Przegraliśmy. Nie bez walki, ale obecnie dla magazynów i portali sportowych nie miało to wielkiego znaczenia. Nie zostawili na mnie suchej nitki, liczba artykułów o mojej grze w tym meczu przewyższyła wysyp publikacji, które pojawiły się po tych rozgrywkach, gdy moja drużyna odniosła zwycięstwo, a ja zagrałem rewelacyjne spotkanie bez żadnej kontuzji. Minęły dwa tygodnie, jednak odnosiłem wrażenie, że zamiast cichnąć, robiło się o tym meczu coraz głośniej. Prasa się dowiedziała, gdzie mieszkam, choć dotychczas udawało mi się utrzymywać to w sekrecie. Nie mogłem więc wyjść z domu, by nie trafić na choć jedną osobę, która nie miałaby czegoś do powiedzenia na temat mojego występu... Zaczynałem się dusić. Bolał mnie fakt, że nie zwracano w ogóle uwagi na fakt, że zostałem kontuzjowany, że na drugi dzień po meczu przeszedłem zabieg, który ma mi pomóc szybciej dojść do siebie po zerwaniu więzadła przedniego.
A teraz byłem na dywaniku u szefostwa drużyny Orłów i po raz pierwszy, od kiedy zacząłem grać w tym zespole, czułem strach.
- Nie masz się czym martwić - zapewniał mnie St. James, który od razu się tu zjawił, gdy usłyszał o dzisiejszym spotkaniu. Był dobrym kapitanem i nie chciał, bym siedział tutaj sam. Choć technicznie rzecz biorąc, nie przyszedłem sam, bo towarzyszył mi mój agent, Marcus Geir.
- Łatwo ci mówić, to nie z ciebie zrobili kozła ofiarnego - odpowiedziałem. - Jeśli mnie wykopią z drużyny... - urwałem, bo nawet nie chciałem sobie tego wyobrażać.
- Daj spokój, jeden przegrany mecz, w którym miałeś naprawdę dobry występ, to nie powód do zwolnienia - argumentował.
- W takim razie po co to nagłe wezwanie? - zapytałem. - Nic innego nie przychodzi mi do głowy.
Marcus przysłuchiwał się naszej rozmowie, ale nie wtrącił nic od siebie. Był małomównym facetem, za to doskonale znał się na swojej pracy. Jednak nawet on nie zdołał się swoimi kanałami dowiedzieć, w jakim celu zostało zwołane to spotkanie.
- Czekają na was - odezwała się Cindy, sekretarka Lucasa Morrisona, managera naszej drużyny.
Derek uścisnął mi ramię, nim wstałem z fotela i ruszyłem do sali konferencyjnej wraz z Marcusem. W środku siedzieli już Lucas, a także Natalie West, assistant manager zespołu, oraz sztab szkoleniowy: Victor Frost, nasz trener, jego zastępca Wyatt i Alexander Kane, trener obrońców. Zerknąłem na swojego agenta i w jego spojrzeniu ujrzałem błysk niepokoju, najważniejsi ludzie, ci, od których decyzji zależała moja przyszłość w drużynie Boston Eagles, znajdowali się w tym pokoju.
Usiedliśmy na wskazanych krzesłach, a ja czekałem, aż ktoś się odezwie i wytłumaczy powód spotkania.
- Wszyscy tutaj jesteśmy świadomi sytuacji w mediach, która rozpętała się po naszym przegranym meczu - zaczął Lucas.
- To gównoburza, która powinna się wyciszyć dzień, dwa po meczu, i dobrze o tym wiemy - wtrącił Alexander, choć powiedział to tak cicho, że nie miałem pewności, czy chciał, byśmy to usłyszeli.
- Jak mówiłem - kontynuował Lucas. - Mamy świadomość negatywnej uwagi mediów, od czasu meczu jesteśmy pod ciągłym obstrzałem komentatorów, blogerów i fanów. Musimy pomyśleć o rozwiązaniu, które sprawi, że to ucichnie, a nasz zespół przestanie być obiektem ataków.
Nie odezwałem się, choć z gniewu aż się we mnie gotowało. Marcus prosił jednak, bym zostawił prowadzenie tej rozmowy jemu, a ufałem mu na tyle, by wiedzieć, że to najlepsza opcja. Ja mógłbym w złości rzucić coś, co później byłoby trudno odkręcić.
- Z całym szacunkiem, ale to nie zespół jest obiektem szykan, a Ryan. Facet, który wziął na siebie ataki Hayesa, który skutecznie blokował Pantery przed dostaniem się do naszej bramki. Ten sam facet, który miał świetny sezon, nie tylko bronił dostępu do Andersona, ale także zdobywał punkty dla Orłów. I liczę, że to spotkanie zwołaliście po to, by przygotować oświadczenie dla prasy i wszystkich idiotów, którzy szkalują Ryana na każdym kroku i przez ostatnie dwa tygodnie nie dają mu chwili oddechu - powiedział Marcus, wpatrzony w managera zespołu.
To, co publikowali na mój temat od czasu spotkania z Los Angeles Panthers, było koszmarem. Zaczęło się od zwykłego rozgrzebywania błędów, których się dopuściliśmy jako drużyna, później skupili się na mnie... Od kilku dni nieustannie widziałem nagłówki, w których internetowi specjaliści od hokeja jednogłośnie orzekali, że zagrałem lekkomyślnie, próbując zablokować Hayesa, i przez to naraziłem drużynę na przegraną. Ludzie myśleli, że w internecie mogą być anonimowi, więc bez hamulców wylewali swoją frustrację właśnie na mnie. Niektórzy wykazywali się sporą kreatywnością w zakresie wymyślania kolejnych wyzwisk rzucanych pod moim adresem. Te wszystkie wpisy, w których czytałem, jak byłem głupi i mało profesjonalny, oraz te, które oskarżały mnie o celową kontuzję, by przegrać mecz, cholernie bolały. Hokej był całym moim życiem, moją pasją i marzeniem i nigdy nie zrobiłbym nic, co mogłoby narazić moją drużynę.
- Marcus, nie musisz się unosić, nie mieliśmy nic złego na myśli - wtrącił Wyatt. - Ryan jest członkiem zespołu, to, co uderza w niego, uderza w nas wszystkich, i o to nam chodzi. Chcemy znaleźć wyjście z tej sytuacji. Bo w tej chwili odnosimy wrażenie, że nawet zwykły spacer do sklepu nakręca internetowych znawców i powoduje coraz większe bagno.
Wyatt miał rację, sam mój widok zdawał się napędzać ludzi do internetowej agresji.
- W takim razie co proponujecie? - zapytałem. - Nie zamknę się w domu na kilka tygodni, mam rehabilitację, psychicznie też nie wytrzymam izolacji w czterech ścianach.
O ile kochałem hokej i na lodowisku mogłem spędzać całe godziny, to i tak potrzebowałem świeżego powietrza, codziennie biegałem, nie przeszkadzała mi w tym żadna pogoda, po prostu musiałem czuć tę chwilę względnej wolności.
- Może na jakiś czas wyjedziesz? - rzucił Marcus. - Odwiedzisz rodziców, odpoczniesz, odetniesz się od miasta i kibiców. Może pokusisz się o wyłączenie telefonu?
Spojrzałem na niego zaskoczony, bo rzadko miałem okazję do wizyty w domu rodzinnym. Wolałem, gdy bliscy odwiedzali mnie w mieście, wtedy mogliśmy pobyć razem, a ja nie musiałem przerywać treningów i burzyć swoich nawyków.
- To dobry pomysł. Zadbamy, by fizjoterapeuta był dostępny dla ciebie na miejscu, a jeśli zajdzie taka potrzeba, wyślemy z tobą Harper. - Lucas zgodził się od razu, widocznie zadowolony z tak szybko znalezionego rozwiązania.
- Ale tylko na czas rehabilitacji, kiedy Ben pozwoli mi wrócić do treningów, natychmiast zjawiam się w Bostonie - zaznaczyłem.
Marcus postawił jeszcze kilka warunków, na przykład zatrudnienie ochrony, która miała się przy mnie pojawić na pierwszy sygnał jakichkolwiek problemów.
Gdy wyszliśmy z sali konferencyjnej, odetchnąłem głęboko, jakbym zrzucił z ramion niewidoczny ciężar.
- I jak poszło? - zapytał St. James, podchodzący do mnie.
- Wysyłają mnie na obowiązkowe wakacje do rodzinnego miasteczka - odpowiedziałem. - Nie podoba im się negatywny PR.
- To dobre wieści, stary.
Przytaknąłem i pożegnałem się z Derekiem, odmówiłem wyjścia z nim na piwo. Skoro miałem wrócić do domu, mogłem to zrobić jak najszybciej. Wiedziałem, że rodzice będą zachwyceni, a Rylee, moja siostra, też nie będzie narzekać na moje odwiedziny.
Niemal dwadzieścia cztery godziny po spotkaniu z zarządem drużyny wjeżdżałem do rodzinnego miasteczka. Silverbrooke Harbor prezentowało się jak widoczek z najpiękniejszej pocztówki - z jednej strony otaczały go liczne wzgórza i dolinki, z drugiej dostępu chronił bujny las, a centrum przecinała rzeka Silver, spływająca do oceanu przy malowniczym porcie. Dom, gdzie mieszkali moi rodzice, był tym samym, w którym się wychowałem. Choć wiele razy proponowałem, że kupię im coś większego, bardziej nowoczesnego, za każdym razem odmawiali. I teraz, kiedy stałem na ganku, byłem im za to wdzięczny, bo w takiej chwili, gdy cały świat zwrócił się przeciwko mnie, to właśnie tu czułem się bezpieczny i spokojny.
- Witaj w domu, synku! - zawoła mama, nim zdołałem zapukać do drzwi.
Uśmiechnąłem się do niej szeroko i przytuliłem ją po raz pierwszy od kilku tygodni.