Wdech... Wydech - Karol P. Lipski

-
Proszę czekać

Na początek

Kim jest protagonista tej opowieści? Wchodzimy do jego narracji po krótkim epizodzie szpitalnym, w którym ratowano jego gasnące życie. Otumaniony dużymi dawkami środków farmaceutycznych, garściami traci pamięć. Z trudem przebija się od rana do wieczora, żeby na końcu zapadać w niedorzeczne sny, z których potem mozolnie się odkopuje. Wydaje się, że jakaś metafizyczna obecność pilnuje go i czasami dyskretnie rozciąga siatkę, żeby przy kolejnym twardym lądowaniu nie potłukł sobie dupy. Może czymś się komuś wpływowemu kiedyś zasłużył? Może jest dzieckiem szczęścia? Może, jak kot, ma więcej niż jedno życie? Kto wie? W każdym razie ta bliżej nieokreślona obecność może mieć względem naszego protagonisty jakieś plany.

Choć przez ostatnie lata leżał trochę egzystencjalnym odłogiem, po nieoczekiwanych spotkaniach wraca do źródeł, które go kiedyś napędzały i czyniły kreatywnym. Może to znów das ewig-weibliche[2] dopomina się o swoją daninę? Jednym słowem, nasz żeglarz znów wyrusza w rejs.

Ale dużo wcześniej, gdy był jeszcze małym chłopcem, doświadczył we śnie czegoś, czego doświadcza tylko niewielu. Mógł mieć około siedmiu lat, może mniej, gdy zaczął mu się przytrafiać dość nietypowy, jak dla dziecka, sen. Stawał się nagle świadomy upływu czasu i coś wprawiało go w ruch ze stanu poprzedniego bezruchu. Był przepychany, głową do przodu, w ciemną, elastyczną tubę. Z poczuciem rosnącej niewygody kontynuował ten wspomagany, powolny ruch przeciskania się. Na zaciśniętym bezdechu przesuwał się do miejsca, gdzie mógł zaczerpnąć powietrza. Za każdym razem szło mu to tak samo mozolnie, lepko, ciepło. Bał się, że już nie wytrzyma bez oddechu i zaczynał wątpić w możliwość wydostania się stamtąd. Wtedy następował moment gwałtownego przyspieszenia i ta krótka podróż kończyła się mocnym wypchnięciem przez ostatni, najciaśniejszy pierścień tuby. Wypadał do światła, z radosną ulgą pierwszego WDECHU...

Za każdym razem sekwencja tego krótkiego wydarzenia była taka sama i przebiegała według raz ustalonego scenariusza. Trwało to w nieregularnych odstępach przez niecałe dwa lata, z coraz dłuższymi przerwami, aż do całkowitego ustania.

Na długo wyparł to z pamięci. Dekady później przypadkowo trafił na artykuł opisujący dziecięce sny o swoich narodzinach, który niewiele wyjaśniał. Wtedy przypomniały mu się własne doświadczenia i zdał sobie sprawę z wagi tego, co śnił. Dostąpił przywileju uczestnictwa w "zostaniu" urodzonym. Separacja od łona, które karmiło go w pierwszym etapie życia, stała się symbolicznym rozstaniem z das ewig-weibliche, które wysłało naszego podróżnika w poszukiwaniu swojej własnej wersji das ewig-weibliche, nawet jeśli tylko we śnie.

1

Jesteśmy nad morzem. Z lotu ptaka widać nadmorskie miasto średniej wielkości. W tle słychać cover Milesa Davisa Time After Time[3].

Skręcałem właśnie w wąską uliczkę, której urokliwe butiki pełne wakacyjnych bibelotów płynęły w dół do bulwaru nadmorskiego. Już słychać było gardłową rozmowę fal zmieszaną z krzykiem mew. W podcieniu sklepiku z bursztynową galanterią stał ktoś zakapturzony, palący, jak się okazało przy bliższym kontakcie, marihuanę. Zrobił krok w moim kierunku i poczułem się przez moment nieswojo, ale senna logika szybko to rozwiała, niczym wieczorna bryza.

- Czekałem na ciebie, Agnostyku[4]. Może skonsumujesz ze mną to szlachetne zioło? - spytał.

- Nie, no co ty, nie znam cię. Tak z buta? Kim jesteś i skąd wiedziałeś, że będę tędy szedł?

- Wszystko po kolei. Chodź, docenimy zalety tego zacnego, starożytnego leku i zejdziemy na bulwar popatrzeć na morze.

Jak to we śnie bywa, bezwolnie poddałem się sytuacji. Staliśmy przez chwilę i na przemian mocno i długo wciągaliśmy do płuc medyczną substancję z jarzącego się zioła w bibułce. Po skończeniu inhalacji zeszliśmy na bulwar i, chłostani słonym wiatrem, stanęliśmy twarzą do morza.

- Uwielbiam ten żywioł, wiesz? Taki prawieczny, choć pamiętam czasy, kiedy nie było jeszcze mórz.

- Oj, chyba ten "starożytny lek" mocno zamącił ci w głowie...

- Spokojnie, Agnostyku, przejdźmy do twoich pytań. Według waszych wierzeń jestem kimś w rodzaju anioła i stąd cię znam. Bez problemu cię namierzyłem, bo mamy coś w rodzaju bio-GPS-a do ustalania lokalizacji ludzi, których...

- Uuu, to mnie chyba tąpnęło...

- Nic cię nie tąpnęło, naprawdę jestem przybyszem stamtąd...

- W takim razie skrzydła do kontroli, proszę...

- Wiesz, to była i wciąż jest piękna metafora dla naszych podróży i interwencji międzygwiezdnych. Ale gdybym miał te skrzydła, to straciłbym je za nadmiar altruizmu i empatii, które okazywałem ludziom przy moich kolejnych wizytach tutaj, a odwiedzałem was często, bo pokochałem wasz wykluwający się gatunek, mimo wszystkich jego ułomności. - Przerwał na chwilę, a ja, choć lekko odurzony skutkami leczniczymi THC[5], czułem się dobrze i czekałem rozluźniony na dalszy ciąg. - Przy moim ostatnim, czyli obecnym przybyciu na Ziemię, a było to w okolicach szaleństw tak zwanej świętej inkwizycji, choć miano "cywilizacja śmierci" bardziej pasowałoby do okrutnych wynaturzeń popełnianych wtedy z Bogiem na ustach... - Znów przerwał i się zamyślił. - Kiedy ratowałem zielarki, akuszerki i inne dzielne kobiety przed "uroczystymi" stosami ofiarnymi, uznano, że straciłem dystans do badanych podmiotów i ryzykuję dekonspirację. Skazano mnie na pięćset lat pobytu tutaj, żebym nabrał właściwego dystansu i odzyskał prawo powrotu. - Zamilkł na chwilę i ze spokojem patrzył w morze. - I wtedy pomyślałem sobie: po co mi powrót, dobrze mi na Ziemi, bo kocham ludzi. A szczególnie, wiesz, kobiety.

- Wyróżniasz kobiety?

- O tak, chyba jestem według waszych kryteriów feministą. Kobiety mają nad waszymi mężczyznami tak nieskromną przewagę, że aż się może w głowie zakręcić...

- Hm, no tak, więc pewnie żyjesz też z naszymi kobietami? - spytałem.

- Oczywiście, jakżeby inaczej - potwierdził i znów przez chwilę jego wzrok tonął w nocnym morzu. - Kobiety są wspaniałe, a reszta to niestety zbyt często poruchana męska przepychanka. Ale wiesz, podobnie jak niektóre gatunki w świecie zwierząt, jestem zawsze tylko z jedną: monogamiczny, czuły i wierny. Kobiety karmią mnie ludzkimi emocjami, jak tylko one potrafią, i zmysłowością, której tam nie ma, a ja obdarzam je moją opieką i lojalnością aż do końca ich dni... - Spuścił głowę i zaszurał podeszwą o szorstkie podłoże. Miałem wrażenie, że oczy mu się zaszkliły... - Problem w tym, że ja żyję wiecznie i za każdym razem muszę swoją ukochaną odprowadzać na tamtą stronę, ale każda... - zamyślił się na chwilę i zaraz ciągnął dalej - ...każda z tych miłości jest wytatuowana w mojej pamięci, każda cenna, taka ludzka. I za każdym razem to tak bardzo boli... - urwał. - Wiesz, nauczyłem się kochać i cierpieć po ludzku. Stałem się w pełni uczłowieczonym Przybyszem.

Zamilkł i znów patrzył spokojnie w nocne morze. Fale wciąż tłukły się o kamienie chroniące bulwar: gardłowo, beznamiętnie, jakby od niechcenia. Nadlatujące koszącym lotem mewy z krzykiem wydzierały sobie jedzenie rzucane przez turystów, którzy po ekscesach kolacyjnych bufetów raczyli się czystym morskim powietrzem...

