Wiek Hitlera Tom II. Hitler demokrata - Leon Degrelle
35.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Czy w Polsce nie ma cenzury? Oczywiście że jest. Nieformalna oczywiście. Kryptonim tej komórki w moim przypadku to WC GW (Wydział Cenzury Gazety Wyborczej). Otóż ten wydział postanowił zniszczyć książkę Degrella "Wiek Hitlera". W togę cenzora przebrał się tym razem niejaki "redaktor" Rafał Wójcik. Jak to w WC, nie liczą się argumenty i rzetelna krytyka, to nie jest przecież obowiązkiem cenzora. Jego celem jest zatrzymanie dystrybucji książki i wsadzenie wydawcy do więzienia. W tym celu robi się nagonkę na wydawcę u dystrybutorów książki. Czyli dzwoni się wcześniej i informuje, że będzie donos do prokuratury na książkę i co oni na to. Zastraszeni dystrybutorzy - EMPIK, Matras i Azymut wycofują się z dystrybucji książki. Jeden z dystrybutorów twierdzi, że mają taki zwyczaj, że w momencie zgłoszenia niepoprawności książki do prokuratury, wycofują ją z obiegu. Innymi słowy, ktoś, kto chciałby zniszczyć jakieś wydawnictwo, może to łatwo zrobić, zgłaszając listę niepoprawnych książek do prokuratury!
Redaktor "Wyborczej" oczywiście nie stara się nawet polemizować z faktami przedstawionymi przez autora. To przecież nie o to chodzi. Cenzor nie musi przecież polemizować. A poza tym do tego, żeby polemizować, trzeba mieć jakąś wiedzę historyczną. A z tym już gorzej u autora artykułu. Grzmi oczywiście, że powinien być wstęp "fachowca"-historyka, a nie jakiegoś tam Andrzeja Ryby, który ledwie kończył historię na UMK w Toruniu i napisał jedynie około 100 wstępów i artykułów historycznych i wydaje książki historyczne raptem od jakichś 30 lat. Autor artykułu oczywiście z historią nie miał dotąd nic wspólnego, co oczywiście nie przeszkadza mu wcale w krytyce książki i mojej skromnej osoby wydawcy. Parafrazując słowa piosenki p. Jerzego Stuhra "Pisać każdy może, jeden lepiej, drugi gorzej".
Trudno polemizować z kimś, kto nie rozumie, jaka jest rola źródła historycznego. Tak, tak, źródła, drogi "redaktorze". Otóż bez publikacji "Mein Kampf", dzieł Stalina i Lenina, czy też innych prominentnych osób związanych z totalitaryzmem jak moglibyśmy poznać ten totalitaryzm? A właśnie Degrell jest osobą blisko związaną z Hitlerem. Tak blisko, że Hitler traktuje go niemal jak syna. I tacy jak on, stojący na piedestale, mogą przedstawić nam historię z ich punktu widzenia -?to jest, totalitaryzm postrzegany od środka. Bez takich książek nie można by określić, co się tak naprawdę wydarzyło w Niemczech w XX w. I nie moglibyśmy znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego naród niemiecki w blisko 100% popierał Hitlera prawie do samej kapitulacji. I skąd się wziął ten ohydny niemiecki antysemityzm?
Książka Degrella jest skarbnicą w tym temacie. Śmiem twierdzić, że żadna książka do tej pory wydana nie ukazuje lepiej tego co się działo w głowach Niemców, niż "Wiek Hitlera".
Źródła antysemityzmu niemieckiego autor szuka w próbach wprowadzenia republik rad przez komunistów pochodzenia żydowskiego. Oczywiście Róża Luxemburg czy Karl Liebknecht i inni przywódcy rewolucji niemieckiej są pochodzenia żydowskiego. Żydzi dominowali w ruchach komunistycznych - zarówno w Rosji, w Niemczech, na Węgrzech, czy też w Polsce po II wojnie światowej (szczególnie w bezpiece) -?takie są niestety fakty. Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest prosta. Cechą ruchów komunistycznych był ich kosmopolityzm ("Proletariusze wszystkich krajów łączcie się"). I w tym kosmopolityzmie najlepiej odnajdowali się Żydzi. W ruchach komunistycznych nikt nie pytał o narodowość, nie było więc tam dyskryminacji Żydów. To był jedyny praktycznie ruch w Europie pierwszej połowy XX w., w którym Żydzi mogli robić karierę polityczną i piastować dowolne stanowiska (jak w Rosji) bez żadnych ograniczeń. Nic więc dziwnego, że w 1939 roku część ludności żydowskiej witała z radością na terenach wschodnich Polski Armię Czerwoną, a czasem stawała się członkami sadów tymczasowych, na mocy postanowień których rozstrzeliwano Polaków "burżuazyjnego pochodzenia" (vide "Wolność w niewoli" Wacława Zagórskiego). Źródłem niemieckiego antysemityzmu były według Degrella dwie rzeczy: rewolucja w Niemczech ("nóż wbity w plecy") oraz poczucie, że oto "Żydzi bogacą się na wojnie, gdy my giniemy w okopach". Abstrahując od tego, czy ten pogląd był słuszny czy nie, takie mogło być poczucie ogółu społeczeństwa niemieckiego, a Hitler doskonale to wykorzystał. Przed dojściem Hitlera do władzy Niemcy były na dnie olbrzymiego kryzysu (6 mln bezrobotnych!). W tej sytuacji potrzebowano winnego. Hitler łatwo go znalazł, grając na antysemityzmie. A naród niemiecki przyjął to za pewnik.
Ta strona Hitlera, ukazana w tomie drugim, gdy w sposób demokratyczny doszedł do władzy, jest może najmniej znana. No bo jak tu przyznać, że totalitaryzm wykorzystał demokrację do przejęcia w sposób legalny władzy? A potem w sposób równie demokratyczny, parlamentarny, tę demokrację zabił?!
Stąd dosyć przewrotny podtytuł tego tomu Degrella: "Hitler demokrata". Ale jak pisze autor, w tym okresie mieliśmy do czynienia z najlepszym programem społecznym, jaki kiedykolwiek powstał w XX wieku, a być może w całej historii ludzkości!
Spróbujmy go przeanalizować.
1. Program budowy autostrad -?okazał się tym kołem zamachowym gospodarki, który wraz z programem mieszkaniowym praktycznie w ciągu 2-3 lat zlikwidował sześciomilionowe bezrobocie!
2. Program mieszkaniowy -?mieszkanie dla każdego. Powszechne łatwo dostępne kredyty, które najłatwiej było spłacić... dziećmi...Rodzinie która miała jedno dziecko, umarzano bowiem 25% zadłużenia. A rodzinie która miała 4 dzieci umarzano kredyt w całości! I w dodatku budżet nie padł, ponieważ rodzice oddawali do budżetu pieniądze kupując różne rzeczy dzieciom, co zwiększało wpływy z podatków do skarbu państwa.
3. Program socjalny -?żaden inny robotnik w Europie nie miał tak długiego płatnego urlopu i nie miał takich dopłat do spędzania wypoczynku w miejscowościach wypoczynkowych.
4. Stworzenie nowego prawa, zabezpieczającego prawa pracownicze w fabrykach robotnikom. Stworzenie instytucji sądów pracowniczych, rozstrzygających spory między pracodawcą a pracobiorcą.
5. Wypuszczenie na rynek obligacji państwowych, które przyniosły szalony wzrost środków do budżetu państwowego. To dzięki temu sfinansowano cały program budowy autostrad.
6. Rewolucja mentalna, bodaj najważniejsza: każdy Niemiec jest równy i każdy jest ważnym ogniwem społeczeństwa, niezależnie od pozycji społecznej, zawodu i umiejętności.
Nic więc dziwnego, że Niemcy w ciągu kilku lat, gdy tak bardzo poprawiła im się jakość życia, po prostu uwielbiali Hitlera. A Hitler dbał przede wszystkim o stopę życiową Niemców -?nawet wtedy, gdy już przegrywał wojnę. To ludność niemiecka była bowiem bezpośrednim beneficjentem dóbr zrabowanych w całej Europie (vide "Państwo Hitlera"). I tu leży klucz do rozwiązania zagadki, dlaczego Niemcy tak pokochali Hitlera.
Z drugiej strony pamiętajmy, że owe przywileje socjalne dotyczyły tylko Niemców. Żydzi niemieccy w tym samym czasie pozbawiani byli praw obywatelskich, a wkrótce rozpoczęło się masowe ich mordowanie, podobnie jak Żydów z innych krajów Europy. Nazizm był systemem zbrodniczym, zwłaszcza dla wszystkich tych narodów, które Hitler w swojej obłąkańczej teorii rasowej uznał za mało wartościowe lub bezwartościowe. Zgodnie z nią Żydzi powinni natychmiast zniknąć z powierzchni ziemi, a Słowianie pracować dla dobra III Rzeszy aż do fizycznego wyniszczenia. O zbrodniach Hitlera i nazizmu napisano już bardzo dużo. Aby jednak naprawdę zrozumieć fakt poparcia nazizmu przez prawie wszystkich Niemców musimy sięgnąć do źródeł, relacji ludzi zagłębionych w systemie, takich jak Degrell.
Tak zwana "poprawna politycznie historia" próbuje nam przedstawić dwa narody niemieckie. Jeden -?to ten hitlerowski, zepsuty do szpiku kości, zbrodniczy. A drugi to ten nagle cudownie odrodzony -?powojenny, gdzie oto okazało się, że w Niemczech żyją sami demokraci, a tylko hitlerowski "zamordyzm" powodował, że nie mogli uczestniczyć w tej poprawnej demokracji. Zaprzeczeniem tej teorii jest właśnie Leon Degrell. To on napisał, co tak naprawdę myśleli Niemcy. I to jego myśl jest tak cenna z punktu widzenia historyków. Bo właśnie on pokazał co myślała większość Niemców o wojnie i Hitlerze! I to jest to tak cenne źródło historyczne. Spojrzenie na historię XX wieku oczami kogoś, kto był postawiony na świeczniku nazizmu, kto był kimś z wewnątrz systemu, z SS -?najbardziej fanatycznej organizacji hitlerowskiej.
Oczywiście pan redaktor z "Wyborczej", czy jego kolega z "Faktu" raczej nie rozumieją tych niuansów i wagi Degrella jako źródła historycznego. Symptomatycznym przykładem nastrojów społecznych jest opis powrotu Degrella z frontu wschodniego, gdzie Belgowie wylegli na ulicę, aby witać ich bohatera. Za chwilę weszli tam alianci i Degrella zaocznie skazano na śmierć w imieniu tegoż społeczeństwa belgijskiego, które tak tłumnie go przed chwilą witało!
Więc co się stało z tym społeczeństwem? Nagle, w przeciągu paru dni zmieniło ono poglądy o 180 stopni? Śmiechu warte!
Ciekawa jest teoria Degrella dotycząca roli SS na froncie wschodnim. Według niego ten milion SS-manów ocalił Europe Zachodnią przed zalaniem jej przez falę komunizmu. Według niego, gdyby nie poświęcenie się fanatycznych oddziałów SS -?zarówno niemieckich jak i ochotniczych z całej Europy, czołgi Stalina zatrzymałyby się na Atlantyku i Europa dzisiaj byłby komunistyczna. I chyba w tym przypadku Degrell niewiele rozmija się z prawdą. Gdyby Sowieci doszli do Atlantyku przed lądowaniem aliantów, nie byłoby mowy o wolnym Zachodzie!
Czy wobec tego winniśmy wystawiać pomniki SS-manom? Na pewno nie. To byli zbrodniarze, winni rzeczy strasznych, masowych mordów i okrucieństw. Ale trzeba pamiętać o różnych aspektach działalności tych oddziałów. Degrell chciał bronić Europy przed komunizmem!
I pozostał antykomunistą do ostatnich swoich dni. Próbowano go skazać za zbrodnie wojenne, ale nie można było, bo nawet w czasach Norymbergii nie znaleziono przeciwko niemu dowodów. Uznano go za winnego zdrady ojczyzny. I skazano zaocznie. To że go skazano, nie usprawiedliwia zwycięzców do ślepej zemsty i zezwierzęcenia. Bo tylko tak można nazwać to, co zrobiono z dziećmi Degrella, o czym pisze wydawca amerykański. W tym momencie zwycięzcy niczym nie różnili się od nazistów.
