Znajdujesz się w taksówce. Nie jesteś już ubrana w koszulę nocną, ale w skórzaną kurtkę, a wokół szyi masz owinięty szalik. Atakuje cię donośne bębnienie dochodzące z samochodowego radia, tak jakby zabraniało ci dalszego snu i zmuszało cię do tańca, nie w rytmie dangdutu, lecz indyjskich melodii. Taksówka jest duszna, przesiąknięta ostrym zapachem cebuli. Opuszczasz nieco szybę, żeby zaczerpnąć powietrza, patrzysz na mijane szerokie ulice i betonowe wiadukty. Co jakiś czas twoją uwagę przyciągają rzędy budynków z elewacją z czerwonej cegły lub brązowego piaskowca. Masz wrażenie, że nie jesteś już w Dżakarcie.
Jesteś w drodze na lotnisko Johna F. Kennedy'ego, niebawem opuścisz Nowy Jork.
Zastanawiasz się, gdzie byłaś do tej pory i dlaczego jedziesz tą taksówką. Co zostawiasz i dokąd zmierzasz? Nie pamiętasz przylotu do Nowego Jorku. Cholerny Iblis. Nawet nie dał ci szansy nacieszyć się miastem.
Szperasz w torbie w poszukiwaniu paszportu. Znajdujesz małą zieloną książeczkę z godłem Indonezji. Cholera. Nie mógł ci chociaż dać nowej narodowości? Na jednej ze stron wbita jest wiza Schengen wydana przez niemiecki konsulat w Nowym Jorku. Na poprzedniej stronie widnieje amerykańska wiza kategorii J1 "exchange visitor" - "odwiedzający w ramach wymiany" - ważna do listopada 2008 roku. Dokładnie rok od założenia czerwonych butów. A co potem?
Zwracasz uwagę na nazwę sponsora twojej wizy. Mirrodoor Cultural Council. Mirrodoor? Brzmi raczej jak postać z powieści Tolkiena niż nazwa prawdziwej organizacji.
- Wybierasz się za granicę? - pyta taksówkarz z ciężkim indyjskim akcentem.
Kiwasz głową.
- Berlin - mówisz, zaskoczona własną odpowiedzią.
- O której masz samolot?
- O dziewiątej - odpowiadasz automatycznie.
- Już siódma. Spóźnisz się.
Kierowca wciska gaz do dechy, a nagłe przyspieszenie sprawia, że zaczynasz czuć mdłości. Jeśli będzie tak pędził, z pewnością wylądujesz w piekle. Próbuje wyprzedzić samochód przed sobą, jaguara z lat siedemdziesiątych, z wyblakłą zieloną karoserią, w której ubytki od rdzy wypełniono szpachlą. Na tylnej szybie przytwierdzona jest naklejka z napisem Good girls go to heaven, bad girls go everywhere. Mijając jaguara, taksówkarz spogląda na kierowcę, starszą panią z lokami powiewającymi na wietrze.
- Ech, babcie - wzdycha, jednocześnie zirytowany i pełen zrozumienia. - Mam nadzieję, że trafi do nieba.
Good girls go to heaven.
Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne...
Wędrują?
Duchy wędrują z miejsca na miejsce, niechciane ani w niebie, ani na ziemi, ani tu, ani tam. Gdzie jest teraz twój dom? Może, tak jak duch, będziesz w stanie znaleźć jedynie chwilowe schronienie, ale nie dom.
Próbujesz sobie przypomnieć, co robiłaś w Nowym Jorku, zanim znalazłaś się w taksówce, ale nic nie przychodzi ci do głowy. Nie jesteś w stanie przywołać żadnych obrazów. Żadnych dźwięków. Twoje wspomnienia kończą się na momencie, w którym odkryłaś błyszczące czerwone buty i list od Najdroższego Iblisa. Wszystko, co wydarzyło się później, spowija ciemność. Czy tak wygląda amnezja? Ale przecież pamiętasz wszystko, co wydarzyło się tamtego poranka. Pamiętasz nawet, jak poznałaś Iblisa, i wiele z tego, co wydarzyło się wcześniej.
Pamiętasz swoje dzieciństwo.
Wszystko dzieje się zbyt szybko. Masz nadzieję, że czas się zatrzyma, żebyś mogła złapać oddech i uporządkować swoją historię.
-
Zatrzymajmy się więc na chwilę.
Zastanówmy się, dlaczego nalegałaś na tę podróż, chociaż racjonalne wyjaśnienie nie jest tak naprawdę konieczne. Podróżowanie należy do odwiecznych ludzkich pragnień. Zapytajcie Odyseusza albo naszych przodków żeglarzy.
Rok 1990: czarny model pociągu stał się twoją ulubioną zabawką. W czwartej klasie podstawówki lubiłaś bawić się samochodzikami. Miałaś też miniaturowe autobusy i ciężarówki, które dostałaś po kuzynach, ale pociągi były zdecydowanie najfajniejszymi środkami transportu. Twoi rodzice myśleli, że wyrośniesz na chłopczycę, okazało się jednak, że lubiłaś też bawić się lalkami. W wymyślanych przez ciebie historiach pociągi i lalki zawsze występowały razem. Swoim lalkom - podróbkom Barbie kupionym na bazarze - zakładałaś zawsze ładne sukienki i buty, kiedy miały jechać pociągiem (rzadko wyobrażałaś sobie na przykład wąsatego mężczyznę jako pasażera, chociaż przecież mogłoby się to zdarzyć). Swój ulubiony czarny pociąg nazwałaś Orient Expressem, wypatrzyłaś tę nazwę w tytule jednej potajemnie przeczytanej książki twojej mamy. Gdy dorastałaś, byłaś przekonana, że Orient Express zabierze cię w pełną przygód podróż do niezwykłych miejsc.
Tymczasem całe twoje życie jest zwyczajne. Pochodzisz ze zwyczajnej rodziny, która żyje podobnie jak większość zwyczajnych ludzi. Twoi rodzice poznali się w Yogyakarcie, podczas studiów na Uniwersytecie Gadjah Mada. Twój ojciec przybył z Lahat na Sumatrze, natomiast matka jest rodowitą Jawajką, urodzoną i wychowaną w Sleman. Chociaż urodziłaś się w Yogyakarcie, to po jawajsku mówisz tylko trochę. Twoja rodzina przeprowadziła się do Dżakarty, kiedy miałaś niespełna rok. Twój ojciec pracował w prywatnej firmie, a matka zrezygnowała ze studiów i została gospodynią domową. Oboje zawsze chwalili się swoją alma mater, jednym z najbardziej prestiżowych indonezyjskich uniwersytetów, ponieważ studia tam były ich największym osiągnięciem. W Dżakarcie mieszkali jak zwyczajni ludzie, z dwójką dzieci, które również miały wyrosnąć na zwyczajnych ludzi.
Rok 1994: termin "za granicą" brzmiał luksusowo. W twoim gimnazjum tylko dzieci dyrektorów wyjeżdżały za granicę. Część twoich znajomych, należących do elitarnej kliki, pojechała parę razy do Singapuru. Wszyscy mieli wtedy obsesję na punkcie marek; burżuazja była ubrana od stóp do głów w markowe rzeczy od Levi'sa, Dr. Martensa, L.A. Gear, Baby G, Ocean Pacific. Tymczasem ty czułaś się całkiem szczęśliwa, jeśli na zakończenie ramadanu * dostawałaś koszulkę Oselli z żabą w logo i jeansy kupione na Cibaduyut **. Dzisiaj tamte marki nie wywołują już żadnych emocji, ale wtedy kolekcjonowanie zagranicznych rzeczy z anglojęzycznymi metkami było wszystkim. Mówiono, że biali są przyzwyczajeni do wakacji. Australijczycy jeździli do Europy, Amerykanie do Azji i tak dalej. Twoi rodzice nie jeździli za granicę, tak samo jak twoje ciotki, wujkowie czy sąsiedzi. Narzekałaś wtedy, nie zastanawiając się nad swoimi słowami: jesteśmy naprawdę żałosnym narodem.