To nie zioło tak działa - pomyślałem. - On chyba naprawdę jest stamtąd, nie stąd, skądś...

- Dlaczego ja? - spytałem.

- Dlaczego? Bo tak, w krótkiej wersji. A pełna wersja: inny Przybysz, gej, wtedy stacjonujący w Stanach, zwrócił moją uwagę na ciebie.

- Stop, cofnij taśmę: Przybysz-gej? To jest was więcej i do tego z różnymi preferencjami seksualnymi?

- Co się dziwisz? Wasz świat jest rozcieńczoną latami świetlnymi odbitką naszej cywilizacji, więc jeżeli wy macie...

- Czekaj, przecież wasz Bóg niby nie toleruje gejów...

- Poczekaj, ten "WASZ BÓG" to jest znów tylko ludzka metafora dla kosmicznej siły scalającej ogrom Wszechświata. Może jeszcze nie teraz, ale kiedyś poznacie ją w pełni. Póki co tak tylko głoszą tutejsi homofobiczni kryptogeje z kręgów hierarchii kościelnej. No i obawiający się własnych preferencji seksualnych prawicowi pseudopatrioci. Słuchaj, według niektórych waszych apokryficznych źródeł Abel był gejem, a Kain, w swoim homofobicznym strachu, chciał mu to wybić z głowy. Niechcący go zabił, a potem ciężko za to odpokutował na wschodzie Edenu. No co, coś taki zdziwiony?

- No wiesz, tej wersji nie znałem...

- Wydaje mi się, że mam lepszy wgląd w początki waszych "zagubionych piśmiennych" źródeł. Ale do brzegu, Agnostyku. Otóż ten mój rodak ze Stanów zwrócił moją uwagę na ciebie. Mówił, że w kontaktach z gejami wyróżniałeś się sporą dozą empatii i wsparcia...

- To byli moi codzienni znajomi, krewni znajomych, koledzy z pracy, pomocni i życzliwi dla nowo przybyłego uciekiniera z systemu permanentnej szczęśliwości.

- Nie było wtedy dobrej prasy dla gejów...

- No tak, dużo było wtedy nietolerancji, strachu przed nieznanym "wirusem" i homofobicznej nagonki w związku z AIDS, no i, wiesz...

- Wiem. Dlatego, odkąd wróciłeś tutaj, obserwowałem cię od czasu do czasu, na wszelki wypadek, żebyś nie zatonął przy kolejnych przeprawach. Aż nadszedł ten dzień, pamiętasz? Wtedy o mało co nie zatonąłeś we własnych płucach i wylądowałeś w szpitalu. Zostało ci może kilka godzin życia. Zjawiłem się wtedy przy twoim łóżku, naprawiłem ci serce, na ile się dało, bo wtedy nadawało się już tylko na karmę dla psów. A ty co? Po tygodniu dość nonszalancko poleciałeś na kolejną wyprawę! Zero instynktu samozachowawczego...

- Zaburzona ocena sytuacji z powodu nadmiaru medykamentów.

- Tak, wiem. Byłem przy tobie wtedy w Paryżu, na wszelki wypadek, gdyby, wiesz, trzeba było znowu łatać twoją pompę, ale rwałeś do przodu jak husky w alaskańskim zaprzęgu...

Rzeczywiście, przypomniało mi się. Po tygodniu łykania piguł i masowej utraty pamięci wypisałem się trochę lekkomyślnie ze szpitala i pofrunąłem sobie na targi branżowe.

- Ale to, jak woziłeś na wózku po korytarzach szpitala tę gasnącą staruszkę, naprawdę mnie urzekło. Przez ten twój "mały gest" empatii zjawiłem się przy niej, kiedy odchodziła niedługo po twoim wyjściu ze szpitala. Jednym ze wspomnień, które do niej powracało, były jazdy do okien z facetem w piżamie. Zastanawiała się tylko, dlaczego personel terapeutyczny jest taki miły, cierpliwy i chodzi w piżamach.

- Nie no, daj spokój, to, wiesz...

- Wiem, wiem, i nasze radary wyłapują takie niby-drobiazgi. Ale jak zadeklarowałeś się w mediach jako Buddyjski Agnostyk... sponiewierałeś kanony tak zwanej przynależności religijnej i to już zerwało mi czapkę z głowy. Zaciekawiłeś mnie i zacząłem bywać częściej w twojej świadomości, żeby ratować twoją często nieuważną dupę z różnych tarapatów, które sobie szczodrze serwowałeś...

- Hm, miałem czasami przelotne wrażenie jakichś niespodziewanych ingerencji. Siatki, na które spadałem.

- No właśnie - przerwał i znów patrzył spokojnie w nocne morze. - Czasami towarzyszyłem ci w twoich samotnych wspinaczkach na poddasze i widziałem, jak zamykasz się w tej swojej jaskini, na krótko podłączasz ogniwa do modułu myślenia, żeby coś tam skrobnąć i zawiesić w mediach, śmignąć jakiś sprytny komentarz. Po czym znów zapadałeś w wydłużony downtime[6], w którym, często w towarzystwie większych ilości wina, płakałeś, żeglując bezrefleksyjnie w sieci po muzyce i serialach. Tyle dobrego, że przez to skutecznie odpędzałeś prześladujące cię nieraz samobójcze demony. Twoje szczęście, bo inaczej wkroczyłbym i na kopach wymiótłbym cię do świata ludzi...

- Z tymi myślami na S to chyba trochę przesadzasz...

- Nawet nie próbuj. Wiem, co odczytywałem w tym twoim zagraconym mózgu.

- Tak, ale...

- Zostaw to, nie przerywaj. Posłuchaj mnie teraz uważnie, bo nasze obecne spotkanie dobiega końca. Ponad rok temu wysłałem ją do ciebie, żeby cię wreszcie wyrwała z intelektualnego otępienia...

- Ponad rok temu? Kogo? Nie kojarzę...

- Skojarzysz w swoim czasie. Ona jest bardzo silna i mądra, ale strasznie krucha. Szykuj siatkę i cokolwiek masz w tej swojej skrzynce z narzędziami. Będę niedaleko, w razie co, ale to ty masz teraz moc sprawczą, żeby... Rozumiesz?

- Chyba tak, tak, na pewno...

- Pamiętaj, jak coś z nią świadomie spieprzysz, bo w nieświadomym spieprzaniu jesteś "miszczem", to skopię twoją agnostyczną dupę, a uwierz mi, że kopię lepiej od konia. I, do kurwy nędzy, zacznij wykorzystywać to, co masz w sobie, a masz tego trochę i... Ale to już chyba wiesz, przecież wciąż ci powtarza...

Przerwał, żeby znów sycić się widokiem szybko ciemniejącego morza, a ja gorączkowo szukałem w pamięci zdarzeń i osoby, którą rzekomo wysłał do mnie i która mi wciąż coś powtarza. I w końcu, jak to we śnie bywa, zareagowałem, jakbym rzeczywiście ją spotkał i rozumiał, o jaką moc sprawczą chodzi.

Po chwili zmienił temat:

- Moi przyjaciele to byli niezapisani w podręcznikach myśliciele, artyści, solidni rzemieślnicy, farmerzy, inżynierowie i ojcowie, naprawdę fajni ojcowie, otwarci na kobiecość.

- Czyli my, prości podróżnicy wyrywający się z klatek codziennej rutyny.

- Ale wiesz, mężczyźni, tak hurtowo, rozczarowują mnie pod wieloma względami. Bywają wśród nich, zbyt często, okrutne psychotyczne harcerzyki, napakowane zjełczałym testosteronem, hołdujące pustym symbolom, uzbrojone, toksyczne i niebezpieczne. I, co gorsza, tak przerażone wszystkim, co kobiece i pomiatające...

Poziom THC w moim krwiobiegu powoli opadał, a jego monolog zaczął się stopniowo rwać i zanikać, jakby mu baterie siadały.

Stał tak i znów patrzył spokojnie w ciemność, a ja czułem, że całe milenia jego pobytu tutaj przewalały się przez nocne fale, w które się wpatrywał. Miałem wrażenie, że zabierały ze sobą jego kolejne kobiety, które tak kochał, każdą inaczej, ale każdą równie mocno. Jego kontury powoli się rozmazywały, aż zupełnie wtopił się w ciemność. Ziemskie das ewig-weibliche odcisnęło się nawet na podróżniku z gwiazd.

- Pamiętaj, roztargniony Agnostyku, ona czeka na ciebie, a ja będę, w razie co, w pobliżu i będę was, w miarę możliwości, chronić - usłyszałem jego zanikający głos. I, jakby tracąc zasięg, dodał już z oddali, prawie szeptem: - Oddech, pamiętaj o oddechu, to twoje życiodajne paliwo. I czas. Okazuj mu szacunek, on jest nieprzekupny i nie ma przystanków na żądanie. Zbyt długo trwałeś w odrętwiałym zawieszeniu. Teraz już masz dla kogo żyć, nie tylko dla siebie...