Przedmowa do wydania polskiego
Ulubieniec Hitlera pisze nową, szokującą
historię XX-go wieku! I co więcej, na potwierdzenie swoich
kontrowersyjnych tez często przytacza dokumenty archiwalne lub cytuje
publikacje całkiem wiarygodnych europejskich historyków.
Książka jest kapitalnym dowodem na to, że nie ma historii tzw.
obiektywnej, czyli jedynej słusznej. Każdy historyk stara się uwypuklać
jedne dokumenty kosztem innych, a często i cytuje jedne źródło,
pomijając inne, które może zaprzeczyć wysuniętej przez niego tezie. Na
naszym podwórku często tak właśnie czynią historycy piszący o Powstaniu
Warszawskim. (Jeśli jestem za, przytaczam tylko dokumenty za, a jeśli
przeciw, to odwrotnie).
Nie ustrzegł się tego i Leon Degrelle. Pisząc z pozycji wyznawcy Hitlera
nie mógł się wyzwolić od antyżydowskiej retoryki. Krytykując (słusznie
lub nie) zachowania niektórych osób pochodzenia żydowskiego, będących na
świeczniku władzy w Europie, rozszerza tą krytykę na wszystkich Żydów. I to jest właśnie antysemityzm, z którego okowów Degrelle uciec nie może.
Ale odrzucając ten cały degrellowski antysemityzm, a także antypolonizm
i antyslawinizm, dostajemy do ręki fascynującą książkę, pełną
niezwykłych anegdot o ludziach władzy przed i w czasie pierwszej wojny
światowej.
Degrelle, opisując rzeczywistość europejską czasów pierwszej wojny
światowej, nie stroni też od wycieczek w przyszłość, do czasów
hitlerowskich. Przeszłość i przyszłość często się u niego splatają, nic
zresztą w tym dziwnego, bo pierwsza wojna światowa, według autora, była
praprzyczyną drugiej wojny światowej.
Oryginalna teza, że wojny tak naprawdę chcieli ludzie będący przy władzy
w Rosji, Francji i Anglii, stawia naszą wiedzę historyczną w tym temacie
na głowie. Co ciekawe, Degrelle często przytacza prace francuskich
historyków, potwierdzających tą tezę.
Cały nakład tej książki, wydany w Belgii został w całości zniszczony.
W pewnym sensie jest to książka do dzisiaj zakazana. Jej jedyne wydanie
ukazało się w Stanach Zjednoczonych. Ale skoro żyjemy w czasach, w których legalnie wydaje się "Main Kampf"...nie ma powodu aby nie wydać i tej książki.
I na końcu parę cytatów z Degrella:
"Co znaczy cierpienie, kiedy w życiu miało się kilka nieśmiertelnych
chwil? Przynajmniej się żyło."
"Krótkie czy długie życie jest coś warte jedynie wtedy, gdy nie będziemy
musieli się go wstydzić."
Andrzej Ryba
Rozdział 7. Rosja przeprowadza mobilizację
Rozdział 7
Rosja przeprowadza mobilizację
Dziwnym jest fakt, iż tym, któremu niemal na
wyłączność powierzono obowiązki odpowiedzialnego za nadzorowanie
stosunków z Rosją, został Maurice Paleologue. Francuski premier,
Viviani, sprawował także funkcję ministra spraw zagranicznych, więc
zgodnie z konstytucją był zwierzchnikiem Paleologue. Gdy Viviani
podróżował do Sankt Petersburga i z powrotem, tymczasowo pełniącym
obowiązki ministra spraw zagranicznych został minister sprawiedliwości,
Bienvenu-Martin. Prawda jest taka, że Viviani nie cieszył się zbyt
wielkim autorytetem. Poincaré traktował swojego premiera wyniośle i podejrzliwie i często działał za jego plecami. Paléologue z kolei był
pełen pogardy dla swego zwierzchnika, o którym powiedział: "Viviani nie
ma najmniejszego pojęcia o sprawach dyplomacji, jest niemrawy i najbardziej ordynarny ze wszystkich naszych polityków". Odsuwany na bok,
traktowany z pogardą, Viviani nabawi się szaleństwa i skończy w przytułku.
Jeśli chodzi o tymczasowego ministra spraw zagranicznych, J.B.
Bienvenu-Martina, w czasie swego urzędowania nie odegrał praktycznie
żadnej istotnej roli. Abel Ferry, sekretarz stanu w ministerstwie spraw
zagranicznych napisał o nim w swych Carnets: "Minister pojawia się tylko
na czterdzieści pięć minut dziennie i myszy harcują". Gdy
Beinvenu-Martin był nieobecny, a Viviani omijany, korytarze ministerstwa
spraw zagranicznych wypełniali nieoficjalni "dyplomaci" i kombinatorzy w rodzaju Tardieu, który uważał ministerstwo za swoją prywatną działkę i szwendał się po pokojach na Quai d'Orsay z elegancką cygarniczką w ustach, sterczącą z jego smętnej twarzy człowieka-ryby. Najpotężniejszym
człowiekiem na miejscu był nie Viviani czy Beinvenu-Martin, ale dyrektor
polityczny, sekretarz generalny Philippe Berthelot. Był ostatnim,
którego można by uważać za przedstawiciela uczciwej dyplomacji, opartej
na wzajemnym zaufaniu i mediacji: to Berthelot odpowiadał za edycję
Żółtej Księgi.
Gdy tylko "France" odbił od nabrzeża, Paléologue przystąpił do pracy. Na
następny dzień, 24 lipca, zaprosił Sazonowa, rosyjskiego ministra spraw
zagranicznych, na lunch o dwunastej trzydzieści. Przez następne trzy dni
obaj panowie będą konferować niemal bez przerwy.
W czasie spotkania Paléologue przekazał Sazonowowi hasło przewodnie,
które otrzymał właśnie telegraficznie od Poincaré prosto z pokładu
okrętu: "Bądź twardy! Bądź twardy!" Francuskiemu dyplomacie sekundował
drugi gość przy stole. Brytyjski ambasador, Sir George Buchanan,
rywalizował z Sazonowem w entuzjazmie do sprawy rosyjskiej. Będąc daleki
od obiektywizmu i bezstronności, jakich można by oczekiwać od
przedstawiciela Brytanii, Buchanan był zagorzałym zwolennikiem wielkiego
księcia Mikołaja i jego panslawistycznych ambicji. W czasie lunchu, gdy
Sazonow i Paléologue naciskali, by poparł Francję i Rosję, odpowiedział
bez wahania: "Głosicie kazanie do nawróconego".
Sazonow, który dopiero co poinstruował serbskiego premiera Pašića, aby
ten odrzucił szósty punkt austriackich warunków uzgodnienia sprawy
Sarajewa -?dotyczący powołania wspólnej komisji dochodzeniowej -?widział
w oznace oficjalnego brytyjskiego poparcia niezmierne wzmocnienie.
Jeszcze bardziej uwydatnił swe stanowisko, namawiając Pašića, aby
zarówno on, jak i serbski regent, opuścili natychmiast Belgrad,
przygotowując się do rozpoczęcia działań wojennych. Pašić dość szybko
zastosował się do żądania, odsyłając natychmiast rodzinę do Paryża.
25 lipca Serbia złożyła swą kontrpropozycję Austrii, akceptując warunki,
które były nieistotne dla rządu Pašića i jego rosyjskich mocodawców,
odrzucając jednocześnie te, które z punktu widzenia Austrii były
najistotniejsze. Zgodnie z rozkazami Sazonowa, Pašić zaprezentował
ambasadorowi austriackiemu stanowisko, z którego wynikało, iż jego rząd
deklaruje wolę ukarania sprawców, ale wyłącznie po uznaniu ich winy po
dochodzeniu, w którym nie będą brali udziału Austriacy. Bez wątpienia
było to stanowisko całkowicie zrozumiałe, jeśli weźmie się pod uwagę
fakt, iż Pašić doskonale zdawał sobie sprawę, kto zorganizował morderczy
spisek i że będzie się pamiętać o tym, iż codziennie przychodził do
swego biura w towarzystwie głównego spiskowca Bałkanów, rosyjskiego
ambasadora Hartwiga. Jednak zarówno Pašić, jak i jego rosyjscy
mentorowie, zdawali sobie sprawę, że odrzucenie żądań Austrii oznacza
wojnę.
Tego samego dnia, gdy Sazonow, Paléologue i Buchanan spiskowali przy
herbacie, rosyjskie kierownictwo, ufnie świadome odpowiedzi, jakiej
następnego dnia Serbia udzieli Austriakom, rozpoczęło mobilizację swych
potężnych armii. 24 lipca po południu Sazonow przedłożył carowi plan
lokalnej mobilizacji, która zakładała przestawienie na tryb wojenny
oddziałów z okręgów wojskowych Moskwy, Kijowa i Kazania. Prawomyślna
historia mówi o rosyjskiej mobilizacji, która miała się odbyć tydzień
później, czyli 30 lub 31 lipca. Wcześniejsza regionalna, "wstępna"
mobilizacja jest lekceważona i przyjmowana zaledwie jako krok
defensywny, mający uprzedzić pazerną Austrię, zdecydowaną zgnieść małą
Serbię. Generalnie tuszuje się fakt, że rosyjskie floty, Bałtycka i Czarnomorska, również otrzymały rozkaz mobilizacji. Jasno widać, że było
to coś więcej, niż "regionalna" mobilizacja. Morze Czarne znajduje się
daleko od którychkolwiek aktorów serbskiego kryzysu i żaden kanał nie
łączy Bałtyku z Dunajem.
Najwyraźniej Rosjanie wyciągali rękę po owoc, na który od dawna z zazdrością patrzyli ideologowie rosyjskiej ekspansji: Czargrad,
Konstantynopol, Stambuł -?stolica Imperium Osmańskiego, owoc wart o wiele więcej, niż owoce na wszystkich drzewach Serbii.
Równie jasne było to, iż przeprowadzając mobilizację na Bałtyku,
rosyjscy ekspansjoniści przygotowują się do uderzenia na Niemcy.
Mobilizując Flotę Bałtycką, Rosjanie decydowali się na prowokację, wobec
której Kaiser i jego ministrowie z ledwością mogli przejść obojętnie.
Car Mikołaj II nie był człowiekiem perfidnym. Nie skrzywdziłby muchy,
nawet gdyby miał na tyle energii. Ale był niewiele bardziej żwawy, niż
żywy trup. Bliski przyjaciel rosyjskiego władcy powiedział o nim tak:
"Jeśli zadać mu ważne pytanie, ma się wrażenie, że wpada w kataleptyczny
trans".
Tym samym był miękki jak wosk w rękach doradców i ministrów w rodzaju
Sazonowa. Minister spraw zagranicznych szybko wymógł na nim
zatwierdzenie planu częściowej mobilizacji, który został następnie
zaaprobowany przez radę ministrów w Krasnym Siole w dniu 25 lipca.
Regionalna, lub "częściowa" mobilizacja, zapoczątkowana tą decyzją była,
w świetle realiów wojskowych tamtego dnia, wszystkim, tylko nie
częściową mobilizacją. Raz ogłoszona, mobilizacja postępowała zgodnie z ustalonymi planami, których nie można było zmienić, co sprawiało, że
stawała się nieodwołalna. Car słabo orientował się w kwestiach strategii
i taktyki i znajdował się w stanie błogiej nieświadomości, że po
zaakceptowaniu żądania Sazonowa przestawił swój kraj na kurs, z którego
nie można było zawrócić.
Nawet wtedy, były takie jednostki rosyjskie, które gorączkowo puszczono
w ruch całe tygodnie przed podjęciem decyzji o mobilizacji z dnia 24
lipca 1914 roku. Dwadzieścia dni wcześniej sześćdziesiąt tysięcy
żołnierzy, którzy wywarli tak wielkie wrażenie na prezydencie Poincaré,
gdy paradowali w takt francuskich marszów wojskowych na błoniach pod
Krasnym Siołem, zostało na rozkaz sztabu generalnego przerzucone z Syberii. Śniegi Syberii stopiły się w czasie króciutkiego, północnego
lata. W sztabie generalnym chełpiono się, że jednostki syberyjskie będą
w Berlinie, zanim śnieg powróci na ogromne rosyjskie przestrzenie w Azji.
* * *
25 lipca wielki książę Mikołaj zabawiał się na ogromnym bankiecie dla
wojskowych elit. Tam właśnie Niemców po raz pierwszy dobiegły słuchy o decyzji rosyjskiego władcy w kwestii wojny. Generał von Chelius,
osobisty przedstawiciel Kaisera na dworze carskim, siedział obok starego
przyjaciela, barona Grunwalda, koniuszego księcia Mikołaja. Gdy
wznoszono toasty, rosyjski marszałek spojrzał poważnie na Niemca, z widocznym wzruszeniem podniósł w jego kierunku kieliszek i powiedział:
"Mój drogi towarzyszu, nie jestem upoważniony, by mówić o decyzjach,
jakie podjęto dzisiaj w południe, ale były one bardzo poważne".
Następnie, kładąc ręką na ramieniu von Cheliusa, dodał: "Miejmy
nadzieję, że przyjdzie nam się spotkać w lepszych czasach".
Tak więc było to pożegnanie. Rosyjski oficer nie mógł być bardziej
wymowny. Wiedział, że nadciąga wojna, i że rozstaje się ze swoim
przyjacielem na godziny przed tym, zanim Serbia odrzuci warunki
Austriaków.
Jednak to wielki książę Mikołaj był gwiazdą bankietu. Przed dwoma
tysiącami świeżo upieczonych oficerów z akademii wojskowej w Sankt
Petersburgu (pospiesznie nominowanymi kilka godzin wcześniej), rosyjski
wódz naczelny odegrał pełne uniesienia przedstawienie teatralne,
obliczone na maksymalne rozpalenie ich wojowniczych uczuć. Sala
wypełniła się radosnymi pieśniami, którym towarzyszył brzęk pustych
kieliszków po wódce, rosyjskim obyczajem rozbijanych o podłogę.
Tego dnia w Sankt Petersburgu radował się jeszcze jeden Rosjanin.
Aleksander Izwolski, knujący wojenne intrygi od 1906 roku, który
stworzył rzekę, płynącą obok Sekwany do Paryża -?rzekę pieniędzy,
którymi przekupił i skorumpował prasę. Był na miejscu, by wreszcie
ujrzeć owoce swej pracy. Powrócił do swojej stolicy, aby dopilnować,
żeby Poincaré nie spowolnił biegu rzeczy przez trzymanie się protokołu
dyplomatycznego czy też formalnych procedur. Nie musiał się martwić;
Sazonow i wielki książę Mikołaj dobrze wykonali swoją robotę. Teraz
Izwolskiemu pozostało tylko powrócić do Paryża, by obserwować ostateczne
francuskie przygotowania i być w gotowości do przepchnięcia francuskich
przywódców przez krawędź, na wypadek gdyby w ostatniej chwili zdradzili
oznaki wahania.
Wieczorem 25 lipca Izwolski wsiadł do pociągu do Paryża. Jego francuski
kolega, Paleologue, odrzucając wszelkie pozory dyskrecji, towarzyszył mu
w drodze na stację i odprowadził go do osobistego wagonu. Izwolski, o kwadratowej twarzy, z rysami Kałmuka, cały promieniał. Z triumfalnym
okrzykiem zapewnił Francuza: "Tym razem, to wojna!" Następnie obaj
panowie, rosyjskim obyczajem, ucałowali się w usta. Wkrótce potem pociąg
francuskiego ambasadora ruszył do Paryża.
Następnego ranka Paléologue zatelegrafował do Paryża, informując swój
rząd, iż rosyjska mobilizacja jest w toku. Ani tego dnia, 26 lipca, ani
żadnego następnego, francuskie kierownictwo nie zaprotestowało ani nie
uczyniło żadnego wysiłku, by w jakikolwiek sposób powstrzymać te
działania, tym samym dostarczając kolejnego dowodu na zmowę rządu
Poincaré z rosyjskimi imperialistami. Nie trzeba dodawać, że edytor
Żółtej Księgi zdecydował o pominięciu tego telegramu w wyczerpującym
rzekomo zbiorze dokumentacji, związanej z początkiem wojny.
Przez kilka lat Poincaré wierzył, że dzięki usunięciu z oficjalnej
rządowej dokumentacji obciążających dowodów, dotyczących wydarzeń z lipca 1914 roku, zdoła odwrócić od siebie wszelkie oskarżenia i podejrzenia. Jego pozbawiona polotu mentalność nie pozwoliła mu
przewidzieć, iż kataklizm, wywołany przez jego własne, skryte
machinacje, zapoczątkuje fundamentalne zmiany w politycznym porządku, w którym tak dobrze potrafił się obracać. Dziesięć lat po wojnie, Siergiej
Dmitriewicz Sazonow, rosyjski minister spraw zagranicznych, z którym
Poincaré tak sprytnie uzgodnił kwestię wojny, znajdzie się na wygnaniu,
z daleka od leżącej w gruzach ojczystej Rosji, chłostanej knutem tak
straszliwym, że nie mógłby o takim marzyć żaden z carów. Zawalenie się
starego porządku ostatecznie odarło go z chęci tuszowania działań
Poincaré. W swoim Sechs Schwere Jahre, (wydanym w języku angielskim
pod tytułem Fateful Years), ujawnił prawdę o telegramie Paléologue do
Paryża. Tym samym jeszcze jedno historyczne kłamstwo rozsypało się w proch.
Izwolski przybył do Paryża w dniu 29 lipca. Telegram, rzecz jasna,
dotarł tam przed nim i Poincaré był już dobrze przygotowany do
współpracy z rosyjskim ambasadorem, gdy ten zameldował się w Pałacu
Elizejskim. W głębi ducha francuski prezydent był zachwycony pozbawionym
skrupułów sposobem, w jaki Rosja zamierzała przeforsować problem z Niemcami i Austrią. Poincaré pragnął wojny nawet bardziej żarliwie, niż
sami Rosjanie. Po dwóch latach starań jego życzenie miało się spełnić.
Rozdział 8. Niemiecka powściągliwość
Rozdział 8
Niemiecka powściągliwość
Początkowo rosyjscy przywódcy wierzyli, nie bez
dozy naiwności, że mobilizacja może zostać przeprowadzona w tajemnicy,
pozwalając ich ociężałym siłom zbrojnym na zyskanie dodatkowego
tygodnia, w ciągu którego zdołają zgromadzić miliony powołanych pod broń
ludzi i przerzucić ich nad granicę niemiecką i austro-węgierską.
Wieści wiatrem rozeszły się w ciągu dwudziestu czterech godzin -?na
cztery strony świata. Niedyskrecji było wiele; od aluzji Grunwalda
wygłoszonej do von Cheliusa na bankiecie w Krasnym Siole do pozbawionego
rozwagi zachowania Izwolskiego na dworcu kolejowym.
Nowomianowani oficerowie z akademii wojskowej byli nie mniej mało
powściągliwi, zaś wielki książę Mikołaj, z dumnie wypiętą piersią,
odgrywał już rolę żołnierza-samochwały, ku podziwowi dam w rosyjskiej
stolicy.
Jak dowiedli tego bolszewicy, publikując dokumenty z rosyjskich archiwów
dotyczące stosunków francusko-rosyjskich w latach 1910 -?1914, carski
reżim nie dowierzał swym francuskim aliantom do samego momentu wybuchu
wojny. Oferta francuskiego złota i krwi, jako dodatek do zgody na zakusy
cara odnośnie Konstantynopola, Bałkanów, Rusi, części Polski znajdującej
się w rękach Niemiec i Austro-Węgier, jak również Śląska, zadziwiła
Rosjan jako niewymownie szczodra, nawet, jako rekompensata za wsparcie w odzyskaniu Alzacji i Lotaryngii.
Aby upewnić się, że Francja nie wycofa się w ostatniej chwili ze swoich
zobowiązań, Rosjanie przyśpieszyli mobilizację na tyle, na ile pozwalały
im możliwości. Im szybciej się sprawią, tym pewniejsza będzie francuska
współpraca, ale i tym szybciej nowiny dotrą do przyszłych wrogów
panslawistów. A podejrzenia po drugiej stronie granicy, w Niemczech, już
narastały.
25 lipca, cesarz Wilhelm był wciąż na morzu na swym jachcie
"Hohenzollern", nieświadom rosyjskiej decyzji o mobilizacji i odrzucenia
przez Serbów żądań Austrii. W Berlinie rząd niemiecki zaczął otrzymywać
niepokojące sygnały z Sankt Petersburga. Do tego czasu, kanclerz
Bethmann-Hollweg nie śpieszył się zbytnio, by dać wiarę słuchom,
mówiącym o rosyjskim uczestnictwie w makabrycznym wydarzeniu w Sarajewie. Mimo, iż był świadom rosyjskich machinacji na Bałkanach,
uważał za niepojęte, by car znalazł wspólny język z królobójcami.
To jego poprzednik, książę Bernhard von Bülow, otworzył mu oczy. Ze
złośliwą satysfakcją przypomniał, jak to w 1814 roku car Aleksander I upraszał Ludwika XVIII, aby znaleźć pracę panu Savary. Król
odpowiedział, że nie widzi takiej możliwości, gdyż Savary zasiadał w trybunale rewolucyjnym, który posłał Ludwika XVI na gilotynę. "To
wszystko?", wykrzyknął car, "gdy ja codziennie jadam obiad z Bennigsenem
i Uszakowem, którzy udusili mojego ojca!"
Na początku lipca 1914 roku, Bethmann-Hollweg był obecny przy rozmowie
Kaisera z jego ministrem wojny, generałem Falkenhaynem. Generał zapytał:
"Czy istnieje potrzeba rozpoczynania jakichkolwiek przygotowań
wojennych?" Kaiser odpowiedział przecząco: "Jestem całkowicie temu
przeciwny", po czym dodał: "Życzę miłego lata" -?i odesłał swego
ministra.
Jak to później relacjonował książę von Bülow, następnego dnia, "tuż
przed swoim odjazdem do Kilonii, w rejs na północ, [Kaiser] przyjął
przedstawicieli sztabów generalnych armii i floty, informując ich, że
Austria ma zamiar zażądać od Serbii rozliczenia za morderstwo w Sarajewie, ale że nie ma powodów, by obawiać się poważnego konfliktu, a co za tym idzie, nie ma potrzeby, aby czynić przygotowania do działań
wojskowych na lądzie i na morzu". Dla pewności, jak to było w jego
zwyczaju, Wilhelm II ryknął salwą inwektyw pod adresem Serbii, wyrażając
nadzieję, iż Serbia zostanie zdrowo przetrzepana za swoją zbrodnię.
Niemniej jednak jasno zaznaczył, że środki represyjne pozostają
wyłącznie w gestii Austriaków.
Kanclerz Bethmann-Hollweg był jeszcze mniej wojowniczy -?mniej niż jego
suweren. Nawet gdy dotarły do niego wieści o podróży Poincaré do Rosji i poinformowany został o wrogim tonie francuskiej prasy, relacjonującej
sprawę zabójców z Sarajewa, wciąż nie zrobił nic. Pozostał w swym
berlińskim biurze, siedząc samotnie niczym sfinks i czytając swego
Platona, ufny w swe przeświadczenie, iż wojna, o ile wybuchnie,
ograniczy się do Bałkanów.
* * *
Jednak na początku lipca niektórzy niemieccy oficerowie zaczęli zdradzać
niepokój. Hrabia Wedel, doradca wydziału politycznego w ministerstwie
spraw zagranicznych, zatelefonował do Berlina z Norderney na Wyspach
Wschodniofryzyjskich, gdzie spędzał wakacje, z zapytaniem, czy aby nie
powinien powrócić na miejsce pracy. Powiedziano mu, że nie ma potrzeby,
by przerywał wypoczynek oraz że jest to tylko fałszywy alarm i że
wszystko będzie w porządku.
Sekretarz stanu Delbrück, także przebywający na urlopie, zaczął się
niepokoić dziesięć dni po Sarajewie. W dniu 9 lipca powrócił do Berlina
i zasugerował kanclerzowi, że być może mądrze będzie uruchomić procedury
awaryjne, które kilka lat temu opracowano na wypadek zagrożenia wojną.
Należało do nich, między innymi, dokonanie dużych zakupów zboża na
giełdzie w Rotterdamie i Delbrück kładł na ten element planu szczególny
nacisk. W rzeczy samej Francuzi rozpoczęli gromadzenie zapasów mąki już
w styczniu 1914 roku, korzystając ze specjalnych funduszy, zapewnionych
przez wojsko. Bethmann-Hollweg zachował całkowity spokój wobec błagań
Delbrücka. "Jest absolutnie wykluczone, aby Niemcy podejmowały
jakiekolwiek działania, mogące być odebrane, jako przygotowania do
wojny", odpowiedział.
Delbrück, wciąż pełen obaw, wyjawił swe zaniepokojenie ministrowi spraw
zagranicznych, Gottliebowi von Jagow, a następnie sekretarzowi skarbu,
Kuhnowi. Za każdym razem spotykał się z odmową, aż w końcu usłyszał
polecenie powrotu na urlop. Wróci dopiero po dwóch tygodniach.
* * *
To Montaigne pięknie napisał: "Wszystkie problemy tego świata biorą się
z głupoty". Ale Bethmann-Hollweg nie był głupim człowiekiem. Płynnie
posługujący się językami klasycznymi, uwielbiający Beethovena, bardzo
zdolny administrator, geniusz pracy papierkowej. Jednak kompletnie
brakowało mu przebiegłości, by poruszać się w zagmatwanym gąszczu
intryg, który otaczał sprawę Sarajewa.
Będąc pobłażliwym wobec Austro-Węgier, wyobrażał sobie, że przywódcy
cesarstwa Habsburgów powstrzymają swe oburzenie, w przypadku zaś, gdyby
nie mogli wypracować porozumienia z Serbią, przynajmniej ograniczą
zasięg i cele konfliktu. Nie ulega wątpliwości, iż powinien był
zaprezentować rządowi austriackiemu bardzo jasne stanowisko, że Niemcy,
całkowicie podzielające irytację Austrii, nie pozwolą sobie na to, by
dać się wciągnąć w wojnę z powodu Sarajewa. Bethmann-Hollweg powinien
zakomunikować fakt, że współczucie Kaisera jest solidarnością władcy i monarchy, a nie watażki czy geopolityka, poszukującego okazji na rewizję
granic i podważenie istniejących stosunków między mocarstwami w jakiejkolwiek części Europy, włącznie z Bałkanami. Mimo tego, niemiecki
kanclerz pozwolił, aby przez pierwsze trzy tygodnie lipca sprawy żyły
własnym życiem, kiedy to Austriacy przygotowywali ultimatum, podczas gdy
Niemcy, ani się od niego nie dystansując, ani go nie popierając, nie
byli gotowi ani do wojny, ani do pokoju.
* * *
Rewelacje, ujawnione 25 lipca von Cheliusowi przez barona Grunwalda,
zadziałały w biurze kanclerza niczym wybuch bomby. Nadeszło więcej złych
wieści. Niemieckie straże na granicy Prus Wschodnich raportowały o niszczeniu przez Rosjan posterunków celnych i zdejmowaniu zasieków.
Z Sankt Petersburga nadeszły kolejne informacje o przygotowaniach
wojennych trwających w Moskwie i Kijowie. Wielki książę Mikołaj
przeprowadził w paradzie swą kawalerię z Krasnego Sioła do Sankt
Petersburga. Szesnaście pułków kawalerii gwardii, Kozaków, kirasjerów i dragonów w pełnym bojowym rynsztunku, w rytm stukotu kopyt, przy
dźwiękach trąbek, pod rozwiniętymi sztandarami pułkowymi poruszyło serca
mieszkańców stolicy i wzbudziło strach cudzoziemców, przynajmniej tych,
którzy byli dyplomatami krajów niepałających entuzjazmem do rosyjskiego
imperializmu. Niemiecki ambasador, książę Pourtal?s, złożył wizytę
Sazonowowi. "Dalej się zbroicie?", wypytywał niemiecki dyplomata.
"To tylko środki zaradcze... by nie zostać zaskoczonym. To nie jest
kwestia mobilizacji", odpowiedział Sazonow.
"Tego typu kroki są niezwykle niebezpieczne. Obawiam się, że mogą
spowodować adekwatne posunięcia drugiej strony", zaripostował Niemiec.
Po kilku godzinach, szczegóły tej rozmowy przyczyniły się do rosnącego
poruszenia w Berlinie. Na myśl o tym, iż wielkie cesarstwo rosyjskie
przygotowuje się do wojny, Bethmann-Hollweg wpadł w panikę. Wreszcie
pobudzony do działania, w dniu 26 lipca wysłał telegram do swojego
ambasadora w Londynie, księcia Lichnowskiego, instruując go, by złożył
wizytę brytyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych, sir Edwardowi
Greyowi, prosząc go o natychmiastową interwencję w Sankt Petersburgu i protest przeciwko jakiejkolwiek formie rosyjskiej mobilizacji. Nic z tego nie wyszło: sir Edward udał się tamtej niedzieli na ryby. W tym
okresie roku pstrągi były najtłustsze i najpiękniejsze. Grey napisał
kiedyś: "Jeśli chodzi o mnie, nie ma nic wspanialszego nad radosne
podniecenie, gdy na małą wędkę z dobrym osprzętem złapie się
nadspodziewanie wielką rybę".
Książę Lichnowski tego dnia nic nie złapał. Zmuszony był czekać do
poniedziałku, zanim mógł przekazać wiadomość od swojego kanclerza.
W tym samym czasie inny wędkarz spędzał ostatnie godziny wakacji na swym
jachcie na pełnym morzu. Cesarz Wilhelm był zły i zaniepokojony. Uważał,
że działania (lub brak działań) jego kanclerza są godne ubolewania.
Został w końcu poinformowany o narastającym kryzysie, ale wciąż czekał
na ostateczny tekst serbskiej odpowiedzi dla Austrii. Wiedeń, po
otrzymaniu noty, ociągał się cały dzień, zanim poinformował Berlin o jej
treści. Von Jagow, niemiecki minister spraw zagranicznych, zobaczy tekst
dopiero 27 lipca, dwa dni po tym, jak serbska odpowiedź dotarła do
Wiednia.
Wilhelm II wylądował w Kilonii w dniu 27 lipca i kilka godzin później
dotarł swym specjalnym pociągiem do Poczdamu. Nieszczęsny
Bethmann-Hollweg zobaczył miażdżące spojrzenie cesarza. Kanclerz,
jąkając się ze zmieszania, natychmiast zaproponował swe ustąpienie.
Kaiser chłodno odmówił. Jego odpowiedź brzmiała: "Nawarzyłeś piwa. Teraz
je wypijesz".
Następnego ranka, o godzinie siódmej rano, Kaiser Wilhelm po raz
pierwszy ujrzał tekst serbskiej odpowiedzi. Nie był specjalnie
przerażony: wierzył, że zabójcy powinni zostać ujęci i ukarani, ale
wciąż nic nie przemawiało za tym, że wojna jest nieunikniona.
Dowiedział się, że Brytyjczycy rozważają propozycję, by Austria
okupowała Belgrad, dopóki kryzys nie zostanie zażegnany. Pomysł, mimo iż
wyglądał na zbyt śmiały, wciąż dawał nadzieję na jakieś rozwiązanie,
lepsze niż powszechna bijatyka.
Był też jeszcze dodatkowy promyk nadziei z Wiednia. Cesarzowi
Franciszkowi Józefowi wyrwała się uwaga, która zdawała się sugerować, że
drzwi do pokojowego uregulowania kryzysu nie zostały zamknięte. "W końcu
zerwanie stosunków dyplomatycznych", powiedział Habsburg, "nie musi
oznaczać casus belli".
Wilhelmowi II ledwie godzinę zajęło nakreślenie planu wstępnego
porozumienia pokojowego między Serbią i Austrią, opartego na sugestii
brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Po godzinnej konnej
przejażdżce w parku, Kaiser powrócił do swego biurka, by spisać
propozycję w ostatecznej formie. Zakładała ona tymczasową okupację
Belgradu przez Austriaków celem zagwarantowania dobrej woli Serbów w wykorzenieniu spisku, który zamordował przyjaciela Wilhelma, arcyksięcia
Franciszka Ferdynanda.
Rozdział 9. Królewskie słowo
Rozdział 9
Królewskie słowo
Tymczasem w Wielkiej Brytanii opinie w kwestii
tego, co można zrobić z burzą zbierająca się nad kontynentem, były
podzielone. Niechęć do Niemców, wywołana wzrastającą konkurencją
niemieckiej ekonomii, nie osłabła, jak również nie zniknęły obawy
związane z rozbudową niemieckiej floty wojennej i marynarki handlowej.
Niemniej jednak znacząca część brytyjskiej opinii publicznej, jak
również prasy, była przeciwna przystąpieniu do wojny, szczególnie gdyby
skorzystać na tym miała Rosja, która, ośmielona, mogłaby sięgnąć po
hegemonię w Europie. Manchester Guardian opublikował mocny artykuł
redakcyjny, w którym stwierdzano: "Musimy przede wszystkim mieć pełną
świadomość tego, iż jeśli Rosja i Francja wywołają wojnę, my nie
pójdziemy w ich ślady".
The Times widział zagrożenie na innym froncie. W przenikliwej
przepowiedni, dziś mającej sens bardziej, niż kiedykolwiek, upominał:
"Totalna wojna w Europie zagwarantuje, iż przyszłość ekonomiczna należeć
będzie do kontynentu amerykańskiego, a w szczególności do Stanów
Zjednoczonych Ameryki".
Jednak odległe zagrożenie ze strony ich amerykańskich kuzynów zajmowało
Brytyjczyków mniej, niż groźba supremacji ogromnej i prymitywnej
carskiej Rosji, której sześćdziesiąt lat wcześniej Brytania czuła się w obowiązku przeciwstawiać na polach bitewnych Krymu, i z którą nieufnie
stykała się na granicach w czasie swego panowania w Indiach. Norman
Angell, pisząc dla The Times przewidywał: "Rezultatem naszego
przystąpienia do tej wojny będzie zapewnienie zwycięstwa Rosji i jej
słowiańskich sprzymierzeńców. Czy dominująca słowiańska federacja
mająca, powiedzmy, dwieście milionów mieszkańców, autokratycznie
zarządzana przez ludzi mających bardzo ogólne pojęcie o cywilizacji, za
to świetnie wyposażona w narzędzia militarnej ekspansji, może być
mniejszym zagrożeniem dla Europy niż dominujące Niemcy ze swoimi
sześćdziesięcioma pięcioma milionami?... Ostatnia wojna, jaką toczyliśmy
na kontynencie, miała za cel zapobieżenie rozrostowi Rosji. Teraz
proponuje się nam, abyśmy walczyli w imię jego promowania. Z opinią
publiczną daleką od entuzjazmu na myśl o sojuszu z Rosją, politycy
Zjednoczonego Królestwa winni stąpać ostrożnie, nawet jeśli idea
ograniczenia wzrostu siły Niemiec bardzo do nich przemawia".
Pomimo odwiecznych brytyjskich ambicji do uzyskania kontroli nad
kontynentem, nie można utrzymywać, że brytyjska klasa rządząca była
stworzona do rządzenia Europą li tylko z racji swej nadzwyczajnej
wyższości. Znamienity William Pitt, bez względu na swe osiągnięcia (i pomijając jego smutny koniec -?umarł w wieku czterdziestu siedmiu lat,
zgubiony nawykiem popijania porto), niespecjalnie może być porównywany z Napoleonem. Prawdę mówiąc, więcej niż jeden brytyjski mąż stanu wyróżnił
się brakiem wyczynów intelektualnych, począwszy od niestrawnego Edwarda
Greya, ministra spraw zagranicznych w 1914 roku, do znacznie
przereklamowanego Winstona Churchilla, szkolnego nieudacznika.
Benjamin Jowett, dyrektor kolegium Balliol Uniwersytetu Oksfordzkiego,
wydalił Edwarda Greya, notując w dzienniku: "Sir Edward Grey,
wielokrotnie upominany za próżniactwo, wykazał się pełną ignorancją w kwestii wiedzy, którą miał przyswoić w czasie wakacji, jako warunku
ponownego przyjęcia. Został wydalony z uczelni, aczkolwiek zezwolono mu
na przybycie w lipcu, celem zdawania egzaminów".
Pomijając odkupienie win na uczelni, Grey nigdy nie osiągnął
odpowiedniego poziomu zrozumienia narodów na kontynencie. Podobnie jak
jego rodacy, poznał Europę wyłącznie jako turysta, gdy jechał do Indii w wagonie sypialnym. W Paryżu postawił stopę tylko raz, będąc członkiem
świty króla Jerzego V w czasie wizyty państwowej. Uważał "cudzoziemców"
za dziwne istoty, "straszliwych intrygantów", a któregoś razu wyraził
opinię, iż "zagraniczni mężowie stanu powinni być kształceni w angielskich szkołach publicznych".
Zgodnie z teoriami sir Edwarda, gdyby Wilhelm II, Poincaré, Mikołaj II,
Franciszek Józek, a nawet budzący respekt Pašić byli ukształtowani przez
szkołę w Eton, Europa z pewnością osiągnęłaby stan harmonii,
szczególnie, gdyby absolwenci oddali hołd Jego Wysokości Królowi.
Angielski obserwator zanotował: "Sir Edward miał wrodzone przekonanie
dziewiętnastowiecznego Anglika, że rola Anglii w Europie była podobna do
roli prezydenta, zwołującego konferencje i oddającego decydujący głos".
Ten nienaganny Anglik, ze swym parasolem i cylindrem, pasjami
uwielbiający łowić ryby i katalogujący ptaki obserwowane we własnym
ogrodzie, w życiu prywatnym był czarujący i miły. Ale jako strażnik
imperium był zupełnie innym człowiekiem, czujnym i zazdrosnym o każdego,
kto odważyłby się wznieść na zawrotne wyżyny, zarezerwowane wyłącznie
dla Brytanii. Na końcu, liczyła się dla niego wyłącznie brytyjska
supremacja. Irlandczycy, Burowie, Szkoci, wszyscy oni i miliony innych
rzucali jej wyzwanie na swą zgubę. Teraz, chociaż Grey nigdy nie był w stanie tego zauważyć, owe unikalne połączenie wielkiej potęgi i zawężonego spojrzenia po raz pierwszy stało się pułapką nie tylko dla
rywali Brytanii na kontynencie, ale także dla samej Brytanii i jej
imperium.
* * *
Podczas gdy 26 lipca Grey spędzał niedzielny czas łowiąc ryby,
zastępujący go w obowiązkach sekretarz stanu, sir Arthur Nicolson,
zaprosił na konferencję ambasadorów Austro-Węgier, Niemiec i Rosji,
celem wstępnego omówienia sposobów rozładowania kryzysu serbskiego.
Zabawnym zbiegiem okoliczności, wszyscy trzej ambasadorowie, będąc
kuzynami, byli ze sobą spokrewnieni: Mensdorff, Austriak; Beckendorff,
który pomimo swojego niemieckiego nazwiska był Rosjaninem i Lichnowski,
Niemiec ze słowiańskim nazwiskiem (jego ojciec musiał uciekać z Austrii
po tym, jak zabił węgierskiego szlachcica).
Lichnowski był osobliwym ambasadorem. On i jego żona nie cierpieli
Kaisera, z czego jego żona zwierzyła się pewnego razu pani Asquith,
żonie brytyjskiego premiera. Podobnie jak jego kuzyni, był równie
próżny, co obyty w świecie i w rzeczywistości został wybrany przez
Kaisera by zabawiać Brytyjczyków i odwracać ich uwagę w czasie, gdy
Rzesza wzmacnia swą flotę. Trzej ambasadorowie nie byli w stanie nawet
się spotkać, gdyż ich rządy podzielały obawę, z jaką odnosiły się do
ewentualności ich knowań, gdyby udało im się spotkać w dalekim Londynie.
Niemniej sam fakt, że rząd brytyjski podjął, z pominięciem Francji,
próbę zorganizowania takiej konferencji, rodził nikłą nadzieję, że
jeszcze nie wszystko jest stracone. W Austrii, najbardziej poszkodowanej
ze wszystkich wielkich potęg, wciąż jeszcze była wola do zgody. Zerwanie
stosunków dyplomatycznych z Serbią wzbudziło więcej przestrachu niż
entuzjazmu.
Hrabia Berchtold, minister spraw zagranicznych, był wstrząśnięty
rozwojem sytuacji. Współczesny mu obserwator tak o nim napisał: "Tego
popołudnia Berchtold był najprawdopodobniej najbardziej przerażonym
człowiekiem w Europie. Miał nadzieję, że zatrwoży Serbów. Oni jednak,
mając pewność, że rosyjski kolos, ich tajny sprzymierzeniec, stanie za
nimi w ciężkiej chwili, nie ugięli się. I to właśnie wtedy Berchtolda
ogarnęło przerażenie."
* * *
Tymczasem spotkanie w pałacu Buckingham między jego bratem, księciem
Heinrichem, i jego kuzynem, Jerzym V, dało Kaiserowi Wilhelmowi kolejny
cień nadziei. Obaj królewscy kuzyni spędzili tego niedzielnego ranka
godzinę, podczas której Jerzy poradził księciu, by ten bezzwłocznie
dołączył do swego brata w Berlinie. Gdy Heinrich zapytał króla, jakie są
zamiary Brytanii, Jerzy, zgodnie z relacją, jaką książę Heinrich złożył
Kaiserowi, odpowiedział: "Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby
trzymać się od tego z daleka i pozostaniemy neutralni".
Zgodnie z notatkami, które Jerzy V zachował z rozmowy, jego wersja
odpowiedzi była inna: "Nie wiem, co uczynimy. Nie mamy z nikim zatargu i mam nadzieję, że pozostaniemy neutralni. Ale jeśli Niemcy wypowiedzą
wojnę Rosji, a Francja dołączy do Rosji, obawiam się, że zostaniemy w to
wciągnięci. Jednak możesz być pewien, że ja i mój rząd zrobimy wszystko,
co w naszej mocy, by zapobiec wojnie w Europie."
Trudno jest ocenić, czy kuzyni źle się zrozumieli, czy też król Jerzy
wycofał się ze swych słów pod wpływem presji. Jednak, gdy Kaiser
usłyszał słowa swojego brata, ogarnął go, jak to określił Georg Malcolm
Thomson, "sentymentalny, monarchistyczny entuzjazm. Oto było coś
niewspółmiernie bardziej istotnego i cennego, niż cwaniactwo polityków.
Ponad morzem zamętu i wrzenia, namaszczony przez Boga przemawiał do
równego sobie. 'Mam królewskie słowo!', wykrzyknął Wilhelm. 'To mi
wystarcza'."
Na nieszczęście dla Europy, nawet jeśli Heinrich dobrze wszystko
zrozumiał, królowie oraz ich słowo nie znaczyli już wiele. I dokładnie
tego typu polityk, jakim Wilhelm pogardzał, człowiek śliski i ambitny
ponad miarę, miał właśnie zadebiutować na międzynarodowej scenie
politycznej.
* * *
Podczas gdy Grey wracał z wyprawy wędkarskiej, brytyjski Pierwszy Lord
Admiralicji ruszył do akcji. Był urodzonym awanturnikiem, po części
fantastą, który od momentu wejścia w wiek dojrzewania poszukiwał w świecie intryg i konfliktów -?od Kuby po Transwal i od Sudanu po granicę
afgańską. Zapach prochu działał na niego, jak na innych afrodyzjak. Był
już niezłym moczygębą i trochę się jąkał. Nazywał się Winston Churchill.
Tego niedzielnego ranka towarzyszył swej rodzinie na plaży w Cromer.
Wieści zagnały go z powrotem do jego biurka w Admiralicji. Jeszcze zanim
opuścił plażę, zadzwonił do księcia Louisa Mountbattena, Pierwszego
Lorda Morskiego, i poprosił go, by ten wydał rozkazy zakazujące
rozpraszania floty brytyjskiej w kanale La Manche. W swym biurze,
wymachując cygarem, naszkicował komunikat, obwieszczający światu
pierwsze namacalne kroki, podejmowane przez Anglię w ramach przygotowań
prowadzących do wojny. W zasięgu oka nie było żadnych niemieckich
okrętów, ani też Niemcy nie mieli żadnego planu wysyłania ich na wody
Kanału. Wykonując tego rodzaju prowokacyjny gest, Brytania w zręczny
sposób stanęła w jednym rzędzie z Francją. Jak to wykrzyknął jeden z popleczników Pierwszego Lorda Admiralicji: "Rozkazy Churchilla, które
wydał flocie, z pewnością zrozumieją w Berlinie!"
Niektórzy ludzie wciąż nie przestawali podejmować desperackich wysiłków,
by powstrzymać wojnę. Ambasador Lichnowski telegrafował do Berlina,
przekazując pragnienie brytyjskiego rządu, by Niemcy powstrzymały
Austriaków. Wilhelm był otwarty na prośbę Brytyjczyków. Był przekonany,
iż Austria zagalopowała się ze swymi żądaniami. W każdym razie
ujawnienie niezłomnego sojuszu rosyjsko-serbskiego czyniło kompromis
koniecznym. Kaiser zanotował w swym dzienniku: "Nasza lojalność wobec
Austriaków prowadzi nas do politycznej i ekonomicznej destrukcji".
Jednak kanclerz Bethmann-Hollweg nie potrafił wybawić się od nawyku
grania na zwłokę. Po otrzymaniu brytyjskiej oferty, która była raczej
pojednawcza w stosunku do Austriaków, gdyż zawierała propozycję czasowej
okupacji stolicy Serbii przez siły austriackie, zakomunikował ją
austriackiemu ministerstwu spraw zagranicznych dopiero po niejakiej
zwłoce, a i to z niechęcią.
W tej kwestii prawdopodobnie można też poczynić wyrzuty sir Edwardowi
Greyowi za jego niechęć do układania się bezpośrednio z austriackim
ministrem spraw zagranicznych, księciem Berchtoldem. Nie ulega
wątpliwości, że ślimacze tempo, w jakim Grey i Bethmann-Hollweg zabrali
się do prób skontaktowania się z Austriakami, stanowi smutny kontrast w stosunku do szybkości, z jaką Churchill zabrał się za mobilizację Royal
Navy do wojny. Zamiast minut, jakie trwałoby przetransmitowanie istotnej
propozycji Greya bezpośrednio do Wiednia, brytyjska oferta dotarła tam
dopiero po około pięćdziesięciu godzinach po odrzuceniu przez Serbię
żądań Austrii.
Bethmann-Hollweg zdołał także sabotować ostatnią wiadomość Kaisera do
Austriaków, w dniu 28 lipca opóźniając jej wysłanie o dziewięć godzin.
Wszystko po to, by dołączyć zmiany dotyczące powiększenia obszaru
proponowanej okupacji o sąsiednie terytoria, o których nie było nawet
słowa w propozycji brytyjskiej sprzed dwóch dni. Zanim nadszedł
telegram, nad stolicą Austrii zapadła noc. Propozycja Kaisera Wilhelma,
aby zostać odczytaną, będzie musiała zaczekać do następnego dnia. Wtedy
będzie już za późno, gdyż Berchtold zdążył podjąć decyzję o wojnie.
Rankiem 28 lipca Berchtold zredagował i wysłał następującą notę do rządu
serbskiego: "Królewski Rząd Serbii nie odpowiedział w sposób
satysfakcjonujący na notę z 23 lipca 1914 roku, przedstawioną przez
austro-węgierskiego ambasadora w Belgradzie. Cesarski i Królewski rząd
jest tym samym zmuszony do zabezpieczenia swych praw i interesów, i, co
jest tego wynikiem, musi uciec się do użycia oręża. W rezultacie,
Austro-Węgry uważają się odtąd za pozostające w stanie wojny z Serbią."
W Londynie efekt austriackiego wypowiedzenia wojny był katastrofalny dla
Niemiec. Lord Kanclerz, Lord Haldane, dopatrzył się w akcie Berchtolda
ręki pruskich militarystów, której wizja już wkrótce stanie się
popularnym straszakiem na całym świecie. "Niemiecki sztab generalny
siedzi w siodle", obwieścił.
Sir Edward Grey, wielce rozgniewany, w równym stopniu oszukując siebie,
co i Brytyjczyków, wyraził opinię, iż "w Berlinie knują coś
diabelskiego".
W Berlinie Bethmann-Hollweg dostał surową reprymendę od Kaisera. Wilhelm
II był głęboko wstrząśnięty austriackim wypowiedzeniem wojny, którego w najmniejszym stopniu nie pożądał, mimo swych prób usztywnienia
stanowiska Austrii wobec Serbów. Na nocie dyplomatycznej z Londynu
dopisał uwagę: "austriacka dwulicowość jest nie do zaakceptowania.
Odmawiają udzielania nam jakichkolwiek informacji."
O godzinie trzeciej nad ranem, 29 lipca, po kilku godzinach nerwowego
chodzenia w tę i z powrotem po korytarzach biur na Wilhelmstrasse,
Kaiser nakreślił treść telegramu do swojego ambasadora w Wiedniu.
Nakazywał mu, w bardzo zwięzły sposób, by "natychmiast porozmawiał z hrabią Berchtoldem w szczególnie dobitny sposób." Poważna wojna wciąż
nie była czymś nieuchronnym. Sir Edward Grey nakazał swemu ambasadorowi
złożyć wizytę Sazonowowi w Sankt Petersburgu i doradzać umiarkowanie
(znacznie szybsze i daleko bardziej bezpośrednie potraktowanie sprawy,
niż podejście, które zaprezentował w przypadku rządu Austro-Węgier).
Austria, ze swej strony, wciąż wypuszczała balony próbne. Mobilizacja
zajmie Austriakom piętnaście dni. Dopiero po tym czasie będą mogli
zaatakować Serbię.
Wilhelm II, lepiej niż ktokolwiek inny rozumiał, że jest jeszcze czas,
aby wynegocjować pokój. Podjął próbę bezpośredniego zaapelowania do
swego kuzyna, cara Mikołaja II w Sankt Petersburgu, dokładnie w tym
samym czasie, gdy ambasador brytyjski mówił do Sazonowa: "Przybyłem, by
błagać, abyście nie odwoływali się do żadnych działań militarnych, które
Niemcy mogłyby zinterpretować, jako prowokację." Jednak Sazonow nie
należał do tych, których można łatwo poruszyć. Przez ostatnie cztery dni
konferował z ambasadorem francuskim, Paleologue, który powiedział mu, iż
"wojna może wybuchnąć w każdej chwili. Taka ewentualność powinna leżeć u podstaw naszych wszelkich działań dyplomatycznych."
Sazonow mógł tylko dać upust swemu szczęściu, zapewniając Francuza i powtarzając raz za razem: "Nasz sztab generalny zaczyna się
niecierpliwić".
Rozdział 10. Obciążające dokumenty
Rozdział 10
Obciążające dokumenty
Dyskusja, którą Poincaré przeprowadził w Sankt
Petersburgu z rosyjskimi ministrami i generałami była czymś znacznie
istotniejszym, niż nawoływaniem i kwiecistym panegirykiem. Rozmowy były
wyczerpujące, szczegółowe i konkretne.
Rosjanie zabiegali o przyzwolenie na urzeczywistnienie ich pragnienia
skierowania się na południe, ku Konstantynopolowi, co zbiegłoby się z przekroczeniem Kaukazu i wkroczeniem do Armenii. Następnie pragnęliby
spojrzeć w kierunku Jerozolimy i Kanału Sueskiego. Francuzi zgodzą się
na takie cele, ale nie wcześniej, niż w 1917 roku, na tydzień przed
upadkiem rządu carskiego.
W lipcu 1914 roku francuskie kierownictwo miało inne pomysły na
wykorzystanie rosyjskiej armii. Mimo, iż Poincaré wstępnie nie
sprzeciwiał się rosyjskim marzeniom o ekspansji na południe, nalegał,
aby Rosjanie przeprowadzili główny atak przeciwko Niemcom w Prusach
Wschodnich w celu związania głównych sił niemieckiej armii z daleka od
granic Francji. Sazonow i wielki książę Mikołaj rozważali dokładnie
przeciwną koncepcję. W ich mniemaniu, francuskie zadanie powinno polegać
na wyczerpaniu Niemców na froncie zachodnim, aby Rosjanie uzyskali wolną
rękę na południu i na wschodzie. Każda ze stron starała się ukryć egoizm
swych pomysłów i za pomocą wstrząsających dowodów wspaniałomyślności
próbowała oczarować drugą, by nagiąć ją do swojej woli. Żadna nie dała
się oszukać.
Równolegle, Rosjanie pilnie instruowali swych serbskich protegowanych,
jak mają się zachować, gdy wybuchnie wojna. 24 lipca Sazonow przekazał
serbskiemu ambasadorowi kilka sugestii, które bezzwłocznie
przetelegrafowano do Belgradu. Jedną z rekomendacji był pomysł
natychmiastowej ewakuacji stolicy. Dwadzieścia lat później, zięć Pašića,
Stefanović, opublikuje fotokopię telegramu:
"Rada Prezydencka, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne. Decyzja
rady ministrów, pod przewodnictwem cara, dzisiaj, godzina trzecia,
Krasne Sioło. STOP. Sazonow poleca mi informować. Ogólna mobilizacja
zarządzona jak ustalono w okręgach wojskowych Odessa Kijów Kazań Moskwa
z mobilizacją Floty Bałtyckiej i Czarnomorskiej. STOP. Rozkazy dla
innych okręgów wojskowych celem przyśpieszenia mobilizacji. STOP.
Sazonow potwierdza dywizje syberyjskie skoncentrowane za Moskwą,
Kazaniem. STOP. Słuchacze szkół wojskowych promowani. Urlopy oficerów
odwołane. STOP. Sazonow prosi opracować wstępną odpowiedź na ultimatum w bardzo ugodowym tonie ale kategorycznie odrzucić wszystkie punkty,
szczególnie szósty [dotyczący wspólnej komisji dochodzeniowej],
podrywający nasz prestiż. STOP. Car chce natychmiastowej mobilizacji,
ale jeśli Austria zacznie działania bojowe musimy się wycofać bez oporu
by zachować nienaruszone siły i czekać na rozwój sytuacji. STOP. Sazonow
naradzi się z Paléologue i Buchananem by ustalić wspólne działania i sposób dostarczenia nam uzbrojenia. STOP. Rosja i Francja na stanowisku,
że konflikt Austria-Serbia nie jest lokalny. Dotyczy większej kwestii
europejskiej do rozwiązania tylko przez wszystkie mocarstwa. STOP.
Kompetentne kręgi tutaj wyrażają wielką złość na Austrię. STOP. Hasłem
jest wojna. STOP. Cały naród rosyjski za wojną, wielkie owacje przed
poselstwem. STOP. Car odpowie osobiście telegramem do księcia regenta.
STOP. Spalajković." (Telegram nr 196/8; data 24 lipiec 1914; ref:
serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić;
f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg", 2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Dwa niezależne źródła zweryfikowały ten telegram. Kopię wysłano również
do Paryża, jak również do serbskiego poselstwa w Londynie. Tam, drugi
sekretarz ambasady, Petrović, do którego obowiązków należało
rozszyfrowywanie wiadomości, wykonał jego tajną kopię. Agenci serbskich
służb specjalnych tropili Petrovića do chwili, gdy popełnił samobójstwo,
ale zanim to uczynił, przekazał dokumenty na przechowanie innej stronie.
Dwadzieścia lat później kopię Petrovića reprodukowano w Londynie (Black
Hand Over Europe).
Ponieważ archiwa serbskie nigdy nie zostały opublikowane w podobnej
formie, jak francuska Żółta Księga (ani w innych zbiorach wydawanych
przez walczące strony w czasie wojny i po wojnie) czy to przez Serbię,
czy też przez jej spadkobiercę, rząd jugosłowiański, potwierdzenie
autentyczności dokumentów opublikowanych przez Stefanovića, Petrovića et
al., było utrudnione. Fakt, iż bogata objętościowo kolekcja,
skrupulatnie zindeksowana, została opublikowana przez czołowego
funkcjonariusza serbskiego ministerstwa spraw zagranicznych, nie pozwala
przejść obok tych dokumentów obojętnie, jak próbowali to uczynić
niektórzy pisarze. We Francji w latach trzydziestych wszelkie
opracowania dotyczące serbskich dokumentów szybko wycofywano z obiegu,
co ma miejsce także i dzisiaj. Les Coupables, których autorem był
Henri Pozzi, wydane w 1938 roku, stało się bestsellerem, który następnie
zniknął na pozór bez śladu. Nawet w Bibliotece Narodowej w Paryżu nie ma
ani jednej kopii. Nie ma jej też w Bibliotece Nauk Politycznych, gdzie
krytyczne studia nad potencjalnie bezcennymi dokumentami związanymi z polityką zagraniczną z pewnością są priorytetem. Jeśli dokumenty nie są
prawdziwe, niechaj kłamstwo będzie obnażone. Interesujące jest jednak
to, że gdy zaczęły pokazywać się we Francji, prasa zamilkła. Tylko
paryska tygodniówka, Je suis partout, i bardzo ważna, polityczna
gazeta codzienna, L'Action Francaise, poświęciły im jakąkolwiek uwagę.
André Tardieu, magnat prasowy i bałkański intrygant, bardzo mocno
obciążony przez serbskie dokumenty, zachował po ich publikacji dziwne
dla niego milczenie. Wielki francuski historyk i były minister,
Benoist-Méchin, wierzył, że są prawdziwe. Po pięćdziesięciu latach od
ich ukazania, serbskie dokumenty są ważniejsze niż kiedykolwiek, by
rozplatać pajęczynę zmowy i konspiracji, które rozpętały I wojnę
światową.
Oto kolejna transkrypcja serbskiego telegramu:
Telegram 194/8, wysłany 22 lipca 1914 roku, gdy Poincaré wciąż przebywał
w Sankt Petersburgu, przez serbskiego ambasadora:
"Przewodniczący rady, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne.
Sazonow prosi byśmy intensyfikowali przygotowania wojenne, ale unikali
oficjalnych demonstracji zanim nie ukończymy przygotowań. STOP.
Negocjacje Sazonowa z Poincaré-Viviani bardzo ciężkie. STOP. Obaj
przeciwni działaniom i ustaleniom które mogą wciągnąć Francję do wojny,
gdyż interesy Francji nie są brane pod uwagę. STOP. Postawa Prezydenta
Republiki wobec Szapáry budzi wielką sensację wśród oficjalnych kręgów
dyplomacji. STOP. Sazonow nalega, że Francja musi teraz znać ustalenia
wojskowe. STOP. Transfer wojsk syberyjskich do Europy zakończony. STOP.
Mobilizacja wielkich okręgów wojskowych do zarządzenia natychmiast po
wyjeździe Poincaré-Viviani." (ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada
Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg",
2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Inny telegram od ambasadora Spalajkovića do Pašića, telegram nr 197/8,
ukazuje, jak Sazonow chwilowo kłamie w rozmowie z nazbyt dociekliwym
Paléologue w czasie, gdy Poincaré wciąż jeszcze nie pokonał Bałtyku.
Czytamy w nim:
"Przewodniczący rady, Belgrad, do rąk Pašića. Bardzo pilne. Tajne. Tego
wieczoru Paléologue pyta Sazonowa czy to prawda o mobilizacji okręgów
Odessa Kazań Kijów i obu flot. STOP. Paléologue wyraził ostre
niezadowolenie jeśli działanie spowoduje poważne konsekwencje bez wiedzy
Francji. STOP. Sazonow oficjalnie zaprzecza. STOP. Potwierdza potrzebę
unikania najmniejszej niedyskrecji. STOP. Sazonow poinformuje Paléologue
natychmiast jak Poincaré-Viviani będą poza Skandynawią. STOP. Powiadomić
Vesnić Gruić -?Spalajković." (ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada
Prezydencka, podpisy Pacu/Pašić; f. 19, op. 11/B, d. 7 "Petersburg",
2-15 lipiec do 18-31 lipca 1914)
Trzeci tajny telegram, datowany na 25 lipca 1914 roku, tym razem
adresowany do serbskiego ambasadora w Paryżu, Milenko Vesnića, został
wysłany przez rząd serbski z Belgradu, by zgodnie z żądaniami Sankt
Petersburga, uniknąć wszelkich niedyskrecji związanych z trwającymi
przygotowaniami wojskowymi. Czytamy w nim:
"Belgrad, lipiec 21-15, Poselstwo serbskie, Paryż, do rąk Vesnića.
Bardzo pilne. Tajne. Nowe instrukcje. Wstrzymać wszelkie informacje dot.
środków tutaj i w Petersburgu. STOP. Potwierdzić, że sytuacja poważna,
ale absolutnie nie krytyczna pomimo brutalnego ultimatum. STOP.
Podkreślać nasze głębokie zainteresowanie pojednaniem i naszą wiarę w rezultaty interwencji wielkich przyjaznych krajów. STOP. Absolutnie
konieczne, by francuska opinia publiczna i francuski parlament były
nieświadome wszystkich przygotowań wojskowych tutaj i w Petersburgu.
STOP. Zgodnie z życzeniem cara przyśpieszamy mobilizację. Rozpoczęto
przerzut archiwów Nisz, skarb, oficjalne służby. STOP. Ewakuacja
arsenału Kragujevac zakończona. STOP. Informować Tardieu/Berthelot.
Ustalenia z Sazonowem: ultimatum pojednawcze treść negatywna. STOP.
Wojna pewna. STOP. Pilne: ułatwić podróż do Londynu. Zapewnić
bezpieczeństwo rodziny Madame Pašić i rodziny Pacu."
(ref: serbskie archiwum dyplomatyczne, Rada Prezydencka, podpisy
Pacu/Pašić; f. 17, op. 8/PV, d. 9 "Paris", 2-15 lipiec do 18-31 lipca
1914)
Telegram ten, zarejestrowany pod nr 432/VP/14, z podaniem Belgradu, jako
punktu nadania, nadszedł do Paryża "niedługo przed południem" i został
zarejestrowany pod nr 291/3, BP 31.
Jeden z kolegów Pašića, który wypełniał misję we Francji, napisał
zadziwiającą notatkę, ukazującą stopień, do jakiego serbski rząd ukrywał
informacje przed rządem francuskim, jednocześnie przekazując istotne
tajemnice prywatnym obywatelom Paryża:
"Telegram nr 432/VP/14, odebrany przez serbskiego ambasadora Vesnića na
krótko przed południem w dniu 25 lipca 1914 roku, po południu został
przez niego przekazany na ręce André Tardieu i szefa bałkańskiej agencji
prasowej, Edgara Roelsa. Gdy Vesnić, wracając z Quai d'Orsay, wkroczył
do agencji Roelsa, wyglądał jak lunatyk. Był tak podniecony, że
wyglądał, jakby się dusił. "To wojna!", powiedział do mnie kilka chwil
później Boćko Cristić, "i pewne zwycięstwo dla naszych dwóch krajów.
Roels i Tardieu powiedzieli tak ambasadorowi". Cristić był serbskim
dyplomatą, attaché w Paryżu, który później zostanie jugosłowiańskim
ambasadorem w Atenach.
Poza serbskimi dokumentami opublikowanymi przez Stefanovića, pojawiły
się inne wycieki z serbskiej strony, rzucające światło na działania
Pašića i jego rządu. Wśród nich godne uwagi są sensacyjne doniesienia
Ljuby Jovanovića, byłego serbskiego ambasadora w Wiedniu. Jovanović,
jako dyplomata, miał dostęp do tajnych archiwów w Belgradzie. Kilka lat
po wojnie ujawnił, iż Spalajković w dniu 24 lipca 1914 roku wysłał z Sankt Petersburga dodatkowy telegram, zawierający słowa "w każdej chwili
oczekuje się drastycznej decyzji". Później, niemiecki historyk
Webersberger opublikuje kopię skrawka papieru zapisanego ręką Pašića
"odnotowującą rejestrację broni sarajewskich spiskowców i wskazującą
człowieka odpowiedzialnego za jej przewóz, nazwiskiem Tankosić". Voya
Tankosić był osobistym agentem Nikoli Pašića. Chociaż dokumenty
opublikowane po rewolucji przez rząd sowiecki zawierają wiele informacji
przeczących carskim zapewnieniom o niewinności w kwestii spiskowania na
rzecz wojny, w archiwach jest wiele luk, w szczególności dotyczących
Serbii. Podczas gdy rosyjskie zamiary wobec Istambułu czy Dardaneli,
bliskie kontakty i wzajemne oszustwa Poincaré i Izwolskiego czy
systematyczne przekupywanie francuskiej prasy są wyszczególnione w mnóstwie dokumentów, ze świecą można szukać materiałów, dotyczących
intryg Hartwiga w Belgradzie, których kulminacją było podwójne zabójstwo
w Sarajewie. Tych dokumentów brakuje.
Jest na to proste wytłumaczenie. Między rewolucją, która wyniosła do
steru rząd Kiereńskiego w marcu 1917 roku, a bolszewickim przewrotem w październiku tego samego roku, ministrem wojny został mianowany
Aleksander Iwanowicz Wierchowski. Ten sam Wierchowski był prawą ręką
pułkownika Artmanowa w Belgradzie, pomagając między innymi w organizacji
spisku, zakończonego zamachem w Sarajewie. Mając przez kilka miesięcy
dostęp do rosyjskich archiwów, był w stanie zniszczyć wszystko, co mogło
go obciążać.
* * *
Oczywiście, jeśli chodzi o fałszowanie i ukrywanie oficjalnych
dokumentów, Rosja i Serbia miały rywala. Była to Francja, gdzie włożono
wielki wysiłek w dopasowanie archiwów dyplomacji do oficjalnej
propagandy. Od pierwszego telegramu ambasadora Paléologue z 25 lipca
1914 roku, oficjalne teksty były z zimną krwią w całości zmieniane.
Historyk Fabre Luce pisze:
"Krótki tekst, w którym Paléologue donosi o rosyjskiej mobilizacji,
został zamieniony fikcyjnym tekstem, który za jej przyczynę podaje
generalną mobilizację austriacką oraz niemieckie przygotowania wojenne.
Nie mogło jednak to być zawarte w telegramie ambasadora. I nie bez
powodu: w momencie, gdy Paléologue wysyłał swój telegram, Austriacy nie
zarządzili jeszcze mobilizacji." (L'Histoire démaquillée, s. 90)
Fabre Luce pisze dalej:
"Wszystko, co było potrzebne do odwrócenia kolejności mobilizacji, to
przekręcenie wskazówek zegara: w ten sposób, bez zmiany godziny, poranny
telegram stawał się wieczornym. Fałszerstw dokonywano od samego
początku: komisja do spraw archiwów ustaliła, że rejestr służby
telegraficznej zawiera nieprawidłowe oznaczenia czasu."
I dalej:
"Robocze wersje telegramów wysyłanych w tym okresie często zawierają
poprawki, usunięcia lub dopiski, naniesione między liniami, zwykle
ołówkiem i w większości przypadków tym samym charakterem pisma, co
oryginał. Badanie dokumentów przez komisję ujawniło, iż tego typu
poprawki prawie zawsze dokonywane były po fakcie. Niektóre telegramy
dziwnie się spóźniały, czy to na wejściu, czy na wyjściu. Ten, w którym
oficjalnie informowano Paryż o powszechnej mobilizacji w Rosji, wędrował
do celu całe dziesięć godzin. Umieszczony był pomiędzy dwoma innymi,
mniej ważnymi telegramami, którym dotarcie do Paryża zajęło,
odpowiednio, dwie i cztery godziny. Tak liczne wysiłki, aby oszukać
badacza, w końcu zwracają jego uwagę dokładnie na to, co właśnie usiłuje
się przed nim ukryć."
Europa w 1914 roku była istnym polem minowym, pełnym francuskich i serbskich pułapek dyplomatycznych, po którym należało się poruszać
niezwykle ostrożnie. Z nich wszystkich, serbskie były mniej
skomplikowane -?Serbowie po prostu zadowalali się eliminowaniem
wszystkich dokumentów, mogących sprawić im kłopot.
Rozdział 11. Car ulega
Rozdział 11
Car ulega
Nie WCZEŚNIEJ, niż dopiero 26 lipca 1914 roku,
krok maszerujących w Sankt Petersburgu oddziałów zabrzmiał echem w Berlinie, kiedy to niejasne pogłoski o carskiej decyzji mobilizacji
miliona żołnierzy zaczęły docierać do niemieckiej stolicy.
Bethmann-Hollweg natychmiast poinformował rząd brytyjski o swych
obawach. W Wiedniu, dwa dni później, sytuacja pogorszyła się jeszcze
bardziej ze względu na opóźnienie w dostarczeniu pojednawczych
propozycji Wilhelma II i sir Edwarda Greya. Dualistyczna monarchia,
wypowiadając wojnę, potrząsała szabelką, choć trzeźwo myślące głowy
postrzegały te działania, jako w znacznej mierze retoryczne: wciąż było
prawdopodobne, że wszystko zakończy się na wysłaniu kilku starych łajb w dół Dunaju, skąd cisną parę pocisków na Belgrad i tak już opuszczony
przez rząd serbski na rozkaz jego carskich szefów. Gdyby austriacki rząd
naprawdę traktował sprawę poważnie, to dwa tygodnie potrzebne na
zmobilizowanie armii Austro-Węgier były wystarczającym czasem na
negocjacje.
Rzecz jasna, rosyjscy panslawiści nie zamierzali pozwolić, by
udaremniono ich starannie przygotowany plan podpalenia Bałkanów. Myśl o tym, iż czyjaś mądra interwencja mogłaby w ostatniej chwili pomieszać im
szyki, napawała ich strachem i wściekłością.
28 lipca Sazonow złożył wizytę carowi i uzyskał dwa ukazy, które
natychmiast przekazał generałowi Januszkiewiczowi. Pierwszy ukaz był
dekretem, zarządzającym mobilizację czterech okręgów wojskowych -
moskiewskiego, kijowskiego, odeskiego i kazańskiego, o co zadbano już 24
lipca, gdy rosyjski sztab generalny uruchomił odpowiednie procedury.
Teraz działania te zostały usankcjonowane przez rosyjskiego autokratę.
Drugi dekret nakazywał powszechną mobilizację, która, jak już mówiliśmy,
była nieuchronnym następstwem częściowej mobilizacji, uruchomionej
zgodnie z planami sztabu generalnego. Car, który był równie słabo
poinformowany o strategii militarnej swych generałów, jak o wielu innych
sprawach swego imperium, był tego nieświadom. Mimowolnie dał się zwabić
w pułapkę, z której sam nie był już w stanie się wyrwać i znalazł się w potrzasku, który doprowadzi do śmierci zarówno jego, jak i jego rodziny
oraz do wymazania dynastii Romanowów z mapy Rosji.
Wszyscy w Sankt Petersburgu i Paryżu wiedzieli, że mobilizacja oznaczała
wojnę. Było to oczywiste od pierwszego dnia francusko-rosyjskiego układu
z 1894 roku. Wypowiedzi głównych aktorów dramatu potwierdzają to.
Generał Obruczew, który w momencie podpisania układu był szefem
rosyjskiego sztabu, powiedział: "W ślad za naszą mobilizacją powinny
natychmiast iść akty wojny". Car (w owym czasie był to Aleksander III)
zgodził się z tą opinią, mówiąc: "Dokładnie w taki sposób to pojmuję".
Generał Boisdeffre, podczas negocjacji reprezentujący Francję, zajmował
tak samo jasne stanowisko: "Mobilizacja jest wypowiedzeniem wojny".
René Guerin, wielki francuski intelektualista i patriota, współautor
(wraz z Poincaré) Les Responsabilités de la Guerre, napisał: "Jeśli
mój zadeklarowany wróg wymierzy we mnie rewolwer, muszę zakładać, że
chce mnie zabić, i że mnie zabije. Czy, żeby być pewnym jego intencji,
powinienem poczekać, aż wystrzeli?"
28 lipca 1914 roku carskie imperium wymierzyło swe działa. Generał
Dobrorolski, odpowiedzialny za rosyjską mobilizację, był w tej kwestii
bardzo jednoznaczny. Zgodnie z jego opinią, od momentu otrzymania
rozkazu o mobilizacji, rozwój wypadków będzie "automatyczny i nieodwracalny."
"Wezwano mnie, abym podpalił stos świata", powie później, nie mrugnąwszy
nawet okiem.
Car, pozwoliwszy, aby Sazonow wymógł na nim dwa dekrety o mobilizacji,
mruknął: "Pomyśl o tych tysiącach ludzi, których pośle się na śmierć".
Ogromnie nie docenił skali nadciągającej rzezi.
W Berlinie Kaiser Wilhelm wciąż pozostał niewzruszony, nawet, gdy
wydarzenia lawiną toczyły się ku katastrofie i ciągle odmawiał
pogodzenia się z nieuchronnością wojny. Nie mogąc już spotkać się twarzą
w twarz z Mikołajem, którego zapewne mógłby przekonać, miał jeszcze do
dyspozycji telegraf, jako ostatni środek. Car był teraz praktycznie
więźniem swych generałów i ministrów. Za nimi, poganiając ich, stał
francuski ambasador Paleologue, podpuszczany z kolei przez Poincaré.
Niemieccy przywódcy na próżno próbowali poruszyć cesarzy Rosji i Austrii. Wilhelm bombardował Franciszka Józefa telegramami, namawiając
go do negocjacji z rosyjskim kierownictwem. Kaiser słał też podobne
wiadomości do cara.
Kanclerz Bethmann-Hollweg wywierał wszelkie formy nacisku, od gróźb do
perswazji, na swego austriackiego odpowiednika w rządzie
austro-węgierskim, Berchtolda, aby ten zaakceptował angielską propozycję
czasowej okupacji Belgradu przez Austrię, podczas gdy wielkie potęgi
negocjowałyby sposoby wyjścia z impasu. Jego ambasador w Wiedniu, hrabia
Tschirschky, otrzymał następujący telegram: "Oczywiście jesteśmy
całkowicie gotowi na wypełnienie naszych sojuszniczych zobowiązań, ale
nie możemy pozwolić, by Wiedeń wciągnął nas do ogólnoświatowego pożaru,
ignorując nasze rady. Zalecam, aby natychmiast, z naciskiem porozmawiał
pan z hrabią Berchtoldem."
Szesnaście lat później Poincaré przyzna, iż "Berchtold odpowiedział
twierdząco na propozycję i był gotów odstąpić od rekompensaty:
wypytywany przez hrabiego Tschirschky, działającego według ścisłych
instrukcji, hrabia Berchtold wyraził wolę zadeklarowania, iż Austria nie
będzie zgłaszać roszczeń terytorialnych." (Poincaré, Les
Responsabilités de la Guerre, s.167)
Wiadomość od Wilhelma II, która w tym samym czasie dotarła do Mikołaja
II, była równie wymowna: "Używam wszystkich swoich wpływów u Austriaków,
by namówić ich do poszukiwania jakiejkolwiek podstawy porozumienia z wami." Sama obecność Wilhelma nie była potrzebna, by zabiegi te wywarły
na Mikołaju silne wrażenie. Car był na tyle poruszony, że opuścił swój
apartament i zszedł do głównego holu, gdzie znajdował się jedyny telefon
w pałacu. Z ustami przy samej słuchawce, rozkazał szefowi sztabu
generalnego, generałowi Januszkiewiczowi, aby natychmiast odwołał rozkaz
o powszechnej mobilizacji, pozostawiając w mocy wyłącznie rozkaz o mobilizacji częściowej. Januszkiewicz, wsparty przez Suchomlinowa,
odważył się oddzwonić do cara. Według nich, "regionalna" mobilizacja
wprowadzi w armii zamęt i uniemożliwi przeprowadzenie pełnej
mobilizacji, która, biorąc pod uwagę sytuację, jest jedyną formą
mobilizacji, mającą jakiekolwiek znaczenie wojskowe.
Podporządkowanie się zmienionej decyzji cara było dla sztabu generalnego
niewykonalne, gdyż powszechna mobilizacja, bez wiedzy Mikołaja, i tak
była już w toku. Francuski attaché wojskowy w Moskwie, kapitan Laguiche,
26 lipca dowiedział się o krokach podjętych przez Rosjan, przebywając
daleko na zachodzie -?w Warszawie -?i telegraficznie poinformował o tym
swój rząd.
29 lipca powszechną rosyjską mobilizację prowadzono niemalże otwarcie
wzdłuż granicy Prus Wschodnich. Jeden z raportów generała Dobrowolskiego
stwierdza: "W okręgu suwalskim, który przylega do granicy z Prusami
Wschodnimi, rozpoczęła się już powszechna mobilizacja." (L'Histoire
démaquillée, s.66)
Nocą z 29 na 30 lipca 1914 roku rozdzwoniły się telefony -?trudno
uwierzyć w uwagi, jakie wymieniano na linii. Najpierw sam car, ingerując
w sprawy w sposób zupełnie inny niż władca o słabym charakterze,
zadzwonił do szefa sztabu generalnego. Natychmiast po tym,
Januszkiewicz, zamiast wykonać polecenia cara, zatelefonował do ministra
wojny, Suchomlinowa.
"Co mam robić?", pytał ministra.
"Nic nie rób!", odpowiedział natychmiast Suchomlinow.
Na drugim końcu linii, szef sztabu wykrzyknął tylko: "Dzięki Bogu!"
Bezpośredni, osobisty rozkaz cara, został ominięty.
Następnego ranka, w dniu 30 lipca, Suchomlinow okłamał cara, informując
go, że zastosował się do rozkazu odwołania powszechnej mobilizacji i że
ograniczył procedury wyłącznie do mobilizacji regionalnej. W rzeczywistości robił dokładnie odwrotnie.
W 1917 roku, gdy jego liczne przywary zaprowadzą go przed oblicze sądu,
Suchomlinow publicznie przyzna się, iż "następnego ranka okłamałem cara.
Powiedziałem mu, że częściowa mobilizacja jest ograniczona wyłącznie do
punktów dowodzenia na południowym wschodzie."
Tamtego ranka, następnym w kolejce do okłamywania cara był Sazonow.
Wyjaśnił swemu monarsze, iż Austria prowadzi już operacje wojskowe na
terytorium Rosji. Była to zupełna nieprawda, z czego Sazonow zdawał
sobie sprawę, ale nie trzeba podkreślać, że na niezdecydowanym monarsze
wywarło to wielce przekonujące wrażenie. Car przesłał Kaiserowi
Wilhelmowi następujący, godny współczucia, telegram: "Przeczuwam, iż
wkrótce ugnę się pod ciężarem, jaki na mnie spada i będę zmuszony podjąć
ostateczne kroki, zmierzające do wojny."
Sazonow, wykorzystując swą przewagę, niemal wygnał cara z jego
apartamentów, gdzie monarcha wraz z żoną doglądał syna, małego
hemofilika i następcę tronu. Caryca Aleksandra, nienawidząca wielkich
książąt i ich panslawistycznych obsesji, mając nerwy napięte do
ostateczności, usiłowała radzić mężowi, by się nie poddawał.
Sazonow wypuścił wtedy ostatnią strzałę, która przeszyła tę dumną i oddana żonę i matkę. Powiedział jej: "Prosisz cara, by podpisał swój
własny wyrok śmierci."
Groźbę, ledwie skrywaną, dostrzega też George Malcolm Thomson, pisząc:
"W czasie tych wypełnionych gorączką godzin, w carskim pałacu nad
brzegiem morza, nikt nie mógł wykluczyć żadnego, choćby nawet
najbardziej nieprawdopodobnego rozwoju sytuacji." Był to szantaż,
pachnący groźbą morderstwa. Car otrzymał ostatni telegram od Kaisera:
"Mój ambasador otrzymał instrukcje, by zwrócić uwagę waszego rządu na
poważne zagrożenia i konsekwencje, wynikające z mobilizacji.
Austro-Węgry mobilizowały się wyłącznie przeciwko Serbii, stawiając pod
broń tylko część swojej armii. Jeśli Rosja mobilizuje się przeciwko
Austro-Węgrom, rola mediatora, którą zaakceptowałeś zgodnie z własną,
wyraźną wolą, będzie zagrożona, o ile w ogóle nie stanie się niemożliwa.
Cały ciężar decyzji spoczywa teraz na twoich barkach i ty poniesiesz
odpowiedzialność za wojnę lub pokój. Willy."
Brzemię decyzji miażdżyło Mikołaja II. Gdy wyczerpały się możliwości
uników, car przyjął partię wojny w swym gabinecie. Wprowadzeni przed
oblicze monarchy, ustawili się twarzami do niego: minister wojny,
generałowie i cywilni oficjele.
Sazonow, wypowiadając się jasno i zdecydowanie, rzucił wyzwanie carowi:
"Nie wydaje mi się, by Wasza Wysokość powinna się dłużej wahać w kwestii
przywrócenia dekretu o powszechnej mobilizacji."
Car ponownie wymamrotał swe obiekcje: "Rozważ, że oznacza to posłanie na
śmierć dziesiątki tysięcy ludzi."
Sazonow: "Wstrzymanie mobilizacji zakłóci porządek w siłach zbrojnych i zaniepokoi naszych sojuszników."
Było to kolejne oszustwo Sazonowa, za pomocą którego sugerował, że
Francuzi będą zszokowani niezdecydowaniem cara i uznają, iż narusza on
warunki ich sojuszu. Rzecz jasna, w tym momencie Poincaré, który właśnie
powrócił ze swej podróży, odgrywał w Paryżu rolę niewiniątka.
W końcu wszyscy się uciszyli. Car, z wybałuszonymi oczami i chorobliwie
pożółkłą twarzą, nie odzywał się. Stał bez ruchu, jak skamieniały.
Nagle ciszę przerwał generał Tatiszew: "Tak, to trudna decyzja."
Car drgnął, jakby ktoś wymierzył mu policzek. Przemierzył pokój tam i z powrotem, po czym spojrzał prosto na swych słuchaczy. "Ja jestem tym,
który decyduje."
I zdecydował. Rozkazał Sazonowowi, by poinformował Januszkiewicza, iż
ponownie podpisuje dekret o powszechnej mobilizacji.
Thomson na zawsze utrwalił tę scenę: "Napięcie w pokoju prysło. Sazonow
ukłonił się i niemalże biegiem pobiegł do telefonu piętro niżej.
Triumfalnie przekazał polecenie Januszkiewiczowi, dodając: 'Teraz możesz
rozbić telefon'."
Rozdział 12. Tragiczna farsa
Rozdział 12
Tragiczna farsa
Dokładnie w tym samym czasie, gdy car ulegał
naciskom frakcji wojennej, rankiem 29 lipca, prezydent Poincaré schodził
w Dunkierce z pokładu "France". Powrotny rejs do Francji upłynął mu na
stawianiu zasłony dymnej i tworzeniu alibi wobec jakichkolwiek oskarżeń
o to, że knuł wojnę. Po ogłoszeniu powszechnej mobilizacji w Rosji,
Paléologue opóźnił wysyłanie telegramów do Paryża, a w niektórych
przypadkach całkowicie powstrzymał się przed ich nadaniem, w celu
podtrzymania fasady niewiedzy Poincaré, co do działań strony rosyjskiej.
26 lipca Paléologue wstrzymał przekazanie telegramu francuskiego
attaché, Laguiche, donoszącego o rozpoczęciu tajnej mobilizacji.
Jednakże, gdy Poincaré został powitany w pociągu prezydenckim w Dunkierce przez ministra Renoulta, prezydent powiedział do niego: "Nie
da się tego załatwić pokojowo." Jak na kogoś, kto utrzymywał, iż przez
sześć dni nic nie słyszał, zabrzmiało to strasznie pewnie.
Brutalna aprobata Poincaré dla wojny wypowiedziana została w momencie,
gdy wojna nie była jeszcze przesądzona. Wysiłki na rzecz unormowania
sytuacji były podejmowane jeszcze w Wiedniu i w Sankt Petersburgu.
Zabiegi Kaisera i jego kanclerza zaczęły wpływać na Franciszka Józefa i Berchtolda. Hrabia Berchtold zmodyfikował swe żądania wobec Serbii i obecnie był skłonny rozważyć rezygnację z żądania wspólnego,
austriacko-serbskiego dochodzenia w sprawie zabójstwa arcyksięcia. Jak
pisze Fabre Luce: "Nie była to już kwestia zwykłego kamuflażu. Nie!
Notatka napisana ręką Berchtolda dowodzi, że nawet w dniu 30 lipca 1914
roku skłaniał się on do kompromisu w sprawie serbskiego dochodzenia, o ile Rosja ze swej strony zaakceptowałaby tymczasową austriacką okupację
Belgradu." (L'Histoire démaquillée, s. 75)
Czasami niebezpieczeństwo wywołuje efekt spokoju. Prawdopodobnie nigdy,
od samego dnia zbrodni, 28 czerwca, strony nie były tak blisko
osiągnięcia porozumienia.
* * *
Gdy rankiem 29 lipca Poincaré przybył do Paryża, spotkał się z triumfalnym przyjęciem na dworcu kolejowym St. Lazare, które
przygotowali jego współpracownicy, co nie znaczy, że było ono przez to
mniej gorące. Dziesiątki tysięcy Francuzów, rozpalone do czerwoności
przez szowinistyczną prasę, zakorkowało trotuary wzdłuż drogi do pałacu
Elizejskiego, oklaskując prezydenta co najmniej tak, jakby był
Napoleonem triumfalnie powracającym z Elby. Tłum falą wylał się na Plac
Zgody i zgromadził się przed udekorowanymi kirem posągami,
reprezentującymi Metz i Strasburg. Gdyby Poincaré nie był zagorzałym
masonem, być może odśpiewano by mu Te Deum w katedrze Notre-Dame.
W każdym bądź razie i tak otrzymał świecką beatyfikację. Dziwny był
wybuch takiego aplauzu w świetle zapewnień Poincaré o jego niewiedzy w kwestii nagłego biegu wypadków, jaki nastąpił w czasie jego rejsu, i dziwne jest, że patriotyczne tłumy brawami przyjmowały podróżnika,
utrzymującego, że był zamroczony. Ale ludzie z ulicy instynktownie
przejrzeli zasłonę rzekomej niewiedzy Poincaré, a za jego mistyfikację
kochali go jeszcze bardziej.
Teraz jednak, po dwóch tygodniach wybiegów, nadeszła godzina, w której
Poincaré musiał w końcu w ostateczny sposób odtrąbić sygnał do wojny,
przy czym cały czas zachowując wrażenie, iż nie interesuje go nic, poza
pokojem.
Natychmiast po triumfalnym przejeździe z dworca do Pałacu Elizejskiego,
Poincaré wezwał do siebie trzech ludzi: swego premiera, uprzedzająco
grzecznego Viviani, ambasadora Wielkiej Brytanii, sir Francisa Bertie i wytrawnego pociągacza sznurków z Rosji, Izwolskiego. Francuski prezydent
i rosyjski ambasador zaczęli urabiać wytwornego ambasadora z Brytanii,
który w swym perłowoszarym, jedwabnym cylindrze, uzbrojony w elegancki,
wyściełany na zielono parasol, wyglądał jak bankier. Dziwne to było
posiedzenie: dwaj odwieczni konspiratorzy, Poincaré i Izwolski byli
zmuszeni do tego, aby maskować swe wspólne machinacje z niedalekiej
przeszłości, jednocześnie udając całkowicie fałszywą przyjaźń.
Prawda jest taka, że obaj panowie wzajemnie się nienawidzili, czemu
dowód dadzą ich powojenne oświadczenia i pisarstwo. Izwolski będzie
twierdzić, że Poincaré był kłamcą, który wszystkich oszukiwał (w swych
opiniach nie był osamotniony; minister spraw wewnętrznych, Louis Jean
Malvy, określi swego byłego prezydenta, jako "egoistę, oszusta i tchórza"). W 1922 roku, przed obliczem Izby Deputowanych Poincaré będzie
twierdzić, że każdy francuski minister wiedział, iż nigdy nie ufał on
Izwolskiemu. Napisze także, nie do końca zgodnie prawdą, że "gdybym mógł
czytać telegramy, które [Izwolski] wysyłał swemu rządowi, z pewnością
zauważyłbym w nich ustępy, które uzasadniały instynktowną nieufność,
jaką wzbudzał we mnie i w moich kolegach." Tak oto wypowiadali się o sobie panowie, którzy wspólnie spiskowali nad skorumpowaniem opinii
publicznej we Francji!
Brytyjski ambasador nie dawał się złapać na ich pochlebstwa. Nie
poczynił żadnych obietnic. Jak zawsze, odpowiedział, iż zreferuje sprawę
swojemu rządowi.
Jednak to właśnie na tym spotkaniu Poincaré dał Izwolskiemu ostateczne
zapewnienie zdecydowanego poparcia dla rosyjskiej mobilizacji;
zapewnienie, za które będzie próbował uchylić się od odpowiedzialności
po wojnie. Gdy współautor książki Poincaré o przyczynach wojny, Guerin,
zapytał go o rezultat spotkania, były francuski prezydent odpowiedział
po prostu: "Zapytaj Malvy."
Minister Malvy doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co wydarzyło się w Pałacu Elizejskim owego popołudnia. Wieczorem tamtego dnia odwiedził
swojego przyjaciela, Josepha Caillaux, i w wielkim wzburzeniu przekazał
mu nowiny, notując na miejscu przebieg rozmowy.
Malvy: "Rosja zapytała, czy możemy przeprowadzić mobilizację.
Powiedzieliśmy, że tak. Zobowiązaliśmy się do wsparcia Rosji."
Caillaux: "W takim razie wykraczacie poza zobowiązania traktatu!" Malvy
milczy.
Caillaux: "Oczywiście upewniliście się, że Anglia się zgadza?"
Malvy: "Nie było kwestii Anglii." (Ambasador brytyjski zdążył opuścić
spotkanie, zanim pytanie zostało zadane.)
Caillaux: "Łajdaki! Rozpętaliście wojnę!"
Sowiecka Czarna Księga zawierać będzie treść telegramu, który
triumfujący Izwolski, po wyjściu z Pałacu Elizejskiego, przesłał po
południu Sazonowowi: "Francja całkowicie się z nami zgadza!"
To właśnie tego telegramu użył Sazonow, by ostatecznie przełamać opór
cara, co do nieodwołalnego uruchomienia rosyjskiej machiny wojennej.
* * *
Gdyby Poincaré faktycznie obstawał za pokojem, wciąż mógłby pohamować
panslawistycznych podżegaczy wojennych z otoczenia cara, w tym samym
czasie, gdy Kaiser Wilhelm i Bethmann-Hollweg używali wszelkiej mocy
perswazji, aby powstrzymać swoich austro-węgierskich sojuszników. Niemcy
nie pragnęły iść na wojnę z Francuzami, ale sposób, w jaki Rzesza była
otoczona przez Francję i potężne cesarstwo rosyjskie sprawiał, że
desperacka niemiecka ofensywa przeciwko Francji stawała się
koniecznością w momencie, gdy wrogie kroki wydawały się nie do
uniknięcia, czyli wtedy, gdy Rosja dokonała mobilizacji. Tak właśnie
wyglądała pułapka, jaką zastawili na Niemcy panslawiści do spółki z Poincaré.
Oczywiście zastawianie pułapki na Niemców nie było obowiązkiem
narzuconym Francji z racji jej umowy z przywódcami rosyjskimi. Francuski
prezydent, gdyby miał taką wolę, mógłby odmówić Rosjanom wsparcia ich
spisku wymierzonego przeciwko Niemcom, tak samo, jak rząd rosyjski
odmówił poparcia Francji w czasie kryzysu marokańskiego dwa lata
wcześniej. Izwolski zwrócił wtedy uwagę Francuzom, że "Rosja pozostaje
bezapelacyjnie wierna swemu przymierzu z Francją, ale miałaby trudności
z przekonaniem narodu rosyjskiego do wojny z powodu Maroka. Poza tym,
sojusz jest wyłącznie defensywny." Lub też, jak to wtedy ujął car
Mikołaj w rozmowie z francuskim ambasadorem: "Nie planuję prowadzenia
wojny poza sytuacją, gdy dotyczy ona absolutnie żywotnych interesów."
Jednak dla Poincaré, kwestia odzyskania Alzacji i Lotaryngii była takim
właśnie absolutnie żywotnym interesem i sprowokowanie niemieckiego
ataku, eliminującego potrzebę kłopotliwych debat w parlamencie, było
sposobem na osiągnięcie tego celu. Jego przebiegłe, skryte manewry,
przeprowadzane przy współudziale garści zaufanych pomagierów
politycznych, były cudem hipokryzji i efektywności, zgodnej z doktryną
makiawelizmu. Poincaré będzie miał swoją wojnę, a Niemcy poniosą główne
koszty moralnego oburzenia światowej opinii publicznej.
Tajemniczość Poincaré sprawiła, iż jego dwóch ministrów spędziło noc
pełną szalonych i komicznych nieporozumień. Krótko po północy, francuski
minister wojny, Adolphe Messimy, został obudzony w swoim domu. Nawiedził
go gość, i to dość hałaśliwy: pułkownik Ignatiew, rosyjski attaché
wojskowy, który był mocno podpity. Pułkownik przynosił oficjalne wieści
od rządu rosyjskiego, czyli podziękowania za francuskie poparcie dla
rosyjskiej mobilizacji. Messimy, przecierając oczy -?i wciąż nieświadom
zapewnień Poincaré wygłoszonych ostatniego popołudnia -?próbował ukryć
swoje zaskoczenie. Natychmiast zatelefonował do Viviani, który
odpowiedział dość elokwentnie.
"Mój Boże!", wykrzyknął. "To jasne, że Rosjanie są pijakami i lunatykami. Dopiero co miałem tu Izwolskiego. Powiedz Ignatiewowi, żeby
unikał fajerwerków za wszelką cenę." Czy Viviani tylko udawał szczere
oburzenie? Czy premier nie był świadom machinacji Poincaré i działań
Paléologue w Sankt Petersburgu? Telegramy, słane przez Paléologue
nadchodziły późno i dla pewności szły okrężną drogą po to, aby
uwiarygodnić wersję Poincaré, iż rząd francuski nie miał pojęcia o rosyjskiej mobilizacji. Ale jest historyk, który wierzy, że reakcja
premiera Viviani była udawana.
Fabre Luce pisze: "Viviani nie tyle cierpiał z powodu irytacji, iż
obudzono go w środku nocy, ale z powodu tego, iż znalazł się w sytuacji,
gdzie koniecznym było przyjęcie odpowiedzialności, której chciał
uniknąć. Po co 'tym Rosjanom' jakieś oficjalne potwierdzenie? Nie
rozumieją delikatnej aluzji, że bezgraniczne wsparcie, zadeklarowane w Sankt Petersburgu, pozostaje w mocy? Co za tępaki! Tak więc nie
wystarczył im telegram wysłany z pokładu okrętu i obietnica poparcia,
ponowiona dzień wcześniej w Paryżu? Podobne myśli musiały kłębić się w głowie premiera, który przy okazji był też ministrem spraw
zagranicznych."
Izwolski wręczył premierowi telegram, podpisany przez Sazonowa, w którym
znalazły się następujące słowa: "Wyrażamy rządowi francuskiemu naszą
głęboką wdzięczność za oficjalna deklarację, iż możemy liczyć na pełną
współpracę naszego sojusznika." Ale telegram wychodził poza ramy
stwierdzeń, zawartych w zapewnieniu, wymamrotanym przez Poincaré do
Izwolskiego. Dalej Sazonow pisał: "teraz musimy tylko przyspieszyć nasze
przygotowania wojskowe i stanąć wobec nieuchronności wojny." Było jasne,
że Viviani nie został o niczym poinformowany! Pędem udał się do Pałacu
Elizejskiego, gdzie tym razem przyszła kolej na prezydenta, aby zostać
wyrwanym ze snu i być zmuszonym do pospiesznego ubrania się. Poincaré
nie był w nastroju, by uspokajać premiera. Warknął: "Za kilka godzin
podejmiemy ten temat na radzie ministrów", po czym wrócił do łóżka.
Tymczasem w rezydencji Messimy, Ignatiew domagał się oficjalnej
odpowiedzi na telegram swojego ministra i ogarnięty pijacką
porywczością, odmówił ruszenia się z miejsca, dopóki takowej nie
otrzyma. Messimy, próbując grać na zwłokę, powiedział mu, że Rosjanie
będą musieli zwolnic tempo swej mobilizacji. Ignatiew odpowiedział na to
żarliwie, używając metafory stosownej do swojego stanu, iż "nie
mobilizuje się małymi łykami; tak się pije koktajl."
Próbując znaleźć sformułowanie, które pozwoliłoby jemu i jego kolegom na
uniknięcie odpowiedzialności, Viviani wpadł na pomysł posłużenia się
koncepcją "tajnej" rosyjskiej mobilizacji. Messimy został więc
poinstruowany, by przekazał pułkownikowi, iż Rosja winna mobilizować swe
południowe korpusy armijne przy założeniu, że Francja nie będzie o tym
informowana. Do Sazonowa Viviani napisał, iż Francja przychyla się do
rosyjskiej decyzji o podjęciu "defensywnych i zapobiegawczych kroków",
tym samym unikając dawania pretekstu do mobilizacji Niemcom. Francuscy
przywódcy ponownie poszli na rękę rosyjskim podżegaczom wojennym.
Fabre Luce dobrze opisał tę scenę, jak również jej implikacje:
"Messimy i Ignatiew objęli się w milczeniu. Rosjanin zauważy później:
'Czułem się jak człowiek, któremu zdjęto wielki ciężar z pleców'."
Najwidoczniej, pomimo wszelkich zapewnień, jakie otrzymał, do ostatniej
chwili zastanawiał się, czy Francja, kraj z większością obywateli
kochających pokój, sygnatariusz defensywnego paktu z Rosją, naprawdę
zgodzi się zaakceptować mobilizację-agresję Rosji. I oto, tak! Rubikon
został przekroczony. Francuscy przywódcy dokonali wyboru, ale próbowali
ukryć swoją decyzję. Grali hasłem tajnej mobilizacji, podczas gdy zdrowy
rozsądek i wypowiedzi Rosjan potwierdzały, że takie coś jest niemożliwe.
Paléologue wiedział o tym: potwierdzał to rosyjski dokument, ale
ambasador udawał, że dołączył do gry i w dniu 30 lipca przekazał
telegraficznie informację o tym, że rząd rosyjski zdecydował o 'podjęciu
tajnych, pierwszych kroków powszechnej mobilizacji.' Rząd tymczasem po
prostu zwyczajnie ogłosił mobilizację." (L'Histoire démaquillée, s.
70)
To było właśnie owe francuskie zapewnienie poparcia, które umożliwiło
rosyjskim ministrom i generałom wywarcie nacisku na cara, kontunuowanie
mobilizacji wbrew jego rozkazowi i w końcu na odcięcie jego telefonu, by
nie mógł już zmienić swej ostatecznej decyzji o wojnie.
Tej samej nocy, dla generała hrabiego Helmuta von Moltke, szefa
niemieckiego sztabu generalnego, następowały coraz bardziej nerwowe
godziny. Ryzykował ni mniej, ni więcej, tylko perspektywą przegranej
wojny, o ile dałby wyprzedzić się Rosjanom w mobilizacji i pozwolić im
na opanowanie Niemiec. Obecnie wszystko wskazywało na to, że ich
mobilizacja jest w toku.
Bratanek wielkiego Moltke, prawej ręki Bismarcka, zwycięzcy Francji i i Austrii, nie miał temperamentu i żelaznej woli swego znamienitego wuja.
Sam przyznał: "Brakuje mi umiejętności podejmowania szybkich decyzji.
Nie mam na tyle temperamentu, by ryzykować wszystko jednym rzutem
kości."
Zewnętrznie, generał był wspaniałą postacią, imponującą, niczym Mojżesz
Michała Anioła, ale był w równym stopniu wojownikiem, co estetą. Mnóstwo
czytał, preferując opasłe tomy takich autorów, jak Nietsche czy Carlyle.
Był zagorzałym wielbicielem flamandzkiego pisarza, Maeterlincka, którego
"Peleasa" i "Melisandę" przełożył na język niemiecki. Malował i potrafił
grać na skrzypcach, zaś pod wpływem żony maczał palce w mętnych wodach
teozofii.
W przeciwieństwie do innych Niemców, takich, jak hrabia von Bülow,
obawiał się rosyjskiego ekspansjonizmu. Wstrząsała nim wizja milionów
twardych rosyjskich chłopów z ogromnego państwa, rozciągającego się od
Kłajpedy do Władywostoku, przyzwyczajonych do niedostatku i wyszkolonych
w ślepym posłuszeństwie, którzy niczym lawina zwalają się na Niemcy, już
zagrożone przez francuską armię. Obie armie razem mają liczebną przewagę
nad Niemcami w stosunku cztery do jednego.
Moltke dostrzegał rosnącą z roku na rok siłę Rosjan. Największa słabość
Rosji, słabo rozwinięta sieć komunikacyjna i transportowa obsługująca
jej gigantyczne terytorium, była miarowo usprawniana dzięki ogromnemu
napływowi francuskich franków, o co zadbał Poincaré. W stronę Prus
powoli wyciągała się nowa, główna linia kolejowa, która w ciągu kilku
lat pozwoli na szybkie i sprawne przerzucenie milionów żołnierzy nad
wschodnią granicę Niemiec.
W lipcu 1914 roku przemieszczanie się rosyjskich sił w stronę Niemiec
wciąż było niemrawe i pełne kłopotów. Sieć kolejowa i drogowa nie była
dostatecznie rozwinięta i poruszanie się po szlakach było powolne i niewygodne. Znakomita większość rosyjskich oddziałów będzie musiała
posuwać się pieszo po fatalnych drogach. Jednak rosyjskie przygotowania
wojenne trwały od tygodni. Oddziały z Syberii wezwano do europejskiej
części Rosji, a grupy armii na zachodzie przesuwały się w kierunku
granicy.
Jedyny niemiecki plan strategiczny, plan Schlieffena, zakładał użycie
głównej części niemieckich wojsk przeciwko Francji w okresie
czterdziestu dni. Tylko po tym czasie można było przerzucić większe siły
na front wschodni. Teraz zaś każdy mijający dzień podkopywał niemiecki
margines bezpieczeństwa na wschodzie. Dla niemieckich generałów, każdy
dzień spędzony na negocjacjach z przywódcami rosyjskimi, przybliżał dla
całego narodu moment militarnej klęski.
Rozdział 13. Śmierć pacyfisty
Rozdział 13
Śmierć pacyfisty
Raporty niemieckich dyplomatów, słane z Sankt
Petersburga do Berlina, z każdym dniem były coraz bardziej niepokojące.
30 lipca 1914 roku telegram nadesłany przez ambasadora Pourtal?sa
rozwiał wszelkie wątpliwości. Wymieniał on po kolei wszystkie okręgi
zachodniej Rosji, w których mobilizacja szła pełną parą.
W guberni warszawskiej, w owym czasie niedaleko od wschodniej granicy
Niemiec, oraz w guberni suwalskiej, położonej na progu Prus Wschodnich,
postępu rosyjskiej mobilizacji nie dało się ukryć. Niemieccy szpiedzy i informatorzy, jak również niemiecki konsul, podkreślali nieuchronność
nadejścia Rosjan. Przygotowania można też było obserwować z niemieckich
budek strażniczych na granicy, skąd było widać rosyjskie oddziały, w pośpiechu niszczące własne posterunki graniczne, z których nocami
buchały płomienie.
Do tego wieczoru Moltke uzyskał potwierdzenie z wiarygodnych źródeł, iż
rosyjska mobilizacja jest powszechna i właśnie się odbywa. Następnego
ranka zatelegrafował do swojego kolegi w Austrii, generała Conrada von
Hötzendorfa: "Mobilizujcie się! Niemcy będą mobilizować się z wami!"
Nawet wtedy, Kaiser wciąż usiłował popchnąć Franciszka Józefa w stronę
negocjacji z Rosjanami. Austriacki minister spraw zagranicznych,
Berchtold, był zdezorientowany sprzecznymi wiadomościami z Berlina.
"Kto dowodzi w Berlinie?!", wykrzyknął. "Von Moltke czy Kaiser?"
Nie mamy wątpliwości, że von Moltke chwilowo wykroczył poza swoje
kompetencje. Ale tego samego ranka w Sankt Petersburgu Pourtal?sowi
udało się stanąć twarzą w twarz z Sazonowem, dzierżącym publiczny plakat
mobilizacyjny. Niemcom zaczynało brakować czasu i nawet Kaiser Wilhelm
tracił wiarę w pokojowe rozwiązanie. Wiadomość od cara, iż nie może
dłużej opierać się naciskom swych doradców, dotarła do niego 30 lipca i Wilhelm przyznał, że "jego misja, jako rozjemcy, skończyła się."
Tymczasem w Paryżu, Poincaré miał się właśnie pozbyć ostatniego,
poważnego francuskiego przeciwnika swych planów wojennych. Jean Jaur?s,
przywódca francuskich socjalistów i działacz II Międzynarodówki
Socjalistycznej był człowiekiem oświeconym, dobrze zorientowanym w klasyce greckiej i łacińskiej, który nauczył się hiszpańskiego, by
przeczytać w oryginale Don Kichote, jak również angielskiego, gdyż
interesował go Hume i Szekspir. Był wspaniałym mówcą, który mimo
błękitnych oczu, pochodził z południa Francji. Jaur?s prowadził godne
szacunku, wręcz burżuazyjne życie. Nie miał w sobie nic ze
sprzedajności, która pozwoliła wielu francuskim politykom na
zgromadzenie prywatnych fortun, pochodzących zarówno z ich działalności
publicznej, jak i mniej publicznej.
29 lipca Jaur?s dokonał ostatniego wysiłku, aby powstrzymać wojnę,
przemawiając na wielkim zjeździe przywódców socjalistycznych z całej
Europy, zebranych pod sztandarem II Międzynarodówki Socjalistycznej w okazałej sali Cyrku Królewskiego w Brukseli. Trzydzieści lat później
autor tej książki będzie miał po raz pierwszy okazję by w tej samej sali
zwrócić się do brukselskiej publiczności. Tamtego dnia wystąpienie
Jaur?sa było wyjątkowo poruszające, gdyż w jego odczuciu pokój w Europie
nie był tak zagrożony od czasów wojen napoleońskich sto lat wcześniej.
Na zakończenie jego mowy rozbrzmiały głośne okrzyki "Precz z wojną!" i bez wątpienia wiele z nich wyrwało się z tych samych gardeł, które kilka
dni później wykrzyczą płomienną aprobatę dla wojny w parlamentach i zgromadzeniach narodowych Europy. Mimo głośnej owacji, Jaur?s opuścił
salę z ciężkim sercem. Miał jeszcze czas, by przed złapaniem pociągu do
Paryża zobaczyć wspaniałości wystawy flamandzkich prymitywistów w Muzeum
Brukselskim.
W Paryżu podążył bezpośrednio do ministerstwa spraw zagranicznych, by
próbować uzyskać obietnicę premiera Viviani, iż rząd będzie usiłował
uspokoić Rosjan. Kiedy dowiedział się, że Poincaré obiecał właśnie pełne
poparcie dla rosyjskiej mobilizacji, ostrzegł premiera: "Jesteście
ofiarami spisku Izwolskiego i Rosjan. Wszystkich was, trzpiotowatych
ministrów, oskarżymy publicznie, nawet, jeśli mielibyście do nas
strzelać."
Opuszczając budynek przy Quai d'Orsay, Jaur?s napotkał Izwolskiego.
Patrząc mu prosto w twarz, powiedział: "Ta szumowina, Izwolski, będzie
miała swoją wojenkę."
Tego samego wieczoru Jaur?s przeczytał w gazecie: "Gdyby Francja miała
przywódcę, który jest prawdziwym mężczyzną, Jaur?s zostałby postawiony
pod ścianą, obok plakatów mobilizacyjnych." Kręcąc głową, powiedział pod
nosem, "musimy być gotowi na to, że odstrzelą nas na pierwszym rogu."
Tej samej nocy młody człowiek węszył wokół domu Jaur?sa na Passy. Gdy
nadszedł Jaur?s w towarzystwie kilku znajomych, młody człowiek, którego
nazwisko brzmiało Raoul Villain, zapytał przygodnego gapia, który z mężczyzn nazywa się Jaur?s. Dowiedziawszy się, zniknął w ciemności.
Następnego ranka, gdy na ulicach Paryża roiło się od demonstrantów i przestraszonych właścicieli rachunków bankowych (zabroniono właśnie
wypłat czeków powyżej pięćdziesięciu franków), Villain tropił swą
ofiarę. Po niepowodzeniu w siedzibie redakcji gazety Jaur?sa, Villain w końcu wyśledził wielkiego socjalistę w jego ulubionej kafejce
"Croissant".
Jaur?s siedział tam, podziwiając fotografię wnuczki zaprzyjaźnionego
dziennikarza. Okno przy jego stoliku było otwarte, od ulicy oddzielała
go tylko zasłona. Niepostrzeżenie, czyjaś ręka odsunęła materiał.
Błysnęło i dwa wystrzały rozdarły ciszę. Jaur?s upadł prosto na swój
talerz. Jakaś kobieta krzyknęła: "Zabili Jaur?sa!". Ostatni wielki
przeciwnik wojny w ten sposób dołączył do ofiar z Sarajewa.
Paryż obiegła plotka, że Jaur?s został zastrzelony przez carskiego
agenta, co zmusiło rząd do zablokowania ulicy Grenelle, przy której,
niczym cytadela, wznosiła się rosyjska ambasada i gdzie tajna rosyjska
policja, Ochrana, miała swoją główną kwaterę (dzisiaj rosyjska ambasada
mieści biura znacznie potężniejszego następcy Ochrany -?KGB). Nigdy nie
pojawiły się żadne dowody na to, że rosyjskie tajne służby stały za
zabójstwem Jaur?sa i prawdopodobne jest, iż Villain, syn szaleńca i fanatyczny nacjonalista, którego umysł rozpaliła natarczywe podżegająca
do wojny prasa, działał w pojedynkę. Mimo wszystko, jego kule równie
skutecznie poradziły sobie z ostatnim francuskim głosem przeciwko
wojnie, jak kule najmitów rosyjskich spiskowców poradziły sobie z parą
książęcą w Sarajewie.
Tego samego dnia, gdy w Paryżu zastrzelono Jaur?sa, Poincaré zdołał
wypchnąć z miasta, w towarzystwie dwóch policjantów, swego
niegdysiejszego wroga, Caillaux.
Teraz droga do Berlina stała otworem.
Rozdział 14. kłamstwa polityków
Rozdział 14
kłamstwa polityków
Rankiem 1 sierpnia atmosfera panująca w Berlinie była pełna przygnębienia. Kanclerz Bethmann-Hollweg, patrząc w przyszłość z głęboką troską, długimi krokami przemierzał wyłożone
dywanami podłogi swego biura, nie do końca zdając sobie sprawę z tego,
co robi.
Malcolm Thomson pisze:
"W miarę jak mijał wieczór, w ministerstwie spraw zagranicznych w Berlinie pogłębiało się przygnębienie. Gdy zajrzał tam Theodor Wolff z Berliner Tageblatt, przywitała go grobowa cisza, w której dyplomaci
rozmyślali, siedząc w staromodnych fotelach. Stary węgierski szlachcic
Szögyény, który był austriackim ambasadorem, wyglądał tak, jakby rozpacz
wyssała z niego ostatnią kroplę krwi. Jagow [niemiecki minister spraw
zagranicznych] chodził w tę i z powrotem z przylepionym do twarzy,
dwuznacznym uśmiechem."
W Wiedniu kanclerz Berchtold był w niewiele lepszym stanie. Jak zawsze
nienagannie ubrany, z odpinanym kołnierzykiem i krawatem przypiętym
perłową spinką, faszerował się tabletkami nasennymi. Nie dał rady złapać
Rosjan za rękę, gdy sterowali serbskim spiskiem, co uczyniło jego
fanfaronadę wobec rządu w Belgradzie mniej, niż bezużyteczną. Kaiser
uważał jego brak rozwagi za niewybaczalny błąd. Teraz było za późno i rosyjskie armie będą wkrótce przekraczać granicę Austro-Węgier.
W Sankt Petersburgu, przywódców frakcji wojennej chwytały ostatnie
paroksyzmy paniki. Wielka Wojna naprawdę się zaczęła. Suchomlinow,
minister wojny, cały się trząsł. Na swym biurku ustawił rząd ikon i świec wotywnych i teraz co chwila się żegnał.
Prawdopodobnie jedynym, który zachowywał spokój, był Wilhelm II. Odmówił
wydania rozkazu mobilizacji niemieckiej armii, mimo pełnych rozpaczy
próśb generała von Moltke. Chociaż, jak przyznała w 1935 roku
francusko-niemiecka komisja badająca przyczyny wojny, "rosyjska
powszechna mobilizacja stworzyła nowy fait accompli, który pilnie
wymagał niemieckiej reakcji". Dopiero o godzinie siódmej wieczorem, 31
lipca, Kaiser posunął się do tego, by oficjalnie ogłosić
Kriegsgefahrzustand, "stan pogotowia wojennego", który wciąż był tylko
wstępem do mobilizacji.
Kriegsgefahrzustand -?dudniący, złowieszczo brzmiący teutonizm, którego
natychmiast nie omieszkali uczepić się propagandyści we Francji, malując
obraz hord Hunów, przelewających się przez granicę. Ich przywódca,
mówiący po niemiecku Tardieu, kłamliwie zapewniał publikę, iż słowo to
oznacza, że Niemcy właśnie ogłosili "stan wojny" i wywołał tym
ogólnonarodową histerię. Jak Francja może się wahać, by biec pod
sztandary, gdy Niemcy już maszerują?
Podsekretarz stanu Abel Ferry, uczciwy patriota, któremu pisane będzie
ponieść śmierć na polu bitwy, jako jedyny spośród francuskich przywódców
widział, czym naprawdę były manewry jego przełożonych. W swym dzienniku
zapisał: "Pajęczyna została postawiona i Niemcy wpadli w nią, jak
wielka, bzycząca mucha."
Cesarz Wilhelm myślał w podobny sposób. Tego samego dnia odzwierciedlił
to, mówiąc: "Sieć spadła nam na głowy." Niemcy wdepnęły w pułapkę. Fabre
Luce napisze później:
"Cała historia na nieszczęście nie pozostawia miejsca na najmniejsze
wątpliwości. Francja nie przystąpiła do wojny wiedziona honorem, jak to
często udawali nasi przywódcy, ale wręcz przeciwnie -?łamiąc
republikańską konstytucję z 1875 roku i naruszając postanowienia
defensywnego paktu, który podpisała z Rosją."
1 sierpnia 1914 roku, o godzinie szóstej, niemiecki ambasador,
Pourtal?s, złożył wizytę ministrowi spraw zagranicznych Sazonowowi, aby
uzyskać odpowiedź na niemiecki apel o wstrzymanie rosyjskiej
mobilizacji. Sazonow odpowiedział: "Nasza mobilizacja musi być
kontynuowana. Przyjmując to za bezdyskusyjne, gotowi jesteśmy do
kontunuowania negocjacji." Negocjowanie w sytuacji, gdy trwała
mobilizacja, było tylko rosyjskim sposobem na zdobycie czasu.
Pourtal?s naciskał dalej: "Powtórzę raz jeszcze, Ekscelencjo, czy
wstrzymacie mobilizację?" Sazonow, ze skupionym wzrokiem, nie poruszył
się. Pourtal?s zadał pytanie dwukrotnie. Odpowiedź Sazonowa brzmiała:
"Nie mam dla pana żadnej innej odpowiedzi."
Drżącą ręką Pourtal?s podał ministrowi kartkę papieru, po czym zaczął
łkać. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji.
Nie bacząc na wszystko, niemiecki ambasador w Paryżu, baron von Schoen,
w dniu 31 lipca podjął ostatnią próbę uniknięcia wojny między Francją i Niemcami. Dla wszystkich było jasne, że bez pomocy Francji, Rosja nie ma
szans w konfrontacji z Niemcami i Austro-Węgrami. Baron przyniósł
ostateczną propozycję swego rządu dla premiera Viviani: jeśli Francja
pozostanie neutralna, Niemcy także pozostaną neutralne. Później
twierdzić się będzie, że rząd niemiecki domagał się przekazania wielkich
francuskich twierdz w Toul i Verdun, jako gwarancji francuskiej
neutralności (Francuzi rozszyfrują potem telegram do Schoena w tej
sprawie). W rzeczywistości ambasador nie wspomniał nawet o takim żądaniu
i Francuzi nie mogli o nim wówczas wiedzieć.
Odpowiedź, jakiej udzielił Viviani, nie miała nic wspólnego z pięknymi i wzniosłymi zasadami, według których francuscy rzecznicy mieli w zwyczaju
tworzyć swoją oficjalną retorykę. Zawierała się w siedmiu słowach: "
Francja będzie się kierować swoimi własnymi interesami." W tym
przypadku, rzecz jasna, interesem Francji było osłabienie jej potężnego,
niemieckiego rywala i ponowne przejęcie kontroli nad Alzacją i Lotaryngią.
Publiczne deklaracje Poincaré bardziej odpowiadały kwiecistemu stylowi
hipokryzji Trzeciej Republiki: "W tej godzinie nie ma partii
politycznych, jest tylko Francja, nieugięta i kochająca pokój, Francja
wieczna. Jest tylko Ojczyzna Prawa i Sprawiedliwości." Prawo ma szeroki
grzbiet i Poincaré będzie go ujeżdżać jeszcze przez kilka lat.
Dzień wcześniej Austro-Węgry podjęły próbę ostatecznego zaapelowania do
Francji. Prośba została przekazana przez emisariuszy krajów neutralnych
-?Rumunii i Szwajcarii. Rumun Lahovary i Szwajcar Lardy dostarczyli
propozycję na Quai d'Orsay, gdzie została chłodno odrzucona przez
sekretarza Berthelota. "Jest za późno", powiedział. "Nie ma już
możliwości wyprostowania stanu rzeczy." Później okaże się, że Berthelot
nawet nie zadał sobie trudu, by przekazać propozycję na ręce swego
szefa, premiera Viviani.
W międzyczasie rząd francuski, w nie mniejszym stopniu, niż jego
rosyjski odpowiednik, naciskał na sprawną mobilizację. Generał Joffre
meldował, że każdorazowe opóźnienie mobilizacji o dobę jest równoznaczne
z koniecznością wycofania się o piętnaście do dwudziestu kilometrów -?co
sprawi, że w ciągu miesiąca francuska armia znajdzie się u stóp Wieży
Eiffela.
Już wkrótce zadośćuczyniono prośbie generałów. 1 sierpnia, o godzinie
trzeciej czterdzieści pięć, minister wojny przekazał zastępcy sztabu
generalnego, generałowi Ebene, rozkaz o przeprowadzeniu powszechnej
mobilizacji. W miastach, miasteczkach i wsiach Francji kolorami
rozkwitły plakaty, zupełnie, jakby trwała kampania wyborcza. Śmierć
zwycięży przytłaczającą większością głosów.
Raz jeszcze rząd Poincaré sprokuruje kłamstwo, mające ratować mu twarz.
Podobnie jak sojusznicy w Rosji, którzy twierdzili, iż rozpoczęli
mobilizację po tym, jak ogłosiła ją Austria, rząd Poincaré utrzymywać
będzie, że działania wymusili Niemcy, mobilizując się wcześniej. Faktem
pozostaje zaś, że niemiecki rozkaz o mobilizacji nadszedł o godzinie
piątej po południu, piętnaście minut po rozkazie francuskim (Berlin i Paryż są w innych strefach czasowych).
Kłamstwa te będą bezustannie powtarzane przez lata i staną się krzepkimi
cegłami w murze, tworzącym fasadę niemieckiej winy. Chociaż w 1923 roku
Poincaré będzie zmuszony przyznać, iż jednak Rosjanie uruchomili
mobilizację przed Austriakami, będzie także utrzymywać, że został
nieświadomie wprowadzony w błąd. Pomimo tego, czterdzieści lat po
wojnie, standardowe francuskie prace, takie jak podręcznik historii
autorstwa Bonifacio, podstawa edukacji francuskich studentów, dalej
będzie podawać jako datę rosyjskiej mobilizacji 31 lipca 1914 roku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa autora
Zabójstwo, które mogło pozostać niczym innym,
jak tylko oburzającym wydarzeniem w historii terroryzmu, miało zamiast
tego w decydujący i katastrofalny sposób zaważyć na całym XX wieku.
Spowodowało wybuch "Wielkiej Wojny" z lat 1914-1918, utorowało Sowietom
drogę ku Rewolucji Październikowej w 1917 roku, umożliwiło Hitlerowi
dojście do władzy w 1933 roku i późniejszą II wojnę światową, a przede
wszystkim spowodowało konfrontację dwóch współczesnych gigantów -
Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych, której konsekwencją,
prędzej czy później, może być niszczycielska III wojna światowa.
Zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony w Sarajewie, w Bośni, w dniu 28 czerwca 1914 roku, które początkowo było jeszcze jedną
wiadomością z pierwszych stron gazet, pozornie skazaną na przeminięcie,
jak jej podobne, po kilku dniach okaże się jednak owocem zawiłego
spisku. Początkowo sprawa wydawała się ograniczona do Serbii i Austrii,
dwóch notorycznie skłóconych ze sobą sąsiadów. Ale nie minęły cztery
tygodnie, gdy stało się jasne, iż Serbowie, będący przedmurzem Bałkanów,
byli sprytnie manipulowani przez panslawistów na rosyjskim carskim
dworze.
Austria ze swej strony złączona była z Niemcami więzami sojuszu
politycznego i wojskowego. Z kolei rząd rosyjski związany był paktem
wojskowym z władzami Francji, zdesperowanej by odzyskać Alzację i Lotaryngię, które Niemcy anektowały w 1871 roku. Ponadto, brytyjski
establishment, w ciągu kilku ostatnich lat rozsierdzony wzrostem wpływów
niemieckiej gospodarki i rozbudową niemieckiej floty, jeszcze bardziej
zbliżył się do Francji i jej niedawnego rywala, Rosji. Tym samym
powstały okoliczności sprzyjające kataklizmowi, którego furia miała w bezprecedensowy sposób wstrząsnąć Białym światem. W ciągu pięciu
tygodni, dzięki kilku kulom wystrzelonym przez miernotę w sennym mieście
na Bałkanach, wielkie europejskie potęgi skoczą sobie do gardeł. W konsekwencji, ponieważ ani Potrójna Ententa Anglii, Francji i Rosji, ani
Dwuprzymierze Niemiec i Austro-Węgier nie będą w stanie zmusić drugiej
strony do ustąpienia, walczące państwa nie znajdą lepszego sposobu, niż
wciągnięcie do rzezi kolejnych dziewiętnastu krajów. Dzięki obietnicom,
równie fałszywym, co sprzecznym ze sobą, za pomocą tajnych porozumień,
konkurujące państwa będą oferować dokładnie te same trofea wojenne dwóm,
a czasami trzem różnym krajom. Miliony ludzi zostanie sprzedanych niczym
na aukcjach, bez swej wiedzy i zgody, jako łup dla najbardziej
zagorzałych przeciwników swych własnych narodów.
Celem wzbudzenia nienawiści do Niemiec i wydźwignięcia jej do poziomu
histerii, kraje Ententy oskarżać będą Niemcy o najbardziej odrażające
okrucieństwa, kreując szaleńczą żądzę zemsty, która w połączeniu z krótkowzroczną chciwością i głupotą zwycięzców zrodzi w efekcie traktat
wersalski. Układ ten, który zmiażdżył pierwszą potęgę Europy, Niemcy,
pod ciężarem wstydu i reparacji wojennych, który amputował żywotne
terytoria z ciała narodu i który uczynił go bezbronnym wobec wrogów
wewnętrznych i zewnętrznych, w konsekwencji był skuteczny jedynie w tym,
iż sprowokował nową i nieuchronną wojnę w Europie. Inteligentne mózgi
Europy przewidziały następstwa traktatu jeszcze zanim został narzucony.
Brytyjski premier David Lloyd George w 1919 roku uprzedzał w Paryżu
zwycięskie państwa: "Jeśli pokój zostanie zawarty na takich warunkach,
stanie się zarzewiem nowej wojny." I tak też się stało, gdyż bez
traktatu wersalskiego byłoby niemożliwością, aby nieznany żołnierz
piechoty, urodzony w Austrii i zahartowany w walkach na froncie
zachodnim doszedł do absolutnej władzy w Niemczech. Adolf Hitler
przyszedł na świat w Braunau am Inn, ale w sensie politycznym zrodził
się w Wersalu.
Dzień, w którym podpisano traktat, 29 czerwca 1919 roku, nie tylko
zakończył I wojnę światową -?zapoczątkował także II wojnę.
Rozdział 1. "Czarna Ręka" w Sarajewie
Rozdział 1
"Czarna Ręka" w Sarajewie
28 CZERWCA 1914 roku był w całej Europie dniem
ciepłym i słonecznym. Niewielu mogłoby przypuszczać, iż ten z pozoru
cichy, letni dzień zapisze się krwawo na kartach historii, i że owa
brzemienna w skutki czerwcowa data stanie się w tym wieku dla Europy
zwiastunem tak wielu kolejnych, skąpanych we krwi czerwcowych dni -?od
traktatu wersalskiego w 1919 roku do kapitulacji Francji w 1940 roku, do
"Dnia D" i lądowania w Normandii w 1944 roku i do rozbioru starego
europejskiego porządku w Poczdamie, w czerwcu 1945 roku.
Nigdzie słońce nie świeciło tak mocno, jak owego pamiętnego dnia w Sarajewie -?sennym bałkańskim miasteczku w Bośni. Dawna siedziba
prowincji Imperium Osmańskiego wciąż miała orientalny posmak, z białymi
wieżami minaretów wznoszącymi się nad krętymi uliczkami bazaru. Miasto
przeszło pod administrację cesarstwa austro-węgierskiego w 1878 roku,
zostało ostatecznie anektowane w 1908 roku i teraz było miejscem, gdzie
rzadko działo się coś nadzwyczajnego.
Tego jednak dnia odwiedzał je najważniejszy człowiek w monarchii
austro-węgierskiej, arcyksiążę Franciszek Ferdynand. Był następcą
habsburskiego tronu, na którym od sześćdziesięciu sześciu lat zasiadał
leciwy i schorowany, osiemdziesięciosześcioletni Franciszek Józef.
Arcyksiążę, na którego piersi pobrzękiwały medale, a hełm zdobiły pyszne
pióra, był człowiekiem krzepkim, wielkim miłośnikiem polowań, który
zapełnił pałace i dwory myśliwskie Europy licznymi rogatymi trofeami.
Następca tronu, jako głównodowodzący armią austro-węgierską, przybył do
Sarajewa celem obserwowania manewrów, które odbywały się kilka mil poza
miastem. Franciszek Ferdynand wraz z małżonką jechał do miejskiego
ratusza nabrzeżem rzeki Miljacka praktycznie bez obstawy. Kolumna,
składająca się z czterech pojazdów, przebyła zaledwie połowę drogi, gdy
młody zamachowiec wymierzył bombę w arcyksięcia. Ładunek, uderzając w tył samochodu arcyksięcia, ześlizgnął się i eksplodował pod następnym
pojazdem, gdzie zranił dwóch oficerów -?jednego z nich natychmiast
przewieziono do pobliskiego szpitala. Franciszek Ferdynand i jego żona,
wstrząśnięci, lecz cali i zdrowi, kontynuowali podróż do ratusza, gdzie
arcyksiążę ostro zganił burmistrza za taki przejaw braku gościnności w mieście. Następnie mała kolumna pojazdów skierowała się w stronę
szpitala, gdzie opatrywano młodego, rannego oficera.
Samochód jadący na czele kolumny omyłkowo skręcił w niewłaściwą ulicę i pojazd arcyksięcia podążył za nim. Wojskowy gubernator Bośni, generał
Potiorek, przytomnie zasygnalizował kierowcy, by ten cofnął samochód i wrócił na zaplanowaną trasę. Gdy kierowca zahamował, do przodu wystąpił
młody człowiek, który starannie celując, dwukrotnie wystrzelił w kierunku otwartego pojazdu.
Jedna z kul trafiła Franciszka Ferdynanda w szyję. Druga ugodziła w brzuch jego żonę Zofię, księżną Hohenberg. Gdy osunęła się na zielony
mundur męża, zbryzgany krwią, ten wyszeptał, "Zofio, żyj dla naszych
dzieci". Para zmarła kilka minut po ataku.
* * *
Wiadomość o zabójstwie swego bratanka i następcy, cesarz Franciszek
Józef przyjął w swym wiedeńskim pałacu Hofburg z niestosownym spokojem.
Sędziwy człowiek żywił niechęć do Franciszka Ferdynanda, być może
częściowo z powodu, iż arcyksiążę zastąpił w kolejce do tronu jego
własnego syna, Rudolfa, który dwadzieścia pięć lat wcześniej zmarł w pałacyku myśliwskim Mayerling wraz ze swą kochanką, Marią Vetserą,
tragiczną, samobójczą śmiercią.
Co gorsza, żona Franciszka Ferdynanda, Zofia, choć pochodziła ze
starego, czeskiego rodu książęcego, była zbyt nisko urodzona, by
odpowiadać standardom prawa i obyczajów, które wymagały od habsburskiej
księżnej znacznie wyższego tytułu i pochodzenia. Gdy Franciszek
Ferdynand ożenił się z nią w 1900 roku, musiał zrzec się wszelkich praw
dziedziczenia tronu Habsburgów ze strony małżonki i ich wspólnych
dzieci. Małżeństwo morganatyczne -?niewybaczalne przestępstwo w zawodzie
cesarza! Jasne jest, iż pozwala się koronowanym głowom na utrzymywanie
kochanek i nawet bękartów, uważając je za dopuszczalne "przygody serca".
Ale gdyby Rudolf Habsburg, Franciszek Ferdynand, król Anglii Edward VIII
lub król Belgii Leopold III nie zechcieli podporządkować się odwiecznej
tradycji wybierania stosownych małżonek -?musieliby się mieć na
baczności! Tak więc na państwowym pogrzebie Franciszka Ferdynanda i jego
żony, który odbył się w Wiedniu, zamordowana para podróżowała osobnymi
karawanami. Procesja państwowych dygnitarzy postępowała za wspaniałym
karawanem arcyksięcia, udekorowanym czarnymi piórami i ciągniętym przez
kare konie. Karawan Zofii, znacznie mniej okazały, jechał z tyłu. Jej
trumnę ustawiono w katedrze o jeden stopień niżej, niż trumnę męża.
Zamiast korony, położono na niej wachlarz zwykłej damy dworu. Wiekowy
monarcha wciąż wstydził się żony swojego bratanka, nawet po jej śmierci.
Franciszek Józef miał jeszcze jeden powód, by nie przejmować się zbytnio
gwałtownym zejściem swojego następcy. Poglądy polityczne księcia i jego
projekty reformy cesarstwa były dla starego monarchy rzeczami wyklętymi,
gdyż sam z każdym mijającym rokiem stawał się coraz bardziej
konserwatywny. W 1867 roku okoliczności zmusiły Franciszka Józefa
(przegrana rok wcześniej wojna z Prusami) do przyznania Węgrom niemal
równorzędnych praw w państwie, które stało się austro-węgierską
monarchią dualistyczną. W kolejnych latach słowiańscy poddani Habsburgów
zaczęli się domagać coraz większych praw, a Franciszek Ferdynand znany
był ze swojego przychylnego stosunku do ich żądań do tego stopnia, iż
być może posunąłby się tak daleko, by wprowadzić monarchię
trialistyczną. Dla reakcyjnego w swych poglądach Franciszka Józefa, jak
również dla dumnych Madziarów, zazdrosnych o swe przywileje, trializm
stanowił śmiertelne zagrożenie dla monarchii. Poza granicami imperium
również znalazły się siły, dla których idee arcyksięcia okazały się
równie niebezpieczne.
Serbia, oddzielona od Austro-Węgier Dunajem, była najbardziej aktywnym i agresywnym ze wszystkich państw bałkańskich. Kraje bałkańskie, które
przez wieki pozostawały pod władaniem ottomańskiej Turcji, i których
wielu obywateli przeszło na islam -?Serbia, Bułgaria, Albania, Rumunia i Grecja -?uzyskały status niepodległych państw w dziewiętnastym i na
początku dwudziestego wieku. Odzyskawszy niezależność, poświęcały
mnóstwo energii na próby wzajemnej dominacji, sprzeczając się o problemy
nie do rozwiązania w rejonach tak etnicznie zróżnicowanych, jak
Macedonia i Tracja, i robiąc to z barbarzyńskim zapałem, który był
równie niezmordowany, co zabójczy.
Przejściowo zjednoczone w 1912 roku, państwa bałkańskie zdołały wyzwolić
pozostałą część Bałkanów spod panowania tureckiego, spychając Turków na
przedmieścia Konstantynopola -?ostatni ich bastion na europejskiej
ziemi. Rok później Serbowie i Bułgarzy rzucili się na siebie z dziką
zaciekłością, zdeterminowani, by zawładnąć Macedonią. Nieszczęśni
Macedończycy ponieśli główne koszty tej walki, gdy tysiące z nich
zostało zmasakrowanych, a jeszcze więcej zapędzonych pod sztandary
serbskich i bułgarskich najeźdźców. Serbia zatriumfowała, gdyż miała
wsparcie potężnego patrona, który był zdecydowany na posłużenie się
małym, bałkańskim państwem do wywalczenia punktu podparcia w swym marszu
na południe i zachód -?wszechmocnego Cesarstwa Rosyjskiego.
Pokonani i upokorzeni przez Japonię w 1905 roku, carscy imperialiści
musieli zrezygnować ze swych ambicji rozszerzenia wpływów na wschód.
Bezpowrotnie minęły czasy, gdy wieki temu niezwyciężeni Kozacy gnali po
krystalicznych śniegach Syberii, a Wielki Niedźwiedź zapuszczał się na
Alaskę i do Kaliforni. Okazało się, że ociężała rosyjska marynarka
wojenna jest nieefektywna i przestarzała. Po dziwacznym incydencie na
Morzu Północnym, kiedy to rosyjskie okręty ostrzelały brytyjskie statki
rybackie, w przekonaniu, iż są to japońskie niszczyciele, flota carska
przepłynęła dziesięć tysięcy mil tylko po to, by japońska flota admirała
Togo mogła posłać ją na dno w Cieśninie Cuszimskiej w maju 1905 roku.
Okazało się, że japońskie armie w Mandżurii są lepsze, niż rosyjskie, co
w efekcie oznaczało dla cara utratę Port Artura i reszty Mandżurii.
Wkrótce potem cesarscy imperialiści zmienili strategię, poszukując
sposobów na wykorzystanie obaw i nadziei ich słowiańskich kuzynów na
Bałkanach, w szczególności Serbów i Bułgarów, których kraje zapewniały
wygodny dostęp do Adriatyku i owego stuletniego celu rosyjskich carów -
kolorowych kopuł i murów Konstantynopola, bramy do ciepłych wód Morza
Śródziemnego.
* * *
W 1908 roku imperialiści rosyjscy, wciąż liżący rany po swej klęsce na
Dalekim Wschodzie, oraz ich serbscy protegowani, zostali zmuszeni do
zaakceptowania, na konferencji w Londynie, austro-węgierskiej aneksji
Bośni i Hercegowiny, która była terytorium słowiańskim na zachód od
Serbii, na które Serbowie od dawna patrzyli z wielkim apetytem. Serbska
kontrola nad tymi rejonami zapewniłaby ich carskim panom dostęp do
portów na wybrzeżu Adriatyku, jednak Rosjanie czuli się zbyt słabi
militarnie, by próbować przeforsować tę kwestię zbrojnie.
Przywołane do porządku, lecz niezrażone, imperialistyczne kręgi na
dworze cara Mikołaja II, "panslawiści", zintensyfikowały swe działania.
Car Mikołaj -?niebezpieczny, gdyż łatwo poddający się wpływom i wiecznie
niezdecydowany -?dał im wolną rękę. Reżim z Sankt Petersburga zamieszał
w bałkańskim kotle z jeszcze większym zapałem. Wobec rosnącego napięcia
na linii Serbia -?Austro-Węgry, rosyjscy agenci i doradcy wydali rozkazy
oraz dostarczyli Serbom niezbędne środki. Rosyjski ambasador w Serbii,
Mikołaj Hartwig, niedyskretnie napomknął rumuńskiemu ministrowi Filaliti
w dniu 12 listopada 1912 roku: "Rosja liczy na to, że Serbia,
powiększona o bałkańskie prowincje Austro-Węgier, stanie się przedmurzem
panslawizmu".
Hartwig, jako carski ambasador w Belgradzie, był bezdyskusyjnym zarządcą
miasta i człowiekiem, którego francuski ambasador, Descos, określił,
jako "prawdziwego władcę Serbii." Inni nazywali Hartwiga po prostu
"wicekrólem".
W teorii głową państwa był król Serbii, Piotr I, ale król Piotr, wnuk
handlarza świń, zawdzięczał wyniesienie na tron klice serbskich
spiskowców, którzy zlikwidowali poprzedniego króla, Aleksandra
Obrenowicza i jego żonę, królową Dragę, dokonując w 1903 roku
makabrycznego aktu podwójnego morderstwa. Rodzina króla Piotra,
Karadziordziewicze, przez większą część poprzedniego wieku pozostawała w ciągłym konflikcie z ze swymi rywalami, Obrenowiczami. Przy jednej z okazji szef klanu Obrenowiczów zaprezentował na dworze sułtana w Istambule starannie zasoloną głowę jednego z Karadziordziewiczów.
Premierem przy Piotrze I był Nikola Pašić, człowiek przebiegły, acz
dający sobą kierować, który z dnia na dzień i bez zbędnych wyrzutów
sumienia przeskoczył ze stanowiska premiera, przy Aleksandrze
Obrenowiczu, na stołek szefa rządu u króla wyniesionego na tron przez
zabójców. Bał się podżegaczy, którzy zamordowali rodzinę królewską i z ochotą zgodził się służyć, jako narzędzie potężnych i wpływowych Rosjan.
Przesłuchanie zabójców arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie
spowodowało, powoli i nieubłaganie, pewne implikacje, gdyż wyjawiło
powiązania wskazujące na najwyższe kręgi serbskiego reżimu. Obaj
terroryści początkowo byli niezbyt rozmowni -?Čabrinović, którzy
niecelnie rzucił bombę w arcyksięcia i ranił dwóch oficerów oraz Gawriło
Princip, który oddał śmiertelne strzały, zaprzeczali, jakoby brali
udział w większym spisku. Wymknęło im się tylko jedno nazwisko.
Zapytani, kto szkolił ich w użyciu broni strzeleckiej, odpowiedzieli:
"Ciganović." W rzeczywistości Milan Ciganović, pracownik Kolei Serbskich
oraz członek tajnej organizacji terrorystycznej "Czarna Ręka", był
osobistym agentem premiera Pašića.
Rozdział 2. Europa reaguje
Rozdział 2
Europa reaguje
Jeśli rząd serbski uważałby, iż jest poza
wszelkimi podejrzeniami, powinien bezzwłocznie rozpocząć publiczne
dochodzenie w kwestii poważnego przestępstwa, w które uwikłanych było
pięciu obywateli jego kraju. Niepodjęcie śledztwa, czy nawet
powstrzymanie się przed wydaniem oficjalnego oświadczenia, mogło tylko
wzmocnić rosnące austriackie podejrzenia co do tego, że w sprawę
zamieszane są oficjalne czynniki serbskie.
W rzeczywistości kwestia spisku była znana Pašićowi już na tygodnie
przed 28 czerwca. Angielski historyk George Malcolm Thomson napisał
później: "Ten wysoki, dobrze wyglądający mężczyzna, którego szacowna
broda i imponująca prezencja skrywały jednego z najbardziej szczwanych
lisów na Bałkanach, wiedział o planowanym morderstwie prawie natychmiast
po tym, jak je uknuto. Być może usłyszał o nim przypadkowo, a być może
dzięki jakiemuś podsłuchiwaczowi z jednej z kilku w Belgradzie kafejek,
gdzie dyskutowano na tematy polityczne. Bardziej prawdopodobne jest, iż
jego agent, urzędnik kolejowy, który był także członkiem "Czarnej Ręki",
przekazał mu tę informację." (The Twelve Days, s. 48).
W ten sposób intrygę można było zawczasu udaremnić. W takim przypadku
jednak, Pašić z pewnością ściągnąłby na siebie zemstę "Czarnej Ręki".
Ponieważ stary brodacz, wytrawny polityk, cenił swoją skórę, obawiał się
otwarcie zgnieść spisek. Z drugiej strony zależało mu też na tym, by
zabezpieczyć się przed możliwymi oskarżeniami o współudział, które mogły
paść ze strony Austriaków. Wpadł na pomysł podrzucenia zawoalowanego,
delfickiego ostrzeżenia, które serbski ambasador w Wiedniu przekazał
austriackiemu ministrowi finansów, Leonowi Bilińskiemu, Polakowi z Galicji, do którego obowiązków należało między innymi zarządzanie
Bośnią. Biliński, który nie należał do lojalnych zwolenników cesarstwa
austro-węgierskiego (zbiegł w czasie wojny), albo nie przejął się
niewyraźną sugestią serbskiego ambasadora, iż arcyksiążę może mieć
niefortunny wypadek podczas swej wizyty w Bośni, lub też, jeśli został
dostatecznie poinformowany, nie zdecydował się działać w oparciu o uzyskane informacje. Nie podjęto więc środków zapobiegawczych;
Franciszek Ferdynand podążył w kierunku swego przeznaczenia. Pojawiły
się kolejne serbskie powiązania ze spiskowcami jeszcze przed zabójstwem:
serbski następca tronu, Aleksander, spotkał się w Belgradzie z jednym z morderców.
Kto zaplanował operację i nią kierował? Winowajcą był nie kto inny, jak
szef wywiadu wojskowego, pułkownik Dragutin Dmitriević, doświadczony
terrorysta i główne narzędzie w rękach Rosji na Bałkanach. Jedenaście
lat wcześniej, jako młody kapitan, Dmitriević brał udział w zamordowaniu
serbskiej pary królewskiej. Później spiskować będzie z zamiarem
dokonania zabójstwa cesarza Niemiec, Wilhelma II, jak również będzie
planować zamordowanie królów Bułgarii i Grecji. Dmitriević, pozostając
na żołdzie rosyjskiego ambasadora, Hartwiga, dodatkowo pełnił funkcję
przywódcy tajnej "Czarnej Ręki", która występując przeciwko
Austro-Węgrom, wykonywała krwawą robotę na rzecz Serbii i jej rosyjskich
mocodawców.
* * *
Natychmiastowym następstwem ataku były austriackie podejrzenia, co do
roli serbskiego rządu, ale możliwe współuczestnictwo rosyjskie nie było
nawet rozpatrywane. Pod wpływem rozwagi, ale także słabości, spędzono
cenne tygodnie na drobiazgowym dochodzeniu w sprawie zbrodni na tyle, na
ile było to możliwe w przypadku przestępstwa, którego korzenie
znajdowały się po drugiej stronie granicy. Gdyby Austria, praktycznie
pewna udziału Serbii, zażądała wyjaśnień po kilku dniach, gdy oburzenie
Europy spowodowane makabryczną zbrodnią wciąż sięgało zenitu, z łatwością doprowadziłoby to do sytuacji, w której mały bałkański kraj
zostałby przywołany do porządku bez protestów ze strony wielkich
mocarstw. W 1801 i 1807 roku Brytyjczycy ostrzelali Kopenhagę za sto
razy mniej rażące prowokacje. Gdy Hussein Dey pacnął wachlarzem
francuskiego konsula w Algierii w 1830 roku, Francja desantowała tam swe
oddziały i zaanektowała kraj. Wiedeń był jednak stolicą kraju ględzących
starców i wymuskanych tchórzy. Cesarz Franciszek Józef, który wciąż
wzbudzał ogromny szacunek i cieszył się ogromnymi wpływami, był starą,
wycieńczoną zjawą, nie mającą już kompetencji politycznych. Jego
minister spraw zagranicznych, Leopold Anton Zygmunt Józef Korsinus
Ferdynand Graf Berchtold w roli dyplomaty lub polityka nie czuł się
dobrze. Jego gustom bardziej odpowiadało życie pośród niekończących się
serii sztuk i koncertów, na frywolnych salonach, wyścigach konnych i w sklepach z rzadkimi księgozbiorami. Nieczęsto widywany bez swego
wysokiego jedwabnego cylindra, był wybrednym elegantem i zapalonym
miłośnikiem greckich klasyków. Przenikliwy obserwator napisał o nim:
"Był z pewnością oddany krajowi, któremu służył całą wiedzą, na jaką
było go stać -?z fatalnym skutkiem". Hrabia Berchtold, podobnie jak jego
odpowiednik na czele austro-węgierskiej armii cesarskiej, generał Conrad
von Hotzendorff, militarystyczny "połykacz ognia", pozbawiony cienia
wyczucia w dyplomacji, stał murem za pomysłem złojenia skóry Serbom.
Żaden z nich jednak nie był w stanie pokonać austriackiej inercji.
Pierwszy krok, który Austria był w stanie podjąć, miał miejsce prawie w tydzień po zamachu, gdy Franciszek Józef napisał list do cesarza
Niemiec, Wilhelma II, z prośbą o konsultacje przed podjęciem
jakichkolwiek kroków przeciwko Serbii.
Wilhelm II, inteligentny, lecz neurotyczny, był osobą kapryśną. Mając
inklinacje do nanoszenia złośliwych uwag na przedkładanych mu
dokumentach państwowych, w rodzaju "Ropuchy!", "Kruki!", "Jezuici!",
często odgrywał rolę afektownego aktora w krótkotrwałych politycznych
dramatach, które jednak zwykle kończyły się bezboleśnie. 28 czerwca
odebrał w Berlinie wieści o śmierci Franciszka Ferdynanda z przerażeniem, gdyż obaj panowie pozostawali w przyjaźni. Odpisał na list
Franciszka Józefa, informując go, iż Niemcy gotowe są wypełnić swe
obowiązki sojusznicze wobec swego austriackiego alianta, gdyby okazało
się, że Serbia wspomagała lub chroniła zabójców. Jednakże intencją
Wilhelma II nie było prowadzenie Niemiec do wojny na skalę europejską,
ani też rozszerzanie konfliktu poza granice zachodnich Bałkanów.
Kaiser, do tej pory często przedstawiany, jako rozhisteryzowany ogr z uporem miażdżący wszystko na swojej drodze, był tak daleki od myśli o przygotowaniach do wojny, iż w dniu 6 lipca wyruszył w trzytygodniowy
rejs swym jachtem "Hohenzollern" w kierunku Norwegii. Podobnie, jak i on, jego ministrowie udali się na wakacje: von Jagow, minister spraw
zagranicznych, udał się w podróż poślubną; von Moltke, szef sztabu,
przebywał w uzdrowisku Karlowe Wary, a admirał von Tirpitz wypoczywał w Tarasp, w Szwajcarii. Także królowie Bawarii i Saksonii opuścili swe
stolice, udając się do rezydencji ziemskich w głębi kraju. Ani Cesarz,
ani jego ministrowie nie uruchomili przed wyjazdem żadnych procedur
alarmowych. Nie podjęto kroków, mających na celu zgromadzenie zapasów
zboża: w lipcu 1914 roku Niemcy nie zakupiły nawet jednej tony mąki.
Nawet przywódcy opozycji opuścili Berlin.
Podczas gdy zarówno Kaiser, jak i jego rząd nie mieli motywu -?i jeszcze
mniej chęci -?by pogrążać Europę w bratobójczej wojnie, zupełnie inne
odczucia panowały wśród przywódców francuskich. Francuzi wciąż boleśnie
odczuwali niemiecką aneksję Alzacji i części Lotaryngii z roku 1871. W Paryżu, na Placu Zgody, pomniki upamiętniające Metz i Strasburg wciąż
były przewiązane kirem.
W 1914 roku byłem zaledwie ośmioletnim chłopcem, urodzonym w belgijskich
Ardenach po drugiej stronie francuskiej granicy. Nawet tam, w długich,
cichych dolinach oddalonych niemalże od wszystkiego, historia Alzacji i Lotaryngii rozpalała nasze emocje. Widząc jaskółki wracające na wiosnę z południa, śpiewaliśmy: "Oto ptak, który leci z Francji", dokładnie tak
samo, jak robiły dzieci w Alzacji na swym pruskim zesłaniu. Podobnie jak
Francuzi, z żalem myśleliśmy o Alzacji i Lotaryngii i czuliśmy urazę do
Niemców: przeklęci Prusacy będą musieli ją oddać, nawet, jeśli trzeba
będzie użyć siły.
Niemcy, aspirujące do pozycji światowej potęgi ekonomicznej i politycznej, ze swą ludnością rosnącą o sześćset tysięcy ludzi rocznie,
nie zaprzątały sobie specjalnie głowy kwestią zademonstrowania swojej
dominacji Francuzom. Sam Bismarck nigdy nie przejawiał entuzjazmu na
myśl o aneksji, a jego następcy gotowi byli na ustępstwa wobec Francji.
Theobald von Bethmann-Hollweg, w 1912 roku kanclerz cesarstwa,
proponował w tymże samym roku ambasadorowi francuskiemu w Berlinie,
Julesowi Cambon, negocjacje z Francją dotyczące neutralności i pełnej
autonomii Alzacji i Lotaryngii, ale sugestia została wyniośle odrzucona.
Francja zamanifestowała swą złą wolę. Niemcy zaś woleli łudzić się
nadzieją, iż czas zaleczy rany Francji.
* * *
Oficjalna brytyjska reakcja na zbrodnię w Sarajewie była bardziej
powściągliwa. Największym powodem do zmartwień dla przedstawicieli
establishmentu brytyjskiego imperium była stała rozbudowa niemieckiej
marynarki wojennej i floty handlowej, które Wilhelm II konsekwentnie
wspierał -?w kontraście do rozwagi, jakiej dowiódł później Hitler,
zgadzając się w 1935 roku na ograniczenie tonażu floty niemieckiej do
poziomu 35% Royal Navy. Tak naprawdę, dla angielskiej opinii publicznej,
Belgrad, nie wspominając o Sarajewie, był czymś nieznanym. Dla
londyńczyków Singapur, Hong Kong, czy nawet Wyspy Falklandzkie, były
miejscami niezbyt odległymi od ujścia Tamizy, ale Dunaj był dziką i nieznaną rzeką na krańcu cywilizowanego świata (podobnie, jak dla
Nevilla Chamberlaina Czechosłowacja w 1938 roku stanowiła "odległy kraj,
o którym niewiele wiemy").
W Belgradzie premier Pašić, dowodząc niemałej hipokryzji, zarządził mszę
za zmarłego arcyksięcia i jego małżonkę. Ze łzami w oczach usilnie
prosił Wszechmocnego, by przyjął na swe łono dwoje swych sług,
Franciszka Ferdynanda i Zofię. Jego poza wydała się tak cyniczna, iż
francuski ambasador w Belgradzie, Descos, odmówił udziału w uroczystości.
Descos od dawna miał podejrzenia co do intryg serbskiego rządu.
Obserwował gwałtowną rozbudowę serbskiej armii, która rok wcześniej
podwoiła swoją liczebność, wchłaniając dziesiątki tysięcy macedońskich
rekrutów. Kto zagrażał temu krajowi?
Ambasador francuski dostrzegał korupcję w interesach, dzięki której
miliony franków w złocie płynęły z Francji do Serbii w postaci
niskooprocentowanych pożyczek po tym, jak drogę utorowały im serbskie
łapówki, wręczane wpływowym Francuzom, głównie ze świata prasy.
Francuski senator Humbert, wydawca Le Journal, osobiście odebrał
prowizję w wysokości 15% od wartości dużego kontraktu na dostawę
wojskowego obuwia, które zakupił Belgrad. Tego typu wydatek wymagał
drastycznych oszczędności w procesie produkcji: skórzane obcasy
zastąpiono kartonowymi i w związku z tym tragiczny odwrót armii
serbskiej w 1915 roku będzie odbywać się boso. Przypadek senatora
Humberta nie był odosobniony. Descos, dostatecznie już zniesmaczony tym,
co się dzieje, zażądał, aby zwolniono go z ze stanowiska ambasadora -
pełna hipokryzji msza za zmarłych była ostatnią kroplą, która przelała
czarę. W tym samym czasie jego ustąpienia zażądał też Pašić, i Descos
opuścił Belgrad, jako człowiek bardzo poirytowany.
W międzyczasie Austriacy kontynuowali swe śledztwo dotyczące zamachu w Sarajewie. Po tym, jak poznano nazwisko Ciganovića, austriaccy śledczy
dowiedzieli się, dzięki uprzejmości rządu serbskiego, iż akurat ten
konspirator w cudowny sposób zniknął. Można przytoczyć tu lakoniczne
stwierdzenie Pašića: "W dniu 28 czerwca udał się w nieznanym kierunku".
Nie pojawi się przez ponad rok.
Gniew Austriaków rósł powoli. Dopiero po trzech tygodniach przed
obliczem rządu Pašića pojawił się austriacki ambasador w Belgradzie,
Giesl, aby przedstawić żądanie Austrii dotyczące powołania komitetu
dochodzeniowego, składającego się z przedstawicieli obu krajów.
Austriacy sformułowali swe żądania w surowy sposób. Po pierwsze,
postawili wymóg, by strona serbska w jednoznaczny sposób potępiła
zabójstwo; po drugie, domagali się poważnego dochodzenia z udziałem
przedstawicieli Austrii. Rzecz jasna, rząd serbski oponował. Jak
utrzymywał premier Pašić, nie było to tylko kwestią suwerenności Serbii.
Zwierzając się Dragomirowi Stefanovićowi, swemu sekretarzowi spraw
zagranicznych (i jednocześnie swemu pasierbowi), powiedział: "Jeśli
zaakceptujemy to dochodzenie, złapią nas na gorącym uczynku".
W obliczu żądań Austrii, Pašić zrobił coś, w co trudno uwierzyć. Nie
tylko zwlekał i unikał odpowiedzi na pytania, ale uciekł. Każdy szczegół
tej dziwacznej historii stał się znany. Gdy ambasador Giesl w dniu 23
lipca pojawił się w serbskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych,
zaopatrzony w stosowne pismo do Pašića, jego sekretarz powitał go
lapidarnym: "Wyjechał". Zapytany, dokąd, odpowiedział emisariuszowi, "W teren". Zgodnie z informacją urzędnika, nie było szans na skontaktowanie
się z nim przez telefon, więc Austriak nie miał innego wyboru, jak
złożyć ultimatum na ręce sekretarza.
W tym samym czasie Pašić przebywał w Niszu, osiemdziesiąt kilometrów na
południe od stolicy. Powiadomiony o austriackich żądaniach, Pašić,
zamiast wrócić natychmiast do Belgradu, jeszcze tego samego popołudnia
wskoczył do pociągu i podążył na południe do Salonik, aby, jak to
powiedział kilku towarzyszącym mu przyjaciołom, "incognito spędzić tam
kilka dni na odpoczynku". Georg Malcolm Thomson tak określił zachowanie
podstępnego polityka: "Zamiarem Pašića było pozostawanie 'poza
zasięgiem' w krytycznym czasie, gdy ultimatum mogło być zaakceptowane
lub odrzucone, gdyż oba rozwiązania były dla niego równie
niebezpieczne".
Jednakże w Belgradzie książę regent, Aleksander, inaczej pojmował
obowiązki Pašića. Nakazał naczelnikowi stacji w Niszu, aby
telegraficznie przekazał Pašićowi rozkaz natychmiastowego powrotu.
Jednak Pašić wciąż wykazywał upór, wsiadając do pociągu i kontynuując
podróż na południe. Po godzinie skład został zatrzymany i Pašić ponownie
otrzymał polecenie niezwłocznego powrotu do Belgradu. Po kilku kolejnych
godzinach lawirowania, Pašića opuściła determinacja i udał się w stronę
stolicy.
24 lipca o godzinie piątej rano, po przybyciu na dworzec w Belgradzie,
Pašić, ze szklistym spojrzeniem i zmierzwioną brodą, zrobił coś wiele
mówiącego -?zamiast natychmiast zameldować się u regenta, udał się
bezpośrednio do ambasady rosyjskiej. Było oczywiste, kto sprawuje w Serbii prawdziwą władzę.
* * *
Rosja, wcale nie bardziej niż Serbia, mogła sobie pozwolić na dokładne
śledztwo w sprawie sarajewskiego spisku. Znamienne są słowa,
wypowiedziane przez carskiego ministra spraw zagranicznych, Sazonowa,
który 24 lipca powiedział, dowiedziawszy się o formalnych żądaniach
Austrii: "To oznacza wojnę w Europie".
Natychmiast zawtórował mu francuski ambasador w Rosji, Maurice
Paleologue, który pospieszył do Sazonowa, niosąc posłanie prezydenta
Poincaré: "Bądźcie twardzi! Musimy być twardzi!". W dniu 24 lipca książę
Aleksander wysłał do cara rozpaczliwe przesłanie. Rosyjska reakcja miała
ujawnić, czy Rosja zdecydowana jest wesprzeć swojego serbskiego wabika,
czy też nie. Po kilku godzinach nadeszła telegraficzna odpowiedź i Pašić
otworzył ją trzęsącymi się rękoma. Przeczytał ją szybko, po czym
wykrzyknął: "Dobry, wielki, miłosierny car!".
Mając poparcie Rosji, Serbia nie będzie musiała pokutować za swe
występki.
Następnego dnia ambasador Giesl ponownie pojawił się w biurze premiera,
tym razem niedługo przed godziną szóstą po południu. Pašić był obecny i na austriackie ultimatum odpowiedział zdecydowanym "nie". Odmowa
sformułowana była w wyrafinowanym, dyplomatycznym tonie i zawierała
nawet pewne ustępstwa, jednakże Serbowie nie byli gotowi na wydanie
Austriakom zezwolenia na prowadzenie dochodzenia na terytorium Serbii,
nawet przy współudziale strony serbskiej. Austriacki ambasador uprzejmie
zabrał swój melonik i wyszedł, aby zdążyć na pociąg do Wiednia,
odchodzący o godzinie osiemnastej trzydzieści. Stosunki dyplomatyczne
zostały zerwane. W powietrzu zapachniało wojną.
Jak na ironię, trzy lata później, Pašić, celem osiągnięcia własnych
celów politycznych, odegra pokazowe dochodzenie i proces oficerów,
którzy zorganizowali zamach. Finałem rozprawy sądowej będzie egzekucja
pułkownika Dmitrievića i jego siepaczy. W owym czasie, w roku 1917,
Pašić, którego armie zapędzono znad Dunaju nad Adriatyk po zadaniu im
strat w zabitych w wysokości trzystu tysięcy ludzi, wpadnie na pomysł
pojednania się z Austro-Węgrami, na czele których stać będzie wówczas
cesarz Karol I. Mimo, iż Karol I nie był przeciwny ugodzie, finałem
całej sprawy będzie nic innego, jak tylko koniec Dmitrievića i jego
konfederatów oraz ponure w swym wydźwięku ujawnienie cynizmu serbskiego
przywódcy.
Gdyby Dmitriević przyznał się do winy w 1914 roku tak, jak zrobił to w 1917, rząd Pašića bez wątpienia by upadł i ani Serbia, ani Europa nie
zamieniłyby się w morze ruin tak, jak to się stało w 1917 roku.
Jak ujawnił przed śmiercią Dmitriević, prawdziwym dyrygentem całego
spisku był rosyjski attaché wojskowy, pułkownik Wiktor Artmanow, który
na wczesnym etapie przygotowań powiedział do Dmitrievića: "Działajcie.
Jeśli was zaatakują, nie będziecie sami." Dmitriević ujawnił w swych
zeznaniach, iż Artmanow finansował spiskowców, i że on sam nie uruchomił
machiny spiskowej, zanim nie otrzymał finalnej zgody Rosjan. Jeśli
chodzi o Artmanowa, opuścił Belgrad na długo przed 28 czerwca, dniem
zamachu. Tego dnia przebywał w Zurichu i kontynuował swą nieśpieszną
podróż po Szwajcarii i Włoszech, nie zapominając o prowadzeniu
dokładnego dziennika, który mógłby posłużyć mu za dowód, pozwalający na
rozliczenie się z każdego dnia.
W Sankt Petersburgu rząd carski w pośpiechu przygotowywał się do wojny.
W dniu 7 lipca 1914 roku, na dwa tygodnie przed dostarczeniem przez
Austrię ultimatum dla Serbii, wydano rozkazy dotyczące przerzucenia
wojsk z Serbii do europejskiej części Rosji. Do 25 lipca oddziały te
były już zakwaterowane na terytorium moskiewskiego okręgu wojskowego.
Gdyby Austria miała szansę przesłuchania Dmitrievića tak szybko, jak
później zrobili to ludzie Pašića, błyskawicznie dowiedziałaby się, że
załatwienie sprawy Sarajewa nie zakończy się małą sprzeczką pomiędzy jej
własnymi, pokaźnymi siłami zbrojnymi i wojskami małej Serbii, lecz, że
czeka na nią pięciomilionowa armia najbardziej ludnego państwa Europy,
gotowa siłą przeciwstawić się imperium Habsburgów.
Po śmierci Dmitrievića, (której bezskutecznie próbowało zapobiec kilka
krajów, podczas gdy Pašić nie mógł tolerować stanu, gdy ten wciąż żył i mówił), pamięć o nim zaginęła na ćwierć wieku, aż do chwili, gdy została
wskrzeszona i doceniona przez Josipa Broz Tito, innego terrorystę, który
skromnie mianował się marszałkiem. Dmitriević stał się bohaterem
narodowym i jednym z męczenników w przyszłej Jugosławii. Człowiek, który
nacisnął spust, Gawriło Princip, został podobnie uhonorowany i w miejscu, w którym stał w Sarajewie i celował z rewolweru, znajduje się
dziś pomnik.
W ten oto sposób Austro-Węgry zostały wciągnięte w pułapkę, która stała
się największą i najbardziej niszczycielską wojną, jaką widział do tej
pory świat. Następnym celem rosyjskich prowokatorów będzie zwabienie w pułapkę Niemiec. W dniu 31 lipca 1914 roku było to już fait accompli.
Rozdział 3. Niemieckie dynamo
Rozdział 3
Niemieckie dynamo
Przeciętny obywatel Zachodu -?Europejczyk,
Amerykanin, czy też, kto tam jeszcze chcecie -?od dawna przyjmował za
pewnik, że główną odpowiedzialność za I wojnę światową ponosi cesarz
Wilhelm II. Przecież pod koniec wojny nawet zwykle rozsądny człowiek,
jakim był brytyjski premier David Lloyd George, widząc zwycięstwo w zasięgu ręki obwieścił, iż on i jego sojusznicy "Powieszą Kaisera!"
Później Lloyd Georg obiecał Izbie Gmin, że cesarz-winowajca będzie
obwożony ulicami Londynu w żelaznej klatce. Obietnica ta pozwoliła mu
zgrabnie wygrać wybory w lutym 1919 roku.
Chociaż Lloyd George i motłoch, do którego przemawiał, jak również
brytyjscy alianci i rewolucyjni spadkobiercy Wilhelma w Niemczech
zostali odarci ze swych pragnień, reputacja Kaisera została skutecznie
zszargana przez ówczesną propagandę wojenną i na zawsze zawisła na
szubienicy historii dzięki pisarstwu wpływowych gremiów historyków.
Ogłupiający efekt tej propagandy był taki, że, mimo iż masa ludzi do
dziś jest przekonana, że niemiecki cesarz był wyjątkowym okazem
odrażającego ogra, to nawet jedna osoba na tysiąc nie ma pojęcia o działaniach Kaisera w tamtych dniach. Wrażenie jest takie, że osiem
milionów ludzi zginęło w rzeźniach Flandrii i Galicji wyłącznie dzięki
Kaiserowi.
Traktat wersalski, który potwierdził, iż wyłączną winę za wybuch wojny
ponoszą Niemcy, rzecz jasna nigdy nie mógłby być narzucony, gdyby u jego
podwalin nie leżała teza o nikczemności Wilhelma II. Najmniejsza
wątpliwość, co do rzekomych wojennych knowań Wilhelma sprawiłaby, że
cały oszukańczy dokument straciłby swą moc.
* * *
Jaka była rzeczywista rola Wilhelma II w rozpętaniu wojny?
By rzec prawdę, trzeba zauważyć, iż w dniu, kiedy Austro-Węgry
wypowiedziały wojnę Serbii, cesarza od wielu dni nie było w Niemczech.
Jako zadowolony urlopowicz wciąż żeglował po Morzu Północnym na swym
jachcie "Hohenzollern". Powiadomiony o zbrodni w Sarajewie, wyraził swe
przerażenie i zapewnił cesarza Franciszka Józefa o swym pełnym poparciu.
Niemniej jednak w owym czasie wciąż odbierał całe wydarzenie jako
lokalny incydent, którym Austro-Węgry -?za jednym zamachem pozbawione
swego następcy tronu i głównodowodzącego armią -?mogły być w oczywisty
sposób poważnie zaniepokojone. Wciąż nieświadom tego, jakich rzeczy
dowiedzą się Austriacy w czasie przesłuchania zamachowców, cesarz
wyjechał na początku lipca z kraju, z mocnym postanowieniem, by spędzić
cały miesiąc na morzu.
Gdyby impulsywny władca rzeczywiście pragnął wzniecić wojnę w Europie, z pewnością zwróciłby większą uwagę na dopilnowanie, by jego plany zostały
wcielone w życie. Jednak pozwolił na to, aby jego szef sztabu, von
Moltke, kontynuował swój wypoczynek w Karlowych Warach, a admirał
Tirpitz wciąż spędzał czas na urlopie w Tarasp.
Zresztą, dlaczego Niemcy i ich przywódca mieliby chcieć wojny? Do 1914
roku Niemcy osiągnęły na kontynencie prymat ekonomiczny bez jednego
wystrzału. Zauważył to francuski historyk Lavisse, który w kwietniu 1917
roku na odczycie wygłoszonym na Sorbonie, odniósł się do okresu
1871-1914 w następujących słowach: " Nigdy jeszcze w żadnym kraju
historia nie widziała tak zdumiewającego wzrostu produkcji i ogólnego
dobrobytu w tak krótkim czasie".
Od 1870 roku liczba ludności Niemiec zwiększyła się o piętnaście
milionów, podczas gdy liczba mieszkańców Anglii utrzymywała się na
niezmiennym poziomie, zaś Francja znajdowała się w okresie stagnacji.
Niemcy nie musieli już emigrować, gdyż kolosalny wzrost ekonomiczny
kraju zapewniał pracę dla wszystkich. W okresie między 1900 i 1910
rokiem wydobycie węgla niemalże się podwoiło. Niemiecki przemysł
metalurgiczny, chemiczny i wyrobów precyzyjnych nie miały sobie równych
na świecie. Produkty niemieckie wszędzie wzbudzały podziw, co w latach
1910-1913 pozwoliło na podwojenie eksportu, który w tym ostatnim roku
osiągnął wartość dziesięciu miliardów marek.
Towary eksportowano do odległych krajów -?Chin i obu Ameryk -
niemieckimi statkami, gdyż flota handlowa wkroczyła właśnie w okres
swojego największego rozwoju i bandera cesarstwa była obecna na siedmiu
morzach.
Niemiecka ekspansja robiła wrażenie, tym bardziej że przez kilka
dziesięcioleci odbywała się bez podbojów militarnych, co było
zauważalnie pokojowym sposobem rozszerzania wpływów, szczególnie w porównaniu z krwawymi metodami takich imperialnych potęg, jak Anglia i Francja, nie wspominając o Ameryce, która uzyskała nowe terytoria
kosztem Meksyku.
Jakość niemieckich towarów, w połączeniu z efektywnością niemieckich
przedstawicieli handlowych, powodowała budzącą obawy zazdrość,
szczególnie wśród możnych angielskiego imperializmu. Wybitny francuski
historyk, Pierre Renouvin, zauważył: "Od 1900 roku Niemcy były na fali
sukcesu. Dzięki inicjatywie swych handlowców-globtroterów, którzy
dokładają wszelkich starań, by odgadnąć potrzeby swych klientów i zaspokoić ich gusta, jak również dzięki dobrym warunkom oferowanym przez
eksporterów swym odbiorcom, niemiecki handel bierze górę nad angielskim
w Holandii, gdzie Rotterdam jest dodatkiem do Nadrenii; w Belgii, gdzie
część firm w Antwerpii jest w rękach czterdziestu tysięcy Niemców; we
Włoszech, które kupują wyroby niemieckiego przemysły chemicznego i metalurgicznego; w Rosji, gdzie Niemcy mają przewagę odległości i lepszej znajomości kraju, i nawet w Serbii. Wąski margines przewagi,
jaką handel brytyjski cieszy się na rynkach Francji, Hiszpanii i Imperium Osmańskiego, bezustannie się zmniejsza. Angielski producent i eksporter denerwuje się, gdyż wszędzie natrafia na niemieckich
handlowców, którzy wygryzają go z interesu. Rywalizacja ekonomiczna
tworzy zły klimat wśród opinii publicznej, co nie może nie mieć wpływu
na stosunki polityczne. (Renouvin, La crise europeenne, s. 142)
Do tego czasu morza przez dwa wieki były niemalże prywatną domeną
imperium brytyjskiego, a światowy handel na przestrzeni dziewiętnastego
wieku był zmonopolizowany przez Brytyjczyków. Zarówno Francja, jak i Hiszpania zostały solidnie przetrzepane za to, że nie chciały z odpowiednim wdziękiem zgodzić się na supremację Brytanii. Marzenia
Filipa II, króla Hiszpanii oraz Napoleona, cesarza Francji, poszły na
dno razem z ich flotami, zatopionymi przez Royal Navy.
Wilhelm II, mając śmiałość zbudować flotę mogącą obsłużyć siedemdziesiąt
procent zamorskiego handlu Niemiec, wywołał gniew aroganckiego monopolu,
którego nawet Hitler nie miał odwagi antagonizować dobre dwadzieścia lat
później. Królowa Anglii wyraziła poglądy establishmentu, mówiąc:
"Wilhelm II bawi się w Charlemagne".
W większości przypadków brytyjscy przywódcy z niechęcią myśleli o publicznym roztrząsaniu swych obaw co do ekspansji niemieckiego
przemysłu i floty. Niemcy ze swojej strony żyli nadzieją, iż uda im się
uzgodnić sprawy z Brytyjczykami na zasadzie pewnego rodzaju umowy
dżentelmeńskiej.
Jednak brytyjska odpowiedź nie była zachęcająca, szczególnie w kwestii
rozszerzania niemieckich kolonii, które mogłyby wchłonąć część rosnącej
populacji. Każdy wysiłek w tym kierunku był zazdrośnie torpedowany przez
Wielką Brytanię. Mali sąsiedzi, tacy jak Belgia czy Holandia, mogli
posiadać wielkie zamorskie imperia, sześćdziesięciokrotnie lub
osiemdziesięciokrotnie przewyższające powierzchnię metropolii, ale one z dawien dawna uważane były za posłusznych satelitów. Niemcy zaś były
potężnym rywalem.
Oczywista prawda, iż do skutecznego konkurowania z rosnącą potęgą
niemieckiej ekonomii Zjednoczone Królestwo musiałoby produkować towary
równie dobre i niedrogie, jak te wytwarzane w Rzeszy, zupełnie umykała
uwadze Brytyjczyków. Zamiast podjąć wyzwanie, czuli się zagrożeni.
Samotni, wyniośli i opryskliwi, ruszyli na poszukiwanie sprzymierzeńców
przeciwko niemieckiemu "zagrożeniu". W 1904 roku Brytania zapoczątkowała
zbliżenie ze swym odwiecznym wrogiem, Francją, kiedy to oba kraje
zawarły układ, znany pod nazwą Entente Cordiale, który w rzeczywistości
zawsze pozostanie swoistym Mesentente Cordiale. W końcu jednak fakt, iż
ociężały John Bull i zwinna Marianne ruszyli do tańca, oznaczał punkt
zwrotny w historii.
Brytyjski establishment potrzebować będzie kataklizmu dwóch wojen
światowych w czasie jednego wieku, by dotarło do niego, iż jego światowy
monopol ostatecznie się skończył, wyparty przez niepewne kondominium
Stanów Zjednoczonych Ameryki i Związku Sowieckiego.
* * *
Pomijając chybioną brytyjską ofertę portugalskiej Angoli w zamian za
zaniechanie rozbudowy floty, złożoną Niemcom w 1912 roku, Wilhelm II nie
dał się odwieść od swych planów i stocznie kontynuowały prace pełną
parą. Bynajmniej nie znaczyło to, iż Kaiser dążył do wojny. W rzeczy
samej, w 1905 roku, z własnej inicjatywy, przebywając na wakacjach na
pokładzie swego jachtu u wybrzeży Danii, zawarł braterską umowę z niegdysiejszym rosyjskim rywalem, carem. Imperator Rosji był z natury
człowiekiem łagodnego usposobienia, ociekającym dobrymi intencjami. Ale
miał słabą wolę i będąc neurotykiem, był ciągle otoczony kręgiem
panslawistycznych aktywistów, wojowniczych arcyksiążąt, mętnych szarych
eminencji i wszelakiej maści manipulatorów. Pomimo intencji Wilhelma, by
przyciągnąć Francję do jego serdecznego porozumienia z Rosją, skupione
wokół cara elementy nieprzyjazne niemiecko-rosyjskiemu odprężeniu,
zdołały w ciągu czterech miesięcy storpedować porozumienie.
Francusko-rosyjskie antyniemieckie porozumienie z 1894 roku pozostało w mocy i rosyjscy imperialiści spozierali na Śląsk (austro-węgierski) i Galicję wzrokiem bardziej łakomym, niż kiedykolwiek wcześniej. Francuzi
ze swojej strony, podniesieni na duchu perspektywą wsparcia ze strony
potężnej armii rosyjskiej, knuli, aby odzyskać Alzację i Lotaryngię.
Rozdział 4. Ambicja i rewanżyzm
Rozdział 4
Ambicja i rewanżyzm
Od 1871 ROKU Republika Francuska ogarnięta była
obsesją odzyskania Alzacji i Lotaryngii. W tym samym roku, podczas obrad
Zgromadzenia Narodowego w Bordeaux, Viktor Hugo trąbił o swym niezłomnym
oddaniu sprawie utraconych terytoriów. Po nim do chóru literackich
rewanżystów dołączyli Deroulede, Barras i Bourget.
Jakkolwiek szlachetne byłyby francuskie protesty, nie brały pod uwagę
historii -?szczególnie historii swego własnego kraju. W przeszłości
Francja była dość zręczna w anektowaniu terytoriów swoich sąsiadów. W końcu, jakim sposobem Nord, Dunkierka, Lille, Arras i Douai, wszystkie
mające niemieckiego orła w tarczy herbowej, znalazły się we Francji? To
samo dotyczy Rousillon, oryginalnie będącego częścią Katalonii, jak
również Burgundii i Verdun, do 1552 roku niemieckiego miasta
katedralnego. Toul stało się częścią Francji dopiero w 1648 roku, po
zawarciu Pokoju Westfalskiego.
A i same Alzacja i Lotaryngia zostały uzyskane w niezbyt odległej
przeszłości. Lotaryngia była niemiecka przez tysiąclecie. Prawie
czterysta lat wcześniej cesarz Karol V marzył, aby uczynić ją wolnym i niezbywalnym krajem, buforem między Francją a Niemcami. Francuzi mieli
jednak inne aspiracje. W roku 1633 zdobyli Nancy; sto trzydzieści trzy
lata później pozostała część Lotaryngii została zajęta i anektowana. Gdy
Niemcy odebrali prowincję w 1870 roku, należała do Francuzów ledwie
ponad wiek.
Podobna sytuacja była z Alzacją. Traktat w Verdun z roku 843 uczynił ją
częścią Lotaryngii. Dwadzieścia siedem lat później traktat w Meerssen
przyznał ją Ludwikowi II Niemieckiemu. Od XII do XV wieku była częścią
Księstwa Szwabii i przeżywała rozkwit gospodarczy. I nie wcześniej niż w roku 1679, po tym, jak francuskie wojska dowodzone przez marszałka
Turenne okazały się lepsze niż armia Cesarstwa Niemieckiego, traktat w Nijmegen potwierdził francuskie zwierzchnictwo nad Alzacją. Strasburg
pozostawał niemiecki do 1681 roku, a pokaźne miasto Miluza opierało się
Francji do 1798 roku, kiedy to zostało ostatecznie zdobyte.
Jest w tym jakaś prawda, iż najmłodsze dziecko -?lub ostatnia zdobycz -
kochana jest najbardziej. Tak wyglądała historia z Alzacją i Lotaryngią.
I nie ulega wątpliwości, iż prowincje te odegrałyby zdrowszą rolę w historii Europy, gdyby dane im było stać się rdzeniem buforowego państwa
dzielącego dwóch rywali, zamiast przez tysiąc lat stanowić arenę bojów
ich armii.
Niemcy cesarza Wilhelma II ostatecznie zorientowały się, że kwestia
"utraconych prowincji" stanowi barierę nie do pokonania na drodze do
francusko-niemieckiego pojednania i w roku 1911 przyznały Alzacji i Lotaryngii autonomię w ramach Rzeszy. Zrobiono to, mimo dowodów na
rosnącą akceptację niemieckiej władzy wśród miejscowej ludności, w takim
wymiarze, iż historyk francuski Renouvin zmuszony był zauważyć:
"Obywatele Alzacji i Lotaryngii są świadomi korzyści materialnych, jakie
osiągają dzięki ogólnemu dobrobytowi w Niemczech. Nie muszą uciekać się
do protestów, lecz wysyłają swych reprezentantów do Reichstagu, gdzie ci
zasiadają razem z partiami niemieckimi, zarówno katolickimi, jak i socjalistycznymi. (Renouvin, La crise europeenne, s.138)
Niemcy próbowały ugłaskać Francję nie tylko w kwestii Alzacji i Lotaryngii, lecz także w materii kolonii, jednak rząd francuski pozostał
nieczuły na te zabiegi. W 1906 roku, rezygnując na rzecz Francji z kontroli nad Marokiem, Niemcy otrzymały w zamian wąski skrawek jałowego
lądu w Afryce Równikowej. Ponadto, nowi brytyjscy sojusznicy Francji
wywarli presję na Hiszpanii, by odmówiła Niemcom zgody na położenie
podmorskiego kabla telegraficznego przez Wyspy Kanaryjskie, który miał
zapewnić łączność telefoniczną z koloniami w Afryce Centralnej.
Niezrażony tym rząd niemiecki zaproponował Francji ścisłą współpracę w 1912 roku. Sam prezydent Francji, Poincaré, przyzna w 1922 roku w Izbie
Deputowanych: "Nie ulega wątpliwości, iż przez cały 1912 rok Niemcy
czyniły szczere wysiłki, by sprzymierzyć się z nami w interesie
zachowania pokoju i we wspólnym interesie całej Europy". Dodał
następnie: "Ale Francja nie była jeszcze na to gotowa".
I taka, w końcu, była cała prawda. Bez względu na to, na jak duże
ustępstwa gotowe były pójść Niemcy, nie mogło dojść do zbliżenia, dopóki
francuska trójkolorowa flaga nie będzie powiewać nad Alzacją i Lotaryngią. Jeśli inne państwa zachowywałyby się wobec Francji w podobny
sposób, nie byłoby pojednania z Hiszpanią, dopóki Francja nie oddałaby
Perpignan Katalonii i nie byłoby pojednania z Belgią, zanim Francja nie
zwróciłaby regionu Nord belgijsko-flamandzkiej ojczyźnie. Jednak w kwestii rekonkwisty swych utraconych nadgranicznych prowincji Francja
nie kierowała się ideą pojednania, lecz wolała polegać na sile
militarnej.
Przymierze Francji z Imperium Rosyjskim z roku 1894 było dziwnym paktem.
Paryż i Sankt Petersburg dzieliło więcej niż tysiąc mil -?ogromna
odległość w czasach przed epoką awiacji. Mieszkańcy Francji i ludzie
żyjący w imperium carów nad wyraz się różnili. Wcześniej jedyne znaczące
kontakty między dwoma narodami sprowadzały się do wrogości, kiedy to
Napoleon w 1812 roku poprowadził Wielką Armię do Moskwy i gdy francuscy
Żuawi wspierali oddziały brytyjskie podczas okupacji Krymu w 1854 roku.
Na razie jednak interesy Francji i Rosji, a przynajmniej interesy
rządzących elit politycznych, były zbieżne. Francuska republika
potrzebowała kilku milionów dodatkowych żołnierzy i Rosja je miała.
Rosja potrzebowała miliardów franków w złocie by finansować swe
panslawistyczne i dalekowschodnie pomysły i Francja była gotowa je
zapewnić.
Żadna ze stron nie miała złudzeń, co do rzeczywistych implikacji takiego
układu. Francuscy politycy nie pałali sympatią do carskiej autokracji,
ani też panslawistyczni rosyjscy wielcy książęta nie mieli żadnego
szacunku wobec czegoś, co nazywali francuską "tłumokracją". Mimo to,
wojskowe więzy zacieśniały się coraz bardziej -?sztaby generalne
oficjalnie utrzymywały regularne kontakty, urządzano wspólne przeglądy
wojsk, a floty odwiedzały się wzajemnie. Podły układ wkrótce zrodzi
owoce.
Wydarzenia polityczne w kraju spotęgowały francuski kurs ku otwartej
wrogości wobec Niemiec. W 1913 roku Raymond Poincaré, dotychczas
pełniący obowiązki ministra spraw zagranicznych, został wybrany
prezydentem Republiki Francuskiej. Gdy na początku tego roku Poincaré
przejął Pałac Elizejski od prezydenta Fallieresa, ten miał powiedzieć:
"Obawiam się, że wojna wkracza za mną do pałacu". George Malcolm Thomas
wyraził następująca opinię: "Jest pewne, że Lotaryńczyk Poincaré nie
czuł odrazy do wojny".
Francuska partia rewanżystów miała swych oponentów, niektórych o znacznych wpływach. Joseph Caillaux, były premier i minister finansów,
był potężnym mężem stanu, którego Poincaré ogromnie się obawiał jako
rywala. Jean Jaures, płomienny socjalistyczny mówca i pacyfista, był w stanie porwać masy, jak żaden z francuskich polityków. Jednak z prezydentem Poincaré stojącym mocno u steru, głosy te okazały się
bezsilne i nie mogły wpłynąć na wojskowe i polityczne machinacje
francuskiego rządu.
Poincaré nie był ciepłym człowiekiem, nie był też elokwentny ani skłonny
do zgody. Był suchy jak szczapa, z oczami wypchanej sowy. W czasach
mojej młodości miałem okazję poznać go osobiście. Gdy go spotkałem,
byłem zdumiony jego ostrym i nieprzyjemnym głosem. Wydawał się być
zimnym, małym człowieczkiem z policzkami wydętymi przez wrodzone
rozdrażnienie. Ze stalowoszarymi bokobrodami, przypominającymi pędzel do
golenia, sprawiał wrażenie szczwanego lisa. Nie ufał innym ludziom, a oni nie ufali jemu. Całe życie mający skłonności do dzielenia włosa na
czworo, wypełniał całą swą polityczną i dyplomatyczną aktywność, swe
wystąpienia parlamentarne i nawet swoje wspomnienia taką ilością
kłamstw, wybiegów, uników, a momentami wręcz banialuk, że sam ich ogrom
był porażający.
Wydaje się, że zachowywał uczciwość w sprawach własnych finansów, co
jest rzadkością wśród elit politycznych i świata prasy, które zwykle
pławią się w moralnej zgniliźnie. Ale jego brudne, polityczne sztuczki
były niezliczone! Lepiej byłoby, gdyby wyprowadził z publicznej kasy
kilkaset milionów franków, zamiast posyłać półtora miliona Francuzów na
śmierć w krwawej łaźni I wojny światowej.
Poincaré nie mógł otwarcie dążyć do wojny, chociaż w duchu pragnął jej z całych sił. Gdy wojna w końcu nadeszła, powiedział później, że była to
"niespodzianka z nieba". Charles de Gaulle, który nie miał sobie
równych, jeśli chodzi o zdolność do przejrzenia sokolim okiem
podświadomości swych rodaków, napisał w La France et son armée:
"Patrzył na nadchodząca tragedię nie bez ukrytych nadziei".
Jednakże w 1912 roku Poincaré nie był gotów, aby poświęcić się sprawie
bałkańskich przygód rosyjskich panslawistów. Nie mógł pomylić Belgradu
czy Sarajewa ze Strasburgiem. Odpowiadało to Rosjanom, którzy dołożyli
wielkich starań, by ukryć swe intrygi przed ich francuskim aliantem.
W marcu 1912 roku, bez wiedzy Francuzów, rosyjski ambasador i faktyczny
pełnomocnik w Belgradzie, Mikołaj Hartwig, nakreślił tajne punkty układu
między Serbią i Bułgarią, które określały liczbę bułgarskich jednostek
wojskowych, jakie miały być postawione do dyspozycji Serbii w przypadku
wojny z Austro-Węgrami.
Poincaré był zirytowany skrytością swego sojusznika, szczególnie po tym,
gdy jego ambasador był w stanie wydobyć ze swych rosyjskich kolegów
wyłącznie hipokryzyjne zaprzeczenia. Poincaré przez jakiś czas był słabo
poinformowany o ruchach Rosji na Bałkanach, może jeszcze gorzej niż ich
wspólny, niemiecki wróg. Był nieświadom kreślonych przez Rosję planów
prowizorycznych granic jej bałkańskich sojuszników przed konfliktami z lat 1912 i 1913. Mimo swych zjadliwych zastrzeżeń, gdy dowiedział się
już prawdy, francuski prezydent musiał przełknąć irytujące rosyjskie
wyjaśnienia tak, jakby były to poobiednie miętówki.
W 1913 roku, gdy wreszcie otrzymał tekst tajnego porozumienia między
Rosją i Bułgarią, mruknął do Siergieja Sazonowa, rosyjskiego ministra
spraw zagranicznych: "Monsieur Sazonow, pozwolę sobie zwrócić pana
uwagę, iż traktat jest przymierzem wojny -?nie tylko przeciwko Turcji,
ale i Austrii." (Poincaré, Les Balkans enfeu, s. 113)
Sazonow odpowiedział trzema słowami: "Muszę się zgodzić", ale nie
pospieszył z informacjami odnośnie rosyjskich planów na Bałkanach.
Nowy prezydent nie tylko dołożył wszelkich starań, by uniemożliwić
zawarcie francusko -?niemieckiego porozumienia, ale postarał się, by
zantagonizować Austro-Węgry, które w jego opinii, były zbyt dobrze
nastawione do Francji. Na przykład, Poincaré osobiście zdołał
storpedować pożyczkę Banku Francji dla Austro-Węgier, które cieszyły się
niezachwianą finansową reputacją. Francuzi do tej pory udzielili
pożyczek na sumę czterdziestu pięciu miliardów franków w złocie, z czego
jedna trzecia przypadła na Rosję i to na bardzo szczodrych warunkach.
Serbia również skorzystała z części tej francuskiej szczodrobliwości.
Bez względu na fakt, iż objęcie pożyczką Austrii zwiększyłoby znacznie
francuskie wpływy u wielkiej, środkowoeuropejskiej potęgi, Poincaré
zdecydowany był obrazić teutońskiego sojusznika znienawidzonych Niemiec.
Wychodząc z równie grubiańskich założeń, Poincaré dołożył wszelkich
starań, by obrazić Wilhelma II. Na początku 1914 roku francuski minister
Aristide Briand został uprzejmie zaproszony przez Wilhelma II na regaty
w Kilonii. Poincaré zabronił ministrowi uczestnictwa, stwierdzając, iż
"zaproszenie tego rodzaju jest skandaliczne i niepokojące".
Francuscy dyplomaci w Niemczech wielokrotnie informowali Paryż o życzliwych intencjach Niemiec wobec Francji. Ambasador Cambon przekazał
telegraficznie z Berlina informację, którą w zaufaniu otrzymał od barona
Beyensa, belgijskiego ambasadora w Niemczech: "Poza wszelką wątpliwością
pozostaje fakt, iż niemiecki kanclerz za wszelka cenę chce uniknąć
pożaru w Europie".
Błyskotliwy socjalistyczny przywódca, Marcel Sambat, podkreślał
zasadniczą ostrożność Wilhelma II w swej książce Faitez la paix ou
faites un roi: " Niemiecki cesarz znosił prześmiewki czy wręcz zarzuty
o tchórzostwo przez dwadzieścia pięć lat."
W miarę jak Rosja nasilała swe intrygi na Bałkanach, Francja stawała się
coraz lepiej poinformowana. Serbia intensyfikowała przygotowania
przeciwko Austrii. Zaszyfrowany meldunek, datowany na 28 marca 1914
roku, który swemu rządowi przesłał francuski attaché wojskowy w Sofii,
donosił o uwagach, wygłoszonych poprzedniego dnia przez króla Bułgarii,
Ferdynanda, do swych dowódców wojskowych: "Nie przeszkadzajmy Serbii.
Serbowie sądzą, że są już na tyle silni, by pokonać Austrię. Nie minie
sześć miesięcy, a zaatakują ją wspólnie z Rosją".
Na trzy miesiące przez Sarajewem francuski rząd jawnie nie przejmował
się wizją wybuchu wojny między Austrią i Serbią. Zamiast raczej
poszukiwać dróg mediacji, Francja pilnie dostarczała Serbii środków
finansowych, by ta mogła wzmacniać swój arsenał i zapasy materiałów
wojennych. Duża francuska pożyczka z września 1913 roku była do tego
bodźcem. Francuskie pieniądze nie tylko uzbroiły Serbów, ale uczyniły
bogatymi ich przywódców.
Jako przykład korupcji, zrodzonej przez francusko-serbsko-rosyjskie
powiązania, można uznać sprawę karabinów Mausera. 29 listopada 1913 roku
sekretarz generalny ministra spraw zagranicznych, Dragomir Stefanović,
nakreślił poniższe słowa w liście do francuskiego magnata finansowego i prasowego (Le Temps), Edgara Roelsa:
"Panowie,
Kwestia karabinów jest pilna. Proszę, byście traktowali ją, jako sprawę
najwyższej wagi. Proszę o podanie mi najwcześniejszej daty, do której
fabryka może uporać się z zamówieniem. Cena karabinu może wynosić nawet
80 franków za sztukę (prowizje muszą być wliczone w cenę).
Jak już informowałem, mówimy tu wyłącznie o karabinie Mausera o kalibrze
7 mm, model 1910. Ponieważ Mauser jest częścią kartelu z austriacką
firmą Steyr Works, mamy obawy przed składaniem zamówienia bezpośrednio
Mauserowi, ponieważ ostatecznie broń produkowana będzie przez firmę
Steyr i jej odbiór będzie niemożliwy w momencie, gdy skomplikuje się
sytuacja polityczna. Zdarzyło się tak już poprzednim razem, w 1908 roku.
Dostawy, o których mowa, muszą być opłacone wyłącznie z pożyczki,
zaciągniętej we Francji. W żadnym razie Mauser nie może być o niczym
informowany."
Karabiny Mausera, zakupione przez Francję, dotarły do Serbii w lutym i w marcu 1914 roku. Następujący serbscy dygnitarze otrzymali prowizje za
swe wysiłki: premier Pašić 4,5 do 5 procent (w zależności od wielkości
zamówienia), marszałek Putnik 3 procent, marszałek dworu i marszałek
skarbu po 1 procencie, a serbski generalissimus wyciągnął 2 procent.
Poziom nieuczciwości osiągnął takie wyżyny złodziejstwa, że powojenna
jugosłowiańska Socjalistyczna Partia Demokratyczna będzie w stanie
oskarżyć Nikolę Pašića o osobiste przywłaszczenie miliona franków w złocie, przekazanego Serbii przez Rosję. Socjaliści oskarżą także byłego
ambasadora Serbii w Paryżu, M.R. Vesnića, o ucieczkę z kolejnym milionem
franków w złocie, które przeznaczone były na opiekę nad rannymi
serbskimi żołnierzami.
Rosja także przystąpiła do pracy, polegającej na wciągnięciu w sidła
swej antyaustriackiej agitacji istotnego sojusznika Austro-Węgier,
związanego z nią paktem jeszcze z 1883 roku -?Rumunii.
Wielki książę Mikołaj, wuj cara, jeden z najbardziej zaciekłych
panslawistycznych podżegaczy wojennych, przybył do Bukaresztu, by
skorumpować zarówno rząd rumuński, jak i rodzinę królewską. Momentalnie
osiągnął sukces z rumuńskim premierem, Take Ionescu. Dragomir Stefanović
ujawniał później w swych Wspomnieniach i dokumentach serbskiego
dyplomaty: "W grudniu 1912 roku Take Ionescu dwukrotnie spotkał się z wielkim księciem Mikołajem w obecności naszego chargé d'affaires przy
poselstwie rosyjskim. To właśnie przy okazji drugiego z tych spotkań
ustalono ostateczną kwotę, jaką otrzyma rumuński mąż stanu, jako cenę za
pomoc, którą obiecał przy promowaniu rosyjskiej propagandy
antyaustriackiej. Kwota wynosić miała pięć tysięcy franków w złocie
miesięcznie".
Take Ionescu gwarantował wielkiemu księciu Mikołajowi, iż w razie
konfliktu austriacko-rosyjskiego, wraz ze swymi przyjaciółmi, przy
wsparciu głównych osobistości wojskowych, a w szczególności generałów
Filipescu i Averescu, uniemożliwi królowi Karolowi i jego proniemieckim
ministrom wypełnienie zobowiązań, wynikających z sojuszu, łączącego od
1883 roku rządy Rumunii i Austrii.
Marchiloman, poprzednik Ionescu na stanowisku premiera, zdołał uzyskać i opublikować fotografie pokwitowań Ionescu. Ujawniono także, iż Ionescu
był dotowany przez tajny fundusz z Włoch. On sam zaś, sponsorował
francuską gazetę codzienną Le Temps i jej przedstawicielstwo na
Bałkanach -?pieniądze te, rzecz jasna, pochodziły od Rosjan, którzy z kolei otrzymywali je w formie ogromnych pożyczek z Francji.
Stefanović zanotował w swych wspomnieniach: "Jeśli chodzi o nas
[serbskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych], od stycznia 1913 roku
byliśmy pewni, że gdy nadejdzie decydujący moment, Rumunia pomaszeruje z nami przeciwko Austro-Węgrom".
Niemcy szybko zrozumieli, na czym polega rosyjska aktywność w Rumunii. W styczniu 1913 roku niemiecki ambasador w Bukareszcie telegrafował do
Berlina: "Liczba szpiegów i tajnych agentów, których Rosja od miesięcy
utrzymuje w Rumunii staje się rozrzutna. Wszyscy koncentrują swoje
wysiłki na podżeganiu kraju przeciwko Austrii. Zapytuję sam siebie, do
czego w efekcie dążą".
Ze swojej strony, niemiecki ambasador w Atenach, hrabia Kuadt,
telegrafował w dniu 1 marca 1913 roku: "Rosyjska propaganda przesączą
się do najniższych warstw społeczeństwa Rumunii".Ambasador niemiecki w Austro-Węgrzech, von Tschirschky, stwierdził, że Rosjanie zgromadzili
fundusz łapówkowy w wysokości milionów rubli, przeznaczony na
przekupywanie Rumunów, w czym dzielnie sekundowali im Francuzi w osobie
francuskiego ambasadora w Bukareszcie, Blondela. Na jego zaproszenie, w celu szerzenia propagandy wymierzonej w Austro-Węgry, do Rumunii płynął
nieprzerwany strumień francuskich polityków i dziennikarzy, wśród
których był także André Tardieu z Le Temps.
We Francji Tardieu był bliskim powiernikiem ambasadora Rosji, Aleksandra
Izwolskiego, który w 1912 roku pisał do swego ministra spraw
zagranicznych, Sazonowa: "Udzielam wywiadów panu Tardieu co drugi
dzień". Tardieu był śliskim i pozbawionym skrupułów graczem, spiskującym
z niemieckim dyplomatą w Paryżu odnośnie stworzenia nielegalnego
konsorcjum gumowego w Kongo, co, poprzez podstawionych ludzi,
przyniosłoby mu milionowe zyski. Pomysłowi zmowy położył w końcu kres
strażnik finansowy francuskiego Zgromadzenia Narodowego, Joseph
Caillaux.
Na sześć miesięcy przed Sarajewem, Tardieu otrzymał zielone światło do
zaoferowania Rumunom Transylwanii, części Austro-Węgier, w zamian za ich
współpracę. W prowokacyjny sposób Tardieu wygłosił w Bukareszcie
publiczny odczyt zatytułowany "Transylwania jest Alzacją i Lotaryngią
Rumunii".
W dniu 24 czerwca, na cztery dni przed zamordowaniem arcyksięcia i jego
żony, Take Ionescu telegrafował do Tardieu, używając zakodowanych
sformułowań: "Zgoda w ogólnym zarysie, wszystkie punkty zadowalające,
wspólne interesy ustalone wczoraj po rozmowie z Sazonowem, Bratianu.
Zasada uznania naszych roszczeń do Transylwanii, Bukowiny, Banatu. STOP.
Obecnie nieodpowiednie wszelkie komentarze, list w drodze kurierem
dyplomatycznym".
Tego samego dnia Rosja potwierdziła francuskie gwarancje dla Rumunii.
Później Georges Clemenceau oświadczy: "Ze wszystkich świń na tej wojnie
Rumuni byli najbardziej świńscy". Być może z tym stwierdzeniem można by
dyskutować: świństw było wtedy pełno dookoła, szczególnie na Bałkanach.
Rozdział 5. Poincaré i Caillaux
Rozdział 5
Poincaré i Caillaux
Niezależnie od determinacji, z jaką francuscy
politycy parli do wojny, wciąż należało jeszcze sprawić, by masy
Francuzów rzuciły się w kierunku okopów. W tym momencie politycy w rodzaju Poincaré uznali tajną pomoc rosyjską za bezcenną.
Była to dziwaczna, lecz wzajemnie korzystna umowa. Rosjanie dotowali
francuskie gazety, które lobbowały na rzecz finansowego i wojskowego
wsparcia dla Rosji, co sprawiało, iż Rosja mogła przeznaczać jeszcze
większe środki finansowe na łapówki. Podżegacze wojenni francuskiej
polityki zbierali owoce pracy prasy, bezustannie bijącej w bęben
wrogości do Państw Centralnych -?Niemiec i Austrii. Znalezienie na tyle
przekupnych dziennikarzy, by nagłówki i wstępniaki były kreślone ręką
obcych sił, nie należało do najtrudniejszych zadań. W rzeczywistości
większym problemem dla Rosjan było wybranie tych najbardziej użytecznych
spośród tłumu chętnych, którzy przepychali się do przodu w nadziei na
łapówkę.
Artur Raffałowicz, przedstawiciel rosyjskiego ministerstwa finansów w Paryżu, raportował premierowi, hrabiemu Witte: " Ponieważ nie można
kupić wszystkich, trzeba będzie dokonywać selekcji". Dodał też:
"Codziennie można się nauczyć pogardy dla kogoś nowego."
Od samego początku 1912 roku rosyjscy specjaliści od przekupstwa
wyłożyli setki tysięcy franków w złocie. Wciąż rosnące tempo subwencji
wywindowało ich poziom do kwoty trzystu pięćdziesięciu tysięcy franków w złocie miesięcznie. Ogólne wydatki na łapówki osiągnęły w końcu
dziesiątki milionów.
Po przejęciu władzy przez bolszewików w 1917 roku, opublikowali oni
tajne dokumenty ukazujące zasięg tych machinacji, a wśród nich telegram
Raffałowicza z 26 lutego 1913 roku, tym razem adresowany do ambasadora
Izwolskiego: "Pieniądze te dostarczy pan poufnie, bezpośrednio z rąk do
rąk, jako wynagrodzenie za współpracę uzgodnioną z Le Temps,
L'Eclair i Echo de Paris".
Jeden z pracowników Poincaré napisał o wydawnictwach, pozostających na
liście płac panslawistów: "Wstrętna lista, na której, złączone tą samą
działalnością i tym samym wstydem, kotłują się Le Figaro Gastona
Calmette, Radical, Journal des Débats, Henri Letteier i jego
Journal, La République Francaise, Le Matin, L'Echo de Paris i L'Eclair i wreszcie, dominujący nad całą resztą, redaktor działu
polityki zagranicznej Le Temps, przyszły negocjator pokoju i premier,
André Tardieu, którego dopiero co widzieliśmy przy pracy w Rumunii. Był
ozdobnym piórkiem przy rosyjskim kapeluszu. Kilka lat wcześniej jego
gazeta w dużym stopniu sympatyzowała z Austro-Węgrami."; w liście do
Sankt Petersburga, datowanym 16 lutego 191 roku, Izwolski napisał:
"Gazeta Le Temps pana Tardieu korzysta z każdej sposobności by ukazać
dobre francusko-rosyjskie stosunki w złym świetle".
Rok później, ambasador mógł już napisać: "Pan Tardieu nie traci ani
chwili, by oddać swe pióro na me usługi".
Serbski rząd nie ociągał się i dołączył do przekupnej gry, wiedziony
przykładem swych rosyjskich patronów. Jak ujawnił Dragomir Stefanović,
na dwa lata przed Sarajewem Serbowie przekazali czołowym tytułom
prasowym Francji łączną sumę półtora miliona franków w złocie -
"niewielkie napiwki", by użyć słów premiera Pašića. Serbskie pieniądze
opłaciły powstanie wpływowej, bałkańskiej redakcji Le Temps,
prowadzonej przez wszechobecnego Tardieu, która dostarczała francuskim
gazetom dobre dziewięćdziesiąt procent ich materiału z Bałkanów.
Rosyjski ambasador w Serbii, Hartwig, odgrywał istotną rolę w ich
kształtowaniu, a sama redakcja posługiwała się własnym kodem, którego
nie był w stanie odcyfrować nawet francuski rząd.
Wobec zalewu informacji ze strony opłacanej prasy, francuska opinia
publiczna nie mogła długo pozostawać neutralna. Jeden z kolegów
Clemenceau napisze później: "Najbardziej bezczelna mowa-trawa i najbardziej bezwstydne kłamstwa, po tym jak zostały opublikowane i skomentowane przez Le Temps, Echo de Paris i Journal des Débats -
które w owym czasie były uważane przez nasze klasy rządzące za dobrze
poinformowane i opiniotwórcze organy prasowe, godne całkowitego zaufania
-?były przedrukowywane przez wszystkie prowincjonalne gazety. Miliony
ludzi, pochodzących zarówno z niższych, jak i z wyższych warstw klasy
średniej, emeryci, robotnicy i chłopi, przez dwadzieścia lat patrzyli,
jak ich oszczędności wędrują w formie pożyczek do Rosji, "przyjaciółki i sojuszniczki", podczas gdy oni czekali, by móc poświęcić dla niej swoje
życie".
Poincaré nie uczynił nic, by przeszkodzić rosyjskim planom opłacania
wolnej prasy we Francji. Gdy w 1912 roku odwiedził go Izwolski z zarysem
swego planu skorumpowania francuskiej prasy, był w stanie szybko
przezwyciężyć jego obawy. Agent Izwolskiego, niejaki Davidoff,
utrzymujący kontakty z Poincaré, pewnego dnia usłyszał jak ten mruknął
świętoszkowatym tonem: "W miarę możliwości trzeba będzie rozdzielać
[pieniądze] na niewielkie sumy, i przekazywać je z wielką rozwagą i dyskrecją". Poincaré zadawał się też z cieszącym się jeszcze gorszą
sławą typem, nazwiskiem Lenoir, do którego obowiązków należało osobiste
wręczanie wypchanych kopert szefom mediów.
Poincaré wyjaśniał później, raczej obłudnie, iż być może spotkał Lenoira
jeden, jedyny raz, ale w żadnym razie "nie miał okazji z nim rozmawiać."
Jednakże fakt, iż jego żydowski minister finansów, Klotz, bardziej
ubrudził sobie ręce w tym procederze, niespecjalnie oczyszcza Poincaré.
Klotz, który na pewnym etapie wręcz zażądał, aby Rosjanie przekazywali
łapówki z wyprzedzeniem, "ponieważ gabinet francuski znajduje się w ogólnie trudnej sytuacji", zakończy po wojnie swą karierę w skandaliczny
sposób -?w sądzie karnym.
Pomimo rosnącej społecznej sympatii do Rosji i Serbii, francuskie masy
wciąż nie miały ochoty na wojnę. Politykę Poincaré uważano za zbyt
militarystyczną, szczególnie, kiedy to w 1914 roku francuski prezydent
zapragnął przedłużenia okresu służby wojskowej z dwóch do trzech lat.
Pomimo wzmożonej kampanii prasowej, napędzanej przez rosyjskie pieniądze
("Klotz", jak donosił Raffałowicz do Sankt Petersburga, "żąda drugiej
transzy: trzeba wielkiej kampanii, aby przepchnąć trzy lata
[przepis]"), projekt został odrzucony w głosowaniu. W najbardziej
wpływowych francuskich kręgach najsilniejsza opozycja wobec wojskowych
planów Poincaré spersonifikowana była w osobie Josepha Caillaux.
Caillaux, który zmarł w 1944 roku, jest dziś postacią w większości
zapomnianą, ale niewykluczone, że być może był najbardziej inteligentnym
i kompetentnym politykiem francuskim owego czasu. Charles De Gaulle
uważał go za pierwszego europejskiego męża stanu, który rozumiał istotną
rolę ekonomii w życiu publicznym. Podobnie jak jego przeciwnik Poincaré,
Caillaux był twardy, władczy i autorytarny. Byli urodzonymi wrogami,
których przeznaczeniem było ścieranie się ze sobą w czasie swych karier.
Caillaux, w przeciwieństwie do wielu Francuzów, nie był twardogłowym
niemcożercą. Szanował niemiecką potęgę wojskową i uważał, że kolos zza
Renu mógłby dać jego własnemu krajowi kilka istotnych lekcji z zakresu
pracy, porządku i unowocześniania przemysłu. Caillaux wierzył, że oba
kraje powinny się raczej uzupełniać, niż prowadzić rywalizację,
zaognioną różnicami w temperamencie i psychologii. Każda ze stron miała
wiele do zaoferowania i obie mogły osiągnąć stan niezwykłej symbiozy.
Zbyt późno wielu Niemców i Francuzów doszło do wniosku, że Caillaux miał
rację. O ileż lepiej byłoby, gdyby Francuzi wyjaśnili dzielące ich
różnice z Niemcami kalibru von Bismarcka, czy nawet von Bülowa, niż żeby
Adenauer, kanclerz okrojonych Niemiec i Charles De Gaulle, prezydent
Francji, musieli zjeździć pół świata, by zakopywać topór wojenny po
osiemdziesięciu latach katastrofalnej nienawiści. W 1914 roku wydawało
się, że Caillaux miał duże szanse na wygranie wyborów i objęcie
stanowiska Prezesa Rady Ministrów, co zmusiłoby Poincaré, prezydenta
Republiki Francuskiej, do powierzenia znacznej części rządów właśnie
jemu. Ale cóż wyszłoby wtedy z płomiennych planów Poincaré na odzyskanie
Alzacji i Lotaryngii?
Pozycję Poincaré w walce z Caillaux wzmacniał fakt, iż wielu Francuzów
było równie nieprzejednanych w kwestii "utraconych" prowincji jak on sam
i nie znosiło Caillaux za jego rozsądek w tej sprawie. W głębi ducha
Francuzi są bardzo szowinistyczni. W ich mniemaniu Belgowie to "mali
Belgowie", którzy porozumiewają się dziwnym bełkotem. Hiszpanie to "na
wpół Afrykanie", Anglicy zaś to urodzeni hipokryci, a Amerykanie są
niewiele lepsi, niż na wpół dzikie bestie. Świat zewnętrzny nie wzbudza
wielkiego zainteresowania Francuzów i nie mają potrzeby, by o nim coś
wiedzieć. Charles Maurras, najbardziej francuski z francuskich
intelektualistów, w wieku lat czterdziestu nigdy nie odwiedził
francuskojęzycznej części Belgii, poza jedynym przypadkiem, gdy
przejeżdżał tamtędy w ramach kilkugodzinnej wycieczki. Pierre Laval,
który jedenastokrotnie zajmował stanowiska ministerialne, przyznał w rozmowie ze mną, że przejeżdżał przez Belgię tylko raz, jadąc nocą przez
Li?ge w wagonie sypialnym. Żeby nie było wątpliwości, Francuzi zobaczyli
szmat Europy podczas dziesięciu wieków podbojów: Brukselę, Rzym, Madryt,
Wiedeń, Berlin, Moskwę i dwudziestu różnych najazdów na Niemcy. Ale
nienawidzą dyskusji na te tematy. To właśnie na podobnej awersji do
cudzoziemców oraz nieumiejętności dostrzeżenia racji drugiej strony
podczas debaty politycznej, Poincaré oparł swoją własną karierę
polityczną. Niestrudzenie agitował za polityką rewanżu i siły
militarnej. Caillaux odważył się brnąć pod prąd popularnego szowinizmu i fakt ten zyskał mu miliony wrogów.
Przy okazji kłopotliwej kwestii związanej z trzyletnią służbą wojskową,
zalety Poincaré, umożliwiające mu granie na popularnych nastrojach
tłumu, zderzyły się z równie wielką troską wielu Francuzów o własną
skórę i swą osobistą wolność. Przyjemnie agitowało się za Alzacją i Lotaryngią w kafejkach, wspaniale było wiwatować na Champs Elysées w czasie wojskowych defilad z okazji rocznicy zdobycia Bastylii... ale
osobiste poświęcenie kosztem własnego życia i własnych rodzin wymagało
głębszych przemyśleń. Poincaré musiał znaleźć jakiś sposób na
pognębienie rywala. Znalazł go w słabości Caillaux do kobiet. Pomimo
swej łysiny, Caillaux miał powodzenie u płci pięknej. Jak wielu
francuskich polityków, radośnie galopował od kochanki do kochanki i, jak
w przypadku wielu mężczyzn na świeczniku, jego pozycja sprawiała, że
kobiety gnały za nim. Hitler, który był dość konserwatywny w tej
materii, pokazał mi kiedyś szufladę wypełnioną listami od urodziwych
kobiet w najróżniejszym wieku, które błagały go, by został ojcem ich
dziecka. W miłości -?Napoleon dobrze to określił -?bezpieczeństwo polega
na ucieczce. Cesarz wielokrotnie zmuszony był brać nogi za pas. Caillaux
nie był równie skory do rejterady. Po tym, jak mniej lub bardziej
skrycie korzystał z uroków jednej ze swych wielbicielek, poślubił ją. To
była ładna, modnie się ubierająca, popielatoblondwłosa Henrietta. Byli
bardzo w sobie zakochani.
Naprawdę, nic nie można było zarzucić temu związkowi, szczególnie w myśl
dzisiejszych standardów. Poincaré powinien być ostatnim, który węszy
wokół tej małej idylli, tym bardziej, że jego własny związek z kobietą
mniej niż niewinną byłby sensacją, szczególnie, gdy pani jego serca, po
zdecydowanie mało cnotliwej karierze, zażądała, by ona i jej stary
antyklerykał wzięli potajemny ślub w obecności biskupa. To samo
dotyczyło człowieka, który miał się stać prawą ręką Poincaré w wyreżyserowanej przeciwko Caillaux "Operacji Halka" -?Louisa Barthou,
który nie mógł raczej zostać laureatem nagrody za cnotliwy tryb życia.
Georg Malcolm Thomson nakreślił taki obraz sytuacji:
"Wczesną wiosną 1914 roku Caillaux był dla prezydenta Poincaré źródłem
poważnych zmartwień. Wybory szykowano na maj; nastroje społeczeństwa
dryfowały w lewo. W takich okolicznościach byłoby trudno odmówić
rywalowi teki premiera. Caillaux w swej bezgranicznej pewności siebie
wierzył, że może ubić interes z Niemcami! Dla Poincaré byłby to koniec
jego sztywnej polityki wrogości wobec potęgi zza Renu." (The Twelve
Days, s.66)
Poincaré i jego asystenci opracowali plan zniweczenia szans Caillaux,
który zakładał, jak można się było spodziewać, posłużenie się prasą. Le
Figaro, kierowane przez ubogiego niegdyś Gastona Calmette, który
korzystał z hojnych dotacji rosyjskich (pozostawił w testamencie
trzynaście milionów franków), rozpoczęło 10 maja 1914 roku kampanię
niszczenia Caillaux takimi słowami: "Nadszedł teraz decydujący moment, w którym nie możemy uchylać się przed działaniem, nawet gdyby nasza
moralność i osobiste upodobania je potępiały".
Krótko mówiąc, gazeta uzyskała dostęp do miłosnych listów Caillaux i jego żony, pisanych w czasach, gdy była jeszcze jego kochanką. Caillaux
podpisywał się "Jo-Jo", Henriette, "Ri-Ri". Listy były dokładnie tym, co
kochankowie pisywali do siebie przez wieki; przyznaniem się do
namiętności, buchających niczym wulkan, czasami zupełnie poważnymi,
często pełnymi wiary, lecz w żadnym razie nie przeznaczonymi dla
postronnych oczu.
16 maja, kiedy Ri-Ri rzuciła okiem na tytułową stronę Le Figaro,
odkryła, iż wiadomością dnia jest pierwszy list, który Jo-Jo do niej
napisał. To była prawdziwa breja: nie oszczędzono najbardziej intymnych
szczegółów. Gazeta obwieszczała, iż pozostałe listy zostaną opublikowane
w kolejnych wydaniach. Pani Caillaux rzuciła się w ramiona męża. Łkając,
błagała go: "Czy pozwolisz tym dziennikarskim hienom na buszowanie po
naszym buduarze?"
Ona sama nie zamierzała im na to pozwolić. Po tym, jak znany paryski
sędzia odprawił ją z kwitkiem, wzruszając ramionami i mówiąc: "Oto cena
za bycie częścią polityki.", zdobyła pistolet i udała się do redakcji
Le Figaro, gdzie, po wejściu do biura Gastona Calmette, opróżniła
magazynek, posyłając sześć kul w tego, który ją zniesławił. W rzeczywistość pani Caillaux powinna była mierzyć wyżej. Martwy Calmette
był zaledwie najmitą. Gdy wieść o zemście Ri-Ri obiegła Paryż,
wstrząśnięty Barthou pognał do swego mocodawcy w pałacu prezydenckim.
Sam Poincaré zrelacjonował później tę scenę dziennikarzowi P.B. Gheusi
mówiąc, jak to Barthou opadł na jego biurko, przerażony fatalnymi w skutkach konsekwencjami artykułów.
"Ja jestem tym, który napisał wszystkie artykuły przeciwko Caillaux! -
wykrzyknął. -?To ja jestem winien tragedii. Muszę wymierzyć sobie karę!"
Nie trzeba dodawać, że Barthou nie wymierzył sobie kary. To się rzadko
zdarza w polityce. Kilkakrotnie zdąży jeszcze być ministrem i pozostanie
lojalnym pachołkiem Poincaré lub kogokolwiek, kto akurat będzie jego
aktualnym mocodawcą.
Będąc mężem kobiety aresztowanej jak zwykła przestępczyni, minister
finansów Caillaux nie miał innego wyboru, jak tylko ustąpić. Opozycja,
mając ściętą głowę, nie stanowiła więcej zagrożenia dla planów Poincaré.
Caillaux pozostał tematem dowcipów, nawet na ulicach Paryża. Czerwcowy
proces jego żony stał się sensacją, gdy Henriette zemdlała na ławie
oskarżonych, niczym bohaterka klasycznej tragedii. Jej uniewinnienie
było wielkim rozczarowaniem. 27 lipca, gdy została oczyszczona z zarzutów, wojna była kwestią godzin.
Rozdział 6. Zamorskie konspiracje
Rozdział 6
Zamorskie konspiracje
Przez pierwsze dwa tygodnie lipca prezydent
Poincaré cierpliwie czekał, aż jego sojusznicy w otoczeniu cara
przygotują rosyjskie siły do wojny. Ogromne odległości i stosunkowo
prymitywna sieć transportowa sprawiały, iż mobilizacja w Rosji była
sprawą znacznie bardziej czasochłonną, niż w dobrze zorganizowanych
krajach Europy, więc francuski przywódca był początkowo pobłażliwy wobec
przysłowiowej ociężałości rosyjskiego niedźwiedzia.
Jednakże w połowie lipca Poincaré zaczął zdradzać oznaki zdenerwowania.
Zatroskany postępami rosyjskich przygotowań i zdecydowany, jak to
określił George Thomson, aby "wstrzyknąć trochę stali w kręgosłup tego
potężnego, lecz niepewnego alianta", Poincaré zaokrętował się w Calais
na krążownik "France" i wyruszył w dniu 15 lipca do Sankt Petersburga.
Sześć dni później, on sam, oraz jego premier, Rene Viviani, zostali
powitani w rosyjskiej stolicy z pompą, na którą może się zdobyć tylko
autokrata. W Peterhofie, letniej rezydencji carów, Poincaré zapoznał się
z cesarską rodziną, w szczególności zaś z czterema córkami cara, które
obdarował naręcznymi zegarkami wysadzanymi diamentami. Jednocześnie
ukradkiem, z wyrachowaniem się im przyglądał, pomny sprośnych plotek,
które krążyły o ich kontaktach ze złowieszczym świętym mężem,
Rasputinem. Poincaré podarował carowi i carycy gobeliny oraz zestaw
złotych ozdób do podróżnego wagonu monarchy. Wkrótce francuski prezydent
i rosyjski car pogrążeni byli w głębokiej dyskusji, o ile można nazwać
dyskusją jednostronną orację, którą wygłosił mały, sentencjonalny
Poincaré, podczas gdy car siedział bez wyrazu, milcząc.
Car Mikołaj II nie był człowiekiem, który powinien rządzić imperium.
Apatyczny i niezdecydowany, wzięty pod pantofel przez swą niemiecka
żonę, Aleksandrę, na każdym kroku chroniony przez setkę gwardzistów, nie
miał nikogo, kto ochroniłby go przed skorumpowanymi ignorantami i wazeliniarzami, którzy tworzyli jego oficjalną świtę. Goriemykin, jego
premier, nie nadawał się do niczego innego ponad zwinięcie się na sofie
z literaturą wątpliwej jakości w ręku i z papierosem zwisającym z popękanych warg. Maklakow, minister spraw wewnętrznych, zawdzięczał swą
karierę zdolności udawania zwierząt, czym rozbawiał młode księżne:
odgrywając panterę, skakał dziko po podłodze, podczas gdy dziewczęta
chowały się i krzyczały, udając przestrach.
Minister wojny, W.A. Suchomlinow, był wiecznie zadłużonym, nałogowym
hazardzistą. Niedługo przed wizytą Poincaré udzielił wywiadu pod tytułem
"Rosja jest gotowa", który był szeroko publikowany we francuskiej
prasie, co spowodowało ożywienie na giełdzie, które Suchomlinow zdołał
obrócić na swą korzyść. Jeden z jego głównych wierzycieli pozostawał w bliskim kontakcie z wywiadem niemieckim.
Prawdziwą siłę napędową za papier-mâché fasady carskiego dworu tworzyli
inni ludzie. Rosyjski minister spraw zagranicznych, S.D. Sazonow, przez
ostatnie dziesięciolecie odgrywał najważniejszą rolę w intrygach na
Bałkanach. Aleksander Izwolski, były minister spraw zagranicznych i w 1914 roku ambasador we Francji, odgrywał w dyplomacji rolę niewiele
mniejszą niż Sazonow. Dalej szły ważne osobistości panslawizmu, skupione
w sztabie generalnym i w najwyższym dowództwie, wśród których prym wiódł
wuj cara, wielki książę Mikołaj, naczelny dowódca wojsk rosyjskich.
To z Sazonowem Poincaré toczył najbardziej istotne rozmowy. Sazonow,
zręcznie wspierany przez swego poprzednika, Izwolskiego, zawsze był i pozostał twardym negocjatorem. Dwa lata wcześniej Poincaré z mocą
utrzymywał, iż Francja nie da się wciągnąć do rodzącej się na Bałkanach
wojny. Poincaré powiedział wtedy do Sazonowa: "Nie liczcie na naszą
pomoc wojskową na Bałkanach nawet wtedy, gdy zostaniecie zaatakowani
przez Austrię". W sierpniu 1912 roku Poincaré podtrzymał stanowisko
swego rządu, mówiąc: "Jeśli zajdzie stosowna okoliczność, wywiążemy się
z naszych zobowiązań. Jednak nie liczcie na nasze wsparcie wojskowe na
Bałkanach jeśli zostaniecie zaatakowani przez Austrię lub, gdy wasz atak
na nią spowoduje interwencję Niemiec". (Poincaré, Les Responsabilités
de la guerre, s. 53)
Pomijając te, jak również inne ostrzeżenia, skalkulowane tak, by upewnić
się, że wybuch wojny nastąpi w czasie odpowiednim dla Francji, w czerwcu
1914 roku Poincaré znalazł się w sytuacji, w której był zależny od
imperium rosyjskiego. Nici starannie zaplanowanych spisków Sazonowa i Izwolskiego oplatały francuskie władze: droga do odzyskania Alzacji i Lotaryngii rzeczywiście będzie musiała wieść przez Serbię i to niemałym
kosztem.
Zachowanie Poincaré w Sankt Petersburgu dowodzi jego przyzwolenia na
udział w bałkańskiej gmatwaninie. Pośpieszył ze słowami pociechy dla
serbskiego ambasadora w Rosji, Spalajkovića, któremu powiedział: "Nie
obawiajcie się. Macie we Francji oddanego przyjaciela." Spalajković, o którym jego zwierzchnik w Belgradzie, sekretarz spraw zagranicznych,
powiedział kiedyś, "Zawsze się zastanawiam, czy Spalajković jest
bardziej draniem, czy głupcem, lub czy jest tak głupi, jak jest
nieuczciwy", stał się pierwszym serbskim dyplomatą, który dowiedział się
o szczerej decyzji Poincaré, by związać Francję z Serbią i Rosją -?co by
się nie działo. Poparciu dla Serbii, które francuscy przywódcy
zamanifestowali w Sankt Petersburgu, towarzyszył pokaz wrogości wobec
Austro-Węgier. Premier Viviani, podczas pobytu w stolicy Rosji, przesłał
dyrektywę do dyplomatów francuskich pozostających za granicą, która
oddawała ducha oświadczenia wygłoszonego przez prezydenta Poincaré:
"Francja nie będzie tolerować mieszania się Austrii w sprawy Serbii."
Na przyjęciu dla dyplomatów, wydanym przez Poincaré w Pałacu Zimowym, w szokujący sposób dokonał personalnego ataku na austriackiego ambasadora
w Rosji, hrabiego Szapáry tak, iż ten "wyszedł z siebie", jak to później
opisał ambasador Hiszpanii, hrabia Cartageny w swoich Memoirs of a Diplomat. Nawet sam Poincaré, urażony zmasowaną krytyką, jaka spadła na
niego za to dyplomatyczne faux pas, poczuł się zmuszony do mętnego
wytłumaczenia swojego wybuchu w swej książce L'Union sacrée, gdzie
pisze: "Napomknąłem ambasadorowi, że Serbia ma przyjaciół w Rosji,
którzy z pewnością byliby zaskoczeni, gdyby stała się ona celem surowych
działań i że owe zdziwienie mogą podzielać inne kraje, które są
przyjaciółmi Rosji".
Poincaré mógł przynajmniej przekazać austriackiemu ministrowi swe
ubolewanie z powodu gwałtownej i brutalnej śmierci następcy tronu.
Tymczasem uwaga, w formie, w jakiej została poczyniona na przyjęciu
dyplomatycznym, dowodziła nie tylko żałosnego braku kultury, ale
świadczyła też o świadomej chęci dokonania obrazy i wywołania
prowokacji.
Poza swoimi rozmowami z Sazonowem i Izwolskim, z którymi Poincaré blisko
współpracował w Paryżu zarówno w sprawach dyplomacji, jak i w kwestii
odrażającego wpływu na największych francuskich dziennikarzy, prezydent
spotkał się też z wielkim księciem Mikołajem, dowódcą naczelnym armii
rosyjskiej. Wielki książę był ponad dwumetrowym gigantem o manierach
równie imponujących, jak jego wzrost. Znany ze swej brutalności, cieszył
się niezwykłą popularnością wśród prostych żołnierzy, gdyż, ku
zachwytowi swych sołdatów, miał inklinacje do wymierzania bezlitosnych
kar cielesnych nawet najwyżej postawionym ze swych podwładnych. Jego
maniera wymierzania szybkiego kopniaka w obfity generalski pośladek
ustanowiła swoistą demokrację kar, którą w latach trzydziestych przebije
dopiero Stalin w czasie swych masowych czystek wśród korpusu
oficerskiego.
W panslawizmie Mikołaja i jego brata, wielkiego księcia Piotra,
sekundowały im ich żony, Anastazja i Milica, ogniste córki króla
maleńkiej Czarnogóry, Mikołaja. Król Mikołaj, wieczny sknera, którego
poszukiwania bogatej żony zainspirowały "Wesołą Wdówkę" Lehára, rządził
krajem w aspekcie etnicznym i historycznym blisko związanym z Serbią,
który jednak pod jego rządami skierował się w stronę polityki
udobruchania Austrii. Jego córki, spadkobierczynie długiej tradycji
wendetty, były równie śmiałe, co czarujące. Naśmiewały się z lizusostwa
dworaków, skupionych wokół rodziny carskiej i wydawały się być zawsze
gotowe do toczenia bojów z kimkolwiek. W czasie wizyty francuskiej głowy
państwa ich największym wrogiem były Niemcy i obie złośnice szybko
owinęły Poincaré wokół małego palca.
Na bankiecie, który francuski ambasador, Maurice Paleologue, wydał na
cześć cara i swego prezydenta, Aleksandra i Milica osobiście dekorowały
stół, rozstawiając wszędzie bukiety kwiatów. Przed posępnym Poincaré
postawiły złote pudełko na cukierki, po otwarciu którego okazało się, że
zawiera garść ziemi z jego ojczystej Lotaryngii -?centrum jego
rewanżystycznych ambicji przez cały okres kariery. Aby jeszcze bardziej
podgrzać krew prezydenta Francji, wielki książę Mikołaj zaaranżował
ogromną rewię wojskową na błoniach pod Krasnym Siołem. Wraz z carem
oglądali sześćdziesiąt tysięcy wąsatych żołnierzy, którzy paradowali
przed nimi, chłop w chłopa jak dęby. Ich okrzyki przywoływały obraz
wilków gnających po bezkresnym stepie. Wtórowało im dudnienie kopyt
kozackich koni, które galopem niosły swych jeźdźców, jakby rozpalonych
wódką. Najbardziej inspirujący dla prezydenta był moment, gdy rosyjskie
orkiestry zagrały francuskie marsze -?Le Régiment de Sambre et Meuse,
Fiers Enfants de la Lorraine -?i grały, aż zaczęła rozpierać go duma.
Pod koniec parady Poincaré pozwolił sobie na proroctwo, dotyczące
rosyjskiej armii. "Będą w Berlinie przed Wszystkich Świętych",
przepowiedział. Co do rosyjskich oddziałów w Berlinie, mały prawnik z Lotaryngii pomylił się o trzydzieści jeden lat. I nie będzie nimi
dowodzić car ani jego krewni. Ale Poincaré pozwolił sobie na pewność.
Pięciomilionowa rosyjska armia zmiecie znacznie mniejsze siły Kaisera i za kilka tygodni będzie poić konie w Szprewie. A do Świąt Bożego
Narodzenia Strasburg i Metz znowu będą francuskie.
Teraz, gdy Poincaré i jego dyplomaci obrali kurs ku wojnie, będą
podejmować wszelkie działania, aby ukryć jej prawdziwy powód: będą grać
na zwłokę, opowiadać podnoszące na duchu kłamstwa, na wielką skalę
praktykować oszustwa i nawet uciekać się do fałszerstwa -?czyli robić
wszystko to, co doświadczeni dyplomaci potrafią robić najlepiej, gdy
wymaga tego ich zawodowy obowiązek. Rzecz jasna będą to wybiegi tak
dyskretne, że bardzo niewielu nabierze choćby mglistych podejrzeń; jeśli
zdarzy się najgorsze, sprawcy co najwyżej zaprzeczą oburzonym tonem.
Działając w tym duchu Poincaré, który opuści Sankt Petersburg i uda się
do Francji w dniu 23 lipca, zaprzeczy, jakoby osiągnął jakiekolwiek
porozumienie z Rosjanami. Według jego słów, "Pan Viviani i ja
relaksowaliśmy się i odpoczywaliśmy". Ściślej rzecz ujmując, nie
dowiedział się niczego nowego: "Nie mamy żadnych wieści, lub też prawie
żadnych". Jak to opisał historyk Fabre Luce, "Poincaré odgrywał rolę
głuchoniemego".
Francuski prezydent dołożył absolutnie wszelkich starań, aby nie
kierować na Quai d'Orsay żadnych, potencjalnie obciążających memorandów.
Podczas gdy francuska delegacja przygotowywała się do odpłynięcia do
ojczyzny i gdy wymieniano ostatnie uściski, Sazonow nagryzmolił tekst
końcowej, wspólnej deklaracji rosyjsko-francuskiej, a następnie wręczył
ją prezydentowi Poincaré. Francuz odczytał początek szkicu: "Oba rządy
osiągnęły idealną zgodność w zakresie swych poglądów oraz wzajemnych
celów, zmierzających do utrzymania równowagi sił w Europie, ze
szczególnym uwzględnieniem Półwyspu Bałkańskiego".
Poincaré napisał później w L'Union sacrée: "Viviani i ja sądziliśmy,
iż sformułowania, w których nie mówi się o pokoju, zbyt mocno zwiążą nas
z rosyjską polityką na Bałkanach. Mając to na uwadze, zmodyfikowaliśmy
szkic deklaracji tak, by zapewnić sobie swobodę działania." (L'Union
sacrée, s. 279)
To pełne hipokryzji stwierdzenie, któremu w owym czasie przeczyło każde
jego równoległe działanie, Poincaré zapragnął wzmocnić kolejną
deklaracją, że w czasie tych najważniejszych dni tuż przed wybuchem
wojny, "wszyscy wiedzieli, iż pan Viviani i ja znajdowaliśmy się na
pełnym morzu, z daleka zarówno od wybrzeży Francji, jak i Rosji". W polityce hipokryzja jest cnotą. Na nieszczęście dla polityków, historia
ma tendencję do podążania ich śladem i ukazuje ich prywatę i wykręty,
jako to, czym są naprawdę, czyli łgarstwem. Wysiłki Poincaré, by zatrzeć
za sobą ślady, wkrótce wyszły na jaw.
Brytyjski ambasador w Sankt Petersburgu, Sir John Buchanan, niezłomny
przeciwnik Niemiec i bliski przyjaciel francuskiego ambasadora w Rosji,
Paleologue, ujawnił w swoich wspomnieniach tajemnicę tajnych ustaleń
Poincaré z Rosjanami. Buchanan dowiedział się o nich od swego
przyjaciela wkrótce po tym, jak Poincaré odpłynął do Francji.
Natychmiast po tym, jak Buchanan zaznajomił się z prawdziwą sytuacją,
zatelegrafował do Londynu z informacją, że Poincaré będzie bronić
Serbów, że nie można już dłużej liczyć na to, iż francuski przywódca
będzie zaporą na drodze rosyjskiego panslawizmu oraz, że Francuzi i Rosjanie "uroczyście ratyfikowali zobowiązania sojuszu".
Na tym samym raporcie, Sir Eyre Crowe, zastępca sekretarza w ministerstwie spraw zagranicznych, dopisał swoje podsumowanie: "Minął
czas, gdy możemy układać się z Francją odnośnie utrzymania działań Rosji
w pewnych granicach. Jest oczywiste, iż Francja i Rosja zdecydowane są
rzucić rękawicę".
Po wyjeździe Poincaré, Maurice Paléologue powrócił do roli
najważniejszego Francuza w Rosji. Przez ostatnie dziesięć dni lipca
będzie odgrywać rolę naczelnego oszusta niczym najlepszy wirtuoz.
Ostatnie instrukcje Poincaré dla swego ambasadora, przekazane tuż przed
tym, jak krążownik "France" podniósł kotwicę, były sprecyzowane: "Sprawą
nadrzędną jest, by Sazonow pozostał twardy, podczas gdy my będziemy go
popierać." Słowa te zostały udokumentowane przez kilka źródeł, przede
wszystkim zaś przez dokumenty rosyjskiej dyplomacji, które Sowieci, w początkowym napływie rewolucyjnego zapału, nietaktownie opublikowali w gazecie Prawda zimą 1917-1918 roku.
Pomimo swych zaprzeczeń, podczas podróży powrotnej Poincaré utrzymywał
kontakt zarówno z Paryżem, jak i z Sankt Petersburgiem. Zgodnie z tym,
co mówił Paleologue, osobiście wysyłał do swojego prezydenta ważne
informacje w czasie gdy ten przebywał na pokładzie krążownika "France",
jak również odbierał od Poincaré dodatkowe instrukcje, takie jak
telegram uświadamiający mu wagę "udzielenia pełnego wsparcia rządowi
carskiemu".
Francuski historyk Fabre Luce w swej wybitnej L'Histoire démaquillée,
podsumował fakty, dotyczące powrotnej podróży prezydenta Poincaré:
"Podróżujący [Poincaré i Viviani] zdawali sobie sprawę, iż rząd
rosyjski nie przewiduje serbskiej zgody [na akceptację austriackich
warunków], która w każdym przypadku i tak zależała od Rosji i zdecydowali się na mobilizację przeciwko Austrii w przypadku zerwania
stosunków między Serbią i Austrią. Stąd też ich świadoma komunikacja
telegraficzna z Sankt Petersburgiem, potwierdzająca obietnicę wsparcia.
Jednak Poincaré uparcie trzymał się roli głuchoniemego i archiwa na Quai
d'Orsay zostaną zmanipulowane tak, by wszelka łączność ze światem
zewnętrznym wyglądała na ograniczoną do absolutnego minimum."
Kilka miesięcy po rozpoczęciu działań wojennych rząd francuski
opublikuje zbiór dokumentów, rzekomo dowodzących niewinności swego
postępowania i wskazujących jednocześnie na agresywne zachowanie Niemiec
w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch wojny. Jak zostanie
ujawnione po wojnie, w zbiorze tym, określanym jako francuska Żółta
Księga, jest więcej, niż jedno istotne przeoczenie. W rzeczywistości
wszystkie wiadomości, jakie wymienili między sobą Poincaré i Paléologue
w czasie, gdy francuski prezydent pełną parą zmierzał ku brzegom
Francji, zostaną w całości lub częściowo pominięte. Dość wiele mówiącym
jest fakt, iż pełen tekst deklaracji Sazonowa i Poincaré, w którym ten
niepotrzebnie wtrącił kłamliwe nawiązanie do obustronnego pragnienia
zachowania pokoju, w ogóle nie pojawia się w Żółtej Księdze. Fabre Lucas
zauważa:
"Dziwną rzeczą jest to, że telegram, który ze względu na tę dodaną
uwagę, może zostać odebrany przez naiwnego obserwatora, jako oznaka
pokojowych zamierzeń podróżujących, został pominięty w pierwszej Żółtej
Księdze opublikowanej przez rząd francuski. Czy zrobiono to dlatego, że
dodatkowa uwaga premiera Viviani zupełnie nie pasuje do działań
podejmowanych w następnych dniach? Czy też dlatego, by stworzyć
wrażenie, że podróżujący nie byli niczego świadomi i nie podjęli żadnych
kroków?"
I znowu, istotnego telegramu, w którym Poincaré instruuje ambasadora
Paléologue by udzielić Rosjanom maksymalnego poparcia, nie można
doszukać się w Żółtej Księdze. Później francuski prezydent obłudnie
zadeklaruje: "Nic nam nie wiadomo o żadnych zamorskich konspiracjach",
czemu bezwstydnie wtórować będzie Paléologue twierdząc, że skoro głowa
państwa i szef rządu byli na morzu, gdzie nie mogli być dobrze
zaznajomieni z sytuacją, nie mogli też przesyłać mu żadnych instrukcji.
Tego typu manipulowanie prawdą pociągnie za sobą liczne fałszerstwa
dokumentów: teksty wiadomości będą publikowane z pominięciem
kompromitujących fragmentów, będą zaś dołączane wymyślone ustępy i zupełne fałszerstwa. Żaden oficjalny tekst, francuski czy też rosyjski,
datowany od ranka 24 lipca 1914 roku, nie może być przyjmowany przez
poważnego historyka na "piękne oczy", o ile nie zostanie uprzednio
poddany najdokładniejszej analizie.
Student historii, zajmując się wybuchem pierwszej wojny światowej,
spotyka się z zalewem kłamstw i wielosłowia. Nie trzeba dodawać, że w swym czasie dały się temu zwieść miliony naiwnych ludzi. Miliony i dziesiątki milionów wciąż wierzą oficjalnemu kłamstwu, na długo po tym,
gdy udowodniono, że takim było. Niektóre z najbardziej porażających
oszustw pozostały niemalże niezauważone ze względu na osobiste interesy
polityków i nadwornych historyków, którzy z nieprawdy uczynili oręż,
mający porwać masy, doprowadzić je do kolektywnej histerii i uczynić
bezmyślnymi, by w spokojniejszych czasach udaremnić im wszelkie próby
wyciągnięcia wniosków z błędów i nie dopuścić do zwątpienia w słowo
politycznej elity.
Dowiemy się, w jaki sposób historia mobilizacji armii różnych państw
została zafałszowana, a w szczególności jak przywódcy Francji i Rosji,
pędząc na rzeź osiem milionów ludzi, sfałszowali daty mobilizacji w Austrii i Rosji. Od pamiętnego lipca 1914 roku będzie musiało upłynąć
osiem lat, zanim Poincaré, przyparty do muru przez Ligę Praw Człowieka,
zmuszony będzie przyznać, iż dokument, z którym afiszował się częściej,
niż z innymi -?austriackie zarządzenie o mobilizacji -?został
sfałszowany. Przyznanie się nie wróci życia ani jednemu z poległych pod
Chemin-des-dames, Verdun czy Tannenbergiem.