Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
To znaczy nie od razu. [wróć]
Chociaż bez siły Coriolisa nie sposób określić, w którą stronę mogłyby się obracać te burze. [wróć]
Przeczytaj Leap Seconds (Sekundy przestępne) na stronie what-if.xkcd.com/26, aby dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieje. [wróć]
Po pierwszej publikacji tego artykułu skontaktował się ze mną Hans Rinderknecht, fizyk z MIT, i poinformował mnie, że przeprowadził symulację tego przypadku na komputerach w swoim laboratorium. Okazało się, że w początkowej fazie lotu piłki większość cząsteczek powietrza poruszałaby się zbyt szybko, aby doszło do fuzji jądrowej. Przeszłyby one przez piłkę, podgrzewając ją wolniej i bardziej równomiernie, niż to przedstawiłem w pierwotnym artykule. [wróć]
To akurat fatalna wiadomość -?mógłby być z niej świetny napój energetyczny. [wróć]
Znani także jako lud Lenape. [wróć]
Znane także jako kuguary. [wróć]
Znane także jako pumy. [wróć]
Znane także jako kotowate średniej wielkości. [wróć]
Znane także jako pantery. [wróć]
Znane także jako pantery florydzkie. [wróć]
Moglibyśmy jednak nie zobaczyć miliardów gołębi napotkanych przez europejskich osadników. Charles C. Mann w swojej książce 1491 dowodzi, że ich liczba mogła być przejawem chaosu w ekosystemie zaburzonym przez pojawienie się ospy, wierzchliny łąkowej oraz pszczół. [wróć]
To znaczy miejsca, w którym obecnie leży Yonkers. Pewnie nie nazywało się ono Yonkers, ponieważ nazwa ta pochodzi od holenderskiej osady założonej w końcu XVII wieku. Niektórzy utrzymują jednak, że miejsce zwane Yonkers istniało zawsze, jeszcze przed pierwszymi ludźmi i samą Ziemią. Przypuszczam, że tylko ja tak uważam, ale jestem bardzo gadatliwy. [wróć]
Chociaż byłoby w nim mniej billboardów. [wróć]
No cóż, był. Kładziemy temu kres. [wróć]
Gdyby ktoś pytał, to zwykły zbieg okoliczności. [wróć]
Jeśli ktoś wie, proszę o e-mail! [wróć]
Patrz: Xkcd, Pule randkowe, http://xkcd.com/314. [wróć]
"Jesteśmy 0,99 procent". [wróć]
Wstęp do jubileuszowego wydania z okazji 10-lecia premiery książki
MINĘŁO JUŻ 10 LAT od wydania książki What If? -?zbioru odpowiedzi
na absurdalne i hipotetyczne pytania zadawane przez czytelników mojej
strony internetowej, na której -?oprócz swego rodzaju Dear Abby, czyli
rubryki z poradami dla szalonych naukowców -?stworzyłem również xkcd -
internetowy komiks z patyczkowatymi postaciami.
W oryginalnym wstępie do książki opowiedziałem o tym, jak doszło do
tego, że odkąd pamiętam, odpowiadam na dziwne pytania, korzystając z matematyki. W wieku pięciu lat przeprowadziłem z matką rozmowę, która
została zapisana i umieszczona w albumie rodzinnym. Kiedy matka
dowiedziała się, że piszę książkę, odszukała zapis tej rozmowy i przesłała mi go. Oto ona, skopiowana z 35-letniej kartki papieru:
Randall: W naszym domu jest więcej miękkich czy twardych
przedmiotów?
Julie: Nie wiem.
Randall: A na świecie?
Julie: Nie wiem.
Randall: No dobrze, w każdym domu są trzy albo cztery poduszki, tak?
Julie: Tak.
Randall: I w każdym domu jest około 15 magnesów, tak?
Julie: Tak myślę.
Randall: Więc 15 plus 3 lub 4, niech będzie 4, to jest 19, tak?
Julie: Zgadza się.
Randall: Czyli na świecie jest prawdopodobnie około 3 miliardów
miękkich i... 5 miliardów twardych przedmiotów. To które wygrywają?
Julie: Myślę, że twarde.
Czasami kuszące może być przypisywanie wszystkiego w naszej osobowości
cechom wewnętrznym. Jestem umysłem ścisłym, więc oczywiście jako dziecko
rozwiązywałem problemy matematyczne. Mam pewność, że jest w tej teorii
element prawdy, ale uważam również, że koncepcja wrodzonych cech
osobowości może niekiedy prowadzić nas na manowce. Zachęca nas ona do
uznawania każdego aspektu naszej osobowości za stały i niezmienny, w związku z czym łatwo jest przeoczyć, jak wiele możemy się od siebie
wzajemnie nauczyć.
Niedawno natknąłem się na kilka odcinków edukacyjnego programu
matematycznego Square One, który emitowano na kanale telewizyjnym PBS,
gdy byłem małym dzieckiem. Wśród nich był odcinek zatytułowany
Mathnet, będący parodią Dragnetu i innych kryminalnych seriali
proceduralnych, w których para detektywów wykrywa sprawców przestępstw
za pomocą matematyki. Ponownie obejrzałem kilka odcinków i zobaczyłem,
jak ich bohaterowie używają matematyki do oszacowania, ile waży
hamburger wielkości sofy, ile samochodów jest kradzionych codziennie w Los Angeles lub jak daleko poleciałby helikopter przenoszący dom. Zdałem
sobie wtedy sprawę, że rozmawiając z moją mamą o twardych i miękkich
przedmiotach, dokładnie naśladowałem sposób, w jaki porozumiewają się
bohaterowie Mathnetu.
Kiedy pisałem What If?, nie myślałem o tym, czy książka ta spodoba się
dzieciom. Chciałem tylko podzielić się zabawnymi pytaniami zadawanymi
przez ludzi i ciekawostkami, o których dowiedziałem się, próbując na nie
odpowiedzieć. Kiedy czytelnicy pojawiali się na spotkaniach ze mną przy
okazji podpisywania moich książek, byłem zaskoczony tym, jak często
przychodzili ze swoimi dziećmi, które uczyły się na pamięć całych
rozdziałów i tworzyły własne scenariusze. W ciągu następnych 10 lat
zacząłem spotykać coraz więcej licealistów i studentów, którzy
interesowali się nauką, a w dzieciństwie czytali moje książki.
Ludzie czasami mówią o nauce jak o procesie dodawania faktów do zbioru
ludzkiej wiedzy. Ale nauka nie jest po prostu zbiorem wszystkich faktów.
To proces odpowiadania na pytania dotyczące rzeczy, na których nam
zależy, a troska musi być na pierwszym miejscu. Odpowiedzi mają
znaczenie tylko wtedy, gdy pytania są dla kogoś ważne. Nie ma naukowej
odpowiedzi na nihilizm.
Wiele pytań w tej książce jest absurdalnych. Nikt nigdy nie wywierci
dziury przez środek Ziemi ani nie rzuci piłką do baseballu z prędkością
równą 90 procent prędkości światła. Ale komuś zależało na tym pytaniu na
tyle, by je zadać, a nauka pozwala nam na znalezienie odpowiedzi.
Pisanie tej książki nauczyło mnie, że próba precyzyjnego wyjaśnienia
problemu zawartego w absurdalnym pytaniu może nas zaprowadzić w całkiem
interesujące miejsca i że te same narzędzia, których używa się do
odpowiadania na głupie pytania, mogą również służyć do znalezienia
odpowiedzi na ważne kwestie. Wciąż nie wiem, czy na świecie jest więcej
twardych, czy miękkich przedmiotów, ale po drodze dowiedziałem się wielu
innych rzeczy. Poniżej przedstawiam wam moje ulubione etapy tej podróży.
Globalna wichura
Co by się stało, gdyby Ziemia wraz ze wszystkimi znajdującymi się na niej obiektami nagle przestała się obracać wokół osi, a atmosfera nadal poruszałaby się z tą samą prędkością?
Andrew Brown
PRAWIE WSZYSCY BY ZGINĘLI. A później zrobiłoby się ciekawie...
Na równiku powierzchnia Ziemi porusza się z prędkością około 470 metrów
na sekundę -?czyli prawie 1700 kilometrów na godzinę -?względem osi
planety. Gdyby Ziemia zatrzymała się, a otaczające ją powietrze nadal by
się poruszało, nagle pojawiłyby się wiatry wiejące z prędkością 1700
kilometrów na godzinę.
Co by się stało, gdyby atmosfera wirowała 10 razy szybciej, czyli
wszystkie prędkości wiatrów byłyby 10 razy większe? Wtedy nie 85 procent
światowej populacji żyłoby w strefie ponaddźwiękowego wiatru, ale
99,999999 procent wszystkich ludzi z wyjątkiem około setki badaczy i pracowników, którzy mieliby szczęście znajdować się w promieniu kilkuset
mil od bieguna północnego lub południowego.
Te wiatry byłyby najsilniejsze na równiku, ale wszystkich i wszystko, co
żyje pomiędzy 42° szerokości geograficznej północnej a 42° południowej
(włączając w to około 85 procent światowej populacji), zdmuchnąłby wiatr
wiejący z ponaddźwiękową prędkością. Najsilniejsze porywy tuż nad
powierzchnią Ziemi trwałyby tylko przez kilka minut, a potem wiatr
zwolniłby w wyniku tarcia. Jednak w ciągu tych kilku minut wszystkie
ludzkie budowle obróciłyby się w perzynę.
Gdybyśmy zwiększyli prędkości wiatrów 10-krotnie, w Bostonie sytuacja
wyglądałaby znacznie gorzej. Budynki zostałyby przegrzane przez
ponaddźwiękowe podmuchy, a rozpadając się, zderzałyby się ze sobą, w wyniku czego wszystko zamieniłoby się w plazmę.
Mój dom w Bostonie leży wystarczająco daleko na północy, aby znaleźć się
poza strefą wiatrów o ponaddźwiękowej prędkości. Jednak wiejące tam
wiatry byłyby ponad dwa razy silniejsze od najsilniejszych tornad.
Wszystkie budynki, począwszy od szop, a skończywszy na drapaczach chmur,
zostałyby zniszczone, wyrwane z fundamentów, a ich elementy toczyłyby
się po ziemi.
Wiatry te byłyby słabsze w pobliżu biegunów, ale żadne skupiska ludzkie
nie leżą wystarczająco daleko od równika, żeby uniknąć zniszczenia.
Longyearbyen na wyspie w archipelagu Svalbard w Norwegii -?najwyżej
położone miasto na Ziemi -?zostałoby zniszczone przez wiatry o sile
równej najpotężniejszym cyklonom tropikalnym.
Jeśli chcielibyśmy ten wiatr przeczekać, jednym z najlepszych miejsc
mogłyby być Helsinki. Mimo że samo ich położenie -?60° stopni szerokości
geograficznej północnej -?nie zapewniłoby miastu ochrony, to w skałach,
na których jest ono zbudowane, znajduje się skomplikowana sieć tuneli
wraz z podziemnymi galeriami handlowymi, lodowiskiem do gry w hokeja,
kompleksem basenów itp.
Żadne budynki nie byłyby bezpieczne; nawet konstrukcje wystarczająco
mocne, aby wytrzymać taki wiatr, miałyby kłopoty. Jak powiedział komik
Ron White: "Nieistotne jest to, że wieje wiatr, ważne, co ten
wiatr ze sobą niesie".
W scenariuszu zakładającym prędkość wiatru pomnożoną przez 10 byłby on
tyle silny, że Ron White nie miałby racji -?w takiej sytuacji nie
miałoby znaczenia, jaki to wiatr właśnie wieje. Wystarczyłoby tylko, że
wieje.
Załóżmy teraz na chwilę, że możemy schronić się w masywnym bunkrze
zbudowanym z materiałów odpornych na wiatry wiejące z prędkością 1700
kilometrów na godzinę.
No i świetnie; wszystko byłoby w porządku... gdyby istniał tylko nasz
bunkier.
Niestety, prawdopodobnie mielibyśmy jednak sąsiadów. Gdyby któryś z nich
miał bunkier leżący od strony nawietrznej w stosunku do naszego i jego
bunkier byłby gorzej umocowany w ziemi, nasz bunkier musiałby wytrzymać
uderzenie tamtego bunkra lecącego z prędkością 1700 kilometrów na
godzinę.
Gatunek ludzki by nie wyginął1. Oczywiście na powierzchni Ziemi
ocalałoby bardzo niewielu ludzi; latające w powietrzu elementy
konstrukcji starłyby na proch wszystko, co nie byłoby zdolne przetrwać
wybuchu jądrowego. Jednak wiele osób znajdujących się wówczas pod ziemią
miałoby się doskonale. Gdybyśmy w tym momencie siedzieli w głębokiej
piwnicy (lub jeszcze lepiej w tunelu metra), mielibyśmy duże szanse na
przeżycie.
Byliby też inni szczęśliwcy. Dla dziesiątków naukowców i personelu
stacji naukowo-badawczej Amundsen-Scott na biegunie południowym takie
wiatry nie stanowiłyby zagrożenia. Dla nich pierwszym niepokojącym
sygnałem byłaby nagła cisza, która zapadłaby nad resztą świata.
Tajemnicza cisza prawdopodobnie zdenerwowałaby ich na chwilę, ale w końcu ktoś zwróciłby uwagę na coś jeszcze dziwniejszego...
Powietrze
Po ustaniu wiatrów powierzchniowych zrobiłoby się jeszcze dziwniej.
