KRÓTKIE ODPOWIEDZI NR 1
Co by się stało, gdyby nasza krew zamieniła się w ciekły uran? Czy
umarlibyśmy wskutek promieniowania, braku tlenu czy czegoś innego?
- Thomas Chattaway
Czy komuś mógłby się przydarzyć atak mieczem zrobionym z powietrza w stylu komiksów anime? Nie mam na myśli powietrznego ostrza, ale
schłodzenie powietrza do takiej temperatury, aby stało się tak twarde,
żeby dało się nim kogoś zaatakować?
- Emma z Manhattanu
Pewnie, że tak. W tym celu potrzebowalibyście
takiej ilości powietrza, która przeciętnie wypełnia cały pokój, ale da
się to zrobić.
Z badań stałego tlenu wynika, że ma on właściwości mechaniczne podobne
do miękkiego plastiku, a w miarę obniżania temperatury staje się nieco
twardszy. Jeśli więc wykonacie miecz z tlenu, nie będzie on bardzo
twardy, trudno będzie go naostrzyć, a wasza dłoń szybko dozna uszkodzeń
w wyniku odmrożenia. Azot, który ma nieco wyższą temperaturę topnienia,
nie byłby dużo lepszy. Jest to jednak wykonalne.
Ile wody trzeba wypić, aby składać się z niej w 99 procentach?
- LyraxH
Jaki obraz zobaczylibyśmy z niewielkiej kamery przymocowanej do
unoszącego się w powietrzu balonu?
- Raymond Peng
Ile kilokalorii dziennie spala Mario?
- daniel and xavier hovley
Czy balon dałby radę unieść w powietrze węża, który połknął go w całości?
- Freezachu
Czy przeżylibyśmy skok w sprzęcie spadochronowym z samolotu lecącego z prędkością 880 980 machów na wysokości 30 kilometrów nad Nowym Jorkiem?
- Jack Catten
Czy dałoby się żyć, gdyby na Ziemi nie było wody?
- Karen
Oba scenariusze są równie nieprzeżywalne.
Czy można samodzielnie zrobić plecak odrzutowy?
- Ashari Zadii
Jest dość łatwo zrobić plecak odrzutowy, który działa raz. Dwa albo
więcej jest znacznie trudniej.
Zastanawiam się, czy mógłbym używać spawarki jako defibrylatora?
Posiadam spawarkę łukową Impax IM-ARC140.
- Łukasz Grabowski, Lancaster, Wielka Brytania
Zdecydowanie odradzałbym stosowanie spawarki
łukowej jako defibrylatora i szczerze mówiąc, po przeczytaniu twojego
pytania wydaje mi się, że nie powinieneś w ogóle używać spawarki
łukowej.
Czy przeżylibyśmy, gdyby wszystkie atomy na Ziemi zwiększyły się do
rozmiaru owocu winogrona?
- Jasper
Nie jestem pewien, jak odpowiedzieć na to
pytanie w naukowy sposób, ale teraz mam wielką ochotę na garść winogron.
7. KALORIE DLA T. REXA
Gdyby na ulice Nowego Jorku wypuszczono T. rexa, ilu ludzi dziennie
musiałby zjeść, aby zaspokoić swoje zapotrzebowanie kaloryczne?
- T. Schmitz
Mniej więcej połowę dorosłego człowieka albo
jedno 10-letnie dziecko.
Tyrannosaurus rex ważył mniej więcej tyle co samiec słonia8.
Nikt w gruncie rzeczy nie wie, jak wyglądał metabolizm dinozaurów, ale
najprawdopodobniej T. rex zjadał dziennie pokarm o zawartości 40 tysięcy
kilokalorii.
Jeśli założylibyśmy, że dinozaury miały metabolizm podobny do
dzisiejszych ssaków, oznaczałoby to, że spożywały każdego dnia grubo
ponad 40 tysięcy kilokalorii. Obecnie uważa się jednak, że choć
dinozaury były bardziej aktywne (mówiąc ogólnie: ciepłokrwiste) niż
współczesne węże i jaszczurki, to największe z nich miały prawdopodobnie
metabolizm bardziej podobny do waranów z Komodo niż do słoni i tygrysów9.
Musimy jeszcze wiedzieć, ile kilokalorii znajduje się w człowieku. Tę
liczbę usłużnie podał nam Ryan North, autor Dinosaur Comics, który
stworzył koszulkę z etykietą wartości żywieniowych ludzkiego ciała.
Według niej człowiek ważący 80 kilogramów zawiera około 110 tysięcy
kilokalorii energii, więc T. rex musiałby zjadać człowieka mniej więcej
raz na dwa dni10.
W Nowym Jorku urodziło się w 2018 roku 115 tysięcy osób, które mogłyby
wyżywić populację około 350 tyranozaurów11. Te dane nie
uwzględniają jednak imigracji ani, co bardziej istotne, emigracji, która
w tym scenariuszu prawdopodobnie znacznie by wzrosła.
W 39 tysiącach restauracji McDonald's na całym świecie sprzedaje się
około 18 miliardów hamburgerów rocznie12, co daje średnio trochę
ponad 1250 sztuk dziennie na restaurację. Taka liczba burgerów zawiera
ponad 600 tysięcy kilokalorii, co oznacza, że każdy T. rex potrzebowałby
mniej więcej 80 hamburgerów dziennie, aby przeżyć, czyli jeden
McDonald's mógłby samymi hamburgerami wyżywić co najmniej kilkanaście
tyranozaurów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wybierzcie helikopter, który ma wystarczająco duży odstęp między śmigłem ogonowym a łopatą wirnika głównego. Musicie naprawdę dobrze opanować podciąganie się w odpowiednim momencie. [wróć]
Zwykle po to, by wykorzystać opary do galwanizacji, ale czasem może po prostu z przekory. [wróć]
Jeśli zrealizujecie ten plan w pobliżu swojego domu, to może się okazać, że w rezultacie powstanie ciepło odpowiadające dwóm pożarom domów. [wróć]
W 2021 roku sonda kosmiczna NASA - New Horizons - pokonała około 8 miliardów kilometrów, a jej budżet wynosił około 850 milionów dolarów, co daje trochę ponad 10 centów na kilometr, czyli kwotę zbliżoną do kosztów benzyny i przekąsek podczas waszej podróży samochodem. [wróć]
Według starej dobrej rady olej należy wymieniać mniej więcej co 5 tysięcy kilometrów, ale większość ekspertów samochodowych uważa, że to mit - nowoczesne silniki benzynowe mogą bez problemu przejechać bez wymiany oleju dwa albo trzy razy tyle kilometrów. [wróć]
Oto jak autorzy badania z 1965 roku, C.J. Pennycuick i G.A. Parker, opisują swoją metodę mierzenia prędkości gołębi w locie pionowym: "Oswojone gołębie były karmione ręcznie na otwartej przestrzeni w rogu płaskiego dachu laboratorium otoczonego ścianą o wysokości 107 centymetrów. Na ten róg skierowano obiektyw kamery ustawionej na szczycie ściany. Po jej włączeniu jeden z pomocników przestraszył gołębie, zmuszając je w ten sposób do prawie pionowej wspinaczki na ścianę". Uwielbiam rozdziały poświęcone metodologii. [wróć]
Z badań przeprowadzonych w 2010 roku przez Angelę M. Berg i jej współpracowników wynika, że około 25 procent przyspieszenia startowego gołębia pochodzi z odpychania się nogami. A ponieważ ptaki, aby wystartować, muszą jeszcze pociągnąć ze sobą cały rydwan, to będą wykonywały znacznie więcej pracy skrzydłami, co czyni te szacunki jeszcze bardziej optymistycznymi. [wróć]
To zawsze wydawało mi się mało prawdopodobne; moje wyobrażenie słoni jest takie, że są one mniej więcej wielkości samochodu osobowego albo dostawczaka, podczas gdy, jak widzieliśmy w filmie Park Jurajski, T. rex jest na tyle duży, żeby zdeptać każdy samochód. Jeśli jednak wpiszemy do wyszukiwarki Google: "samochód+słoń", to na zdjęciach zobaczymy, że ten ogromny ssak góruje nad samochodami jak T. rex w Parku Jurajskim. Super, teraz boję się także słoni. [wróć]
W przypadku dużych zauropodów wiadomo, że tak jest, bo gdyby miały metabolizm ssaków, toby się przegrzewały. Jeśli jednak chodzi o dinozaury wielkości T. rexa, jest jeszcze sporo niewiadomych. [wróć]
T. rex prawdopodobnie chętnie zjadałby podczas jednego posiłku porcję kilokalorii potrzebną mu na kilka dni lub tygodni, więc jeśli miałby taką możliwość, spożyłby na raz grupę ludzi, a potem przez jakiś czas nie jadł nic. [wróć]
Przez nieco ponad półtora roku - o czym zapomniał dodać autor - przyp. red. [wróć]
W połowie lat 90. ubiegłego wieku McDonald's przestał podawać na swoich szyldach dane dotyczące "miliardów podanych" hamburgerów, więc jest to tylko przybliżona liczba. [wróć]
WSTĘP
WSTĘP
Lubię absurdalne pytania, ponieważ nie trzeba
znać na nie odpowiedzi, a to oznacza, że zakłopotanie jest uzasadnione.
Studiowałem fizykę, więc wydaje mi się, że jest wiele rzeczy, które
powinienem wiedzieć - na przykład ile wynosi masa elektronu albo
dlaczego włosy podnoszą się, gdy pociera się je balonikiem. Jeśli
zapytacie mnie, ile waży elektron, ogarnie mnie lekki niepokój, zupełnie
jakbym miał pisać niezapowiedzianą kartkówkę, a poza tym zawsze czuję
się nieswojo, gdy bez sprawdzania nie znam jakiejś odpowiedzi.
Gdybyście jednak spytali mnie, ile ważą wszystkie elektrony znajdujące
się w delfinie butlonosym, będzie to zupełnie inna sytuacja. Nikt nie
poda tej liczby bez dłuższego zastanowienia - chyba że ma wyjątkowo
fajną pracę - co oznacza, że dobrze jest czasami popaść w zakłopotanie,
poczuć się trochę głupio i poświęcić czas na sprawdzenie pewnych faktów.
Na wypadek, gdyby ktoś was o to zapytał, odpowiedź brzmi: mniej więcej
23 dekagramy.
Czasami proste pytania okazują się zaskakująco trudne. Dlaczego włosy
stają dęba, kiedy pociera się je balonikiem? Odpowiedź wyniesiona z zajęć z przedmiotów ścisłych brzmi: elektrony przenoszą się z włosów na
balon, wskutek czego włosy zyskują ładunek dodatni, odpychają się
wzajemnie i dlatego sterczą.
Ale... dlaczego elektrony przedostają się z włosów na balon, a nie na
odwrót?
To świetne pytanie, na które odpowiedź brzmi: nikt tego nie wie. Fizycy
nie opracowali dotychczas teorii, która by tłumaczyła, dlaczego niektóre
materiały podczas kontaktu pozbywają się elektronów ze swoich
powierzchni, a inne je przyjmują. Zjawisko to, zwane ładowaniem
tryboelektrycznym, jest wciąż przedmiotem zaawansowanych technologicznie
badań.
Ta sama nauka jest wykorzystywana do udzielania odpowiedzi zarówno na
poważne, jak i niepoważne pytania. Ładowanie tryboelektryczne jest
istotne dla zrozumienia, w jaki sposób w czasie burzy powstają
błyskawice. Natomiast określanie liczby cząstek subatomowych w organizmie wykorzystywane jest przez fizyków do modelowania zagrożeń
radiacyjnych. Próba odpowiedzi na głupie pytania może zainteresować was
prawdziwą nauką.
A nawet jeśli te odpowiedzi nikomu do niczego się nie przydadzą, to
zapoznawanie się z nimi będzie świetną zabawą. Książka, którą trzymacie
w ręku, waży mniej więcej tyle, ile elektrony znajdujące się w dwóch
delfinach. Ta informacja prawdopodobnie nikomu nic nie da, ale mam
nadzieję, że mimo to się wam spodoba.
1. ZUPOWISZ
Co by się stało, gdyby Układ Słoneczny został wypełniony zupą aż do
Jowisza?
Amelia, lat 5
Zanim wypełnicie Układ Słoneczny zupą,
upewnijcie się, że wszyscy bezpiecznie go opuścili.
Gdyby Układ Słoneczny został wypełniony zupą aż do Jowisza, dla
niektórych ludzi przez kilka minut wszystko wyglądałoby zupełnie
normalnie. Potem przez pół godziny sytuacja zdecydowanie by się
pogarszała. A jeszcze później czas by się skończył.
Wypełnienie Układu Słonecznego wymagałoby około 2 × 1039 litrów zupy. W przypadku zupy pomidorowej daje to
około 1042 kilokalorii, czyli więcej energii,
niż Słońce odda w ciągu całego swojego istnienia.
Zupa byłaby tak ciężka, że nic nie dałoby rady uciec przed jej potężną
grawitacją - powstałaby czarna dziura. Jej horyzont zdarzeń, czyli
obszar, w którym przyciąganie jest zbyt silne, aby światło mogło z niego
uciec, rozciągałby się aż do orbity Urana. Pluton początkowo znalazłby
się poza horyzontem zdarzeń, ale to nie znaczy, że zdołałby uciec. Przed
wchłonięciem miałby jedynie szansę nadać wiadomość radiową.
A jak wyglądałaby taka zupa od środka?
Nie chcielibyście stać w takiej sytuacji na powierzchni Ziemi. Nawet
jeśli założymy, że zupa obracałaby się synchronicznie z planetami Układu
Słonecznego, z lekkimi zawirowaniami wokół każdej z nich, powodującymi,
że byłaby nieruchoma w miejscach styku z ich powierzchniami, to
ciśnienie będące skutkiem grawitacji Ziemi zmiażdżyłoby każdego
mieszkańca naszej planety w ciągu zaledwie kilku sekund. Grawitacja
ziemska nie jest może tak silna jak grawitacja czarnej dziury, ale
wystarczająca, aby przyciągnąć ocean zupy, który was zgniecie. W końcu
może to zrobić także ciśnienie wody w oceanach, a zupa z pytania Amelii
jest o wiele głębsza od każdego oceanu.
Gdybyście unosili się między planetami, z dala od ziemskiej grawitacji,
przez jakiś czas właściwie nic złego by się wam nie stało. Jest to
trochę dziwne, bo przecież nawet gdyby zupa was nie zabiła, nadal
znajdowalibyście się wewnątrz czarnej dziury. Czy nie powinniście
natychmiast umrzeć z... jakiegoś powodu?
O dziwo, wcale nie! Zazwyczaj podczas zbliżania się do czarnej dziury
siły pływowe rozrywają wszystko na strzępy. Jednak w przypadku większych
czarnych dziur te siły są słabsze, a czarna dziura Zupowisz miałaby masę
wynoszącą około 1 do 500 masy Drogi Mlecznej. Byłoby to monstrum nawet
jak na standardy astronomiczne - jej rozmiary można by porównać z największymi znanymi czarnymi dziurami. Masywna czarna dziura z pytania
Amelii byłaby na tyle duża, że różne części waszego ciała zostałyby
poddane mniej więcej takiemu samemu przyciąganiu, więc nie
odczuwalibyście żadnych sił pływowych.
Jednak nawet jeśli nie odczuwalibyście grawitacji zupy, to i tak pod
jej wpływem uzyskalibyście przyspieszenie i natychmiast zaczęlibyście
nurkować w kierunku centrum Układu Słonecznego. W ciągu sekundy
przemieścilibyście się o 20 kilometrów i osiągnęlibyście prędkość 40
kilometrów na sekundę, czyli większą, niż osiąga większość statków
kosmicznych. Ponieważ jednak zupa spadałaby razem z wami, mielibyście
wrażenie, że nic złego się nie dzieje.
W miarę zapadania się zupy w kierunku centrum Układu Słonecznego jej
cząsteczki byłyby upakowane coraz bliżej siebie, a ciśnienie ciągle by
wzrastało. Już po kilku minutach osiągnęłoby poziom, przy którym
człowiek zostaje zmiażdżony. Gdybyście znajdowali się w czymś w rodzaju
zupowego batyskafu - statku podwodnego używanego do zanurzania w głębokich rowach oceanicznych - wytrzymalibyście od 10 do 15 minut.
Nie moglibyście zrobić nic, aby uciec z zupy. Wszystko, co by się w niej
znajdowało, płynęłoby do centrum, w kierunku osobliwości. W normalnym
Wszechświecie wszyscy niejako przemieszczamy się do przodu w czasie, bez
możliwości zatrzymania się lub cofnięcia. Wewnątrz horyzontu zdarzeń
czarnej dziury czas w pewnym sensie przestaje płynąć do przodu, a zaczyna płynąć do wewnątrz. Wszystkie linie czasu zbiegają się
w kierunku jej centrum.
Z punktu widzenia pechowego obserwatora znajdującego się wewnątrz naszej
czarnej dziury wystarczyłoby mniej więcej pół godziny, aby zupa i wszystko, co się w niej znajduje, opadło do środka. A później
przestałyby obowiązywać nasza definicja czasu i nasze rozumienie fizyki
jako takie.
Jednak poza zupą czas nadal by płynął, a problemy wcale by nie zniknęły.
Czarna dziura z zupy zaczęłaby pochłaniać resztę Układu Słonecznego:
niemal od razu ogarnęłaby Plutona, a wkrótce potem sięgnęła po Pas
Kuipera. Przez następne kilka tysięcy lat zajęłaby dużą część Drogi
Mlecznej, pochłaniając gwiazdy i rozprzestrzeniając się we wszystkich
kierunkach.
Pozostaje nam jeszcze znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: jaka to zupa?
Jeśli Amelia wypełniłaby Układ Słoneczny rosołem, w którym pływałyby
planety, to czy byłaby to zupa planetarna? A jeśli w tej zupie
umieściłaby kluski, to czy byłaby to zupa planetarna z kluskami, czy też
planety należałoby tu raczej potraktować jako grzanki? Jeśli zrobicie
zupę z makaronem, a potem ktoś wsypie do niej trochę kamieni i piasku,
to czy będzie to zupa z makaronem i ziemią, czy może tylko zapiaszczona
zupa z makaronem? Czy obecność Słońca sprawiłaby, że byłaby to zupa
gwiezdna?
Internet uwielbia spory o kategoryzację zup. Na szczęście w tym
konkretnym przypadku fizyka może dać nam konkretną odpowiedź. Uważa się,
że czarne dziury nie zachowują właściwości materii, która do nich
trafia. Fizycy nazywają to twierdzeniem o braku włosów, ponieważ
mówi ono, że czarne dziury nie mają żadnych cech wyróżniających ani
definiujących. Poza kilkoma podstawowymi parametrami, takimi jak masa,
moment pędu i ładunek elektryczny, wszystkie czarne dziury są
identyczne.
Innymi słowy, nie ma znaczenia, jakie składniki włożymy do zupy z czarnej dziury. Niezależnie od przepisu efekt końcowy będzie zawsze taki
sam.
2. LOT NA ŚMIGLE HELIKOPTERA
Co by się stało, gdybyście wisieli na śmigle helikoptera, które
zostałoby nagle uruchomione?
- Corban Blanset
Być może wyobrażacie sobie jakąś świetną scenę
z filmu akcji tak, jak została ona przedstawiona na poniższym rysunku.
W takim razie będziecie rozczarowani, ponieważ w rzeczywistości
wyglądałoby to raczej tak:
Wirnik nośny helikoptera potrzebuje czasu, aby nabrać prędkości. Gdy
zacznie się już poruszać, wykonanie pierwszego pełnego obrotu może
potrwać do kilkunastu sekund. Ten krępujący dla was czas wystarczy na
nawiązanie kontaktu wzrokowego z pilotem; później znajdziecie się poza
jego polem widzenia.
Na szczęście prawdopodobnie nie będziecie musieli pojawić się przed
pilotem po raz drugi, ponieważ żenująco szybko spadniecie z łopaty
wirnika.
Trzymanie się gładkiej powierzchni łopaty jest wystarczająco trudne
nawet wtedy, gdy jest ona nieruchoma. A gdyby udało wam się znaleźć
wygodny uchwyt, to i tak prawdopodobnie puścilibyście wirnik, zanim
wykonałby cały obrót.
Łopaty wirnika helikoptera są dość duże, co sprawia, że wyglądają, jakby
poruszały się wolniej niż w rzeczywistości. Nie jesteśmy przyzwyczajeni
do poruszających się szybko obiektów o dużych rozmiarach. Gdy helikopter
stoi na płycie lotniska, a jego wirnik obraca się powoli, może wyglądać
niegroźnie, jak karuzelka obracająca się nad łóżeczkiem niemowlęcia.
Gdybyście jednak próbowali przytrzymać się końca wirnika, zostalibyście
z zaskakującą siłą wyrzuceni na zewnątrz.
Od momentu, gdy wirnik zaczyna się poruszać, do wykonania pierwszego
półobrotu może minąć od 5 do 10 sekund. Gdybyście na nim wisieli, w tym
czasie zauważalnie odchylilibyście się na zewnątrz i za sprawą siły
odśrodkowej poczulibyście, że ważycie dodatkowe 5 lub dziesięć
kilogramów więcej. Na szczęście wirniki większości helikopterów znajdują
się tak blisko ziemi, że prawdopodobnie przeżylibyście upadek, odnosząc
jedynie niewielkie obrażenia. Ucierpiałaby najwyżej wasza godność.
Jeśli jednak udałoby się wam utrzymać na wirniku, to sytuacja bardzo
szybko się pogorszy. Zanim łopata wykona jeden pełny obrót1, siła
odśrodkowa jeszcze bardziej zwiększy się w stosunku do siły grawitacji,
co spowoduje większe odchylanie się ciała na zewnątrz. Taka dodatkowa
siła byłaby równa ciężarowi wiszącej na was osoby.
Nawet gdybyście mieli naprawdę mocny uścisk dłoni, prawdopodobnie trudno
byłoby wam się utrzymać. Jeśli chcielibyście obracać się razem z wirnikiem, musielibyście wymyślić jakąś metodę, która umożliwiłaby wam
utrzymanie się na nim.
Gdyby wirnik nadal przyspieszał w normalnym tempie, a wam udałoby się
jakimś sposobem na nim utrzymać, to po kolejnym pełnym obrocie
wisielibyście prawie zupełnie poziomo, a wasze ręce starałyby się
utrzymać wielokrotność masy ciała. Gdybyście zdołali wytrwać tak przez
20 sekund, a wirnik wykonywałby w tym czasie jeden obrót na sekundę, na
wasze ręce działałaby siła odpowiadająca ciężarowi ciała o masie kilku
ton. A po 30 sekundach tak czy inaczej stracilibyście kontakt z helikopterem. Jeśli ręce nie oderwałyby się od wirnika, to oderwałyby
się od waszego ciała.
To doświadczenie nie będzie ani trochę przyjemniejsze dla helikoptera.
Wirnik nie byłby w stanie dalej przyspieszać tak jak podczas normalnego
rozruchu. Przecież jeśli na wasze ręce działałaby tak duża siła, to na
helikopter też. Łopata wirnika jest tak zaprojektowana, aby przenosić
obciążenie o wartości wielu ton, ale powinno ono być precyzyjnie
rozłożone między łopatami. Gdy jedna łopata wywiera większą siłę od
innej, niezrównoważone siły szarpią helikopterem w przód i w tył jak
niewyważoną pralką.
Dodanie zaledwie stu kilkudziesięciu gramów do nasady łopaty wirnika
może spowodować (lub wyeliminować) nieprzyjemnie silne wibracje. Dodanie
masy człowieka do zakończenia łopaty wirnika spowodowałoby przewrócenie
i rozerwanie się helikoptera na kawałki, zanim zdołałby nabrać
prędkości.
Skoro już o tym mowa, mogłaby to być dobra scena w jakimś filmie
akcji. Na pewno widzieliście już kiedyś, jak filmowy czarny charakter
próbuje uciec helikopterem, a główny bohater dobiega, skacze go góry i zawisa na jego płozach? Jeśli chciałby naprawdę powstrzymać złoczyńcę
przed ucieczką...
po prostu powinien chwycić się trochę wyżej.
3. NIEBEZPIECZNIE ZIMNY
Czy przebywanie w pobliżu dużego obiektu o temperaturze zera absolutnego
jest niebezpieczne?
- Christopher
A więc zdecydowaliście się umieścić w swoim
salonie ekstremalnie zimny sześcian żelaza.
Przede wszystkim pod żadnym pozorem go nie dotykajcie. Dopóki będziecie
opierać się tej pokusie, prawdopodobnie nie stanie się wam żadna
krzywda.
Rzeczy zimne i gorące różnią się od siebie[potrzebne
źródło]. Przebywanie w pobliżu gorącego przedmiotu może bardzo
szybko doprowadzić do śmierci - więcej na ten temat znajdziecie na
dowolnej, losowo wybranej stronie tej książki - jeśli jednak jesteście
obok zimnego przedmiotu, to nie od razu zamarzniecie. Gorące obiekty
emitują promieniowanie cieplne, które nagrzewa przedmioty będące w ich
pobliżu, natomiast zimne nie emitują promieniowania zimnego. Po prostu
są zimne.
Jednak nawet jeśli nie emitują one promieniowania zimnego, to brak
promieniowania cieplnego może powodować uczucie zimna. Ciało człowieka,
podobnie jak wszystkie ciepłe obiekty, stale wypromieniowuje ciepło. Na
szczęście wszystko, co znajduje się w waszym pobliżu - na przykład
meble, ściany i drzewa - również wypromieniowuje ciepło i to
promieniowanie, gdy do nas dociera, częściowo równoważy ciepło, które
tracimy. Zazwyczaj temperaturę w pomieszczeniach mierzymy w stopniach
Fahrenheita lub Celsjusza. Przestawienie czujników temperatury na skalę
Kelvina ułatwiłoby jednak zrozumienie tego, że większość rzeczy
znajdujących się w pomieszczeniach ma mniej więcej taki sam bezwzględny
poziom ciepła - ponieważ ich temperatura wynosi od 250 do 300 kelwinów -
a więc wszystkie wypromieniowują ciepło.
Gdy stoicie w pobliżu czegoś o temperaturze znacznie niższej od
pokojowej, ciepło tracone przez was od strony tego czegoś nie jest
równoważone przez ciepło docierające do was, więc część ciała wystawiona
na kontakt z tym zimnym przedmiotem wychładza się znacznie szybciej.
Wydaje się wam wówczas, że ten przedmiot wypromieniowuje zimno.
Takie "promieniowanie zimne" możecie poczuć, gdy patrzycie na gwiazdy w letnią noc. Wasza twarz stanie się zimna, ponieważ jej ciepło będzie
uciekać w przestrzeń. Jeśli rozłożycie nad głową parasol, aby zasłonić
sobie widok, zrobi się wam cieplej - tak jakby parasol "blokował zimno"
przychodzące z nieba. Ten efekt "zimnego nieba" może spowodować
ochłodzenie przedmiotów do temperatury niższej od temperatury
otaczającego powietrza. Gdy zostawicie tackę z wodą pod gołym niebem, w nocy woda może zamienić się w lód, nawet jeśli temperatura powietrza
utrzymuje się znacznie powyżej zera.
Gdy będziecie stać obok naszego sześcianu żelaza, poczujecie chłód, ale
nie aż tak dokuczliwy, by nie ochronił was przed nim dobry płaszcz
zimowy. Zanim jednak pospieszycie, żeby kupić pojemnik kriogeniczny,
musimy porozmawiać o powietrzu.
Zimne obiekty są w stanie kondensować parę wodną w powietrzu, co
prowadzi do gromadzenia się na ich powierzchniach ciekłego tlenu w postaci rosy. Jeśli są one dostatecznie zimne, mogą ją nawet zamrozić.
Inżynierowie odpowiedzialni za urządzenia przemysłowe pracujące w niskich temperaturach muszą zwracać uwagę na gromadzenie się tlenu,
ponieważ w stanie ciekłym staje się on bardzo niebezpieczny. Jest wysoce
reaktywny i może powodować samozapłon łatwopalnych przedmiotów. Naprawdę
zimny przedmiot jest w stanie podpalić dom.
Jednym z największych zagrożeń związanych z materiałami o bardzo niskich
temperaturach jest to, że często nie chcą one pozostać ekstremalnie
zimne. Gdy ciekły azot lub suchy lód rozgrzewają się i zamieniają w gaz,
bardzo się rozszerzają i często wypychają z pomieszczenia całe
powietrze. Wiadro ciekłego azotu może zamienić się w taką ilość gazowego
azotu, która wypełni całe pomieszczenie, co jest złą wiadomością dla
osób oddychających tlenem.
Na szczęście żelazo w temperaturze pokojowej jest ciałem stałym, więc
nie musicie się martwić, że nasz sześcian wyparuje. Jeśli tylko nie
będziecie go dotykać, nie dopuścicie do kontaktu tlenu znajdującego się
na powierzchni z niczym łatwopalnym i będziecie nosić zimowy płaszcz,
prawdopodobnie nic wam się nie stanie.
ALE JEŚLI ZDECYDOWALIŚCIE, ŻE JEDNAK NIE POTRZEBUJECIE ZAMROŻONEGO SZEŚCIANU
Ogrzanie sześcianu zajmie wam strasznie dużo
czasu. Będzie on spoczywał w temperaturze kriogenicznej przez wiele dni,
pobierając ciepło z pomieszczenia, a jednocześnie pozostając
wystarczająco zimnym, aby zamrozić powietrze. Nawet jeśli otworzycie
okna i włączycie ogrzewanie na pełny regulator, aby podkręcić
temperaturę powietrza, jak to tylko możliwe, to minie co najmniej
tydzień, zanim temperatura sześcianu zbliży się do pokojowej.
Można spróbować przyspieszyć ten proces przez otoczenie sześcianu
kilkunastoma grzejnikami - rzecz jasna, z pomocą elektryka, ponieważ w przeciwnym razie przepalicie wszystkie bezpieczniki - ale i w tym
przypadku ogrzanie go zajęłoby wiele dni.
Jeśli chcielibyście rozmrozić sześcian szybciej, moglibyście spróbować
oblać go wodą. Natychmiast zamieniłaby się ona w lód, który dałoby się
rozdrobnić i wyrzucić, a część ciepła wody pozostałaby w żelazie. Do tej
procedury trzeba by wykorzystać kilka wanien pełnych wody, ale dzięki
temu udałoby się szybciej ogrzać sześcian.
Gdy sześcian żelaza osiągnie temperaturę pokojową, stanie się po prostu
kolejnym przedmiotem w domu. Mam nadzieję, że podoba wam się miejsce, w którym stoi - w przeciwnym razie, biorąc pod uwagę, jakim wyzwaniem
byłoby przeniesienie ważącego osiem ton sześcianu o gładkiej
powierzchni, może łatwiej będzie się przeprowadzić.
Jeśli nie chcecie się przeprowadzać i szukacie innego sposobu na
pozbycie się sześcianu żelaza, zawsze można spróbować podgrzać go
bardziej.
Aby dowiedzieć się, co stanie się w tym przypadku, przejdźcie do
następnego rozdziału.
4. ODPAROWYWANIE ŻELAZA
Co by się stało, gdybyśmy odparowali sześcian żelaza?
- Cooper C.
Postanowiliście odparować na swoim podwórku
sześcian żelaza o boku długości 1 metra.
Żelazo może wrzeć i parować jak każdy inny materiał, ale ponieważ jego
temperatura wrzenia jest bardzo wysoka - wynosi około 3000°C - w życiu
codziennym zdarza się to rzadko.
Aby zagotować wodę, wlewa się ją do garnka i podgrzewa do momentu
osiągnięcia 100°C. Gotowanie żelaza jest trudniejsze, bo z czego miałby
być zrobiony garnek? Temperatura topnienia większości metali jest niższa
od temperatury wrzenia żelaza, więc nie można ich użyć do przechowywania
wrzącego żelaza - stopiłyby się, zanim żelazo zaczęłoby wrzeć.
Istnieje kilka substancji, na przykład wolfram, tantal czy węgiel, które
pozostają w stanie stałym nieco powyżej temperatury wrzenia żelaza, ale
wykorzystanie ich do podtrzymywania tego procesu byłoby karkołomne.
Doprowadzenie żelaza do wrzenia przy jednoczesnym utrzymaniu pojemnika,
w którym się ono znajduje, poniżej jego temperatury topnienia jest w praktyce trudne, a ponadto pojawiają się problemy natury chemicznej.
Żelazo jest pod tym względem kłopotliwe - gdy już się stopi, ma
tendencję do reagowania z pojemnikiem i tworzenia stopów.
W codziennym życiu, gdy ludzie chcą odparować żelazo2, zazwyczaj
nie umieszczają go nad źródłem ciepła. Stosują ogrzewanie indukcyjne,
aby podgrzać metal za pomocą pól elektromagnetycznych lub wiązek
elektronów i powoli go odparować. Jedną z zalet wiązek elektronowych
jest to, że można użyć pola magnetycznego do zakrzywienia wiązki, więc
naprawdę ekscytujące i niebezpieczne rzeczy dzieją się po drugiej
stronie, z dala od delikatnego sprzętu.
Musicie pamiętać, aby znajdować się za "osłoną" urządzenia, ponieważ po
drugiej stronie, tam, gdzie odbywa się odparowywanie żelaza, będzie
latać wiele wysokoenergetycznych cząstek. "Stawajcie zawsze po drugiej
stronie względem miejsca, w którym zachodzi zjawisko fizyczne" - to
dobra zasada dotycząca sprzętu naukowego.
Gdy już zbudujecie aparaturę do odparowywania żelaza, będziecie musieli
się odsunąć, ponieważ odparowanie sześcianu żelaza o boku długości metra
wymaga około 60 gigadżuli energii. Jeśli odparujecie żelazo w ciągu
trzech godzin, to urządzenie będzie miało mniej więcej taką samą
całkowitą moc cieplną jak szalejący w domu pożar3.
Jednak pytanie nie dotyczyło tego, czy jesteście w stanie to zrobić.
Chodziło o to, jakie będą tego konsekwencje, a odpowiedź jest całkiem
prosta: wasz dom i podwórko by się zapaliły. Wtedy pojawiłaby się straż
pożarna i wielu ludzi byłoby na was wściekłych.
Bardziej interesujące są konsekwencje tego eksperymentu dla atmosfery.
Uwolnilibyście do niej osiem ton żelaza - co by się stało z waszą
okolicą?
Nie miałoby to wielkiego wpływu na atmosferę jako całość. W powietrzu
jest już mnóstwo żelaza, z czego większość występuje w postaci pyłu
unoszonego przez wiatr. Duże ilości żelaza dostają się do atmosfery
także w efekcie działalności człowieka, głównie podczas spalania paliw
kopalnych. Z danych szacunkowych pochodzących z badań przeprowadzonych w 2009 roku przez Natalie Mahowald i jej współpracowników wynika, że w ciągu trzech godzin potrzebnych do odparowania 8-tonowego sześcianu
żelaza wiatry pustynne wyrzucają w powietrze 30 tysięcy ton żelaza, a zakłady przemysłowe dodają do tego kolejny tysiąc ton.
Osiem ton żelaza może nie mieć wpływu na całą Ziemię, ale co się stanie
z waszymi sąsiadami? Co by zauważyli oprócz wozów strażackich? Czy po
przebudzeniu odkryliby, że wszystko jest pokryte żelaznym pyłem?
Aby odpowiedzieć na te pytania, skontaktowałem się z dr Mahowald, główną
autorką badania z 2009 roku i ekspertką w dziedzinie przemieszczania się
metali w atmosferze.
Naukowczyni wyjaśniła mi, że kiedy uwalniane są opary żelaza,
pierwiastek ten szybko reaguje z tlenem w powietrzu i tworzy cząsteczki
tlenku żelaza. "Cząsteczki tlenku żelaza nie są szczególnie
niebezpieczne dla jakości powietrza - powiedziała Mahowald - choć, jeśli
jest ich wystarczająco dużo, z pewnością mogą być szkodliwe dla płuc".
Niekoniecznie za sprawą jakichś szczególnych właściwości tlenku żelaza -
po prostu płuca są zaprojektowane do oddychania powietrzem.
Ostatecznie cząsteczki tlenku żelaza opadłyby gdzieś w pobliżu domów,
ale niekoniecznie doprowadziłoby to do jakichś poważnych problemów.
"Prawdopodobnie niczego by nie zabiły" - mówi dr Mahowald. "Na
powierzchni Ziemi jest już sporo żelaza. Ale gdyby było go wystarczająco
dużo - dodała - mogłoby ono przykryć roślinność tak, jak warstwy popiołu
po erupcji wulkanu. Twoi sąsiedzi byliby prawdopodobnie poirytowani,
ponieważ musieliby umyć samochód".
Dr Mahowald powiedziała mi, że odparowane żelazo miałoby jakiś udział w zmianach klimatycznych, ponieważ pochłonęłoby niewielkie ilości światła
słonecznego i wypromieniowało je w postaci ciepła. Jednak żelazo w atmosferze może przyczynić się także do spowolnienia zmian klimatycznych
dzięki użyźnianiu oceanu i pobudzaniu wzrostu alg, które wchłaniają
dwutlenek węgla z atmosfery. W 1988 roku oceanograf John Martin zasłynął
stwierdzeniem - wygłoszonym głosem superzłoczyńcy - "Dajcie mi pół
zbiornikowca z żelazem, a ja wam dam epokę lodowcową".
Dr Martin nigdy nie stał się superzłoczyńcą[potrzebne
źródło] i nigdy nie próbował zrealizować tego planu, ale nie
jest pewne, czy w ogóle by mu się to udało. Dalsze badania wykazały, że
wyrzucanie żelaza do oceanu prawdopodobnie nie jest skutecznym sposobem
na wyciągnięcie węgla z powietrza, co jest trochę rozczarowujące dla
superzłoczyńców, którzy chcą wywołać epokę lodowcową, oraz dla
superbohaterów, którzy chcą powstrzymać globalne ocieplenie.
Jeśli jednak naprawdę macie blok żelaza oraz dysponujecie środkami do
jego odparowania i naprawdę nienawidzicie swojego domu, podwórka i ogrodów sąsiadów, którzy mieszkają pod wiatr od was, to mam wspaniałą
wiadomość dotyczącą waszego planu.
5. KOSMICZNA PODRÓŻ SAMOCHODEM
Gdyby w tej chwili Wszechświat przestał się rozszerzać, ile czasu
zajęłaby podróż samochodem do jego krawędzi?
- Sam H-H
Krawędź obserwowalnego Wszechświata znajduje
się w odległości około 430 000 000 000 000 000 000 000 kilometrów
od nas.
Jeśli będziecie jechać ze stałą prędkością 105 kilometrów na godzinę,
dotarcie tam zajmie wam 480 000 000 000 000 000 lat - to jest 4,8 ×
1017 - lub 35 milionów razy więcej, niż wynosi
obecny wiek Wszechświata.
To nie będzie bezpieczna podróż. Nie chodzi mi o aspekty związane z Kosmosem - tym się nie przejmujemy - ale sama jazda samochodem jest dość
ryzykowna: w Stanach Zjednoczonych przeciętny kierowca w średnim wieku
ulega śmiertelnemu wypadkowi po przejechaniu 160 milionów kilometrów.
Gdyby ktoś zbudował autostradę prowadzącą z Układu Słonecznego w głęboki
Kosmos, większość kierowców nie przebyłaby nawet pasa asteroid. Kierowcy
ciężarówek, którzy są przyzwyczajeni do jazdy po autostradach na długich
dystansach, mają niższy wskaźnik wypadków na kilometr niż zwykli
kierowcy, ale i tak raczej nie dojechaliby do Jowisza.
Na podstawie danych dotyczących liczby wypadków w Stanach Zjednoczonych
prawdopodobieństwo pokonania przez kierowcę 46 miliardów lat świetlnych
bez wypadku wynosi 1 do 101015. To mniej więcej
tyle samo, ile wynosi prawdopodobieństwo, że małpa usiądzie przy
maszynie do pisania i przepisze 50 razy z rzędu całą Bibliotekę
Kongresu bez żadnych literówek. Na pewno przydałoby się mieć samochód
autonomiczny albo przynajmniej taki, który jest wyposażony w system
ostrzegający przed zjechaniem z pasa ruchu.
Taka podróż będzie wymagała dużo paliwa. Aby dotrzeć do krawędzi
Wszechświata samochodem zużywającym mniej więcej osiem litrów paliwa na
100 kilometrów, potrzebowalibyście takiej ilości benzyny, która
wypełniłaby kulę rozmiarów Księżyca4, oraz 30 trylionów wymian
oleju, co wymagałoby zbiornika na olej silnikowy o objętości Oceanu
Arktycznego5.
Będziecie również potrzebować 1017 ton
przekąsek. Miejmy nadzieję, że na trasie jest wiele międzygalaktycznych
miejsc odpoczynku podróżnych, w przeciwnym razie bagażnik samochodu
będzie musiał być całkowicie wypełniony.
Czeka was bardzo długa podróż, a podczas niej krajobraz będzie raczej
monotonny. Większość widzialnych gwiazd wypali się, zanim jeszcze
opuścicie Drogę Mleczną. Gdybyście chcieli spróbować dotknąć gwiazdy o temperaturze pokojowej - przejdźcie do rozdziału 63., aby zobaczyć, jak
to wygląda - proponuję tak zaplanować trasę przejazdu, aby przebiegała
obok gwiazdy Kepler-1606. Znajduje się ona w odległości 2800 lat
świetlnych od nas, więc gdy za 30 miliardów lat będziecie obok niej
przejeżdżać, zdąży się już ochłodzić do komfortowej temperatury
pokojowej. W tej chwili ma planetę, ale zanim do niej dotrzecie,
prawdopodobnie ta planeta zostanie pożarta przez swoją gwiazdę.
Gdy gwiazdy się wypalą, będziecie musieli znaleźć nowe źródło rozrywki.
Nawet jeśli zabierzecie ze sobą wszystkie kiedykolwiek nagrane
audiobooki i wszystkie odcinki istniejących podcastów, to skończycie je
odsłuchiwać przed dotarciem do krawędzi Układu Słonecznego.
Robin Dunbar zasłynął stwierdzeniem, że przeciętny człowiek utrzymuje
relacje społeczne ze 150 osobami. Całkowita liczba ludzi, którzy
kiedykolwiek żyli, przekroczyła 100 miliardów. Podróż trwająca 1017 lat byłaby wystarczająco długa, by odtworzyć życie
każdej z tych osób w czasie rzeczywistym - w formie niezmontowanego
filmu dokumentalnego - a następnie obejrzeć każdy z tych dokumentów
150 razy, za każdym razem z innym komentarzem jakiejś osoby, która
bardzo dobrze znała bohatera.
Po obejrzeniu całego tego dokumentu o ludzkich losach będziecie zaledwie
niecały 1 procent drogi bliżej krawędzi Wszechświata. Zanim więc w końcu
dotrzecie na miejsce, będziecie mieć wystarczająco dużo czasu, aby
obejrzeć cały projekt - każde ludzkie życie wraz ze wszystkimi 150
komentarzami - 100 razy.
Po dotarciu na krawędź obserwowalnego Wszechświata można by poświęcić
kolejne 4,8 × 1017 lat na powrót do domu, ale
ponieważ wtedy nie będzie już Ziemi, na którą dałoby się powrócić -
pozostaną jedynie czarne dziury i zamarznięte skorupy gwiazd - równie
dobrze można jechać dalej.
Według obecnej wiedzy krawędź obserwowalnego Wszechświata nie jest
krawędzią rzeczywistego Wszechświata. To tylko najdalszy punkt, który
jesteśmy w stanie zobaczyć, ponieważ światło z dalszych rejonów Kosmosu
nie miało jeszcze czasu do nas dotrzeć. Nie ma powodu, aby sądzić, że
przestrzeń kończy się w tym punkcie, nie wiemy jednak też, jak daleko
sięga. Może po prostu trwać wiecznie. Krawędź obserwowalnego
Wszechświata nie jest krawędzią przestrzeni kosmicznej, jest to jedynie
krawędź mapy. Nie mamy pewności, co odkryjemy po jej przekroczeniu.
Koniecznie spakujcie więc dodatkowe przekąski.
6. GOŁĘBI RYDWAN
Ile gołębi potrzeba, aby unieść przeciętnego człowieka siedzącego na
krześle na wysokość drapacza chmur Q1 Tower?
- Nick Evans
Wierzcie lub nie, ale nauka potrafi
odpowiedzieć na to pytanie.
W badaniu przeprowadzonym w 2013 roku na Nanjing University of
Aeronautics and Astronautics naukowcy pracujący pod kierownictwem Ting
Ting Liu wytrenowali gołębie tak, aby z obciążoną uprzężą wzlatywały na
grzędę. Okazało się, że przeciętny gołąb potrafił wystartować i wzlecieć, unosząc 124 gramy, czyli około 25 procent swojej masy ciała.
Naukowcy ustalili, że gołębie latały swobodniej, kiedy ciężarki były
zawieszone poniżej ich ciała, a nie na grzbiecie, więc prawdopodobnie
wolelibyście, żeby ptaki ciągnęły krzesło do góry, a nie podtrzymywały
je od dołu.
Załóżmy, że krzesło i uprząż ważą 5 kilogramów, a wasza masa wynosi 65
kilogramów. Gdybyście użyli gołębi z badania przeprowadzonego w 2013
roku, to aby podnieść krzesło i wzlecieć z nim, stado ptaków musiałoby
liczyć około 600 sztuk.
Niestety, latanie z obciążeniem wymaga dużo wysiłku. Gołębie z badania
przeprowadzonego przez zespół Ting Ting Liu były w stanie przenieść
obciążenie na grzędę znajdującą się na wysokości 1,4 metra, ale
prawdopodobnie nie byłyby w stanie polecieć znacznie wyżej. Nawet
nieobciążone ptaki mogły lecieć pionowo do góry tylko przez kilka
sekund. W innym badaniu, przeprowadzonym w 1965 roku, zmierzono prędkość
wznoszenia się nieobciążonych gołębi6. Wyniosła ona 2,5 metra na
sekundę, więc nawet przy optymistycznym założeniu wydaje się mało
prawdopodobne, aby gołębie mogły podnieść krzesło na wysokość większą
niż 5 metrów7.
Mogłoby się wydawać, że to żaden problem. Jeśli 600 gołębi da radę
podnieść was na wysokość 5metrów, to wystarczy, że zabierzecie ze sobą
jeszcze 600 ptaków i wykorzystacie je jako drugi stopień rakiety, żeby
wznieść się na kolejne 5 metrów, gdy pierwsze stado się zmęczy. A potem
wziąć następne 600 gołębi do pokonania kolejnych 5 metrów i tak dalej.
Q1 Tower ma 322 metry wysokości, więc aby dostać się na szczyt,
wystarczyłoby mniej więcej 40 tysięcy gołębi, prawda?
Niestety nie. Wiąże się z tym pewien problem.
Gołąb może unieść tylko jedną czwartą masy swojego ciała, więc aby
unieść jednego gołębia odpoczywającego, będziemy potrzebować czterech
gołębi gotowych do lotu. Oznacza to, że do każdego "etapu" musimy mieć
co najmniej cztery razy więcej gołębi. Podniesienie jednej osoby może
wymagać jedynie 600 gołębi, ale podniesienie jednej osoby i 600
odpoczywających gołębi wymaga kolejnych 3000 gołębi.
Ten wykładniczy wzrost oznacza, że 9-stopniowy gołębi rydwan, zdolny do
podniesienia was na wysokość 45 metrów, musiałby liczyć prawie 300
milionów gołębi, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi cała globalna
populacja tych ptaków. Dotarcie do połowy drogi wymagałoby 1,6 × 1025 gołębi, które ważyłyby około 8 × 1024 kilogramów - więcej niż sama Ziemia. W tym momencie
gołębie nie byłyby ściągane w dół przez naszą planetę, ale ona sama
zostałaby pociągnięta ku górze z powodu grawitacji wytwarzanej przez
gołębie.
Aby dotrzeć na szczyt Q1 Tower, taki 65-stopniowy rydwan musiałby ważyć
3,5 × 1046 kilogramów. To nie tylko więcej niż
masa wszystkich gołębi żyjących na Ziemi, to więcej niż masa całej
galaktyki.
Lepszym rozwiązaniem byłoby niezabieranie gołębi ze sobą. Ostatecznie
potrafią same dostać się na szczyt drapacza chmur, więc równie dobrze
można by wysłać je przodem, aby tam na was czekały, zamiast kazać ich
towarzyszom unosić je ze sobą. A jeśli wystarczająco dobrze je
wyszkolicie, to będą szybować na odpowiedniej wysokości, a gdy ją
osiągniecie, złapią was i przez kilka sekund będą ciągnąć do góry.
Pamiętajcie, że gołębie nie mogą chwytać i przenosić rzeczy za pomocą
nóg, więc aby was przejąć, musiałyby być wyposażone w małe uprzęże z hakami podobnymi do tych stosowanych na lotniskowcach.
Istnieje szansa, że zastosowanie takiej metody z wykorzystaniem
kilkudziesięciu tysięcy dobrze wyszkolonych gołębi pozwoliłoby wam
wzlecieć na szczyt drapacza chmur. Powinniście jednak zapewnić sobie
jakiś system zabezpieczeń, który będzie was chronić przed śmiertelnym
upadkiem, ilekroć przelatujący w pobliżu sokół spłoszy gołębie.
Rydwan byłby znacznie bardziej niebezpiecznym rozwiązaniem niż winda, no
i o wiele trudniej byłoby wam wybrać miejsce docelowe. Możecie
zaplanować sobie dostanie się na szczyt Q1 Tower, ale jak już
wystartujecie...
...wasz los będzie zależeć od tego, kto aktualnie jest w posiadaniu
torebki z ziarnem.