WILBUR DYNAMIT GRANTS
- Skąd w ogóle znasz Halla? - zapytałem nagle, bo podczas tej milczącej wyprawy nie miałem absolutnie nic lepszego do roboty niż analizowanie ostatnich wydarzeń. A nie musiałem przecież pytać, jak nas znalazł. Charly z całą pewnością był człowiekiem, który uwielbiał mieć wszystko pod kontrolą i doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jeśli był dostatecznie zmotywowany to potrafił znaleźć igłę w stogu siana.
Było tak piekielnie gorąco, że jeszcze nim dosiadłem konia, utoczyłem pierwszą kroplę potu. Do tego nie czułem się najlepiej i nie miałem pojęcia, na jaki zestaw atrakcji się dobrowolnie zapisałem. Zostałem tylko lakonicznie poinformowany, że Charly zaplanował dla nas cholernie długą wyprawę na południe. Moja obdarta dupa i przetarte plecy nie były szczególnie zadowolone z tego faktu, a na samą myśl o spędzeniu kilku dni w siodle i w tej aurze jaja mnie szczypały, ale niewątpliwie najlepszą nagrodą za te niedogodności było milczące towarzystwo Chance'a.
Gdzieś w głębi duszy czułem potworną ulgę, że znów mogłem cieszyć się jego obecnością. Przez te długie, samotne miesiące nie marzyłem o niczym innym, ale kiedy ten sen się wreszcie ziścił, okazało się, że byłem także pełen obaw. Nadal nie miałem do niego całkowitego zaufania i nie byłem pewien jego intencji. Wszystko wskazywało na to, że był ze mną szczery, ale nie chciałem w to ślepo uwierzyć, jakbym obawiał się, że na końcu tej drogi spotka mnie gorzkie rozczarowanie. Jednak gdzieś wewnątrz mnie, tliła się wciąż iskierka nadziei, że wrócił, bo darzył mnie podobnymi uczuciami, co ja jego.
Najgorsze było jednak to, że podczas tej wyprawy mogło się wydarzyć dosłownie wszystko i kiedy uświadomiłem sobie, że również od moich reakcji będzie zależeć jej finał, coś mnie paraliżowało i nie byłem w stanie zachowywać się naturalnie. Poza tym byłem też przekonany, że będzie to nieustanna walka o to, żeby nie skończyć jako śmierdzące truchło, ale i tak wolałem to, niż samotne przemierzanie prerii w poszukiwaniu szczęścia. Moje szczęście było tu ze mną. Przystojne, ponure, milczące.
- Chyba wszyscy w północnym Utah znają Halla.
- Zawsze mnie coś omija - westchnąłem nieco nostalgicznie. - A po jaką cholerę proponowałeś mu współpracę?
- Z kilku powodów - odparł, tradycyjnie, wymijająco.
- Czyli się znaczy jakich? Ten wariat przewlekł mnie za koniem, groził mi pukawką kilka razy i próbował zapuszkować za marne dziesięć dolców i to tylko dlatego, że przegrał ze mną w karty! Nie spodziewałbym się obliczalności po kimś takim, a już na pewno nie zaufałbym mu bardziej niż żmii z napisem "pogłaszcz mnie"!
- Wierz mi, że jest człowiekiem honorowym, a to cechy, które wymarły już dawno temu, i które bardzo cenię.
- Honorowy? Charly, czy ty się dobrze czujesz? - jęknąłem. - Robi popisy ze strzelaniną w tle i uchodzi mu to na sucho, bo ma kontakty u równie podstarzałych stróżów prawa! A do tego uwziął się na mnie jak szczerbaty na suchary i to absolutnie bez żadnego sensownego powodu!
- A ja sądzę, że jednak jakiś tam powód miał.
- Błagam cię, Charly! To był turniej hrabstwa. Spora impreza i naprawdę długo musiałem się starać, żeby w ogóle mnie tam zaprosili. Naprawdę myślisz, że zdobyłbym się na taką odwagę, żeby kantować w takim doborowym towarzystwie?
- Pytasz dzika, czy sra w lesie? - odpowiedział pytaniem i popatrzył na mnie, krzywo się przy tym uśmiechając. Gdyby nie to, że uwielbiałem tę jego zadziorną minę, poczułbym się - co najmniej - dotknięty.
- Wiedziałem, że nie myślisz o mnie najlepiej, ale wierz mi, że nie jestem aż tak szalony i na siłę nie szukam kłopotów.
- Wiem, Johnny, wiem. One same cię znajdują. W końcu wcale nie musiałeś się starać, żeby zmotywować emerytowanego łowcę nagród na jeszcze bardziej emerytowanym koniu, do ruszenia za tobą w pościg wart całą dychę.
- No, dobra, może i powiedziałem o parę słów za dużo, ale prawda jest taka, że Mickey po prostu nie potrafi przegrywać! - żachnąłem się w odpowiedzi na jego sarkastyczny przytyk. - I naprawdę nie wiem, co ci strzeliło do łba, żeby proponować mu współpracę!
Chance wzruszył ramionami i odpalił papierosa.
- Hall lubi strzelać do skurwieli i jest w tym całkiem niezły - westchnął po chwili. - A to w zasadzie wszystko, czego mi potrzeba.
Znów trochę zabolało. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że byłem nawet w połowie tak użyteczny jak stary, śmierdzący pryk bez dwóch palców, który - w dodatku - zdawał się mieć nieźle nasrane w garze. W końcu to tylko ja - prawdziwy festiwal porażek i tabor beznadziei. Nie skomentowałem jednak i przełknąłem tę gorycz w milczeniu, a potem postanowiłem zmienić temat.
- To co teraz zamierzamy?
- Jedziemy wyciągnąć Willa z małych kłopotów.
- Kłopotów? Zamierzasz wyjaśnić, czy nasza umowa o milczenie tego nie przewiduje? - Charly popatrzył na mnie spode łba. - Zastanawiam się po prostu, czy to znowu ty wciągnąłeś go w jakiś syf, czy tym razem on ciebie?