Wiara zwierząt. Cykl Wojna pojmanego. Tom 2 - James S.A. Corey

-
Proszę czekać

Jeden

Z archi­wal­nego wpisu biblio­te­ka­rza zarzą­dza­ją­cego, pierw­szego pośród sług Sovran:

Wolą Sovran jest, by miej­sca, w któ­rych wojna prze­ciw bez­śmiert­nym otwo­rzyła nowe tereny, badane były z uży­ciem narzę­dzi i umy­słów mogą­cych zapew­nić nowe per­spek­tywy. W szcze­gól­no­ści nie­zba­dane sys­temy w kie­runku obrotu od pią­tego kor­pusu...

Z archi­wal­nego wpisu biblio­te­ka­rza moni­to­ru­ją­cego kor­pu­sów wie­dzy i wspo­mnień:

...jesz­cze osiem­dzie­siąt tysięcy. Miej­sca, w któ­rych wojna prze­ciw bez­śmiert­nym otwo­rzyła dotąd nie­zba­dane tereny, zostaną ziden­ty­fi­ko­wane i skie­ruje się tam dodat­kowe zasoby badaw­cze oraz gro­ma­dze­nia infor­ma­cji. Dane głę­bo­kiego rezo­nansu z nowej w...

Z archi­wal­nego wpisu biblio­te­ka­rza wyko­naw­czego pro­jek­tów badaw­czych:

...ósmy dak­tyl koń­czyny. Zasoby, które gro­ma­dzą infor­ma­cję, zostaną ziden­ty­fi­ko­wane i zmo­bi­li­zo­wane. Prio­ry­te­tem będą zwie­rzęta, sprzęt i kom­bi­na­cje z poten­cja­łem uzy­ska­nia nowych infor­ma­cji z ana­liz tak­tycz­nych oraz fizycz­nych. Te zostaną prze­ka­zane do...

Z archi­wal­nego wpisu biblio­te­ka­rza nad­zo­ru­ją­cego zaso­bów zwie­rzę­cych:

...w odnie­sie­niu do ich utrzy­mu­ją­cych się pozio­mów popu­la­cji. Zostaną zgru­po­wane zwie­rzęta z poten­cja­łami zmy­sło­wymi i poznaw­czymi o praw­do­po­do­bień­stwie uzy­ska­nia nowych infor­ma­cji: [Grupa 1: wodne, wysoka kwa­so­wość, krzem/węgiel] [Grupa 2: naziemne, odporne na tlen, węglowe] [Grupa 3: naziemne, bez­tle­nowe, krze­mowe/węglowe] [Grupa 4: ...

Z archi­wal­nego wpisu biblio­te­ka­rza-dozorcy moiet tym­cza­so­wych:

...osią­gnęły wyniki gor­sze od ocze­ki­wa­nych i zostaną wyeli­mi­no­wane. Ich zasoby zostaną prze­kie­ro­wane do moiet Mana­ca­tów z Paol, Czer­wo­nych Sybilli z Soun oraz Ludzi z Anjiin. Ponadto moiety Mana­ca­tów, Czer­wo­nych Sybilli oraz Ludzi mają wska­zać osob­niki oraz małe grupy do wyko­rzy­sta­nia w tere­nie i zapew­nić wystar­cza­jące zasoby...

***

Anjiin była domem czte­rech i pół miliarda ludzi. Car­ryx zabrali nie­całe cztery tysiące z nich, by słu­żyli w ich pla­ne­tar­nym pałacu.

Jedna siódma zgi­nęła pod­czas podróży, od cho­rób lub wypad­ków po przy­by­ciu na miej­sce. Gdy ludz­kość dowio­dła swej war­to­ści w oczach impe­rium, grupy -?a cza­sem izo­lo­wane jed­nostki -?roz­pro­szone w pierw­szych dniach nie­woli zostały zebrane razem niczym zagu­biona rodzina odnaj­du­jąca się w dzi­czy, poza nie­mal pię­ciu­set oso­bami, które wydzie­lono i wysłano z zada­niami zro­zu­mia­łymi wyłącz­nie dla samych Car­ryx.

Zamiesz­ki­wana teraz przez ludzi nowa prze­strzeń była jak poje­dyn­czy wielki budy­nek prze­zna­czony dla ludz­kiego roju, rów­no­cze­śnie bar­dziej auten­tycz­nego i głę­boko zmie­nio­nego. Zmniej­szyły się dziury w poj­mo­wa­niu ludzi przez Car­ryx. Łazienki wypo­sa­żono teraz w dozow­niki czer­wo­nego żelu myją­cego, zamiast spry­ski­wa­nia nim na początku każ­dego prysz­nica. Uwzględ­niono tajem­nice zwią­zane ze strzy­że­niem wło­sów, przy­ci­na­niem paznokci i radze­niem sobie z men­stru­acją. Nie­wy­mowne poni­że­nia ludz­kiego życia stały się odro­binę zno­śniej­sze.

W zamian kory­ta­rze były szer­sze, ściany lekko zwę­żały się ku górze, a powie­trze przy­brało gry­zącą woń podobną do żywicy i soli. Dziwny zapach był wszę­dzie, prze­ni­kał wszystko, a przez to stał się nie­zau­wa­żalny. Ludzie zda­wali sobie z niego sprawę, tylko gdy wra­cali z wypraw do wspól­nych prze­strzeni pla­ne­tar­nego pałacu albo po spę­dze­niu czasu w małym ogro­dzie na szczy­cie budynku miesz­kal­nego, gdzie wiał chłodny wiatr, rzadki jak powie­trze na szczy­cie góry. Widok stam­tąd zapie­rał dech w pier­siach.

Od wschodu z powierzchni pla­nety wyła­niały się dwa olbrzy­mie łuki, zakrzy­wia­jąc się ponad atmos­ferą. Ich boki usiane były świa­tłami: ozdob­nymi, funk­cjo­nal­nymi lub po pro­stu bla­skiem miliona okien. Pod nimi spo­śród chmur wyła­niały się czarne syl­wetki zig­gu­ra­tów, roz­cią­ga­jące się do odle­głego hory­zontu.

Sam ogród był mniej­szy od placu przed miesz­ka­niem Dafyda na Anjiin. Rosło tam jedno drzewo z bar­dzo ciem­no­brą­zową korą i gru­bymi, skó­rza­stymi liśćmi, a do tego klomb dzi­kiej mięty oraz nie­ustan­nie szem­rząca wodą fon­tanna z czar­nego metalu i jasnego kamie­nia, się­ga­jąca do pasa sto­ją­cemu Dafy­dowi. Zdu­mie­wało go, że coś tak skrom­nego mogło spra­wiać wra­że­nie luk­susu.

Mały Sinen wyglą­da­jący jak skrzy­żo­wa­nie kozy z mątwą dokoń­czył wygła­sza­nie swego obwiesz­cze­nia, po któ­rym przy­ci­snął kciuki do oczo­do­łów. Ból głowy nie chciał ustą­pić. Usły­szał docie­ra­jące od scho­dów odgłosy kro­ków Jel­lita i nie uniósł wzroku.

-?Coś nie tak? -?zapy­tał tam­ten.

-?Kolejne wezwa­nie od mego pana i władcy -?wyja­śnił Dafyd. -?Ekur chce o czymś poroz­ma­wiać.

-?Kolejne mody­fi­ka­cje naszych zadań i obo­wiąz­ków?

-?Dowiem się, kiedy do niego dojdę -?stwier­dził Dafyd i dźwi­gnął się z miej­sca. -?Coś, o czym powi­nie­nem wie­dzieć z labo­ra­to­rium obra­zo­wa­nia?

-?Nic, czego nie ma w rapor­cie -?powie­dział Jel­lit.

Wyglą­dał, jakby chciał dodać coś jesz­cze, ale tego nie zro­bił, więc Dafyd ruszył w dół scho­dów pro­wa­dzą­cych do moiety. Posła­niec Sinen podą­żył za nim.

Cam­par wyje­chał na jakąś tajem­ni­czą wyprawę dla Car­ryx. Tak samo jak Ric­kar. I Jes­syn. Przy­naj­mniej na ile Dafyd wie­dział, gdzie­kol­wiek ich wysłano, wciąż żyli. Nöl, Syn­nia, Else oraz Irinna zgi­nęli. Z grupy zna­nej Dafy­dowi na Anjiin ota­czali go teraz już tylko Ton­ner, który go nie­na­wi­dził, oraz Jel­lit, który zmie­nił się z nie­mal wroga we wspól­nika Dafyda w ujaw­nie­niu ludz­kiego buntu prze­ciwko Car­ryx. Łączyła ich teraz krew na rękach.

Dla wszyst­kich, któ­rzy nie znali go wcze­śniej, Dafyd był gło­sem Car­ryx. Czło­wie­kiem, z któ­rym nale­żało roz­ma­wiać, gdy coś było potrzebne, oraz osobą prze­ka­zu­jącą żąda­nia impe­rium. Naj­wyż­szym kapła­nem pośred­ni­czą­cym mię­dzy swoim ludem a jego nie­mal boskimi panami.

Zatrzy­mał się w swoim pokoju. Wszę­dzie leżały sterty papie­rów i nota­tek z listami nazwisk wszyst­kich człon­ków ludz­kiej popu­la­cji, infor­ma­cjami o tym, kim byli przed inwa­zją Car­ryx i co robili teraz. Czego chcieli. Czego potrze­bo­wali. Zgar­nął kilka stron z przy­go­to­wa­nymi notat­kami.

Wciąż bra­ko­wało naj­bar­dziej potrzeb­nego mu raportu. Oczy­wi­ście.

-?Muszę wstą­pić do labo­ra­to­riów -?ode­zwał się do nad­zorcy Sinen Dafyd. - Ton­ner miał mi prze­ka­zać nowe infor­ma­cje, ale ich tu nie ma.

Mała skrzy­neczka noszona przez niego na piersi wyemi­to­wała serię mokrych kaszl­nięć, a Sinen odpo­wie­dział cichym tre­lem i wes­tchnię­ciem. Głos, który dobiegł ze skrzynki na piersi, brzmiał bez­na­mięt­nie.

-?Jeśli to zro­bisz, zro­bisz to.

Nie było to pozwo­le­nie, a raczej groźba. Wyszedł z powro­tem na wspólny kory­tarz i ruszył nim, a napię­cie w skro­niach odczu­wał jak dźwi­ga­nie nie­wi­dzial­nej korony.

Awans ludz­kiej moiety przy­niósł ze sobą falę nowego sprzętu i mate­ria­łów, choć zosta­wili przy tym za sobą wszel­kie zna­jome ludz­kie pro­jekty. Zbior­niki i lodówki, inku­ba­tory i ozna­cze­nia biał­kowe, spek­tro­me­try i mikro­skopy pseu­do­so­czew­kowe w nowych labo­ra­to­riach były naj­lep­szymi pro­jek­tami impe­rium Car­ryx, pro­duk­tem geniu­szu i wie­dzy tysięcy innych gatun­ków. Maszyny koja­rzyły się Dafy­dowi z zawar­to­ścią jakiejś egzo­tycz­nej sadzawki zale­wo­wej wycią­gniętą na brzeg przez cie­kaw­skie dziecko. Nie­które z przed­mio­tów były gro­te­skowe, inne piękne, a parę wykra­czało poza ludz­kie poję­cie.

Nowym zastępcą Ton­nera był wysoki, chudy męż­czy­zna imie­niem Brun, o ciem­nych wło­sach i z nie­mal komicz­nie wysta­jącą krta­nią. W poprzed­nim życiu był dyrek­to­rem jed­nej z odno­szą­cych naj­więk­sze suk­cesy na Anjiin spół­dzielni pro­duk­cji che­micz­nej. Teraz stał z kil­koma innymi ludźmi nowego zespołu Ton­nera, przy­pa­tru­jąc się cze­muś wyglą­da­ją­cemu jak seg­men­to­wany wierzch ogona raka wiel­ko­ści stołu. Wzrok Bruna roz­pro­mie­nił się na widok Dafyda.

-?To sta­tyczna wirówka -?poin­for­mo­wał z uśmie­chem. -?Widzia­łeś coś lep­szego?

W myślach Dafyda pło­nęły słowa "Gdzie jest Ton­ner?", ale zamiast tego powie­dział:

-?Sta­tyczne co?

-?Wiem -?rzu­cił Brun. -?Mówisz małemu pół­u­my­słowi tej rze­czy, jakie chcesz przy­śpie­sze­nie przez jaki czas, a ona gene­ruje wła­ściwe cią­że­nie bez wiro­wa­nia. W ogóle nie mam poję­cia, jak to robi, ale zapew­nia pre­cy­zyjną kon­trolę cią­że­nia, z którą nie równa się nic, co dotąd widzia­łem. Jest genialne.

-?Gdzie jest Ton­ner?

-?W sta­rych labo­ra­to­riach -?odparł Brun. -?Powie­dział, że wróci po połu­dniu, ale wiesz, jaki bywa.

Dafyd skie­ro­wał się ku wspól­nym prze­strze­niom z drep­czą­cym mu po pię­tach Sinen. Przy­śpie­szył kroku.

Z początku, kiedy tu dotarli, kate­dra sta­no­wiła miej­sce cudów i kosz­ma­rów: teren wypeł­niony obcymi cia­łami zdol­nymi przy­tło­czyć każ­dego. Głę­boka, tek­to­niczna wręcz obcość wystar­czyła, by wzbu­dzić poczu­cie znisz­cze­nia. Teraz Dafyd obcho­dził dziwne nie­mal kraby wiel­ko­ści psów, nie poświę­ca­jąc im nawet jed­nej myśli. Jarzące się nie­bie­skie muszki były tak małe, że oba­wiał się wcią­gać powie­trze, prze­cho­dząc mię­dzy nimi, by żadna nie wylą­do­wała mu w gar­dle. Obok prze­ma­sze­ro­wali Fylar­cho­wie z Astr­deim, z jarzą­cymi się oczami, migo­tli­wymi sta­wami, rów­nie zna­jomi jak kie­dyś auto­busy i rowery. Wysoko w powie­trzu kłę­bili się Eddin­to­wie z Lof, a przy ziemi kli­kali do sie­bie Oumenti i Soun. Każde z nich miało swoje miej­sce w świe­cie Car­ryx, jakąś rolę peł­nioną dla swo­ich panów. Dafyd nie­mal nie zwra­cał już uwagi na fakt, że nie miał poję­cia, co wła­ści­wie robili. Jego umysł wzniósł ściany mię­dzy rze­czami, które musiał wie­dzieć, i takimi, które mógł bez­piecz­nie igno­ro­wać.

Lawi­ro­wał przez sze­roki plac dostępny dla wszyst­kich moiet i dotarł do ściany z anek­sem labo­ra­to­ryj­nym prze­ję­tym przez nich od Spi­ja­czy Nocy: małego kory­ta­rza z wysoką płytą blatu i zna­jo­mym sprzę­tem. Szklane sze­ściany miesz­czące jagody i nie-żół­wie były teraz puste. Tam­ten pro­jekt dobiegł końca i zaczął się nowy.

Czas, który upły­nął od opusz­cze­nia Anjiin, skur­czył Ton­nera Fre­isa. To było coś wię­cej niż wygląd fizyczny. Przed ich znie­wo­le­niem Ton­ner był - przy­naj­mniej przez chwilę -?naj­słyn­niej­szym naukow­cem na pla­ne­cie. Jego przed­wcze­śnie posi­wiałe włosy kon­tra­sto­wały wtedy z mło­do­ścią i wigo­rem. Teraz twarz nabrała suro­wo­ści. Nie był to sku­tek wieku, choć go naśla­do­wał. Opie­rał się o stary apa­rat do ozna­czeń bia­łek. Palce ręki z nie­mal wygo­jo­nym zła­ma­niem wysta­wały spod opa­trunku i ocie­rały się o sie­bie, jakby pró­bo­wały coś zna­leźć. Na widok Dafyda pokrę­cił głową.

-?Nowy sprzęt labo­ra­to­ryjny to błąd -?oznaj­mił zamiast powi­ta­nia. - Musimy zabrać się do pracy. Pracy. A nie spę­dzać pół roku na opa­no­wa­niu obsługi zupeł­nie nowego sprzętu. Wie­dza insty­tu­cjo­nalna jest bar­dzo cenna. Nie możesz po pro­stu wszyst­kiego wyrzu­cić dla­tego, że rzą­dzące nami kara­lu­chy zde­cy­do­wały się dać ci nowe zabawki.

Tłu­macz na piersi Sinen wybul­go­tał do niego słowa Ton­nera. Dafyd drgnął, a potem ostrze­gaw­czo zama­chał w powie­trzu.

To coś słu­cha. Uspo­kój się.

-?To nie była moja decy­zja.

-?Myśla­łem, że decy­du­jesz o wszyst­kim -?wark­nął Ton­ner. -?Nie jesteś tu sze­fem?

-?Wiesz, że nie -?przy­po­mniał Dafyd.

Ton­ner zer­k­nął na Sinen trzy­ma­ją­cego się w prze­strzeni za nimi i uśmiech­nął się drwiąco.

-?Cokol­wiek powiesz.

-?Zosta­łem wezwany do biblio­te­ka­rza. Potrzebny mi twój raport.

-?Nie mam go -?odpo­wie­dział Ton­ner, a potem, widząc wyraz twa­rzy Dafyda, dodał: -?Stra­ci­łem zespół. Szkolę nowy, i to nie tak, żebyś dał mi grupę posłusz­nych, nowych, młod­szych asy­sten­tów. Brun kie­ro­wał swoim związ­kiem, Addira ma za sobą dwa­dzie­ścia lat wła­snych badań, Abfoss miał za parę lat iść na eme­ry­turę. Wszyst­kim się wydaje, że znają lep­szy spo­sób na robie­nie wszyst­kiego. Nikt z nich nie robi po pro­stu tego, co im, do cho­lery, każę. Mia­łem grupę. Mia­łem ludzi. -?Głos Ton­nera zała­mał się na ostat­nim sło­wie i potrze­bo­wał kilku sekund, żeby się opa­no­wać. -?A więc tak. Powiedz, pro­szę, kró­lom kara­lu­chów, że robię, co mogę, żeby przy­śpie­szyć pracę, i cza­sami napi­sa­nie notatki na ten temat ma dla mnie niż­szy prio­ry­tet niż sama praca.

-?Czy możesz mi po pro­stu powie­dzieć, jak wygląda sytu­acja? Tylko sło­wami.

Ton­ner wzru­szył ramio­nami, a ana­li­za­tor zadźwię­czał w spo­sób ozna­cza­jący, że prze­cho­dzi do fazy poli­me­ry­za­cji. Ton­ner obej­rzał się przez ramię. Wyglą­dał na wyczer­pa­nego.

-?Zapew­nie­nie sobie wła­snego źró­dła żyw­no­ści będzie wyma­gało dwu­krot­nie więk­szych zaso­bów hydro­po­nicz­nych niż to, czym dys­po­nu­jemy w tej chwili. To ozna­cza zbior­niki, oświe­tle­nie, sys­temy fil­tro­wa­nia, sub­stan­cje odżyw­cze i mikro­ele­menty, wszystko. Wygląda na to, że będziemy w sta­nie dosto­so­wać mikro­farmy krze­mia­nowe z jagód do ogól­nego użytku, więc pro­duk­cja na małą skalę jest zasad­ni­czo kryta. Szko­le­nie nowych ludzi do wyko­ny­wa­nia ana­liz na potrzeby trans­la­cji bia­łek -?co powinno być teraz naj­bar­dziej przy­datną rze­czą, jaką dla nich robimy -?będzie wyma­gało mie­sięcy.

Jego wzru­sze­nie ramio­nami ozna­czało: Czego, do cho­lery, ode mnie ocze­ku­jesz?

-?Czyli trzeba podwoić hydro­po­nikę -?stwier­dził Dafyd.

-?Jasne. Od tego zacznij -?potwier­dził Ton­ner. Pra­wie się odwró­cił, ale znie­ru­cho­miał. -?Masz wie­ści od kogoś z nich?

Nich. Jes­syn, Ric­kar, Cam­par. Jedyni, któ­rzy pozo­stali.

-?Nie -?odparł Dafyd. -?Jesz­cze nie.

***

Gdy Dafyd koń­czył swój raport, Ekur-Tka­lal poru­szył brzu­chem na czte­rech cien­kich nogach. Jego tułów i głowa nie drgnęły, z dwiema potęż­nymi czarno-czer­wo­nymi bojo­wymi koń­czy­nami opar­tymi o pod­łogę. Co było dobrym zna­kiem. Dopóki te koń­czyny pozo­sta­wały na pod­ło­dze, nie był gotów go zabić. Jego czworo oczu poru­szało się nie­za­leż­nie, jakby każde było roz­pra­szane przez inną myśl, a koja­rzące się z modliszką jedze­niowe ręce na piersi roz­ło­żyły się i mani­pu­lo­wały nie­wiel­kimi kształ­tami z uno­szą­cego się świa­tła, któ­rego źró­dła Dafyd nie potra­fił ziden­ty­fi­ko­wać. Co jakiś czas Car­ryx świer­go­tał lub bul­go­tał do sie­bie, ale pół­u­mysł na jego gar­dle niczego nie mówił. Jeśli w tych dźwię­kach kryły się jakieś słowa, nie były prze­zna­czone dla niego. Sinen, który go tu spro­wa­dził, został z nimi w pokoju, co było nowo­ścią. Zda­niem Dafyda nieco zło­wiesz­czą.

Dafyd cze­kał, aż Car­ryx zakoń­czy swoją pracę. Pomiesz­cze­nie, o któ­rym Dafyd myślał jako o biu­rze biblio­te­ka­rza-dozorcy, było małe, a z kory­ta­rzy w głębi dobie­gały dźwięki śpie­wa­ją­cych do sie­bie wza­jem­nie Car­ryx. Ekur jesz­cze przez kilka chwil prze­su­wał świetlne obiekty, a potem zaczął mówić.

Jego praw­dziwy głos brzmiał jak śpiew ptaka, tylko że głę­boki, powolny i groźny. Głos docho­dzący z jego pół­u­my­słu był ludzki i bez­barwny. Wyda­wał się lekko pogar­dliwy, choć mogło to być jedy­nie wyni­kiem uprze­dzeń Dafyda.

-?Wasze dzia­ła­nia mające na celu uczy­nie­nie jed­nego gatunku zwie­rząt pożyw­nym dla innych gatun­ków wzbu­dzają zain­te­re­so­wa­nie impe­rium. Inte­re­su­jąca jest rów­nież praca nad obra­zo­wa­niem i soczew­ko­wa­niem gra­wi­me­trycz­nym. Sku­pi­cie dzia­ła­nia na tych dwóch zagad­nie­niach. Nie inte­re­sują nas żadne inne aktyw­no­ści ludzi. Wasze pozo­stałe sta­ra­nia są mar­no­trawne i zostaną zakoń­czone. Zre­or­ga­ni­zuj swoją moietę wokół tych rze­czy, które są przy­datne.

-?Rozu­miem -?odpo­wie­dział Dafyd. -?Zro­bimy tak.

-?Ponadto nie mam pożytku ze zwie­rzę­cych bazgro­łów. Będziesz prze­ka­zy­wał swoje raporty w popraw­nej postaci archi­wal­nej.

Dafyd opadł na kolana i sze­rzej roz­ło­żył ręce, z wnę­trzami dłoni na pod­ło­dze.

-?Nie wiem, jak to robić.

-?Ten tutaj cię nauczy -?oświad­czył Ekur-Tka­lal, wska­zu­jąc Sinen ruchem jed­nej z jedze­nio­wych rąk. -?Wasza moieta wzbu­dziła zain­te­re­so­wa­nie Sovran. Przy­go­tu­je­cie się do więk­szego wyko­rzy­sta­nia przez impe­rium. Ocze­kuj­cie przy­dzia­łów na tysią­cach pla­net.

-?Ach. Jest nas tu tylko około trzech tysięcy -?zauwa­żył Dafyd.

Car­ryx prze­su­nął śro­dek cięż­ko­ści. Na Dafy­dzie sku­piło się spoj­rze­nie trojga jego oczu.

-?Tak. Wasza popu­la­cja jest nie­wy­star­cza­jąca do zaspo­ko­je­nia przy­szłych potrzeb.

-?Spro­wa­dzi­cie nas wię­cej z Anjiin? Czy dotrą do nas nowi ludzie...

-?Macie się roz­mna­żać lokal­nie na potrzeby impe­rium. Moieta, która nie potrafi pod­trzy­mać swej popu­la­cji, nie jest przy­datna i zosta­nie wytrze­biona.

Powie­trze zro­biło się bar­dzo rzad­kie. Dafyd z wysił­kiem pró­bo­wał opa­no­wać oddech.

-?Nie wiem... to zna­czy...

-?Jeśli macie jakieś potrzeby do utrzy­ma­nia poko­le­nia mło­dych, przed­staw je. Jeśli nie będą nad­mier­nie wydu­mane, zostaną zaspo­ko­jone.

-?Nasze dzieci... Nasze potom­stwo dora­sta przez bar­dzo długi czas - wydu­sił Dafyd. -?Rosną powoli, wyma­gają ucze­nia.

-?Jestem tego świa­dom -?przy­znał Ekur-Tka­lal. -?Wola Sovran obej­muje eony. Zacznij­cie teraz. Niech będą gotowi, gdy zechcemy z nich sko­rzy­stać.

A jeśli nie będą chciały? -?pomy­ślał.

Tylko że znał odpo­wiedź. Była taka sama, jak zawsze: znajdź spo­sób albo wszy­scy zginą.

-?Rozu­miem -?powie­dział.

A naj­gor­sze było to, że naprawdę rozu­miał.

Dwa

Rój idzie przez całą dłu­gość labo­ra­to­rium fizycz­nego z rękami zło­żo­nymi za ple­cami. Wokół niego inni zaj­mują się dopra­co­wa­niem tech­nik soczew­ko­wa­nia, które dały Anjiin ostrze­że­nie przed nadej­ściem zguby. Nie pomo­gło im to, ale jeśli wróg -?bez­śmiertny wróg, który bez wie­dzy Car­ryx prze­szmu­glo­wał rój do ich matecz­nika -?odkryje te same tech­no­lo­gie, Car­ryx będą w sta­nie się przed nimi bro­nić. Geniusz impe­rium ponow­nie zosta­nie powięk­szony przez kon­tro­lo­wane przez nie zwie­rzęta.

W ciem­nym wię­zie­niu świa­do­mo­ści roju wal­czy mar­twy czło­wiek.

Jel­lit jest jedy­nym prze­ję­tym przez niego męż­czy­zną, jedy­nym, który już poświę­cił się prze­mocy, oraz jedy­nym, któ­rego dusza była przy­gnie­ciona cię­ża­rem traumy. Rój nie potrafi stwier­dzić, czy któ­raś z tych róż­nic wystar­cza do wyja­śnie­nia, czemu to ciało sil­niej wal­czy o swoją nie­za­leż­ność. Zmaga się z opę­ta­niem. Odma­wia przy­ję­cia do wia­do­mo­ści śmierci, która już po nie przy­szła.

-?Wszystko w porządku? -?pyta jedna z pra­cu­ją­cych w labo­ra­to­rium fizy­czek. Kadey.

Rój kiwa głową.

-?Zamy­śli­łem się nad czymś -?odpo­wiada.

Posta­no­wił, że to wła­śnie dzi­siaj ujawni się Dafy­dowi.

Och, do cho­lery, drwi w cha­osie umy­słu roju mar­twy męż­czy­zna. Znowu? Masz wię­cej dni "dzi­siaj mu to powiem", niż Else miała ostat­nich papie­ro­sów.

Poja­wia się echo roz­ba­wie­nia, ale nie pocho­dzi od roju. Może nale­żeć do Ameer Kin­dred lub Else Yan­nin. Bądź obie mogą się teraz prze­ni­kać. Ameer, pierw­szy czło­wiek prze­jęty przez rój, gdy zaist­niał na powierzchni Anjiin, jest teraz tak dostro­jona, że trudno mu odróż­nić jej myśli od wła­snych. A po utra­cie swo­jego ciała Else Yan­nin także zaczęła tra­cić część wyra­zi­sto­ści i pre­cy­zji, roz­ma­zu­jąc się na brze­gach jak akwa­rela pozo­sta­wiona w wil­got­nym miej­scu. Ciało wzmac­nia umysł na spo­soby, które rój dopiero zaczyna kata­lo­go­wać. Gdyby wie­dział to wcze­śniej, może nie prze­niósłby się do Jel­lita. Tylko że tak wiele spraw jest dla roju pierw­szymi. Tylu rze­czy uczy się dopiero w retro­spek­cji.

Ow­szem, i tak byś mnie zabił, mówi mar­twy męż­czy­zna. Boże, jak bar­dzo możesz się nad sobą uża­lać? Bie­da­czek, zamor­do­wani przez cie­bie ludzie nie oka­zują ci dosta­tecz­nie dużo wspar­cia emo­cjo­nal­nego.

Dużo od nas ocze­ku­jesz, zga­dza się echo wciąż będące Ameer Kin­dred.

Rój zatrzy­muje się przy jed­nym z połą­czeń czuj­ni­ków. Urzą­dze­nie wygląda jak drut zawie­szony w szkla­nej rurze, trzy­krot­nie wyż­szej od Jel­lita i gru­bo­ści jego kciuka. Eks­pe­ry­ment powi­nien wykry­wać zakłó­ce­nia rezo­nan­sów w zakre­sie bar­dzo dłu­gich fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych. Przy pra­wi­dło­wym wyko­na­niu stwo­rzy to soczewkę obli­cze­niową. Przy kiep­skim utraci kohe­ren­cję i zmieni się w szum. Wokół nich, nie­wi­doczny dla wszyst­kich innych, z pla­nety w dole unosi się impuls magne­tyczny, wibru­jąc infor­ma­cją reje­stro­waną przez rój, choć jesz­cze nie nauczył się jej deko­do­wać. Rój jest bro­nią stwo­rzoną do wojny. Szpie­giem wysła­nym do zbie­ra­nia wszyst­kiego i prze­sła­nia zdo­by­tej wie­dzy na pla­nety, któ­rych nie poznał. Zapro­jek­to­wano go do prze­trwa­nia naj­dłu­żej, jak zdoła, ale nie do prze­ży­cia.

-?Mogę dokoń­czyć ten prze­bieg, jeśli chcesz -?mówi Kadey, a potem lekko marsz­czy brwi. -?Miło byłoby mieć tro­chę wol­nego czasu.

-?Kło­poty? -?pyta rój, bo zro­biłby to Jel­lit.

-?Pro­blemy ze współ­lo­ka­to­rem.

Śmiech roju jest krótki i ostry, choć wydaje się, że nie pocho­dzi od nikogo z prze­ję­tej trójki. A może od wszyst­kich?

-?Dzięki -?mówi. -?Sko­rzy­stam z tej oferty.

-?Odpła­cisz mi póź­niej -?mówi Kadey i rój odcho­dzi.

Zaj­mo­wane przez niego teraz pokoje to pierw­sza pry­watna prze­strzeń, jaką dys­po­nuje od cza­sów Anjiin. Ameer Kin­dred miesz­kała w małym wyna­ję­tym lof­cie koło Wspól­noty nauko­wej, z żół­tymi drzwiami i kotem, który nie nale­żał do niej, ale i tak przy­cho­dził w nocy przez okno. Rój pamięta kule­nie się w tym lof­cie ze zmy­słami roz­cią­gnię­tymi ku niebu, gdy Ameer krzy­czała w jego wciąż roz­wi­ja­ją­cej się świa­do­mo­ści, oszo­ło­miona i prze­ra­żona. Rój był wtedy nie­mal czy­stym mecha­ni­zmem, maszyną z tech­niki i opro­gra­mo­wa­nia tak wyszu­ka­nego, że pozio­mem zbli­żało się do instynktu.

Teraz ma pokój przy­dzie­lony Jel­li­towi, choć otrzy­mał go po śmierci Jel­lita, więc w real­nym sen­sie stół i dwie sze­ro­kie meta­lowe ławy przy nim należą do roju. Nie dzieli z innymi małej kuchni, w któ­rej przy­go­to­wuje swoje racje żyw­no­ściowe. Małe łóżko z mate­ra­cem z poli­me­ro­wej piany jest tylko jego.

Jed­nakże, w zależ­no­ści od tego, jak prze­bie­gnie roz­mowa, to może się zmie­nić.

Pamięta wywo­łu­jący suchość w ustach strach odczu­wany przez Ameer, gdy pierw­szy raz zapra­szała dziew­czynę do swo­jego pokoju na seks, oraz nie­mal kli­niczny spo­sób przy­ję­cia przez Else ero­tycz­nego zapro­sze­nia po przy­by­ciu do medrey. Pamięta szmu­glo­wa­nie dziew­czyny do pokoju Jel­lita, gdy Jes­syn spała za sąsied­nimi drzwiami, a potem ciche upra­wia­nie seksu, by nie obu­dzić sio­stry. I pamięta swoje doświad­cze­nia z Dafy­dem oraz kom­fort, jaki dawał ciału Else. Czy tak dziwna jest myśl, że może wró­cić do tam­tych cza­sów, ponow­nie obu­dzić coś, co miał kie­dyś? Gdy Dafyd dowie się, że kochana przez niego kobieta nie zgi­nęła, tylko się zmie­niła...

Byłam mar­twa, zanim poca­ło­wa­łeś go moimi ustami, mówi Else. Wszystko, co zaszło mię­dzy wami, było kłam­stwem.

Pod pew­nym wzglę­dem to prawda, ale pod innym wcale nią nie jest. Ist­nieją takie aspekty jego ist­nie­nia, któ­rych rój nie mógł ujaw­nić Dafy­dowi, choć ze wspo­mnień trójki ludzi wie, że to zawsze tak wygląda. Żadna miłość ni­gdy nie obej­mo­wała cał­ko­wi­tej szcze­ro­ści, jeśli coś takiego w ogóle było moż­liwe.

Racjo­na­li­zu­jesz, mówi Jel­lit. Dzia­łasz pod przy­kry­ciem za liniami wroga, więc uza­sad­niona jest każda straszna rzecz, jakiej się dopu­ścisz. Bar­dzo z cie­bie biedny, obar­czony baga­żem boha­ter.

Tylko że kiedy uzy­skał świa­do­mość, rój nie był zdolny do miło­ści. Wszystko, co wie o miło­ści, sek­sie i ser­co­wych kom­pli­ka­cjach, prze­jął od Else Yan­nin. Z jej ciała, jej umy­słu. Tak jak ona był przy­cią­gany przez męż­czyzn. Skom­pli­ko­wany jak ona. Kiedy się kochał, uno­sił ręce, bo ona lubiła uno­sić swoje, przy­ci­skała do sie­bie Dafyda, bo zaspo­ka­jał jej pra­gnie­nia, przyj­mo­wała go w swoim ciele z rado­ścią i ego­izmem nie­po­cho­dzą­cym od roju, choć teraz były jego czę­ścią.

Czy możemy tego nie robić? -?pyta Else, a rój czuje jej wstyd i upo­ko­rze­nie z powodu takiego obna­że­nia przed nim, Ameer i Jel­li­tem. Rój unosi się na przed­niej czę­ści stóp, jak kie­dyś robił to zanie­po­ko­jony lub pod­nie­cony Jel­lit. Ruch jest natu­ralny. Nie­za­mie­rzony. Rój jest zmę­czony, a pot tego dnia spra­wia, że tunika, pro­du­ko­wana przez maszyny Car­ryx dla ludz­kich pod­da­nych, klei mu się do ple­ców.

Dziś ujawni swoje ist­nie­nie Dafy­dowi, powie mu wszystko, co przed nim zataił, ale nie w takim sta­nie. Oczy­ści się fizycz­nie, zanim przyj­dzie pora na oczysz­cze­nie emo­cjo­nalne i meta­fo­ryczne. Mówi sobie, że wcale nie prze­ciąga.

Po prysz­nicu rój stoi nagi przed paskiem lustra, przy­glą­da­jąc się zamiesz­ki­wa­nemu ciału. Komórki i struk­tura w więk­szo­ści zna­czeń należą do Jel­lita. Bli­zna na żebrze pocho­dzi z wypadku dozna­nego w dzie­ciń­stwie. Ta na nodze z aktu prze­mocy w cza­sie, gdy wszy­scy byli więź­niami Car­ryx. DNA w jądrach komó­rek zawiera prze­waż­nie kod, z któ­rym Jel­lit się uro­dził. Kon­struk­cja, którą rój kie­ruje i która prze­nika Jel­lita, pozwala ciału stać się tym, czym musi być: urzą­dze­niem nasłu­cho­wym, nadaj­ni­kiem, maszyną do prób­ko­wa­nia che­micz­nego. Żaden z tych aspek­tów jego ist­nie­nia nie wydaje się teraz istotny.

Bie­rze świeży zestaw odzieży, zrywa woskową powłokę mate­riału i wciąga spodnie oraz tunikę, takie same jak wszyst­kie wcze­śniej­sze, takie same jak zapewne wszyst­kie, jakie będzie nosił w przy­szło­ści. W lustrze wygląda... przy­stoj­nie? Ład­nie? Uśmie­cha się tak, jak robił to Jel­lit. A potem tak, jak uśmie­chała się Else, tylko ustami Jel­lita. Wyrazy twa­rzy wyglą­dają ina­czej.

No dobrze, mówi na głos. Już czas.

Jego pozo­stałe czę­ści choć raz mil­czą.

***

Rój wyczuwa roz­pacz Dafyda, gdy tylko wcho­dzi do jego pokoju. Jest w woni jego skóry i kącie, pod jakim stoi, w liniach twa­rzy i led­wie sły­szal­nym wes­tchnię­ciu wyda­wa­nym, gdy myślami jest gdzie indziej.

-?Ciężki dzień z sze­fem? -?pyta gło­sem Jel­lita.

Uśmiech Dafyda jest krótki, ale szczery.

-?Tak, mam nowe pro­blemy. I nie wiem, co z nimi zro­bić.

-?Chcesz o tym poroz­ma­wiać?

Dafyd wzru­sza ramio­nami i siada przy stole. Jego mały aneks kuchenny ma czarne lami­no­wane blaty i krze­sła, które są nieco za sze­ro­kie i za wyso­kie. Sia­da­jący na nich ludzie czują się tro­chę jak dzieci.

-?To wszystko było łatwiej­sze, gdy była jesz­cze... sam nie wiem. Nadzieja? Był taki moment, gdy wyda­wało się, że jest nadzieja.

Serce roju zamiera. Ma na myśli wła­śnie to. Mówi o chwili, gdy rój ujaw­nił się przed nim i powie­dział o wiel­kiej woj­nie. O chwili, w któ­rej obja­wił się sojusz­nik prze­ciwko Car­ryx. To musiał być dla niego cud, ale ten się powtó­rzy. Rój głę­boko wciąga powie­trze.

On myśli, że zgi­ną­łeś razem z Else, mówi Jel­lit. Myślał, że byłeś jej pasa­że­rem, takim dodat­kiem, a nie, że ją pożar­łeś. Nie wie­dział, że poże­rasz ludzi.

Rój odsuwa tę myśl. Nie to mu powie­dział.

Ale pozwo­li­łeś mu tak myśleć, zauważa Else. Wie­dzia­łeś. Nawet wtedy wie­dzia­łeś, jak ukryć spo­sób, w jaki to naprawdę działa. Gdyby rozu­miał, co naprawdę ze mną zro­bi­łeś...

Pod­cho­dzi do sza­fek Dafyda. Nie ma w nich wiele jedze­nia, a to, co jest, wygląda na despe­rac­kie zapasy na czarną godzinę. Szafka roju jest pusta. Ale znaj­duje kubki na wodę i dzba­nek do jej zago­to­wa­nia oraz małe pudełko z bursz­ty­no­wym żelem, któ­rego tro­chę już ubyło. Żel jest imi­ta­cją ulu­bio­nej her­baty Ton­nera Fre­isa. Rój nasta­wia wodę i trzyma pudełko, jakby je pre­zen­to­wał.

-?Będziemy mieć całe menu oparte na rze­czach lubia­nych przez Ton­nera.

-?Mógł­bym mu kazać robić takie, któ­rych nie lubi, ale nie sądzę, żeby mnie posłu­chał -?odpo­wiada Dafyd. W kąci­kach jego oczu poja­wia się ślad uśmie­chu i rój czuje napływ przy­jem­no­ści z faktu, że wywo­łał ją u niego. Czaj­nik pyka, zaczy­na­jąc się nagrze­wać.