Podmuch wiatru zmieniłby się w podmuch gorąca. W normalnych warunkach
energia kinetyczna wiejącego wiatru jest na tyle mała, że można ją
pominąć, ale to nie byłby normalny wiatr. Gwałtowne zatrzymanie się
wiatru spowodowałoby rozgrzanie powietrza. Nad lądami doprowadziłoby to
do dużego wzrostu temperatury, a na obszarach o dużej wilgotności
powietrza -?do globalnych burz.
Jednocześnie wiatry wiejące nad oceanami zmąciłyby i rozpyliłyby
powierzchniową warstwę wody. Przez chwilę ocean nie miałby w ogóle
powierzchni, niemożliwe byłoby określenie, gdzie kończy się woda w postaci lotnej, a zaczyna właściwy ocean.
Oceany są zimne. Poniżej cienkiej warstwy powierzchniowej mają
one niemal wszędzie temperaturę równą 4°C. Burza wzburzyłaby zimną wodę
z głębin. Napływ zimnej mgły do bardzo gorącego powietrza przyczyniłby
się do powstania pogody nigdy wcześniej niewystępującej na Ziemi -
trudnej do zniesienia mieszaniny wiatru, pary wodnej, wody, mgły i gwałtownych zmian temperatury.
Pionowy ruch wody doprowadziłby do rozkwitu różnych form życia, ponieważ
świeże substancje odżywcze dotarłyby do górnych warstw oceanów.
Jednocześnie nastąpiłoby masowe wymieranie ryb, krabów, żółwi morskich i zwierząt nieumiejących poradzić sobie z napływem słabo natlenionej wody
z głębin. Każdy gatunek zwierzęcia, który musi oddychać powietrzem
atmosferycznym -?taki jak wieloryby czy delfiny -?miałby problemy z przetrwaniem w tym wzburzonym obszarze na granicy morza i powietrza.
Fale przetoczyłyby się wokół Ziemi ze wschodu na zachód i każdy wschodni
brzeg doświadczyłby największego przypływu w historii świata.
Oślepiająca chmura morskiej wody w postaci mgły wdarłaby się w głąb
lądu, a za nią podążyłaby jak tsunami wzburzona ściana wody.
Na niektórych obszarach fale dotarłyby wiele kilometrów w głąb lądu.
Wichury wzbiłyby ogromne ilości pyłu i różnych szczątków do atmosfery.
Jednocześnie nad zimną powierzchnią oceanów utworzyłaby się gęsta
warstwa mgły. Normalnie doprowadziłoby to do gwałtownego spadku
temperatury. Tak stałoby się i w tym przypadku. Przynajmniej po jednej
stronie Ziemi.
Gdyby nasza planeta przestała się obracać, przerwaniu uległby także
normalny cykl dnia i nocy. Słońce nie przestałoby całkowicie
przemieszczać się po niebie, ale zamiast wschodzić i zachodzić raz
dziennie, robiłoby to raz do roku.
Dzień i noc trwałyby po pół roku, nawet na równiku. Po dziennej stronie
Ziemi jej powierzchnia piekłaby się nieustannie w promieniach Słońca,
podczas gdy po nocnej stronie temperatura gwałtownie by spadła.
Konwekcja termiczna po dziennej stronie doprowadziłaby do potężnych burz
na obszarach wystawionych na działanie Słońca2.
Taka Ziemia przypominałaby, w pewnym sensie, jedną z obracających się
synchronicznie planet pozasłonecznych, powszechnie spotykanych w pobliżu
czerwonych karłów, w tej strefie, w której panują warunki sprzyjające
rozwojowi życia. Lepszym porównaniem byłaby jednak Wenus w początkowym
stadium formowania. Jej własna rotacja sprawia, że jedna strona planety
jest -?podobnie jak w przypadku zatrzymanej Ziemi -?przez całe miesiące
zwrócona ku Słońcu. Jednak gruba atmosfera Wenus krąży całkiem szybko,
czego następstwem są dni i noce o zbliżonej temperaturze.
Chociaż długość dnia na naszej nieruchomej planecie zmieniłaby się,
długość miesiąca pozostałaby taka sama! Księżyc nie przestałby krążyć
wokół Ziemi. Jednak bez rotacji naszej planety dostarczającej energii
pływom morskim Księżyc mógłby przestać oddalać się od Ziemi (tak jak
to robi teraz) i zacząć powoli się do niej zbliżać.
Jedną z moich ulubionych ciekawostek jest to, że Ziemia przyspiesza i nikt nie wie dlaczego.
Opór pływowy wywoływany przez Księżyc spowalnia obrót Ziemi od miliardów
lat. Jednak od mniej więcej 1972 roku nasza planeta nieznacznie
przyspieszyła, a dni stały się krótsze o kilka milisekund.
Prawdopodobnie wszystko jest w porządku. Działo się tak już wcześniej -
Ziemia zwolniła pod koniec XIX wieku, potem do lat 30. XX wieku obracała
się szybciej, a następnie ponownie wolniej, aż do lat 70. XX wieku. Te
krótkoterminowe zmiany są zapewne spowodowane prądami konwekcyjnymi w zewnętrznym jądrze naszej planety, których nie jesteśmy w stanie
obserwować ani przewidzieć ich zachowania. W ciągu kilku najbliższych
dziesięcioleci trend spowalniający obrót Ziemi prawie na pewno znów się
pojawi.
Mimo wszystko jest to bardzo dziwne.
W rzeczywistości Księżyc -?nasz wierny towarzysz -?mógłby spróbować
nawet cofnąć zniszczenia spowodowane scenariuszem napisanym przez
Andrew. Obecnie Ziemia obraca się szybciej niż Księżyc, a pływy
zwalniają rotację naszej planety, powodując jednocześnie oddalanie się
naszego satelity3. Gdyby Ziemia przestała się obracać, Księżyc
przestałby się od niej oddalać. Pływy, zamiast zwalniać, mogłyby
przyspieszać ruch obrotowy planety, a grawitacja Księżyca po cichu,
delikatnie pociągnęłaby Ziemię...
...i nasza planeta znowu zaczęłaby się obracać.
Relatywistyczna piłka baseballowa
Co by się stało, gdybyśmy rzucili piłką do baseballu z prędkością wynoszącą 90 procent prędkości światła?
Ellen McManis
Pomińmy pytanie, w jaki sposób nadalibyśmy piłce baseballowej tak dużą
prędkość. Załóżmy, że jest to normalny rzut, ale po wypuszczeniu piłki
przez miotacza w magiczny sposób przyspiesza ona do 90 procent prędkości
światła. Od tego momentu wszystko przebiega zgodnie z prawami fizyki.
ODPOWIEDŹ BRZMI: wydarzyłoby się wiele rzeczy, które działyby się
bardzo szybko, a wszystko skończyłoby się źle dla pałkarza (lub dla
miotacza). Zasiadłem sobie z książkami do fizyki, kolekcjonerską figurką
Nolana Ryana oraz stertą kaset wideo z nagraniami wybuchów jądrowych i spróbowałem rozwiązać ten problem. Poniżej przedstawiam wam rezultat
mojej pracy nanosekunda po nanosekundzie.
Prędkość światła wynosi 1079,2 miliona km/h, więc piłka baseballowa
poruszająca się z prędkością 0,99 c osiągnęłaby 1062,2 miliona km/h.
Piłka leciałaby tak szybko, że wszystko inne pozostawałoby praktycznie
nieruchome, nawet cząsteczki powietrza. Poruszają się one z prędkością
około tysiąca kilometrów na godzinę, ale nasza piłka pędziłaby przez nie
z prędkością ponad 970 milionów kilometrów na godzinę. Oznacza to,
że w stosunku do piłki pozostawałyby one w miejscu jak zamrożone.
Zasady aerodynamiki nie miałyby w tym przypadku zastosowania. Normalnie
powietrze opływa wszystko, co się w nim porusza. Jednak cząsteczki
powietrza przed naszą piłką nie miałyby czasu, żeby usunąć jej się z drogi. Piłka uderzyłaby w nie tak mocno, że nastąpiłaby fuzja jąder
atomów wchodzących w skład cząsteczek powietrza z jądrami atomów z powierzchni piłki. Rezultatem każdego zderzenia byłby rozbłysk gamma i emisja różnych cząstek4.
Zanim dotarłaby do pałkarza, rdzeń piłki baseballowej poruszający się z prędkością 0,9 c znajdowałby się trochę ponad metr poza ścianką bańki
plazmy, ale ten przemieszczający się z prędkością 0,99 c byłby tylko
kilkanaście centymetrów za nią.
Promienie gamma i cząstki rozprzestrzeniałyby się na zewnątrz w bańce,
której środkiem byłaby górka ze stojącym miotaczem. Zaczęłyby one
rozbijać cząsteczki powietrza, odrywając elektrony od jąder i zamieniając powietrze na stadionie w rozszerzającą się bańkę rozżarzonej
plazmy. Ścianka tej bańki zbliżałaby się do pałkarza z prędkością bliską
prędkości światła -?tylko trochę szybciej od samej piłki.
Ciągła fuzja jądrowa zachodząca na przedniej ściance piłki wywierałaby
na nią nacisk i spowalniała jej lot, tak jakby była ona rakietą lecącą
tyłem naprzód z włączonymi silnikami. Niestety, piłka poruszałaby się
tak szybko, że nawet olbrzymia siła pochodząca z wybuchu termojądrowego
prawie nie zmieniłaby jej prędkości. Siła ta zaczęłaby jednak "zjadać"
powierzchnię piłki, wyrzucając jej malutkie fragmenty we wszystkich
kierunkach. Kawałeczki te pędziłyby tak szybko, że w zderzeniu z cząsteczkami powietrza wywołałyby jeszcze dwa lub trzy cykle fuzji
jądrowej.
Nasza lecąca szybciej piłka pokonałaby ten dystans w 60 nanosekund.
Po około 70 nanosekundach piłka dotarłaby do bazy domowej. Pałkarz nie
zobaczyłby nawet miotacza wyrzucającego piłkę, ponieważ informacja ta
dotarłaby do niego w tym samym czasie co sama piłka. Zderzenia z cząsteczkami powietrza "zjadłyby" ją prawie całkowicie, byłaby to już
tylko chmura rozszerzającej się plazmy w kształcie pocisku (składająca
się głównie z węgla, tlenu, wodoru i azotu), rozbijająca powietrze i powodująca w ten sposób kolejne cykle fuzji jądrowej. Najpierw w pałkarza uderzyłoby promieniowanie rentgenowskie, a nanosekundy później
oberwałby on rozproszonymi resztkami piłki.
W chwili gdy fala promieniowania rentgenowskiego dotarłaby do bazy
domowej, środek chmury plazmy poruszałby się nadal z prędkością bliską
prędkości światła. Uderzyłaby ona najpierw w kij, a następnie pałkarz,
baza oraz łapacz zostaliby przez nią porwani, przelecieliby przez siatkę
ochronną i ulegli dematerializacji. Fala promieniowania rentgenowskiego
i plazma rozprzestrzeniałyby się na zewnątrz oraz w górę. W pierwszej
mikrosekundzie pochłonęłyby siatkę ochronną, oba zespoły, trybuny i całe
otoczenie.
Załóżmy, że oglądalibyśmy to wszystko ze wzgórza poza miastem. Najpierw
zobaczylibyśmy oślepiające światło, dużo jaśniejsze od Słońca.
Przygasłoby ono w ciągu kilku sekund, a powiększająca się kula ognia
zamieniłaby się w chmurę w kształcie grzyba atomowego.
Następnie usłyszelibyśmy ogłuszający huk wybuchu wyrywającego drzewa z korzeniami i niszczącego domy.
Wszystko w promieniu około 1,5 kilometra od kompleksu sportowego
zostałoby zrównane z ziemią, a morze ognia pochłonęłoby miasto. Boisko
do baseballu, które stałoby się tymczasem znacznych rozmiarów kraterem,
znalazłoby się kilkaset metrów od miejsca, w którym wcześniej znajdowała
się siatka ochronna.
Zasada 6.08(b) obowiązująca w Major League Baseball mówi, że w takiej
sytuacji pałkarza uznaje się za dotkniętego przez piłkę i ma on prawo
przejść do pierwszej bazy.
Basen z wypalonym paliwem
Co by się stało, gdybyśmy pływali w basenie z wypalonym paliwem jądrowym? Czy aby otrzymać śmiertelną dawkę promieniowania, musielibyśmy zanurkować? Jak długo moglibyśmy w nim bezpiecznie pływać?
Jonathan Bastien-Filiatrault
JEŚLI JESTEŚMY STOSUNKOWO dobrymi pływakami, przetrwalibyśmy w wodzie od 10 do 40 godzin. Po tym czasie stracilibyśmy ze zmęczenia
przytomność i utonęli. To samo spotkałoby nas również w basenie bez
wypalonego paliwa jądrowego na dnie.
Wypalone paliwo z reaktorów jądrowych jest bardzo radioaktywne. Woda
dobrze pochłania promieniowanie i dobrze chłodzi, dlatego też zużyte
paliwo przechowywane jest na dnie basenów przez dziesiątki lat, aż
stanie się na tyle niskoaktywne, że można je przenieść do suchych
pojemników. Dotychczas właściwie nie wiemy, gdzie powinno się
przechowywać takie pojemniki. Wkrótce problem ten zostanie
prawdopodobnie rozwiązany.
A tak wygląda typowy basen do przechowywania wypalonego paliwa:
Ciepło nie byłoby dużym problemem. Temperatura wody w basenie z paliwem
może dochodzić do 50°C, ale w praktyce wynosi przeważnie od 25°C do 35°C
-?więcej niż w większości basenów, ale mniej niż w gorącej kąpieli w wannie.
Najbardziej radioaktywne są pręty paliwowe świeżo wyjęte z reaktora. W przypadku wypalonego paliwa jądrowego każde siedem centymetrów wody
zmniejsza promieniowanie o połowę.
Według raportu Ontario Hydro dotyczącego poziomów promieniowania
niebezpieczna strefa wokół świeżych prętów paliwowych wyglądałaby tak
jak na poniższym rysunku.
Gdybyśmy dopłynęli do dna basenu, dotknęli łokciami niedawno
umieszczonego tam pojemnika i zaraz wypłynęli na powierzchnię,
prawdopodobnie otrzymalibyśmy śmiertelną dawkę promieniowania.
Jeśli jednak znajdowalibyśmy się w basenie poza granicą niebezpiecznej
strefy, moglibyśmy w nim pływać tak długo, jak byśmy chcieli -?dawka
promieniowania z rdzenia reaktora byłaby mniejsza niż normalne
promieniowanie tła, na które jesteśmy narażeni podczas spaceru. Podczas
takiej kąpieli w basenie z wypalonym paliwem jądrowym otrzymalibyśmy
faktycznie mniejszą dawkę promieniowania niż w czasie spaceru po ulicy.
Pamiętajcie: Jestem rysownikiem komiksów.
Jeśli posłuchacie moich rad dotyczących bezpiecznego postępowania
z materiałami jądrowymi, prawdopodobnie zasłużycie na to, co was spotka.
Oczywiście w tej wersji zakładam, że wszystko byłoby pod kontrolą. Gdyby
jednak obudowa prętów wypalonego paliwa była skorodowana, w wodzie
mogłyby się znaleźć produkty rozszczepienia. Czystość wody w takich
basenach to pewnik, ale ta woda bywa czasem na tyle radioaktywna, że nie
można jej sprzedawać w butelkach5.
Wiemy już, że w basenach z wypalonym paliwem jądrowym można bezpiecznie
pływać, ponieważ są one regularnie serwisowane przez nurków. Jednak oni
też muszą bardzo uważać! Trzydziestego pierwszego sierpnia 2010 roku
nurek kontrolujący basen z wypalonym paliwem przy reaktorze jądrowym
Leibstadt w Szwajcarii zauważył na jego dnie kawałek rury. Po
konsultacji ze swoim szefem włożył go do skrzynki z narzędziami, ale z powodu szumu bąbelków powietrza nie usłyszał alarmu ostrzegającego przed
promieniowaniem. Gdy wyjął skrzynkę z narzędziami z wody, w pomieszczeniu włączył się kolejny alarm. Skrzynkę wrzucono z powrotem do
wody, a nurek opuścił basen. Jego dozymetr pokazał wyższe od normalnego
napromieniowanie całego ciała i bardzo wysokie napromieniowanie prawej
ręki. Znaleziony obiekt okazał się osłoną ochronną czujnika
promieniowania z rdzenia reaktora, silnie napromieniowaną strumieniem
neutronów. Oderwała się ona przypadkowo podczas zamykania kapsuły
reaktora w 2006 roku i przeleżała niezauważona na dnie w rogu basenu.
Osłona była tak radioaktywna, że gdyby nurek włożył ją do paska z narzędziami lub torby na ramieniu, mógłby zostać śmiertelnie
napromieniowany. Ochroniła go warstwa wody, a dużą dawkę promieniowania
otrzymała tylko jego ręka, która na szczęście jest bardziej odporna niż
delikatne organy wewnętrzne.
Nawet gdyby osłona była 10 razy bardziej radioaktywna, nurkowi
prawdopodobnie nic by się nie stało. Woda jest naprawdę skuteczną tarczą
ochronną.
Najistotniejsze w tej historii jest to, że pływanie w basenie z wypalonym paliwem wydaje się bezpieczne, o ile nie nurkujemy do dna i nie podnosimy z niego żadnych podejrzanych przedmiotów.
Dla pewności skontaktowałem się ze znajomym pracującym w reaktorze
badawczym i zapytałem, co stałoby się z osobą, która chciałaby popływać
w ich basenie z wypalonym paliwem.
"W naszym reaktorze? -?Pomyślał chwilę. -?Zginęłaby bardzo szybko,
zanim jeszcze dotarłaby do wody. Od ran postrzałowych".
Maszyna czasu w nowojorskim stylu
Załóżmy, że podczas podróży w czasie zawsze trafiamy w to samo miejsce na Ziemi. Przynajmniej tak się działo w serii filmów Powrót do przyszłości. Jak wyglądałby Times Square w Nowym Jorku, gdybyśmy znaleźli się na nim tysiąc lat, 10 tysięcy lat, 100 tysięcy lat, milion lat, miliard lat temu? Albo gdybyśmy przenieśli się w czasie o milion lat w przyszłość?
Mark Dettling
Tysiąc lat temu
Manhattan jest zamieszkany bez przerwy od 3000 lat, a pierwsi ludzie
osiedlili się tam prawdopodobnie 9000 lat temu. Gdy w XVII wieku na te
tereny przybyli Europejczycy, zamieszkiwali je
Delawarowie6. To grupa plemion, które żyły na obszarach
należących obecnie do stanów Connecticut, Nowy Jork, New Jersey oraz
Delaware. Przed tysiącem lat na tych terenach prawdopodobnie mieszkali
przodkowie Delawarów, jednak różnili się oni od swoich XVII-wiecznych
potomków tak bardzo, jak ci ostatni od ludzi żyjących współcześnie.
Aby przekonać się, jak wyglądał Times Square, zanim jeszcze powstało tam
jakiekolwiek miasto, skorzystałem z niezwykłego projektu Welikia,
który powstał z mniejszego projektu Mannahatta. W ramach projektu
Welikia opracowano szczegółową mapę ekologiczną obszarów Nowego Jorku z czasów, kiedy pojawili się tam Europejczycy. Interaktywna mapa dostępna
na welikia.org to fantastyczna wizja zupełnie innego Nowego Jorku. W 1609 roku krajobraz wyspy Manhattan składał się z malowniczych pagórków,
bagien, lasów, jezior i rzek.
Tysiąc lat temu Times Square mógł wyglądać podobnie, jak to przedstawia
projekt Welikia. Na pierwszy rzut oka prawdopodobnie przypominał lasy
pierwotne, spotykane jeszcze w niektórych północno-wschodnich rejonach
USA. Można jednak łatwo znaleźć znaczące różnice. Przed tysiącem lat w takim lesie było z pewnością znacznie więcej dzikich zwierząt. Obecnie w poszatkowanych pozostałościach lasów pierwotnych prawie nie występują
duże drapieżniki. Można tam spotkać nieliczne niedźwiedzie, kilka wilków
oraz kojotów i nie ma praktycznie żadnych lwów górskich. Jednak z drugiej strony, częściowo dzięki wymarciu dużych drapieżników, bardzo
zwiększyła się populacja jeleni.
Tysiąc lat temu w lasach Nowego Jorku byłoby pełno kasztanowców. Przed
zarazą, która na początku XX wieku nawiedziła lasy we wschodnich
rejonach Ameryki Północnej, 25 procent ich drzewostanu stanowiły
kasztanowce. Obecnie pozostały po nich tylko pniaki. Na kasztanowce
można jeszcze się natknąć w lasach Nowej Anglii. Od czasu do czasu
ostatnie ocalałe drzewa wypuszczają pędy, które jednak szybko więdną
wskutek zarazy. Pewnego niezbyt odległego dnia te drzewa także obumrą.
W tych lasach powszechnie występowałyby wilki, szczególnie w głębi lądu.
Moglibyśmy tam spotkać również lwy
górskie7,8,9,10,11 oraz
gołębie wędrowne12. Z pewnością nie spotkalibyśmy za to
dżdżownic. Nie było ich w Nowej Anglii, kiedy przybyli tam koloniści z Europy. Aby poznać przyczynę ich braku, zróbmy kolejny krok w przeszłość.
10 tysięcy lat temu
Dziesięć tysięcy lat temu Ziemia wychodziła właśnie z bardzo zimnego
okresu swojej historii. Zniknęły wówczas wielkie połacie lodu
pokrywające Nową Anglię. Dwadzieścia dwa tysiące lat temu południowa
krawędź lodowca znajdowała się w pobliżu Staten Island, ale 18 tysięcy
lat temu wycofała się już na północ od miasta Yonkers13. Do
czasu pojawienia się ludzi 10 tysięcy lat temu większość lodowca
znalazła się poza obecną kanadyjską granicą.
Połacie pokrywy lodowej przeorały powierzchnię ziemi aż do skały
macierzystej. Przez następne 10 tysięcy lat życie powoli przesuwało się
z powrotem na północ. Niektórym gatunkom zajęło to mniej czasu niż
innym, ale gdy Europejczycy dobili do Nowej Anglii, dżdżownice jeszcze
tam nie dotarły.
Wycofujący się lodowiec gubił wielkie kawałki lodu, które potem topniały
i pozostawiały po sobie wypełnione wodą zagłębienia, zwane jeziorami
wytopiskowymi. Jezioro Oakland, położone w pobliżu północnego końca
Springfield Boulevard w Queens, jest właśnie jednym z takich jezior
wytopiskowych. Lodowiec pozostawił po sobie także głazy, które
zgromadził podczas swojej wędrówki. Niektóre z tych skał, zwane
głazami narzutowymi, można obecnie napotkać w Central Parku.
Pod lodem płynęły pod dużym ciśnieniem rzeki wody z topniejącego
lodowca. Osadzały na swojej drodze piach i żwir. Złoża te w formie wałów
zwanych ozami przecinają krajobraz w lasach w pobliżu mojego domu w Bostonie. Im także zawdzięczamy rozmaite dziwne formacje terenu, między
innymi jedyne na świecie koryta rzeki w kształcie litery U.
100 tysięcy lat temu
Sto tysięcy lat temu świat mógł wyglądać podobnie jak dzisiaj14.
Żyjemy w czasach szybkich, cyklicznych zlodowaceń, ale przez ostatnie 10
tysięcy lat nasz klimat był stabilny15 i ciepły. Sto tysięcy
lat temu Ziemia zbliżała się do końca podobnego okresu stabilności
klimatu. Nazywamy go interglacjałem sangamońskim. Istniejący wówczas
ekosystem podobny był do obecnego.
Geografia wybrzeża była jednak zupełnie inna. Staten Island, Long
Island, Nantucket i Martha's Vineyard były wtedy tarasami wypiętrzonymi
jakby przez buldożer po niedawnej wędrówce lodowca. Setki tysięcy lat
temu obszar przybrzeżny usiany był wyspami. W lasach spotkalibyśmy wiele
żyjących dzisiaj gatunków zwierząt: ptaki, wiewiórki, jelenie, wilki,
niedźwiedzie czarne, ale natknęlibyśmy się również na kilka
wstrząsających niespodzianek. Aby dowiedzieć się o nich czegoś więcej,
zajmijmy się tajemniczym widłorogiem.
Współczesny widłoróg (Antilocapra americana) jest zagadkowym
zwierzęciem, które bardzo szybko biega -?szybciej, niż musi. Może
osiągnąć prędkość prawie 90 kilometrów na godzinę i utrzymywać ją na
długim dystansie. Nawet najszybsze drapieżniki, wilki i kojoty, osiągają
w sprincie prędkość około 55 kilometrów na godzinę. Dlaczego więc
widłorogi potrafią tak szybko biegać?
Odpowiedź brzmi: ponieważ środowisko, w jakim ewoluowały, było o wiele
bardziej niebezpieczne od dzisiejszego. Setki tysięcy lat temu lasy
Ameryki Północnej były domem dla takich gatunków zwierząt, jak wilk
straszny (Canis dirus), niedźwiedź krótkopyski (Arctodus) oraz kot
szablastozębny (Smilodon fatalis), szybszych i bardziej zabójczych niż
dzisiejsze drapieżniki. Wszystkie one zniknęły z powierzchni Ziemi w okresie wymierania na przełomie plejstocenu i holocenu, krótko po tym,
jak na kontynencie pojawili się pierwsi ludzie16.
Jeśli przeniesiemy się jeszcze głębiej w przeszłość, spotkamy tam innego
przerażającego drapieżnika.
Milion lat temu
Milion lat temu, przed ostatnim wielkim zlodowaceniem, na Ziemi było
bardzo ciepło.
Był to środkowy okres czwartorzędu; współczesne epoki lodowcowe
rozpoczęły się kilka milionów lat wcześniej, ale w ruchach lodowców
panował zastój, a klimat był stosunkowo stabilny.
Do drapieżników, które spotkaliśmy wcześniej, zwinnych stworzeń
polujących na widłorogi, dołączył kolejny przerażający mięsożerca,
długonoga hiena przypominająca współczesnego wilka. Niegdyś hienę można
było spotkać głównie w Afryce i w Azji, ale kiedy poziom mórz się
obniżył, pewien gatunek przedostał się przez Cieśninę Beringa do Ameryki
Północnej. Ponieważ dokonał tego tylko jeden gatunek hieny, nazwano go
Chasmaporthetes, to znaczy "jedyny, który zobaczył kanion".
Kolejne pytanie Marka zmusza nas do wykonania ogromnego skoku w przeszłość.
Miliard lat temu
Miliard lat temu płyty kontynentalne tworzyły jeden wielki
superkontynent. Nie była to dobrze nam znana Pangea, ale jej
poprzedniczka Rodinia. Dane geologiczne nie są jednoznaczne, ale
najprawdopodobniej wyglądała ona tak jak na obrazku poniżej.
W czasach gdy istniała Rodinia, podłoże skalne znajdujące się obecnie
pod Manhattanem nie było jeszcze uformowane, ale głęboko położone skały
Ameryki Północnej już były stare. Część kontynentu, na której obecnie
leży Manhattan, znajdowała się prawdopodobnie w głębi lądu połączonego z obecną Angolą i Afryką Południową.
W tym pradawnym świecie nie było roślin i zwierząt. Oceany tętniły
życiem, ale wszystkie organizmy były jednokomórkowe. Powierzchnię wody
pokrywały dywany niebieskozielonych alg. Te skromne stworzenia to
najpotworniejsi zabójcy w całej historii życia na Ziemi. Takie algi,
czyli sinice, były pierwszymi organizmami fotosyntetyzującymi. Wdychały
one dwutlenek węgla, a wydychały tlen. Tlen jest gazem lotnym,
powodującym rdzewienie żelaza (oksydację) i palenie się drewna
(gwałtowną oksydację). Pierwsze sinice wydychały tlen, który był trujący
dla prawie wszystkich innych form życia. Spowodowane jego obecnością
wymieranie organizmów nazywane jest dziś katastrofą tlenową.
Po tym, jak sinice wpompowały do atmosfery i wody ogromne ilości
toksycznego tlenu, inne stworzenia wyewoluowały w taki sposób, aby
wykorzystać jego właściwości do zapoczątkowania nowych procesów
biologicznych. Ludzie są potomkami tych pierwszych organizmów
oddychających tlenem.
Wciąż nie jesteśmy pewni, jak dokładnie to wszystko wyglądało. Bardzo
trudno jest odtworzyć świat sprzed miliarda lat. Pytanie Marka zabiera
nas tymczasem w jeszcze bardziej niepewne obszary: do przyszłości.
Za milion lat
Prędzej czy później ludzkość wymrze. Nikt nie wie, kiedy to
nastąpi17, ale nic nie trwa wiecznie. Niewykluczone, że dotrzemy
do gwiazd i przetrwamy miliardy albo biliony lat. A może nasza
cywilizacja upadnie, ulegniemy chorobom i głodowi, a ostatni z nas
zostaną zjedzeni przez koty? Może kilka godzin po przeczytaniu tego
zdania wszyscy zostaniemy zabici przez nanoboty? Nikt nie zna
odpowiedzi.
Milion lat to dużo czasu, kilka razy więcej, niż istnieje Homo
sapiens, i setki razy dłużej niż język pisany. Rozsądne wydaje się
zatem założenie, że niezależnie od tego, jak potoczy się historia
ludzkości, Ziemia znajdzie się na zupełnie innym etapie rozwoju.
Bez nas skorupa ziemska będzie stopniowo ścierana przez wiatry, deszcze
oraz burze piaskowe, które zniszczą i pogrzebią wytwory naszej
cywilizacji. Zmiany klimatu spowodowane przez człowieka prawdopodobnie
tylko opóźnią rozpoczęcie kolejnego zlodowacenia; cykl epok lodowcowych
nie został jeszcze zakończony. W końcu lodowce znów zaczną się
przemieszczać. Za milion lat nie zostanie po nas zbyt wiele.
Prawdopodobnie najdłużej będzie się rozkładać warstwa plastików
pokrywająca naszą planetę. Wydobywanie ropy naftowej i rozsiewanie po
całej Ziemi wytrzymałych i trwałych polimerów otrzymanych w wyniku jej
przeróbki to nasz niechlubny "odcisk palca", który przetrwa inne
dokonania ludzkości. Nasze plastiki zostaną zmielone i pogrzebane, a być
może nawet jakieś mikroby nauczą się je trawić. Najprawdopodobniej
jednak właśnie te wszechobecne warstwy przetworzonych węglowodorów -
fragmentów butelek po szamponie i torebek na zakupy -?będą za miliony
lat chemicznym pomnikiem naszej cywilizacji.
Bardzo odległa przyszłość
Słońce stopniowo świeci coraz jaśniej. Przez trzy miliardy lat
skomplikowany system sprzężeń zwrotnych utrzymywał temperaturę na Ziemi
na prawie jednakowym poziomie, mimo że temperatura Słońca stawała się
coraz wyższa.
Za miliardy lat tych sprzężeń już nie będzie. Oceany, które dotąd dawały
pożywienie i ochłodę różnym formom życia, staną się ich największymi
wrogami. Wygotują się w gorących promieniach słonecznych, a naszą
planetę otoczy gruba warstwa pary wodnej, powodująca stale zwiększający
się efekt cieplarniany. Za miliardy lat Ziemia stanie się drugą Wenus. W wyniku nagrzewania się naszej planety cała woda prawdopodobnie wyparuje,
a atmosferę ziemską zastąpi para unosząca się z wrzącej skorupy
ziemskiej. Ostatecznie po kilku kolejnych miliardach lat zostaniemy
pochłonięci przez powiększające się Słońce.
Ziemia ulegnie spopieleniu, a wiele cząsteczek, z których składał się
Times Square, zostanie wyrzuconych w Kosmos przez gasnące Słońce. W postaci chmur pyłu będą wędrować po Wszechświecie i być może powstaną z nich nowe gwiazdy i planety. Jeżeli ludzkość opuści Układ Słoneczny i przetrwa śmierć Słońca, nasi potomkowie zamieszkają być może na jednej z tych planet. Atomy z Times Square po przejściu przez jądro Słońca
uformują ciała naszych potomków.
Nowe gwiazdy mogą powstawać całkiem szybko. Gdybyśmy przenieśli się w czasie w przyszłość o 10 miliardów lat, znaleźlibyśmy dziesiątki lub
setki planet usianych odłamkami skalnymi z Układu Słonecznego.
Pewnego dnia albo wszyscy umrzemy, albo wszyscy będziemy nowojorczykami.
Bratnie dusze
A gdyby tak każdy z nas miał na świecie tylko jedną, przypadkowo dobraną bratnią duszę?
Benjamin Staffin
Cóż to byłby ZA KOSZMAR!
Istnieje wiele problemów związanych z koncepcją pojedynczej, losowo
dobranej bratniej duszy. Śpiewał o tym Tim Minchin w piosence If I Didn't Have You (Gdybym Ciebie nie miał):
Twoja miłość jest jedna na milion;
Nie można jej kupić za żadną cenę...
Ale spośród 9999 setek tysięcy innych miłości -
Statystycznie rzecz biorąc -?niektóre mogłyby być równie wspaniałe.
A gdybyśmy mieli tylko jedną, przypadkowo dobraną, doskonałą bratnią
duszę i nie moglibyśmy być szczęśliwi z nikim innym? Czybyśmy się
odnaleźli?
Załóżmy, że bratnia dusza wybierana jest w momencie urodzenia. Nie
wiemy, kim jest i gdzie mieszka nasza druga połówka, ale -?jak w romantycznym filmie -?rozpoznamy ją w chwili, gdy nasze oczy się
spotkają.
I tu od razu rodzi się kilka pytań. Czy ta bratnia dusza jeszcze żyje?
Setki miliardów ludzi żyły na Ziemi do tej pory, ale obecnie żyje ich
tylko 7 miliardów (co daje rasie ludzkiej wskaźnik śmiertelności na
poziomie 93%). Gdybyśmy byli dobierani przypadkowo, 90 procent naszych
bratnich dusz dawno by już nie żyło.
Brzmi to koszmarnie, ale może być jeszcze gorzej. Nie możemy się
przecież ograniczać tylko do ludzi żyjących do tej pory; musimy brać pod
uwagę także nieznaną liczbę osób, które dopiero się urodzą. Przecież
jeśli ktoś może być naszą bratnią duszą w odległej przeszłości, to w odległej przyszłości też muszą istnieć bratnie dusze. Jakkolwiek by
było, istnieje tam bratnia dusza naszej bratniej duszy.
Załóżmy więc, że nasza bratnia dusza żyje w tym samym czasie co my. Co
więcej, aby uniknąć dziwnych sytuacji, różnica wieku między nami nie
może być większa niż kilka lat (to większe ograniczenie niż standardowa
reguła wieku partnerów18, ale jeśli założymy, że
trzydziestolatkowie i czterdziestolatkowie mogą być dla siebie bratnimi
duszami, okaże się, że reguła wieku zostanie złamana, jeśli spotkają się
piętnaście lat wcześniej). Gdybyśmy zastosowali to ograniczenie wieku,
większość z nas miałaby około pół miliarda potencjalnych bratnich dusz.
A co z płcią i orientacją seksualną? Różnicami kulturowymi i językowymi?
Aby jeszcze bardziej ograniczyć pole wyboru, moglibyśmy wziąć pod uwagę
także dane demograficzne, ale wtedy odeszlibyśmy od idei losowo dobranej
bratniej duszy. Nasz scenariusz zakłada, że nie wiemy nic o naszej
bratniej duszy, dopóki nie spojrzymy jej w oczy. Każdy musiałby zatem
mieć tylko jedną orientację: ku swojej bratniej duszy.
Mimo to szanse spotkania bratniej duszy byłyby niewiarygodnie małe.
Liczba obcych osób, z którymi nawiązujemy codziennie kontakt wzrokowy,
może się wahać od bliskiej zera (introwertycy lub ludzie mieszkający w małych miasteczkach) do wielu tysięcy (policjant na Times Square).
Załóżmy, że codziennie patrzymy w oczy kilkudziesięciu obcym osobom (dla
mnie jako introwertyka to i tak o wiele za dużo). Gdyby tylko 10 procent
z nich było w zbliżonym do nas wieku, w ciągu naszego życia dałoby to
liczbę 50 tysięcy osób.
Jeżeli założymy, że mamy 500 milionów potencjalnych bratnich dusz,
szansa odnalezienia kiedykolwiek naszej prawdziwej miłości wynosiłaby 1
do 10 tysięcy.
W obliczu tak wysokiego ryzyka śmierci w samotności społeczeństwo
powinno zorganizować możliwość nawiązywania jak najczęstszego kontaktu
wzrokowego. Powinniśmy ustawiać obok siebie ogromne przenośniki taśmowe,
na których przesuwałyby się rzędy spoglądających na siebie ludzi...
...lecz jeśli kontakt wzrokowy lepiej nawiązuje się za pomocą kamer
internetowych, moglibyśmy po prostu zastosować zmodyfikowaną wersję
strony internetowego ChatRoulette.
Rok 2024: Mniej więcej w czasie, gdy pisałem te słowa, nowa wersja
aplikacji Tinder została wyposażona w funkcję "swipe".
Gdyby każdy korzystał z tego systemu przez osiem godzin dziennie, siedem
dni w tygodniu, i gdybyśmy w kilka sekund mogli stwierdzić, że oto mamy
przed sobą naszą bratnią duszę, teoretycznie wszyscy ludzie odnaleźliby
swoje połówki w ciągu kilkudziesięciu lat. (Zrobiłem symulacje kilku
prostych systemów, aby oszacować, jak szybko ludzie dobieraliby się w pary i wypadali z puli dostępnych singli. Gdybyście chcieli wykonać
obliczenia dla konkretnego modelu, zacznijcie od przyjrzenia się
problemom zliczania nieporządku).
W istocie wielu ludzi ma zbyt mało czasu na jakikolwiek romans -?tylko
nieliczni mogą poświęcić na to 20 lat. Chyba tylko dzieci z bogatych
rodzin mogłyby pozwolić sobie na to, aby usiąść do SoulMateRoulette.
Pechowo dla tego przysłowiowego jednego procenta większość
przeznaczonych im bratnich dusz znalazłaby się wśród pozostałych 99
procent. Gdyby z tego serwisu korzystał tylko jeden procent bogatych,
wówczas jeden procent osób z tego procenta znalazłby swoją połówkę -?1
na 10 tysięcy.
Pozostałe 99 procent z tego procenta19 miałoby motywację, żeby
namówić więcej osób na korzystanie z systemu. Mogliby oni finansować
przedsięwzięcia charytatywne mające na celu zapewnienie wszystkim
ludziom dostępu do komputera -?i połączyć w ten sposób projekt Laptop
dla Każdego Dziecka (One Laptop per Child) z internetową stroną OKCupid.
Stanowiska takie jak kasjer czy policjant na Times Square stałyby się
bardzo cenione ze względu na duże możliwości nawiązywania kontaktu
wzrokowego. Ludzie przybywaliby do miast i zbierali się w miejscach
publicznych, aby znaleźć swoją połówkę -?podobnie jak czynią to obecnie.
Jednak nawet wtedy, gdyby garstka ludzi spędziła lata przy internetowej
SoulMateRoulette, inna grupa dostałaby pracę umożliwiającą stały kontakt
wzrokowy z nieznajomymi, a reszta zdałaby się na łut szczęścia, tylko
nieliczni kiedykolwiek znaleźliby prawdziwą miłość. Pozostali mieliby po
prostu pecha. Pod wpływem stresu i presji społecznej wiele osób
zaczęłoby udawać. Pragnienie dołączenia do klubu szczęśliwców
sprawiałoby, że dogadywaliby się z inną samotną osobą i organizowali
udawane spotkania z bratnią duszą. Pobieraliby się, ukrywali swoje
problemy w związku i starali się zachowywać pozory wobec przyjaciół i rodziny.
Świat przypadkowych bratnich dusz byłby pełen samotnych ludzi. Miejmy
nadzieję, że nie jest to świat, w którym żyjemy.