Aż do końca szkoły średniej byłaś pewna, że dasz radę się wyrwać z otaczającej cię zwyczajności. Uczyłaś się pilnie i zawzięcie oszczędzałaś. Wyobrażałaś sobie, że od czasu do czasu będziesz jeździć do Singapuru, tak jak tamte bogate dzieciaki. Tak, oczywiście, Singapur. Twoja wyobraźnia zatrzymała się na tym miejscu. Japonia była zbyt droga, Kambodża nie do pomyślenia, a Ameryka istniała tylko w telewizji.
Złudzenie, że nie jesteś zwyczajną osobą, pojawiło się, kiedy w szkole podstawowej zostałaś laureatką szkolnego konkursu wiedzy i przeszłaś do etapu międzyszkolnego. Twój ojciec i matka byli z ciebie bardzo dumni, ale kilkanaście lat później, gdy grono twoich znajomych się powiększyło, odkryłaś, że wśród nich jest kilkanaścioro laureatów takich konkursów. Część również chodziła do najlepszych liceów w Dżakarcie, tak samo jak ty. Ale ich życie było zupełnie zwyczajne. Z wiekiem coraz wyraźniej widziałaś, że nie ma w tobie nic wyjątkowego. Zaczęłaś podejrzewać, że twoja niemożność wyrwania się z przeciętności związana była z przykrym zwrotem w twoim życiu, kiedy to nie dostałaś się na najlepszy państwowy uniwersytet.
Rok 1998: byłaś w ostatniej klasie liceum, kiedy demonstrowali studenci domagający się ustąpienia Suharto ***. Polityczne zamieszki sprawiły, że kraj stanął w płomieniach, podczas gdy ty musiałaś stawić czoła wstrząsowi innego rodzaju. Twoi rodzice przygotowywali się do powrotu do Yogyakarty. Kryzys monetarny doprowadził do masowych zwolnień, które nie ominęły także twojego ojca. Nie chciałaś wyjeżdżać razem z nimi, więc zaczęłaś jeszcze pilniej się uczyć, by przyjęto cię na Uniwersytet Indonezyjski. W tamtych czasach, mimo że nie pochodziłaś z zamożnej rodziny, nie wyobrażałaś sobie życia bez spędzania czasu w centrach handlowych, takich jak Plaza Indonesia czy Mal Pondok Indah, które definiowały prestiż w latach dziewięćdziesiątych. Nasze licealne poczucie tego, co fajne, bywało naprawdę żałosne.
Z pomocą rodziców wybrałaś dwa kierunki na Uniwersytecie Indonezyjskim: stosunki międzynarodowe i literaturę angielską. Twój ojciec i matka studiowali inżynierię, nie znali się na naukach społecznych i humanistycznych, ale od korepetytora usłyszałaś, że wielu absolwentów tych kierunków znajduje pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. W tamtym czasie marzyłaś o zostaniu dyplomatką, żeby móc podróżować za granicę. Twój ojciec wspierał cię w wyborze stosunków międzynarodowych, ponieważ nazwa tego kierunku brzmiała naprawdę imponująco. Międzynarodowe: światowe, nie zaściankowe. Literatura angielska z drugiej strony... Chociaż "angielska" brzmiała równie podniośle jak "międzynarodowe", to "literatura" mocno go niepokoiła. Nie chciał, by jego córka skończyła jako poetka z dredami deklamująca w Taman Ismail Marzuki ****. Matka cię broniła. Uważała, że po uzyskaniu dyplomu możesz zostać nauczycielką angielskiego i otworzyć własną szkołę językową.
- To dobry wybór. Będziesz miała czas, żeby zajmować się dzieckiem - powiedziała.
Koniec końców ojciec również się zgodził, chociaż uważał, że z certyfikatem Akademii Krawiectwa Juliana Jaya równie łatwo można otworzyć własną szkołę.
W dniu ogłoszenia wyników nie znalazłaś swojego nazwiska na liście. Twoja matka mocno cię przytuliła. Wiele inteligentnych dzieci nie dostaje się na UI, próbowała cię pocieszać. Ale jej słowa nie sprawiły, że poczułaś się lepiej. Część twoich znajomych, którzy wcale nie byli mądrzejsi od ciebie, zdała. Do tej pory na myśl o swojej porażce zadajesz sobie wiele pytań. Czy byłaś nieuważna podczas rozwiązywania zadań? Czy twój arkusz egzaminacyjny tak bardzo nasiąkł potem, że twoje odpowiedzi stały się nieczytelne? Czy jako licealna prymuska byłaś zbyt pewna siebie i zaznaczyłaś odpowiedzi zbyt pochopnie? Najbardziej bolało cię jednak to, że twoja starsza siostra była już wówczas studentką inżynierii mechanicznej w Instytucie Technologii w Bandungu, najlepszej indonezyjskiej uczelni technicznej. Była jedną z niewielu kobiet, które, cytując słowa twojego ojca: "wdarły się na inżynierię w Bandungu" (nie przeszkadzało mu to twierdzić, że nauki techniczne są zbyt trudne do ogarnięcia dla kobiecego mózgu).
Nie chciałaś wrócić z rodzicami do Yogyakarty, chociaż według ciebie trudno było mówić o powrocie, skoro tylko się tam urodziłaś. Ostatecznie wylądowałaś na drogim prywatnym uniwersytecie, gdzie studiowałaś filologię angielską. Ojciec sprzedał ziemię po dziadkach, żeby pokryć czesne.
Nie wydarzył się żaden cud, który mógłby cię uratować. Niektórzy z twoich znajomych zostali wysłani przez rodziców za granicę, by tam kontynuowali naukę, ale twoja rodzina nie była wystarczająco bogata. Uczyłaś w EGW, English for the Global World, znanej szkole językowej w Dżakarcie. Nie otworzyłaś własnej szkoły, o czym marzyła twoja matka, ale przynajmniej twoja pensja była całkiem niezła. Co roku próbowałaś ubiegać się o stypendium wyjazdowe i co roku ponosiłaś porażkę. Mogłaś jedynie zazdrościć, kiedy Abidah, nauczycielka z twojej szkoły, ogłosiła, że zdobyła stypendium do Kraju Kangurów (czy też, jak ty byś go nazwała, Kraju Kylie Minogue). Nigdy wcześniej nie rozmawiałaś z Abidah, ale nie mogłaś się powstrzymać od zapytania, kiedy wpadłaś na nią w łazience poprawiającą hidżab.
- Jak udało ci się zdobyć stypendium?
Spojrzała na ciebie ze współczuciem.
- Podejmij próbę i zdobądź się na wysiłek. Tak, siostro - powiedziała. Man dżadda wadżada. Inszallah.
I do pewnego stopnia Abidah naprawdę odniosła sukces. Po powrocie z Australii napisała książkę zatytułowaną Podążaj za marzeniami, która zyskała niejaki rozgłos. Skupiła się na dzieciach z pesantren *****, którym udało się dostać na zagraniczne uniwersytety dzięki mantrze man dżadda wadżada: rzetelni odniosą sukces. Szczodra miłość Allaha najwyraźniej dotyczyła jednak tylko tych o szczerych sercach, a nie tych pełnych zawiści.
Aby dodać trochę kolorytu swojemu życiu, szukałaś kochanków, ale wszyscy faceci, z którymi się spotykałaś, byli nieudacznikami. Pragnęłaś chłopaka jak Marcus Werner, nauczyciel angielskiego i menedżer w EGW. Nie rozumiałaś, dlaczego wszyscy w pracy nazywali go "native speakerem", tak jak nauczycieli ze Stanów czy Anglii, mimo że pochodził z Niemiec. Czy to dlatego, że był przystojnym mężczyzną o niebieskich oczach, czy z powodu jego statusu ekspata, który oznaczał znacznie wyższą pensję od tej otrzymywanej przez miejscowych nauczycieli? Tak czy inaczej, wszystkie nauczycielki zabiegały o jego uwagę. Jakiś czas później ty i twoje znajome z pracy dowiedziałyście się, że umawiał się z byłą studentką. Jedna z koleżanek nie mogła się powstrzymać od szyderczej uwagi: "Co za cholerna szczęściara. Nie zdała angielskiego nawet na poziomie podstawowym, ale dała radę złapać ekspata".
Po tym, jak nie udało ci się zdobyć własnego przystojnego ekspata, zaczęłaś rozważać inne dostępne opcje. W morzu odpadów, złożonym z mężczyzn różnych profesji, od urzędników państwowych po właścicieli kafejek internetowych, znalazłaś jednego, który wyróżniał się ekscentrycznością. Miał na imię Yudi i był filozofem, a raczej niedoszłym filozofem. Pilnie czytał książki i rzucał nazwiskami myślicieli oraz artystów, o których nigdy nie słyszałaś. I chociaż początkowo cię to podniecało, to szybko zdałaś sobie sprawę, że jego jedyną ambicją jest posiadanie czasu na czytanie i pisanie. Był trochę młodszy od ciebie, ale nie skończył uczelni, choć studiował już siedem lat. Po tym, jak pokłócił się z rodzicami, odmówił dalszego przyjmowania od nich pieniędzy i zamiast tego zaczął pożyczać od ciebie. Z czasem zamieszkał z tobą w twoim wynajmowanym pokoju, wyjadał chleb, wypijał mleko i wrzucał paczki kreteków ****** do twojego koszyka na zakupy, chociaż nie paliłaś. Ciągle cytował Marksa, ale ty w towarzystwie tego chłopaka czułaś się tak wyzyskiwana, że odkryłaś własną formę marksistowskiej alienacji. Stwierdziłaś, że wystarczy. Musiałaś powstać i się zbuntować, wykopując Marksistę Wyzyskiwacza ze swojego życia.
Doświadczenie marksistowskiego wyzysku sprawiło, że wybrałaś życie bez chłopaka. Spotykałaś się ze znajomymi w centrach handlowych, wspólnie jedliście i chodziliście na zakupy, żeby potem wrócić i narzekać na swoje monotonne życie w wynajmowanym pokoju. Jak dotąd, to dość nudna historia. I co gorsza - twoja.
Nie wiedziałaś, czego chcesz, ale byłaś pewna, że nie chcesz być sobą. Nie chciałaś żyć tak jak twoi przyjaciele, twój szef czy siostra. Zwłaszcza jak ona. Zaraz po ukończeniu inżynierii mechanicznej wyszła za mąż za kolegę ze studiów i zajęła się handlem odzieżą muzułmańską (żegnaj, inżynierio mechaniczna!). Może zresztą w jej wyborze nie było nic złego. Jej mąż dostał dobrą pracę w międzynarodowej firmie motoryzacyjnej, mieli kredyt hipoteczny, samochód oraz parę słodkich dzieci. Starsza, dziewczynka, miała na imię Nazwa Salsabila Azzahra. Ciągle zapominałaś imienia ich syna. Naufal? A może Raihan? W każdym razie pamiętałaś imię Nazwy. Może nazywała się Nazwa Fatima Zakiyya. Albo Nazwa Syifa Arrahma. Wszystko jedno. W każdym razie tak brzmią teraz imiona dzieci w Indonezji.
Twoja siostra wydawała się szczęśliwa, ale nie chciałabyś być na jej miejscu. Nikt z twoich znajomych nie wiódł takiego życia, jakiego ty pragnęłaś dla siebie. Już dawno przestałaś marzyć o karierze dyplomatki.
Chciałaś przygody.
Chciałaś czegoś wspaniałego, co odmieniłoby twoje życie, nauczycielko angielskiego, która nigdy nie była w żadnym anglojęzycznym kraju.
Aż w końcu przyszedł do ciebie Iblis. Czerwone buty stały się twoim Orient Expressem.
-
- Jesteśmy na miejscu.
Otwierasz usta ze zdziwienia.
- Przy terminalu, proszę pani.
Proszę pani? Dlaczego nazywa cię panią? Czy wyglądasz już tak staro, chociaż nie masz nawet dwudziestu ośmiu lat?
Taksówkarz staje, nie gasząc silnika, i pospiesznie otwiera drzwi. Jego zwinne ruchy uświadamiają ci, że nie ma teraz czasu na guzdranie się i sny na jawie. Twoja przeszłość jest zbyt kłopotliwa, by ją ze sobą zabrać. Do widzenia, mówisz cicho. Miłego gnicia w piekle.
Dajesz kierowcy napiwek. Nie wiesz, czy dwa dolary to za mało, czy za dużo, ale masz nadzieję, że tyle wystarczy, by okazać wdzięczność za dowiezienie na lotnisko na czas. Kierowca rzuca tylko: Okej, dziękuję, miłej podróży.
Gdy ciągniesz walizkę w stronę wejścia do terminalu, czujesz, że coś jest nie tak. Czegoś brakuje. Spoglądasz w dół. Masz na sobie czarne rajstopy i czerwony but, który otrzymałaś od Najdroższego Iblisa. Jeden czerwony but.
Cholera. Czy drugi został w taksówce? Niemożliwe. Nie mógł zsunąć się tak łatwo.
Proszę, niech nie okaże się, że został w Indonezji.
Robi ci się słabo, kiedy próbujesz sobie przypomnieć, gdzie mogłaś zostawić drugi but.
Czy chciałabyś się dowiedzieć, gdzie zostawiłaś swój but i co działo się z tobą w Nowym Jorku? Być może będziesz musiała anulować bilet i wrócić do miasta (Nowego Jorku, nie Dżakarty), żeby odnaleźć miejsce, z którego wyruszyłaś. A może powinnaś najpierw pójść na policję i zgłosić zgubę? Kto wie, może twój but został w taksówce i taksówkarz będzie na tyle uprzejmy, by zwrócić go policji? A może powinnaś pogodzić się z tym, że Najdroższy Iblis mógł mówić prawdę? Czasami zwyczajnie zapominamy, jak gdzieś dotarliśmy. Może po prostu dalej będziesz musiała iść w jednym bucie. Nie ma sensu zbytnio rozpaczać. Zawsze możesz kupić nową parę w sklepie wolnocłowym.
Jeśli chcesz anulować bilet i wrócić do domu (gdziekolwiek by był) w Nowym Jorku, przejdź na następną stronę.
Jeśli chcesz zgłosić zgubę na policji, przejdź tutaj.
Jeśli chcesz kontynuować podróż i pojechać do Berlina, przejdź tutaj.
-
* Zgodnie z tradycją wielu muzułmanów kupuje w czasie ramadanu nowe ubrania, które zakładają na kończące miesiąc postu święto Id al-Fitr.
** Cibaduyut - nazwa ulicy i bazaru znanego zwłaszcza z mieszczących się tam sklepów z obuwiem, znajdującego się w Bandungu na zachodzie Jawy.
*** Demonstracje studentów w 1998 roku były częścią ogólnokrajowych protestów skierowanych przeciwko prezydentowi Suharto, które doprowadziły do obalenia jego reżimu. Kulminacją były zamieszki w maju 1998 roku, kiedy to doszło do wybuchu przemocy skierowanej głównie przeciwko ludności pochodzenia chińskiego. Szacuje się, że zginęło wówczas ponad tysiąc osób, w wielu miejscach dochodziło również do zbiorowych gwałtów na kobietach pochodzenia chińskiego.
**** Taman Ismail Marzuki - znajdujące się w Dżakarcie centrum sztuk pięknych i performatywnych, w którego skład wchodzą teatry, kina, muzea, galerie, biblioteki i archiwa.
***** Pesantren - muzułmańskie szkoły z internatem w Indonezji; większość z nich znajduje się na Jawie i są podzielone według płci.
****** Kreteki - pochodzące z Indonezji papierosy produkowane z mieszanki tytoniu, goździków i innych przypraw.