Wędrowny handlarz - Wiesław Wernic

Kup ebooka

9.99 zł
8.19 zł (7,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ci­sza

Słońce za­cho­dzi, uci­cha wiatr,

Sa­motne ogni­sko pło­nie.

Pod ręką strzelba - tra­pera brat,

Po nie­bie ob­łoki go­nią.

Chciał­bym z ob­ło­kiem po­pły­nąć w dal,

Do miejsc, gdzie nikt mnie nie czeka,

Gdzie pre­ria śpi, a plu­skiem fal

Po­dzwa­nia nie­znana rzeka.

I do­trzeć tam, gdzie ro­śnie bór

W za­du­mie swej mrocz­nej ci­szy

I w grzmo­cie pian, gdzie spada z gór

Po­tok ze skal­nej ni­szy.

A kiedy wresz­cie zró­żowi świat

Zo­rza, gdy wsta­nie na wscho­dzie,

Chcę pa­trzeć, jak bóbr - nasz młod­szy brat,

Opusz­cza swój dom na wo­dzie.

Po­chwy­cić chmurę, okieł­znać ją

Ni­czym dzi­kiego ko­nia,

Wsko­czyć na grzbiet i przez mil sto

Pre­rii prze­mie­rzać bło­nia!

- Ładne. Sam pan uło­żył?

- Gdzie tam! Na­uczył mnie zna­jo­mek pod­czas pie­kiel­nie dłu­giej i mroź­nej nocy na Ala­sce. By­łem wów­czas che­echako.

- Przy­by­szem?

-Tak, w ję­zyku czer­wo­no­skó­rych, ale wśród bia­łych słowo to ozna­czało coś nie bar­dzo dla mnie przy­jem­nego: fra­jer albo... na­iw­niak. Wę­dro­wa­li­śmy da­leko. Kiedy do­tar­łem do Fort Yukon by­łem już pra­wie "kwa­śnym chłop­cem", a w Nome skwa­śnia­łem do reszty.

- Nic a nic nie wiem o kwa­śnych chłop­cach - za­uwa­ży­łem, po­py­cha­jąc ob­ca­sem w głąb ogni­ska dłu­gie po­lano, któ­rego ko­niec zdą­żył się zwę­glić.

Drzewa mie­li­śmy pod do­stat­kiem, a w miarę jak za­cho­dziło słońce, wie­czorny chłód co­raz sil­niej da­wał znać o so­bie.

- Ba, pan nie był na Ala­sce.

- Nie by­łem. Któż to są "kwa­śni chłopcy"?

- Ci, któ­rzy nie znają tych wy­myśl­nych prosz­ków, ja­kie do­dane do mąki czy­nią pie­czywo pulch­nym.

- Można jeść pod­pło­myki. Ja sam... - tu ugry­złem się w ję­zyk i urwa­łem w po­ło­wie zda­nia.

Chcia­łem prze­cież po­wie­dzieć, że setki razy wśród pre­rii i la­sów spo­ży­wa­łem wła­śnie pod­pło­myki - twarde placki z mąki i wody, za­stę­pu­jące mi chleb przez dłu­gie mie­siące wę­dró­wek. Jed­nak tego nie po­wie­dzia­łem, nie chcąc po­zba­wiać się przy­jem­no­ści za­bawy. Ja­kiej za­bawy? Póź­niej to wy­ja­śnię.

- Och - od­parł mój to­wa­rzysz - kwa­śni chłopcy są wy­bredni. Je­śli tylko mają oka­zję, ro­bią za­czyn z mąki, która kwa­śnieje i służy jako droż­dże. Kiedy przy­by­li­śmy do Sitki, by­łem miękki jak bułka z ta­kiego cia­sta, ale nim do­szli­śmy do Yukonu, stward­nia­łem na su­char. Wie­dzia­łem już bar­dzo wiele o Ala­sce, to na przy­kład, że gdy plu­nąć, a ślina za­ma­rza w po­wie­trzu, wia­domo: mi­nus sześć­dzie­siąt stopni[1] mu­ro­wane, i jesz­cze sporo o in­nych spra­wach. Dla­tego wró­ci­łem cały i zdrowy, a mój brat stra­cił tylko je­den pa­lec i tylko u le­wej ręki, co nie jest, my­ślę, wiel­kim nie­szczę­ściem.

- Od­mro­że­nie - zga­dłem bez trudu.

- Oczy­wi­ście, ale ope­ra­cja od­była się w wa­run­kach, które pan uznałby za ka­ry­godne.

- To zna­czy?

- Na przy­droż­nym ka­mie­niu, je­śli można mó­wić o ja­kiej­kol­wiek dro­dze, i przy po­mocy sie­kiery. Ope­ro­wany wcale nie czuł bólu, a ope­ru­jący mu­siał się spie­szyć, żeby so­bie nie od­mro­zić dłoni.

- Nie było in­nego spo­sobu?

- Ba, każda zwłoka kosz­to­wa­łaby mego brata kilka dal­szych pal­ców. Dla­tego nie szu­ka­li­śmy ani stołu ope­ra­cyj­nego, ani szpi­tala. Gdzież ich tam zresztą szu­kać?

- Hal! - za­wo­ła­łem. - Do­rzuć drewna!

Przed wy­ru­sze­niem w drogę Nor­ton przed­sta­wił mi swego po­moc­nika: "To jest Hal Burns. Chło­pak po­czciwy z ko­śćmi".

- Ry­zy­kowna de­cy­zja - wró­ci­łem do prze­rwa­nej roz­mowy. - Brudna sie­kiera i brudny ka­mień, w su­mie: otwarta furtka dla gan­greny.

- Nie taka bar­dzo ry­zy­kowna, dok­to­rze. W kli­ma­cie tam­tej­szej zimy wszyst­kie za­razki mar­zną na kość, na ka­mień, na śmierć. Pan nie ma po­ję­cia, co to jest ala­skań­ska zima. A wio­sna wcale nie lep­sza. Wszystko top­nieje w oczach, wo­do­spady grzmią pod byle skałką, śnieg gi­nie i po­wstaje jedno gi­gan­tyczne błoto, z któ­rym dają so­bie radę tylko ło­sie. Brr! Ni­gdy wię­cej do Ala­ski, dok­to­rze, ta­kie moje ha­sło! Cho­ciaż na tej Ala­sce można zro­bić nie­zły in­te­res.

- Od­krył pan złoto?

- Nie. Komu wspo­mnę o Ala­sce, za­raz na­po­myka o zło­cie. Wpraw­dzie przy­wieź­li­śmy nieco złota, ale in­te­res to skórki.

- Tra­per­stwo?

- Coś w tym ro­dzaju. Nikt tu nie uwie­rzy, że sy­pia­łem na po­sła­niu ze srebr­nych li­sów. Ale z ja­kim tru­dem zdo­by­tych! Obecna wy­prawa to po pro­stu let­nia woda. Wy­cieczka, świą­teczny pik­nik, cho­ciaż wy­da­wać się może uciąż­liwa. Zwy­kle tak się dzieje za pierw­szym ra­zem, ale jak pan po­wróci do Mil­wau­kee, kto wie? Może na­wet za­tę­skni za na­stępną prze­jażdżką?

- Zu­peł­nie co in­nego opo­wia­dał mi pan wła­śnie w Mil­wau­kee.

- Święta prawda! Chcia­łem pana od­wieść od za­miaru. Lę­ka­łem się kło­po­tów. Nie na­daję się do roli mamki, a prze­wi­dy­wa­łem mnó­stwo nie­przy­jem­nych hi­sto­rii. Nie spraw­dziły się. Z pana, dok­to­rze, uro­dzony west­man! Co prawda to do­piero po­czą­tek drogi, ale po­czątki zwy­kle są naj­trud­niej­sze. Hal, daj nam kawy!

Burns bez słowa przy­niósł dwa pełne kubki.

- Kawa nie­raz ra­to­wała mi ży­cie pod­czas tam­tych wście­kłych mro­zów. Nie nu­dzę pana, dok­to­rze?

- Słu­cham z cie­ka­wo­ścią.

- Otóż, Ala­ska to nie tylko mrozy. Jesz­cze In­dia­nie.

- Chyba spo­kojni.

- Dia­bła tam! To tu są spo­kojni na tym niby-Dzi­kim Za­cho­dzie. Cho­ciaż naj­więk­szy krzyk pod­no­szono wła­śnie tu­taj, a nie tam, gdzie wszy­scy czer­wo­no­skó­rzy po­sia­dają strzelby, cho­ciaż broni nie wolno im sprze­da­wać. A poza tym... je­dzą psy! Fu!

Ro­ze­śmia­łem się.

- Sły­sza­łem, że biali w tam­tych stro­nach, gdy im głód do­ku­czy, rów­nież nie gar­dzą psami.

- Prawda - od­parł nie­chęt­nie. - Mnie się to nie zda­rzyło. Na szczę­ście.

- Je­śli czer­woni po­lują na psy, nie jest to jesz­cze naj­gor­sze.

- Żeby tylko na psy! Na lu­dzi rów­nież...

- Nie prze­sa­dza pan? Opo­wia­dano mi wiele o wal­kach czer­wo­no­skó­rych w Da­ko­cie, Mon­ta­nie, No­wym Mek­syku i Ari­zo­nie, ale nic a nic o Ala­sce.

- Bo lu­dzi tam mało, prze­strze­nie ogromne, a wia­do­mo­ści nie do­cie­rają do miast.

W tym twier­dze­niu było sporo prawdy, ale chyba Nor­ton miał dość po­wierz­chowne in­for­ma­cje o lu­dach za­miesz­ku­ją­cych Ala­skę. Ten kraj na­le­żał do Sta­nów do­piero od dwu­dzie­stu lat, a mi­nie jesz­cze ze sto, za­nim go bę­dzie można do­kład­niej spe­ne­tro­wać[2]. Po­wie­dzia­łem więc tylko:

- Han­dluje pan z In­dia­nami, ale ja­koś nie cie­szą się pana sym­pa­tią, czyżby ten han­del był mało po­płatny?

Spoj­rzał na mnie groź­nie, tak że ocze­ki­wa­łem wy­bu­chu obu­rze­nia. Ale po­my­li­łem się.

- Pan mnie krzyw­dzi, dok­to­rze, ta­kim po­dej­rze­niem. Sym­pa­tia nie ma nic wspól­nego z han­dlo­wym in­te­re­sem. Żeby po­wie­dzieć prawdę, to ja ich lu­bię i my­ślę, że z wza­jem­no­ścią. Dla­czego? Dla­tego, że nie je­stem oszu­stem, nie wy­mie­niam dziu­ra­wych ko­ców na srebrne ozdoby na­wah­skie i nie wy­łu­dzam zło­tego pia­sku za ba­ryłki ogni­stej wody. Cho­ciaż tak czy­niło przede mną bar­dzo wielu wę­drow­nych han­dla­rzy. Ja lu­bię czer­wo­no­skó­rych, ale to wcale nie zna­czy, iż ich nie roz­róż­niam. Są tacy, są owacy. Po­dob­nie jak i u nas. Przy­znam, że nie­je­den raz do­brze za­leźli mi za skórę, ale pa­mię­tam, że ze strony bia­łych jakże czę­sto sto­so­wano oszu­stwo, mord i wy­zysk. Nie je­stem tra­pe­rem ani west­ma­nem, nie mam na su­mie­niu ani jed­nego czer­wo­nego wo­jow­nika, ale też wiem, że nie każdy z nich ma aniel­skie skrzy­dła u ra­mion.

- Oczy­wi­ście. Jed­nak warto chyba pa­mię­tać, że ich zbrojne wy­prawy uspra­wie­dli­wiała na­sza za­chłan­ność. Szczu­li­śmy jedne ple­miona prze­ciwko dru­gim. Czy nie tak?

- Ho, ho! - ro­ze­śmiał się. - Wi­dzę, że jest pan kan­dy­da­tem na "brata" czer­wo­nych twa­rzy. Jaka szkoda, że nie może pan do końca od­być tej wę­drówki w moim to­wa­rzy­stwie. Uła­twił­bym panu lep­sze po­zna­nie daw­nych wład­ców tej ziemi.

