Wham! George i ja - Andrew Ridgeley

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie. Dłu­gie po­że­gna­nie

So­bota, 28 czerwca 1986 roku

Cze­ka­łem na Geo­rge'a.

Jak za­wsze cze­ka­łem na Geo­rge'a. Tym ra­zem sta­łem za ku­li­sami na We­mbley, cier­pli­wie na­słu­chi­wa­łem sy­gnału do wyj­ścia i cze­ka­łem - cze­ka­łem, cze­ka­łem i cze­ka­łem. Słońce roz­pły­nęło się już za słyn­nymi bliź­nia­czymi wie­żami w ko­ro­nie sta­dionu, a masa li­czona w dzie­siąt­kach ty­sięcy lu­dzi w naj­dal­szych czę­ściach try­bun zda­wała się mi­go­tać. Inni zbili się w roz­ko­ły­saną, wie­lo­barwną falę na pły­cie bo­iska. Na­sto­let­nie dziew­czyny wy­ma­chi­wały fla­gami i wła­sno­ręcz­nie przy­go­to­wa­nymi trans­pa­ren­tami, bły­skały fle­sze, a dzieci, pary i całe grupy krew­nych i przy­ja­ciół krzy­czały z oży­wie­niem - sie­dem­dzie­siąt dwa ty­siące fa­nów, któ­rych przy­cią­gnął The Fi­nal, po­że­gnalny kon­cert Wham!, obie­cu­ją­cego, peł­nego mło­dzień­czego wi­goru ze­społu pop, któ­rego gwiazda, zgod­nie z za­mie­rze­niami mo­imi i Geo­rge'a, miała świe­cić ja­sno, lecz krótko.

Od 1982 roku, kiedy to wy­da­li­śmy pierw­szą płytę, mi­nęły cztery lata, a Wham! na­dal świę­cił triumfy w ra­diu, pra­sie i te­le­wi­zji. Pla­katy z po­do­bi­znami mo­imi i Geo­rge'a, wy­rwane z roz­kła­dó­wek cza­so­pism "Smash Hits" i "Just Se­ven­teen", zdo­biły ściany po­ko­jów mi­lio­nów na­sto­lat­ków, a au­to­rzy ru­bryk to­wa­rzy­skich wy­ry­wali so­bie byle strzęp in­for­ma­cji i plo­tek na te­mat grupy. Jed­nak u szczytu sławy i po wy­da­niu dwóch al­bu­mów stu­dyj­nych oraz se­rii sin­gli przo­du­ją­cych na li­stach prze­bo­jów na ca­łym świe­cie wła­śnie za­mie­rza­li­śmy się po­że­gnać z ludźmi, któ­rych przy­cią­gnęły te pio­senki, te kon­certy i te opo­wie­ści.

A wszy­scy oni ostatni raz cze­kali, cze­kali i cze­kali na roz­po­czę­cie wi­do­wi­ska.

Pro­gram kon­certu zna­łem na pa­mięć. Sto­jący na sce­nie Geo­rge roz­ło­żył sze­roko ręce i ru­szył w stronę wy­biegu się­ga­ją­cego pierw­szych rzę­dów na pły­cie We­mbley. To była jego chwila. Ubrany cały na czarno, w skórę i dżins, z za­cze­sa­nymi do tyłu wło­sami i dwu­dnio­wym za­ro­stem, każ­dym ge­stem i zna­kiem na­wią­zy­wał kon­takt z pu­blicz­no­ścią. Wy­stę­po­wał dla lu­dzi, tłum omdle­wał. Z dwoma tan­ce­rzami po bo­kach po­dry­gi­wał i wi­ro­wał do in­stru­men­tal­nego frag­mentu utworu Eve­ry­thing She Wants, pul­su­ją­cego tła mu­zycz­nego wprost stwo­rzo­nego do wi­do­wi­sko­wego, te­atral­nego wstępu. Geo­rge uwiel­biał wy­ko­ny­wać tę pio­senkę, bę­dącą kpiar­skim pod­su­mo­wa­niem ży­cia mał­żeń­skiego, choć gdy po­wsta­wała, obaj by­li­śmy mło­dymi, wol­nymi od zo­bo­wią­zań sin­glami. Geo­rge po­ma­chał fa­nom w naj­od­le­glej­szych rzę­dach roz­krzy­cza­nego tłumu. Od­wró­cił się ple­cami do pu­blicz­no­ści i nie zbli­ża­jąc jesz­cze ust do mi­kro­fonu, wska­zał uwo­dzi­ciel­skim ge­stem tył sceny. Nie wy­rzekł do­tąd ani słowa, nie mó­wiąc już o śpie­wa­niu, ale ze­brani i tak z za­par­tym tchem śle­dzili jego każdy ruch. Do­brze zna­łem to uczu­cie.

Ileż to razy zda­rzało mi się cze­kać na Geo­rge'a.

Cze­ka­łem na niego, gdy bez końca szy­ko­wał się do kon­certu: pro­sto­wał i ta­pi­ro­wał włosy, nie­raz ca­łymi go­dzi­nami, a ja opę­dza­łem się od gry­zą­cego swędu pa­lo­nych ko­smy­ków i woni la­kieru do wło­sów, prze­ko­nany, że ten ry­tuał to nie­po­trzebne ka­tu­sze. W miarę jak na­sza sława ro­sła, apa­ry­cja Geo­rge'a sta­wała się co­raz po­waż­niej­szą kwe­stią. W 1984 roku, przed zdję­ciami do te­le­dy­sku do Ca­re­less Whi­sper, skar­żył się na­wet, że przez swoje krę­cone włosy, które pod wpły­wem wil­goci prze­mie­niają się w nie­okieł­znaną szopę zmierz­wio­nych locz­ków, wy­gląda jak Shir­ley Bas­sey. Sio­stra Geo­rge'a, Mel, fry­zjerka, prze­le­ciała pół świata - z Lon­dynu do Miami, gdzie po­wsta­wał klip - tylko po to, żeby wy­mo­de­lo­wać Geo­rge'owi włosy zgod­nie z jego upodo­ba­niami. Za przy­lot i ro­bo­ci­znę po­li­czyła so­bie po­dobno po­nad dzie­sięć ty­sięcy fun­tów.

Ale cze­ka­łem na Geo­rge'a rów­nież wtedy, gdy na­cho­dziło go mu­zyczne na­tchnie­nie, a zda­rzało się to czę­sto - w stu­diu, w któ­rym mo­zol­nie i ry­go­ry­stycz­nie do­pra­co­wy­wał każdy szcze­gół, albo w domu, gdzie po­tra­fił znik­nąć znie­nacka na całe go­dziny, bo wła­śnie wpadł na po­mysł ja­kie­goś wątku me­lo­dycz­nego czy też frazy. Czę­sto oka­zy­wało się, że to ko­lejny prze­błysk ge­niu­szu, a naj­bar­dziej pa­miętna iskra za­pa­liła się pew­nego le­ni­wego nie­dziel­nego po­po­łu­dnia w lu­tym 1984 roku, w sa­lo­nie jego ro­dzi­ców. W te­le­wi­zji nada­wali The Big Match, ale Geo­rge błą­dził my­ślami po re­jo­nach zgoła od­mien­nych niż piłka nożna.

- Za­raz wra­cam - po­wie­dział, po czym po­de­rwał się z ka­napy i znik­nął na pię­trze.

Po do­brej go­dzi­nie wró­cił z dum­nym uśmie­chem na ustach.

- Ja­sna cho­lera, Andy - po­wie­dział. - Chodź na górę, mu­sisz coś usły­szeć...

Był roz­ra­do­wany, wie­dział, że do­ko­nał cze­goś wy­jąt­ko­wego: skom­po­no­wał i na­grał na ma­gne­to­fo­nie czte­ro­ścież­ko­wym pod­sta­wową wer­sję me­lo­dii pio­senki o ro­bo­czym ty­tule Last Chri­st­mas - de­mówkę, która po do­pra­co­wa­niu prze­mie­niła się w bal­ladę o nie­szczę­śli­wej mi­ło­ści i stała się naj­gło­śniej­szym sin­glem bo­żo­na­ro­dze­nio­wym, który nie tra­fił na szczyt list prze­bo­jów. Mimo nie­prze­mi­ja­ją­cej po­pu­lar­no­ści prze­boju Last Chri­st­mas Geo­rge wście­kał się, że prze­grał w tam­tym roku z sin­glem su­per­grupy cha­ry­ta­tyw­nej Band Aid, która po­wstała z po­łą­cze­nia sił mię­dzy in­nymi Boba Gel­dofa, U2, Du­ran Du­ran, Stinga, Paula Wel­lera oraz sa­mego Geo­rge'a - choć nie za­zdro­ścił gru­pie suk­cesu. Z bie­giem lat prze­bo­jowe sin­gle za­częto trak­to­wać jako je­dyne po­twier­dze­nie spraw­no­ści kom­po­zy­tor­skiej Geo­rge'a, a świa­do­mość, że dla pu­blicz­no­ści i ca­łego śro­do­wi­ska nie jest nu­me­rem je­den, nie­zmien­nie go draż­niła. Gdy jed­nak usie­dli­śmy owego dnia w jego po­koju, tym sa­mym, w któ­rym jako na­sto­letni chłopcy ana­li­zo­wa­li­śmy po szkole pod­su­mo­wa­nie li­sty Top 40, a ja wy­słu­cha­łem na­gra­nej z syn­te­za­tora pod­sta­wo­wej li­nii me­lo­dycz­nej z za­nu­co­nym, wpa­da­ją­cym w ucho re­fre­nem, uśmiech­ną­łem się od ucha do ucha. Geo­rge uchwy­cił sedno świąt, by na­stęp­nie za­wrzeć w tek­ście ból zła­ma­nego serca.

I cze­ka­łem też na Geo­rge'a, gdy prze­obra­żał się z dow­cip­nego, choć chwi­lami re­flek­syj­nego na­sto­latka Geo­r­giosa Pa­nay­io­tou wpierw w chło­paka o prze­zwi­sku Yog, które nada­łem mu nie­długo po tym, jak po­zna­li­śmy się w szkole śred­niej Bu­shey Me­ads, a po­tem w Geo­rge'a Mi­cha­ela, wo­ka­li­stę, tek­ścia­rza, kom­po­zy­tora i mo­jego naj­droż­szego przy­ja­ciela w naj­bar­dziej de­cy­du­ją­cym okre­sie ży­cia i w la­tach póź­niej­szych. Gdy wy­ru­szy­li­śmy w in­ten­sywną i nie­prze­wi­dy­walną po­dróż na szczyt, na­sza więź je­dy­nie się umoc­niła. Geo­rge stał się jed­nym z naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nych gło­sów swo­jego po­ko­le­nia. Cho­ciaż był au­to­rem naj­więk­szych prze­bo­jów lat osiem­dzie­sią­tych, można było od­nieść wra­że­nie, że w sfe­rze oso­bi­stej pró­buje się do­piero okre­ślić. Poza za­ufa­nym gro­nem lu­dzi zwią­za­nych z Wham! jego orien­ta­cja po­zo­sta­wała ta­jem­nicą, a mię­dzy jego se­kret­nym ży­ciem mło­dego geja a po­zy­cją bo­żysz­cza na­sto­la­tek i bo­ha­tera bru­kow­ców po­wstała prze­paść. Geo­rge przy­znał po­tem otwar­cie, że chwi­lami silne roz­dar­cie mię­dzy jego ży­ciem pry­wat­nym a rolą osoby pu­blicz­nej nie­mal do­pro­wa­dzało go do sza­leń­stwa. W tym okre­sie nie­prze­rwa­nie sta­łem u jego boku. Od lat po­zo­sta­wał moim naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem, ale los prze­zna­czył mu rolę wy­kra­cza­jącą poza na­szą oso­bi­stą re­la­cję. Tu, na We­mbley, mia­łem cze­kać na Geo­rge'a po raz ostatni.

Bo skoro osią­gną­łem swój cel ży­ciowy, już na niego cze­kać nie mu­sia­łem.

Wkro­czy­łem na scenę i w oto­cze­niu na­szych wo­ka­li­stek wspie­ra­ją­cych, He­len "Pepsi" De­Ma­cque oraz Shir­lie Hol­li­man, ru­szy­łem w stronę wy­biegu. Krzyk był ogłu­sza­jący, We­mbley ry­czało co­raz gło­śniej i gło­śniej. Idąc w stronę bły­ska­ją­cych re­flek­to­rów i fa­lu­ją­cego tłumu, sły­sza­łem po­je­dyn­cze głosy do­bie­ga­jące z pierw­szych rzę­dów - okrzyki: "An­drew!" czy "Ko­chamy was, Wham!". Poza tym do­cho­dził mnie tylko jed­no­stajny szum. Za­trzy­ma­łem się na skraju sceny, hi­ste­ryczne wrza­ski od­bi­jały się ode mnie ry­ko­sze­tem. Kon­cer­to­wa­li­śmy na ca­łym świe­cie i jed­na­kowo en­tu­zja­styczna re­ak­cja na na­sze po­ja­wie­nie się na sce­nie za­wsze wy­da­wała mi się nie­zwy­kła, a spo­łecz­no­ści fa­nów i fa­nek sku­pio­nych wo­kół na­szej mu­zyki ani nie bra­łem ni­gdy za pew­nik, ani nie trak­to­wa­łem zbyt po­waż­nie. Pisz­czące dziew­czyny, łowcy au­to­gra­fów i pa­pa­razzi - to wszystko wy­da­wało się oso­bliwe i nie do końca rze­czy­wi­ste.

Dla­tego też gra­li­śmy przede wszyst­kim dla hecy. Wie­dzie­li­śmy, że to tylko za­bawa, i kon­se­kwent­nie od­gry­wa­li­śmy swoją rolę: dzie­li­li­śmy się ener­gią, którą na­sza pu­blicz­ność tak ko­chała. To się stało się na­szym zna­kiem roz­po­znaw­czym.

Jed­nak śle­dząc przez kilka ostat­nich ty­go­dni do­nie­sie­nia na te­mat na­szego kon­certu fi­na­ło­wego, można było od­nieść wra­że­nie, że to wy­da­rze­nie o zna­cze­niu nie­mal re­li­gij­nym. Fa­nów na­zy­wano ako­li­tami, a nas, człon­ków ze­społu, ido­lami. W po­cząt­ko­wym okre­sie dzia­łal­no­ści nasz wi­ze­ru­nek sce­niczny był fry­wolny i zu­chwały, po kon­cer­tach ga­zety pi­sały o zbyt mocno wy­cię­tych szor­tach i ku­sych ko­szul­kach, zaś te­le­dy­ski pio­se­nek w ro­dzaju Club Tro­pi­cana pełne były iro­nicz­nych ukło­nów w stronę he­do­ni­stycz­nych mło­dzień­czych uciech. Ale na We­mbley po­sta­wi­li­śmy na bar­dziej dra­ma­tyczny styl, żeby spro­stać wiel­kim ocze­ki­wa­niom: zre­zy­gno­wa­li­śmy z barw­nego wi­ze­runku sce­nicz­nego i wy­bra­li­śmy po­waż­niej­szy ton. Geo­rge wło­żył czarne dżinsy rurki i skó­rzane kow­bojki. W szluf­kach po­ły­ski­wał mu wy­sa­dzany stra­sami pa­sek, a u rę­ka­wów skó­rza­nej kurtki z po­sta­wio­nym koł­nie­rzem dyn­dały frędzle. Mój jed­no­li­cie czarny strój pre­zen­to­wał się rów­nie efek­tow­nie. Zrzu­ciw­szy płaszcz z po­mocą Pepsi i Shir­lie, od­sło­ni­łem krótką kurtkę a la ma­ta­dor, też z frędz­lami, kra­wat bolo i błysz­czący pa­sek. Z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc się od śmie­chu, te­atral­nie, pa­lec za pal­cem, zsu­wa­łem rę­ka­wiczki i upusz­cza­łem je na scenę. Shir­lie po­dała mi gi­tarę, a ja prze­rzu­ci­łem ją przez ra­mię. Pora na show.

Obaj wy­stę­po­wa­li­śmy już na We­mbley, więc przy­naj­mniej zna­li­śmy oto­cze­nie. Rok wcze­śniej śpie­wa­łem w chór­kach, gdy ra­zem z Geo­rge'em bra­li­śmy udział w Live Aid, kon­cer­cie cha­ry­ta­tyw­nym, pod­czas któ­rego ze­brano mi­liony fun­tów dla gło­du­ją­cej Etio­pii, tak jak uczy­nili to w 1984 roku mu­zycy su­per­grupy Band Aid, wy­da­jąc swój bo­żo­na­ro­dze­niowy sin­giel. Tam­tego dnia na We­mbley pa­no­wała nie­mal fe­sti­wa­lowa at­mos­fera. Kon­cert fi­na­łowy rów­nież miał w so­bie coś wy­jąt­ko­wego i nie­po­wta­rzal­nego: dzie­siątki ty­sięcy lu­dzi zje­chały z ca­łego świata do Lon­dynu, żeby wziąć udział w wy­da­rze­niu wień­czą­cym nie­zwy­kle barwny roz­dział w hi­sto­rii mu­zyki bry­tyj­skiej.

Przy­szedł czas, by ze­spół Wham! po­wie­dział ostat­nie słowo.

Jesz­cze je­den raz za­gra­li­śmy naj­więk­sze prze­boje: Club Tro­pi­cana, Bad Boys, Edge of He­aven, Wham Rap, Ca­re­less Whi­sper i Fre­edom. Cią­gnący się po ho­ry­zont, roz­śpie­wany i roz­tań­czony, tłum na We­mbley wy­glą­dał jak roz­ko­ły­sane roz­le­wi­sko. Pod­czas przy­go­to­wań do kon­certu po­sta­no­wi­li­śmy, że włą­czymy do pro­gramu kilka nie­spo­dzia­nek, mię­dzy in­nymi go­ścinny wy­stęp El­tona Johna, który do­łą­czył do nas, żeby od­śpie­wać wspól­nie nową wer­sję jego hitu Can­dle in the Wind. Ten utwór za­wsze głę­boko nas po­ru­szał i wy­róż­niał się na tle in­nych kom­po­zy­cji z al­bumu El­tona Go­od­bye Yel­low Brick Road, jed­nej z płyt, które two­rzyły fun­da­ment na­szej przy­jaźni. Geo­rge pięk­nie, nie­mal bez wy­siłku, po­pro­wa­dził swoją par­tię i choć sam uwa­żał się przede wszyst­kim za kom­po­zy­tora i tek­ścia­rza, ja twier­dzi­łem za­wsze, że jedną z naj­wy­bit­niej­szych i naj­bar­dziej wy­mow­nych form eks­pre­sji jest u niego głos. To wła­śnie on bar­dzo wcze­śnie stał się jego cha­rak­te­ry­stycz­nym in­stru­men­tem i moim zda­niem, je­śli cho­dzi o ta­lent wo­kalny, to w owym cza­sie do­rów­nać mu mógł je­dy­nie Fred­die Mer­cury.

Rów­nież Geo­rge i El­ton nie pierw­szy raz po­ka­zali się ra­zem na sce­nie. Pod­czas kon­certu Live Aid za­śpie­wali we dwóch utwór Don't Let the Sun Go Down on Me, a ze­spół El­tona stwo­rzył udane tło dla nad­zwy­czaj­nego wo­kalu Geo­rge'a. Po­znali się jed­nak jesz­cze wcze­śniej, bo w 1984 roku, gdy na­gry­wa­li­śmy al­bum Make It Big. Pod­czas po­bytu w Château Mi­ra­val, stu­diu na­gra­nio­wym w Cor­rens na po­łu­dniu Fran­cji, ode­bra­li­śmy te­le­fon od przed­sta­wi­cieli na­szego ma­na­ge­mentu. Oka­zało się, że tra­fiło do nich pewne za­pro­sze­nie.

- Geo­rge, An­drew, skon­tak­to­wał się z nami El­ton John. Pyta, czy nie ze­chcie­li­by­ście wpaść do niego na lunch.

Za­sko­czyła nas ta pro­po­zy­cja. Ja­sny gwint! Lunch z El­to­nem Joh­nem? To trą­ciło sur­re­ali­zmem, nie mo­gli­śmy uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście. Po kilku dniach, nie bez lek­kiej tremy, pod­je­cha­li­śmy pod dom na­szego go­spo­da­rza, a on - uro­czy, wiel­ko­duszny i nie­zmier­nie życz­liwy nam czło­wiek - z miej­sca ura­czył nas ja­dłem i na­pit­kami. Obaj na­słu­cha­li­śmy się już le­gend o prze­py­chu, z ja­kim przyj­muje go­ści, i dla nas, chło­pa­ków z Bu­shey, wów­czas le­d­wie dwu­dzie­sto­jed­no­let­nich, to było dość onie­śmie­la­jące prze­ży­cie. El­ton sy­pał żar­tami jak z rę­kawa, a że bry­lo­wał w końcu na wła­snej wy­staw­nej bie­sia­dzie na ele­ganc­kim, sło­necz­nym ta­ra­sie, mógł też się po­su­nąć do uszczy­pli­wo­ści, ale nic po­dob­nego. Ro­bił wszystko, że­by­śmy czuli się jak u sie­bie, a w miarę osu­sza­nia ko­lej­nych bu­te­lek wina do­cho­dzi­łem do wnio­sku, że za­mar­twia­nie się na za­pas wy­trą­ciło nas z rów­no­wagi bar­dziej niż samo przy­ję­cie. Ga­wę­dzi­li­śmy w naj­lep­sze i prze­rzu­ca­li­śmy się dow­ci­pami. Pa­no­wała tam tak swo­bodna i na­tu­ralna at­mos­fera, że od czasu do czasu mu­sia­łem so­bie przy­po­mi­nać, że go­ścimy u tak uty­tu­ło­wa­nej osoby.

Ba­wi­li­śmy się przed­nio i ani się obej­rze­li­śmy, a za­padł wie­czór. Po­sta­no­wi­li­śmy więc prze­nieść się do po­bli­skiego klubu, gdzie do­łą­czył do nas Ber­nie Tau­pin, współ­au­tor utwo­rów El­tona. Na tym eta­pie by­li­śmy już wszy­scy so­lid­nie za­pra­wieni. Ktoś wspo­mniał, że po­dobno w por­cie w Sa­int-Tro­pez za­cu­mo­wała swój jacht ak­torka Joan Col­lins. Gdy opu­ści­li­śmy lo­kal, Geo­rge, roz­ocho­cony al­ko­ho­lem i wspo­mnie­niami o jej dość pi­kant­nym fil­mie The Stud, w któ­rym grała nim­fo­mankę i wła­ści­cielkę klubu noc­nego, krzyk­nął w stronę mo­rza: "Joan! Po­każ majty!". To był dość nie­ty­powy jak na niego po­kaz pro­stac­twa.

Osta­tecz­nie nic więc dziw­nego, że gdy po dwóch la­tach do­bie­gała końca in­nego ro­dzaju im­preza, u na­szego boku znów po­ja­wił się El­ton. Po Young Guns (Go for It!), na­szym pierw­szym prze­boju, oraz Wake Me Up Be­fore You Go-Go, nie­zrów­na­nym we­zwa­niu do tańca, na bis roz­brzmiał bun­tow­ni­czy I'm Your Man, w któ­rym wsparł nas na sce­nie Si­mon Le Bon z Du­ran Du­ran. Gdy mu­zyka przy­ci­chła, a wo­kół nas roz­brzmie­wał zgiełk sie­dem­dzie­się­ciu dwóch ty­sięcy gło­sów, sta­li­śmy na sce­nie i po raz ostatni na­pa­wa­li­śmy się po­dobną wrzawą. Przy­pa­dły nam w udziale prze­ży­cia, o ja­kich w dniu za­koń­cze­nia szkoły nam się na­wet nie śniło. Od tego dnia by­li­śmy za­leżni je­den od dru­giego.

Pod tym wzglę­dem kon­cert na We­mbley był za­ra­zem ka­pi­talny i za­pra­wiony nutą go­ry­czy. Z jed­nej strony cie­szy­łem się, że zry­wam z ży­ciem w świe­tle re­flek­to­rów ty­po­wym dla grupy pop tak po­pu­lar­nej, że po­trafi wy­peł­nić pu­blicz­no­ścią sta­dion. Mę­czył mnie cały ten cyrk wo­kół Wham!. Roz­głos i zbio­rowa hi­ste­ria tro­chę mnie prze­ro­sły, a moje sto­sunki z an­giel­ską prasą nie na­le­żały do przy­ja­znych. Bez trudu że­gna­łem się z ca­łym tym tu­mul­tem i za­mie­sza­niem, które nas ota­czały, ale świa­do­mość, że już ni­gdy wię­cej nie wy­stą­pimy ra­mię w ra­mię jako Wham!, była tro­chę przy­gnę­bia­jąca. W końcu do­ra­sta­li­śmy ra­zem i ta więź jesz­cze bar­dziej po­ru­szała serca na­szych fa­nów. By­li­śmy nie­roz­łącz­nym, zży­tym tan­de­mem, by­li­śmy braćmi. Ale i w tej re­la­cji nie obyło się bez zgrzy­tów.

Przez cały okres na­szej za­ży­łej przy­jaźni - przed Wham! i po jego roz­pa­dzie - mój naj­bliż­szy przy­ja­ciel wy­stę­po­wał na zmianę w dwóch wcie­le­niach. Jako trzy­na­sto­letni uczniak, który zo­stał moim naj­lep­szym kum­plem, chło­pak, z któ­rym chcia­łem sta­wiać pierw­sze kroki na dro­dze do spek­ta­ku­lar­nego suk­cesu, i jako Geo­rge Mi­chael, po­stać, którą sam wy­kre­ował, po­nie­waż jako czło­wiek nie­by­wale am­bitny i ob­da­rzony wy­jąt­kową wy­obraź­nią twór­czą nie chciał być dłu­żej wo­ka­li­stą w roz­chwy­ty­wa­nym du­ecie po­po­wym i ma­rzył o ka­rie­rze so­lo­wej. W dniu kon­certu fi­na­ło­wego jego dru­gie wcie­le­nie było już nie­mal kom­pletne. Gwiazda Geo­rge'a za­świe­ciła jesz­cze ja­śniej po tym, jak w 1987 roku wy­dał al­bum Fa­ith, ale jego sa­mego już wtedy nę­kały liczne wąt­pli­wo­ści zwią­zane z orien­ta­cją sek­su­alną, bo­ry­kał się bo­wiem z pró­bami okre­śle­nia swo­jej skry­wa­nej pod wi­ze­run­kiem pu­blicz­nym toż­sa­mo­ści. W póź­niej­szym okre­sie to na­pię­cie stało się po pro­stu bar­dziej wi­doczne.

Za cza­sów Wham!, ale i póź­niej, na­sza więź była szczera i ser­deczna. W epoce uzna­wa­nej dziś za dość trudny okres w hi­sto­rii Wiel­kiej Bry­ta­nii na­sza nie­wy­mu­szona przy­jaźń wno­siła chyba tro­chę ra­do­ści do co­dzien­nego znoju. Za­de­biu­to­wa­li­śmy utwo­rem Wham Rap (En­joy What You Do), swo­istą od­trutką na apa­tię cza­sów bez­ro­bo­cia:

Wham! Bam!

I am! A man!

Job or no job,

You can't tell me that I'm not.

Od tego mo­mentu na­sza twór­czość stała się tłem dla prób opty­mi­stycz­nego spo­glą­da­nia w przy­szłość i od­bu­do­wy­wa­nia pew­no­ści sie­bie w spo­łe­czeń­stwie bry­tyj­skim. Utwory ta­kie jak Club Tro­pi­cana, Wake Me Up Be­fore You Go-Go, Fre­edom i I'm Your Man sym­bo­li­zo­wały oży­wie­nie i spraw­czość. My od­bie­ra­li­śmy to tak, że po pro­stu do­brze się ba­wimy, bo tak fak­tycz­nie było, i ta bez­pre­ten­sjo­nalna swo­boda prze­ło­żyła się na po­tężny suk­ces ko­mer­cyjny. Dzięki pierw­szym de­mów­kom, które na­gry­wa­li­śmy z Geo­rge'em w sa­lo­nie mo­ich ro­dzi­ców, pod­pi­sa­li­śmy umowę z wy­twór­nią i ko­niec koń­ców sprze­da­li­śmy po­nad trzy­dzie­ści mi­lio­nów płyt. W 1983 roku nasz de­biu­tancki al­bum Fan­ta­stic tra­fił na szczyt. Rok póź­niej, wraz z wy­da­niem Make It Big, po­wtó­rzy­li­śmy to samo osią­gnię­cie na glo­balną skalę. Bi­lety na na­sze kon­certy sta­dio­nowe w Wiel­kiej Bry­ta­nii i Ame­ryce roz­cho­dziły się jak świeże bu­łeczki i sys­te­ma­tycz­nie przy­by­wało nam fa­nów, aż wresz­cie wha­ma­nia ogar­nęła cały świat.

W 1986 roku for­muła na­szego du­etu za­częła się wy­czer­py­wać, mię­dzy in­nymi dla­tego, że Wham! nie mógł nam prze­dłu­żyć mło­do­ści. Na­wet tak nie­by­wale uzdol­niony kom­po­zy­tor i tek­ściarz jak Geo­rge nie zdo­łałby po­siąść iście al­che­micz­nej sztuki wy­do­by­wa­nia z do­ro­słych lu­dzi emo­cji wła­ści­wych na­sto­lat­kom.

Na fali pierw­szych suk­ce­sów, jesz­cze przed wy­da­niem Fan­ta­stic, usta­li­li­śmy zgod­nie, że je­śli mamy dojść na szczyt, w co głę­boko wie­rzy­li­śmy, ster w sfe­rze twór­czej po­wi­nien trzy­mać Geo­rge. Od dawna wie­rzy­łem w jego umie­jęt­no­ści, a moją je­dyną am­bi­cją było w za­sa­dzie gra­nie w ze­spole, za­do­wa­la­łem się więc w zu­peł­no­ści na­gry­wa­niem mu­zyki i kon­cer­to­wa­niem. Ta de­cy­zja odro­binę mnie ubo­dła, ale uwa­żam ją za słuszną: wszystko wska­zy­wało na to, że au­tor­ska twór­czość Geo­rge'a jest je­dyna w swoim ro­dzaju i wła­śnie pra­gnie­nie opty­mal­nego wy­ko­rzy­sta­nia tego daru po­pchnęło go do roz­po­czę­cia ka­riery so­lo­wej, wol­nej od ram na­rzu­ca­nych przez dzia­łal­ność grupy. Po czte­rech emo­cjo­nu­ją­cych la­tach nasz wspólny czas do­bie­gał końca.

Geo­rge krzy­czał mi coś do ucha, ale po­śród har­mi­dru i cha­osu nie wy­chwy­ci­łem ani słowa. Nasi mu­zycy i na­sze wo­ka­listki wspie­ra­jące, w więk­szo­ści współ­pra­cu­jący z nami od wielu lat, opu­ścili scenę i po­zwo­lili nam spę­dzić ra­zem ostat­nie chwile jako Wham!. Tłum na We­mbley, roz­lany w upstrzone trans­pa­ren­tami i fla­gami mo­rze dźwięku i ko­loru, ko­ły­sał się jesz­cze szyb­ciej i śpie­wał jesz­cze gło­śniej.

- Co?! Po­wtórz! - pró­bo­wa­łem prze­krzy­czeć wrzawę, wy­czu­wa­jąc, że chce mi prze­ka­zać coś waż­nego.

Nim przy­szło nam ukło­nić się po raz ostatni, Geo­rge uśmiech­nął się, przy­tu­lił mnie, zło­żył mi głowę na ra­mie­niu i po­wie­dział:

- Bez cie­bie bym tego nie do­ko­nał, Andy.

1

De­cy­zje, de­cy­zje

Li­sto­pad 1979

By­li­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi i dwiema stro­nami me­dalu. Geo­r­gios Pa­nay­io­tou, pilny i nie­śmiały szes­na­sto­la­tek ze ster­czącą kę­dzie­rzawą czu­pryną, miał oponkę w pa­sie i szafę pełną dys­ku­syj­nych stro­jów. Ja dla od­miany by­łem osobą to­wa­rzy­ską i pewną sie­bie, ży­wym sre­brem, choć nie­zbyt in­te­li­gent­nym, mą­dralą i ga­gat­kiem wy­stro­jo­nym w mo­he­rowy gar­ni­tur z lum­peksu i parkę, i mi­ga­ją­cym się od śmier­tel­nie nud­nych przy­go­to­wań do ma­tury. Mimo to by­li­śmy jak bra­cia sy­jam­scy, bo po­łą­czyły nas: mi­łość do mu­zyki i ske­czów Monty Py­thona oraz sztu­bac­kie po­czu­cie hu­moru. A po­tem pod­ją­łem de­cy­zję, która miała już na za­wsze od­mie­nić na­sze ży­cie.

"Yog, za­kła­damy ze­spół..."

Ta myśl prze­śla­do­wała mnie od do­brych dwóch lat, a że w szkole by­li­śmy jak pa­pużki nie­roz­łączki, chcia­łem grać wy­łącz­nie z nim: chło­pa­kiem, który zo­stał póź­niej Geo­rge'em Mi­cha­elem. Miał zmysł mu­zyczny, zna­ko­mite wy­czu­cie rytmu i me­lo­dii i jesz­cze lep­szy wo­kal. W po­cząt­ko­wych la­tach przy­jaźni wiel­bi­li­śmy te same ze­społy i tych sa­mych ar­ty­stów z róż­nych mu­zycz­nych ba­jek: od na­szego ulu­bio­nego Qu­een, po nowe dźwięki w ro­dzaju man­che­ster­skiego Joy Di­vi­sion. W 1979 roku wkrę­ci­li­śmy się w no­wa­tor­ską bry­tyj­ską od­mianę ska, mu­zyki zro­dzo­nej na Ja­majce na grun­cie reg­gae i łą­czą­cej ka­ra­ib­ski gro­ove z rze­żą­cymi ba­sami. Ze­społy ta­kie The Spe­cials, Mad­ness, The Beat czy Steel Pulse po­ru­szyły na­szą wy­obraź­nię, nie tylko za sprawą wy­ko­ny­wa­nej mu­zyki, ale i ze względu na styl ubioru. Wraz z oży­wie­niem sub­kul­tury mod­sów na fali po­pu­lar­no­ści filmu Kwa­dro­fo­nia mło­dzi An­glicy za­częli się ubie­rać w od­pra­so­wane gar­ni­tury i buty Hush Pup­pies. Wśród szpa­ne­rów naj­więk­szym wzię­ciem cie­szyła się fry­zura na dłuż­szego jeża. Na szczę­ście, miesz­ka­jąc na pe­ry­fe­riach Hert­ford­shire, by­łem tak samo na bie­żąco z tren­dami mu­zycz­nymi jak mło­dzież ba­wiąca się w klu­bach Lon­dynu czy Bir­ming­ham. I nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że chcę ro­bić mu­zykę.

- Nie, Andy... - po­wie­dział Yog, gdy kie­dyś za­dzwo­ni­łem do niego po szkole. - Chciał­bym, ale nie mogę...

I za­czął coś mam­ro­tać o zbli­ża­ją­cej się ma­tu­rze i bez­względ­nym sta­no­wi­sku ro­dzi­ców, któ­rzy naj­wy­raź­niej pra­gnęli uchro­nić syna przed wszyst­kim, co od­cią­gało go od na­uki, a więc i przede mną. Ale ja nie da­łem się znie­chę­cić. Sku­pi­łem się na celu, za­le­żało mi na nim i żadne lęki Yoga przed re­ak­cją mamy i taty nie mo­gły po­psuć mi szy­ków.

- Nie, te­raz albo ni­gdy - oznaj­mi­łem. - Dzi­siaj za­kła­damy ze­spół.

Yog wie­dział, że po­tra­fię być zde­ter­mi­no­wany, szcze­gól­nie gdy się przy czymś uprę. Ro­zu­miał też, że by­naj­mniej go nie pro­szę, tylko po­wia­da­miam. Wy­czu­wał, że się nie pod­dam, i jego opór za­czął słab­nąć.

- Do­bra, Andy - zgo­dził się z wes­tchnie­niem. - Za­kła­dajmy.

Dał się zwer­bo­wać, a ja mia­łem po­wód do ra­do­ści, kie­ru­nek, cel do osią­gnię­cia. Je­śli o mnie cho­dziło, wie­rzy­łem, że mo­żemy wszystko i nikt nam nie sta­nie na dro­dze. Łą­czyła nas nie­złomna przy­jaźń, by­łem prze­ko­nany, że miej­sce na li­ście prze­bo­jów już na nas czeka. Nie mia­łem po­ję­cia, co ozna­czałby taki suk­ces, ale czu­łem go pod skórą. Wie­dzia­łem, że go osią­gniemy. A to, co ko­niec koń­ców na­stą­piło, prze­szło moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia...

2

Nowy

Cztery lata wcze­śniej

Geo­r­giosa Pa­nay­io­tou zo­ba­czy­łem po raz pierw­szy, gdy cze­ka­li­śmy na roz­po­czę­cie no­wego roku szkol­nego. Ota­czały mnie oży­wione głosy in­nych uczniów klasy 2A1 pań­stwo­wej szkoły śred­niej Bu­shey Me­ads. Chłopcy prze­chwa­lali się ob­ca­ło­wy­wa­niem ta­jem­ni­czych dziew­czyn na wa­ka­cjach spę­dzo­nych z ro­dzi­cami, na ogół w kra­jo­wych ku­ror­tach nad­mor­skich (w tam­tych cza­sach ro­dzinne wa­ka­cje za gra­nicą prze­kra­czały moż­li­wo­ści fi­nan­sowe więk­szo­ści lu­dzi). Dziew­czyny chi­cho­tały i wzdy­chały do pla­ka­tów Da­vida Es­sexa i Donny'ego Osmonda wy­rwa­nych z cza­so­pi­sma "Jac­kie". Wszy­scy wy­jąt­kowo osza­leli na punk­cie for­ma­cji Pan's Pe­ople - grupy ta­necz­nej, która już od dłuż­szego czasu wy­stę­po­wała w pro­gra­mie Top of the Pops, ale jej odziane w ly­crę człon­ki­nie co­raz czę­ściej sta­wały się obiek­tami fan­ta­zji mło­dych chłop­ców i każdy miał swoją ulu­bioną tan­cerkę. Ja po sze­ściu ty­go­dniach wa­ka­cyj­nej wol­no­ści nie umia­łem wskrze­sić w so­bie zwy­kłego en­tu­zja­zmu dla zgiełku to­wa­rzy­szą­cego pierw­szemu dniu szkoły.

Nu­dzi­łem się.

Wła­ści­wie czę­sto ogar­niała mnie nuda. Szkoła była dla mnie męką, a od­kąd na­uczy­łem się czy­tać i pi­sać i bez więk­szych prze­szkód ukoń­czy­łem pod­sta­wówkę, moje za­an­ga­żo­wa­nie w edu­ka­cję w ra­mach bry­tyj­skiego sys­temu oświaty prędko się wy­czer­py­wało. Za­in­te­re­so­wa­nie ka­rierą szkolną ga­sło i w za­sa­dzie nie wi­dzia­łem sensu w uczęsz­cza­niu na lek­cje, co draż­niło za­równo na­uczy­cieli, jak i mo­ich ro­dzi­ców. Na jed­nym z ar­ku­szy ocen na­pi­sano, że za­kłó­cam spo­kój, a ko­lejne wy­wia­dówki - oraz ich skutki w po­staci ostrych re­pry­mend - dały mi do my­śle­nia. Nie­wiele rze­czy mi się w szkole po­do­bało, ale wśród nich była gra w dru­ży­nie pił­kar­skiej. Wbrew jed­nak temu, co gło­sił póź­niej Geo­rge, ni­gdy nie mia­łem na­dziei na ka­rierę za­wo­do­wego pił­ka­rza. Ki­bi­co­wa­łem Man­che­ster Uni­ted i na tym koń­czyły się moje aspi­ra­cje.

Sa­dzano mnie więc w pierw­szej ławce, żeby na­uczy­ciele mieli na mnie oko. Mia­łem dwa­na­ście lat i draż­niły mnie wszel­kie au­to­ry­tety. Z roz­pię­tym koł­nie­rzy­kiem i po­lu­zo­wa­nym kra­wa­tem szkol­nym wy­glą­da­łem jak ty­powy po­nury i trudny na­sto­la­tek, przez co nie­któ­rzy na­uczy­ciele krzywo na mnie pa­trzyli. Nie spi­sano mnie jed­nak na straty. Co prawda klasę 2A1 uwa­żano za naj­zdol­niej­szą z na­szego rocz­nika, ale skoro żadne z nas nie zdało w pod­sta­wówce eg­za­minu koń­co­wego na tyle do­brze, żeby do­stać się do któ­re­goś z li­ceów w Wat­ford, wy­da­wało się mało praw­do­po­dobne, by cze­kała nas ka­riera w dzie­dzi­nie fi­zyki ją­dro­wej albo neu­ro­bio­lo­gii.

Na­gle at­mos­fera w kla­sie się od­mie­niła. Roz­mowy o Pan's Pe­ople, Da­vi­dzie Es­sek­sie i nie­po­rad­nych wa­ka­cyj­nych po­ca­łun­kach przy­ci­chły, gdy do sali we­szła pani Par­ker, na­sza wy­cho­waw­czyni, pro­wa­dząc wy­raź­nie skrę­po­wa­nego chło­paka w nie­ska­zi­tel­nie czy­stym, no­wiut­kim mun­durku i du­żych oku­la­rach w dru­cia­nych opraw­kach. Jego włosy wy­glą­dały jak pe­ruka prze­bie­rańca skle­cona ze zgrzeb­nych syn­te­tycz­nych włó­kien. Na­pię­cie wy­wo­łane ko­niecz­no­ścią sta­nię­cia twa­rzą w twarz z no­wymi ko­le­żan­kami i ko­le­gami wy­raź­nie nim wstrzą­snęło. Gdy pani Par­ker wi­tała no­wego ucznia klasy 2A1, on za­czął się czer­wie­nić. A to, że wy­po­wie­działa jego imię i na­zwi­sko z fi­ne­zją miej­skiego lisa roz­ry­wa­ją­cego wo­rek z od­pa­dami, z pew­no­ścią nie po­mo­gło.

- Dziew­częta, chłopcy, to wasz nowy ko­lega, Jo­rios Pa­ny­jotu - po­wie­działa, sto­su­jąc fo­ne­tykę an­giel­ską. Spoj­rzała na prze­ra­żoną minę przy­by­sza, jakby li­czyła na jego wspar­cie, ale chło­pak, jak mu tam było, zdą­żył już po­czer­wie­nieć jak pi­wo­nia.

Dziew­czyny z pierw­szego rzędu za­częły chi­cho­tać, a sie­dzący z tyłu chłopcy za­raz im za­wtó­ro­wali. Ale pani Par­ker, nie­zra­żona i zde­cy­do­wana jak naj­szyb­ciej przejść do spraw or­ga­ni­za­cyj­nych, nie dała się wy­trą­cić z ofi­cjal­nego trybu, choć za­rzu­ciła próby po­wta­rza­nia eg­zo­tycz­nego śród­ziem­no­mor­skiego na­zwi­ska.

- Do­brze, pro­szę, żeby ktoś się za­jął no­wym uczniem - oznaj­miła. - Ktoś roz­sądny, kto bę­dzie dla niego men­to­rem i za­zna­jomi go z oto­cze­niem w pierw­szym ty­go­dniu czy tro­chę dłu­żej. To duża od­po­wie­dzial­ność, więc osoba, która się tego po­dej­mie, bę­dzie mu­siała do­pil­no­wać, żeby nowy ko­lega po­czuł się w Bu­shey Me­ads jak u sie­bie. Kto ze­chciałby po­móc?

Za­le­gła krę­pu­jąca ci­sza. Dzieci wy­raź­nie się wa­hały, a ja nie ro­zu­mia­łem dla­czego. Ni­gdy do­tąd nie przy­dzie­lono mi pod opiekę no­wego ucznia i nie mo­głem prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji: łak­ną­łem wszyst­kiego, co tylko po­zwoli mi się ode­rwać od szkol­nej mo­no­to­nii. Pod­nio­słem szybko rękę. Trudno po­wie­dzieć, czy pani Par­ker była za­do­wo­lona - niby się uśmie­chała, ale w spo­sób su­ge­ru­jący, że nie da z sie­bie zro­bić kom­plet­nej kre­tynki. Jej unie­siona brew prze­strze­gała mnie rów­nież, że­bym tego nie spie­przył.

- Dzię­kuję, An­drew, bar­dzo to miłe z two­jej strony - po­wie­działa w końcu i wska­zała temu, jak mu tam było, żeby usiadł koło mnie na czas spraw­dza­nia obec­no­ści. Gdy od­czy­ty­wała li­stę na­zwisk, oczy wszyst­kich zwró­cone były na no­wego, a on zbli­żał się do mnie nie­pew­nie. Tro­chę mi go było szkoda.

- Adams.

- Obecna.

- Bar­tlett.

- Obecny.

- Brown.

- Obecny.

- Na po­czątku tro­chę trudno wy­mó­wić moje na­zwi­sko, wiem - po­wie­dział, sia­da­jąc koło mnie. - Jest grec­kie - do­dał, wy­czu­wa­jąc moje za­kło­po­ta­nie.

Wzru­szy­łem ra­mio­nami i ski­ną­łem współ­czu­jąco głową. Wie­dzia­łem, że z ta­kim imie­niem jak Geo­r­gios nowy w pierw­szym pół­ro­czu bę­dzie miał pod górkę. Gdy jed­nak za­czę­li­śmy roz­ma­wiać, do­wie­dzia­łem się kilku naj­waż­niej­szych rze­czy o świe­żej krwi w Bu­shey Me­ads. Tata Geo­r­giosa pro­wa­dził wła­sną re­stau­ra­cję. Ro­dzina miesz­kała wcze­śniej w lon­dyń­skim Kings­bury, po czym prze­nio­sła się do po­bli­skiego Ra­dlett, które le­żało wpraw­dzie nieco da­lej od szkoły niż dom mo­ich ro­dzi­ców, ale i tak na tyle bli­sko, że gdy­by­śmy się skum­plo­wali, po­po­łu­dniami mo­gli­by­śmy ra­zem ło­bu­zo­wać. Prze­czu­wa­łem też, że ro­dzina Geo­r­giosa może być dość za­można, Ra­dlett ucho­dziło bo­wiem za miej­sco­wość dla lu­dzi przy for­sie. Gdy już się zda­wało, że wszystko idzie gładko, na­sza roz­mowa utknęła w mar­twym punk­cie. Wy­glą­dało na to, że nowy nie po­dziela mo­ich za­in­te­re­so­wań: nie ma za­mi­ło­wa­nia do fut­bolu, a tym bar­dziej do For­muły 1. Pa­trzy­li­śmy na sie­bie w mil­cze­niu, które lada chwila mo­gło stać się krę­pu­jące. Gdy pod­nio­słem wzrok, prze­ko­na­łem się, że pani Par­ker przy­gląda mi się scep­tycz­nie.

Cho­lera, nie jest za do­brze - po­my­śla­łem.

I wła­śnie wtedy, gdy by­łem już bli­ski uzna­nia, że bio­rąc na sie­bie ten obo­wią­zek, po­peł­ni­łem po­tężny błąd, do­pro­wa­dzi­łem nie­chcący do prze­łomu.

- A ja­kiej mu­zyki słu­chasz? - spy­ta­łem.

Geo­r­gios już się uśmie­chał. Udało się! Naj­wy­raź­niej zna­leź­li­śmy coś wspól­nego. Od­po­wie­dział, że lubi Qu­een, co już brzmiało dla mnie świet­nie. I gdy klasa 2A1 wy­ko­ny­wała ko­lejno wszyst­kie nudne za­da­nia, któ­rych się od nich wy­maga na po­czątku roku szkol­nego, my ga­wę­dzi­li­śmy w naj­lep­sze o Fred­diem Mer­cu­rym, pło­mien­nych rif­fach Briana Maya oraz o Kil­ler Qu­een, pio­sence sprzed mniej wię­cej roku, która na nowo zde­fi­nio­wała brzmie­nie grupy. Rów­nie bu­du­jąca była mi­łość Geo­r­giosa do Be­atle­sów i Da­vida Bo­wiego. Gdy od­kry­li­śmy, że łą­czy nas też uwiel­bie­nie dla El­tona Johna, stało się ja­sne, że na­sze światy się łą­czą i idąc na pierw­szą lek­cję, prze­rzu­ca­li­śmy się ty­tu­łami ulu­bio­nych pio­se­nek. Zga­dza­li­śmy się, że do na­szych ulu­bio­nych utwo­rów na­leżą Benny and the Jets, Can­dle in the Wind i utwór ty­tu­łowy z ostat­niej płyty El­tona, Go­od­bye Yel­low Brick Road. Przed pierw­szą lek­cją fran­cu­skiego da­lej ga­da­li­śmy o mu­zyce. Roz­pro­szy­łem się, bu­ja­łem w ob­ło­kach i nie mi­nęło kilka pierw­szych chwil lek­cji, a już zo­sta­łem ob­je­chany, że nie uwa­żam.

- Rid­ge­ley, a może by­śmy za­częli nowy rok szkolny jak na­leży? - spy­tał gder­li­wie na­uczy­ciel, co ozna­czało, że znów do­stanę uwagę.

Gdy spoj­rza­łem na Geo­r­giosa, zo­ba­czy­łem, że się śmieje i prze­wraca oczami, a więc mnie po­piera. Chyba równy z niego gość - po­my­śla­łem. Może ta druga klasa jed­nak nie bę­dzie taka zła...

Nie mi­nęła pierw­sza go­dzina no­wego roku szkol­nego, a ja już mia­łem no­wego kum­pla.

Geo­r­gios ob­ja­śnił mi, że jego imię naj­le­piej wy­ma­wiać "Jorgo", co brzmiało dla mnie jak od­chrzą­ki­wa­nie wy­jąt­kowo nie­przy­jem­nego gluta. Oczy­wi­ście mu­sia­łem je prze­krę­cić i po­wie­dzieć "Jo­gurt", ale ku mo­jemu za­sko­cze­niu prze­zwi­sko nie zro­biło na nim żad­nego wra­że­nia. W końcu za­czą­łem mó­wić na niego "Yog", co było znacz­nie ła­twiej­sze do wy­mó­wie­nia niż jego praw­dziwe imię. Nie­stety inni na­uczy­ciele o grec­kiej wy­mo­wie mieli rów­nie mętne po­ję­cie jak pani Par­ker i ka­pi­tu­lu­jąc ko­lejno, za­częli go na­zy­wać Geo­rge'em, aż wresz­cie w ich ślady po­szli wszy­scy poza jego naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi. Gdy po­ja­wiały się nowe zna­jo­mo­ści, to imię wy­bie­rał rów­nież sam Geo­r­gios, pew­nie dla­tego, że nie wy­ma­gało od niego dłu­gich wy­ja­śnień.

W ciągu kilku na­stęp­nych dni do­wia­dy­wa­łem się co­raz wię­cej o swoim no­wym przy­ja­cielu. Prze­ko­na­łem się przede wszyst­kim, że w ra­zie po­trzeby po­trafi być dość sta­now­czy, co za­dało kłam mo­jemu pierw­szemu wra­że­niu na jego te­mat, po­cząt­kowo ode­bra­łem go bo­wiem jako na­sto­latka nie­śmia­łego i po­zba­wio­nego pew­no­ści sie­bie. Yog szybko się od­na­lazł w co­dzien­no­ści Bu­shey Me­ads.

Pod­czas pierw­szej prze­rwy na lunch po­ka­za­łem mu, o co cho­dzi w po­pu­lar­nej za­ba­wie w króla muru. Na­zwa za­bawy mó­wiła wszystko, a jej za­sady były dość pro­ste. Jedna osoba wcho­dziła na mur, a jej kon­ku­renci ro­bili wszystko, co w ich mocy, żeby strą­cić ją z pie­de­stału. Żad­nych ogra­ni­czeń, żad­nych sę­dziów i żad­nych fo­rów.

Tego po­po­łu­dnia w celu za­ję­cia be­to­no­wego tronu wy­ko­rzy­sta­łem swoje nieco wyż­sze od prze­cięt­nych umie­jęt­no­ści gim­na­styczne. By­łem Kró­lem Muru. Wy­szy­dza­jąc to­wa­rzy­stwo, strą­ci­łem kilku za­wod­ni­ków, aż w końcu ktoś mnie wziął z za­sko­cze­nia. I był to Yog. Po­nie­waż miał dość mo­ich prze­chwa­łek, po­sta­no­wił mnie szturch­nąć w plecy. Stra­ci­łem rów­no­wagę, upa­dłem na as­falt i pa­trzy­łem za­wsty­dzony, jak pa­ra­duje po mu­rze i za­śmiewa się ze swo­jej bez­czel­no­ści. Yog może i nie ob­no­sił się ze swoją siłą i nie było z niego więk­szego po­żytku na bo­isku pił­kar­skim, ów­cze­snym wy­znacz­niku spraw­no­ści fi­zycz­nej, ale wi­dzia­łem wy­raź­nie, że nie da so­bie w ka­szę dmu­chać.

Gdy ja­kiś ty­dzień póź­niej zo­sta­łem za­pro­szony do domu Yoga, po­twier­dziły się moje po­dej­rze­nia co do za­moż­no­ści jego ro­dziny. Po­je­cha­li­śmy ra­zem szkol­nym au­to­bu­sem i u celu, w Ra­dlett, by­łem pod wra­że­niem jego pię­cio­po­ko­jo­wego wol­no­sto­ją­cego domu z wiel­kim ogro­dem i ele­ganc­kim ta­ra­sem. W ni­czym nie przy­po­mi­nał czte­ro­po­ko­jo­wego bliź­niaka mo­ich ro­dzi­ców. My mie­li­śmy za­dbane, ale skromne ra­batki, a za do­mem Yoga roz­cią­gał się wielki traw­nik wzno­szący się nie­znacz­nie od czę­ści ta­ra­so­wej. W let­nie wie­czory ro­dzina Pa­nay­io­tou za­ja­dała się na świe­żym po­wie­trzu śród­ziem­no­mor­skimi przy­sma­kami ta­kimi jak do­lma­des, hum­mus i ta­ra­ma­sa­lata. Wszystko to wy­da­wało mi się dość eg­zo­tyczne w po­rów­na­niu z bar­dziej swoj­ską strawą po­da­waną u nas.

Przy­wi­ta­łem się z ro­dzi­cami Yoga i po­szli­śmy na górę do jego po­koju. Pa­no­wał tam nie­na­ganny po­rzą­dek, a wnę­trze było istną skarb­nicą faj­nych ga­dże­tów i sprzę­tów mu­zycz­nych. Mój po­kój był z ko­lei anar­chi­stycz­nym skła­do­wi­skiem ciu­chów i cza­so­pism, sprzą­ta­nym tylko wtedy, gdy ro­dzice gro­zili mi wy­prawą na naj­bliż­sze wy­sy­pi­sko śmieci. Yog miał na ścia­nach pla­katy gwiazd ta­kich jak Da­vid Bo­wie i El­ton John. Naj­bar­dziej za­sko­czyła mnie jed­nak jego ko­lek­cja ko­mik­sów o Spi­der-Ma­nie. Miał ich całą stertę, w tym eg­zem­plarz z pierw­szego wy­da­nia, już wtedy bar­dzo cenny. Yog po­wie­dział, że rok wcze­śniej wi­dział El­tona Johna na żywo na sta­dio­nie Vi­ca­rage Road w Wat­ford, a je­śli cho­dzi o me­cze pił­kar­skie, to miał oka­zję zo­ba­czyć kie­dyś grę Ar­se­nalu i tyle. Po­ka­zy­wał mi swój sprzęt gra­jący, ale ja zdą­ży­łem już sku­pić uwagę na czymś in­nym: w no­gach łóżka stała, kur­czę, per­ku­sja, me­ta­licz­nie nie­bie­ska i wspa­niała. Nie wie­rzy­łem wła­snym oczom. Choć ze­staw Yoga nie miał ta­kich roz­mia­rów jak te uży­wane przez Phila Col­linsa czy Ro­gera Tay­lora z Qu­een, za­parło mi dech. Nie zna­łem ni­kogo, kto trzy­małby w swoim po­koju per­ku­sję, i nim Yog zdą­żył za­pro­te­sto­wać, za­sia­dłem za nią i za­czą­łem wy­bi­jać ostre, ogłu­sza­jące cztery czwarte na wer­blu, dwóch to­mach, bęb­nie ba­so­wym i hi-ha­cie.

- Nie, An­drew... nie! - Yog pró­bo­wał prze­krzy­czeć ło­skot.

Zde­ner­wo­wa­łem go i jego prze­ra­żona mina świad­czyła o tym, że prze­kro­czy­łem gra­nicę. Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że w domu pań­stwa Pa­nay­io­tou wolno ćwi­czyć grę na in­stru­men­tach tylko o okre­ślo­nej po­rze, do któ­rej było jesz­cze da­leko. Tro­chę za­sko­czony od­su­ną­łem się od per­ku­sji i en­tu­zja­stycz­nie sku­pi­łem uwagę na sto­ją­cym w ką­cie sprzę­cie ste­reo.

- W nie­dzielę po po­łu­dniu na­gry­wam za­wsze Top 40 - wy­ja­śnił Yog. - Je­śli spodoba mi się ja­kiś ka­wa­łek, to so­bie zo­sta­wiam.

Moja mama miała tylko prze­no­śnego jam­nika, a Yog dwu­ka­se­towy ze­staw, na któ­rym mógł na­gry­wać mu­zykę bez­po­śred­nio z ra­dia. To była dla mnie no­bi­li­ta­cja. Obaj lu­bo­wa­li­śmy się w li­stach prze­bo­jów, ale Yog, po­dob­nie jak ja, do­szedł do wnio­sku, że pre­zen­te­rzy z je­dynki BBC i z ra­dia Ca­pi­tal grają słu­cha­czom na ner­wach. Kwie­ci­sty i bez­ce­re­mo­nialny styl dys­k­dżo­ke­jów ta­kich Dave Lee Tra­vis czy Tony Black­burn uwa­ża­li­śmy za że­nu­jący. Ta nowa płasz­czy­zna po­ro­zu­mie­nia za­in­spi­ro­wała nas do na­gra­nia kilku pa­sti­szów dżin­gli i frag­men­tów roz­mów. Przez do­brą go­dzinę gor­li­wie prze­drzeź­nia­li­śmy naj­bar­dziej gro­te­skowe oso­bo­wo­ści ra­diowe i na­gry­wa­li­śmy efekty tych za­baw na ma­gne­to­fon Yoga. Choć nie mie­li­śmy jesz­cze o tym po­ję­cia, two­rzy­li­śmy już wła­sny mi­kro­świat i nada­wa­li­śmy kształt za­ży­łej przy­jaźni, w któ­rej mu­zyka prze­pla­tała się z ko­mi­zmem. Wy­my­śla­li­śmy na po­cze­ka­niu ske­cze, prze­rzu­ca­li­śmy się po­my­słami i na­bi­ja­li­śmy się ze świata do­ro­słych, który chyba nie bar­dzo miał do sie­bie dy­stans. Nie wia­domo, czy mamę Yoga od­głosy na­szych wy­głu­pów bar­dziej nie­po­ko­iły, czy uspo­ka­jały.

Tego wie­czora prze­glą­da­li­śmy im­po­nu­jącą ko­lek­cję płyt Yoga. Miał al­bumy wielu mo­ich uko­cha­nych ar­ty­stów, w tym Qu­een. Lu­bi­łem Bo­wiego i mia­łem kilka jego sin­gli, mię­dzy in­nymi The Jean Ge­nie, ale Yog wprost za nim prze­pa­dał i zgro­ma­dził kilka long­playów. A El­ton John to już była cał­kiem inna para ka­lo­szy. Obaj uwiel­bia­li­śmy go za to, że jest wspa­nia­łym kom­po­zy­to­rem. Po­tra­fił pi­sać utwory w tak zróż­ni­co­wa­nym stylu, że sin­gle ta­kie jak Cro­co­dile Rock i Can­dle in the Wind miały cał­kiem inne brzmie­nie. By­łem tro­chę za młody, żeby znać kilka jego pierw­szych al­bu­mów, ale wraz z pre­mierą Go­od­bye Yel­low Brick sta­łem się jego za­pa­lo­nym fa­nem i nie­długo do­ku­pi­łem so­bie Mad­man Across the Wa­ter, Honky Cha­teau i Don't Shoot Me I'm Only the Piano Player. El­ton miał dar mi­strzow­skiego prze­kła­da­nia na ję­zyk mu­zyki tek­stów two­rzo­nych przez Ber­niego Tau­pina, co po­twier­dziło się szcze­gól­nie w przy­padku Can­dle in the Wind. Ber­nie do­star­czał słowo, a El­ton prze­ka­zy­wał po­przez me­lo­dię nie­sione przez nie emo­cje. Do­brali się jak w korcu maku.

Uwiel­bia­li­śmy też El­tona za jego wi­ze­ru­nek. Fa­scy­no­wała nas ta po­stać pia­ni­sty w zwa­rio­wa­nych oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych i ol­brzy­mich bu­tach na plat­for­mie. Rów­nie in­try­gu­jąco pre­zen­to­wał się Da­vid Bo­wie. Obaj zda­wali się prze­kra­czać wszel­kie gra­nice. Ich do­pra­co­wany image był nie­zmier­nie ważny i obaj za­chły­snę­li­śmy skan­da­li­zu­ją­cym sty­lem tych ar­ty­stów, tak jak za­chły­snę­li­śmy się po­sta­cią Fred­diego Mer­cury'ego. Front­man Qu­een, ze swo­imi ob­ci­słymi kom­bi­ne­zo­nami, wspa­niałą fry­zurą i eks­pre­syj­nymi po­zami, był cha­ry­zma­tycz­nym twórcą, obok któ­rego nie dało się przejść obo­jęt­nie. I cała trójka wy­stę­po­wała pod pseu­do­ni­mem, co nie umknęło uwa­dze Yoga.

Yog miał też za­mi­ło­wa­nie do cięż­szych i bar­dziej eklek­tycz­nych ga­tun­ków mu­zycz­nych. Gdy zna­joma ro­dzi­ców po­da­ro­wała mu całą dys­ko­gra­fię Led Zep­pe­lin, od razu uzna­li­śmy, że to bom­bowy ze­spół - nie mo­gli­śmy uwie­rzyć, że go do­tąd nie zna­li­śmy, i szybko wsią­kli­śmy w Whole Lotta Love, Ka­sh­mir i When the Le­vee Bre­aks. Cu­dow­nie było od­kry­wać stop­niowo wy­wro­tową grupę i od­słu­chi­wać za­chłan­nie całą jej dys­ko­gra­fię. W póź­niej­szym cza­sie Geo­rge stwa­rzał wra­że­nie, że wy­cho­wał się prak­tycz­nie tylko na mu­zyce Da­vida Bo­wiego, Ste­viego Won­dera i ca­łego za­stępu wy­ko­naw­ców ze stajni wy­twórni Mo­town. Wpraw­dzie miał te al­bumy w swo­jej ko­lek­cji, ale była ona znacz­nie ob­szer­niej­sza, niż póź­niej su­ge­ro­wał. Gdy słu­cha­li­śmy tego wie­czora jego ulu­bio­nych płyt i roz­kła­da­li­śmy na czę­ści pierw­sze wy­dru­ko­wane na wkład­kach tek­sty i opisy, nie mo­głem się na­dzi­wić, że jest na świe­cie ktoś rów­nie po­chło­nięty mu­zyką jak ja.

Nie­długo mu­sia­łem już wra­cać do domu, a gdy wy­cho­dzi­łem, Le­sley, mama Yoga, trak­to­wała mnie życz­li­wie, ale za­ra­zem wy­raź­nie nie wie­działa, co ma o mnie są­dzić. Choć sta­ra­łem się, jak mo­głem, w od­róż­nie­niu od ro­dzi­ców in­nych mo­ich ko­le­gów chyba mnie nie po­lu­biła, a gdy ma­cha­łem na po­że­gna­nie przez okno sa­mo­chodu mamy, nie mo­głem się oprzeć wra­że­niu, że ma pewne za­strze­że­nia co do no­wego, pew­nego sie­bie ko­legi syna. Nie przy­po­mi­na­łem też so­bie, bym ro­bił albo mó­wił coś, co mo­głoby ją zde­ner­wo­wać, po pro­stu przez całe po­po­łu­dnie i wie­czór by­łem sobą. (A to w za­sa­dzie mo­gło wy­star­czyć). Ale nie­szcze­gól­nie się tym prze­ją­łem i pierw­szą wi­zytę w domu Yoga wspo­mi­nam jako wielką frajdę.

Wszystko szło jak po ma­śle.

3

Li­nie rów­no­le­głe

To zro­zu­miałe, że Le­sley mar­twiła się o Yoga, ale zwa­żyw­szy na zde­cy­do­waną po­stawę pań­stwa Pa­nay­io­tou, praw­do­po­do­bień­stwo, że ich syn zo­sta­nie wy­ko­le­jeń­cem, było ni­kłe. Oj­ciec, Jack, da­wał mu do­bry przy­kład: ha­ro­wał i do wszyst­kiego do­szedł w ży­ciu sam. Na­prawdę na­zy­wał się Ky­ria­cos Pa­nay­io­tou i prze­pro­wa­dził się do Wiel­kiej Bry­ta­nii w la­tach pięć­dzie­sią­tych, gdy na­pię­cie mię­dzy tu­recką i grecką spo­łecz­no­ścią na Cy­prze do­pro­wa­dziło do roz­lewu krwi. Po ucieczce do Lon­dynu Ky­ria­cos za­czął uży­wać zan­gli­cy­zo­wa­nej wer­sji swo­jego imie­nia i skró­cił na­zwi­sko do "Pa­nos". Wy­zna­wał kult pracy i to ona nada­wała rytm jego ży­ciu. Żeby zwią­zać ko­niec z koń­cem, pra­co­wał od rana do nocy.

Oże­nił się z po­znaną w Lon­dy­nie Le­sley i otwo­rzył re­stau­ra­cję w Ed­gware. Gdy pierw­szy raz od­wie­dzi­łem Yoga, Jack pra­co­wał jesz­cze po­nad siły. Rzadko by­wał w domu, ale ile­kroć spę­dzał czas z ro­dziną, jego obec­ność była zde­cy­do­wa­nie od­czu­walna. Na­le­żał do osób ma­ło­mów­nych, a gdy już z rzadka się do mnie od­zy­wał, prze­ma­wiał szorstko i rze­czowo, pra­wie onie­śmie­la­jąco. On też uwa­żał, że wy­wie­ram na jego syna zły wpływ. Gdy był w domu, sta­ra­łem się nie rzu­cać nadto w oczy, ale z cza­sem bar­dzo po­lu­bi­łem Le­sley, mimo jej do­mnie­ma­nych za­strze­żeń co do na­szej chło­pię­cej przy­jaźni. To była cu­downa ko­bieta.

Je­śli cho­dzi o po­cho­dze­nie, łą­czyło nas co naj­mniej jedno: obaj nasi oj­co­wie byli imi­gran­tami. Mój tata uro­dził się w 1933 roku w Alek­san­drii jako Al­berto Ma­rio Za­cha­ria, syn Włoszki i Egip­cja­nina o je­meń­skich ko­rze­niach. Egipt po­zo­sta­wał wów­czas pod sil­nymi wpły­wami bry­tyj­skimi i Alek­san­dria była ist­nym ty­glem kul­tu­ro­wym. W dzie­ciń­stwie mój oj­ciec na­uczył się kilku ję­zy­ków. Wła­dał bie­gle an­gielsz­czy­zną, po­nie­waż w tym ję­zyku roz­ma­wiał w domu z bra­tem, i bez trudu od­na­lazł się w bry­tyj­skiej szkole mę­skiej. Po po­myśl­nym zda­niu eg­za­mi­nów tra­fił na staż na­uczy­ciel­ski w tej sa­mej pla­cówce. W kraju za­czy­nało się jed­nak wrze­nie. Gdy w 1956 roku roz­po­czął się kry­zys su­eski, ro­dzina ojca, na fali na­cjo­na­li­zmu wy­da­lona z Egiptu, prze­nio­sła się do Es­sex. Tak jak ro­dzina Jacka, zo­stała zmu­szona do opusz­cze­nia domu w cza­sie kon­fliktu. W po­cząt­ko­wym okre­sie zim­nej wojny męż­czyźni w Wiel­kiej Bry­ta­nii od­by­wali jesz­cze obo­wiąz­kową służbę woj­skową. Gdy do­wódcy z RAF prze­ko­nali się, że oj­ciec zna bie­gle kilka ję­zy­ków, wy­słali go do szkoc­kiego Uni­ver­sity of St An­drews, żeby po­głę­bił zna­jo­mość ro­syj­skiego i nie­miec­kiego, po­nie­waż za­mie­rzali go wy­słać na mi­sję do Ber­lina. Do­świad­czyw­szy w Egip­cie dys­kry­mi­na­cji, oj­ciec chciał się jak naj­szyb­ciej za­sy­mi­lo­wać. Jesz­cze przed roz­po­czę­ciem stu­diów w St An­drews zo­ba­czył z okien au­to­busu szyld z na­pi­sem "Rid­ge­ley Gar­dens". To brzmi bar­dzo an­giel­sko, po­my­ślał, a na­zwi­sko "Za­cha­ria" może dzia­łać na moją nie­ko­rzyść, więc... Na­zwi­sko się przy­jęło i tak Al­bert Rid­ge­ley, który mó­wił płyn­nie po arab­sku, nie­miecku, ro­syj­sku, fran­cu­sku i wło­sku, po ukoń­cze­niu stu­diów w St An­drews pod­jął na­ukę w woj­sko­wym stu­dium na­ucza­nia ję­zy­ków ob­cych i zo­stał wy­słany do Ber­lina jako tłu­macz służb wy­wia­dow­czych RAF. Mimo wie­lo­kul­tu­ro­wych ko­rzeni tata od razu po­czuł się Bry­tyj­czy­kiem - tak jak ja. W dzie­ciń­stwie nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że choć mam nieco ciem­niej­szą kar­na­cję niż więk­szość ró­wie­śni­ków, na­leżę do tej sa­mej kul­tury i je­stem rów­nie an­giel­ski jak tur­niej wim­ble­doń­ski i jajka sa­dzone z be­ko­nem, tym­cza­sem ro­dzina Yoga wy­da­wała się bar­dziej przy­wią­zana do swo­ich cy­pryj­skich ko­rzeni. Jack, w od­róż­nie­niu od mo­jego taty, który wy­ra­żał się jak stu­pro­cen­towy An­glik, mó­wił z bar­dzo sil­nym ak­cen­tem.

Moi ro­dzice po­znali się w 1960 roku, gdy tata za­koń­czył wresz­cie służbę w RAF i za­trud­nił się w skle­pie fo­to­gra­ficz­nym, którą to pracę bar­dzo lu­bił, po­nie­waż sam ro­bił ama­tor­sko zdję­cia. Przy­szłą żonę, Jen­ni­fer Dun­lop, po­znał, gdy miała za­le­d­wie osiem­na­ście lat i cho­dziła jesz­cze do szkoły. Mimo mło­dego wieku była jed­nak osobą upartą i nie­za­leżną, i ro­dzice wnet się w so­bie za­ko­chali. Gdy mama za­szła w ciążę, tata, czło­wiek ho­no­rowy, z po­czu­cia obo­wiązku po­sta­no­wił się z nią oże­nić. Ja - sprawca tego po­spiesz­nie zor­ga­ni­zo­wa­nego ślubu - po­ja­wi­łem się na świe­cie w 1963 roku, a w lu­tym 1964 roku uro­dził się mój brat Paul, ale do­piero w dniu dwu­dzie­stej pią­tej rocz­nicy ślubu ro­dzi­ców zo­rien­to­wa­łem się, że gdy mama wy­cho­dziła za tatę, była w czwar­tym mie­siącu ciąży. Ro­dzice za­po­bie­gli mi­ni­skan­da­lowi.

Ży­cie ro­dziny Rid­ge­leyów to­czyło się po­cząt­kowo w nie­wiel­kim domu w pod­miej­skiej dziel­nicy Egham, skrom­nym, ale tęt­nią­cym ży­ciem. Miesz­ka­li­śmy tam z dziad­kiem ze strony ojca, po­sta­cią jakby żyw­cem prze­nie­sioną z cał­kiem in­nego świata. Mój brat i ja nie zna­li­śmy jego ży­cio­rysu, nie by­li­śmy świa­domi traum, któ­rych do­znał w cza­sie dru­giej wojny świa­to­wej, i mó­wi­li­śmy na niego "Drac" z po­wodu jego po­waż­nego uspo­so­bie­nia i po­do­bień­stwa do hra­biego Dra­kuli. Dzia­dek pił hek­to­li­try coca-coli i pa­lił jak smok. W 1968 roku prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do zbu­do­wa­nego w la­tach trzy­dzie­stych bliź­niaka przy Ash­field Ave­nue 40 w Bu­shey, ale dzia­dek da­lej miesz­kał w Egham, do­póki kilka lat póź­niej nie wy­koń­czyły go pa­pie­rosy.

Gdy Paul i ja po­szli­śmy do ze­rówki, mama mo­gła za­jąć się swoją ka­rierą i za­pi­sała się do Wall Hall Te­acher Tra­ining Col­lege. Przed sta­rym neo­go­tyc­kim bu­dyn­kiem znaj­do­wał się od­kryty ba­sen i w cie­płe dni mama cza­sem nas tam za­bie­rała. Uwiel­bia­łem do­ka­zy­wać w wo­dzie. Kiedy wsze­dłem w wiek na­sto­letni i wolno mi było po­ru­szać się sa­mo­dziel­nie po King Geo­rge V Re­cre­ation Gro­und, ośrodku sportu i re­kre­acji w Bu­shey, stał się on cen­trum mo­jego ży­cia to­wa­rzy­skiego, przede wszyst­kim dzięki bo­isku pił­kar­skiemu, kor­tom te­ni­so­wym i ka­wiarni. Naj­bar­dziej cią­gnęło mnie jed­nak na tam­tej­szy ba­sen. Po szkole bie­głem do domu, chwy­ta­łem ką­pie­lówki i pę­dzi­łem do ośrodka, który stał się dla mnie kra­iną wod­nych cu­dów. Go­dzi­nami szli­fo­wa­łem wy­myślne tech­niki sko­ków na bombę, czyli ta­kich, które naj­bar­dziej roz­pry­skują wodę, i nada­wa­łem im na­zwy: skok na ka­zno­dzieję, na otwie­racz do pu­szek i na dziadka do orze­chów, a każda me­toda była do­bra, je­śli udało się za­chla­pać opa­la­jące się nie­opo­dal dziew­czyny. Lata sie­dem­dzie­siąte spę­dzone mię­dzy ba­se­nami Wall Hall i ośrodka sportu skła­dały się na ciąg nie­usta­ją­cych wa­ka­cji.

W pod­sta­wówce za­równo Paul, jak i ja zro­zu­mie­li­śmy, że mamy się grzecz­nie ba­wić, bo ina­czej po­ża­łu­jemy. Mama dość zręcz­nie po­słu­gi­wała się wa­rzą­chwią, a gdy wy­sta­wia­li­śmy jej cier­pli­wość na ciężką próbę, go­niła nas po ogro­dzie i okła­dała ły­chą po za­dkach. Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym szcze­gól­nie ło­bu­zo­wał, ale na pewno by­wa­łem nie­sforny i bar­dzo cie­kaw­ski. Gdy więc w któ­rąś so­botę ro­dzice zor­ga­ni­zo­wali przy­ję­cie, na­za­jutrz wsta­łem wcze­snym ran­kiem z na­dzieją, że do­wiem się, co kom­bi­no­wali nocą do­ro­śli. Mia­łem za­le­d­wie sie­dem lat, a że ro­dzice, ko­rzy­sta­jąc z rzad­kiej oka­zji, wy­le­gi­wali się jesz­cze w łóż­kach, przy­mu­si­łem młod­szego brata do współ­udziału. Za­kra­dli­śmy się na dół i za­czę­li­śmy po­szu­ki­wa­nia.

Naj­pierw na­tknę­li­śmy się na otwartą puszkę piwa Wat­ney's Party Se­ven, w la­tach sie­dem­dzie­sią­tych na­poju obo­wiąz­ko­wego na każ­dej pry­watce. Wzię­li­śmy po łyku, ale piwo było tak ohydne, że za­raz wy­plu­li­śmy je z po­wro­tem. Nie­zra­żeni otwo­rzy­li­śmy ręcz­nie rzeź­bioną drew­nianą szka­tułkę mamy, wy­peł­nioną pa­pie­ro­sami i wyj­mo­waną tylko na spe­cjalne oka­zje. Cap­nę­li­śmy po jed­nym, wzię­li­śmy za­pałki i wy­mknę­li­śmy się za dom, a gdy za­pa­li­li­śmy, na­tych­miast za­czę­li­śmy ka­słać i splu­wać. Na­tych­miast zre­zy­gno­wa­li­śmy z tej przy­gody, a do­wody ukry­li­śmy w ko­szu na śmieci.

Ale ktoś nas na­krył!

Pan Smith, nasz wścib­ski są­siad, wszystko wi­dział i z nie­kła­maną przy­jem­no­ścią do­niósł o tym ma­mie, która za­gro­ziła nam nad­zwy­czaj­nymi sank­cjami: "Po­cze­kaj­cie tylko, aż wróci tata". Przez kilka go­dzin cze­ka­li­śmy za­trwo­żeni na nie­unik­nioną karę. Gdy nad­szedł czas, zo­sta­li­śmy we­zwani na dół i do­sta­li­śmy od obojga ro­dzi­ców ostrą burę. Tata za­go­nił nas klap­sami do łó­żek i tego dnia nie do­sta­li­śmy ko­la­cji. Nie je­stem pe­wien, czy kara była współ­mierna do prze­stęp­stwa, ale nie­wąt­pli­wie po­skut­ko­wała. Od tego czasu na­wet nie umo­czy­łem ust w pi­wie Wat­ney's.

Oj­ciec miał na mnie w dzie­ciń­stwie ol­brzymi wpływ, pod wie­loma wzglę­dami. Ze względu na swoją woj­skową prze­szłość pa­sjo­no­wał się hi­sto­rią dru­giej wojny świa­to­wej i pre­nu­me­ro­wał roz­ma­ite cza­so­pi­sma po­świę­cone tej te­ma­tyce. Ile­kroć przy­cho­dziły, czy­ta­łem je od de­ski do de­ski i do dziś po sa­mej syl­wetce umiem roz­po­znać my­śliwce z tego okresu. Te za­in­te­re­so­wa­nia po­sze­rzyły się póź­niej o mo­de­lar­stwo i jako dwu­na­sto­la­tek czę­sto prze­zna­cza­łem cały swój za­ro­bek ga­ze­cia­rza na mo­dele sa­mo­lo­tów, czoł­gów i okrę­tów oraz na rów­nie ważny klej i farbkę.

Mia­łem szczę­ście, że co­kol­wiek za­ra­bia­łem, bo by­łem chyba naj­gor­szym ga­ze­cia­rzem na świe­cie: nie­mra­wym, nie­od­po­wie­dzial­nym po­wsi­nogą. Tak ła­two się roz­pra­sza­łem, że w week­endy do­rę­cza­łem ga­zety do­piero w po­rze lun­chu. Klienci skła­dali za­ża­le­nia, cza­sem wy­cho­dzili i mnie szu­kali. Mieli prawo się wku­rzać, szcze­gól­nie pani, która w pe­wien nie­dzielny po­ra­nek za­stała mnie w swoim ga­rażu pod­pi­ja­ją­cego po­zo­sta­wiony tam przez nią cydr grusz­kowy Ba­by­cham. Przy­ła­pała mnie na go­rą­cym uczynku i ode­słała w nie­sła­wie. Nic dziw­nego, że po­tem mnie wy­lali.

Ale tata wpły­nął też na mnie pod in­nym, waż­niej­szym, wzglę­dem - wpro­wa­dził mnie w świat mu­zyki.

Sam był do­bo­szem w or­kie­strze woj­sko­wej RAF i za­równo jemu, jak i ma­mie za­le­żało, że­bym na­uczył się gry na ja­kimś in­stru­men­cie, więc od siód­mego roku ży­cia po­bie­ra­łem lek­cje gry na in­stru­men­tach kla­wi­szo­wych. W domu ćwi­czy­łem na sto­ją­cym pia­ni­nie. Szybko prze­ko­na­łem się, że obok gra­nia pa­saży z pod­ręcz­nika, który do­sta­łem od na­uczy­ciela, uwiel­biam też kom­po­no­wać. Wła­ści­wie wy­my­śla­nie wła­snych me­lo­dii po­do­bało mi się bar­dziej niż samo gra­nie. Pia­nino trak­to­wa­łem tylko jako na­rzę­dzie, nic więc dziw­nego, że po pew­nym cza­sie zre­zy­gno­wa­łem z lek­cji. Do gry na in­stru­men­cie wró­ci­łem do­piero jako na­sto­la­tek, gdy na nowo za­ko­cha­łem się w mu­zyce i znów chcia­łem two­rzyć pio­senki. Ale te dzie­cięce lek­cje chyba za­pro­cen­to­wały.

Dumą i ra­do­ścią taty był sto­jący w ja­dalni ze­staw ste­reo, a on sam do słu­cha­nia płyt uży­wał naj­chęt­niej kosz­tow­nych słu­cha­wek Sen­n­he­iser. Gdy w domu opa­no­wa­nym przez dwóch chłop­ców za­pa­dała z rzadka ci­sza, za­kła­dał słu­chawki, roz­sia­dał się wy­god­nie, za­my­kał oczy i za­tra­cał się w mu­zyce. W nie­dzielne wie­czory cała ro­dzina gro­ma­dziła się jed­nak przy gło­śni­kach, z któ­rych pły­nęły dźwięki li­sty prze­bo­jów Top 40. To nie była pora na żarty, tańce czy prze­py­chanki. Przy­sia­da­li­śmy z ko­la­cją na skó­ro­po­dob­nej so­fie i słu­cha­li­śmy na­grań Sweet, Slade i Alvina Star­du­sta, a z tego co­ty­go­dnio­wego ry­tu­ału zro­dziło się moje za­mi­ło­wa­nie do popu i rock'n'rolla, na­bra­łem też prze­ko­na­nia, że mu­zyka służy afir­ma­cji ży­cia.

Na­sza ko­lek­cja płyt nie była może im­po­nu­jąca, ale za to ukształ­to­wała moje gu­sta. Bez końca wer­to­wa­łem long­playe ro­dzi­ców i słu­cha­łem Be­atle­sów, The Everly Bro­thers i skła­danki Rol­ling Sto­ne­sów za­ty­tu­ło­wa­nej Big Hits (Hi­ght Tide and Green Grass), na któ­rej zna­la­zły się wcze­sne sin­gle ta­kie jak Pa­int It Black, It's All Over Now, (I Can't Get No) Sa­tis­fac­tion czy Get Off of My Cloud. Mu­zyka Sto­ne­sów miała su­rowe, in­stynk­towne brzmie­nie i cała ich twór­czość była wielce ożyw­cza, ale kon­ku­ro­wała o moje względy z ta­kimi fa­wo­ry­tami jak Help! Be­atle­sów oraz skła­danką Twenty Five Rock'n'Roll obej­mu­jącą mię­dzy in­nymi Tutti Frutti Lit­tle Ri­charda, Rock Aro­und the Clock Billa Ha­leya & His Co­mets i Ho­und Doga Elvisa. Po­gła­śnia­łem sprzęt i tań­czy­łem twi­sta i jive'a w sa­lo­nie, ale tylko wtedy, gdy mia­łem pew­ność, że ni­kogo nie ma w domu. Kiedy sły­sza­łem trza­śnię­cie drzwi, przy­ska­ki­wa­łem do ad­ap­tera, sia­da­łem szybko i ukry­wa­łem przy­spie­szony od­dech. Chy­ba­bym się za­padł pod zie­mię, gdyby ktoś mnie przy­ła­pał na tań­cze­niu twi­sta.

Nie mogę so­bie przy­po­mnieć pierw­szego al­bumu albo sin­gla z mo­jej wła­snej ko­lek­cji, ale prze­glą­da­nie sto­ja­ków z wi­ny­lami w po­szu­ki­wa­niu cze­goś, na co mógł­bym wy­dać kie­szon­kowe, stało się praw­dziwą przy­godą. Do naj­bar­dziej pa­mięt­nych wcze­snych od­kryć na­le­żała płyta Good Bye Yel­low Brick Road El­tona Johna. Ku­pi­łem ją po tym, jak kie­rowca au­to­karu wio­zą­cego nas na szkolną wy­cieczkę do do­liny rzeki Wye od­twa­rzał ją non stop na swoim no­wo­cze­snym ośmio­ścież­ko­wym ma­gne­to­fo­nie szpu­lo­wym, a oprawa je­dy­nie do­da­wała jej wy­jąt­ko­wo­ści. Okładka się roz­kła­dała, a tek­stowi każ­dej pio­senki to­wa­rzy­szyła fan­ta­styczna ilu­stra­cja: Ma­ry­lin Mon­roe przy Can­dle in the Wind, pi­sto­let przy Roy Ro­gers i smok przy Grey Seal. Al­bum Cap­tain Fan­ta­stic and the Brown Dirt Cow­boy był jesz­cze bo­gat­szy i za­wie­rał ze trzy albo cztery wkładki, z któ­rych jedna była bro­szurką z tek­stami, a inna ko­mik­sem. Póź­niej do­wie­dzia­łem się, że jedna z wer­sji okładki miała na­wet otwie­rane okienka.

Yog i ja czę­sto jeź­dzi­li­śmy ra­zem na łowy i pa­mię­tam do­kład­nie, jak w ocze­ki­wa­niu na po­ciąg na sta­cji Gol­ders Green ślę­cze­li­śmy nad okładką Out of the Blue, wy­da­nego w 1977 roku al­bumu Elec­tric Li­ght Or­che­stra, na któ­rym zna­lazł się ich wielki prze­bój Mr Blue Sky.

Jako na­sto­latki obaj fa­scy­no­wa­li­śmy się szatą gra­ficzną al­bu­mów i pa­mię­tam, jak po­tra­fi­łem go­dzi­nami wpa­try­wać się we wspa­niałe okładki, na przy­kład płyty Ta­les From To­po­gra­phic Oce­ans gra­ją­cego rocka pro­gre­syw­nego ze­społu Yes. Wpraw­dzie ni­gdy nie zda­rzyło mi się ku­pić płyty wy­łącz­nie z po­wodu okładki, ale sur­re­ali­styczne ilu­stra­cje można było po­dzi­wiać bez względu na to, czy lu­biło się daną mu­zykę. Na szczę­ście al­bumy nie­któ­rych spo­śród mo­ich ulu­bio­nych grup łą­czyły wa­lory es­te­tyczne ze wspa­nia­łymi pio­sen­kami i mniej wię­cej wtedy zo­sta­łem fa­nem Ge­ne­sis, nie pa­mię­tam tylko, czy dzięki emi­to­wa­nemu w te­le­wi­zyj­nej dwójce pro­gra­mowi The Old Grey Whi­stle Test, czy dzięki mo­jemu kum­plowi Roy­owi, który miał dość oso­bliwe gu­sta mu­zyczne, do jego ulu­bio­nych wy­ko­naw­ców na­le­żeli bo­wiem Gong, Ge­ne­sis i Cap­tain Be­efhe­art. Nie po­sia­da­łem się ze szczę­ścia, gdy oka­zało się, że okładka wy­da­nego w 1976 roku al­bum Ge­ne­sis Wind and Wu­the­ring jest zu­peł­nie nie­zwy­kła w do­tyku, bo ma wy­bite wy­pu­kłe logo. War­stwa mu­zyczna oka­zała się rów­nie do­bra.

Nie­długo po­tem za­czą­łem oglą­dać swoje ulu­bione ze­społy na żywo, a pierw­szego kon­certu nie za­po­mnę do końca ży­cia. Gdy w 1977 roku w Earls Co­urt wy­stę­po­wał Qu­een, Roy zdo­był gdzieś bi­lety i mimo że nie dało się już chyba stać da­lej od sceny, Fred­die Mer­cury zro­bił na mnie po­ra­ża­jące wra­że­nie. Na szczę­ście dwa lata póź­niej zo­ba­czy­łem go znowu w Ale­xan­dra Pa­lace, tym ra­zem po­sze­dłem z Yogiem. Fred­die Mer­cury mnie za­hip­no­ty­zo­wał. Wy­stą­pił wtedy w ob­ci­słym ko­stiu­mie ar­le­kina. Ze­spół za­grał swoje naj­więk­sze hity - Crazy Lit­tle Thing Cal­led Love, Fat Bot­to­med Grin­dle i Bi­cycle Race - i choć wy­jąt­kowy warsz­tat gi­ta­rzy­sty Briana Maya dał wspa­niały efekt, Fred­die zdo­mi­no­wał scenę eks­pre­sją, ja­kiej nie wi­dzia­łem do­tąd u żad­nego wo­ka­li­sty, na­wet u Prince'a.

Rów­nie do­brze brzmiał Ge­ne­sis, któ­rego wy­stęp obej­rza­łem z Yogiem w 1977 roku w Earls Co­urt. Choć ku­pi­li­śmy bi­lety w ka­sie tuż przed kon­cer­tem, przy­dzie­lono nam, o dziwo, miej­sca w trze­cim rzę­dzie. Scena pre­zen­to­wała się osza­ła­mia­jąco. Zwi­sa­jące z pu­łapu bły­ska­jące re­flek­tory Vari-Lite, wtedy jesz­cze no­wość, wy­glą­dały jak rząd ete­rycz­nych bia­łych sta­lak­ty­tów. Ge­ne­sis prze­cho­dził wła­śnie ko­lejną me­ta­mor­fozę i wkra­czał stop­niowo do głów­nego nurtu. Po odej­ściu Pe­tera Ga­briela ich styl stał się wy­raź­nie mniej wa­riacki i te­raz, po wy­da­niu al­bu­mów A Trick of the Tail i Wind and Wu­the­ring, ich twór­czość przy­bie­rała kształt, który bar­dziej do nas prze­ma­wiał. Uwiel­bia­łem oglą­dać Phila Col­linsa na sce­nie, kiedy ro­bił coś nie­praw­do­po­dob­nego: grał dy­na­micz­nie i wpraw­nie na per­ku­sji, a za­ra­zem śpie­wał. Rok póź­niej zo­ba­czy­li­śmy ich po­now­nie, tym ra­zem w Kne­bworth. To był świetny kon­cert, ale utknę­li­śmy czte­ry­sta me­trów od sceny, więc wra­że­nia nie mo­gły się rów­nać z tymi z pa­mięt­nej nocy w Earls Co­urt.

Ile­kroć od­twa­rza­łem w domu płyty Ge­ne­sis albo Qu­een, ro­bi­łem to z wiel­kim na­masz­cze­niem. Sprzęt taty był rów­nie cenny jak jego sa­mo­chód lub ob­rączka mamy. A w domu się nie prze­le­wało. Rzadko prze­pro­wa­dza­li­śmy re­monty, dro­gie wa­ka­cje były zbyt­kiem, na który nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić, ale ze­staw ste­reo był kosz­tow­nym skar­bem taty i jed­nym z nie­wielu przed­mio­tów w domu, które po pro­stu na­le­żały do niego. Ko­rzy­sta­nie z niego trak­to­wa­li­śmy jak wielki przy­wi­lej. Choć moje gu­sta mu­zyczne się zmie­niały, na­dal gro­ma­dzi­li­śmy się przy gło­śni­kach, żeby słu­chać ra­zem Top 40. Ta przy­jem­ność bla­dła jed­nak w po­rów­na­niu z czwart­ko­wymi wie­czo­rami - o dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści chyba cały kraj za­sia­dał przed te­le­wi­zo­rami i oglą­dał Top of the Pops. W la­tach sie­dem­dzie­sią­tych ten fla­gowy pro­gram mu­zyczny nada­wany przez je­dynkę BBC był obo­wiąz­kowy dla każ­dego, kto choć prze­lot­nie in­te­re­so­wał się mu­zyką pop, i tak już po­zo­stało przez kilka naj­bliż­szych de­kad. Pro­gram oglą­dali na­mięt­nie za­równo pań­stwo Rid­ge­ley­owie, jak i Pa­nay­io­tou.

Gwiazdy ta­kie jak T. Rex, The New Se­ekers czy ABBA przy­cią­gały wi­dzów jak ma­gnes. Qu­een ujął mnie te­le­wi­zyj­nym wy­ko­na­niem Kil­ler Qu­een, ale w pe­wien dżdży­sty lu­towy wie­czór 1978 roku wszy­scy osza­leli na punk­cie Blon­die za sprawą jego li­derki, Deb­bie Harry, która odziana wy­łącz­nie w czer­woną ko­szulę jak po star­szym bra­cie oraz się­ga­jące ud ko­zaczki za­szo­ko­wała nas swoim sek­sa­pi­lem. Na­za­jutrz w szkole wszy­scy mó­wili tylko o Blon­die, a Deb­bie Harry uosa­biała dla mnie kwe­stię, która w la­tach mło­do­ści spę­dzała mi sen z po­wiek. Za­czy­nało do mnie do­cie­rać, jaką wła­dzę po­trafi mieć gwiazda popu.

4

Te­enage Kicks

W po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych każdy sza­nu­jący się na­sto­la­tek wie­dział, że aby zdo­być sza­cu­nek zna­jo­mych, nie wspo­mi­na­jąc już o szan­sach na pod­ryw, trzeba się od­po­wied­nio pre­zen­to­wać. Ja nie by­łem wy­jąt­kiem. Jesz­cze nad długo przed wiel­kim suk­ce­sem Wham! na­bra­łem upodo­ba­nia do efek­tow­nych stro­jów i skom­ple­to­wa­łem cha­rak­te­ry­styczną gar­de­robę od­zwier­cie­dla­jącą moją eks­tra­wer­tyczną oso­bo­wość.

Dla trzy­na­sto­latka ozna­czało to za­kupy w sie­ciów­kach w naj­bliż­szym cen­trum han­dlo­wym, czyli w Wat­ford. Jed­nak or­ga­ni­zo­wane dwa razy w mie­siącu wy­prawy z mamą i Pau­lem prze­ro­dziły się w końcu w in­dy­wi­du­alne łowy na ba­za­rze w Wat­ford. Od czasu tych wy­pa­dów już za­wsze sta­wia­łem na cie­kawe stroje, po­mi­nąw­szy parę nie­for­tun­nych ze­sta­wów do­pa­so­wa­nych spe­cjal­nie do paru nie­for­tun­nych fry­zur. Wy­praw na ciu­chy wy­glą­dało się z nie­cier­pli­wo­ścią. W mie­ście było tłoczno i gwar­nie, szcze­gól­nie na końcu głów­nej ulicy, gdzie krę­ci­łem się w po­bliżu pa­larni kawy i wdy­cha­łem do­cho­dzące z wnę­trza wspa­niałe za­pa­chy. To była mała oaza in­dy­wi­du­ali­zmu po­śród rzędu zna­jo­mych ma­rek ta­kich jak Wo­ol­worth's, Our Price i Sa­fe­way.

Kto miał wy­czu­cie stylu, ten wie­dział, że w po­szu­ki­wa­niu naj­mod­niej­szych ciu­chów na­leży uni­kać głów­nego traktu i za­cho­dzić na po­bli­ski ba­zar. To tam po­peł­ni­łem swoje pierw­sze odzie­żowe faux pas: ku­pi­łem sztruksy w jar­marcz­nym od­cie­niu bu­tel­ko­wej zie­leni, z wy­so­kim sta­nem i roz­por­kiem na cztery gu­ziki. Po we­tknię­ciu rąk do głę­bo­kich kie­szeni wy­glą­da­łem, jak­bym miał garb. Nie że­bym się tym przej­mo­wał, a skąd. Wszy­scy moi zna­jomi wy­glą­dali rów­nie idio­tycz­nie. Pa­ra­du­jąc w tych por­t­kach i bu­cio­rach na plat­for­mie, mie­li­śmy się za naj­więk­szych szpa­ne­rów w ca­łym Bu­shey.

By­wa­łem mniej lub bar­dziej roz­rzutny. Za­osz­czę­dzi­łem osiem fun­tów, jak na 1975 rok małą for­tunę, i ku­pi­łem so­bie czer­wo­no­bru­natne roc­kersy. Ile­kroć w moim ka­len­da­rzu to­wa­rzy­skim wy­pa­dała ja­kaś ważna data, wkła­da­łem je z na­dzieją, że za­im­po­nuję kum­plom albo dziew­czy­nom. Nie mi­nęło pół roku, a wy­szły z mody.

Kon­takty to­wa­rzy­skie ra­czej nie przy­spa­rzały mi pro­ble­mów, przy­naj­mniej tak uwa­ża­łem: ki­pia­łem pew­no­ścią sie­bie. Nie wiem do końca, skąd mi się to wzięło, ale pewną rolę ode­grała na pewno at­mos­fera w domu. Mama uro­dziła mnie, gdy miała za­le­d­wie osiem­na­ście lat, a póź­niej zo­stała na­uczy­cielką; była osobą, która wy­raź­nie ra­dziła so­bie ze wszel­kimi prze­ciw­no­ściami losu i po pro­stu ro­biła swoje, a ja wi­docz­nie po tro­sze to prze­ją­łem. Ogól­nie rzecz bio­rąc, w domu moja pew­ność sie­bie miała szansę roz­kwit­nąć i ro­dzice w ża­den spo­sób mnie nie ogra­ni­czali. Za­równo mój brat, jak i ja mo­gli­śmy so­bie swo­bod­nie do­bie­rać pa­sje (w gra­ni­cach roz­sądku), czy było to mo­de­lar­stwo, gra w piłkę, mu­zyka, czy co­kol­wiek in­nego. I choć nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że oj­ciec przy­wią­zuje dużą wagę do suk­ce­sów w na­uce, ro­dzice nie wy­wie­rali na nas więk­szej pre­sji.

Nie je­stem za to pe­wien, czy tak samo było u Yoga. Jego oj­ciec miał bar­dzo silną oso­bo­wość i chyba dość kon­ser­wa­tywne po­glądy na to, jak na­leży żyć i co ma zro­bić jego syn, żeby stać się czło­wie­kiem suk­cesu. A to, że Yog był chyba wraż­liw­szym chłop­cem niż ja, tylko po­gar­szało sprawę. W miarę jak do­ra­sta­łem, co­raz więk­szą rolę w umac­nia­niu mo­jej pew­no­ści sie­bie od­gry­wał też wy­gląd. Nie uwa­ża­łem się za szcze­gól­nie przy­stoj­nego chło­paka, ale też nie za brzy­dala. A gdy skoń­czy­łem sie­dem­na­ście czy osiem­na­ście lat i za­częły się mną in­te­re­so­wać dziew­czyny, moja sa­mo­ocena jesz­cze się umoc­niła. Pew­ność sie­bie była też po­kło­siem tego, jak re­ago­wało na mnie oto­cze­nie: wy­cho­wano mnie na osobę uprzejmą i tak­towną, więc do­ro­śli na ogół od­no­sili się do mnie przy­chyl­nie. I nie da­wa­łem się ła­two onie­śmie­lić, co przy za­kła­da­niu ze­społu oka­zało się nad­zwy­czaj ko­rzystną ce­chą. Żeby się swo­bod­nie wy­po­wia­dać i wy­ra­żać swoją oso­bo­wość po­przez mu­zykę, wy­ko­nawcy mu­szą mieć wielką siłę prze­bi­cia. Trzeba w sie­bie mocno wie­rzyć, żeby wci­skać wy­twór­niom de­mówki albo do­pra­szać się o kon­certy. Samo wyj­ście na scenę wy­maga pew­nej dozy tu­petu.

O ile nic więc nie stało mi na dro­dze, je­śli cho­dzi o swo­bodę ar­ty­styczną, o tyle nie je­stem cał­kiem pe­wien, co chcia­łem wy­ra­zić przez nie­które ubra­nia! Choć w kwe­stii stro­jów nie ja je­den błą­dzi­łem. Yog, ze swo­imi oku­la­rami i nie­sforną czu­pryną, pil­nie po­trze­bo­wał me­ta­mor­fozy, od­kąd tylko po­ja­wił się w szkole Bu­shey Me­ads. Głów­nie z po­wodu oku­la­rów, któ­rych nie zno­sił, a jesz­cze bar­dziej z po­wodu wło­sów, któ­rych wręcz nie­na­wi­dził. Dla Yoga szcze­gól­nie ry­zy­kowne było wyj­ście na deszcz, po­nie­waż jego kę­dziory zmie­niały się wtedy w nie­po­skro­mioną zmierz­wioną strze­chę. Oku­lary sta­no­wiły chyba mniej­szy pro­blem. Yog na­le­żał do jed­nej z pierw­szych zna­nych mi osób, która prze­rzu­ciła się na so­czewki kon­tak­towe, a wraz z moż­li­wo­ścią zrzu­ce­nia znie­na­wi­dzo­nych bryli w jego ży­ciu na­stą­piło nowe roz­da­nie. W 1977 roku wró­cił po wa­ka­cjach z wy­raź­nie pod­nie­sio­nym po­czu­ciem war­to­ści. So­czewki kon­tak­towe nie wpły­nęły jed­nak zna­cząco na jego gust. Gdy pew­nego ranka wszedł do szkoły w no­wiut­kim płasz­czu, na­bra­łem prze­ko­na­nia, że jest dal­to­ni­stą.

- Bar­dzo lu­bię zie­leń - oznaj­mił, choć nikt wo­kół nie miał wąt­pli­wo­ści, że to brąz. Roz­po­zna­wa­nie czer­wieni też chyba spra­wiało mu kło­pot, ale do­piero wiele lat póź­niej prze­ko­nał się, że fak­tycz­nie jest dal­to­ni­stą.

Mimo tego wszyst­kiego w szkole ni­gdy nie mu­sia­łem sta­wać w jego obro­nie, a na pewno nie tak, jak przed­sta­wił to w tek­ście Young Guns (Go for It!): "Zo­staw, to mój kum­pel!". Yog za­akli­ma­ty­zo­wał się w Bu­shey Me­ads i nie­mal ze wszyst­kimi się do­ga­dy­wał. Rzadko na­bi­ja­li­śmy się z sie­bie na­wza­jem. Wie­dząc, jaki jest prze­wraż­li­wiony na punk­cie wło­sów, oku­la­rów i wy­glądu w ogóle, ni­gdy nie po­su­ną­łem się za da­leko, prze­zy­wa­łem go naj­wy­żej "Jo­gur­tem". Je­śli jed­nak cho­dzi o na­sze ubra­nia, wszystko się mo­gło zda­rzyć.

Kilka razy w roku w Bu­shey Me­ads od­by­wała się dys­ko­teka. Choć or­ga­ni­zo­wano ją w szkol­nej auli, w na­szych oczach do­rów­ny­wała świet­no­ścią tym z no­wo­jor­skiego Stu­dia 54 albo Roxy z Co­vent Gar­den. Była to też je­dyna oka­zja do wło­że­nia spe­cjal­nego stroju, prze­ści­ga­li­śmy się więc w tym, kto bę­dzie faj­niej wy­glą­dał. Ale sza­cu­nek ró­wie­śni­ków nie był je­dyną mo­ty­wa­cją do in­we­sty­cji w sza­łowe ciu­chy. Ko­biece ciało było te­raz dla nas rów­nie ważne jak Pu­char An­glii i Gwiezdne wojny. Mie­li­śmy pięt­nastkę na karku i na­sze li­bido wcho­dziło na naj­wyż­sze ob­roty. Od­po­wiedni ubiór stał się na­gle de­cy­du­jący, zwłasz­cza że przed koń­cem wie­czoru można było za­pra­szać dziew­czyny do tańca przy wol­nych ka­wał­kach. Moje suk­cesy na tym polu były dość roz­cza­ro­wu­jące, ale ni­gdy nie znie­chę­ca­łem się od­mo­wami.

Na dys­ko­te­kach bra­ko­wało mi jed­nego - Yoga. Choć stale su­szy­łem mu o to głowę, rzadko do nas do­łą­czał, po­nie­waż za da­leko miesz­kał. Jego tata pra­co­wał do późna w re­stau­ra­cji, zresztą, jak się do­wie­dzia­łem, nie miał ochoty ro­bić za ro­dzin­nego szo­fera. Yoga omi­nęły więc pląsy do mu­zyki Chic, Donny Sum­mer, Jack­so­nów i Bee Gees na tle nie­wy­szu­ka­nych efek­tów spe­cjal­nych, głów­nie wy­świe­tla­nych na ścia­nie auli fil­mów nie­mych i oświe­tla­ją­cych DJ-a ko­lo­ro­wych lam­pek. A Yoga nie było. Upar­łem się, że w końcu wy­cią­gnę go na ba­lety.

W ko­lej­nych mie­sią­cach, szcze­gól­nie po tym, jak w grud­niu 1977 roku na ekrany we­szła osca­rowa Go­rączka so­bot­niej nocy, dys­ko­teki or­ga­ni­zo­wano już wszę­dzie. Film z Joh­nem Tra­voltą w roli głów­nej i mu­zyką Bee Gees przed­sta­wiał no­wo­jor­ską scenę klu­bową. Po­stać, w którą wcie­lał się Tra­volta, kro­czyła uli­cami mia­sta i oży­wiała tań­cem mu­zykę. Pro­mu­jący film sin­giel Stayin' Alive roz­pa­lał w po­przed­nim roku szkol­nym par­kiet i po­ja­wiał się na okrą­gło w ra­diu i pro­gra­mie Top of the Pops. Uwiel­bia­li­śmy go z Yogiem. Utwór miał w so­bie ro­dzaj po­bu­dza­ją­cego na­pię­cia, któ­remu nie spo­sób się było oprzeć. A po­tem w lu­tym usły­sze­li­śmy Ni­ght Fe­ver, ka­wa­łek rów­nie zmy­słowy i pod­nie­ca­jący.

W kla­sie o fil­mie roz­ma­wiali wszy­scy. To była praw­dziwa sen­sa­cja, moż­li­wość wej­rze­nia w świat seksu, mody i splen­doru, z któ­rej po pro­stu trzeba było sko­rzy­stać. Go­rączka so­bot­niej nocy roz­pa­lała na­sze zmy­sły.

Ale nie obyło się bez prze­szkód - film był do­zwo­lony od lat osiem­na­stu. Zwa­żyw­szy na to, że w 1978 roku mia­łem le­d­wie pięt­na­ście lat, a Yog był kilka mie­sięcy młod­szy, na­sze próby na­bra­nia ka­sje­rek z kina Em­pire mo­gły się skoń­czyć że­nu­jąco. Mimo to po­sta­no­wi­li­śmy spró­bo­wać, z na­dzieją, że je­śli za­pre­zen­tu­jemy się jako wiel­ko­miej­scy świa­towcy, zdo­łamy je oma­mić. Do­szli­śmy do wnio­sku, że w tym celu mu­simy wejść z fa­so­nem i z dziew­czy­nami u boku. Obiet­nica bi­le­tów, bez­płat­nego po­pcornu i nie­li­mi­to­wa­nych na­po­jów ga­zo­wa­nych ja­kimś cu­dem znę­ciła dwie ko­le­żanki z na­szego rocz­nika.

Tego wie­czora no­siło mnie z ner­wów. Skom­ple­to­wa­łem bła­zeń­ski strój, który skła­dał się z por­tek w ko­lo­rze mo­re­lo­wym, tak ob­ci­słych, że utrud­niały sia­da­nie, ko­szuli z du­żym koł­nie­rzy­kiem i czar­nych skó­rza­nych bu­tów ze szpi­cza­stym, obi­tym bla­chą czub­kiem. Wy­glą­da­łem su­per­mod­nie. W dro­dze do kina uzgod­ni­li­śmy, że to ja jako osoba prze­ko­nana o suk­ce­sie przed­się­wzię­cia po­wi­nie­nem roz­ma­wiać z do­ro­słymi. Yog i na­sze wspól­niczki szli za mną i wy­glą­dali dość po­dej­rza­nie. Pod­sze­dłem do kasy i wy­pro­sto­wa­łem się, jak tylko mo­głem.

- Po­pro­szę cztery bi­lety na Go­rączkę so­bot­niej nocy - po­wie­dzia­łem ni­skim gło­sem i pod­su­ną­łem ka­sjerce bank­not pię­cio­fun­towy.

Przyj­rzała mi się ba­daw­czo znad zsu­nię­tych oku­la­rów i od razu się zo­rien­to­wała, że nie­let­nia mło­dzież usi­łuje wejść pod­stę­pem na film do­zwo­lony od osiem­na­stu lat. Łyp­nęła na zgnie­cio­nego pią­taka jak na nad­gry­ziony pasz­te­cik. "Nic z tego nie bę­dzie. Nic z tego nie bę­dzie!" Au­to­bus do domu już cze­kał. Wy­szcze­rzy­łem zęby w uśmie­chu, a ona go od­wza­jem­niła. Bingo! Ze­rwała z rolki cztery bi­lety i ski­nęła w stronę drzwi do sali. Pre­stiż w to­wa­rzy­stwie mia­łem mu­ro­wany!

Je­śli na­sze to­wa­rzyszki oba­wiały się, że w ostat­nich rzę­dach doj­dzie do nie­zgrab­nej za­bawy w dok­tora, to mo­gły ode­tchnąć. Mie­li­śmy to w no­sie. Gdy tylko za­sie­dli­śmy z Yogiem w swo­ich fo­te­lach, ekran po­chło­nął nas bez reszty. Jesz­cze przez całe ty­go­dnie de­ba­to­wano w szkole o Go­rączce... W domu Yoga na­gra­li­śmy se­rię pa­ro­dii ske­czów ra­dio­wych in­spi­ro­wa­nych fil­mem. Pod­krę­ceni roz­pa­lo­nymi mło­dzień­czymi fan­ta­zjami sek­su­al­nymi nada­li­śmy nowe ży­cie sce­nie pod­rywu w wy­ko­na­niu Johna Tra­volty w roli Tony'ego Ma­nero. Tony Ma­nero zwa­bia dziew­czynę na tylne sie­dze­nie wozu. Wkłada jej ręce pod su­kienkę, za­czyna ją ob­ma­cy­wać i na­gle od­krywa, że to fa­cet! To były dość in­fan­tylne wy­głupy, ale ba­wiły nas wtedy do łez.

Pod wzglę­dem mu­zycz­nym Go­rączka so­bot­niej nocy nio­sła wy­zwo­le­nie. Usank­cjo­no­wała ta­niec jako praw­dzi­wie mę­skie za­ję­cie i pod­su­nęła spo­sób na zbli­że­nie się do ko­biet - pod każ­dym wzglę­dem. Wcze­śniej pa­no­wało prze­ko­na­nie, że peł­no­krwi­stemu męż­czyź­nie tań­czyć nie przy­stoi. Go­rączka... to od­mie­niła. Fa­cet wcho­dzący na par­kiet stał się na­gle kimś fa­jo­wym. Ośmie­leni suk­ce­sem w Em­pire Yog i ja za­czę­li­śmy omi­jać sprytną gadką ogra­ni­cze­nia wie­kowe i prze­do­sta­wać się na par­kiety miej­sco­wych klu­bów noc­nych. W póź­niej­szym okre­sie, gdy na­bra­li­śmy pew­no­ści, a nasi ro­dzice spu­ścili nieco z tonu, od­wie­dza­li­śmy szem­rane kluby w su­te­re­nach West Endu, jed­na­kowo czer­piące gar­ściami z suk­ce­sów Stu­dia 54 i Go­rączki so­bot­niej nocy. Za­czy­nało się lato 1978 roku. Upust mło­dzień­czej fu­rii można było dać też w ra­mach kon­ku­ren­cyj­nej kul­tury pun­ko­wej, ale nas wcią­gnęło di­sco. Przez ko­lejny rok Johnny Rot­ten i Joe Strum­mer mo­gli so­bie ga­dać czy chry­pieć, co tylko chcieli, a my ani my­śle­li­śmy zmie­niać kurs.

Do szczę­ścia bra­ko­wało mi jesz­cze dziew­czyny, gdy więc Jody, ko­le­żanka z klasy, za­pro­siła mnie do sie­bie na pry­watkę, kilka ukrad­ko­wych spoj­rzeń przez ra­mię pod­czas lek­cji ma­te­ma­tyki utwier­dziło mnie w prze­ko­na­niu, że chyba los się do mnie uśmiech­nął. Jody mi się po­do­bała i ra­zem z Yogiem, który miał się po­tem wkrę­cić do mnie, wy­cze­ki­wa­li­śmy nie­cier­pli­wie pry­watki. Tego wie­czora mu­sia­łem oczy­wi­ście za­dać szyku: mo­re­lowe sztruksy, które wy­glą­dały, jakby ktoś je po­ma­zał spre­jem, i cie­niutki mo­re­lowy pu­lo­wer z an­gory, z de­kol­tem w łódkę. Dla chło­paka z przed­mieść taki strój był wtedy na gra­nicy sto­sow­no­ści. Co po­my­śleli so­bie ro­dzice, gdy wy­cho­dzi­łem z domu, po­zo­staje dla mnie ta­jem­nicą. Wpraw­dzie mama pew­nie miała to gdzieś, ale oj­ciec mu­siał być prze­ra­żony. Po przyj­ściu do Jody po­cią­ga­łem z gwinta ba­cardi, roz­ma­wia­łem ze zna­jo­mymi i prze­cha­dza­łem się mię­dzy tań­czą­cymi pa­rami, pod­chmie­lo­nymi już cy­drem i znacz­nie moc­niej­szymi na­po­jami wy­sko­ko­wymi. Na­gle Yog zła­pał mnie za rękę i oznaj­mił, że musi ze mną po­ga­dać.

- Andy, nie wiem, jak ci to po­wie­dzieć - za­czął, nieco zmie­szany. - Cho­dzi o mamę i tatę. Nie chcą, że­byś wię­cej do nas przy­cho­dził...

Par­sk­ną­łem śmie­chem. Po­cząt­kowo wzią­łem to za żart. Nie trzeba było być ge­niu­szem, żeby po­jąć, że Le­sley nie jest do mnie prze­ko­nana, ale z cza­sem ją po­lu­bi­łem, a ona po­lu­biła mnie. Nie­stety wie­działa też, że roz­pra­szam Yoga, przede wszyst­kim dla­tego, że mia­łem sto­su­nek do na­uki zgoła od­mienny niż on. Był pil­nym uczniem: w nad­cho­dzą­cym roku szkol­nym stać go było na kom­plet punk­tów na eg­za­mi­nie O-le­vel, a jego ro­dzice mieli po­czu­cie, że je­śli tylko nie zej­dzie na złą drogę, ko­niec koń­ców do­sta­nie się na względ­nie przy­zwo­itą uczel­nię. "Żad­nych roz­ry­wek, żad­nego złego to­wa­rzy­stwa". To te­raz naj­wy­raź­niej obej­mo­wało moją osobę.

- Tylko wiesz... - cią­gnął - ...skoro ty nie mo­żesz przy­cho­dzić do mnie, to ja ra­czej nie mogę też przy­cho­dzić do cie­bie.

Po­czu­łem się, jakby mnie ktoś zdzie­lił.

- Że co?

Nie na­dą­ży­łem za jego ro­zu­mo­wa­niem, ale nim zdą­ży­łem mu coś od­pa­ro­wać, wzru­szył ra­mio­nami, od­szedł i wmie­szał się w tłum tań­czą­cej w ogro­dzie mło­dzieży. Sta­łem jak wryty. W jed­nej chwili by­łem na pry­watce, świet­nie się ba­wi­łem, tań­czy­łem i się wy­głu­pia­łem, a tu na­gle do­wie­dzia­łem się, że nie wolno mi się spo­ty­kać z naj­lep­szym kum­plem. Yog prze­orał mnie psy­chicz­nie, su­ge­ru­jąc, że czas na roz­łąkę - i to tuż przed nad­cho­dzą­cymi wa­ka­cjami. Choć by­łem już nie­źle za­pra­wiony, z roz­pa­czy pi­łem da­lej. Nie­długo po­tem zje­cha­łem ze ściany w kuchni i ze łzami w oczach wy­śpie­wa­łem wszystko in­nemu do­bremu kum­plowi oraz - wstyd przy­znać - ma­mie Jody. Wspo­mnie­nie tego trau­ma­tycz­nego wie­czoru za­ma­zuje mi się w pa­mięci. Pa­mię­tam tylko, jak tata An­thony'ego Per­kinsa, nie­stety po­li­cjant, pod­no­sił mnie z ulicy, ale ktoś od­cią­gnął mnie za rękę na bok.

Ku mo­jemu za­sko­cze­niu był to Yog.

- Chodź, Andy - po­wie­dział ze współ­czu­ciem. - Od­sta­wię cię do domu.

Była trze­cia nad ra­nem. To­czy­li­śmy się mo­zol­nie opu­sto­sza­łymi uli­cami Bu­shey, a Yog cier­pli­wie mnie eskor­to­wał. Nim wczoł­ga­li­śmy się do domu, zdą­żyło się prze­ja­śnić. Przez sporą część drogi do­go­ry­wa­łem w krza­kach, bła­ga­jąc do­brego Boga o szybką i bez­bo­le­sną śmierć, ale gdy przej­rza­łem się w lu­strze w przed­po­koju, od­kry­łem, że wy­sze­dłem z tego bez szwanku. Czego nie można było po­wie­dzieć o Yogu. Ubra­nie miał po­kryte zie­mią i trawą, która ob­wie­szała go jak roz­mię­kłe ręcz­niki pa­pie­rowe. I by­naj­mniej nie pach­niał fioł­kami.

- O cho­lera, to była ciężka noc, co? - spy­ta­łem z uśmie­chem.

Yog ob­rzu­cił mnie spoj­rze­niem od stóp do głów i za­czął się śmiać.

- Andy, jak ty to ro­bisz?

Wzru­szy­łem ra­mio­nami.

- Ale co?

- Spójrz tylko na nas! Na mnie już po jed­nym wyj­ściu na­wet gar­ni­tur wy­glą­dałby jak łach­many klo­szarda. A ty? Przez ostat­nie dwie go­dziny ta­rza­łeś się po krza­kach, a wy­glą­dasz jak spod igły...

Miał ra­cję. Wpraw­dzie by­łem po­kie­re­szo­wany emo­cjo­nal­nie, ale życz­li­wość, którą oka­zał mi Yog w dro­dze do domu, oka­zała się miarą na­szej przy­jaźni: by­li­śmy naj­lep­szymi kum­plami, bez względu na to, co są­dzili o tym jego ro­dzice, i wie­dzia­łem pra­wie na pewno, że nie zdo­łają nas roz­dzie­lić. A wła­ści­wie by­łem o tym prze­ko­nany bar­dziej niż zwy­kle.

Tak jak i Yog.

5

Girls! Girls! Girls!

Wszystko wska­zy­wało na to, że lato 1978 roku po­zo­stawi w nas ślad na całe ży­cie. Moi ró­wie­śnicy i ja wpa­dli­śmy po uszy w świat sin­gli di­sco, za­kra­pia­nych im­prez i pierw­szych do­świad­czeń ero­tycz­nych. Ni stąd, ni zo­wąd wszy­scy zwa­rio­wa­li­śmy na punk­cie seksu. Za­czy­nały się mię­dzy­pł­ciowe pod­chody. Na­ra­stało mię­dzy nami wy­raźne na­pię­cie, a wraz z na­dej­ściem wa­ka­cji na­sze młode żą­dze zna­la­zły swo­bodne uj­ście.

W dłu­giej prze­rwie od na­uki stale od­by­wały się pry­watki. O dziwo, więk­szo­ści ro­dzi­ców osób z na­szej paczki nie prze­szka­dzało, że pod ich nie­obec­ność dom zmie­nia się w miej­sce spo­tkań. Mie­li­śmy na to przy­zwo­le­nie, pod wa­run­kiem że nie doj­dzie do de­molki i ni­komu nie trzeba bę­dzie płu­kać żo­łądka. Ru­szały za­pro­sze­nia i nie­ba­wem na­pły­wał gę­sty tłum, który ocze­ki­wał po­pi­jawy, po­tań­cówki i może, może bliż­szego po­zna­nia płci prze­ciw­nej.

Oprócz pry­wat­ko­wych ob­ści­ski­wań i przy­gód na jedną noc dla osób z na­szego rocz­nika z Bu­shey Me­ads waż­nym ele­men­tem ży­cia uczu­cio­wego sta­wały się co­raz czę­ściej randki. To zna­czy chyba dla wszyst­kich poza Yogiem i mną. Mimo prób ja­koś nie mo­głem so­bie zna­leźć dziew­czyny. Ko­le­żanki z klasy - Ka­tie, Lara, Anna czy Char­lotte - były te­raz dla mnie rów­nie sek­sowne jak dziew­czyny z Pan's Pe­ople. Było w czym wy­bie­rać. W końcu los się do mnie uśmiech­nął i na wy­cieczce szkol­nej do do­liny rzeki Wye Char­lotte za­chę­ciła mnie do wsu­nię­cia dłoni pod jej swe­ter. Przy in­nej oka­zji Nina z klasy 4A2 dała mi do zro­zu­mie­nia, że chce pójść ze mną na ca­łość. Zwa­żyw­szy na to, że do­tąd mo­głem je­dy­nie po­ma­rzyć choćby o prze­lot­nej ma­cance, bez­po­śred­niość Niny kom­plet­nie mnie onie­śmie­liła. Wy­mam­ro­ta­łem ja­kąś bez­na­dziejną wy­mówkę, da­łem dyla i do końca im­prezy cho­dzi­łem za­wsty­dzony i czer­wony jak bu­rak.

Przy czym, już na bez­piecz­niej­szym grun­cie, moje mło­do­ciane li­bido zo­stało pod­sy­cone przez stos świersz­czy­ków, które Yog zna­lazł w polu za do­mem. Ich wła­ści­ciel zgro­ma­dził spory wy­bór pism z wyż­szej półki, w tym "Club In­ter­na­tio­nal", "May­fair" i "Men Only", i prze­cho­wy­wał je w bla­sza­nym pu­dełku. Ca­łymi ty­go­dniami prze­sia­dy­wa­li­śmy w ła­nach psze­nicy i jęcz­mie­nia, i bez reszty po­świę­ca­li­śmy uwagę ma­ga­zy­nom. Na­stęp­nie po­sta­no­wi­li­śmy, że warto obej­rzeć kilka po­pu­lar­nych fil­mów dla do­ro­słych. Za­czę­li­śmy od The Stud w Ode­onie w Wat­ford, a na­stęp­nie zo­ba­czy­li­śmy w Em­pire Em­ma­nu­elle, film o Fran­cuzce, która wy­brała się w po­dróż do Bang­koku - z tym że nas naj­bar­dziej in­te­re­so­wało to, co ro­biła na miej­scu. I choć na oglą­da­niu ob­raz­ków nie po­prze­sta­li­śmy, filmy od osiem­na­stu lat też nas tro­chę roz­cza­ro­wały.

- Ja­kieś ta­kie tro­chę ugrzecz­nione - po­wie­dzia­łem Yogowi. - My­ślę, że pora spró­bo­wać cze­goś ostrzej­szego.

Zro­bił nie­pewną minę.

- Czyli czego?

- Na Soho, w dziel­nicy czer­wo­nych la­tarni, wy­świe­tlają różne świń­stwa. Może by­śmy się wkrę­cili tam?

Nie trzeba mu było dwa razy po­wta­rzać i tak oto wy­bra­li­śmy się do Lon­dynu. Do kina porno. Zna­leź­li­śmy tam wszystko, czego można się było spo­dzie­wać po pod­rzęd­nej no­rze spe­cja­li­zu­ją­cej się w fil­mach ero­tycz­nych: za­nie­dbane, ob­skurne wnę­trze i wier­cą­cych się w fo­te­lach męż­czyzn w pro­chow­cach. Wąt­pię, żeby go­ściu w ka­sie pierw­szy raz ob­słu­gi­wał dwóch spię­tych na­sto­lat­ków. Jego wy­mięta twarz mó­wiła wy­raź­nie, że wi­dział już nie­jedno. Szybko stało się ja­sne, że nie­któ­rzy by­walcy trak­tują film jako prze­ży­cie in­te­rak­tywne. Ca­łość zro­biła na nas dość nie­po­ko­jące wra­że­nie i wy­szli­śmy nie­mal na­tych­miast.

Ale Soho lat sie­dem­dzie­sią­tych miało nam do za­ofe­ro­wa­nia znacz­nie wię­cej po­kus: szem­ra­nych księ­garni, roz­świe­tlo­nych neo­nami za­uł­ków, drzwi zwia­stu­ją­cych obiet­nicę tań­ców ero­tycz­nych, strip­tizu, a w jed­nym przy­padku na­wet po­ka­zów seksu na żywo. Ko­biety i męż­czyźni będą to ro­bić na na­szych oczach? Ta for­muła nas za­chwy­ciła. Po­de­szli­śmy do wy­ki­dajły, a on skie­ro­wał nas do baru w su­te­re­nie. To, że mie­li­śmy jesz­cze mleko pod no­sem, naj­wy­raź­niej mu nie prze­szka­dzało. Le­d­wie usie­dli­śmy, gdy po­de­szła do nas ho­stessa w gor­se­cie i poń­czo­chach i spy­tała, czy mamy ochotę na drinka. Jako że za­ra­bia­li­śmy roz­no­sze­niem ga­zet i my­ciem sa­mo­cho­dów, od­rzu­ci­li­śmy pro­po­zy­cję.

- Przy­kro mi, chło­pacy, tak to nie ma - po­wie­działa. - Re­gu­la­min lo­kalu. Każdy klient musi za­mó­wić drinka. Po jed­nym plus kie­li­szek szam­pana dla ho­stessy, dwa­dzie­ścia fun­cia­ków. To co wam po­dać?

Od­kaszl­ną­łem ner­wowo.

- Yyy... chyba za­szło nie­po­ro­zu­mie­nie. Tra­fi­li­śmy nie tam, gdzie trzeba. Prze­pra­szamy za za­mie­sza­nie, już wy­cho­dzimy...

I wtedy po­czu­łem na ra­mie­niu czy­jąś dłoń. Za nami wy­rósł wy­ki­dajło przy­po­mi­na­jący po­sturą lon­dyń­ską budkę te­le­fo­niczną.

- Pa­no­wie, je­śli chce­cie opu­ścić klub na wła­snych no­gach, le­piej za­płać­cie naj­pierw mi­łej pani - oznaj­mił.

Uzna­li­śmy, że w su­mie bar­dziej się opłaca wy­sko­czyć z forsy. Od­chu­dziw­szy port­fele i nie zo­ba­czyw­szy ani ka­wałka ak­cji na żywo, opu­ści­li­śmy klub i choć na­sza god­ność zo­stała zdep­tana, szczę­śli­wie wy­szli­śmy z tej przy­gody cało.

Po zda­niu eg­za­mi­nów O-le­vel z an­giel­skiego, fi­zyki, bio­lo­gii i przed­mio­tów hu­ma­ni­stycz­nych oraz CSE z ma­te­ma­tyki na do­kładkę po­sta­no­wi­łem po­dejść do eg­za­mi­nów A-le­vel z an­giel­skiego, geo­gra­fii i so­cjo­lo­gii, ale nie miało to więk­szego zna­cze­nia, po­nie­waż in­te­re­so­wa­łem się czymś zgoła in­nym. Uznaw­szy, że ucie­chy pół­światka nie są dla mnie, zre­zy­gno­wa­łem z pod­ziemi Soho i prze­kie­ro­wa­łem uwagę na dziew­czyny z bliż­szego oto­cze­nia. Mimo li­chego do­świad­cze­nia są­dzi­łem, że jest dla mnie ja­kaś na­dzieja na fron­cie rand­ko­wym. Je­śli jed­nak cho­dzi o Yoga, ten pro­ces za­po­wia­dał się cał­kiem przy­gnę­bia­jąco. A śmiała de­cy­zja o za­ku­pie zie­lo­nych spodni ru­rek by­naj­mniej nie po­pra­wiła sy­tu­acji. Yog są­dził chyba, że te por­tki to od­po­wiedź na jego prośby, a tak na­prawdę była to go­towa re­cepta na od­stra­sze­nie każ­dej przy­zwo­itej dziew­czyny. W końcu wy­pła­kał mi się kie­dyś pod­czas pi­jac­kiego noc­nego mar­szu do domu.

- Wło­ży­łem nowe spodnie i nikt ich nie po­chwa­lił! - szlo­chał. - Pew­nie wy­glą­dam jak głu­pek!

Wkrótce jed­nak sprawy ser­cowe Yoga za­częły się po­woli ukła­dać. Ża­den z nas nie wie­dział, że ist­nieje osoba, która nie lęka się jego zdu­mie­wa­ją­cego gu­stu. Le­sley była atrak­cyjną sza­tynką o dłu­gich pro­stych wło­sach i cho­dziła z nami do klasy w Bu­shey Me­ads, od­kąd do­łą­czył do nas Yog. Te­raz, na po­czątku szó­stej klasy, przy­ku­wała uwagę wszyst­kich z po­wodu szyb­szego niż u jej ró­wie­śni­czek roz­woju płcio­wego. Była fajną babką i miała cięty dow­cip. Choć od lat mi się po­do­bała, ni­gdy nie zwra­cała na mnie naj­mniej­szej uwagi, ale w to­wa­rzy­stwie Yoga ro­biła ma­ślane oczy i wy­bu­chała hi­ste­rycz­nym śmie­chem na­wet wtedy, gdy sy­pał kiep­skimi dow­ci­pami. A kiedy nasz kum­pel Tom zor­ga­ni­zo­wał pry­watkę, Yog i Le­sley mieli swój wielki mo­ment.

Tom miesz­kał pod mia­stem i wy­sta­wił w ogro­dzie wielki na­miot, w któ­rym mo­gli­śmy się kim­nąć. Miał słu­żyć jako chwi­lowe lo­kum dla tych, któ­rzy nie mieli jak się do­stać do domu, a wcze­śniej jako pro­wi­zo­ryczny szpi­tal po­lowy dla tych, któ­rzy prze­ho­lo­wali. Wie­dząc, że za­mel­duję się ro­dzi­com do­piero rano, ocho­czo przy­stą­pi­łem do pi­cia i flir­to­wa­nia.

Dość szybko wy­lą­do­wa­łem w na­mio­to­wej izo­latce jako ofiara szcze­gól­nie pod­łego fran­cu­skiego we­rmutu. W po­szu­ki­wa­niu wy­god­nej po­zy­cji we­tkną­łem głowę w nie­wielką szcze­linę mię­dzy pod­łogą a tro­pi­kiem. Gdy pod­nio­słem wzrok, zo­ba­czy­łem zna­jomą po­stać wi­jącą się na tle drzwi ga­ra­żo­wych. To był Yog! Stał tam z Le­sley i ob­ma­cy­wał ją w naj­lep­sze. Jest na świe­cie spra­wie­dli­wość, po­my­śla­łem, nie­złe tempo. Mimo wszystko tro­chę mu po­zaz­dro­ści­łem, ale mu­sia­łem uchy­lić ka­pe­lu­sza przed sku­tecz­no­ścią kum­pla. Mój naj­lep­szy przy­ja­ciel do­ko­nał cze­goś na po­zór nie­moż­li­wego.

Przy­gru­chał so­bie dziew­czynę.

Mimo ca­łej tej po­zasz­kol­nej frajdy na­uka w kla­sie szó­stej co­raz bar­dziej mnie nu­żyła. I do­sze­dłem do wnio­sku, że chcę ro­bić w ży­ciu tylko jedno: za­ło­żyć ze­spół!

Nie mia­łem nic do stra­ce­nia. Zwa­żyw­szy na sy­tu­ację w kraju, co­dzien­ność po­zasz­kolna w roku 1979 roku ry­so­wała się dość po­nuro. Wielka Bry­ta­nia była po­grą­żona w cha­osie, na pierw­szych stro­nach ga­zet pi­sano głów­nie o straj­kach, a na uli­cach za­le­gały śmieci. Ucie­chę miały chyba tylko szczury. Co gor­sza wy­dłu­ża­jące się ko­lejki po za­si­łek dla bez­ro­bot­nych zwia­sto­wały ry­chły kry­zys na­ro­dowy, wszy­scy wi­dzieli przy­szłość w czar­nych bar­wach. Za­ło­że­nie ze­społu miało być drogą ucieczki. I nie trzeba było być wir­tu­ozem mu­zyki, żeby ma­rzyć o jej two­rze­niu. Jak po­ka­zał przy­kład punk rocka, każdy mógł grać na gi­ta­rze, wy­star­czyło opa­no­wać trzy struny.

Tym­cza­sem po­sze­rzyły mi się ho­ry­zonty. Kiedy mia­łem dzie­więć lat, po­cią­gała mnie myśl o pi­lo­to­wa­niu con­corde'a, a nim ukoń­czy­łem lat szes­na­ście, chcia­łem już tylko two­rzyć mu­zykę: grać w ze­spole, kom­po­no­wać, na­gry­wać płyty i wy­stę­po­wać przed ta­kimi tłu­mami, ja­kie wi­dy­wa­łem w Earls Co­urt, Ale­xan­dra Pa­lace i Kne­bworth. Ze­społy w ro­dzaju The Spe­cials i The Jam wy­ra­żały stan du­cha spo­łe­czeń­stwa bry­tyj­skiego. Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie stra­ci­łem wiarę w scenę di­sco, która za­czy­nała czer­pać in­spi­ra­cje z so­ulu. Kiedy w 1979 McFad­den & Whi­te­head wy­pu­ścili utwór Ain't No Stop­pin' Us Now, ode­bra­łem go jako roz­cza­ro­wu­jący punkt zwrotny. Jezu, co to ma być? - po­my­śla­łem i za­czą­łem się roz­glą­dać za nową ob­se­sją. W 1977 roku przez chwilę emo­cjo­no­wa­łem się punk roc­kiem, ale bar­dziej prze­sła­niem niż samą mu­zyką. Do­piero na­stępcy ze­spo­łów pun­ko­wych na za­wsze od­mie­nili mój spo­sób my­śle­nia o mu­zyce.

Nowa fala miała w so­bie pun­kową ener­gię, ale była wy­zbyta pa­skud­nej agre­sji, a grupy ta­kie jak XTC, The Pre­ten­ders i Squ­eeze wy­pra­co­wały so­bie znacz­nie bar­dziej me­lo­dyjny styl. To były kom­po­zy­cje z praw­dzi­wego zda­rze­nia, a ich har­mo­nij­ność przy­wo­dziła na myśl słu­chane przeze mnie w dzie­ciń­stwie utwory Be­atle­sów, a na­wet Everly Bro­thers. Kiedy w moim ra­diu po raz pierw­szy huk­nął utwór Pump It Up Elvisa Co­stello, prze­szły mnie ciarki tak samo jak nie­gdyś przy Ja­il­ho­use Rock Elvisa Pre­sleya. Z roz­krę­co­nego na cały re­gu­la­tor od­bior­nika co wie­czór do­bie­gała mu­zyka no­wych fa­scy­nu­ją­cych ze­spo­łów i Yoga oraz mnie po­rwały dźwięki The Po­lice, U2 i B-528. Jed­na­kowo in­spi­ro­wały nas od­ro­dzone ska i bry­tyj­ska scena reg­gae ze Steel Pulse i ich al­bu­mem Hand­sworth Re­vo­lu­tion na czele. To był płodny i za­chwy­ca­jący okres w dzie­jach współ­cze­snej mu­zyki bry­tyj­skiej, z któ­rego u schyłku dwu­dzie­stego wieku czer­pali na­tchnie­nie naj­więksi ar­ty­ści pop. A wśród nich Wham!.

W Bu­shey Me­ads może i były osoby, któ­rym po­do­bał się po­mysł gra­nia w ze­spole - na przy­kład Yog - ale nie przy­po­mi­nam so­bie, by kto­kol­wiek mó­wił o tym w ka­te­go­riach pa­lą­cej po­trzeby, i choć nie trą­bi­łem o tym na prawo i lewo, ta sprawa stała się moim je­dy­nym ce­lem ży­cio­wym. Mu­sia­łem ro­bić mu­zykę! I nie mia­łem cie­nia wąt­pli­wo­ści, że na kom­pana wy­biorę Yoga. By­li­śmy cał­ko­wi­cie zgodni, je­śli cho­dzi o spoj­rze­nie na pop i rocka - oraz na ży­cie w ogóle - i mia­łem silne prze­ko­na­nie, że po pro­stu musi do mnie do­łą­czyć, ale ni­gdy nie za­uwa­ży­łem, żeby ta am­bi­cja zże­rała go rów­nie mocno jak mnie. Chyba nie uświa­da­miał so­bie wów­czas głębi swo­jego ta­lentu, ja zresztą też nie.

Po­nadto nie wy­da­wał się skory do rzu­ca­nia wszyst­kiego na rzecz ta­kich czy in­nych aspi­ra­cji mu­zycz­nych. O two­rze­niu mu­zyki wspo­mnia­łem mu pierw­szy raz, gdy mie­li­śmy po trzy­na­ście lat, a po­tem pró­bo­wa­łem z nim o tym po­roz­ma­wiać, kiedy uczy­li­śmy się do eg­za­mi­nów O-le­vel. Ale z po­wodu zbli­ża­ją­cych się te­stów uznał, że waż­niej­sze jest sku­pie­nie się na na­uce.

- W przy­szłym roku, Andy - oznaj­mił. - Za­liczmy naj­pierw se­mestr...

Wcale nie mia­łem ochoty cze­kać, ale kilka mie­sięcy na­uki nie wy­ga­siło we mnie żaru i da­lej de­spe­racko chcia­łem ro­bić z Yogiem mu­zykę. Choć on sam czę­sto wy­ra­żał za­in­te­re­so­wa­nie po­my­słem, by rzu­cić wszystko na rzecz mu­zyki - a ja bez prze­rwy wier­ci­łem mu o to dziurę w brzu­chu - nie był skory do sprze­ci­wia­nia się ro­dzi­com. Osta­tecz­nie o wiele ła­twiej mu było od­mó­wić mnie niż ro­dzi­com, czu­jąc więc na so­bie brze­mię ich ocze­ki­wań, wal­czył nie­stru­dze­nie o przy­zwo­ite oceny i obie­cy­wał mi, że gdy zdamy eg­za­miny, bę­dziemy mo­gli się sku­pić na kom­po­no­wa­niu.

Kiedy cze­ka­łem na Yoga, inne oko­licz­no­ści po­py­chały mnie do za­ło­że­nia swo­jego pierw­szego ze­społu. Do Bu­shey po­wró­cił ze szkoły z in­ter­na­tem nie­jaki Mark Chi­vers, mój ko­lega z ze­rówki. Za­pro­sił mnie do domu swo­jego oj­czyma na ra­cu­chy ze sto­pio­nym ma­słem i za­po­znał z twór­czo­ścią Joy Di­vi­sion. To było praw­dziwe ob­ja­wie­nie, oszo­ło­miły mnie ory­gi­nal­ność brzmie­nia i wspa­niały, na­pa­wa­jący grozą śpiew Iana Cur­tisa. Di­sor­der, pierw­szy utwór z płyty, za­hip­no­ty­zo­wał mnie dźwięczną, na­stro­jową grą gi­ta­rzy­sty Ber­narda Sum­nera. Gdy pu­ści­łem Joy Di­vi­sion Yogowi, za­chwy­cił się i od­tąd grupa, tak wy­raź­nie różna od wszyst­kiego, co do­tąd sły­sze­li­śmy, stała się dla nas swego ro­dzaju pro­bie­rzem. Unk­nown Ple­asu­res i ich drugi al­bum, Clo­ser, zo­stały dla mnie long­play­ami wszech cza­sów.

Mark Chi­vers nie tylko za­po­znał mnie z no­wymi brzmie­niami, ale i wpły­nął na mnie pod in­nymi wzglę­dami. Po po­wro­cie do Bu­shey za­ło­żył z daw­nymi zna­jo­mymi z dziel­nicy gra­jący psy­cho­de­licz­nego post­punka ze­spół The Qu­iffs, który re­gu­lar­nie od­by­wał próby w domu jego oj­czyma w Bu­shey He­ath i wy­ko­ny­wał swoje zgieł­kliwe gi­ta­rowe nu­mery. Ka­wałki były ni­czego so­bie, ale mnie po­cią­gała też ich ple­mienna men­tal­ność ro­dem z Last Gang in Town Cla­shów. The Qu­iffs to do­piero była szajka! Kiedy two­rzyli mu­zykę, za­pi­sy­wali ty­tuły pio­se­nek czy roz­ma­wiali o tym, że pew­nego dnia uda im się za­grać w le­gen­dar­nych pun­ko­wych klu­bach ta­kich jak 100 Club na Oxford Street, wi­dać było wy­raź­nie łą­czące ich ko­le­żeń­stwo, co bar­dzo mnie in­spi­ro­wało. Prze­sia­dy­wa­nie na ich pró­bach tylko pod­sy­ciło moje am­bi­cje.

Grupy ta­kie jak The Qu­iffs sku­piały wo­kół sie­bie samą śmie­tankę. Wszy­scy chcieli się z nimi za­da­wać. Dzięki The Qu­iffs miesz­czący się przy głów­nej ulicy Bu­shey pub The Three Crowns stał się cen­trum ży­cia to­wa­rzy­skiego. W piąt­kowe wie­czory lo­kal wy­peł­niał się za­przy­jaź­nioną mło­dzieżą, czę­sto nie­peł­no­let­nią. Wrzu­ca­jąc do szafy gra­ją­cej pięć­dzie­się­cio­pen­sówki, wy­da­wa­łem pra­wie tyle samo pie­nię­dzy co na piwo. Któ­re­goś wie­czora do­wie­dzia­łem się w pu­bie, że The Qu­iffs od dłuż­szego czasu zma­gają się z pew­nym pro­ble­mem: Mark nie może zna­leźć per­ku­si­sty na stałe, a obecny bęb­niarz dał nogę tuż przed zbli­ża­ją­cym się waż­nym kon­cer­tem. Mark wy­ja­śnił, że je­śli nie znaj­dzie ni­kogo na za­stęp­stwo, ze­spół bę­dzie mu­siał od­wo­łać wy­stęp.

Olśniło mnie.

- To może Yog? - spy­ta­łem.

Mark wy­słu­chał mo­jej en­tu­zja­stycz­nej oceny jego ta­lentu, wy­czu­cia rytmu, in­stynktu. W końcu go prze­ko­na­łem, choć wtedy jesz­cze, ze względu na obo­wią­zu­jące w domu pań­stwa Pa­nay­io­tou ogra­ni­cze­nia ha­łasu, nie sły­sza­łem, żeby Yog grał z praw­dzi­wym ża­rem. Dla mnie już to, że miał w swoim po­koju per­ku­sję, świad­czyło o jego bie­gło­ści w wy­wi­ja­niu pał­kami.

- No do­bra, przy­pro­wadź go na próbę - po­wie­dział Mark. - Co nam szko­dzi.

A jed­nak za­szko­dziło, i to jak. The Qu­iffs już po jed­nej pró­bie jed­no­myśl­nie od­rzu­cili kan­dy­da­turę Yoga. Nie z po­wodu jego bra­ków mu­zycz­nych, ale ze względu na sam wy­gląd, by­naj­mniej nie an­ty­sys­te­mowy. Jego apa­ry­cja w żad­nej mie­rze nie wska­zy­wała, że jest ule­piony z tej sa­mej gliny co ekipa z Tal­king He­ads czy Sio­uxsie and the Ban­shees. The Qu­iffs pre­zen­to­wali luźny styl a la stu­denci ASP. Mimo że na pró­bie Yog wy­padł do­brze, od­padł, po­nie­waż zwy­czaj­nie się nie wpa­so­wał. Gdy Mark wy­ja­śnił, dla­czego nie we­zmą go do ze­społu, Yog cał­kiem się za­ła­mał.

- Słu­chaj, nie przej­muj się tak - po­cie­sza­łem go, gdy szli­śmy z po­wro­tem do domu. - Po­peł­nili wielki błąd. Ich strata.

I mó­wi­łem to z prze­ko­na­niem.

Nie spo­dzie­wa­łem się jed­nak, że de­cy­zja The Qu­iff bę­dzie miała aż tak po­ważne kon­se­kwen­cje. Yog, na­wet jak na nie­śmia­łego na­sto­latka, był już i tak skraj­nie prze­wraż­li­wiony na punk­cie swo­jego wy­glądu. Choć w tam­tym cza­sie dość do­brze ma­sko­wał swoje kom­pleksy na punk­cie wło­sów, nad­wagi i stylu ubie­ra­nia, przy­znał póź­niej, że od­rzu­ce­nie było po­tęż­nym cio­sem dla jego i tak kru­chej sa­mo­oceny. Wie­dzia­łem, że go to tro­chę zdo­ło­wało, ale na­sto­letni chłopcy ra­czej nie grze­szą głę­bo­kimi po­kła­dami in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej, a ja nie na­le­ża­łem do wy­jąt­ków. Ego­izm spra­wił, że na­wet mi tro­chę ulżyło z po­wodu tej przy­krej od­mowy. Nie chcia­łem się mie­rzyć z my­ślą, że na rzecz in­nego ze­społu stracę po­ten­cjal­nego współ­twórcę pio­se­nek. Nie do­wiemy się już, czy przy­ję­cie Yoga oca­li­łoby The Qu­iffs przed pój­ściem w za­po­mnie­nie, ale jedno jest pewne: Yoga i mnie cze­kał nie­ba­wem zgoła od­mienny los.