Książkę Degrella wydaję nie po to, żeby szerzyć jego poglądy, czy też opinie o charakterze rasistowskim i nazistowskim. Wydaję ją jako źródło historyczne. I wierzę, że historycy i hobbyści kochający historię to źródło docenią. I nie rozumiem powodów nagonki na moją osobę. W Polsce w ostatnich lat wydano m.in. pamiętniki Alberta Speera, Waltera Schellenberga, trzytomowe dzienniki Josepha Goebbelsa, dzienniki Alfreda Rosenberga. Ba! Wydano też i Degrella. Nikt wydawców tych książek nie ścigał -?i słusznie, gdyż zostały one wydane jako źródła historyczne. Także ja (podkreślam to jeszcze raz) wydaję książki Degrella w charakterze źródeł historycznych.
Chciałbym serdecznie podziękować następującym instytucjom i firmom:
1. "Gazecie Wyborczej" i "Faktowi" za rozreklamowanie Degrella i mojej skromnej osoby.
2. Prokuraturze IPN za umorzenie sprawy o antypolonizm książki Degrella z donosu "Gazety Wyborczej" i "Faktów".
3. Merlinowi za oparcie się napastliwemu atakowi GW na wycofanie tej książki.
4. Bonito za dystrybucję tej książki mimo olbrzymich nacisków medialnych i środowiskowych na rynku książki.
5. Wielu czytelnikom dzwoniącym do mnie ze słowami poparcia na wieść, że przeciwko mnie toczy się śledztwo w Prokuraturze Gdańskiej.
6. Piotrowi Zychowiczowi z "Do rzeczy" za artykuł w mojej obronie.
7. Mateuszowi Łabuzowi z portalu "II wojna światowa" za wsparcie na portalu i telefoniczne.
8. Mojemu synowi Marcinowi, za wzruszający list w mojej obronie opublikowany na facebooku.
W chwili, gdy piszę te słowa, nadal toczy się postępowanie prokuratorskie i nadal grozi mi do 3 lat więzienia.
Agora w osobie p. redaktora Pawła Stasińskiego przysłała mi list odmawiający opublikowania mojego sprostowania, które wobec tego publikuję w książce.
Kiedyś, w latach osiemdziesiątych XX wieku, byłem więziony za działalność w obronie wolnego słowa. Za to, że kolportowałem podziemne wydawnictwa trzymano mnie pół roku w ponurym areszcie na Młyńskiej w Poznaniu. Dzisiaj może być podobnie...
No cóż, historia po raz kolejny zatoczyła koło...
Andrzej Ryba
Rozdział 6 Siedem i pół marki
Hitler udał się do kawiarni na Herrnstrasse 45, miejsca spotkań Niemieckiej Partii Robotników (DAP). Musiał przejść długim ciemnym korytarzem zanim doszedł do sąsiadującego z nim małego pokoiku słabo oświetlonego lampą naftową. Na miejscu było sześciu członków komitetu. Odczytano protokoły z poprzednich zebrań. Odczytano też trzy listy, na które udzielono odpowiedzi. Następnie skarbnik podsumował stan finansów partii: majątek wynosił siedem i pół marki.
Hitler został siódmym członkiem komitetu i zarazem pięćset ósmym członkiem partii, co było ze strony DAP wyrażeniem swego rodzaju pobożnych życzeń, albowiem, aby zawyżyć liczbę członków, numerację zaczęto od 501. Nawet jego nazwisko zostało raz jeszcze zapisane z błędem, co znajdzie odzwierciedlenie w rozmaitych dokumentach partyjnych. Tym razem brzmiało "Adolphe Hittler".
Hitlera nie ogarnęło żadne uniesienie. Później tak wspominał owe zebranie: "Nie było żadnego planu działania. Żadnych ulotek. Nie było nawet legitymacji partyjnych. To był owoc manii zrzeszania się w najbardziej rozpaczliwej formie."
Jednak to właśnie z tego ciemnego pokoju na zapleczu i z owych siedmiu i pół marki w przeciągu kilku lat urośnie ostatecznie siła, która skupi i zwiąże razem większość niemieckiego społeczeństwa.
Jednak owego dnia, 16 września 1919 roku, Hitler zdał sobie sprawę, iż będzie musiał tchnąć życie w tę maleńką i żałosną partyjkę.
W koszarach pożyczył zatem maszynę do pisania i osobiście wystukał harmonogram przyszłych spotkań. Nie było wystarczającej ilości pieniędzy na zakup znaczków, więc roznosił zaproszenia od drzwi do drzwi, a część rozdał przechodniom. Nigdzie nie pojawiało się jego nazwisko, ponieważ nie chciał alarmować pozostałych członków, już i tak lekko zaniepokojonych jego entuzjazmem.
Namówienie ludzi było ciężką pracą. Na pierwsze spotkanie przyszło jedenaście osób, na drugie trzynaście, na trzecie siedemnaście, na czwarte dwadzieścia trzy, a na piątym pojawiło się trzydziestu czterech słuchaczy. Hitler jednak akceptował ten powolny progres, jako coś normalnego. W jego pojęciu, prawdziwa demokracja polegała na przekonaniu każdego z osobna. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, iż tragiczny okres, w jakim znajdują się Niemcy, wymusza potrzebę dotarcia do jak największej liczby ludzi. W tym celu przekonał członków partii, aby zebrać dostateczną ilość pieniędzy na zamieszczenie ogłoszenia w małej patriotycznej gazecie Völkischer Beobachter. Było ono zaproszeniem do przybycia w dniu 16 października 1919 roku na spotkanie w monachijskiej piwiarni "Hofbräukeller". Hitler musiał być pełen optymizmu, gdyż na miejscu mogło się pomieścić ponad sto osób.
Od czasu pobytu na froncie Hitler zdawał sobie sprawę, iż wyłącznie propaganda jest w stanie poderwać i ponieść masy. Nie pojmował propagandy w znaczeniu pejoratywnym, lecz widział ją jako oryginalny i nowoczesny środek rozpowszechniania i przekazywania wszelkich wartości natury duchowej. Pomimo, że określenie to zostało w późniejszym okresie zdeprecjonowane przez aliantów jako równoznaczne z mechanizmem szerzenia kłamstwa, Hitler zawsze uważał propagandę za środek propagowania prawdy. W gabinecie Hitlera najbardziej poczesne miejsce zajmowało Ministerstwo Propagandy, kierowane przez jego zaufanego współpracownika, doktora Josepha Goebbelsa. Definicja słowa, do której odwoływał się Hitler, nie różniła się w swej istocie od pojęć wczesnych chrześcijan, dla których propaganda była po prostu szerzeniem nauk Ewangelii.
Tak więc Hitler wiedział, że propaganda absolutna musi być tożsama z prawdą absolutną. Musi być powtarzana nieprzerwanie i w żadnym momencie nie może iść na kompromis z kłamstwami nieprzyjaciół. Sama myśl o kompromisie dobra ze złem była w swej naturze absolutnie dla Hitlera obca i jawiła mu się wyłącznie jako narzędzie w arsenale tchórzliwych polityków, którego użycie instynktownie odrzucał. Wiedział także, że owi politycy budzili w masach niesmak, zaś ludzie już dostatecznie długo czekali na kogoś, w kogo mogliby uwierzyć. Podobnie jak Hitler, nie mieli już ochoty na kompromisy. Dla mas i dla samego Hitlera prawda nie podlegała żadnym negocjacjom i dlatego będzie ją podtrzymywał wbrew wszystkim i wszystkiemu. Ponieważ Hitler stanowił rzadkie połączenie idealisty z realistą, był świadom, iż propaganda winna być imponująca, barwna, rozkrzyczana i zajmująca, a jednocześnie pouczająca.
Hitler stanie naprzeciwko swych największych wrogów na ich własnym gruncie -?otoczony swymi patriotycznie nastawionymi zwolennikami wymachującymi czerwonymi flagami. Wiedział, że czerwony jest pięknym i energetyzującym kolorem, na który marksiści nie powinni mieć monopolu. Przejmie zatem ulice od finansowanych przez Żydów komunistycznych zbirów. Stworzy uniformy dla najbardziej patriotycznych Niemców, które będą dumą społeczeństwa oraz sztandary, które będą symbolizować odrodzenie Niemiec. Stworzy własną prasę, co będzie oznaczać, iż po raz pierwszy niemiecki przywódca będzie mógł bezpośrednio komunikować się z narodem, bez potrzeby polegania na mediach podlegających obcej kontroli. Propaganda stanie się potężną awangardą prawdziwej ludowej rewolucji.
O ile Hitler opracował już swój plan działania, to wciąż nie posiadał żadnych środków, aby wprowadzić go w życie. W przeciwieństwie do Lenina i Trockiego, którzy otrzymywali milionowe zastrzyki od żydowskich finansistów, Hitler i jego maleńka partia nie mieli nic. Będzie im musiała wystarczyć wyobraźnia oraz własna praca.
Kiedy Hitler stanął wobec konieczności opłacenia wynajmu sali w piwiarni, kosztów ogrzewania i ulotek, uświadomił sobie, iż będzie musiał odwołać się do wielkoduszności słuchaczy, których zaprosił na spotkanie. Dlaczego mieliby nie zapłacić za możliwość posłuchania go, skoro płaci się nawet najnędzniejszemu dziennikarzynie? Był przekonany, że potrafi zabawić i pouczyć publikę, zainspirować ją i wzbudzić jej entuzjazm lepiej niż pustogłowy aktor. Sądził, że jeśli nie będzie w stanie wypaść lepiej, niż najlepszy z aktorów, nie powinien w ogóle zabierać głosu. Takim oto sposobem Hitler wynalazł, kierując się instynktem politycznym, ale też zmuszony koniecznością, mechanizm mityngu politycznego z biletem wstępu. Bilet był inwestycją, jaką ludzie robili w partię, zaś partia będzie miała dług wdzięczności wyłącznie wobec ludzi.
16 października 1919 roku w "Hofbräukeller" pojawiło się ponad sto osób. Pierwszym mówcą był dr Erich Kuehr. Ale dopiero po wejściu na mównicę Hitlera publiczność prawdziwie się ożywiła. Hitler ją zawojował. Osobiście puścił tacę na zbiórkę pieniędzy: trzysta marek! Raport monachijskiej policji z dnia 17 października 1919 roku mówi: "Jest drobnym sklepikarzem, który ma właśnie zostać obwoźnym sprzedawcą." To tyle, jeśli chodzi o komórkę policyjnego wywiadu!
Hitler napisał: "Przemawiałem przez trzydzieści minut. To, co wcześniej widziałem jako możliwość, teraz stało się rzeczywistością. Byłem utalentowanym mówcą." Ale to było coś więcej, niż zwykły dar. Żaden człowiek w historii nie przejawił takiego geniuszu do używania słów i gestów i takiej umiejętności bezpośredniego komunikowania się ze swoimi słuchaczami. Pół wieku później świat wciąż czeka na kogoś, kto mógłby dorównać w tym względzie Hitlerowi. Był dla słowa tym, czym Wagner był dla muzyki, choć Wagner i tak ma szczęście, że muzyka uchodzi za pierwszą ze sztuk. Muzyka wykracza poza wszelkie granice i konwenanse, ale zasięg mowy ograniczony jest tylko do tych, którzy są w stanie ją zrozumieć. Hitler był świadom owej różnicy i ze wszystkich sił będzie się starać, aby ją zatrzeć.
Wiele rzeczy uległo zmianie, odkąd trzy miesiące wcześniej Hitler dołączył do Niemieckiej Partii Robotników. Teraz partia przeniosła się do większego pomieszczenia pod browarem "Sternekerbräu". Zakupiła maszynę do pisania, stół, kilka krzeseł i szafkę na dokumenty. W pokoju zamiast lampy naftowej było już światło elektryczne. Wynajem kosztował pięćdziesiąt marek miesięcznie -?siedem razy więcej niż cały majątek partii w dniu, kiedy dołączył do niej Hitler.
Do grudnia 1919 roku partyjny skarbiec napęczniał kwotą trzech tysięcy sześciuset marek. Po opłaceniu wszystkich zobowiązań wciąż jeszcze pozostało siedemset marek. Ponieważ sukces zawdzięczano Hitlerowi, partia wyznaczyła go na szefa propagandy. Mając w ręku mandat, bez ociągania ruszył do przodu. Pobrał z partyjnej kasy siedemset marek i wynajął największą salę w Monachium, "Hofbräuhaus Festhall", która była dziesięć razy większa niż wszystkie poprzednie miejsca spotkań. To było ryzykowne przedsięwzięcie. W jaki sposób zdoła zapewnić taka widownię? Doprowadzając do wściekłości komunistów, Hitler okleił Monachium krwistoczerwonymi plakatami reklamującymi wiec oraz wysłał na ulice wynajęte ciężarówki z czerwonymi flagami i megafonami. Wieczorem 24 lutego 1920 roku w "Hofbräuhaus Festhall" stawiło się z górą dwa tysiące ludzi.
Hitler wciąż odmawiał pchania się na świecznik. Plakaty, które sam opracował, nie wymieniały nawet jego nazwiska. Głównym mówcą był Johannes Dingfelder. Jego wystąpienie nie przyciągnęło większej uwagi nawet ze strony socjalistów czy komunistów, którzy przybyli w znacznej liczbie.
Hitler wystąpił jako drugi, niezapowiedziany mówca. "Hofbräuhaus Festhall" szybko wypełnił się odgłosem oklasków jego zwolenników oraz obelgami i fruwającymi kuflami od piwa, rzucanymi w Hitlera przez komunistów i socjalistów. W ruch poszły pięści.
W miarę jak Hitler mówił, tłum powoli się uciszał. Komuniści, którzy przyszli głównie, aby buczeć, teraz chłonęli każde jego słowo. Hitler wykładał słynne "dwadzieścia pięć punktów", które do 20 kwietnia 1945 roku miały stać się granitowym fundamentem narodowego socjalizmu.
Same w sobie, a także z perspektywy czasu, owe punkty nie wydają się czymś nadzwyczajnym: niemieckie obywatelstwo zarezerwowane wyłącznie dla osób krwi germańskiej -?ten pomysł miał już pięćdziesiąt lat. Kara śmierci dla spekulantów i lichwiarzy -?dość popularna idea w owych dniach powszechnego głodu. Ustawy dotyczące Żydów -?kolejny popularny pomysł. Współdzielenie zysków przez robotników i firmy, emerytury dla osób starszych, narodowa armia -?wszystko to były koncepcje, które budziły głęboki oddźwięk, ale inne partie polityczne także wysuwały podobne postulaty.
Czymś, co urzekło słuchających był mówca. Po każdym punkcie tłum zrywał się na równe nogi w akompaniamencie wielkiej wrzawy. Po dwóch i pół godzinie Hitler był mokry, jak po wyjściu z basenu. Słuchaczy ogarnęła fala niepohamowanego entuzjazmu. Hitler całkowicie podbił ich serca. Eckart, słynny monachijski pisarz, oddał Hitlerowi swój płaszcz, mówiąc do zgromadzonych: "Ten człowiek wyzwoli Niemcy." Inny ze słuchaczy, niesiony entuzjazmem, zawtórował mu: "Jeśli ktokolwiek może pewnego dnia określić kształt Niemiec, to będzie to właśnie ten człowiek -?Hitler." Ów entuzjasta nazywał się Julius Streicher.
Hitler zrobił też następującą ciekawą uwagę: "Właśnie narodził się wilk." Od tamtego dnia to słowo będzie mu towarzyszyć wszędzie. Każda kwatera Hitlera będzie oznaczona głową wilka lub podobną, wilczą symboliką oznaczającą legowisko wilka.
Zgodnie z oczekiwaniami, organy prasowe establishmentu zlekceważyły przełomowe spotkanie, poświęcając mu kilka linijek. "Niejaki pan Hitler, po zaprezentowaniu programu partii, wygłosił odczyt", napisał lewicowo-liberalny Munchner Post, "i mówił nieco jak komediant."
Trzeba zdać sobie sprawę, że "komediant" wypadł raczej dobrze, ponieważ w tym samym roku liczba robotników wśród jego słuchaczy osiągnęła poziom 30% i wszyscy byli tymi, których przyciągnął z elektoratu socjalistów.
Jeśli chodzi o program "dwudziestu pięciu punktów", Hitler nie przywiązywał do niego nazbyt istotnej uwagi. Niektóre z punktów, takie jak znacjonalizowanie wielkich domów towarowych czy ziemi, wkrótce pójdą w zapomnienie. Jednak kiedy Hitler dojdzie do władzy, reformy jakie poczyni na tym polu będą miały pełne poparcie zarówno kupców, jak i rolników. Nigdy nie pozwalał, aby jakiekolwiek punkty programowe podzieliły niemiecki naród. I choć nigdy ich oficjalnie nie zmodyfikowano, nikt nie robił z tego powodu problemu: ludzie w większym stopniu aprobowali konkretnego człowieka niż punkty programowe. Hitler zyskał zaufanie i oddanie społeczeństwa.
Pomijając hollywoodzkie karykatury, Hitlera charakteryzował chłodny i realistyczny umysł. Jego własny program został w owym umyśle perfekcyjnie opracowany. Jednak w 1920 roku było wciąż za wcześnie na ujawnienie go w pełnym wymiarze. Hitler gardził pompatycznymi i pustymi obietnicami polityków, a jego program był tym, który miał zakończyć błędne koło niespełnionych przyrzeczeń. Myślał o wykorzystaniu talentów i energii wszystkich klas społecznych. Chciał przeobrazić życie przeciętnego niemieckiego robotnika. Pragnął trzykrotnie zwiększyć produkcję przemysłową. Chciał zapewnić farmerom godne miejsce w hierarchii społecznej. Zabronić Żydom piastowania publicznych stanowisk. Marzył o wyzwoleniu terytorium Rzeszy i powrocie na łono ojczyzny dziesięciu milionów Niemców, wygnanych w niewolę traktatem wersalskim.
Jednak Hitler był realistą i zdawał sobie sprawę z faktu, iż przedwczesne zaprezentowanie wszystkich tych planów, w połączeniu z ryzykiem, jakie niosą, może zostać źle odebrane. Na razie musiały mu wystarczyć pewne niezachwiane kanony wiary, służące za swoiste "Tablice Prawa". To, co najistotniejsze, w stosownym momencie zrodzi się z jego umysłu i woli.
W przeciwieństwie do innych polityków z prawej strony sceny politycznej, na chwilę obecną cieszących się znacznie większą estymą niż on, Hitler doskonale wiedział, czego chciał. A teraz wiedział także, że jest w stanie osiągnąć rzeczy, na które nie porwałby się nikt inny. Nie był już "niejakim panem Hitlerem", jak to uprzednio pisała o nim prasa. Stał się Hitlerem, realną indywidualnością, z którą historia będzie musiała żyć - czy chce, czy nie.
Rozdział 7 Jeden wódz
Sukces odniesiony w "Hofbräuhaus" przerwie ostatnią więź łączącą Hitlera z koszarowym życiem. Armia zapewniała mu miejsce do spania, coś do jedzenia i kilka marek na miesiąc. Było to jedyne życie, jakie znał. Ale 2 kwietnia 1920 roku Hitler pożegna się z wojskiem i wyruszy na spotkanie całkiem nowego losu.
Demobilizacja uprawniała go do otrzymania pary skarpetek, pary slipów, koszuli, pary spodni, płaszcza i wojskowych butów. Otrzymał także bonus w postaci pięćdziesięciu marek, co z ledwością wystarczało na zakup jedzenia na dwa tygodnie.
Na Thierschstrasse w Monachium wynajął mały pokój, cztery metry na trzy. Było tam jedno okno, przez które wpadało trochę światła i żadnego ogrzewania. Umeblowanie składało się z małego żelaznego łózka, dwóch krzeseł, malutkiego stolika i umywalki. Hitler będzie tam mieszkać przez całe lata. Kapitan Truman Smith, amerykański attaché wojskowy w Berlinie, który odwiedził Hitlera, aby na życzenie swojego ambasadora przeprowadzić z nim rozmowę, tak określił to miejsce: "Pokój był biedny i ponad wszelką miarę przygnębiający. Wyglądał jak klitka w nowojorskim slumsie." Ów raport spowodował, że Departament Stanu zlekceważył Hitlera jako niewartego uwagi, niemającego grosza przy duszy kloszarda.
Francuski ambasador François-Poncet był o wiele bardziej spostrzegawczy: "Byłoby błędem sądzić, iż ten wizjoner nie jest realistą. Był nim w każdym calu, jednocześnie będąc bardzo wyrachowanym. Cechowało go przeszywające spojrzenie, swoista psychiczna moc, która napędzała jego żelazną wolę oraz niepospolita wytrwałość, wyjątkowa odwaga, zdolność do podejmowania nagłych i bezlitosnych decyzji i wreszcie intuicja, która ostrzegała go przed niebezpieczeństwem. Z jego ludźmi łączyła go więź, jakby nadawali na tej samej fali."
Po każdym spotkaniu, na którym tłumy witały go wiwatami, Hitler wracał samotnie do cichego, zimnego pokoju pod numerem 41 przy Thierschstrasse. Komfort materialny nie był i nigdy nie będzie dla Hitlera czymś godnym uwagi.
W przeciągu kilku najbliższych miesięcy po przedstawieniu swoich "dwudziestu pięciu punktów", Hitler zorganizował czterdzieści sześć wieców i spotkań, na których przemawiał do 62.371 ludzi, którzy zapłacili za możliwość słuchania go. Było to większe audytorium niż łączna liczba uczestników spotkań wszystkich partii lewicy.
Jak można było oczekiwać, jedno z jego wystąpień (13 sierpnia 1920 roku) poświęcone było problemowi żydowskiemu. Plakaty krzyczały: "Dlaczego jesteśmy przeciwko Żydom?" Hitler był zręczny i nie odpowiedział na to pytanie z zaciekłością Lutra, który nazwał Izraelitów "nieszczęściem, zarazą, plagą i przekleństwem dla chrześcijaństwa." "Jego przemowa", mówi historyk John Toland, "była propagandowym majstersztykiem. Hitler pokazał, iż w genialny sposób potrafi połączyć wydarzenia z przeszłości i dnia dzisiejszego w wykalkulowaną formę mającą wzbudzić niechęć i nienawiść. Bezustannie przerywano mu wybuchami śmiechu i okrzykami aprobaty. Publiczność osiemnastokrotnie nagradzała go burzą oklasków, zaś reakcja była szczególnie żywa, gdy określał Żydów mianem "nomadów."
Wystąpienie to było jednym z niewielu, które zachowało się w całości. Historyk Cartier, w którego posiadaniu była stenografowana kopia pełnego tekstu przemówienia, komentował: "Tematami poruszanymi przez Hitlera była praca i Żydzi. Jego podejście do problemu było nadzwyczaj surowe, jednak pozostaje faktem, iż analiza tekstu przywodzi na myśl raczej podejście wykładowcy, a nie podżegacza. Oczywiste jest, iż Hitler z ogromną uwagą przygotował wystąpienie i najprawdopodobniej zawczasu nauczył się go na pamięć, co przy jego niezrównanej zdolności zapamiętywania było dziecinną igraszką. Reakcja słuchaczy dowiodła, że obecność Hitlera i jego zdolności oratorskie tchnęły w tekst prawdziwe życie, skupiając uwagę odbiorców i rozbudzając ich uczucia. Przez pierwsze dwadzieścia minut publiczność była raczej przygaszona, ale potem jej reakcje stały się coraz częstsze i bardziej entuzjastyczne. Hitler przykuł jej uwagę. Jedenastokrotnie był gorąco oklaskiwany przy wtórze salw śmiechu, kiedy to uciekał się do sarkazmu i ironii z wprawą wytrawnego aktora. Na koniec nagrodzono go burzą oklasków i zgotowano owację na stojąco."
W podsumowaniu, Hitler zwracał się nie tylko do samych Niemców, ale także do innych narodów: "Ludu Europy, uwolnij się od żydowskiego jarzma. Ludu świata, jednocz się i stawiaj opór Żydom."
Było to nawoływanie do krucjaty, której istotą było jednakże ścisłe ograniczenie jej do usunięcia ("Entfemung") Żydów, o którym Hitler wspominał już w swoim raporcie dla Reichswehry z 1919 roku. Proponowane przez Hitlera rozwiązanie polegać miało na usunięciu Żydów z wszelkich szczebli władzy w Niemczech, co uniemożliwiłoby im zdominowanie Niemców i kształtowanie ich losu. Nie była to nowa koncepcja. Przez ponad tysiąc lat Europejczycy szukali sposobów na powstrzymanie Żydów przed osiągnięciem prymatu w różnych krajach. Hitler nigdy nie tolerowałby sytuacji, w której obcy będą sprawować kontrolę nad Niemcami, jeśli zaś Żydom nie odpowiadałaby koncepcja Niemiec dla Niemców, mogli się wynieść. To właśnie było sednem słynnego przemówienia Hitlera z 13 sierpnia 1920 roku -?jak poradzić sobie z problemem żydowskim -?i nic poza tym.
Jednakże, dzięki wysiłkom powojennej propagandy, słowo "Entfemung" celowo i błędnie tłumaczono w setkach antyniemieckich publikacji jako "likwidację" lub "unicestwienie". Jako pierwsze owo sfabrykowane znaczenie zaprezentowały wydawnictwa brytyjskie, z których trafiło ono do opracowań francuskich, potem zaś pojawiło się w innych językach. Ironią pozostaje fakt, iż owe wytwory propagandy były następnie tłumaczone na język niemiecki, więc Niemcy zmuszeni byli czytać niczym Ewangelię absolutnie błędny przekład z ich własnego języka. Ponieważ drakońskie "antynazistowskie" przepisy narzucone po II wojnie światowej przez aliantów określały cytowanie "nazistowskich" publikacji jako przestępstwo, nie było możliwe powszechne sprostowanie błędnych przekładów.
Tak więc tak zwane "ostateczne rozwiązanie", jakże często cytowane na podstawie tekstu przemówienia Hitlera z 1920 roku, stało się jeszcze jedną mistyfikacją, której wobec odbiorców dopuścili się polityczni "historycy". W 1920 roku przeciętny Niemiec, w przeciwieństwie do Hitlera, który pragnął wyłącznie usunięcia Żydów, nie przejawiał równie łagodnych uczuć.
Umiarkowanie Hitlera było tym bardziej zauważalne, iż stanowiło jaskrawy kontrast wobec powszechnego gniewu charakterystycznego dla owych dni. Prawdziwą ironią historii jest to, iż właśnie owa wstrzemięźliwość wykorzystana została w próbach zdyskredytowania Hitlera w oczach Niemców, jako tego, który sam rzekomo był Żydem.
Teza ta była wysuwana w setkach książek przez pisarzy żydowskiego i nieżydowskiego pochodzenia. 14 października 1933 roku brytyjski Daily Mirror7, należący do żydowskiego magnata prasowego Lorda Beaverbrooka, opublikował fotografię żydowskiego nagrobka niejakiego Ayrahama Eyliyohna, bukareszteńskiego Żyda, który według Mirror miał być dziadkiem Hitlera. Twierdzenie to zostało powszechnie zaakceptowanie w świecie anglojęzycznym i musiało czekać na historyka Wernera Masera, który wykazał, iż jest absurdem: świadectwo urodzenia Eyliyohna było o pięć lat starsze niż świadectwo urodzenia ojca Hitlera. Następnie, z torturowanego norymberskiego więźnia Hansa Franka wyduszono "zeznanie", iż babka Hitlera rzekomo zaszła w ciążę z Żydem. Odbiorcą owego zadziwiającego oświadczenia był amerykański oficer nazwiskiem Sixtus O'Connor, który owego Żyda określił jako niejakiego Frankeireithera z Grazu w Austrii.
Twierdzenie to zostało jakoby potwierdzone artykułem autorstwa dalekiego krewnego Hitlera, opublikowanym w Paris Soir w dniu 5 sierpnia 1939 roku. I znów Maser wykazał, iż ani nazwisko Frankeireither, ani Frankenberger, jak to również je określano, nie pojawia się w żadnych archiwach Grazu. Co więcej, w okresie od XV wieku do dekady po śmierci babki Hitlera w Grazu nie mieszkał nawet jeden Żyd. Maser, zapoznając się z artykułem z Paris Soir był zaskoczony, iż nazwiska Frankeireither i Frankenberger nawet się tam nie pojawiały. To kolejna porcja norymberskich "dowodów" oparta na torturach i fałszerstwie.
Inną historią z pogranicza fantazji, szybko połkniętą przez aliantów, było rzekome zniszczenie przez Hitlera austriackiej wsi Dollersheim - miejsca urodzenia jego ojca. Zarzut został postawiony przez mającego karę suspensy księdza nazwiskiem Jetzinger, który utrzymywał, iż w 1937 roku Hitler nakazał zrównanie wsi z ziemią, gdyż znajdowały się tam kompromitujące materiały dotyczące jego pochodzenia.
"Dollersheim i okoliczne wsie już nie istnieją", napisał Jetzinger. "Cały niegdyś żyzny i kipiący życiem region jest obecnie niczym więcej jak pustkowiem. Na każdym kroku na ludzi czeka śmierć pod postacią niewypałów. Byli mieszkańcy zostali rozproszeni po całym kraju. Przez wiele lat Hitler napawał się rozkoszą na myśl, iż kazał wysadzić i zrównać z ziemią miejsce narodzin swego ojca, jak również grób babki... Wszystko wskazuje na to, że wyrok śmierci na Dollersheim wydał osobiście Hitler, zaś inspiracją do tego czynu była jego nieprzejednana nienawiść wobec własnego ojca, którego z kolei ojcem mógł być Żyd."
Historia w iście freudowskim stylu, która jest kolejną fałszywką. Historyk Maser stawia sprawę jasno: "Twierdzenie Jetzingera jest piramidalnym absurdem. Po przyłączeniu Austrii do Rzeszy obok grobowca Marii Anny Schicklgruber postawiono pamiątkowy obelisk z wyrytym krzyżem i słowami: 'Tutaj leży babka Führera, Maria A. Hitler z domu Schicklgruber.' Uczniowie szkół i członkowie Hitlerjugend często przychodzili na grób i był on zawsze doskonale utrzymany."
Tuż przed II wojną światową Wehrmacht uruchomił w tym rejonie poligon. Kilka stojących samotnie gospodarstw zostało uszkodzonych, jednak nie uległy zniszczeniu żadne archiwa kościelne czy państwowe, jak również nic nie stało się z wsią Dollersheim. Zniszczenie całego rejonu i okolic Dollersheim nastąpiło pomiędzy 1945 i 1955 rokiem, za co odpowiedzialne były sowieckie wojska okupacyjne. Fakt ten znany był oficjalnym historykom, aczkolwiek przemilczano go. Wszystkie wymysły, począwszy od nienawidzącego samego siebie Żyda Hitlera, poprzez nienawidzącego Żydów innowiercy do szalonego i rozhisteryzowanego krzykacza były fałszywe.
Werner Maser był pod wrażeniem drobiazgowej staranności, z jaką Hitler przygotowywał wszystko, co robił. Wszystkie jego notatki były oparte na szerokim wyborze dokładnych źródeł: "Dwieście pięćdziesiąt stron notatek, które, przygotowując się do wystąpień Hitler zrobił odręcznie na początku swej kariery, dowodzą, iż miał znakomitą pamięć. Przy ogromie materiału z jakim pracował, był świadom konkluzji przemówienia już w momencie kreślenia jego pierwszego zdania. Garść nazwisk, kilka zdań lub rysunków na kawałku papieru było wszystkim, czego potrzebował do rozwinięcia swej argumentacji. Za każdym razem, kiedy jego spojrzenie padało na jedno z tych słów, uruchamiał się automatyczny proces i Hitler mówił, zawsze wiedząc, w jaki sposób użyć danego nazwiska, faktu, szczegółu, pomysłu, przykładu czy symbolu."
Nie tylko geniusz jego oratorstwa zapewniał zwycięstwo, lecz także posiadana wiedza, sposób, w jaki dogłębnie i starannie przygotowywał się do wystąpień oraz wyjątkowa klarowność jego spojrzenia na świat.
Nikt inny w Niemczech nie mógł poszczycić się równie przenikliwym umysłem i niezrównaną zdolnością do wyrażania myśli.
W weimarskim zgromadzeniu narodowym nie brakowało zdolnych ludzi. W każdym parlamencie na świecie jest pod dostatkiem oratorów, czasami pretensjonalnych, czasami ambitnych, niekiedy chciwych i skorumpowanych, lecz są także uczciwi rzecznicy ludu, a niektórych cechuje wręcz głęboka inteligencja. I niezależnie czy są ograniczeni czy błyskotliwi, nie zawsze muszą być od razu źli. Porażką jest sam system parlamentarny: to demokracja pięciuset ludzi, z których żaden tak naprawdę nie jest w stanie zrobić użytku ze swych talentów czy w pełni korzystać z władzy. System oscyluje w kierunku mechanizmu sprowadzającego wszystkich do wspólnego mianownika mierności z korzyścią dla szefów i manipulatorów, często ukrytych za kulisami. To anonimowy system, w którym nikt nie ponosi odpowiedzialności, zaś interesy społeczeństwa są każdorazowo zdradzane. Jeśli pojawi się ktoś z bodaj niewielką iskrą indywidualności, zostanie nieuchronnie sparaliżowany przez hipokrytów i stratowany przez stado. Takim człowiekiem był Stresemann. W 1923 roku zdławiono go pięć razy. W ten sposób nie można niczego osiągnąć, a już w szczególności, kiedy kraj stoi na krawędzi katastrofy.
Hitlera nienawidzono nie ze względu na jego porażki, ale z powodu jego przymiotów. Żaden kraj nie przetrwa zdradzenia narodu przez miernoty i manipulatorów. Prawdziwa demokracja polega na zaufaniu, które naród okazuje niekłamanemu przywódcy wierząc, że nie zawiedzie jego zaufania. I tylko taki lider, cieszący się bezwzględnym poparciem narodu, jest prawdziwie zdolny do zmobilizowania najbardziej kompetentnych jednostek celem służenia ogółowi. Kompetencja jest zaprzeczeniem demokracji miernot.
Tego typu demokracją była, niestety, Republika Weimarska i dla Niemiec oznaczało to samobójstwo.
W marcu 1921 roku weimarscy politycy uciekli z Berlina do Stuttgartu w następstwie przewrotu finansowanego przez cudzoziemskiego Żyda Trebitsch-Lincolna, co odbyło się przy współudziale barona von Luttwitza i generała von Seeckta, szefa Reichswehry. Nominalnym przywódcą puczu był półkrwi Żyd Wolfgang Kapp, lecz faktycznym szefem operacji był Trebitsch-Lincoln. Jedynym członkiem gabinetu, który nie dał się zastraszyć, był minister Noske.
21 marca 1921 roku Noske stanął twarzą w twarz z von Seecktem i korpusem oficerskim i zażądał: "Wszyscy oficerowie, którzy są gotowi pójść za mną, niech podniosą rękę." Zrobiło to tylko dwóch z nich. Von Seeckt odpowiedział: "Reichswehra nie strzela do Reichswehry."
Hitler udał się do Berlina by osobiście ocenić sytuację. Zwrócił uwagę, w jaki sposób parlament złożony z owiec został popchnięty w stronę chaosu przez kilku żydowskich manipulatorów. Jednak rząd, jakby nie był skompromitowany podpisaniem wersalskiego dyktatu, wciąż miał do dyspozycji aparat administracyjny, co umożliwiało mu dławienie nacjonalistycznej opozycji. Gabinet był zbyt tchórzliwy, by budować silne Niemcy. Wszystkie organy władzy, policja i represyjna legislatura nastawione były na zduszenie populizmu i nacjonalizmu. W ten sposób sześćdziesiąt milionów Niemców trzymane było na smyczy przez własny, lecz zarządzany z zewnątrz rząd, podczas gdy Hitlera popierało tylko trzy tysiące ludzi.
Dla Hitlera będzie to oznaczało dwanaście lat walki, brnięcia pod prąd i stawiania czoła przeszkodom, aby dotrzeć do pozostałych sześćdziesięciu milionów Niemców. Jednak nigdy ani przez chwilę nie wątpił, że osiągnie swój cel.
Sytuacja, w jakiej znajdowały się Niemcy stawała się coraz bardziej katastrofalna. Prowincja Górnego Śląska została przekazana Polsce, co było równoznaczne z utratą dużej części zdolności wydobywczych węgla i produkcji stali. W Nadrenii masoni spod znaku Wielkiego Wschodu Francji w jawny sposób prowadzili działalność wywrotową i nawoływali do buntu. Na froncie ekonomicznym wartość niemieckiej marki spadała na łeb, na szyję. Jedyną odpowiedzią na niemieckie wołania o pomoc były kolejne żądania ze strony aliantów, które najdobitniej ilustrują rozkazujące słowa żydowskiego ministra finansów Francji, Louisa-Luciena Klotza: "Szwaby zapłacą."
Alianci zażądali, aby Niemcy przekazywały im dwa miliony ton węgla miesięcznie. Niepodporządkowanie się decyzji groziło okupacją Niemiec. Następne w kolejce były niewiarygodne żądania zapłacenia aliantom dwustu dwudziestu sześciu miliardów marek w złocie na przestrzeni czterdziestu dwóch lat -?suma absolutnie astronomiczna i niemożliwa do spłacenia. Do tego dochodziło dwunastoprocentowe cło od całości niemieckiego eksportu, co było równie niewykonalne, gdyż Rzesza była już ogołocona ze wszystkiego. Rząd Niemiecki oddał wszystko, co tylko mógł, jednak alianci twierdzili, że to wciąż za mało.
Poincaré, szef francuskiego rządu, za każdym razem, kiedy płatności były spóźnione lub niewystarczające, dawał upust swemu niezadowoleniu wysyłając do Niemiec alianckie jednostki: do Frankfurtu i Darmstadtu w 1920, do Düsseldorfu w 1921 roku i wreszcie w 1923 roku, kiedy to najechał prowincję Ruhry przy użyciu wojsk francuskich i belgijskich.
Wszystkie te działania były manną z nieba dla komunistów. Alianckie obciążenia ułatwiały im zadanie. Alianckie grabieże i postępujący rozkład niemieckiego rządu sprawiały, że wywrotowa działalność komunistów stawała się problemem równie dużym, jak po roku 1918.
Hitler był całkowicie świadom, że w starciu z czerwoną rewolucją wspieraną moskiewskimi bagnetami jego kilka tysięcy wiernych stronników nie ma wielkich szans. Swym zwolennikom powiedział otwarcie: "Ktokolwiek stanie po naszej stronie, nie zdobędzie laurów, nie wspominając o korzyściach materialnych. Najprawdopodobniej skończy w więzieniu."
W rzeczywistości, wielu skończyło jeszcze gorzej. Długa batalia Hitlera kosztować będzie życie 1.785 jego zwolenników. Rany z rąk komunistów odniesie czterdzieści trzy tysiące z nich.
Ale to odwaga Hitlera i poświęcenie tych, którzy do niego dołączyli, wywrze wrażenie na szarych ludziach. Hitler nigdy nie marnował okazji, by przypomnieć tłumom: "Owi rycerze, hrabiowie i generałowie nigdy nic nie zrobią. Ale ja zrobię! Zrobię to sam!" Nie były to próżne przechwałki, lecz po prostu stwierdzenie faktu. Prawdziwości tego stwierdzenia Hitler będzie w coraz większym stopniu dowodził.
Partie burżuazyjne zdecydowały się oprotestować miliardowe żądania aliantów, jednak, kiedy stało się jasne, że komuniści mają zamiar zakłócić protesty, szybko się z pomysłu wycofały. Ich tchórzostwo tak rozwścieczyło Hitlera, iż zdecydował, że zorganizuje protest samodzielnie. Było to 2 lutego 1921 roku. Hitler wynajął ogromną halę w cyrku Krone w Monachium. Celem rozpropagowania wiecu zarządził druk tysięcy plakatów, jeszcze bardziej czerwonych niż zwykle, aby tym bardziej rozwścieczyć marksistów oraz zasypał ulotkami dzielnice robotnicze. Raz jeszcze rozesłał swych zagorzałych zwolenników w oflagowanych ciężarówkach. Tym razem na sztandarach po raz pierwszy widniała swastyka. Sztandary były osobistym projektem Hitlera, opartym na pomysłach wywodzących się ze starożytnej historii Niemiec. Pracował nad nimi przez kilka nocy, ustalając ich wymiary i proporcje co do milimetra. Wzmocnił wymowę krzyża poprzez nadanie kątów prostych zaokrąglonym elementom, aby podkreślić ich symboliczną wymowę nawiązującą do życia i energii, a następnie oparł projekt o kolorystykę starej flagi Cesarstwa Niemieckiego, używając czerni, czerwieni i bieli. Dwadzieścia lat później ta właśnie swastyka powiewać będzie od Narwiku do Stalingradu.
2 lutego 1921 roku był to wciąż nieznany symbol. Jednak już od samego początku wzbudził zaniepokojenie bawarskiego ministra spraw wewnętrznych, który ogłosił, iż w przyszłości policja będzie mogła używać siły w celu zapobieżenia publicznemu eksponowaniu symbolu. Dwanaście lat później ten sam minister będzie pośpiesznie wywieszać ze swego balkonu sztandar, który osobiście zdelegalizował.
Wieczorem w dniu wiecu, sala cyrku Krone wypełniła się po brzegi. Pojawiło się ponad siedem tysięcy ludzi, z których każdy zapłacił za wstęp, co miało niebagatelne znaczenie dla finansów partii -?zaskoczyło to nawet Hitlera. Przemawiał do tłumu przez dwie i pół godziny. "Po pierwszej pół godzinie bez przerwy przerywano mi oklaskami. Pod dwóch godzinach aplauz zastąpiła niemal nabożna cisza. Gdy wypowiedziałem ostatnie słowa, publiczność ogarnęła fala entuzjazmu i zgromadzeni odśpiewali z zapałem 'Deutschland über alles.'"
Tak zwani polityczni eksperci, którzy do dzisiejszego dnia nie są w stanie pojąć swoistej chemii pomiędzy narodem i ich przywódcą, próbowali owego dnia uzmysłowić sobie coś, co było dla nich rzeczą niewytłumaczalną. Żydowski historyk Haffner tłumaczył sukces Hitlera hipnozą: "Była to umiejętność hipnotyzowania, z rodzaju tych, które w każdym momencie i w każdych okolicznościach umożliwiają skoncentrowanej sile woli objęcie kontroli nad nieprzytomnym, tym razem kolektywnym. Hipnotyczny efekt, jaki Hitler wywierał na masy był jego atutem politycznym o kapitalnym wręcz znaczeniu."
Hitler nie doczekał się w oczach Haffnera uznania za inne talenty, jak również nie doczekali się ich sami Niemcy, posiadający swoją własną wolę i umysły. Później jednak wydarzenia zmusiły Haffnera do weryfikacji jego opinii: "Jeśli przyjrzeć się Hitlerowi bliżej, nawet przed ???? rokiem, jego obserwatorzy i krytycy musieli być pod wrażeniem jeszcze jednej rzeczy poza oczywistym talentem oratorskim: jego umiejętności organizacyjnych, a mówiąc dokładniej, predyspozycji do zawładnięcia ludźmi będącymi efektywnym instrumentem sprawowania władzy i dojścia do perfekcji w posługiwaniu się nimi."
Po sukcesie spotkania w cyrku Krone, Hitler będzie organizować średnio cztery wiece miesięcznie. Po opłaceniu kosztów zebrano sześćdziesiąt tysięcy marek. Ponadto, członkowie partii płacili składki w wysokości pięćdziesięciu fenigów miesięcznie, czyli sześciu marek rocznie. Jeśli przemnoży się to przez tysiące, fundusze te staną się istotnym wkładem w rozwój nowego ruchu.
Jednakże sukces Hitlera szybko wzbudził zazdrość. Pierwotni założyciele partii czuli się przytłoczeni przez zachodzące wydarzenia i krytycznie odnosili się do działań, które określali mianem "szaleństw Hitlera." Stopień nasycenia Monachium propagandą partii powodował u nich przerażenie: cóż za marnotrawienie pieniędzy! Fakt, że kiedy Hitler do nich dołączał to skarbiec partii zawierał siedem i pół marki, jakoś umykał ich uwadze. Czuli się upokorzeni jego sukcesem i w pewnym sensie odczuwali potrzebę sprowadzenia go do poziomu swojej przeciętności. W celu zmniejszenia jego wpływów pragnęli połączenia partii z innymi, mniejszymi partiami, które wegetowały w podobny sposób, jak ich własna, zanim Hitler stał się jej członkiem. Jednak w opinii Hitlera wchłonięcie słabych i podrzędnych partyjek nigdy nie przełożyłoby się na powstanie realnego potencjału, dlatego zawsze stał w opozycji do tego typu projektów. Zdawał sobie sprawę, iż posiada dar zjednywania sobie mas i inspirowania ich do stania się prawdziwą siłą i nie chciał marnować czasu na deliberacje z bezbarwnymi politykami. Wierzył, iż kiedy naród raz już obierze przywódcę, będzie miał prawo oczekiwać od niego odpowiedzialności, a nie uciekania od niej. Z kolei przywódca będzie miał prawo oczekiwać bezwzględnego poparcia ze strony narodu. Wierzył w to przez całe swoje życie.
Tak więc małostkowi założyciele oryginalnej Niemieckiej Partii Robotników zapragnęli przywołać Hitlera do porządku: jeszcze jeden epizod w odwiecznej wojnie między miernością i talentem. Hitler wyjechał na sześć tygodni do Berlina celem występowania na wiecach oraz odbycia serii spotkań na wysokim szczeblu, w tym z generałem Ludendorffem, admirałem Schroederem, Ernstem von Borsigiem, przewodniczącym zrzeszenia przemysłu stalowego i hrabią von Reventlowem. Żona hrabiego, urodzona we Francji hrabina d'Allemont, była oczarowana Hitlerem i w obecności gości swego eleganckiego salonu powiedziała: "Ten człowiek jest przyszłym Mesjaszem Niemiec."
Podczas gdy Hitler zabiegał o poparcie wpływowych osób dla jego partii, dotarły do niego wieści o knowaniach w Monachium. Natychmiast wrócił, aby stanąć przed partyjnymi biurokratami. Zamiast oczekiwanych wyjaśnień spotkał się z pytaniami zadawanymi w nieprzyjazny sposób. Jakże mało znali Hitlera jego partyjni koledzy! Jego reakcją było natychmiastowe złożenie rezygnacji z członkostwa w partii.
Zarzuty wysuwane pod adresem Hitlera były równie fałszywe, co absurdalne. Poza oskarżeniami dotyczącymi jego rzekomej żądzy władzy, pomówiono go także o bycie kobieciarzem. Co ciekawe, miało się to odnosić do kontaktów z kobietami ubranymi w drogie jedwabne majtki i palącymi papierosy. Nieszczęsny Hitler! I to wszystko w czasie, gdy niczym mnich mieszkał w swoim nieogrzewanym, wynajętym pokoju.
Tymczasem szeregowi członkowie partii odmawiali zaakceptowania rezygnacji Hitlera. W dniu 11 lipca 1921 roku poproszono go o zajęcie stanowiska. Mając świadomość, że bez niego partia nie znaczy nic, postawił jej ultimatum: jeśli chcą, aby został, wszyscy lamentujący intryganci będą musieli zrezygnować z członkostwa; wszyscy głosujący przeciwko niemu, obstrukcjoniści i zazdrosne miernoty będą musiały odejść, zaś partia natychmiast zaakceptuje go w roli szefa z pełną władzą wykonawczą. Krytykanccy podjudzacze byli zszokowani i nagle uświadomili sobie, że porwali się na bardzo niezwykłego przeciwnika. Drexler, jeden z głównych mącicieli, dosłownie padł Hitlerowi do stóp: "Z szacunku dla pana ogromnej wiedzy i w podziękowaniu za bezinteresowną pracę na rzecz rozwoju partii, jak również w uznaniu pana wyjątkowych zdolności oratorskich, komitet gotów jest przyznać panu pełną władzę wykonawczą i w jak najszybszym trybie ogłosić pana szefem partii, natychmiast, kiedy tylko wycofa pan swoją rezygnację."
Jednak Hitler nie zaakceptował propozycji i bez konsultowania się z komitetem, który i tak się przed nim ukorzył, w dniu 29 lipca 1921 roku odwołał się bezpośrednio do szeregowych członków partii. Pragnął, aby jego władza pochodziła wprost od ludzi, a nie od garści małych intrygantów. Jego przybycie na spotkanie zostało powitane burzą oklasków. Przegłosowano warunki postawione przez Hitlera: pięćset pięćdziesiąt trzy głosy "za" i jeden głos na "nie.".
Później, na wielkim wiecu w cyrku Krone, oficjalnie ratyfikowano wszystkie warunki. Hitler stał się gospodarzem we własnym domu dzięki praktycznie jednogłośnemu werdyktowi będącemu wyrażeniem woli członków partii. To właśnie tego wieczoru po raz pierwszy został wodzem. Magiczne słowo "Führer" zaczęło swą karierę.
Rozdział 8 Trzy szanse Hitlera
"Tyle planów miałem w głowie. Całymi dniami myślałem o tym, co byłbym w stanie zrobić, ale wszystko sprowadzało się do jednego problemu: nie miałem nazwiska i tym samym żadnej realnej siły, aby zrobić coś pożytecznego." Taki był tok myślenia Hitlera do dnia, w którym podpisano traktat wersalski. Miał wtedy w kieszeni mniej niż sto marek, nie znał prawie nikogo w Monachium, nie mógł polegać na niczyim wsparciu. Będą musiały minąć jeszcze dwa lata, zanim jego nazwisko będzie pisane poprawnie.
Media i historycy establishmentu zawsze twierdzili, że Hitler nie miał programu. Miał coś więcej -?zasady. Programy muszą być adaptowane do zmieniającej się sytuacji, podczas gdy zasady utrzymują swoją integralność i kierunek. Programy, które nie są oparte na zasadach, przypominają glinę bez rzeźbiarza.
W czasie samotnego pobytu w Wiedniu i podczas pięćdziesięciu jeden miesięcy na froncie, Hitler był częścią rytmu, w jakim funkcjonował cały naród i tym samym czuł jego psychiczną siłę, niczym maleńka gwiazda w przeogromnej konstelacji. Jedyną rzeczywistość dla Hitlera stanowiły najwyższe zasady, które były dla niego drogowskazem. Kiedyś w Berlinie powiedział mi, ze ludzie wielcy są obdarzeni duchowością, która pozwala im wydźwignąć ludzkość z niewoli i mierności.
Pozbawiony jakichkolwiek środków materialnych, Hitler miał wyłącznie swoją wiarę i swoje zasady. Początkowo sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale miał jeszcze talent do używania słowa. Był to prawdziwy dar od Boga. Najtęższe umysły mogą zacząć się jąkać czytając jedną czy dwie strony tekstu w obecności tłumu. Niemcy od zawsze cierpiały na brak dobrych mówców. Nawet weimarscy politycy wygłaszali publiczne przemówienia w sposób sztywny i mało inspirujący. Hitler zauważył błysk zainteresowania w oczach kolegów, gdy rozmawiał z nimi w okopach. Dlaczego spijali słowa z jego ust -?był przecież nikim -?podczas gdy z pogardą odtrącali wykłady wielkich i możnych?
Na początku 1919 roku to, co pozostało z cesarskiej armii, stało się ostatnim bastionem Niemiec w walce z komunistycznymi rewoltami. Tylko z najwyższym trudem zdemobilizowani oficerowie i żołnierze zdołali ocalić Berlin i kilka innych miast. Ale cena była często wysoka: pojmanych wojskowych ohydnie torturowano przed zabiciem. Patriotów atakowali także niektórzy byli jeńcy wojenni, którzy trafili do rosyjskiej niewoli i zostali poddani przez marksistów praniu mózgów przed zwolnieniem do Niemiec.
Patriotycznie nastawieni żołnierze organizowali się, by przeciągnąć na swoją stronę owych zindoktrynowanych weteranów. Rozpoczęli kampanię mającą na celu promowanie wartości narodowych i obywatelskich wśród wszystkich, którzy służyli w siłach zbrojnych. Do prowadzenia skutecznej akcji potrzebni byli wyszkoleni i zaufani patrioci. W tym celu na uniwersytecie w Monachium uruchomiono specjalny kurs dla byłych żołnierzy z poboru. Jednym ze słuchaczy był Hitler, którego patriotyzm i antykomunistyczne nastawienie zostały zauważone. Jednak wciąż był tylko nieznanym eks-żołnierzem.
Po kilku dniach trwania kursu, profesor Karl Alexander von Mueller, który wykładał polityczną historię wojny, zwrócił się do kapitana Karla Mayera, oficera, który przysłał mu niewielką grupkę nowo zapisanych słuchaczy, z następującym pytaniem: "Czy wiedział pan, że wśród szkolonych osób macie utalentowanego mówcę?"
"Któż to taki?"
"Niejaki Hitler z Pułku Lista", odpowiedział von Mueller.
Profesor odkrył talenty Hitlera zupełnie przypadkowo: "Po moim wykładzie, który wywołał ożywioną dyskusję, kiedy już miałem opuścić salę, wpadłem na niewielką grupkę ludzi blokującą przejście. Wydawali się być zafascynowani słowami człowieka o dziwnie gardłowym głosie... Zaintrygowała mnie jego blada twarz, zupełnie niewojskowy pukiel czarnych włosów na czole, przypominający pędzelek wąsik i duże jasnoniebieskie i świecące oczy. Kiedy obserwowałem słuchających, miałem wrażenie, że ich egzaltacja wraca do niego jak bumerang, wzmacniając siłę jego płomiennej przemowy." Kapitan Meyer nie był tylko zwyczajnym oficerem; był motorem napędowym sekcji szkolenia i propagandy przy samym dowództwie. Opierając się na ocenie von Muellera, zareagował natychmiast. Skierował Hitlera do pułku w Monachium, jako "zaufanego przedstawiciela dowództwa regionalnego."
Ów nieoczekiwany awans Hitler zawdzięczał nie swoim ideom, a raczej, jak to określił Mayer, "bardzo pięknej, czystej i celnej formie, jaką nadawał swoim słowom." Mayer widział w Hitlerze żołnierza-patriotę zdolnego do przekonania tych, których komuniści przekabacili w obozach jenieckich. Wysłano go zatem do obozu Lechfeld, gdzie nie brakowało tego typu ludzi. W przeciągu miesiąca Hitler przewrócił politycznie obóz do góry nogami. Porucznik Bendt, bezpośredni przełożony Hitlera, wysłał do Monachium następujący raport: "Dzięki jasności i prostocie wypowiedzi Hitler sprawia, że jego idee są zrozumiałe dla wszystkich. Jest urodzonym mówcą, który swym płomiennym zapałem oraz zachowaniem sprawiającym, iż uważany jest za 'swojego", przykuwa uwagę słuchaczy i przekonuje ich do własnego sposobu myślenia."
Można powiedzieć, że Hitler-mówca został odkryty dzięki przypadkowi. Jego sukces w Lechfeld dał mu w końcu nazwisko i zasłużone uznanie. Nie był już anonimowym kapralem wśród czterystu tysięcy innych podoficerów. Gdy w dniu 10 września 1919 roku otrzymał list od kapitana Mayera, zaczynał się on od szczególnie uroczystego zwrotu "Sehr verehter Herr Hitler." Dla kogoś, kto dobrze znal rygory podległości służbowej w niemieckiej armii, była to zmiana, w którą trudno było uwierzyć.
Uwagę przełożonych Hitlera zwrócił jeden z aspektów jego sukcesu w obozie Lechfeld: ustanowienie współzależności między komunistycznymi rewoltami w Niemczech i nieprzerwaną obecnością Żydów w pierwszym szeregu wywrotowców. Szef wydziału wywiadu i szkolenia poprosił Hitlera o opracowanie raportu dotyczącego wpływów Żydów i judaizmu. Sprawozdanie Hitlera było dość rewolucyjne. Przyznawał, że większość ludzi odbierała cechy charakterystyczne dla Żydów jako odpychające, chociaż w jego ocenie była to reakcja instynktowna, podczas gdy w jego przypadku wynikała ze sfery intelektualnej. Przeprowadzając logiczną analizę skonkludował, iż przez ostatnie dwa tysiące lat Żydzi podtrzymywali odrębność rasową, wyróżniającą ich w każdej społeczności narodowej, w której w danym momencie akurat się znaleźli.
Tak oto pierwszym dokumentem politycznym Hitlera był wojskowy raport:
"O ile prawdą jest, iż niebezpieczeństwo jakie judaizm stwarza dla narodu niemieckiego skutkuje odrazą, jaką Żydzi wywołują u znacznej części naszego społeczeństwa, owa odraza nie jest wynikiem wiedzy na temat zgubnego wpływu judaizmu na nasz naród, ale ma źródło w emocjach. To poważny błąd. Obrona przed judaizmem nie powinna i nie może być oparta na reakcjach emocjonalnych, ale na znajomości faktów. Po pierwsze judaizm jest rasą, a nie społecznością religijną. Żydzi nigdy nie określają się mianem Niemców, Polaków czy Amerykanów wiary żydowskiej, ale zawsze uważają się za niemieckich Żydów, polskich Żydów czy amerykańskich Żydów. Jedynym atrybutem zapożyczonym z obcych krajów jest język. Żydzi nie muszą wyznawać judaizmu żeby być Żydami. Przez całe wieki Żydzi zachowywali swoją charakterystykę rasową w najściślejszym kręgu pokrewieństwa, robiąc to z dużo większą konsekwencją niż narody, wśród których żyją. Tym samym mamy u siebie obcą nieniemiecka rasę, która funkcjonuje pośród nas. Nie ma ona ani ochoty, ani możliwości wyrzeczenia się swych cech rasowych czy sposobu odczuwania, myślenia lub działania. Mimo to, owa obca rasa ma takie same prawa, jak my."
Hitler podsumował, iż reakcje emocjonalne znajdują ujście w pogromach, podczas kiedy racjonalna reakcja powinna prowadzić do systematycznego i legalnego zniesienia specjalnych przywilejów, z jakich korzystają Żydzi. Inne obce społeczności nie cieszyły się podobnymi specjalnymi względami, więc tym samym Żydzi nie powinni funkcjonować jako uprzywilejowana rasa wewnątrz narodu niemieckiego. Jednak ostatecznym celem było zdystansowanie Żydów od Niemców. Słowo "zdystansować" jest tu godne uwagi. Do końca życia Hitler będzie mówić o "zdystansowaniu" Żydów od ludności niemieckiej. Słowo "eksterminacja" nigdy nie pojawi się w żadnym z zapisów, które wyszły spod jego pióra.
Raport Hitlera został dobrze przyjęty w kręgach wojskowych Monachium, ale nie zawędrował nigdzie dalej.
Tragedia II wojny światowej została zmonopolizowana przez pro-syjonistyczne lobby jako wyłączna tragedia Żydów. Jest to kłamstwo historyczne spreparowane dla osiągnięcia zysków finansowych. Fakt, iż niektórzy Żydzi ucierpieli w tak wielkiej pożodze, wywołanej zresztą przez ich własnych przywódców, jest bezsporną prawdą. Jednakże wyolbrzymianie tych cierpień jest tak dalece nieproporcjonalne, iż w ostatecznym rozrachunku staje się szkodliwe dla interesów, którym ma służyć. Dopiero teraz profesjonalni historycy sprowadzają zapisy dotyczące największego militarnego konfliktu w dziejach świata do sfery faktów.
Po wyborach z 1933 roku, wygranych przez Hitlera, żydowscy przywódcy dosłownie wypowiedzieli wojnę Niemcom. Była to wojna na tle rasowym, którą Hitler zmuszony był toczyć. Jednak jego bronią w tym konflikcie był oręż polityczny i społeczny i te właśnie metody legły u podstaw największej politycznej i społecznej rewolucji, jaką kiedykolwiek widział świat.
To właśnie w celu zdławienia tej rewolucji alianci raz jeszcze zostali zmanipulowani i wplątani w konflikt zbrojny z Niemcami.
Nie jest żadnym zaskoczeniem, że w 1919 roku wojskowi zwierzchnicy Hitlera byli zainteresowani problemem żydowskim, gdyż to właśnie Żydzi przewodzili komunistycznej rewolucji w Niemczech. Fakt ten był jeszcze jednym powodem, dla którego większość Niemców była nastawiona antyżydowsko. Hitler podniósł te procesy emocjonalne do poziomu intelektualnego. Patrioci wywodzący się z kręgów wojskowych stanowili ostatnią rezerwę pokonanych Niemiec i jako jej ostatni bastion, byli zainteresowani ratowaniem kraju przed jeszcze większym chaosem. Z tego powodu przyglądali się zarówno partiom politycznym o podłożu patriotycznym, jak i tym, które prowadziły działalność wywrotową.
Wywiad wojskowy w Monachium obserwował niewielką partię pod nazwą Niemiecka Partia Robotników (DAP). Jej założycielem był ślusarz pracujący na kolei, nazwiskiem Anton Drexler. Podstawą jego idei było założenie, że ratunek dla Niemiec leży w trwałej zgodzie między socjalizmem i nacjonalizmem. Była to oryginalna koncepcja, gdyż ideologie te od zawsze były sobie śmiertelnie wrogie.
Już od czasu swego pobytu w Wiedniu, Hitler wiedział, że w rzeczywistości obie orientacje wzajemnie się uzupełniają. Drexler był gorącym patriotą i zagorzałym zwolennikiem idei sprawiedliwości społecznej, którą w owym czasie określano mianem socjalizmu. Tak naprawdę, tego typu "patriotyczny" socjalizm pozostawał w skrajnej opozycji do wypaczonego socjalizmu żydowskich finansistów i ich marksistowskich morderców. Tak więc ojcem narodowego socjalizmu był nie kto inny, jak uczciwy patriota-robotnik, który 5 stycznia 1919 roku wraz ze swymi kolegami z pracy założył małą partię. Była to partia prawdziwie robotnicza, niebędąca narzędziem w rękach międzynarodowej finansjery czy żydowskich intelektualistów.
Od czasu do czasu DAP organizowała spotkania na pierwszym piętrze piwiarni "Altes Rosenbad" i zapraszała na nie mieszkańców Monachium. Zwykłe z ciekawości przychodziło po kilka osób.
Kapitan Meyer zdecydował o wysłaniu obserwatora na następne spotkanie DAP. Po jego odkryciu przez profesora von Muellera i po dokonaniach w obozie Lechfeld, szczęście uśmiechnęło się do Hitlera po raz trzeci. Tym razem spotkanie odbywało się na zapleczu piwiarni "Stemecker", zaś jako zaproszony gość miał wystąpić ekonomista Gottfried Feder. Na spotkanie przybyło czterdzieści pięć osób, wśród których było dwóch sklepikarzy, szesnastu handlowców, artysta, profesor i córka sędziego. Po wysłuchaniu zaproszonego mówcy, Hitler zanotował w swoim notatniku: "Śmieszne i małostkowe dzielenie włosa na czworo. Mam dosyć słuchania tych rzeczy!" Gdy wychodził z sali, profesor nazwiskiem Baumann poprosił o możliwość polemiki z nudną przemową ekonomisty.
Wstał i wygłosił tyradę na rzecz bawarskiego separatyzmu. Tego było już dla Hitlera za wiele i choć był tam wyłącznie jako obserwator, wskoczył na mównicę i z zaciekłością wytknął błędy w argumentacji profesora. Jego elokwencja oraz logika uzasadnienia olśniła obecnych i wprawiła ich w podziw. Tym razem nie zwracał się do żołnierzy, ale do czterdziestu pięciu cywilów, których nie obowiązywała wojskowa dyscyplina.
Tamtego wieczoru Hitler poczuł potęgę własnych słów. Był w stanie przykuć uwagę słuchaczy i potrafił ich przekonać. Czuł nie tylko moc własnej argumentacji, ale i swoistą wymianę energii między mówcą i publicznością. Był świadkiem, jak siła jego oratorstwa wlewała moc w tych, którzy go słuchali i jak z kolei oni oddawali mu ją w dwójnasób.
Owego dnia Hitler zrozumiał, że można zwyciężać samym słowem. Odkrył samego siebie, zaś czterdziestu pięciu słuchaczy doznało najgłębszego duchowego doświadczenia.
Tej samej nocy, po powrocie do koszar, Hitler nie mógł usnąć, rozmyślając o nagłym objawieniu się potęgi jego elokwencji. Sięgnął do kieszeni po małą broszurkę, którą otrzymał od Antona Drexlera i zabrał się za jej studiowanie, rzucając przy tym okruchy chleba myszy, którą miał w zwyczaju karmić co wieczór. W ogólnym sensie, broszurka wykładała podstawową ideę, która była punktem startowym dla jego własnej koncepcji: połączenie potencjału klas społecznych. Jednakże jej styl i sposób prezentowania koncepcji był słaby i nie wywierał stosownego wrażenia.
Następnego dnia Hitler nie zaprzątał już sobie głowy spotkaniem, absolutnie nie przypuszczając, iż może doprowadzić do kolejnych kontaktów. Jednakże jego słuchacze, wręcz przeciwnie, wciąż byli oczarowani i domagali się jego powrotu.
Pragnęli, aby wstąpił do partii i zaprosili go na zebranie komitetu. Jeden z kolegów-mechaników powiedział Drexlerowi: "Ten człowiek naprawdę potrafi mówić. Z pewnością moglibyśmy zrobić z niego użytek."
Dla Hitlera sprawa nie wyglądała równie prosto. Po pierwsze, nie był człowiekiem, którego "można by użyć." Instynkt od zawsze podpowiadał mu, że jego przeznaczeniem było przywództwo. Poza tym, partyjka wydawała się mieć żałośnie nieistotne znaczenie, zaś jej program, poza pomysłem pojednania klasowego, był przepojony duchem drobnomieszczaństwa. Była w nim mowa o "stole zastawionym dobrym jedzeniem", jako o jednym z filarów szczęścia, co dla Hitlera nie było specjalnie istotne.
Hitler powiedział mi, że Drexler, mimo wszystko, jako ratunek dla Niemiec wypracował ideę o wielkiej wadze, która współgrała z fundamentalną zasadą jego własnej koncepcji, jaką było przekonanie narodu do wizji socjalizmu. Połączenie patriotyzmu ze sprawiedliwością społeczną było pomysłem, który w przyszłości będzie stanowić siłę napędową całej politycznej działalności Hitlera.
Hitler wahał się przez dwa dni. Ostatecznie doszedł do wniosku, że chociaż jego słuchaczy nie będzie wielu, to sam jeden ma jeszcze mniejsze szanse na zaistnienie. Czterdziestu pięciu ludzi to prawie nic, ale to o czterdzieści pięć osób więcej, niż jeden Hitler. Niemiecka Partia Robotników była mikroskopijna, ale istniała naprawdę, miała swoją nazwę i pewnie lepiej było zaczynać od niej niż od zera.
W kwestii tej brzemiennej w skutki decyzji, Hitler wypowiedział się w następujący sposób: "Doszedłem do wniosku, że muszę wykonać ten pierwszy krok. To była najbardziej ostateczna decyzja w moim życiu. Odwrotu nie będzie."
Rozdział 9 Kto skończy z bankructwem?
"Mamy władzę. Teraz rozpoczyna się gigantyczna praca." Hitler wypowiedział te słowa w nocy 20 stycznia 1934 roku, kiedy przed oknami kancelarii Rzeszy przez bite pięć godzin przelewały się wiwatujące tłumy. Jego walka polityczna trwała czternaście lat, sam zaś miał czterdzieści trzy lata, czyli można założyć, że był u szczytu swych możliwości intelektualnych i fizycznych. Kolejno podbijał serca milionów rodaków i stworzył z nich najpotężniejszą siłę polityczną Niemiec, partię otoczoną szańcem setek tysięcy szturmowców, z których trzy czwarte było członkami klasy robotniczej.
Był niezwykle bystry. Zabawiał się ze swymi oponentami i kolejno przekonywał ich do swojej koncepcji.
Stojąc w oknie kancelarii i pozdrawiając podniesioną ręka rozentuzjazmowane tłumy, musiał zaznać uczucia triumfu. Ale jednocześnie sprawiał w tym momencie wrażenie zupełnie odrętwiałego, czymś pochłoniętego, jakby zagubionego w innym świecie.
Był to świat bardzo odległy od szaleństwa na ulicach, świat składający się z sześćdziesięciu pięciu milionów obywateli, którzy kochali go lub nienawidzili, ale którzy od tej nocy stali się jego odpowiedzialnością. I wiedział, podobnie jak wiedzieli to prawie wszyscy Niemcy pod koniec stycznia 1934 roku, że była to odpowiedzialność przytłaczająca i niemalże niemożliwa do udźwignięcia.
Po upływie ponad pół wieku, ludzie nie mają już żadnego pojęcia o sytuacji, w jakiej wówczas znajdowała się Rzesza. Wszyscy zdają się sądzić, że Niemcy byli zawsze pulchni i syci.
Cóż można powiedzieć? Niemcy, których odziedziczył Hitler, byli szkieletami.
W międzyczasie przez scenę polityczną przewinął się, często w wielkim zamieszaniu, tuzin "demokratycznych" rządów. Zamiast ulżyć niedoli społeczeństwa, rządy te tylko ją pogłębiały. Powodem był ich własny brak stabilności i nieumiejętność trzymania się jednego planu przez okres dłuższy niż rok czy dwa. Niemcy trafiły w ślepy zaułek, prowadzone przez polityków, którzy teraz bili głową w mur. Ostatnie lata przyniosły także falę samobójstw, zamykająca się liczbą dwustu dwudziestu czterech tysięcy. To prawdziwie wstrząsający wskaźnik, świadczący o iście przerażającym stopniu zubożenia i nędzy.
Na początku 1933 roku ubóstwo stało się w Niemczech zjawiskiem praktycznie powszechnym. Po ulicach wałęsało się sześć milionów głodnych bezrobotnych, otrzymujących nędzny zasiłek w wysokości niecałych czterdziestu dwóch marek miesięcznie. Wielu z tych, którzy byli pozbawieni możliwości zarobkowania, miało na utrzymaniu rodziny, co oznaczało, że w sumie około dwudziestu milionów Niemców, jedna trzecia populacji, zmuszona była walczyć o przetrwanie mając do dyspozycji czterdzieści fenigów na osobę dziennie.
Poza tym, zasiłek dla bezrobotnych wypłacano tylko przez okres sześciu miesięcy. Po tym okresie następował dramat: życie na minimalnym zasiłku wydzielanym przez organizacje opieki społecznej.
Pomijając całkowitą niewystarczalność tego typu pomocy, nawet półroczne próby ratowania przed pewną zgubą sześciu milionów bezrobotnych doprowadziły zarówno organizacje lokalne, jak i struktury rządowe do absolutnej ruiny. Tylko w 1932 roku tego typu pomoc pochłonęła cztery miliardy marek, co stanowiło 57% wszystkich przychodów z tytułu podatków, jakie płynęły do kas rządu federalnego i krajów związkowych.
Nielicznym szczęśliwcom, którzy mieli jakąś pracę, wcale nie wiodło się o wiele lepiej. O 25% obniżono płace miesięczne i tygodniówki robotników i pracowników najemnych. 21% z nich zarabiało od 100 do 250 marek na miesiąc, z czego 69,2% zarabiało mniej, niż 1.200 marek w skali roku. Obliczano, że liczba Niemców będących w stanie żyć bez ciągłej presji finansowej nie przekracza stu tysięcy osób.
Przez ostatnie trzy lata przed dojściem Hitlera do władzy ogólne przychody państwa spadły o ponad połowę, z poziomu dwudziestu trzech miliardów marek do jedenastu.
Średni roczny dochód na głowę niemieckiego obywatela skurczył się z 1.187 marek w 1929 roku do 632 marek, poziomu niemalże nie do zniesienia, w 1932 roku. Gdy Hitler dochodził do władzy, 90% niemieckiego społeczeństwa było bez środków do życia.
Nikt nie był wolny od dławiących efektów bezrobocia. Intelektualiści zostali tak samo ciężko doświadczeni jak robotnicy. Spośród 135.000 absolwentów uczelni, 60% nie miało pracy. Tylko niewielka część z nich otrzymywała zasiłki dla bezrobotnych.
"Pozostali", pisał zagraniczny obserwator, Marcel Laloire w swej książce "Nowe Niemcy", "polegają na swoich rodzicach lub śpią w noclegowniach. W ciągu dnia można ich zauważyć na berlińskich bulwarach z przyczepionymi do pleców afiszami, głoszącymi, iż podejmą się każdej pracy."
Ale nie było już więcej żadnej pracy.
Podobnie dramatyczny spadek zatrudnienia nastąpił w chałupnictwie, którym parało się około czterech milionów obywateli. Ich obszar działania skurczył się o 55%, a ogólna wartość sprzedaży spadła z dwudziestu dwóch miliardów do jedenastu miliardów marek. Najbardziej dotknięci bezrobociem byli pracownicy sektora budowlanego, gdzie wskaźnik ten wynosił 90%.
Zrujnowani byli także farmerzy, a straty sektora rolniczego obliczano na dwanaście miliardów marek. Wielu gospodarzy było zmuszonych do obciążenia hipoteką swej ziemi i domów. W 1932 roku wysokość samych odsetek od zaciągniętych kredytów, wymuszonych przez krach gospodarczy, odpowiadała 20% wartości całej produkcji rolniczej kraju. Gdy zdesperowani rolnicy nie byli w stanie dłużej wytrzymywać obciążeń finansowych, ich majątek podlegał licytacji zgodnie z procedurami prawnymi. W latach 1931-1932 zlikwidowano w ten sposób 17.157 gospodarstw rolnych o łącznej powierzchni ziemi uprawnej wynoszącej 462.485 hektarów.
Weimarska "demokracja" nie zrobiła absolutnie nic, by naprawić rażące krzywdy, skutkujące zubożeniem milionów pracowników sektora rolniczego, mimo, iż byli oni najciężej pracującymi obywatelami Niemiec i stanowili najbardziej stabilną podstawę gospodarki kraju. Zostali obrabowani, wydziedziczeni i porzuceni -?nic dziwnego zatem, że odpowiedzieli na wezwanie Hitlera.
Na koniec stycznia 1934 roku sytuację rolników można określić mianem tragicznej. Podobnie jak pozostała część niemieckiej klasy robotniczej, farmerzy zostali zdradzeni przez swych marksistowskich przywódców i zmuszeni do wyboru między nędznymi zarobkami, marnymi i niepewnymi zasiłkami lub zwyczajnym żebractwem.
