Wendeta - Damian Śwircz

Reflow text when sidebars are open.
Stałem i przyglądałem się. Z każdą kolejną wolno skapującą sekundą narastało we mnie rozkoszne uczucie błogostanu. Na mojej twarzy bezwiednie malował się coraz szerszy uśmiech pogardy. Kwitła we mnie duma, gdy obserwowałem jego wykrzywioną w śmiertelnym grymasie szkaradną gębę. Z jego ust wydobywała się ciemnoczerwona piana (podobna do tej, która kiedyś w trakcie gotowania buraków kipiała mamie z poobijanego garnka), białka oczu podchodziły krwistym zabarwieniem, a ich modry błękit z wolna ukrywał się za mgłą. Pomarszczone dłonie z zażółconymi paznokciami, podrywane ostatnimi impulsami tego plugawego cielska, drżały jeszcze lekko, a z krocza przesiąkał smród odchodów. Z satysfakcją obserwowałem, jak ślepym, już prawie martwym wzrokiem błądził po suficie. Z kącików jego oczu pociekły pojedyncze, już chyba ostatnie łzy.
- No i co, tatusiu, nędzo obrzydliwa? - Gumowymi rękawiczkami złapałem go za czoło i obróciłem jego głowę w moją stronę. - Wreszcie twój parszywy żywot dobiega końca. Już nigdy więcej nas nie zranisz. - Splunąłem na niego. - Wiesz, czego teraz najbardziej żałuję, patrząc na ciebie, śmierdzący skurwysynu? - Przybliżyłem swoją twarz do jego. - Że zabijam cię dopiero dziś - wysyczałem. - Mogłem to zrobić już parę lat temu, może wtedy nie byłbym taki zepsuty. Mogłem to zrobić, gdy tylko dojrzałem, a wtedy Agnieszka by żyła, Tomek nie tkwiłby w łóżku jak marchewka w ziemi. Za chwilę tu spłoniesz i mam nadzieję, że zrobisz to jeszcze żywcem. Świat o tobie szybko zapomni, bo o takich skurwysynach jak ty nie można pamiętać - wyrzuciłem z siebie jak z karabinu i odszedłem od niego, a na mojej twarzy malował się lekki uśmiech.
Jego oddech zmienił się w charczenie, teraz już wiedziałem, jak brzmi grzechotka śmierci. Miałem świadomość, że ten stan nie potrwa długo. Wziąłem ze stojącego obok starego drewnianego stołu butelkę wódki i rozlałem po jego ciele, a pustą rzuciłem na wersalkę, która stała nieopodal. Przeszedłem do kuchni, odkręciłem kurek kuchenki zasilanej gazem propan butan z butli i wróciłem do łóżka, na którym umierał.
- To tyle. Wierzę, że tam, dokąd trafisz, będziesz doświadczał znacznie gorszego piekła od tego, które zgotowałeś nam we własnym domu - powiedziałem beznamiętnie, po czym zostawiłem na kanapie odpalonego przez niego parę chwil wcześniej papierosa. - A owoc sprawiedliwości jest siany w pokoju przez tych, którzy czynią pokój. Amen, bydlaku! - krzyknąłem, odchodząc od konającego ciała.
Szedłem pewnie przed siebie, zostawiając z tyłu opuszczony drewniany dom jego matki, w którym ostatnimi czasy tak bardzo lubił wlewać w siebie wódkę. Zamknąłem za sobą drzwi, następnie furtkę i poszedłem do zaparkowanego dwieście metrów dalej, na skraju lasu, starego Opla Astry. Oparłem się o tył auta, zdjąłem z dłoni granatowe nitrylowe rękawiczki, po czym wyjąłem z kieszeni zmiętą paczkę papierosów i zapalniczkę. Odpaliłem jednego i niespiesznie zerkałem w stronę domu, chcąc się upewnić, czy w ciągu kilku minut zobaczę unoszące się z niego kłęby dymu. Kiedy brałem ostatniego bucha, w oddali pojawiły się pierwsze czarne obłoki, a zaraz po tym usłyszałem głośny wybuch butli gazowej. Zgasiłem butem niedopałek, wsiadłem do auta i odjechałem do swojego smutnego, ponurego miasta. Tamtego dnia naprawdę wierzyłem, że życie bez osoby, która sprawiła nam tyle obrzydliwego bólu, będzie już tylko lepsze.
- Proszę wejść, panie Zbyszku - powiedziała kobieta, kiedy niepewnie zapukałem do drzwi.
- Dzień dobry pani - odpowiedziałem, ostrożnie wchodząc do gabinetu.
Jego wnętrze robiło ponure wrażenie. Ściany, które zapewne kiedyś były białe, teraz zachodziły grzybem i szarością minionych lat. Na środku stało brązowe biurko, którego wydrapane plecy były pierwszym, co zwracało uwagę wchodzących. Bez wątpienia siadali przy nim tacy jak ja. Oprócz spracowanego mebla czekało na nich też wysłużone ciemnozielone krzesło. Z drugiej strony biurka siedziała kobieta. Trudno było określić jej wiek. Mogła mieć pięćdziesiąt lat, a może sześćdziesiąt. Wyglądała tak samo ponuro i beznamiętnie jak całe to pomieszczenie. Krótko obcięte siwiejące włosy, podkrążone oczy, uwidocznione kości policzkowe i usta, które raczej już od dawna się nie uśmiechały. Na czarną koszulkę miała założony bordowy sweter. Za jej plecami znajdowało się okno zasłonięte żaluzjami ustawionymi tak, by wpuszczały tylko odrobinę światła zewnętrznego. W prawym rogu stała stara juka, z której zwisało kilka suchych liści. Pokój wypełniony był zapachem taniego odświeżacza powietrza, który nieudolnie maskował papierosowy smród.
- Jak się pan dziś czuje? Nie widzieliśmy się blisko trzy miesiące. Może opowie pan, co w tym czasie pana spotkało, co pan czuł? - zagadnęła, przyglądając mi się uważnie. - Może udało się panu przepracować jakiś problem?
- A jak ja się mogę czuć? Tkwię w poczuciu bez celowego istnienia w tym pierdziszewie, jak robak na wysypisku śmieci. Bo czym innym my niby jesteśmy, co? Należę do społeczeństwa, jak w sumie każdy, chodzę po tych smutnych, szarych ulicach, kiedy trzeba, to wymuszam z siebie uśmiech, a jak innym razem wypada, to powiem dziękuję lub do widzenia. Jem śniadanie, mniej piję, ale za to nie palę wcale, katolik ze mnie marny, kiedyś może wierzący niepraktykujący, a dziś po prostu będący. Tkwię w tym powtarzającym się cyklu życia, starając się, na ile mogę, ukryć swoją twarz, swoją złość i frustrację. Po części dlatego jestem dziś u pani. Nie przyszedłem dlatego, że chciałem. Jestem tu, bo tak wypada, bo wiem, za jakiego wariata mnie pani ma. - Niepewnie spojrzałem na lekarkę, jednak ona nie zareagowała w żaden sposób. Notowała coś skrupulatnie, a ja zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle mnie słucha. - Ale powiem pani coś jeszcze - kontynuowałem, chyba bardziej dla siebie niż dla niej - cały ten popieprzony świat jest wariatem. My wszyscy jesteśmy wariatami i pani również, i nawet swoimi lekami pani tego nie zmieni. - Smutno opuściłem głowę i zacząłem drapać obdrapane już wcześniej plecy biurka.
- Nie powinien pan tak myśleć - odpowiedziała jakby mechanicznie. - A czy przyjmuje pan leki, które przepisałam na ostatniej wizycie? - Spojrzała na zegar wiszący tuż nad drzwiami wejściowymi za moimi plecami.
- Te, po których czułem się jak żuk gnojownik na jeszcze bardziej śmierdzącym wysypisku? - Zaśmiałem się smutno, całkiem zadowolony ze swojego pseudopoetyckiego porównania. - Nie, nie przyjmuję ich. Nic nie zmieniały, a jedynie mnie usypiały, ciężko było mi po nich normalnie - pokazałem palcami gest cudzysłowu - funkcjonować. - Drapałem dalej mebel.
- No tak... - westchnęła głośno, po czym sięgnęła po rażąco żółty kubek z kawą i napiła się. W gabinecie zapadło milczenie.
- Czy to już koniec wizyty? Chyba w ogóle niepotrzebnie tu przychodziłem - zapytałem po chwili. Przestałem skrobać biurko. Ukryłem dłonie we włosach, masując głowę.
- Nie, panie Zbyszku, jeszcze nie kończymy. Myślę nad tym, co mogę panu zaproponować. Nie będę ukrywać, że najchętniej skierowałabym pana do siebie na oddział, tam mielibyśmy najlepszy wpływ na leczenie, przeszedłby pan wreszcie terapię.
- Wykluczone - warknąłem. - Przecież wie pani, że nie mogę zostawić brata samego w domu, on nie ma nikogo poza mną.
- Wiem i póki co to jest jedyna rzecz, która trzyma pana poza szpitalem. Proszę mi opowiedzieć o swoich kontaktach społecznych. Może tu coś się zmieniło? - Spojrzała na mnie z nadzieją zmieszaną z żalem.
- Nie lubię ludzi, to pani doskonale wie, nie akceptuję ich zachowań, tego ich ubóstwianego egoizmu przykrytego chęcią pseudopomocy i egzaltowanej wiary. Ale wie pani co? - Popatrzyłem na nią, mrużąc oczy. - Los najprawdopodobniej chciał ze mnie zadrwić, ponieważ od niedawna pracuję jako ochroniarz w dyskoncie i kilkanaście dni temu coś się zmieniło. - Kącik ust drgnął mi lekko, układając usta w lekki uśmiech. - Szef przyjął nową kasjerkę, stara wreszcie poszła na emeryturę. Ma na imię Andżelika, młoda dziewczyna. Chce pani wiedzieć, co jest w niej takiego wyjątkowego, że przy niej czuję się lepiej, że inni ludzie w tym czasie mi nie przeszkadzają?
- Powiedz, proszę. - Złożyła dłonie na biurku. Chyba pierwszy raz zwróciła się do mnie bezpośrednio i ze szczerym zainteresowaniem.
- Moja siostra zmarła prawie dziesięć lat temu. Nie wiem, jak wyglądałaby dziś, ale Andżelika jest jak jej siostra bliźniaczka. Ma identyczny uśmiech, kolor oczu i włosów, to trochę tak, jakby istniała ludzka kserokopiarka. Nawet urodziła się w tym samym roku. - Psychiatra przyglądała mi się uważnie. - Mam wrażenie, że mnie lubi, w przeciwieństwie do innych nie traktuje mnie jak powietrze, jak dziwaka, który kręci się bez celu po tym cholernym sklepie. Wita się ze mną, rozmawiamy, czasem opowie mi, jak minął jej poprzedni dzień. - Na chwilę się zamyśliłem. - Kiedy nie patrzy, obserwuję ją. Czuję, jakby była w niej Agnieszka.
- Rozumiem. - Psychiatra wydawała się lekko zaskoczona moim zwierzeniem. - To bardzo ważne, że poznałeś kogoś takiego, ale pamiętaj, że ona nie jest twoją siostrą. Może zostać twoją przyjaciółką, ale nie powinieneś jej traktować jak siostry. Pamiętaj też, żeby nie wywierać na nią nacisku. Ciesz się tą relacją i dbaj, by była ona zdrowa. - Po chwili spojrzała mi prosto w oczy. - Podoba ci się?
- Jest bardzo ładna, ale tu nie o to chodzi. - Zawstydzony lekko spuściłem wzrok. - Ja po prostu czuję się przy niej lepiej, spokojniej. Jest lepsza niż te wszystkie durne leki i puste zdania, które od pani dostałem.
- A poza pracą i Andżeliką? Jak wyglądają twoje relacje z innymi? - Patrzyła na mnie, jakby chciała czytać z moich ruchów. Ta wizyta zaczynała mnie już męczyć, miałem ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić do domu.
- Dobrze - prychnąłem. - Jak niby mają wyglądać, kiedy większość ma mnie w dupie? Lubię robić zakupy w swoim małym osiedlowym sklepiku, prowadzi go przemiła pani Ela. Poza tym do Tomka przychodzi fizjoterapeuta, dogadujemy się, czasem nam pomaga. Możemy już kończyć? - Zacząłem się niecierpliwić. - Chyba nie mam nic więcej do powiedzenia. - Ponownie zacząłem drapać plecy biurka.
- W porządku - westchnęła. - Przepiszę ci jeszcze leki, tym razem inne. Wykup je i, proszę, przyjmuj systematycznie chociaż przez miesiąc. Wtedy powinieneś poczuć różnicę. Pamiętaj, że gdybyś zmienił zdanie co do szpitala, to jestem otwarta oraz nadal mocno namawiam cię do rozpoczęcia terapii. Jest wiele możliwości jej poprowadzenia. Naprawdę życzę ci odnalezienia spokoju i nie poddawaj się w staraniach. Twoje życie jest bardzo cenne. - Lekarka próbowała się uśmiechać. Ewidentnie chciała, żeby te wytarte frazesy zabrzmiały przekonująco, ale jej nie wyszło.
- Do widzenia. - Wyszedłem szybko, mocno zamykając za sobą drzwi. Zbiegłem schodami na parter i pospiesznie wyszedłem z budynku, nie zwracając uwagi na innych. Na zewnątrz było zimno, nawet przyjemnie zimno, co było dobrym impulsem do wyciszenia mojego gniewu. Łapczywie nabrałem chłodnego powietrza w płuca, żeby pozbyć się uczucia duszenia.
Dziś, w ten przeklęty brudny poniedziałek, mija dziesięć lat od samobójczej śmierci mojej kochanej siostrzyczki Agnieszki i pięć od upragnionej śmierci tego starego skurwysyna, zwanego ojcem. On zmarł śmiercią, na jaką zasłużył, w przeciwieństwie do pięć lat młodszej ode mnie Agnieszki. Powiesiła się w parku tuż za naszym blokiem, miała zaledwie czternaście lat. Dopiero po czterech latach przypadkiem dowiedziałem się o piekle, jakie zgotował jej tatuś razem ze swoim kolegą, który swój żywot skończył podobnie do niego, tylko znacznie wcześniej, bo zaraz po tym, jak odkryłem, co ci dwaj robili Agnieszce. Stoję właśnie nad jej grobem, jak co roku o tej martwej porze, kiedy przez wypełniający atmosferę smog brakuje słońca i powietrza. Przez te wszystkie lata nie mogłem pozbyć się wyrzutów sumienia, że nie zadbałem o nią wystarczająco, że tamtego dnia, kiedy chciała ze mną porozmawiać, mnie zabrakło. Wtedy nie wiedziałem, z jak wielkimi demonami się zmagała. Była skryta, nie lubiła mówić o swoich problemach, a mi trudno było się przebić przez mur, który zbudowała wokół swojego dramatu. Owszem, nie była radosną dziewczyną jak jej rówieśniczki, nie biegała z nimi za chłopakami, ale byłem przekonany, że rozumiem, dlaczego tak się zachowuje... Przecież wychowała się bez matki, w domu pełnym smutku i wódki.
- Przepraszam cię, siostrzyczko. Nigdy sobie nie wybaczę, że cię zostawiłem tamtego dnia. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas i cię ochronić. Dziś nie boję się śmierci, jestem silniejszy, zdeptałbym wszystkie te gnidy, by tylko cię odzyskać - mówiłem do siebie cicho, stojąc nad grobem i patrząc na jej zdjęcie przybite do drewnianego krzyża.
Czułem, jak moje dłonie drżą, a po karku przechodzi mi całe mrowisko kąsających mrówek. Odpaliłem gliniany znicz, obok którego położyłem czerwoną różę, i odszedłem. Wracając do auta, przeszedłem na tył cmentarza, gdzie zakopany został ojciec. Nie miał grobowca jak inni. W miejscu pochówku rosły same chwasty, które przekopałem tu z wysypiska cmentarnych śmieci. Kucnąłem przed resztą wbitego w ziemię krzyża, z którego zaczęła już schodzić farba, i rozsypałem zebrane odchody mojej Perły.
- Gnij dalej, stary skurwysynu - powiedziałem, po czym splunąłem, a następnie skierowałem się do auta, które mimo upływającego czasu i pochłaniającej je rdzy jakimś cudem jeszcze służyło.
Byłem już przy drzwiach swojego rumpla, kiedy tuż obok zaparkowała Andżelika. Przyjechała jakimś małym czerwonym modelem Citroena. Wysiadła szybko i machnęła do mnie ręką. Z głośników uciekło powtarzane przez Korę kilka razy "chcę Ci powiedzieć coś". Wyglądała, jakby wróciła z wakacji. Dookoła szaro, brudno i ponuro, a ona w lekkim płaszczu w jasnozielone liście i w czerwonych spodniach, z błękitną bejsbolówką Adidasa na włosach.
- Cześć, Zbyszek! - krzyknęła radośnie.
- Hej, Andżelika, co tu robisz? - zapytałem automatycznie i od razu, jak tylko usłyszałem swoje słowa, zrobiło mi się wstyd. Rany, co za pytanie!
- Przyszłam w odwiedziny do brata. - Nie traciła poczucia humoru.
- Słucham? Mieszka tu?
- Można tak powiedzieć, sektor G, rząd 12. - Puściła mi oczko.
- Jezu, przepraszam, przykro mi. - Na mojej twarzy pojawił się grymas niezręczności.
- Nic się nie stało. To już w sumie stara sprawa, kiedyś nie mogłam sobie z tym poradzić. Byłam wściekła na cały świat, obwiniałam wszystkich, szukałam zemsty. Dziś po prostu lubię go odwiedzać.
- Rozumiem - skłamałem. - Ja przychodzę do siostry. - O ojcu nie zamierzałem wspominać. - Ale mimo upływu lat nie potrafię sobie poradzić ze stratą. - Spuściłem wzrok.
- Przykro mi. - Było widać, że mówi to szczerze.
- Jak zmarł? - wypaliłem, nie wiedzieć czemu. Miałem wrażenie, że strzelam jedną gafę za drugą.
- Nie powiem, zaskoczyłeś mnie swoją bezpośredniością. - Zaśmiała się delikatnie i nerwowo odgarnęła włosy z twarzy, jednak jej miękkie pukle nie chciały zostać z tyłu i wracały wciąż, miotane wiatrem. - Dziesięć lat temu zaginął bez śladu. Został znaleziony przez psa, który zerwał się ze smyczy kilka tygodni później. Poćwiartowany, spakowany w worki po ziemniakach, zakopany w lesie. Policji nie udało się nic ustalić - wyrecytowała jednym tchem. Widziałem, jak jej oczy zalewa smutek.
- Bardzo mi przykro. Nie będę cię już zatrzymywał, miło było cię spotkać - powiedziałem i otworzyłem drzwi swojego auta, mając nadzieję, że nie zaliczę już żadnej wpadki.
- Mnie również. Może kiedyś uda nam się spotkać w innym miejscu niż cmentarz lub market. - Uśmiechnęła się, pomachała ręką i odeszła.
- Chciałbym... jakby-siostro - westchnąłem sam do siebie, wsiadając do bordowej Astry.
Odpalenie starego Opla zawsze było niewiadomą. Stara niemiecka precyzja dla ludu sprawiała, że nigdy nie wiedziałem, czy w silnik tego substytutu samochodu wstąpi życie za pierwszym czy za piątym razem. Już kilka razy obiecywałem mu zezłomowanie, jednak kiedy przeliczyłem sobie, ile mojej cieciowej pensji idzie na utrzymanie mnie i opiekę nad moim sparaliżowanym bratem, wiedziałem, że musimy się dalej jakoś dogadywać. Zaletę miał taką, że jego naprawy były tanie i proste, a by jechać przed siebie, nie potrzebował hektolitrów paliwa.
Szary i bury listopad dobitnie podkreślał styl egzystencji w naszym smutnym i nijakim mieście. Wstałem rano, wyjrzałem przez okno pokoju na czwartym piętrze naszego bloku i, jak co ranek, zobaczyłem ten sam ponury obrazek. Nie był to Lublin, nie był to Kraków, Sopot, Warszawa, a nawet nie był to Radom czy Zwoleń. Szare bloki, w brzuchach których ukryte były ludzkie żywoty, latarnie rozświetlające dziurawe ulice, drzewa, z których już dawno spadły liście, nieco w oddali różowy neon dyskontu, w którym pracowałem i który w mglisty i deszczowy poranek swoją poświatą sprawiał wrażenie, jakbyśmy wszyscy mieszkali w wielkim burdelu. Nienawidziłem tego brudnego miasta, miejsca, w którym musiałem mieszkać, oraz tego obok, w którym pracowałem. Nie mogłem znieść ludzi, którzy z poczuciem wyższości robili tam zakupy.
Niestety od jakiegoś czasu ta robota była dla mnie i Tomka głównym źródłem dochodu. Owszem, on dostawał rentę, ale ta była obrzydliwie poniżająca. Opiekowałem się nim najlepiej, jak tylko umiałem, chociaż często było to cholernie trudne. O oddaniu brata do domu opieki nie było mowy, a na stałą opiekę pielęgniarską nie było nas stać. Co drugi dzień przychodził do niego rehabilitant z fundacji, która zaopiekowała się nim zaraz po wypadku, a raz w tygodniu zaglądała do nas opiekunka socjalna, której pomoc była niestety całkowicie nieodczuwalna. Tomek był ode mnie młodszy o trzy lata, a w obecnym stanie znajdował się od siedmiu lat. Lekarze po urazie rdzenia kręgowego na poziomie C4 i wystąpieniu stałej tetraplegii dawali mu góra rok życia.
- Daaaj miii wooodyyy. - Z zamyślenia i wpatrywania się w różowy neon wyrwał mnie zniekształcony i rozciągnięty głos Tomka.
Odwróciłem się, podszedłem do jego łóżka. Podwyższyłem oparcie, a następnie podałem mu kubek z plastikową słomką.
- Cześć, brat, napij się i śpij dalej. Jest wcześnie, dopiero piąta - powiedziałem, jedną ręką trzymając naczynie, a drugą przytrzymując mu głowę. - Wyjdę za chwilę do osiedlaka po pieczywo i co tam będzie nam jeszcze potrzebne i zaraz do ciebie wracam - dodałem.
Jak każdego dnia rano wyszedłem z mieszkania do osiedlowego sklepiku, który był niczym wehikuł czasu przenoszący człowieka dwadzieścia, a może nawet trzydzieści lat wstecz. Wziąłem ze sobą Perłę, mojego brązowego kundelka, którego znalazłem ponad miesiąc temu przywiązanego koło wejścia do dyskontu. Skończyłem wtedy zmianę, sklep był już zamknięty, a w pobliżu biednego, mokrego i płaczącego psa nikogo nie było. Wyjąłem z plecaka bułkę z szynką, której nie zjadłem w pracy, i wędliną poczęstowałem zwierzaka. Rzucił się na nią łapczywie, pomyślałem więc, że musi tu być od wielu godzin. Nie zastanawiając się długo, odwiązałem smycz i zabrałem psa ze sobą. Imię Perła zawdzięczała puszkom po piwie, które leżały obok niej. Nikt nigdy w sklepie nie zapytał o nią, więc została ze mną na stałe. Poza tym nawet gdyby ktoś pytał, to wątpiłem, czy bym ją oddał. W moim mieszkaniu szybko nabrała sił, jej sierść zrobiła się przyjemnie połyskująca. Była drobna, nie sięgała mi nawet kolan, i niemalże cała brązowa - jedynie prawe ucho miała czarne, dzięki czemu zyskiwała na uroku. Bardzo szybko się do siebie przywiązaliśmy, stała się moją najlepszą przyjaciółką. Chodziliśmy ze sobą niemal wszędzie, poza moją pracą, oczywiście. Kiedy nie było mnie w domu, lubiła wskakiwać do Tomka na łóżko i najczęściej tam zasypiała. Jemu jej obecność też dobrze zrobiła.
Kiedy wyszedłem z klatki, moją uwagę zwrócił plakat wiszący na drzwiach. Nie wierzę - przeszło mi przez głowę. Stałem i patrzyłem na reklamę naszego pożal się Boże markeciku, w którym pracowałem, a w zasadzie na zdjęcie przedstawiające wielki kawał szynki, kiełbasę i parówki z uwielbianej tu przez większość masarni "Od teściowej". Nad wszystkim królował wielki napis "promocja". Ja pierdolę, gówno takie, że psy i koty tego nie chcą jeść, a i tak całe osiedle się rzuci, jakby płatki złota z tym mieszali - pomyślałem. Kiedy ja marnowałem czas, rozmyślając o chemicznych wyrobach z kości, skór i pewnie kartonu, Perła od razu pobiegła pod najbliższą thuję, żeby załatwić poranne potrzeby, a następnie poszliśmy do sklepu. Wystarczyło, że zbliżyliśmy się do niego na kilka metrów, a ona już wściekle warczała. Podobnie jak ja nienawidziła wystających tam od samego rana do późnego wieczora alkoholików. Zawsze, gdy tylko się do nich zbliżaliśmy, szczekała głośno i skakała w ich stronę, szczerząc kły.
- Mówiłem ci, żebyś tu z nią nie przychodził, bo jak mnie któregoś dnia dziabnie, to jej ten pusty łeb ukręcę, zrozumiesz to wreszcie?! - wykrzyczał jeden z mężczyzn.
Znałem go bardzo dobrze, chlał, co popadło, odkąd pamiętałem. Miał kiedyś żonę i dziecko, ale będzie już z pięć lat, jak od niego uciekli. Od tamtej pory ta łajza praktycznie zamieszkała pod sklepem, zaczepiając prawie wszystkich klientów. Chyba zawsze był w tych samych śmierdzących i brudnych ciuchach, na których, poza plamami, przybywało tylko dziur. Twarz opuchnięta, oszpecona bliznami i ranami, siwe, długie i poplątane włosy, podobna do nich broda. Dłonie brudne, buty dziurawe. Podobno kiedyś pracował jako konserwator w pobliskiej szkole podstawowej, ale wyrzucili go za napastowanie nauczycielek.
- Wiesz co, Jarosław? Przeproś ją lepiej, bo pewnego dnia to twój kark może zostać skręcony, śmierdzący pijusie. Za mało jeszcze w życiu straciłeś, co? - Odszedłem, nie wdając się w niepotrzebne dyskusje, które i tak nic by nie zmieniły.
Wziąłem Perłę na ręce i weszliśmy razem do sklepu, który swoim wyglądem i usytuowaniem zawsze przypominał mi dom Carla ze znanej disnejowskiej animacji. Ten, którym stary mężczyzna odleciał w poszukiwaniu spełnienia marzenia.
Sklep znajdował się w starym drewnianym domu, ostatnim, który jakimś cudem nie został zburzony i teraz stał samotnie pomiędzy blokami. W przedniej, mniejszej części budynku znajdowały się dwa pomieszczenia przeznaczone na prowadzenie sprzedaży. W większym był sklep, a tuż obok niego - małe zaplecze. Reszta stanowiła dom Elżbiety Markowskiej, właścicielki tego interesu.
Zaraz po otworzeniu drzwi do nozdrzy dostawał się charakterystyczny zapach starego drewna, a tuż po nim aromat warzyw, które poukładane były na małym regaliku pod ścianą, zaraz za drzwiami. Woń zieleniny po chwili mieszała się ze świeżym pieczywem, wyłożonym tuż obok. Wchodząc głębiej, można było znaleźć, i niekiedy też poczuć, przyprawy, zioła, sosy, makarony i inne tego typu produkty, do których coraz mocniej dołączał się zapach chemii umieszczonej w rogu pomieszczenia. Po drugiej stronie stała lodówka z napojami, a obok niej, na małym regaliku, wyłożone były pojedyncze pisma dla kobiet, szukające tandetnych sensacji tabloidy i programy telewizyjne, które wśród starszych mieszkanek miasta dalej cieszyły się ogromnym powodzeniem. Pod nimi ułożone były jeszcze kolorowanki i czasopisma dziecięce. To, co mnie najbardziej cieszyło u pani Eli, to brak ogromnej tęczowej witryny na całą ścianę, na której pieczołowicie ustawione byłoby alkoholowe gówno. Tu, zamiast tego, była mała półka z dosłownie kilkoma butelkami wódki, puszkami piwa i dwoma rodzajami wina. Właścicielka sklepu wolała pielęgnować piękną ścianę kwiatów doniczkowych. Były to rośliny proste, które w większości spotkalibyśmy w prawie każdym pobliskim mieszkaniu. Zajmowała się nimi hobbystycznie, ale jeśli któraś wpadła komuś w oko, mógł ją odkupić za dowolną kwotę, a nawet wziąć za darmo. Dostrzegłem tam dwa kaktusy i aloes, fikusy, kilka paproci, jakiś nieznany mi kwiatek z dużymi zielonymi liśćmi, jukę i trzy gardenie, a na końcu drzewko cytrynowe.
- Dzień dobry, panie Zbyszku i nasza piękna Perełko! Zobacz, co ciocia ma dla ciebie! - powitała nas jak zawsze przesłodko sklepowa, wyciągając spod lady zapakowane starannie w papier skrawki wędliny i mięs, które, nie wiem czemu, zwykła nam dawać za darmo.
- Dzień dobry, pani Elu. Jak zawsze serdecznie dziękujemy. - Uśmiechnąłem się do niej w geście wdzięczności. Lubiłem tę kobietę. Nie miała w życiu łatwo, a mimo to nie straciła swojej pogodnej i życzliwej duszy.
- Oj, panie Zbyszku. Pan wie najlepiej, że dobrym ludziom to zawsze trzeba pomagać, w przeciwieństwie do tych szumowin, co to tam cały dzień wystają. - Machnęła zaciśniętą pięścią w stronę wyjścia, w pobliżu którego stali mężczyźni. Można było zauważyć, jak zaciska zęby ze złości.
- Pani też dokuczają? - zapytałem szczerze zainteresowany i zdenerwowany, opierając zaciśniętą pięść na ladzie.
- Bo mało to razy któryś nasikał mi na ścianę? Bałagan cały czas zostawiają, butelki tłuką. Po policję dzwoniłam nieraz, ale oni się policji nie boją, bo mandatów i tak nie zapłacą, a na dołku jeszcze się prześpią albo pojedzą. Za to później się tylko nasłucham, jaka to ja konfidentka jestem. - Kobieta, mówiąc te słowa, zrobiła się cała czerwona na twarzy. Miałem wrażenie, że gdzieś w jej oczach pojawiły się malutkie łzy bezradności.
- Przykro mi. Jak pani chce, to może spróbuję ich przegonić. - Szczerze wątpiłem, by cokolwiek to dało, ale wiedziałem, że propozycja wsparcia kobiety będzie mile odebrana. - Szkoda, że pod dyskontem nie są tacy cwani. Ile byłoby z nich pożytku, gdyby chociaż raz w tygodniu posprzątali po sobie, ale przecież dla takich jak oni to już za ciężka praca - dorzuciłem.
- Kochany pan jest, panie Zbyszku, ale nie trzeba, niech się lepiej pan swoim zdrowiem zajmie, zamiast tracić czas na tę patologię. - Kręciła głową zrezygnowana.
- Pani zdrowie tak samo ważne. - Uśmiechnąłem się do niej.
Kobieta miała na oko sześćdziesiąt lat, od około dwudziestu była wdową, nie miała dzieci. Całym jej światem był jej sklep i jego klienci. Codziennie od lat stała za ladą, niezmiennie w tym samym granatowym fartuchu w czerwone maki. Podobnie czerwone były jej krótko obcięte włosy. Twarz zdążyła się już mocno pomarszczyć, a ciało okropnie wychudzić przez nałogowo palone papierosy. W uszach nosiła lekkie kolczyki z ruskiego złota, na prawym nadgarstku zegarek na czerwonym pasku. Stała tu trochę jak dinozaur. Kiedy dookoła, jak przerzuty raka, wyrastały różne popularne dyskonty, a nawet wielki hipermarket, inne podobne sklepiki systematycznie upadały, przegrywając walkę o klienta z większymi, kuszącymi ciągłymi promocjami molochami. Spożywczak pani Eli jako jedyny trwał. Nie miałem pojęcia, czy ona ma z niego jakiekolwiek zyski, ale jeśli miałem iść na jakiekolwiek zakupy, to tylko do niej. Nigdy nie zrobiłem ich w miejscu, gdzie pracowałem. Miałem wrażenie, że wszystkie produkty przesiąkły podłością ludzi, którzy robili tam zakupy i tych, którzy chcieli zarobić na nich swoją chciwością.
- Pani Elu, co mi dziś pani poradzi na śniadanie? - zapytałem z uśmiechem, chcąc zmienić temat związany z pasożytami delektującymi się na zewnątrz tanią gorzałką czy innymi sikami.
- Może jajecznica z jajek od Strzeleckiej? Do tego szczypiorek, pomidor, kiełbaska i prawdziwe masło. Oczywiście do tego wszystkiego bułeczki, które być może będą jeszcze ciepłe - zaproponowała, promieniejąc.
- I to jest plan na idealny poranek. To do tego wszystkiego wezmę jeszcze ziemniaki oraz krzyżówki. - Uśmiechnąłem się i poszedłem spakować warzywa, a kobieta w tym czasie zaczęła szykować resztę produktów. Na blacie obok resztek dla psa położyła jeszcze zeszyt z krzyżówkami.
- Osiemdziesiąt cztery pięćdziesiąt poproszę, panie Zbyszku.
Podałem kobiecie banknot stuzłotowy, spakowałem zakupy w swoją materiałową torbę w stokrotki i odebrałem resztę.
- Do widzenia i miłego dnia. Dziękujemy za pakunek dla Perły.
Wychodząc ze sklepu, pomachałem właścicielce, a za plecami usłyszałem serdeczne pozdrowienia.
Zamknąłem za sobą drzwi i stanąłem przed nimi, w jednym ręku trzymając swoją suczkę, a w drugim - torebkę z zakupami. Rozejrzałem się w poszukiwaniu uciążliwych i niechcianych gości. Nie musiałem ich długo wypatrywać. Czterech bumelantów kucało, opierając się o ścianę budynku. Wszyscy trzymali w jednym ręku butelkę z alkoholem, a w drugim odpalonego papierosa. Z tego, co słyszałem, rozmawiali intensywnie o żonie jednego z nich, która nie rozumiała, jak trudno znaleźć mu pracę w obecnych czasach. Czułem, jak fala złości rozlewa się po moim ciele. Znałem tę mendę. Biedakiem nierozumianym przez żonę był Waldek Jarecki. Chodziłem z nim do podstawówki, której on nigdy nie skończył. Miał piątkę dzieci w wieku od trzech do dziesięciu lat. Żyli głównie z zasiłków, bo Waldek dziwnym trafem gdzie nie zaczął pracować, tam zdarzał się zawsze jakiś wypadek, po którym znikał. Jego żona, Anna, która kiedyś szalenie się w nim kochała, dziś szczerze go nienawidziła, jednak nie miała na tyle odwagi, by go wyrzucić z domu. Jedyne, co go ratowało i trzymało na tym świecie, to to, że chyba nigdy nie podniósł ręki na swoje dzieci. Przynajmniej tak sądziłem. Gdyby zrobił to chociaż raz, a ja zauważyłbym na ciele któregoś z nich jakiegokolwiek siniaka, to nie siedziałby teraz pod tym sklepem.
Fakt prowadzenia przeze mnie obserwacji wyrwał nagle wyglądającego na największego z nich i jedynego nieznanego mi mężczyznę z udziału w rozmowie. Facet z całej ich czwórki prezentował się najlepiej. Był dobrze zbudowany, miał czyste ubranie, włosy zaczesane do tyłu i ułożone na żel. Jako jedyny po prostu nie śmierdział. Pewne było jedno: on nie był z ich bajki.
- A ty czego się gapisz, morda, e? Nie mamy drobnych, żeby ci dać, a butelki też nie oddamy. - Zarechotał, pokazując przy tym ubytki w uzębieniu, których wcześniej nie zauważyłem. - Więc jak możesz, to spierdalaj z tym kundlem, bo nie potrzebujemy tu dodatkowego kompana.
- Powiem krótko i nie będę wam tego powtarzał w kolejnych dniach. Serdecznie szanownych klientów proszę o uszanowanie tego miejsca i okazywanie szacunku pani Elżbiecie. - Starałem się maksymalnie nad sobą zapanować, mając na uwadze trzymaną na rękach Perłę i czekającego w domu Tomka. Zastanawiałem się, jaki interes miał ten obcy typ do tych pijaków.
- Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Przepraszamy, panie adwokacie sklepikowej. - Pochylił się, oparł wielkie dłonie na kolanach. Śmiał się głośno.
- Zostaw go, Borys, to nasz osiedlowy nieszkodliwy świr, idiota cholerny - powiedział spokojnie jeden z mężczyzn opartych o sklep, jednak przez wielkiego Borysa nie zauważyłem który.
Borys zbliżył się do mnie na odległość około trzydziestu centymetrów. Perła zaczęła warczeć i wyrywać się z rąk.
- Idźcie już do domu, zrób sobie śniadanie i nie wpierdalaj się nam do towarzystwa. Teraz ja grzecznie proszę, e. - Pochylił się nieco w moją stronę i zniżył głos. - Nie chciałbyś mieć ze mną do czynienia, uwierz mi, proszę, to może skończysz zdrowy - wycedził wprost do mojego ucha. Teraz upewniłem się, że z jego ust nie było czuć alkoholu. Poza tym na szyi zauważyłem fragment jakiegoś dziwnego tatuażu, przypominającego pajęczynę i fragment czaszki.
- Jasne, już idziemy. Proszę jedynie, aby pana koledzy dbali o porządek w tym miejscu, to wszystko - odpowiedziałem, starając się wciąż brzmieć pewnie, i odszedłem, nie dając Borysowi szansy na reakcję.
Po kilku minutach wszedłem do swojego mieszkania na czwartym piętrze. Podszedłem do okna, z którego widać było fragment sklepu, otworzyłem je i wychyliłem się mocno, by dojrzeć szemrane towarzystwo. Siedzieli w tych samych pozycjach, w których ich zastałem, nie było już jednak z nimi faceta zwanego Borysem. Nie mogłem przestać o nim myśleć, budził we mnie nieprzyjemne uczucie lęku. Na pewno nie był jednym z nich.
Wróciłem do kuchni, wypakowałem zakupy, nakarmiłem Perłę i zorientowałem się, że zostało mi tylko pół godziny do rozpoczęcia mojej nieszczęsnej roboty, w której w godzinach porannych moje główne obowiązki polegały na pilnowaniu klientów, żeby nie kradli świeżych bułek i szklanych małpek. Wyrzuciłem z głowy sytuację sprzed parunastu minut i postanowiłem szybko przygotować śniadanie dla brata, żeby zdążyć go jeszcze nakarmić przed wyjściem. Wyjąłem z szafki nad blatem kuchennym płatki owsiane, które wsypałem do garnuszka, zalałem je wodą, po czym wstawiłem na kuchenkę gazową. Z lodówki wyjąłem jego ulubiony serek homogenizowany o smaku truskawkowym z krówką na wieczku, a z kosza z owocami wziąłem dojrzałego banana, którego rozgniotłem widelcem i zmieszałem z pozostałymi składnikami. Wziąwszy jeszcze z szafki ścierkę z mikrofibry, poszedłem do brata. Dziś jajecznicę musiałem odpuścić.
Usiadłem przy medycznym łóżku, na którym leżał Tomek, podniosłem oparcie do pozycji półsiedzącej, a pod brodą rozłożyłem mu ściereczkę. Zanim zacząłem go karmić, włączyłem jeszcze stary radiomagnetofon, w którego kieszeni tkwiła mocno już zużyta kaseta zespołu U2. Razem pozwoliliśmy, by Bono wraz z pozostałymi muzykami kontynuowali piosenkę With or without You, której nie udało mu się skończyć wczoraj. Z szafki obok łóżka wziąłem naszykowane wcześniej tabletki i razem ze śniadaniem podałem je bratu.
- Przemyślałeś wreszcie moją prośbę, braaat? - odezwał się do mnie, kiedy skończył jeść. - Błagam cię, pomóż mi - dodał, patrząc cierpiącymi oczami prosto na mnie. Miałem wrażenie, że Bono usłyszał jego pytanie i zszokowany przestał śpiewać, jednak po chwili, jakby dla żartu albo kpiny z naszej sytuacji, zaintonował piosenkę Beautiful Day.
- Kurwa, Tomek! Zwariowałeś do reszty? Co jak co, ale głowę to ty podobno masz względnie zdrową - wściekłem się na niego. - Zostałeś mi tylko ty! Jak mam ci niby pozwolić odejść, co? Matko jedyna, o co ty mnie prosisz, ja pierdolę?! Tyle lat nie mogę sobie wybaczyć, że nie udało mi się pomóc Agnieszce. - Rzuciłem łyżką o ścianę i wyszedłem do kuchni.
- Proszę cię o ratunek. Mam już dość tego jebanego łóżka, tej śmierdzącej i nic nieznaczącej egzystencji. Tych pielęgniarek, które przychodzą tu jedynie z przymusu. - Słyszałem wciąż jego głos, choć lekko niewyraźnie. Poczułem, jak mięśnie ramion spinają mi się mocno, a serce przyspieszyło swoją pracę niczym lokomotywa, której dorzucono węgla do pieca. - Zbyszek, błagam... Dziś znowu śniłem o jeździe rowerem, ja już dłużej tak nie chcę.
- Na razie przestań wałkować te głupoty, nigdzie się nie wybierasz. Dawaj dupę, bo muszę ci założyć świeżego pampersa i wychodzę do pracy. - Wróciłem do jego łóżka i wyjąłem spod spodu pieluchy, mokre chusteczki i piankę do toalety.
- Zbyszek, proszę cię, jak ty byś się czuł, gdybym ja tobie mył dupę od siedmiu lat? Wiem, że się starasz, jesteś najlepszym bratem, jakiego mogłem mieć, ale ja naprawdę chcę już umrzeć. Proszę cię, zrozum mnie! Gdybym mógł, to zrobiłbym to sam, ale widzisz, że poza sraniem pod siebie to ja niewiele mogę. Nie boję się śmierci, nie boję się jej! Czekam na nią każdego dnia! Przynieś mi ulgę! - Na jego policzkach pojawiły się łzy.
- Tomek... - Zamilkłem na chwilę, myśląc, jak mu mądrze odpowiedzieć. Podłożyłem pod niego czystą pieluchę, zapiąłem ją, po czym naciągnąłem spodnie. - Tomek, może...
- Tylko mi nie pieprz, że zamówisz mi kolejnego psychiatrę do domu. Oni tu nie pomogą, ich leki też. Zresztą tak jak i tobie. Myślisz, że nie wiem? - przerwał mi, coraz bardziej pobudzony, jego twarz zrobiła się czerwona ze złości.
- Przykro mi, brat. Nie pomogę ci, nie w ten sposób. Znikam do pracy, postaram się zajrzeć do ciebie w przerwie - rzuciłem i starałem się jak najszybciej wyjść z domu, by uciec od tej rozmowy.
Wyszedłem z klatki i pierwsze, co poczułem, to uderzający zimny powiew powietrza, którego wcześniej nie odnotowałem. Drzewa były już gołe, straszyły teraz swoimi łysymi gałęziami, na zewnątrz było nieprzyjemnie ciemno i ponuro. Zapowiadał się kolejny paskudny dzień. Idąc do pracy, wybrałem nieco dłuższą drogę, chcąc zobaczyć, czy pod sklepem pani Eli nadal sterczy pijacka ekipa. Ku mojemu zdziwieniu było tam pusto. Za sklepem skręciłem w osiedlową alejkę po prawej stronie, skąd mogłem już dostrzec charakterystyczną poświatę neonu marketu. Moje miejsce pracy, poza wieloma minusami, miało dwa plusy, które w mojej obecnej sytuacji przeważały: bliskość mieszkania i fakt, że kierownik, który dobrze znał moją sytuację, przymykał oko na moje kilkunastominutowe zniknięcia ze sklepu. Zazwyczaj na zmianie dwa, trzy razy wymykałem się do Tomka, by zobaczyć, czy wszystko u niego w porządku, nakarmić go i wykonać toaletę.
- Dzień dobry, panie Zbyniu. - Usłyszałem po drodze znajomy skrzekliwy głos jednej z kasjerek. - A co to się stało, że dziś pan jest o czasie? - Zaśmiała się kobieta.
- Czy dobry, to się jeszcze okaże, ale witam serdecznie, pani Kasiu - odpowiedziałem jej z lekkim sarkazmem.
Kasia Kwiatkowska była dziwną kobietą. Na oko czterdziesto-latka, w rzeczywistości miała ledwo trzydziestkę. Była nieumiejętnie farbowaną blondynką z rozpuszczonymi włosami do ramion, srebrnym kolczykiem z udawanym brylantem w nosie i charakterystycznym odstającym pieprzykiem na szyi. Na jej temat krążyło wiele plotek. Jedni mówili, że czas wolny w domu poświęca na picie wina i palenie fajek. Kiedyś słyszałem, jak jedna z klientek twierdziła, że w młodości była dziwką uzależnioną od białego proszku. A któraś z jej sąsiadek w bloku twierdziła, że sprzedaje swoje dzieci zaraz po urodzeniu. Często mnie irytowała swoim piskliwym głosem i trudnymi do zniesienia zdrobnieniami nawet do nieznajomych, ale mimo to biło od niej ciepło i żadna z tych dziwnych plotek do niej nie pasowała. Była zaprzeczeniem ich wszystkich, mimo że życie ewidentnie niejednokrotnie ją doświadczyło.
Kiedy byliśmy już pod sklepem, zauważyłem parkujące auto naszego dyrektora. Luksusowy czarny Mercedes zawsze stawał na miejscu dla osób niepełnosprawnych.
- Skurwysyn jebany, kaleka umysłowa - wysyczałem sam do siebie.
- Do mnie pan coś szeptał? - zapytała zdziwiona kasjerka.
- Matko jedyna przenajświętsza, Kyrie eleison! Muszę to zapisać w moim kalendarzu. Hej, Mercedes, zapisz, że nasz pan Zbyszek przyszedł do pracy na czas! - Zaśmiał się przekonany o swojej doskonałości i błyskotliwości umysłu Ziębiński.
- Przykro mi, nie mogę teraz spełnić twojej prośby - odpowiedział mu metaliczny damski głos z głośników.
- Pieprzona technologia - rzucił, wysiadając z auta. - To co, mam rozumieć, że koledze wreszcie zaczęło zależeć na pracy? - Wyszczerzył swoje białe jak świeży śnieg zęby.
- Po twoim trupie, mądralo - powiedziałem cicho do siebie, po czym we trójkę ruszyliśmy w stronę budynku. Po chwili za plecami usłyszałem wołanie:
- Hej! Poczekajcie na mnie! - Odwróciłem się i ujrzałem zbliżającą się do nas biegiem, lekko zasapaną Andżelikę.
- Dawaj, dawaj, kochaniunia! - krzyknęła piskliwie Kasia.
- Oj, dzięki. Czołem, moja ulubiona zmiano i miły panie kierowniku - przywitała nas radośnie, wlewając na twarz każdego z nas odrobinę uśmiechu.
Kwiecień 2001 r.
To był piękny kwietniowy poranek. Uniosła głowę i spojrzała nad drzwi dyżurki. Na zegarze było piętnaście minut po szóstej rano. Wstała z fotela, wstawiła wodę w czajniku, a do kubka nasypała łyżeczkę cukru i dwie łyżeczki kawy rozpuszczalnej, którą dostały od pacjenta. Na oddziale większość chorych właśnie się budziła. Nie była to dla niej spokojna noc, głównie z powodu pacjenta z piątego łóżka, którego serce chwilę po północy przestało pracować. Reanimacja trwała prawie dwie godziny, ostatecznie zespół przywrócił prawidłowy rytm, jednak zanim udało się później posprzątać, sporządzić dokumentację, rozpisać i uzupełnić zużyte leki oraz sprzęt, zbliżała się już godzina czwarta. Koleżanka, z którą dzieliła dyżur, zaproponowała jej, by poszła odpocząć, wiedząc, że w domu będą na nią czekały trójka dzieci i mnóstwo obowiązków. Udało się jej zdrzemnąć blisko dwie godziny. Nie wpłynęło to odczuwalnie na wzrost sił, ale energii dodało jej poranne wiosenne słońce. Uwielbiała wiosnę, kiedy wszystko wkoło budziło się do życia. Eksplodująca paleta żywych barw, która wreszcie przeganiała szarości po zimie, była dla niej niczym woda dla spragnionego wędrowca. Stała z kubkiem kawy w ręku przed uchylonym oknem na piątym piętrze swojego oddziału. Miasto budziło się do życia, ale to, co najbardziej jej się podobało, to widziany z góry las zaraz za ogrodzeniem. Wychyliła się, żeby ze śpiewu ptaków i powiewu rześkiego powietrza czerpać siłę na bezlitośnie czekający na nią dzień. Zawsze, kiedy wracała po nocce do domu, uwielbiała wślizgiwać się do łóżka, gdzie jeszcze spały jej dzieci. Mogła każde z nich przytulić i ucałować. Była ich trójka: maleńka Agnieszka, na którą lubiła mówić Agnes, średniak Tomaszek i najstarszy Zbynio. Soboty darzyła szczególną estymą, ponieważ mieli tego dnia swój mały rodzinny rytuał, jakim było wspólne smażenie naleśników. Chłopcy najpierw pomagali w szykowaniu ciasta, robiąc przy tym okropny bałagan, a następnie czym prędzej zjadali jeszcze ciepłe placki. Zawsze kłócili się o to, który z nich ma dostać pierwszego, mimo że najczęściej - jak to zwykle bywa przy naleśnikach - każdy pierwszy nadawał się do wyrzucenia. Smarowali je domowej roboty dżemem truskawkowym lub twarogiem z malinami.
Ten sobotni poranek był przyjemny jak każdy inny. Po wyjściu z łóżka od razu ruszyli do kuchni, by po kilkunastu minutach dookoła stołu bieliła się rozsypana mąka, a na stole czerwienił rozpaćkany dżem. Kiedy naleśniki były już usmażone i w większości zjedzone, Tomek i Zbyszek pobiegli myć rączki i buzie. Dorota w tym czasie brała na ręce swoją małą Agnes, przystawiała ją do piersi i kiedy mała zasysała mleko, ona głaskała ją czule po głowie. Po kilku minutach najedzona córeczka leżała w leciwym wózku, a mama szybko sprzątała kuchnię, piła drugą kawę i szykowała się na zakupy.
- A co to za małe ośmiornice zalały pół łazienki? - Usłyszała radosne pokrzykiwanie męża i śmiech chłopców dobiegające z łazienki.
Dorota, jak w każdą sobotę po śniadaniu, wybierała się na targ, który był głównym miejscem sprawunków, ale także plotek i handlowych romansów. Spakowała do plecaka kilka materiałowych torebek, portfel i paczkę landrynek, bez których mało gdzie się ruszała.
- Adam, wychodzę na zakupy, wrócę pewnie za jakieś dwie godziny. Zaraz mam autobus, więc muszę się trochę pospieszyć. Pamiętaj dać małej mleko, jest ściągnięte w butelce - mówiła, zakładając dżinsową kurtkę i skórzane buty. - Ośmiorniczki moje kochane, proszę nie zamęczyć taty i szybko maszerować się ubrać, niedługo do was wrócę. Pamiętajcie, że bardzo was kocham - dokończyła, zakładając plecak, ucałowała każdego i wyszła z domu.
Żeby dojść na przystanek, potrzebowała około pięciu minut szybkim marszem, a autobus miał być za cztery, dlatego zaczęła truchtać. Dotarła o czasie, w przeciwieństwie do starego Jelcza linii osiem, który przyjechał przepełniony i spóźniony o pięć minut. Wcisnęła się jakoś do wnętrza i przecisnęła do kasownika, żeby skasować bilet. Mimo nieprzespanej nocy była pełna energii. Podskórnie czuła, że to będzie jej kolejna cudowna sobota, tym bardziej że zapowiadała się ona wyjątkowo pięknie, wiosennie.
- Cześć, Dorotka, czyżby wolna sobota pełna pracy? [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.