Wiara skazanych - Katarzyna Borowska

Kup ebooka

36.00 zł
29.88 zł (25,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamiast wstępu

Zamiast wstępu

Dla­czego napi­sa­łam książkę o wie­rze?

Naj­prost­sza odpo­wiedź brzmi: Bo paso­wała do miło­ści i nadziei, a prze­cież piszę taką wła­śnie serię. Kiedy jed­nak zasta­na­wiam się głę­biej nad tym pyta­niem, poja­wia się w mojej pamięci obraz bli­skiego mi czło­wieka, który na widok krą­żą­cych po dzie­dzińcu naszej kamie­nicy świad­ków Jehowy, powie­dział: "Podzi­wiam ludzi, któ­rzy w coś wie­rzą". W wyzna­niu tym pobrzmie­wał nie tyle podziw, co rodzaj tęsk­noty, pra­gnie­nia, które wyda­wało się nie do zaspo­ko­je­nia. Mia­łam nie­od­parte wra­że­nie, że ten czło­wiek nie był w sta­nie uwie­rzyć, że może uwie­rzyć. Zasko­czyła mnie nuta nostal­gii w ustach kogoś, kogo postrze­ga­łam jako twardo stą­pa­ją­cego po ziemi racjo­na­li­stę, chwi­lami nawet cynika. Mimo to zda­wał się w głębi serca czuć, że wła­śnie tylko poprzez wiarę znaj­dzie uko­je­nie. Tylko poprzez wiarę będzie w sta­nie zdjąć ze swo­ich bar­ków cię­żar, który dźwi­gał. Praw­do­po­dob­nie w niej mógł naresz­cie odna­leźć sens wszyst­kich trud­nych zda­rzeń, które były udzia­łem jego losu.

Skąd taki wybór boha­te­rów? Po co iść do wię­zie­nia, szu­kać roz­mów­ców wła­śnie tam?

Ponie­kąd dla­tego, że Święty Paweł, któ­rego słowa są inspi­ra­cją do cyklu "Wiara, Nadzieja i Miłość Ska­za­nych", był zabójcą, a został świę­tym. Jako Sza­weł prze­śla­do­wał i zabi­jał chrze­ści­jan. W pew­nym momen­cie dotknął go Bóg. Sza­weł zmie­nił swoje życie, pozo­sta­wia­jąc wyjąt­kową spu­ści­znę w postaci listów.

Histo­ria zna mnó­stwo przy­pad­ków ludzi, któ­rzy dopu­ścili się zła, a mimo to Bóg nie odwró­cił się od nich. Zro­bił wręcz coś nie­zwy­kłego, czego przy­kła­dem jest Święty Piotr, któ­rego Bóg uczy­nił ojcem Kościoła, choć ten zaparł się Jezusa.

Wybra­łam ska­za­nych, kry­mi­na­li­stów rów­nież dla­tego, że z Bogiem i wiarą wszystko, co po ludzku wyda­wać się może nie­lo­giczne, staje się oczy­wi­ste. Osoby, które doświad­czyły kary pozba­wie­nia wol­no­ści, siłą rze­czy są wyrzu­cone na mar­gi­nes życia spo­łecz­nego. To, z czym zma­gają się oni i my, ludzie z wol­no­ści, to brak zaufa­nia, że czło­wiek może się zmie­nić. Świa­dec­twa, jakie zostały przed­sta­wione poni­żej, oraz roz­mowy ze świad­kami tych prze­mian poka­zują, że warto uwie­rzyć. Z Bogiem wszystko jest moż­liwe.

Co wnio­sły te roz­mowy w moje życie?

Przy­stę­pu­jąc do pisa­nia, nie zakła­da­łam płci boha­te­rów książki. Byłam otwarta na tych, któ­rzy będą chcieli opo­wie­dzieć swoją histo­rię. Oka­zało się, że zgło­sili się sami męż­czyźni. Kiedy to zauwa­ży­łam, moje sko­ja­rze­nie było pro­ste - może nie bez kozery apo­sto­łami byli wła­śnie męż­czyźni... Odnio­słam nie­od­parte wra­że­nie, że wiara to bar­dzo męska domena. Nie mówię przez to, że kobiety nie wie­rzą lub nie potrze­bują wiary. Mam jedy­nie pewną obser­wa­cję. Jeśli nawet męż­czyźni potrze­bują wię­cej czasu, by zawie­rzyć Bogu, kiedy to już nastąpi, mocno przy Nim trwają.

Jakiś czas temu usły­sza­łam, że nie jest sztuką uwie­rzyć w ist­nie­nie Boga. Trud­niej jest uwie­rzyć Bogu.

"Gdy Jezus odcho­dził stam­tąd, szli za Nim dwaj nie­wi­domi, któ­rzy wołali gło­śno: "Uli­tuj się nad nami, Synu Dawida!" Gdy wszedł do domu, nie­wi­domi przy­stą­pili do Niego, a Jezus ich zapy­tał: "Wie­rzy­cie, że mogę to uczy­nić?" Oni odpo­wie­dzieli Mu: "Tak, Panie!" Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: "Według wiary waszej niech wam się sta­nie!" I otwo­rzyły się ich oczy"1.

Bóg rzuca nam praw­dziwe wyzwa­nia, domaga się jed­nego - dzie­cię­cej ufno­ści w jego miłość do nas.

Czy jestem osobą wie­rzącą?

Każ­dego dnia ufam bar­dziej.

Więc co z tymi, któ­rzy nie wie­rzą, ale tęsk­nią i pra­gną jak tam­ten męż­czy­zna? Co z tymi, któ­rzy stra­cili wiarę w to, że można wie­rzyć?

Oto odpo­wiedź, którą zna­la­złam:

"A po co miał­bym pisać do Pana Boga?

- Może poczuł­byś się mniej samotny?

- Mniej samotny z kimś, kto nie ist­nieje?

- Spraw, żeby ist­niał. - Pochy­liła się w moją stronę. - Za każ­dym razem, kiedy w niego uwie­rzysz, będzie tro­chę bar­dziej ist­niał. Jeśli się uprzesz, zacznie ist­nieć na dobre. I wtedy ci pomoże"2.

Dzię­kuję i zapra­szam do uczest­ni­cze­nia w bar­dzo intym­nych roz­mo­wach na temat wiary. Mówią o niej osoby, które doświad­czyły pozba­wie­nia wol­no­ści, ale rów­nież ci, któ­rzy im w tym doświad­cze­niu towa­rzy­szyli.

Andrzej

ANDRZEJ

Histo­ria tego męż­czy­zny obfi­tuje w tak dra­ma­tyczne doświad­cze­nia, że jesz­cze długo po naszej roz­mo­wie mia­łam wra­że­nie, że nie mogę pod­nieść głowy. Sie­dzia­łam ze wzro­kiem utkwio­nym w pod­łogę, by choć tym gestem zazna­czyć swoją pokorę wobec życia. W uszach pobrzmie­wały mi jego słowa: "Niech się pani nie zmie­nia, tak wewnętrz­nie". "Dzię­kuję, panie Andrzeju" - odpo­wie­dzia­łam ze wzru­sze­niem ści­ska­ją­cym gar­dło.

Kata­rzyna Borow­ska: Był taki czas, kiedy nie wie­rzył pan w Boga?

Andrzej: Oj tak, pro­szę panią, powiem po kolei. W 1984 roku mia­łem wypa­dek samo­cho­dowy i poha­ra­tało mnie strasz­nie. Ponad dwa lata prze­le­ża­łem w szpi­talu. Od pod­staw musia­łem uczyć się sie­dzieć, cho­dzić, mówić. Czę­ściowo ampu­to­wano mi palce obu rąk. Oczy­wi­ście narze­czona ode­szła. Mia­łem 20 lat, plany na przy­szłość, dziecko w dro­dze i w pew­nym momen­cie świat mi się zawa­lił. Wtedy pokłó­ci­łem się z Bogiem. Zarzu­ci­łem mu, jakim pra­wem on mnie, przy­kład­nego mło­dego czło­wieka, tak poka­rał. Ogromna złość i nie­na­wiść mnie ogar­nęła. Do Boga, do ludzi, samego sie­bie, do wszyst­kich.

K. B.: Stra­cił pan rodzinę i zdro­wie.

A.: Tak, tak i wiarę w ludzi. Po wyj­ściu ze szpi­tala zna­la­złem sobie innego boga, cze­pio­nego w butelce. Chcia­łem wszyst­kim udo­wod­nić, że jestem taki jak oni, a wręcz lep­szy. Na efekty długo nie trzeba było cze­kać. 1986 rok, 28 maja, pierw­szy wyrok, 5 lat. Napad na funk­cjo­na­riu­sza mili­cji. Odsie­dzia­łem 3 lata i 8 mie­sięcy. Po wyj­ściu z wię­zie­nia pozna­łem dziew­czynę. Zaszła w ciążę, uro­dziła się nam córka, ale demony z prze­szło­ści pozo­stały. Naro­dziny dziecka nale­żało opić, więc się­gną­łem po wódkę. Wybra­łem alko­hol i kole­gów, pozo­sta­wia­jąc córkę i dziew­czynę. Znowu na efekty nie trzeba było długo cze­kać, kolejny wyrok, 2 lata.

K. B.: Tym razem za co?

A.: Za pobi­cie.

K. B.: Kogo pan pobił?

A.: Przy­pad­kową osobę. Po wyj­ściu oczy­wi­ście zwa­li­łem wszystko na kraj, na poli­tykę w naszym kraju i wyje­cha­łem do Nie­miec. Tam miesz­ka­łem 2 lata i 8 mie­sięcy. Wró­ci­łem do Pol­ski, następny wyrok, 6 lat. Znowu za pobi­cie. Tym razem wyrok odsie­dzia­łem do końca. Po jakimś cza­sie znowu wyrok - 4,5 roku.

K. B.: Ile łącz­nie prze­sie­dział pan w wię­zie­niu?

A.: 21 lat i parę dni.

W mię­dzy­cza­sie, 16 maja, dzień przed swo­imi uro­dzi­nami, zadzwo­ni­łem z wię­zie­nia do brata i dowie­dzia­łem się, że moja córka została zamor­do­wana. Jesz­cze więk­sza złość wzro­sła na Boga. Miała szes­na­ście lat.

K. B.: Trudno mi sobie nawet wyobra­zić, co mógł pan prze­ży­wać.

A.: Jedyna myśl to zemsta.

K. B.: Wie­dział pan, kto skrzyw­dził pań­skie dziecko?

A.: Już wie­dzia­łem, że jedna z tych kobiet nie żyje, a druga sie­dzi w Ostró­dzie w aresz­cie śled­czym. Ja w tym cza­sie sie­działem w Kwi­dzy­nie w zakła­dzie kar­nym. Zała­twi­łem sobie pracę w Ostró­dzie. Chcia­łem tam jechać tylko po to, żeby doko­nać zemsty. Sie­dzia­łem już w auto­bu­sie wię­zien­nym, mia­łem wszyst­kie zgody. Jed­nak pani psy­cho­log z Kwi­dzyna powią­zała fakty i zosta­łem wyjęty z auto­busu. Dar­łem się z żalu i bez­sil­no­ści, kiedy mnie wycią­gali z tego auto­busu.

K. B.: Nie zdą­żył pan się zemścić?

A.: Nie. Wysze­dłem na wol­ność. Póź­niej kolejny wyrok - 4,5 roku. Wtedy do wię­zie­nia przy­szła Ania z brac­twem wię­zien­nym. Spo­tka­nia były na świe­tlicy. Toruń­ska to zakład otwarty, czyli z otwar­tymi celami. Usły­sza­łem śpiewy i spy­ta­łem kolegę z aresztu, kto się tak wydziera. On mi na to, że brac­two wię­zienne przy­szło. Oczy­wi­ście bar­dzo brzydko się wyra­zi­łem, nie będę cyto­wał teraz... idę do nich...

K. B.: Chciał pan zni­we­czyć spo­tka­nie brac­twa Sama­ry­ta­nia z osa­dzo­nymi?

A.: Tak.

K. B.: I jak poszło?

A.: Nie dało się.

K. B.: Czego się nie dało?

A.: Już tłu­ma­czę. Posze­dłem tam pierw­szy raz z chę­cią udo­wod­nie­nia, że Boga nie ma, a jak jest, to jest tyra­nem. Zapla­no­wa­łem też, że na przy­szłe spo­tka­nie przy­go­tuję się lepiej, argu­ment za argu­ment. Za tydzień posze­dłem jesz­cze raz i wtedy Tadziu przy­niósł mi książkę, którą mam do dnia dzi­siej­szego. Na dzień dzi­siej­szy tych ksią­żek mam ponad tysiąc, wtedy przy­niósł mi Roz­sze­rzony kate­chizm wiary chrze­ści­jań­skiej. Taka gruba księga, ponad 500 stron. Powie­dział wtedy: "Masz, Andrzejku, żebyś się lepiej przy­go­to­wał".

K. B.: Przy­go­to­wał?

A.: Wie pani, do tej walki na argu­menty, bo ja ich uprze­dzi­łem.

K. B.: I co? Udo­wod­nił pan, że Bóg jest tyra­nem?

A.: Tadziu Kuczun to ser­deczny przy­ja­ciel do dnia dzi­siej­szego, odwie­dza nas z żoną, był moim świad­kiem na ślu­bie, ale o tym za momen­cik. Nie udo­wod­ni­łem... Tadziu zara­ził mnie taką pogodą ducha, że cze­ka­łem na ich spo­tka­nia, ale nie żeby się kłó­cić czy wywo­łać jakąś burdę. Zaczą­łem trak­to­wać brac­two jak pro­stow­nik, który ładuje pozy­tywną ener­gią. Potem Ania dała mi maleńką ksią­żeczkę Koronka do Miło­sier­dzia Bożego. Przy zga­szo­nym świe­tle sobie tę modli­twę prze­czy­ta­łem. Raz, drugi, trzeci, tak codzien­nie. I stał się cud, no... dla mnie. Ja do dnia dzi­siej­szego nie potra­fię tego nazwać ina­czej.

K. B.: Pro­szę opo­wie­dzieć.

A.: Wylą­do­wa­łem w szpi­talu wię­zien­nym na kło­poty z ser­cem. Mia­łem tam być jesz­cze jeden dzień, ale wypi­sali mnie wcze­śniej. Jest tak przy­jęte, że z dniem opusz­cze­nia szpi­tala pacjent jesz­cze przez dobre dwa tygo­dnie sie­dzi na tak zwa­nych przej­ściów­kach, czyli salach przej­ścio­wych przy aresz­cie, i dopiero potem jedzie do swo­jej jed­nostki macie­rzy­stej. Nie­stety, jak wysze­dłem ze szpi­tala, już cze­kał na mnie samo­chód wię­zienny. Żeby było jesz­cze cie­ka­wiej, kie­row­nik oddziału zawo­łał do mnie:

- Panie Szla­cho­wicz - bo ja przy­ją­łem nazwi­sko żony, w tej chwili się Dro­żań­ski nazy­wam - poje­dzie pan na mityng do Byd­gosz­czy.

- Jakim pra­wem ja? Ja nie mam żad­nego pro­blemu? - odburk­ną­łem, bo nie uwa­ża­łem się za żad­nego rako­trunka.

- Poje­dziesz albo cię zawożę do Koro­nowa - on mi na to.

Do Koro­nowa, do zakładu zamknię­tego. I to wła­śnie był ten cud. Ponad mie­siąc już odma­wia­łem koronkę. Poje­cha­łem na ten mityng i tam pozna­łem obecną żonę Laurę i już wtedy nie chcia­łem pić. Po przy­jeź­dzie z mityngu zaczęły się widze­nia. To był 2001 rok. Po bli­sko 30 latach po raz pierw­szy posze­dłem wtedy do spo­wie­dzi.

K. B.: Odma­wia­jąc Koronkę do Miło­sier­dzia Bożego, pro­sił pan o kocha­jącą kobietę?

A.: Ja nie śmia­łem pro­sić. Nie śmia­łem pro­sić, bo pro­sić może ktoś, zna­czy mi się tak wydaje, ktoś nie­ska­zi­telny. Jak ma pro­sić ktoś, kto przez całe doro­słe życie pluł na Boga? Na ludzi, na wszyst­kich... Odda­łem się w Jego ręce, dosta­łem miłość kobiety. Od tam­tej pory, od chwili odma­wia­nia koronki w wię­zie­niu, poczu­łem się wol­nym czło­wie­kiem. Wtedy zro­zu­mia­łem, że to nie krata czyni z nas nie­wol­nika, tylko serce, myśli.

K. B.: Jak pan pora­dził sobie z chę­cią zemsty, która tra­wiła pana po śmierci córki?

A.: W mię­dzy­cza­sie wylą­do­wa­łem w zakła­dzie kar­nym, prze­wieźli mnie do Koro­nowa i tam znowu niby ogromny zbieg oko­licz­no­ści. Pomy­li­łem grupy spa­ce­rowe i tra­fi­łem na spo­tka­nie Arki. Przy­je­chał z Pozna­nia brat z Arki. Opo­wia­dał o swoim synu (wzru­sze­nie), o jego życiu, o śmierci i mnie tak tąpło, że aż wsta­łem. Kiedy skoń­czył mówić, pod­sze­dłem do niego i pra­wie z pła­czem dzię­ko­wa­łem za to, co powie­dział. W tej sekun­dzie zro­zu­mia­łem, że ja 16 maja 2005 roku nie stra­ci­łem córki. Ja ją odzy­ska­łem, a stra­ci­łem 2 mie­siące po jej uro­dzi­nach w 1989 roku, kiedy zatrza­sną­łem drzwi od domu, bo wybra­łem kole­gów i wódkę. Nie byłem godny nazy­wa­nia się ojcem, czło­wie­kiem. Z chwilą jej śmierci, gdy sobie przy­po­mnia­łem o niej, wtedy ją odzy­ska­łem. Od kiedy nie żyje, wiem, kiedy ma uro­dziny, kiedy ma imie­niny, myślę o niej (płacz).

K. B.: Jak miała na imię?

A.: Ania. Teraz jeż­dżę na jej grób ponad 200 kilo­me­trów. Tam­ten brat też pił i jego syn napi­sał mu list tuż przed swoją śmier­cią. Ten list... ta śmierć syna spra­wiła, że on prze­stał pić, że uwie­rzył w Boga. Szcze­gól­nie zapa­dło mi w pamięć jedno zda­nie z tego wszyst­kiego. Mówił, że dzię­ko­wał Bogu za to, że dał mu nie tylko tyle czasu spę­dzo­nego z synem, ale aż tyle czasu.

K. B.: Myśli pan, że życie Ani było ceną za pań­ski powrót do Boga?

A.: Tak, tak, ja przy­naj­mniej tak to odbie­ram. Po wyj­ściu z wię­zie­nia już nie chcia­łem sie­dzieć, nie chcia­łem pić. Trzeba nad­mie­nić, że piłem nawet w wię­zie­niu.

Mam za sobą 21 lat wię­zie­nia, prze­chla­łem całe swoje młode, doro­słe życie. Mimo to cie­szę się, że jestem recy­dy­wi­stą, że jestem alko­ho­li­kiem.

K. B.: Jak to moż­liwe?

A.: Jest moż­liwe... tam jest wszystko, tylko trzeba wie­dzieć, gdzie zapu­kać. Ale 8 marca 2011 roku powie­dzia­łem: "Dość, nie piję". Wła­śnie obcho­dzę dzie­siątą rocz­nicę abs­ty­nen­cji i piątą rocz­nicę ślubu. Powiem pani tak: żaden ksiądz, żaden biskup nie zro­biłby tego, co zro­biła Ania czy Tadzio z brac­twa Sama­ry­ta­nia. Może z jed­nego bar­dzo waż­nego względu. Mia­łem wręcz aler­gię na ludzi powią­za­nych z Kościo­łem, a tu świec­kie osoby, z któ­rymi do dnia dzi­siej­szego utrzy­mu­jemy z żoną bar­dzo dobry kon­takt, potra­fiły tak wiele. Co cie­kawe, kolejny zbieg oko­licz­no­ści. Tadziu Kuczun, wice­pre­zes brac­twa Sama­ry­ta­nia, był nauczy­cie­lem języka fran­cu­skiego mojej żony w ogól­niaku. Nie widzieli się od cza­sów liceum.

K. B.: Dziś jest pan zupeł­nie innym czło­wie­kiem.

A.: Na dzień dzi­siej­szy jestem szczę­śli­wym nie­pi­ją­cym alko­ho­li­kiem. Pró­buję nieść posła­nie tam, gdzie mogę. Pro­wa­dzę swoją grupę AA, pro­wa­dzimy z żoną dzia­łal­ność, gdzie zatrud­niamy byłych więź­niów. Róż­nie z tym jest, ale chcę się pochwa­lić, że mam jed­nego swo­jego wycho­wanka, który pięć lat nie pije. To wszystko, od kiedy jest we mnie wiara. Ona jest praw­dzi­wym życiem, oddy­cha­niem pełną pier­sią, taką sku­mu­lo­waną ener­gią, która pcha naprzód, która spra­wia, że ja chcę... Wiara spra­wia, że bez lęku budzę się, bez lęku się kładę. Potra­fię podejść bez­in­te­re­sow­nie do nie­zna­jo­mego i spy­tać, czy dobrze się czuje.

K. B.: Kie­dyś nie trosz­czył się pan o innych?

A.: Moja mama pil­no­wała, żeby co nie­dziela być w kościele, żeby przy­naj­mniej raz wie­czo­rem odmó­wić razem pacierz. Mimo to byłem zadu­fa­nym w sobie sno­bem, samo­lu­bem, bo patrzy­łem tylko na sie­bie. Dzi­siaj wiem, że dosta­łem po łapach, bo to było coś w rodzaju testu dla mnie.

K. B.: Testu na czło­wie­czeń­stwo?

A.: Tak, tak. Powiem wię­cej. Mam za sobą 21 lat wię­zie­nia, prze­chla­łem całe swoje młode, doro­słe życie. Mimo to cie­szę się, że jestem recy­dy­wi­stą, że jestem alko­ho­li­kiem. Czemu? Gdy­bym nie był tym zgorzk­nia­łym recy­dy­wi­stą, gdy­bym nie był alko­ho­li­kiem, to nie umiał­bym doce­nić tego, co mam dzi­siaj. Poza tym nie poznał­bym armii tak wspa­nia­łych ludzi i przede wszyst­kim nie poznał­bym tak sie­bie samego.

K. B.: Sie­bie to zna­czy kogo?

A.: Pozna­łem Andrzeja, który potrafi zapła­kać i nie wsty­dzi się tego. Potrafi bez wstydu uklęk­nąć przed ołta­rzem, potrafi kochać, wysłu­chać, dora­dzić. Żeby nie robić z sie­bie takiego aniołka, to powiem, że zda­rza mi się też pod­nieść głos, trza­snąć drzwiami, przejść się 15 minut, a potem powie­dzieć "prze­pra­szam". Z tym Andrze­jem jest mi dobrze. Z Bogiem jestem pogo­dzony, z ludźmi chyba też. Chyba że nie da się jakichś kart odwró­cić... W wię­zie­niu otrzy­ma­łem łaskę wiary, bo w wię­zie­niu Boga bar­dzo potrzeba. Bez wiary i bez Boga nie ma wol­no­ści. Powtó­rzę to, co powie­dzia­łem na samym początku. Nie krata czyni z nas nie­wol­nika, tylko to, co mamy w sercu. Chcąc poczuć się wol­nymi, musimy otwo­rzyć się na Boga, ja w wię­zie­niu byłem wolny. Chciał­bym, by ludzie z wol­no­ści mieli wię­cej wiary w bliź­niego, bo w wię­zie­niu nie sie­dzą sami zwy­rod­nialcy. Sercu ludzi z wol­no­ści osa­dzeni odwdzię­czą się tym samym. Do tego wszyst­kiego konieczne jest zaan­ga­żo­wa­nie osób świec­kich. Ina­czej brzmi słowo czy­tane z kartki, z książki, a zupeł­nie ina­czej, gdy czło­wiek je sły­szy, widzi, może podejść i dotknąć.

K. B.: Panie Andrzeju, czy pan odwie­dza osa­dzo­nych?

A.: Tak, ale ostatni raz byłem ponad 2 lata temu, bo nasz mini­ster spra­wie­dli­wo­ści zaka­zał odwie­dza­nia zakła­dów kar­nych oso­bom, któ­rych okres opusz­cze­nia ostat­niego zakładu kar­nego nie prze­kra­cza 10 lat. Mnie zostały jesz­cze 2 lata. I jak to minie, znowu będę jeź­dził. To moja misja. Dam to, co dosta­łem, wiarę od Ani i Tadzia.

K. B.: Ma pan jakieś marze­nia?

A.: Szcze­rze? Ja mam wszystko, co kocham. Mam Boga, żonę, 5 psów, 2 koty, 100 gołębi i jest mi dobrze. Mam też swoją misję.

K. B.: I to się udało, dzięki Bogu.

A.: Dzięki Bogu, na razie się udaje.

Andrzej ma 56 lat. Wraz z żoną pro­wa­dzi firmę zaj­mu­jącą się han­dlem drew­nem opa­ło­wym, komin­ko­wym. To wła­śnie jest dzia­łal­ność, w któ­rej zatrud­nia byłych więź­niów, aby dać im szansę na zmianę życia. Mówi, że przy­jął nazwi­sko żony, bo chciał zmie­nić wszystko i, dzięki Bogu, to się udaje.

Patryk

PATRYK

Po spo­tka­niu z tym czło­wie­kiem mia­łam jedną myśl: Też tak chcę! Chcę potra­fić tak mocno trwać przy swo­jej wie­rze! Szczery, auten­tyczny, ujmu­jący w swo­jej praw­dzie i czu­ło­ści wobec dzieci, któ­rych głosy sły­sza­łam w tle, kiedy roz­ma­wia­li­śmy przez tele­fon. Przede wszyst­kim pokorny.

Kata­rzyna Borow­ska: Czym dla pana jest wiara?

Patryk: Od 10 lat jest dla mnie wszyst­kim. Cał­ko­wi­cie nowe życie. Wszystko, co mam, zawdzię­czam Bogu. Życie, które pro­wa­dzę teraz, jest moim dru­gim życiem. Pierw­sze jest to, które dosta­łem w łonie matki. Nie prze­sa­dzam, mówię dosłow­nie. To nie jest żadna meta­fora. To jest dru­gie życie, które dał mi Bóg. Wcze­śniej rów­nież był dla mnie ważny, ale nie w takim stop­niu jak teraz. Jest wszyst­kim, co mam. Jemu zawdzię­czam rodzinę, żonę i dzieci. Jemu zawdzię­czam zdro­wie, szczę­ście, a przede wszyst­kim to, że żyję. Z Bogiem wiodę uczciwe, nor­malne życie, takie, jakie zawsze chcia­łem. Mam je cał­ko­wi­cie i w zupeł­no­ści dzięki Panu Bogu.

K. B.: Jak wyglą­dało pań­skie życie, zanim spo­tkał pan Boga?

P.: Bóg zawsze był obecny w moim życiu, ale sta­wia­łem go na dru­gim pla­nie. Pocho­dzę z wie­rzą­cej, kato­lic­kiej rodziny. Wiarę w Boga zaszcze­piła we mnie bab­cia. Mama, cio­cie, cała rodzina od strony mamy była bar­dzo wie­rząca i prak­ty­ku­jąca. Siłą rze­czy Bóg zawsze był, ni­gdy tego nie nego­wa­łem. Jed­no­cze­śnie byłem bar­dzo podatny na dzia­ła­nie dru­giej strony. Impo­no­wała mi prze­moc i zło. Oczy­wi­ście zło, które sam zada­wa­łem, a nie to, któ­rego doświad­cza­łem. Jeśli mogłem być zły i groźny w swoim i innych mnie­ma­niu, to mnie bar­dzo pocią­gało i wcią­gnęło w pew­nym momen­cie cał­ko­wi­cie. Pochło­nęło mnie do tego stop­nia, że skoń­czyło się wię­zie­niem i wiel­kim cier­pie­niem zwią­za­nym z nało­giem nar­ko­ty­ko­wym. Ścią­gnęło mnie na dno i pra­wie cał­ko­wi­cie ode­brało mi życie. Wszystko. Radość z życia. Pomimo tego, że nie byłem jesz­cze za kra­tami, już byłem w wię­zie­niu.

K. B.: Pro­szę powie­dzieć coś wię­cej.

P.: Nie mogłem robić niczego, co kocha­łem. Sport, który upra­wia­łem pro­fe­sjo­nal­nie i który był wielką czę­ścią mojego życia, zszedł na bok. Pasja, jaką były moto­cy­kle, rów­nież. Nie było na to czasu i moż­li­wo­ści, ponie­waż odda­wa­łem się noc­nemu życiu, a w dzień... jak ktoś kie­dyś pró­bo­wał nar­ko­ty­ków, to wie. Są fazy unie­sie­nia, a potem fazy zej­ścia. To wiel­kie cier­pie­nie. Byłem świa­domy tego, co się dzieje. Widzia­łem, że życie ucieka mi przez palce. Mimo to leża­łem pod koł­drą i obwi­nia­łem się, że prze­staję kon­tro­lo­wać życie albo byłem pod wpły­wem uży­wek. Tak to się cią­gnęło. W pew­nym momen­cie zda­łem sobie sprawę, że już sam z tego nie wyjdę. Byłem uwię­ziony. Kon­takty z bli­skimi mocno się pogma­twały, wszystko zaczęło się psuć. Gdy czło­wiek jest zanu­rzony w zło, ono go cał­ko­wi­cie pochła­nia. To jest zło w peł­nym tego słowa zna­cze­niu. Tam, gdzie ono się poja­wia, wszystko jest złe. Emo­cje są złe. Nie ma miło­ści, przy­jaźni. Jest cały czas złość, nie­na­wiść, pre­ten­sja...

K. B.: Nie ma wol­no­ści.

P.: Nie ma, zupeł­nie.

K. B.: Jaką dys­cy­pliną sportu pan się zaj­mo­wał?

P.: Byłem pię­ścia­rzem. Bok­so­wa­łem w pol­skiej eks­tra­kla­sie w pierw­szej lidze. Półka, która gwa­ran­to­wała zarobki, moż­li­wość utrzy­ma­nia się. Potem przy­szła kon­tu­zja. Mia­łem wypa­dek moto­cy­klowy, dosyć poważny.

Nie potrze­bo­wa­łem zna­jo­mych, żeby się odda­wać przy­jem­no­ściom zwią­za­nym z nar­ko­ty­kami. Po pro­stu ćpa­łem sam, w domu. Nie potrze­bo­wa­łem już imprez. Bra­łem jakąś dziew­czynę, tro­chę wódki czy whi­sky i tyle.

K. B.: Potem tra­fił pan do wię­zie­nia. Na jak długo i za co?

P.: Na trzy lata. Naj­pierw sank­cja 10 mie­sięcy i dwa lata wyroku. I tak nie był to wysoki wyrok za zarzuty, jakie mi posta­wiono. To wła­ści­wie sze­reg zarzu­tów, za udział w zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej.

K. B.: Zga­dza się pan z tymi zarzu­tami?

P.: Nie do końca. Oczy­wi­ście wię­zie­nie mi się nale­żało, ale... To było kilka wyro­ków, które skła­dały się na jeden. Nie­które z nich były nacią­gane. Ale jak naj­bar­dziej zasłu­ży­łem sobie na wyrok, na karę. Na początku byłem roz­go­ry­czony, pełen pre­ten­sji i żalu. Gdy już cały kurz opadł, to zna­czy, jak już byłem w wię­zie­niu, wie­dzia­łem, że jestem w naj­lep­szym dla mnie miej­scu. Mia­łem przy­mu­sowy detoks, odwyk i to mnie ura­to­wało.

K. B.: Skąd ta pew­ność?

P.: Pró­bo­wa­łem wcze­śniej wal­czyć z nało­giem. Monar i spo­tka­nia z pry­wat­nymi tera­peu­tami... ale to nic nie dawało. Jedyną opcją, która mogła coś dać, był oddział zamknięty. I to nie dwu­ty­go­dniowy, tylko dłuż­szy, albo wię­zie­nie. Dla­tego wiem, że wię­zie­nie przy­szło w naj­bar­dziej odpo­wied­nim momen­cie.

K. B.: Prze­pra­szam, że tak to powiem: Wię­zie­nie zła­pało pana za mordę, a pan tego wła­śnie potrze­bo­wał.

P.: Dokład­nie tak. Może pani w ten spo­sób roz­ma­wiać, spo­koj­nie. Wię­zie­nie zła­pało mnie za mordę, bo żaden czło­wiek nie był w sta­nie, ani prośbą, ani groźbą. Nie szło tego zatrzy­mać.

K. B.: Bóg zatrzy­mał pana w wię­zie­niu?

P.: Na pewno był przy tym. Cza­sami działa w ten spo­sób, że czło­wiek cierpi, bo uważa, że kara mu się nie należy. Ja też dopiero z per­spek­tywy czasu dostrze­głem, że w tam­tym momen­cie to było naj­lep­sze, co mogło się stać. Tak przy­naj­mniej było w moim przy­padku. Bóg zna prze­szłość i przy­szłość. Tak układa los, że czło­wiek nie jest w sta­nie tego roz­gryźć. Byłem na równi pochy­łej. On tak pokie­ro­wał moim życiem, że moment, w któ­rym mnie aresz­to­wali, to był naj­lep­szy moment dla mnie.

K. B.: Dużo w tym pokory.

P.: Pokora to klucz do wszyst­kiego. Pycha jest cechą dia­bła, pro­wa­dzi do zatra­ce­nia i nie­szczę­ścia. Pokora spra­wia, że czło­wiek potrafi się ze wszyst­kiego cie­szyć, a smutki w miarę nor­mal­nie znieść. Za każ­dym razem, gdy byłem zuchwały, dosta­wa­łem lek­cję pokory. Nauczy­łem się, że lepiej być pokor­nym, wtedy nie trzeba się mar­twić, że przyj­dzie zaraz jakaś bole­sna lek­cja.

K. B.: Czy pamięta pan moment, w któ­rym posta­wił pan Boga na pierw­szym miej­scu?

P.: Taki moment... Nie potrze­bo­wa­łem zna­jo­mych, żeby się odda­wać przy­jem­no­ściom zwią­za­nym z nar­ko­ty­kami. Po pro­stu ćpa­łem sam, w domu. Nie potrze­bo­wa­łem już imprez. Bra­łem jakąś dziew­czynę, tro­chę wódki czy whi­sky i tyle. Po któ­rymś razie, wzią­łem wtedy dużą ilość koka­iny, mia­łem cięż­kie zej­ście. Wie­dzia­łem, że jest po zawo­dach. Nic i nikt nie jest w sta­nie mi pomóc. Zaczą­łem się modlić. Powie­dzia­łem: "Pomóż mi, pro­szę cię, pomóż mi. Jak teraz mi nie pomo­żesz, to się powie­szę, bo nie zniosę tego dłu­żej". Wtedy gdzieś w pod­świa­do­mo­ści, z tyłu głowy usły­sza­łem głos, który powie­dział do mnie: "Walcz z nim". I w tym momen­cie zrozumia­łem, że za tym wszyst­kim stoi dia­beł, demon. To pułapka, w którą dałem się zła­pać. Pró­bo­wa­łem wal­czyć. W moim życiu poja­wiały się sceny, które jasno i wyraź­nie poka­zy­wały, że stoi za tym dia­beł.

K. B.: Poda pan przy­kład?

P.: To była noc. Spa­łem, byłem trzeźwy. Same włą­czały się filmy por­no­gra­ficzne, zapa­lały się świa­tła. Wtedy zaczy­na­łem się modlić. Tego typu tematy się działy. Dia­beł nie chce, żeby go było widać. On nie chce być roz­po­znany, nie chce, aby ludzie o nim wie­dzieli. Wiem, że dzięki inge­ren­cji boskiej zły musiał się ujaw­nić, poka­zać, jak wielka jest jego nie­na­wiść, gdy pró­buję się opie­rać, nie iść w grzech. Bóg poka­zał mi to jasno i dosad­nie. Zaży­wa­nie nar­ko­ty­ków, koka­ina - to jest grzech. Roz­wią­złość sek­su­alna rów­nież. To jest gra sza­tana, to jest coś, co mu się podoba.

K. B.: Trudno było oprzeć się złemu?

P.: Gdy zawra­ca­łem z drogi potę­pie­nia, jemu się to nie podo­bało i wyraź­nie poka­zy­wał, że jest i zależy mu na tym, żebym nie zawra­cał. Potem byłem świad­kiem egzor­cy­zmów, raz, drugi, trzeci, piąty. Jeśli ktoś był przy praw­dzi­wym opę­ta­niu, to wie, że to nie są rze­czy uda­wane ani cho­roby psy­chiczne. Cho­roby psy­chiczne mogą być podobne. Widzia­łem, jak opę­tany wymie­niał grze­chy ludzi, któ­rzy stali obok. Czło­wiek chory psy­chicz­nie nie jest w sta­nie tego zro­bić. Czar pry­ska, oczy się otwie­rają, jak widzi się praw­dziwe opę­ta­nie czło­wieka.

K. B.: Pan się pod­dał egzor­cy­zmom?

P.: Nie, ja nie mia­łem opę­ta­nia. Może przez grzech, który się we mnie rodził, budził i wzmac­niał, otwie­ra­łem się na opę­ta­nie, ale na szczę­ście nie doszło do tego.

K. B.: Zna pan objawy opę­ta­nia?

P.: Wstręt do sacrum, widze­nie rze­czy, któ­rych nie da się widzieć, zna­jo­mość cudzej prze­szło­ści, sły­sze­nie cudzych myśli, wypo­wia­da­nie nie­zro­zu­mia­łych dźwię­ków, trans, któ­rego czło­wiek nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać. Po pro­stu nagle traci się przy­tom­ność i uru­cha­mia się drugi byt, który jest w czło­wieku, i on przej­muje kon­trolę. Zmie­niają się rysy twa­rzy, głos. Jest wielka nie­na­wiść do bli­skich: do matki, żony, brata. Chęć zabi­cia tych ludzi i sze­reg innych rze­czy.

K. B.: Kara pozba­wie­nia wol­no­ści przy­szła chwilę po tym, kiedy popro­sił pan Boga o pomoc, tak?

P.: Wię­zie­nie nastą­piło po nawró­ce­niu. Tak.

K. B.: Nie­ła­two chyba odby­wać karę wię­zie­nia, będąc nawró­co­nym.

P.: To było o wiele łatwiej­sze, niż się pani wydaje. Cho­dzi o to, czy nie było mi wstyd mówić o Bogu?

K. B.: Tak. I czy nie padały komen­ta­rze, prze­śmiewki...

P.: Abso­lut­nie nie. Przede wszyst­kim nale­ża­łem do sub­kul­tury gryp­su­ją­cej. To już dawało mi pew­ność, że nikt nie będzie nawet pró­bo­wał się ze mnie wyśmie­wać. Poza tym jestem w miarę spraw­nym męż­czy­zną, myślę, że z cha­rak­te­rem, i nie pozwo­lił­bym sobie na to, żeby ktoś pró­bo­wał się ze mnie naśmie­wać. Ale nie o to cho­dzi. Więk­szość więź­niów wie, że jest Bóg, że wiara to coś wspa­nia­łego. Nikt się z tego nie śmieje. Chło­pacy, któ­rzy sie­dzą, w więk­szo­ści po pro­stu nie rozu­mieją tego wszyst­kiego. Nie zdają sobie sprawy z tego, że to, co robią... to demon. W pry­wat­nych roz­mo­wach wyznają, że Bóg to dobro, któ­rego każdy potrze­buje. Każdy wie o zasa­dach, o byciu lojal­nym, cha­rak­ter­nym przede wszyst­kim. Aby być cha­rak­ter­nym, trzeba mieć w sobie dobro. Jak tego nie ma, to nie­stety nie ma bycia faj­nym. Dobro to Bóg. Każdy pożąda tego dobra, chciałby być postrze­gany jako dobry, cha­rak­terny, odważny.

K. B.: To nie­by­wałe. Z tego, co rozu­miem, każdy chło­pak, który sie­dzi w wię­zie­niu, pra­gnie być dobry i wie, że dobro pocho­dzi od Boga?

P.: Nie wiem, czy wszy­scy zdają sobie z tego sprawę, ale więk­szość tak. Bycie cha­rak­ter­nym jest postrze­gane jako coś dobrego. A to pocho­dzi od Boga. Od złego pocho­dzi fałsz, obłuda, kurew­stwo, okra­da­nie swo­ich, sypia­nie z cudzymi żonami, oszu­ki­wa­nie wspól­ni­ków. Wtedy na takiego kogoś mówi się, że jest parówą, fra­je­rem. Dobre cechy pocho­dzą od dobrego, tylko że nie wszy­scy się nad tym zatrzy­mali, nie wszy­scy pró­bują o tym roz­my­ślać, roz­k­mi­niać to. Ale tak jest.

K. B.: Jak wygląda kate­chi­za­cja osa­dzo­nych?

P.: Do wię­zie­nia, w któ­rym sie­dzia­łem, przy­cho­dziło brac­two wię­zienne Sama­ry­ta­nia. Każdy mógł uczest­ni­czyć w spo­tka­niach, ale uczest­ni­czyło nie­wielu. Uwa­żam, że powo­dem było leni­stwo. Nie chciało się wstać i przyjść pomo­dlić się. Poza tym nie­któ­rzy się wsty­dzili.

K. B.: Osa­dzeni roz­ma­wiają o Bogu i wie­rze?

P.: Każdy chciał być dobry, nikt ni­gdy nie powie­dział źle o Bogu, przy­naj­mniej ja nie sły­sza­łem. Nie każdy jed­nak chciał zadać sobie trud, aby iść w tym kie­runku. Na zasa­dzie: wie­rzący nie­prak­ty­ku­jący.

K. B.: Dość popu­larne stwier­dze­nie.

P.: Nie ma cze­goś takiego. Jeśli wie­rzysz, to prak­ty­ku­jesz. Jeśli nie­prak­ty­ku­jący, to nie­wie­rzący. Ja tak to widzę. W zakła­dzie kar­nym nikt ni­gdy źle nie powie­dział o Bogu, przy­naj­mniej w mojej obec­no­ści. Oczy­wi­ście nie należy mylić tego z Kościo­łem, bo na temat Kościoła i księży były wyda­wane różne opi­nie. Praw­dziwa kate­chi­za­cja pły­nęła od brac­twa. W tych ludziach jest wiara, nikogo nie potę­piają. Od nich wręcz bije wiara. To nie są ludzie, któ­rzy przy­szli sobie poga­dać. Jeśli ktoś wie­rzy, oni dają moż­li­wość posze­rza­nia wiary. Ludzie mądrzy duchowo. Bar­dzo mądrzy.

K. B.: Księża rów­nież się anga­żo­wali?

P.: Tak, przy­cho­dzili księża, któ­rzy pro­wa­dzili msze, ale mia­łem wra­że­nie, że nie do końca chyba umieli się odna­leźć. Choć byli mili, ser­deczni, sym­pa­tyczni, pro­wa­dzili msze z wielką wiarą. Nie tylko, aby odpra­wić i ucie­kać. Ludzie z Sama­ry­ta­nii dbali o to, aby księża prze­wo­dzili ich dzia­ła­niom na rzecz osa­dzo­nych. Zabie­gali o to, by odby­wały się msze. Byli ste­rem. Nakrę­cali, napę­dzali kate­chi­za­cję w wię­zie­niu.

K. B.: Ducho­wość gryp­su­ją­cych wydaje się dość głę­boka.

P.: Mają oni na pewno świa­do­mość, że Bóg jest i daje szczę­ście. Mają sza­cu­nek do Boga, przy­naj­mniej w więk­szo­ści przy­pad­ków. Nie wie­dzą dużo, ale pytają. Nie jestem omni­bu­sem i oczy­wi­ście nie wiem wszyst­kiego, ale na tyle, na ile mogłem, odpo­wia­da­łem. Obser­wo­wa­łem, jak chło­pacy zaczy­nali patrzeć ina­czej na życie, zmie­niało się ich nasta­wie­nie do wiary i świata. Zdaje mi się, że w ich domach była reli­gia i mieli świa­do­mość, że Bóg jest i jest dobry.

K. B.: Co robiło na nich naj­więk­sze wra­że­nie?

P.: Szcze­rze mówiąc, może to zabrzmieć zuchwale, a w żaden spo­sób nie chciał­bym być zuchwały. Naj­bar­dziej byli zdzi­wieni tym, że ja, będąc w dosyć moc­nej zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­pie prze­stęp­czej, z moc­nymi zarzu­tami i mocną oso­bo­wo­ścią, potra­fi­łem mówić otwar­cie o Bogu, otwar­cie się do Niego przy­zna­wać. Myślę, że to robiło na nich naj­więk­sze wra­że­nie. Spo­dzie­wali się, że będę paja­co­wał, uda­wał nie wia­domo jak groź­nego gang­stera. Ale ja tego nie robi­łem, nie chcia­łem być fał­szywy. Ta pokora robiła na nich wra­że­nie.

