Wiara zwierząt. Cykl Wojna pojmanego. Tom 2 - James S.A. Corey


Reflow text when sidebars are open.
Z archiwalnego wpisu bibliotekarza zarządzającego, pierwszego pośród sług Sovran:
Wolą Sovran jest, by miejsca, w których wojna przeciw bezśmiertnym otworzyła nowe tereny, badane były z użyciem narzędzi i umysłów mogących zapewnić nowe perspektywy. W szczególności niezbadane systemy w kierunku obrotu od piątego korpusu...
Z archiwalnego wpisu bibliotekarza monitorującego korpusów wiedzy i wspomnień:
...jeszcze osiemdziesiąt tysięcy. Miejsca, w których wojna przeciw bezśmiertnym otworzyła dotąd niezbadane tereny, zostaną zidentyfikowane i skieruje się tam dodatkowe zasoby badawcze oraz gromadzenia informacji. Dane głębokiego rezonansu z nowej w...
Z archiwalnego wpisu bibliotekarza wykonawczego projektów badawczych:
...ósmy daktyl kończyny. Zasoby, które gromadzą informację, zostaną zidentyfikowane i zmobilizowane. Priorytetem będą zwierzęta, sprzęt i kombinacje z potencjałem uzyskania nowych informacji z analiz taktycznych oraz fizycznych. Te zostaną przekazane do...
Z archiwalnego wpisu bibliotekarza nadzorującego zasobów zwierzęcych:
...w odniesieniu do ich utrzymujących się poziomów populacji. Zostaną zgrupowane zwierzęta z potencjałami zmysłowymi i poznawczymi o prawdopodobieństwie uzyskania nowych informacji: [Grupa 1: wodne, wysoka kwasowość, krzem/węgiel] [Grupa 2: naziemne, odporne na tlen, węglowe] [Grupa 3: naziemne, beztlenowe, krzemowe/węglowe] [Grupa 4: ...
Z archiwalnego wpisu bibliotekarza-dozorcy moiet tymczasowych:
...osiągnęły wyniki gorsze od oczekiwanych i zostaną wyeliminowane. Ich zasoby zostaną przekierowane do moiet Manacatów z Paol, Czerwonych Sybilli z Soun oraz Ludzi z Anjiin. Ponadto moiety Manacatów, Czerwonych Sybilli oraz Ludzi mają wskazać osobniki oraz małe grupy do wykorzystania w terenie i zapewnić wystarczające zasoby...
***
Anjiin była domem czterech i pół miliarda ludzi. Carryx zabrali niecałe cztery tysiące z nich, by służyli w ich planetarnym pałacu.
Jedna siódma zginęła podczas podróży, od chorób lub wypadków po przybyciu na miejsce. Gdy ludzkość dowiodła swej wartości w oczach imperium, grupy -?a czasem izolowane jednostki -?rozproszone w pierwszych dniach niewoli zostały zebrane razem niczym zagubiona rodzina odnajdująca się w dziczy, poza niemal pięciuset osobami, które wydzielono i wysłano z zadaniami zrozumiałymi wyłącznie dla samych Carryx.
Zamieszkiwana teraz przez ludzi nowa przestrzeń była jak pojedynczy wielki budynek przeznaczony dla ludzkiego roju, równocześnie bardziej autentycznego i głęboko zmienionego. Zmniejszyły się dziury w pojmowaniu ludzi przez Carryx. Łazienki wyposażono teraz w dozowniki czerwonego żelu myjącego, zamiast spryskiwania nim na początku każdego prysznica. Uwzględniono tajemnice związane ze strzyżeniem włosów, przycinaniem paznokci i radzeniem sobie z menstruacją. Niewymowne poniżenia ludzkiego życia stały się odrobinę znośniejsze.
W zamian korytarze były szersze, ściany lekko zwężały się ku górze, a powietrze przybrało gryzącą woń podobną do żywicy i soli. Dziwny zapach był wszędzie, przenikał wszystko, a przez to stał się niezauważalny. Ludzie zdawali sobie z niego sprawę, tylko gdy wracali z wypraw do wspólnych przestrzeni planetarnego pałacu albo po spędzeniu czasu w małym ogrodzie na szczycie budynku mieszkalnego, gdzie wiał chłodny wiatr, rzadki jak powietrze na szczycie góry. Widok stamtąd zapierał dech w piersiach.
Od wschodu z powierzchni planety wyłaniały się dwa olbrzymie łuki, zakrzywiając się ponad atmosferą. Ich boki usiane były światłami: ozdobnymi, funkcjonalnymi lub po prostu blaskiem miliona okien. Pod nimi spośród chmur wyłaniały się czarne sylwetki zigguratów, rozciągające się do odległego horyzontu.
Sam ogród był mniejszy od placu przed mieszkaniem Dafyda na Anjiin. Rosło tam jedno drzewo z bardzo ciemnobrązową korą i grubymi, skórzastymi liśćmi, a do tego klomb dzikiej mięty oraz nieustannie szemrząca wodą fontanna z czarnego metalu i jasnego kamienia, sięgająca do pasa stojącemu Dafydowi. Zdumiewało go, że coś tak skromnego mogło sprawiać wrażenie luksusu.
Mały Sinen wyglądający jak skrzyżowanie kozy z mątwą dokończył wygłaszanie swego obwieszczenia, po którym przycisnął kciuki do oczodołów. Ból głowy nie chciał ustąpić. Usłyszał docierające od schodów odgłosy kroków Jellita i nie uniósł wzroku.
-?Coś nie tak? -?zapytał tamten.
-?Kolejne wezwanie od mego pana i władcy -?wyjaśnił Dafyd. -?Ekur chce o czymś porozmawiać.
-?Kolejne modyfikacje naszych zadań i obowiązków?
-?Dowiem się, kiedy do niego dojdę -?stwierdził Dafyd i dźwignął się z miejsca. -?Coś, o czym powinienem wiedzieć z laboratorium obrazowania?
-?Nic, czego nie ma w raporcie -?powiedział Jellit.
Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale tego nie zrobił, więc Dafyd ruszył w dół schodów prowadzących do moiety. Posłaniec Sinen podążył za nim.
Campar wyjechał na jakąś tajemniczą wyprawę dla Carryx. Tak samo jak Rickar. I Jessyn. Przynajmniej na ile Dafyd wiedział, gdziekolwiek ich wysłano, wciąż żyli. Nöl, Synnia, Else oraz Irinna zginęli. Z grupy znanej Dafydowi na Anjiin otaczali go teraz już tylko Tonner, który go nienawidził, oraz Jellit, który zmienił się z niemal wroga we wspólnika Dafyda w ujawnieniu ludzkiego buntu przeciwko Carryx. Łączyła ich teraz krew na rękach.
Dla wszystkich, którzy nie znali go wcześniej, Dafyd był głosem Carryx. Człowiekiem, z którym należało rozmawiać, gdy coś było potrzebne, oraz osobą przekazującą żądania imperium. Najwyższym kapłanem pośredniczącym między swoim ludem a jego niemal boskimi panami.
Zatrzymał się w swoim pokoju. Wszędzie leżały sterty papierów i notatek z listami nazwisk wszystkich członków ludzkiej populacji, informacjami o tym, kim byli przed inwazją Carryx i co robili teraz. Czego chcieli. Czego potrzebowali. Zgarnął kilka stron z przygotowanymi notatkami.
Wciąż brakowało najbardziej potrzebnego mu raportu. Oczywiście.
-?Muszę wstąpić do laboratoriów -?odezwał się do nadzorcy Sinen Dafyd. - Tonner miał mi przekazać nowe informacje, ale ich tu nie ma.
Mała skrzyneczka noszona przez niego na piersi wyemitowała serię mokrych kaszlnięć, a Sinen odpowiedział cichym trelem i westchnięciem. Głos, który dobiegł ze skrzynki na piersi, brzmiał beznamiętnie.
-?Jeśli to zrobisz, zrobisz to.
Nie było to pozwolenie, a raczej groźba. Wyszedł z powrotem na wspólny korytarz i ruszył nim, a napięcie w skroniach odczuwał jak dźwiganie niewidzialnej korony.
Awans ludzkiej moiety przyniósł ze sobą falę nowego sprzętu i materiałów, choć zostawili przy tym za sobą wszelkie znajome ludzkie projekty. Zbiorniki i lodówki, inkubatory i oznaczenia białkowe, spektrometry i mikroskopy pseudosoczewkowe w nowych laboratoriach były najlepszymi projektami imperium Carryx, produktem geniuszu i wiedzy tysięcy innych gatunków. Maszyny kojarzyły się Dafydowi z zawartością jakiejś egzotycznej sadzawki zalewowej wyciągniętą na brzeg przez ciekawskie dziecko. Niektóre z przedmiotów były groteskowe, inne piękne, a parę wykraczało poza ludzkie pojęcie.
Nowym zastępcą Tonnera był wysoki, chudy mężczyzna imieniem Brun, o ciemnych włosach i z niemal komicznie wystającą krtanią. W poprzednim życiu był dyrektorem jednej z odnoszących największe sukcesy na Anjiin spółdzielni produkcji chemicznej. Teraz stał z kilkoma innymi ludźmi nowego zespołu Tonnera, przypatrując się czemuś wyglądającemu jak segmentowany wierzch ogona raka wielkości stołu. Wzrok Bruna rozpromienił się na widok Dafyda.
-?To statyczna wirówka -?poinformował z uśmiechem. -?Widziałeś coś lepszego?
W myślach Dafyda płonęły słowa "Gdzie jest Tonner?", ale zamiast tego powiedział:
-?Statyczne co?
-?Wiem -?rzucił Brun. -?Mówisz małemu półumysłowi tej rzeczy, jakie chcesz przyśpieszenie przez jaki czas, a ona generuje właściwe ciążenie bez wirowania. W ogóle nie mam pojęcia, jak to robi, ale zapewnia precyzyjną kontrolę ciążenia, z którą nie równa się nic, co dotąd widziałem. Jest genialne.
-?Gdzie jest Tonner?
-?W starych laboratoriach -?odparł Brun. -?Powiedział, że wróci po południu, ale wiesz, jaki bywa.
Dafyd skierował się ku wspólnym przestrzeniom z drepczącym mu po piętach Sinen. Przyśpieszył kroku.
Z początku, kiedy tu dotarli, katedra stanowiła miejsce cudów i koszmarów: teren wypełniony obcymi ciałami zdolnymi przytłoczyć każdego. Głęboka, tektoniczna wręcz obcość wystarczyła, by wzbudzić poczucie zniszczenia. Teraz Dafyd obchodził dziwne niemal kraby wielkości psów, nie poświęcając im nawet jednej myśli. Jarzące się niebieskie muszki były tak małe, że obawiał się wciągać powietrze, przechodząc między nimi, by żadna nie wylądowała mu w gardle. Obok przemaszerowali Fylarchowie z Astrdeim, z jarzącymi się oczami, migotliwymi stawami, równie znajomi jak kiedyś autobusy i rowery. Wysoko w powietrzu kłębili się Eddintowie z Lof, a przy ziemi klikali do siebie Oumenti i Soun. Każde z nich miało swoje miejsce w świecie Carryx, jakąś rolę pełnioną dla swoich panów. Dafyd niemal nie zwracał już uwagi na fakt, że nie miał pojęcia, co właściwie robili. Jego umysł wzniósł ściany między rzeczami, które musiał wiedzieć, i takimi, które mógł bezpiecznie ignorować.
Lawirował przez szeroki plac dostępny dla wszystkich moiet i dotarł do ściany z aneksem laboratoryjnym przejętym przez nich od Spijaczy Nocy: małego korytarza z wysoką płytą blatu i znajomym sprzętem. Szklane sześciany mieszczące jagody i nie-żółwie były teraz puste. Tamten projekt dobiegł końca i zaczął się nowy.
Czas, który upłynął od opuszczenia Anjiin, skurczył Tonnera Freisa. To było coś więcej niż wygląd fizyczny. Przed ich zniewoleniem Tonner był - przynajmniej przez chwilę -?najsłynniejszym naukowcem na planecie. Jego przedwcześnie posiwiałe włosy kontrastowały wtedy z młodością i wigorem. Teraz twarz nabrała surowości. Nie był to skutek wieku, choć go naśladował. Opierał się o stary aparat do oznaczeń białek. Palce ręki z niemal wygojonym złamaniem wystawały spod opatrunku i ocierały się o siebie, jakby próbowały coś znaleźć. Na widok Dafyda pokręcił głową.
-?Nowy sprzęt laboratoryjny to błąd -?oznajmił zamiast powitania. - Musimy zabrać się do pracy. Pracy. A nie spędzać pół roku na opanowaniu obsługi zupełnie nowego sprzętu. Wiedza instytucjonalna jest bardzo cenna. Nie możesz po prostu wszystkiego wyrzucić dlatego, że rządzące nami karaluchy zdecydowały się dać ci nowe zabawki.
Tłumacz na piersi Sinen wybulgotał do niego słowa Tonnera. Dafyd drgnął, a potem ostrzegawczo zamachał w powietrzu.
To coś słucha. Uspokój się.
-?To nie była moja decyzja.
-?Myślałem, że decydujesz o wszystkim -?warknął Tonner. -?Nie jesteś tu szefem?
-?Wiesz, że nie -?przypomniał Dafyd.
Tonner zerknął na Sinen trzymającego się w przestrzeni za nimi i uśmiechnął się drwiąco.
-?Cokolwiek powiesz.
-?Zostałem wezwany do bibliotekarza. Potrzebny mi twój raport.
-?Nie mam go -?odpowiedział Tonner, a potem, widząc wyraz twarzy Dafyda, dodał: -?Straciłem zespół. Szkolę nowy, i to nie tak, żebyś dał mi grupę posłusznych, nowych, młodszych asystentów. Brun kierował swoim związkiem, Addira ma za sobą dwadzieścia lat własnych badań, Abfoss miał za parę lat iść na emeryturę. Wszystkim się wydaje, że znają lepszy sposób na robienie wszystkiego. Nikt z nich nie robi po prostu tego, co im, do cholery, każę. Miałem grupę. Miałem ludzi. -?Głos Tonnera załamał się na ostatnim słowie i potrzebował kilku sekund, żeby się opanować. -?A więc tak. Powiedz, proszę, królom karaluchów, że robię, co mogę, żeby przyśpieszyć pracę, i czasami napisanie notatki na ten temat ma dla mnie niższy priorytet niż sama praca.
-?Czy możesz mi po prostu powiedzieć, jak wygląda sytuacja? Tylko słowami.
Tonner wzruszył ramionami, a analizator zadźwięczał w sposób oznaczający, że przechodzi do fazy polimeryzacji. Tonner obejrzał się przez ramię. Wyglądał na wyczerpanego.
-?Zapewnienie sobie własnego źródła żywności będzie wymagało dwukrotnie większych zasobów hydroponicznych niż to, czym dysponujemy w tej chwili. To oznacza zbiorniki, oświetlenie, systemy filtrowania, substancje odżywcze i mikroelementy, wszystko. Wygląda na to, że będziemy w stanie dostosować mikrofarmy krzemianowe z jagód do ogólnego użytku, więc produkcja na małą skalę jest zasadniczo kryta. Szkolenie nowych ludzi do wykonywania analiz na potrzeby translacji białek -?co powinno być teraz najbardziej przydatną rzeczą, jaką dla nich robimy -?będzie wymagało miesięcy.
Jego wzruszenie ramionami oznaczało: Czego, do cholery, ode mnie oczekujesz?
-?Czyli trzeba podwoić hydroponikę -?stwierdził Dafyd.
-?Jasne. Od tego zacznij -?potwierdził Tonner. Prawie się odwrócił, ale znieruchomiał. -?Masz wieści od kogoś z nich?
Nich. Jessyn, Rickar, Campar. Jedyni, którzy pozostali.
-?Nie -?odparł Dafyd. -?Jeszcze nie.
***
Gdy Dafyd kończył swój raport, Ekur-Tkalal poruszył brzuchem na czterech cienkich nogach. Jego tułów i głowa nie drgnęły, z dwiema potężnymi czarno-czerwonymi bojowymi kończynami opartymi o podłogę. Co było dobrym znakiem. Dopóki te kończyny pozostawały na podłodze, nie był gotów go zabić. Jego czworo oczu poruszało się niezależnie, jakby każde było rozpraszane przez inną myśl, a kojarzące się z modliszką jedzeniowe ręce na piersi rozłożyły się i manipulowały niewielkimi kształtami z unoszącego się światła, którego źródła Dafyd nie potrafił zidentyfikować. Co jakiś czas Carryx świergotał lub bulgotał do siebie, ale półumysł na jego gardle niczego nie mówił. Jeśli w tych dźwiękach kryły się jakieś słowa, nie były przeznaczone dla niego. Sinen, który go tu sprowadził, został z nimi w pokoju, co było nowością. Zdaniem Dafyda nieco złowieszczą.
Dafyd czekał, aż Carryx zakończy swoją pracę. Pomieszczenie, o którym Dafyd myślał jako o biurze bibliotekarza-dozorcy, było małe, a z korytarzy w głębi dobiegały dźwięki śpiewających do siebie wzajemnie Carryx. Ekur jeszcze przez kilka chwil przesuwał świetlne obiekty, a potem zaczął mówić.
Jego prawdziwy głos brzmiał jak śpiew ptaka, tylko że głęboki, powolny i groźny. Głos dochodzący z jego półumysłu był ludzki i bezbarwny. Wydawał się lekko pogardliwy, choć mogło to być jedynie wynikiem uprzedzeń Dafyda.
-?Wasze działania mające na celu uczynienie jednego gatunku zwierząt pożywnym dla innych gatunków wzbudzają zainteresowanie imperium. Interesująca jest również praca nad obrazowaniem i soczewkowaniem grawimetrycznym. Skupicie działania na tych dwóch zagadnieniach. Nie interesują nas żadne inne aktywności ludzi. Wasze pozostałe starania są marnotrawne i zostaną zakończone. Zreorganizuj swoją moietę wokół tych rzeczy, które są przydatne.
-?Rozumiem -?odpowiedział Dafyd. -?Zrobimy tak.
-?Ponadto nie mam pożytku ze zwierzęcych bazgrołów. Będziesz przekazywał swoje raporty w poprawnej postaci archiwalnej.
Dafyd opadł na kolana i szerzej rozłożył ręce, z wnętrzami dłoni na podłodze.
-?Nie wiem, jak to robić.
-?Ten tutaj cię nauczy -?oświadczył Ekur-Tkalal, wskazując Sinen ruchem jednej z jedzeniowych rąk. -?Wasza moieta wzbudziła zainteresowanie Sovran. Przygotujecie się do większego wykorzystania przez imperium. Oczekujcie przydziałów na tysiącach planet.
-?Ach. Jest nas tu tylko około trzech tysięcy -?zauważył Dafyd.
Carryx przesunął środek ciężkości. Na Dafydzie skupiło się spojrzenie trojga jego oczu.
-?Tak. Wasza populacja jest niewystarczająca do zaspokojenia przyszłych potrzeb.
-?Sprowadzicie nas więcej z Anjiin? Czy dotrą do nas nowi ludzie...
-?Macie się rozmnażać lokalnie na potrzeby imperium. Moieta, która nie potrafi podtrzymać swej populacji, nie jest przydatna i zostanie wytrzebiona.
Powietrze zrobiło się bardzo rzadkie. Dafyd z wysiłkiem próbował opanować oddech.
-?Nie wiem... to znaczy...
-?Jeśli macie jakieś potrzeby do utrzymania pokolenia młodych, przedstaw je. Jeśli nie będą nadmiernie wydumane, zostaną zaspokojone.
-?Nasze dzieci... Nasze potomstwo dorasta przez bardzo długi czas - wydusił Dafyd. -?Rosną powoli, wymagają uczenia.
-?Jestem tego świadom -?przyznał Ekur-Tkalal. -?Wola Sovran obejmuje eony. Zacznijcie teraz. Niech będą gotowi, gdy zechcemy z nich skorzystać.
A jeśli nie będą chciały? -?pomyślał.
Tylko że znał odpowiedź. Była taka sama, jak zawsze: znajdź sposób albo wszyscy zginą.
-?Rozumiem -?powiedział.
A najgorsze było to, że naprawdę rozumiał.
Rój idzie przez całą długość laboratorium fizycznego z rękami złożonymi za plecami. Wokół niego inni zajmują się dopracowaniem technik soczewkowania, które dały Anjiin ostrzeżenie przed nadejściem zguby. Nie pomogło im to, ale jeśli wróg -?bezśmiertny wróg, który bez wiedzy Carryx przeszmuglował rój do ich matecznika -?odkryje te same technologie, Carryx będą w stanie się przed nimi bronić. Geniusz imperium ponownie zostanie powiększony przez kontrolowane przez nie zwierzęta.
W ciemnym więzieniu świadomości roju walczy martwy człowiek.
Jellit jest jedynym przejętym przez niego mężczyzną, jedynym, który już poświęcił się przemocy, oraz jedynym, którego dusza była przygnieciona ciężarem traumy. Rój nie potrafi stwierdzić, czy któraś z tych różnic wystarcza do wyjaśnienia, czemu to ciało silniej walczy o swoją niezależność. Zmaga się z opętaniem. Odmawia przyjęcia do wiadomości śmierci, która już po nie przyszła.
-?Wszystko w porządku? -?pyta jedna z pracujących w laboratorium fizyczek. Kadey.
Rój kiwa głową.
-?Zamyśliłem się nad czymś -?odpowiada.
Postanowił, że to właśnie dzisiaj ujawni się Dafydowi.
Och, do cholery, drwi w chaosie umysłu roju martwy mężczyzna. Znowu? Masz więcej dni "dzisiaj mu to powiem", niż Else miała ostatnich papierosów.
Pojawia się echo rozbawienia, ale nie pochodzi od roju. Może należeć do Ameer Kindred lub Else Yannin. Bądź obie mogą się teraz przenikać. Ameer, pierwszy człowiek przejęty przez rój, gdy zaistniał na powierzchni Anjiin, jest teraz tak dostrojona, że trudno mu odróżnić jej myśli od własnych. A po utracie swojego ciała Else Yannin także zaczęła tracić część wyrazistości i precyzji, rozmazując się na brzegach jak akwarela pozostawiona w wilgotnym miejscu. Ciało wzmacnia umysł na sposoby, które rój dopiero zaczyna katalogować. Gdyby wiedział to wcześniej, może nie przeniósłby się do Jellita. Tylko że tak wiele spraw jest dla roju pierwszymi. Tylu rzeczy uczy się dopiero w retrospekcji.
Owszem, i tak byś mnie zabił, mówi martwy mężczyzna. Boże, jak bardzo możesz się nad sobą użalać? Biedaczek, zamordowani przez ciebie ludzie nie okazują ci dostatecznie dużo wsparcia emocjonalnego.
Dużo od nas oczekujesz, zgadza się echo wciąż będące Ameer Kindred.
Rój zatrzymuje się przy jednym z połączeń czujników. Urządzenie wygląda jak drut zawieszony w szklanej rurze, trzykrotnie wyższej od Jellita i grubości jego kciuka. Eksperyment powinien wykrywać zakłócenia rezonansów w zakresie bardzo długich fal elektromagnetycznych. Przy prawidłowym wykonaniu stworzy to soczewkę obliczeniową. Przy kiepskim utraci koherencję i zmieni się w szum. Wokół nich, niewidoczny dla wszystkich innych, z planety w dole unosi się impuls magnetyczny, wibrując informacją rejestrowaną przez rój, choć jeszcze nie nauczył się jej dekodować. Rój jest bronią stworzoną do wojny. Szpiegiem wysłanym do zbierania wszystkiego i przesłania zdobytej wiedzy na planety, których nie poznał. Zaprojektowano go do przetrwania najdłużej, jak zdoła, ale nie do przeżycia.
-?Mogę dokończyć ten przebieg, jeśli chcesz -?mówi Kadey, a potem lekko marszczy brwi. -?Miło byłoby mieć trochę wolnego czasu.
-?Kłopoty? -?pyta rój, bo zrobiłby to Jellit.
-?Problemy ze współlokatorem.
Śmiech roju jest krótki i ostry, choć wydaje się, że nie pochodzi od nikogo z przejętej trójki. A może od wszystkich?
-?Dzięki -?mówi. -?Skorzystam z tej oferty.
-?Odpłacisz mi później -?mówi Kadey i rój odchodzi.
Zajmowane przez niego teraz pokoje to pierwsza prywatna przestrzeń, jaką dysponuje od czasów Anjiin. Ameer Kindred mieszkała w małym wynajętym lofcie koło Wspólnoty naukowej, z żółtymi drzwiami i kotem, który nie należał do niej, ale i tak przychodził w nocy przez okno. Rój pamięta kulenie się w tym lofcie ze zmysłami rozciągniętymi ku niebu, gdy Ameer krzyczała w jego wciąż rozwijającej się świadomości, oszołomiona i przerażona. Rój był wtedy niemal czystym mechanizmem, maszyną z techniki i oprogramowania tak wyszukanego, że poziomem zbliżało się do instynktu.
Teraz ma pokój przydzielony Jellitowi, choć otrzymał go po śmierci Jellita, więc w realnym sensie stół i dwie szerokie metalowe ławy przy nim należą do roju. Nie dzieli z innymi małej kuchni, w której przygotowuje swoje racje żywnościowe. Małe łóżko z materacem z polimerowej piany jest tylko jego.
Jednakże, w zależności od tego, jak przebiegnie rozmowa, to może się zmienić.
Pamięta wywołujący suchość w ustach strach odczuwany przez Ameer, gdy pierwszy raz zapraszała dziewczynę do swojego pokoju na seks, oraz niemal kliniczny sposób przyjęcia przez Else erotycznego zaproszenia po przybyciu do medrey. Pamięta szmuglowanie dziewczyny do pokoju Jellita, gdy Jessyn spała za sąsiednimi drzwiami, a potem ciche uprawianie seksu, by nie obudzić siostry. I pamięta swoje doświadczenia z Dafydem oraz komfort, jaki dawał ciału Else. Czy tak dziwna jest myśl, że może wrócić do tamtych czasów, ponownie obudzić coś, co miał kiedyś? Gdy Dafyd dowie się, że kochana przez niego kobieta nie zginęła, tylko się zmieniła...
Byłam martwa, zanim pocałowałeś go moimi ustami, mówi Else. Wszystko, co zaszło między wami, było kłamstwem.
Pod pewnym względem to prawda, ale pod innym wcale nią nie jest. Istnieją takie aspekty jego istnienia, których rój nie mógł ujawnić Dafydowi, choć ze wspomnień trójki ludzi wie, że to zawsze tak wygląda. Żadna miłość nigdy nie obejmowała całkowitej szczerości, jeśli coś takiego w ogóle było możliwe.
Racjonalizujesz, mówi Jellit. Działasz pod przykryciem za liniami wroga, więc uzasadniona jest każda straszna rzecz, jakiej się dopuścisz. Bardzo z ciebie biedny, obarczony bagażem bohater.
Tylko że kiedy uzyskał świadomość, rój nie był zdolny do miłości. Wszystko, co wie o miłości, seksie i sercowych komplikacjach, przejął od Else Yannin. Z jej ciała, jej umysłu. Tak jak ona był przyciągany przez mężczyzn. Skomplikowany jak ona. Kiedy się kochał, unosił ręce, bo ona lubiła unosić swoje, przyciskała do siebie Dafyda, bo zaspokajał jej pragnienia, przyjmowała go w swoim ciele z radością i egoizmem niepochodzącym od roju, choć teraz były jego częścią.
Czy możemy tego nie robić? -?pyta Else, a rój czuje jej wstyd i upokorzenie z powodu takiego obnażenia przed nim, Ameer i Jellitem. Rój unosi się na przedniej części stóp, jak kiedyś robił to zaniepokojony lub podniecony Jellit. Ruch jest naturalny. Niezamierzony. Rój jest zmęczony, a pot tego dnia sprawia, że tunika, produkowana przez maszyny Carryx dla ludzkich poddanych, klei mu się do pleców.
Dziś ujawni swoje istnienie Dafydowi, powie mu wszystko, co przed nim zataił, ale nie w takim stanie. Oczyści się fizycznie, zanim przyjdzie pora na oczyszczenie emocjonalne i metaforyczne. Mówi sobie, że wcale nie przeciąga.
Po prysznicu rój stoi nagi przed paskiem lustra, przyglądając się zamieszkiwanemu ciału. Komórki i struktura w większości znaczeń należą do Jellita. Blizna na żebrze pochodzi z wypadku doznanego w dzieciństwie. Ta na nodze z aktu przemocy w czasie, gdy wszyscy byli więźniami Carryx. DNA w jądrach komórek zawiera przeważnie kod, z którym Jellit się urodził. Konstrukcja, którą rój kieruje i która przenika Jellita, pozwala ciału stać się tym, czym musi być: urządzeniem nasłuchowym, nadajnikiem, maszyną do próbkowania chemicznego. Żaden z tych aspektów jego istnienia nie wydaje się teraz istotny.
Bierze świeży zestaw odzieży, zrywa woskową powłokę materiału i wciąga spodnie oraz tunikę, takie same jak wszystkie wcześniejsze, takie same jak zapewne wszystkie, jakie będzie nosił w przyszłości. W lustrze wygląda... przystojnie? Ładnie? Uśmiecha się tak, jak robił to Jellit. A potem tak, jak uśmiechała się Else, tylko ustami Jellita. Wyrazy twarzy wyglądają inaczej.
No dobrze, mówi na głos. Już czas.
Jego pozostałe części choć raz milczą.
***
Rój wyczuwa rozpacz Dafyda, gdy tylko wchodzi do jego pokoju. Jest w woni jego skóry i kącie, pod jakim stoi, w liniach twarzy i ledwie słyszalnym westchnięciu wydawanym, gdy myślami jest gdzie indziej.
-?Ciężki dzień z szefem? -?pyta głosem Jellita.
Uśmiech Dafyda jest krótki, ale szczery.
-?Tak, mam nowe problemy. I nie wiem, co z nimi zrobić.
-?Chcesz o tym porozmawiać?
Dafyd wzrusza ramionami i siada przy stole. Jego mały aneks kuchenny ma czarne laminowane blaty i krzesła, które są nieco za szerokie i za wysokie. Siadający na nich ludzie czują się trochę jak dzieci.
-?To wszystko było łatwiejsze, gdy była jeszcze... sam nie wiem. Nadzieja? Był taki moment, gdy wydawało się, że jest nadzieja.
Serce roju zamiera. Ma na myśli właśnie to. Mówi o chwili, gdy rój ujawnił się przed nim i powiedział o wielkiej wojnie. O chwili, w której objawił się sojusznik przeciwko Carryx. To musiał być dla niego cud, ale ten się powtórzy. Rój głęboko wciąga powietrze.
On myśli, że zginąłeś razem z Else, mówi Jellit. Myślał, że byłeś jej pasażerem, takim dodatkiem, a nie, że ją pożarłeś. Nie wiedział, że pożerasz ludzi.
Rój odsuwa tę myśl. Nie to mu powiedział.
Ale pozwoliłeś mu tak myśleć, zauważa Else. Wiedziałeś. Nawet wtedy wiedziałeś, jak ukryć sposób, w jaki to naprawdę działa. Gdyby rozumiał, co naprawdę ze mną zrobiłeś...
Podchodzi do szafek Dafyda. Nie ma w nich wiele jedzenia, a to, co jest, wygląda na desperackie zapasy na czarną godzinę. Szafka roju jest pusta. Ale znajduje kubki na wodę i dzbanek do jej zagotowania oraz małe pudełko z bursztynowym żelem, którego trochę już ubyło. Żel jest imitacją ulubionej herbaty Tonnera Freisa. Rój nastawia wodę i trzyma pudełko, jakby je prezentował.
-?Będziemy mieć całe menu oparte na rzeczach lubianych przez Tonnera.
-?Mógłbym mu kazać robić takie, których nie lubi, ale nie sądzę, żeby mnie posłuchał -?odpowiada Dafyd. W kącikach jego oczu pojawia się ślad uśmiechu i rój czuje napływ przyjemności z faktu, że wywołał ją u niego. Czajnik pyka, zaczynając się nagrzewać.
-?Nie mam od niej żadnych wiadomości -?mówi Dafyd. -?Nie mam wiadomości od nikogo z nich. Ale chyba je dostanę. Formalnie za nich odpowiadam, choć nie wiem, co to tak naprawdę znaczy.
Myśli, że jesteś tu z powodu Jessyn, mówi Jellit. Nie sądzi, żebyś go lubił, uważa, że oczekujesz od niego informacji o siostrze. Nie jest twoim przyjacielem, nie przyjaźniliśmy się na Anjiin. Nie mieliśmy wobec siebie miłosnych zapędów. Dźwigasz to wszystko całkiem sam. Sprawy wcale nie potoczą się tak, jakbyś chciał.
Rój nakłada łyżeczką żel do kubków, w których się rozpuści po wlaniu wody. W jego oczach pojawiają się łzy. Dafyd udaje, że ich nie zauważa, sądząc, że emocje dotyczą tęsknoty brata za siostrą. Tak wiele poziomów nieporozumienia.
-?Nic nie szkodzi -?mówi rój do Dafyda. Te słowa oznaczają kilka różnych rzeczy.
Dokończy szykowanie herbaty, poda kubek Dafydowi, a potem mu powie. Wojna przeciw Carryx wciąż trwa. Szpieg, który był tu wcześniej w ciele jego kochanki, nadal jest na miejscu. Dalej zbiera informacje mogące obrócić falę przemocy przeciwko imperium. Jeszcze mogą znaleźć sposób na spalenie planet Carryx na popiół.
Woda się zagotuje. Żel się rozpuści. Powie mu.
A reszta? -?pyta Jellit. Zamierzasz mu powiedzieć o przeszmuglowaniu na zewnątrz zebranych przez siebie danych? Powiedzieć, jak oderwałeś część siebie i ukryłeś ją w kimś wysyłanym na zewnątrz? Poinformować, że gdy tylko znajdzie się w zasięgu twoich kumpli po drugiej stronie, wybuchnie jak granat? Proszę bardzo, powiedz mu, że twoje zadanie lada chwila zabije jeszcze kogoś z jego przyjaciół. Zobaczymy, jak bardzo cię za to pokocha. Będziemy się przyglądać.
Woda wrze.
To nie jest dzień, w którym się ujawni.
Jessyn trzymała urządzenie przy swojej pryczy: ustawione w odległości kciuka szklane panele, trochę większe od jej obu dłoni. Stało pionowo na jednej z krawędzi i wyglądało jak przezroczysta skrzynka, w której dzieci trzymały owady, by móc obserwować, jak kopią tunele i budują gniazda.
Tyle że przerwy między panelami nie zajmował piasek z owadami -?była tam biała maź, którą zbierała z trzydziestu pięciu złożonych symbiontów nazywanych przez nich jagodami, choć wcale nimi nie były. Maź składała się głównie z nieaktywnej bazy krzemionkowej podtrzymującej miliardy mikroskopijnych organizmów: pełny ekosystem równie złożony jak rafa koralowa w ciepłym morzu. Został dostrojony w taki sposób, by Jessyn mogła raz dziennie nalać od góry pół kubka roztworu glukozy, raz na tydzień sprzątnąć garść wyglądającego jak mysie bobki precypitatu i zlać dzienną dawkę przejrzystej, gorzkiej i gryzącej zupy, która powstrzymywała jej umysł przed wywinięciem się spod niej.
Jeśli maź zaczynała nabierać żółtego lub czerwonego zabarwienia, jej mały ekosystem tracił równowagę i dodawała do cukru odrobinę kwasu, aż odzyskiwał przejrzystość. Czerń lub zieleń oznaczała dostanie skażenie mikrobiologiczne, co oznaczało konieczność wysterylizowania całego systemu.
Przed opuszczeniem pałacowej planety Carryx Tonner przygotował dla niej dość suchego startera, by zresetować urządzenie trzy razy. Zużyła już jedną dawkę, ale była przekonana, że wie, skąd wzięło się skażenie, i wyeliminowała ten problem.
Taki więc miała margines błędu. Jeśli spieprzy mieszaninę więcej niż dwa razy albo choć raz dopuści do rozbicia urządzenia, będzie miała przesrane. Jeśli zapewni mu bezpieczeństwo i działanie, wszystko będzie dobrze do czasu, aż zabije ją coś innego. Nie pamiętała już, kiedy przestała uważać starość za prawdopodobną przyczynę zgonu.
Statek znowu skoczył i zadygotał, a potem jakby wahnął się pod jej nogami. Ruch wywołał w mazi falę maleńkich baniek. Jessyn głęboko wciągnęła powietrze, a potem wypuściła je przez zęby. Przyzwyczaiła się już do cichego, pulsującego brzęczenia statku Carryx w czasie spędzanym w asymetrycznej przestrzeni, a potem gładkiego jęku powracania do wszechświata o znanej jej i rozumianej fizyce. Ta nowa turbulencja ją zaniepokoiła.
Otworzyły się drzwi i do środka wtruchtał Sinen z długim nosem, nieregularnymi kozimi oczami i rękami bez kości. Gdyby wstała, koszmar tworzący jego głowę sięgałby jej do połowy klatki piersiowej. Nie poruszyła się.
Stworzenie wyemitowało dźwięki mokrego klaskania, a skrzynka przy jego gardle przetłumaczyła je, mówiąc spokojnym, bezbarwnym głosem.
-?Pierwsze statki wylądowały w centralnym obozie. Znajdziemy się na powierzchni za -?tłumaczący półumysł zaciął się na chwilę -?czterdzieści pięć minut. Przygotuj się, by po lądowaniu dołączyć do twojej grupy.
-?Zrobi się -?rzuciła, a skrzynka leżąca obok niej na materacu plusnęła, jakby ktoś wrzucił rybę do wody.
Sinen odwrócił się i wymaszerował z pokoju, zostawiając otwarte drzwi.
Zauważyła zacięcia w sytuacjach, w których tłumacz miał problemy. Zaciekawiło ją, co takiego kryło się w pojęciach czasu Sinen, co utrudniało przetworzenie czterdziestu pięciu minut. Statkiem znowu zakołysało i z pokładu dobył się długi, głęboki trzask. Zaśmiała się. Do jej pecha dobrze pasowało przewiezienie przez obcych morderców i panów niewolników przez pół galaktyki tylko po to, by zginęła z powodu usterki mechanicznej. Jednak statek się nie rozpadł, więc wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy.
Trudno było się zorientować, ile czasu minęło od opuszczenia planetarnego pałacu Carryx. Campar i Rickar zostali zabrani przed nią i przydzieleni do jakichś innych zadań dla imperium Carryx. Pozwalała sobie na nadzieję, że pozostaną jedynymi nowymi stratami, jakie będą się wiązać z awansem ludzkości. Wtedy, pewnego dnia, do jej pokoju przyszedł Dafyd z kamiennym wyrazem twarzy i dwoma Miękkimi Lotharkami. Bibliotekarz ich moiety zdecydował, że jest dla niej praca. Miejsce w olbrzymim mechanizmie Carryx, dla którego będzie stanowić pasujący trybik. Płakała, podobnie jak Dafyd. I Jellit. Ale nie próbowali się opierać. Nie walczyli. Pomimo mnóstwa radykalnych tekstów Dafyda, zapowiadających przyszły bunt, wszyscy przyswoili jedną prawdziwą lekcję: są bezradni. Tak więc przybyła tu, na swoją pryczę, i czas przestał mieć większe znaczenie.
Pamiętała stare opowieści o więźniach wydrapujących na ścianach cel kreski oznaczające upływ czasu. Nie rozumiała, czemu to robili, jak czas mógł się stać czymś bez wyrazu. Jak mógł mijać bez zauważenia. Teraz już wiedziała.
Na statku nie było rytmu dnia i nocy. Spała, kiedy spała, i budziła się, nie wiedząc, jak długo była nieświadoma. Na statku były wyświetlacze, niektóre płaskie, inne przestrzenne, ale jeśli któryś z nich rejestrował upływ czasu, to Carryx nie podzielili się z poddanymi informacją o sposobie jego odczytu. Na dodatek długość dnia na nowej planecie nie była taka sama jak na Anjiin. Z jej perspektywy czas mógł być zagmatwaną mieszanką efektów relatywistycznych i asymetrycznej fizyki.
Kiedyś mieszkała w Medrey Badawczym Irvian, ale pomysł policzenia, ile czasu upłynęło od tamtej pory, był ledwie smutnym żartem. Zapewne lata, ale nie miała pewności i to nie miało znaczenia. Minęły dni lub tygodnie od kiedy opuściła ludzi pozostałych z grupy roboczej, od kiedy widziała jakąś ludzką twarz, ale nie wiedziała, kiedy to było. Żyła chwilą, bowiem chwile były wszystkim, co miała.
Co jest, jest, zabrzmiało echem w jej głowie i z drżeniem odepchnęła to od siebie.
Znowu turbulencja. Usłyszała, jak szaroskrzydłe stworzenia wyglądające jak ćmonietoperze i zwące się Euruk z Lydiándar krzyczą zaniepokojone we wspólnej sali, potem głos Sinen, jak dwa uderzające o siebie płaty mięsa. Utrzymanie w porządku całego zoo pojmanych musiało być trudną pracą. Byłoby jej żal biednych Sinen, gdyby aż tak bardzo ich nie nienawidziła. Poczuła zapach czegoś bogatego i ostrego. Pewnie jakiś rodzaj feromonu. Ta wiadomość nie była przeznaczona dla niej. Statkiem szarpnęło i przez chwilę ważyła dwa razy więcej niż zwykle. Ścisnęło ją w żołądku. Jeśli ma wymiotować, powinna dotrzeć do ubikacji. Jeśli nie, lepiej byłoby wybrać pryczę. Zdecydowanie, co jest bardziej prawdopodobne, zajęło jej więcej czasu, niż chciała, ale postanowiła zaryzykować i położyć się na łóżku.
Wstrząsy przybrały na sile, potem ustąpiły. Znowu zmieniły się odgłosy silników. Później przez statek przebiegł wstrząs i wszystko ucichło. Jessyn leżała na plecach przez pięć długich, powolnych oddechów, pozwalając uspokoić się wnętrznościom. W chwili gdy była gotowa do wstania, odezwał się półumysł statku.
Opuścić pokład. Zostaniecie skierowani do właściwej grupy roboczej celem uzyskania instrukcji. Możecie zostawić rzeczy w obecnych kwaterach.
Dokądkolwiek się kierowali, dotarli na miejsce. Sprawdziła niedające się zastąpić szklane urządzenie, które utrzymywało ją przy zdrowych zmysłach. Żadnych pęknięć czy wycieków, ani jednego zaburzenia w mazi. Nie podobało jej się zostawienie go tutaj, ale też nie chciała zabierać go w teren. W końcu zdecydowała się nie wsadzać go do torby, choć nie była z tego zadowolona.
Wspólna sala była pełna obcych. Dwa Euruk latały, zataczając ciasne kręgi pod sufitem. Potężna, kamiennoskóra istota z dwanaściorgiem czarnych oczu, sześcioma nogami o dwóch stawach i dziobem w miejscu, w którym zbiegały się nogi, zakładała sobie torbę na plecy. Jessyn z nią nie rozmawiała. Kilkoro podobnych do krabów Prawdziwych Ludzi z Hannic klikało kleszczami i syczało, walcząc, wymieniając się żartami lub wyznając sobie dozgonną miłość. Nie miała pojęcia. Sinen, który wydawał im rozkazy oraz ich pilnował, rozmawiał z piątką Miękkich Lotharków.
Jeden z nich obrócił się, by na nią spojrzeć. Uwaga przysadzistego stworzenia o długich kończynach sprawiła, że Jessyn drgnęła, czując przyśpieszone bicie serca. Nie zrobiła niczego, co mogłoby ściągnąć na nią ich gniew, ale Lotharki i tak ją przerażały. Widziała, jak mordowały ludzi oraz zjadały swoich zabitych. Ten Lothark wskazał w stronę korytarza, więc potraktowała to jak rozkaz.
Podczas lotu tutaj przejście było zamknięte, ale teraz je otwarto i ostrożnie pomaszerowała korytarzem. Światło na jego końcu wyglądało inaczej niż sztuczne oświetlenie pokładowe. Niemal jak blask słońca pośrodku popołudnia. Poczuła na sobie powiew wiatru i jej serce zrobiło coś dziwnego: zatrzymało się na chwilę lub zabiło mocniej. Przyśpieszyła kroku.
Na ziemi stały w zgrubnym półokręgu cztery statki Carryx. To nie były te wielkie jak miasta, które przybyły podbić Anjiin. Każdy z nich miał wysokość tylko jakichś dwunastu pięter, były brązowo-czarne z rampami opuszczonymi do nagiej, jasnej ziemi. Jessyn zeszła po swojej rampie, mrużąc oczy od światła. Na zaimprowizowanym placu między statkami kręciło się dwieście albo trzysta osobników kilkunastu gatunków, a niektóre z nich wyglądały na ludzi. Pośrodku wszystkiego stały dwa potężne Carryx w bladozielonych pancerzach. Żołnierze, strażnicy albo coś, dla czego Jessyn brakowało kontekstu. W jej oczach wezbrały łzy, choć nie z powodu emocji. Po prostu było bardzo jasno.
Słońce -?większe niż na Anjiin i białe -?świeciło na jaskrawo błękitnym niebie świadczącym o dużej ilości tlenu. Chmury były białe, choć z odcieniami złota i różu, przez co wszystko wyglądało jak zachód słońca w środku popołudnia. Nad chmurami widać było coś jasnego. Powietrze pachniało świeżą trawą i miętą, a po metalicznej woni statków te zapachy były odurzające. Nikt nie wydawał aparatów oddechowych, uznała więc, że zdaniem kogoś oddychanie tutaj ich nie zabije. Zrobiła kilka głębokich oddechów, od których zakręciło jej się w głowie.
Dotarła na koniec rampy i spojrzała w górę na opadający ku nim piąty statek. Spodziewała się ryku ognia, ale tylko brzęczał jak tysiąc gniewnych uli, osiadł na ziemi i ucichł. Jedynym dodatkowym efektem był kłąb mgły, który rozszedł się od niego przed opuszczeniem rampy.
Kiedy Jessyn tak stała, czekając na informację, dokąd ma iść i co robić, otworzyła szeroko usta, żeby nawdychać się świeżego powietrza. Pod aromatem trawy i mięty wyczuła też delikatny zapach jak przed nadchodzącym deszczem. Zapach, który zabrał ją z powrotem do dzieciństwa na Anjiin i niemal wywołał łzy szczęścia. W pewnej odległości od zebranych statków z ziemi wznosiła się plama czerni i zieleni. Zapewne analogi roślin. Miały właściwe kolory dla życia opartego na fotosyntezie. A za nimi struktury, które mogły być pozostałościami budynków albo odartymi do kości ciałami obcych lewiatanów.
Czymkolwiek były teraz czy w przeszłości, na swój sposób emanowały pięknem.
Coś niecierpliwie ją pociągnęło. Sinen -?może ten sam, który był na jej statku, może jakiś inny -?już od paru sekund próbował zwrócić jej uwagę.
-?Masz iść tam -?powtórzył, wskazując jedną ze swoich pseudomacek na miejsce koło rampy najdalszego statku. -?Teraz masz być z nimi. Idź. Idź, idź, idź.
Jessyn mocniej zacisnęła dłoń na torbie i ruszyła przez plac. W luźnym kręgu stało tam kilkunastu obcych. Euruk i Prawdziwi Ludzie, ale też długodzioba istota, która byłaby ptakiem, gdyby miała pióra i skrzydła, oraz owalne coś w szarym pancerzu, rozmiaru kanapy z setkami drobnych nóżek dookoła, wyglądających jak kryza na spódnicy.
A także, z jednej strony, mężczyzna.
Nie rozpoznała go, ale tak bardzo tego pragnęła, że jej mózg ciągle podsuwał jakieś nazwiska. Był niemal Lorrinem Hantem, z którym studiowała wprowadzenie do systemów matematycznych. Prawie Carwinem Moorem, który za jej młodych lat był prezenterem wiadomości. Nie znała go, ale był człowiekiem i widząc go, poczuła się, jakby zobaczyła kogoś z rodziny.
Był trochę niższy od Jellita, miał na głowie mnóstwo kręconych ciemnych włosów oraz nosił brodę lekko przyprószoną siwizną. Jego skóra była złota i trochę jaśniejsza niż jej. Patrzył w górę i płakał. Próbowała podążyć za jego spojrzeniem, ale zobaczyła tylko chmury i niebo.
-?Wszystko w porządku? -?zapytała.
Odpowiedział tylko jękiem.
-?Nie widziałem tyle nieba od czasu... -?dodał po chwili -?kiedy zabrali mnie z Anjiin. Nie czułem słońca. Ani świeżego powietrza. -?Oderwał spojrzenie od otwartego świata i skupił je na niej. Uśmiechnął się jak serenistyczny święty na obrazie, ale chichot miał ciepły i smutny. - Mogę być trochę pokręcony.
-?Bycie pokręconym to norma -?stwierdziła Jessyn. -?Jest całkiem w porządku.
Przetarł oczy rękawem tuniki.
-?Trzymasz się lepiej ode mnie.
-?W planetarnym pałacu miałam okno -?wyjaśniła. -?Pokoje, w których mnie umieścili, oferowały widoki, więc pewnie dla mnie to mniejszy szok.
-?Och -?rzucił, ale jego ton niósł jakieś znaczenie. Kiwnęła głową, żeby kontynuował, a jego uśmiech zrobił się trochę niepewny. -?Z tego, co słyszałem, takie warunki miała tylko grupa Alkhora.
-?Tak. To my. Zaczęliśmy jako grupa Tonnera Freisa, ale pewnie teraz to określenie już nie pasuje.
-?To wy stanęliście po stronie tych dużych? -?zapytał. -?To znaczy nie oceniam. Zrobiliście, co było konieczne, żeby przeżyć. Ale to właśnie Alkhor wyjawił organizatorów buntu, prawda?
-?To było skomplikowane. Ja nie brałam udziału w tej rozmowie do czasu, gdy było już po wszystkim. Dafyd był... Był po prostu gościem, który mył szkło w moim laboratorium, zanim zaczął odpowiadać za wszystko.
-?Cóż, pewnie tak działają awanse polowe -?rzucił mężczyzna i wyciągnął rękę. -?Garral Pär. Dawno temu byłem szefem wydziału archeologii w medrey Hibbrin.
Odłożyła torbę i ujęła jego dłoń. Przyjemnie ją ścisnął.
-?Jessyn Kaul. Adiunkt na wydziale biologii w Irvian. Miło mi cię poznać, Garral.
Trzymał jej dłoń dłużej niż normalnie, a potem chyba zdał sobie z tego sprawę i puścił.
-?Przepraszam. Znaliśmy się w tamtym życiu? Mam wrażenie, że już się spotkaliśmy.
-?Ja nie potrafię sobie przypomnieć ciebie -?odpowiedziała -?ale też miałam takie wrażenie. Więc może?
Przerwało im trajkotanie ludzkich głosów. W stronę grupy maszerowała jeszcze trójka ludzi -?dwóch mężczyzn i kobieta, wszyscy w takich samych standardowych tunikach -?wraz z kolejnym kanapokształtnym stworzeniem w szarym pancerzu i dwoma nie do końca ptakami. Za nimi truchtał Sinen z falującymi przy bokach Rak-hundami o nogach jak noże. Przybycie nowych ludzi zagęściło grupę i Jessyn podświadomie przesunęła się trochę bliżej Garrala Pära. Nie do końca ptaki wydawały ciche dźwięczące odgłosy i klekotały dziobami, ale półumysł niczego nie przetłumaczył, co znaczyło, że ta wymiana nie była przeznaczona dla nich.
Sinen zamachał pseudomackami i wyemitował świergotliwy gwizd, jakiego Jessyn dotąd nie słyszała. W całej grupie rozbrzmiały dźwięki: szybkie klikanie nie do końca ptaków, cienki pisk Euruków, basowe dudnienie szarych pancerzy, a z półumysłów noszonych przez ludzi głosy.
-?Będę pełnił funkcję nadzoru i wsparcia waszej grupy -?oświadczył Sinen. -?Możecie mnie nazywać Trzecim Ogrodnikiem. Ze wszystkimi prośbami i sprawami macie się zwracać do mnie. Jeśli poprosicie o pomoc kogoś innego, pomoże jedynie odszukać mnie. Ponieważ będę stacjonować tutaj, w centrum obozu, będzie wam wolno skontaktować się ze mną również przez wasze -?głos się zawahał -?notatniki badawcze. Zostaną wam one wydane przed opuszczeniem obozu.
-?Opuszczeniem obozu -?powtórzył Garral, z miną, jakby nie zdawał sobie sprawy, że mówi to na głos.
Jeśli półumysł przekazał jego słowa do Trzeciego Ogrodnika, Sinen je zignorował.
-?Planeta, na której się teraz znajdujecie, nazywa się Świat. Jeszcze do niedawna była pod kontrolą naszego wroga. Strategiczne i taktyczne zwycięstwa piątego korpusu wojskowego były tak wielkie, że planetę przejęto, nie pozwalając wrogowi na jej wysterylizowanie. Stanowi to okazję dla Carryx. Wybrano was spośród waszych moiet jako osobniki dysponujące wiedzą i umiejętnościami odpowiednimi do pozyskania głębszego zrozumienia tego wroga. Będziecie badać i eksplorować otaczające nas obszary na sposoby, na jakie pozwalają wam wasza natura i możliwości, a następnie macie przekazywać zebrane informacje i wiedzę do mnie.
Sinen urwał na chwilę, jakby dając im czas na przyswojenie przekazanych informacji. A może tłumaczenia dla niektórych gatunków po prostu wymagały więcej czasu i czekał, aż zrozumieją. Nowa kobieta doprowadzona do grupy spojrzała w oczy Jessyn i kiwnęła głową. Jessyn odpowiedziała uśmiechem.
-?Świat nie został uczyniony bezpiecznym -?kontynuował Trzeci Ogrodnik. -?Niektórzy z was mogą trafić na pułapki pozostawione przez wroga. Niektórzy napotkają nieznane niebezpieczeństwa. Takie rzeczy interesują nas jedynie jako temat waszej pracy. Będziecie dalej dowodzić swej przydatności dla Carryx przez przydatność waszych odkryć.
-?Śmierć nie jest dozwolona, jeśli spowalnia produkcję -?rzuciła Jessyn.
Garral kaszlnął i zasłonił usta dłonią, żeby ukryć uśmiech. Jessyn spuściła wzrok.
Trzeci Ogrodnik ich zignorował.
-?Musicie się również zapoznać z procedurą ewakuacji. Ten wróg niszczył w przeszłości planety, z których został przegnany. Może tu wrócić i podjąć taką próbę.
Znowu urwał i zaczął kiwać się do przodu i do tyłu, jak dziecko podniecone perspektywą przejażdżki na kolejce górskiej.
-?To, co tu teraz robimy, rzadko było dotąd wykonywane -?oznajmił Trzeci Ogrodnik. -?Istnieje możliwość, że nasza praca ujawni drogę do pokonania wroga. Macie zrobić wszystko, co w waszej mocy. Carryx patrzą.
Rickar był z powrotem w medrey badawczym Irvian i próbował dotrzeć przez miasto do Dennii przed rozpoczęciem ataku. To oczywiście było nieprawdziwe. Dennię poznał dopiero po upadku Anjiin. Zginęła na planecie będącej ich więzieniem, w masakrze razem z pozostałymi buntownikami Ostencoura. Wiedział to, ale równocześnie biegł ulicami będącymi prawie tymi, które znał, i próbował złapać transportery, które zawsze były tuż poza zasięgiem ręki.
Zmusił się do przebudzenia, żeby to zatrzymać, i z bolącą szczęką leżał w słabym świetle swojej celi. Któregoś dnia ściśnie ją tak mocno, że złamie sobie ząb, i nie wiedział, co się wtedy stanie. Na pokładzie okrętu Carryx była tylko jakaś dwunastka ludzi i nie sądził, by któryś z nich był dentystą. Mógł sobie wyobrazić zaskoczenie Carryx faktem, że po prostu nie wyrośnie mu nowy ząb. Albo że złamany będzie bolał. Równie dobrze mogli go po prostu zabić z powodu tej wady i w ogóle nie przejąć się tym faktem. Wszystkie możliwości wydawały się równie prawdopodobne.
Na statku nie było niczego, w czym dałoby się rozpoznać zegar, nie wiedział więc, jak długo spał. Nie czuł się wypoczęty, ale to nie znaczyło wiele. Mógł stracić świadomość na kilka minut albo pół dnia i obudzić się z tym samym wrażeniem, że powietrze jest zbyt gęste, by się przez nie przedzierać.
Pomyślał o ponownym zamknięciu oczu i próbie zaśnięcia, ale miał wrażenie, że dręczący sen tylko na to czeka. Po jakimś czasie dźwignął się do pozycji siedzącej i oparł głowę na dłoniach, pocierając bolące żwacze i skronie. Zabulgotało mu w żołądku. Nie lubił być głodny. Nie lubił faktu, że jego ciało nie chciało zrezygnować z przyziemnych spraw.
Były takie czasy, w których Rickar Daumatin miał plan na życie. Praca w Irvian prowadząca do wyższego stanowiska w Medrey Edukacyjnym Hausen, a potem wczesna i przyjemna emerytura z powrotem w domu, w Dyan. Trzy dekady. Może dwie i pół. Wtedy nie wydawało się to niemożliwe, lecz teraz sprawiało wrażenie absurdalnych dziecięcych fantazji.
Statek, na którym służył, był olbrzymi, ale jego miejsce na nim - miejsce dzielone przez licznych posiadanych przez Carryx zwierzęcych służących -?było ograniczone. Kiedy, jak się zdawało, całe życie temu dotarł na planetę Carryx, odniósł wrażenie, że trafił do wielkiej menażerii. Bez głębszego zastanowienia wyobrażał sobie, że całe imperium Carryx obejmuje takie samo pandemonium postaci.
Tutaj, na statku, nie był już tego taki pewien. Były miejsca dozwolone dla zwierząt takich jak on. Niektóre kasty Carryx o niskim statusie zostały poniżone aż tak bardzo, że wchodziły z nimi w interakcje. Jednak główna część statku była zarezerwowana wyłącznie dla panów. Sinen, który przeprowadził coś w rodzaju szkolenia orientacyjnego po wprowadzeniu ich na pokład, wyjaśnił, że oddalenie się od przydzielonych im miejsc będzie oznaczało śmierć. Rickar wierzył w to na tyle, że nie próbował eksperymentów. Trzymał się pomieszczeń i korytarzy z brązowymi ścianami, słuchał buczenia i dudnienia statku podróżującego przez asymetryczną przestrzeń lub normalną, znanego mu typu, i próbował powstrzymać swój umysł przed rozpadnięciem się na kawałki.
Zachowanie rozumu ostatnio było dla niego zajęciem na pełny etat. Czasami przypominał sobie, jak Jessyn wyznała, że potrzebuje lekarstw do powstrzymania choroby umysłowej przed przejęciem sterów. Wtedy właściwie poczuł wobec niej litość. Zastanawiał się, jak sobie teraz radzi i gdzie jest. Czy jeszcze kiedyś ją zobaczy, czy będzie miał okazję przeprosić za tę litość i pogardę? Miał nadzieję, że tak, choć nie spodziewał się tego.
Jego żołądek znowu zabulgotał i tym razem towarzyszyło temu dźgnięcie dyskomfortu, choć nie dość dużego, by nazwać go bólem. Wstał z pryczy, włożył to samo ubranie, które zdjął, kładąc się, zawiesił sobie na szyi tłumaczący półumysł i poszedł sprawdzić, czy Campar jest w swojej celi.
Kwatery zwierzęce na statku miały pewne cechy wspólne z laboratoriami w planetarnym pałacu Carryx, a niektóre z pomieszczeniami dla więźniów, w których siedzieli po zabraniu z Anjiin. Pokoje były równie zimne jak statek więzienny, ze ścianami i oświetleniem przypominającym Rickarowi tamten przelot, choć na szczęście tutaj było jaśniej. Mieli do dyspozycji centralną salę, w której podległe gatunki mieszały się tak jak w katedrze na ich więziennej planecie, oraz prywatne kwatery w prowadzących do sali korytarzach. Choć kwatery były celami. Jednoosobowe pokoje zastąpiły małe grupowe domy, jakie mieli wcześniej. Rickar nie potrafił powiedzieć, co bardziej mu odpowiadało.
Cela Campara znajdowała się naprzeciwko jego, mniej więcej w połowie drogi do wspólnej sali. Zapukał do drzwi kostkami dłoni tak, jak jego dziadek nauczył go gry na aqlawie. Odniósł wrażenie, że metal pochłania dźwięki, więc po chwili zastukał jeszcze raz, mocniej. Campar wciąż nie odpowiadał. Odrobinę przesunął drzwi, żeby sprawdzić, czy mężczyzna jest w środku. Nie przysługiwały im zamki. Te oznaczały prywatność, kontrolę i władzę. Teraz już nie było o tym mowy.
Ponieważ Campara nie było w celi, do wspólnej sali poszedł w pojedynkę. Sama sala była duża, rozmiarów kafeterii w dormitorium. Była dwukrotnie wyższa niż jego cela, choć wyglądało na to, że nie ma z nimi żadnego gatunku, który latał lub się unosił, by wykorzystać dodatkową przestrzeń. A przynajmniej nie podczas tej misji. Trzy osoby -?ludzkie kobiety -?siedziały blisko siebie koło jednego z wejść, pogrążone w ożywionej rozmowie, która wyczerpała Rickara przez sam fakt jej istnienia. Po sali spacerowało powoli dwóch strażników Miękkich Lotharków. Rickar usunął im się z drogi.
Dozowniki, z których Carryx wydzielali im jedzenie i wodę, rozmieszczono wzdłuż jednej ze ścian i zbudowano z uwzględnieniem bardzo różnorodnych rąk, nibynóżek i manipulujących kończyn. Nie rozumiał zasad, jakich według Carryx powinien się trzymać. Na więziennej planecie oczekiwano od ludzi produkcji własnej żywności, ale na statku otrzymywali kleik i wodę. Fakt, że nie zagłodzi się na śmierć w przypadku niemożności utrzymania się, wydawał się niespójny. Ale może coś takiego zdarzało się na tyle często, że zasady przydatności bywały naginane.
Rickar podszedł do ściany z dozownikami w chwili, gdy zaczęła się od niej oddalać wielka, szaroniebieska masa ciała, z grubsza wielkości krowy. Nazywała się Vaudai, choć Rickar nie wiedział, czy to imię osobnika, czy nazwa gatunku. Co nie miało znaczenia, bo on jej tak nie nazywał.
-?Dzień dobry, wielki ślimaku -?przywitał się Rickar.
Skrzynka na jego szyi nie wyemitowała żadnego dźwięku słyszalnego dla Rickara, nie wysłała też sygnału chemicznego, jaki mógłby wykryć, ale skrzynka w fałdach ciała obcego odpowiedziała.
-?Witaj, patyki powleczone mięsem.
-?Jakieś wieści?
-?Tak. Udało mi się ustalić, że jesteśmy w trzecim daktylu siódmej kończyny trzysta pięćdziesiątego drugiego korpusu eksploracyjnego.
-?I co nam to mówi o tym, co tu robimy?
Vaudai zadygotał. Ciało obcego na moment przybrało perłowy poblask.
-?Korpusy eksploracyjne często biorą udział w działaniach jednoznacznie wojskowych. Wydaje się prawdopodobne, że jesteśmy w drodze na wojnę.
-?Linie frontu -?rzucił Rickar.
-?Jeśli uznasz złożone powierzchnie w czasie asynchronicznym za "linię", to owszem.
-?Cóż, właściwie to nie powinno być niespodzianką. Wiesz może, ile będzie trwać nasza służba?
Vaudai przesunął swoją masę i przez chwilę milczał. Potem odpowiedział.
-?Nie mam -?tłumacz zaciął się na chwilę -?bolesnyporód pojęcia.
Na ustach Rickara pojawił się uśmiech. Tłumaczący półumysł nie zawsze dobrze sobie radził z przekleństwami lub wyrazami emocji, ale tym razem pięknie ujął przekleństwo i niecierpliwość wielkiego ślimaka.
-?Pewnie nie widziałeś tu Campara?
-?Co to jest Campar?
-?Inny człowiek. Jak ja.
-?Wszyscy pachniecie tak samo. Sól i martwa skóra.
-?Słusznie -?zgodził się Rickar i poszedł dalej.
Obok stały dwa duże stworzenia wyglądające jak czaple bez piór z odciętymi dziobami i nieprzyjemnie falującymi kosmykami na końcach skrzydeł. Nazywały się Budon z Luus i nie lubiły rozmawiać, więc poczekał, aż zabiorą swoje miski z czymś wyglądającym jak czarne kamienie w brązowej brei. Dozownik żywności nie miał żadnych przycisków, Rickar po prostu podszedł i chwilę przed nim stał. Coś w urządzeniu przeskanowało go i uznało, że zamiast czarnych kamieni w błocie dostanie miskę jednolitej szarawej brei i płytką łyżkę. Jego porcja wody dostarczana była w żelowej torbie w kolorze żółtego kurzego tłuszczu, z której odgryzał róg, żeby się napić.
Był przekonany, że od czasu wejścia na statek trochę schudł, ale wcześniej też nie jadł zbyt obficie. Stracił apetyt, gdy Dafyd Alkhor ostrzegł Carryx o buncie i doprowadził do wymordowania Synnii i Dennii, Ostencoura i Allstina z całą resztą. Z najlepszych możliwych powodów. Żeby ocalić pozostałych, włącznie ze sobą. Żeby zrozumieć konieczność tego poświęcenia, wystarczyło przez kilka minut posłuchać Alkhora. Bardzo chętnie tłumaczył, czemu ma rację, a potem obiecywał pomszczenie wszystkich, których pomógł zabić.
Choć jego sytuacja nie była dobra, Rickar przynajmniej nie znajdował się na tej samej planecie co on.
Usiadł ze skrzyżowanymi nogami na podłodze i popatrzył na szarozieloną breję w swojej misce oraz torbę z chlupiącą wodą. Potem niechętnie zjadł, napił się i czekał na Campara, ponieważ go znał w obecnym i poprzednim życiu, a teraz nie miał nikogo innego, na kogo mógłby czekać.
***
-?Nie zasypiaj. Nie będziesz spał w moim pokoju -?rzucił Ghati, pstrykając w goły pośladek Campara. -?Zgodziliśmy się.
-?Ale jestem zmęczony -?odpowiedział Campar. -?Śpiący. Wyczerpany. Ulituj się.
-?Mogę cię odprowadzić do twojego łóżka -?odparł tamten wciągając tunikę. -?Nie prowadzę hostelu.
Surowy ton jego głosu powstrzymał Campara od kolejnych żartów. Miał rację. Uzgodnili zasady, a on je łamał.
Pokusa traktowania Ghatiego jak chłopaka była prawdziwa, ale stanowiła słabość. Granice, jakie między sobą ustalili, były jedną z niewielu rzeczy, jakie mogli kontrolować, i Campar zachowywał się nieuprzejmie, próbując je naginać.
-?Nawet gdybyś prowadził, nie mam żadnej waluty, jaką mógłbym opłacić pokój -?odpowiedział z przepraszającym uśmiechem. -?Zabiorę swe ubogie kości gdzie indziej.
Ghati wydał cichy dźwięk z głębi gardła, który można by przetłumaczyć na cholerna racja, ale krył się w nim uśmiech. Patrzył, jak Campar wstaje i zbiera porozrzucane po całym pokoju ubrania. W jego oczach widać było uczucie, ale nie surowy głód widoczny w nich w trakcie zdejmowania ubrań. Campar zaryzykował nachylenie się do szybkiego całusa. Ghati go pocałował.
-?Zróbmy to znowu, niedługo -?rzucił.
-?Możesz w każdej chwili zapukać do moich drzwi -?odparł Campar. - Prysznic?
Ghati machnął ręką ku maleńkiej łazience jego celi.
Proszę bardzo.
Wciąż mokry po myciu i przyjemnie obolały po wcześniejszej aktywności Campar ruszył korytarzem do wspólnej sali. Właściwie nie było żadnego innego miejsca, do którego mógłby się udać. Żadnych barów, kawiarni, bibliotek ani oświetlonych słońcem placów. Po prostu lepiej wyposażone więzienie albo coś gorszego. W jednym rogu sali Danna, Dervan i Emmin prowadziły ożywioną rozmowę. Znały się w odległej przeszłości przed przybyciem Carryx, a pracowały w obronności i bezpieczeństwie. Ich trójka rozwinęła cykl drobnych dramatów społecznych, włącznie ze zmieniającymi się lojalnościami, drobnymi zdradami i niemal nieustannymi serdecznymi interwencjami, które kończyły się zapewnieniami o uczuciach i lojalności. Campar nie sądził, by zdawały sobie sprawę z tego, jak przeobraziły swoje życia w przedstawienia dla pozostałych. Zapewne od środka trudniej było dostrzec tę dynamikę. Stwierdził, że po rozdzieleniu są całkiem przyjemne, ale bardzo męczące, kiedy były we trójkę.
Z drugiej strony sali na podłodze siedział Rickar pochylony w rozmyślaniach nad miską z jedzeniem. Ponieważ było to mniejszym złem, Campar podszedł, by usiąść obok niego.
-?Dzień dobry -?przywitał go Rickar, a potem wzruszył ramionami. -?To znaczy, zakładając, że jest poranek.
-?Nie wątpię, że gdzieś jest -?zgodził się Campar.
Rickar nie był jednym z bliskich przyjaciół Campara w poprzednim życiu, choć Campar zawsze podziwiał jego wyczucie stylu. Rickar się z nim nie afiszował. Jego lekko pogniecione lniane garnitury zawsze były szyte na miarę, skarpetki zawsze miał do pary i nigdy nie gryzły się z kolorem koszuli. Wymagało to więcej wysiłku, niż Campar wkładał w swój wygląd, choć jako osoba wyczulona na niuanse męskiej urody Campar doceniał pracę wkładaną przez niego w stworzenie i utrzymanie wizerunku Rickara Daumatina.
Siedzący teraz obok Rickar stał się kimś bardzo odmiennym. Był ubrany w taką samą tunikę i spodnie jak noszone przez wszystkich ludzi, dostarczane przez ich panów. Jego włosy urosły długie i były zmierzwione. Wciąż się golił, ale przed ostrzem uchroniły się pojedyncze włoski na szyi i koło ucha. Miał zapadnięte policzki i teraz już stałe sińce pod oczami.
Na dodatek Campar zaczął się o niego troszczyć.
-?Jak się trzymasz? -?spytał Campar, starając się zachować neutralny ton. Znał prawdę, ale nie wiedział, jaką usłyszy odpowiedź.
Tamten poruszył ramieniem.
-?Byłeś z Ghatim?
-?Owszem -?potwierdził lekkim tonem Campar. -?Zazdrosny?
-?Jak to w ogóle działa? Jest o połowę mniejszy od ciebie.
-?Zapewniam cię, że ma ukryte pokłady wigoru.
-?Uważaj -?rzucił Rickar i wcale nie mówił już o różnicy w ich rozmiarach. -?Nie pozwól, by cię skrzywdzono.
-?Nie wybieramy mebli do domu -?odpowiedział Campar nieco zaskoczony własnym defensywnym tonem. -?To kilka chwil przyjemności w środowisku, które nie oferuje zbyt wiele. Tylko tyle.
-?Ja też tego próbowałem, a kiedy straciliśmy Dennię... Wiedzieliśmy, że sytuacja jest niebezpieczna. Wszyscy to wiedzieli. Ale utrata ich i tak strasznie kopie.
-?Z drugiej strony to w zasadzie nic nowego. Pomimo ich licznych win Carryx nie wynaleźli śmierci.
-?Za to cholernie ją przyśpieszyli -?rzucił Rickar. -?Wszystko jedno, do czego chcą nas wykorzystać, będzie się z tym wiązała przemoc. I nie obchodzi ich, czy przeżyjemy.
-?Tego nie mogę uwzględnić w planach -?odpowiedział Campar, a potem machnął w stronę wspólnej sali, wejść i korytarzy. -?Tylko tyle mamy dla siebie. Odmawiać sobie tych drobnych ochłapów życia w tym wszystkim? Nie widzę przewagi w zachowywaniu się, jakbym był martwy, zanim faktycznie tak będzie.
-?Po prostu nie chcę widzieć, jak cierpisz.
-?Wiem -?zapewnił Campar. -?I doceniam to. Ale zostaniemy skrzywdzeni i będziemy cierpieć.
Nie powinien był tego mówić. Pożałował, gdy tylko zobaczył, jak Rickar drga po tych słowach. Położył dłoń na jego ramieniu, przekazując tym gestem to, dla czego nie potrafił znaleźć właściwych słów.
Rickar przez chwilę wytrzymywał kontakt, a potem sięgnął po swój pakiet z wodą, by mieć wymówkę do uwolnienia się.
Otworzyły się jedne z drzwi do wspólnej sali, a w trzewia Campara wbiło się ostrze strachu. Sinen, który wdreptał do środka, nie był sam. Towarzyszący mu Rak-hund mieścił się rozmiarami gdzieś między dużym psem a małym kucykiem z, na oko, dziesiątkami nożowatych nóg. Dla Campara stworzenie było nie tyle żywą istotą, ile chodzącą bronią. Jego ostre stopy klikały o pokład i był to dźwięk mordów, które Campar widział, wąchał i po których sprzątał ciała. Czułby się mniej zagrożony, gdyby Sinen przystawił mu pistolet do głowy.
Sinen zabulgotał, a potem obrócił się, robiąc miejsce dla Budon z Luus. Za nimi weszła też para Miękkich Lotharków. Campar zastygł w bezruchu, jakby w ten sposób mógł nie stać się częścią tego, co miało teraz nastąpić. Rickar oddychał szybko i nierówno. Sinen wyemitował serię mokrych dźwięków, które półumysł przełożył na coś brzmiącego jak muzyka tworzona przez darcie papieru. Budon poruszyły się, patrząc na siebie bez żadnego rodzaju emocji, które byłyby czytelne dla Campara. Dwa znowu wyemitowały odgłos darcia. Mały Sinen zamrugał szerokimi kozimi oczami. Campar odetchnął powoli i spróbował pozbyć się paniki.
-?Kurwa -?rzucił Rickar i pokręcił głową, jakby zadano mu pytanie, na które odpowiedź brzmiała nie. -?Chcesz resztę? Nie sądzę, żebym zdołał to zjeść.
-?Mogę spróbować -?stwierdził Campar, przysuwając sobie miskę.
Rickar wstał, poklepał się po piersi, jakby sprawdzał kieszeń bluzy, której już nie miał, w poszukiwaniu nieistniejących tu papierosów i ruszył w stronę swojej celi. Campar znowu odetchnął. Po drugiej stronie sali Emmin i Dervan mówiły równocześnie w nasilającej się spirali, każdy głos nakręcający ten drugi do bardziej napiętych, wyższych tonów. Danna płakała. Campar nie był pewien, czy w ogóle zauważyły przybycie Sinen oraz jego chodzący dywan z nożami.
A ostateczną obelgę, największe poniżenie ich życia w niewoli i służbie stanowił fakt, że jedzenie było okropne. Miało głęboki orzechowy posmak, kojarzący mu się z dietami zdrowotnymi oraz ograniczaniem ilości przyjmowanych kalorii, i było zimne. Zastanawiał się, czy Dafyd i Tonner dokonali jakichś postępów w temacie hydroponicznych ogrodów w domu, a potem dotarło do niego, że nazwał planetarny pałac Carryx domem.
Sinen wybulgotał i wyplaskał do sali jakąś przemowę i wyszedł, a jego nożonoga broń wymaszerowała za nim. Chwilę później półumysły przetłumaczyły mowę wszystkim obecnym.
-?Wkroczyliśmy w przestrzeń konfliktu -?usłyszał Campar. -?Przygotować się na możliwość przemocy.
Campar zastanawiał się, co może zrobić, by przygotować się na taką możliwość poza oddaniem swej duszy bogom. Nic nie przyszło mu do głowy. Chwilę później do środka powoli wszedł Ghati, kierując się do dozownika żywności. Zobaczył Campara na podłodze.
-?Co mnie ominęło? -?zapytał z uśmiechem.
Campar zaczął się śmiać i odkrył, że było mu trudno przestać -?dużo trudniej, niż powinno.
Tonner Freis skrzywił się, patrząc na arkusz próbkowania, jakby ten go obraził. Kryształy arkusza były na tyle cienkie, że wyciągały wodę ze zbiorników przez zwykły mechanizm kapilarny, i przejrzyste jak powietrze. Sama próbka nie powinna być mętna.
Ale była.
-?O Boże -?rzucił Tonner, a potem westchnął. -?Cholera.
-?Tak samo jest ze zbiornikami pięć i sześć -?stwierdził Brun.
Tonner wrzucił arkusz próbkowy do zlewu i przeczesał włosy dłońmi. Jego lewa stopa postukiwała, jak czasem mu się zdarzało, gdy musiał przemyśleć jakiś szczególnie trudny problem.
-?Czyli dwanaście, pięć i sześć -?powiedział.
-?Wykonałem oznaczenia...
-?Nie -?rzucił Tonner. -?Nie mówię do ciebie. Nie odzywaj się. Dwanaście, pięć i sześć. Ale nie jeden albo dwa czy też trzy albo cztery. Na co tu patrzę?
Brun przełknął ślinę. Jego grdyka skoczyła jak spławik na lince ze złapanym pstrągiem. Co miały wspólnego zbiorniki dwanaście, pięć i sześć? Musiało być coś...
-?Tonner! -?zawołał z drugiego końca laboratorium Jellit. Między zbiornikami hydroponicznymi szedł szybko kolejny wysoki, szczupły mężczyzna. Razem z Brunem zostali wyprodukowani z tej samej formy, z tylko kilkoma drobnymi modyfikacjami. -?Czemu wciąż tu jesteś, Tonner? Powinniśmy być na spotkaniu.
-?Jestem w środku czegoś.
Jellit ujął Tonnera za rękę i łagodnie pociągnął za sobą. Tonner poczuł wybuch niemożliwej irytacji przytłumionej niespodziewaną nostalgią. Dokładnie coś takiego robiła z nim Else dawno temu w zupełnie innym życiu.
-?Dobrze -?rzucił. -?Brun! -?krzyknął przez ramię. -?Niech Kirrik i Abfoss sprawdzą obecność białek wirusowych. Upewnij się, że nie mamy żadnego zakażenia w roślinach, dobra?
-?Zrobi się! -?zawołał za nimi Brun.
Wyszli na korytarz prowadzący do kwater mieszkalnych oraz znajdującego się za nimi laboratorium wizualizacji Jellita. Długa, szeroka rampa prowadziła na następny poziom, a potem kolejne. Odległe słońce zabarwiało jasne ściany na czerwono. Mógł być świt lub zmierzch. Tonner do tego stopnia stracił orientację w naturalnych cyklach czasu planetarnego pałacu, że nie wiedział, która to z tych pór.
-?W ogóle to czego lord Alkhor tak cholernie pilnie chce? -?warknął Tonner.
Jellit mądrze nie zareagował.
Tonner Freis był najlepszym umysłem naukowego światka Anjiin, a teraz rozwiązywał problemy ze zbiornikami produkującymi żywność i był ganiany na zebrania zarządzane przez jego byłego pomywacza. Niedorzeczne. Jego część -?cichy, przytomny głos schowany pod wszystkim innym -?mówił mu, że inwazja i porwanie, przemoc i strata, zepsuły go w jakiś bardzo fundamentalny sposób. A on prywatnie akceptował ten fakt tak jak każdy nowy i niezaprzeczalny punkt danych. Potem odsuwał tę informację i wracał do bycia sobą. W taki czy inny sposób wszyscy byli zepsuci. Tylko że to nie sprawiało, że obowiązkowe zebrania Dafyda Alkhora były mniej bzdurne.
W sali zobaczył dwie nieznane sobie twarze -?dla wartości "nieznanych" bliskich: "wiedział o nich", ale ich nie "znał". Starsza kobieta o szczupłej twarzy i z kłębami stalowoszarych włosów sterczących z jej czaszki niczym aureola jakiegoś serenistycznego świętego to Uuya Tomos. Była badaczką folkloru i historyczką społeczną, która niemal w pojedynkę zreorganizowała system medrey. Nie czytał żadnych jej prac, ale było kilka lat na początku jego studiów, gdy jej mityczne powieści z cyklu Wilk Świata były dosłownie wszędzie. Barczystemu mężczyźnie nie potrafił przypisać nazwiska. Ręka, którą wyciągnął do Tonnera, była wybielona przez zaburzenie melaninowe i znacznie silniejsza, niż Tonner się spodziewał.
-?Bastien Korham -?przedstawił się mocno zbudowany mężczyzna. -?Miło mi poznać.
-?Zgadzam się -?odparł Tonner, próbując dostosować się do siły uścisku. -?To znaczy jestem Tonner Freis. Zgadzam się co do poznania.
Korham uśmiechnął się i puścił to, co zostało z kostek Tonnera. Jellit zajął miejsce przy długim brązowym stole. Tonner teatralnie rozejrzał się po sali konferencyjnej.
-?Czy nie powinno tu być Alkhora? -?zapytał. -?Miałem wrażenie, że to jego zebranie.
-?Przyjdzie -?zapewnił Jellit. -?Podzieliliśmy się zadaniem zaganiania spóźnialskich.
Tonner popatrzył na jedno z pustych miejsc.
-?To czym się zajmowałeś przed obecnymi czasami, Korham?
-?Byłem dyrektorem zakładu Kościoła Gallantiańskiego w Astincol, Bar i Amreth.
-?Dyrektorem zakładu?
Uśmiechnął się niemal przepraszająco.
-?Kościół zapewniał mieszkania i pracę dla trzydziestu tysięcy osób. Moje załogi pilnowały utrzymania wszystkiego w działaniu.
Tonner wreszcie sobie przypomniał. Chodziło o jakiś skandal dotyczący zatrudniania za grosze i wyzysku ekonomicznego. Choć to raczej nie była pora na poruszanie tego tematu.
-?Brzmi na odpowiedzialne stanowisko -?skomentował.
Korham tylko się skłonił, ale odezwała się Uuya Tomos.
-?Carryx po przybyciu porwali mnóstwo przywódców, ale niewielu pracowników.
-?Najlepszych kierujących pracą -?zgodził się Korham -?ale chyba wcale nie najlepszych pracowników. Kiepski ze mnie hydraulik.
-?Co daje pewien wgląd w to, co kiedyś ceniliśmy -?skomentowała z krzywym uśmiechem Uuya Tomos.
Z korytarza dobiegł głos Dafyda. Tonner nie potrafił rozróżnić słów, ale znał tembr i rytm jak starą, nielubianą piosenkę. Głos drugiej osoby prowadzącej rozmowę był wyższy i prawie płaczliwy, a kobieta, do której należał, była szczupła, blada i miała przebiegły wyraz twarzy. Gdyby szarego lisa zmieniono w kobietę przed czterdziestką, wyglądałby jak osoba, która weszła do sali z Dafydem Alkhorem.
On sam sprawiał wrażenie, jakby od czasu awansu postarzał się o dziesięć lat. Linie wokół jego ust wyraźnie się pogłębiły, a bruzdy na czole najwyraźniej zagościły tam już na stałe. Co więcej, inaczej się trzymał. Alkhor został wyniesiony na pana całej ludzkości w planetarnym pałacu, ale przynajmniej nie wyglądał, jakby się z tego cieszył. Choć z tego można było czerpać satysfakcję.
-?Dziękuję -?powiedział Dafyd, zajmując miejsce przy stole. Lisia kobieta skinęła kolejno wszystkim głową w serii precyzyjnych ruchów, jak mechaniczna zabawka, a potem stanęła na lewo od Alkhora. -?Czy wszyscy się wzajemnie znają?
-?Nie sądzę, żebyśmy się oficjalnie spotkali -?odezwała się lisia kobieta, zwracając się do całej sali w dość neutralny sposób. -?Jestem Llian Andermus. Kiedyś byłam dyrektorem ochrony operacyjnej Wspólnoty Itzibahn.
Uuya Tomos zamarła, a Korham wychylił się do przodu. Tonner wiedział, że Wspólnota Itzibahn była małym krajem na południowej półkuli Anjiin, z historią kolonializmu i bogactwem dużo większym, niż produkowały jego tereny. Teraz wydawało się to czymś z bajki dla dzieci. Kiedyś, dawno temu, było sobie państwo zwące się Wspólnota Itzibahn. Nazwisko Llian Andermus nic mu nie mówiło i poczuł lekką falę irytacji z faktu, że znali je inni. Jakby na jakimś przyjęciu wszyscy rozmawiali o piosence, której tylko on jeszcze nie słyszał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki