Wicher śmierci. Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych. Tom 7 - Steven Erikson

Kup ebooka

55.00 zł
46.75 zł (44,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział czwarty

Bunt wybuchł tego strasz­li­wego poranka, gdy spoj­rze­li­śmy na wschód i przez gęstą mgłę, która nękała nas od dzie­się­ciu dni, ujrze­li­śmy na hory­zon­cie smoki, ogromne i nie­zli­czone. Były za duże, by można to było ogar­nąć umy­słem. Ich głowy się­gały ponad słońce, a zło­żone skrzy­dła rzu­cały cie­nie tak roz­le­głe, że mogłyby pochło­nąć całe Drene. To oka­zało się zbyt prze­ra­ża­jące nawet dla naj­bar­dziej doświad­czo­nych żoł­nie­rzy w naszym oddziale, albo­wiem ciemne oczy smo­ków skie­ro­wały się ku nam. Od ich obcego spoj­rze­nia krew odpły­nęła nam z serc, a nasze mie­cze i włócz­nie utra­ciły twar­dość.

Nawet naj­więk­szy wojow­nik Pierw­szego Impe­rium oba­wiałby się wejść w te cie­nie. Nie potra­fi­li­śmy spro­stać podob­nemu wyzwa­niu, i choć dałem gło­śno wyraz gnie­wowi i trwo­dze, była to jedy­nie demon­stra­cja, jakiej ocze­kuje się od wodza eks­pe­dy­cji. Nie mia­łem zamiaru żądać od towa­rzy­szy odwagi, któ­rej mnie samemu bra­ko­wało. Podobne demon­stra­cje są nie­bez­pieczne, mogą się bowiem zakoń­czyć nie­chcia­nym suk­ce­sem. Dla­tego powścią­gną­łem gniew. Być może uczy­ni­łem to zbyt łatwo, ale nikt nie pro­te­sto­wał. Wszy­scy się ucie­szyli, gdy zwi­nę­li­śmy obóz, obju­czy­li­śmy muły i zawró­ci­li­śmy na zachód.

Cztery dni drogi na pust­ko­wia Thry­dis Adda­nict

W więk­szo­ści przy­pad­ków wygna­nie rów­nało się karze śmierci. Świat zewnętrzny był bez­li­to­sny dla tych, któ­rzy nie mogli zapła­cić za prze­trwa­nie monetą wza­jem­nej pomocy. Ple­miona nie znały surow­szej kary, czy to Awle, czy D'rha­sil­hani, czy Kery­no­wie. To jed­nak sama struk­tura kla­nów była przy­czyną strasz­li­wego nie­prze­jed­na­nia, a także roz­pa­czy, która nad­cho­dziła, gdy wygna­niec zosta­wał sam, pozba­wiony wszyst­kiego, co nada­wało życiu sens. Ofiary zała­my­wały się, zapo­mi­nały o wszyst­kich umie­jęt­no­ściach, które mogły im zapew­nić prze­trwa­nie, a potem gasły powoli.

Na Lethe­ryj­czy­kach, z ich wiel­kimi mia­stami i kłę­bo­wi­skiem nie­zli­czo­nych twa­rzy, wygna­nie nie robiło nie­mal żad­nego wra­że­nia, pomi­ja­jąc łań­cu­chy wią­żące się z zadłu­że­niem. Co prawda, nawet dla nich idea ducho­wej kary nie była czymś zupeł­nie obcym - w końcu żyli w rodzi­nach, jak wszy­scy ludzie - ale rany zadane przez roz­łąkę można było prze­żyć. Zawsze była inna wio­ska, inne mia­sto. Zaczy­na­nie od nowa nie było zada­niem prze­kra­cza­ją­cym ludz­kie moż­li­wo­ści. Dla wielu prze­ro­dziło się nawet w nałóg, spo­sób uni­ka­nia odpo­wie­dzial­no­ści.

Choć Czer­wona Maska wiódł życie godne Awla o nie­ska­la­nej od poko­leń krwi, zro­dziło się w nim podej­rze­nie, że wpływy naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nych wro­gów, Lethe­ryj­czy­ków, ska­ziły jego ducha. Wygna­nie nie stało się dlań karą śmierci. Oka­zało się darem, gdyż dzięki niemu poznał zna­cze­nie wol­no­ści. Tej samej wol­no­ści, któ­rej wabik przy­cią­gał tak wielu mło­dych wojow­ni­ków do Impe­rium Lethe­ryj­skiego, gdzie ano­ni­mo­wość była zarówno prze­kleń­stwem, jak i wyzwo­le­niem.

Po wypę­dze­niu zawę­dro­wał daleko i nie sądził wów­czas, że kie­dy­kol­wiek powróci. Nie był już tym czło­wie­kiem, co ongiś, synem swo­jego ojca. Kim jed­nak się stał, nawet dla niego pozo­sta­wało tajem­nicą.

Nad głową miał bez­chmurne niebo. Nade­szły upały; zające prze­my­kały od jed­nej kry­jówki do dru­giej, pierz­cha­jąc przed jego lethe­ryj­skim wierz­chow­cem. Czer­wona Maska podą­żał za wędru­ją­cym na pół­nocny wschód sta­dem. Zwró­cił uwagę, że nie było ono zbyt liczne, a na pogra­ni­czu szlaku widziało się nie­wiele obla­złych muchami plam poro­do­wych. Byki rodar zwy­kły ota­czać krę­giem takie miej­sca, by osła­niać cielę, nim będzie w sta­nie poru­szać się na wła­snych nogach. Pędzący stado klan zapewne rów­nież był mały.

Ni­gdzie nie widział swych straż­ni­ków, ale nie było w tym nic nad­zwy­czaj­nego. Olbrzy­mie gady miały nie­na­sy­cony ape­tyt. O tej porze roku dzi­kie bhe­de­rin, które zimo­wały w nie­wiel­kich laskach - to była inna odmiana niż ta wystę­pu­jąca na połu­dnio­wych rów­ni­nach, więk­sza i żyjąca samot­nie - wycho­dziły z ukry­cia w poszu­ki­wa­niu part­ne­rów. Ponad dwu­krot­nie cięż­sze od lethe­ryj­skich wołów byki były odważne i wojow­ni­cze. Ata­ko­wały wszystko, co pode­szło zbyt bli­sko, poza samicą swego gatunku. Samiec K'Chain Che'Malle, Sag'Chu­rok, uwiel­biał sta­wiać czoło ich szarży. Czer­wona Maska dostrze­gał przy­jem­ność - zdra­dzały ją wężo­wate ruchy ogona - z jaką Łowca K'ell sta­wał na dro­dze ata­ku­ją­cego byka, wysoko uno­sząc mie­cze. Bhe­de­rin były szyb­kie, ale K'Chain Che'Malle był szyb­szy. Po zabi­ciu zwie­rzę­cia samiec ustę­po­wał pierw­szeń­stwa Gunth Mach, pozwa­la­jąc jej najeść się do syta.

Czer­wona Maska jechał przez cały dzień. Nie śpie­szył się, nie chcąc prze­cią­żać konia, a gdy chmury burzowe na hory­zon­cie roz­bły­sły bla­skiem zacho­dzą­cego słońca, ujrzał obóz Awli poło­żony na pra­sta­rej wyspie w zakolu znisz­czo­nego ero­zją koryta wyschnię­tej rzeki. Stada zgro­ma­dziły się na sto­kach doliny po obu jej stro­nach, a pośrodku usta­wiono kopu­la­ste chaty z pozszy­wa­nych, nie­wy­pra­wio­nych skór. Nad doliną uno­siły się kłęby dymu z ognisk.

Nie wysłali zwia­dow­ców. Nie wysta­wili straży. A obóz był zde­cy­do­wa­nie za duży na tak nie­liczne stada.

Czer­wona Maska ścią­gnął wodze na wzgó­rzu i przyj­rzał się uważ­nie obo­zo­wi­sku. Gdzie­nie­gdzie było sły­chać głosy wyśpie­wu­jące rytu­alną żałobę. Mię­dzy cha­tami prze­my­kała garstka dzieci.

Sie­dział nie­ru­chomo w wyso­kim lethe­ryj­skim sio­dle i po dłuż­szej chwili wresz­cie go zauwa­żono. Roz­le­gły się krzyki, w pół­mroku coś nagle się poru­szyło i poja­wiło się sze­ściu wojow­ni­ków, któ­rzy ruszyli ku niemu truch­tem.

Za ich ple­cami zaczęto już panicz­nie zwi­jać obóz. Zasy­py­wane ogni­ska strze­lały w górę iskrami. Skó­rzane ściany chat zaczęły się zapa­dać.

Za wojow­ni­kami popę­dziła grupa psów paster­skich i pocią­go­wych.

Gdy Awle pode­szli bli­żej, Czer­wona Maska zauwa­żył, że wszy­scy są mło­dzi. Od nocy ich śmierci mógł minąć naj­wy­żej rok. Może dwa. Nie dostrzegł wśród nich ani jed­nego wete­rana. Gdzie się podziali starcy? I gna­cia­rze?

Wojow­nicy zatrzy­mali się pięt­na­ście kro­ków poni­żej szczytu i wymie­nili kilka słów syczą­cym szep­tem. Potem jeden odwró­cił się ku obo­zowi i wydał prze­ni­kliwy okrzyk. Ruch na dole ustał nagle.

Wszy­scy wojow­nicy spo­glą­dali na niego, ale żaden nie odwa­żył się podejść bli­żej.

Psy nie dały się tak łatwo zastra­szyć samot­nemu intru­zowi. Zje­żyły sierść i war­cząc, usta­wiły się w pół­okrąg. Nagle jed­nak poczuły nie­ocze­ki­wany zapach i cof­nęły się trwoż­nie, pod­ku­la­jąc ogony. Z ich gar­deł wyrwało się skom­le­nie.

W końcu jeden z mło­dych wojow­ni­ków ośmie­lił się zbli­żyć o krok.

- Nie możesz być nim - oznaj­mił.

- Gdzie wasz wódz wojenny? - zapy­tał z wes­tchnie­niem Czer­wona Maska.

Mło­dzie­niec wypiął pierś i się wypro­sto­wał.

- Jestem Masarch, syn Nay­ruda, wódz wojenny tego klanu.

- Kiedy prze­sze­dłeś noc śmierci?

- To prze­sta­rzały zwy­czaj - odparł Masarch, obna­ża­jąc zęby w gniew­nym gry­ma­sie. - Wyrze­kli­śmy się takich głu­pot.

- Dawne zwy­czaje nas zawio­dły! - ode­zwał się inny mło­dzie­niec, prze­ma­wia­jąc zza ple­ców wodza. - Dla­tego je odrzu­ci­li­śmy!

- Zdej­mij maskę - zażą­dał Masarch. - Nie masz do niej prawa. Pró­bu­jesz nas oszu­kać. Jeź­dzisz na lethe­ryj­skim koniu. Jesteś szpie­giem fak­tora!

Czer­wona Maska nie odpo­wia­dał przez dłuż­szą chwilę. Prze­niósł spoj­rze­nie na poło­żony za ple­cami wodza i jego ludzi obóz. Na jego bliż­szym skraju zebrał się tłum, który gapił się na niego z uwagą. Czer­wona Maska mil­czał jesz­cze przez dwa­dzie­ścia ude­rzeń serca.

- Nie wysta­wi­li­ście straży - oznaj­mił wresz­cie. - Plu­ton Lethe­ryj­czy­ków mógłby usta­wić się na tym wzgó­rzu i ude­rzyć na wasz obóz, a wy nie byli­by­ście przy­go­to­wani. Wasze kobiety gło­śnymi krzy­kami dają wyraz żało­bie. W cichą noc, taką jak dzi­siej­sza, ich głosy niosą się na wiele mil. Twoi ludzie gło­dują, wodzu wojenny, a mimo to palą prze­sad­nie wiele ognisk. Ich dym unosi się nad obo­zo­wi­skiem, two­rząc chmurę, w któ­rej odbija się blask ognia. Zabi­ja­li­ście nowo naro­dzone cie­lęta rodar i myri­dów, zamiast sta­rych byków i krów, które nie mogą się już cie­lić. Z pew­no­ścią nie macie gna­cia­rzy, bo gdy­by­ście ich mieli, pocho­wa­liby was w ziemi i zmu­sili do odby­cia nocy śmierci. Wyszli­by­ście na powierzch­nię naro­dzeni na nowo i być może zyska­li­by­ście też nową mądrość, któ­rej tak bar­dzo wam bra­kuje.

Masarch nie odpo­wie­dział na to ani sło­wem. W końcu zauwa­żył broń Czer­wo­nej Maski.

- Naprawdę jesteś nim - wyszep­tał. - Wró­ci­łeś do Awl'danu.

- Co to za klan?

- Czer­wona Masko - odparł wódz wojenny, wska­zu­jąc za sie­bie. - Ten klan... należy do cie­bie.

- Nie pozo­stał nikt oprócz nas - cią­gnął Masarch, gdy konny wojow­nik mil­czał. - Nie mamy gna­cia­rzy, Czer­wona Masko. Nie mamy cza­row­nic. - Wska­zał na stada. - Nie mamy też żad­nych zwie­rząt oprócz tych, które tu widzisz. - Zawa­hał się, po czym znowu się wypro­sto­wał. - Czer­wona Masko, wró­ci­łeś... na próżno. Twoje mil­cze­nie mówi mi, że dostrze­gasz prawdę. Wielki wojow­niku, już jest za późno.

Nawet te słowa nie prze­rwały mil­cze­nia Czer­wo­nej Maski. Przy­bysz zsu­nął się powoli z sio­dła. Psy, które do tej pory cza­iły się w bez­piecz­nej odle­gło­ści, pod­ku­la­jąc ogony, poczuły inten­syw­niej­szy zapach albo usły­szały coś w roz­po­ście­ra­ją­cym się za jego ple­cami pół­mroku, gdyż wszyst­kie pierz­chły nagle i skryły się w obo­zie. Panika zwie­rząt nie pozo­stała bez wpływu na mło­dych wojow­ni­ków, lecz żaden nie uciekł, choć na ich twa­rzach malo­wały się strach i nie­pew­ność.

- Czer­wona Masko, Lethe­ryj­czycy wkrótce nas znisz­czą - pod­jął Masarch, obli­zu­jąc wargi. - Ata­kują pogra­niczne obozy, mor­dują wszyst­kich miesz­kań­ców i zagar­niają stada. Klan Aen­di­na­rów już nie ist­nieje. Nie­do­bitki Sevon­dów i Niri­thów doczoł­gały się do Gane­to­ków. Tylko oni na­dal są silni, gdyż ich zie­mie leżą naj­da­lej na wschód i jako uro­dzeni tchó­rze zawarli pakt z cudzo­ziem­cami...

- Cudzo­ziem­cami. - Czer­wona Maska przy­mru­żył widoczne w szcze­li­nach maski oczy. - Najem­ni­kami.

Masarch ski­nął głową.

- Doszło do wiel­kiej bitwy. Rok temu. I wszy­scy cudzo­ziemcy zgi­nęli. - Ski­nął dło­nią. - To były szare czary.

- A czy zwy­cięzcy Lethe­ryj­czycy nie poma­sze­ro­wali potem na obozy Gane­to­ków?

- Nie, Czer­wona Masko. Za mało ich zostało. Cudzo­ziemcy bili się dziel­nie.

- Cze­goś nie rozu­miem, Masarch - rzekł Czer­wona Maska. - Czy Gane­to­ko­wie nie wal­czyli u boku najem­ni­ków?

Mło­dzie­niec splu­nął.

- Ich wódz wojenny zwo­łał pięt­na­ście tysięcy kla­no­wych wojow­ni­ków. Kiedy przy­byli Lethe­ryj­czycy, uciekł, a wojow­nicy podą­żyli za nim. Porzu­cił cudzo­ziem­ców! Pozwo­lił ich wyrżnąć!

- Zwiń­cie ten obóz - roz­ka­zał Czer­wona Maska. - Wy obej­mij­cie straż na wzgó­rzach, tutaj i na zacho­dzie - dodał, wska­zu­jąc na wojow­ni­ków, któ­rzy przy­sta­nęli za ple­cami Masar­cha. - Teraz ja jestem wodzem wojen­nym klanu Ren­fay­arów. Masarch, gdzie się ukry­wają Gane­to­ko­wie?

- Sie­dem dni drogi na wschód stąd. Do nich należą ostat­nie wiel­kie stada Awli.

- Masarch, czy chcesz rzu­cić wyzwa­nie mojemu prawu zwa­nia sie­bie wodzem wojen­nym?

Mło­dzie­niec pokrę­cił głową.

- Jesteś Czer­woną Maską. Żaden z two­ich wro­gów spo­śród ren­fay­ar­skiej star­szy­zny już nie żyje. Ich syno­wie rów­nież.

- Ilu wojow­ni­ków pozo­stało wśród Ren­fay­arów?

Masarch zmarsz­czył brwi, a potem ski­nął dło­nią.

- Widzisz nas, wodzu wojenny.

- Sze­ściu.

Mło­dzie­niec ski­nął głową.

Czer­wona Maska zauwa­żył samot­nego psa pocią­go­wego, który przy­siadł na skraju obozu. Miał wra­że­nie, że zwie­rzę przy­gląda mu się uważ­nie. Uniósł lewą rękę i wtedy pies pode­rwał się do ruchu. Po chwili potężny bry­tan dobiegł do niego i poło­żył się na ziemi, opie­ra­jąc wielki, nazna­czony bli­znami łeb na ziemi mię­dzy jego sto­pami. Czer­wona Maska pochy­lił się i pogła­skał go po pysku. Więk­szo­ści ludzi gro­zi­łoby to utratą pal­ców. Pies nawet nie drgnął.

Masarch wyba­łu­szył oczy na ten widok.

- On jeden oca­lał z pogra­nicz­nego obozu - powie­dział - Nie pozwa­lał nam się zbli­żyć.

- Czy cudzo­ziemcy mieli psy bojowe? - zapy­tał cicho Czer­wona Maska.

- Nie. Ale byli zaprzy­się­żo­nymi wyznaw­cami Wil­ków Wojny. Wodzu wojenny, te wstrętne, zdra­dliwe bestie zaiste za nimi podą­żały. Zawsze trzy­mały się na dystans, ale było ich mnó­stwo. Jed­nakże w końcu starcy Gane­to­ków odpę­dzili je swą magią. - Masarch zawa­hał się. - Czer­wona Masko, wódz wojenny Gane­to­ków...

Nie­po­strze­że­nie dla nikogo pod maską powoli ufor­mo­wał się uśmiech.

- Hadralt, pier­wo­rodny syn Capa­laha.

- Skąd wiesz?

- Jutro popę­dzimy stada na pół­noc, Masarch. Do Gane­to­ków. Chciał­bym się dowie­dzieć cze­goś wię­cej o tych nie­szczę­snych cudzo­ziem­cach, któ­rzy zgo­dzili się wal­czyć za nas. Któ­rzy zgi­nęli za ludzi z Awl'danu.

- Mamy przy­czoł­gać się do Gane­to­ków na brzu­chach, jak Sevon­do­wie i Niri­tho­wie?

- Ginie­cie z głodu. Stada są zbyt osła­bione. Dowo­dzę sze­ścioma mło­dzień­cami, z któ­rych żaden nie odbył nocy śmierci. Czy mamy w sied­miu wyru­szyć na wojnę prze­ciwko Lethe­ryj­czy­kom?

Choć Masarch był młody, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że nie jest głup­cem.

- Chcesz wyzwać Hadralta? Czer­wona Masko, twoi wojow­nicy... wszy­scy zgi­niemy. Nie zdo­łamy spro­stać set­kom wyzwań, które nam rzucą, a po naszej śmierci będziesz musiał sam wal­czyć ze wszyst­kimi, zanim uznają cię za god­nego walki z samym Hadral­tem.

- Nie zgi­nie­cie - zapew­nił Czer­wona Maska. - Nikt was nie wyzwie.

- Chcesz w poje­dynkę poko­nać tysiąc wojow­ni­ków, żeby móc się zmie­rzyć z Hadral­tem?

- Jaki byłby w tym sens, Masarch? Potrze­buję tych wojow­ni­ków. Zabi­ja­nie ich byłoby mar­no­traw­stwem. Nie... - Prze­rwał na chwilę. - Mam swo­ich straż­ni­ków, Masarch. Wąt­pię, by choć jeden wojow­nik Gane­to­ków odwa­żył się rzu­cić im wyzwa­nie. Hadralt będzie musiał sam zmie­rzyć się ze mną w kręgu. Poza tym nie mamy czasu na całą resztę.

- Gane­to­ko­wie trzy­mają się sta­rych zwy­cza­jów, wodzu wojenny. Odpra­wią rytu­ały. Minie wiele dni, nim spo­rzą­dzą krąg...

- Masarch, musimy ruszać na wojnę z Lethe­ryj­czy­kami. Każdy wojow­nik w Awl'danie...

- Wodzu wojenny! Nie pójdą za tobą! Nawet Hadralt roz­ka­zuje zale­d­wie jed­nej trze­ciej z nich, a za posłu­szeń­stwo musiał im zapła­cić połową swych stad rodar i myri­dów. - Masarch wska­zał na zdzie­siąt­ko­wane stada odpo­czy­wa­jące na sto­kach. - My... my nie mamy nic! Nie mógł­byś opła­cić nawet stu wojow­ni­ków!

- Kto ma naj­więk­sze stada, Masarch?

- Sami Gane­to­ko­wie...

- Nie, zapy­tam cię jesz­cze raz. Kto ma naj­więk­sze stada?

Mło­dzie­niec zmarsz­czył brwi.

- Lethe­ryj­czycy.

- Trzej wojow­nicy wyru­szą z resztą Ren­fay­arów do Gane­to­ków. Wybierz dwóch, któ­rzy będą nam towa­rzy­szyć. - Pies pocią­gowy wstał i prze­su­nął się na bok. Czer­wona Maska wziął wodze swo­jego wierz­chowca i popro­wa­dził go w stronę obozu. Pies podą­żał za jego lewą nogą. - Poje­dziemy na zachód, Masarch, i znaj­dziemy stada.

- Mamy zaata­ko­wać Lethe­ryj­czy­ków? Wodzu wojenny, czy przed chwilą nie drwi­łeś z tego, że sied­miu wojow­ni­ków mogłoby toczyć wojnę z nimi? A teraz mówisz...

- Czas na wojnę przyj­dzie póź­niej - odparł Czer­wona Maska. - Jak mówi­łeś, potrze­bu­jemy stad, żeby opła­cić usługi wojow­ni­ków. - Obej­rzał się na idą­cego za nim mło­dzieńca. - Skąd Lethe­ryj­czycy mają zwie­rzęta?

- Ode­brali je Awlom! Nam!

- Tak jest. Ukra­dli je. A teraz my ukrad­niemy je z powro­tem.

- Nas czte­rech, wodzu wojenny?

- Razem z jed­nym psem pocią­go­wym i moimi straż­ni­kami.

- Jakimi straż­ni­kami?

Czer­wona Maska ponow­nie ruszył przed sie­bie.

- Musisz się nauczyć oka­zy­wać sza­cu­nek, Masarch. Sądzę, że dziś czeka cię noc śmierci.

- Dawne zwy­czaje nie mają sensu! Nie zro­bię tego!

Czer­wona Maska zadał cios bły­ska­wicz­nie. Nie było pewne, czy Masarch zdą­żył zauwa­żyć w pół­mroku jego pięść, zanim tra­fiła go w szczękę. Nie­przy­tomny mło­dzie­niec padł na zie­mię. Czer­wona Maska chwy­cił go za skó­rzany kaftan i pocią­gnął w stronę obozu.

Masarch ock­nie się zamknięty w trum­nie, przy­sy­pany war­stwą ziemi i kamieni grubą na dłu­gość ramie­nia męż­czy­zny. Nie­stety nie będzie miał oka­zji odbyć tra­dy­cyj­nych poprze­dza­ją­cych noc śmierci rytu­ałów, przy­go­to­wu­ją­cych wybra­nego mło­dzieńca na pochó­wek. Rzecz jasna, Masarch nie potra­fił trzy­mać języka za zębami. Oka­zał nie­wia­ry­godny brak sza­cunku, co wystar­czyło, by odmó­wić mu daru miło­sier­dzia, któ­rym w rze­czy­wi­sto­ści były owe rytu­ały.

Otrzyma surową nauczkę, ale bez podob­nych lek­cji nie można zostać doro­słym.

Czer­wona Maska spo­dzie­wał się, że pozo­sta­łych wojow­ni­ków rów­nież trzeba będzie zmu­sić do posłu­szeń­stwa biciem. Cze­kała go długa noc.

Ich rów­nież...

Podej­rze­wał jed­nak, że obo­zowe sta­ru­chy ucie­szą się z tego zamie­sza­nia. Zawsze to lep­sze niż zawo­dze­nie przez całą noc.

***

Naj­wyż­sze pię­tro pod­ziem­nego mia­sta oka­zało się naj­cie­kaw­sze, przy­naj­mniej w opi­nii Udi­na­asa. Miał już ser­decz­nie dość cią­głych słow­nych utar­czek, które stały się plagą nie­szczę­snej zgrai zbie­gów, jaką two­rzyli. Wszy­scy byli coraz bar­dziej poiry­to­wani, zwłasz­cza Fear Sen­gar. Były nie­wol­nik wie­dział, że Tiste Edur pra­gnie go zamor­do­wać. Jeśli zaś cho­dzi o szcze­góły jego roz­sta­nia z Rhu­la­dem, z któ­rych jasno wyni­kało, że Udi­naas nie miał w tej spra­wie wyboru, że on rów­nież był ofiarą... no cóż, nie był nimi zain­te­re­so­wany. Oko­licz­no­ści łago­dzące nie zmniej­szały jego nie­prze­jed­na­nia, bez­li­to­snego poczu­cia tego, co słuszne, a co nie. Owo poczu­cie naj­wy­raź­niej jed­nak nie doty­czyło jego wła­snych czy­nów. W końcu to Fear świa­do­mie opu­ścił Rhu­lada.

Jego zda­niem po odzy­ska­niu przy­tom­no­ści Udi­naas powi­nien był wró­cić do cesa­rza.

Po co? Żeby zgi­nąć strasz­liwą śmier­cią z jego rąk? To prawda, byli­śmy pra­wie przy­ja­ciółmi - o ile to moż­liwe w przy­padku pana i nie­wol­nika, zwłasz­cza że pan zawsze uważa się za szla­chet­niej­szego i bar­dziej szczo­drego niż nie­wol­nik - ale nie pro­si­łem o to, by zna­leźć się u boku sza­leńca, nie zgła­sza­łem się na ochot­nika, by pro­wa­dzić go wąskim mostem zdro­wych zmy­słów, pod­czas gdy on przy każ­dym kroku pra­gnął sko­czyć na łeb na szyję w prze­paść.

Mimo to jakoś sobie pora­dził i dzięki odro­bi­nie współ­czu­cia zro­bił dla Rhu­lada wię­cej niż któ­ry­kol­wiek z Sen­ga­rów: bra­cia, matka czy ojciec. Wię­cej niż jaki­kol­wiek Tiste Edur.

Cóż dziw­nego w tym, że żaden z was nie zaznał szczę­ścia, Fearze Sen­gar? Wszy­scy jeste­ście wypa­czo­nymi kona­rami tego samego cho­rego drzewa.

Rzecz jasna, nie było sensu mówić tego na głos. Seren Pedac mogłaby go zro­zu­mieć, a nawet zgo­dzić się ze wszyst­kim, co miał do powie­dze­nia, ale ona nie pra­gnęła stać się jedną z nich. Trzy­mała się roli porę­czy­cielki, prze­wod­niczki, zazdro­śnie strze­gą­cej wszyst­kich cen­nych map, które nosiła w gło­wie. Czuła się zado­wo­lona, gdy nie musiała wybie­rać, a szcze­gól­nie wtedy, gdy nie musiała się anga­żo­wać.

Była dziwną kobietą. Zawsze trzy­mała się na dystans.

Nie ma przy­ja­ciół... ale nosi miecz Tiste Edur. Miecz Trulla Sen­gara. Imbryk mówi, że wło­żył go w jej dło­nie. Czy ona rozu­mie zna­cze­nie tego gestu? Z pew­no­ścią tak.

Potem Trull Sen­gar wró­cił do cesa­rza. Być może jemu jed­nemu spo­śród braci Rhu­lad nie był obo­jętny.

Co się z nim teraz dzieje? Zapewne nie żyje.

Szli sze­roką rampą. Z góry napły­wało rześ­kie, ochło­dzone przez noc powie­trze, wpa­da­jące ze świ­stem przez drzwi, ulo­ko­wane co około dzie­się­ciu kro­ków po obu stro­nach. Byli już bli­sko powierzchni. Wyjdą na nią gdzieś na prze­łę­czy, ale po któ­rej stro­nie fortu i jego gar­ni­zonu? Jeśli po nie­wła­ści­wej, mie­cze Sil­chasa Ruina zaśpie­wają długą i gło­śną pieśń. Ten bia­ło­skóry, czer­wo­no­oki kosz­mar zosta­wiał za sobą sterty tru­pów. Ści­ga­jący zbli­żyli się do nich już kil­ka­krot­nie i choć zapła­cili za to życiem, wciąż nad­cho­dzili następni. Nie dostrze­gał w tym sensu.

To pra­wie tak samo nie­do­rzeczne, jak ta mozaika na pod­ło­dze z jej błysz­czą­cymi armiami.

Obrazy jasz­czur­czych wojow­ni­ków ście­ra­ją­cych się ze sobą w walce. Dłu­go­ogo­nowi wal­czyli z krót­ko­ogo­no­wymi, ale ci pierwsi ginęli znacz­nie czę­ściej, o ile był w sta­nie się zorien­to­wać. Dzi­waczną rzeź przed­sta­wiono rów­nież w sąsied­nich salach. Każdą naj­wy­raź­niej poświę­cono hero­icz­nej śmierci jakie­goś boha­tera. "Plu­gawi K'ell, Naw'rhuk A'dat i matrony" - mówił Sil­chas Ruin, gdy badał sąsied­nie kom­naty, jedną po dru­giej, spo­wity w cza­ro­dziej­skie świa­tło. Jego zain­te­re­so­wa­nie było jed­nak co naj­wy­żej zdaw­kowe. Udi­naas potra­fił wyczy­tać w barw­nych sce­nach wystar­cza­jąco wiele, by się zorien­to­wać, że była to kam­pa­nia wza­jem­nej eks­ter­mi­na­cji. Na każdy triumf krót­ko­ogo­no­wych odpo­wie­dzią był cza­ro­dziej­ski pożar matrony. Zwy­cięzcy nie mogli wygrać, ponie­waż poko­nani odma­wiali zaak­cep­to­wa­nia porażki.

To była wojna sza­leń­ców.

Seren Pedac szła przo­dem, dwa­dzie­ścia kro­ków przed nim. Nagle zatrzy­mała się i przy­kuc­nęła, uno­sząc rękę. W powie­trzu wisiała woń gliny i drzew­nego pyłu. Wylot tunelu był mały i zaro­śnięty ziel­skiem. Czę­ściowo zasła­niały go ostre odłamki bazaltu, pozo­sta­ło­ści po łuku bramy. Dalej była ciem­ność.

Seren Pedac ski­nęła dło­nią, naka­zu­jąc pozo­sta­łym podejść bli­żej.

- Pójdę na zwiady - wyszep­tała, gdy zebrali się tuż za wylo­tem jaskini. - Czy ktoś zauwa­żył, że na ostat­nim odcinku nie było nie­to­pe­rzy? Posadzka jest tu czy­sta.

- Ist­nieją dźwięki, któ­rych ludzie nie sły­szą - wyja­śnił Sil­chas Ruin. - Powie­trze napływa przez otwory wen­ty­la­cyjne do ukry­tych w ścia­nach rur, powo­du­jąc odgłosy, które pło­szą nie­to­pe­rze, owady, gry­zo­nie i tak dalej. Krót­ko­ogo­nowi mieli zdol­no­ści do takich rze­czy.

- A więc to nie magia? - zapy­tała Seren Pedac. - Nie ma tu żad­nych osłon ani klątw?

- Nie ma.

Udi­naas potarł twarz. Brodę miał strasz­li­wie brudną, a w jej gęstych kła­kach gnieź­dziły się żywe stwo­rze­nia.

- Sprawdź tylko, czy jeste­śmy po wła­ści­wej stro­nie tego cho­ler­nego fortu, porę­czy­cielko.

- Chcia­łam się upew­nić, czy wycho­dząc na zewnątrz, nie uru­cho­mię jakiejś sta­ro­żyt­nej osłony. Wszyst­kie te roz­bite głazy suge­rują, że to się już tutaj zda­rzało. Chyba że sam chcesz wyjść pierw­szy, zadłu­żony.

- Niby czemu miał­bym to robić? - zapy­tał Udi­naas. - Ruin udzie­lił ci odpo­wie­dzi, Seren Pedac. Na co cze­kasz?

- Może chce, żebyś się uci­szył - zasu­ge­ro­wał Fear Sen­gar. - Podej­rze­wam, że tego ni­gdy się nie docze­kamy.

- Drę­cze­nie cie­bie to dla mnie jedyna przy­jem­ność w życiu, Fear.

- To zaiste smutne - wyszep­tała Seren Pedac.

Ruszyła przed sie­bie, wdra­pała się na skru­szone głazy i znik­nęła w mroku.

Udi­naas zdjął ple­cak i posta­wił go na powierzchni pokry­tej suchymi liśćmi, które chrzę­ściły pod jego sto­pami. Potem usiadł oparty o pochyłą kamienną płytę i roz­pro­sto­wał nogi.

Fear przy­kuc­nął przy samym wylo­cie jaskini.

Imbryk poszła do bocz­nej kom­naty, nucąc coś pod nosem.

Sil­chas Ruin przy­sta­nął nad Udi­na­asem.

- Zasta­na­wiam się, co nadaje two­jemu życiu zna­cze­nie, Lethe­ryj­czyku.

- To dziwne. Wła­śnie myśla­łem to samo o tobie, Tiste Andii.

- Skoro tak mówisz.

- Dla­czego miał­bym kła­mać?

- A czemu by nie?

- Dobra - przy­znał Udi­naas. - Masz tro­chę racji.

- A więc nie odpo­wiesz na moje pyta­nie?

- Ty pierw­szy.

- Nie kryję, czego pra­gnę.

- Zemsty? No cóż, zawsze to jakaś moty­wa­cja. Przy­naj­mniej w krót­kiej per­spek­ty­wie. Być może długa per­spek­tywa cię nie inte­re­suje, ale bądźmy szcze­rzy, Sil­cha­sie Ruin, jako jedyny cel w życiu to raczej kiep­skie i żało­sne.

- Ty zaś twier­dzisz, że żyjesz tylko po to, by drę­czyć Feara Sen­gara.

- Och, z tym zada­niem świet­nie radzi sobie sam. - Udi­naas wzru­szył ramio­nami. - Pro­blem z podob­nymi pyta­niami polega na tym, że z reguły udaje nam się zro­zu­mieć zna­cze­nie naszych uczyn­ków dopiero po fak­cie. Wtedy potra­fimy zna­leźć nie jedno, ale tysiące powo­dów, uspra­wie­dli­wień, wyja­śnień i szcze­rych obron. Zna­cze­nie? Doprawdy, Sil­cha­sie Ruin. Zapy­taj mnie o coś inte­re­su­ją­cego.

- Pro­szę bar­dzo. Zasta­na­wiam się nad rzu­ce­niem wyzwa­nia tym, któ­rzy nas ści­gają. Mam już dość tego zby­tecz­nego ukry­wa­nia się. Prawdę mówiąc, to znie­waga dla mojej natury.

Cze­ka­jący u wylotu tunelu Fear odwró­cił się i spoj­rzał na Tiste Andii.

- Tylko podraż­nił­byś gniazdo szer­szeni, Sil­cha­sie Ruin. Co gor­sza, jeśli za mocą Rhu­lada rze­czy­wi­ście kryje się ten upa­dły bóg, możesz się nara­zić na los znacz­nie gor­szy niż tysiąc­le­cia pocho­wa­nia w ziemi.

- Na naszych oczach Fear zmie­nia się w starca - zadrwił Udi­naas. - Boi się wła­snego cie­nia. Jeśli chcesz sta­nąć do walki z Rhu­la­dem, Han­na­nem Mosa­giem i jego k'risna­nami, masz moje bło­go­sła­wień­stwo, Sil­cha­sie Ruin. Złap Zbłą­ka­nego za gar­dło i roze­rwij to impe­rium na strzępy. Obróć wszystko w popioły. Spu­stosz cały cho­lerny kon­ty­nent, Tiste Andii. My posie­dzimy sobie w tej jaskini. Wpad­nij po nas, kiedy skoń­czysz.

Fear obna­żył zęby w gniew­nym gry­ma­sie.

- Czemu miałby nas oszczę­dzić?

- Nie mam poję­cia - odparł były nie­wol­nik, uno­sząc brwi. - Może z lito­ści?

- Dla­czego nikt tu nikogo nie lubi? - zapy­tała sto­jąca w wej­ściu do bocz­nej kom­naty Imbryk. - Ja lubię was wszyst­kich. Nawet Withera.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dra­ma­tis Per­so­nae

Lethe­ryj­czycy

Tehol Bed­dict: zubo­żały miesz­ka­niec

Bugg: lokaj Tehola

Shurq Elalle: wędrowna piratka

Skor­gen Kaban: pierw­szy ofi­cer na statku Shurq

Ublala Pung: bez­ro­botny pół­krwi Tar­the­nal

Ormly: czło­nek Cechu Szczu­ro­ła­pów

Ruc­ket: główny śled­czy z Cechu Szczu­ro­ła­pów

Karos Invic­tad: inwi­gi­la­tor Obroń­ców Ojczy­zny

Tanal Yathva­nar: oso­bi­sty asy­stent Karosa

Rau­tos Hiva­nar: prze­wod­ni­czący Kupiec­kiego Powier­nic­twa Wol­no­ści

Venitt Sathad: naj­bar­dziej zaufany agent Rau­tosa

Tri­ban Gnol: kanc­lerz Nowego Impe­rium

Nisall: pierw­sza kon­ku­bina daw­nego cesa­rza

Janall: oba­lona cesa­rzowa

Turu­dal Bri­zad: były kon­ku­bent

Janath Anar: więź­niarka poli­tyczna

Sir­ryn Kanar: straż­nik pała­cowy

Brul­lyg (Shake): nomi­nalny zarządca Dru­giego Fortu Dzie­wi­czego

Yedan Der­ryg (Wachta)

Orbyn Poszu­ki­wacz Prawdy: dowódca sek­cji Obroń­ców Ojczy­zny

Letur Anict: fak­tor Drene

Bivatt: atri-preda Armii Wschod­niej

Piór­kowa Wiedźma: lethe­ryj­ska nie­wol­nica Uruth

Tiste Edur

Rhu­lad: władca Nowego Impe­rium

Han­nan Mosag: cesar­ski ceda

Uruth: matriar­chini cesa­rza i żona Tomada Sen­gara

k'risnani: cesar­scy czar­no­księż­nicy

Bru­then Trana: Edur z pałacu

Brohl Han­dar: nad­zorca wschodu rezy­du­jący w Drene

Przy­by­wa­jący z flotą Edur

Yan Tovis (Pomroka): atri-preda w lethe­ryj­skiej armii

Varat Taun: jej porucz­nik

Tara­lack Veed: Gral, agent Bez­i­mien­nych

Ica­rium: broń Tara­lacka

Han­radi Kha­lag: czar­no­księż­nik Tiste Edur

Tomad Sen­gar: patriar­cha cesa­rza

Samar Dev: uczona i cza­row­nica z Sied­miu Miast

Karsa Orlong: wojow­nik Tobla­kai

taxi­la­nin: tłu­macz

Awl'dan

Czer­wona Maska: wygna­niec, który powró­cił

Masarch: wojow­nik z klanu Ren­fay­arów

Hadralt: wódz wojenny klanu Gane­to­ków

Sag'Chu­rok: oso­bi­sty straż­nik Czer­wo­nej Maski

Gunth Mach: oso­bi­sta straż­niczka Czer­wo­nej Maski

Nurt: mie­dzia­no­licy

Natar­kas: mie­dzia­no­licy

Ści­gani

Seren Pedac: lethe­ryj­ska porę­czy­cielka

Fear Sen­gar: Tiste Edur

Imbryk: lethe­ryj­ska sie­rota

Udi­naas: zbie­gły lethe­ryj­ski nie­wol­nik

Wither: widmo cie­nia

Sil­chas Ruin: Ascen­dent Tiste Andii

Refu­gium

Ulshun Pral: Imass

Rud Elalle: adop­to­wany znajda

Hostille Rator: T'lan Imass

Til'Aras Benok: T'lan Imass

Gr'ista­nas Ish'Ilm: T'lan Imass

Mala­zań­czycy

Łowcy Kości

Tavore Paran: głów­no­do­wo­dząca Łow­ców Kości

Lostara Yil: zastęp­czyni Tavore

Keneb: pięść w Łow­cach Kości

Bli­stig: pięść w Łow­cach Kości

Fara­dan Sort: kapi­tan

Madan'tul Rada: porucz­nik słu­żący pod roz­ka­zami Fara­dan Sort

Pędrak: adop­to­wany syn Keneba

Dziób: mag przy­dzie­lony kapi­tan Fara­dan Sort

Ósmy Legion, Dzie­wiąta Kom­pa­nia

Czwarta Dru­żyna

Skrzy­pek: sier­żant

Tarcz: kapral

Koryk: pół­krwi Seti, pie­chota mor­ska

Śmieszka: kobieta z Itko Kan, pie­chota mor­ska

Mątwa: saper

Flaszka: mag dru­żyny

Corabb Bhi­lan Thenu'alas: żoł­nierz

Piąta Dru­żyna

Gesler: sier­żant

Chmura: kapral

Pia­sek: pie­chota mor­ska

Krót­ko­nos: ciężka pie­chota

Mądrala: ciężka pie­chota

Uru Hela: ciężka pie­chota

Jętka: ciężka pie­chota

Siódma Dru­żyna

Postro­nek: sier­żant

Odprysk: kapral

Kulas: pie­chota mor­ska

Ebron: mag dru­żyny

Okruch (Jam­ber Pień): saper

Sinn: mag

Ósma Dru­żyna

Hel­lian: sier­żant

Obra­żal­ski: kapral # 1

Bez­dech: kapral # 2

Bal­grid: mag dru­żyny

Tavos Pond: pie­chota mor­ska

Moż­liwe: saper

Lut­nia: uzdro­wi­ciel dru­żyny

Dzie­wiąta Dru­żyna

Bal­sam: sier­żant

Tru­pi­smród: kapral

Rze­zi­gar­dzioł: pie­chota mor­ska

Galt: pie­chota mor­ska

Pła­tek: pie­chota mor­ska

Opak: mag dru­żyny

Dwu­na­sta Dru­żyna

Thom Tissy: sier­żant

Tuli­pan: kapral

Rampa: ciężka pie­chota

Jibb: śred­nio­zbrojna pie­chota

Mewi­ślad: śred­nio­zbrojna pie­chota

Bel­lig Harn: ciężka pie­chota

Trzy­na­sta Dru­żyna

Urb: sier­żant

Reem: kapral

Masan Gilani: pie­chota mor­ska

Micha: ciężka pie­chota

Hanno: ciężka pie­chota

Solanka: ciężka pie­chota

Nikły: ciężka pie­chota

Ósmy Legion, Trze­cia Kom­pa­nia

Czwarta Dru­żyna

Pra­va­lak Rim: kapral

Mio­dzik: saper

Strap Mull: saper

Ławica: ciężka pie­chota

Zer­kacz: ciężka pie­chota

Piąta Dru­żyna

Badan Gruk: sier­żant

Kryza: pie­chota mor­ska

Zgar­niaczka: pie­chota mor­ska

Nep Bruzda: mag

Reliko: ciężka pie­chota

Cał­kiem Nie­przy­tomny: ciężka pie­chota

Dzie­siąta Dru­żyna

Porząd­nicki: sier­żant

Obława: kapral

Mulvan Straszny: mag

Nel­ler: saper

Czasz­ko­śmierć: pie­chota mor­ska

Mie­czo­błysk: ciężka pie­chota

Inni

Bana­schar: ostatni kapłan D'rek

Withal: mec­kro­ski płat­nerz

San­da­lath Dru­kor­lat: Tiste Andii, żona Withala

Niman­der Golit: Tiste Andii, poto­mek Ano­man­dera Rake'a

Phaed: Tiste Andii, potom­kini Ano­man­dera Rake'a

Ser­watka: opę­tany szkie­let gada

Telo­rast: opę­tany szkie­let gada

Onrack: T'lan Imass, nie­zwią­zany

Trull Sen­gar: rene­gat Tiste Edur

Ben Ada­ephon Delat: cza­ro­dziej

Menan­dore: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Brzask)

Shel­ta­tha Lore: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Zmierzch)

Sukul Ankhadu: jed­no­po­chwy­cona (Sio­stra Cętka)

Kil­man­da­ros: pra­dawna bogini

Klips: Tiste Andii

Koty­lion: Sznur, bóg patron skry­to­bój­ców

Imroth: strza­skana, T'lan Imass

Płot: duch

Stary Gar­bus Arbat: Tar­the­nal

Zwię­zła: była oszustka

Tre­ściwa: była oszustka

Pully: cza­row­nica Shake'ów

Skwish: cza­row­nica Shake'ów

Pro­log

Pra­dawna grota Kurald Emur­lahnWiek roze­rwa­nia

Roz­dartą żalem pano­ramę ska­lały trupy sze­ściu smo­ków leżące na rów­ni­nie w nie­upo­rząd­ko­wa­nym sze­regu dłu­go­ści co naj­mniej tysiąca kro­ków. Z roze­rwa­nych ciał ster­czały poła­mane kości; pasz­cze były otwarte, a oczy wyschnięte. Tam, gdzie krew wylała się na zie­mię, widma zle­ciały się do niej jak muchy do soku i wpa­dły w pułapkę. Gdy krew ciem­niała, łącząc się z mar­twą glebą, duchy mio­tały się i krzy­czały sła­bymi, peł­nymi roz­pa­czy gło­si­kami. Kiedy wresz­cie stward­niała, prze­ista­cza­jąc się w szkli­sty kamień, zostały na wieki zamknięte w owym mrocz­nym wię­zie­niu.

Naga istota wędru­jąca ścieżką utwo­rzoną przez zabite smoki nie ustę­po­wała im masą, ale nie potra­fiła się wzbić ponad zie­mię. Poru­szała się na dwóch krzy­wych nogach o udach gru­bych jak tysiąc­let­nie drzewa. Sze­ro­kość jej barów dorów­ny­wała wzro­stowi Tar­theno Tobla­kai, gruba szyja kryła się pod grzywą czar­nych, lśnią­cych wło­sów, przed­nia część głowy - czoło, kości policz­kowe i szczęki - była wysu­nięta do przodu, w głę­boko osa­dzo­nych oczach wid­niały zaś czarne źre­nice oto­czone opa­li­zu­jącą bielą. Potężne ramiona były nie­pro­por­cjo­nal­nie dłu­gie, ogromne dło­nie nie­mal się­gały ziemi. Wiel­kie, jasne piersi koły­sały się mia­rowo. Stwór szedł obok zma­sa­kro­wa­nych, gni­ją­cych tru­pów dziw­nie płyn­nym kro­kiem, w któ­rym nie było nic ocię­ża­łego. We wszyst­kich koń­czy­nach miał dodat­kowe stawy.

Skóra koloru wybla­kłej na słońcu kości pociem­niała na koń­cach rąk do barwy poprze­szy­wa­nej żył­kami czer­wieni, wokół kostek dłoni wid­niały siniaki, a tu i ówdzie sia­teczka pęk­nięć odsła­niała kości - dło­nie istoty doznały uszko­dzeń, z pew­no­ścią zada­jąc potężne ciosy.

Stwo­rze­nie zatrzy­mało się i unio­sło głowę, spo­glą­da­jąc na trzy smoki, które się uno­siły wysoko pośród skłę­bio­nych chmur, to poja­wia­jąc się, to znowu nik­nąc w obło­kach dymu wypeł­nia­ją­cego umie­ra­jące kró­le­stwo.

Dło­nie cho­dzą­cej po ziemi istoty zadrżały ner­wowo. Z jej gar­dła wyrwało się niskie wark­nię­cie.

Po dłuż­szej chwili ruszyła w dal­szą drogę.

Minąw­szy ostat­niego smoka, dotarła do miej­sca, gdzie wzno­sił się sze­reg wzgórz. Naj­więk­sze z nich było roz­sz­cze­pione, jakby jakiś ogromny szpon wyszarp­nął serce wznie­sie­nia. W owej roz­pa­dli­nie było widać roz­dar­cie, szcze­linę w prze­strzeni. Pły­nęły z niej stru­mie­nie mar­twi­czej ener­gii, tak tok­sycz­nej, że stra­wiła boki pęk­nię­cia, roz­pusz­cza­jąc niczym kwas skały i głazy sta­ro­żyt­nego wału.

Roz­dar­cie wkrótce się zasklepi. Ten, kto przez nie ostat­nio prze­szedł, pra­gnął zamknąć drzwi za sobą. Podobne uzdra­wia­nie nie mogło jed­nak doko­ny­wać się w pośpie­chu. Rana znowu zacznie krwa­wić.

Istota pode­szła bli­żej, igno­ru­jąc ema­nu­jącą z roz­dar­cia jado­witą moc. Na progu zatrzy­mała się ponow­nie i spoj­rzała za sie­bie.

Smo­cza krew tward­niała, zamie­nia­jąc się w kamień. Jego poziome płyty oddzie­lały się już od ziemi, uno­siły po bokach, prze­ra­dza­jąc się w two­rzące dziwną plą­ta­ninę ściany. Nie­które zaczęły się zapa­dać, zni­ka­jąc z tego kró­le­stwa. Spa­dały przez kolejne światy, by wresz­cie poja­wić się na nowo, solidne i nie­prze­pusz­czalne, w innych kró­le­stwach, zgod­nych z aspek­tem krwi. Tych praw nie spo­sób było pod­wa­żyć. Sta­rvald Deme­lain, krew smo­ków i śmierć krwi.

W dali za istotą Kurald Emur­lahn, Kró­le­stwo Cieni, pierw­sze, które zro­dziło się ze związku Ciem­no­ści i Świa­tła, mio­tało się w śmier­tel­nych kon­wul­sjach. Daleko stąd na­dal trwały bra­to­bój­cze wojny, nato­miast w innych oko­li­cach zaczęła się już frag­men­ta­cja. Potężne odpry­ski tkanki świata ode­rwały się od reszty, stra­ciły z nią kon­takt, prze­ro­dziły w nie­za­leżne cało­ści, które albo się zagoją, albo zginą. A mimo to intruzi przy­byli tutaj niczym padli­no­żercy gro­ma­dzący się wokół mar­twego lewia­tana. Pró­bo­wali wyrwać dla sie­bie frag­menty giną­cego kró­le­stwa, zabi­ja­jąc się nawza­jem w zacie­kłych wal­kach o ochłapy.

Nikt nawet sobie nie wyobra­żał, że całe kró­le­stwo może zgi­nąć w taki spo­sób. Że okrutne czyny jego miesz­kań­ców są w sta­nie wszystko znisz­czyć. Światy żyją dalej bez względu na poczy­na­nia tych, któ­rzy je zamiesz­kują. Wszy­scy w to wie­rzyli. Przyj­mo­wali takie zało­że­nie. Rany się goją, niebo roz­po­ga­dza, a z mor­skiego mułu wypełza coś nowego.

Ale nie tym razem.

Zbyt wiele mocy, za dużo zdrad, nazbyt strasz­liwe, wszech­po­chła­nia­jące zbrod­nie.

Istota ponow­nie zwró­ciła się ku bra­mie.

Kil­man­da­ros, pra­dawna bogini, prze­szła na drugą stronę.

Ruiny domo­stwa K'Chain Che'MallePo upadku Sil­chasa Ruina

Drzewa pękały z trza­skiem od gwał­tow­nego chłodu, który opadł niczym całun, nie­wi­doczny, lecz doty­kalny, na spu­sto­szony las.

Gothos podą­żał bez trudu za śla­dem bitwy, tro­pem kolej­nych starć dwojga pra­daw­nych bogów z jed­no­po­chwy­co­nym smo­kiem. Wędru­ją­cemu szla­kiem znisz­cze­nia Jaghu­towi towa­rzy­szył pora­ża­jący mróz Omtose Phel­lack, Groty Lodu.

Zacho­wa­łem wszystko, tak jak mnie pro­si­łeś, Maelu. Uwię­zi­łem w tym miej­scu prawdę, by stała się czymś wię­cej niż tylko wspo­mnie­niem. Aż po dzień roz­trza­ska­nia samej Omtose Phel­lack.

Gothos zasta­no­wił się machi­nal­nie, czy był kie­dyś czas, gdy wie­rzył, że to się ni­gdy nie sta­nie. Że Jaghuci, w całej swej wystu­dio­wa­nej dosko­na­ło­ści, są wyjąt­kiem i ich trium­falna domi­na­cja będzie trwała wiecz­nie. Że ich cywi­li­za­cja jest nie­śmier­telna, a tylko wszyst­kie inne muszą kie­dyś umrzeć.

No cóż, nie­wy­klu­czone. W końcu nie­gdyś wie­rzył nawet w to, że nad całym bytem panuje wszech­mocna, dobro­czynna istota. A świersz­cze grają po to, by pomóc nam zasnąć. Nie spo­sób odgad­nąć, jakie jesz­cze głu­poty mogły się zakraść do jego mło­dej, naiw­nej głowy przed tymi wszyst­kimi tysiąc­le­ciami.

Rzecz jasna, nie ule­gał już podob­nym złu­dze­niom. Wszystko się koń­czy. Gatunki wymie­rają. Prze­ko­na­nie, że jest ina­czej, było tylko zaro­zu­mia­ło­ścią, pro­duk­tem wybu­ja­łego ego, prze­kleń­stwem nad­mier­nego poczu­cia wła­snej war­to­ści.

W co więc wie­rzę teraz?

Nie mógł sobie pozwo­lić, by odpo­wie­dzieć na to pyta­nie melo­dra­ma­tycz­nym śmie­chem. Jaki byłby w tym sens? W pobliżu nie było nikogo, kto doce­niłby jego iro­nię. Wli­cza­jąc jego samego.

Tak jest. Jestem ska­zany na życie we wła­snym towa­rzy­stwie.

To moja oso­bi­sta klą­twa.

Takie są naj­lep­sze.

Wszedł na roz­darte, pęk­nięte wzgó­rze. Skała macie­rzy­sta unio­sła się tu gwał­tow­nie, two­rząc ogromną szcze­linę. Gdy Gothos zatrzy­mał się nad nią i zaj­rzał do środka, pio­nowe ściany pokrył już szron. Gdzieś w mroku było sły­chać dwie kłó­cące się osoby.

Jaghut roz­cią­gnął usta w uśmie­chu.

Otwo­rzył swoją grotę i zaczerp­nął z niej uła­mek mocy, by opaść powoli na dno roz­pa­dliny. Kiedy się zbli­żał, głosy umil­kły. Ciszę mącił tylko ochry­pły, syczący dźwięk, który pul­so­wał lekko - oddech wcią­gany w płuca pośród fal bólu. Sły­szał też, nieco z boku, zgrzyt łusek trą­cych o kamień.

Wylą­do­wał na ster­cie skal­nych odłam­ków, kilka kro­ków od miej­sca, w któ­rym stał Mael. Dzie­sięć kro­ków dalej maja­czyła potężna syl­wetka Kil­man­da­ros. Od jej skóry biła lekka, nie­zdrowa poświata. Bogini zaci­skała dło­nie w pię­ści, a jej zwie­rzęca twarz miała wojow­ni­czy wyraz.

Sca­ban­da­riego, jed­no­po­chwy­co­nego smoka, zapę­dzono w zagłę­bie­nie ściany urwi­ska. Tkwił w nim teraz sku­lony, strza­skane żebra z pew­no­ścią spra­wiały, że każdy oddech był męczar­nią. Jedno skrzy­dło się zła­mało, było w poło­wie ode­rwane. Tylną nogę rów­nież miał strza­skaną, z ciała ster­czały kości. To był koniec jego ucieczki. Dwoje pra­daw­nych skie­ro­wało spoj­rze­nia na Gothosa.

- Zawsze mnie zachwyca, gdy zdrajca pada ofiarą zdrady - rzekł Jaghut, pod­cho­dząc bli­żej. - W tym przy­padku zdra­dziła go wła­sna głu­pota, a to jest jesz­cze lep­sze.

- Rytuał... skoń­czy­łeś go, Gotho­sie? - zapy­tał Mael, pra­dawny bóg mórz.

- Można tak powie­dzieć. - Jaghut wbił wzrok w Kil­man­da­ros. - Pra­dawna bogini, twoje dzieci w tym kró­le­stwie zgu­biły drogę.

Potężna, pół­zwie­rzęca kobieta wzru­szyła ramio­nami.

- Zawsze ją gubią, Jaghu­cie - odparła cichym, melo­dyj­nym gło­sem.

- To czemu cze­goś z tym nie zro­bisz?

- A ty?

Gothos uniósł cienką brew, a potem odsło­nił kły w uśmie­chu.

- Czy to zapro­sze­nie, Kil­man­da­ros?

Zer­k­nęła na smoka.

- Nie mam na to czasu. Muszę wra­cać do Kurald Emur­lahn. Zabiję go...

Pode­szła bli­żej.

- Nie możesz tego zro­bić - powstrzy­mał ją Mael.

Spoj­rzała na niego, otwie­ra­jąc i zaci­ska­jąc potężne pię­ści.

- Cią­gle mi to powta­rzasz, ty goto­wany kra­bie.

Bóg morza wzru­szył ramio­nami, spo­glą­da­jąc na Gothosa.

- Wytłu­macz jej to, pro­szę.

- Ile dłu­gów chcesz u mnie zacią­gnąć? - zain­te­re­so­wał się Jaghut.

- Och, doprawdy, Gotho­sie!

- Pro­szę bar­dzo. Kil­man­da­ros, wewnątrz rytu­ału, który opada teraz na tę oko­licę, na pole bitwy i te brzyd­kie lasy, sama śmierć nie ma mocy. Gdy­byś zabiła tu Tiste Edur, jego dusza uwolni się z ciała, ale pozo­sta­nie na miej­scu, a jej moc zmniej­szy się tylko nie­znacz­nie.

- Zamie­rzam go zabić - upie­rała się Kil­man­da­ros łagod­nym tonem.

- W takim razie będziesz potrze­bo­wała mojej pomocy - oznaj­mił Gothos, uśmie­cha­jąc się sze­rzej.

Mael prych­nął pogar­dli­wie.

- A do czego? - zapy­tała bogini.

Jaghut wzru­szył ramio­nami.

- Trzeba przy­go­to­wać Fin­nest. Dom, który uwięzi duszę jed­no­po­chwy­co­nego.

- No to zrób to.

- Jako przy­sługę dla was dwojga? Nie sądzę, pra­dawna bogini. Nie­stety, podob­nie jak Mael, będziesz musiała uznać się za moją dłuż­niczkę.

- Mam lep­szy pomysł - sprze­ci­wiła się Kil­man­da­ros. - Zmiaż­dżę twoją czaszkę mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, a potem wepchnę twe prze­mą­drzałe ścierwo do gar­dła Sca­ban­da­riemu, żeby się nim zadła­wił. To będzie odpo­wiedni kres dla was obu.

- Bogini, na sta­rość zro­bi­łaś się zgorzk­niała i gder­liwa - odparł Gothos.

- I nic w tym dziw­nego. Popeł­ni­łam błąd, pró­bu­jąc ura­to­wać Kurald Emur­lahn.

- Po co się tru­dzić? - zain­te­re­so­wał się Mael.

Kil­man­da­ros obna­żyła wyszczer­bione zęby.

- Ten pre­ce­dens jest... nie­po­żą­dany. Możesz z powro­tem scho­wać głowę w pia­sek, Maelu, ale ostrze­gam cię: śmierć jed­nego kró­le­stwa to zapo­wiedź takiego samego losu całej reszty.

- Skoro tak mówisz - rzekł po dłuż­szej chwili pra­dawny bóg. - Przy­znaję, że taka moż­li­wość ist­nieje. Tak czy ina­czej, Gothos domaga się zapłaty.

Kil­man­da­ros roz­luź­niła pię­ści i znowu je zaci­snęła.

- Zgoda. A teraz zrób ten Fin­nest, Jaghu­cie.

- To będzie w sam raz - oznaj­mił Gothos, wycią­ga­jąc jakiś przed­miot z dziury w wystrzę­pio­nej koszuli.

Dwoje pra­daw­nych gapiło się przez chwilę na obiekt. Wresz­cie Mael chrząk­nął.

- Tak, teraz rozu­miem. To dość dziwny wybór, Gotho­sie.

- Nie zwy­kłem doko­ny­wać innych. No dobra, Kil­man­da­ros, zakończ w swój sub­telny spo­sób żało­sną egzy­sten­cję jed­no­po­chwy­co­nego.

Smok syk­nął prze­raź­li­wie z wście­kło­ści i stra­chu, gdy pra­dawna bogini pode­szła bli­żej.

Ude­rzyła pię­ścią w sam śro­dek czaszki Sca­ban­da­riego, tuż nad smo­czymi oczami. Gruba kość pękła z trza­skiem, który wypeł­nił roz­pa­dlinę niczym tren. Z kostek dłoni bogini try­snęła krew.

Smo­cza głowa ude­rzyła z cięż­kim łosko­tem o spę­kaną skałę. Z bez­wład­nego ciała wycie­kły płyny.

Kil­man­da­ros odwró­ciła się, spo­glą­da­jąc na Gothosa.

Jaghut ski­nął głową.

- Mam bied­nego skur­czy­byka.

Mael pod­szedł do niego i wycią­gnął rękę.

- W takim razie wezmę Fin­nest...

- Nie.

Oboje pra­daw­nych spoj­rzało na Gothosa, który uśmiech­nął się po raz kolejny.

- To spłata długu. Dla was obojga. Zabie­ram Fin­nest z duszą Sca­ban­da­riego. Nie jeste­ście mi już nic winni. Nie cie­szy­cie się?

- Co zamie­rzasz z nim zro­bić? - zapy­tał Mael.

- Jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łem, ale mogę cię zapew­nić, że to będzie coś oso­bli­wie nie­przy­jem­nego.

Kil­man­da­ros ponow­nie zaci­snęła pię­ści, unio­sła nieco ręce.

- Korci mnie, żeby wysłać w pogoń za tobą moje dzieci, Jaghu­cie.

- Szkoda, że zgu­biły drogę.

Żadne z pra­daw­nych nie ode­zwało się już ani sło­wem. Gothos opu­ścił szcze­linę. Zawsze spra­wiało mu przy­jem­ność prze­chy­trze­nie takich zgrzy­bia­łych wra­ków z całą ich sta­ro­żytną, bez­li­to­sną mocą. Przy­naj­mniej chwi­lową przy­jem­ność.

Takie są naj­lep­sze.

***

Gdy Kil­man­da­ros opu­ściła szcze­linę, cze­kała na nią inna postać. Męż­czy­zna miał czarny płaszcz i białe włosy, wpa­try­wał się w roz­dar­cie z wyra­zem żar­to­bli­wej kon­tem­pla­cji na twa­rzy.

Chciał wejść do bramy czy cze­kał na Kil­man­da­ros? Skrzy­wiła się ze zło­ścią.

- Nie jesteś mile widziany w Kurald Emur­lahn - oznaj­miła.

Ano­man­da­ris Purake zatrzy­mał chłodne spoj­rze­nie na mon­stru­al­nej isto­cie.

- Wydaje ci się, że zamie­rzam zagar­nąć tron dla sie­bie?

- Nie był­byś pierw­szy.

Ponow­nie spoj­rzał na szcze­linę.

- Wro­go­wie oble­gają cię ze wszyst­kich stron, Kil­man­da­ros. Ofe­ruję pomoc.

- Nie­ła­two ci będzie zasłu­żyć na moje zaufa­nie, Tiste Andii.

- Jesteś nie­spra­wie­dliwa - odparł. - W prze­ci­wień­stwie do wielu swych pobra­tym­ców uznaję fakt, że korzy­ści pły­nące ze zdrady ni­gdy nie rów­no­ważą jej kosz­tów. W Kurald Emur­lahn wal­czą teraz ze sobą nie tylko zdzi­czałe smoki, lecz rów­nież jed­no­po­chwy­ceni.

- Gdzie Osserc? - zapy­tała pra­dawna bogini. - Mael mówił mi, że on zamie­rza...

- Znowu wejść mi w drogę? Osserc wyobra­żał sobie, że wezmę udział w zabój­stwie Sca­ban­da­riego. Po co miał­bym to robić? Ty i Mael pora­dzi­li­ście sobie z łatwo­ścią. - Chrząk­nął. - Wyobra­żam go sobie, jak lata wkoło, żeby mnie zna­leźć. Idiota.

- Sca­ban­dari zdra­dził two­jego brata. Nie pra­gniesz go pomścić?

Ano­man­da­ris zer­k­nął na nią, a potem uśmiech­nął się blado.

- Korzy­ści pły­nące ze zdrady. Dla Sca­ban­da­riego koszty oka­zały się wyso­kie, nie­praw­daż? A jeśli cho­dzi o Sil­chasa, no cóż, nawet Azath nie trwa wiecz­nie. Nie­mal mu zazdrosz­czę izo­la­cji od wszyst­kiego, co czeka nas w następ­nych tysiąc­le­ciach.

- Zaiste. A czy zamie­rzasz podą­żyć za jego przy­kła­dem i skryć się w podob­nym kur­ha­nie?

- Nie sądzę.

- W takim razie podej­rze­wam, że Sil­chas Ruin raczej nie będzie skłonny wyba­czyć ci obo­jęt­no­ści, gdy już odzy­ska wol­ność.

- Możesz się zdzi­wić, Kil­man­da­ros.

- Ty i twój rodzaj jeste­ście dla mnie tajem­nicą, Ano­man­da­ri­sie Purake.

- Wiem o tym. A więc umowa stoi, bogini?

Unio­sła głowę.

- Zamie­rzam prze­gnać pre­ten­den­tów z kró­le­stwa. Jeśli Kurald Emur­lahn musi umrzeć, niech umrze w spo­koju.

- Innymi słowy, chcesz, żeby Tron Cieni pozo­stał pusty.

- Tak.

Po chwili zasta­no­wie­nia ski­nął głową.

- Zgoda.

- Nie pró­buj mnie oszu­kać, jed­no­po­chwy­cony.

- Nie zro­bię tego. Jesteś gotowa, Kil­man­da­ros?

- Zawrą prze­ciwko nam soju­sze - zauwa­żyła. - Wyru­szą na wojnę z nami.

Ano­man­da­ris wzru­szył ramio­nami.

- Nie mam dziś nic lep­szego do roboty.

Dwoje Ascen­den­tów prze­szło przez bramę i zamknęło za sobą roz­dar­cie. W końcu do kró­le­stwa wio­dły też inne ścieżki. Ścieżki, które nie były ranami.

Gdy zna­leźli się w Kurald Emur­lahn, ujrzeli przed sobą spu­sto­szony świat.

I przy­stą­pili do oczysz­cza­nia tego, co zeń zostało.

Awl'dan, w ostat­nich dniach pano­wa­nia króla Diska­nara

Preda Bivatt, kapi­tan dreń­skiego gar­ni­zonu, była daleko od domu. Dwa­dzie­ścia jeden dni drogi wozem. Dowo­dziła eks­pe­dy­cją zło­żoną z dwu­stu żoł­nie­rzy z Armii Wystrzę­pio­nej Cho­rą­gwi, trzy­dzie­sto­oso­bo­wego oddziału lek­kiej jazdy z Nie­bie­skiej Róży oraz czte­ry­stu osób obsługi, w tym rów­nież cywi­lów. Roz­ka­zała roz­bić obóz, zsu­nęła się z konia i ruszyła ku odle­głej o pięć­dzie­siąt parę kro­ków kra­wę­dzi urwi­ska.

Gdy dotarła na skraj, wiatr ude­rzył ją w pierś z siłą młota, jakby chciał odrzu­cić ją do tyłu, zerwać z tego ostat­niego skrawka lądu. Leżący w dole ocean był wizją zro­dzoną w kosz­ma­rze arty­sty: wzbu­rzone, spie­nione morze, a nad nim cięż­kie chmury roz­dzie­rane na strzępy przez wicher. Woda była raczej biała niż nie­bie­sko­zie­lona. Piana pokry­wała grzbiety fal, try­skała spo­mię­dzy kamieni, kiedy bał­wany tłu­kły o brzeg.

Uświa­do­miła sobie, że to wła­śnie to miej­sce, i prze­szył ją się­ga­jący szpiku kości dreszcz.

Rybacka łódź, znie­siona daleko z kursu w śmier­cio­no­śną kipiel, jaką była ta część oce­anu. Nawet naj­więk­sze kupiec­kie statki nie zapusz­czały się tu z wła­snej woli. Przed osiem­dzie­się­ciu laty kipiel pochwy­ciła mia­sto Mec­kro­sów i roz­biła je na kawałki, wcią­ga­jąc w odmęty co naj­mniej dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców pły­wa­ją­cej osady.

Załoga łodzi prze­żyła jed­nak i zdo­łała dopły­nąć na pły­ci­znę, a potem dostać się na odle­gły o jakieś trzy­dzie­ści kro­ków brzeg, bro­dząc w się­ga­ją­cej pasa wodzie. Nie­ubła­gane fale roz­trza­skały ich łódź na szczapy, ale czte­rej lethe­ryj­scy roz­bit­ko­wie wyszli bez­piecz­nie na suchy ląd.

I zna­leźli tam... to.

Preda Bivatt zacią­gnęła rze­mień hełmu, żeby wiatr nie zerwał go jej razem z głową. Nie prze­sta­wała się przy­glą­dać leżą­cym na brzegu pozo­sta­ło­ściom. Fale pod­myły wzgó­rze, na któ­rym stała. Trzy dłu­go­ści ciała męż­czy­zny na dole znaj­do­wała się biała, piasz­czy­sta plaża zasłana sznu­rami zeschłych wodo­ro­stów, wyrwa­nymi z korze­niami drze­wami oraz szcząt­kami mec­kro­skiego mia­sta sprzed osiem­dzie­się­ciu lat. Było tam jed­nak coś wię­cej. Coś bar­dziej nie­spo­dzie­wa­nego.

Czółna wojenne. Mor­skie łodzie, każda długa jak wie­lo­ryb kora­lowy. Miały wyso­kie dzioby i były dłuż­sze i szer­sze niż okręty Tiste Edur. Nie były to też wyrzu­cone przez fale wraki. Nie dostrze­gała na nich żad­nych śla­dów uszko­dzeń. Wycią­gnięto je wysoko na brzeg i uło­żono w sze­regi, choć łatwo było zauwa­żyć, że zda­rzyło się to dość dawno temu - mie­siące, być może lata.

Ktoś przy­sta­nął obok niej. Kupiec z Drene, który zaopa­trzył ich wyprawę. Miał bladą cerę i jasne, pra­wie białe włosy. Jego okrą­gła twarz poczer­wie­niała od wia­tru, preda widziała jed­nak, że powiódł spoj­rze­niem bla­do­nie­bie­skich oczu wzdłuż sze­regu czó­łen, naj­pierw na zachód, a potem na wschód.

- Mam odro­binę talentu! - pochwa­lił się, prze­krzy­ku­jąc wichurę.

Bivatt mil­czała. Kupiec z pew­no­ścią potra­fił racho­wać. Można to było nazwać talen­tem, ale jako ofi­cer lethe­ryj­skiej armii potra­fiła bez jego pomocy oce­nić, ile osób mie­ściło się w każ­dej z ogrom­nych łodzi. Sto, z mar­gi­ne­sem błędu wyno­szą­cym dwa­dzie­ścia.

- Predo?

- Słu­cham?

Kupiec mach­nął bez­rad­nie dło­nią.

- Te czółna. - Wska­zał ręką w jedną, a potem w drugą stronę. - Muszą być...

Zabra­kło mu słów.

Ale i tak go zro­zu­miała.

Całe sze­regi czó­łen wycią­gnię­tych na nie­go­ścinny brzeg. Drene, naj­bliż­sze mia­sto w kró­le­stwie leżało trzy tygo­dnie drogi na połu­dniowy zachód stąd. Na połu­dniu cią­gnęły się zie­mie Awl'danu i trasy wędró­wek ple­mion z ich ogrom­nymi sta­dami były bar­dzo dobrze znane. W końcu Lethe­ryj­czycy wła­śnie pod­bi­jali te oko­lice. Nie dotarły do nich żadne mel­dunki o poja­wie­niu się obcych.

Przed dwoma, trzema laty do brzegu przy­biła tu wielka flota. Przy­by­sze wyszli na brzeg, zabie­ra­jąc ze sobą wszystko, co mieli, i zapewne ruszyli w głąb lądu.

Powinny być jakieś znaki, pogło­ski, jakieś echa wśród ple­mion Awli. Powin­ni­śmy coś o tym usły­szeć.

Ale tak się nie stało. Nie­znani intruzi po pro­stu... znik­nęli.

To nie­moż­liwe. Jak mogło do tego dojść?

Ponow­nie prze­su­nęła wzro­kiem wzdłuż sze­re­gów łodzi, jakby miała nadzieję, że odkryje jakiś szcze­gół o fun­da­men­tal­nym zna­cze­niu, który uspo­koi jej tłu­kące serce i zdej­mie z koń­czyn prze­szy­wa­jący chło­dem cię­żar.

- Predo...

Tak jest. Po stu na czółno. A tu widzimy... po cztery, pięć w sze­regu... Ile? Cztery, może pięć tysięcy?

Nie­mal tak daleko, jak okiem się­gnąć na wschód i na zachód, pół­nocny brzeg pokry­wała gęsta masa wojen­nych czó­łen z sza­rego drewna. Wycią­gnięto je tu na ląd i porzu­cono. Leżały na plaży jak zwa­lony las.

- Z górą pół miliona - ode­zwał się kupiec. - Według mojej oceny. Predo, gdzie oni wszy­scy się podziali, na Zbłą­ka­nego?

Skrzy­wiła się.

- Kop­nij to swoje gniazdo magów, Letu­rze Anict. Niech zaro­bią na swe wygó­ro­wane wyna­gro­dze­nie. Król musi poznać prawdę. Każdy szcze­gół. Wszystko.

- Już się robi - odparł męż­czy­zna.

Ona uczyni to samo z ekipą ako­li­tów cedy. Dublo­wa­nie się było w tym przy­padku konieczne. Gdyby nie obec­ność wybra­nych uczniów Kuru Qana, ni­gdy by się nie dowie­działa wszyst­kiego, co Letur Anict zataił w osta­tecz­nym rapor­cie, nie zdo­ła­łaby wydo­być prawdy z sze­regu pół­prawd i peł­nych kłamstw. Na tym pole­gał upo­rczywy pro­blem z pry­wat­nymi kon­tra­hen­tami. Wszy­scy kie­ro­wali się wła­snym inte­re­sem, a dla kre­atur takich jak Letur Anict, nowy fak­tor Drene, lojal­ność wobec korony zawsze miała dru­go­rzędne zna­cze­nie.

Bivatt rozej­rzała się w poszu­ki­wa­niu zej­ścia na plażę. Chciała lepiej się przyj­rzeć tym czół­nom, zwłasz­cza że wyglą­dało na to, że frag­menty ich dzio­bów zde­mon­to­wano. To wyda­wało się dziwne, ale z taką tajem­nicą jakoś sobie pora­dzi. Pomoże jej ona zapo­mnieć o całej resz­cie.

Z górą pół miliona.

Zbłą­kany, bło­go­sław, kto przy­był pomię­dzy nas?

Awl'dan, po pod­boju Letheru przez Edur

Wilki się zja­wiły, a potem ode­szły. W miej­scach, gdzie wywle­kły trupy z gęstego kłę­bo­wi­ska na wzgó­rzu, na któ­rym nie­znani żoł­nie­rze sto­czyli swą ostat­nią walkę, ślady ich żero­wa­nia były wyraź­nie widoczne.

Ten szcze­gół przy­cią­gnął uwagę samot­nego jeźdźca, który pro­wa­dził konia pośród nie­ru­cho­mych ciał. To było... nie­spo­ty­kane. Rzecz jasna, zamiesz­ku­jące tę rów­ninę wilki o brą­zo­wym futrze nie gar­dziły padliną, podob­nie jak wszyst­kie dra­pież­niki w Awl'danie, ale od dawna już znały ludzi i powinny były uciec, gdy tylko poczuły ich kwa­śną woń, nawet jeśli mie­szała się ona z zapa­chem krwi. Co więc zwa­biło je na to mil­czące pole bitwy?

Samotny jeź­dziec o twa­rzy zasło­nię­tej maską z kar­ma­zy­no­wej łuski ścią­gnął wodze u pod­stawy niskiego wzgó­rza. Jego wierz­cho­wiec konał, tar­gały nim drgawki. Nim słońce zaj­dzie, męż­czy­zna będzie musiał iść na pie­chotę. Gdy o świ­cie roz­bi­jał obóz, sku­biące kępę trawy na skraju parowu zwie­rzę uką­siła żmija rogata. Jad dzia­łał powoli, lecz nie­ubła­ga­nie. Nie mogły go zneu­tra­li­zo­wać żadne zioła ani lekar­stwa, jakie wędro­wiec miał ze sobą. Strata była bole­sna, ale nie kata­stro­falna. Ni­gdzie mu się nie śpie­szyło.

W górze krą­żyły kruki, żaden jed­nak nie chciał wylą­do­wać. To nie jego przy­by­cie je spło­szyło. Wprost prze­ciw­nie, widok kołu­ją­cych nad wzgó­rzami pta­ków przy­cią­gnął go w to miej­sce. Kra­kały rzadko, a ich głosy brzmiały dziw­nie cicho, nawet żało­śnie.

Dreń­skie legiony zabrały wła­snych pole­głych, zosta­wia­jąc tylko swe ofiary, by kar­miły trawę rów­nin. Na pociem­nia­łej po śmierci skó­rze było jesz­cze widać błysz­czące ślady poran­nego szronu, ale wszyst­kie zaczęły już top­nieć. Wyglą­dało to tak, jakby z nie­ru­cho­mych twa­rzy, otwar­tych oczu i śmier­tel­nych ran zabi­tych żoł­nie­rzy spły­wały łzy.

Sta­nął w strze­mio­nach i powiódł wzro­kiem po hory­zon­cie, wypa­tru­jąc swych dwóch towa­rzy­szy. Strasz­liwe stwo­rze­nia nie wró­ciły jesz­cze z łowów. Zasta­na­wiał się, czy nie zna­la­zły gdzieś na zacho­dzie nowego, atrak­cyj­niej­szego tropu. Lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy, któ­rzy wra­cali do Drene, trium­fu­jący i syci. Jeśli tak, dzi­siej­szy dzień będzie dniem rzezi. Nie cho­dziło tu jed­nak o żądzę zemsty. Podobne sen­ty­menty były obce jego towa­rzy­szom. Spra­wili wra­że­nie, że zabi­jają dla przy­jem­no­ści. Zemsta jako powód zagłady Lethe­ryj­czy­ków ist­niała wyłącz­nie w jego umy­śle. To była istotna róż­nica.

Ale przy­jem­nie było o tym pomy­śleć.

Ofiary, ci żoł­nie­rze w szaro-czar­nych mun­du­rach, były tu jed­nak obce. Zabrano im broń i zbroje, a także cho­rą­gwie jako tro­fea. Mimo to ich obec­ność w Awl'danie - w samym sercu ojczy­zny jeźdźca - budziła nie­po­kój.

Lethe­ryj­skich najeźdź­ców znał. Nie­zli­czone legiony z ich dzi­wacz­nymi nazwami i zacie­kłą rywa­li­za­cją, a także nie­ustra­szoną kon­nicę z Nie­bie­skiej Róży. Znał też na­dal wolne kró­le­stwa i tery­to­ria gra­ni­czące z Awl'danem: ich rywali, D'rha­sil­hani, Kery­nów, kró­le­stwo Bol­kando i pań­stwo Saphi­nand. Przed laty pak­to­wał albo krzy­żo­wał mie­cze z nimi wszyst­kimi i nikt tam nie przy­po­mi­nał tych żoł­nie­rzy.

Mieli jasną cerę, a włosy koloru słomy albo rdzy. Oczy nie­bie­skie bądź szare. I... tak wiele kobiet.

Zatrzy­mał spoj­rze­nie na jed­nej z żoł­nie­rek leżą­cej pod szczy­tem wzgó­rza. Zma­sa­kro­wane przez czary ciało sto­piło się ze zbroją, na któ­rej na­dal było widać znaki.

Zsiadł z konia i wszedł na wzgó­rze, omi­ja­jąc leżące ciała. Jego moka­syny śli­zgały się po krwa­wym bło­cie. Po chwili przy­kuc­nął nad tru­pem kobiety.

Na poczer­nia­nej kol­czu­dze z brązu wyma­lo­wano dwie wil­cze głowy. Jeden wilk był biały i jed­no­oki, drugi srebrno-czarny. Ni­gdy dotąd nie widział takiego herbu.

To rze­czy­wi­ście byli obcy.

Cudzo­ziemcy. Tutaj, w kraju jego naro­dzin.

Wykrzy­wił skrytą pod maską twarz. Nie było go zbyt długo. Czy teraz to on stał się obcym? Zie­mia zadrżała pod mia­ro­wym łosko­tem kro­ków. Jego towa­rzy­sze wra­cali.

A więc nie było zemsty.

No cóż, przyj­dzie jesz­cze na nią czas.

Ran­kiem obu­dziło go żałobne wycie wil­ków. To ich zew zwa­bił go w to miej­sce, jakby szu­kały świadka, jakby rze­czy­wi­ście go tu wezwały. Nie widział ich jed­nak. Nawet jed­nego.

Nie­mniej nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ran­kiem wilki tu uczto­wały. Wycią­gały ciała ze stosu.

Scho­dząc w dół, z każdą chwilą zwal­niał kroku, aż wresz­cie się zatrzy­mał, zaczerp­nął tchu i wstrzy­mał oddech. Przyj­rzał się uważ­niej ota­cza­ją­cym go ze wszyst­kich stron cia­łom.

Wilki uczto­wały... ale nie tak, jak zwy­kły to robić... nie w ten spo­sób.

Roz­darte klatki pier­siowe, ster­czące żebra... pożarły serca. Nic wię­cej. Tylko serca.

Tętent był coraz bliż­szy, było sły­chać świst prze­szy­wa­ją­cych trawę szpo­nów. Kruki zakrzyk­nęły gło­śno i roz­pierz­chły się we wszyst­kie strony.

Roz­dział pierw­szy

Dwie siły, ongiś toczące zacie­kły bój, stały się nagle kochan­kami, choć żadna nie potra­fiła zde­cy­do­wać, która pierw­sza roz­ło­żyła nogi przed drugą. Pro­ste fakty wyglą­dały tak: pier­wotna hie­rar­chiczna struk­tura ple­mion Tiste Edur zna­ko­mi­cie paso­wała do lethe­ryj­skiego sys­temu, w któ­rym źró­dłem wła­dzy było bogac­two. Edur stali się koroną spo­czy­wa­jącą swo­bod­nie na gło­wie opa­słego ciel­ska Letheru. Czy jed­nak korona ma wła­sną wolę? Czy ten, kto ją nosi, ugina się pod jej cię­ża­rem? Spo­glą­da­jąc wstecz, dostrze­żemy, że prawda jest oczy­wi­sta. Choć unia wyda­wała się cał­ko­wita, pod powierzch­nią doszło do innego, znacz­nie groź­niej­szego zespo­le­nia. Wady obu sys­te­mów się połą­czyły, two­rząc nad­zwy­czaj wybu­chową mie­szankę.

Dyna­stia Hiro­thów (Tom XVII). Kolo­nia, histo­ria Letheru, Dinith Arnara

- Skąd to pocho­dzi?

Tanal Yathva­nar przy­glą­dał się, jak inwi­gi­la­tor powoli obraca w pulch­nych dło­niach nie­zwy­kły przed­miot. Onyksy, wpra­wione w liczne pier­ście­nie, które nosił na krót­kich pal­cach, błysz­czały w sno­pach sło­necz­nego świa­tła wpa­da­ją­cych przez otwarte okno. Przed­miot był dzi­wacz­nym zesta­wem powy­gi­na­nych szpil z brązu sple­cio­nych w sztywną klatkę.

- Chyba z Nie­bie­skiej Róży - odparł Tanal. - Robota Senorba. Prze­ciętny czas na roz­wią­za­nie łami­główki to trzy dni, choć rekord wynosi nieco poni­żej dwóch...

- U kogo ją zna­le­ziono? - zapy­tał sie­dzący za biur­kiem Karos, uno­sząc wzrok.

- U pół­krwi Tar­the­nala, jeśli potra­fisz w to uwie­rzyć. Tutaj, w Lethe­ras. Ponoć to przy­głup, ale ma wro­dzony talent do łami­głó­wek.

- A zada­nie polega na tym, żeby usta­wić szpilki tak, by wszystko się roz­sy­pało?

- Tak jest. Cała klatka robi się pła­ska. Sły­sza­łem, że liczba potrzeb­nych mani­pu­la­cji wynosi...

- Nie, Tanal, nie mów mi. Powi­nie­neś już się nauczyć. - Inwi­gi­la­tor, prze­ło­żony Obroń­ców Ojczy­zny, odło­żył przed­miot na biurko. - Dzię­kuję za ten poda­ru­nek. - Uśmiech­nął się. - A teraz powiedz mi, czy uwa­żasz, że już wystar­cza­jąco długo uprzy­krzamy życie Bru­the­nowi Tra­nie?

Karos wstał, popra­wił jedwabny, kar­ma­zy­nowy strój - jedyny kolor i mate­riał, jaki uzna­wał - a potem wska­zał na drzwi krót­kim ber­łem, które uczy­nił sym­bo­lem swego urzędu. Wyko­nano je z czar­nego krwa­wego drewna z ojczy­zny Edur, a w srebrne oku­cia wpra­wiono szli­fo­wane onyksy.

Tanal pokło­nił się i pierw­szy opu­ścił pomiesz­cze­nie. Potem ruszył sze­ro­kimi scho­dami na par­ter i wyszedł przez dwu­skrzy­dłowe drzwi na dzie­dzi­niec.

Pod jego zachod­nią ścianą cze­kał w bla­sku słońca sze­reg więź­niów. Wypro­wa­dzono ich z cel dzwon przed świ­tem, a nie­dawno minęło połu­dnie. Brak wody i żyw­no­ści, palący upał oraz bru­talne prze­słu­chi­wa­nia, jakim pod­da­wano ich przez cały tydzień, spra­wiły, że z górą połowa z osiem­na­stu aresz­to­wa­nych stra­ciła przy­tom­ność.

Inwi­gi­la­tor zmarsz­czył brwi na widok nie­ru­cho­mych, sku­tych łań­cu­chami ciał.

Łącz­nik z Tiste Edur, Bru­then Trana z ple­mie­nia Den-Rathów, stał bez słowa w cie­niu naprze­ciwko więź­niów. Wysoki męż­czy­zna zwró­cił się ku Tana­lowi i Karo­sowi.

- Witam ser­decz­nie, Bru­the­nie Trana - ode­zwał się Karos Invic­tad. - Dobrze się czu­jesz?

- Przejdźmy do rze­czy, inwi­gi­la­to­rze - rzekł sza­ro­skóry wojow­nik.

- Pro­szę bar­dzo. Jeśli zechcesz mi towa­rzy­szyć, spraw­dzimy wszyst­kich tu obec­nych więź­niów. Szcze­góły...

- Nie mam zamiaru pod­cho­dzić do nich bli­żej - odparł Bru­then. - Pokry­wają ich nie­czy­sto­ści, a pogoda jest pra­wie bez­wietrzna.

- Rozu­miem, Bru­then - rzekł z uśmie­chem Karos. Wsparł berło na ramie­niu i spoj­rzał na więź­niów. - Nie musimy się do nich zbli­żać. Zacznę od tego na lewym końcu...

- Jest nie­przy­tomny czy mar­twy?

- Jak mam roz­po­znać z tej odle­gło­ści?

Tanal zauwa­żył, że Edur skrzy­wił się ze zło­ścią. Pokło­nił się obu roz­mów­com, pod­szedł do odda­lo­nego o pięt­na­ście kro­ków więź­nia, przy­kuc­nął obok niego i przyj­rzał się mu uważ­nie.

- Żyje - oznaj­mił, pro­stu­jąc się.

- To go obudź! - roz­ka­zał Karos.

Kiedy prze­ma­wiał gło­śniej, jego głos brzmiał piskli­wie i ludzie nie­raz się krzy­wili, gdy go usły­szeli. Jed­nakże pozwo­le­nie, by inwi­gi­la­tor zauwa­żył tę instynk­towną reak­cję, było głu­potą. Tego rodzaju błędy popeł­niało się tylko raz.

Ranal kopał więź­nia, aż z ust ofiary wyrwało się suche, ochry­płe łka­nie.

- Wsta­waj, zdrajco - powie­dział cicho. - Tak kazał inwi­gi­la­tor. Wsta­waj, bo zacznę łamać kości w tym twoim plu­ga­wym ciel­sku.

Wię­zień podźwi­gnął się ciężko.

- Wody...

- Zamknij się. Pora odpo­wie­dzieć za zbrod­nie. Jesteś Lethe­ryj­czy­kiem, tak? Pokaż Edur, który jest naszym gościem, co to ozna­cza.

Tanal wró­cił do Karosa i Bru­thena.

- ...Przy­znał się do związ­ków z dysy­den­tami z Kole­gium Leka­rzy - mówił inwi­gi­la­tor. - Cho­ciaż nie można go oskar­żyć o żadną kon­kretną zbrod­nię, nie ulega wąt­pli­wo­ści...

- Następny - prze­rwał mu Bru­then Trana.

Karos zamknął usta, po czym uśmiech­nął się, nie odsła­nia­jąc zębów.

- Oczy­wi­ście. To poeta, który napi­sał i roz­po­wszech­niał wezwa­nie do rewo­lu­cji. Niczemu nie zaprze­cza. Nawet z tej odle­gło­ści widać jego sto­icki spo­kój.

- A trzeci?

- Wła­ści­ciel gospody, w któ­rej spo­ty­kały się nie­po­żą­dane ele­menty. Nie­za­do­wo­leni żoł­nie­rze. Dwóch z nich rów­nież jest wśród więź­niów. O ich dzia­łal­no­ści poin­for­mo­wała nas czci­godna kurwa...

- Czci­godna kurwa, inwi­gi­la­to­rze? - zapy­tał z bla­dym uśmiesz­kiem Edur.

Karos zamru­gał.

- Jak naj­bar­dziej, Bru­the­nie Trana.

- Ponie­waż donio­sła na obe­rży­stę.

- Obe­rży­stę, który dopu­ścił się zdrady.

- Chyba raczej żądał zbyt wyso­kiej działki. Przejdźmy do następ­nych, ale stresz­czaj się, pro­szę.

- Oczy­wi­ście.

Karos Invic­tad stu­kał się mia­rowo ber­łem po pulch­nym ramie­niu, jakby odmie­rzał batutą rytm powol­nego mar­sza.

Tanal stał na bacz­ność u boku szefa, gdy ten wyli­czał zbrod­nie, jakich dopu­ścili się zebrani na dzie­dzińcu Lethe­ryj­czycy. Osiem­na­stu więź­niów sta­no­wiło repre­zen­ta­cyjną próbkę z górą trzy­stu, któ­rzy sie­dzieli w lochach zakuci w łań­cu­chy. Tanal pomy­ślał, że w tym tygo­dniu aresz­to­wali cał­kiem sporą grupę. Naj­gor­szych zdraj­ców cze­kały topie­nia. Mniej wię­cej jedna trze­cia z trzy­stu dwu­dzie­stu zatrzy­ma­nych będzie musiała odbyć spa­cer po dnie kanału, obcią­żona przy­gnia­ta­ją­cym cię­ża­rem. Buk­ma­che­rzy skar­żyli się, że nikt już nie wycho­dzi żywy z tej próby. Rzecz jasna, nie robili tego zbyt gło­śno, bo agi­ta­to­rów rów­nież ska­zy­wano na topie­nia. Wystar­czyło kilka przy­kła­dów i szybko nauczyli się trzy­mać język za zębami.

Tanal potra­fił doce­nić te metody. To było jedno ze sfor­mu­ło­wa­nych przez Karosa Invic­tada praw przy­musu i pano­wa­nia, wie­lo­krot­nie wymie­niane w obszer­nym trak­ta­cie, jaki inwi­gi­la­tor pisał na naj­bliż­szy swemu sercu temat.

"Weźmy dowolną grupę lud­no­ści, zde­fi­niujmy ści­śle jej cechy cha­rak­te­ry­styczne, a potem zmu­śmy ją do posłu­szeń­stwa. Prze­kupmy sła­bych, by wydali nam sil­nych. Zabijmy sil­nych, a reszta będzie nale­żała do nas. Przejdźmy do następ­nej grupy".

Buk­ma­che­rzy byli łatwym celem, gdyż więk­szość ludzi ich nie lubiła - szcze­gól­nie nie­po­prawni hazar­dzi­ści, a tych z każ­dym dniem przy­by­wało.

Karos Invic­tad zakoń­czył swą lita­nię. Bru­then Trana ski­nął głową, odwró­cił się i opu­ścił dzie­dzi­niec.

Gdy tylko Edur znik­nął, inwi­gi­la­tor spoj­rzał na Tanala.

- Ci nie­przy­tomni przy­nie­śli nam wstyd.

- Tak jest.

- Trzeba zmie­nić głowy na zewnętrz­nym murze.

- Już się robi.

- Naj­pierw musisz pójść ze mną, Tanalu Yathva­nar. To potrwa tylko chwilkę. Potem będziesz mógł wró­cić do bie­żą­cych zadań.

Wró­cili do budynku. Inwi­gi­la­tor posu­wał się naprzód maleń­kimi krocz­kami i Tanal musiał co chwila zwal­niać.

Naj­po­tęż­niej­szy po cesa­rzu czło­wiek w impe­rium zasiadł za biur­kiem, wziął w rękę klatkę ze szpi­lek i prze­su­nął kil­ka­na­ście z nich szyb­kimi, pre­cy­zyj­nymi ruchami. Klatka zapa­dła się nagle. Karos Invic­tad uśmiech­nął się do Tanala i cisnął przed­miot na biurko.

- Wyślij pismo do Senorba w Nie­bie­skiej Róży. Zawia­dom go, ile czasu potrze­bo­wa­łem, żeby roz­wią­zać łami­główkę, a potem dodaj ode mnie, że chyba traci zdol­no­ści.

- Tak jest.

Karos Invic­tad się­gnął po zwój.

- Jaki pro­cent mia­łem otrzy­my­wać od mojej inwe­sty­cji w gospodę "Pod Zde­chłym Wężem"?

- Rau­tos chyba wspo­mi­nał o czter­dzie­stu pię­ciu, inwi­gi­la­to­rze.

- Świet­nie. Nie­mniej uwa­żam, że pora już na spo­tka­nie z prze­wod­ni­czą­cym Powier­nic­twa Wol­no­ści. Może być pod koniec tygo­dnia. Pomimo naszych suk­ce­sów na­dal w obiegu jest dziw­nie mało pie­nię­dzy. Chcę się dowie­dzieć dla­czego.

- Wiesz, co podej­rzewa Rau­tos Hiva­nar, inwi­gi­la­to­rze.

- W przy­bli­że­niu. Z pew­no­ścią się ucie­szy na wieść, że jestem gotowy wysłu­chać tych podej­rzeń z więk­szą uwagą. Masz więc dwa zada­nia. Ustal czas spo­tka­nia na jeden dzwon. Aha, jesz­cze jedno, Tanal.

- Słu­cham?

- Bru­then Trana. Te jego coty­go­dniowe wizyty. Chcę się dowie­dzieć, czy przy­pad­kiem nie jest do nich zmu­szany. Czy to nie jest jakaś typowa dla Tiste Edur kara albo spo­sób oka­zy­wa­nia cesar­skiego nie­za­do­wo­le­nia. A może skur­wy­syny naprawdę inte­re­sują się, co tu robimy? Bru­then nic ni­gdy nie mówi. Nawet nie pyta, jakie kary wymie­rzamy aresz­to­wa­nym. Co wię­cej, męczą mnie jego nie­cier­pli­wość i nie­uprzejme zacho­wa­nie. Może warto by było go spraw­dzić.

- Spraw­dzić Tiste Edur? - zapy­tał Tanal, uno­sząc brwi.

- Po cichu, rzecz jasna. Przy­znaję, że przed nami demon­strują nie­za­chwianą lojal­ność, ale trudno nie zada­wać sobie pyta­nia, czy rze­czy­wi­ście nie zda­rzają się wśród nich bun­tow­ni­cze wystą­pie­nia.

- Z całym sza­cun­kiem, inwi­gi­la­to­rze, nawet jeśli się zda­rzają, to czy Obrońcy Ojczy­zny są odpo­wied­nią orga­ni­za­cją...?

- Tanalu Yathva­nar - prze­rwał mu Karos ostrym tonem. - Cesarz zle­cił Obroń­com Ojczy­zny utrzy­ma­nie porządku w impe­rium. Nie jest naszym zada­niem dzie­le­nie miesz­kań­ców na Edur i Lethe­ryj­czy­ków, tylko na lojal­nych i nielojal­nych.

- Tak jest.

- Mam wra­że­nie, że czeka cię wiele zadań.

Tanal Yathva­nar pokło­nił się i opu­ścił gabi­net.

***

Posia­dłość zaj­mo­wała znaczny frag­ment pół­noc­nego brzegu Letheru, cztery prze­cznice na zachód od Kanału Quil­lasa. Ota­cza­jące ją schod­kowe mury zanu­rzały się w rzece, koń­cząc się z górą dwie dłu­go­ści łodzi od brzegu. Wspie­rały je paliki łago­dzące dzia­ła­nie prądu. Nieco dalej wzno­siły się dwa słupki cumow­ni­cze. Ostat­nio zda­rzyło się kilka powo­dzi. Prze­glą­da­jąc Kom­pen­dium Posia­dło­ści - tom rodzin­nych nota­tek i map zda­jący spra­woz­da­nie z ośmiu­set lat gospo­da­ro­wa­nia rodziny Hiva­na­rów - Rau­tos Hiva­nar uświa­do­mił sobie, że w minio­nym stu­le­ciu były one rzad­ko­ścią. Zapadł w wyście­łany fotel i dopił bala­tową her­batę, pogrą­ża­jąc się w leni­wej kon­tem­pla­cji.

Zarządca domu i główny agent Rau­tosa, Venitt Sathad, pod­szedł do sto­lika mapo­wego i umie­ścił kom­pen­dium z powro­tem w drew­nia­nej skrzyni z żela­znymi oku­ciami ukry­tej pod pod­łogą. Zasu­nął deski pod­ło­gowe i nakrył je dywa­nem, po czym wró­cił na miej­sce w pobliżu drzwi.

Rau­tos Hiva­nar był potęż­nie zbu­do­wa­nym męż­czy­zną o rumia­nej twa­rzy i gru­bych rysach. Domi­no­wał w każ­dym pomiesz­cze­niu, w któ­rym się zna­lazł, nawet naj­więk­szym. W tej chwili prze­by­wał w biblio­tece, gdzie wszyst­kie ściany aż po sufit zaj­mo­wały regały. Wszę­dzie walały się zwoje, gli­niane tabliczki i oprawne księgi, dzieła chyba tysiąca uczo­nych. Wielu nosiło nazwi­sko Hiva­nar.

Jako głowa rodziny i zarządca jej potęż­nego finan­so­wego impe­rium Rau­tos miał wiele zajęć. Od czasu pod­boju Letheru przez Tiste Edur musiał wytę­żać inte­lekt ze zdwo­joną siłą. Powo­łano wów­czas do życia Powier­nic­two Wol­no­ści, sto­wa­rzy­sze­nie naj­bo­gat­szych rodzin w Impe­rium Lethe­ryj­skim. Rau­tos miałby trud­no­ści z wytłu­ma­cze­niem, dla­czego wszystko to wydaje mu się teraz nudne i bez­sen­sowne. Owo uczu­cie zawład­nęło nim od chwili, gdy jego podej­rze­nia zaczęły bar­dzo powoli prze­ra­dzać się w pew­ność. Gdzieś rze­czy­wi­ście ukry­wał się wróg - albo wro­go­wie - sta­wia­jący sobie za cel eko­no­miczny sabo­taż. Nie cho­dziło o zwy­kłe mal­wer­sa­cje, które Rau­tos Hiva­nar znał dosko­nale, lecz o coś znacz­nie głęb­szego, zakro­jo­nego na szer­szą skalę. Atak na wszystko, co sta­no­wiło pod­stawę bytu Rau­tosa Hiva­nara i Powier­nic­twa Wol­no­ści, któ­rego był prze­wod­ni­czą­cym, a nawet pod­stawę bytu samego impe­rium - bez względu na to, że na jego tro­nie zasia­dał najeźdźca, a naj­wyż­sze szcze­ble hie­rar­chii zajęli okropni bar­ba­rzyńcy, stro­szący piórka niczym szare kawki przy­cup­nięte na sto­sie bły­sko­tek.

W daw­nych cza­sach Rau­tos Hiva­nar zare­ago­wałby bar­dzo sta­now­czo. Natych­miast wsz­cząłby inten­sywne poszu­ki­wa­nia win­nego, a myśl, że ktoś stwo­rzył tak dia­bo­liczny - a musiał przy­znać, że rów­nież sub­telny i genialny - plan, spra­wi­łaby, że pościg stałby się jego obse­sją.

Teraz jed­nak wolał stu­dio­wać stare księgi w poszu­ki­wa­niu wzmia­nek o daw­nych powo­dziach. To była znacz­nie bar­dziej pro­za­iczna zagadka i z pew­no­ścią nie inte­re­so­wała nikogo poza garstką ste­try­cza­łych uczo­nych. Musiał przy­znać, że zacho­wuje się dziw­nie, ale obse­sja wciąż przy­bie­rała na sile. Nocami, gdy leżał obok spo­co­nego, tłu­stego ciel­ska kobiety, która od trzy­dzie­stu trzech lat była jego żoną, roz­my­ślał nie­ustan­nie o cyklach czasu, sta­ra­jąc się pojąć spo­sób myśle­nia minio­nych epok. Szu­kał cze­goś...

Odsta­wił z wes­tchnie­niem pustą fili­żankę i wstał z fotela.

Gdy pod­szedł do drzwi, Venitt Sta­had, któ­rego rodzina była zadłu­żona u Hiva­na­rów już od sze­ściu poko­leń, zabrał z blatu kru­chą fili­żankę, a potem podą­żył za nim.

Wyszli na nad­rzeczny dzie­dzi­niec, prze­cięli mozaikę przed­sta­wia­jącą nada­nie Sko­va­lowi Hiva­na­rowi tytułu impe­rial­nego cedy, co wyda­rzyło się przed trzema stu­le­ciami, i zeszli po niskich schod­kach na dolny taras, gdzie w bar­dziej suchych cza­sach mie­ścił się ogród. Teraz jed­nak zalała go rzeka i woda wypłu­kała glebę oraz rośliny, odsła­nia­jąc głazy uło­żone w nie­zwy­kły spo­sób, przy­wo­dzący na myśl bru­ko­waną ulicę. Pro­sto­kątny pla­cyk ota­czała pali­sada, z któ­rej zostały jedy­nie zbu­twiałe kikuty, led­wie wysta­jące nad powierzch­nię wody.

Na brzegu gór­nego tarasu tru­dzili się robot­nicy, wzno­szący na roz­kaz Rau­tosa drew­niane umoc­nie­nie mające zapo­biec pod­my­ciu. Nieco z boku stała taczka wypeł­niona licz­nymi oso­bli­wymi przed­mio­tami zna­le­zio­nymi na odsło­nię­tym przez powódź bruku.

Wszystko to było jedną wielką tajem­nicą. Nie zacho­wały się żadne zapi­ski świad­czące, że ogród na dol­nym tara­sie peł­nił kie­dyś inną funk­cję. Z nota­tek pro­jek­tanta, spo­rzą­dzo­nych wkrótce po zbu­do­wa­niu rezy­den­cji, wyni­kało, że był tam zwy­kły, muli­sty brzeg.

Glina dobrze kon­ser­wo­wała drewno, nie spo­sób więc było okre­ślić, z jak daw­nych cza­sów pocho­dzi nie­zwy­kła kon­struk­cja. Wszyst­kie zna­le­zione na dzie­dzińcu przed­mioty wyko­nano jed­nak z brązu albo z mie­dzi, co suge­ro­wało sta­ro­żytne pocho­dze­nie. Nie było wśród nich broni, którą z reguły znaj­do­wało się w kur­ha­nach, a jeśli nie­które z obiek­tów były narzę­dziami, musiały słu­żyć do jakichś dawno zapo­mnia­nych czyn­no­ści. Żaden z robot­ni­ków, któ­rym poka­zy­wał je Rau­tos, nie potra­fił okre­ślić ich prze­zna­cze­nia. Nie przy­po­mi­nały zna­nych instru­men­tów słu­żą­cych do obróbki drewna bądź kamie­nia, ani przy­bo­rów kuchen­nych.

Wziął jedno ze zna­le­zisk i przyj­rzał się mu już chyba po raz setny. Przed­miot odlany z brązu w gli­nia­nej for­mie - wyraź­nie widział ślady - był długi i okrą­gławy, ale zgi­nał się pod nie­mal pro­stym kątem. W miej­scu zgię­cia metal nazna­czono krzy­żu­ją­cymi się ze sobą nacię­ciami. Na koń­cach nie było widać żad­nych połą­czeń, nie była to więc część jakie­goś więk­szego mecha­ni­zmu. Rau­tos pod­rzu­cił w ręce masywny przed­miot. Choć zagię­cie umiesz­czono pośrodku, wyda­wał się wyraź­nie nie­wy­wa­żony. Rau­tos odło­żył go i wziął okrą­gły płat mie­dzia­nej bla­chy, cień­szej niż war­stewka wosku pokry­wa­jąca tabliczkę skryby. Metal poczer­niał od kon­taktu z gliną, ale na brze­gach dopiero zaczy­nały się poja­wiać pierw­sze plamki śnie­dzi. W bla­sze wybito nie­zli­czone dziury. Wszyst­kie wyglą­dały tak samo - ide­al­nie okrą­głe i pozba­wione zadr umoż­li­wia­ją­cych odgad­nię­cie, z któ­rej strony je zro­biono. Mimo to nie ukła­dały się w żaden regu­larny wzór.

- Venitt - ode­zwał się kupiec. - Czy mamy mapę dzie­dzińca z zazna­czo­nymi miej­scami, w któ­rych zna­le­ziono te przed­mioty?

- Zaiste, panie. Jest tylko kilka wyjąt­ków. Oglą­da­łeś ją w zeszłym tygo­dniu.

- Naprawdę? Skoro tak mówisz. Po połu­dniu przy­nieś mi ją znowu do biblio­teki.

Obaj męż­czyźni spoj­rzeli na odźwierną, która wyło­niła się z wąskiego przej­ścia bie­gną­cego po lewej stro­nie rezy­den­cji. Kobieta przy­sta­nęła w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków od Rau­tosa i pokło­niła się nisko.

- Panie, dostar­czono wia­do­mość od inwi­gi­la­tora Karosa Invic­tada.

- Zna­ko­mi­cie - odparł z roz­tar­gnie­niem w gło­sie wła­ści­ciel rezy­den­cji. - Zaraz się tym zajmę. Czy posła­niec czeka na odpo­wiedź?

- Tak, panie. Stoi na dzie­dzińcu.

- Każ go czymś poczę­sto­wać.

Odźwierna pokło­niła się i ode­szła.

- Venitt, chyba czeka cię podróż.

- Słu­cham, panie?

- Inwi­gi­la­tor w końcu uświa­do­mił sobie powagę groźby.

Venitt Sathad mil­czał.

- Poje­dziesz do Drene - mówił Rau­tos, ponow­nie spo­glą­da­jąc na tajem­ni­czą kon­struk­cję zaj­mu­jącą dolny taras. - Powier­nic­two musi otrzy­mać szcze­gó­łowy raport o pro­wa­dzo­nych tam przy­go­to­wa­niach. Nie­stety, mel­dunki przy­sy­łane przez fak­tora nie są satys­fak­cjo­nu­jące. Muszę mieć pew­ność, co tam się dzieje, jeśli mam sku­pić uwagę na bliż­szym zagro­że­niu.

Venitt Sathad na­dal się nie odzy­wał.

Rau­tos spoj­rzał na rzekę. W zatoce u dru­giego brzegu zebrały się łodzie rybac­kie, a do głów­nego portu zmie­rzały dwa kupiec­kie statki. Jeden, pły­nący pod flagą rodziny Ester­ric­tów, wyglą­dał na uszko­dzony, być może przez pożar. Rau­tos strzep­nął pył z dłoni, odwró­cił się i ruszył w stronę budynku. Sługa podą­żał krok za nim.

- Cie­kawe, co się kryje pod tymi kamie­niami.

- Panie?

- Nie­ważne, Venitt. Tylko gło­śno myśla­łem.

***

O świ­cie atri-preda Bivatt rzu­ciła na obóz Awli dwa plu­tony kawa­le­rii z Nie­bie­skiej Róży. Dwu­stu świet­nie wyszko­lo­nych lan­sje­rów wpa­dło mię­dzy namioty z nie­wy­pra­wio­nych skór. Spa­ni­ko­wani ludzie wybie­gli na zewnątrz. Chwilę przed jeźdź­cami zja­wiły się dreń­skie psy bojowe, które rzu­ciły się z wście­kło­ścią na awl'dań­skie psy paster­skie i pocią­gowe. Trzy rasy zwarły się ze sobą w zacię­tym boju.

Wojow­nicy Awli dali się cał­ko­wi­cie zasko­czyć. Tylko nie­liczni zdą­żyli chwy­cić za broń. Po paru chwi­lach rzeź objęła rów­nież star­ców i dzieci. Więk­szość kobiet wal­czyła u boku męż­czyzn - żony prze­le­wały krew razem z mężami, sio­stry z braćmi.

Walka mię­dzy Lethe­ryj­czy­kami a Awlami trwała zale­d­wie dwie­ście ude­rzeń serca. Bój toczony przez zwie­rzęta cią­gnął się dłu­żej, jako że psy paster­skie - choć mniej­sze i bar­dziej krępe od napast­ni­ków - były szyb­kie i zawzięte, a psy pocią­gowe, latem zaprzę­gane do wozów, a zimą do sań, nie ustę­po­wały roz­mia­rami dreń­skim masti­fom. Cęt­ko­wane bestie szko­lone do zabi­ja­nia wil­ków potra­fiły sobie pora­dzić z bojo­wymi bry­ta­nami i fala bitwy odwró­ci­łaby się, gdyby nie zja­wili się lan­sje­rzy. Bro­niąca obozu sfora poszła w roz­sypkę. Oca­lałe zwie­rzęta ucie­kły na wschód. Garstka dreń­skich psów pró­bo­wała je ści­gać, ale odwo­łali je tre­se­rzy.

Część lan­sje­rów zsia­dła z koni, żeby się upew­nić, że nikt z Awli nie oca­lał, pozo­stali zaś poje­chali do sąsied­niej doliny, gdzie cze­kały stada myri­dów i rodar.

Atri-preda Bivatt miała kło­poty z zapa­no­wa­niem nad pod­eks­cy­to­wa­nym inten­syw­nym odo­rem krwi ogie­rem. Brohl Han­dar, Tiste Edur nie­dawno mia­no­wany nad­zorcą mia­sta Drene, zatrzy­mał się obok niej. Sie­dział nie­zgrab­nie na koń­skim grzbie­cie, nie czu­jąc się pew­nie w sio­dle, do któ­rego nie był przy­zwy­cza­jony. Brohl obser­wo­wał, jak Lethe­ryj­czycy sys­te­ma­tycz­nie plą­drują obo­zo­wi­sko. Gdy już roze­brali zwłoki do naga, wycią­gnęli noże. Awle wpla­tali biżu­te­rię - prze­waż­nie złotą - głę­boko w war­ko­cze i zwy­cięzcy byli zmu­szeni wyci­nać frag­menty skal­pów, żeby zdo­być łup. Rzecz jasna, oka­le­cza­nie zwłok słu­żyło też innym celom. Lethe­ryj­czycy zbie­rali rów­nież frag­menty skóry, ozdo­bione cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla Awli tatu­ażami - wie­lo­barw­nymi i czę­sto wyszy­wa­nymi złotą nicią. Wielu lan­sje­rów zdo­biło tymi tro­fe­ami swe okrą­głe tar­cze.

Zdo­byte w bitwie stada sta­no­wiły teraz wła­sność fak­tora Drene, Letura Anicta. Zza wzgó­rza wyło­niły się setki myri­dów. Czarne, weł­ni­ste okry­cia nada­wały im wygląd sta­cza­ją­cych się ze stoku gła­zów. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że bogac­two fak­tora wyraź­nie wzro­sło. Dalej szły wyż­sze od myri­dów rodary o nie­bie­ska­wych grzbie­tach i dłu­gich szy­jach. Zwie­rzęta zamia­tały trwoż­nie dłu­gimi ogo­nami, gdy psy bojowe zaga­niały stado, pozo­ru­jąc ataki z flank.

Atri-preda wypu­ściła z sykiem powie­trze przez zęby.

- Gdzie się podział czło­wiek fak­tora? Te cho­lerne rodary zaraz wpadną w panikę. Porucz­niku! Każ tre­se­rom odwo­łać psy! Szybko! - Kobieta zdjęła hełm i zawie­siła go na kuli sio­dła. - Sam widzisz, nad­zorco.

- A więc to są Awle.

Odwró­ciła wzrok z gniew­nym gry­ma­sem.

- To był mały obóz. Tylko sie­dem­dzie­się­ciu paru doro­słych.

- Ale stada mieli wiel­kie.

Gry­mas się pogłę­bił.

- Kie­dyś były więk­sze, nad­zorco. Znacz­nie więk­sze.

- To zna­czy, że twoja kam­pa­nia zakoń­czyła się powo­dze­niem. Udało się prze­gnać intru­zów.

- To nie jest moja kam­pa­nia. - Nagle naj­wy­raź­niej wyczy­tała coś z twa­rzy Tiste Edur. - Oczy­wi­ście, nad­zorco. Ja dowo­dzę kor­pu­sem eks­pe­dy­cyj­nym, ale roz­kazy wydaje mi fak­tor. Ści­śle mówiąc, Awle nie są też intru­zami.

- Fak­tor jest innego zda­nia.

- Letur Anict to wpły­wowy czło­nek Powier­nic­twa Wol­no­ści.

Przez chwilę Brohl Han­dar przy­glą­dał się z uwagą kobie­cie.

- Nie wszyst­kie wojny toczy się o zie­mię i bogac­twa, atri-predo - stwier­dził wresz­cie.

- Nie mogę się z tobą zgo­dzić, nad­zorco. Czyż inwa­zja Tiste Edur nie miała cha­rak­teru pre­wen­cyj­nego? Czy nie oba­wia­li­ście się utraty ziem i zaso­bów? Kul­tu­ro­wej asy­mi­la­cji, końca nie­za­leż­no­ści. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że fak­tycz­nie zamie­rza­li­śmy uni­ce­stwić waszą cywi­li­za­cję, jak zro­bi­li­śmy to już z Tar­the­na­lami i z wie­loma innymi ludami. To była wojna toczona z przy­czyn eko­no­micz­nych.

- Nie dziwi mnie, że twoi rodacy tak na to patrzą, atri-predo. Nie wąt­pię też, że król-czar­no­księż­nik brał pod uwagę te wszyst­kie czyn­niki. Czy pod­bi­li­śmy was tylko po to, by prze­trwać? Być może.

Brohl chciał jesz­cze coś dodać, ale tylko pokrę­cił głową, obser­wu­jąc, jak cztery dreń­skie bry­tany oto­czyły ran­nego psa paster­skiego. Oku­la­wione zwie­rzę pró­bo­wało się bro­nić, ale wkrótce napast­nicy oba­lili je na zie­mię i roze­rwali mu brzuch.

- Czy zada­jesz sobie cza­sem pyta­nie, kto naprawdę wygrał tę wojnę? - zain­te­re­so­wała się atri-preda.

Obrzu­cił ją zło­wro­gim spoj­rze­niem.

- Nie zadaję. Jak rozu­miem, twoi zwia­dowcy nie zna­leźli w tej oko­licy innych śla­dów obec­no­ści Awli. Czy fak­tor zamie­rza utrwa­lić lethe­ryj­skie pano­wa­nie w zwy­cza­jowy spo­sób?

Ski­nęła głową.

- Pla­cówki, forty, bie­gnące na pod­wyż­sze­niu trakty. Potem nadejdą osad­nicy.

- A fak­tor prze­nie­sie swe chciwe spoj­rze­nie dalej na wschód.

- W rze­czy samej, nad­zorco. Z pew­no­ścią jed­nak rozu­miesz, że Tiste Edur rów­nież na tym sko­rzy­stają. Impe­rium się powięk­szy. Jestem pewna, że cesarz się ucie­szy.

Brohl Han­dar został guber­na­to­rem Drene dopiero w zeszłym tygo­dniu. W tym odle­głym zakątku impe­rium Rhu­lada miesz­kało nie­wielu Tiste Edur, w sumie nie­spełna setka, a tylko trzej człon­ko­wie sztabu Brohla pocho­dzili z jego ple­mie­nia, Ara­payów. Anek­sja Awl'danu, któ­rej towa­rzy­szyła nie­mal cał­ko­wita eks­ter­mi­na­cja jego miesz­kań­ców, roz­po­częła się przed wielu laty, na długo przed pod­bo­jem Letheru przez Edur. Dla toczo­nej tu mili­tar­nej kam­pa­nii nie miało wiel­kiego zna­cze­nia, kto spra­wuje rządy w odle­głym Lethe­ras. Brohl Han­dar, patriar­cha klanu utrzy­mu­ją­cego się z polo­wań na dłu­go­zębe foki, nie po raz pierw­szy zadał sobie pyta­nie, co wła­ści­wie tu robi.

Tytu­larna ranga nad­zorcy wyma­gała od niego wła­ści­wie tylko obser­wa­cji. Fak­tyczną wła­dzę spra­wo­wał Letur Anict, fak­tor Drene, "wpły­wowy czło­nek Powier­nic­twa Wol­no­ści". Brohl sły­szał, że to coś w rodzaju gil­dii kupiec­kiej, nie miał jed­nak poję­cia, co wła­ści­wie ta tajem­ni­cza orga­ni­za­cja ma wspól­nego z wol­no­ścią. Chyba że cho­dziło o to, że jej człon­kom wszystko było wolno, rzecz jasna. Nawet wyko­rzy­sty­wać cesar­skie armie dla pomno­że­nia oso­bi­stych bogactw.

- Atri-predo?

- Słu­cham, nad­zorco.

- Czy Awle sta­wiają jakiś opór? Nie taki jak dzi­siaj. Czy doko­nują wypa­dów na tery­to­rium impe­rium? Gro­ma­dzą wojow­ni­ków przed otwartą wojną?

- Nad­zorco, ta kwe­stia ma dwa... hmm, poziomy - odparła z wyraź­nie zakło­po­taną miną Bevitt.

- Poziomy? Nie rozu­miem.

- Ofi­cjalny i... nie­ofi­cjalny. Wszystko zależy od punktu widze­nia.

- Wyja­śnij mi to.

- Sza­rzy oby­wa­tele dali się prze­ko­nać impe­rial­nym agen­tom, że Awle sprzy­mie­rzyli się z miesz­ka­ją­cymi na połu­dniu Ak'rynami, a także z D'rha­sil­hani i z dwoma kró­le­stwami, Bol­kando oraz Saphi­nan­dem. Krótko mówiąc, wszyst­kie gra­ni­czące z Impe­rium Lethe­ryj­skim ludy stwo­rzyły razem wojow­ni­czy, agre­sywny i poten­cjal­nie bar­dzo potężny zwią­zek zwany Sprzy­się­że­niem Bol­kan­dyj­skim, który może zagro­zić wschod­nim tery­to­riom Letheru. Jest tylko kwe­stią czasu, kiedy horda zbie­rze swe siły i poma­sze­ruje na nas. Dla­tego każda akcja lethe­ryj­skich wojsk, która zmniej­sza liczeb­ność Awli, jest dla nas uży­teczna, a utrata stad dodat­kowo osła­bia dzi­ku­sów. Głód może osią­gnąć to, czego nie mogły zdzia­łać mie­cze. Dopro­wa­dzić do zagłady całego ludu.

- Rozu­miem. A jak brzmi nie­ofi­cjalna wer­sja?

Spoj­rzała na niego.

- Nie ma żad­nego sprzy­się­że­nia, nad­zorco. Żad­nego soju­szu. Prawda wygląda tak, że Awle nie prze­stają wal­czyć mię­dzy sobą. W końcu obszary ich pastwisk wciąż się zmniej­szają. Co wię­cej, wszy­scy nie­na­wi­dzą Ak'rynów i D'rha­sil­hani, a ludzi z Bol­kando czy Saphi­nandu zapewne ni­gdy nawet nie widzieli. - Zawa­hała się. - Przed dwoma mie­sią­cami star­li­śmy się z jakąś kom­pa­nią najem­ni­ków. Przy­pusz­czam, że wła­śnie ta kata­stro­falna bitwa stała się przy­czyną two­jej nomi­na­cji. Było ich może z sied­miu­set. Po kilku potycz­kach wyru­szy­łam w pościg za nimi z sze­ścioma tysią­cami lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy. Nad­zorco, ta ostat­nia bitwa kosz­to­wała nas pra­wie trzy tysiące ofiar. Gdyby nie nasi mago­wie... - Potrzą­snęła głową. - I na­dal nie mamy poję­cia, kim byli ci ludzie.

Brohl przyj­rzał się uważ­nie kobie­cie. Ni­gdy dotąd nie sły­szał o tej bitwie. Czy rze­czy­wi­ście przy­czy­niła się do jego nomi­na­cji? Nie­wy­klu­czone.

- Ta ofi­cjalna wer­sja, o któ­rej mówi­łaś przed­tem, to kłam­stwo, uspra­wie­dli­wia rzeź Awli w oczach plebsu i służy fak­to­rowi, który pra­gnie stać się jesz­cze bogat­szy. Powiedz mi, atri-predo, po co fak­to­rowi tyle złota? Co zamie­rza z nim zro­bić?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Złoto to wła­dza.

- Wła­dza nad kim?

- Nad wszyst­kim i wszyst­kimi.

- Oprócz Tiste Edur, któ­rym lethe­ryj­skie poję­cie bogac­twa jest obo­jętne.

- Naprawdę, nad­zorco? - zapy­tała z uśmie­chem. - Na­dal?

- Nie rozu­miem.

- W Drene są Hiro­tho­wie, wiem, że ich tam spo­tka­łeś. Każdy z nich podaje się za kuzyna cesa­rza. Pozwo­liło im to zagar­nąć naj­lep­sze rezy­den­cje i zie­mie. Setki zadłu­żo­nych służą im jako nie­wol­nicy. Nie­wy­klu­czone, że wkrótce pierwsi Tiste Edur zostaną człon­kami Powier­nic­twa Wol­no­ści.

Brohl Han­dar zmarsz­czył brwi. Na odle­głym wznie­sie­niu stały trzy psy: dwa pocią­gowe i jeden mniej­szy, paster­ski. Zwie­rzęta przy­glą­dały się sta­dom pędzo­nym przez znisz­czony obóz. Zadał sobie pyta­nie, dokąd teraz pójdą.

- Dość już widzia­łem - oznaj­mił nagle i zawró­cił wierz­chowca. Za mocno pocią­gnął za wodze i zwie­rzę szarp­nęło łbem z gło­śnym par­sk­nię­ciem, a potem wierz­gnęło. Brohl z tru­dem zdo­łał utrzy­mać rów­no­wagę.

Jeśli nawet roz­ba­wiło to atri-predę, była wystar­cza­jąco roz­sądna, by tego nie oka­zać.

Na nie­bie poja­wiły się pierw­sze padli­no­żerne ptaki.

***

Wzdłuż połu­dnio­wego brzegu Jaspu Połu­dnio­wego, jed­nego z czte­rech dopły­wów Letheru spły­wa­ją­cych z gór Nie­bie­skiej Róży, popro­wa­dzono po nasy­pie trakt, który nie­da­leko stąd zaczy­nał się wspi­nać ku prze­łę­czy. Za nią leżało sta­ro­żytne kró­le­stwo, któ­remu góry zawdzię­czały swą nazwę, obec­nie pod­bite przez Impe­rium Lethe­ryj­skie. Nurt był tu wartki, nie spo­wol­niła go jesz­cze roz­le­gła rów­nina, na którą rzeka wła­śnie wypły­wała. Lodo­wata woda omy­wała potężne głazy przy­nie­sione przez sta­ro­żytne lodowce, wypeł­nia­jąc powie­trze nad trak­tem dotkli­wie zimną mgiełką.

Samotny męż­czy­zna cze­ka­jący na sze­ściu wojow­ni­ków Tiste Edur i towa­rzy­szącą im świtę prze­ra­stał wzro­stem naj­wyż­szych spo­śród nich. Był jed­nak chudy i spo­wi­jało go czarne focze futro z unie­sio­nym kap­tu­rem. Na jego piersi krzy­żo­wały się dwa pen­denty, z któ­rych zwi­sały dłu­gie lethe­ryj­skie mie­cze. Do koł­nie­rza przy­le­piło się kilka wil­got­nych kosmy­ków bia­łych wło­sów wysu­wa­ją­cych się spod kap­tura.

Zbli­ża­ją­cym się Edur z ple­mie­nia Meru­dów twarz pod kap­tu­rem wydała się śmier­tel­nie blada, jakby z prze­raź­li­wie zim­nej rzeki wygra­mo­lił się trup, który od dawna już leżał zamar­z­nięty gdzieś w gór­skich śnie­gach przed nimi.

Pierw­szy z wojow­ni­ków, wete­ran pod­boju Lethe­ras, ski­nął na towa­rzy­szy, naka­zu­jąc im się zatrzy­mać, i poje­chał poroz­ma­wiać z nie­zna­jo­mym.

- Szu­kasz towa­rzy­szy do wspi­naczki na prze­łęcz? - zapy­tał Merude, sta­ra­jąc się dokład­niej przyj­rzeć skry­tej w cie­niu kap­tura twa­rzy. - W górach ponoć na­dal gra­sują ban­dyci i rene­gaci.

- Sam jestem dla sie­bie towa­rzy­stwem.

Głos męż­czy­zny brzmiał ochry­ple, a jego akcent był archa­iczny.

Merude zatrzy­mał się w odle­gło­ści trzech kro­ków. Widział już wyraź­niej nie­zna­jo­mego. Rysy jego twa­rzy przy­po­mi­nały rysy Edur, ale była biała jak śnieg, a czer­wone jak krew oczy budziły lęk.

- W takim razie czemu sto­isz nam na dro­dze?

- Przed dwoma dniami poj­ma­li­ście dwoje Lethe­ryj­czy­ków. Oni należą do mnie.

Merude wzru­szył ramio­nami.

- Trzeba ich było przy­kuć na noc łań­cu­chami, przy­ja­cielu. Zadłu­żeni pró­bują ucieczki przy każ­dej spo­sob­no­ści. Masz szczę­ście, że ich zła­pa­li­śmy. Oddamy ci ich, oczy­wi­ście. Przy­naj­mniej dziew­czynkę. Męż­czy­zna jest zbie­głym nie­wol­ni­kiem Hiro­thów. Świad­czą o tym jego tatu­aże. Nie­stety cze­kają go topie­nia. Być może zaofe­ruję ci innego w zamian. Tak czy ina­czej, dziew­czynka jest młoda i w związku z tym sporo warta. Mam nadzieję, że możesz sobie pozwo­lić na ten wyda­tek.

- Zabiorę oboje i nie zapłacę wam ani gro­sza.

Merude zmarsz­czył brwi.

- Postą­pi­łeś nie­ostroż­nie, dopusz­cza­jąc do ich ucieczki. My zaś wyka­za­li­śmy się czuj­no­ścią i ich schwy­ta­li­śmy. W związku z tym należy nam się nagroda za nasze wysiłki, nato­miast ty powi­nie­neś ponieść karę za lek­ko­myśl­ność.

- Zdej­mij­cie im łań­cu­chy - roz­ka­zał nie­zna­jomy.

- Nie. Z jakiego ple­mie­nia pocho­dzisz? - Oczy męż­czy­zny spo­glą­dały nie­ru­chomo na Merude'a. Wyda­wały się zupeł­nie... mar­twe. - Co się stało z twoją skórą? - Mar­twe jak oczy cesa­rza. - Jak się nazy­wasz?

- Uwol­nij­cie ich natych­miast.

Merude potrzą­snął głową, a potem wybuch­nął śmie­chem, który jed­nak zabrzmiał odro­binę nie­pew­nie. Wezwał ski­nie­niem towa­rzy­szy i chwy­cił za kor­de­las.

Wyzwa­nie rzu­cone przez nie­zna­jo­mego było tak absur­dalne, że spo­wol­niło to ruchy wojow­nika. Zdą­żył wydo­być broń zale­d­wie do połowy, gdy jeden z mie­czy bla­do­skó­rego wysu­nął się z pochwy i prze­ciął mu gar­dło.

Pię­ciu pozo­sta­łych Meru­dów wycią­gnęło mie­cze i pognało z wrza­skiem do ataku. Dzie­się­ciu lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy podą­żyło za nimi.

Dowódca Edur zwa­lił się na zie­mię. Try­snęła czer­wona krew.

Nie­zna­jomy wycią­gnął drugi miecz i ruszył na spo­tka­nie pię­ciu Meru­dów. Szczęk­nęło żelazo, a potem zabrzmiał śpiew dwóch lethe­ryj­skich mie­czy. Jego tona­cja sta­wała się coraz wyż­sza z każ­dym zatrzy­ma­nym ude­rze­niem.

Dwaj Edur zato­czyli się jed­no­cze­śnie do tyłu, śmier­tel­nie ranieni. Jeden otrzy­mał pchnię­cie w pierś, a drugi stra­cił jedną trze­cią czaszki. Ten ostatni odwró­cił się, schy­lił po frag­ment głowy i odszedł, zata­cza­jąc się jak pijany. Padł kolejny Edur. Miecz prze­ciął mu lewą nogę. Dwaj ostatni cof­nęli się pośpiesz­nie, wrzesz­cząc na Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy zatrzy­mali się trwoż­nie trzy kroki za nimi.

Nie­zna­jomy nie zaprze­stał ataku. Spa­ro­wał lewym mie­czem pchnię­cie Edur z pra­wej strony, prze­su­nął miecz pod klingą prze­ciw­nika, a potem nagłym ruchem nad­garstka wyrwał mu broń z ręki i pchnął szty­chem w jego gar­dło. W tej samej chwili ude­rzył wysoko pra­wym mie­czem. Ostatni Edur odchy­lił się, by unik­nąć ataku, i spró­bo­wał ciąć nie­zna­jo­mego w nad­gar­stek. Bla­do­skóry męż­czy­zna pochy­lił zgrab­nie miecz, odbił kor­de­las w bok i wepchnął sztych w prawy oczo­dół wojow­nika. Stal prze­biła deli­katne kości, docie­ra­jąc do mózgu.

Nie­zna­jomy prze­szedł mię­dzy pada­ją­cymi na zie­mię Edur i zaata­ko­wał dwóch naj­bliż­szych Lethe­ryj­czy­ków. Ośmiu pozo­sta­łych rzu­ciło się do ucieczki, mija­jąc wozy - woź­nice rów­nież zła­zili pośpiesz­nie z kozłów, gotowi czmych­nąć - a potem sze­reg przy­glą­da­ją­cych się temu ze zdu­mie­niem jeń­ców. Rzu­cali w panice broń na drogę.

Nagle jeden z nie­wol­ni­ków pod­sta­wił nogę upa­trzo­nemu żoł­nie­rzowi. Gdy ucie­ka­jący zwa­lił się na zie­mię, łączący jeń­ców łań­cuch zako­ły­sał się gwał­tow­nie. Nie­wol­nik sko­czył na nie­szczę­snego Lethe­ryj­czyka, owi­nął mu luźny łań­cuch wokół szyi i napiął go mocno. Żoł­nierz wierz­gał, szar­pał się i pró­bo­wał dra­pać, ale nie­wol­nik nie dawał za wygraną. W końcu straż­nik prze­stał się wyry­wać.

Ści­ska­jący w rękach zawo­dzące jękli­wie mie­cze Sil­chas Ruin pod­szedł do Udi­na­asa, który nie prze­sta­wał dusić trupa.

- Możesz już prze­stać - oznaj­mił albi­nos Tiste Andii.

- Mogę - wykrztu­sił przez zaci­śnięte zęby Udi­naas. - Ale nie chcę. Ten skur­wy­syn był z nich naj­gor­szy. Naj­gor­szy.

- Jego dusza już tonie we mgle - zapew­nił Sil­chas Ruin. Odwró­cił się, spo­glą­da­jąc na dwie syl­wetki wycho­dzące z krza­ków rosną­cych w rowie na połu­dnie od traktu.

- Duś go dalej - poparła Udi­na­asa przy­kuta za nim Imbryk. - On mnie skrzyw­dził.

- Wiem - wychry­piał Udi­naas. - Wiem.

- W jaki spo­sób? - zapy­tał Sil­chas Ruin, pod­cho­dząc do dziew­czynki.

- Zwy­czaj­nie - odparła. - Tym, co miał mię­dzy nogami.

- A inni Lethe­ryj­czycy?

Pokrę­ciła głową.

- Tylko na to patrzyli. I śmiali się, zawsze się śmiali.

Sil­chas Ruin odwró­cił się nagle. Przy­szła Seren Pedac.

Wyraz, jaki ujrzała w jego nie­zwy­kłych oczach, zmro­ził jej krew w żyłach.

- Ruszę w pościg za tymi, któ­rzy ucie­kli, porę­czy­cielko - oznaj­mił Tiste Andii. - Dołą­czę do was przed zmierz­chem.

Odwró­ciła wzrok, zer­ka­jąc kąci­kiem oka na Feara Sen­gara, który przy­sta­nął nad tru­pami Meru­dów. Prze­nio­sła pośpiesz­nie spoj­rze­nie na usianą kamie­niami rów­ninę na połu­dniu. Ten widok jed­nak rów­nież oka­zał się zbyt bole­sny, gdyż na­dal krą­żył tam pozba­wiony kawałka czaszki Edur.

- Pro­szę bar­dzo - zgo­dziła się, patrząc na wozy i zaprzę­żone do nich konie. - Będziemy dalej zmie­rzać tą drogą.

Udi­na­asa w końcu opu­ścił gniew. Męż­czy­zna zosta­wił ciało Lethe­ryj­czyka, wstał i spoj­rzał na nią.

- Seren Pedac, a co z pozo­sta­łymi nie­wol­ni­kami? Musimy uwol­nić wszyst­kich.

Zmarsz­czyła brwi. Z powodu zmę­cze­nia trudno jej było myśleć. Ucie­kała już od wielu mie­sięcy, ukry­wa­jąc się zarówno przed Edur, jak i Lethe­ryj­czy­kami. Raz po raz zagra­dzano im drogę na wschód, zmu­szano do kie­ro­wa­nia się na pół­noc. Nie­ustanne prze­ra­że­nie pozba­wiło ją bystro­ści umy­słu.

Uwol­nić ich... tak jest. Ale...

- To będą jedy­nie kolejne pogło­ski - uspo­koił ją Udi­naas, jakby czy­tał w jej myślach, zanim jesz­cze zdo­łała je sfor­mu­ło­wać. - Krąży ich całe mnó­stwo. Tylko dez­orien­tują ści­ga­ją­cych. Posłu­chaj, Seren, oni i tak wie­dzą, gdzie w przy­bli­że­niu prze­by­wamy. A ci nie­wol­nicy zro­bią wszystko, żeby unik­nąć ponow­nego schwy­ta­nia. Nie musimy się o nich zbyt­nio nie­po­koić.

- Jesteś gotowy porę­czyć za towa­rzy­szy nie­doli, Udi­naas? - zapy­tała, uno­sząc brwi. - Czy żaden z nich nie sko­rzy­stałby z szansy kupie­nia wol­no­ści w zamian za klu­czowe infor­ma­cje?

- Jedyna alter­na­tywa to zabić wszyst­kich - stwier­dził Udi­naas, patrząc jej pro­sto w oczy.

Ci, któ­rzy przy­słu­chi­wali się ich roz­mo­wie, któ­rych bicie nie zamie­niło jesz­cze w bez­myślne auto­maty, zasy­pali Seren gło­śnymi zapew­nie­niami i obiet­ni­cami. Wycią­gali ku niej ręce, grze­cho­cząc łań­cu­chami. Inni unie­śli prze­ra­żone spoj­rze­nia niczym myrid, który nagle zwie­trzył nie­wi­docz­nego wilka. Niektó­rzy krzy­czeli gło­śno, pada­jąc na kamie­ni­ste błoto traktu.

- Klu­cze ma pierw­szy z zabi­tych Edur - oznaj­mił Udi­naas.

Sil­chas Ruin odda­lił się tym­cza­sem kawa­łek trak­tem, aż mgła zama­zała jego syl­wetkę. Następ­nie zmie­nił się w coś wiel­kiego i skrzy­dla­tego, po czym zerwał się do lotu. Seren zer­k­nęła na sze­reg nie­wol­ni­ków i prze­ko­nała się z ulgą, że żaden z nich tego nie zauwa­żył.

- Zgoda - odpo­wie­działa Udi­na­asowi i ruszyła w stronę Feara Sen­gara, który stał przy zwło­kach zabi­tych Edur.

- Muszę zabrać klu­cze - oznaj­miła, kuca­jąc przy pierw­szym z ciał.

- Nie doty­kaj go - sprze­ci­wił się Fear.

Unio­sła wzrok.

- Klu­cze... łań­cu­chy...

- Ja je znajdę.

Ski­nęła głową, wypro­sto­wała się i odsu­nęła nieco. Fear odmó­wił bez­gło­śną modli­twę, a potem opadł na kolana przy tru­pie. Zna­lazł klu­cze w skó­rza­nym mieszku przy­tro­czo­nym do pasa wojow­nika. Była tam też garstka gład­kich kamy­ków. Fear wziął klu­cze w lewą dłoń, a kamyki zatrzy­mał w pra­wej.

- Pocho­dzą z wybrzeża Meru­dów - oznaj­mił. - Zapewne zebrał je tam, kiedy był dziec­kiem.

- Dzieci z cza­sem dora­stają - zauwa­żyła Seren. - Nawet z pro­stych drzew wyra­stają krzywe konary.

- A co było złego w tym wojow­niku? - zapy­tał Fear, spo­glą­da­jąc na nią ze zło­ścią. - Wyko­ny­wał roz­kazy mojego brata, jak wszy­scy wojow­nicy z ple­mion.

- Nie­któ­rzy z cza­sem go porzu­cili, Fear. Jak ty.

- To, co porzu­ci­łem, jest tylko cie­niem tego, do czego zmie­rzam, porę­czy­cielko. Czy to zna­czy, że zdra­dzi­łem Tiste Edur? Swo­ich roda­ków? By­naj­mniej. Wszy­scy wciąż o tym zapo­mi­na­cie, bo tak jest wam wygod­niej. Zro­zum, porę­czy­cielko, jeśli trzeba, będę się ukry­wał, ale nie zamie­rzam zabi­jać roda­ków. Mamy pie­nią­dze, mogli­śmy ich wyku­pić...

- Nie Udi­na­asa.

Obna­żył zęby, ale nie ode­zwał się ani sło­wem.

Tak jest. Udi­naas. Czło­wiek, któ­rego pra­gniesz zabić. Gdyby nie Sil­chas Ruin...

- Fearze Sen­gar - zaczęła. - Posta­no­wi­łeś przy­łą­czyć się do nas, a nie może być naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że dowódcą naszej grupki jest Sil­chas Ruin. Jego metody nie muszą ci się podo­bać, ale z pew­no­ścią wiesz, że tylko on może nam umoż­li­wić dotar­cie do celu.

Wojow­nik Hiro­thów odwró­cił wzrok, spo­glą­da­jąc na trakt. Zamru­gał, by usu­nąć wil­goć z oczu.

- Z każ­dym kro­kiem koszt mojej misji rośnie. Powin­naś zro­zu­mieć cha­rak­ter tego długu, porę­czy­cielko. To lethe­ryj­ski spo­sób życia, brze­miona, przed któ­rymi nie można uciec. Ani się od nich wyku­pić.

Się­gnęła po klu­cze.

Wło­żył je w dłoń kobiety, sta­ra­jąc się nie patrzeć jej w oczy.

Niczym się nie róż­nimy od tych nie­wol­ni­ków, pomy­ślała, ważąc w dłoni brzę­czące żelazo. Łączą nas łań­cu­chy. Ale... kto ma klu­cze do naszej wol­no­ści?

- Dokąd się wybrał? - zapy­tał Fear.

- Chce dopaść zbie­głych Lethe­ryj­czy­ków. Mam nadzieję, że prze­ciwko temu nic nie masz.

- Ja nie, ale ty powin­naś mieć, porę­czy­cielko.

Pew­nie masz rację, pomy­ślała i ruszyła ku cze­ka­ją­cym nie­wol­ni­kom.

Męż­czy­zna przy­kuty obok Udi­na­asa pod­czoł­gał się do niego.

- Ten wysoki zabójca... Czy to Biała Wrona? To on, prawda? Sły­sza­łem...

- O niczym nie sły­sza­łeś - prze­rwał mu Udi­naas, wycią­ga­jąc rękę do nad­cho­dzą­cej Seren. - Ten z trzema ząb­kami - powie­dział do niej. - Tak, to on. Niech nas Zbłą­kany, nie śpie­szyło ci się.

Obró­ciła klucz i pierw­sza obręcz otwo­rzyła się z trza­skiem.

- Mie­li­ście ukraść z gospo­dar­stwa coś do jedze­nia, nie dać się zła­pać łow­com nie­wol­ni­ków.

- Łowcy obo­zo­wali w cho­ler­nym gospo­dar­stwie. Nikt się do nas nie uśmiech­nął tam­tej nocy.

Seren otwo­rzyła drugą obręcz i Udi­naas wystą­pił z sze­regu, pocie­ra­jąc czer­wone pręgi na nad­garst­kach.

- Fear sta­rał się powstrzy­mać Sil­chasa - oznaj­miła porę­czy­cielka. - Jeśli ci dwaj są typowi, nie dzi­wię się, że Edur i Andii toczyli ze sobą dzie­sięć tysięcy wojen.

Udi­naas stęk­nął gło­śno i oboje ruszyli w stronę Imbryk.

- Fear jest nie­za­do­wo­lony, że stra­cił dowódz­two - wyja­śnił. - A fakt, że musi słu­chać Tiste Andii, jesz­cze pogar­sza sprawę. Na­dal nie jest prze­ko­nany, że przed tymi wszyst­kimi tysiąc­le­ciami to Sca­ban­dari pierw­szy wycią­gnął nóż.

Seren Pedac mil­czała. Prze­cho­dząc obok Imbryk, spoj­rzała w jej umo­ru­saną buzię. Dziew­czynka powoli unio­sła wzrok.

- Tęsk­ni­łam za tobą - oznaj­miła z uśmie­chem Imbryk.

- Czy bar­dzo cię boli? - zapy­tała Seren, zdej­mu­jąc wiel­kie, żela­zne okowy.

- Mogę cho­dzić. I już nie krwa­wię. To dobry znak, prawda?

- Zapewne. - Roz­mowa o gwał­cie nie była dla niej łatwa. Miała wła­sne wspo­mnie­nia, które nawet na moment nie prze­sta­wały jej prze­śla­do­wać. - Będziesz miała bli­zny, Imbryk.

- Trudno jest być żywym. Cią­gle jestem głodna i bolą mnie stopy.

Nie zno­szę dzieci mają­cych tajem­nice. Zwłasz­cza takie, o któ­rych nawet nie wie­dzą. Muszę zna­leźć odpo­wied­nie pyta­nia. Nie ma innego spo­sobu.

- Co jesz­cze prze­szka­dza ci w byciu żywą, Imbryk?

- Czuję się mała.

Sto­jący obok nie­wol­nik chwy­cił Seren za ramię. Sta­ru­szek wycią­gnął rękę po klu­cze, z nadzieją w oczach. Wrę­czyła mu je.

- Uwol­nij pozo­sta­łych - roz­ka­zała.

Poki­wał ener­gicz­nie głową i zaczął gme­rać klu­czem w zamku.

- Z tym poczu­ciem wszy­scy musimy się pogo­dzić - wyja­śniła dziew­czynce. - Świat zbyt czę­sto sprze­ci­wia się naszym wysił­kom nada­nia mu postaci, która by nam odpo­wia­dała. Żyć zna­czy znać nie­za­do­wo­le­nie i fru­stra­cję.

- Na­dal pra­gnę roz­ry­wać gar­dła, Seren. Czy to źle? Na pewno tak.

Usły­szaw­szy te słowa, sta­ru­szek sku­lił się trwoż­nie i ze zdwo­jo­nym wysił­kiem zaczął się szar­pać z zam­kiem. Sto­jąca za nim kobieta zaklęła z nie­cier­pli­wo­ści.

Udi­naas wszedł do pierw­szego wozu, żeby zna­leźć zapasy, któ­rych mogli potrze­bo­wać. Imbryk wdra­pała się tam za nim.

- Musimy wyleźć z tej mgły - mruk­nęła Seren. - Prze­mo­kłam do suchej nitki. - Ruszyła w stronę wozu. - Pośpiesz­cie się, dobra? Jeśli ktoś nas tu znaj­dzie, możemy mieć kło­poty.

Zwłasz­cza że nie ma z nami Sil­chasa Ruina.

Prze­trwa­nie zawdzię­czali wyłącz­nie Tiste Andii. Gdy nie mogli się już dłu­żej ukry­wać przed ści­ga­ją­cymi, dwa mie­cze zaczy­nały śpie­wać nie­sa­mo­witą pieśń znisz­cze­nia.

Biała Wrona.

Minął tydzień, odkąd ostat­nio widzieli Edur i Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy ich ści­gali. Szu­kali rene­gata Feara Sen­gara. Pra­gnęli dopaść zdrajcę Udi­na­asa. Seren Pedac czuła się zdu­miona. Powinni byli wysłać za nimi całe armie. Pościg wyda­wał się nie­ustę­pliwy, choć raczej upo­rczywy niż inten­sywny. Sil­chas wspo­mniał kie­dyś mimo­cho­dem, że cesar­scy k'risnani odpra­wiają rytu­alne czary mające zwa­bić ich w pułapkę. Zasadzki zasta­wiono na wscho­dzie i wokół samego Lethe­ras. Te pierw­sze rozu­miała. To pust­ko­wia poło­żone na wschód od impe­rium były ich celem. Fear - z jakie­goś powodu, któ­rego nie chciał wyja­wić - był prze­ko­nany, że tam wła­śnie znaj­dzie to, czego szuka. Sil­chas Ruin nie twier­dził, że jest ina­czej. Seren nie potra­fiła jed­nak pojąć, dla­czego oto­czono zabez­pie­cze­niami sto­licę.

Można by pomy­śleć, że Rhu­lad boi się brata.

Udi­naas zesko­czył z pierw­szego wozu i ruszył do dru­giego.

- Zna­la­złem pie­nią­dze! - zawo­łał. - Mnó­stwo pie­nię­dzy. Powin­ni­śmy też zabrać konie. Za prze­łę­czą będziemy mogli je sprze­dać.

- Na prze­łę­czy jest fort - przy­po­mniała mu Seren. - Być może nie ma w nim gar­ni­zonu, ale nie możemy być tego pewni, Udi­naas. Jeśli roz­po­znają konie...

- Omi­niemy fort - odparł. - Prze­mkniemy nocą, nie­po­strze­że­nie.

Zmarsz­czyła brwi, ocie­ra­jąc wil­goć z oczu.

- Łatwiej byłoby to zro­bić bez koni. Poza tym wszyst­kie są stare i ste­rane. Nie dosta­niemy za nie dużo, zwłasz­cza w Nie­bie­skiej Róży. A kiedy wróci Wyval, zapewne padną ze stra­chu.

- Wyval nie wróci - zapew­nił ochry­płym gło­sem Udi­naas. - Już go wię­cej nie zoba­czymy.

Wie­działa, że nie powinna wąt­pić w jego słowa. W końcu to w nim zamiesz­kał duch smo­czego pomiotu. Nie­mniej jed­nak Udi­naas nie potra­fił - bądź nie chciał - wyja­śnić przy­czyn nagłego znik­nię­cia skrzy­dla­tej bestii. Wyvala nie było z nimi już od z górą mie­siąca.

Były nie­wol­nik rozej­rzał się po wnę­trzu kry­tego wozu i zaklął.

- Tu jest tylko broń.

- Broń?

- Mie­cze, tar­cze i zbroje.

- Lethe­ryj­skie?

- Tak. Kiep­skiej jako­ści.

- Dla­czego łowcy nie­wol­ni­ków cią­gnęli cały wóz broni?

Wzru­szył ramio­nami, zesko­czył na zie­mię, omi­nął Seren i poszedł wyprząc konie.

- Trudno by im było wdra­pać się na prze­łęcz - stwier­dził.

- Wraca Sil­chas Ruin - ode­zwała się Imbryk, wska­zu­jąc na trakt.

- Szybko się z nimi roz­pra­wił.

Udi­naas roze­śmiał się ochry­ple.

- Dur­nie powinni byli się roz­pro­szyć, zmu­sić go, żeby ści­gał każ­dego z osobna. Ale oni zapewne się prze­gru­po­wali, jak przy­stało dobrym, głu­pim żoł­nie­rzom.

- Krew w two­ich żyłach jest bar­dzo rzadka, prawda, Udi­naas? - ode­zwał się sto­jący przy pierw­szym wozie Fear Sen­gar.

- Jak woda - potwier­dził były nie­wol­nik.

Na Zbłą­ka­nego, Fear, on nie opu­ścił two­jego brata z wła­snej woli. Wiesz o tym. Nie spo­wo­do­wał też sza­leń­stwa Rhu­lada. Jak wielka część two­jej nie­na­wi­ści do niego bie­rze się z poczu­cia winy? Kto jest naprawdę winien? Przez kogo Rhu­lad stał się Cesa­rzem Tysiąca Śmierci?

Bia­ło­skóry Tiste Andii wyło­nił się z mgły niczym zjawa. Jego czarny płaszcz lśnił jak skóra węża. Sil­chas scho­wał mie­cze, tłu­miąc ich śpiew, ale głos żelaza nie chciał umilk­nąć tak łatwo. Jego echo będzie się utrzy­my­wało przez całe dni.

Jakże nie­na­wi­dziła tego dźwięku.

***

Tanal Yathva­nar spo­glą­dał z góry na leżącą na łożu nagą kobietę. Prze­słu­chu­jący nie­źle się natru­dzili w poszu­ki­wa­niu odpo­wie­dzi. Odnio­sła poważne obra­że­nia. Jej skórę pokry­wały rany i opa­rze­nia, a stawy miała obrzę­kłe i posi­nia­czone. Kiedy wczo­raj ją wyko­rzy­stał, była led­wie przy­tomna. To było łatwiej­sze niż korzy­sta­nie z usług kurew i do tego nic nie kosz­to­wało. Nie inte­re­so­wało go bicie kobiet, lubił tylko, żeby były pobite. Zda­wał sobie sprawę, że to zbo­cze­nie, ale tę orga­ni­za­cję - Obroń­ców Ojczy­zny - stwo­rzono dla ludzi takich jak on. Wła­dza i bez­kar­ność. To była śmier­cio­no­śna kom­bi­na­cja. Podej­rze­wał, że Karos Invic­tad świet­nie wie o jego noc­nych eska­pa­dach i trzyma tę wie­dzę w zana­drzu niczym ukryty nóż.

Ale w końcu jej nie zabi­łem. Nie będzie nawet o tym pamię­tać. Tak czy ina­czej, cze­kają ją topie­nia. Co to ma za zna­cze­nie, jeśli przed­tem zażyję z nią tro­chę przy­jem­no­ści? Żoł­nie­rze postę­pują tak samo.

Kie­dyś, przed wielu laty, marzył o tym, że zosta­nie żoł­nie­rzem. Był naiw­nym, roman­tycz­nym mło­dzień­cem, wie­rzył w boha­ter­stwo i niczym nie­ogra­ni­czoną wol­ność, jakby to pierw­sze było uspra­wie­dli­wie­niem tego dru­giego. W histo­rii Letheru nie bra­ko­wało szla­chet­nych zabój­ców. Jed­nym z nich był Gerun Ebe­rict. Zamor­do­wał tysiące zło­dziei, zbi­rów i nie­ro­bów, ludzi zde­pra­wo­wa­nych i żyją­cych w nędzy. Oczy­ścił ulice Lethe­ras i wszy­scy miesz­kańcy mia­sta na tym sko­rzy­stali. Teraz widziało się tutaj mniej żebra­ków i kie­szon­kow­ców, mniej bez­dom­nych i innych nędza­rzy, któ­rzy nie potra­fili spro­stać wymo­gom współ­cze­sno­ści. Tanal podzi­wiał go za to. Gerun Ebe­rict był wiel­kim czło­wie­kiem, ale zgi­nął z rąk zwy­kłego zbira, który roz­trza­skał mu czaszkę. Tra­giczna, bez­sen­sowna i okrutna śmierć.

Pew­nego dnia zła­piemy jego zabójcę.

Odwró­cił się od nie­przy­tom­nej kobiety, popra­wił lekką bluzę, żeby szwy na ramio­nach uło­żyły się syme­trycz­nie, a potem zapiął pas z bro­nią. Jedno z wyda­nych przez inwi­gi­la­tora zarzą­dzeń prze­wi­dy­wało, że wszy­scy ofi­ce­ro­wie Obroń­ców Ojczy­zny muszą nosić u pasa szty­let i krótki miecz. Tanal lubił cię­żar broni, a także przy­wi­lej, jakim było prawo jej nosze­nia. Cesar­ski dekret zabra­niał tego wszyst­kim pozo­sta­łym Lethe­ryj­czy­kom poza żoł­nie­rzami.

Jak mogli­by­śmy się zbun­to­wać. Ten cho­lerny dureń myśli, że to on wygrał wojnę. Oni wszy­scy tak myślą. Tępo­głowi bar­ba­rzyńcy.

Tanal Yathva­nar wyszedł z celi i ruszył do gabi­netu inwi­gi­la­tora. Chwilę przed tym, nim zapu­kał do drzwi, zabrzmiał drugi dzwon po połu­dniu. Potem usły­szał szept naka­zu­jący mu wejść.

Rau­tos Hiva­nar, prze­wod­ni­czący Powier­nic­twa Wol­no­ści, sie­dział już naprze­ciwko Karosa Invic­tada. Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wyglą­dał, jakby wypeł­niał połowę pokoju. Tanal zauwa­żył, że inwi­gi­la­tor odsu­nął swoje krze­sło tak daleko, jak tylko się dało, opie­ra­jąc je o para­pet. Sie­dział jed­nak na nim swo­bod­nie i nie oka­zy­wał nie­po­koju.

- Tanal, nasz gość upo­rczy­wie zapew­nia, że jego podej­rze­nia nie są bez­pod­stawne. Udało mu się mnie prze­ko­nać, że powin­ni­śmy doło­żyć sta­rań, by odna­leźć źró­dło groźby.

- Inwi­gi­la­to­rze, czy to anty­pań­stwowy spi­sek, czy mamy do czy­nie­nia ze zwy­kłym zło­dzie­jem?

- Sądzę, że to dru­gie - odparł Karos, spo­glą­da­jąc na Rau­tosa Hiva­nara.

Potęż­nie zbu­do­wany męż­czy­zna wydął policzki i wes­tchnął prze­cią­gle.

- Nie był­bym tego taki pewien. Z pozoru wyda­wa­łoby się, że nasz prze­ciw­nik to obse­syj­nie chciwy czło­wiek, który pró­buje zgro­ma­dzić olbrzymi mają­tek. Ale tylko w gotówce. Dla­tego tak trudno tra­fić na jego ślad. Nie nabył żad­nych nie­ru­cho­mo­ści, nie popi­suje się bogac­twem ani przy­wi­le­jami. A nie­do­sta­tek pie­nią­dza w obiegu dał się w końcu zauwa­żyć. Co prawda, finan­sowe pod­stawy impe­rium jak dotąd nie ucier­piały, ale... - Pokrę­cił głową. - Jeśli ten trend się utrzyma, wkrótce wszy­scy odczu­jemy skutki.

Tanal odchrząk­nął.

- Czy zle­ci­łeś zba­da­nie sprawy wła­snym agen­tom, prze­wod­ni­czący? - zapy­tał.

Rau­tos zmarsz­czył brwi.

- Powier­nic­two Wol­no­ści funk­cjo­nuje zna­ko­mi­cie wła­śnie dzięki temu, że jego człon­ko­wie żywią prze­ko­na­nie, że są naj­po­tęż­niej­szymi gra­czami w sys­te­mie, któ­rego nie spo­sób oba­lić. Pew­ność sie­bie zała­muje się bar­dzo łatwo, Tanalu Yathva­nar. Co prawda, kilku człon­ków Powier­nic­twa, któ­rzy bez­po­śred­nio zaj­mują się finan­sami, podzie­liło się ze mną swo­imi oba­wami. Na przy­kład Druz Then­nict albo Bar­rakta Ilk. Nikt jak dotąd nie wyra­ził ofi­cjal­nie podej­rzeń, że coś jest nie w porządku, ale ci dwaj nie są głup­cami. - Wyj­rzał przez okno, które miał za ple­cami Karos Invic­tad. - To Obrońcy Ojczy­zny muszą prze­pro­wa­dzić śledz­two. Konieczne jest zacho­wa­nie naj­ści­ślej­szej tajem­nicy. - Popa­trzył spod opa­da­ją­cych powiek na inwi­gi­la­tora. - Jak rozu­miem, wasze dzia­ła­nia sku­piają się ostat­nio na uczo­nych róż­nego rodzaju.

Karos Invic­tad wzru­szył skrom­nie ramio­nami.

- Wiele jest ście­żek wio­dą­cych do zdrady.

- Nie­któ­rzy z nich należą do sza­no­wa­nych i wpły­wo­wych rodzin.

- Nie, Rau­tos, nie ci, któ­rych aresz­to­wa­li­śmy.

- To prawda, inwi­gi­la­to­rze, ale nie­szczę­sne ofiary mają przy­ja­ciół, któ­rzy z kolei zwró­cili się do mnie.

- No cóż, przy­ja­cielu, to nader deli­katna sytu­acja. Kro­czysz po bar­dzo cien­kiej sko­ru­pie, pod którą kryje się jedy­nie błoto. - Karos Invic­tad wypro­sto­wał się i splótł dło­nie na biurku. - Ale przyj­rzę się tej spra­wie. Być może nie­dawne aresz­to­wa­nia zdo­łały poło­żyć kres nie­za­do­wo­le­niu wśród uczo­nych, a przy­naj­mniej wyeli­mi­no­wały z ich sze­re­gów naj­bar­dziej nie­po­żą­dane ele­menty.

- Dzię­kuję, inwi­gi­la­to­rze. Kto będzie pro­wa­dził śledz­two?

- Zajmę się tym oso­bi­ście.

- Venitt Sathad, mój asy­stent, który czeka na dzie­dzińcu, będzie mógł w tym tygo­dniu słu­żyć jako łącz­nik mię­dzy mną a twoją orga­ni­za­cją. Potem wyzna­czę kogoś innego.

- Pro­szę bar­dzo. Coty­go­dniowe raporty powinny wystar­czyć, przy­naj­mniej na początku.

- Zgoda.

Rau­tos Hiva­nar wstał. Po chwili Karos Invic­tad podą­żył za jego przy­kła­dem.

W gabi­ne­cie nagle zro­biło się bar­dzo cia­sno. Tanal odsu­nął się, zły na sie­bie za lęk, który go ogar­nął.

Nie mam powo­dów bać się Rau­tosa Hiva­nara. Karosa też nie. Jestem zaufa­nym czło­wie­kiem ich obu.

Rau­tos Hiva­nar otwo­rzył drzwi i wyszedł na kory­tarz. Karos Invic­tad podą­żał krok za nim, wspie­ra­jąc dłoń na jego ple­cach. Gdy tylko gość zna­lazł się na kory­tarzu, Karos powie­dział do niego z uśmie­chem kilka słów. Rau­tos mruk­nął coś w odpo­wie­dzi. Inwi­gi­la­tor zamknął za nim drzwi i spoj­rzał na Tanala.

- Z jedną z tych sza­no­wa­nych uczo­nych zaba­wia­łeś się dzi­siej­szej nocy, Yathva­nar.

Tanal zamru­gał.

- Inwi­gi­la­to­rze, ska­zano ją na topie­nia...

- Odwo­łuję wyrok. Dopro­wadź ją do porządku...

- Inwi­gi­la­to­rze, ona może pamię­tać...

- Wymaga się od cie­bie pew­nej dozy pano­wa­nia nad sobą - oznaj­mił zim­nym tonem Karos Invic­tad. - Aresz­tuj parę córek tych, któ­rzy i tak już sie­dzą w lochach, do cho­lery, i zado­wól się nimi. Zro­zu­miano?

- T... tak jest. Jeśli będzie pamię­tała...

- Trzeba będzie wypła­cić rekom­pen­satę, czyż nie tak? Mam nadzieję, że twoje finanse są w dobrym sta­nie, Yathva­nar. A teraz zejdź mi z oczu.

Tanal zamknął za sobą drzwi i z wysił­kiem zaczerp­nął tchu.

Co za skur­wy­syn. Nie ostrze­gał mnie, że nie wolno jej ruszać, tak? No to kto popeł­nił błąd? Wydaje mu się, że zdoła zwa­lić całą winę na mnie. Niech cię miecz i topór wezmą, Invic­tad. Nie będę cier­piał sam.

Nie będę.

***

- Nie­pra­wość jest raczej fascy­nu­jąca, nie sądzisz?

- Nie.

- W końcu, im bar­dziej zgniła dusza, tym słod­sza jest cze­ka­jąca ją kara.

- Pod warun­kiem, że do niej doj­dzie.

- Jestem pewien, że punkt cen­tralny ist­nieje. Zgod­nie z moimi obli­cze­niami powi­nien znaj­do­wać się pośrodku jego dłu­go­ści. Być może pod­pórka jest nie­do­sko­nała.

- Jakimi obli­cze­niami?

- Tymi, które mia­łeś dla mnie wyko­nać, oczy­wi­ście. Gdzie one są?

- Na mojej liście zadań.

- A w jaki spo­sób obli­czasz kolej­ność na tej liście?

- To nie jest jedno z obli­czeń, o które pro­si­łeś.

- Masz tro­chę racji. Gdyby tylko zatrzy­mał na moment wszyst­kie nogi, mogli­by­śmy spraw­dzić moją hipo­tezę.

- Ale on nie chce tego zro­bić i świet­nie rozu­miem dla­czego. Chcesz go zrów­no­wa­żyć, pod­pie­ra­jąc w poło­wie dłu­go­ści ciała, ale on ma te wszyst­kie nogi po to, żeby uno­sić tę część ku górze.

- Czy to potwier­dzone spo­strze­że­nia? Jeśli tak, spo­rządź notatki.

- Na czym? Tabliczkę woskową zje­dli­śmy na obiad.

- Nic dziw­nego, że czuję się, jak­bym mógł połknąć krowę i nawet nie czknąć. Patrz! Ha! Jest pod­party! Ide­al­nie pod­party!

Obaj męż­czyźni pochy­lili się, by obej­rzeć Ezgara, owada z gło­wami na obu koń­cach ciała. Nie był rzecz jasna niczym wyjąt­ko­wym. Ostat­nio poja­wiło się ich mnó­stwo. Wypeł­niły jakąś tajem­ni­czą niszę w skom­pli­ko­wa­nych mia­zma­tach natury, pustą od nie­zli­czo­nych tysiąc­leci. Stwo­rze­nie machało bez­rad­nie przy­po­mi­na­ją­cymi poła­mane gałązki nóż­kami.

- Drę­czysz go - zauwa­żył Bugg. - To świad­czy o nie­pra­wo­ści, Tehol.

- To jedy­nie pozory.

- Nie, to rze­czy­wi­stość.

- No dobra. - Tehol wycią­gnął rękę i zdjął nie­szczę­snego owada z pod­pórki. Stwo­rzonko obró­ciło obie głowy. - Zresztą nie o tę nie­pra­wość mi cho­dziło - cią­gnął Tehol, przy­glą­da­jąc się mu uważ­nie. - Jak idą inte­resy w branży budow­la­nej?

- Szybko opa­dają na dno.

- Ach, czy sły­szę radość, czy żal nad nad­cho­dzącą nędzą?

- Zaczyna nam bra­ko­wać nabyw­ców. W obiegu jest za mało gotówki, a skoń­czy­łem już z udzie­la­niem kre­dy­tów, zwłasz­cza jeśli się oka­zuje, że dewe­lo­pe­rzy nie mogą sprze­dać nie­ru­cho­mo­ści. Dla­tego wysła­łem wszyst­kich na przy­mu­sowy urlop bez­płatny. Sie­bie rów­nież.

- Kiedy to się wyda­rzyło?

- Jutro.

- Typowe. Zawsze dowia­duję się o wszyst­kim ostatni. Myślisz, że Ezgara jest głodny?

- Zjadł wię­cej od cie­bie. Jak myślisz, gdzie się podzie­wają wszyst­kie odchody?

- Jego czy moje?

- Panie, wiem, gdzie tra­fiają twoje. Jeśli Biri kie­dyś się dowie...

- Ani słowa wię­cej, Bugg. Według moich obser­wa­cji i zgod­nie z notat­kami, któ­rych nie spo­rzą­dzi­łeś, Ezgara spo­żył ilość żyw­no­ści dorów­nu­jącą wagą uto­pio­nemu kotu. A mimo to na­dal jest maleńki, żwawy i sprawny. Co wię­cej, dzięki wosko­wemu obia­dowi, który dziś spo­ży­li­śmy, jego głowy nie pisz­czą już, kiedy się obra­cają. Uwa­żam, że to dobry znak, bo nie będzie nas już budził sto razy każ­dej nocy.

- Panie.

- Słu­cham?

- Skąd wiesz, ile waży uto­piony kot?

- Od Selush, oczy­wi­ście.

- Nie rozu­miem.

- Musisz to pamię­tać. Trzy lata. W posia­dło­ści Rin­ne­sic­tów zła­pano w sieć zdzi­cza­łego kocura, który zgwał­cił ozdobną kaczkę nie­lota. Zwie­rzę ska­zano na topie­nia.

- To strasz­liwa śmierć dla kota. Tak, teraz sobie przy­po­mi­nam. Miau­cze­nie nio­sło się po całym mie­ście.

- Zga­dza się. Jakiś bez­i­mienny dobro­czyńca uli­to­wał się nad mokrym kocim trup­kiem i zapła­cił Selush małą for­tunę za przy­go­to­wa­nie zwie­rzę­cia do porząd­nego pochówku.

- Chyba osza­la­łeś. Kto mógł to zro­bić i dla­czego?

- Z pew­no­ścią w grę wcho­dziły ukryte motywy. Chcia­łem się dowie­dzieć, ile waży uto­piony kot, oczy­wi­ście. W prze­ciw­nym razie, ile byłoby warte takie porów­na­nie? A pra­gną­łem go użyć już od wielu lat.

- Od trzech.

- Nie, znacz­nie dłu­żej. To wła­śnie zro­dzona z tego pra­gnie­nia cie­ka­wość kazała mi wyko­rzy­stać oka­zję. Przed pod­wodną śmier­cią kota oba­wia­łem się, że uży­wa­jąc porów­na­nia z war­to­ścią, któ­rej nie znam, narażę się na śmiesz­ność.

- Jesteś raczej wraż­liwy, tak?

- Nie mów o tym nikomu.

- Panie, chcia­łem poroz­ma­wiać o tych kryp­tach.

- Co z nimi?

- Chyba trzeba będzie je powięk­szyć.

Tehol prze­su­nął koniusz­kiem pra­wego palca po grzbie­cie owada - z wło­sem albo pod włos, zależ­nie od punktu widze­nia.

- Tak szybko? Jak daleko pod rzekę już dotar­łeś?

- Ponad połowę sze­ro­ko­ści.

- To ile ich jest?

- Krypt? Szes­na­ście. Każda ma roz­miar trzrch dłu­go­ści ciała męż­czy­zny na dwie.

- I wszyst­kie są już pełne?

- Tak.

- Zapewne skutki zaczną w końcu być odczu­walne.

- Roboty Budow­lane Bugga będą pierw­szą więk­szą firmą, która splaj­tuje.

- A ile innych pocią­gnie za sobą?

- Trudno powie­dzieć. Trzy, może cztery.

- Zda­wało mi się, że mówi­łeś, że trudno powie­dzieć.

- To nikomu nie mów.

- Świetny pomysł. Bugg, chcę, żebyś zro­bił mi szka­tułkę. Musi być wyko­nana zgod­nie z bar­dzo dokładną spe­cy­fi­ka­cją, którą dostar­czę ci póź­niej.

- Szka­tułkę, panie? Może z drewna?

- Co ty wyga­du­jesz? Morze jest z wody.

- Nie, pyta­łem, czy może być zro­biona z drewna.

- Aha. Niech będzie.

- Roz­miar?

- Koniecz­nie. Ale nie rób pokrywy.

- Wresz­cie powie­dzia­łeś coś kon­kret­nego.

- Mówi­łem, że to zro­bię.

- A do czego ona ma słu­żyć, panie?

- Nie­stety nie mogę ci tego powie­dzieć. Nie ze szcze­gó­łami. Ale będzie mi potrzebna już nie­długo.

- A co z kryp­tami...?

- Zrób dzie­sięć dodat­ko­wych, Bugg. Dwu­krot­nie więk­sze. A jeśli cho­dzi o Roboty Budow­lane Bugga, posta­raj się wytrzy­mać jesz­cze chwilę. Powięk­szaj dług, uni­kaj wie­rzy­cieli, na­dal kupuj mate­riały i gro­madź je w maga­zy­nach pobie­ra­ją­cych skan­da­licz­nie wysoki czynsz. Aha, i defrau­duj, ile tylko możesz.

- Stracę od tego głowę.

- Nie przej­muj się, Ezgara ma zapa­sową.

- Bar­dzo dzię­kuję.

- I nawet już nie pisz­czy.

- Bar­dzo mi ulżyło. Co robisz, panie?

- A jak myślisz?

- Wra­casz do łóżka.

- A ty musisz zro­bić mi szka­tułkę, Bugg. Bar­dzo zmyślną szka­tułkę. Tylko pamię­taj, bez pokrywy.

- A czy mogę cho­ciaż zapy­tać, do czego ma słu­żyć?

Tehol poło­żył się na łóżku i przez chwilę wpa­try­wał się w błę­kitne niebo. Potem uśmiech­nął się do swego lokaja, który przy­pad­kowo był też pra­daw­nym bogiem.

- Ależ do wymie­rze­nia kary, oczy­wi­ście.

Roz­dział drugi

Chwila prze­bu­dze­nia czeka na nas wszyst­kich,

na progu albo w miej­scu, gdzie droga zakręca,

jeśli życie cią­gnie się dalej, skry ula­tują jak ćmy

ku odpry­skowi czasu, który lśni niczym blask słońca

odbi­ja­jący się w wodzie, gdzie sku­pimy się

w maleńką masę pełną stra­chów i poprze­szy­waną

wszyst­kim, co nagle stało się dro­gie, i chwila obecna

nik­nie pod miaż­dżą­cym cię­ża­rem jaźni,

tego dnia, gdy droga zakręca,

nad­cho­dzi chwila prze­bu­dze­nia.

Reflek­sje zimowe Corara z Drene

Droga wio­dąca na szczyt zaczy­nała się tam, gdzie się koń­czył zbu­do­wany przez Lethe­ryj­czy­ków trakt. Pięt­na­ście kro­ków na lewo od nich rzeka toczyła swe wody z nie­ustan­nym hukiem, a grubo cio­sane kamie­nie traktu nik­nęły pod czar­nym usy­pi­skiem u pod­stawy moreny. Rumo­wi­sko pokry­wały wyrwane drzewa. Powy­gi­nane, ocie­ka­jące wodą korze­nie ster­czały w górę. Stok na pół­nocy, po dru­giej stro­nie rzeki, pora­stały poła­cie lasu. Strome urwi­ska góru­jące nad wart­kim nur­tem były zie­lone od mchu. Pię­trząca się po dru­giej stro­nie tur­nia wyglą­dała zupeł­nie ina­czej. Było na niej pełno skal­nych szcze­lin i żle­bów i tylko gdzie­nie­gdzie rosły poje­dyn­cze drzewa. Na jej usia­nej pęk­nię­ciami fasa­dzie cie­nie ukła­dały się jed­nak w dziw­nie regu­larne wzory, a na samej ścieżce od czasu do czasu tra­fiały się sze­ro­kie stop­nie, wytarte w ciągu stu­leci przez spły­wa­jącą wodę i stopy nie­zli­czo­nych wędrow­ców.

Seren Pedac była prze­ko­nana, że cały stok zaj­mo­wało nie­gdyś mia­sto, pio­nowa for­teca wykuta w kamie­niu. Dostrze­gała wysoko pośród mgły kształty, które mogły być pro­sto­ką­tami okien oraz frag­men­tami odła­ma­nych bal­ko­nów. W górę ude­rzyło jed­nak coś prze­ra­ża­ją­cego w swym ogro­mie i więk­sza część mia­sta w jed­nej chwili ule­gła zagła­dzie. Seren potra­fiła nie­mal dostrzec ślady owej koli­zji, ale cią­gnące się u pod­stawy stoku osy­pi­ska skła­dały się wyłącz­nie z kamieni pocho­dzą­cych z samej góry.

Zatrzy­mali się na początku ścieżki i Tiste Andii powoli prze­niósł mar­twe spoj­rze­nie w górę.

- I co? - zapy­tała Seren.

Sil­chas Ruin pokrę­cił głową.

- To nie był mój lud. K'Chain Che'Malle.

- Ofiary two­jej wojny?

Zer­k­nął na nią, jakby chciał prze­nik­nąć kry­jące się za tym pyta­niem uczu­cia.

- Więk­szość gór, z któ­rych K'Chain Che'Malle wyrzeź­bili swe lata­jące for­tece, skry­wają mor­skie głę­biny. Morze zalało je po zała­ma­niu się Omtose Phel­lack. Te mia­sta wydrą­żono w skale, ale tylko naj­wcze­śniej­sze wer­sje zbu­do­wano pod gołym nie­bem, jak to tutaj, zamiast ukryć je głę­boko w bez­kształt­nym kamie­niu.

- Ta zmiana suge­ruje, że nagle poja­wiła się potrzeba obrony.

Sil­chas Ruin ski­nął głową.

Fear Sen­gar wyprze­dził ich i ruszył pod górę. Po chwili Udi­naas i Imbryk podą­żyli za nim. Seren udało się prze­ko­nać towa­rzy­szy, że powinni zosta­wić konie. Na pola­nie po pra­wej stały cztery kryte bre­zen­tem wozy. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że nie mogłyby one wje­chać na górę i od tego punktu wszelki trans­port odbywa się pie­szo. Jeśli zaś cho­dzi o broń i zbroje, zapewne miały tu zacze­kać na przy­by­cie ekipy robot­ni­ków albo dotrzeć na miej­sce prze­zna­cze­nia na ple­cach obju­czo­nych jak muły nie­wol­ni­ków.

- Ni­gdy tędy nie wędro­wa­łam - przy­znała Seren. - Cho­ciaż widzia­łam tę górę z daleka. Już wtedy mia­łam wra­że­nie, że dostrze­gam ślady budowy. Kie­dyś zapy­ta­łam o to Hulla Bed­dicta, ale nic mi nie potra­fił powie­dzieć. Mam jed­nak wra­że­nie, że ścieżka w pew­nym momen­cie zapro­wa­dzi nas do środka.

- Do znisz­cze­nia tego mia­sta użyto potęż­nych cza­rów - ode­zwał się Sil­chas Ruin.

- Może to była jakaś natu­ralna siła...

- Nie, porę­czy­cielko. Sta­rvald Deme­lain. To robota smo­ków. Ele­in­tów czy­stej krwi. Było ich przy­naj­mniej dwa­na­ście. Współ­dzia­łały ze sobą i razem otwo­rzyły swe groty. To nie­zwy­kłe.

- Który ele­ment jest nie­zwy­kły?

- Po pierw­sze, tak liczny sojusz. Po dru­gie, skala ich gniewu. Zasta­na­wiam się, jaką zbrod­nię popeł­nili K'Chain Che'Malle, że zasłu­żyli na taką karę.

- Znam odpo­wiedź na to pyta­nie - dobiegł zza ich ple­ców syczący szept.

Seren odwró­ciła się i przy­mru­żyła powieki, by wypa­trzyć nie­ma­te­rialne widmo, które tam przy­cup­nęło.

- Wither. Zasta­na­wia­łam się, gdzie się podzia­łeś.

- Podró­żo­wa­łem do serca kamie­nia, Seren Pedac. Do zamar­z­nię­tej krwi. Pytasz, na czym pole­gała ich zbrod­nia, Sil­cha­sie Ruin? Ni mniej, ni wię­cej, ska­zali wszystko, co ist­nieje, na zagładę. Jeśli sami musieli zgi­nąć, chcieli, by wszyst­kich spo­tkał ten sam los. Despe­ra­cja czy zła wola? Być może ani jedno, ani dru­gie. Być może ta rana zadana ośrod­kowi wszech­rze­czy była jedy­nie strasz­li­wym przy­pad­kiem. Co to ma dla nas za zna­cze­nie? Nim to się sta­nie, wszy­scy obró­cimy się już w pył i nie będziemy nic czuć.

- Strzeż się zamar­z­nię­tej krwi, Wither - powie­dział Sil­chas Ruin, nie odwra­ca­jąc się. - Na­dal może cię pochło­nąć.

Z ust widma wyrwał się syczący śmiech.

- Jak żywica mrówkę, tak jest. Ale to takie kuszące, panie.

- Ostrze­głem cię. Jeśli wpad­niesz w pułapkę, nie zdo­łam cię uwol­nić.

Widmo wyprze­dziło ich, sunąc w górę po wyszczer­bio­nych stop­niach.

Seren popra­wiła na ple­cach skó­rzany tor­ni­ster.

- Fen­to­wie nosili zapasy na gło­wach. Szkoda, że ja tak nie potra­fię.

- Kręgi szyjne wbi­jają się w sie­bie, co pro­wa­dzi do chro­nicz­nych bólów - zauwa­żył Sil­chas Ruin.

- Mnie i tak już paskud­nie bolą, więc co to za róż­nica? - Ruszyła w górę. - No wiesz, jako jed­no­po­chwy­cony mógł­byś po pro­stu...

- Nie - odparł, rusza­jąc za nią. - Zmiana budzi zbyt silną żądzę krwi. To smo­czy głód jest źró­dłem mojego gniewu i ten gniew trudno jest powstrzy­mać.

Par­sk­nęła lek­ce­wa­żąco. Nie mogła się powstrzy­mać.

- Bawi cię to, porę­czy­cielko?

- Sca­ban­dari nie żyje. Fear widział jego roz­bitą czaszkę. Wbił ci nóż w plecy, a potem cię uwię­ził, ale teraz jesteś wolny. Mimo to prze­peł­nia cię żądza zemsty. Na kim? Na jakiejś bez­cie­le­snej duszy? Czymś mniej mate­rial­nym niż widmo? Co mogło zostać ze Sca­ban­dariego? Sil­cha­sie Ruin, twoja obse­sja jest żało­sna. Fear Sen­gar przy­naj­mniej pra­gnie cze­goś pozy­tyw­nego. Co prawda, i tak nic nie osią­gnie, bo zapewne uni­ce­stwisz to, co zostało ze Sca­ban­dariego, zanim Fear zdąży z nim poroz­ma­wiać. Zakła­da­jąc, że to w ogóle moż­liwe. - Tiste Andii mil­czał. - Wygląda na to, że jest mi prze­zna­czone być prze­wod­niczką podob­nych wypraw - cią­gnęła Seren. - To cał­kiem jak pod­czas mojej poprzed­niej podróży, która zawio­dła mnie na zie­mie Tiste Edur. Wszy­scy nie­na­wi­dzą się nawza­jem, skry­wają przed sobą sprzeczne motywy. Moje zada­nie było wów­czas pro­ste. Dopro­wa­dzić głup­ców na miej­sce, a potem odsu­nąć się na bok, kiedy wycią­gną noże.

- Porę­czy­cielko, mój gniew jest czymś bar­dziej skom­pli­ko­wa­nym, niż ci się zdaje.

- A co to zna­czy?

- Przy­szłość, jaką widzisz przed nami, jest zbyt pro­sta. Zawiera za mało moż­li­wo­ści. Podej­rze­wam, że gdy dotrzemy do celu, nic nie roze­gra się zgod­nie z two­imi prze­wi­dy­wa­niami. - Chrząk­nęła.

- Potra­fię w to uwie­rzyć. W wio­sce króla-czar­no­księż­nika z pew­no­ścią tak wła­śnie się stało. W końcu kon­se­kwen­cją tych wyda­rzeń był pod­bój Letheru przez Edur.

- Poczu­wasz się do odpo­wie­dzial­no­ści za to?

- Poczu­wam się do odpo­wie­dzial­no­ści za bar­dzo nie­wiele, Sil­cha­sie Ruin. Tyle przy­naj­mniej powinno już być oczy­wi­ste.

Schody były strome, brzegi stopni wytarte i zdra­dziec­kie. W miarę jak się wspi­nali, powie­trze sta­wało się coraz rzad­sze. Po ich lewej stro­nie uno­siła się mgiełka wzbi­ja­jąca się znad wodo­spadu. Huk spa­da­ją­cej wody odbi­jał się od kamieni nie­zli­czo­nymi echami. Potem sta­ro­żytne stop­nie znik­nęły, ustę­pu­jąc miej­sca drew­nia­nej kon­struk­cji two­rzą­cej coś w rodzaju dra­biny wspar­tej na pochy­łej skale.

Poko­naw­szy jedną trze­cią drogi, dotarli do skal­nej półki, gdzie mogli chwilę odpo­cząć. Pośród gruzu zna­leźli tam szczątki metop, gzym­sów wień­czą­cych i fry­zów, ozdo­bio­nych pła­sko­rzeź­bami roz­bi­tymi na tak drobne odłamki, że nie spo­sób było okre­ślić, co na nich wyobra­żono. Suge­ro­wało to, że nad nimi wzno­siła się ongiś cała fasada. Wyżej drew­niane stop­nie prze­cho­dziły w praw­dziwą dra­binę, a po pra­wej, trzy dłu­go­ści ciała męż­czy­zny nad nimi, ział pro­sto­kątny wylot jaskini przy­po­mi­na­jący kształ­tem drzwi.

Udi­naas wpa­try­wał się przez chwilę w ten mroczny otwór. Potem odwró­cił się ku towa­rzy­szom.

- Uwa­żam, że powin­ni­śmy tam wejść.

- Nie ma potrzeby, nie­wol­niku - sprze­ci­wił się Fear Sen­gar. - Droga jest pewna i pro­sta...

- Ale im wyżej wcho­dzimy, tym wię­cej na niej lodu. - Zadłu­żony skrzy­wił się, a potem wybuch­nął śmie­chem. - Ach, widzisz w tym mate­riał na pieśń, nie­praw­daż, Fear? Nie­bez­pie­czeń­stwa, wyrze­cze­nia i chwa­lebne cier­pie­nie, które dopro­wa­dzi cię do hero­icz­nego triumfu. Pra­gniesz, by starcy, któ­rzy byli ongiś two­imi wnu­kami, zbie­rali cały klan wokół ogni­ska, by opo­wie­dzieć histo­rię o samot­nym wojow­niku, który szu­kał swego boga. Pra­wie już sły­szę ich słowa. Mówią o tym, jak dzielny Fear Sen­gar z Hiro­thów wyru­szył w drogę ze świtą pomoc­ni­ków: sie­rotą, upartą lethe­ryj­ską prze­wod­niczką, duchem, nie­wol­ni­kiem i oczy­wi­ście ze swym bia­ło­skó­rym wro­giem. Biała Wrona o srebr­nym języku i jej nie­zli­czone kłam­stwa. To będzie pełen zestaw arche­ty­pów, nie­praw­daż? - Wyjął z tor­ni­stra bukłak z wodą, pocią­gnął długi łyk i otarł usta grzbie­tem dłoni. - Wyobraź sobie jed­nak, że wszyst­kie twoje wysiłki pójdą na marne, jeśli spad­niesz ze śli­skiego szcze­bla w prze­paść głę­boką na pięć­set dłu­go­ści ciała męż­czy­zny i znaj­dziesz haniebną śmierć. Opo­wieść nie tak miała wyglą­dać, ale prze­cież życie nie jest opo­wie­ścią. - Scho­wał bukłak i wło­żył ple­cak z powro­tem na grzbiet. - Roz­go­ry­czony nie­wol­nik wybiera inną drogę na szczyt. To głu­piec, ale... - Uśmiech­nął się do Feara. - W tym epo­sie musi być jakiś morał, tak?

Udi­naas ruszył po szcze­blach na górę. Gdy dotarł do wylotu jaskini, wycią­gnął rękę i zła­pał za kamienną kra­wędź. Za ręką podą­żyła noga. Były nie­wol­nik zba­dał ostroż­nie skalny brzeg czub­kiem obu­tej w moka­syn stopy, po czym ode­pchnął się od dra­biny, obró­cił szyb­kim ruchem wokół wspar­tej na brzegu nodze i sta­nął pew­nie na skale. Cof­nął się o krok, pocią­gnięty przez cię­żar ple­caka, i znik­nął w mroku.

- Nie­źle to zro­bił - zauwa­żył Sil­chas Ruin z nutą weso­ło­ści w gło­sie. Naj­wy­raź­niej roz­ba­wiło go, że nie­wol­nik stroi sobie żarty z zaro­zu­mia­łego Tiste Edur, co nada­wało jego stwier­dze­niu dodat­kowy sens. - Chyba podążę za jego przy­kła­dem.

- Ja też - poparła go Imbryk.

- Zgoda - rze­kła z wes­tchnie­niem Seren Pedac. - Suge­ruję jed­nak, żeby­śmy użyli lin. Nie musimy wszy­scy się popi­sy­wać jak Udi­naas.

***

Oka­zało się, że jaski­nia była ongiś kory­ta­rzem, zapewne pro­wa­dzą­cym na bal­kon. Z chwilą odpad­nię­cia fasady potężne frag­menty ścian popę­kały i poprze­su­wały się, zasty­gł­szy pod naj­roz­ma­it­szymi kątami. A we wszyst­kich szcze­li­nach, które widziała Seren, roiło się od wło­cha­tych nie­to­pe­rzy. Wędrowcy obu­dzili zwie­rzęta i te skrze­czały teraz gło­śno bli­skie paniki. Seren odsta­wiła tor­ni­ster i Udi­naas pod­szedł do niej. W zim­nym powie­trzu jego oddech zamie­niał się w obłoki pary.

- Zapal lampę, porę­czy­cielko - popro­sił. - Kiedy tem­pe­ra­tura spada, dło­nie mi drę­twieją.

Zer­k­nęła nań pyta­jąco.

- Zbyt długo musia­łem je zanu­rzać w lodo­wa­tej wodzie - wyja­śnił, spo­glą­da­jąc na Feara Sen­gara. - Nie­wol­nik Edur nie ma lek­kiego życia.

- Dawano ci jeść - odparł Fear Sen­gar.

- Kiedy w lesie prze­wró­ciło się krwawe drzewo, kazano nam przy­wlec je do wio­ski - zaczął Udi­naas. - Pamię­tasz te czasy, Fear? Zda­rzało się, że pień prze­su­nął się nagle, pośli­znął w bło­cie albo coś w tym rodzaju i miaż­dżył nie­wol­nika. Jeden z zabi­tych słu­żył w twoim domu. Nie pamię­tasz go, prawda? Cóż zna­czy jeden mar­twy nie­wol­nik wię­cej? Gdy coś takiego się zda­rzyło, Edur krzy­czeli gło­śno, że duch drzewa był spra­gniony lethe­ryj­skiej krwi.

- Dość już tego, Udi­naas - ode­zwała się Seren, któ­rej w końcu udało się zapa­lić lampę.

Gdy tylko roz­bły­sło świa­tło, nie­to­pe­rze zerwały się do lotu. Wędrow­ców oto­czyła chmura łopo­czą­cych gwał­tow­nie skrzy­deł. Po kil­ku­na­stu ude­rze­niach serca wszyst­kie stwo­rze­nia ucie­kły.

Porę­czy­cielka wypro­sto­wała się, uno­sząc lampę nad głowę.

Pod­łoże pokry­wała gruba war­stwa cuch­ną­cej, pokry­tej ple­śnią mazi. W guanie roiło się od czerwi i chrząsz­czy.

- Lepiej stąd chodźmy - powie­działa. - Są takie cho­roby...

***

Męż­czy­zna krzy­czał gło­śno, gdy straż­nicy cią­gnęli go za łań­cu­chy pod mur oka­la­jący dzie­dzi­niec. Jego zmiaż­dżone stopy zosta­wiały krwawe ślady na kamien­nej nawierzchni. Z ust więź­nia wyry­wały się oskar­że­nia, słowa bez­sil­nego obu­rze­nia na porzą­dek świata. Lethe­ryj­skiego świata.

Tanal Yathva­nar prych­nął pogar­dli­wie.

- Posłu­chaj go. Cóż za naiw­ność.

Karos Invic­tad, który stał obok na bal­ko­nie, prze­szył go ostrym spoj­rze­niem.

- Jesteś głup­cem, Tanalu Yathva­nar.

- Słu­cham inwi­gi­la­to­rze?

Karos Invic­tad oparł przed­ra­miona na porę­czy, spo­glą­da­jąc z góry na więź­nia. Splótł powoli palce, grube jak tłu­ste robaki rzeczne. Roz­legł się śmiech krą­żą­cej w górze mewy.

- Kto jest naj­po­waż­niej­szą groźbą dla impe­rium, Yathva­nar?

- Fana­tycy - odparł po chwili Tanal. - Tacy jak ten.

- Nie­prawda. Wsłu­chaj się w jego słowa. Jest pewien swych racji. Wie­rzy w bez­pieczną wizję świata, jest prze­ko­nany, że zna wszyst­kie pra­wi­dłowe odpo­wie­dzi. To, że pyta­nia, na które odpo­wia­dają, były wła­ści­wie sfor­mu­ło­wane, jest dla niego oczy­wi­ste samo przez się. Oby­wa­tela, który jest pewien swych racji, można prze­ko­nać, uczy­nić zeń gor­li­wego sojusz­nika naszej sprawy. Wystar­czy się dowie­dzieć, co go naj­bar­dziej prze­raża, a potem pod­sy­cić ogień tego stra­chu, by stra­wił fun­da­menty jego pew­no­ści, i pod­su­nąć mu alter­na­tywny, rów­nie jed­no­znaczny spo­sób patrze­nia na świat. Uczepi się go ze wszyst­kich sił, choćby nawet był zupeł­nie różny od jego dotych­cza­so­wych poglą­dów. Nie, ci, któ­rzy mają pew­ność, nie są naszymi wro­gami. Być może zbłą­dzili na manowce, jak ten na dole, ale zawsze można do nich dotrzeć stra­chem. Trzeba tylko pozba­wić ich opar­cia, jakie znaj­dują w swych wie­rze­niach, i pod­su­nąć im inne, z pozoru rów­nie wia­ry­godne prze­ko­na­nia, które służą naszym inte­re­som. Prę­dzej czy póź­niej z pew­no­ścią uznają je za swoje.

- Rozu­miem.

- Tanalu Yathva­nar, naj­groź­niej­szymi wro­gami są ci, któ­rzy nie mają pew­no­ści. Któ­rzy zadają pyta­nia i reagują na nasze zgrabne odpo­wie­dzi nie­po­wstrzy­ma­nym scep­ty­cy­zmem. Ich pyta­nia zagra­żają nam, pod­wa­żają naszą pozy­cję. Prze­ra­dzają się w... agi­ta­cję. Zro­zum, ci nie­bez­pieczni oby­wa­tele zdają sobie sprawę, że nic nie jest pro­ste. Ich świa­to­po­gląd jest prze­ci­wień­stwem naiw­no­ści. Wie­lo­znacz­ność, jaką wokół sie­bie obser­wują, nauczyła ich pokory i dla­tego sprze­ci­wiają się naszej pro­stej, bez­piecz­nej wizji czarno-bia­łego świata. Yathva­nar, nie mógł­byś znie­wa­żyć takiego oby­wa­tela dotkli­wiej, niż nazy­wa­jąc go naiw­nym. Wpad­nie wtedy w furię, wręcz zanie­mówi... ale po chwili zacznie się zasta­na­wiać, a z jego twa­rzy będziesz mógł wyczy­tać, że zadaje sobie pyta­nie: "Kto wła­ści­wie zwie mnie naiw­nym?". Po chwili odpo­wiedź sta­nie się dla niego oczy­wi­sta. Musi to być ktoś, kto jest pewny swej słusz­no­ści, i z tej pew­no­ści rodzi się aro­gan­cja, pew­ność sie­bie, która pozwala wygła­szać podobne osądy, lek­ce­wa­że­nie pły­nące z wynio­słego szczytu nie­za­chwia­nych prze­ko­nań. Wtedy wła­śnie w oczach twej ofiary roz­bły­śnie świa­tło zro­zu­mie­nia. Uświa­domi sobie, że ma przed sobą swego naj­praw­dziw­szego wroga. I wów­czas pozna strach. A nawet prze­ra­że­nie.

- Inwi­gi­la­to­rze, nasuwa mi się pyta­nie...

- Czy sam jestem pewien słusz­no­ści swych prze­ko­nań? Czy może mnie rów­nież drę­czą pyta­nia i wąt­pli­wo­ści, czy mio­tają mną sza­lone prądy zło­żo­no­ści? - Karos Invic­tad mil­czał przez chwilę. - Jestem pewien tylko jed­nego. Wła­dza kształ­tuje obli­cze świata. Sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. To tylko narzę­dzie, za pomocą któ­rego ten, kto się nim posłu­guje, prze­kształca oto­cze­nie sto­sow­nie do swych... pra­gnień. Rzecz jasna, korzy­sta­nie z wła­dzy ozna­cza wcie­la­nie w życie tyra­nii, która może być bar­dzo sub­telna i deli­katna albo okrutna i bru­talna. Każda wła­dza, przy­wódcy poli­tycz­nego, głowy rodziny i tak dalej, opiera się na groź­bie uży­cia przy­musu wobec wszyst­kich, któ­rzy spró­bują sta­wiać opór. Dowiedz się też, że jeśli przy­mus jest moż­liwy, z pew­no­ścią będzie zasto­so­wany. - Ski­nął dło­nią. - Posłu­chaj tego czło­wieka. Wyko­nuje za mnie moją pracę. Kiedy sie­dzi w lochu, współ­więź­nio­wie słu­chają jego bre­dze­nia, a niektó­rzy przy­łą­czają się do chóru. Straż­nicy zapi­sują wszyst­kich, któ­rzy to zro­bią. Codzien­nie spraw­dzam tę listę, to bowiem są ci, któ­rych mogę pozy­skać. Nato­miast ci, któ­rzy nic nie mówią albo odwra­cają się od niego, muszą umrzeć.

- Dla­tego pozwa­lamy mu wrzesz­czeć - zro­zu­miał Tanal.

- Tak jest. Iro­nia polega na tym, że on rze­czy­wi­ście jest naiwny, choć, rzecz jasna, nie w tym sen­sie, w jakim uży­łeś tego słowa na początku. To wła­śnie pew­ność, którą czuje, świad­czy o jego bez­tro­skiej igno­ran­cji. Dodat­kowa iro­nia tkwi w tym, że oba eks­trema poli­tycz­nego spek­trum cechują się takim samym podej­ściem i posłu­gują iden­tycz­nymi meto­dami, cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla tych, któ­rzy naprawdę wie­rzą. Są bez­li­to­śni dla prze­ciw­ni­ków, nie wahają się przed prze­le­wem krwi w obro­nie swej sprawy, swej wer­sji rze­czy­wi­sto­ści. Nie­na­wi­dzą tych, któ­rzy gło­śno wypo­wia­dają wąt­pli­wo­ści. W końcu scep­ty­cyzm jest maską pogardy, a nic nie rani dotkli­wiej niż pogarda wyra­żana przez tych, któ­rzy nie wie­rzą w nic. Dla­tego my, zwo­len­nicy pew­no­ści, szybko prze­ko­nu­jemy się, że naszym zada­niem jest uni­ce­stwie­nie tych, któ­rzy zadają pyta­nia. A jest to bar­dzo przy­jemne zada­nie...

Tanal Yathva­nar nie odzy­wał się ani sło­wem. Zalał go stru­mień podej­rzeń, ale żad­nego z nich nie potra­fił wyizo­lo­wać, okre­ślić dokład­nie.

- Szybko go osą­dzi­łeś, nie­praw­daż? - cią­gnął Karos Invic­tad. - Ach, twoje pełne pogardy słowa zdra­dziły bar­dzo wiele. Przy­znaję, że roz­ba­wiła mnie wła­sna instynk­towna reak­cja na to, co powie­dzia­łeś. "Naiw­ność". Niech mnie Zbłą­kany, mia­łem ochotę urwać ci głowę gołymi rękami, zde­ka­pi­to­wać cię jak bagienną muchę. Pra­gną­łem ci poka­zać, jak wygląda praw­dziwa pogarda. Moja pogarda dla cie­bie i takich jak ty. Chcia­łem prze­pu­ścić tę twoją nazna­czoną lek­ce­wa­że­niem gębę przez maszynkę do mięsa. Wydaje ci się, że znasz wszyst­kie odpo­wie­dzi? Z pew­no­ścią, bo ina­czej nie osą­dzał­byś tak pośpiesz­nie. Ty żało­sna kre­aturo, pew­nego dnia nie­pew­ność wróci pod twoje drzwi, wle­zie ci do gar­dła i zacznie się wyścig o to, co zjawi się pierw­sze, pokora czy śmierć. Tak czy ina­czej, będę przez krótką chwilę ci współ­czuł. Tym wła­śnie się róż­nimy, nie­praw­daż? Dostar­czono dziś prze­syłkę, tak?

Tanal zamru­gał. To cie­kawe, że wszy­scy znamy żądzę krwi, pomy­ślał i ski­nął głową.

- Tak, inwi­gi­la­to­rze. To nowa łami­główka dla cie­bie.

- Zna­ko­mi­cie. A od kogo?

- Od ano­ni­mo­wego nadawcy.

- To bar­dzo cie­kawe. Czy to część zagadki, czy obawa przed ośmie­sze­niem, kiedy roz­wiążę ją po chwili zasta­no­wie­nia? No cóż, skąd miał­byś to wie­dzieć? Gdzie ona jest?

- Powinni już ją zanieść do two­jego gabi­netu, inwi­gi­la­to­rze.

- Zna­ko­mi­cie. Daj więź­niowi pokrzy­czeć przez resztę popo­łu­dnia, a potem ode­ślij go z powro­tem do lochu.

Tanal pokło­nił się odcho­dzą­cemu Karo­sowi, odcze­kał sto ude­rzeń serca i rów­nież opu­ścił bal­kon.

***

Po krót­kiej chwili zszedł już po krę­tych, kamien­nych scho­dach na naj­niż­szy poziom sta­ro­żyt­nych lochów, do kory­ta­rzy i cel, któ­rych od stu­leci wła­ści­wie nie uży­wano. Nie­dawne powo­dzie zalały ten poziom, a także drugi od dołu. Choć wodę wypom­po­wano, pozo­stały po niej gruba war­stwa iłu oraz silny odór stę­chli­zny. Tanal Yathva­nar ruszył w dół pochy­łym kory­ta­rzem, trzy­ma­jąc w ręku lampę, aż wresz­cie dotarł do pomiesz­cze­nia, które było ongiś główną salą prze­słu­chań. Pełno tu było zagad­ko­wych, prze­rdze­wia­łych mecha­ni­zmów, usta­wio­nych na kamien­nej posadzce albo przy­twier­dzo­nych do ścian. Jedną wielką klatkę, przy­po­mi­na­jącą ramę łoża, zawie­szono pod sufi­tem na gru­bych łań­cu­chach.

Naprze­ciwko wej­ścia ulo­ko­wano kli­no­wate ustroj­stwo wypo­sa­żone w kaj­dany i łań­cu­chy - można było je nacią­gać za pomocą zębatki zamon­to­wa­nej w ścia­nie z boku. Pochyłe łoże zwra­cało się ku środ­kowi pomiesz­cze­nia. Leżała na nim skuta łań­cu­chami kobieta, którą roz­ka­zano mu uwol­nić.

Była przy­tomna. Ośle­piona nagłym bla­skiem odwró­ciła głowę.

Tanal posta­wił lampę na stole obok licz­nych narzę­dzi tor­tur.

- Pora na kar­mie­nie - oznaj­mił.

Kobieta mil­czała.

Sza­no­wana uczona. Gdy­byś zoba­czył ją teraz...

- Wszyst­kie te twoje szumne słowa w osta­tecz­nym roz­ra­chunku znaczną mniej niż pył na wie­trze - dodał.

- Obyś któ­re­goś dnia udła­wił się tym pyłem, mały czło­wieczku - wychry­piała sła­bym gło­sem.

- "Mały" - powtó­rzył z uśmie­chem Tanal. - Chcesz mnie w ten spo­sób zra­nić. To żało­sne.

Pod­szedł do skrzyni usta­wio­nej pod ścianą po pra­wej. Kie­dyś prze­cho­wy­wano w niej zgnia­ta­cze głowy, ale Tanal wyjął wszyst­kie, zastę­pu­jąc je manier­kami z wodą oraz suszo­nym pro­wian­tem.

- Będę musiał przy­nieść kilka wia­der z wodą z mydłem - oznaj­mił, przy­go­to­wu­jąc powoli kola­cję. - To zro­zu­miałe, że musisz się wypróż­niać, ale smród i plamy robią bar­dzo nie­przy­jemne wra­że­nie.

- Och, a więc to cię razi?

Spoj­rzał na nią z uśmie­chem.

- Janath Anar, star­szy wykła­dowca w Impe­rial­nej Aka­de­mii Nauk. Nie­stety nie nauczy­łaś się tam niczego o pra­wach rzą­dzą­cych impe­rium, choć zapewne zmie­niło się to po twoim przy­by­ciu tutaj.

Spoj­rzała na niego z dziw­nie cięż­kim wyra­zem w pod­bi­tych oczach.

- Okresy jaw­nej tyra­nii zda­rzały się na prze­strzeni całej histo­rii, od cza­sów Pierw­szego Impe­rium aż do dziś, mały czło­wieczku. Fakt, że cie­mię­ży­cie­lami są obec­nie Tiste Edur, wła­ści­wie nie zasłu­guje na uwagę. W końcu to wy jeste­ście praw­dzi­wymi opraw­cami. Lethe­ryj­czycy prze­ciw Lethe­ryj­czy­kom. Co wię­cej...

- Co wię­cej, Obrońcy Ojczy­zny są dla Lethe­ryj­czy­ków bło­go­sła­wień­stwem - prze­rwał jej drwią­cym gło­sem Tanal. - Lepiej my niż Edur. My nie aresz­tu­jemy oby­wa­teli na oślep, nie kie­ru­jemy się igno­ran­cją, nasze poczy­na­nia nie są bez­ładne.

- Bło­go­sła­wień­stwem? Naprawdę w to wie­rzysz? - zapy­tała, nie spusz­cza­jąc z niego wzroku. - Edur zupeł­nie o to nie dbają. Ich wodza nie można zabić, a to zna­czy, że nikt nie pod­waży ich pano­wa­nia.

- Wysoki rangą Tiste Edur odwie­dza nas pra­wie codzien­nie.

- Po to, żeby trzy­mać was w ryzach. Was, Tanalu Yathva­nar, nie waszych więź­niów. Cie­bie i tego sza­leńca, Karosa Invic­tada. - Unio­sła głowę. - Cie­kawe, dla­czego orga­ni­za­cjami takimi jak wasza zawsze kie­rują żało­śni nie­udacz­nicy. Małost­kowi psy­cho­tycy i zbo­czeńcy. Rzecz jasna, wszyst­kich w dzie­ciń­stwie prze­śla­do­wali kole­dzy albo drę­czyli wypa­czeni rodzice. Jestem pewna, że mógł­byś mi opo­wie­dzieć strasz­liwe histo­rie o swej nie­szczę­śli­wej mło­do­ści. A teraz ty masz w rękach wła­dzę i to inni będą cier­pieli.

Tanal pod­szedł do kobiety z jedze­niem i manierką wypeł­nioną wodą.

- Na Zbłą­ka­nego, uwol­nij mi cho­ciaż jedną rękę, żebym mogła jeść sama.

- Nie, wolę to robić w ten spo­sób. Czy czu­jesz się upo­ko­rzona, kiedy kar­mię cię jak dziecko?

- Czego ode mnie chcesz? - zapy­tała Janath, gdy wycią­gnął zatyczkę.

Przy­sta­wił manierkę do jej spę­ka­nych warg i przy­glą­dał się, jak kobieta prze­łyka wodę.

- Nie przy­po­mi­nam sobie, żebym powie­dział, że cze­goś chcę - odparł.

Odwró­ciła głowę, kasz­ląc gwał­tow­nie. Woda spły­nęła na jej piersi.

- Przy­zna­łam się do wszyst­kiego - stwier­dziła po chwili. - Masz wszyst­kie moje notatki, wszyst­kie zdra­dziec­kie wykłady o oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści i koniecz­no­ści współ­czu­cia...

- Tak jest, twój moralny rela­ty­wizm.

- Odrzu­cam wszelki rela­ty­wizm, mały czło­wieczku. Wie­dział­byś o tym, gdyby chciało ci się prze­czy­tać te notatki. Spe­cy­ficzne cechy danej kul­tury nie są uspra­wie­dli­wie­niem dla oczy­wi­stej nie­spra­wie­dli­wo­ści bądź nie­rów­no­ści. Sta­tus quo nie jest świę­to­ścią. Nie jest ołta­rzem, który należy zle­wać rze­kami krwi. Tra­dy­cja i oby­czaje nie sta­no­wią argu­men­tów...

- Na Białą Wronę, kobieto, widać, że jesteś wykła­dowcą. Wola­łem, kiedy byłaś nie­przy­tomna.

- To zbij mnie do nie­przy­tom­no­ści po raz kolejny.

- Nie­stety nie mogę tego zro­bić. Roz­ka­zano mi cię uwol­nić.

Przyj­rzała mu się uważ­nie, a potem odwró­ciła trwoż­nie wzrok.

- Byłam nie­ostrożna - mruk­nęła.

- Dla­czego?

- O mały włos dała­bym się nabrać. Przy­nęta nadziei. Gdy­byś miał mnie uwol­nić, ni­gdy byś mnie tu nie przy­pro­wa­dził. Nie, mam być twoją pry­watną ofiarą, a ty moim oso­bi­stym kosz­ma­rem. Z cza­sem łań­cu­chy skują cię rów­nie mocno jak mnie.

- Psy­cho­lo­gia ludz­kiego umy­słu - mruk­nął Tanal, wpy­cha­jąc jej do ust nasiąk­nięty tłusz­czem chleb. - To twoja spe­cjal­ność. Potra­fisz wyczy­tać treść mojego życia z równą łatwo­ścią, z jaką czy­ta­ła­byś zwój. Chcesz mnie w ten spo­sób prze­stra­szyć?

Prze­żuła kęs i prze­łknęła go z wysił­kiem.

- Wła­dam znacz­nie groź­niej­szą bro­nią, mały czło­wieczku.

- A mia­no­wi­cie jaką?

- Zakra­dam się do two­jej głowy. Spo­glą­dam na świat two­imi oczyma. Pły­wam w stru­mie­niach two­ich myśli. Stoję nad tym łożem gwałtu i widzę przy­kute do niego, uwa­lane odcho­dami stwo­rze­nie. Stop­niowo zaczy­nam cię rozu­mieć. To kon­takt bar­dziej intymny niż akt miło­sny, mały czło­wieczku. Wszyst­kie twoje tajem­nice zni­kają. Jeśli chcesz wie­dzieć, robię to rów­nież teraz. Słu­cham wła­snych słów razem z tobą, czuję ucisk w two­jej piersi, dziwny dreszcz, który prze­szywa twoją skórę, choć prze­cież się pocisz. Nagły strach, gdy sobie uświa­da­miasz, jak bar­dzo się przede mną odsło­ni­łeś...

Ude­rzył ją tak mocno, że głowa odsko­czyła na bok, a z ust popły­nęła krew. Janath kaszl­nęła i splu­nęła raz, a potem drugi. Oddech miała płytki i chra­pliwy.

- Wzno­wimy posi­łek póź­niej - oznaj­mił Tanal, sta­ra­jąc się, by jego głos niczego nie wyra­żał. - W naj­bliż­szych dniach i tygo­dniach będziesz miała oka­zję sobie pokrzy­czeć, Janath, ale zapew­niam cię, że two­ich krzy­ków nikt nie usły­szy.

Z jej ust wyrwał się dziwny, ury­wany dźwięk.

Po chwili Tanal uświa­do­mił sobie, że to śmiech.

- Potra­fisz oka­zać odwagę - przy­znał ze szcze­rym uzna­niem. - Być może z cza­sem rze­czy­wi­ście cię uwol­nię. Jesz­cze nie pod­ją­łem decy­zji. Jestem pewien, że to rozu­miesz.

Ski­nęła głową.

- Ty aro­gancka suko - wark­nął.

Znowu się roze­śmiała.

Ruszył ku drzwiom.

- Niech ci się nie zdaje, że zosta­wię lampę.

Ści­gał go jej śmiech, ostry jak roz­bite szkło.

***

Piękna karoca zdo­biona pole­ro­wa­nym krwa­wym drew­nem zatrzy­mała się z boku głów­nej alei Drene. Mię­dzy jej wyso­kimi kołami pły­nęły w otwar­tym rynsz­toku nie­czy­sto­ści. Cztery białe jak śnieg konie stały ze smęt­nie zwie­szo­nymi łbami, zmę­czone nie­zwy­kłym o tej porze roku upa­łem. Na wprost przed nimi znaj­do­wał się łuk bramy, a dalej cią­gnął się labi­rynt Wiel­kiego Rynku, ogrom­nego bul­waru wypeł­nio­nego stra­ga­nami, wozami, zwie­rzę­tami gospo­dar­skimi oraz tłu­mami ludzi.

Prze­pływ bogactw, kako­fo­nia gło­sów, nie­zli­czone, wycią­gnięte chci­wie ręce - wszystko to prze­cią­żało swym napo­rem zmy­sły Brohla Han­dara, który sie­dział w bez­piecz­nej, luk­su­so­wej kare­cie. Dobie­ga­jący z rynku zgiełk oraz zmie­rza­jące w obie strony tłumy koja­rzyły się nad­zorcy z reli­gij­nym fer­wo­rem. Czuł się jak na bar­dziej sza­lo­nej wer­sji pogrzebu Tiste Edur. Zamiast kobiet wyra­ża­ją­cych ryt­micz­nym stę­ka­niem swą żałobę byli tu poga­nia­cze pędzący przez tłum pory­ku­jące zwie­rzęta. Zamiast krzy­ków mło­dzień­ców, któ­rzy bro­dzi­liby w zabar­wio­nym krwią przy­boju, okła­da­jąc fale paga­jami, było sły­chać stu­kot kół wozów oraz prze­ni­kliwe nawo­ły­wa­nia han­dla­rzy. Uno­szący się nad wio­ską Edur dym stosu pogrze­bo­wego i palo­nych na nim ofiar zastę­po­wał gęsty odór zło­żony z tysiąca roz­ma­itych ele­men­tów. Odchody, koń­ski mocz, pie­czone mięso, jarzyny i ryby, nie­wy­pra­wione skóry myri­dów i gar­bo­wane skóry rodar, gni­jące resztki oraz środki odu­rza­jące o mdłym, słod­ka­wym zapa­chu.

Lethe­ryj­czycy nie mieli zwy­czaju rzu­cać do morza cen­nych ofiar. Kły dłu­go­zę­bych fok stały oparte o półki niczym zęby jakichś drew­nia­nych narzę­dzi tor­tur. Na innych stra­ga­nach można było zna­leźć te same kły wyrzeź­bione w tysiące róż­nych kształ­tów, czę­sto naśla­du­ją­cych przed­mioty kultu Edur, Jhec­ków albo Fen­tów. Wyko­ny­wano z nich też pionki do roz­ma­itych gier. Gła­dzony bursz­tyn był ozdobą, nie świę­tymi łzami uwię­zio­nego zmierz­chu, z krwa­wego drewna pro­du­ko­wano zaś miski, kubki i przy­bory kuchenne.

Albo zdo­biono nim eks­tra­wa­ganc­kie karety.

Nad­zorca obser­wo­wał przez szparę mię­dzy zasło­nami krą­żące po ulicy tłumy. Od czasu do czasu poja­wiali się wśród nich Tiste Edur, prze­ra­sta­jący o głowę więk­szość Lethe­ryj­czy­ków. Brohl odno­sił wra­że­nie, że dostrzega w ich but­nych, nie­prze­nik­nio­nych obli­czach wyraz lek­kiego zdzi­wie­nia. W oczach pew­nego członka ple­mien­nej star­szy­zny - ubra­nego z eks­tra­wa­ganc­kim prze­py­chem i noszą­cego na pal­cach mnó­stwo pier­ścieni - któ­rego znał oso­bi­ście, zauwa­żył jed­nak błysk chci­wo­ści.

Zmianę rzadko wybiera się świa­do­mie. Na ogół przy­bywa ona powoli i nie­po­strze­że­nie. Co prawda, Lethe­ryj­czy­ków spo­tkał szok, jakim była klę­ska ich armii, śmierć króla oraz poja­wie­nie się nowej klasy rzą­dzą­cej, ale nawet te nie­spo­dzie­wane nie­po­wo­dze­nia by­naj­mniej nie oka­zały się tak kata­stro­falne, jak można by przy­pusz­czać. Więzi utrzy­mu­jące Lether w cało­ści były wytrzy­małe. Brohl uświa­da­miał sobie teraz, że są one znacz­nie sil­niej­sze, niżby się zda­wało. Naj­bar­dziej nie­po­ko­iła go jed­nak łatwość, z jaką owa paję­czyna opla­tała wszyst­kich, któ­rzy zna­leźli się w jej zasięgu.

Ten dotyk jest zatruty, ale tru­ci­zna nie zabija od razu, jedy­nie osza­ła­mia. Jest słodka, lecz z cza­sem może się oka­zać śmier­telna. Tak wła­śnie działa... wygoda.

Dostrze­gał jed­nak wyraź­nie, że nie jest ona dostępna dla wszyst­kich. W grun­cie rze­czy mogła sobie na nią pozwo­lić nie­po­ko­jąco mała garstka. Ci, któ­rzy posia­dali bogac­twa, chęt­nie się nimi popi­sy­wali, ale ta osten­ta­cja pod­kre­ślała dodat­kowo fakt, że sta­no­wią zde­cy­do­waną mniej­szość. Uświa­do­mił sobie jed­nak, że podobny brak rów­no­wagi jest konieczny. Nie wszy­scy mogli być bogaci. Sys­tem by na to nie pozwo­lił, gdyż wła­dza i przy­wi­leje, które zapew­niał, z natury rze­czy przy­pa­dały tylko nie­licz­nym.

Nie­rów­ność jest konieczna. W prze­ciw­nym razie, któż ceniłby wła­dzę, któż pra­gnąłby przy­wi­le­jów? Żeby mogli ist­nieć bogaci, potrzebni są ubo­dzy. W dodatku tych dru­gich musi być wię­cej.

To były pro­ste zasady i, żeby je pojąć, wystar­czała zwy­kła obser­wa­cja. Brohl Han­dar nie był obda­rzony wybit­nym inte­lek­tem. Od chwili przy­by­cia do Drene codzien­nie coś przy­po­mi­nało mu o tym nie­do­statku. Nie miał też doświad­cze­nia w spra­wo­wa­niu wła­dzy i nie posia­dał zbyt wielu umie­jęt­no­ści przy­dat­nych na jego nowym sta­no­wi­sku.

Fak­tor, Letur Anict, pro­wa­dził nie­ofi­cjalną wojnę z ple­mio­nami miesz­ka­ją­cymi za gra­nicą impe­rium. Wyko­rzy­sty­wał impe­rialne woj­ska, by ukraść tubyl­com zie­mie i utrwa­lić swe pano­wa­nie nad nimi. Cały ten prze­lew krwi nie miał żad­nego uza­sad­nie­nia. Cho­dziło wyłącz­nie o zysk. Brohl Han­dar nie wie­dział jed­nak, co wła­ści­wie mógłby w tej spra­wie zro­bić. Napi­sał dla cesa­rza długi raport, opi­su­jący ze szcze­gó­łami sytu­ację w Drene. Raport ów na­dal pozo­sta­wał w jego posia­da­niu, Brohl zaczął bowiem podej­rze­wać, że gdyby wysłał go do Lethe­ras, list nie dotarłby do Rhu­lada ani do żad­nego z dora­dza­ją­cych mu Edur. Lethe­ryj­ski kanc­lerz, Tri­ban Gnol, naj­wy­raź­niej wie­dział o poczy­na­niach Letura Anicta i być może nawet pozo­sta­wał z nim w zmo­wie. Suge­ro­wało to ist­nie­nie roz­le­głej paję­czyny ukry­tych powią­zań, któ­rej nie zaszko­dziły rządy Edur. Na razie Brohl Han­dar miał tylko podej­rze­nia, wska­zówki suge­ru­jące ist­nie­nie owej sza­rej sieci wła­dzy. Jed­nym z jej ele­men­tów z pew­no­ścią było sto­wa­rzy­sze­nie boga­tych lethe­ryj­skich rodzin, Powier­nic­two Wol­no­ści. Nie­wy­klu­czone, że owa orga­ni­za­cja była nawet ser­cem ukry­tej paję­czyny, nie mógł jed­nak być tego pewien.

Brohl Han­dar, drobny szlach­cic Tiste Edur, nie­dawno mia­no­wany nad­zorcą nie­wiel­kiego mia­sta poło­żo­nego w odle­głym zakątku impe­rium, świet­nie zda­wał sobie sprawę, że nie może rzu­cić wyzwa­nia orga­ni­za­cji tak potęż­nej, jak Powier­nic­two Wol­no­ści. Zro­dziło się w nim nawet podej­rze­nie, że wszyst­kie ple­miona Tiste Edur roz­pro­szone po roz­le­głej kra­inie są jedy­nie pianą nie­sioną obo­jęt­nym nur­tem głę­bo­kiej, ospa­łej rzeki.

Ale był jesz­cze cesarz.

Praw­do­po­dob­nie obłą­kany.

Brohl nie wie­dział, do kogo się zwró­cić. Nie potra­fił nawet odgad­nąć czy to, co odkrył, rze­czy­wi­ście jest tak nie­bez­pieczne, jak się wydaje.

Nagle zasko­czyło go jakieś poru­sze­nie przy bra­mie. Pochy­lił się i wyj­rzał przez szcze­linę mię­dzy zasło­nami.

Kogoś aresz­to­wano. Ludzie pośpiesz­nie umy­kali od dwóch nie­po­zor­nych Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy oparli ofiarę twa­rzą o jeden z fila­rów bramy. Nie było sły­chać gło­śnych oskar­żeń ani roz­pacz­li­wych zaprze­czeń. Mil­cze­nie agen­tów Obroń­ców Ojczy­zny oraz więź­nia dziw­nie wstrzą­snęło nad­zorcą. Mogłoby się wyda­wać, że szcze­góły są dla nich obo­jętne.

Jeden z agen­tów zre­wi­do­wał zatrzy­ma­nego, szu­ka­jąc broni, a gdy jej nie zna­lazł, odpiął od pasa nie­szczę­śnika skó­rzany mie­szek i zaczął grze­bać w jego zawar­to­ści. Drugi cały czas przy­ci­skał więź­nia do zdob­nej kolumny. Poli­czek zatrzy­ma­nego roz­płasz­czył się na pokry­wa­ją­cej sze­roki słup o kwa­dra­to­wym prze­kroju pła­sko­rzeź­bie, przed­sta­wia­ją­cej jakieś dawne triumfy Impe­rium Lethe­ryj­skiego. Brohl Han­dar podej­rze­wał, że żaden z trzech męż­czyzn nie dostrzega zawar­tej w tym iro­nii.

Z pew­no­ścią oskarżą go o nawo­ły­wa­nie do buntu. Tak działo się zawsze. Ale buntu prze­ciwko czemu? Nie prze­ciwko obec­no­ści Tiste Edur. To byłoby bez­przed­mio­towe, a poza tym wła­ści­wie nie było żad­nych ata­ków na nich. Przy­naj­mniej Brohl Han­dar nic o tym nie sły­szał. A więc... prze­ciwko czemu? Czy raczej komu? Zadłu­żeni ist­nieli zawsze. Nie­któ­rym uda­wało się uwol­nić od długu, ale było ich nie­wielu. Ist­niały sekty sku­pia­jące się na przy­czy­nach poli­tycz­nego bądź spo­łecz­nego nie­za­do­wo­le­nia. Wiele z nich rekru­to­wało człon­ków spo­śród wydzie­dzi­czo­nych resz­tek pod­bi­tych ple­mion: Fen­tów, Nere­ków, Tar­the­nali i tak dalej. Jed­nakże po pod­boju przez Edur więk­szość tych sekt się roz­pa­dła albo ich wyznawcy ucie­kli za gra­nicę. Nawo­ły­wa­nie do buntu. To oskar­że­nie miało za zada­nie uci­szyć debatę. Gdzieś musiała się znaj­do­wać lista akcep­to­wa­nych prze­ko­nań, skła­da­ją­cych się na orto­dok­syjną dok­trynę. A może dzia­łał tu jakiś bar­dziej pod­stępny mecha­nizm?

Ktoś zadra­pał w drzwi karety, które zaraz potem się otwo­rzyły.

Brohl Han­dar przyj­rzał się sto­ją­cej na stop­niu postaci. Cały wehi­kuł prze­chy­lił się na bok od cię­żaru przy­by­sza.

- Pro­szę, Orbyn, wejdź.

Mię­śnie Orbyna zwa­nego Poszu­ki­wa­czem Prawdy osła­bły od lat leni­stwa, twarz miał pulchną, a policzki cięż­kie i obwi­słe. Pocił się nie­ustan­nie, bez względu na tem­pe­ra­turę, jakby jakieś wewnętrzne ciśnie­nie spra­wiało, że zawarte w jego umy­śle tok­syny wypły­wały na zewnątrz przez skórę. Dowódca miej­sco­wego oddziału Obroń­ców Ojczy­zny był naj­po­dlej­szą, naj­nędz­niej­szą kre­aturą, jaką Brohl Han­dar kie­dy­kol­wiek spo­tkał.

- Zja­wi­łeś się w samą porę - powie­dział Tiste Edur, gdy Orbyn wszedł do karety i usiadł naprze­ciwko niego. Wnę­trze wypeł­nił ostry odór potu. - Nie mia­łem poję­cia, że oso­bi­ście nad­zo­ru­jesz codzienne poczy­na­nia swych agen­tów.

Orbyn roz­cią­gnął w uśmie­chu wąskie wargi.

- Odkry­li­śmy pewne infor­ma­cje, które mogą cię zain­te­re­so­wać, nad­zorco.

- Kolejny z two­ich nie­ist­nie­ją­cych spi­sków?

Uśmiech na mgnie­nie oka stał się szer­szy.

- Jeśli mówisz o Sprzy­się­że­niu Bol­kan­dyj­skim, to, nie­stety, odpo­wiada za nie Powier­nic­two Wol­no­ści. Ta infor­ma­cja doty­czy two­jego ludu.

Mojego ludu.

- Mów.

Brohl Han­dar cze­kał cier­pli­wie. Agenci odpro­wa­dzali już więź­nia. Tłum znowu ruszył ulicą, omi­ja­jąc ich ostroż­nie.

- Na zachód od Nie­bie­skiej Róży zauwa­żono grupę ucie­ki­nie­rów. Dwóch Tiste Edur, jeden z nich jest bia­ło­skóry. Mam wra­że­nie, że to ktoś, kogo zwą Biała Wrona. Swoją drogą to dla Lethe­ryj­czy­ków bar­dzo nie­po­ko­jący pseu­do­nim. - Zamru­gał ospale. - Towa­rzy­szy im troje Lethe­ryj­czy­ków, dwie kobiety oraz zbie­gły nie­wol­nik z tatu­ażami wska­zu­ją­cymi na to, że był wła­sno­ścią ple­mie­nia Hiro­thów.

Brohl poczuł nagły ucisk w piersi, ale pil­no­wał się, by jego twarz niczego nie wyra­żała.

To nie twój inte­res.

- Czy wiesz, gdzie dokład­nie się znaj­dują?

- Zmie­rzali na wschód, w stronę gór. Są tam trzy prze­łę­cze, ale o tak wcze­snej porze można przejść tylko przez dwie z nich.

Brohl Han­dar ski­nął z namy­słem głową.

- Cesar­scy k'risnani rów­nież są w sta­nie w przy­bli­że­niu okre­ślić ich poło­że­nie. Wszyst­kie prze­łę­cze są strze­żone. - Prze­rwał na chwilę. - Sytu­acja roz­wija się zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Han­nana Mosaga.

Ciemne oczy Orbyna spo­glą­dały na Brohla spod zwa­łów tłusz­czu.

- To przy­po­mina mi, jak sku­teczne są dzia­ła­nia Edur.

I bar­dzo dobrze.

- Obrońcy Ojczy­zny chcie­liby zadać kilka pytań doty­czą­cych bia­ło­skó­rego Tiste Edur zwa­nego Białą Wroną - cią­gnął Poszu­ki­wacz Prawdy. - Z jakiego ple­mie­nia pocho­dzi?

- Z żad­nego. Nie jest Tiste Edur.

- Ach, to mnie dziwi. Jego opis...

Brohl Han­dar mil­czał.

- Nad­zorco, czy możemy w czymś pomóc?

- W tej chwili nie jest to konieczne - odparł Brohl.

- Bar­dzo mnie cie­kawi, dla­czego do tej pory nie zatrzy­ma­li­ście zbie­gów. Moje źró­dła suge­rują, że ten Tiste Edur to nie kto inny, jak Fear Sen­gar, brat cesa­rza.

- Jak już mówi­łem, prze­łę­cze są strze­żone.

- Ach, więc zaci­ska­cie już sieć.

Brohl Han­dar się uśmiech­nął.

- Orbyn, wspo­mi­na­łeś przed­tem, że sprawą Sprzy­się­że­nia Bol­kan­dyj­skiego zaj­muje się Powier­nic­two Wol­no­ści. Czyż­byś chciał mnie prze­ko­nać, że Obrońcy Ojczy­zny nie są nią zain­te­re­so­wani?

- By­naj­mniej. Powier­nic­two regu­lar­nie korzy­sta z naszej sieci agen­tów...

- I z pew­no­ścią was za to wyna­gra­dza.

- Oczy­wi­ście.

- Mam wra­że­nie...

Orbyn uniósł rękę, prze­chy­la­jąc głowę.

- Będę cię musiał prze­pro­sić, nad­zorco. Sły­szę alarmy.

Wstał z gło­śnym stęk­nię­ciem i wysiadł z karety.

Zdzi­wiony Brohl nie ode­zwał się ani sło­wem. Gdy Lethe­ryj­czyk zamknął za sobą drzwiczki, nad­zorca się­gnął do skrytki, wyjął z niej tkany wore­czek wypeł­niony won­nymi tra­wami i przy­ci­snął go do twa­rzy. Pocią­gnął sznu­rek, każąc woź­nicy zła­pać za lejce. Kareta ruszyła z nagłym szarp­nię­ciem. Brohl także już sły­szał roz­brzmie­wa­jące gorącz­kową kako­fo­nią alarmy. Pochy­lił się do tuby gło­so­wej.

- Jedź do tych dzwo­nów, woź­nico - roz­ka­zał. - Ale bez pośpie­chu - dodał po chwili waha­nia.

***

Na dreń­ski gar­ni­zon skła­dał się pełen tuzin kamien­nych budyn­ków wznie­sio­nych na niskim wzgó­rzu na pół­noc od cen­trum mia­sta. Zbro­jow­nia, staj­nie, koszary i kwa­tera główna były sil­nie ufor­ty­fi­ko­wane, choć całego kom­pleksu nie ota­czał mur. Przed stu­le­ciami Drene było pań­stwem-mia­stem, ale w trak­cie dłu­go­trwa­łej wojny z Awlami znę­kany król wezwał na pomoc lethe­ryj­skie woj­ska, które poko­nały koczow­ni­ków. Po kilku dzie­się­cio­le­ciach odkryto dowody, że cały kon­flikt był rezul­ta­tem lethe­ryj­skich mani­pu­la­cji. Tak czy ina­czej, lethe­ryj­skie oddziały nie opu­ściły już mia­sta. Król przy­jął tytuł wezyra, ale potem i on sam, i cała jego dyna­stia zgi­nęli w serii tra­gicz­nych wypad­ków. Wszystko to było już jed­nak histo­rią i nie obcho­dziło nikogo.

Od placu ape­lo­wego odcho­dziły cztery główne aleje. Ta, która bie­gła na pół­noc, łączyła się z Drogą Bramną, pro­wa­dzącą do murów miej­skich i Pół­noc­nego Traktu Przy­brzeż­nego, naj­mniej uczęsz­cza­nego z trzech lądo­wych szla­ków wio­dą­cych do mia­sta.

W chłod­nym cie­niu bal­konu wspa­nia­łej rezy­den­cji usy­tu­owa­nej przy pół­noc­nej alei tuż za zbro­jow­nią przy­sta­nęła niska, gibka postać. Roz­po­ście­rał się stam­tąd wspa­niały widok na wszyst­kie strony. Obli­cze nie­zna­jo­mego skry­wał kap­tur z samo­działu, ale gdyby komuś chciało przyj­rzeć mu się uważ­niej, zauwa­żyłby ze zdu­mie­niem kar­ma­zy­nowe łuski widoczne tam, gdzie powinna być twarz, oraz oczy ukryte w czar­nych szcze­li­nach. Postać miała jed­nak w sobie coś, co spra­wiało, że nie przy­cią­gała uwagi. Prze­chod­nie odwra­cali spoj­rze­nia, z reguły nawet nie zauwa­ża­jąc, że w cie­niu ktoś stoi.

Męż­czy­zna zja­wił się tam tuż przed świ­tem, a było już późne popo­łu­dnie. Cały czas obser­wo­wał z uwagą gar­ni­zon. Posłańcy wcho­dzili do budynku dowódz­twa i opusz­czali go, zja­wiło się też kilku szla­chet­nie uro­dzo­nych kup­ców, któ­rzy kupo­wali konie, złom, sio­dła oraz inne towary. Przy­glą­dał się skó­rom zdo­bią­cym okrą­głe tar­cze lan­sje­rów. Roz­płasz­czone twa­rze pociem­niały, nabie­ra­jąc fio­le­towo-ochro­wego koloru. Tatu­aże zro­biły się od tego sub­telne i dziw­nie piękne.

Póź­nym popo­łu­dniem, gdy cie­nie sta­wały się coraz dłuż­sze, męż­czy­zna zauwa­żył dwóch Lethe­ryj­czy­ków, któ­rzy po raz drugi poja­wili się w jego polu widze­nia. Ich obo­jęt­ność przy­cią­gnęła jego uwagę. Coś powie­działo zakap­tu­rzo­nemu męż­czyź­nie, że pora opu­ścić to miej­sce.

Gdy tylko go minęli, zmie­rza­jąc ulicą na zachód, wyszedł z cie­nia i podą­żył za nimi, szybko i bez­sze­lest­nie. Wyczu­wał ich nagle sku­pioną uwagę i być może rów­nież coś przy­po­mi­na­ją­cego nie­po­kój. Nim zdą­żył ich dogo­nić, skrę­cił w prawo, w zaułek pro­wa­dzący na pół­noc.

Po pięt­na­stu kro­kach zna­lazł ciemną niszę, w któ­rej mógł się scho­wać. Zsu­nął płaszcz i owią­zał go sobie wokół pasa, uwal­nia­jąc ręce.

Po kil­ku­na­stu ude­rze­niach serca usły­szał ich kroki.

Minęli go, posu­wa­jąc się ostroż­nie naprzód. Trzy­mali w rękach noże. Jeden szep­nął coś do dru­giego i obaj zwol­nili.

Wycho­dząc z kry­jówki, męż­czy­zna celowo zaszu­rał prawą nogą.

Obaj Lethe­ryj­czycy odwró­cili się bły­ska­wicz­nie.

Awl'dań­ski bicz zwany cada­ra­nem roz­wi­nął się z cichym świ­stem. Gruby rze­mień nabi­jany na całej dłu­go­ści ostrymi jak szty­lety sier­po­wa­tymi ostrzami wiel­ko­ści monet prze­szył powie­trze, muska­jąc gar­dła obu Lethe­ryj­czy­ków. Try­snęła krew.

Obaj osu­nęli się na zie­mię. Krew zbru­kała brudne kocie łby. Z tego po lewej wypły­wało jej wię­cej. Męż­czy­zna pod­szedł do dru­giej ofiary, wyjął nóż i wbił go szty­chem w gar­dło. Następ­nie wpraw­nym ruchem zdarł z Lethe­ryj­czyka twarz razem z mię­śniami, skórą i wło­sami. Potem powtó­rzył ten sam maka­bryczny rytuał z pierw­szym zabi­tym.

Dwóch agen­tów Obroń­ców Ojczy­zny mniej.

Rzecz jasna, oni zawsze pra­co­wali trój­kami. Trzeci podą­żał za pierw­szymi dwoma, trzy­ma­jąc się na dystans.

W gar­ni­zo­nie wsz­częto alarm. W prze­sy­co­nym pyłem powie­trzu nad budyn­kami poniósł się prze­ni­kliwy dźwięk dzwo­nów.

Męż­czy­zna ukrył okropne tro­fea pod luźną koszulą z wełny rodar, którą nosił na kol­czu­dze, i ruszył w stronę pół­noc­nej bramy.

U wylotu zaułka poja­wiła się dru­żyna straży miej­skiej, pię­ciu lethe­ryj­skich żoł­nie­rzy w zbro­jach i heł­mach. Wszy­scy mieli krót­kie mie­cze i tar­cze.

Ujrzaw­szy ich, męż­czy­zna zerwał się do biegu. W lewej ręce trzy­mał cada­ran, a prawą uwol­nił ryg­thę - topór o sier­po­wa­tych ostrzach - którą miał przy­tro­czoną rze­mie­niami do pasa. Do obu koń­ców gru­bego jak kość udowa doro­słego męż­czy­zny trzonka przy­twier­dzono sier­po­wate żela­zne ostrza dłu­go­ści trzech czwar­tych okręgu, umiesz­czone pod kątem pro­stym do sie­bie. Cada­ran i ryg­tha: sta­ro­żytne bro­nie Awli. Już od z górą stu­le­cia nikt w ple­mio­nach nie potra­fił się nimi posłu­gi­wać.

To zna­czyło, że straż­nicy ni­gdy dotąd nie zetknęli się z taką bro­nią.

W odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków od pierw­szych trzech zbroj­nych męż­czy­zna strze­lił z bicza. Rze­mień bły­ska­wicz­nie zakre­ślił poziomą ósemkę. Roz­le­gły się krzyki. Try­snęła krew, która w ciem­nym zaułku wyda­wała się nie­mal czarna. Dwaj Lethe­ryj­czycy zato­czyli się do tyłu.

Gibki, żyla­sty męż­czy­zna dopadł ostat­niego ze straż­ni­ków bie­gną­cych w pierw­szym sze­regu. Prze­su­nął prawą dło­nią wzdłuż trzonka, wsu­wa­jąc go pod przed­ra­mię, a potem uniósł broń, blo­ku­jąc despe­rac­kie cię­cie mie­czem. Następ­nie Awl uniósł gwał­tow­nie łokieć i prawe ostrze topora wbiło się w twarz żoł­nie­rza tuż pod kra­wę­dzią hełmu, prze­bi­ja­jąc nos i kość czo­łową, nim dotarło do mięk­kiego mózgu. Ostro zakoń­czona broń wysu­nęła się z łatwo­ścią na zewnątrz. Awl prze­sko­czył nad pada­ją­cym prze­ciw­ni­kiem i zamach­nął się biczem nad głową. Rze­mień prze­szył ze świ­stem powie­trze i owi­nął się wokół szyi czwar­tego Lethe­ryj­czyka. Zbrojny krzyk­nął i wypu­ścił miecz z rąk, pró­bu­jąc zerwać śmier­cio­no­śne sploty. Awl przy­kuc­nął, prze­su­nął dłoń wzdłuż trzonka ku pod­sta­wie pra­wego ostrza i ciął gwał­tow­nie pią­tego straż­nika. Ten uniósł tar­czę, ale było już za późno. Topór tra­fił go mię­dzy oczy.

Awl szarp­nął biczem, deka­pi­tu­jąc poprzed­niego Lethe­ryj­czyka.

Potem wypu­ścił rączkę cada­ranu, wziął ryg­thę w obie ręce, pod­szedł do ostat­niego ze zbroj­nych i zmiaż­dżył mu trzon­kiem tcha­wicę.

Pod­niósł bicz i ruszył przed sie­bie.

Po pra­wej było sły­chać nad­jeż­dża­ją­cych lan­sje­rów. Po lewej, w odle­gło­ści pięć­dzie­się­ciu kro­ków, miał bramę. Roiło się tam od straż­ni­ków i wszy­scy zwra­cali głowy ku niemu.

Pobiegł pro­sto w ich stronę.

***

Atri-preda Bivatt oso­bi­ście prze­jęła dowódz­two nad plu­to­nem lan­sje­rów. Spięła konia do galopu i ruszyła tro­pem rzezi. Dwu­dzie­stu jeźdź­ców podą­żało za nią.

Dwaj agenci Obroń­ców Ojczy­zny w zaułku. Pię­ciu straż­ni­ków miej­skich u jego wylotu.

Wyje­chała na ulicę i skie­ro­wała wierz­chowca w lewo. Zbli­ża­jąc się do bramy, wycią­gnęła miecz.

Wszę­dzie walały się ciała. Co naj­mniej dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy i tylko dwóch wyglą­dało na jesz­cze żywych. Bivatt gapiła się na to ze zdu­mie­niem. Pod zbroją zle­wał ją zimny pot. Było tu pełno krwi. Na bruku, na murach i na samej bra­mie. Odcięte koń­czyny. Smród opróż­nio­nych kiszek, wyprute wnętrz­no­ści. Jeden z ran­nych wrzesz­czał prze­raź­li­wie, mio­ta­jąc głową na boki. Odcięto mu obie dło­nie.

Tuż za bramą leżały cztery konie z jeźdź­cami. Obłoki pyłu suge­ro­wały, że reszta plu­tonu ściga nie­przy­ja­ciela.

Drugi z oca­la­łych żoł­nie­rzy powlókł się ku niej. Obe­rwał w głowę. Hełm miał wgnie­ciony, a po twa­rzy i szyi spły­wała mu krew. Jego oczy prze­peł­niała groza. Otwo­rzył usta, ale nie był w sta­nie nic powie­dzieć.

Bivatt ponow­nie rozej­rzała się po oko­licy.

- Weź plu­ton i ruszaj w pościg za nimi - roz­ka­zała swemu finad­dowi. - Wycią­gnij­cie broń, do cho­lery! - Spoj­rzała ze zło­ścią na ran­nego. - Ilu ich było?

Męż­czy­zna roz­dzia­wił usta.

Zja­wili się kolejni straż­nicy. Do wrzesz­czą­cego męż­czy­zny, który stra­cił ręce, pod­biegł cyru­lik.

- Sły­sza­łeś moje pyta­nie? - wysy­czała Bivatt.

Ski­nął głową.

- Jeden - odparł. - To był tylko jeden czło­wiek, atri-predo.

Jeden? To śmieszne.

- Opisz go!

- Łuski. Na twa­rzy miał łuski. Czer­wone jak krew!

Jeź­dziec z jej oddziału wró­cił z wie­ściami.

- Wszy­scy żoł­nie­rze z pierw­szego plu­tonu nie żyją, atri-predo - oznaj­mił wyso­kim gło­sem. Był wyraź­nie wstrzą­śnięty. - Leżą na dro­dze, nie­da­leko stąd. Oca­lał tylko jeden koń. Atri-predo, czy mamy ści­gać nie­przy­ja­ciela?

- Czy macie go ści­gać? Pew­nie, ty cho­lerny dur­niu! Nie strać­cie jego tropu.

- Atri-predo, ten opis... - roz­legł się czyjś głos za jej ple­cami.

Odwró­ciła się w sio­dle.

Pośród tru­pów stał zlany potem Orbyn Poszu­ki­wacz Prawdy. Jego małe oczka wpa­try­wały się w nią z uwagą.

Bivatt obna­żyła zęby w gniew­nym gry­ma­sie.

- Wiem - wark­nęła.

To był Czer­wona Maska. Nie kto inny.

Dowódca Obroń­ców Ojczy­zny w Drene wydął wargi, spo­glą­da­jąc na zabi­tych.

- Wygląda na to, że jego wygna­nie z ple­mion dobie­gło końca.

To prawda.

Niech nas Zbłą­kany ma w swo­jej opiece.

***

Brohl Han­dar wysiadł z karety i rozej­rzał się po pobo­jo­wi­sku. Nie potra­fił sobie wyobra­zić, jakiego rodzaju bro­nią posłu­gi­wali się napast­nicy. Atri-preda prze­jęła dowódz­two, wciąż zja­wiali się nowi żoł­nie­rze, a Orbyn Poszu­ki­wacz Prawdy stał w cie­niu bramy, przy­pa­tru­jąc się wszyst­kiemu bez słowa.

Nad­zorca pod­szedł do Bivatt.

- Atri-predo, widzę wśród zabi­tych wyłącz­nie two­ich ludzi.

Prze­szyła go spoj­rze­niem, w któ­rym kryło się coś wię­cej niż zwy­kła złość. Dostrze­gał w jej oczach rów­nież strach.

- Do mia­sta zakradł się wojow­nik Awli - wyja­śniła.

- To wszystko robota jed­nego czło­wieka?

- I to tylko naj­mniej istotny z jego talen­tów.

- Ach, więc wiesz, kim on jest.

- Nad­zorco, jestem zajęta...

- Opo­wiedz mi o nim.

Bivatt skrzy­wiła się ze zło­ścią i ski­nęła na niego dło­nią. Oboje ruszyli na bok, prze­cho­dząc ostroż­nie nad wala­ją­cymi się po śli­skim bruku tru­pami.

- Chyba wła­śnie wysła­łam plu­ton lan­sje­rów na pewną śmierć. Nie jestem w nastroju na dłu­gie poga­wędki.

- Odpo­wiedz mi. Jeśli oddział wojow­ni­ków Awli dotarł do mia­sta, potrzebna jest zor­ga­ni­zo­wana reak­cja... - Widząc jej pełne urazy spoj­rze­nie, dodał: - Obej­mu­jąca nie tylko twoje oddziały, lecz rów­nież Tiste Edur.

Po chwili ski­nęła głową.

- Czer­wona Maska. To jedyne imię, pod jakim go znamy. Nawet wśród Awli ist­nieją jedy­nie legendy o jego pocho­dze­niu...

- I co one mówią?

- Letur Anict...

Brohl Han­dar syk­nął ze zło­ścią, prze­szy­wa­jąc zło­wro­gim spoj­rze­niem Orbyna, który pod­szedł bli­żej, by ich pod­słu­chi­wać.

- Dla­czego rela­cja z każ­dej kata­strofy zaczyna się od tego nazwi­ska?

- Przed wielu laty doszło do starć mię­dzy fak­to­rem a boga­tym ple­mie­niem Awli - pod­jęła Bivatt. - Krótko mówiąc, Letur Anict chciał zagar­nąć nale­żące do nich ogromne stada. Wysłał agen­tów, któ­rzy pew­nej nocy zakra­dli się do ich obozu i porwali młodą kobietę, jedną z córek wodza. Rozu­miesz, Awle mieli w zwy­czaju kraść lethe­ryj­skie dzieci. Rzecz w tym, że dziew­czyna miała brata.

- Czer­woną Maskę.

Atri-preda ski­nęła głową.

- To był młod­szy brat. Tak czy ina­czej, fak­tor adop­to­wał dziew­czynę, która zamiesz­kała w jego domu. Wkrótce stała się zadłu­żona...

- Z pew­no­ścią bez wła­snej wie­dzy. Rozu­miem. I w zamian za ten dług oraz wol­ność dziew­czyny Letur zażą­dał stad jej ojca.

- Tak to w przy­bli­że­niu wyglą­dało. A wódz klanu się zgo­dził. Nie­stety, gdy oddziały fak­tora zbli­żały się do obozu Awli ze swym cen­nym ładun­kiem, dziew­czyna wbiła sobie nóż w serce. Nie jest jasne, co wyda­rzyło się póź­niej. Żoł­nie­rze Letura Anicta zaata­ko­wali obóz i zabili wszyst­kich...

- Fak­tor zde­cy­do­wał, że i tak weź­mie sobie stada.

- Tak. Ale oka­zało się, że jeden z Awli oca­lał. Po kilku latach walki stały się bar­dziej zacie­kłe i siły fak­tora prze­gry­wały jedną potyczkę po dru­giej. Nie­przy­ja­ciel potra­fił przej­rzeć wszyst­kie zasta­wione przez nich zasadzki. Wtedy wła­śnie po raz pierw­szy poja­wiło się imię Czer­wo­nej Maski, nowego wodza wojen­nego. O tym, co się wyda­rzyło póź­niej, wiemy jesz­cze mniej. Wygląda na to, że odbyło się zgro­ma­dze­nie kla­nów, na któ­rym Czer­wona Maska wdał się w spór ze star­szy­zną. Chciał zjed­no­czyć klany, by prze­ciw­sta­wić się lethe­ryj­skiemu zagro­że­niu, ale star­ców nie udało się prze­ko­nać. Roz­gnie­wany wódz wypo­wie­dział nie­roz­sądne słowa. Starcy zażą­dali, by je odwo­łał, ale on odmó­wił. Dla­tego został wygnany. Ponoć udał się na wschód, na pust­ko­wia dzie­lące Awl'dan od Kolanse.

- A co ozna­cza ta maska?

Bivatt pokrę­ciła głową.

- Nie mam poję­cia. Jedna z legend mówi, że wkrótce po wymor­do­wa­niu jego rodziny zabił smoka. Był wów­czas jesz­cze dziec­kiem, więc ta opo­wieść nie wydaje się zbyt praw­do­po­dobna - zakoń­czyła, wzru­sza­jąc ramio­nami.

- A teraz wró­cił - stwier­dził Brohl Han­dar. - Albo jakiś inny wojow­nik przy­wdział czer­woną maskę, by wypeł­nić wasze serca stra­chem.

- Nie, to on. Używa bicza z nożami i topora z dwiema głow­niami. Nawet same te bro­nie są wła­ści­wie mityczne.

Nad­zorca zmarsz­czył brwi.

- Mityczne?

- Legendy Awli opo­wia­dają, że kiedy miesz­kali na wschod­nich pust­ko­wiach, toczyli zażartą wojnę. Cada­ran i ryg­thę wyna­le­ziono spe­cjal­nie do walki z tam­tym nie­przy­ja­cie­lem. Nie potra­fię ci powie­dzieć na ten temat nic wię­cej poza tym, że owi wro­go­wie naj­wy­raź­niej nie byli ludźmi.

- Wszyst­kie ple­miona mają opo­wie­ści o daw­nych woj­nach, o wieku boha­te­rów...

- Nad­zorco, te legendy są inne.

- Czyżby?

- Tak. Przede wszyst­kim Awle prze­grali tę wojnę. Dla­tego ucie­kli na zachód.

- A czy Lethe­ryj­czycy wysy­łali jakieś eks­pe­dy­cje na te pust­ko­wia?

- Już od dzie­się­cio­leci nie podej­mo­wano takich prób, nad­zorco. W końcu cią­gle się ście­ramy z róż­nymi ple­mio­nami i kró­le­stwami po dru­giej stro­nie gra­nicy. Z ostat­niej eks­pe­dy­cji wró­ciła tylko jedna kobieta, a to, co widziała, dopro­wa­dziło ją do obłędu. Opo­wia­dała o czymś, co zwała Nocą Syków. Naj­wy­raź­niej był to głos śmierci. Jej obłęd oka­zał się nie­ule­czalny, więc ska­zano ją na śmierć.

Brohl Han­dar zasta­na­wiał się przez chwilę nad tymi sło­wami. Poja­wił się ofi­cer, który chciał pomó­wić z atri-predą.

- Dzię­kuję - powie­dział nad­zorca i odwró­cił się do niej ple­cami.

- Nad­zorco.

- Słu­cham? - odparł, ponow­nie zwra­ca­jąc się ku niej.

- Jeśli tym razem Czer­wo­nej Masce się uda... mówię o zjed­no­cze­niu ple­mion... rze­czy­wi­ście będziemy potrze­bo­wali pomocy Tiste Edur.

- Oczy­wi­ście - zapew­nił, uno­sząc brwi.

Może dzięki temu wresz­cie uda mi się dotrzeć do cesa­rza i Han­nana Mosaga. Niech szlag trafi Letura Anicta. Jakie nie­szczę­ście ścią­gnął na nas tym razem?

***

Zje­chał z pół­noc­nego traktu, popę­dza­jąc bez­li­to­śnie lethe­ryj­skiego konia, i popę­dził na wschód, przez świeżo zaorane pola, które ongiś były pastwi­skami Awli. Jego ucieczka przy­cią­gnęła uwagę wie­śnia­ków, a w ostat­nim przy­siółku rów­nież trzech żoł­nie­rzy, któ­rzy osio­dłali wierz­chowce i ruszyli w pościg.

W naj­ni­żej poło­żo­nym punk­cie doliny, którą Czer­wona Maska wła­śnie opusz­czał, spo­tkała ich śmierć. Ludzie krzy­czeli, a konie kwi­czały prze­raź­li­wie, ale ich głosy szybko umil­kły.

Nad głową wojow­nika Awli krą­żyło stadko wrza­skli­wych rhi­za­nów. Spło­szone nagłym wybu­chem prze­mocy zwie­rzęta porzu­ciły ulu­bio­nych gospo­da­rzy. Wszyst­kie poru­szały zawzię­cie skrzy­deł­kami, a ich dłu­gie, ząb­ko­wane ogony prze­szy­wały ze świ­stem powie­trze. Czer­wona Maska już dawno przy­zwy­czaił się do ich nie­ustan­nej obec­no­ści. Małe jak łasice lata­jące gady pocho­dziły ze wschod­nich pust­kowi i zna­la­zły się daleko od domu, chyba żeby za dom uznać ich gospo­da­rzy, któ­rzy cze­kali w pobli­skiej doli­nie, zapewne przy­go­to­wu­jąc kolejną zasadzkę.

Zwol­nił i popra­wił się w nie­wy­god­nym lethe­ryj­skim sio­dle. Wie­dział, że nikt go już nie dości­gnie, i nie było sensu zajeż­dżać konia. Nie­przy­ja­ciel wie­rzył w siłę swego gar­ni­zonu, bez obaw obno­sił się z tro­fe­ami. Tyle przy­naj­mniej dowie­dział się dzięki cało­do­bo­wej obser­wa­cji. Lan­sje­rzy z Nie­bie­skiej Róży, któ­rzy uży­wali porząd­nych strze­mion i w sio­dłach sie­dzieli pew­nie, byli znacz­nie groź­niejsi od pie­choty z minio­nych lat.

Od chwili powrotu napo­tkał tylko porzu­cone obo­zo­wi­ska roda­ków, ślady nie­licz­nych stad oraz zapo­mniane kręgi tipi. Wyglą­dało na to, że ple­miona zdzie­siąt­ko­wano, a wszy­scy oca­lali Awle ucie­kli. Na jedy­nym pobo­jo­wi­sku, jakie widział, zna­lazł wyłącz­nie trupy cudzo­ziem­ców.

Gdy dotarł do pierw­szego spa­lo­nego obozu, słońce wisiało już nisko nad hory­zon­tem za jego ple­cami. Nad­cią­gał zmierzch. Od chwili zagłady minął rok, być może wię­cej. Z trawy ster­czały białe kości i poczer­niałe szczątki chat. W powie­trzu uno­sił się odór roz­kładu. Nikt nie przy­był po ciała pole­głych, nikt nie umie­ścił ich na pod­wyż­sze­niach, nie uwol­nił dusz, by mogły tań­czyć z padli­no­żer­nymi pta­kami. Ten widok budził zło­wro­gie wspo­mnie­nia.

Ruszył w dal­szą drogę. Gdy zapa­dła ciem­ność, rhi­zany odda­liły się powoli. Czer­wona Maska usły­szał podwójny tętent, dobie­ga­jący z obu stron. Jego towa­rzy­sze wyko­nali krwawą robotę i zajęli pozy­cje na flan­kach. Ich syl­wetki słabo ryso­wały się w mroku.

Pozwo­lił, by powieki opa­dły mu nieco. Nie spał od bli­sko dwóch dni. Sag'Chu­rok, potęż­nie zbu­do­wany samiec, mknął po jego pra­wej stro­nie, a Gunth Mach, młody bez­pł­ciowy osob­nik prze­ra­dza­jący się powoli w samicę, posu­wał się po lewej, nie mógłby więc być bar­dziej bez­pieczny.

Podob­nie jak rhi­zany, dwaj K'Chain Che'Malle czuli się cał­kiem dobrze w tej nie­zwy­kłej dla nich kra­inie, tak daleko od domu.

Podą­żali za Czer­woną Maską, żeby go chro­nić i zabi­jać Lethe­ryj­czy­ków.

A on nie miał poję­cia, dla­czego to robią.

***

Oczy Sil­chasa Ruina przy­po­mi­nały w bla­sku lamp gadzie śle­pia. Seren Pedac pomy­ślała, że to dosko­nale pasuje do komory, w któ­rej się zna­leźli. Kamienne ściany, które zakrzy­wiały się ku górze, two­rząc kopu­la­ste skle­pie­nie, wyrzeź­biono na kształt zacho­dzą­cych na sie­bie łusek. Ten jed­no­lity wzór przy­pra­wiał ją o dez­orien­ta­cję, a nawet wywo­ły­wał lek­kie mdło­ści. Usia­dła na pod­ło­dze, mru­ga­jąc ze zmę­cze­nia.

Przy­szło jej do głowy, że zapewne zbliża się już ranek. Przez więk­szą część nocy wędro­wali tune­lami, wdra­py­wali się na pochyłe stoki i spi­ralne rampy. Dobie­ga­jący z góry powiew cuch­nął stę­chli­zną, jakby niósł ze sobą duchy ze wszyst­kich komór i kory­ta­rzy.

Odwró­ciła wzrok od Sil­chasa Ruina, poiry­to­wana fascy­na­cją, jaką budził w niej gwał­towny, nie­ziem­ski wojow­nik. Potra­fił zapaść w bez­ruch tak cał­ko­wity, że led­wie było widać, że oddy­cha. Był pocho­wany przez tysiąc­le­cia i mimo to prze­żył. W jego żyłach pły­nęła krew, a głowę wypeł­niały pokryte pyłem wie­ków myśli. Kiedy mówił, sły­szała w jego gło­sie cię­żar kamieni kur­hanu. Nie potra­fiła sobie wyobra­zić, jak ktoś, kto wycier­piał tak wiele, mógł unik­nąć sza­leń­stwa.

Być może jed­nak był sza­lony. Być może obłęd czaił się gdzieś w nim, uwię­ziony przez wymogi sytu­acji albo po pro­stu cze­ka­jący na chwilę uwol­nie­nia. Jako zabójca był meto­dyczny i obo­jętny, jakby życie śmier­tel­ni­ków można było pozba­wić zna­cze­nia, zre­du­ko­wać do chi­rur­gicz­nego osądu: prze­szkoda albo sojusz­nik. Nic innego nie było ważne.

Zda­wała sobie sprawę, że takie podej­ście ma swoje zalety. Podobna pro­stota uła­twiała życie, ale dla niej była nie­osią­galna. Nie można zamy­kać oczu na zło­żo­ność świata. Nie­mniej dla Sil­chasa Ruina owa zło­żo­ność naj­wy­raź­niej nie miała zna­cze­nia. Odna­lazł nie­wzru­szoną pew­ność.

Nie­stety, Fear Sen­gar nie potra­fił się pogo­dzić z fak­tem, że jego nie­ustanne ataki na Sil­chasa Ruina są ska­zane na nie­po­wo­dze­nie. Tiste Edur stał przy trój­kąt­nej bra­mie, przez którą mieli przejść, jakby nie­cier­pli­wił go ten krótki postój.

- Wydaje ci się, że nic wła­ści­wie nie wiem o tej sta­ro­żyt­nej woj­nie, o inwa­zji na to kró­le­stwo - mówił do Sil­chasa Ruina.

Albi­nos Tiste Andii prze­su­nął spoj­rze­nie, zatrzy­mu­jąc je na Fearze, ale nie odpo­wie­dział.

- Kobiety pamię­tały - cią­gnął Fear Sen­gar. - Prze­ka­zy­wały opo­wie­ści cór­kom. Poko­le­nie po poko­le­niu. Tak, wiem, że Sca­ban­dari wbił ci nóż w plecy na wzgó­rzu, z któ­rego roz­cią­gał się widok na pole bitwy. Ale czy to była pierw­sza zdrada?

Jeśli liczył na jakąś reak­cję, spo­tkało go roz­cza­ro­wa­nie.

Udi­naas, który sie­dział oparty ple­cami o łusko­watą ścianę, roze­śmiał się cicho.

- Obaj jeste­ście bez­na­dziejni - stwier­dził. - Co to ma za zna­cze­nie, kto kogo zdra­dził? W końcu to nie zaufa­nie jest spo­iwem naszej grupy. Powiedz mi, Fearze Sen­gar, mój były panie, czy twój brat się domy­śla, kim jest Ruin? I skąd przy­był? Nie sądzę. W prze­ciw­nym razie oso­bi­ście ruszyłby w pościg za nami, pro­wa­dząc dzie­sięć tysięcy wojow­ni­ków. A tym­cza­sem oni tylko się z nami bawią. Czy nie zada­jesz sobie pyta­nia, dla­czego?

Przez kilka ude­rzeń serca nikt się nie odzy­wał. Potem Imbryk zachi­cho­tała, przy­cią­ga­jąc spoj­rze­nia wszyst­kich. Dziew­czynka zamru­gała z nie­śmiałą miną.

- Chcą, żeby­śmy naj­pierw zna­leźli to, czego szu­kamy, oczy­wi­ście.

- To dla­czego blo­kują nam drogę w głąb lądu? - zapy­tała Seren.

- Dla­tego że wie­dzą, że zmie­rzamy w nie­wła­ści­wym kie­runku.

- A skąd?

Małe, brudne od pyłu dło­nie Imbryk poru­szyły się w mroku szybko jak nie­to­pe­rze.

- Od Oka­le­czo­nego Boga. To on im powie­dział, że jesz­cze za wcze­śnie, by iść na wschód. Nie jest na razie przy­go­to­wany do otwar­tej wojny. Nie chce, żeby­śmy dotarli na pust­ko­wia, gdzie cze­kają wszyst­kie tajem­nice.

Seren Pedac wytrzesz­czyła oczy.

- Kto to jest Oka­le­czony Bóg, na Zbłą­ka­nego?

- To on dał Rhu­la­dowi miecz, porę­czy­cielko. To on jest mocą, która kryje się za Tiste Edur. - Dziew­czynka unio­sła ręce nad głowę. - Sca­ban­dari nie żyje. Han­nan Mosag dobił targu z Oka­le­czo­nym Bogiem, a Rhu­lad Sen­gar był zapłatą.

Fear obna­żył zęby, spo­glą­da­jąc na Imbryk z bli­skim prze­ra­że­nia wyra­zem w oczach.

- Skąd o tym wiesz?

- Umarli mi powie­dzieli. Mówili mi bar­dzo wiele. Ci pod drze­wami rów­nież, ci, któ­rzy byli uwię­zieni. Powie­dzieli mi też coś jesz­cze. Olbrzy­mie koło obróci się jesz­cze raz, nim się zatrzyma. Musi się zatrzy­mać, ponie­waż tak wła­śnie je skon­stru­ował. Ma mu powie­dzieć wszystko, co musi wie­dzieć. Powie­dzieć mu prawdę.

- Komu? - zapy­tała ze zdzi­wie­niem Seren, krzy­wiąc się.

- Temu, który nad­cho­dzi. Zoba­czysz. - Pod­bie­gła do Feara, zła­pała go za rękę i zaczęła cią­gnąć. - Musimy się śpie­szyć, bo ina­czej nas dogo­nią. A wtedy Sil­chas Ruin będzie musiał wszyst­kich zabić.

Mogła­bym udu­sić to dziecko.

Stłu­miła jed­nak tę myśl i pod­nio­sła się z wysił­kiem.

Udi­naas wybuch­nął śmie­chem.

Jego rów­nież miała ochotę udu­sić.

- Sil­chas - ode­zwała się, pod­cho­dząc do Tiste Andii - masz poję­cie, o czym mówiła Imbryk?

- Nie, porę­czy­cielko. Ale zamie­rzam słu­chać jej uważ­nie.

Roz­dział trzeci

Zna­leź­li­śmy biesa na wschod­nim stoku Grzbietu Rada­gar. Leżał w płyt­kim paro­wie pozo­sta­łym po nagłej powo­dzi. W upal­nym powie­trzu uno­sił się fetor gni­ją­cego mięsa i po oglę­dzi­nach prze­pro­wa­dzo­nych z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią - wcze­śniej tego samego dnia nasz obóz zaata­ko­wali nie­znani wro­go­wie - prze­ko­na­li­śmy się, że choć stwór żyje, odniósł śmier­telne obra­że­nia.

Jak opi­sać tego rodzaju demo­niczną istotę? Z pew­no­ścią poru­szała się na dwóch potęż­nie umię­śnio­nych tyl­nych nogach niczym shaba, ptak spo­ty­kany na wyspach Archi­pe­lagu Smo­ków, była jed­nak od niej znacz­nie więk­sza. Staw bio­drowy sto­ją­cego biesa znaj­do­wałby się na wyso­ko­ści oczu doro­słego męż­czy­zny. Stwór miał długi ogon, a rów­nie długą szyję i łeb wysu­wał do przodu, balan­su­jąc na nogach. Pod­czas ruchu krę­go­słup trzy­mał poziomo. Dwie dłu­gie przed­nie koń­czyny, potęż­nie umię­śnione i pokryte twardą łuską two­rzącą natu­ralną zbroję, były zakoń­czone nie szpo­nami czy dłońmi, lecz olbrzy­mimi, żela­znymi mie­czami. Wyglą­dało to tak, jakby metal był połą­czony z kością w nad­garst­kach. Głowa koń­czyła się wydłu­żo­nym pyskiem, jak u kro­ko­dyli wystę­pu­ją­cych na błot­ni­stych, połu­dnio­wych brze­gach Morza Nie­bie­skiej Róży, znacz­nie jed­nak więk­szym. Wysu­szone wargi pod­ku­liły się, odsła­nia­jąc sze­regi dłu­gich jak szty­lety kłów. Choć oczy zasnuła mgła nad­cho­dzą­cej śmierci, na­dal miały nie­sa­mo­wity, obcy dla naszych zmy­słów wyraz.

Atri-preda, śmiały jak zawsze, pod­szedł do biesa, by skró­cić jego męczar­nie cio­sem mie­cza w mięk­kie pod­gar­dle. Otrzy­maw­szy śmier­telną ranę, stwór wydał krzyk, który spra­wił nam wszyst­kim ból. Choć dźwięk wykra­czał poza zasięg ludz­kiego słu­chu, wypeł­nił nam czaszki gwał­tow­no­ścią tak wielką, że z naszych noz­drzy, oczu i uszu odpły­nęła krew.

Nim przejdę do opisu wyżej wymie­nio­nych obra­żeń, warto wspo­mnieć jesz­cze jeden szcze­gół. Zadane bie­sowi rany wyglą­dały nie­zwy­kle. Podłużne, bie­gnące po łuku szramy mogły być spo­wo­do­wane przez jakie­goś rodzaju macki, wypo­sa­żone jed­nak w ostre zęby, inne rany były nato­miast krót­sze, ale głęb­sze. Zadano je w miej­scach mają­cych klu­czowe zna­cze­nie dla ruchu, prze­ci­na­jąc ścię­gna i tak dalej...

Fak­tor Bre­neda Anict, Wyprawa na pust­ko­wia Ofi­cjalne Rocz­niki Pufa­nana Iby­risa

Nie był w łożu męż­czy­zną. Och, jego męskie czę­ści funk­cjo­no­wały, jak należy, ale pod każ­dym innym wzglę­dem Cesarz Tysiąca Śmierci był dziec­kiem. Nisall doszła jed­nak do wnio­sku, że naj­gor­sze było to, co działo się póź­niej, gdy Rhu­lad zapa­dał w stan, który w poło­wie był snem, a w poło­wie czymś innym. Poru­szał spa­zma­tycz­nie koń­czy­nami, a z jego ust pły­nął nie­prze­rwany potok słów, bła­galna lita­nia prze­ry­wana roz­pacz­li­wym łka­niem nio­są­cym się w won­nym powie­trzu kom­naty. Po krót­kiej chwili, gdy już ucie­kła z łoża, owi­nąw­szy się szla­fro­kiem, i zajęła miej­sce przy malo­wa­nej sce­nie w fał­szy­wym oknie, pięć kro­ków od niego, sta­czał się na pod­łogę i czoł­gał - jakby uszko­dze­nie krę­go­słupa uczy­niło go kaleką - do kąta, wlo­kąc za sobą nie­od­łączny miecz. Zwi­jał się tam w kłę­bek i cze­kał do rana uwię­ziony w wiecz­nym kosz­ma­rze.

Tysiąc śmierci, które co noc prze­ży­wał na nowo. Tysiąc.

To oczy­wi­ście prze­sada. Było ich naj­wy­żej kil­ka­set.

Cier­pie­nia cesa­rza Rhu­lada nie były rezul­ta­tem nad­po­bu­dli­wej wyobraźni ani drę­czą­cych go lęków. Prze­śla­do­wały go prawdy o prze­szło­ści. Nisall rozu­miała nie­które z mam­ro­ta­nych prze­zeń zdań, zwłasz­cza jedno, które domi­no­wało nad jego kosz­ma­rami. Była obecna w sali tro­no­wej, gdy łkał na zbro­czo­nej wła­sną krwią pod­ło­dze, nie mogąc umrzeć; na tro­nie sie­dział trup, a zabójca Rhu­lada leżał wsparty o pod­wyż­sze­nie. Powa­liła go tru­ci­zna.

Han­nan Mosag czoł­gał się już do tego tronu, lecz powstrzy­mał go demon, który przy­szedł po ciało Brysa Bed­dicta. Zanim znik­nął, dobił Rhu­lada zada­nym nie­mal od nie­chce­nia cio­sem mie­cza.

Wrzask wra­ca­ją­cego do życia cesa­rza skuł jej serce mro­zem. Był tak prze­ra­ża­jący, że wypeł­nił jej gar­dło swym ogniem.

Ale praw­dzi­wym kosz­ma­rem, prze­śla­du­ją­cym Rhu­lada wspo­mnie­niem tysiąca ocie­ka­ją­cych krwią ostrzy, było to, co wyda­rzyło się zaraz po powro­cie.

Umie­rał tylko po to, by wró­cić, a to zna­czyło, że nie mógł uciec... przed niczym.

Rany się zamy­kały, Rhu­lad wsta­wał na ręce i kolana, na­dal ści­ska­jąc prze­klęty miecz, od któ­rego nie był w sta­nie się uwol­nić. Łka­jąc i dysząc spa­zma­tycz­nie, czoł­gał się ku tro­nowi, by opaść na niego po raz kolejny.

Gdy zro­bił to wów­czas, Nisall wysu­nęła się z kry­jówki, w któ­rej scho­wała się chwilę przed­tem. Była zupeł­nie odrę­twiała. Król - jej kocha­nek - i eunuch Nifa­das popeł­nili przed chwilą samo­bój­stwo; prze­żyła w tej strasz­li­wej sali tro­no­wej całą serię szo­ków. Ludzie padali jak nagrobki na zatło­czo­nym cmen­ta­rzu pod­czas powo­dzi. Tri­ban Gnol, który zawsze był prag­ma­ty­kiem, klęk­nął przed cesa­rzem i poprzy­siągł mu wier­ność rów­nie swo­bod­nie jak węgorz wśli­zgu­jący się do nowej kry­jówki. Pierw­sza kon­ku­bina była świad­kiem tego wszyst­kiego, ale Turu­dal Bri­zad gdzieś znik­nął. Po chwili pokryty lśnią­cymi od krwi mone­tami Rhu­lad obró­cił się na stop­niach pod­wyż­sze­nia i obna­żył zęby.

- On nie należy do cie­bie - oznaj­mił Han­na­nowi Mosa­gowi.

- Rhu­lad...

- Cesa­rzu! A ty, Han­na­nie Mosag, zosta­niesz moim cedą. Nie jesteś już kró­lem-czar­no­księż­ni­kiem. Cedą. Tak jest.

- Twoja żona...

- Nie żyje. Wiem.

Rhu­lad pod­cią­gnął się na pod­wyż­sze­nie, a potem wstał, spo­glą­da­jąc na mar­twego lethe­ryj­skiego króla, Ezgarę Diska­nara. Wypro­sto­wał wolną rękę, zła­pał trupa za przód wyszy­wa­nej bro­ka­tem bluzy i ścią­gnął go z tronu. Zwłoki padły na bok, ude­rza­jąc z chrzę­stem głową o posadzkę. Rhu­lad zadrżał. Następ­nie zasiadł na tro­nie i spoj­rzał na Han­nana Mosaga.

- Cedo - rzekł. - W tej kom­na­cie zawsze będziesz pod­cho­dził do nas, czoł­ga­jąc się na brzu­chu, tak jak teraz.

W cie­niach na końcu sali tro­no­wej roz­legł się fleg­ma­tyczny chi­chot.

Rhu­lad wzdry­gnął się.

- Zostaw nas teraz, cedo - roz­ka­zał. - Zabierz ze sobą tę jędzę Janall i jej syna.

- Cesa­rzu, pro­szę, musisz zro­zu­mieć...

- Wynoś się!

Jego krzyk wyrwał Nisall z transu. Kobieta zawa­hała się, tłu­miąc pra­gnie­nie ucieczki. Ucieczki z tego dworu, tego mia­sta. Ucieczki od wszyst­kiego.

Nagle Rhu­lad zła­pał ją wolną ręką.

- Nie ty, kurwo. Ty zosta­niesz.

Nazwał mnie kurwą.

- To nie jest wła­ściwe okre­śle­nie - sprze­ci­wiła się. Zesztyw­niała ze stra­chu, zasko­czona wła­sną śmia­ło­ścią.

Wbił w nią roz­go­rącz­ko­wane spoj­rze­nie i nie­ocze­ki­wa­nie mach­nął lek­ce­wa­żąco ręką.

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się z nagłym znu­że­niem w gło­sie. - Prze­pra­szamy, cesar­ska kon­ku­bino... - Roz­cią­gnął usta w sła­bym uśmieszku. - Twój król powi­nien był zabrać cię ze sobą. Zacho­wał się samo­lub­nie. Albo kochał cię zbyt mocno, by móc ofia­ro­wać ci śmierć.

Mil­czała. Prawdę mówiąc, nie wie­działa, co mu odpo­wie­dzieć.

- Ach, dostrze­gamy zwąt­pie­nie w twych oczach. Kon­ku­bino, współ­czu­jemy ci. Dowiedz się, że nie wyko­rzy­stamy cię okrut­nie.

Umilkł, obser­wu­jąc Han­nana Mosaga, wyczoł­gu­ją­cego się z sali przez wspa­niałe wej­ście. Poja­wiło się kilku nowych Tiste Edur, któ­rzy oka­zy­wali wyraźną trwogę, nie wie­dząc, czego wła­ści­wie są świad­kami. Han­nan Mosag wysy­czał roz­kaz i dwaj z nich wpa­dli do kom­naty, by zała­do­wać Janall i jej syna Quil­lasa do wor­ków. Chrzęst, z jakim cią­gnęli je potem po posadzce, był dla Nisall naj­strasz­liw­szym dźwię­kiem, jaki sły­szała tego okrop­nego dnia.

- Jed­nakże tytuł i wią­żące się z nim przy­wi­leje pozo­staną twoje, jeśli tego pra­gniesz - pod­jął po chwili cesarz.

Zamru­gała, czu­jąc się tak, jakby stą­pała po rucho­mych pia­skach.

- Pozwa­lasz mi wybrać swo­bod­nie, cesa­rzu?

Ski­nął głową, nie spusz­cza­jąc wzroku prze­krwio­nych oczu z wej­ścia do kom­naty.

- Udi­naas - wyszep­tał. - Ty zdrajco. Tobie nie pozwo­li­łem na wybór. Byłeś nie­wol­ni­kiem. Moim nie­wol­ni­kiem. Nie powi­nie­nem ufać ciem­no­ści... nie powi­nie­nem. - Znowu się wzdry­gnął. W jego oczach poja­wił się nagły błysk. - Nad­cho­dzi.

Nisall nie miała poję­cia, o kim mówił Rhu­lad, ale gwał­towny ton jego głosu ponow­nie wzbu­dził w niej strach. Co jesz­cze mogło się wyda­rzyć tego strasz­li­wego dnia?

Na zewnątrz roz­le­gły się głosy. W jed­nym brzmiało roz­go­ry­cze­nie, które nagle prze­ro­dziło się w nie­śmia­łość.

Do kom­naty wszedł wojow­nik Tiste Edur. Brat Rhu­lada. Jeden z jego braci. Ten, który wcze­śniej zosta­wił go na posadzce. Był przy­stojny na spo­sób Edur - obcy i zara­zem nie­ska­zi­telny. Nisall pró­bo­wała sobie przy­po­mnieć, czy sły­szała kie­dyś jego imię...

- Trull - wychry­piał cesarz. - Gdzie on jest? Gdzie Fear?

- Odszedł.

- Odszedł? Opu­ścił nas.

- "Nas". Tak, Rhu­lad... czy może żądasz, żebym cię tytu­ło­wał cesa­rzem?

Wyraz pokry­tej mone­tami twa­rzy Rhu­lada zmie­nił się kil­ka­krot­nie. Wresz­cie cesarz skrzy­wił się ze zło­ścią.

- Ty rów­nież mnie opu­ści­łeś, bra­cie. Zosta­wi­łeś mnie, gdy leża­łem, krwa­wiąc, na pod­ło­dze. Myślisz, że czymś się róż­nisz od Udi­na­asa? Że jesteś mniej­szym zdrajcą niż mój lethe­ryj­ski nie­wol­nik?

- Rhu­lad, gdy­byś był moim daw­nym bra­tem...

- Tym, na któ­rego spo­glą­da­łeś z góry?

- Jeśli odno­si­łeś takie wra­że­nie, to prze­pra­szam.

- Tak, teraz dostrze­gasz taką potrzebę, prawda?

Trull Sen­gar pod­szedł bli­żej.

- To przez ten miecz, Rhu­lad. On jest prze­klęty. Pro­szę, odrzuć go. Zniszcz. Zdo­by­łeś tron, już go nie potrze­bu­jesz...

- Mylisz się. - Wyszcze­rzył zęby, jakby wypeł­niała go nie­na­wiść do samego sie­bie. - Bez niego jestem tylko Rhu­la­dem, naj­młod­szym synem Tomada. Bez niego jestem niczym, bra­cie.

Trull uniósł głowę.

- Ty dowo­dzi­łeś pod­bo­jem. Będę stał u twego boku. Bina­das i ojciec rów­nież. Zdo­by­łeś ten tron i nie musisz się bać Han­nana Mosaga...

- Tego nędz­nego robaka? Myślisz, że się go boję? - Sztych mie­cza ode­rwał się z trza­skiem od posadzki. Rhu­lad wymie­rzył go wprost w pierś brata. - Jestem cesa­rzem!

- Nie­prawda - sprze­ci­wił się Trull. - To twój miecz nim jest. On i moc, która się za nim kryje.

- Kła­miesz! - wrza­snął Rhu­lad.

Trull odsu­nął się trwoż­nie, ale natych­miast stłu­mił strach.

- Udo­wod­nij to.

Cesarz wyba­łu­szył oczy.

- Skrusz miecz. Sio­stro, bło­go­sław, pozwól tylko, żeby wypadł ci z dłoni. Zrób choć tyle, Rhu­lad. Wypuść go!

- Nie! Wiem, czego pra­gniesz, bra­cie. Chcesz mi go ode­brać. Widzę, jak naprę­żasz mię­śnie gotowy go pod­nieść. Widzę prawdę!

Miecz drżał mię­dzy nimi spra­gniony krwi, wszystko jedno czy­jej.

Trull potrzą­snął głową.

- Pra­gnę, żeby go znisz­czono, Rhu­lad.

- Nie możesz stać u mojego boku - wysy­czał cesarz. - To za bli­sko. Widzę zdradę w two­ich oczach. Porzu­ci­łeś mnie! Oka­le­czo­nego na pod­ło­dze! Gdzie moi wojow­nicy?! - zawo­łał. - Chodź­cie do kom­naty! Cesarz was wzywa!

Do pomiesz­cze­nia wpa­dło sze­ściu wojow­ni­ków Edur z bro­nią w ręku.

- Trull - wyszep­tał Rhu­lad. - Widzę, że nie masz mie­cza. Oddaj teraz swą ulu­bioną broń, włócz­nię. I noże. Co? Boisz się, że cię zabiję? Okaż mi zaufa­nie, któ­rego ode mnie żądasz. Daj mi przy­kład honoru, bra­cie.

Za mało jesz­cze wów­czas wie­działa, nie rozu­miała w wystar­cza­ją­cym stop­niu zwy­cza­jów Edur, dostrze­gła jed­nak coś w twa­rzy Trulla, coś przy­po­mi­na­ją­cego kapi­tu­la­cję, tyle że doty­czyła ona cze­goś bar­dziej skom­pli­ko­wa­nego niż zwy­kłe roz­bro­je­nie się przed bra­tem. Całe poziomy rezy­gna­cji, jeden nad dru­gim, nie­moż­liwe do podźwi­gnię­cia brze­miona oraz wspólna dla obu braci świa­do­mość, jaki jest sens owej kapi­tu­la­cji. Nie zda­wała sobie jesz­cze sprawy, co zna­czy odpo­wiedź Trulla, fakt, że udzie­lił jej nie we wła­snym imie­niu, ale w imie­niu Feara. Przede wszyst­kim w imie­niu Feara Sen­gara. Nie wie­działa, jak ogrom­nym poświę­ce­niem było to dla niego, gdy zdjął włócz­nię i cisnął ją na posadzkę, a potem odpiął pas i odrzu­cił na bok.

W udrę­czo­nych oczach Rhu­lada powi­nien się wów­czas poja­wić błysk triumfu. Tak się jed­nak nie stało. Zmie­szany cesarz odwró­cił spoj­rze­nie, jakby szu­kał pomocy. Potem zatrzy­mał wzrok na sze­ściu wojow­ni­kach. Wezwał ich ski­nie­niem mie­cza.

- Trull Sen­gar ma zostać odcięty. Prze­sta­nie ist­nieć dla nas i dla wszyst­kich Edur. Zatrzy­maj­cie go. Zwiąż­cie. Zabierz­cie stąd.

Nisall nie uświa­da­miała sobie rów­nież, jak wiele ten osąd, ta decy­zja, kosz­to­wał samego Rhu­lada.

Mogła wybie­rać swo­bod­nie i posta­no­wiła zostać, choć nie potra­fi­łaby wyja­śnić powo­dów tej decy­zji, nawet sobie samej. Czy w grę wcho­dziła litość? Być może. Ambi­cja? Z pew­no­ścią. Nisall wyczuła, w spo­sób cha­rak­te­ry­styczny dla przy­wy­kłych do życia na dwo­rze dra­pież­ni­ków, że ma szansę dotrzeć do Rhu­lada, zastą­pić mu tych, któ­rych nie było już u jego boku, uni­ka­jąc jed­no­cze­śnie obcią­żeń zwią­za­nych z ich prze­szło­ścią. Ota­cza­jący go wojow­nicy byli bez­war­to­ścio­wymi pochleb­cami i wie­działa, że Rhu­lad świet­nie zdaje sobie z tego sprawę. W osta­tecz­nym roz­ra­chunku nie mógł liczyć na nikogo. Nie na swego brata Bina­dasa, który - podob­nie jak Trull - był zbyt bli­ski cesa­rzowi i w związku z tym nazbyt nie­bez­pieczny. Dla­tego Rhu­lad go ode­słał, roz­ka­zał wyru­szyć na poszu­ki­wa­nia zagi­nio­nych krew­nia­ków ple­mion Edur oraz wiel­kich wojow­ni­ków, któ­rzy mieli zostać jego prze­ciw­ni­kami. Jeśli zaś cho­dzi o ojca cesa­rza, Tomada, pod­po­rząd­ko­wana pozy­cja była w jego przy­padku zbyt nie­zręczna. Rhu­lad wysłał z Toma­dem i Bina­da­sem połowę oca­la­łych k'risna­nów Han­nana Mosaga, chcąc osła­bić nowego cedę.

Przez cały ten czas, odkąd pod­jęto owe decy­zje, doko­nano odcię­cia z dala od oczu Lethe­ryj­czy­ków, a Nisall wśli­znęła się do cesar­skiego łoża, Tri­ban Gnol obser­wo­wał wszystko uważ­nie, jak dra­pieżny ptak.

Kon­ku­bent, Turu­dal Bri­zad, znik­nął, choć Nisall sły­szała krą­żące wśród nadwor­nych słu­żą­cych plotki, że nie uciekł daleko. Snuł się podobno po rzadko odwie­dza­nych kory­ta­rzach i tajem­ni­czych pod­zie­miach sta­rego pałacu, led­wie widoczny niczym duch. Nisall nie potra­fiła zde­cy­do­wać, czy wie­rzy w te opo­wie­ści, ale gdyby rze­czy­wi­ście ukry­wał się w sta­rym pałacu, nie zasko­czy­łoby to jej nawet w naj­mniej­szym stop­niu. Nie miało to jed­nak zna­cze­nia, bo Rhu­lad nie miał żony.

Rola kochanki cesa­rza nie była dla niej niczym nowym, ale Nisall odno­siła wra­że­nie, że jest ina­czej. Rhu­lad był bar­dzo młody i w niczym nie przy­po­mi­nał Ezgary Diska­nara. Jego duchowe rany były zbyt głę­bo­kie, by mógł je ule­czyć jej dotyk. Choć zdo­była wysoką, bli­ską tronu pozy­cję, czuła się bez­radna. I osa­mot­niona.

Przy­glą­dała się, jak cesarz Letheru zwija się w kącie w cia­sny kłę­bek. Pośród jego jęków, stęk­nięć i wes­tchnień było sły­chać urywki roz­mowy z Trul­lem, bra­tem, któ­rego się wyrzekł. Raz po raz bła­gał go ochry­płym szep­tem o wyba­cze­nie.

Tłu­ma­czyła sobie jed­nak, że przed nimi kolejny dzień. Zoba­czy, jak ten zła­many męż­czy­zna wsta­nie, weź­mie się w garść i zasią­dzie na cesar­skim tro­nie, roz­glą­da­jąc się wokół prze­krwio­nymi oczyma. Jego spę­kana zbroja z monet zalśni matowo w bla­sku tra­dy­cyj­nie oświe­tla­ją­cych salę tro­nową pochodni. W miej­scach, gdzie monety odpa­dły, nie było niczego poza bli­znami, poczer­wie­nia­łymi prę­gami wypa­czo­nego ciała. Nie­mniej w ciągu dnia ta upiorna zjawa z pew­no­ścią nie­raz ją zasko­czy.

Cesarz Tysiąca Śmierci odrzu­cił stare dwor­skie pro­to­koły. Oso­bi­ście odbie­rał pety­cje od coraz licz­niej­szych oby­wa­teli impe­rium, bied­nych i boga­tych, któ­rzy się zde­cy­do­wali przy­jąć Cesar­skie Zapro­sze­nie, zdo­byli się na odwagę, by spo­tkać się z cudzo­ziem­skim władcą. Dzwon po dzwo­nie Rhu­lad wymie­rzał im spra­wie­dli­wość naj­le­piej, jak potra­fił. Jego próby zro­zu­mie­nia życia Lethe­ryj­czy­ków nie­spo­dzie­wa­nie ją wzru­szały. Doszła do wnio­sku, że pod war­stwami tych prze­klę­tych ura­zów ukrywa się dobro. Wtedy wła­śnie Nisall była mu naj­bar­dziej potrzebna, choć ostat­nio udzie­la­nie rad w coraz więk­szym stop­niu sta­wało się domeną kanc­le­rza. Uświa­do­miła sobie, że Tri­ban Gnol widzi w niej rywalkę. To on orga­ni­zo­wał przyj­mo­wa­nie pety­cji, był fil­trem ogra­ni­cza­ją­cym liczbę peni­ten­tów do zno­śnych roz­mia­rów. W związku z tym jego urząd roz­rósł się znacz­nie. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że liczny per­so­nel tego urzędu two­rzy jed­no­cze­śnie wszech­obecną sieć szpie­gów.

Nisall obser­wo­wała, jak cesarz, który zdo­był tron, bro­dząc w stru­mie­niach krwi, stara się zostać dobro­tli­wym władcą. Jego wysiłki były zbyt jawne i nie­po­radne, by mogły nie być auten­tyczne. To jej roz­dzie­rało serce.

Wła­dza nie inte­re­so­wała się uczci­wo­ścią. Nawet Ezgara Diska­nar, który w mło­dych latach był bar­dzo obie­cu­jący, w ostat­nim dzie­się­cio­le­ciu rzą­dów zaczął się odgra­dzać murem od pod­da­nych. Uczci­wość była zbyt podatna na nad­uży­cia, a Ezgara raz po raz padał ofiarą zdrady. Być może naj­więk­szy ból spra­wiła mu ta, któ­rej dopu­ściła się jego żona, Janall, wraz z ich synem.

Zbyt łatwo było zlek­ce­wa­żyć cię­żar tego brze­mie­nia, głę­bo­kość podob­nych ran.

Rhu­lada, naj­młod­szego syna szla­chec­kiej rodziny Edur, zdra­dził zaś nie­wol­nik Udi­naas, któ­rego z pew­no­ścią uwa­żał za praw­dzi­wego przy­ja­ciela, a także bra­cia, zwią­zani z nim wię­zami krwi.

Mimo to codzien­nie pod­no­sił się po cier­pie­niach minio­nej nocy. Nisall zada­wała sobie pyta­nie, jak długo jesz­cze wytrzyma. Była jedy­nym świad­kiem jego wewnętrz­nych trium­fów, wojny, jaką toczył co ranek z samym sobą. Choć kanc­lerz miał wielu szpie­gów, Nisall była pewna, że o tym nic nie wie. Owa igno­ran­cja czy­niła go nie­bez­piecz­nym.

Musiała poroz­ma­wiać z Tri­ba­nem Gno­lem, napra­wić most mię­dzy nimi.

Ale nie będę dla niego szpie­go­wać.

To będzie bar­dzo wąski most, po któ­rym można cho­dzić tylko z naj­wyż­szą ostroż­no­ścią.

Rhu­lad poru­szył się w pół­mroku.

- Wiem, czego pra­gniesz, bra­cie... - wyszep­tał. - Daj mi przy­kład honoru.

Ach, Trullu Sen­gar, gdzie­kol­wiek prze­bywa teraz twój duch, czy ten widok spra­wia ci radość? Czy cie­szysz się na myśl, że Rhu­lad nie zdo­łał cię odciąć?

Że wró­ci­łeś, by go prze­śla­do­wać.

- Daj mi przy­kład - wychry­piał cesarz.

Dźwięk zgrzy­ta­ją­cego o kamie­nie mozaiki mie­cza brzmiał jak zimny śmiech.

***

- Oba­wiam się, że to nie jest moż­liwe.

Bru­then Trana przez długą chwilę przy­glą­dał się bez słowa sto­ją­cemu przed nim Lethe­ryj­czy­kowi.

Kanc­lerz odwró­cił wzrok, jakby się pogrą­żył w myślach. Wyda­wało się, że po pro­stu zlek­ce­waży wojow­nika Edur, ale być może doszedł do wnio­sku, że to nie byłoby roz­sądne. Odchrząk­nął.

- Jak świet­nie ci wia­domo, cesarz uparł się, by wysłu­chi­wać pety­cji, i to zaj­muje mu cały czas nie­po­świę­cony na sen - oznaj­mił z nutą współ­czu­cia. - Wybacz, ale to stało się jego obse­sją. - Uniósł nieco brwi. - Jak wierny pod­dany mógłby kry­ty­ko­wać jego miłość do spra­wie­dli­wo­ści? Oby­wa­tele kochają go za to. Uwa­żają go za praw­dzi­wie hono­ro­wego władcę. Przy­znaję, że wyma­gało to sporo czasu i ogrom­nych wysił­ków z naszej strony.

- Chcę poroz­ma­wiać z cesa­rzem - powtó­rzył Bru­then dokład­nie takim samym tonem jak poprzed­nio.

- Zapewne pra­gniesz oso­bi­ście przed­sta­wić mu swój raport doty­czący inwi­gi­la­tora Karosa Invic­tada i jego Obroń­ców Ojczy­zny - stwier­dził z wes­tchnie­niem Tri­ban Gnol. - Zapew­niam cię, że prze­każę ten doku­ment cesa­rzowi. - Zmarsz­czył brwi, spo­glą­da­jąc na Tiste Edur, po czym ski­nął głową. - Pro­szę bar­dzo. Prze­każę twoje życze­nia jego wyso­ko­ści, Bru­the­nie Trana.

- Jeśli nie ma innego spo­sobu, umieść mnie na liście peni­ten­tów.

- To nie będzie konieczne.

Tiste Edur patrzył na kanc­le­rza jesz­cze przez kilka ude­rzeń serca. Potem odwró­cił się i wyszedł z gabi­netu. W więk­szym pomiesz­cze­niu na zewnątrz cze­kał tłum Lethe­ryj­czy­ków. Gdy Bru­then prze­py­chał się ku wyj­ściu, zwró­ciło się ku niemu około dwu­dzie­stu twa­rzy nazna­czo­nych nie­po­ko­jem i skry­wa­nym stra­chem. Pozo­stali mieli nie­od­gad­nione spoj­rze­nia. To byli agenci kanc­le­rza. Bru­then podej­rze­wał, że przy­cho­dzą tu co rano, żeby pouczyć peni­ten­tów, co mają mówić cesa­rzowi.

Wyszedł na kory­tarz, igno­ru­jąc roz­stę­pu­ją­cych się przed nim Lethe­ryj­czy­ków, a potem ruszył labi­ryn­tem kom­nat, przed­po­ko­jów i przejść, jakim był pałac. Spo­tkał tu bar­dzo nie­wielu Tiste Edur, w tym jed­nego z k'risna­nów Han­nana Mosaga. Gdy zgar­biony, uty­ka­jący czar­no­księż­nik mijał Bru­thena, muska­jąc bar­kiem ścianę, w jego ciem­nych oczach poja­wił się błysk.

Bru­then Trana dotarł do skrzy­dła pałacu poło­żo­nego naj­bli­żej rzeki. Pano­wała tu wil­goć, a w kory­ta­rzach spo­ty­kało się bar­dzo nie­wiele osób. We wcze­snej fazie budowy gmach zale­wała woda, i choć sytu­ację napra­wiono dzięki pomy­sło­wemu sys­te­mowi ukry­tych pod powierzch­nią pod­pór, nie udało się zmniej­szyć wil­got­no­ści. W zewnętrz­nych murach wybito dziury mające uła­twić prze­pływ powie­trza, ale to nie­wiele pomo­gło. Ciemne kory­ta­rze wypeł­niła tylko woń rzeki i gni­ją­cej roślin­no­ści.

Bru­then wyszedł przez jeden z tych otwo­rów na pokrytą potłu­czo­nym bru­kiem ścieżkę. W wyso­kiej tra­wie z lewej strony leżały zwa­lone drzewa, po pra­wej zaś widział fun­da­menty nie­wiel­kiego budynku. Aura opusz­cze­nia wisiała w nie­ru­cho­mym powie­trzu na podo­bień­stwo pyłku kwia­tów. Bru­then był tu sam. Wspiął się po stoku na brzeg pła­skiego obszaru, na któ­rego dru­gim końcu wzno­siły się mniej­sze budowle Jaghu­tów oraz sta­ro­żytna wieża Azath. Plac wypeł­niały liczne, roz­miesz­czone bez ładu i składu groby. Z zagrze­ba­nych do połowy w ziemi, zapie­czę­to­wa­nych lakiem urn ster­czała broń. Mie­cze, zła­mane włócz­nie, topory, buz­dy­gany - tro­fea klę­ski, kar­ło­waty, żela­zny las.

Poko­nani Wojow­nicy, rezy­denci naj­bar­dziej pre­sti­żo­wego ze wszyst­kich cmen­ta­rzy. Każdy zabił Rhu­lada co naj­mniej raz, nie­któ­rzy wiele razy. Naj­lep­szy z nich, Tar­the­nal nie­mal czy­stej krwi, pozba­wił go życia sie­dem razy. Bru­then bar­dzo wyraź­nie pamię­tał wyraz nara­sta­ją­cej wście­kło­ści i prze­ra­że­nia na dzi­kiej twa­rzy Tar­the­nala, gdy jego prze­ciw­nik raz po raz wsta­wał z mar­twych, sil­niej­szy i groź­niej­szy niż jesz­cze przed chwilą.

Wszedł na teren dzi­wacz­nej nekro­po­lii, omia­ta­jąc spoj­rze­niem naj­roz­ma­it­szą broń. Ongiś dbano o nią z wielką czu­ło­ścią, czę­sto nada­wano jej imiona, a teraz tra­wiła ją rdza. Na samym końcu, w pew­nym odda­le­niu od pozo­sta­łych, umiesz­czono pustą urnę. Przed kil­koma mie­sią­cami, z czy­stej cie­ka­wo­ści, wsa­dził do niej rękę i zna­lazł srebrny kie­lich. Ongiś zawie­rał on tru­ci­znę, która zabiła w sali tro­no­wej trzech Lethe­ryj­czy­ków, w tym rów­nież Brysa Bed­dicta.

Nie pozo­stały po nim popioły. Nawet jego miecz znik­nął.

Bru­then Trana podej­rze­wał, że gdyby Brys Bed­dict wró­cił, ponow­nie sta­nąłby do walki z Rhu­la­dem i zro­biłby to samo co przed­tem. Nie, to było coś wię­cej niż podej­rze­nie. To była pew­ność.

Bru­then zakradł się wów­czas do kom­naty, nie­po­strze­że­nie dla nowego cesa­rza, który leżał na pod­ło­dze, bro­cząc krwią. Prze­ra­ziła go pre­cy­zja, z jaką Brys Bed­dict poszat­ko­wał Rhu­lada. Zro­bił to od nie­chce­nia, jak uczony oba­la­jący słaby argu­ment. Wło­żył w to tylko tyle wysiłku, ile w zawią­za­nie moka­sy­nów.

Bar­dzo żało­wał, że nie był świad­kiem samego poje­dynku, nie ujrzał arty­zmu pod­stęp­nie zamor­do­wa­nego lethe­ryj­skiego szer­mie­rza.

Przy­sta­nął na chwilę, spo­glą­da­jąc na zaku­rzoną, pokrytą paję­czy­nami urnę.

I odmó­wił modli­twę o powrót Brysa Bed­dicta.

***

Stop­niowo, lecz nie­ubła­ga­nie, poja­wiały się regu­lar­no­ści, ale Zbłą­kany, znany ongiś jako Turu­dal Bri­zad, kon­ku­bent kró­lo­wej Janall, nie potra­fił odgad­nąć ich zna­cze­nia. Wypeł­nił go nie­po­kój, nawet lęk, który był dlań zupeł­nie nowym odczu­ciem. Prze­mknęła mu przez głowę myśl, że trudno by było sobie wyobra­zić bar­dziej dzi­waczny stan umy­słu dla boga znaj­du­ją­cego się w samym sercu wła­snego kró­le­stwa.

Och, pamię­tał czasy prze­mocy, wędro­wał po popio­łach mar­twych impe­riów, ale jego poczu­cie prze­zna­cze­nia pozo­sta­wało nie­ska­lane, nie­wzru­szone i abso­lutne. Co gor­sza, regu­lar­no­ści były jego oso­bi­stą obse­sją. Uwa­żał, że nie ma sobie rów­nych w opa­no­wa­niu owego tajem­ni­czego języka.

W takim razie, kto teraz ze mną gra?

Stał w pół­mroku, nasłu­chu­jąc szumu wody spły­wa­ją­cej po jakiejś nie­wi­docz­nej ścia­nie, i spo­glą­dał z góry na Ceda­nię, kamienne płytki Twierdz, ukła­dankę sta­no­wiącą pod­stawę jego kró­le­stwa.

Ceda­nia. Moje płytki. Moje. Ja jestem Zbłą­ka­nym. To moja gra.

Wzór ukła­dał się przed nim powoli. Łoskot poru­sza­ją­cych się kamieni był zbyt cichy i niski, by mógł go usły­szeć, wypeł­niał jed­nak jego kości wibra­cją.

Różne ele­menty sty­kają się ze sobą. Ruchem ukry­tym aż do ostat­niej chwili, gdy droga ucieczki jest już zamknięta.

Myślisz, że zacho­wam bier­ność? Nie jestem po pro­stu kolejną z two­ich ofiar. Jestem Zbłą­ka­nym. To moja udręka kie­ruje losem wszyst­kich. Wszystko, co wydaje się przy­pad­kowe, jest efek­tem mojego planu. Tak brzmi nie­wzru­szona prawda. Zawsze tak było i zawsze będzie.

Na­dal jed­nak czuł na języku posmak stra­chu, jakby dzień po dniu ssał brudne monety, jakby przez jego usta prze­szedł cały skar­biec impe­rium. Czy ów gorzki stru­mień pły­nął do środka, czy na zewnątrz?

Wszyst­kie obrazy na płyt­kach znik­nęły. Żadna z Twierdz nie chciała się ujaw­nić.

Ceda­nia wyglą­dała tak od chwili śmierci Ezgary Diska­nara. Zbłą­kany byłby głup­cem, gdyby zlek­ce­wa­żył ów zwią­zek, ale ścieżka deduk­cji nie zapro­wa­dziła go jesz­cze doni­kąd. Być może ważna była nie śmierć Ezgary, ale cedy.

Ni­gdy mnie zbyt­nio nie lubił. A ja przy­glą­da­łem się obo­jęt­nie, gdy Tiste Edur cisnął włócz­nią i prze­szył Kuru Qana, naj­więk­szego cedę od cza­sów Pierw­szego Impe­rium. To moja gra. Tak wów­czas sądzi­łem. Teraz jed­nak zaczy­nam się zasta­na­wiać...

Być może to była gra Kuru Qana. I z jakie­goś powodu jesz­cze się nie skoń­czyła. Nie ostrze­głem go przed śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwem. Z pew­no­ścią zdał sobie sprawę z tego... zanie­dba­nia, zanim wyzio­nął ducha.

Czy ten cho­lerny śmier­tel­nik rzu­cił na mnie klą­twę? Na boga!

Podobna klą­twa nie powinna być trudna do zdję­cia. Nawet Kuru Qan nie zdo­łałby stwo­rzyć cze­goś, czego Zbłą­kany nie potra­fiłby roze­brać na czyn­niki pierw­sze. Musi tylko zro­zu­mieć jej struk­turę, uświa­do­mić sobie, co ją pod­trzy­muje, zlo­ka­li­zo­wać ukryte kolce kie­ru­jące ruchami pły­tek.

Co się teraz wyda­rzy? Impe­rium naro­dziło się na nowo, odzy­skało siły, sta­ro­żytne pro­roc­two się speł­niło. Wszystko roz­grywa się zgod­nie z moimi prze­wi­dy­wa­niami.

Wbił pełne zło­ści spoj­rze­nie w zama­zane płytki i syk­nął sfru­stro­wany. Jego oddech zamie­niał się w parę w zim­nym powie­trzu.

Nie­znana trans­for­ma­cja, w któ­rej nie dostrze­gam niczego poza lodem wła­snej iry­ta­cji. Widzę, ale jestem ślepy, ślepy na wszystko.

Zimno rów­nież było nowym zja­wi­skiem. Cie­pło mocy stąd odpły­nęło. Nic nie wyglą­dało tak, jak powinno.

Być może w któ­rymś momen­cie będzie musiał przy­znać się do porażki.

A wtedy z pew­no­ścią złożę wizytę małemu zrzę­dli­wemu sta­rusz­kowi, który pra­cuje jako sługa bez­war­to­ścio­wego głupca. Pokor­nie popro­szę o odpo­wie­dzi. Pozwo­li­łem Teho­lowi żyć, prawda? To z pew­no­ścią coś zna­czy.

Maelu, poprzed­nio się wtrą­ci­łeś. Z cał­ko­witą pogardą dla obo­wią­zu­ją­cych zasad. Moich zasad. Ale wyba­czy­łem ci, i to rów­nież z pew­no­ścią coś zna­czy.

Pokora sma­ko­wała jesz­cze gorzej niż strach. Na razie nie czuł się na to gotowy.

Odzy­ska wła­dzę nad Ceda­nią. Ale żeby prze­jąć kon­trolę nad regu­lar­no­ściami, musi naj­pierw poznać ich autora. Czy był nim Kuru Qan? Nie miał pew­no­ści.

Doszło do zabu­rzeń w pan­te­onach, nowym i sta­rym. Chaos, smród prze­mocy. Tak jest, to inge­ren­cja jakie­goś boga. Być może znowu Mael jest odpo­wie­dzialny... nie, to inne wra­że­nie. Naj­praw­do­po­dob­niej o niczym nie wie, żyje w bez­tro­skiej nie­świa­do­mo­ści. Czy opła­ca­łoby się go zawia­do­mić, że coś tu nie gra?

Impe­rium naro­dziło się na nowo. Co prawda, Tiste Edur mieli swoje tajem­nice i byli prze­ko­nani, że nikt ich nie zna. Mylili się jed­nak. Pod­po­rząd­ko­wał ich sobie obcy bóg, który uczy­nił z mło­dego wojow­nika Edur swego repre­zen­tanta, swój awa­tar. Ułom­ność cesa­rza sta­no­wiła maka­bryczny hołd dla żało­snych nie­do­stat­ków owego boga. Moc zro­dzona z bólu, chwała czer­pana z poni­że­nia, jed­ność prze­ci­wieństw. Odro­dzone impe­rium nio­sło obiet­nicę wigoru, eks­pan­sji i dłu­go­wiecz­no­ści, Zbłą­kany musiał jed­nak przy­znać, że nic z tego nie jest pewne.

Tak zawsze bywa z obiet­ni­cami.

Bóg zadrżał gwał­tow­nie w lodo­wa­tym powie­trzu ogrom­nej pod­ziem­nej kom­naty. Dygo­tał z zimna na przej­ściu nad tajem­ni­czą otchła­nią.

Poja­wiały się regu­lar­no­ści.

Gdy już się ukształ­tują, będzie za późno.

***

- Już jest za późno.

- Ale z pew­no­ścią możemy coś zro­bić.

- Oba­wiam się, że nie. Ona zdy­cha, panie. Jeśli natych­miast nie wyko­rzy­stamy jej zgonu, zrobi to ktoś inny.

Capa­bara wpeł­zła na ścianę kanału za pomocą macek, wyla­zła na chod­nik i leżała tam dziw­nie roz­płasz­czona. Roz­warła sze­roko pasz­czę oraz skrzela i wpa­try­wała się w mgli­sty pora­nek, gdy nade­szła śmierć. Ryba miała dłu­gość wzro­stu męż­czy­zny, była tłu­sta jak sprze­dawca bara­niny z Wysp Wewnętrz­nych i jesz­cze brzyd­sza od niego, co zdu­miało Tehola.

- Serce mi pęka.

Bugg podra­pał się z wes­tchnie­niem po pra­wie cał­ko­wi­cie łysej gło­wie.

- Woda jest bar­dzo zimna. One lubią cie­pły muł.

- Woda jest zimna? Nie możesz jakoś temu zara­dzić?

- Roboty Pod­wodne Bugga.

- Powo­ła­łeś do życia filię?

- Nie, chcia­łem tylko wypró­bo­wać nazwę.

- Jak się pro­wa­dzi roboty pod­wodne?

- Nie mam poję­cia. To zna­czy mam, ale to nie jest do końca legalne zaję­cie.

- Chcesz powie­dzieć, że należy do kró­le­stwa bogów.

- W prze­wa­ża­ją­cej czę­ści. - Nagle się roz­pro­mie­nił. - Acz­kol­wiek nie­dawna seria powo­dzi i moje doświad­cze­nie we wzno­sze­niu suchych fun­da­men­tów otwie­rają przede mną pewne moż­li­wo­ści.

- Możesz zalać inwe­sto­rów?

Bugg się skrzy­wił.

- Zawsze dostrze­gasz tylko destruk­cyjną stronę, panie.

- To przez moją wyra­cho­waną naturę. Więk­szość ludzi uzna­łaby to za zaletę. Naprawdę chcesz mi powie­dzieć, że nie potra­fisz ura­to­wać tej nie­szczę­snej ryby?

- Panie, ona już nie żyje.

- Doprawdy? No cóż. Chyba będziemy mieli kola­cję.

- Raczej pięt­na­ście kola­cji.

- Tak czy ina­czej, muszę iść na spo­tka­nie. Zanieś rybę do domu.

- Ser­decz­nie dzię­kuję, panie.

- A nie mówi­łem, że poranna prze­chadzka zawsze się opłaca?

- Capa­ba­rze się nie­stety nie opła­ciła.

- To prawda. Aha, chcę, żebyś zro­bił listę.

- Czego?

- Hmm, powiem ci póź­niej. Jak już wspo­mnia­łem, jestem spóź­niony na spo­tka­nie. Coś mi przy­szło do głowy. Czy ta ryba nie jest za duża, żebyś niósł ją sam?

- No cóż - odparł Bugg, spo­glą­da­jąc na ścierwo. - Jak na capa­barę jest raczej nie­wielka. Pamię­tasz tę, która pró­bo­wała się parzyć z galerą?

- Stawki w zakła­dach były jesz­cze wyż­sze niż na topie­niach. Prze­gra­łem wtedy wszystko, co mia­łem.

- Wszystko?

- Tak, trzy mie­dziane doki.

- Jaki rezul­tat prze­wi­dy­wa­łeś?

- Małe łódki poru­szane wiel­kimi, płe­two­wa­tymi wio­słami.

- Spóź­nisz się na spo­tka­nie, panie.

- Chwi­leczkę! Nie patrz! Muszę zro­bić coś nie­przy­zwo­itego.

- Och, panie, doprawdy.

***

Na skrzy­żo­wa­niach ulic stali szpie­dzy. Grupki odzia­nych w szare pele­ryny prze­ciw­desz­czowe Obroń­ców Ojczy­zny wędro­wały pośród roz­stę­pu­ją­cych się przed nimi trwoż­nie tłu­mów. Urę­ka­wicz­nione dło­nie agen­tów spo­czy­wały na zatknię­tych za pasy pał­kach, a na ich twa­rzach malo­wała się tępa aro­gan­cja zbi­rów. Tehol Bed­dict, owi­nięty kocem jak saron­giem, kro­czył z błogą miną ascety wyzna­ją­cego jakiś mało znany, ale nie­szko­dliwy kult. Przy­naj­mniej miał nadzieję, że tak to wygląda. W dzi­siej­szych cza­sach cho­dze­nie po uli­cach Lethe­ras było znacz­nie bar­dziej ryzy­kowne niż za cechu­ją­cych się sym­pa­tyczną nie­dba­ło­ścią rzą­dów króla Ezgary Diska­nara. Z jed­nej strony przy­da­wało to każ­dej wypra­wie - nawet na targ po przej­rzałe jarzyny - aury nie­bez­pie­czeń­stwa i intrygi, ale z dru­giej trudno mu było uspo­koić ste­rane nerwy, bez względu na to, jak wiele nad­ple­śnia­łych rzep tasz­czył ze sobą.

Sprawę dodat­kowo kom­pli­ko­wał fakt, że rze­czy­wi­ście miał dzi­siaj wywro­towe zamiary. Jedną z pierw­szych ofiar nowego reżimu był Cech Szczu­ro­ła­pów. Karos Invic­tad, inwi­gi­la­tor Obroń­ców Ojczy­zny, już pierw­szego dnia urzę­do­wa­nia wysłał setkę agen­tów do Domu Łusek, skrom­nej sie­dziby cechu. Aresz­to­wali tam wów­czas kil­ku­dzie­się­ciu szczu­ro­ła­pów, oka­zało się jed­nak, że każdy był ilu­zją. Rzecz jasna, tego faktu nie podano do publicz­nej wia­do­mo­ści, by nie nara­zić budzą­cych grozę Obroń­ców Ojczy­zny na śmiesz­ność. To byłoby nie­do­pusz­czalne.

Tyra­nia nie ma poczu­cia humoru. Jest zbyt draż­liwa, zanadto prze­peł­niona poczu­ciem wła­snej war­to­ści. Dla­tego wła­śnie sta­nowi tak kuszący cel. Któż mógłby się powstrzy­mać przed spo­ra­dyczną drwiną?

Nie­stety, Obroń­com Ojczy­zny bra­ko­wało w tej spra­wie ela­stycz­no­ści. Naj­sku­tecz­niej­szą bro­nią prze­ciwko nim był wzgar­dliwy śmiech i dosko­nale o tym wie­dzieli.

Prze­szedł na drugi brzeg Kanału Quil­lasa po jed­nym z mniej­szych mostów, dotarł do mniej pre­ten­sjo­nal­nej dziel­nicy pół­noc­nej i po chwili zna­lazł się w krę­tym, cie­ni­stym zaułku, który kie­dyś - przed wyna­le­zie­niem czte­ro­ko­ło­wych wozów i dwu­rzę­do­wych cho­mąt - był nie­bru­ko­waną ulicą. Zamiast ruder i tyl­nych wejść, któ­rych można by się spo­dzie­wać w podob­nym miej­scu, znaj­do­wały się tu jed­nak sklepy, które w żaden istotny spo­sób nie zmie­niły się od jakichś sied­miu stu­leci. Pierw­szym budyn­kiem po pra­wej była Świą­ty­nia Ziół Pół­ję­dzy, śmier­dząca jak bajoro na bagnach. Można było tam spo­tkać miesz­ka­jącą w sta­wie cza­row­nicę o pomarsz­czo­nej twa­rzy. Wszyst­kie jej dro­go­cenne rośliny tło­czyły się na brze­gach albo rosły w samej sadzawce, na któ­rej powierzchni roiło się od owa­dów. Opo­wia­dano, że uro­dziła się w bagien­nym mule i jest tylko w poło­wie czło­wie­kiem. Jej matka przy­szła ponoć na świat w tym samym miej­scu, a przed nią matka jej matki i tak dalej. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że były to nie­po­ka­lane poczę­cia, ponie­waż Tehol nie potra­fił sobie wyobra­zić, by jaki­kol­wiek roz­sądny - czy nawet nieroz­sądny - męż­czy­zna odwa­żył się zanu­rzyć w tej szcze­gól­nej wodzie.

Naprze­ciwko Pół­ję­dzy znaj­do­wało się wąskie wej­ście do sklepu ofe­ru­ją­cego wyłącz­nie krót­kie odcinki sznura oraz drew­niane tyczki wyso­kie na pół­to­rej dłu­go­ści ciała męż­czy­zny. Tehol nie miał poję­cia, w jaki spo­sób tak wąsko wyspe­cja­li­zo­wany inte­res mógł prze­trwać, zwłasz­cza w warun­kach kry­zysu na rynku, ale drzwi sklepu otwie­rano codzien­nie od pra­wie sze­ściu­set lat. Na noc zamy­kano je za pomocą krót­kiego odcinka sznura i drew­nianej tyczki.

Następne sklepy były rów­nie oso­bliwe. W jed­nym ofe­ro­wano na sprze­daż drew­niane kołki i paliki, w innym rze­mie­nie do san­da­łów - nie san­dały, tylko same rze­mie­nie. W jesz­cze innym sprze­da­wano dziu­rawe naczy­nia. Nie było to dowo­dem nie­kom­pe­ten­cji. Celowo kon­stru­owano je tak, by prze­cie­kały w ści­śle okre­ślo­nym tem­pie. Były też sklepy ofe­ru­jące nie­moż­liwe do otwo­rze­nia skrzynki albo tok­syczne barw­niki. Cera­miczne zęby, butelki z moczem cię­żar­nych kobiet, olbrzy­mie amfory z mar­twymi cię­żar­nymi kobie­tami, wyda­liny oty­łych świń oraz minia­tu­rowe zwie­rzęta: psy, koty, ptaki i naj­roz­ma­it­sze gry­zo­nie zmniej­szone dzięki selek­cji pro­wa­dzo­nej w ciągu nie­zli­czo­nych poko­leń. Tehol widział psy stró­żu­jące się­ga­jące mu do kostek. Choć wyglą­dały ślicz­nie i były impo­nu­jąco jazgo­tliwe, raczej powąt­pie­wał w ich sku­tecz­ność, acz­kol­wiek zapewne budziły grozę w myszach wiel­ko­ści paznokci i kotach, które mogły jeź­dzić wierz­chem na wiel­kim palcu nogi sta­ruszki, zabez­pie­czone pomy­słową pętlą w rze­mie­niu san­dała.

Od czasu wyję­cia spod prawa Cechu Szczu­ro­ła­pów Zaułek Przy­gód zyskał nową funk­cję, któ­rej Tehol odda­wał się z nie­fra­so­bli­wo­ścią typową dla wta­jem­ni­czo­nych. Naj­pierw wszedł do Pół­ję­dzy, przedarł się przez pną­cza rosnące tuż za wej­ściem i zatrzy­mał w ostat­niej chwili, uni­ka­jąc wpad­nię­cia głową naprzód w błot­ni­ste bajoro.

Roz­legł się gło­śny plusk i pośród ota­cza­ją­cych sadzawkę wyso­kich traw poja­wiła się ciemna, pomarsz­czona twarz.

- To ty.

Cza­row­nica skrzy­wiła się, a potem wysu­nęła nad­mier­nie długi język, demon­stru­jąc wszyst­kie przy­cze­pione do niego pijawki.

- I ty - odparł Tehol.

Czer­wona wypustka znik­nęła w jamie ust­nej razem z licz­nymi przy­ja­ciół­kami.

- Chodź popły­wać, brzy­dalu.

- Wyłaź z wody i daj skó­rze odpo­cząć, Munuga. Prze­cież wiem, że masz tylko trzy­dzie­ści lat.

- Jestem mapą mądro­ści.

- Chyba jako ostrze­że­nie przed nad­uży­wa­niem kąpieli. Gdzie jest tym razem gruby korzeń?

- Naj­pierw powiedz, co masz dla mnie.

- To co zawsze. Chcesz ode mnie tylko jed­nej rze­czy, Munuga.

- Chcia­łeś powie­dzieć, że jedy­nej, jakiej ni­gdy mi nie dasz?

Tehol wycią­gnął z wes­tchnie­niem spod pro­wi­zo­rycz­nego sarongu małą fiolkę i poka­zał ją cza­row­nicy.

Kobieta obli­zała wargi, co oka­zało się nie­po­ko­jąco skom­pli­ko­wa­nym zada­niem.

- Jaki rodzaj?

- Mlecz capo­bary.

- Ale ja pra­gnę two­jego.

- Ja nie pro­du­kuję mle­cza.

- Wiesz, o co mi cho­dzi, Teholu Bed­dict.

- Nie­stety, skutki nędzy nie ogra­ni­czają się do powierzchni. Co wię­cej, nie mam już moty­wa­cji, by być pro­duk­cyj­nym, w każ­dym zna­cze­niu tego słowa. W końcu, któż chciałby wydać dziecko na taki świat?

- Teholu Bed­dict, ty nie możesz wydać na świat dziecka. Jesteś męż­czy­zną. Zostaw to zada­nie mnie.

- Coś ci powiem. Wyleź z tej zupy, wytrzyj się porząd­nie, pokaż mi, jak naprawdę powin­naś wyglą­dać... I kto wie? Mogą się wyda­rzyć nad­zwy­czajne rze­czy.

Skrzy­wiła się i podała mu jakiś przed­miot.

- Masz swój gruby korzeń. A teraz dawaj fiolkę i idź sobie.

- Z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­kuję następ­nej oka­zji...

- Teholu Bed­dict, czy wiesz, do czego służy gruby korzeń?

W jej oczach poja­wił się błysk. Tehol uświa­do­mił sobie, że gdyby rze­czy­wi­ście wyschła, mogłaby się oka­zać cał­kiem atrak­cyjna, na nieco płazi spo­sób.

- Nie. Dla­czego pytasz?

- Czy jesteś zmu­szony zaży­wać go w jakiś dzi­waczny spo­sób?

Pokrę­cił głową.

- Jesteś pewien? Nie piłeś ostat­nio nie­zwy­kłej her­baty o żół­tym zapa­chu?

- Żół­tym zapa­chu? Co to zna­czy?

- Wie­dział­byś, gdy­byś go poczuł. Naj­wy­raź­niej ni­gdy nie poczu­łeś. To dobrze. A teraz idź już, będę się marsz­czyć.

***

Pośpiesz­nie opu­ścił Pół­ję­dzę i ruszył ku wej­ściu do Nie­wy­mier­nych Garn­ków Gro­ola. To okre­śle­nie zapewne miało pod­kre­ślać ich nie­zrów­naną jakość albo coś w tym rodzaju, jako że tych naczyń uży­wano głów­nie jako zega­rów, albo do eks­pe­ry­men­tów alche­micz­nych, i ich uży­tecz­ność opie­rała się na sta­łej szyb­ko­ści wypływu.

Wszedł do cia­snego, wil­got­nego sklepu.

- Zawsze masz zasę­pioną minę, kiedy tu przy­cho­dzisz, Teholu Bed­dict.

- Dzień dobry, Chwa­lebny Gro­olu.

- Ten szary, tak jest, ten tutaj.

- Piękny gar­nek...

- To nie gar­nek tylko zlewka.

- Oczy­wi­ście.

- Cena jak zwy­kle.

- Dla­czego zawsze się cho­wasz za tymi wszyst­kimi garn­kami, Chwa­lebny Gro­olu? Ni­gdy nie widzia­łem żad­nej czę­ści two­jego ciała poza dłońmi.

- Dło­nie to jedyne czę­ści mojego ciała, które się liczą.

- No dobra. - Tehol wycią­gnął nie­dawno odciętą płe­twę grzbie­tową. - Cały sze­reg kol­ców capo­bary, o stop­niowo zmniej­sza­ją­cych się śred­ni­cach...

- Skąd wiesz?

- To widać, nie? Są coraz mniej­sze.

- Ale co z pre­cy­zją?

- To już sam musisz okre­ślić. Żądasz ode mnie przed­mio­tów mogą­cych słu­żyć do robie­nia dziur. Tu masz ich... ile... dwa­na­ście. Jak możesz być nie­za­do­wo­lony?

- A kto powie­dział, że jestem? Połóż je na ladzie. Weź zlewkę. I zabie­raj stąd ten cho­lerny gruby korzeń.

Potem udał się do sklepu z małymi zwie­rzę­tami. Pro­wa­dziła go Shill, otyła kobieta nie­ustan­nie bie­ga­jąca wzdłuż sze­regu maleń­kich kla­tek. Podą­żał za nią piskliwy rój maleń­kich stwo­rzo­nek. Jak zwy­kle pisnęła z rado­ści na widok pre­zen­tów, któ­rymi były zlewka i gruby korzeń. Oka­zało się, że tego dru­giego naj­czę­ściej uży­wają mściwe żony pra­gnące dopro­wa­dzić do zmniej­sze­nia jąder swych mężów. Shill zapew­niła jed­nak, że po pew­nych deli­kat­nych mody­fi­ka­cjach może wyko­rzy­stać zmniej­sza­jące wła­ści­wo­ści korze­nia do celów hodow­la­nych. Wydzie­lała her­batę o żół­tym zapa­chu w pre­cy­zyj­nych daw­kach, do czego potrze­bo­wała dziu­ra­wej zlewki.

Jej nastrój zwa­rzył się jed­nak, gdy Tehol zabił komara, który usiadł mu na szyi. Shill poin­for­mo­wała go, że przed chwilą uśmier­cił minia­tu­ro­wego nie­to­pe­rza krwio­pijcę. Gdy jej odpo­wie­dział, że nie widzi żad­nej róż­nicy, nie przy­jęła tego zbyt dobrze. Otwo­rzyła jed­nak zapad­nię w pod­ło­dze na zaple­czu i Tehol zszedł po dwu­dzie­stu sze­ściu wąskich, stro­mych, kamien­nych stop­niach do krzy­wego kory­ta­rza dłu­go­ści dwu­dzie­stu jeden kro­ków. Wiódł on do sta­ro­żyt­nego gro­bowca ulo­wego, któ­rego ściany roze­brano w trzech miej­scach, by stwo­rzyć wej­ścia do niskich, wiją­cych się jak węże tuneli. Dwa koń­czyły się śmier­tel­nymi pułap­kami, trzeci zaś po pew­nym cza­sie prze­cho­dził w długą komorę, gdzie miesz­kało kil­ku­na­stu obdar­tych uchodź­ców, któ­rych więk­szość w tej chwili spała.

Na szczę­ście główny śled­czy Ruc­ket nie była jedną z osób, które ule­gły sen­no­ści. Na widok Tehola unio­sła brwi, a na jej god­nej podziwu twa­rzy poja­wił się wyraz szcze­rej ulgi. Wezwała go ski­nie­niem do swego stołu. Blat pokry­wały płachty papieru przed­sta­wia­jące plany pię­ter oraz sche­maty kon­struk­cyjne.

- Sia­daj, Teholu Bed­dict! Masz tro­chę wina. Pij. Na Zbłą­ka­nego, naresz­cie nowa twarz. Nie masz poję­cia, jak już się zmę­czy­łam towa­rzy­stwem, które mam w tej norze.

- Chyba powin­naś czę­ściej wycho­dzić - odparł, sia­da­jąc.

- Nie­stety, ostat­nio więk­szość docho­dzeń muszę pro­wa­dzić w archi­wach.

- Ach, mówisz o tej wiel­kiej tajem­nicy, którą odkry­łaś. Zbli­ży­łaś się do roz­wią­za­nia?

- Wiel­kiej tajem­nicy? Chyba raczej prze­klę­tej. Nie, na­dal nic nie wiem, mimo że moja mapa rośnie z każ­dym mija­ją­cym dniem. Ale wystar­czy już o tym. Moi agenci dono­szą, że szcze­liny w fun­da­men­tach powięk­szają się nie­po­wstrzy­ma­nie. Dobra robota, Tehol. Zawsze uwa­ża­łam, że jesteś mądrzej­szy, niżby się zda­wało.

- Ser­decz­nie dzię­kuję, Ruc­ket. Masz te lakie­ro­wane płytki, o które pro­si­łem?

- Dziś rano Onyks skoń­czyła ostat­nią. Miało ich być szes­na­ście, zga­dza się?

- Dosko­nale. Fazo­wane kra­wę­dzie?

- Oczy­wi­ście. Dokład­nie wyko­na­li­śmy wszyst­kie twoje pole­ce­nia.

- Zna­ko­mi­cie. A teraz, jeśli cho­dzi o to nie­po­wstrzy­mane powięk­sza­nie...

- Chcesz przejść do mojego pry­wat­nego pokoju?

- Hmm, nie w tej chwili, Ruc­ket. Potrze­buję tro­chę gro­sza. Cho­dzi o wspar­cie inwe­sty­cji o klu­czo­wym zna­cze­niu.

- Ile?

- Pięć­dzie­siąt tysięcy.

- Czy odzy­skamy tę sumę?

- Nie, stra­ci­cie wszystko.

- Tehol, nie ulega wąt­pli­wo­ści, że trak­tu­jesz zemstę bar­dzo poważ­nie. Jaką będziemy mieli z tego korzyść?

- Cech Szczu­ro­ła­pów odzy­ska dawne zna­cze­nie oczy­wi­ście.

Jej roz­ma­rzone oczy roz­warły się nagle.

- Koniec Obroń­ców Ojczy­zny? Tylko pięć­dzie­siąt tysięcy? Może chcesz sie­dem­dzie­siąt pięć? Albo sto?

- Nie. Pięć­dzie­siąt w zupeł­no­ści wystar­czy.

- Nie sądzę, by pozo­stali cech­mi­strze mieli się sprze­ci­wiać.

- Cudow­nie.

Splótł dło­nie i wstał.

- Dokąd się wybie­rasz? - zapy­tała, marsz­cząc brwi.

- Do two­jego pry­wat­nego pokoju oczy­wi­ście.

- Och, to bar­dzo miło z two­jej strony.

Przyj­rzał się jej uważ­nie.

- Nie pój­dziesz ze mną?

- A po co? No wiesz, nazwa "gruby korzeń" to żart ukuty przez kobiety.

- Nie piłem żad­nej her­baty o żół­tym zapa­chu!

- Na przy­szłość radzę uży­wać ręka­wi­czek.

- Gdzie twój pokój, Ruc­ket?

- Chcesz cze­goś dowieść? - zapy­tała, uno­sząc brew.

- Nie. Muszę... coś spraw­dzić.

- A po co? - powtó­rzyła. - Teraz, gdy twoja wyobraź­nia się prze­bu­dziła, z pew­no­ścią prze­ko­nasz sam sie­bie, że wszystko masz mniej­sze, Teholu Bed­dict. To leży w ludz­kiej natu­rze. Co gor­sza, jesteś męż­czy­zną. - Wstała. - Ja nato­miast potra­fię być obiek­tywna, choć nie­kiedy bywa to bar­dzo nie­przy­jemne. Ośmie­lisz się pod­dać moim oglę­dzi­nom?

Skrzy­wił się.

- No dobra, chodźmy. Ale następ­nym razem obej­dziemy się bez tego zapro­sze­nia do two­jego pokoju, dobra?

- Nie­szczę­ścia tkwią w szcze­gó­łach, Teholu Bed­dict. Wkrótce się o tym prze­ko­nasz.

***

Venitt Sathad roz­wi­nął mapę i przy­ci­snął jej rogi pła­skimi kamie­niami.

- Jak widzisz, panie, całość składa się z sze­ściu odręb­nych budyn­ków. - Wska­zy­wał je kolejno. - Dwie staj­nie. Lodow­nia. Maga­zyn z piw­nicą. Kwa­tera dla służby. I, oczy­wi­ście, wła­ściwa gospoda...

- A ten kwa­dra­towy budy­nek? - zapy­tał Rau­tos Hiva­nar.

Venitt zmarsz­czył brwi.

- O ile dobrze to rozu­miem, wnę­trze nie­mal cał­ko­wi­cie wypeł­nia jakiś obiekt reli­gijny. Budy­nek jest star­szy od samej gospody. Próby zbu­rze­nia go zakoń­czyły się nie­po­wo­dze­niem. Nie­wielką wolną prze­strzeń wyko­rzy­stuje się jako dodat­kowy maga­zyn.

Rau­tos Hiva­nar roz­parł się wygod­nie w fotelu.

- A czy ten lokal jest wypła­calny?

- W takim samym stop­niu, jak inne gospody, panie. Być może warto omó­wić kwe­stię inwe­sty­cji w jego odno­wie­nie z innymi udzia­łow­cami, w tym rów­nież Karo­sem Invic­ta­dem.

- Hmm, zasta­no­wię się nad tym. - Wstał. - Ułóż nowe zna­le­zi­ska na stole na tara­sie.

- Już się robi, panie.

***

Nad oce­anem, czter­dzie­ści parę mil na zachód od Wysp Smo­ków, zapa­no­wała cisza mor­ska. Tafla wody wyglą­dała jak brudne, spa­ty­no­wane szkło, a prze­sy­cone wil­go­cią powie­trze było cał­ko­wi­cie nie­ru­chome. Oglą­dany przez lunetę samotny okręt wyglą­dał na opusz­czony. Czarny kadłub zanu­rzał się głę­boko w wodzie. Grot­maszt był zła­many, całe oli­no­wa­nie znik­nęło. Ktoś zawie­sił fok, ale płótno zwi­sało smęt­nie. Wio­sło ste­rowe przy­wią­zano, a na pokła­dzie nie było widać żad­nego ruchu.

Skor­gen Kaban, znany jako Śliczny, opu­ścił powoli lunetę, na­dal jed­nak wpa­try­wał się jedy­nym okiem w odle­gły okręt. Podra­pał się po jed­nej z dziur, jakie pozo­stały po wiel­kim, orlim nosie, i skrzy­wił się, gdy pazno­kieć wbił się we wraż­liwą tkankę bli­zno­watą. Nic go nie swę­działo, ale wiel­kie otwory noz­drzy czę­sto sączyły, więc uda­wał, że się dra­pie, żeby w porę wyczuć wil­goć. To był jeden z wielu jego gestów, które zapewne uwa­żał za sub­telne.

Nie­stety, kapi­tan statku była za bystra, by dać się na to nabrać. Ode­rwała wzrok od Skor­gena i popa­trzyła na cze­ka­jącą załogę. To była żało­sna, ale wojow­ni­cza zgraja. Cisza, rzecz jasna, zmę­czyła wszyst­kich, ale w ładowni mieli pełno łupów. Szczę­ście Zbłą­ka­nego nie prze­sta­wało się do nich uśmie­chać.

A teraz zna­leźli kolejną ofiarę.

Skor­gen ode­tchnął ze świ­stem.

- Tak jest, to Edur - stwier­dził. - Podej­rze­wam, że odłą­czyli się od floty pod­czas tego sztormu, który widzie­li­śmy wczo­raj na zacho­dzie. Załoga pew­nie jest chora albo nie żyje. Moż­liwe też, że opu­ścili okręt w jed­nej z tych swo­ich knarri. W takim przy­padku zabrali ze sobą wszyst­kie war­to­ściowe przed­mioty. Ale jeśli tego nie zro­bili... - Uśmiech­nął się do niej, odsła­nia­jąc poczer­niałe zęby. - Dokoń­czymy to, co zaczął sztorm.

- Przy­naj­mniej się temu przyj­rzyjmy - zde­cy­do­wała kapi­tan, pocią­ga­jąc nosem. - Może coś nam przyj­dzie z tego, że znio­sło nas w ciszę. Każ wysu­nąć wio­sła, Skor­gen, ale niech czło­wiek na oku cały czas roz­gląda się uważ­nie.

- Myślisz, że może ich być wię­cej? - zapy­tał Skor­gen, zer­ka­jąc na nią.

Skrzy­wiła się.

- Ile okrę­tów wysłał cesarz?

Wyba­łu­szył oko, a potem znowu przyj­rzał się przez lunetę porzu­co­nemu stat­kowi.

- Myślisz, że to jeden z tych? W dupę Zbłą­ka­nego, kapi­ta­nie, jeśli masz rację...

- Wyda­łam ci wyraźne roz­kazy, pierw­szy ofi­ce­rze, ale chyba muszę ci o nich przy­po­mnieć. Na tym statku się nie prze­klina.

- Prze­pra­szam, kapi­ta­nie.

Odda­lił się pośpiesz­nie, by prze­ka­zać roz­kazy zało­dze.

Cisza uspo­ko­iła prze­sąd­nych mary­na­rzy, któ­rzy sta­rali się nie robić hałasu, jakby zbyt gło­śny dźwięk mógł stłuc zwier­cia­dło morza.

Słu­chała, jak zanu­rzają w wodzie dwa­dzie­ścia cztery wio­sła. Po chwili roz­legł się stłu­miony krzyk ster­nika i Pozgonna Wdzięcz­ność ruszyła z jękiem naprzód. Gdy ruch statku zmą­cił przej­rzy­stą powierzch­nię mórz, do lotu zerwały się chmary much śpio­chów. Cho­lerne stwo­rzonka miały zwy­czaj szu­kać ciem­nych schro­nień, gdy coś je spło­szyło, wszy­scy mary­na­rze zaczęli więc kasz­leć i splu­wać.

Ci to mają szczę­ście, pomy­ślała kapi­tan, gdy bzy­cząca chmura oto­czyła jej głowę i do nosa, uszu oraz oczu zaczęły się wci­skać nie­zli­czone insekty. Słońce i morze były wystar­cza­jąco nie­przy­jem­nym ata­kiem na jej god­ność i resztki próż­no­ści, jakie zdo­łała zacho­wać po śmierci, ale muchy stały się dla Shurq Elalle źró­dłem nie­zli­czo­nych cier­pień.

Piratka, boska nie­umarła, nie­na­sy­cona nie­rząd­nica, wiedźma głę­bo­kich wód - od chwili gdy opu­ściła port Lethe­ras i popły­nęła długą, sze­roką rzeką ku zachod­nim morzom, spo­tkało ją wiele miłych wra­żeń. Pierw­sza galera - smu­kła i szybka - stała się dla niej prze­pustką do sławy. Shurq na­dal ubo­le­wała nad jej utratą. Sta­tek spło­nął w star­ciu z koby­lań­ską eskortą w Końcu Śmie­chu. Była jed­nak zado­wo­lona z Pozgon­nej Wdzięcz­no­ści. Co prawda, sta­tek był tro­chę za duży dla jej załogi, ale po powro­cie do Lethe­ras z łatwo­ścią roz­wiąże ten pro­blem. Naj­bar­dziej jed­nak żało­wała odej­ścia Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii. Żela­zna Krata już na samym początku oznaj­mił jej, że on i jego ludzie tylko odpra­co­wują prze­wóz. Nie­mniej jed­nak Kar­ma­zy­nowi Gwar­dzi­ści oka­zali się bar­dzo uży­teczni pod­czas sza­lo­nego rejsu przez ocean. Zosta­wiali za sobą sze­roki, krwawy trop, zdo­by­wa­jąc jeden kupiecki sta­tek po dru­gim. Po złu­pie­niu z reguły wysy­łali je w mor­skie odmęty. Nie cho­dziło tylko o ich nio­sące śmierć mie­cze, lecz rów­nież o magię Cor­losa, znacz­nie bar­dziej wyra­fi­no­waną i inte­li­gentną niż wszystko, co Shurq widziała do tej pory.

Podobne szcze­góły otwie­rały jej oczy, posze­rzały hory­zonty. Świat był wielki. Lether, dziecko Pierw­szego Impe­rium, był zaco­fa­nym kra­jem pod wie­loma waż­nymi wzglę­dami doty­czą­cymi spo­sobu myśle­nia oraz zasad spra­wo­wa­nia rzą­dów. To mogło nauczyć pokory.

Shurq Elalle nie prze­żyła roz­sta­nia z Żela­zną Kratą i jego dru­żyną tak bar­dzo, jak reszta załogi. Prawdę mówiąc, czuła się w ich towa­rzy­stwie coraz bar­dziej nie­pew­nie. Żela­zna Krata nie nale­żał do ludzi, któ­rzy potra­fią pod­po­rząd­ko­wy­wać się komuś przez dłuż­szy czas. Och, z pew­no­ścią wyglą­dało to ina­czej, gdy cho­dziło o innych Zaprzy­się­żo­nych z Kar­ma­zy­no­wej Gwar­dii albo ich legen­dar­nego dowódcę, księ­cia K'azza. Shurq jed­nak nie była Zaprzy­się­żoną ani nawet żoł­nie­rzem Gwar­dii. Dopóki ich cele pozo­sta­wały zbieżne, wszystko ukła­dało się dobrze. Shurq sta­ran­nie uni­kała wszel­kich sprzecz­no­ści, które mogłyby dopro­wa­dzić do kon­fron­ta­cji.

Wysa­dzili najem­ni­ków na kamie­ni­stym wybrzeżu we wschod­niej czę­ści lądu zwa­nego Jacu­ruku. Z nieba lały się strugi desz­czu, ale, nie­stety, lądo­wa­nie nie obyło się bez świad­ków. Kiedy po raz ostatni widziała Żela­zną Kratę i jego żoł­nie­rzy, wszy­scy zwró­cili się w stronę lądu, ku kil­ku­na­stu zaku­tym w zbroje posta­ciom, które scho­dziły z osy­pu­ją­cego się urwi­ska, opu­ściw­szy zasłony heł­mów. Robiły groźne wra­że­nie, ale Shurq miała nadzieję, że ta wojow­ni­czość jest tylko na pokaz. Szare stru­mie­nie ulewy wkrótce prze­sło­niły im widok na brzeg, gdy łódź zbli­żała się do Pozgon­nej Wdzięcz­no­ści.

Skor­gen zarze­kał się, że usły­szał swym zdro­wym uchem słaby szczęk mie­czy, Shurq jed­nak nie sły­szała nic.

Tak czy ina­czej, umknęli pośpiesz­nie z tam­tych wód, jak zwy­kli to robić piraci, gdy ist­nieje nie­bez­pie­czeń­stwo zor­ga­ni­zo­wa­nego oporu. Shurq pocie­szyła swe znę­kane sumie­nie myślą, że Żela­zna Krata naj­wy­raź­niej wie­dział co nieco o Jacu­ruku, a przy­naj­mniej znał jego nazwę. Co prawda, Cor­los odpra­wiał gło­śne modły do kil­ku­dzie­się­ciu róż­nych bóstw, ale mag miał skłon­no­ści do melo­dra­ma­tycz­nego zacho­wa­nia. Kil­ku­na­stu ryce­rzy to za mało, by zatrzy­mać Żela­zną Kratę i jego Kar­ma­zy­no­wych Gwar­dzi­stów, jeśli ci byli zde­ter­mi­no­wani osią­gnąć cel, któ­rym w tym przy­padku było przej­ście w poprzek Jacu­ruku celem zna­le­zie­nia kolej­nego statku.

Świat rze­czy­wi­ście był wielki.

Wio­śla­rze unie­śli wio­sła i wcią­gnęli je cicho na pokład. Pozgonna Wdzięcz­ność zatrzy­mała się obok wraku. Shurq Elalle pode­szła do relingu i przyj­rzała się pokła­dowi wyko­na­nego z czar­no­drewna okrętu.

- Zanu­rza się głę­boko - mruk­nął Skor­gen.

Na pokła­dzie nie było ciał, ale walało się tam mnó­stwo roz­ma­itych przed­mio­tów.

- Nie opu­ścili okrętu w zor­ga­ni­zo­wany spo­sób - zauwa­żyła Shurq Elalle, gdy haki abor­da­żowe wbiły się w deski, a liny napięły mocno. - Sze­ściu idzie z nami. Wyj­mij­cie broń - roz­ka­zała, po czym wycią­gnęła rapier i wsko­czyła na reling.

Wylą­do­wała gładko na śród­o­krę­ciu, w odle­gło­ści dwóch kro­ków od kikuta grot­masztu. Po chwili dołą­czył do niej Skor­gen, który stęk­nął gło­śno, a potem zaklął, ura­ziw­szy się w chorą nogę.

- Zaata­ko­wano ich - stwier­dził, roz­glą­da­jąc się wokół.

Pokuś­ty­kał do relingu i wyrwał z niego roz­sz­cze­pione drzewce strzały. Przyj­rzał się jej ze skwa­szoną miną.

- Cho­ler­nie krótka i gruba. Spójrz na ten grot. Mógłby prze­bić okutą brą­zem tar­czę. A lotki są skó­rzane. Wyglą­dają jak płe­twy.

Gdzie się podziały ciała? Shurq Elalle zmarsz­czyła brwi i pode­szła do luku. Zatrzy­mała się w wej­ściu, widząc, że drzwi są roz­trza­skane. Odsu­nęła szczątki stopą na bok, pochy­liła się i zaj­rzała do ciem­nej ładowni.

Ujrzała błysk wody, w któ­rej pły­wały roz­ma­ite przed­mioty.

- Skor­gen, mamy tu łupy. Wycią­gnij jedną z tych amfor.

- Kapi­ta­nie! - zawo­łał z pokładu Pozgon­nej Wdzięcz­no­ści drugi ofi­cer, Męka. - Wrak coraz bar­dziej się zanu­rza.

Usły­szała ciche skrzy­pie­nie kadłuba.

Skor­gen wsu­nął zdrową rękę w ucho amfory. Syk­nął z wysiłku, uniósł się­ga­jące mu do bio­dra naczy­nie i wyto­czył je na pokład mię­dzy sobą a Shurq.

To była naprawdę piękna amfora cudzo­ziem­skiej roboty. Kre­mowa gla­zura pokry­wała ją aż do pod­stawy, któ­rej zwoje zdo­biły czarne geo­me­tryczne wzory na czy­sto bia­łym tle. To jed­nak obraz przed­sta­wiony na kor­pu­sie przy­cią­gnął jej uwagę. Na dole wyobra­żono ludzką postać przy­bitą do krzyża w kształ­cie litery X. Z jej zwró­co­nej ku górze głowy wyla­ty­wały - czy może zla­ty­wały się ku niej - setki wron. Każdą przed­sta­wiono z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami. Ptaki sku­piały się na sze­ro­kich ramio­nach amfory, ota­cza­jąc ją krę­giem. Zla­ty­wały się do nie­szczę­śnika, żeby go roz­dzio­bać? Czy może umy­kały od niego jak ostat­nie, przed­śmiertne myśli?

Skor­gen wycią­gnął nóż i zabrał się do zdra­py­wa­nia gru­bej war­stwy laku pokry­wa­ją­cej zatyczkę. Po chwili udało mu się ją wycią­gnąć. Odsko­czył nagle, gdy na pokład try­snęła gęsta krew.

Wyglą­dała na świeżą. Bił od niej zapach kwia­tów, inten­sywny i prze­sad­nie słodki.

- To kagen­zowy pyłek - wyja­śnił Skor­gen. - Zapo­biega krzep­nię­ciu krwi. Edur uży­wają jej do malo­wa­nia świą­tyń w lesie. No wiesz, na drze­wach. Krew uświęca. To oczy­wi­ście nie są praw­dziwe świą­ty­nie. Nie ma tam murów ani dachu, tylko gaj...

- Nie lubię pierw­szych ofi­ce­rów, któ­rzy za dużo gadają - prze­rwała mu Shurq, pro­stu­jąc się. - Każ resz­cie wra­cać. Te naczy­nia wystar­czą, by uczy­nić nas boga­tymi na mie­siąc albo dwa.

Ruszyła do kajuty kapi­tana.

Kory­tarz był pusty, a wywa­żone drzwi kajuty zwi­sały na jed­nym skó­rza­nym zawia­sie. Idąc w tamtą stronę, zaglą­dała do bocz­nych nisz, w któ­rych znaj­do­wały się pię­trowe koje dla załogi. Wszyst­kie były puste, choć panu­jący na nich nie­ład suge­ro­wał, że je prze­szu­kano.

Samą kajutę rów­nież ogra­biono. Na pod­ło­dze leżał z roz­po­star­tymi koń­czy­nami trup Edur. Dło­nie i stopy przy­bito mu gwoź­dziami do pod­łogi. Ktoś meto­dycz­nie tor­tu­ro­wał go nożem. Pomiesz­cze­nie wypeł­niał smród odcho­dów, a twarz zabi­tego była wykrzy­wioną maską cier­pie­nia. Oczy wpa­try­wały się w pustkę niczym świa­dec­two utra­co­nej wiary, strasz­li­wego obja­wie­nia w obli­czu śmierci.

Usły­szała, że ktoś wcho­dzi do kajuty. Pierw­szy ofi­cer zaklął cicho na widok ciała.

- Tor­tu­ro­wali go - stwier­dził. - Tor­tu­ro­wali kapi­tana. To był Merude, bli­ski wie­kiem star­szyź­nie. Niech nas Zbłą­kany ma w swo­jej opiece, kapi­ta­nie. Jeśli ktoś znaj­dzie ten okręt, nim zato­nie, obciążą winą nas. Tor­tury, nie rozu­miem dla­czego...

- To pro­ste - prze­rwała. - Potrze­bo­wali infor­ma­cji.

- Na jaki temat?

Shurq Elalle rozej­rzała się.

- Zabrali dzien­nik pokła­dowy i mapy. Piraci mogliby to zro­bić, gdyby nie znali Letheru, ale nie potrze­bo­wa­liby tor­tu­ro­wać bied­nego skur­czy­byka. Poza tym piraci wszystko by złu­pili. Nie, ci, któ­rzy to zro­bili, chcieli zdo­być wię­cej infor­ma­cji. Nie wystar­czało im to, co można zna­leźć na mapach. Co wię­cej, łupy nic ich nie obcho­dziły.

- To musiały być wredne skur­wy­syny.

Shurq pomy­ślała o amfo­rze i jej maka­brycz­nej zawar­to­ści. Odwró­ciła wzrok od trupa.

- Może mieli powód. Zrób dziurę w kadłu­bie, Skor­gen. Ale zacze­kamy tu chwilę, bo czar­no­drewno nie lubi tonąć. Możemy być zmu­szeni go pod­pa­lić.

- Taki stos przy­cią­gnie wszyst­kich w oko­licy, kapi­ta­nie.

- Zdaję sobie sprawę z ryzyka. Bierz się do roboty.

Shurq Elalle wró­ciła na pokład, weszła na kasz­tel dzio­bowy i wpa­trzyła się w hory­zont. Skor­gen i mary­na­rze zabrali się do nisz­czy­ciel­skiej roboty.

Po morzach pły­wają obcy.

Nie lubią Tiste Edur, ale mimo to chyba wola­ła­bym ich nie spo­tkać.

Spoj­rzała na śród­o­krę­cie.

- Skor­gen! Kiedy z tym skoń­czymy, łap­cie za wio­sła. Pły­niemy w stronę lądu.

- Do Lethe­ras? - zapy­tał, uno­sząc nazna­czone bli­znami brwi.

- Czemu by nie? Będziemy mogli sprze­dać towar i zaokrę­to­wać nowych ludzi.

Ułomny męż­czy­zna wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Tak jest, wra­camy do Lethe­ras. I to szybko.