K. B.: Auten­tycz­ność jest fascy­nu­jąca.

P.: Nie byłem żad­nym ido­lem, nic z tych rze­czy. Byłem nor­mal­nym chło­pa­kiem. Nie byłem też men­to­rem. Zresztą oni nie szu­kali nauczy­ciela. Mnie miłość Boża nie dzi­wiła ni­gdy. Wie­dzia­łem, że On mnie kocha, że ze mnie nie zre­zy­gno­wał, i tylko On może mi pomóc.

K. B.: Skoro tak, to co się wyda­rzyło, że poszedł pan w stronę grze­chu?

P.: Byłem młody, wytre­no­wany fizycz­nie, mia­łem gorącą krew. Na tym się opie­ra­łem, budo­wa­łem poczu­cie wła­snej war­to­ści. Prze­moc i siła toro­wały mi drogę. Krok po kroku, krok po kroku i pole­ciało. Ludzie, z któ­rymi się zada­wa­łem, byli mojego pokroju, byli­śmy na tej samej ścieżce. Wie pani, jak to jest - w gru­pie siła. Pię­ciu o takich samych cha­rak­te­rach - zaczyna się nie­bez­piecz­nie. Jeden dru­giego pod­kręca. Do takiego sportu, jaki upra­wia­łem, idą tem­pe­ra­mentni. Pię­ścia­rze to nie są grzeczni ludzie z książką w ręku.

K. B.: Pierw­sze nar­ko­tyki...

P.: Sam wzią­łem. To nie tak, że byłem biedny, pokrzyw­dzony, bo ktoś mnie wcią­gnął. Tre­ningi, wyjazdy, cią­gły reżim tre­nin­gowy wyma­gał ode mnie wielu wyrze­czeń. Gdy przy­cho­dził czas odpo­czynku, zabawy, to korzy­sta­li­śmy. Jeden jest podatny na alko­hol, drugi na papie­rosy, a ja na nar­ko­tyki. Znaj­do­wa­łem w tym odprę­że­nie. Nie wszyst­kie nar­ko­tyki lubi­łem. Naj­bar­dziej przy­pa­dła mi do gustu koka­ina. Mia­łem do niej dostęp, więc korzy­sta­łem. Inne nar­ko­tyki mnie nie inte­re­so­wały. Koka­ina to było naj­więk­sze szczę­ście.

K. B.: Ile mie­sięcz­nie pła­cił pan za to szczę­ście?

P.: Około dzie­się­ciu, pięt­na­stu tysięcy. To było wącha­nie i pale­nie, a pale­nie jest dro­gie. Mówię o cza­sie, gdy osią­gną­łem apo­geum. Nakłady finan­sowe są nie­wy­obra­żalne, wiem. Dla­tego też ćpa­nie wpę­dza czło­wieka w takie stany depre­syjne.

K. B.: Droga prze­stęp­cza była formą zara­bia­nia na nar­ko­tyki?

P.: Przede wszyst­kim. Jako prze­stępca zara­bia­łem na życie i nar­ko­tyki. Na nar­ko­ty­kach też zara­bia­łem. To było moje życie. Prze­stęp­stwa dla zarobku i tra­ce­nie tych pie­nię­dzy na nar­ko­tyki. "Brudno zara­biasz, brudno wyda­jesz". Nawet jeśli ktoś nie wszedł w nar­ko­tyki, tylko ina­czej tego brudu zaznał. Nie ma cze­goś takiego, że ktoś zara­bia na nar­ko­ty­kach i potem jest szczę­śliwy. Coś się zawsze spier­doli, zawsze.

K. B.: Długo jest pan czy­sty?

P.: Ład­nych parę lat. Wia­domo, zda­rzały się upadki, ale ogól­nie od ośmiu, dzie­się­ciu lat nie cią­gnie mnie do nar­ko­ty­ków. Dziś mam synka i dwie córeczki. Księż­niczki moje malut­kie i kochane. Poza Bogiem naj­wyż­szą war­to­ścią jest moja rodzina, kon­takty z bli­skimi i przy­ja­ciółmi.

K. B.: Święty Paweł mówi: "Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś naj­więk­sza jest miłość"3. Czym ona jest dla pana?

P.: Speł­nie­niem. Wszyst­kim tym, czego czło­wiek pra­gnie i ocze­kuje od życia.

K. B.: Nadzieja?

P.: Sen­sem życia.

K. B.: Wiara?

P.: Myślę, że to się łączy. Wszystko pocho­dzi od Boga, nie roz­gra­ni­czał­bym tego. Wiara, nadzieja i miłość to Pan Bóg total­nie i bez reszty.

K. B.: Co by pan powie­dział funk­cjo­na­riu­szom służby wię­zien­nej?

P.: Żeby pró­bo­wali posta­wić się w sytu­acji ska­za­nych, żeby zaczęli uży­wać wyobraźni. Nie zawsze ich punkt widze­nia musi być tym praw­dzi­wym. Żeby spró­bo­wali zro­zu­mieć, czym mogła się kie­ro­wać osoba. Jeśli posze­rzą swoje hory­zonty, wtedy punkt widze­nia będzie inny.

K. B.: A ludziom z wol­no­ści i ska­za­nym?

P.: Tym, któ­rzy jesz­cze nie doświad­czyli wię­zie­nia, powie­dział­bym, że to nie jest dla ludzi myślą­cych, któ­rzy potra­fią roz­wa­żać to, co się wyda­rzyło. Wię­zie­nie nie jest dla tych, któ­rzy mają pasję, kochają życie, rodzinę i bli­skich. Ska­zani niech zaczną wię­cej roz­k­mi­niać, uży­wać głowy i myśleć na temat wiary i Boga. Wtedy na pewno zro­zu­mieją. Nie trzeba być do tego omni­bu­sem.

Patryk Frąc­ko­wiak ma 41 lat. Regu­lar­nie cho­dzi do kościoła ze swoją rodziną. Twier­dzi, że naj­waż­niej­szą modli­twą jest Ojcze nasz. Lubi też odma­wiać modli­twę do anioła stróża i Michała Archa­nioła. Zapy­tany, czy w wię­zie­niu jest miej­sce dla Boga, odpo­wie­dział: - Zde­cy­do­wa­nie! Mówi, że obser­wo­wał wśród służby wię­zien­nej nie­wiarę w dru­giego czło­wieka, ale nie dziwi się, bo jak twier­dzi, 95 pro­cent recy­dywy tra­fia za kratki na wła­sne życze­nie. Roz­mowa jest pod­pi­sana jego imie­niem i nazwi­skiem jako świa­dec­two sła­wiące chwałę Boga. Kiedy podzię­ko­wa­łam mu za roz­mowę, usły­sza­łam ser­deczne: "Z Panem Bogiem, do widze­nia".