- Nie­stety - od­par­łem, z tru­dem za­cho­wu­jąc po­wagę - je­stem umó­wiony z przy­ja­cie­lem w El Paso.

- Wiem, wiem. I przy­znam szcze­rze, że na­dal lę­kam się o tamtą część pań­skiej drogi. Sa­mot­ność, dok­to­rze, to nie­zbyt przy­jemne to­wa­rzy­stwo. Zwłasz­cza dla ko­goś, kto pierw­szy raz wy­biera się tak da­leko.

- Ja­koś dam so­bie radę.

- Bar­dzo pan nie­fra­so­bliwy jak na le­ka­rza.

- Moi pa­cjenci są in­nego zda­nia. Kie­dyś... zresztą, mniej­sza z tym - prze­rwa­łem.

O mało się nie zdra­dzi­łem, że pra­co­wa­łem jako chi­rurg w szpi­talu w Mil­wau­kee. Co prawda, wielu le­ka­rzy było za­trud­nio­nych w tam­tym szpi­talu, ale ża­den z nich nie od­szedł z ta­kim hu­kiem, jak ja. Je­den z miej­sco­wych dzien­ni­ków za­rzu­cił mi prze­cież wów­czas (w 1880 roku), iż sto­suję zna­chor­skie me­tody le­cze­nia! Po­in­for­mo­wał czy­tel­ni­ków, że wpu­ści­łem na te­ren szpi­tala dwóch czer­wo­no­skó­rych i że zgo­dzi­łem się na za­sto­so­wa­nie ich me­tod w sto­sunku do pa­cjenta ciężko cho­rego. Tym pa­cjen­tem był znany tra­per i przy­ja­ciel In­dian - Ka­rol Gor­don, a nie­spo­dzie­wani go­ście - wo­dzami ple­mie­nia Czar­nych Stóp. Gor­do­nowi gro­ziła wów­czas am­pu­ta­cja nogi, czego prze­cież nie mo­głem do­ko­nać wo­bec ostrego sprze­ciwu pa­cjenta.

I to nie był błąd, że do­pu­ści­łem In­dian do Gor­dona, bo­wiem wła­śnie ich ku­ra­cja po­skut­ko­wała w spo­sób zdu­mie­wa­jący. Ope­ra­cja stała się zbędna, ale ja z trza­skiem wy­le­cia­łem z po­sady. A Ka­rol Gor­don stał się póź­niej moim na­uczy­cie­lem, dzięki któ­remu za­po­zna­łem się z uro­kami pre­rii, la­sów i gór oraz ze zwy­cza­jami czer­wo­nych na­ro­dów.

Sprawa wów­czas była gło­śna i Nor­ton na pewno o niej sły­szał. Gdy­bym wy­znał, że pra­co­wa­łem w szpi­talu, mu­siałby szybko sko­ja­rzyć moją ochotę do wę­dró­wek po Dzi­kim Za­cho­dzie z tam­tym wy­pad­kiem, a na tym wcale mi nie za­le­żało.

- Nie będę się spie­rał, dok­to­rze, prze­cież panu za­wdzię­czam zdro­wie, ale że mi pan szpet­nie przy­mó­wił o nie­po­płat­nym han­dlu, po­wiem, że tra­fił pan bli­sko celu. Na tych wę­drów­kach nie za­ra­biam ani mi­lio­nów, ani ty­sięcy, ale też nie do­kła­dam. Tro­chę trak­tuję to, jak let­nią wy­cieczkę. Pew­nie to pana dziwi?

- Nic a nic - od­par­łem szcze­rze, po­nie­waż co­roczne wy­prawy na Za­chód od lat stały się moim zwy­cza­jem. Cią­gnęła mnie, mo­gła cią­gnąć i Nor­tona tę­sk­nota za roz­le­głą pre­rią i za spo­ko­jem da­le­kich prze­strzeni.

Urwa­li­śmy roz­mowę wpa­trzeni w łuny za­chodu pło­nące nad ho­ry­zon­tem. Obo­zo­wa­li­śmy w na­tu­ral­nym wklę­śnię­ciu pła­skiej jak taca łąki, po­ro­śnię­tej rzadką trawą. Ko­li­ste wznie­sie­nie chro­niło nas od wia­tru i tylko na wy­pa­dek desz­czu nie było od­po­wied­nim obo­zo­wi­skiem: woda szybko wy­peł­nia­łaby za­głę­bie­nie. Ale nic nie zwia­sto­wało zmiany po­gody.

Niebo było bez­chmurne, szu­miał bór, czarną ścianą za­zna­cza­jący się na nie­da­le­kiej gra­nicy pre­rii, gdzie pły­nął nie­wielki stru­myk. Tam wła­śnie nad tym stru­my­kiem po­ru­szały się łby na­szych spę­ta­nych wierz­chow­ców. Jak na moje do­świad­cze­nie - po­zo­sta­wio­nych zbyt bli­sko le­śnych za­ro­śli, w któ­rych mo­gły się kryć naj­róż­niej­sze pusz­czań­skie dra­pież­niki. Zwró­ci­łem Nor­to­nowi uwagę, sta­ra­jąc się, aby nie za­brzmiała zbyt fa­chowo.

- Nie ma stra­chu, dok­to­rze. Znam tę oko­licę jak wła­sną kie­szeń. Ten las nie kryje żad­nego nie­bez­pie­czeń­stwa dla na­szych koni.

Taka pew­ność nie tra­fiła mi do prze­ko­na­nia. Wpraw­dzie na Dzi­kim Za­cho­dzie w miarę upływu lat czwo­ro­no­dzy miesz­kańcy czuli się co­raz mniej pew­nie - co­raz wię­cej my­śli­wych uga­niało się za cen­nymi skó­rami. Nie zna­czyło to jed­nak, by zie­mie te upodob­niły się do parku, w któ­rym po drze­wach śmi­gają tylko wie­wiórki.

Sta­now­czo, mój to­wa­rzysz był zbyt pewny sie­bie. Ale czy mo­głem go prze­ko­nać, nie zdra­dza­jąc, że znam te te­reny znacz­nie le­piej, niż on o tym są­dził? Po­sta­no­wi­łem więc za­ostrzyć wła­sną czuj­ność, na­sta­wić uszy na od­głosy le­śne i mieć stale broń w za­sięgu ręki.

Noc po­woli nad­cią­gała. Bla­dły pur­pu­rowe bla­ski za­chodu i wkrótce sza­rość po­kryła niebo. Czer­wony pas, wi­szący jesz­cze nad li­nią ho­ry­zontu, na­brał od­cie­nia zie­lon­ka­wego. Przy­ga­sał. Wiatr prze­stał dąć i na­gle za­pa­dła zu­pełna ci­sza, jakby ktoś przy­krył pre­rię szkla­nym klo­szem. Trzask pęk­nię­tego pa­tyczka za­brzmiał jak wy­strzał ka­ra­binu. Ale nie wy­wo­łał echa, wsiąkł na­tych­miast ni­czym woda w watę.

- Co u li­cha? - zdzi­wi­łem się i w tym mo­men­cie nie­mal ogłu­szył mnie mój wła­sny głos, który na­tych­miast uto­nął w ci­szy. - Czy spo­tkał się pan z czymś po­dob­nym? - szep­ną­łem.

- Tak. Pod­czas wę­dró­wek po Ala­sce. Ale to działo się w zi­mie, gdy na­wet słowa za­ma­rzają. Hm, wcale nie czuję wia­tru, na­wet ogień przy­gasł, zu­peł­nie jak w oku cy­klonu.

- Mam na­dzieję, że pan się myli - od­par­łem.

Prze­ży­łem już kie­dyś trąbę po­wietrzną na po­łu­dnio­wych rów­ni­nach Ka­nady i mia­łem tego dość na całe ży­cie.

Sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu. Sły­chać było gło­śny chrzęst trawy wy­ry­wa­nej koń­skimi zę­bami, a prze­cież na­sze wierz­chowce pa­sły się o do­brych kil­ka­dzie­siąt kro­ków od nas. Po­czu­łem się ja­koś nie­przy­jem­nie. Prze­czu­cie nie­szczę­ścia?

Przy­po­mnia­łem so­bie, jak Ka­rol Gor­don opo­wia­dał, że wielu do­świad­czo­nych tra­pe­rów, tych naj­lep­szych z naj­lep­szych, od­czuwa ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czony lęk, gdy zbliża się nie­do­strze­galne jesz­cze nie­bez­pie­czeń­stwo. Czyż­bym wy­ro­bił w so­bie tra­per­ski in­stynkt?

Przy­cią­gną­łem ku so­bie strzelbę. Za­szu­rała po tra­wie, jakby wa­żyła kilka ton. Nor­ton do­strzegł mój ruch, a ra­czej usły­szał, i ro­zej­rzał się do­koła.

- Za­uwa­żył pan coś, dok­to­rze? - za­py­tał szep­tem.

- Nie - od­par­łem - jed­nak... nie po­tra­fię tego wy­tłu­ma­czyć... czuję się tak, jak­bym sie­dział na­prze­ciw lufy re­wol­weru. Ale to pew­nie skutki gwał­tow­nej zmiany ci­śnie­nia po­wie­trza - wy­tłu­ma­czy­łem fa­chowo.

Przy­tak­nął.

- Nerwy, nerwy, dok­to­rze. Zda­rza się tak, zwłasz­cza gdy ktoś po raz pierw­szy prze­żywa ta­kie zja­wi­sko.

Nie mo­głem dłu­żej usie­dzieć w miej­scu. Wsta­łem i po­czą­łem krą­żyć do­koła obo­zo­wi­ska, a moje stąp­nię­cia wy­wo­ły­wały trzask su­chych traw, jakby po nich je­chał ciężki wóz.

Sza­rzało co­raz bar­dziej, zo­rze za­pa­dły już w zie­mię, mrok gęst­niał i pierw­sza gwiazda za­bły­sła na czer­nie­ją­cym nie­bie. Ale na­dal nie działo się nic, co warte by­łoby na­szej uwagi. Ko­nie były spo­kojne. Dwa z nich uło­żyły się już do snu, po­zo­stałe szczy­pały trawę. Wró­ci­łem.

- I cóż, dok­to­rze?

- Nic. Wierz­chowce nie zdra­dzają nie­po­koju. Chyba to...

Urwa­łem, bo w tej se­kun­dzie do­biegł mo­ich uszu tę­tent ko­pyt, jak gdyby szybko bie­gną­cego kłu­saka.

- Sły­szy pan?

Nor­ton po­de­rwał się z ziemi.

- W cień! - roz­ka­zał. - Za do­brze nas tu wi­dać.

Ktoś gnał w na­szą stronę z nie­wi­docz­nej dali. Nie­znany przy­bysz pod­czas nocy - trzeba być przy­go­to­wa­nym na każdą nie­spo­dziankę.

Sko­czy­li­śmy poza krąg bla­sku rzu­ca­nego przez do­pa­la­jące się po­lana.

Dud­nie­nie ko­pyt zbli­żało się, aż z czerni nocy wy­padł czar­niej­szy jesz­cze stwór. Za­chra­pał i za­trzy­mał się rap­tow­nie w mi­go­tli­wym świe­tle ogni­ska. Koń!

Wy­glą­dał jak po­twór ze złej bajki. W drżą­cym świe­tle pło­mieni to nikł, to uka­zy­wał się na­szym oczom. Może wła­śnie z tego po­wodu wy­da­wał się zdu­mie­wa­jąco wielki, a może dla­tego, że sta­nął na sa­mym szczy­cie na­tu­ral­nego na­sypu oka­la­ją­cego nasz obóz, a my le­że­li­śmy ni­żej?

Ża­den z nas się nie pod­niósł. Cze­ka­li­śmy, tłu­miąc od­de­chy, czy za spło­szo­nym zwie­rzę­ciem nie wy­chy­nie z mroku łeb ja­kie­goś dra­pież­nika albo nie za­tętni po­goń zbroj­nych jeźdź­ców. Ale nic, ci­sza.

Ogni­sko przy­ga­sało i już tylko ja­sna smuga ró­żo­wiła nie­ru­chome ko­pyta, po­tem i ona zni­kła. Ciem­ność za­kryła zwie­rzę niby czar­nym płasz­czem. Pod­nio­słem dłoń za­ci­śniętą na zamku sztu­cera.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki