Świt: Kunszt
Bast prawie wyszedł tylnymi drzwiami gospody Waystone.
Praktycznie był na zewnątrz. Obie jego stopy znajdowały się za progiem,
a drzwi od zamknięcia dzieliła tylko szczelina.
Wtedy usłyszał głos swojego mistrza i zamarł. Wiedział, że się nie
zdradził. Znał dokładnie każdy subtelny dźwięk, jaki mogła wydać
karczma. Znał nie tylko proste sztuczki, które dziecko mogłoby uznać za
sprytne, jak niesienie butów w ręku, wcześniejsze otwarcie skrzypiących
drzwi, tłumienie kroków na dywanie...
Nie. Bast był lepszy. Potrafił się przemieszczać, ledwie poruszając
powietrze. Wiedział, które schody stękają, gdy poprzedniej nocy padał
deszcz, które okna łatwo się otwierają, a którymi okiennicami szarpie
wiatr. Potrafił stwierdzić, kiedy okrężna droga przez szczyt dachu
wywoła mniej hałasu niż zwykłe przejście górnym korytarzem.
Niektórym by to wystarczyło. Ale podczas rzadkich okazji, kiedy naprawdę
mu na tym zależało, Bast uznawał sukces za równie nieciekawy jak woda w rowie. Niech inni zadowolą się zwykłą doskonałością. On był artystą.
Z tego powodu wiedział, że prawdziwa cisza jest nienaturalna. Dla
uważnego ucha brzmi jak nóż w ciemności.
Kiedy więc sunął przez pustą karczmę, grał na deskach podłogi jak na
instrumencie. Westchnienie, pauza, kliknięcie, skrzypnięcie. Dźwięki,
które gościa mogłyby wybić ze snu. Ale dla kogoś, kto tam mieszkał... to
nie było nic nadzwyczajnego. Mniej niż nic. To był przyjemny odgłos
ciężkich belek osiadających powoli w ziemi, łatwy do zignorowania, jak
poufała kochanka obracająca się obok ciebie w łóżku.
Wiedząc to wszystko, Bast spojrzał na drzwi. Pilnował, żeby mosiężne
zawiasy były zawsze naoliwione, ale i tak przesunął swój chwyt i uniósł
drzwi, by ich ciężar nie opierał się na zawiasach. Dopiero wtedy powoli
zamknął je za sobą. Ćma narobiłaby więcej hałasu.
Wyprostował się i uśmiechnął, wyraz twarzy miał miły, przebiegły i dziki. W tym momencie wyglądał mniej jak dziarski młodzieniec, a bardziej jak niegrzeczne dziecko, które ukradło księżyc i zamierzało go
zjeść jak cienkie blade srebrne ciastko. Jego uśmiech przypominał
znikający sierp księżyca - ostry, biały i niebezpieczny.
- Bast! - Z karczmy ponownie dobiegło wołanie, tym razem głośniejsze.
Nic tak prostackiego jak krzyk. Jego mistrz nie wrzeszczał niczym rolnik
nawołujący krowy, ale głos niósł się jak dźwięk myśliwskiego rogu. Bast
poczuł, że ciągnie go na podobieństwo dłoni zaciśniętej wokół serca.
Westchnął, po czym otworzył drzwi i żwawo wszedł z powrotem do środka.
Jego chód przypominał taniec. Był ciemnowłosy, wysoki i piękny. Kiedy
się krzywił, twarz nadal miał milszą niż ci, którzy się uśmiechali.
- Tak, Reshi? - zawołał promiennie.
Po chwili karczmarz wszedł do kuchni.
Miał rude włosy, a na sobie czysty biały fartuch. Okazywał beznamiętny
spokój, jak wszyscy znudzeni oberżyści świata. Mimo wczesnej pory
wyglądał na zmęczonego.
Wręczył Bastowi oprawioną w skórę książkę.
- Prawie o niej zapomniałeś - powiedział bez cienia sarkazmu.
Bast udał zaskoczenie.
- Och! Dziękuję, Reshi!
- Nie ma sprawy, Bast. - Usta karczmarza ułożyły się w uśmiech. - Skoro
wychodzisz, nie miałbyś nic przeciwko temu, żeby przynieść kilka jajek?
Wsuwając książkę pod pachę, Bast skinął głową.
- Coś jeszcze? - zapytał.
- Może trochę marchewek? Myślę, że dziś wieczorem zrobimy gulasz. Jest
Felling, więc musimy być przygotowani na tłum.
Uniósł lekko kącik ust.
- Jajka i marchewka - powtórzył Bast.
Karczmarz zaczął się odwracać, po czym się zatrzymał.
- Och, wczoraj szukał cię tutaj chłopak Tilmanów.
Bast z wyrazem zdziwienia na twarzy przechylił głowę.
- To chyba syn Jessoma? - poddał oberżysta, trzymając rękę mniej więcej
na wysokości klatki piersiowej. - Ciemne włosy. Nazywa się... - Urwał i zmrużył oczy, próbując sobie przypomnieć.
- Rike. - Bast podrzucił imię jak bryłkę rozżarzonego żelaza, po czym
szybko mówił dalej, mając nadzieję, że jego mistrz niczego nie zauważy:
- Tilmanowie to drwale na południe od miasta. Nie mają żon ani dzieci.
Czy to był Rike Williams? Ciemne oczy. Niechlujny. - Bast namyślał się
chwilę, zastanawiając się, jak inaczej mógłby opisać chłopca. -
Prawdopodobnie zachowywał się nerwowo. Jakby starał się niczego nie
ukraść.
Ostatnie słowa sprawiły, że na twarzy karczmarza pojawił się błysk
rozpoznania, skinął głową.
- Szukał cię, ale nie zostawił żadnej wiadomości... - Uniósł brew, patrząc
na Basta. Jego spojrzenie mówiło więcej niż słowa.
- Nie mam zielonego pojęcia, czego chce - rzekł Bast, co zabrzmiało
szczerze. I był szczery. Jednak wiedział lepiej niż ktokolwiek inny, ile
to jest warte. Nie wszystko złoto, co się świeci, a czasem warto się
trochę postarać, żeby wydać się tym, kim się jest naprawdę.
Kiwnąwszy głową, karczmarz wydał nieartykułowany dźwięk i ruszył z powrotem do ogólnej izby. Jeżeli powiedział coś więcej, Bast już tego
nie usłyszał, gdyż biegł lekko po zroszonej trawie w zaskakująco
niebieskoszarym świetle świtu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki