2
ul. Narbutta, Mokotów
- Tylko żeby się nie okazało, że to znowu jakaś twoja była - odezwała się Chyłka, wysiadając z iks piątki.
Kordian wahał się przez moment, zanim z głośnym westchnięciem otworzył drzwi i wyszedł na zewnątrz. Oboje rozejrzeli się po niepozornej ulicy, starając się zlokalizować blok, pod którym za nie więcej niż parę minut zjawi się cała chmara mediów.
- Mówię ci, że do dziś nigdy nie słyszałem o żadnej Judycie Brzostowskiej.
- Ani nie kojarzysz z widzenia?
- Zupełnie.
- To rusz głową.
- Ruszam.
- W sumie to i tak niewiele da - odparła pod nosem Joanna. - Masz tylko dwie szare komórki, w dodatku obydwie nieustannie rywalizują o to, by znaleźć się na trzecim miejscu.
- Co?
Chyłka machnęła ręką, po czym wreszcie zlokalizowała właściwy numer klatki. Ruszyli szybkim krokiem w jej kierunku, świadomi, że nie mają czasu do stracenia. Kiedy rozpocznie się medialna burza, Judyta nie będzie chciała gadać z nikim, nawet z prawnikami.
Być może wyjąwszy tego jednego, który rzekomo ją reprezentował.
Joanna zatrzymała się przy drzwiach i wcisnęła guzik domofonu. Oboje byli równie skołowani tym, co usłyszeli od młodych prawników - żadne z nich jednak nie potrafiło ułożyć w miarę sensownego wyjaśnienia.
Anna przekazała im tylko, że dziewczyna początkowo wyraźnie nie miała zamiaru dodawać nic poza tym, że Joanna Chyłka jest ostatnią osobą, którą chciałaby na swojego adwokata. Potem nastąpiło długie wahanie, jakby Judyta zastanawiała się, ile może powiedzieć. I ostatecznie rzuciła, że broni jej Oryński.
- Może zdalnie zawarłeś z nią jakąś umowę? - odezwała się Chyłka, po raz kolejny naciskając guzik.
Rozległ się cichy dźwięk, ale nikt nie odebrał.
- Raczej bym pamiętał.
- No nie wiem, ostatnimi czasy twoja pamięć nieco szwankuje - zauważyła Joanna. - Przykładowo, zapomina ci się wynieść śmieci.
- Jestem dopiero dzień po terminie.
- Który był zawity - zauważyła stanowczo Chyłka. - Jasno ci zakomunikowałam rygor prawny w tym konkretnym wypadku.
- Tak, tak...
- Ale chyba nie dość klarownie wyjaśniłam ci, jakie uprawnienia przysługujące podmiotowi definitywnie wygasną wraz z przepadkiem tego terminu.
- Wyjaśniłaś.
Wreszcie rozległo się magnetyczne buczenie zamka, a Joanna od razu popchnęła drzwi. Dziwne. Nikt się nie odezwał, nikt nie pytał, kto zjawił się pod klatką. Może Judyta widziała ich z okna?
- Na wszelki wypadek doprecyzuję - ciągnęła Chyłka, wchodząc po schodach na piętro. - Otóż jeśli pozostaniesz w dalszej zwłoce z wypełnianiem swoich ustawowych obowiązków, uruchomię dyspozycję z artykułu czwartego paragrafu pierwszego umowy małżeńskiej.
Kordian podrapał się po karku, nie bardzo potrafiąc sobie przypomnieć, jaką konkretnie normę Joanna tam umieściła. Cały ten akt miał wprawdzie tylko kilka stron, ale został promulgowany niedawno i Oryński nie miał jeszcze okazji przyswoić go na tyle, by wyciągać konkretne postanowienia z pamięci.
Joanna jednak najwyraźniej nie miała z tym problemu.
- Jest tam sankcja, która zwalnia dłużnika z zaspokajania wierzyciela - dodała. - Przekładając to na Zordonowe: zero seksu.
Oryński mruknął cicho.
- A mogę wnieść o przywrócenie terminu? - spytał.
- Tylko jeśli wykażesz, że uchybiłeś mu z powodu siły wyższej albo zdarzeń losowych.
- Tak było.
- Naprawdę? - zapytała Chyłka, zatrzymując się przed drzwiami mieszkania. - I co się stało? Worek ze śmieciami, który stoi od wczoraj w przedpokoju, magicznie przykleił się do podłogi i nie da się go podnieść? Czy po prostu nabiera mocy prawnej?
Kordian chciał odpowiedzieć, co z pewnością doprowadziłoby do pogorszenia jego pozycji negocjacyjnej, szczęśliwie jednak drzwi się otworzyły. W progu stała niby ta sama osoba, którą widzieli w telewizji - a jednocześnie zupełnie inna.
Judyta znalazła czas, by się ubrać, uczesać i umalować. Sprawiała wrażenie, jakby przygotowała się do sesji zdjęciowej.
- No nieźle - mruknęła Joanna, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. - Gdybyś zeżarła cały ten make-up, to przynajmniej byłabyś piękna w środku.
Brzostowska zgromiła ją spojrzeniem. Nie wyglądała na zaskoczoną ani tego typu uwagą, ani obecnością prawniczki. Przeciwnie.
- Postawiłam sprawę jasno...
- A ja to zignorowałam - ucięła szybko Chyłka. - Za co właściwie powinnaś być mi wdzięczna, o ile szukasz najlepszej obrony.
- Niczego nie szukam.
Judyta spojrzała na Oryńskiego, jakby chciała powtórzyć to, co przekazała dwójce młodych prawników. Nie miała jednak ku temu okazji.
- Ewidentnie mamy do pogadania - rzuciła Joanna. - Możemy wejść?
- Ty z całą pewnością nie.
Chyłka zmarszczyła czoło, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że ta dziewczyna nie robiła sobie jaj i z jakiegoś powodu naprawdę nie miała zamiaru zgodzić się na reprezentację ze strony osoby, która słynęła z wyciągania ludzi ze znacznie głębszego bagna.
Znów zerknęła na Kordiana.
- On może wejść.
- On idzie w pakiecie. Tylko tak działamy.
- To pora się pożegnać - odparła twardo Brzostowska.
Joanna postąpiła krok w jej kierunku.
- Po pierwsze, prawnik się nie żegna - zauważyła. - Prawnik wygłasza mowę końcową.
- To świetnie, ale...
- Po drugie, on beze mnie to jak Lewandowski bez piłki - ciągnęła Chyłka. - Niby ten sam, ale co z tego, skoro nie pogra.
Judyta zaczęła zamykać drzwi, ale natrafiła na wyraźny opór, kiedy Joanna złapała za klamkę.
- Puszczaj - syknęła. - Albo wezwę...
- Nie musisz nikogo wzywać - wpadła jej w słowo Chyłka. - Za moment będą tu wszyscy: dziennikarze, paparazzi, policja, prokuratura, reporterzy, wysłannicy brukowców, ghostwriterzy, może nawet ludzie z Tańca z Gwiazdami. Wszyscy będą chcieli jednego: zrobić z ciebie jak największą bestię bez serca, która z zimną krwią zamordowała swoje kilkumiesięczne dziecko.
Oryński przypatrzył się reakcji Judyty, ale niewiele mógł z niej wyczytać. Złość, która odmalowała się na jej twarzy na widok Chyłki, wydawała się constans.
- Całe to gówno, które na ciebie spadnie, będzie nie do udźwignięcia przez żadnego adwokata - kontynuowała mimo to Joanna. - Oczywiście każdy będzie chciał spróbować, bo kroi się wyjątkowo głośna sprawa. Ale tylko jeden może sobie z tym poradzić. I jeśli masz jakieś rozeznanie, to musisz być tego świadoma.
Brzostowska w końcu puściła klamkę, a potem zbliżyła się nieco do progu. Powoli podniosła dłoń na wysokość wzroku Chyłki, po czym pokazała jej środkowy palec.
- W dupę to sobie wsadź, jeśli musisz - zasugerowała Joanna. - Im szybciej, tym lepiej, bo czas działa na naszą...
- Nie ma żadnych nas - ucięła Judyta. - Nie rozumiesz tego jeszcze?
Chyłka wyraźnie nie zamierzała odpuszczać, co niechybnie doprowadziłoby do eskalacji tego konfliktu. Na tym etapie Kordian widział już, że dziewczyna nie zmieni zdania. Z jakiegoś powodu Joanna była ostatnią osobą, którą ta chciała dopuścić do swojej sprawy.
Oryński zrobił krok naprzód, lekko dotykając dłonią ręki Chyłki. Tyle wystarczyło, by odebrała sygnał.
- W porządku - odezwał się. - To może wyjaśnisz mi, dlaczego powiedziałaś naszym współpracownikom, że to ja ciebie bronię?
- Bo tak jest.
- Ale...
- Wejdź - ucięła, cofając się w progu.
Chyłka i Oryński wymienili się krótkimi spojrzeniami.
- Sam - dodała Brzostowska. - To mój warunek.
Sytuacja była osobliwa, ale dwójka prawników nie miała wyjścia. Milcząco przystali na ultimatum, Joanna się wycofała, a Kordian wszedł do mieszkania. Poczuł się jeszcze dziwniej, kiedy dziewczyna zamknęła za nim drzwi.
- Nie musisz ściągać butów - rzuciła, ruszając do salonu.
- Okej.
- I sorry za tę akcję.
- Nie ma problemu - odparł dla porządku, wychodząc z założenia, że im bardziej wyrozumiały się okaże, tym szybciej dowie się, o co tu chodzi.
Wskazała mu narożnik, a sama usiadła na fotelu stojącym po drugiej stronie stolika kawowego. Wszystkie meble wyglądały na dość drogie, a mieszkanie z całą pewnością zostało zaprojektowane przez dobrego architekta wnętrz.
- Może chcesz się czegoś napić? - spytała Judyta, obracając się przez ramię.
Była pogodna, zupełnie inna niż przed momentem, jakby nastąpił nagły reset jej charakteru.
W dodatku ani trochę nie przywodziła na myśl matki, która dziś rano straciła dziecko.
- Dzięki, nie trzeba - odparł Oryński, zerkając w kierunku aneksu kuchennego.
Bez trudu rozpoznał charakterystyczną linię retro marki Smeg. Sam czajnik kosztował około tysiaka, a w kuchni znajdowały się tylko drogie sprzęty.
Skąd ta kobieta miała tyle kasy? Kim w ogóle była?
- No dobrze... - podjęła, a potem bezradnie się uśmiechnęła, jakby chciała, by to Kordian poprowadził tę rozmowę.
Coś w jej uśmiechu sprawiło, że poczuł się wyjątkowo nieprzyjemnie.
- To może powiesz mi, o co chodziło? - zaczął.
- Hm?
- Tam, na korytarzu.
- A - odparła Judyta, jakby zdążyła zapomnieć o tej małej scysji. - Po prostu nie lubię tej kobiety. Bez urazy.
- Znacie się?
- Nie.
- To skąd ta antypatia?
- Denerwuje mnie.
- Okej...
Czekał na więcej i liczył, że zawieszony głos wystarczy, by to otrzymał. Brzostowska jednak milczała, jak osoba, która wyjaśniła już wszystko, co konieczne do zrozumienia sprawy.
- Widziałaś Chyłkę gdzieś w mediach? - podsunął.
- No, trudno nie widzieć. Ma parcie na szkło, dość często się w nich przewija.
- Zrobiła coś, co ci się nie...
- Wszystko, co robi, mi się nie podoba - ucięła niechętnie Judyta.
To wciąż za mało, by wytłumaczyć jej zachowanie. Chyba że mieli do czynienia z niezrównoważoną osobą - na którą w oczach Kordiana w tej chwili właściwie wyglądała.
- Może reprezentowała kogoś, kogo znasz?
- Nie.
- Albo w jakiś sposób pośrednio ci zaszkodziła? Czasem rykoszety naszych spraw...
- Nie - ucięła Brzostowska, krzywiąc się. - I nie gadajmy już o niej. To nie jest mój ulubiony temat.
Niewiele mógł ugrać, przynajmniej z obecnej pozycji. Musiał zdobyć trochę terenu, odpowiednio podejść tę dziewczynę.
- Jasne - odparł. - To dlaczego powiedziałaś pracownikom mojej kancelarii, że to ja ciebie bronię?
- Bo tak jest.
Oryński powiódł wzrokiem po pokoju, dopiero teraz odnotowując serię obrazów o wyrazistych kolorach i dużych kontrastach. Niektóre przywodziły na myśl Beksińskiego, choć nie były tak dojmujące, sięgające głębi ani mroczne.
Judyta obejrzała się przez ramię.
- To wszystko jednego artysty - powiedziała. - Wyjątkowo go lubię.
Kordian podniósł się i podszedł do jednego z obrazów. Był utrzymany w krwistej, soczystej czerwieni i nadawałby się na okładkę jakiegoś wyjątkowo brutalnego thrillera. Zerknął na podpis znajdujący się na dole. "Pabst 2021".
Potem odwrócił się z powrotem do dziewczyny.
- W takim razie chyba coś mi umknęło - zauważył.
- Nic dziwnego, w tych obrazach jest tyle emocji, że...
- Mam na myśli to, że cię rzekomo bronię.
- Rzekomo? - odparła Brzostowska, podnosząc się z fotela.
Obeszła go i przysiadła na oparciu, a potem skrzyżowała ręce na piersi. Zdawała się jakby całkowicie nieświadoma tego, że w jednym z warszawskich prosektoriów leży teraz ciało niemowlaka, którego parę miesięcy wcześniej sprowadziła na ten świat.
- Cóż, przede wszystkim musiałbym podpisać z tobą umowę - powiedział Kordian. - A żeby to zrobić, musiałbym w ogóle...
- Może niepotrzebnie użyłam czasu teraźniejszego.
- Hm?
- Powinnam była powiedzieć tamtym ludziom, że dopiero będziesz mnie bronić.
- Ale...
- Chociaż teraz już bronisz, prawda?
Odpowiedź na to pytanie była na tyle oczywista, że Oryński jej nie udzielił.
- No widzisz - dodała Judyta. - Czyli nie minęłam się z prawdą.
Kordian nie wiedział, jak rozmawiać z tą kobietą. Miał przejść do rzeczy? Zapytać o to, co się wydarzyło? Zdawała się tak silnie odklejona od rzeczywistości, że trudno było wyobrazić sobie, żeby udało jej się do niej wrócić.
- Dużo o tobie słyszałam - dodała Judyta, chyba dostrzegając, że Oryński potrzebuje dodatkowych wyjaśnień. - Więc jak zjawiła się tutaj ta dwójka i wspomniała o Chyłce... Sam rozumiesz.
- Chyba nie do końca.
- Na początku kazałam im się gonić - powiedziała Brzostowska i westchnęła cicho, jakby była to jakaś bezwarunkowa, niezależna od niej reakcja. - Jak tylko padło jej nazwisko, nie miałam zamiaru w ogóle... ale potem uświadomiłam sobie, że skoro ona, to i ty.
Kordianowi przeszło przez myśl, że dziewczyna po prostu doprawiła się przed momentem jakimś alkoholem. Wprawdzie nie wyglądało na to i nie wyczuwał żadnego podejrzanego zapachu, ale wszystko da się ukryć. To z pewnością tłumaczyłoby jej dziwne zachowanie.
- Doszłam do wniosku, że nie mogę przepuścić takiej okazji - dodała. - Bo przecież to będzie walka na noże, prawda?
- Prawda.
- Więc potrzebuję w swoim narożniku jakiegoś zawodnika wagi ciężkiej. Takiego jak ty.
- W takim razie powinnaś...
- Chyłka nie zostałaby moją obrończynią, nawet gdyby była ostatnim adwokatem na ziemi - przerwała mu Judyta, a z jej twarzy natychmiast zniknęły jakiekolwiek oznaki sympatii. - Prędzej broniłabym się sama.
Kordian lekko rozchylił wargi, bo kolejne pytania wciąż cisnęły mu się na usta. W porę jednak uświadomił sobie, że jeśli będzie próbował pociągnąć temat Joanny, nigdzie nie dotrze.
- Poza tym jesteś lepszy od niej - dorzuciła. - Moim zdaniem najlepszy w Warszawie.
- Dzięki, ale...
- A ja będę potrzebowała najlepszego. Bo wszyscy uważają, że zabiłam Szymusia.
Oryński znów się zawahał. O moment za długo.
- Śmiało, zapytaj - poradziła Brzostowska.
- O co?
- O to, czy to zrobiłam.
- Akurat to mnie nie interesuje.
- Jak to nie?
Kordian strzepnął z klapy marynarki jakiś pyłek, jakby meritum tej sprawy rzeczywiście było dla niego nieistotnym detalem.
- Bronię człowieka, nie zbrodni.
- Zaraz...
- Dążę tylko do tego, że fakt jej popełnienia lub niedokonania nie ma dla mnie znaczenia - zastrzegł szybko. - Klient jest klientem.
- Ale chyba łatwiej by ci było, gdybyś wiedział, że jestem niewinna?
Oryński wrócił na kanapę, a Judyta obróciła się na oparciu i zsunęła się z niego na siedzisko. Zrobiła to tak swobodnie, jakby w trakcie relaksującego wieczoru po prostu szukała wygodniejszej pozycji przed telewizorem.
- A możesz to udowodnić? - odparł Kordian.
- Nie wiem.
- To sprawdźmy - rzucił, szybko korzystając z nadarzającej się okazji, a potem zaczął zadawać jej kolejne pytania.
Judyta odpowiadała cierpliwie, spokojnie i przede wszystkim spójnie. Jej wersja miała ręce i nogi, broniła się na gruncie logicznym, przynajmniej na papierze. Obserwując bowiem jej mimikę i zachowanie, można było odnieść wrażenie, że wszystko jest skrupulatnie ułożoną historyjką.
Kordian notował większość rzeczy w pamięci, jedynie niektóre przenosił do kajetu, który ze sobą zabrał. Miał świadomość, że kiedy tylko opuści mieszkanie Brzostowskiej, będzie musiał powtórzyć Chyłce wszystko co do słowa.
Nie weźmie udziału w tej sprawie, ale trudno było wyobrazić sobie, by odpuściła. Oryński był przekonany, że mimo iż formalnie to on będzie prowadził obronę, w rzeczywistości pracować przy niej będą obydwoje.
Kolejne argumenty podawane przez Judytę jedynie umacniały jej wersję, a Kordian nie doszukał się żadnych dziur, które mogłyby wykoleić tę historię. Nie pomagało to jednak w rozstrzygnięciu, czy dziewczyna jest winna, czy nie.
Kiedy skończyli, domofon rozdzwonił się na dobre. Oryński nie miał wątpliwości, że pod budynkiem kłębił się już tłum dziennikarzy i fotoreporterów. Ludzie przysłani przez kancelarie z pewnością sami odprawiali się z kwitkiem, widząc, że Chyłka jest już na miejscu.
Do tej pory musiała zjawić się tu ich cała zgraja, co przed otwarciem zawodów prawniczych w dwa tysiące piątym roku nigdy nie miałoby miejsca - wtedy na aplikację dostawało się najwyżej czterysta osób, dziś nie tysiąc, nie kilka, ale kilkanaście tysięcy. Rynek adwokata stał się rynkiem klienta, o którego trzeba było walczyć. Chyłka miała tego świadomość - i właśnie dlatego tak szybko ustaliła, gdzie mieszka Judyta, i zjawiła się tu przed innymi.
W tej chwili jej obecność tutaj zapewne wysyłała jasny sygnał, że pozostali powinni odpuścić. Kordian wyjrzał przez okno i przekonał się, że faktycznie tak było. Prawnicy powoli się wycofywali, jednak cała reszta zebranych pod blokiem ludzi próbowała w jakiś sposób dostać się do środka, przez co Brzostowska zdecydowała się wyłączyć domofon. Potem posłała Oryńskiemu na tyle jasne spojrzenie, by zrozumiał, że na niego pora.
Właściwie nie miał tu dłużej czego szukać. Dostał prawie wszystko, czego potrzebował, teraz pozostało jedynie poukładać to tak, by obroniło się w sądzie.
- Jeszcze jedna rzecz - odezwał się, stając przy wyjściu.
- Tak?
- Potrzebujemy alternatywnej wersji zdarzeń.
- To znaczy?
- Scenariusza, w którym to nie ty pozbawiasz życia Szymona.
Brzostowska patrzyła na niego z pretensją, jakby sądziła, że wszystko to, co od niej usłyszał, nie wystarczyło do przekonania go, że nie dopuściła się niczego złego.
- Więc możemy po prostu przedstawić prawdę - powiedziała.
- Mam na myśli jakiś konkretny alternatywny scenariusz do tego, który zaproponuje oskarżenie.
- W porządku.
- Czyli taki, w którym to ktoś inny jest zabójcą lub porywaczem. Im ich więcej, tym lepiej dla nas. Nie wszystkie muszą mieć ręce i nogi, ważne, żeby orzekający miał świadomość, jak wielu wyjaśnień tej sytuacji można się dopatrzeć.
Judyta pokiwała głową, ale nic nie odpowiedziała. Wyglądała, jakby w ogóle nie miała zamiaru zaprzątać tym sobie myśli.
- W takich sprawach najczęściej cień podejrzeń kieruje się na rodziców dziecka - podjął Kordian. - Najlepszym wyborem byłby więc ojciec.
- No tak...
- Gdzie on jest?
Brzostowska rozłożyła ręce i w jakiś sposób sprawiło to, że jej błędnik na moment doznał uszczerbku. Zatoczyła się do tyłu, ale szybko odzyskała równowagę, ignorując wyciągniętą rękę Oryńskiego.
- Tego raczej nie ustalimy.
- Dlaczego? Zostawił cię?
- W pewnym sensie tak.
- To znaczy?
Judyta nabrała głęboko tchu, jakby zmagała się z wyjątkowo bolesnymi wspomnieniami. Wyglądało to jednak jak udawane, całkowicie nieszczere i pozbawione jakiegokolwiek ciężaru zagranie.
- Opuścił nas wszystkich - powiedziała. - I wprawdzie wiem, gdzie leży jego ciało, ale nie mam pojęcia, gdzie trafiła dusza. I czy w ogóle gdzieś.
Kordian miał ochotę zakląć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Ojciec dziecka byłby idealnym kandydatem na alternatywnego sprawcę. Trudno, trzeba będzie znaleźć kogoś innego, bo bez tego daleko nie zajadą.
- Co mu się stało? - spytał z nadzieją w głosie.
Zawsze mogło się okazać, że ktoś zamachnął się na jego życie. Może miał z kimś na pieńku - z kimś, czyją kandydaturę jako zabójcy dziecka można by wysunąć w sądzie.
- Cóż... to był wypadek, chyba można tak to ująć.
- Jaki?
Brzostowska uniosła wzrok.
- Zamordowałam go - powiedziała.