 Zupełnie inny obraz zachowań Konstantego - już wtedy! - wobec wojska wyłania się ze sprawy jego konfliktu z gen. Józefem Wielhorskim, który w listopadzie został mianowany przez Aleksandra I ministrem w Komisji Wojny. Pierwsze nieporozumienia z wielkim księciem wynikły, gdy Wielhorski zwrócił mu uwagę na niestosowność codziennych łajań za źle wykonywane "obroty". "Niechaj WCW. raczy zważyć - mówił - że żołnierz polski, zdumiony nowością, przeciwną dawnym jego zwyczajom, nie może łatwo zapomnieć tego, czego nauczył się i co wykonywał w ciągu lat dwudziestu bez przerwy", i że "jest konieczność zachowania wyrozumiałości w chwili obecnej" (Sz. Askenazy, Ministerium Wielhorskiego, w: tegoż: Dwa stulecia XVIII i XIX, t. II, Warszawa 1910, s. 152, 153). W tym świetle ukazany stosunek Konstantego do wojska wygląda zupełnie inaczej niż w propagandowych obrazkach przedstawianych w warszawskich gazetach.

14 Sz. Askenazy, Dwa stulecia..., t. II, s. 516.

15 Według I.A. Komorowskiego (Wspomnienia podchorążego z czasów w. ks. Konstantego, Warszawa 1900, s. 84) Chłopicki ujął się za znieważanym publicznie przez Konstantego "kapitanem K.", starym napoleończykiem, nie chciał potwierdzić, że jest pijany; "powąchał i rzekł: - Nie czuję wódki, może dlatego, żem ją sam dziś pił, bo to mój zwyczaj rano". Po tej hardej odpowiedzi "generała Chłopickiego i kapitana K. aresztowano, a po wysiedzeniu 24 godzin na odwachu obadwa podali się do dymisji i zaraz ją otrzymali". To jedna z paru legendowych wersji o przebiegu konfliktu Chłopickiego z wielkim księciem.

16 R. Wybranowski wspominał w Pamiętnikach: "Umysły były nieustannie wzburzone; jedni cierpliwie na pozór znosili gwałty popełniane, tłumiąc w sobie tym większą nienawiść i zemstę, drudzy, żywszego usposobienia, chcąc z siebie to jarzmo ciążące zrzucić, popadali w nieszczęście lub nie mogąc znieść tego jarzma życie sobie odbierali" (s. 83-84). A Prot Lelewel w notatkach z 1820 r. pisał: "W. ks. Konstanty swoimi raptusami, gwałtownością despotyzmu militarnego do ostateczności umysły doprowadzał. Byli tacy z wojskowych, jako Wilczek, Wodziński, Królikiewicz i inni, co sobie śmierć zadawali. Mówiono, że to ze zbytku egzaltacji, uważający stan swój wojskowy zhańbiony" (Pamiętniki i diariusz domu naszego, oprac. I. Lelewel-Friemannowa, Wrocław 1966, s. 255).

17 Od początku istniały też kontrowersje między żołnierzami pułków polskich i rosyjskich. Melchior Witkowski wspomina, iż gdy Aleksander I przybył do Warszawy, "wydał rozkaz, ażeby pojednać Polaków z Rosjanami; dał nam obiad w Saskim Ogrodzie [...]. Z jednej strony stołu Moskale, a z drugiej strony stołu Polaki [...]. A gdy naszym wiarusom wódka głowy zagrzała, nie tylko że wiwat wykrzykiwali, ale nawet w jego przytomności wykrzykiwali: Póki świat światem, nie będzie Polak Moskalowi bratem" (Pamiętnik prostego żołnierza z lat 1812-1816, w: Pamiętniki z lat 1792-1849, oprac. R. Grabałowski, Wrocław 1961, s. 77).

18 Sz. Askenazy, Ministerium Wielhorskiego..., s. 154.

19 Sz. Konopacki, Pamiętniki, t. II, Warszawa 1899, s. 81.

20 J.U. Niemcewicz, Pamiętniki 1809-1820, t. II, Poznań 1871, s. 281.

21 "Gazeta Warszawska" 1816, nr 34.

22 Tamże.

23 Tamże, dod. do nru 37.

24 Por. W. Tokarz, Armia Królestwa Polskiego 1815-1830, Piotrków 1917, s. 104; Sz. Askenazy, Łukasiński..., t. I, s. 73. Zdarzały się podobne samobójstwa i później. Bogusława Mańkowska wspominała, że jeszcze w kwietniu 1830 r., gdy Konstanty zelżył publicznie na placu Saskim por. Szkaradowskiego, młody oficer doszedł do odwachu, "wyciągnął szpadę, oparł ją o barierę, położył ostry koniec na piersi i, rzuciwszy się nagle i silnie, przebił od razu swe czyste, niewinnie obrażone serce!..." (cyt. za: Opowieści dziewczęce, oprac. S. Wasylewski, Lwów 1920, s. 80).

25 Sz. Askenazy, Łukasiński..., t. I, s. 73.

26 Tę zaskakującą nominację niektórzy odczytywali początkowo jako świadectwo dążenia Aleksandra I do zahamowania wygórowanych aspiracji arystokracji, zwłaszcza rodu Czartoryskich.

27 "Gazeta Warszawska" 1816, dod. do nru 1 z 2 I.

28 I. Prądzyński, Pamiętniki, oprac. B. Gembarzewski, t. I, Kraków 1909, s. 16-19.

29 "Gazeta Warszawska" 1818, nr 27.

30 Tamże, nr 89.

31 Aleksander I czynił też piękne gesty, podkreślające jego dbałość o polską narodową kulturę; np. w 1816 r. "ze względu na usługi, jakie osoby obdarzone talentem przynoszą krajowi", obdarował "pierścieniami naokoło brylantami ozdobionymi" architekta Jakuba Kubickiego, literata Jacka Przybylskiego, dyrektora Teatru Narodowego Ludwika Osińskiego i uczonego Feliksa Bentkowskiego (por. "Gazeta Warszawska" 1816, dod. do nru 43 z 28 V).

32 "Gazeta Codzienna" 1819, nr 185 z 15 V.

33 Komentarz redakcji do listu F. Skomorowskiego, tamże.

34 Nietypowe informacje zamieszczano np. nawet z okazji tak ważnej, tak szeroko komentowanej przez inne gazety, jak pobyt matki cesarza w Kaliszu. W "Gazecie Codziennej" z 9 X 1818 r. (nr 8) skwitowano to wydarzenie tylko wymienieniem prezentów, jakie dostali polscy dworacy: "Najjaśniejsza Cesarzowa Matka, Maria Teodorówna, przybyła do Kalisza d. 29 września. Tam udarowała JW. Sumińskiego, radcę stanu, dyrektora jeneralnego poczt i policji, tabakierą złotą z Swoją cyfrą, bogato brylantami ozdobioną. JW. Radoszewski, prezes Komisji Województwa Kaliskiego, podobnież uzyskał pierścień brylantowy z cyfrą Najjaśniejszej Cesarzowej. JW. prezesowa otrzymała fermuar brylantowy. W. Nowicki, komisarz Dyrekcji Poczt, i Bentkowski, oficjalista pocztowy, otrzymali pierścienie brylantowe".

35 "Gazeta Codzienna" 1818, nr 18 z 21 X.

36 Tamże, w kilku odcinkach w kwietniu 1819 r. (nry 154-160).

37 Tamże, 1819, nr 165 z 21 IV.

38 Tamże, nr 171 z 28 IV.

39 Tamże, 1818, nr 35 z 10 XI.

40 Tamże, nr 6 z 7 X.

41 Tamże, 1819, nr 183 z 13 V.

42 Tamże, nr 185 z 15 V i nr 187 z 18 V.

43 Tamże, nr 188 z 19 V.

44 Tamże.

45 O nadużyciach..., tamże, nr 183 z 13 V.

46 J.O. Szaniecki, O potrzebie udzielania zdań i wzajemnego oświecania się w przedmiotach dobra publicznego w państwie konstytucyjnym, tamże, nr 189 z 14 VI.

47 Do Prenumeratorów "Gazety Codziennej", tamże, nr 190 z 15 VI. W tymże numerze cytuje się pismo podpisane przez Wojdę, bezprawnie nakazujące Kicińskiemu, aby z wydawaniem "Gazety Codziennej" "zupełnie się wstrzymał, dopóki do jej wydawania dalszego nie otrzyma wyraźnego pozwolenia rządu".

Rozdział II. Miasto rozkwita

1 Zob. F.M. Sobieszczański, Rys historyczno-statystyczny wzrostu i stanu miasta Warszawy, Warszawa 1974, s. 189. Według S. Kieniewicza ulepszone latarnie "genewskie" montowano od 1828 r. i w tymże roku było ich już 588 (Warszawa w latach 1795-1914, Warszawa 1976, s. 52).

2 O przemyśle warszawskim owych lat zob. T. Łepkowski, Początki klasy robotniczej Warszawy, Warszawa 1956, oraz A. Szczypiorski, Ćwierć wieku Warszawy 1806-1830, Warszawa 1964.

3 Wiele informacji o fabrykach krajowych zamieszczał "Kurier Warszawski". Między innymi pisano tam 23 V 1821 r.: "Nim prywatni obywatele zajmą się tą ważną gałęzią przemysłu [rękodzielniami - A.K.], rząd po większej części bierze na siebie antrepryzę nowo zakładających się fabryk" - i wymieniano konkretne zakłady, które tym sposobem po zagospodarowaniu będą przechodziły w ręce prywatne.

4 Zob. A. Kraushar, Kupiectwo warszawskie, Warszawa 1929, s. 32-63.