Rozdział 2
Rozstania i powroty
- Nareszcie! Co się z tobą dzieje, Bryksy?! Oddałaś się już sielance pełną gębą i gardzisz łącznością telefoniczną?
Tęskniłam za Anką tak mocno, że nawet jej pełen pretensji ton sprawił mi radość.
Korzystając z błogości, jaka roztaczała się wokół, gdy słońce po całym dniu tropikalnego żaru chyliło się ku zachodowi, wzięłam Rocky'ego na smycz i kroczyliśmy żwawo polną drogą. Niosłam telefon w wyciągniętej dłoni tak, żeby poza moją twarzą Anka mogła nacieszyć oko widokiem dojrzewających zbóż na tle nieba, jakby malowanego akwarelą.
- Chciałabym! - prychnęłam. - Deszcze niespokojne targały sadem przez ostatnie kilka dni, a gdy odzyskałam resztki Internetu, w pierwszej kolejności spożytkowałam je na pracę.
- Dobra, dobra!
Przyjaciółka błysnęła białymi zębami w cwaniackim uśmieszku góralskiej łobuziary. Pewnie jedynie poloniści słyszeli o tym typie negacji - przez podwójne potwierdzenie.
- Pracę, powiadasz? Czyżby w pasiece? - dorzuciła słodko i niewinnie.
Puściłam to mimo uszu. Mieszkałam teraz dwieście kilometrów dalej, lecz wciąż trudno było mi wyobrażać sobie życie bez ciągłej, choćby internetowej obecności Anki.
- Pracę, pracę! Z czegoś muszę wyremontować resztę domu. I jak się okazuje, założyć porządną bramę wjazdową. Najlepiej taką z alarmem i monitoringiem! Nie zgadniesz, kto na początku zeszłego tygodnia zawitał w moje skromne progi!
- Jan Niezbędny? - Anka przygryzła dolną wargę swoich pełnych ust, wyraźnie ubawiona własnym żartem.
- Też. - Machnęłam ręką na znak, że o tym za chwilę. - Patryk! Patryk tu był! Czy ty sobie to wyobrażasz?!
Kamerka wideoczatu zarejestrowała moje oburzenie, bezlitośnie uwidaczniając zmarszczkę między brwiami. Emocje sprzed kilku dni odżyły i uderzyły we mnie kolejną falą.
Mina Anki zrzedła w mgnieniu oka.
- Patryk tam był... - wyszeptała zaskoczona.
Patrzyłam, jak kręci z niedowierzaniem głową. Informacja zaskoczyła ją do tego stopnia, że zabrakło jej słów.
- Patryk tam był?!
Aż podskoczyłam, gdy nagle usłyszałam wrzask niewidocznego na ekranie Konrada. Nie spodziewałam się go w mieszkaniu Anki. Czyżby zamieszkali razem?
- Czego chciał?
Zdążyłam przyzwyczaić się już do myśli, że dwójka moich najlepszych przyjaciół została parą, z czym bardzo długo nie chcieli się ujawnić. W obecnej chwili ich reakcje wskazywały na to, że nie tylko byli razem, lecz także niejako zamienili się osobowościami.
Wściekł się zwykle rozważny Konrad, a kobieta torpeda Anka zachowała stoicki spokój. Całkiem jak w tym filmie, gdzie staruszek całuje pannę młodą w dzień jej ślubu, zamieniają się ciałami, a młody Alec Baldwin czuje, że coś się święci i szuka po całym świecie tej swojej ukochanej w ciele staruszka[1].
Psioczenie Konrada wyrwało mnie z fantazji o tym, żeby ktoś mnie jeszcze tak pokochał, że szukałby po bezdrożach Starych Lip. Czy tym kimś był Patryk? Wyciągając wnioski z doświadczenia, absolutnie nie!
To przecież on zadecydował o naszym rozstaniu, argumentując, że rozmijamy się w życiu i dążymy do innych celów. Po czym po dwóch miesiącach wrócił i wywrócił wszystko do góry nogami! Ot tak sobie przyjeżdża nieproszony do mojego cudownego domku na wsi, który zdobyłam własnymi siłami, a w czym on od początku mi tylko przeszkadzał! Zamiast powiedzieć wprost, że nie podziela moich planów, dawał mi złudne nadzieje, a teraz oczekuje, że jak gdyby nigdy nic otworzę przed nim ramiona? Może to filmowe zagranie, ale raczej nie w moim gatunku.
- Patryk zawitał w moje skromne progi i odstawił niezłą szopkę - wycedziłam.
Uwadze Rocky'ego nie umknęła zmiana mojego nastroju. Przystanął zaskoczony i szczeknął ostrzegawczo.
- To znaczy co? - zainteresowała się Anka.
Konrad przysiadł się do niej, tak że teraz na ekranie widziałam oboje moich przyjaciół.
Przewróciłam oczami.
- Jak to co! Urządził scenę godną programu "Wybacz mi", deklarując, jak to mnie kocha i błaga o powrót - streściłam, a gdy do moich uszu dotarły moje własne słowa, przeszły mnie ciarki zażenowania.
- I co dalej? - dopytał przyjaciel.
W jego głosie, tak jak uprzednio w spojrzeniu Anki, tliła się obawa. Czyżby podejrzewali, że nie odrobiłam lekcji?
- Nic. - Wzruszyłam ramionami. - Odprawiłam go z kwitkiem, ale nie jestem przekonana, że na tym się skończy.
- Co masz na myśli? - Anka z ciekawości przysunęła się bliżej ekranu.
- Obiecał, że się nie podda i będzie o mnie walczył - oznajmiłam z ironią.
To, co jeszcze jakiś czas temu uznałabym za powód do radości, dziś wzbudzało we mnie głównie frustrację.
- Ożeż ty! - wyrwało się Konradowi.
- A to cwana bestia! - Anka zmrużyła oczy, a na jej twarzy wymalował się grymas przebiegłej lisicy. - A może nie ma czym się przejmować?
- Nie ma? - Uniosłam brwi.
- Noo... Skoro od razu nie padłaś mu w objęcia, to już powinno dać mu do myślenia. Mam nadzieję, że nie zmieniłaś nagle zdania.
- Nie ma takiej opcji - podkreśliłam stanowczo, lecz zauważyłam, że Anka i Konrad wymienili spojrzenia.
- A jak tam Janek? - zapytał ni z gruszki, ni z pietruszki Konrad.
- Normalnie. - Wzruszyłam ramionami. - Współpracujemy, głównie to wymieniamy maile. A co to ma do rzeczy?
- I nie widzieliście się od czasu twojej przeprowadzki? Nie przyszedł cię powitać chlebem i solą? - Ance wrócił przekorny ton.
- Twój humor niezmiennie sardoniczny, a podobno zakochani ludzie łagodnieją - odgryzłam się jej.
- No, no, Bryksy, wreszcie pokazujesz charakter. Tak trzymaj! Już myślałam, że lata moich nauk poszły w las. Poza tym masz całkowitą rację! Konrad przy mnie bardzo złagodniał!
Zaśmialiśmy się chóralnie, każdy po swojej stronie czatu.
- Tak po prawdzie to... tak się złożyło, że Janek przyszedł do mnie na werandę niemal w tym samym czasie co Patryk... - Uznałam, że jednak zwierzę się przyjaciołom z pełnego przebiegu zeszłotygodniowych wizyt.
- Co ty gadasz!
- Ale jazda!
Anka i Konrad po chwili leniwego rozluźnienia ożywili się na nowo.
- Czemu od razu nie mówiłaś?
- I co było dalej? - przekrzykiwali się.
Wzięłam głęboki wdech, zastanawiając się, od czego zacząć. Zawołałam psa i dałam mu znak, że powoli wracamy.
- Janek przyszedł pierwszy. Z miodem. Pogadaliśmy chwilę. Dogadaliśmy się, że sprzedam mu sad dziadka.
Konrad zagwizdał cicho.
- O, ho, ho! Grube działa! - skomentowała Anka.
- Zwyczajne sąsiedzkie interesy - odparłam lekko. - Jemu od początku zależało na sadzie, a mnie na domu. On ma na ten sad pomysł, ja potrzebuję kasy. Win-win.
- No przecież, że win-win. Jak w pysk strzelił! A kto wie, może nawet win-win-win. - Anka poruszyła sugestywnie brwiami.
- Uspokój się - rzuciłam w kierunku słuchawki.
- No co! To przecież twoja pierwsza miłość! Skłam mi prosto w twarz, że serduszko ci nie przyspieszyło na jego widok!
Nie mogłam tego zrobić. Przyjaciółka znała mnie lepiej niż własną kieszeń. Odwróciłam wzrok, udając, że ponownie wołam psa, choć ten biegł już przy mojej nodze.
- Wspomniałaś coś o tym, że jego odwiedziny nałożyły się z wizytą Patryka... - wtrącił Konrad z zaciekawieniem.
- Tak! Pierwszy przyszedł Janek, a gdy już poszedł, przyjechał Patryk. Tylko że Janek zgubił klucze w trawie, gdy głaskał Rocky'ego przy werandzie. Gdy się spostrzegł, zawrócił, by ich poszukać. Zorientował się jednak, że nie jestem sama, i zaczął się wycofywać, a pech chciał, że był to moment kulminacyjny występu Patryka. Nie chciał ujawniać swojej obecności, ale też pozostał w pobliżu, bo chciał się upewnić, no, wiecie, że nic mi nie grozi i koniec końców był świadkiem całej sceny - zakończyłam, a na mojej twarzy pojawiły się wypieki z zawstydzenia.
- No, nieźle - skomentował mój przyjaciel. - Dopiero się przeniosłaś, a już perypetie jak z serialu!
- Skąd wiesz? - dopytała Anka.
- Skąd wiem co?
- Że zgubił klucze, zawrócił i poznał Patrysia z najciekawszej strony?
- Bo je znalazłam! Zaraz po odjeździe Patryka. W pierwszej chwili przestraszyłam się, że to jego. Potem ruszyłam szukać Rocky'ego i zastałam Janka czającego się wciąż w moim ogrodzie.
Konrad kiwał głową ze zrozumieniem. Albo zachodzące powoli słońce odbijało się w ekranie mojego smartfona, albo w oczach przyjaciela dostrzegłam błysk.
- Coraz ciekawiej - mruknęła przyjaciółka z nieskrywanym zainteresowaniem. - Szkoda, że nie wyszedł. Może Patryk szybciej zrobiłby odwrót?
- Może... Nieważne - ucięłam temat. - Tak wam tylko chciałam opowiedzieć w ramach ciekawostki przyrodniczej.
- Ciekawostka jak ta lala!
- Prosimy o więcej!
Anka i Konrad znów zaczęli mówić jednocześnie.
- Możesz też relacjonować od razu na YouTubie w wersji premium dla patronów. Za takie rewelacje my z Konradem chętnie postawimy ci niejedną kawę. - Anka wyszczerzyła zęby w szyderczym uśmiechu.
Zademonstrowałam niezwykle dojrzałą postawę i pokazałam jej język.
Konrad szturchnął dziewczynę łokciem, a do mnie powiedział:
- Wypadłaś fantastycznie! Świetnie się ciebie ogląda!
- Czekam na odcinek live z pasieki. - Przyjaciółka nie dawała za wygraną z podpuszczaniem mnie.
- Ja ciebie też! - odparłam z udawaną czułością, po czym dodałam: - Dobra, kochani, muszę kończyć i pędzić do domu. Komary zaraz mnie pochłoną żywcem. Na szczęście mam niedaleko!
- Leć! Pa, pa!
- Kochamy cię!
- A ja was!
Posłałam całusa do obiektywu aparatu i się rozłączyłam. Zachęciłam psa do szybszego truchtu, zachwycając się wieczornym niebem rozpościerającym się nad Starymi Lipami. Strasznie brakowało mi tej dwójki, ale ani chwili nie żałowałam podjętych decyzji. Nawet jeśli do ich konsekwencji cały czas musiałam się jeszcze przyzwyczajać.
* * *
Ostatni kawałek pokonałam biegiem. Wróciłam na przełaj przez sad, opędzając się od krwiożerczych owadów. Rocky czerpał sporą radość z przeskakiwania wysokich traw. Moje spojrzenie podążyło za nim i spoczęło na otaczającym go ogrodzie, który był nim wyłącznie z nazwy.
"Daleka droga przede mną, a mam tylko dwie ręce" - pomyślałam, odpędzając komary machnięciem dłoni.
W mojej pamięci tkwił jak żywy obraz ogrodu babci Jadzi, pełnego różnorodnych kwiatów, których rozsady przeplatały grządki warzyw i ziół. Gdy tylko zamykałam oczy, niemalże przenosiłam się w czasie. Wyjątkowa mieszanka ogrodowych zapachów w lipcowym słońcu znów uderzała mnie w nozdrza. Pragnęłam z całych sił odtworzyć to miejsce takim, jak je zapamiętałam, zwłaszcza gdy łaskawy los sprawił, że zdołałam je odzyskać. Chciałam, by tak jak za jej czasów na werandzie odbywały się przyjacielskie spotkania i spontaniczne pogawędki, a serdeczna społeczność Starych Lip zapisała się we wspomnieniach kolejnego pokolenia.
Tymczasem od przeprowadzki nie nawiązałam na miejscu żadnych nowych znajomości. Dni upływały mi na pracy. Zajęta realizacją zleceń, samodzielnym odnawianiem domu i planami ogródkowych rewolucji, oddawałam się jej z jeszcze większym skupieniem także wieczorami. W wolnych chwilach, gdy nie zajmowałam się grafikami dla klientów, chętnie zapadałam się w miękkie siedzisko fotela wypoczynkowego i rysowałam na tablecie. Wróciłam też do starej pasji i z lubością szkicowałam, słuchając magicznych koncertów ptaków zamieszkujących pobliskie lipy i żab z okolicznego stawu.
Czas mijał, a sytuacja się nie zmieniała. Najbliżej położony dom wydawał się opuszczony. Z Jankiem nie widziałam się od czasu spotkania na werandzie. Brak towarzystwa, na który nigdy dotąd nie mogłam narzekać, coraz mocniej zaczynał mi doskwierać.
W powieściach czy serialach, które przychodziły mi na myśl, zawsze następowała taka scena, w której bohaterka zaczynająca nowe życie w nowym miejscu przychodzi do lokalnego baru albo sklepu, gdzie poznaje sprzedawczynię. Ta zna we wsi wszystkich, a cała wieś już huczy, że nasza bohaterka się przeprowadziła. Wszyscy śledzą to wydarzenie z zapartym tchem, pytają, kim ona jest i co zamierza. Cóż, winiłam siebie samą, że na podstawie sielskich romansów ubzdurałam sobie taki scenariusz, a że potwierdzały go moje wcześniejsze doświadczenia, właśnie tego oczekiwałam.
Stare Lipy bynajmniej nie powitały mnie tłumem ciekawskich sąsiadek zaglądających mi w okna. Szczerze mówiąc, nie powitały mnie w ogóle. Nikt się już tutaj nie interesował tym, co się dzieje we wsi, a na pewno nie na taką skalę, jak to zapamiętałam. Takie zdążyłam odnieść wrażenie już po pierwszych spacerach po wsi i obowiązkowej wizycie w miejscowym spożywczaku.
Na mój widok młodziutka sprzedawczyni z niechęcią odłożyła telefon, na którym coś oglądała, i ciężko podniosła się z krzesła. Stanęła przy kasie i bez słowa czekała na mój ruch.
- Dwie bułki z ziarnami i mleko poproszę.
Dziewczyna skasowała produkty, nie zaszczycając mnie spojrzeniem, zapytała, czy płacę kartą, po czym rzucając na ladę skrawek papieru wyrwany z terminala, chwyciła z powrotem za swój smartfon i wróciła na miejsce na krześle.
Wracając do domu, nie spotkałam nikogo. Ani w sklepie, ani na przystanku, ani nigdzie po drodze nie zauważyłam choćby przypiętego ogłoszenia. Stare Lipy jakby wymarły. Z pozoru nic się tutaj nie zmieniło, a jednak zmieniło się wszystko. Jak wszędzie. Nie mam pojęcia, co sobie wyobrażałam. Owszem, przeprowadziłam się w niezwykle bliskie mojemu sercu miejsce, nie wsiadłam jednak w wehikuł czasu.
W mojej pamięci Stare Lipy wciąż były wioską osadzoną mocno w latach dziewięćdziesiątych. Nie przypuszczałam, że relacje międzyludzkie także tutaj uległy zmianie. Ludzie już nie rozmawiali ze sobą, stojąc przy płotach. Babcie - gospodynie w chustkach na głowach - nie spotykały się na modlitwy przy kapliczce na rozdrożu. Wioska nie była już tym samym miejscem. Nie wiedziałam, ilu starych mieszkańców pamiętających moich dziadków, wujka, tatę i mnie z dzieciństwa wciąż mogłam tu jeszcze spotkać.
Przemierzałam godzinami w towarzystwie Rocky'ego dróżki i aleje, często nie spotykając żywego ducha. Na końcu wioski powstały nowe ulice z nowo wybudowanymi domami. Wokół było wiele działek, a stojąca na każdej z nich skrzynka przepowiadała, że i tu za chwilę wyrośnie kolejny bliźniak.
Przeprowadzając się tutaj, zdawałam sobie sprawę z tego, że zaczynam życie od nowa. Chciałam tego. Wyczekiwałam tego z radosnym biciem serca, lecz nie miałam pojęcia, jak bardzo to wszystko będzie od nowa. Ani jak trudno nawiązać nowe przyjaźnie singielce po trzydziestce, żyjącej na polskiej prowincji.
Nie pomyliłam się, licząc, że w Starych Lipach osiągnę wymarzony slow life. Tyle że czas nie zatrzymuje się nigdzie dla nikogo i nie przyszło mi do głowy, że mój slow life okaże się przygodą w pojedynkę.
[1] Preludium miłości, amerykańska komedia obyczajowa z 1992 roku w reżyserii Normana René.