-?Nie mam od niej żad­nych wia­do­mo­ści -?mówi Dafyd. -?Nie mam wia­do­mo­ści od nikogo z nich. Ale chyba je dostanę. For­mal­nie za nich odpo­wia­dam, choć nie wiem, co to tak naprawdę zna­czy.

Myśli, że jesteś tu z powodu Jes­syn, mówi Jel­lit. Nie sądzi, żebyś go lubił, uważa, że ocze­ku­jesz od niego infor­ma­cji o sio­strze. Nie jest twoim przy­ja­cie­lem, nie przy­jaź­ni­li­śmy się na Anjiin. Nie mie­li­śmy wobec sie­bie miło­snych zapę­dów. Dźwi­gasz to wszystko cał­kiem sam. Sprawy wcale nie poto­czą się tak, jak­byś chciał.

Rój nakłada łyżeczką żel do kub­ków, w któ­rych się roz­pu­ści po wla­niu wody. W jego oczach poja­wiają się łzy. Dafyd udaje, że ich nie zauważa, sądząc, że emo­cje doty­czą tęsk­noty brata za sio­strą. Tak wiele pozio­mów nie­po­ro­zu­mie­nia.

-?Nic nie szko­dzi -?mówi rój do Dafyda. Te słowa ozna­czają kilka róż­nych rze­czy.

Dokoń­czy szy­ko­wa­nie her­baty, poda kubek Dafy­dowi, a potem mu powie. Wojna prze­ciw Car­ryx wciąż trwa. Szpieg, który był tu wcze­śniej w ciele jego kochanki, na­dal jest na miej­scu. Dalej zbiera infor­ma­cje mogące obró­cić falę prze­mocy prze­ciwko impe­rium. Jesz­cze mogą zna­leźć spo­sób na spa­le­nie pla­net Car­ryx na popiół.

Woda się zago­tuje. Żel się roz­pu­ści. Powie mu.

A reszta? -?pyta Jel­lit. Zamie­rzasz mu powie­dzieć o prze­szmu­glo­wa­niu na zewnątrz zebra­nych przez sie­bie danych? Powie­dzieć, jak ode­rwa­łeś część sie­bie i ukry­łeś ją w kimś wysy­ła­nym na zewnątrz? Poin­for­mo­wać, że gdy tylko znaj­dzie się w zasięgu two­ich kum­pli po dru­giej stro­nie, wybuch­nie jak gra­nat? Pro­szę bar­dzo, powiedz mu, że twoje zada­nie lada chwila zabije jesz­cze kogoś z jego przy­ja­ciół. Zoba­czymy, jak bar­dzo cię za to poko­cha. Będziemy się przy­glą­dać.

Woda wrze.

To nie jest dzień, w któ­rym się ujawni.

Trzy

Jes­syn trzy­mała urzą­dze­nie przy swo­jej pry­czy: usta­wione w odle­gło­ści kciuka szklane panele, tro­chę więk­sze od jej obu dłoni. Stało pio­nowo na jed­nej z kra­wę­dzi i wyglą­dało jak prze­zro­czy­sta skrzynka, w któ­rej dzieci trzy­mały owady, by móc obser­wo­wać, jak kopią tunele i budują gniazda.

Tyle że prze­rwy mię­dzy pane­lami nie zaj­mo­wał pia­sek z owa­dami -?była tam biała maź, którą zbie­rała z trzy­dzie­stu pię­ciu zło­żo­nych sym­bion­tów nazy­wa­nych przez nich jago­dami, choć wcale nimi nie były. Maź skła­dała się głów­nie z nie­ak­tyw­nej bazy krze­mion­ko­wej pod­trzy­mu­ją­cej miliardy mikro­sko­pij­nych orga­ni­zmów: pełny eko­sys­tem rów­nie zło­żony jak rafa kora­lowa w cie­płym morzu. Został dostro­jony w taki spo­sób, by Jes­syn mogła raz dzien­nie nalać od góry pół kubka roz­tworu glu­kozy, raz na tydzień sprząt­nąć garść wyglą­da­ją­cego jak mysie bobki pre­cy­pi­tatu i zlać dzienną dawkę przej­rzy­stej, gorz­kiej i gry­zą­cej zupy, która powstrzy­my­wała jej umysł przed wywi­nię­ciem się spod niej.

Jeśli maź zaczy­nała nabie­rać żół­tego lub czer­wo­nego zabar­wie­nia, jej mały eko­sys­tem tra­cił rów­no­wagę i doda­wała do cukru odro­binę kwasu, aż odzy­ski­wał przej­rzy­stość. Czerń lub zie­leń ozna­czała dosta­nie ska­że­nie mikro­bio­lo­giczne, co ozna­czało koniecz­ność wyste­ry­li­zo­wa­nia całego sys­temu.

Przed opusz­cze­niem pała­co­wej pla­nety Car­ryx Ton­ner przy­go­to­wał dla niej dość suchego star­tera, by zre­se­to­wać urzą­dze­nie trzy razy. Zużyła już jedną dawkę, ale była prze­ko­nana, że wie, skąd wzięło się ska­że­nie, i wyeli­mi­no­wała ten pro­blem.

Taki więc miała mar­gi­nes błędu. Jeśli spie­przy mie­sza­ninę wię­cej niż dwa razy albo choć raz dopu­ści do roz­bi­cia urzą­dze­nia, będzie miała prze­srane. Jeśli zapewni mu bez­pie­czeń­stwo i dzia­ła­nie, wszystko będzie dobrze do czasu, aż zabije ją coś innego. Nie pamię­tała już, kiedy prze­stała uwa­żać sta­rość za praw­do­po­dobną przy­czynę zgonu.

Sta­tek znowu sko­czył i zady­go­tał, a potem jakby wah­nął się pod jej nogami. Ruch wywo­łał w mazi falę maleń­kich baniek. Jes­syn głę­boko wcią­gnęła powie­trze, a potem wypu­ściła je przez zęby. Przy­zwy­cza­iła się już do cichego, pul­su­ją­cego brzę­cze­nia statku Car­ryx w cza­sie spę­dza­nym w asy­me­trycz­nej prze­strzeni, a potem gład­kiego jęku powra­ca­nia do wszech­świata o zna­nej jej i rozu­mia­nej fizyce. Ta nowa tur­bu­len­cja ją zanie­po­ko­iła.

Otwo­rzyły się drzwi i do środka wtruch­tał Sinen z dłu­gim nosem, nie­re­gu­lar­nymi kozimi oczami i rękami bez kości. Gdyby wstała, kosz­mar two­rzący jego głowę się­gałby jej do połowy klatki pier­sio­wej. Nie poru­szyła się.

Stwo­rze­nie wyemi­to­wało dźwięki mokrego kla­ska­nia, a skrzynka przy jego gar­dle prze­tłu­ma­czyła je, mówiąc spo­koj­nym, bez­barw­nym gło­sem.

-?Pierw­sze statki wylą­do­wały w cen­tral­nym obo­zie. Znaj­dziemy się na powierzchni za -?tłu­ma­czący pół­u­mysł zaciął się na chwilę -?czter­dzie­ści pięć minut. Przy­go­tuj się, by po lądo­wa­niu dołą­czyć do two­jej grupy.

-?Zrobi się -?rzu­ciła, a skrzynka leżąca obok niej na mate­racu plu­snęła, jakby ktoś wrzu­cił rybę do wody.

Sinen odwró­cił się i wyma­sze­ro­wał z pokoju, zosta­wia­jąc otwarte drzwi.

Zauwa­żyła zacię­cia w sytu­acjach, w któ­rych tłu­macz miał pro­blemy. Zacie­ka­wiło ją, co takiego kryło się w poję­ciach czasu Sinen, co utrud­niało prze­two­rze­nie czter­dzie­stu pię­ciu minut. Stat­kiem znowu zako­ły­sało i z pokładu dobył się długi, głę­boki trzask. Zaśmiała się. Do jej pecha dobrze paso­wało prze­wie­zie­nie przez obcych mor­der­ców i panów nie­wol­ni­ków przez pół galak­tyki tylko po to, by zgi­nęła z powodu usterki mecha­nicz­nej. Jed­nak sta­tek się nie roz­padł, więc wstała i zaczęła zbie­rać swoje rze­czy.

Trudno było się zorien­to­wać, ile czasu minęło od opusz­cze­nia pla­ne­tar­nego pałacu Car­ryx. Cam­par i Ric­kar zostali zabrani przed nią i przy­dzie­leni do jakichś innych zadań dla impe­rium Car­ryx. Pozwa­lała sobie na nadzieję, że pozo­staną jedy­nymi nowymi stra­tami, jakie będą się wią­zać z awan­sem ludz­ko­ści. Wtedy, pew­nego dnia, do jej pokoju przy­szedł Dafyd z kamien­nym wyra­zem twa­rzy i dwoma Mięk­kimi Lothar­kami. Biblio­te­karz ich moiety zde­cy­do­wał, że jest dla niej praca. Miej­sce w olbrzy­mim mecha­ni­zmie Car­ryx, dla któ­rego będzie sta­no­wić pasu­jący try­bik. Pła­kała, podob­nie jak Dafyd. I Jel­lit. Ale nie pró­bo­wali się opie­rać. Nie wal­czyli. Pomimo mnó­stwa rady­kal­nych tek­stów Dafyda, zapo­wia­da­ją­cych przy­szły bunt, wszy­scy przy­swo­ili jedną praw­dziwą lek­cję: są bez­radni. Tak więc przy­była tu, na swoją pry­czę, i czas prze­stał mieć więk­sze zna­cze­nie.

Pamię­tała stare opo­wie­ści o więź­niach wydra­pu­ją­cych na ścia­nach cel kre­ski ozna­cza­jące upływ czasu. Nie rozu­miała, czemu to robili, jak czas mógł się stać czymś bez wyrazu. Jak mógł mijać bez zauwa­że­nia. Teraz już wie­działa.

Na statku nie było rytmu dnia i nocy. Spała, kiedy spała, i budziła się, nie wie­dząc, jak długo była nie­świa­doma. Na statku były wyświe­tla­cze, nie­które pła­skie, inne prze­strzenne, ale jeśli któ­ryś z nich reje­stro­wał upływ czasu, to Car­ryx nie podzie­lili się z pod­da­nymi infor­ma­cją o spo­so­bie jego odczytu. Na doda­tek dłu­gość dnia na nowej pla­ne­cie nie była taka sama jak na Anjiin. Z jej per­spek­tywy czas mógł być zagma­twaną mie­szanką efek­tów rela­ty­wi­stycz­nych i asy­me­trycz­nej fizyki.

Kie­dyś miesz­kała w Medrey Badaw­czym Irvian, ale pomysł poli­cze­nia, ile czasu upły­nęło od tam­tej pory, był led­wie smut­nym żar­tem. Zapewne lata, ale nie miała pew­no­ści i to nie miało zna­cze­nia. Minęły dni lub tygo­dnie od kiedy opu­ściła ludzi pozo­sta­łych z grupy robo­czej, od kiedy widziała jakąś ludzką twarz, ale nie wie­działa, kiedy to było. Żyła chwilą, bowiem chwile były wszyst­kim, co miała.

Co jest, jest, zabrzmiało echem w jej gło­wie i z drże­niem ode­pchnęła to od sie­bie.

Znowu tur­bu­len­cja. Usły­szała, jak sza­ro­skrzy­dłe stwo­rze­nia wyglą­da­jące jak ćmo­nie­to­pe­rze i zwące się Euruk z Lydiándar krzy­czą zanie­po­ko­jone we wspól­nej sali, potem głos Sinen, jak dwa ude­rza­jące o sie­bie płaty mięsa. Utrzy­ma­nie w porządku całego zoo poj­ma­nych musiało być trudną pracą. Byłoby jej żal bied­nych Sinen, gdyby aż tak bar­dzo ich nie nie­na­wi­dziła. Poczuła zapach cze­goś boga­tego i ostrego. Pew­nie jakiś rodzaj fero­monu. Ta wia­do­mość nie była prze­zna­czona dla niej. Stat­kiem szarp­nęło i przez chwilę ważyła dwa razy wię­cej niż zwy­kle. Ści­snęło ją w żołądku. Jeśli ma wymio­to­wać, powinna dotrzeć do ubi­ka­cji. Jeśli nie, lepiej byłoby wybrać pry­czę. Zde­cy­do­wa­nie, co jest bar­dziej praw­do­po­dobne, zajęło jej wię­cej czasu, niż chciała, ale posta­no­wiła zary­zy­ko­wać i poło­żyć się na łóżku.

Wstrząsy przy­brały na sile, potem ustą­piły. Znowu zmie­niły się odgłosy sil­ni­ków. Póź­niej przez sta­tek prze­biegł wstrząs i wszystko uci­chło. Jes­syn leżała na ple­cach przez pięć dłu­gich, powol­nych odde­chów, pozwa­la­jąc uspo­koić się wnętrz­no­ściom. W chwili gdy była gotowa do wsta­nia, ode­zwał się pół­u­mysł statku.

Opu­ścić pokład. Zosta­nie­cie skie­ro­wani do wła­ści­wej grupy robo­czej celem uzy­ska­nia instruk­cji. Może­cie zosta­wić rze­czy w obec­nych kwa­te­rach.

Dokąd­kol­wiek się kie­ro­wali, dotarli na miej­sce. Spraw­dziła nie­da­jące się zastą­pić szklane urzą­dze­nie, które utrzy­my­wało ją przy zdro­wych zmy­słach. Żad­nych pęk­nięć czy wycie­ków, ani jed­nego zabu­rze­nia w mazi. Nie podo­bało jej się zosta­wie­nie go tutaj, ale też nie chciała zabie­rać go w teren. W końcu zde­cy­do­wała się nie wsa­dzać go do torby, choć nie była z tego zado­wo­lona.

Wspólna sala była pełna obcych. Dwa Euruk latały, zata­cza­jąc cia­sne kręgi pod sufi­tem. Potężna, kamien­no­skóra istota z dwa­na­ścior­giem czar­nych oczu, sze­ścioma nogami o dwóch sta­wach i dzio­bem w miej­scu, w któ­rym zbie­gały się nogi, zakła­dała sobie torbę na plecy. Jes­syn z nią nie roz­ma­wiała. Kil­koro podob­nych do kra­bów Praw­dzi­wych Ludzi z Han­nic kli­kało klesz­czami i syczało, wal­cząc, wymie­nia­jąc się żar­tami lub wyzna­jąc sobie dozgonną miłość. Nie miała poję­cia. Sinen, który wyda­wał im roz­kazy oraz ich pil­no­wał, roz­ma­wiał z piątką Mięk­kich Lothar­ków.

Jeden z nich obró­cił się, by na nią spoj­rzeć. Uwaga przy­sa­dzi­stego stwo­rze­nia o dłu­gich koń­czy­nach spra­wiła, że Jes­syn drgnęła, czu­jąc przy­śpie­szone bicie serca. Nie zro­biła niczego, co mogłoby ścią­gnąć na nią ich gniew, ale Lotharki i tak ją prze­ra­żały. Widziała, jak mor­do­wały ludzi oraz zja­dały swo­ich zabi­tych. Ten Lothark wska­zał w stronę kory­ta­rza, więc potrak­to­wała to jak roz­kaz.

Pod­czas lotu tutaj przej­ście było zamknięte, ale teraz je otwarto i ostroż­nie poma­sze­ro­wała kory­ta­rzem. Świa­tło na jego końcu wyglą­dało ina­czej niż sztuczne oświe­tle­nie pokła­dowe. Nie­mal jak blask słońca pośrodku popo­łu­dnia. Poczuła na sobie powiew wia­tru i jej serce zro­biło coś dziw­nego: zatrzy­mało się na chwilę lub zabiło moc­niej. Przy­śpie­szyła kroku.

Na ziemi stały w zgrub­nym pół­okręgu cztery statki Car­ryx. To nie były te wiel­kie jak mia­sta, które przy­były pod­bić Anjiin. Każdy z nich miał wyso­kość tylko jakichś dwu­na­stu pię­ter, były brą­zowo-czarne z ram­pami opusz­czo­nymi do nagiej, jasnej ziemi. Jes­syn zeszła po swo­jej ram­pie, mru­żąc oczy od świa­tła. Na zaim­pro­wi­zo­wa­nym placu mię­dzy stat­kami krę­ciło się dwie­ście albo trzy­sta osob­ni­ków kil­ku­na­stu gatun­ków, a nie­które z nich wyglą­dały na ludzi. Pośrodku wszyst­kiego stały dwa potężne Car­ryx w bla­do­zie­lo­nych pan­cer­zach. Żoł­nie­rze, straż­nicy albo coś, dla czego Jes­syn bra­ko­wało kon­tek­stu. W jej oczach wez­brały łzy, choć nie z powodu emo­cji. Po pro­stu było bar­dzo jasno.

Słońce -?więk­sze niż na Anjiin i białe -?świe­ciło na jaskrawo błę­kit­nym nie­bie świad­czą­cym o dużej ilo­ści tlenu. Chmury były białe, choć z odcie­niami złota i różu, przez co wszystko wyglą­dało jak zachód słońca w środku popo­łu­dnia. Nad chmu­rami widać było coś jasnego. Powie­trze pach­niało świeżą trawą i miętą, a po meta­licz­nej woni stat­ków te zapa­chy były odu­rza­jące. Nikt nie wyda­wał apa­ra­tów odde­cho­wych, uznała więc, że zda­niem kogoś oddy­cha­nie tutaj ich nie zabije. Zro­biła kilka głę­bo­kich odde­chów, od któ­rych zakrę­ciło jej się w gło­wie.

Dotarła na koniec rampy i spoj­rzała w górę na opa­da­jący ku nim piąty sta­tek. Spo­dzie­wała się ryku ognia, ale tylko brzę­czał jak tysiąc gniew­nych uli, osiadł na ziemi i ucichł. Jedy­nym dodat­ko­wym efek­tem był kłąb mgły, który roz­szedł się od niego przed opusz­cze­niem rampy.

Kiedy Jes­syn tak stała, cze­ka­jąc na infor­ma­cję, dokąd ma iść i co robić, otwo­rzyła sze­roko usta, żeby nawdy­chać się świe­żego powie­trza. Pod aro­ma­tem trawy i mięty wyczuła też deli­katny zapach jak przed nad­cho­dzą­cym desz­czem. Zapach, który zabrał ją z powro­tem do dzie­ciń­stwa na Anjiin i nie­mal wywo­łał łzy szczę­ścia. W pew­nej odle­gło­ści od zebra­nych stat­ków z ziemi wzno­siła się plama czerni i zie­leni. Zapewne ana­logi roślin. Miały wła­ściwe kolory dla życia opar­tego na foto­syn­te­zie. A za nimi struk­tury, które mogły być pozo­sta­ło­ściami budyn­ków albo odar­tymi do kości cia­łami obcych lewia­ta­nów.

Czym­kol­wiek były teraz czy w prze­szło­ści, na swój spo­sób ema­no­wały pięk­nem.

Coś nie­cier­pli­wie ją pocią­gnęło. Sinen -?może ten sam, który był na jej statku, może jakiś inny -?już od paru sekund pró­bo­wał zwró­cić jej uwagę.

-?Masz iść tam -?powtó­rzył, wska­zu­jąc jedną ze swo­ich pseu­do­ma­cek na miej­sce koło rampy naj­dal­szego statku. -?Teraz masz być z nimi. Idź. Idź, idź, idź.

Jes­syn moc­niej zaci­snęła dłoń na tor­bie i ruszyła przez plac. W luź­nym kręgu stało tam kil­ku­na­stu obcych. Euruk i Praw­dziwi Ludzie, ale też dłu­go­dzioba istota, która byłaby pta­kiem, gdyby miała pióra i skrzy­dła, oraz owalne coś w sza­rym pan­ce­rzu, roz­miaru kanapy z set­kami drob­nych nóżek dookoła, wyglą­da­ją­cych jak kryza na spód­nicy.

A także, z jed­nej strony, męż­czy­zna.

Nie roz­po­znała go, ale tak bar­dzo tego pra­gnęła, że jej mózg cią­gle pod­su­wał jakieś nazwi­ska. Był nie­mal Lor­ri­nem Han­tem, z któ­rym stu­dio­wała wpro­wa­dze­nie do sys­te­mów mate­ma­tycz­nych. Pra­wie Car­wi­nem Moorem, który za jej mło­dych lat był pre­zen­te­rem wia­do­mo­ści. Nie znała go, ale był czło­wie­kiem i widząc go, poczuła się, jakby zoba­czyła kogoś z rodziny.

Był tro­chę niż­szy od Jel­lita, miał na gło­wie mnó­stwo krę­co­nych ciem­nych wło­sów oraz nosił brodę lekko przy­pró­szoną siwi­zną. Jego skóra była złota i tro­chę jaśniej­sza niż jej. Patrzył w górę i pła­kał. Pró­bo­wała podą­żyć za jego spoj­rze­niem, ale zoba­czyła tylko chmury i niebo.

-?Wszystko w porządku? -?zapy­tała.

Odpo­wie­dział tylko jękiem.

-?Nie widzia­łem tyle nieba od czasu... -?dodał po chwili -?kiedy zabrali mnie z Anjiin. Nie czu­łem słońca. Ani świe­żego powie­trza. -?Ode­rwał spoj­rze­nie od otwar­tego świata i sku­pił je na niej. Uśmiech­nął się jak sere­ni­styczny święty na obra­zie, ale chi­chot miał cie­pły i smutny. - Mogę być tro­chę pokrę­cony.

-?Bycie pokrę­co­nym to norma -?stwier­dziła Jes­syn. -?Jest cał­kiem w porządku.

Prze­tarł oczy ręka­wem tuniki.

-?Trzy­masz się lepiej ode mnie.

-?W pla­ne­tar­nym pałacu mia­łam okno -?wyja­śniła. -?Pokoje, w któ­rych mnie umie­ścili, ofe­ro­wały widoki, więc pew­nie dla mnie to mniej­szy szok.

-?Och -?rzu­cił, ale jego ton niósł jakieś zna­cze­nie. Kiw­nęła głową, żeby kon­ty­nu­ował, a jego uśmiech zro­bił się tro­chę nie­pewny. -?Z tego, co sły­sza­łem, takie warunki miała tylko grupa Alkhora.

-?Tak. To my. Zaczę­li­śmy jako grupa Ton­nera Fre­isa, ale pew­nie teraz to okre­śle­nie już nie pasuje.

-?To wy sta­nę­li­ście po stro­nie tych dużych? -?zapy­tał. -?To zna­czy nie oce­niam. Zro­bi­li­ście, co było konieczne, żeby prze­żyć. Ale to wła­śnie Alkhor wyja­wił orga­ni­za­to­rów buntu, prawda?

-?To było skom­pli­ko­wane. Ja nie bra­łam udziału w tej roz­mo­wie do czasu, gdy było już po wszyst­kim. Dafyd był... Był po pro­stu gościem, który mył szkło w moim labo­ra­to­rium, zanim zaczął odpo­wia­dać za wszystko.

-?Cóż, pew­nie tak dzia­łają awanse polowe -?rzu­cił męż­czy­zna i wycią­gnął rękę. -?Gar­ral Pär. Dawno temu byłem sze­fem wydziału arche­olo­gii w medrey Hib­brin.

Odło­żyła torbę i ujęła jego dłoń. Przy­jem­nie ją ści­snął.

-?Jes­syn Kaul. Adiunkt na wydziale bio­lo­gii w Irvian. Miło mi cię poznać, Gar­ral.

Trzy­mał jej dłoń dłu­żej niż nor­mal­nie, a potem chyba zdał sobie z tego sprawę i puścił.

-?Prze­pra­szam. Zna­li­śmy się w tam­tym życiu? Mam wra­że­nie, że już się spo­tka­li­śmy.

-?Ja nie potra­fię sobie przy­po­mnieć cie­bie -?odpo­wie­działa -?ale też mia­łam takie wra­że­nie. Więc może?

Prze­rwało im traj­ko­ta­nie ludz­kich gło­sów. W stronę grupy masze­ro­wała jesz­cze trójka ludzi -?dwóch męż­czyzn i kobieta, wszy­scy w takich samych stan­dar­do­wych tuni­kach -?wraz z kolej­nym kana­po­kształt­nym stwo­rze­niem w sza­rym pan­ce­rzu i dwoma nie do końca pta­kami. Za nimi truch­tał Sinen z falu­ją­cymi przy bokach Rak-hun­dami o nogach jak noże. Przy­by­cie nowych ludzi zagę­ściło grupę i Jes­syn pod­świa­do­mie prze­su­nęła się tro­chę bli­żej Gar­rala Pära. Nie do końca ptaki wyda­wały ciche dźwię­czące odgłosy i kle­ko­tały dzio­bami, ale pół­u­mysł niczego nie prze­tłu­ma­czył, co zna­czyło, że ta wymiana nie była prze­zna­czona dla nich.

Sinen zama­chał pseu­do­mac­kami i wyemi­to­wał świer­go­tliwy gwizd, jakiego Jes­syn dotąd nie sły­szała. W całej gru­pie roz­brzmiały dźwięki: szyb­kie kli­ka­nie nie do końca pta­ków, cienki pisk Euru­ków, basowe dud­nie­nie sza­rych pan­ce­rzy, a z pół­u­my­słów noszo­nych przez ludzi głosy.

-?Będę peł­nił funk­cję nad­zoru i wspar­cia waszej grupy -?oświad­czył Sinen. -?Może­cie mnie nazy­wać Trze­cim Ogrod­ni­kiem. Ze wszyst­kimi proś­bami i spra­wami macie się zwra­cać do mnie. Jeśli popro­si­cie o pomoc kogoś innego, pomoże jedy­nie odszu­kać mnie. Ponie­waż będę sta­cjo­no­wać tutaj, w cen­trum obozu, będzie wam wolno skon­tak­to­wać się ze mną rów­nież przez wasze -?głos się zawa­hał -?notat­niki badaw­cze. Zostaną wam one wydane przed opusz­cze­niem obozu.

-?Opusz­cze­niem obozu -?powtó­rzył Gar­ral, z miną, jakby nie zda­wał sobie sprawy, że mówi to na głos.

Jeśli pół­u­mysł prze­ka­zał jego słowa do Trze­ciego Ogrod­nika, Sinen je zigno­ro­wał.

-?Pla­neta, na któ­rej się teraz znaj­du­je­cie, nazywa się Świat. Jesz­cze do nie­dawna była pod kon­trolą naszego wroga. Stra­te­giczne i tak­tyczne zwy­cię­stwa pią­tego kor­pusu woj­sko­wego były tak wiel­kie, że pla­netę prze­jęto, nie pozwa­la­jąc wro­gowi na jej wyste­ry­li­zo­wa­nie. Sta­nowi to oka­zję dla Car­ryx. Wybrano was spo­śród waszych moiet jako osob­niki dys­po­nu­jące wie­dzą i umie­jęt­no­ściami odpo­wied­nimi do pozy­ska­nia głęb­szego zro­zu­mie­nia tego wroga. Będzie­cie badać i eks­plo­ro­wać ota­cza­jące nas obszary na spo­soby, na jakie pozwa­lają wam wasza natura i moż­li­wo­ści, a następ­nie macie prze­ka­zy­wać zebrane infor­ma­cje i wie­dzę do mnie.

Sinen urwał na chwilę, jakby dając im czas na przy­swo­je­nie prze­ka­za­nych infor­ma­cji. A może tłu­ma­cze­nia dla nie­któ­rych gatun­ków po pro­stu wyma­gały wię­cej czasu i cze­kał, aż zro­zu­mieją. Nowa kobieta dopro­wa­dzona do grupy spoj­rzała w oczy Jes­syn i kiw­nęła głową. Jes­syn odpo­wie­działa uśmie­chem.

-?Świat nie został uczy­niony bez­piecz­nym -?kon­ty­nu­ował Trzeci Ogrod­nik. -?Nie­któ­rzy z was mogą tra­fić na pułapki pozo­sta­wione przez wroga. Nie­któ­rzy napo­tkają nie­znane nie­bez­pie­czeń­stwa. Takie rze­czy inte­re­sują nas jedy­nie jako temat waszej pracy. Będzie­cie dalej dowo­dzić swej przy­dat­no­ści dla Car­ryx przez przy­dat­ność waszych odkryć.

-?Śmierć nie jest dozwo­lona, jeśli spo­wal­nia pro­duk­cję -?rzu­ciła Jes­syn.

Gar­ral kaszl­nął i zasło­nił usta dło­nią, żeby ukryć uśmiech. Jes­syn spu­ściła wzrok.

Trzeci Ogrod­nik ich zigno­ro­wał.

-?Musi­cie się rów­nież zapo­znać z pro­ce­durą ewa­ku­acji. Ten wróg nisz­czył w prze­szło­ści pla­nety, z któ­rych został prze­gnany. Może tu wró­cić i pod­jąć taką próbę.

Znowu urwał i zaczął kiwać się do przodu i do tyłu, jak dziecko pod­nie­cone per­spek­tywą prze­jażdżki na kolejce gór­skiej.

-?To, co tu teraz robimy, rzadko było dotąd wyko­ny­wane -?oznaj­mił Trzeci Ogrod­nik. -?Ist­nieje moż­li­wość, że nasza praca ujawni drogę do poko­na­nia wroga. Macie zro­bić wszystko, co w waszej mocy. Car­ryx patrzą.

Cztery

Ric­kar był z powro­tem w medrey badaw­czym Irvian i pró­bo­wał dotrzeć przez mia­sto do Den­nii przed roz­po­czę­ciem ataku. To oczy­wi­ście było nie­praw­dziwe. Den­nię poznał dopiero po upadku Anjiin. Zgi­nęła na pla­ne­cie będą­cej ich wię­zie­niem, w masa­krze razem z pozo­sta­łymi bun­tow­ni­kami Osten­co­ura. Wie­dział to, ale rów­no­cze­śnie biegł uli­cami będą­cymi pra­wie tymi, które znał, i pró­bo­wał zła­pać trans­por­tery, które zawsze były tuż poza zasię­giem ręki.

Zmu­sił się do prze­bu­dze­nia, żeby to zatrzy­mać, i z bolącą szczęką leżał w sła­bym świe­tle swo­jej celi. Któ­re­goś dnia ści­śnie ją tak mocno, że zła­mie sobie ząb, i nie wie­dział, co się wtedy sta­nie. Na pokła­dzie okrętu Car­ryx była tylko jakaś dwu­nastka ludzi i nie sądził, by któ­ryś z nich był den­ty­stą. Mógł sobie wyobra­zić zasko­cze­nie Car­ryx fak­tem, że po pro­stu nie wyro­śnie mu nowy ząb. Albo że zła­many będzie bolał. Rów­nie dobrze mogli go po pro­stu zabić z powodu tej wady i w ogóle nie prze­jąć się tym fak­tem. Wszyst­kie moż­li­wo­ści wyda­wały się rów­nie praw­do­po­dobne.

Na statku nie było niczego, w czym dałoby się roz­po­znać zegar, nie wie­dział więc, jak długo spał. Nie czuł się wypo­częty, ale to nie zna­czyło wiele. Mógł stra­cić świa­do­mość na kilka minut albo pół dnia i obu­dzić się z tym samym wra­że­niem, że powie­trze jest zbyt gęste, by się przez nie prze­dzie­rać.

Pomy­ślał o ponow­nym zamknię­ciu oczu i pró­bie zaśnię­cia, ale miał wra­że­nie, że drę­czący sen tylko na to czeka. Po jakimś cza­sie dźwi­gnął się do pozy­cji sie­dzą­cej i oparł głowę na dło­niach, pocie­ra­jąc bolące żwa­cze i skro­nie. Zabul­go­tało mu w żołądku. Nie lubił być głodny. Nie lubił faktu, że jego ciało nie chciało zre­zy­gno­wać z przy­ziem­nych spraw.

Były takie czasy, w któ­rych Ric­kar Dau­ma­tin miał plan na życie. Praca w Irvian pro­wa­dząca do wyż­szego sta­no­wi­ska w Medrey Edu­ka­cyj­nym Hau­sen, a potem wcze­sna i przy­jemna eme­ry­tura z powro­tem w domu, w Dyan. Trzy dekady. Może dwie i pół. Wtedy nie wyda­wało się to nie­moż­liwe, lecz teraz spra­wiało wra­że­nie absur­dal­nych dzie­cię­cych fan­ta­zji.

Sta­tek, na któ­rym słu­żył, był olbrzymi, ale jego miej­sce na nim - miej­sce dzie­lone przez licz­nych posia­da­nych przez Car­ryx zwie­rzę­cych słu­żą­cych -?było ogra­ni­czone. Kiedy, jak się zda­wało, całe życie temu dotarł na pla­netę Car­ryx, odniósł wra­że­nie, że tra­fił do wiel­kiej mena­że­rii. Bez głęb­szego zasta­no­wie­nia wyobra­żał sobie, że całe impe­rium Car­ryx obej­muje takie samo pan­de­mo­nium postaci.

Tutaj, na statku, nie był już tego taki pewien. Były miej­sca dozwo­lone dla zwie­rząt takich jak on. Nie­które kasty Car­ryx o niskim sta­tu­sie zostały poni­żone aż tak bar­dzo, że wcho­dziły z nimi w inte­rak­cje. Jed­nak główna część statku była zare­zer­wo­wana wyłącz­nie dla panów. Sinen, który prze­pro­wa­dził coś w rodzaju szko­le­nia orien­ta­cyj­nego po wpro­wa­dze­niu ich na pokład, wyja­śnił, że odda­le­nie się od przy­dzie­lo­nych im miejsc będzie ozna­czało śmierć. Ric­kar wie­rzył w to na tyle, że nie pró­bo­wał eks­pe­ry­men­tów. Trzy­mał się pomiesz­czeń i kory­ta­rzy z brą­zo­wymi ścia­nami, słu­chał bucze­nia i dud­nie­nia statku podró­żu­ją­cego przez asy­me­tryczną prze­strzeń lub nor­malną, zna­nego mu typu, i pró­bo­wał powstrzy­mać swój umysł przed roz­pad­nię­ciem się na kawałki.

Zacho­wa­nie rozumu ostat­nio było dla niego zaję­ciem na pełny etat. Cza­sami przy­po­mi­nał sobie, jak Jes­syn wyznała, że potrze­buje lekarstw do powstrzy­ma­nia cho­roby umy­sło­wej przed prze­ję­ciem ste­rów. Wtedy wła­ści­wie poczuł wobec niej litość. Zasta­na­wiał się, jak sobie teraz radzi i gdzie jest. Czy jesz­cze kie­dyś ją zoba­czy, czy będzie miał oka­zję prze­pro­sić za tę litość i pogardę? Miał nadzieję, że tak, choć nie spo­dzie­wał się tego.

Jego żołą­dek znowu zabul­go­tał i tym razem towa­rzy­szyło temu dźgnię­cie dys­kom­fortu, choć nie dość dużego, by nazwać go bólem. Wstał z pry­czy, wło­żył to samo ubra­nie, które zdjął, kła­dąc się, zawie­sił sobie na szyi tłu­ma­czący pół­u­mysł i poszedł spraw­dzić, czy Cam­par jest w swo­jej celi.

Kwa­tery zwie­rzęce na statku miały pewne cechy wspólne z labo­ra­to­riami w pla­ne­tar­nym pałacu Car­ryx, a nie­które z pomiesz­cze­niami dla więź­niów, w któ­rych sie­dzieli po zabra­niu z Anjiin. Pokoje były rów­nie zimne jak sta­tek wię­zienny, ze ścia­nami i oświe­tle­niem przy­po­mi­na­ją­cym Ric­ka­rowi tam­ten prze­lot, choć na szczę­ście tutaj było jaśniej. Mieli do dys­po­zy­cji cen­tralną salę, w któ­rej pod­le­głe gatunki mie­szały się tak jak w kate­drze na ich wię­zien­nej pla­ne­cie, oraz pry­watne kwa­tery w pro­wa­dzą­cych do sali kory­ta­rzach. Choć kwa­tery były celami. Jed­no­oso­bowe pokoje zastą­piły małe gru­powe domy, jakie mieli wcze­śniej. Ric­kar nie potra­fił powie­dzieć, co bar­dziej mu odpo­wia­dało.

Cela Cam­para znaj­do­wała się naprze­ciwko jego, mniej wię­cej w poło­wie drogi do wspól­nej sali. Zapu­kał do drzwi kost­kami dłoni tak, jak jego dzia­dek nauczył go gry na aqla­wie. Odniósł wra­że­nie, że metal pochła­nia dźwięki, więc po chwili zastu­kał jesz­cze raz, moc­niej. Cam­par wciąż nie odpo­wia­dał. Odro­binę prze­su­nął drzwi, żeby spraw­dzić, czy męż­czy­zna jest w środku. Nie przy­słu­gi­wały im zamki. Te ozna­czały pry­wat­ność, kon­trolę i wła­dzę. Teraz już nie było o tym mowy.

Ponie­waż Cam­para nie było w celi, do wspól­nej sali poszedł w poje­dynkę. Sama sala była duża, roz­mia­rów kafe­te­rii w dormi­to­rium. Była dwu­krot­nie wyż­sza niż jego cela, choć wyglą­dało na to, że nie ma z nimi żad­nego gatunku, który latał lub się uno­sił, by wyko­rzy­stać dodat­kową prze­strzeń. A przy­naj­mniej nie pod­czas tej misji. Trzy osoby -?ludz­kie kobiety -?sie­działy bli­sko sie­bie koło jed­nego z wejść, pogrą­żone w oży­wio­nej roz­mo­wie, która wyczer­pała Ric­kara przez sam fakt jej ist­nie­nia. Po sali spa­ce­ro­wało powoli dwóch straż­ni­ków Mięk­kich Lothar­ków. Ric­kar usu­nął im się z drogi.

Dozow­niki, z któ­rych Car­ryx wydzie­lali im jedze­nie i wodę, roz­miesz­czono wzdłuż jed­nej ze ścian i zbu­do­wano z uwzględ­nie­niem bar­dzo róż­no­rod­nych rąk, niby­nó­żek i mani­pu­lu­ją­cych koń­czyn. Nie rozu­miał zasad, jakich według Car­ryx powi­nien się trzy­mać. Na wię­zien­nej pla­ne­cie ocze­ki­wano od ludzi pro­duk­cji wła­snej żyw­no­ści, ale na statku otrzy­my­wali kleik i wodę. Fakt, że nie zagło­dzi się na śmierć w przy­padku nie­moż­no­ści utrzy­ma­nia się, wyda­wał się nie­spójny. Ale może coś takiego zda­rzało się na tyle czę­sto, że zasady przy­dat­no­ści bywały nagi­nane.

Ric­kar pod­szedł do ściany z dozow­ni­kami w chwili, gdy zaczęła się od niej odda­lać wielka, sza­ro­nie­bie­ska masa ciała, z grub­sza wiel­ko­ści krowy. Nazy­wała się Vau­dai, choć Ric­kar nie wie­dział, czy to imię osob­nika, czy nazwa gatunku. Co nie miało zna­cze­nia, bo on jej tak nie nazy­wał.

-?Dzień dobry, wielki śli­maku -?przy­wi­tał się Ric­kar.

Skrzynka na jego szyi nie wyemi­to­wała żad­nego dźwięku sły­szal­nego dla Ric­kara, nie wysłała też sygnału che­micz­nego, jaki mógłby wykryć, ale skrzynka w fał­dach ciała obcego odpo­wie­działa.

-?Witaj, patyki powle­czone mię­sem.

-?Jakieś wie­ści?

-?Tak. Udało mi się usta­lić, że jeste­śmy w trze­cim dak­tylu siód­mej koń­czyny trzy­sta pięć­dzie­sią­tego dru­giego kor­pusu eks­plo­ra­cyj­nego.

-?I co nam to mówi o tym, co tu robimy?

Vau­dai zady­go­tał. Ciało obcego na moment przy­brało per­łowy poblask.

-?Kor­pusy eks­plo­ra­cyjne czę­sto biorą udział w dzia­ła­niach jed­no­znacz­nie woj­sko­wych. Wydaje się praw­do­po­dobne, że jeste­śmy w dro­dze na wojnę.

-?Linie frontu -?rzu­cił Ric­kar.

-?Jeśli uznasz zło­żone powierzch­nie w cza­sie asyn­chro­nicz­nym za "linię", to ow­szem.

-?Cóż, wła­ści­wie to nie powinno być nie­spo­dzianką. Wiesz może, ile będzie trwać nasza służba?

Vau­dai prze­su­nął swoją masę i przez chwilę mil­czał. Potem odpo­wie­dział.

-?Nie mam -?tłu­macz zaciął się na chwilę -?bole­sny­po­ród poję­cia.

Na ustach Ric­kara poja­wił się uśmiech. Tłu­ma­czący pół­u­mysł nie zawsze dobrze sobie radził z prze­kleń­stwami lub wyra­zami emo­cji, ale tym razem pięk­nie ujął prze­kleń­stwo i nie­cier­pli­wość wiel­kiego śli­maka.

-?Pew­nie nie widzia­łeś tu Cam­para?

-?Co to jest Cam­par?

-?Inny czło­wiek. Jak ja.

-?Wszy­scy pach­nie­cie tak samo. Sól i mar­twa skóra.

-?Słusz­nie -?zgo­dził się Ric­kar i poszedł dalej.

Obok stały dwa duże stwo­rze­nia wyglą­da­jące jak cza­ple bez piór z odcię­tymi dzio­bami i nie­przy­jem­nie falu­ją­cymi kosmy­kami na koń­cach skrzy­deł. Nazy­wały się Budon z Luus i nie lubiły roz­ma­wiać, więc pocze­kał, aż zabiorą swoje miski z czymś wyglą­da­ją­cym jak czarne kamie­nie w brą­zo­wej brei. Dozow­nik żyw­no­ści nie miał żad­nych przy­ci­sków, Ric­kar po pro­stu pod­szedł i chwilę przed nim stał. Coś w urzą­dze­niu prze­ska­no­wało go i uznało, że zamiast czar­nych kamieni w bło­cie dosta­nie miskę jed­no­li­tej sza­ra­wej brei i płytką łyżkę. Jego por­cja wody dostar­czana była w żelo­wej tor­bie w kolo­rze żół­tego kurzego tłusz­czu, z któ­rej odgry­zał róg, żeby się napić.

Był prze­ko­nany, że od czasu wej­ścia na sta­tek tro­chę schudł, ale wcze­śniej też nie jadł zbyt obfi­cie. Stra­cił ape­tyt, gdy Dafyd Alkhor ostrzegł Car­ryx o bun­cie i dopro­wa­dził do wymor­do­wa­nia Syn­nii i Den­nii, Osten­co­ura i All­stina z całą resztą. Z naj­lep­szych moż­li­wych powo­dów. Żeby oca­lić pozo­sta­łych, włącz­nie ze sobą. Żeby zro­zu­mieć koniecz­ność tego poświę­ce­nia, wystar­czyło przez kilka minut posłu­chać Alkhora. Bar­dzo chęt­nie tłu­ma­czył, czemu ma rację, a potem obie­cy­wał pomsz­cze­nie wszyst­kich, któ­rych pomógł zabić.

Choć jego sytu­acja nie była dobra, Ric­kar przy­naj­mniej nie znaj­do­wał się na tej samej pla­ne­cie co on.

Usiadł ze skrzy­żo­wa­nymi nogami na pod­ło­dze i popa­trzył na sza­ro­zie­loną breję w swo­jej misce oraz torbę z chlu­piącą wodą. Potem nie­chęt­nie zjadł, napił się i cze­kał na Cam­para, ponie­waż go znał w obec­nym i poprzed­nim życiu, a teraz nie miał nikogo innego, na kogo mógłby cze­kać.

***

-?Nie zasy­piaj. Nie będziesz spał w moim pokoju -?rzu­cił Ghati, pstry­ka­jąc w goły pośla­dek Cam­para. -?Zgo­dzi­li­śmy się.

-?Ale jestem zmę­czony -?odpo­wie­dział Cam­par. -?Śpiący. Wyczer­pany. Uli­tuj się.

-?Mogę cię odpro­wa­dzić do two­jego łóżka -?odparł tam­ten wcią­ga­jąc tunikę. -?Nie pro­wa­dzę hostelu.

Surowy ton jego głosu powstrzy­mał Cam­para od kolej­nych żar­tów. Miał rację. Uzgod­nili zasady, a on je łamał.

Pokusa trak­to­wa­nia Gha­tiego jak chło­paka była praw­dziwa, ale sta­no­wiła sła­bość. Gra­nice, jakie mię­dzy sobą usta­lili, były jedną z nie­wielu rze­czy, jakie mogli kon­tro­lo­wać, i Cam­par zacho­wy­wał się nie­uprzej­mie, pró­bu­jąc je nagi­nać.

-?Nawet gdy­byś pro­wa­dził, nie mam żad­nej waluty, jaką mógł­bym opła­cić pokój -?odpo­wie­dział z prze­pra­sza­ją­cym uśmie­chem. -?Zabiorę swe ubo­gie kości gdzie indziej.

Ghati wydał cichy dźwięk z głębi gar­dła, który można by prze­tłu­ma­czyć na cho­lerna racja, ale krył się w nim uśmiech. Patrzył, jak Cam­par wstaje i zbiera poroz­rzu­cane po całym pokoju ubra­nia. W jego oczach widać było uczu­cie, ale nie surowy głód widoczny w nich w trak­cie zdej­mo­wa­nia ubrań. Cam­par zary­zy­ko­wał nachy­le­nie się do szyb­kiego całusa. Ghati go poca­ło­wał.

-?Zróbmy to znowu, nie­długo -?rzu­cił.

-?Możesz w każ­dej chwili zapu­kać do moich drzwi -?odparł Cam­par. - Prysz­nic?

Ghati mach­nął ręką ku maleń­kiej łazience jego celi.

Pro­szę bar­dzo.

Wciąż mokry po myciu i przy­jem­nie obo­lały po wcze­śniej­szej aktyw­no­ści Cam­par ruszył kory­ta­rzem do wspól­nej sali. Wła­ści­wie nie było żad­nego innego miej­sca, do któ­rego mógłby się udać. Żad­nych barów, kawiarni, biblio­tek ani oświe­tlo­nych słoń­cem pla­ców. Po pro­stu lepiej wypo­sa­żone wię­zie­nie albo coś gor­szego. W jed­nym rogu sali Danna, Dervan i Emmin pro­wa­dziły oży­wioną roz­mowę. Znały się w odle­głej prze­szło­ści przed przy­by­ciem Car­ryx, a pra­co­wały w obron­no­ści i bez­pie­czeń­stwie. Ich trójka roz­wi­nęła cykl drob­nych dra­ma­tów spo­łecz­nych, włącz­nie ze zmie­nia­ją­cymi się lojal­no­ściami, drob­nymi zdra­dami i nie­mal nie­ustan­nymi ser­decz­nymi inter­wen­cjami, które koń­czyły się zapew­nie­niami o uczu­ciach i lojal­no­ści. Cam­par nie sądził, by zda­wały sobie sprawę z tego, jak prze­obra­ziły swoje życia w przed­sta­wie­nia dla pozo­sta­łych. Zapewne od środka trud­niej było dostrzec tę dyna­mikę. Stwier­dził, że po roz­dzie­le­niu są cał­kiem przy­jemne, ale bar­dzo męczące, kiedy były we trójkę.

Z dru­giej strony sali na pod­ło­dze sie­dział Ric­kar pochy­lony w roz­my­śla­niach nad miską z jedze­niem. Ponie­waż było to mniej­szym złem, Cam­par pod­szedł, by usiąść obok niego.

-?Dzień dobry -?przy­wi­tał go Ric­kar, a potem wzru­szył ramio­nami. -?To zna­czy, zakła­da­jąc, że jest pora­nek.

-?Nie wąt­pię, że gdzieś jest -?zgo­dził się Cam­par.

Ric­kar nie był jed­nym z bli­skich przy­ja­ciół Cam­para w poprzed­nim życiu, choć Cam­par zawsze podzi­wiał jego wyczu­cie stylu. Ric­kar się z nim nie afi­szo­wał. Jego lekko pognie­cione lniane gar­ni­tury zawsze były szyte na miarę, skar­petki zawsze miał do pary i ni­gdy nie gry­zły się z kolo­rem koszuli. Wyma­gało to wię­cej wysiłku, niż Cam­par wkła­dał w swój wygląd, choć jako osoba wyczu­lona na niu­anse męskiej urody Cam­par doce­niał pracę wkła­daną przez niego w stwo­rze­nie i utrzy­ma­nie wize­runku Ric­kara Dau­ma­tina.

Sie­dzący teraz obok Ric­kar stał się kimś bar­dzo odmien­nym. Był ubrany w taką samą tunikę i spodnie jak noszone przez wszyst­kich ludzi, dostar­czane przez ich panów. Jego włosy uro­sły dłu­gie i były zmierz­wione. Wciąż się golił, ale przed ostrzem uchro­niły się poje­dyn­cze wło­ski na szyi i koło ucha. Miał zapad­nięte policzki i teraz już stałe sińce pod oczami.

Na doda­tek Cam­par zaczął się o niego trosz­czyć.

-?Jak się trzy­masz? -?spy­tał Cam­par, sta­ra­jąc się zacho­wać neu­tralny ton. Znał prawdę, ale nie wie­dział, jaką usły­szy odpo­wiedź.

Tam­ten poru­szył ramie­niem.

-?Byłeś z Gha­tim?

-?Ow­szem -?potwier­dził lek­kim tonem Cam­par. -?Zazdro­sny?

-?Jak to w ogóle działa? Jest o połowę mniej­szy od cie­bie.

-?Zapew­niam cię, że ma ukryte pokłady wigoru.

-?Uwa­żaj -?rzu­cił Ric­kar i wcale nie mówił już o róż­nicy w ich roz­mia­rach. -?Nie pozwól, by cię skrzyw­dzono.

-?Nie wybie­ramy mebli do domu -?odpo­wie­dział Cam­par nieco zasko­czony wła­snym defen­syw­nym tonem. -?To kilka chwil przy­jem­no­ści w śro­do­wi­sku, które nie ofe­ruje zbyt wiele. Tylko tyle.

-?Ja też tego pró­bo­wa­łem, a kiedy stra­ci­li­śmy Den­nię... Wie­dzie­li­śmy, że sytu­acja jest nie­bez­pieczna. Wszy­scy to wie­dzieli. Ale utrata ich i tak strasz­nie kopie.

-?Z dru­giej strony to w zasa­dzie nic nowego. Pomimo ich licz­nych win Car­ryx nie wyna­leźli śmierci.

-?Za to cho­ler­nie ją przy­śpie­szyli -?rzu­cił Ric­kar. -?Wszystko jedno, do czego chcą nas wyko­rzy­stać, będzie się z tym wią­zała prze­moc. I nie obcho­dzi ich, czy prze­ży­jemy.

-?Tego nie mogę uwzględ­nić w pla­nach -?odpo­wie­dział Cam­par, a potem mach­nął w stronę wspól­nej sali, wejść i kory­ta­rzy. -?Tylko tyle mamy dla sie­bie. Odma­wiać sobie tych drob­nych ochła­pów życia w tym wszyst­kim? Nie widzę prze­wagi w zacho­wy­wa­niu się, jak­bym był mar­twy, zanim fak­tycz­nie tak będzie.

-?Po pro­stu nie chcę widzieć, jak cier­pisz.

-?Wiem -?zapew­nił Cam­par. -?I doce­niam to. Ale zosta­niemy skrzyw­dzeni i będziemy cier­pieć.

Nie powi­nien był tego mówić. Poża­ło­wał, gdy tylko zoba­czył, jak Ric­kar drga po tych sło­wach. Poło­żył dłoń na jego ramie­niu, prze­ka­zu­jąc tym gestem to, dla czego nie potra­fił zna­leźć wła­ści­wych słów.

Ric­kar przez chwilę wytrzy­my­wał kon­takt, a potem się­gnął po swój pakiet z wodą, by mieć wymówkę do uwol­nie­nia się.

Otwo­rzyły się jedne z drzwi do wspól­nej sali, a w trze­wia Cam­para wbiło się ostrze stra­chu. Sinen, który wdrep­tał do środka, nie był sam. Towa­rzy­szący mu Rak-hund mie­ścił się roz­mia­rami gdzieś mię­dzy dużym psem a małym kucy­kiem z, na oko, dzie­siąt­kami nożo­wa­tych nóg. Dla Cam­para stwo­rze­nie było nie tyle żywą istotą, ile cho­dzącą bro­nią. Jego ostre stopy kli­kały o pokład i był to dźwięk mor­dów, które Cam­par widział, wąchał i po któ­rych sprzą­tał ciała. Czułby się mniej zagro­żony, gdyby Sinen przy­sta­wił mu pisto­let do głowy.

Sinen zabul­go­tał, a potem obró­cił się, robiąc miej­sce dla Budon z Luus. Za nimi weszła też para Mięk­kich Lothar­ków. Cam­par zastygł w bez­ru­chu, jakby w ten spo­sób mógł nie stać się czę­ścią tego, co miało teraz nastą­pić. Ric­kar oddy­chał szybko i nie­równo. Sinen wyemi­to­wał serię mokrych dźwię­ków, które pół­u­mysł prze­ło­żył na coś brzmią­cego jak muzyka two­rzona przez dar­cie papieru. Budon poru­szyły się, patrząc na sie­bie bez żad­nego rodzaju emo­cji, które byłyby czy­telne dla Cam­para. Dwa znowu wyemi­to­wały odgłos dar­cia. Mały Sinen zamru­gał sze­ro­kimi kozimi oczami. Cam­par ode­tchnął powoli i spró­bo­wał pozbyć się paniki.

-?Kurwa -?rzu­cił Ric­kar i pokrę­cił głową, jakby zadano mu pyta­nie, na które odpo­wiedź brzmiała nie. -?Chcesz resztę? Nie sądzę, żebym zdo­łał to zjeść.

-?Mogę spró­bo­wać -?stwier­dził Cam­par, przy­su­wa­jąc sobie miskę.

Ric­kar wstał, pokle­pał się po piersi, jakby spraw­dzał kie­szeń bluzy, któ­rej już nie miał, w poszu­ki­wa­niu nie­ist­nie­ją­cych tu papie­ro­sów i ruszył w stronę swo­jej celi. Cam­par znowu ode­tchnął. Po dru­giej stro­nie sali Emmin i Dervan mówiły rów­no­cze­śnie w nasi­la­ją­cej się spi­rali, każdy głos nakrę­ca­jący ten drugi do bar­dziej napię­tych, wyż­szych tonów. Danna pła­kała. Cam­par nie był pewien, czy w ogóle zauwa­żyły przy­by­cie Sinen oraz jego cho­dzący dywan z nożami.

A osta­teczną obe­lgę, naj­więk­sze poni­że­nie ich życia w nie­woli i służ­bie sta­no­wił fakt, że jedze­nie było okropne. Miało głę­boki orze­chowy posmak, koja­rzący mu się z die­tami zdro­wot­nymi oraz ogra­ni­cza­niem ilo­ści przyj­mo­wa­nych kalo­rii, i było zimne. Zasta­na­wiał się, czy Dafyd i Ton­ner doko­nali jakichś postę­pów w tema­cie hydro­po­nicz­nych ogro­dów w domu, a potem dotarło do niego, że nazwał pla­ne­tarny pałac Car­ryx domem.

Sinen wybul­go­tał i wypla­skał do sali jakąś prze­mowę i wyszedł, a jego nożo­noga broń wyma­sze­ro­wała za nim. Chwilę póź­niej pół­u­my­sły prze­tłu­ma­czyły mowę wszyst­kim obec­nym.

-?Wkro­czy­li­śmy w prze­strzeń kon­fliktu -?usły­szał Cam­par. -?Przy­go­to­wać się na moż­li­wość prze­mocy.

Cam­par zasta­na­wiał się, co może zro­bić, by przy­go­to­wać się na taką moż­li­wość poza odda­niem swej duszy bogom. Nic nie przy­szło mu do głowy. Chwilę póź­niej do środka powoli wszedł Ghati, kie­ru­jąc się do dozow­nika żyw­no­ści. Zoba­czył Cam­para na pod­ło­dze.

-?Co mnie omi­nęło? -?zapy­tał z uśmie­chem.

Cam­par zaczął się śmiać i odkrył, że było mu trudno prze­stać -?dużo trud­niej, niż powinno.

Pięć

Ton­ner Freis skrzy­wił się, patrząc na arkusz prób­ko­wa­nia, jakby ten go obra­ził. Krysz­tały arku­sza były na tyle cien­kie, że wycią­gały wodę ze zbior­ni­ków przez zwy­kły mecha­nizm kapi­larny, i przej­rzy­ste jak powie­trze. Sama próbka nie powinna być mętna.

Ale była.

-?O Boże -?rzu­cił Ton­ner, a potem wes­tchnął. -?Cho­lera.

-?Tak samo jest ze zbior­ni­kami pięć i sześć -?stwier­dził Brun.

Ton­ner wrzu­cił arkusz prób­kowy do zlewu i prze­cze­sał włosy dłońmi. Jego lewa stopa postu­ki­wała, jak cza­sem mu się zda­rzało, gdy musiał prze­my­śleć jakiś szcze­gól­nie trudny pro­blem.

-?Czyli dwa­na­ście, pięć i sześć -?powie­dział.

-?Wyko­na­łem ozna­cze­nia...

-?Nie -?rzu­cił Ton­ner. -?Nie mówię do cie­bie. Nie odzy­waj się. Dwa­na­ście, pięć i sześć. Ale nie jeden albo dwa czy też trzy albo cztery. Na co tu patrzę?

Brun prze­łknął ślinę. Jego grdyka sko­czyła jak spła­wik na lince ze zła­pa­nym pstrą­giem. Co miały wspól­nego zbior­niki dwa­na­ście, pięć i sześć? Musiało być coś...

-?Ton­ner! -?zawo­łał z dru­giego końca labo­ra­to­rium Jel­lit. Mię­dzy zbior­ni­kami hydro­po­nicz­nymi szedł szybko kolejny wysoki, szczu­pły męż­czy­zna. Razem z Bru­nem zostali wypro­du­ko­wani z tej samej formy, z tylko kil­koma drob­nymi mody­fi­ka­cjami. -?Czemu wciąż tu jesteś, Ton­ner? Powin­ni­śmy być na spo­tka­niu.

-?Jestem w środku cze­goś.

Jel­lit ujął Ton­nera za rękę i łagod­nie pocią­gnął za sobą. Ton­ner poczuł wybuch nie­moż­li­wej iry­ta­cji przy­tłu­mio­nej nie­spo­dzie­waną nostal­gią. Dokład­nie coś takiego robiła z nim Else dawno temu w zupeł­nie innym życiu.

-?Dobrze -?rzu­cił. -?Brun! -?krzyk­nął przez ramię. -?Niech Kir­rik i Abfoss spraw­dzą obec­ność bia­łek wiru­so­wych. Upew­nij się, że nie mamy żad­nego zaka­że­nia w rośli­nach, dobra?

-?Zrobi się! -?zawo­łał za nimi Brun.

Wyszli na kory­tarz pro­wa­dzący do kwa­ter miesz­kal­nych oraz znaj­du­ją­cego się za nimi labo­ra­to­rium wizu­ali­za­cji Jel­lita. Długa, sze­roka rampa pro­wa­dziła na następny poziom, a potem kolejne. Odle­głe słońce zabar­wiało jasne ściany na czer­wono. Mógł być świt lub zmierzch. Ton­ner do tego stop­nia stra­cił orien­ta­cję w natu­ral­nych cyklach czasu pla­ne­tar­nego pałacu, że nie wie­dział, która to z tych pór.

-?W ogóle to czego lord Alkhor tak cho­ler­nie pil­nie chce? -?wark­nął Ton­ner.

Jel­lit mądrze nie zare­ago­wał.

Ton­ner Freis był naj­lep­szym umy­słem nauko­wego światka Anjiin, a teraz roz­wią­zy­wał pro­blemy ze zbior­ni­kami pro­du­ku­ją­cymi żyw­ność i był ganiany na zebra­nia zarzą­dzane przez jego byłego pomy­wa­cza. Nie­do­rzeczne. Jego część -?cichy, przy­tomny głos scho­wany pod wszyst­kim innym -?mówił mu, że inwa­zja i porwa­nie, prze­moc i strata, zepsuły go w jakiś bar­dzo fun­da­men­talny spo­sób. A on pry­wat­nie akcep­to­wał ten fakt tak jak każdy nowy i nie­za­prze­czalny punkt danych. Potem odsu­wał tę infor­ma­cję i wra­cał do bycia sobą. W taki czy inny spo­sób wszy­scy byli zepsuci. Tylko że to nie spra­wiało, że obo­wiąz­kowe zebra­nia Dafyda Alkhora były mniej bzdurne.

W sali zoba­czył dwie nie­znane sobie twa­rze -?dla war­to­ści "nie­zna­nych" bli­skich: "wie­dział o nich", ale ich nie "znał". Star­sza kobieta o szczu­płej twa­rzy i z kłę­bami sta­lo­wo­sza­rych wło­sów ster­czą­cych z jej czaszki niczym aure­ola jakie­goś sere­ni­stycz­nego świę­tego to Uuya Tomos. Była badaczką folk­loru i histo­ryczką spo­łeczną, która nie­mal w poje­dynkę zre­or­ga­ni­zo­wała sys­tem medrey. Nie czy­tał żad­nych jej prac, ale było kilka lat na początku jego stu­diów, gdy jej mityczne powie­ści z cyklu Wilk Świata były dosłow­nie wszę­dzie. Bar­czy­stemu męż­czyź­nie nie potra­fił przy­pi­sać nazwi­ska. Ręka, którą wycią­gnął do Ton­nera, była wybie­lona przez zabu­rze­nie mela­ni­nowe i znacz­nie sil­niej­sza, niż Ton­ner się spo­dzie­wał.

-?Bastien Kor­ham -?przed­sta­wił się mocno zbu­do­wany męż­czy­zna. -?Miło mi poznać.

-?Zga­dzam się -?odparł Ton­ner, pró­bu­jąc dosto­so­wać się do siły uści­sku. -?To zna­czy jestem Ton­ner Freis. Zga­dzam się co do pozna­nia.

Kor­ham uśmiech­nął się i puścił to, co zostało z kostek Ton­nera. Jel­lit zajął miej­sce przy dłu­gim brą­zo­wym stole. Ton­ner teatral­nie rozej­rzał się po sali kon­fe­ren­cyj­nej.

-?Czy nie powinno tu być Alkhora? -?zapy­tał. -?Mia­łem wra­że­nie, że to jego zebra­nie.

-?Przyj­dzie -?zapew­nił Jel­lit. -?Podzie­li­li­śmy się zada­niem zaga­nia­nia spóź­nial­skich.

Ton­ner popa­trzył na jedno z pustych miejsc.

-?To czym się zaj­mo­wa­łeś przed obec­nymi cza­sami, Kor­ham?

-?Byłem dyrek­to­rem zakładu Kościoła Gal­lan­tiań­skiego w Astin­col, Bar i Amreth.

-?Dyrek­to­rem zakładu?

Uśmiech­nął się nie­mal prze­pra­sza­jąco.

-?Kościół zapew­niał miesz­ka­nia i pracę dla trzy­dzie­stu tysięcy osób. Moje załogi pil­no­wały utrzy­ma­nia wszyst­kiego w dzia­ła­niu.

Ton­ner wresz­cie sobie przy­po­mniał. Cho­dziło o jakiś skan­dal doty­czący zatrud­nia­nia za gro­sze i wyzy­sku eko­no­micz­nego. Choć to raczej nie była pora na poru­sza­nie tego tematu.

-?Brzmi na odpo­wie­dzialne sta­no­wi­sko -?sko­men­to­wał.

Kor­ham tylko się skło­nił, ale ode­zwała się Uuya Tomos.

-?Car­ryx po przy­by­ciu porwali mnó­stwo przy­wód­ców, ale nie­wielu pra­cow­ni­ków.

-?Naj­lep­szych kie­ru­ją­cych pracą -?zgo­dził się Kor­ham -?ale chyba wcale nie naj­lep­szych pra­cow­ni­ków. Kiep­ski ze mnie hydrau­lik.

-?Co daje pewien wgląd w to, co kie­dyś ceni­li­śmy -?sko­men­to­wała z krzy­wym uśmie­chem Uuya Tomos.

Z kory­ta­rza dobiegł głos Dafyda. Ton­ner nie potra­fił roz­róż­nić słów, ale znał tembr i rytm jak starą, nie­lu­bianą pio­senkę. Głos dru­giej osoby pro­wa­dzą­cej roz­mowę był wyż­szy i pra­wie płacz­liwy, a kobieta, do któ­rej nale­żał, była szczu­pła, blada i miała prze­bie­gły wyraz twa­rzy. Gdyby sza­rego lisa zmie­niono w kobietę przed czter­dziestką, wyglą­dałby jak osoba, która weszła do sali z Dafy­dem Alkho­rem.

On sam spra­wiał wra­że­nie, jakby od czasu awansu posta­rzał się o dzie­sięć lat. Linie wokół jego ust wyraź­nie się pogłę­biły, a bruzdy na czole najwyraź­niej zago­ściły tam już na stałe. Co wię­cej, ina­czej się trzy­mał. Alkhor został wynie­siony na pana całej ludz­ko­ści w pla­ne­tar­nym pałacu, ale przy­naj­mniej nie wyglą­dał, jakby się z tego cie­szył. Choć z tego można było czer­pać satys­fak­cję.

-?Dzię­kuję -?powie­dział Dafyd, zaj­mu­jąc miej­sce przy stole. Lisia kobieta ski­nęła kolejno wszyst­kim głową w serii pre­cy­zyj­nych ruchów, jak mecha­niczna zabawka, a potem sta­nęła na lewo od Alkhora. -?Czy wszy­scy się wza­jem­nie znają?

-?Nie sądzę, żeby­śmy się ofi­cjal­nie spo­tkali -?ode­zwała się lisia kobieta, zwra­ca­jąc się do całej sali w dość neu­tralny spo­sób. -?Jestem Llian Ander­mus. Kie­dyś byłam dyrek­to­rem ochrony ope­ra­cyj­nej Wspól­noty Itzi­bahn.

Uuya Tomos zamarła, a Kor­ham wychy­lił się do przodu. Ton­ner wie­dział, że Wspól­nota Itzi­bahn była małym kra­jem na połu­dnio­wej pół­kuli Anjiin, z histo­rią kolo­nia­li­zmu i bogac­twem dużo więk­szym, niż pro­du­ko­wały jego tereny. Teraz wyda­wało się to czymś z bajki dla dzieci. Kie­dyś, dawno temu, było sobie pań­stwo zwące się Wspól­nota Itzi­bahn. Nazwi­sko Llian Ander­mus nic mu nie mówiło i poczuł lekką falę iry­ta­cji z faktu, że znali je inni. Jakby na jakimś przy­ję­ciu wszy­scy roz­ma­wiali o pio­sence, któ­rej tylko on jesz­cze nie sły­szał.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki