Wham! George i ja - Andrew Ridgeley

Reflow text when sidebars are open.
Wprowadzenie. Długie pożegnanie
Sobota, 28 czerwca 1986 roku
Czekałem na George'a.
Jak zawsze czekałem na George'a. Tym razem stałem za kulisami na Wembley, cierpliwie nasłuchiwałem sygnału do wyjścia i czekałem - czekałem, czekałem i czekałem. Słońce rozpłynęło się już za słynnymi bliźniaczymi wieżami w koronie stadionu, a masa liczona w dziesiątkach tysięcy ludzi w najdalszych częściach trybun zdawała się migotać. Inni zbili się w rozkołysaną, wielobarwną falę na płycie boiska. Nastoletnie dziewczyny wymachiwały flagami i własnoręcznie przygotowanymi transparentami, błyskały flesze, a dzieci, pary i całe grupy krewnych i przyjaciół krzyczały z ożywieniem - siedemdziesiąt dwa tysiące fanów, których przyciągnął The Final, pożegnalny koncert Wham!, obiecującego, pełnego młodzieńczego wigoru zespołu pop, którego gwiazda, zgodnie z zamierzeniami moimi i George'a, miała świecić jasno, lecz krótko.
Od 1982 roku, kiedy to wydaliśmy pierwszą płytę, minęły cztery lata, a Wham! nadal święcił triumfy w radiu, prasie i telewizji. Plakaty z podobiznami moimi i George'a, wyrwane z rozkładówek czasopism "Smash Hits" i "Just Seventeen", zdobiły ściany pokojów milionów nastolatków, a autorzy rubryk towarzyskich wyrywali sobie byle strzęp informacji i plotek na temat grupy. Jednak u szczytu sławy i po wydaniu dwóch albumów studyjnych oraz serii singli przodujących na listach przebojów na całym świecie właśnie zamierzaliśmy się pożegnać z ludźmi, których przyciągnęły te piosenki, te koncerty i te opowieści.
A wszyscy oni ostatni raz czekali, czekali i czekali na rozpoczęcie widowiska.
Program koncertu znałem na pamięć. Stojący na scenie George rozłożył szeroko ręce i ruszył w stronę wybiegu sięgającego pierwszych rzędów na płycie Wembley. To była jego chwila. Ubrany cały na czarno, w skórę i dżins, z zaczesanymi do tyłu włosami i dwudniowym zarostem, każdym gestem i znakiem nawiązywał kontakt z publicznością. Występował dla ludzi, tłum omdlewał. Z dwoma tancerzami po bokach podrygiwał i wirował do instrumentalnego fragmentu utworu Everything She Wants, pulsującego tła muzycznego wprost stworzonego do widowiskowego, teatralnego wstępu. George uwielbiał wykonywać tę piosenkę, będącą kpiarskim podsumowaniem życia małżeńskiego, choć gdy powstawała, obaj byliśmy młodymi, wolnymi od zobowiązań singlami. George pomachał fanom w najodleglejszych rzędach rozkrzyczanego tłumu. Odwrócił się plecami do publiczności i nie zbliżając jeszcze ust do mikrofonu, wskazał uwodzicielskim gestem tył sceny. Nie wyrzekł dotąd ani słowa, nie mówiąc już o śpiewaniu, ale zebrani i tak z zapartym tchem śledzili jego każdy ruch. Dobrze znałem to uczucie.
Ileż to razy zdarzało mi się czekać na George'a.
Czekałem na niego, gdy bez końca szykował się do koncertu: prostował i tapirował włosy, nieraz całymi godzinami, a ja opędzałem się od gryzącego swędu palonych kosmyków i woni lakieru do włosów, przekonany, że ten rytuał to niepotrzebne katusze. W miarę jak nasza sława rosła, aparycja George'a stawała się coraz poważniejszą kwestią. W 1984 roku, przed zdjęciami do teledysku do Careless Whisper, skarżył się nawet, że przez swoje kręcone włosy, które pod wpływem wilgoci przemieniają się w nieokiełznaną szopę zmierzwionych loczków, wygląda jak Shirley Bassey. Siostra George'a, Mel, fryzjerka, przeleciała pół świata - z Londynu do Miami, gdzie powstawał klip - tylko po to, żeby wymodelować George'owi włosy zgodnie z jego upodobaniami. Za przylot i robociznę policzyła sobie podobno ponad dziesięć tysięcy funtów.
Ale czekałem na George'a również wtedy, gdy nachodziło go muzyczne natchnienie, a zdarzało się to często - w studiu, w którym mozolnie i rygorystycznie dopracowywał każdy szczegół, albo w domu, gdzie potrafił zniknąć znienacka na całe godziny, bo właśnie wpadł na pomysł jakiegoś wątku melodycznego czy też frazy. Często okazywało się, że to kolejny przebłysk geniuszu, a najbardziej pamiętna iskra zapaliła się pewnego leniwego niedzielnego popołudnia w lutym 1984 roku, w salonie jego rodziców. W telewizji nadawali The Big Match, ale George błądził myślami po rejonach zgoła odmiennych niż piłka nożna.
- Zaraz wracam - powiedział, po czym poderwał się z kanapy i zniknął na piętrze.
Po dobrej godzinie wrócił z dumnym uśmiechem na ustach.
- Jasna cholera, Andy - powiedział. - Chodź na górę, musisz coś usłyszeć...
Był rozradowany, wiedział, że dokonał czegoś wyjątkowego: skomponował i nagrał na magnetofonie czterościeżkowym podstawową wersję melodii piosenki o roboczym tytule Last Christmas - demówkę, która po dopracowaniu przemieniła się w balladę o nieszczęśliwej miłości i stała się najgłośniejszym singlem bożonarodzeniowym, który nie trafił na szczyt list przebojów. Mimo nieprzemijającej popularności przeboju Last Christmas George wściekał się, że przegrał w tamtym roku z singlem supergrupy charytatywnej Band Aid, która powstała z połączenia sił między innymi Boba Geldofa, U2, Duran Duran, Stinga, Paula Wellera oraz samego George'a - choć nie zazdrościł grupie sukcesu. Z biegiem lat przebojowe single zaczęto traktować jako jedyne potwierdzenie sprawności kompozytorskiej George'a, a świadomość, że dla publiczności i całego środowiska nie jest numerem jeden, niezmiennie go drażniła. Gdy jednak usiedliśmy owego dnia w jego pokoju, tym samym, w którym jako nastoletni chłopcy analizowaliśmy po szkole podsumowanie listy Top 40, a ja wysłuchałem nagranej z syntezatora podstawowej linii melodycznej z zanuconym, wpadającym w ucho refrenem, uśmiechnąłem się od ucha do ucha. George uchwycił sedno świąt, by następnie zawrzeć w tekście ból złamanego serca.
I czekałem też na George'a, gdy przeobrażał się z dowcipnego, choć chwilami refleksyjnego nastolatka Georgiosa Panayiotou wpierw w chłopaka o przezwisku Yog, które nadałem mu niedługo po tym, jak poznaliśmy się w szkole średniej Bushey Meads, a potem w George'a Michaela, wokalistę, tekściarza, kompozytora i mojego najdroższego przyjaciela w najbardziej decydującym okresie życia i w latach późniejszych. Gdy wyruszyliśmy w intensywną i nieprzewidywalną podróż na szczyt, nasza więź jedynie się umocniła. George stał się jednym z najbardziej charakterystycznych głosów swojego pokolenia. Chociaż był autorem największych przebojów lat osiemdziesiątych, można było odnieść wrażenie, że w sferze osobistej próbuje się dopiero określić. Poza zaufanym gronem ludzi związanych z Wham! jego orientacja pozostawała tajemnicą, a między jego sekretnym życiem młodego geja a pozycją bożyszcza nastolatek i bohatera brukowców powstała przepaść. George przyznał potem otwarcie, że chwilami silne rozdarcie między jego życiem prywatnym a rolą osoby publicznej niemal doprowadzało go do szaleństwa. W tym okresie nieprzerwanie stałem u jego boku. Od lat pozostawał moim najbliższym przyjacielem, ale los przeznaczył mu rolę wykraczającą poza naszą osobistą relację. Tu, na Wembley, miałem czekać na George'a po raz ostatni.
Bo skoro osiągnąłem swój cel życiowy, już na niego czekać nie musiałem.
Wkroczyłem na scenę i w otoczeniu naszych wokalistek wspierających, Helen "Pepsi" DeMacque oraz Shirlie Holliman, ruszyłem w stronę wybiegu. Krzyk był ogłuszający, Wembley ryczało coraz głośniej i głośniej. Idąc w stronę błyskających reflektorów i falującego tłumu, słyszałem pojedyncze głosy dobiegające z pierwszych rzędów - okrzyki: "Andrew!" czy "Kochamy was, Wham!". Poza tym dochodził mnie tylko jednostajny szum. Zatrzymałem się na skraju sceny, histeryczne wrzaski odbijały się ode mnie rykoszetem. Koncertowaliśmy na całym świecie i jednakowo entuzjastyczna reakcja na nasze pojawienie się na scenie zawsze wydawała mi się niezwykła, a społeczności fanów i fanek skupionych wokół naszej muzyki ani nie brałem nigdy za pewnik, ani nie traktowałem zbyt poważnie. Piszczące dziewczyny, łowcy autografów i paparazzi - to wszystko wydawało się osobliwe i nie do końca rzeczywiste.
Dlatego też graliśmy przede wszystkim dla hecy. Wiedzieliśmy, że to tylko zabawa, i konsekwentnie odgrywaliśmy swoją rolę: dzieliliśmy się energią, którą nasza publiczność tak kochała. To się stało się naszym znakiem rozpoznawczym.
Jednak śledząc przez kilka ostatnich tygodni doniesienia na temat naszego koncertu finałowego, można było odnieść wrażenie, że to wydarzenie o znaczeniu niemal religijnym. Fanów nazywano akolitami, a nas, członków zespołu, idolami. W początkowym okresie działalności nasz wizerunek sceniczny był frywolny i zuchwały, po koncertach gazety pisały o zbyt mocno wyciętych szortach i kusych koszulkach, zaś teledyski piosenek w rodzaju Club Tropicana pełne były ironicznych ukłonów w stronę hedonistycznych młodzieńczych uciech. Ale na Wembley postawiliśmy na bardziej dramatyczny styl, żeby sprostać wielkim oczekiwaniom: zrezygnowaliśmy z barwnego wizerunku scenicznego i wybraliśmy poważniejszy ton. George włożył czarne dżinsy rurki i skórzane kowbojki. W szlufkach połyskiwał mu wysadzany strasami pasek, a u rękawów skórzanej kurtki z postawionym kołnierzem dyndały frędzle. Mój jednolicie czarny strój prezentował się równie efektownie. Zrzuciwszy płaszcz z pomocą Pepsi i Shirlie, odsłoniłem krótką kurtkę a la matador, też z frędzlami, krawat bolo i błyszczący pasek. Z trudem powstrzymując się od śmiechu, teatralnie, palec za palcem, zsuwałem rękawiczki i upuszczałem je na scenę. Shirlie podała mi gitarę, a ja przerzuciłem ją przez ramię. Pora na show.
Obaj występowaliśmy już na Wembley, więc przynajmniej znaliśmy otoczenie. Rok wcześniej śpiewałem w chórkach, gdy razem z George'em braliśmy udział w Live Aid, koncercie charytatywnym, podczas którego zebrano miliony funtów dla głodującej Etiopii, tak jak uczynili to w 1984 roku muzycy supergrupy Band Aid, wydając swój bożonarodzeniowy singiel. Tamtego dnia na Wembley panowała niemal festiwalowa atmosfera. Koncert finałowy również miał w sobie coś wyjątkowego i niepowtarzalnego: dziesiątki tysięcy ludzi zjechały z całego świata do Londynu, żeby wziąć udział w wydarzeniu wieńczącym niezwykle barwny rozdział w historii muzyki brytyjskiej.
Przyszedł czas, by zespół Wham! powiedział ostatnie słowo.
Jeszcze jeden raz zagraliśmy największe przeboje: Club Tropicana, Bad Boys, Edge of Heaven, Wham Rap, Careless Whisper i Freedom. Ciągnący się po horyzont, rozśpiewany i roztańczony, tłum na Wembley wyglądał jak rozkołysane rozlewisko. Podczas przygotowań do koncertu postanowiliśmy, że włączymy do programu kilka niespodzianek, między innymi gościnny występ Eltona Johna, który dołączył do nas, żeby odśpiewać wspólnie nową wersję jego hitu Candle in the Wind. Ten utwór zawsze głęboko nas poruszał i wyróżniał się na tle innych kompozycji z albumu Eltona Goodbye Yellow Brick Road, jednej z płyt, które tworzyły fundament naszej przyjaźni. George pięknie, niemal bez wysiłku, poprowadził swoją partię i choć sam uważał się przede wszystkim za kompozytora i tekściarza, ja twierdziłem zawsze, że jedną z najwybitniejszych i najbardziej wymownych form ekspresji jest u niego głos. To właśnie on bardzo wcześnie stał się jego charakterystycznym instrumentem i moim zdaniem, jeśli chodzi o talent wokalny, to w owym czasie dorównać mu mógł jedynie Freddie Mercury.
Również George i Elton nie pierwszy raz pokazali się razem na scenie. Podczas koncertu Live Aid zaśpiewali we dwóch utwór Don't Let the Sun Go Down on Me, a zespół Eltona stworzył udane tło dla nadzwyczajnego wokalu George'a. Poznali się jednak jeszcze wcześniej, bo w 1984 roku, gdy nagrywaliśmy album Make It Big. Podczas pobytu w Château Miraval, studiu nagraniowym w Correns na południu Francji, odebraliśmy telefon od przedstawicieli naszego managementu. Okazało się, że trafiło do nich pewne zaproszenie.
- George, Andrew, skontaktował się z nami Elton John. Pyta, czy nie zechcielibyście wpaść do niego na lunch.
Zaskoczyła nas ta propozycja. Jasny gwint! Lunch z Eltonem Johnem? To trąciło surrealizmem, nie mogliśmy uwierzyć we własne szczęście. Po kilku dniach, nie bez lekkiej tremy, podjechaliśmy pod dom naszego gospodarza, a on - uroczy, wielkoduszny i niezmiernie życzliwy nam człowiek - z miejsca uraczył nas jadłem i napitkami. Obaj nasłuchaliśmy się już legend o przepychu, z jakim przyjmuje gości, i dla nas, chłopaków z Bushey, wówczas ledwie dwudziestojednoletnich, to było dość onieśmielające przeżycie. Elton sypał żartami jak z rękawa, a że brylował w końcu na własnej wystawnej biesiadzie na eleganckim, słonecznym tarasie, mógł też się posunąć do uszczypliwości, ale nic podobnego. Robił wszystko, żebyśmy czuli się jak u siebie, a w miarę osuszania kolejnych butelek wina dochodziłem do wniosku, że zamartwianie się na zapas wytrąciło nas z równowagi bardziej niż samo przyjęcie. Gawędziliśmy w najlepsze i przerzucaliśmy się dowcipami. Panowała tam tak swobodna i naturalna atmosfera, że od czasu do czasu musiałem sobie przypominać, że gościmy u tak utytułowanej osoby.
Bawiliśmy się przednio i ani się obejrzeliśmy, a zapadł wieczór. Postanowiliśmy więc przenieść się do pobliskiego klubu, gdzie dołączył do nas Bernie Taupin, współautor utworów Eltona. Na tym etapie byliśmy już wszyscy solidnie zaprawieni. Ktoś wspomniał, że podobno w porcie w Saint-Tropez zacumowała swój jacht aktorka Joan Collins. Gdy opuściliśmy lokal, George, rozochocony alkoholem i wspomnieniami o jej dość pikantnym filmie The Stud, w którym grała nimfomankę i właścicielkę klubu nocnego, krzyknął w stronę morza: "Joan! Pokaż majty!". To był dość nietypowy jak na niego pokaz prostactwa.
Ostatecznie nic więc dziwnego, że gdy po dwóch latach dobiegała końca innego rodzaju impreza, u naszego boku znów pojawił się Elton. Po Young Guns (Go for It!), naszym pierwszym przeboju, oraz Wake Me Up Before You Go-Go, niezrównanym wezwaniu do tańca, na bis rozbrzmiał buntowniczy I'm Your Man, w którym wsparł nas na scenie Simon Le Bon z Duran Duran. Gdy muzyka przycichła, a wokół nas rozbrzmiewał zgiełk siedemdziesięciu dwóch tysięcy głosów, staliśmy na scenie i po raz ostatni napawaliśmy się podobną wrzawą. Przypadły nam w udziale przeżycia, o jakich w dniu zakończenia szkoły nam się nawet nie śniło. Od tego dnia byliśmy zależni jeden od drugiego.
Pod tym względem koncert na Wembley był zarazem kapitalny i zaprawiony nutą goryczy. Z jednej strony cieszyłem się, że zrywam z życiem w świetle reflektorów typowym dla grupy pop tak popularnej, że potrafi wypełnić publicznością stadion. Męczył mnie cały ten cyrk wokół Wham!. Rozgłos i zbiorowa histeria trochę mnie przerosły, a moje stosunki z angielską prasą nie należały do przyjaznych. Bez trudu żegnałem się z całym tym tumultem i zamieszaniem, które nas otaczały, ale świadomość, że już nigdy więcej nie wystąpimy ramię w ramię jako Wham!, była trochę przygnębiająca. W końcu dorastaliśmy razem i ta więź jeszcze bardziej poruszała serca naszych fanów. Byliśmy nierozłącznym, zżytym tandemem, byliśmy braćmi. Ale i w tej relacji nie obyło się bez zgrzytów.
Przez cały okres naszej zażyłej przyjaźni - przed Wham! i po jego rozpadzie - mój najbliższy przyjaciel występował na zmianę w dwóch wcieleniach. Jako trzynastoletni uczniak, który został moim najlepszym kumplem, chłopak, z którym chciałem stawiać pierwsze kroki na drodze do spektakularnego sukcesu, i jako George Michael, postać, którą sam wykreował, ponieważ jako człowiek niebywale ambitny i obdarzony wyjątkową wyobraźnią twórczą nie chciał być dłużej wokalistą w rozchwytywanym duecie popowym i marzył o karierze solowej. W dniu koncertu finałowego jego drugie wcielenie było już niemal kompletne. Gwiazda George'a zaświeciła jeszcze jaśniej po tym, jak w 1987 roku wydał album Faith, ale jego samego już wtedy nękały liczne wątpliwości związane z orientacją seksualną, borykał się bowiem z próbami określenia swojej skrywanej pod wizerunkiem publicznym tożsamości. W późniejszym okresie to napięcie stało się po prostu bardziej widoczne.
Za czasów Wham!, ale i później, nasza więź była szczera i serdeczna. W epoce uznawanej dziś za dość trudny okres w historii Wielkiej Brytanii nasza niewymuszona przyjaźń wnosiła chyba trochę radości do codziennego znoju. Zadebiutowaliśmy utworem Wham Rap (Enjoy What You Do), swoistą odtrutką na apatię czasów bezrobocia:
Wham! Bam!
I am! A man!
Job or no job,
You can't tell me that I'm not.
Od tego momentu nasza twórczość stała się tłem dla prób optymistycznego spoglądania w przyszłość i odbudowywania pewności siebie w społeczeństwie brytyjskim. Utwory takie jak Club Tropicana, Wake Me Up Before You Go-Go, Freedom i I'm Your Man symbolizowały ożywienie i sprawczość. My odbieraliśmy to tak, że po prostu dobrze się bawimy, bo tak faktycznie było, i ta bezpretensjonalna swoboda przełożyła się na potężny sukces komercyjny. Dzięki pierwszym demówkom, które nagrywaliśmy z George'em w salonie moich rodziców, podpisaliśmy umowę z wytwórnią i koniec końców sprzedaliśmy ponad trzydzieści milionów płyt. W 1983 roku nasz debiutancki album Fantastic trafił na szczyt. Rok później, wraz z wydaniem Make It Big, powtórzyliśmy to samo osiągnięcie na globalną skalę. Bilety na nasze koncerty stadionowe w Wielkiej Brytanii i Ameryce rozchodziły się jak świeże bułeczki i systematycznie przybywało nam fanów, aż wreszcie whamania ogarnęła cały świat.
W 1986 roku formuła naszego duetu zaczęła się wyczerpywać, między innymi dlatego, że Wham! nie mógł nam przedłużyć młodości. Nawet tak niebywale uzdolniony kompozytor i tekściarz jak George nie zdołałby posiąść iście alchemicznej sztuki wydobywania z dorosłych ludzi emocji właściwych nastolatkom.
Na fali pierwszych sukcesów, jeszcze przed wydaniem Fantastic, ustaliliśmy zgodnie, że jeśli mamy dojść na szczyt, w co głęboko wierzyliśmy, ster w sferze twórczej powinien trzymać George. Od dawna wierzyłem w jego umiejętności, a moją jedyną ambicją było w zasadzie granie w zespole, zadowalałem się więc w zupełności nagrywaniem muzyki i koncertowaniem. Ta decyzja odrobinę mnie ubodła, ale uważam ją za słuszną: wszystko wskazywało na to, że autorska twórczość George'a jest jedyna w swoim rodzaju i właśnie pragnienie optymalnego wykorzystania tego daru popchnęło go do rozpoczęcia kariery solowej, wolnej od ram narzucanych przez działalność grupy. Po czterech emocjonujących latach nasz wspólny czas dobiegał końca.
George krzyczał mi coś do ucha, ale pośród harmidru i chaosu nie wychwyciłem ani słowa. Nasi muzycy i nasze wokalistki wspierające, w większości współpracujący z nami od wielu lat, opuścili scenę i pozwolili nam spędzić razem ostatnie chwile jako Wham!. Tłum na Wembley, rozlany w upstrzone transparentami i flagami morze dźwięku i koloru, kołysał się jeszcze szybciej i śpiewał jeszcze głośniej.
- Co?! Powtórz! - próbowałem przekrzyczeć wrzawę, wyczuwając, że chce mi przekazać coś ważnego.
Nim przyszło nam ukłonić się po raz ostatni, George uśmiechnął się, przytulił mnie, złożył mi głowę na ramieniu i powiedział:
- Bez ciebie bym tego nie dokonał, Andy.
1
Decyzje, decyzje
Listopad 1979
Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i dwiema stronami medalu. Georgios Panayiotou, pilny i nieśmiały szesnastolatek ze sterczącą kędzierzawą czupryną, miał oponkę w pasie i szafę pełną dyskusyjnych strojów. Ja dla odmiany byłem osobą towarzyską i pewną siebie, żywym srebrem, choć niezbyt inteligentnym, mądralą i gagatkiem wystrojonym w moherowy garnitur z lumpeksu i parkę, i migającym się od śmiertelnie nudnych przygotowań do matury. Mimo to byliśmy jak bracia syjamscy, bo połączyły nas: miłość do muzyki i skeczów Monty Pythona oraz sztubackie poczucie humoru. A potem podjąłem decyzję, która miała już na zawsze odmienić nasze życie.
"Yog, zakładamy zespół..."
Ta myśl prześladowała mnie od dobrych dwóch lat, a że w szkole byliśmy jak papużki nierozłączki, chciałem grać wyłącznie z nim: chłopakiem, który został później George'em Michaelem. Miał zmysł muzyczny, znakomite wyczucie rytmu i melodii i jeszcze lepszy wokal. W początkowych latach przyjaźni wielbiliśmy te same zespoły i tych samych artystów z różnych muzycznych bajek: od naszego ulubionego Queen, po nowe dźwięki w rodzaju manchesterskiego Joy Division. W 1979 roku wkręciliśmy się w nowatorską brytyjską odmianę ska, muzyki zrodzonej na Jamajce na gruncie reggae i łączącej karaibski groove z rzeżącymi basami. Zespoły takie The Specials, Madness, The Beat czy Steel Pulse poruszyły naszą wyobraźnię, nie tylko za sprawą wykonywanej muzyki, ale i ze względu na styl ubioru. Wraz z ożywieniem subkultury modsów na fali popularności filmu Kwadrofonia młodzi Anglicy zaczęli się ubierać w odprasowane garnitury i buty Hush Puppies. Wśród szpanerów największym wzięciem cieszyła się fryzura na dłuższego jeża. Na szczęście, mieszkając na peryferiach Hertfordshire, byłem tak samo na bieżąco z trendami muzycznymi jak młodzież bawiąca się w klubach Londynu czy Birmingham. I nie miałem wątpliwości, że chcę robić muzykę.
- Nie, Andy... - powiedział Yog, gdy kiedyś zadzwoniłem do niego po szkole. - Chciałbym, ale nie mogę...
I zaczął coś mamrotać o zbliżającej się maturze i bezwzględnym stanowisku rodziców, którzy najwyraźniej pragnęli uchronić syna przed wszystkim, co odciągało go od nauki, a więc i przede mną. Ale ja nie dałem się zniechęcić. Skupiłem się na celu, zależało mi na nim i żadne lęki Yoga przed reakcją mamy i taty nie mogły popsuć mi szyków.
- Nie, teraz albo nigdy - oznajmiłem. - Dzisiaj zakładamy zespół.
Yog wiedział, że potrafię być zdeterminowany, szczególnie gdy się przy czymś uprę. Rozumiał też, że bynajmniej go nie proszę, tylko powiadamiam. Wyczuwał, że się nie poddam, i jego opór zaczął słabnąć.
- Dobra, Andy - zgodził się z westchnieniem. - Zakładajmy.
Dał się zwerbować, a ja miałem powód do radości, kierunek, cel do osiągnięcia. Jeśli o mnie chodziło, wierzyłem, że możemy wszystko i nikt nam nie stanie na drodze. Łączyła nas niezłomna przyjaźń, byłem przekonany, że miejsce na liście przebojów już na nas czeka. Nie miałem pojęcia, co oznaczałby taki sukces, ale czułem go pod skórą. Wiedziałem, że go osiągniemy. A to, co koniec końców nastąpiło, przeszło moje najśmielsze oczekiwania...
2
Nowy
Cztery lata wcześniej
Georgiosa Panayiotou zobaczyłem po raz pierwszy, gdy czekaliśmy na rozpoczęcie nowego roku szkolnego. Otaczały mnie ożywione głosy innych uczniów klasy 2A1 państwowej szkoły średniej Bushey Meads. Chłopcy przechwalali się obcałowywaniem tajemniczych dziewczyn na wakacjach spędzonych z rodzicami, na ogół w krajowych kurortach nadmorskich (w tamtych czasach rodzinne wakacje za granicą przekraczały możliwości finansowe większości ludzi). Dziewczyny chichotały i wzdychały do plakatów Davida Essexa i Donny'ego Osmonda wyrwanych z czasopisma "Jackie". Wszyscy wyjątkowo oszaleli na punkcie formacji Pan's People - grupy tanecznej, która już od dłuższego czasu występowała w programie Top of the Pops, ale jej odziane w lycrę członkinie coraz częściej stawały się obiektami fantazji młodych chłopców i każdy miał swoją ulubioną tancerkę. Ja po sześciu tygodniach wakacyjnej wolności nie umiałem wskrzesić w sobie zwykłego entuzjazmu dla zgiełku towarzyszącego pierwszemu dniu szkoły.
Nudziłem się.
Właściwie często ogarniała mnie nuda. Szkoła była dla mnie męką, a odkąd nauczyłem się czytać i pisać i bez większych przeszkód ukończyłem podstawówkę, moje zaangażowanie w edukację w ramach brytyjskiego systemu oświaty prędko się wyczerpywało. Zainteresowanie karierą szkolną gasło i w zasadzie nie widziałem sensu w uczęszczaniu na lekcje, co drażniło zarówno nauczycieli, jak i moich rodziców. Na jednym z arkuszy ocen napisano, że zakłócam spokój, a kolejne wywiadówki - oraz ich skutki w postaci ostrych reprymend - dały mi do myślenia. Niewiele rzeczy mi się w szkole podobało, ale wśród nich była gra w drużynie piłkarskiej. Wbrew jednak temu, co głosił później George, nigdy nie miałem nadziei na karierę zawodowego piłkarza. Kibicowałem Manchester United i na tym kończyły się moje aspiracje.
Sadzano mnie więc w pierwszej ławce, żeby nauczyciele mieli na mnie oko. Miałem dwanaście lat i drażniły mnie wszelkie autorytety. Z rozpiętym kołnierzykiem i poluzowanym krawatem szkolnym wyglądałem jak typowy ponury i trudny nastolatek, przez co niektórzy nauczyciele krzywo na mnie patrzyli. Nie spisano mnie jednak na straty. Co prawda klasę 2A1 uważano za najzdolniejszą z naszego rocznika, ale skoro żadne z nas nie zdało w podstawówce egzaminu końcowego na tyle dobrze, żeby dostać się do któregoś z liceów w Watford, wydawało się mało prawdopodobne, by czekała nas kariera w dziedzinie fizyki jądrowej albo neurobiologii.
Nagle atmosfera w klasie się odmieniła. Rozmowy o Pan's People, Davidzie Esseksie i nieporadnych wakacyjnych pocałunkach przycichły, gdy do sali weszła pani Parker, nasza wychowawczyni, prowadząc wyraźnie skrępowanego chłopaka w nieskazitelnie czystym, nowiutkim mundurku i dużych okularach w drucianych oprawkach. Jego włosy wyglądały jak peruka przebierańca sklecona ze zgrzebnych syntetycznych włókien. Napięcie wywołane koniecznością stanięcia twarzą w twarz z nowymi koleżankami i kolegami wyraźnie nim wstrząsnęło. Gdy pani Parker witała nowego ucznia klasy 2A1, on zaczął się czerwienić. A to, że wypowiedziała jego imię i nazwisko z finezją miejskiego lisa rozrywającego worek z odpadami, z pewnością nie pomogło.
- Dziewczęta, chłopcy, to wasz nowy kolega, Jorios Panyjotu - powiedziała, stosując fonetykę angielską. Spojrzała na przerażoną minę przybysza, jakby liczyła na jego wsparcie, ale chłopak, jak mu tam było, zdążył już poczerwienieć jak piwonia.
Dziewczyny z pierwszego rzędu zaczęły chichotać, a siedzący z tyłu chłopcy zaraz im zawtórowali. Ale pani Parker, niezrażona i zdecydowana jak najszybciej przejść do spraw organizacyjnych, nie dała się wytrącić z oficjalnego trybu, choć zarzuciła próby powtarzania egzotycznego śródziemnomorskiego nazwiska.
- Dobrze, proszę, żeby ktoś się zajął nowym uczniem - oznajmiła. - Ktoś rozsądny, kto będzie dla niego mentorem i zaznajomi go z otoczeniem w pierwszym tygodniu czy trochę dłużej. To duża odpowiedzialność, więc osoba, która się tego podejmie, będzie musiała dopilnować, żeby nowy kolega poczuł się w Bushey Meads jak u siebie. Kto zechciałby pomóc?
Zaległa krępująca cisza. Dzieci wyraźnie się wahały, a ja nie rozumiałem dlaczego. Nigdy dotąd nie przydzielono mi pod opiekę nowego ucznia i nie mogłem przepuścić takiej okazji: łaknąłem wszystkiego, co tylko pozwoli mi się oderwać od szkolnej monotonii. Podniosłem szybko rękę. Trudno powiedzieć, czy pani Parker była zadowolona - niby się uśmiechała, ale w sposób sugerujący, że nie da z siebie zrobić kompletnej kretynki. Jej uniesiona brew przestrzegała mnie również, żebym tego nie spieprzył.
- Dziękuję, Andrew, bardzo to miłe z twojej strony - powiedziała w końcu i wskazała temu, jak mu tam było, żeby usiadł koło mnie na czas sprawdzania obecności. Gdy odczytywała listę nazwisk, oczy wszystkich zwrócone były na nowego, a on zbliżał się do mnie niepewnie. Trochę mi go było szkoda.
- Adams.
- Obecna.
- Bartlett.
- Obecny.
- Brown.
- Obecny.
- Na początku trochę trudno wymówić moje nazwisko, wiem - powiedział, siadając koło mnie. - Jest greckie - dodał, wyczuwając moje zakłopotanie.
Wzruszyłem ramionami i skinąłem współczująco głową. Wiedziałem, że z takim imieniem jak Georgios nowy w pierwszym półroczu będzie miał pod górkę. Gdy jednak zaczęliśmy rozmawiać, dowiedziałem się kilku najważniejszych rzeczy o świeżej krwi w Bushey Meads. Tata Georgiosa prowadził własną restaurację. Rodzina mieszkała wcześniej w londyńskim Kingsbury, po czym przeniosła się do pobliskiego Radlett, które leżało wprawdzie nieco dalej od szkoły niż dom moich rodziców, ale i tak na tyle blisko, że gdybyśmy się skumplowali, popołudniami moglibyśmy razem łobuzować. Przeczuwałem też, że rodzina Georgiosa może być dość zamożna, Radlett uchodziło bowiem za miejscowość dla ludzi przy forsie. Gdy już się zdawało, że wszystko idzie gładko, nasza rozmowa utknęła w martwym punkcie. Wyglądało na to, że nowy nie podziela moich zainteresowań: nie ma zamiłowania do futbolu, a tym bardziej do Formuły 1. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, które lada chwila mogło stać się krępujące. Gdy podniosłem wzrok, przekonałem się, że pani Parker przygląda mi się sceptycznie.
Cholera, nie jest za dobrze - pomyślałem.
I właśnie wtedy, gdy byłem już bliski uznania, że biorąc na siebie ten obowiązek, popełniłem potężny błąd, doprowadziłem niechcący do przełomu.
- A jakiej muzyki słuchasz? - spytałem.
Georgios już się uśmiechał. Udało się! Najwyraźniej znaleźliśmy coś wspólnego. Odpowiedział, że lubi Queen, co już brzmiało dla mnie świetnie. I gdy klasa 2A1 wykonywała kolejno wszystkie nudne zadania, których się od nich wymaga na początku roku szkolnego, my gawędziliśmy w najlepsze o Freddiem Mercurym, płomiennych riffach Briana Maya oraz o Killer Queen, piosence sprzed mniej więcej roku, która na nowo zdefiniowała brzmienie grupy. Równie budująca była miłość Georgiosa do Beatlesów i Davida Bowiego. Gdy odkryliśmy, że łączy nas też uwielbienie dla Eltona Johna, stało się jasne, że nasze światy się łączą i idąc na pierwszą lekcję, przerzucaliśmy się tytułami ulubionych piosenek. Zgadzaliśmy się, że do naszych ulubionych utworów należą Benny and the Jets, Candle in the Wind i utwór tytułowy z ostatniej płyty Eltona, Goodbye Yellow Brick Road. Przed pierwszą lekcją francuskiego dalej gadaliśmy o muzyce. Rozproszyłem się, bujałem w obłokach i nie minęło kilka pierwszych chwil lekcji, a już zostałem objechany, że nie uważam.
- Ridgeley, a może byśmy zaczęli nowy rok szkolny jak należy? - spytał gderliwie nauczyciel, co oznaczało, że znów dostanę uwagę.
Gdy spojrzałem na Georgiosa, zobaczyłem, że się śmieje i przewraca oczami, a więc mnie popiera. Chyba równy z niego gość - pomyślałem. Może ta druga klasa jednak nie będzie taka zła...
Nie minęła pierwsza godzina nowego roku szkolnego, a ja już miałem nowego kumpla.
Georgios objaśnił mi, że jego imię najlepiej wymawiać "Jorgo", co brzmiało dla mnie jak odchrząkiwanie wyjątkowo nieprzyjemnego gluta. Oczywiście musiałem je przekręcić i powiedzieć "Jogurt", ale ku mojemu zaskoczeniu przezwisko nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. W końcu zacząłem mówić na niego "Yog", co było znacznie łatwiejsze do wymówienia niż jego prawdziwe imię. Niestety inni nauczyciele o greckiej wymowie mieli równie mętne pojęcie jak pani Parker i kapitulując kolejno, zaczęli go nazywać George'em, aż wreszcie w ich ślady poszli wszyscy poza jego najbliższymi przyjaciółmi. Gdy pojawiały się nowe znajomości, to imię wybierał również sam Georgios, pewnie dlatego, że nie wymagało od niego długich wyjaśnień.
W ciągu kilku następnych dni dowiadywałem się coraz więcej o swoim nowym przyjacielu. Przekonałem się przede wszystkim, że w razie potrzeby potrafi być dość stanowczy, co zadało kłam mojemu pierwszemu wrażeniu na jego temat, początkowo odebrałem go bowiem jako nastolatka nieśmiałego i pozbawionego pewności siebie. Yog szybko się odnalazł w codzienności Bushey Meads.
Podczas pierwszej przerwy na lunch pokazałem mu, o co chodzi w popularnej zabawie w króla muru. Nazwa zabawy mówiła wszystko, a jej zasady były dość proste. Jedna osoba wchodziła na mur, a jej konkurenci robili wszystko, co w ich mocy, żeby strącić ją z piedestału. Żadnych ograniczeń, żadnych sędziów i żadnych forów.
Tego popołudnia w celu zajęcia betonowego tronu wykorzystałem swoje nieco wyższe od przeciętnych umiejętności gimnastyczne. Byłem Królem Muru. Wyszydzając towarzystwo, strąciłem kilku zawodników, aż w końcu ktoś mnie wziął z zaskoczenia. I był to Yog. Ponieważ miał dość moich przechwałek, postanowił mnie szturchnąć w plecy. Straciłem równowagę, upadłem na asfalt i patrzyłem zawstydzony, jak paraduje po murze i zaśmiewa się ze swojej bezczelności. Yog może i nie obnosił się ze swoją siłą i nie było z niego większego pożytku na boisku piłkarskim, ówczesnym wyznaczniku sprawności fizycznej, ale widziałem wyraźnie, że nie da sobie w kaszę dmuchać.
Gdy jakiś tydzień później zostałem zaproszony do domu Yoga, potwierdziły się moje podejrzenia co do zamożności jego rodziny. Pojechaliśmy razem szkolnym autobusem i u celu, w Radlett, byłem pod wrażeniem jego pięciopokojowego wolnostojącego domu z wielkim ogrodem i eleganckim tarasem. W niczym nie przypominał czteropokojowego bliźniaka moich rodziców. My mieliśmy zadbane, ale skromne rabatki, a za domem Yoga rozciągał się wielki trawnik wznoszący się nieznacznie od części tarasowej. W letnie wieczory rodzina Panayiotou zajadała się na świeżym powietrzu śródziemnomorskimi przysmakami takimi jak dolmades, hummus i taramasalata. Wszystko to wydawało mi się dość egzotyczne w porównaniu z bardziej swojską strawą podawaną u nas.
Przywitałem się z rodzicami Yoga i poszliśmy na górę do jego pokoju. Panował tam nienaganny porządek, a wnętrze było istną skarbnicą fajnych gadżetów i sprzętów muzycznych. Mój pokój był z kolei anarchistycznym składowiskiem ciuchów i czasopism, sprzątanym tylko wtedy, gdy rodzice grozili mi wyprawą na najbliższe wysypisko śmieci. Yog miał na ścianach plakaty gwiazd takich jak David Bowie i Elton John. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak jego kolekcja komiksów o Spider-Manie. Miał ich całą stertę, w tym egzemplarz z pierwszego wydania, już wtedy bardzo cenny. Yog powiedział, że rok wcześniej widział Eltona Johna na żywo na stadionie Vicarage Road w Watford, a jeśli chodzi o mecze piłkarskie, to miał okazję zobaczyć kiedyś grę Arsenalu i tyle. Pokazywał mi swój sprzęt grający, ale ja zdążyłem już skupić uwagę na czymś innym: w nogach łóżka stała, kurczę, perkusja, metalicznie niebieska i wspaniała. Nie wierzyłem własnym oczom. Choć zestaw Yoga nie miał takich rozmiarów jak te używane przez Phila Collinsa czy Rogera Taylora z Queen, zaparło mi dech. Nie znałem nikogo, kto trzymałby w swoim pokoju perkusję, i nim Yog zdążył zaprotestować, zasiadłem za nią i zacząłem wybijać ostre, ogłuszające cztery czwarte na werblu, dwóch tomach, bębnie basowym i hi-hacie.
- Nie, Andrew... nie! - Yog próbował przekrzyczeć łoskot.
Zdenerwowałem go i jego przerażona mina świadczyła o tym, że przekroczyłem granicę. Później dowiedziałem się, że w domu państwa Panayiotou wolno ćwiczyć grę na instrumentach tylko o określonej porze, do której było jeszcze daleko. Trochę zaskoczony odsunąłem się od perkusji i entuzjastycznie skupiłem uwagę na stojącym w kącie sprzęcie stereo.
- W niedzielę po południu nagrywam zawsze Top 40 - wyjaśnił Yog. - Jeśli spodoba mi się jakiś kawałek, to sobie zostawiam.
Moja mama miała tylko przenośnego jamnika, a Yog dwukasetowy zestaw, na którym mógł nagrywać muzykę bezpośrednio z radia. To była dla mnie nobilitacja. Obaj lubowaliśmy się w listach przebojów, ale Yog, podobnie jak ja, doszedł do wniosku, że prezenterzy z jedynki BBC i z radia Capital grają słuchaczom na nerwach. Kwiecisty i bezceremonialny styl dyskdżokejów takich Dave Lee Travis czy Tony Blackburn uważaliśmy za żenujący. Ta nowa płaszczyzna porozumienia zainspirowała nas do nagrania kilku pastiszów dżingli i fragmentów rozmów. Przez dobrą godzinę gorliwie przedrzeźnialiśmy najbardziej groteskowe osobowości radiowe i nagrywaliśmy efekty tych zabaw na magnetofon Yoga. Choć nie mieliśmy jeszcze o tym pojęcia, tworzyliśmy już własny mikroświat i nadawaliśmy kształt zażyłej przyjaźni, w której muzyka przeplatała się z komizmem. Wymyślaliśmy na poczekaniu skecze, przerzucaliśmy się pomysłami i nabijaliśmy się ze świata dorosłych, który chyba nie bardzo miał do siebie dystans. Nie wiadomo, czy mamę Yoga odgłosy naszych wygłupów bardziej niepokoiły, czy uspokajały.
Tego wieczora przeglądaliśmy imponującą kolekcję płyt Yoga. Miał albumy wielu moich ukochanych artystów, w tym Queen. Lubiłem Bowiego i miałem kilka jego singli, między innymi The Jean Genie, ale Yog wprost za nim przepadał i zgromadził kilka longplayów. A Elton John to już była całkiem inna para kaloszy. Obaj uwielbialiśmy go za to, że jest wspaniałym kompozytorem. Potrafił pisać utwory w tak zróżnicowanym stylu, że single takie jak Crocodile Rock i Candle in the Wind miały całkiem inne brzmienie. Byłem trochę za młody, żeby znać kilka jego pierwszych albumów, ale wraz z premierą Goodbye Yellow Brick stałem się jego zapalonym fanem i niedługo dokupiłem sobie Madman Across the Water, Honky Chateau i Don't Shoot Me I'm Only the Piano Player. Elton miał dar mistrzowskiego przekładania na język muzyki tekstów tworzonych przez Berniego Taupina, co potwierdziło się szczególnie w przypadku Candle in the Wind. Bernie dostarczał słowo, a Elton przekazywał poprzez melodię niesione przez nie emocje. Dobrali się jak w korcu maku.
Uwielbialiśmy też Eltona za jego wizerunek. Fascynowała nas ta postać pianisty w zwariowanych okularach przeciwsłonecznych i olbrzymich butach na platformie. Równie intrygująco prezentował się David Bowie. Obaj zdawali się przekraczać wszelkie granice. Ich dopracowany image był niezmiernie ważny i obaj zachłysnęliśmy skandalizującym stylem tych artystów, tak jak zachłysnęliśmy się postacią Freddiego Mercury'ego. Frontman Queen, ze swoimi obcisłymi kombinezonami, wspaniałą fryzurą i ekspresyjnymi pozami, był charyzmatycznym twórcą, obok którego nie dało się przejść obojętnie. I cała trójka występowała pod pseudonimem, co nie umknęło uwadze Yoga.
Yog miał też zamiłowanie do cięższych i bardziej eklektycznych gatunków muzycznych. Gdy znajoma rodziców podarowała mu całą dyskografię Led Zeppelin, od razu uznaliśmy, że to bombowy zespół - nie mogliśmy uwierzyć, że go dotąd nie znaliśmy, i szybko wsiąkliśmy w Whole Lotta Love, Kashmir i When the Levee Breaks. Cudownie było odkrywać stopniowo wywrotową grupę i odsłuchiwać zachłannie całą jej dyskografię. W późniejszym czasie George stwarzał wrażenie, że wychował się praktycznie tylko na muzyce Davida Bowiego, Steviego Wondera i całego zastępu wykonawców ze stajni wytwórni Motown. Wprawdzie miał te albumy w swojej kolekcji, ale była ona znacznie obszerniejsza, niż później sugerował. Gdy słuchaliśmy tego wieczora jego ulubionych płyt i rozkładaliśmy na części pierwsze wydrukowane na wkładkach teksty i opisy, nie mogłem się nadziwić, że jest na świecie ktoś równie pochłonięty muzyką jak ja.
Niedługo musiałem już wracać do domu, a gdy wychodziłem, Lesley, mama Yoga, traktowała mnie życzliwie, ale zarazem wyraźnie nie wiedziała, co ma o mnie sądzić. Choć starałem się, jak mogłem, w odróżnieniu od rodziców innych moich kolegów chyba mnie nie polubiła, a gdy machałem na pożegnanie przez okno samochodu mamy, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ma pewne zastrzeżenia co do nowego, pewnego siebie kolegi syna. Nie przypominałem też sobie, bym robił albo mówił coś, co mogłoby ją zdenerwować, po prostu przez całe popołudnie i wieczór byłem sobą. (A to w zasadzie mogło wystarczyć). Ale nieszczególnie się tym przejąłem i pierwszą wizytę w domu Yoga wspominam jako wielką frajdę.
Wszystko szło jak po maśle.
3
Linie równoległe
To zrozumiałe, że Lesley martwiła się o Yoga, ale zważywszy na zdecydowaną postawę państwa Panayiotou, prawdopodobieństwo, że ich syn zostanie wykolejeńcem, było nikłe. Ojciec, Jack, dawał mu dobry przykład: harował i do wszystkiego doszedł w życiu sam. Naprawdę nazywał się Kyriacos Panayiotou i przeprowadził się do Wielkiej Brytanii w latach pięćdziesiątych, gdy napięcie między turecką i grecką społecznością na Cyprze doprowadziło do rozlewu krwi. Po ucieczce do Londynu Kyriacos zaczął używać zanglicyzowanej wersji swojego imienia i skrócił nazwisko do "Panos". Wyznawał kult pracy i to ona nadawała rytm jego życiu. Żeby związać koniec z końcem, pracował od rana do nocy.
Ożenił się z poznaną w Londynie Lesley i otworzył restaurację w Edgware. Gdy pierwszy raz odwiedziłem Yoga, Jack pracował jeszcze ponad siły. Rzadko bywał w domu, ale ilekroć spędzał czas z rodziną, jego obecność była zdecydowanie odczuwalna. Należał do osób małomównych, a gdy już z rzadka się do mnie odzywał, przemawiał szorstko i rzeczowo, prawie onieśmielająco. On też uważał, że wywieram na jego syna zły wpływ. Gdy był w domu, starałem się nie rzucać nadto w oczy, ale z czasem bardzo polubiłem Lesley, mimo jej domniemanych zastrzeżeń co do naszej chłopięcej przyjaźni. To była cudowna kobieta.
Jeśli chodzi o pochodzenie, łączyło nas co najmniej jedno: obaj nasi ojcowie byli imigrantami. Mój tata urodził się w 1933 roku w Aleksandrii jako Alberto Mario Zacharia, syn Włoszki i Egipcjanina o jemeńskich korzeniach. Egipt pozostawał wówczas pod silnymi wpływami brytyjskimi i Aleksandria była istnym tyglem kulturowym. W dzieciństwie mój ojciec nauczył się kilku języków. Władał biegle angielszczyzną, ponieważ w tym języku rozmawiał w domu z bratem, i bez trudu odnalazł się w brytyjskiej szkole męskiej. Po pomyślnym zdaniu egzaminów trafił na staż nauczycielski w tej samej placówce. W kraju zaczynało się jednak wrzenie. Gdy w 1956 roku rozpoczął się kryzys sueski, rodzina ojca, na fali nacjonalizmu wydalona z Egiptu, przeniosła się do Essex. Tak jak rodzina Jacka, została zmuszona do opuszczenia domu w czasie konfliktu. W początkowym okresie zimnej wojny mężczyźni w Wielkiej Brytanii odbywali jeszcze obowiązkową służbę wojskową. Gdy dowódcy z RAF przekonali się, że ojciec zna biegle kilka języków, wysłali go do szkockiego University of St Andrews, żeby pogłębił znajomość rosyjskiego i niemieckiego, ponieważ zamierzali go wysłać na misję do Berlina. Doświadczywszy w Egipcie dyskryminacji, ojciec chciał się jak najszybciej zasymilować. Jeszcze przed rozpoczęciem studiów w St Andrews zobaczył z okien autobusu szyld z napisem "Ridgeley Gardens". To brzmi bardzo angielsko, pomyślał, a nazwisko "Zacharia" może działać na moją niekorzyść, więc... Nazwisko się przyjęło i tak Albert Ridgeley, który mówił płynnie po arabsku, niemiecku, rosyjsku, francusku i włosku, po ukończeniu studiów w St Andrews podjął naukę w wojskowym studium nauczania języków obcych i został wysłany do Berlina jako tłumacz służb wywiadowczych RAF. Mimo wielokulturowych korzeni tata od razu poczuł się Brytyjczykiem - tak jak ja. W dzieciństwie nie miałem wątpliwości, że choć mam nieco ciemniejszą karnację niż większość rówieśników, należę do tej samej kultury i jestem równie angielski jak turniej wimbledoński i jajka sadzone z bekonem, tymczasem rodzina Yoga wydawała się bardziej przywiązana do swoich cypryjskich korzeni. Jack, w odróżnieniu od mojego taty, który wyrażał się jak stuprocentowy Anglik, mówił z bardzo silnym akcentem.
Moi rodzice poznali się w 1960 roku, gdy tata zakończył wreszcie służbę w RAF i zatrudnił się w sklepie fotograficznym, którą to pracę bardzo lubił, ponieważ sam robił amatorsko zdjęcia. Przyszłą żonę, Jennifer Dunlop, poznał, gdy miała zaledwie osiemnaście lat i chodziła jeszcze do szkoły. Mimo młodego wieku była jednak osobą upartą i niezależną, i rodzice wnet się w sobie zakochali. Gdy mama zaszła w ciążę, tata, człowiek honorowy, z poczucia obowiązku postanowił się z nią ożenić. Ja - sprawca tego pospiesznie zorganizowanego ślubu - pojawiłem się na świecie w 1963 roku, a w lutym 1964 roku urodził się mój brat Paul, ale dopiero w dniu dwudziestej piątej rocznicy ślubu rodziców zorientowałem się, że gdy mama wychodziła za tatę, była w czwartym miesiącu ciąży. Rodzice zapobiegli miniskandalowi.
Życie rodziny Ridgeleyów toczyło się początkowo w niewielkim domu w podmiejskiej dzielnicy Egham, skromnym, ale tętniącym życiem. Mieszkaliśmy tam z dziadkiem ze strony ojca, postacią jakby żywcem przeniesioną z całkiem innego świata. Mój brat i ja nie znaliśmy jego życiorysu, nie byliśmy świadomi traum, których doznał w czasie drugiej wojny światowej, i mówiliśmy na niego "Drac" z powodu jego poważnego usposobienia i podobieństwa do hrabiego Drakuli. Dziadek pił hektolitry coca-coli i palił jak smok. W 1968 roku przeprowadziliśmy się do zbudowanego w latach trzydziestych bliźniaka przy Ashfield Avenue 40 w Bushey, ale dziadek dalej mieszkał w Egham, dopóki kilka lat później nie wykończyły go papierosy.
Gdy Paul i ja poszliśmy do zerówki, mama mogła zająć się swoją karierą i zapisała się do Wall Hall Teacher Training College. Przed starym neogotyckim budynkiem znajdował się odkryty basen i w ciepłe dni mama czasem nas tam zabierała. Uwielbiałem dokazywać w wodzie. Kiedy wszedłem w wiek nastoletni i wolno mi było poruszać się samodzielnie po King George V Recreation Ground, ośrodku sportu i rekreacji w Bushey, stał się on centrum mojego życia towarzyskiego, przede wszystkim dzięki boisku piłkarskiemu, kortom tenisowym i kawiarni. Najbardziej ciągnęło mnie jednak na tamtejszy basen. Po szkole biegłem do domu, chwytałem kąpielówki i pędziłem do ośrodka, który stał się dla mnie krainą wodnych cudów. Godzinami szlifowałem wymyślne techniki skoków na bombę, czyli takich, które najbardziej rozpryskują wodę, i nadawałem im nazwy: skok na kaznodzieję, na otwieracz do puszek i na dziadka do orzechów, a każda metoda była dobra, jeśli udało się zachlapać opalające się nieopodal dziewczyny. Lata siedemdziesiąte spędzone między basenami Wall Hall i ośrodka sportu składały się na ciąg nieustających wakacji.
W podstawówce zarówno Paul, jak i ja zrozumieliśmy, że mamy się grzecznie bawić, bo inaczej pożałujemy. Mama dość zręcznie posługiwała się warząchwią, a gdy wystawialiśmy jej cierpliwość na ciężką próbę, goniła nas po ogrodzie i okładała łychą po zadkach. Nie przypominam sobie, żebym szczególnie łobuzował, ale na pewno bywałem niesforny i bardzo ciekawski. Gdy więc w którąś sobotę rodzice zorganizowali przyjęcie, nazajutrz wstałem wczesnym rankiem z nadzieją, że dowiem się, co kombinowali nocą dorośli. Miałem zaledwie siedem lat, a że rodzice, korzystając z rzadkiej okazji, wylegiwali się jeszcze w łóżkach, przymusiłem młodszego brata do współudziału. Zakradliśmy się na dół i zaczęliśmy poszukiwania.
Najpierw natknęliśmy się na otwartą puszkę piwa Watney's Party Seven, w latach siedemdziesiątych napoju obowiązkowego na każdej prywatce. Wzięliśmy po łyku, ale piwo było tak ohydne, że zaraz wypluliśmy je z powrotem. Niezrażeni otworzyliśmy ręcznie rzeźbioną drewnianą szkatułkę mamy, wypełnioną papierosami i wyjmowaną tylko na specjalne okazje. Capnęliśmy po jednym, wzięliśmy zapałki i wymknęliśmy się za dom, a gdy zapaliliśmy, natychmiast zaczęliśmy kasłać i spluwać. Natychmiast zrezygnowaliśmy z tej przygody, a dowody ukryliśmy w koszu na śmieci.
Ale ktoś nas nakrył!
Pan Smith, nasz wścibski sąsiad, wszystko widział i z niekłamaną przyjemnością doniósł o tym mamie, która zagroziła nam nadzwyczajnymi sankcjami: "Poczekajcie tylko, aż wróci tata". Przez kilka godzin czekaliśmy zatrwożeni na nieuniknioną karę. Gdy nadszedł czas, zostaliśmy wezwani na dół i dostaliśmy od obojga rodziców ostrą burę. Tata zagonił nas klapsami do łóżek i tego dnia nie dostaliśmy kolacji. Nie jestem pewien, czy kara była współmierna do przestępstwa, ale niewątpliwie poskutkowała. Od tego czasu nawet nie umoczyłem ust w piwie Watney's.
Ojciec miał na mnie w dzieciństwie olbrzymi wpływ, pod wieloma względami. Ze względu na swoją wojskową przeszłość pasjonował się historią drugiej wojny światowej i prenumerował rozmaite czasopisma poświęcone tej tematyce. Ilekroć przychodziły, czytałem je od deski do deski i do dziś po samej sylwetce umiem rozpoznać myśliwce z tego okresu. Te zainteresowania poszerzyły się później o modelarstwo i jako dwunastolatek często przeznaczałem cały swój zarobek gazeciarza na modele samolotów, czołgów i okrętów oraz na równie ważny klej i farbkę.
Miałem szczęście, że cokolwiek zarabiałem, bo byłem chyba najgorszym gazeciarzem na świecie: niemrawym, nieodpowiedzialnym powsinogą. Tak łatwo się rozpraszałem, że w weekendy doręczałem gazety dopiero w porze lunchu. Klienci składali zażalenia, czasem wychodzili i mnie szukali. Mieli prawo się wkurzać, szczególnie pani, która w pewien niedzielny poranek zastała mnie w swoim garażu podpijającego pozostawiony tam przez nią cydr gruszkowy Babycham. Przyłapała mnie na gorącym uczynku i odesłała w niesławie. Nic dziwnego, że potem mnie wylali.
Ale tata wpłynął też na mnie pod innym, ważniejszym, względem - wprowadził mnie w świat muzyki.
Sam był doboszem w orkiestrze wojskowej RAF i zarówno jemu, jak i mamie zależało, żebym nauczył się gry na jakimś instrumencie, więc od siódmego roku życia pobierałem lekcje gry na instrumentach klawiszowych. W domu ćwiczyłem na stojącym pianinie. Szybko przekonałem się, że obok grania pasaży z podręcznika, który dostałem od nauczyciela, uwielbiam też komponować. Właściwie wymyślanie własnych melodii podobało mi się bardziej niż samo granie. Pianino traktowałem tylko jako narzędzie, nic więc dziwnego, że po pewnym czasie zrezygnowałem z lekcji. Do gry na instrumencie wróciłem dopiero jako nastolatek, gdy na nowo zakochałem się w muzyce i znów chciałem tworzyć piosenki. Ale te dziecięce lekcje chyba zaprocentowały.
Dumą i radością taty był stojący w jadalni zestaw stereo, a on sam do słuchania płyt używał najchętniej kosztownych słuchawek Sennheiser. Gdy w domu opanowanym przez dwóch chłopców zapadała z rzadka cisza, zakładał słuchawki, rozsiadał się wygodnie, zamykał oczy i zatracał się w muzyce. W niedzielne wieczory cała rodzina gromadziła się jednak przy głośnikach, z których płynęły dźwięki listy przebojów Top 40. To nie była pora na żarty, tańce czy przepychanki. Przysiadaliśmy z kolacją na skóropodobnej sofie i słuchaliśmy nagrań Sweet, Slade i Alvina Stardusta, a z tego cotygodniowego rytuału zrodziło się moje zamiłowanie do popu i rock'n'rolla, nabrałem też przekonania, że muzyka służy afirmacji życia.
Nasza kolekcja płyt nie była może imponująca, ale za to ukształtowała moje gusta. Bez końca wertowałem longplaye rodziców i słuchałem Beatlesów, The Everly Brothers i składanki Rolling Stonesów zatytułowanej Big Hits (Hight Tide and Green Grass), na której znalazły się wczesne single takie jak Paint It Black, It's All Over Now, (I Can't Get No) Satisfaction czy Get Off of My Cloud. Muzyka Stonesów miała surowe, instynktowne brzmienie i cała ich twórczość była wielce ożywcza, ale konkurowała o moje względy z takimi faworytami jak Help! Beatlesów oraz składanką Twenty Five Rock'n'Roll obejmującą między innymi Tutti Frutti Little Richarda, Rock Around the Clock Billa Haleya & His Comets i Hound Doga Elvisa. Pogłaśniałem sprzęt i tańczyłem twista i jive'a w salonie, ale tylko wtedy, gdy miałem pewność, że nikogo nie ma w domu. Kiedy słyszałem trzaśnięcie drzwi, przyskakiwałem do adaptera, siadałem szybko i ukrywałem przyspieszony oddech. Chybabym się zapadł pod ziemię, gdyby ktoś mnie przyłapał na tańczeniu twista.
Nie mogę sobie przypomnieć pierwszego albumu albo singla z mojej własnej kolekcji, ale przeglądanie stojaków z winylami w poszukiwaniu czegoś, na co mógłbym wydać kieszonkowe, stało się prawdziwą przygodą. Do najbardziej pamiętnych wczesnych odkryć należała płyta Good Bye Yellow Brick Road Eltona Johna. Kupiłem ją po tym, jak kierowca autokaru wiozącego nas na szkolną wycieczkę do doliny rzeki Wye odtwarzał ją non stop na swoim nowoczesnym ośmiościeżkowym magnetofonie szpulowym, a oprawa jedynie dodawała jej wyjątkowości. Okładka się rozkładała, a tekstowi każdej piosenki towarzyszyła fantastyczna ilustracja: Marylin Monroe przy Candle in the Wind, pistolet przy Roy Rogers i smok przy Grey Seal. Album Captain Fantastic and the Brown Dirt Cowboy był jeszcze bogatszy i zawierał ze trzy albo cztery wkładki, z których jedna była broszurką z tekstami, a inna komiksem. Później dowiedziałem się, że jedna z wersji okładki miała nawet otwierane okienka.
Yog i ja często jeździliśmy razem na łowy i pamiętam dokładnie, jak w oczekiwaniu na pociąg na stacji Golders Green ślęczeliśmy nad okładką Out of the Blue, wydanego w 1977 roku albumu Electric Light Orchestra, na którym znalazł się ich wielki przebój Mr Blue Sky.
Jako nastolatki obaj fascynowaliśmy się szatą graficzną albumów i pamiętam, jak potrafiłem godzinami wpatrywać się we wspaniałe okładki, na przykład płyty Tales From Topographic Oceans grającego rocka progresywnego zespołu Yes. Wprawdzie nigdy nie zdarzyło mi się kupić płyty wyłącznie z powodu okładki, ale surrealistyczne ilustracje można było podziwiać bez względu na to, czy lubiło się daną muzykę. Na szczęście albumy niektórych spośród moich ulubionych grup łączyły walory estetyczne ze wspaniałymi piosenkami i mniej więcej wtedy zostałem fanem Genesis, nie pamiętam tylko, czy dzięki emitowanemu w telewizyjnej dwójce programowi The Old Grey Whistle Test, czy dzięki mojemu kumplowi Royowi, który miał dość osobliwe gusta muzyczne, do jego ulubionych wykonawców należeli bowiem Gong, Genesis i Captain Beefheart. Nie posiadałem się ze szczęścia, gdy okazało się, że okładka wydanego w 1976 roku album Genesis Wind and Wuthering jest zupełnie niezwykła w dotyku, bo ma wybite wypukłe logo. Warstwa muzyczna okazała się równie dobra.
Niedługo potem zacząłem oglądać swoje ulubione zespoły na żywo, a pierwszego koncertu nie zapomnę do końca życia. Gdy w 1977 roku w Earls Court występował Queen, Roy zdobył gdzieś bilety i mimo że nie dało się już chyba stać dalej od sceny, Freddie Mercury zrobił na mnie porażające wrażenie. Na szczęście dwa lata później zobaczyłem go znowu w Alexandra Palace, tym razem poszedłem z Yogiem. Freddie Mercury mnie zahipnotyzował. Wystąpił wtedy w obcisłym kostiumie arlekina. Zespół zagrał swoje największe hity - Crazy Little Thing Called Love, Fat Bottomed Grindle i Bicycle Race - i choć wyjątkowy warsztat gitarzysty Briana Maya dał wspaniały efekt, Freddie zdominował scenę ekspresją, jakiej nie widziałem dotąd u żadnego wokalisty, nawet u Prince'a.
Równie dobrze brzmiał Genesis, którego występ obejrzałem z Yogiem w 1977 roku w Earls Court. Choć kupiliśmy bilety w kasie tuż przed koncertem, przydzielono nam, o dziwo, miejsca w trzecim rzędzie. Scena prezentowała się oszałamiająco. Zwisające z pułapu błyskające reflektory Vari-Lite, wtedy jeszcze nowość, wyglądały jak rząd eterycznych białych stalaktytów. Genesis przechodził właśnie kolejną metamorfozę i wkraczał stopniowo do głównego nurtu. Po odejściu Petera Gabriela ich styl stał się wyraźnie mniej wariacki i teraz, po wydaniu albumów A Trick of the Tail i Wind and Wuthering, ich twórczość przybierała kształt, który bardziej do nas przemawiał. Uwielbiałem oglądać Phila Collinsa na scenie, kiedy robił coś nieprawdopodobnego: grał dynamicznie i wprawnie na perkusji, a zarazem śpiewał. Rok później zobaczyliśmy ich ponownie, tym razem w Knebworth. To był świetny koncert, ale utknęliśmy czterysta metrów od sceny, więc wrażenia nie mogły się równać z tymi z pamiętnej nocy w Earls Court.
Ilekroć odtwarzałem w domu płyty Genesis albo Queen, robiłem to z wielkim namaszczeniem. Sprzęt taty był równie cenny jak jego samochód lub obrączka mamy. A w domu się nie przelewało. Rzadko przeprowadzaliśmy remonty, drogie wakacje były zbytkiem, na który nie mogliśmy sobie pozwolić, ale zestaw stereo był kosztownym skarbem taty i jednym z niewielu przedmiotów w domu, które po prostu należały do niego. Korzystanie z niego traktowaliśmy jak wielki przywilej. Choć moje gusta muzyczne się zmieniały, nadal gromadziliśmy się przy głośnikach, żeby słuchać razem Top 40. Ta przyjemność bladła jednak w porównaniu z czwartkowymi wieczorami - o dziewiętnastej trzydzieści chyba cały kraj zasiadał przed telewizorami i oglądał Top of the Pops. W latach siedemdziesiątych ten flagowy program muzyczny nadawany przez jedynkę BBC był obowiązkowy dla każdego, kto choć przelotnie interesował się muzyką pop, i tak już pozostało przez kilka najbliższych dekad. Program oglądali namiętnie zarówno państwo Ridgeleyowie, jak i Panayiotou.
Gwiazdy takie jak T. Rex, The New Seekers czy ABBA przyciągały widzów jak magnes. Queen ujął mnie telewizyjnym wykonaniem Killer Queen, ale w pewien dżdżysty lutowy wieczór 1978 roku wszyscy oszaleli na punkcie Blondie za sprawą jego liderki, Debbie Harry, która odziana wyłącznie w czerwoną koszulę jak po starszym bracie oraz sięgające ud kozaczki zaszokowała nas swoim seksapilem. Nazajutrz w szkole wszyscy mówili tylko o Blondie, a Debbie Harry uosabiała dla mnie kwestię, która w latach młodości spędzała mi sen z powiek. Zaczynało do mnie docierać, jaką władzę potrafi mieć gwiazda popu.
4
Teenage Kicks
W połowie lat siedemdziesiątych każdy szanujący się nastolatek wiedział, że aby zdobyć szacunek znajomych, nie wspominając już o szansach na podryw, trzeba się odpowiednio prezentować. Ja nie byłem wyjątkiem. Jeszcze nad długo przed wielkim sukcesem Wham! nabrałem upodobania do efektownych strojów i skompletowałem charakterystyczną garderobę odzwierciedlającą moją ekstrawertyczną osobowość.
Dla trzynastolatka oznaczało to zakupy w sieciówkach w najbliższym centrum handlowym, czyli w Watford. Jednak organizowane dwa razy w miesiącu wyprawy z mamą i Paulem przerodziły się w końcu w indywidualne łowy na bazarze w Watford. Od czasu tych wypadów już zawsze stawiałem na ciekawe stroje, pominąwszy parę niefortunnych zestawów dopasowanych specjalnie do paru niefortunnych fryzur. Wypraw na ciuchy wyglądało się z niecierpliwością. W mieście było tłoczno i gwarnie, szczególnie na końcu głównej ulicy, gdzie kręciłem się w pobliżu palarni kawy i wdychałem dochodzące z wnętrza wspaniałe zapachy. To była mała oaza indywidualizmu pośród rzędu znajomych marek takich jak Woolworth's, Our Price i Safeway.
Kto miał wyczucie stylu, ten wiedział, że w poszukiwaniu najmodniejszych ciuchów należy unikać głównego traktu i zachodzić na pobliski bazar. To tam popełniłem swoje pierwsze odzieżowe faux pas: kupiłem sztruksy w jarmarcznym odcieniu butelkowej zieleni, z wysokim stanem i rozporkiem na cztery guziki. Po wetknięciu rąk do głębokich kieszeni wyglądałem, jakbym miał garb. Nie żebym się tym przejmował, a skąd. Wszyscy moi znajomi wyglądali równie idiotycznie. Paradując w tych portkach i buciorach na platformie, mieliśmy się za największych szpanerów w całym Bushey.
Bywałem mniej lub bardziej rozrzutny. Zaoszczędziłem osiem funtów, jak na 1975 rok małą fortunę, i kupiłem sobie czerwonobrunatne rockersy. Ilekroć w moim kalendarzu towarzyskim wypadała jakaś ważna data, wkładałem je z nadzieją, że zaimponuję kumplom albo dziewczynom. Nie minęło pół roku, a wyszły z mody.
Kontakty towarzyskie raczej nie przysparzały mi problemów, przynajmniej tak uważałem: kipiałem pewnością siebie. Nie wiem do końca, skąd mi się to wzięło, ale pewną rolę odegrała na pewno atmosfera w domu. Mama urodziła mnie, gdy miała zaledwie osiemnaście lat, a później została nauczycielką; była osobą, która wyraźnie radziła sobie ze wszelkimi przeciwnościami losu i po prostu robiła swoje, a ja widocznie po trosze to przejąłem. Ogólnie rzecz biorąc, w domu moja pewność siebie miała szansę rozkwitnąć i rodzice w żaden sposób mnie nie ograniczali. Zarówno mój brat, jak i ja mogliśmy sobie swobodnie dobierać pasje (w granicach rozsądku), czy było to modelarstwo, gra w piłkę, muzyka, czy cokolwiek innego. I choć nie mieliśmy wątpliwości, że ojciec przywiązuje dużą wagę do sukcesów w nauce, rodzice nie wywierali na nas większej presji.
Nie jestem za to pewien, czy tak samo było u Yoga. Jego ojciec miał bardzo silną osobowość i chyba dość konserwatywne poglądy na to, jak należy żyć i co ma zrobić jego syn, żeby stać się człowiekiem sukcesu. A to, że Yog był chyba wrażliwszym chłopcem niż ja, tylko pogarszało sprawę. W miarę jak dorastałem, coraz większą rolę w umacnianiu mojej pewności siebie odgrywał też wygląd. Nie uważałem się za szczególnie przystojnego chłopaka, ale też nie za brzydala. A gdy skończyłem siedemnaście czy osiemnaście lat i zaczęły się mną interesować dziewczyny, moja samoocena jeszcze się umocniła. Pewność siebie była też pokłosiem tego, jak reagowało na mnie otoczenie: wychowano mnie na osobę uprzejmą i taktowną, więc dorośli na ogół odnosili się do mnie przychylnie. I nie dawałem się łatwo onieśmielić, co przy zakładaniu zespołu okazało się nadzwyczaj korzystną cechą. Żeby się swobodnie wypowiadać i wyrażać swoją osobowość poprzez muzykę, wykonawcy muszą mieć wielką siłę przebicia. Trzeba w siebie mocno wierzyć, żeby wciskać wytwórniom demówki albo dopraszać się o koncerty. Samo wyjście na scenę wymaga pewnej dozy tupetu.
O ile nic więc nie stało mi na drodze, jeśli chodzi o swobodę artystyczną, o tyle nie jestem całkiem pewien, co chciałem wyrazić przez niektóre ubrania! Choć w kwestii strojów nie ja jeden błądziłem. Yog, ze swoimi okularami i niesforną czupryną, pilnie potrzebował metamorfozy, odkąd tylko pojawił się w szkole Bushey Meads. Głównie z powodu okularów, których nie znosił, a jeszcze bardziej z powodu włosów, których wręcz nienawidził. Dla Yoga szczególnie ryzykowne było wyjście na deszcz, ponieważ jego kędziory zmieniały się wtedy w nieposkromioną zmierzwioną strzechę. Okulary stanowiły chyba mniejszy problem. Yog należał do jednej z pierwszych znanych mi osób, która przerzuciła się na soczewki kontaktowe, a wraz z możliwością zrzucenia znienawidzonych bryli w jego życiu nastąpiło nowe rozdanie. W 1977 roku wrócił po wakacjach z wyraźnie podniesionym poczuciem wartości. Soczewki kontaktowe nie wpłynęły jednak znacząco na jego gust. Gdy pewnego ranka wszedł do szkoły w nowiutkim płaszczu, nabrałem przekonania, że jest daltonistą.
- Bardzo lubię zieleń - oznajmił, choć nikt wokół nie miał wątpliwości, że to brąz. Rozpoznawanie czerwieni też chyba sprawiało mu kłopot, ale dopiero wiele lat później przekonał się, że faktycznie jest daltonistą.
Mimo tego wszystkiego w szkole nigdy nie musiałem stawać w jego obronie, a na pewno nie tak, jak przedstawił to w tekście Young Guns (Go for It!): "Zostaw, to mój kumpel!". Yog zaaklimatyzował się w Bushey Meads i niemal ze wszystkimi się dogadywał. Rzadko nabijaliśmy się z siebie nawzajem. Wiedząc, jaki jest przewrażliwiony na punkcie włosów, okularów i wyglądu w ogóle, nigdy nie posunąłem się za daleko, przezywałem go najwyżej "Jogurtem". Jeśli jednak chodzi o nasze ubrania, wszystko się mogło zdarzyć.
Kilka razy w roku w Bushey Meads odbywała się dyskoteka. Choć organizowano ją w szkolnej auli, w naszych oczach dorównywała świetnością tym z nowojorskiego Studia 54 albo Roxy z Covent Garden. Była to też jedyna okazja do włożenia specjalnego stroju, prześcigaliśmy się więc w tym, kto będzie fajniej wyglądał. Ale szacunek rówieśników nie był jedyną motywacją do inwestycji w szałowe ciuchy. Kobiece ciało było teraz dla nas równie ważne jak Puchar Anglii i Gwiezdne wojny. Mieliśmy piętnastkę na karku i nasze libido wchodziło na najwyższe obroty. Odpowiedni ubiór stał się nagle decydujący, zwłaszcza że przed końcem wieczoru można było zapraszać dziewczyny do tańca przy wolnych kawałkach. Moje sukcesy na tym polu były dość rozczarowujące, ale nigdy nie zniechęcałem się odmowami.
Na dyskotekach brakowało mi jednego - Yoga. Choć stale suszyłem mu o to głowę, rzadko do nas dołączał, ponieważ za daleko mieszkał. Jego tata pracował do późna w restauracji, zresztą, jak się dowiedziałem, nie miał ochoty robić za rodzinnego szofera. Yoga ominęły więc pląsy do muzyki Chic, Donny Summer, Jacksonów i Bee Gees na tle niewyszukanych efektów specjalnych, głównie wyświetlanych na ścianie auli filmów niemych i oświetlających DJ-a kolorowych lampek. A Yoga nie było. Uparłem się, że w końcu wyciągnę go na balety.
W kolejnych miesiącach, szczególnie po tym, jak w grudniu 1977 roku na ekrany weszła oscarowa Gorączka sobotniej nocy, dyskoteki organizowano już wszędzie. Film z Johnem Travoltą w roli głównej i muzyką Bee Gees przedstawiał nowojorską scenę klubową. Postać, w którą wcielał się Travolta, kroczyła ulicami miasta i ożywiała tańcem muzykę. Promujący film singiel Stayin' Alive rozpalał w poprzednim roku szkolnym parkiet i pojawiał się na okrągło w radiu i programie Top of the Pops. Uwielbialiśmy go z Yogiem. Utwór miał w sobie rodzaj pobudzającego napięcia, któremu nie sposób się było oprzeć. A potem w lutym usłyszeliśmy Night Fever, kawałek równie zmysłowy i podniecający.
W klasie o filmie rozmawiali wszyscy. To była prawdziwa sensacja, możliwość wejrzenia w świat seksu, mody i splendoru, z której po prostu trzeba było skorzystać. Gorączka sobotniej nocy rozpalała nasze zmysły.
Ale nie obyło się bez przeszkód - film był dozwolony od lat osiemnastu. Zważywszy na to, że w 1978 roku miałem ledwie piętnaście lat, a Yog był kilka miesięcy młodszy, nasze próby nabrania kasjerek z kina Empire mogły się skończyć żenująco. Mimo to postanowiliśmy spróbować, z nadzieją, że jeśli zaprezentujemy się jako wielkomiejscy światowcy, zdołamy je omamić. Doszliśmy do wniosku, że w tym celu musimy wejść z fasonem i z dziewczynami u boku. Obietnica biletów, bezpłatnego popcornu i nielimitowanych napojów gazowanych jakimś cudem znęciła dwie koleżanki z naszego rocznika.
Tego wieczora nosiło mnie z nerwów. Skompletowałem błazeński strój, który składał się z portek w kolorze morelowym, tak obcisłych, że utrudniały siadanie, koszuli z dużym kołnierzykiem i czarnych skórzanych butów ze szpiczastym, obitym blachą czubkiem. Wyglądałem supermodnie. W drodze do kina uzgodniliśmy, że to ja jako osoba przekonana o sukcesie przedsięwzięcia powinienem rozmawiać z dorosłymi. Yog i nasze wspólniczki szli za mną i wyglądali dość podejrzanie. Podszedłem do kasy i wyprostowałem się, jak tylko mogłem.
- Poproszę cztery bilety na Gorączkę sobotniej nocy - powiedziałem niskim głosem i podsunąłem kasjerce banknot pięciofuntowy.
Przyjrzała mi się badawczo znad zsuniętych okularów i od razu się zorientowała, że nieletnia młodzież usiłuje wejść podstępem na film dozwolony od osiemnastu lat. Łypnęła na zgniecionego piątaka jak na nadgryziony pasztecik. "Nic z tego nie będzie. Nic z tego nie będzie!" Autobus do domu już czekał. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, a ona go odwzajemniła. Bingo! Zerwała z rolki cztery bilety i skinęła w stronę drzwi do sali. Prestiż w towarzystwie miałem murowany!
Jeśli nasze towarzyszki obawiały się, że w ostatnich rzędach dojdzie do niezgrabnej zabawy w doktora, to mogły odetchnąć. Mieliśmy to w nosie. Gdy tylko zasiedliśmy z Yogiem w swoich fotelach, ekran pochłonął nas bez reszty. Jeszcze przez całe tygodnie debatowano w szkole o Gorączce... W domu Yoga nagraliśmy serię parodii skeczów radiowych inspirowanych filmem. Podkręceni rozpalonymi młodzieńczymi fantazjami seksualnymi nadaliśmy nowe życie scenie podrywu w wykonaniu Johna Travolty w roli Tony'ego Manero. Tony Manero zwabia dziewczynę na tylne siedzenie wozu. Wkłada jej ręce pod sukienkę, zaczyna ją obmacywać i nagle odkrywa, że to facet! To były dość infantylne wygłupy, ale bawiły nas wtedy do łez.
Pod względem muzycznym Gorączka sobotniej nocy niosła wyzwolenie. Usankcjonowała taniec jako prawdziwie męskie zajęcie i podsunęła sposób na zbliżenie się do kobiet - pod każdym względem. Wcześniej panowało przekonanie, że pełnokrwistemu mężczyźnie tańczyć nie przystoi. Gorączka... to odmieniła. Facet wchodzący na parkiet stał się nagle kimś fajowym. Ośmieleni sukcesem w Empire Yog i ja zaczęliśmy omijać sprytną gadką ograniczenia wiekowe i przedostawać się na parkiety miejscowych klubów nocnych. W późniejszym okresie, gdy nabraliśmy pewności, a nasi rodzice spuścili nieco z tonu, odwiedzaliśmy szemrane kluby w suterenach West Endu, jednakowo czerpiące garściami z sukcesów Studia 54 i Gorączki sobotniej nocy. Zaczynało się lato 1978 roku. Upust młodzieńczej furii można było dać też w ramach konkurencyjnej kultury punkowej, ale nas wciągnęło disco. Przez kolejny rok Johnny Rotten i Joe Strummer mogli sobie gadać czy chrypieć, co tylko chcieli, a my ani myśleliśmy zmieniać kurs.
Do szczęścia brakowało mi jeszcze dziewczyny, gdy więc Jody, koleżanka z klasy, zaprosiła mnie do siebie na prywatkę, kilka ukradkowych spojrzeń przez ramię podczas lekcji matematyki utwierdziło mnie w przekonaniu, że chyba los się do mnie uśmiechnął. Jody mi się podobała i razem z Yogiem, który miał się potem wkręcić do mnie, wyczekiwaliśmy niecierpliwie prywatki. Tego wieczora musiałem oczywiście zadać szyku: morelowe sztruksy, które wyglądały, jakby ktoś je pomazał sprejem, i cieniutki morelowy pulower z angory, z dekoltem w łódkę. Dla chłopaka z przedmieść taki strój był wtedy na granicy stosowności. Co pomyśleli sobie rodzice, gdy wychodziłem z domu, pozostaje dla mnie tajemnicą. Wprawdzie mama pewnie miała to gdzieś, ale ojciec musiał być przerażony. Po przyjściu do Jody pociągałem z gwinta bacardi, rozmawiałem ze znajomymi i przechadzałem się między tańczącymi parami, podchmielonymi już cydrem i znacznie mocniejszymi napojami wyskokowymi. Nagle Yog złapał mnie za rękę i oznajmił, że musi ze mną pogadać.
- Andy, nie wiem, jak ci to powiedzieć - zaczął, nieco zmieszany. - Chodzi o mamę i tatę. Nie chcą, żebyś więcej do nas przychodził...
Parsknąłem śmiechem. Początkowo wziąłem to za żart. Nie trzeba było być geniuszem, żeby pojąć, że Lesley nie jest do mnie przekonana, ale z czasem ją polubiłem, a ona polubiła mnie. Niestety wiedziała też, że rozpraszam Yoga, przede wszystkim dlatego, że miałem stosunek do nauki zgoła odmienny niż on. Był pilnym uczniem: w nadchodzącym roku szkolnym stać go było na komplet punktów na egzaminie O-level, a jego rodzice mieli poczucie, że jeśli tylko nie zejdzie na złą drogę, koniec końców dostanie się na względnie przyzwoitą uczelnię. "Żadnych rozrywek, żadnego złego towarzystwa". To teraz najwyraźniej obejmowało moją osobę.
- Tylko wiesz... - ciągnął - ...skoro ty nie możesz przychodzić do mnie, to ja raczej nie mogę też przychodzić do ciebie.
Poczułem się, jakby mnie ktoś zdzielił.
- Że co?
Nie nadążyłem za jego rozumowaniem, ale nim zdążyłem mu coś odparować, wzruszył ramionami, odszedł i wmieszał się w tłum tańczącej w ogrodzie młodzieży. Stałem jak wryty. W jednej chwili byłem na prywatce, świetnie się bawiłem, tańczyłem i się wygłupiałem, a tu nagle dowiedziałem się, że nie wolno mi się spotykać z najlepszym kumplem. Yog przeorał mnie psychicznie, sugerując, że czas na rozłąkę - i to tuż przed nadchodzącymi wakacjami. Choć byłem już nieźle zaprawiony, z rozpaczy piłem dalej. Niedługo potem zjechałem ze ściany w kuchni i ze łzami w oczach wyśpiewałem wszystko innemu dobremu kumplowi oraz - wstyd przyznać - mamie Jody. Wspomnienie tego traumatycznego wieczoru zamazuje mi się w pamięci. Pamiętam tylko, jak tata Anthony'ego Perkinsa, niestety policjant, podnosił mnie z ulicy, ale ktoś odciągnął mnie za rękę na bok.
Ku mojemu zaskoczeniu był to Yog.
- Chodź, Andy - powiedział ze współczuciem. - Odstawię cię do domu.
Była trzecia nad ranem. Toczyliśmy się mozolnie opustoszałymi ulicami Bushey, a Yog cierpliwie mnie eskortował. Nim wczołgaliśmy się do domu, zdążyło się przejaśnić. Przez sporą część drogi dogorywałem w krzakach, błagając dobrego Boga o szybką i bezbolesną śmierć, ale gdy przejrzałem się w lustrze w przedpokoju, odkryłem, że wyszedłem z tego bez szwanku. Czego nie można było powiedzieć o Yogu. Ubranie miał pokryte ziemią i trawą, która obwieszała go jak rozmiękłe ręczniki papierowe. I bynajmniej nie pachniał fiołkami.
- O cholera, to była ciężka noc, co? - spytałem z uśmiechem.
Yog obrzucił mnie spojrzeniem od stóp do głów i zaczął się śmiać.
- Andy, jak ty to robisz?
Wzruszyłem ramionami.
- Ale co?
- Spójrz tylko na nas! Na mnie już po jednym wyjściu nawet garnitur wyglądałby jak łachmany kloszarda. A ty? Przez ostatnie dwie godziny tarzałeś się po krzakach, a wyglądasz jak spod igły...
Miał rację. Wprawdzie byłem pokiereszowany emocjonalnie, ale życzliwość, którą okazał mi Yog w drodze do domu, okazała się miarą naszej przyjaźni: byliśmy najlepszymi kumplami, bez względu na to, co sądzili o tym jego rodzice, i wiedziałem prawie na pewno, że nie zdołają nas rozdzielić. A właściwie byłem o tym przekonany bardziej niż zwykle.
Tak jak i Yog.
5
Girls! Girls! Girls!
Wszystko wskazywało na to, że lato 1978 roku pozostawi w nas ślad na całe życie. Moi rówieśnicy i ja wpadliśmy po uszy w świat singli disco, zakrapianych imprez i pierwszych doświadczeń erotycznych. Ni stąd, ni zowąd wszyscy zwariowaliśmy na punkcie seksu. Zaczynały się międzypłciowe podchody. Narastało między nami wyraźne napięcie, a wraz z nadejściem wakacji nasze młode żądze znalazły swobodne ujście.
W długiej przerwie od nauki stale odbywały się prywatki. O dziwo, większości rodziców osób z naszej paczki nie przeszkadzało, że pod ich nieobecność dom zmienia się w miejsce spotkań. Mieliśmy na to przyzwolenie, pod warunkiem że nie dojdzie do demolki i nikomu nie trzeba będzie płukać żołądka. Ruszały zaproszenia i niebawem napływał gęsty tłum, który oczekiwał popijawy, potańcówki i może, może bliższego poznania płci przeciwnej.
Oprócz prywatkowych obściskiwań i przygód na jedną noc dla osób z naszego rocznika z Bushey Meads ważnym elementem życia uczuciowego stawały się coraz częściej randki. To znaczy chyba dla wszystkich poza Yogiem i mną. Mimo prób jakoś nie mogłem sobie znaleźć dziewczyny. Koleżanki z klasy - Katie, Lara, Anna czy Charlotte - były teraz dla mnie równie seksowne jak dziewczyny z Pan's People. Było w czym wybierać. W końcu los się do mnie uśmiechnął i na wycieczce szkolnej do doliny rzeki Wye Charlotte zachęciła mnie do wsunięcia dłoni pod jej sweter. Przy innej okazji Nina z klasy 4A2 dała mi do zrozumienia, że chce pójść ze mną na całość. Zważywszy na to, że dotąd mogłem jedynie pomarzyć choćby o przelotnej macance, bezpośredniość Niny kompletnie mnie onieśmieliła. Wymamrotałem jakąś beznadziejną wymówkę, dałem dyla i do końca imprezy chodziłem zawstydzony i czerwony jak burak.
Przy czym, już na bezpieczniejszym gruncie, moje młodociane libido zostało podsycone przez stos świerszczyków, które Yog znalazł w polu za domem. Ich właściciel zgromadził spory wybór pism z wyższej półki, w tym "Club International", "Mayfair" i "Men Only", i przechowywał je w blaszanym pudełku. Całymi tygodniami przesiadywaliśmy w łanach pszenicy i jęczmienia, i bez reszty poświęcaliśmy uwagę magazynom. Następnie postanowiliśmy, że warto obejrzeć kilka popularnych filmów dla dorosłych. Zaczęliśmy od The Stud w Odeonie w Watford, a następnie zobaczyliśmy w Empire Emmanuelle, film o Francuzce, która wybrała się w podróż do Bangkoku - z tym że nas najbardziej interesowało to, co robiła na miejscu. I choć na oglądaniu obrazków nie poprzestaliśmy, filmy od osiemnastu lat też nas trochę rozczarowały.
- Jakieś takie trochę ugrzecznione - powiedziałem Yogowi. - Myślę, że pora spróbować czegoś ostrzejszego.
Zrobił niepewną minę.
- Czyli czego?
- Na Soho, w dzielnicy czerwonych latarni, wyświetlają różne świństwa. Może byśmy się wkręcili tam?
Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać i tak oto wybraliśmy się do Londynu. Do kina porno. Znaleźliśmy tam wszystko, czego można się było spodziewać po podrzędnej norze specjalizującej się w filmach erotycznych: zaniedbane, obskurne wnętrze i wiercących się w fotelach mężczyzn w prochowcach. Wątpię, żeby gościu w kasie pierwszy raz obsługiwał dwóch spiętych nastolatków. Jego wymięta twarz mówiła wyraźnie, że widział już niejedno. Szybko stało się jasne, że niektórzy bywalcy traktują film jako przeżycie interaktywne. Całość zrobiła na nas dość niepokojące wrażenie i wyszliśmy niemal natychmiast.
Ale Soho lat siedemdziesiątych miało nam do zaoferowania znacznie więcej pokus: szemranych księgarni, rozświetlonych neonami zaułków, drzwi zwiastujących obietnicę tańców erotycznych, striptizu, a w jednym przypadku nawet pokazów seksu na żywo. Kobiety i mężczyźni będą to robić na naszych oczach? Ta formuła nas zachwyciła. Podeszliśmy do wykidajły, a on skierował nas do baru w suterenie. To, że mieliśmy jeszcze mleko pod nosem, najwyraźniej mu nie przeszkadzało. Ledwie usiedliśmy, gdy podeszła do nas hostessa w gorsecie i pończochach i spytała, czy mamy ochotę na drinka. Jako że zarabialiśmy roznoszeniem gazet i myciem samochodów, odrzuciliśmy propozycję.
- Przykro mi, chłopacy, tak to nie ma - powiedziała. - Regulamin lokalu. Każdy klient musi zamówić drinka. Po jednym plus kieliszek szampana dla hostessy, dwadzieścia funciaków. To co wam podać?
Odkaszlnąłem nerwowo.
- Yyy... chyba zaszło nieporozumienie. Trafiliśmy nie tam, gdzie trzeba. Przepraszamy za zamieszanie, już wychodzimy...
I wtedy poczułem na ramieniu czyjąś dłoń. Za nami wyrósł wykidajło przypominający posturą londyńską budkę telefoniczną.
- Panowie, jeśli chcecie opuścić klub na własnych nogach, lepiej zapłaćcie najpierw miłej pani - oznajmił.
Uznaliśmy, że w sumie bardziej się opłaca wyskoczyć z forsy. Odchudziwszy portfele i nie zobaczywszy ani kawałka akcji na żywo, opuściliśmy klub i choć nasza godność została zdeptana, szczęśliwie wyszliśmy z tej przygody cało.
Po zdaniu egzaminów O-level z angielskiego, fizyki, biologii i przedmiotów humanistycznych oraz CSE z matematyki na dokładkę postanowiłem podejść do egzaminów A-level z angielskiego, geografii i socjologii, ale nie miało to większego znaczenia, ponieważ interesowałem się czymś zgoła innym. Uznawszy, że uciechy półświatka nie są dla mnie, zrezygnowałem z podziemi Soho i przekierowałem uwagę na dziewczyny z bliższego otoczenia. Mimo lichego doświadczenia sądziłem, że jest dla mnie jakaś nadzieja na froncie randkowym. Jeśli jednak chodzi o Yoga, ten proces zapowiadał się całkiem przygnębiająco. A śmiała decyzja o zakupie zielonych spodni rurek bynajmniej nie poprawiła sytuacji. Yog sądził chyba, że te portki to odpowiedź na jego prośby, a tak naprawdę była to gotowa recepta na odstraszenie każdej przyzwoitej dziewczyny. W końcu wypłakał mi się kiedyś podczas pijackiego nocnego marszu do domu.
- Włożyłem nowe spodnie i nikt ich nie pochwalił! - szlochał. - Pewnie wyglądam jak głupek!
Wkrótce jednak sprawy sercowe Yoga zaczęły się powoli układać. Żaden z nas nie wiedział, że istnieje osoba, która nie lęka się jego zdumiewającego gustu. Lesley była atrakcyjną szatynką o długich prostych włosach i chodziła z nami do klasy w Bushey Meads, odkąd dołączył do nas Yog. Teraz, na początku szóstej klasy, przykuwała uwagę wszystkich z powodu szybszego niż u jej rówieśniczek rozwoju płciowego. Była fajną babką i miała cięty dowcip. Choć od lat mi się podobała, nigdy nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi, ale w towarzystwie Yoga robiła maślane oczy i wybuchała histerycznym śmiechem nawet wtedy, gdy sypał kiepskimi dowcipami. A kiedy nasz kumpel Tom zorganizował prywatkę, Yog i Lesley mieli swój wielki moment.
Tom mieszkał pod miastem i wystawił w ogrodzie wielki namiot, w którym mogliśmy się kimnąć. Miał służyć jako chwilowe lokum dla tych, którzy nie mieli jak się dostać do domu, a wcześniej jako prowizoryczny szpital polowy dla tych, którzy przeholowali. Wiedząc, że zamelduję się rodzicom dopiero rano, ochoczo przystąpiłem do picia i flirtowania.
Dość szybko wylądowałem w namiotowej izolatce jako ofiara szczególnie podłego francuskiego wermutu. W poszukiwaniu wygodnej pozycji wetknąłem głowę w niewielką szczelinę między podłogą a tropikiem. Gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem znajomą postać wijącą się na tle drzwi garażowych. To był Yog! Stał tam z Lesley i obmacywał ją w najlepsze. Jest na świecie sprawiedliwość, pomyślałem, niezłe tempo. Mimo wszystko trochę mu pozazdrościłem, ale musiałem uchylić kapelusza przed skutecznością kumpla. Mój najlepszy przyjaciel dokonał czegoś na pozór niemożliwego.
Przygruchał sobie dziewczynę.
Mimo całej tej pozaszkolnej frajdy nauka w klasie szóstej coraz bardziej mnie nużyła. I doszedłem do wniosku, że chcę robić w życiu tylko jedno: założyć zespół!
Nie miałem nic do stracenia. Zważywszy na sytuację w kraju, codzienność pozaszkolna w roku 1979 roku rysowała się dość ponuro. Wielka Brytania była pogrążona w chaosie, na pierwszych stronach gazet pisano głównie o strajkach, a na ulicach zalegały śmieci. Uciechę miały chyba tylko szczury. Co gorsza wydłużające się kolejki po zasiłek dla bezrobotnych zwiastowały rychły kryzys narodowy, wszyscy widzieli przyszłość w czarnych barwach. Założenie zespołu miało być drogą ucieczki. I nie trzeba było być wirtuozem muzyki, żeby marzyć o jej tworzeniu. Jak pokazał przykład punk rocka, każdy mógł grać na gitarze, wystarczyło opanować trzy struny.
Tymczasem poszerzyły mi się horyzonty. Kiedy miałem dziewięć lat, pociągała mnie myśl o pilotowaniu concorde'a, a nim ukończyłem lat szesnaście, chciałem już tylko tworzyć muzykę: grać w zespole, komponować, nagrywać płyty i występować przed takimi tłumami, jakie widywałem w Earls Court, Alexandra Palace i Knebworth. Zespoły w rodzaju The Specials i The Jam wyrażały stan ducha społeczeństwa brytyjskiego. Mniej więcej w tym samym czasie straciłem wiarę w scenę disco, która zaczynała czerpać inspiracje z soulu. Kiedy w 1979 McFadden & Whitehead wypuścili utwór Ain't No Stoppin' Us Now, odebrałem go jako rozczarowujący punkt zwrotny. Jezu, co to ma być? - pomyślałem i zacząłem się rozglądać za nową obsesją. W 1977 roku przez chwilę emocjonowałem się punk rockiem, ale bardziej przesłaniem niż samą muzyką. Dopiero następcy zespołów punkowych na zawsze odmienili mój sposób myślenia o muzyce.
Nowa fala miała w sobie punkową energię, ale była wyzbyta paskudnej agresji, a grupy takie jak XTC, The Pretenders i Squeeze wypracowały sobie znacznie bardziej melodyjny styl. To były kompozycje z prawdziwego zdarzenia, a ich harmonijność przywodziła na myśl słuchane przeze mnie w dzieciństwie utwory Beatlesów, a nawet Everly Brothers. Kiedy w moim radiu po raz pierwszy huknął utwór Pump It Up Elvisa Costello, przeszły mnie ciarki tak samo jak niegdyś przy Jailhouse Rock Elvisa Presleya. Z rozkręconego na cały regulator odbiornika co wieczór dobiegała muzyka nowych fascynujących zespołów i Yoga oraz mnie porwały dźwięki The Police, U2 i B-528. Jednakowo inspirowały nas odrodzone ska i brytyjska scena reggae ze Steel Pulse i ich albumem Handsworth Revolution na czele. To był płodny i zachwycający okres w dziejach współczesnej muzyki brytyjskiej, z którego u schyłku dwudziestego wieku czerpali natchnienie najwięksi artyści pop. A wśród nich Wham!.
W Bushey Meads może i były osoby, którym podobał się pomysł grania w zespole - na przykład Yog - ale nie przypominam sobie, by ktokolwiek mówił o tym w kategoriach palącej potrzeby, i choć nie trąbiłem o tym na prawo i lewo, ta sprawa stała się moim jedynym celem życiowym. Musiałem robić muzykę! I nie miałem cienia wątpliwości, że na kompana wybiorę Yoga. Byliśmy całkowicie zgodni, jeśli chodzi o spojrzenie na pop i rocka - oraz na życie w ogóle - i miałem silne przekonanie, że po prostu musi do mnie dołączyć, ale nigdy nie zauważyłem, żeby ta ambicja zżerała go równie mocno jak mnie. Chyba nie uświadamiał sobie wówczas głębi swojego talentu, ja zresztą też nie.
Ponadto nie wydawał się skory do rzucania wszystkiego na rzecz takich czy innych aspiracji muzycznych. O tworzeniu muzyki wspomniałem mu pierwszy raz, gdy mieliśmy po trzynaście lat, a potem próbowałem z nim o tym porozmawiać, kiedy uczyliśmy się do egzaminów O-level. Ale z powodu zbliżających się testów uznał, że ważniejsze jest skupienie się na nauce.
- W przyszłym roku, Andy - oznajmił. - Zaliczmy najpierw semestr...
Wcale nie miałem ochoty czekać, ale kilka miesięcy nauki nie wygasiło we mnie żaru i dalej desperacko chciałem robić z Yogiem muzykę. Choć on sam często wyrażał zainteresowanie pomysłem, by rzucić wszystko na rzecz muzyki - a ja bez przerwy wierciłem mu o to dziurę w brzuchu - nie był skory do sprzeciwiania się rodzicom. Ostatecznie o wiele łatwiej mu było odmówić mnie niż rodzicom, czując więc na sobie brzemię ich oczekiwań, walczył niestrudzenie o przyzwoite oceny i obiecywał mi, że gdy zdamy egzaminy, będziemy mogli się skupić na komponowaniu.
Kiedy czekałem na Yoga, inne okoliczności popychały mnie do założenia swojego pierwszego zespołu. Do Bushey powrócił ze szkoły z internatem niejaki Mark Chivers, mój kolega z zerówki. Zaprosił mnie do domu swojego ojczyma na racuchy ze stopionym masłem i zapoznał z twórczością Joy Division. To było prawdziwe objawienie, oszołomiły mnie oryginalność brzmienia i wspaniały, napawający grozą śpiew Iana Curtisa. Disorder, pierwszy utwór z płyty, zahipnotyzował mnie dźwięczną, nastrojową grą gitarzysty Bernarda Sumnera. Gdy puściłem Joy Division Yogowi, zachwycił się i odtąd grupa, tak wyraźnie różna od wszystkiego, co dotąd słyszeliśmy, stała się dla nas swego rodzaju probierzem. Unknown Pleasures i ich drugi album, Closer, zostały dla mnie longplayami wszech czasów.
Mark Chivers nie tylko zapoznał mnie z nowymi brzmieniami, ale i wpłynął na mnie pod innymi względami. Po powrocie do Bushey założył z dawnymi znajomymi z dzielnicy grający psychodelicznego postpunka zespół The Quiffs, który regularnie odbywał próby w domu jego ojczyma w Bushey Heath i wykonywał swoje zgiełkliwe gitarowe numery. Kawałki były niczego sobie, ale mnie pociągała też ich plemienna mentalność rodem z Last Gang in Town Clashów. The Quiffs to dopiero była szajka! Kiedy tworzyli muzykę, zapisywali tytuły piosenek czy rozmawiali o tym, że pewnego dnia uda im się zagrać w legendarnych punkowych klubach takich jak 100 Club na Oxford Street, widać było wyraźnie łączące ich koleżeństwo, co bardzo mnie inspirowało. Przesiadywanie na ich próbach tylko podsyciło moje ambicje.
Grupy takie jak The Quiffs skupiały wokół siebie samą śmietankę. Wszyscy chcieli się z nimi zadawać. Dzięki The Quiffs mieszczący się przy głównej ulicy Bushey pub The Three Crowns stał się centrum życia towarzyskiego. W piątkowe wieczory lokal wypełniał się zaprzyjaźnioną młodzieżą, często niepełnoletnią. Wrzucając do szafy grającej pięćdziesięciopensówki, wydawałem prawie tyle samo pieniędzy co na piwo. Któregoś wieczora dowiedziałem się w pubie, że The Quiffs od dłuższego czasu zmagają się z pewnym problemem: Mark nie może znaleźć perkusisty na stałe, a obecny bębniarz dał nogę tuż przed zbliżającym się ważnym koncertem. Mark wyjaśnił, że jeśli nie znajdzie nikogo na zastępstwo, zespół będzie musiał odwołać występ.
Olśniło mnie.
- To może Yog? - spytałem.
Mark wysłuchał mojej entuzjastycznej oceny jego talentu, wyczucia rytmu, instynktu. W końcu go przekonałem, choć wtedy jeszcze, ze względu na obowiązujące w domu państwa Panayiotou ograniczenia hałasu, nie słyszałem, żeby Yog grał z prawdziwym żarem. Dla mnie już to, że miał w swoim pokoju perkusję, świadczyło o jego biegłości w wywijaniu pałkami.
- No dobra, przyprowadź go na próbę - powiedział Mark. - Co nam szkodzi.
A jednak zaszkodziło, i to jak. The Quiffs już po jednej próbie jednomyślnie odrzucili kandydaturę Yoga. Nie z powodu jego braków muzycznych, ale ze względu na sam wygląd, bynajmniej nie antysystemowy. Jego aparycja w żadnej mierze nie wskazywała, że jest ulepiony z tej samej gliny co ekipa z Talking Heads czy Siouxsie and the Banshees. The Quiffs prezentowali luźny styl a la studenci ASP. Mimo że na próbie Yog wypadł dobrze, odpadł, ponieważ zwyczajnie się nie wpasował. Gdy Mark wyjaśnił, dlaczego nie wezmą go do zespołu, Yog całkiem się załamał.
- Słuchaj, nie przejmuj się tak - pocieszałem go, gdy szliśmy z powrotem do domu. - Popełnili wielki błąd. Ich strata.
I mówiłem to z przekonaniem.
Nie spodziewałem się jednak, że decyzja The Quiff będzie miała aż tak poważne konsekwencje. Yog, nawet jak na nieśmiałego nastolatka, był już i tak skrajnie przewrażliwiony na punkcie swojego wyglądu. Choć w tamtym czasie dość dobrze maskował swoje kompleksy na punkcie włosów, nadwagi i stylu ubierania, przyznał później, że odrzucenie było potężnym ciosem dla jego i tak kruchej samooceny. Wiedziałem, że go to trochę zdołowało, ale nastoletni chłopcy raczej nie grzeszą głębokimi pokładami inteligencji emocjonalnej, a ja nie należałem do wyjątków. Egoizm sprawił, że nawet mi trochę ulżyło z powodu tej przykrej odmowy. Nie chciałem się mierzyć z myślą, że na rzecz innego zespołu stracę potencjalnego współtwórcę piosenek. Nie dowiemy się już, czy przyjęcie Yoga ocaliłoby The Quiffs przed pójściem w zapomnienie, ale jedno jest pewne: Yoga i mnie czekał niebawem zgoła odmienny los.