Niemiecki przemysł, niegdyś sławny na całym świecie, od dawna już przestał prosperować, pomimo milionów marek dotacji, które finansowi magnaci czuli się w obowiązku pompować w kufry będących u władzy partii w zamian za ich przychylność. Przez czternaście lat, noszący klapki na oczach konserwatyści, pospołu z chrześcijańskimi demokratami z politycznego centrum, paśli się u żłobu z nie mniejszą łapczywością niż ich oponenci z lewej strony sceny politycznej.
Nie ma nic za darmo. W polityce ten, kto bierze pieniądze, zakłada sobie kajdany.
Pomimo ochoczej współpracy ze strony polityków starych partii i wszelakiej maści zapewnień i obietnic, grube ryby niemieckiego kapitalizmu doświadczyły wyłącznie pasma katastrof. Popierane przez nich, naprędce formowane rządy, tworzone w politycznym zamęcie dzięki wzajemnym żądaniom i obietnicom, okazały się całkowicie nieefektywne. Pogrążały się w kolejnych niepowodzeniach, nigdy nie mając ani czasu na wywiązanie się z obietnic, ani woli do skupienia się na roli, jakiej od nich oczekiwano.
Było oczywistym, iż jakiekolwiek plany ekonomiczne, stworzone w takim zamęcie, skazane będą na niepowodzenie. Do osiągnięcia konkretnych celów potrzebny jest czas. Wyłącznie w sytuacji, gdy dysponuje się czasem, można poddać godne plany procesowi swoistego dojrzewania i równocześnie znaleźć kompetentnych ludzi, którzy będą w stanie wcielić je w życie.
Przekupywanie partii politycznych nie wpłynęło także na poprawę ich niemocy w radzeniu sobie z obciążeniami narzuconymi przez Traktat Wersalski. W 1923 roku Francja praktycznie przejęła Zagłębie Ruhry i w ciągu sześciu miesięcy zmusiła weimarski rząd do godnej pożałowania kapitulacji. Jak jednak mogły stawić opór tego typu polityczne wędrowne ptaszki, bezustannie doświadczające partyjnych rozłamów i nienawidzące się wzajemnie? W 1923 roku tylko w przeciągu kilku miesięcy na scenie politycznej pojawiło się i szybko znikło siedem kolejnych gabinetów. Nie miały one innego wyboru, jak tylko poddać się poniżającej alianckiej kontroli i ulec separatystycznym intrygom knutym przez płatnych rozłamowców Poincaré.
Wysokie cła narzucone na sprzedaż niemieckich towarów poza Niemcy szybko wykluczyły jakiekolwiek szanse na rozwój niemieckiego eksportu. Zmuszona do wypłacania zwycięzcom gigantycznych sum, Rzesza pozbawiała się miliardów za miliardami, aż ostatecznie, doprowadzona do skrajnej nędzy, musiała szukać ucieczki w ogromnych pożyczkach z zagranicy, przede wszystkim ze Stanów Zjednoczonych.
Owe zadłużenie dopełniło zniszczenia Niemiec i w 1929 roku przyspieszyło nadejście najbardziej niszczycielskiego kryzysu.
Wielcy przemysłowcy, przy całym ich łapówkarstwie na rzecz polityków, okazali się całkowicie bezsilni: ich fabryki pustoszały, a ich wygłodniali pracownicy, żyjący jak prawdziwi włóczędzy, gnieździli się w pobliskich dzielnicach robotniczych.
Kominy tysięcy niemieckich fabryk przypominały las martwych drzew.
Wiele z nich całkowicie upadło. Te, które jeszcze przetrwały, funkcjonowały w ograniczonym zakresie. Produkcja przemysłowa Niemiec spadła o połowę, z siedmiu miliardów marek w 1920 roku do trzech i pół w 1932 roku.
Znakomitym przykładem jest tutaj przemysł motoryzacyjny. W 1932 roku niemiecka produkcja stanowiła proporcjonalnie tylko jedną dwunastą produkcji Stanów Zjednoczonych i tylko jedną trzecią produkcji Francji: 682.376 samochodów w Niemczech (jeden na sto osób) w porównaniu z 1.855.174 samochodami we Francji, czyli w kraju, mającym dwadzieścia milionów mieszkańców mniej niż Niemcy.
Podobny regres można było zauważyć w niemieckim eksporcie. Nadwyżka handlowa skurczyła się z prawie trzech miliardów marek w 1931 roku do 667 milionów w 1932, co oznaczało spadek o 75%.
Przytłoczony problemami z płatnościami i ilością sald debetowych, nawet wielki niemiecki Bank Centralny zaczął ulegać procesowi dezintegracji. W dniu dojścia Hitlera do władzy, Bank Centralny ponaglany o spłatę zaciągniętych za granicą pożyczek dysponował łączną sumą osiemdziesięciu trzech milionów marek, z których sześćdziesiąt cztery były przeznaczone do rozdysponowania w następnym dniu.
Astronomiczne zadłużenie za granicą, którego wysokość przekraczała trzyletnią wartość całego krajowego eksportu, było dla każdego Niemca niczym kamień u szyi. Nie było możliwości odwołania się do krajowych rezerw: operacje bankowe w Niemczech praktycznie ustały. Jedynym wyjściem pozostawały podatki.
Niestety, państwowe przychody z tytułu opodatkowania także doświadczyły gwałtownego załamania. Z 9 miliardów marek w 1930 roku skurczyły się do 7,8 miliarda w 1931 roku, a następnie spadły do poziomu 6,65 miliarda w 1932 roku, z czego tylko zasiłki dla bezrobotnych pochłonęły 4 miliardy.
Lokalne zadłużenie, liczone w miliardach, także rosło w zastraszającym tempie. Oblężone przez miliony będących w potrzebie ludzi, same lokalne władze samorządowe były w 1928 roku zadłużone na sumę 6,542 miliarda marek, która do 1932 roku urosła do 11.295 miliardów, z czego 1.668 miliarda marek stanowiły pożyczki krótkoterminowe.
Jakiekolwiek nadzieje na spłacenie takiego deficytu za pomocą nowych podatków wykraczało już nawet poza sferę marzeń. W okresie między rokiem 1925 i 1931 i tak już podniesiono podatki o 45%. W latach 1931-1932 Niemcom kanclerza Heinricha Brüninga, krajowi pozbawionych pracy robotników i przemysłowców z na wpół martwymi fabrykami, zaaplikowano dwadzieścia trzy "nadzwyczajne" ustawy. Jednakże to uciekanie się do nadmiernych obciążeń podatkowych okazało się całkowicie bezużyteczne, ponieważ analiza Banku Rozrachunków Międzynarodowych8, ogłoszona w stosownym oświadczeniu, wykazywała, iż poziom podatków w Niemczech osiągnął tak wysoki pułap, iż dalsze ich podnoszenie było niemożliwe.
Tak więc na finansowej szali z jednej strony widniało dziewiętnaście miliardów w formie długu zagranicznego plus zadłużenie wewnętrzne w takiej samej wysokości, zaś na drugiej osiemdziesiąt trzy miliony marek w walucie zagranicznej, znajdujące się w posiadania Reichsbanku. To tak, jakby każdy Niemiec, będąc winny bankowi sześć tysięcy marek, miał w kieszeni czternaście marek na spłacenie długu.
Nieuchronnym skutkiem szerzącej się biedy i rosnącej niepewności co do przyszłości był gwałtowny spadek liczby urodzin dzieci.
Gdy majątek gospodarstwa domowego kurczy się do czterech fenigów, lub znika całkowicie, gdy rozum podpowiada, że nadchodzące dni przyniosą jeszcze większe nieszczęścia, nikt nie myśli o powiększaniu rodziny, którą trzeba będzie utrzymać.
W owych czasach wskaźnik narodzin był barometrem dobrobytu kraju. Dziecko jest wielką pociechą, chyba, że do jego wykarmienia ma się tylko okruchy chleba.
To był los, jaki w 1932 roku stał się udziałem setek tysięcy niemieckich rodzin.
Za czasów Wilhelma II wskaźnik urodzin wynosił 33,4 na każde tysiąc osób. W 1921 roku spadł do 25,9. Trzy lata później, w 1924 roku, obniżył się do 15,1, aby pod koniec 1932 roku spaść do 14,7.
Należy zauważyć, że poziom ten i tak został osiągnięty jedynie dzięki wyższemu wskaźnikowi urodzeń w rejonach wiejskich. W pięćdziesięciu największych miastach Rzeszy śmiertelność przewyższała liczbę narodzin. W 45% rodzin robotniczych w ostatnich latach nie zanotowano żadnych nowych narodzin. Spadek liczby narodzin był najbardziej zauważalny w Berlinie, gdzie statystycznie na jedną rodzinę przypadało mniej niż jedno dziecko, zaś wskaźnik narodzin wynosił 9,3 na tysiąc osób. Liczba zgonów przewyższała liczbę urodzeń o 60%.
Jedyne, co w przeciwieństwie do wskaźników demograficznych zdawało się przeżywać rozkwit, to sfera polityki -?świat polityków był prawdopodobnie jedyną rzeczą w Niemczech, która w owych dramatycznych czasach miała się dobrze. Od 1919 roku do 1932 roku Niemcy były świadkami rządów ni mniej, ni więcej, tylko dwudziestu trzech gabinetów, co oznaczało, iż średnio co siedem miesięcy następowała zmiana rządu. Każda rozsądnie myśląca osoba nieuchronnie dojdzie do wniosku, że tego typu bezustanne wstrząsy i wymiany politycznych gangów stawiały pod znakiem zapytania samą istotę władzy.
Jeśli przełożyć to na funkcjonowanie własnej fabryki, to jak efektywna byłaby jej praca, gdyby co siedem miesięcy wymieniano zarząd, kierowników, kluczowy personel i wprowadzano nowe metody prowadzenia interesów? Oczywistym jest, że nastąpiłaby plajta.
Co gorsza, Niemcy nie były fabryczką zatrudniającą stu czy dwustu pracowników, lecz narodem złożonym z sześćdziesięciu pięciu milionów obywateli zgniecionych wymuszeniami traktatu wersalskiego, stagnacją gospodarczą, przerażającym bezrobociem i przyprawiającą o mdłości nędzą, wspólną dla całego społeczeństwa.
Setki ministrów, którzy w ciągu trzynastu lat karuzelą przewinęli się przez posady rządowe, uwikłanych w nieistotne parlamentarne sprzeczki, stronnicze żądania i osobiste ambicje, nie było w stanie zapewnić nic, poza pewnym upadkiem bałaganiarskich rządów sprawowanych przez bezustannie rywalizujące partie.
Sytuację Niemiec dodatkowo komplikowała nieograniczona rywalizacja dwudziestu krajów związkowych, która rozmywała władzę rządu na ośrodki często stojące w bezpośredniej opozycji do Berlina. Mechanizm ten był równoznaczny z bezustannym sabotowaniem tych resztek władzy centralnej, które skupiał jeszcze w swych rękach rząd.
Wiekowe relikty partykularyzmu mocno usadowione w krajach związkowych zazdrośnie strzegły swych przywilejów. Pokój westfalski z 1648 roku podzielił Niemcy na ponad trzydzieści lilipucich państewek, w większości operetkowych królestw, gdzie, kołysząc żabotami przy nabożnych ukłonach, każdy marionetkowy król bawił się w Ludwika XIV.
Nawet na początku I wojny światowej (1914-1918), Rzesza Niemiecka składała się z czterech odrębnych krajów, z których każdy miał swojego władcę, swoją armię, flagę, tytuły szlacheckie i połyskujące kolorową emalią odznaczenia.
Bawarczyk z uporem trzymał się swoich tradycyjnych lederhosen, swojego kufla z piwem i swojej fajki. Szedł na wojnę, aby ich bronić. Saksończyk chętnie obszedłby wyniosłego Prusaka. Każdy upierał się przy zachowaniu swych praw, a odległy Berlin był dla wszystkich tylko cierniem.
Każdy z tych krajów związkowych posiadał swój własny rząd z przewodniczącym rady. Razem dawało to listę pięćdziesięciu dziewięciu ministrów, którzy po dodaniu jedenastu ministrów Rzeszy i czterdziestu dwóch senatorów z wolnych miast (którzy byli po prostu innym rodzajem przewodniczących rad narodowych), tworzyli armię stu dwunastu ministrów, z których każdy patrzył na sąsiada co najmniej złym okiem.
Jeśli chodzi o posłów w Rzeszy, to biorąc pod uwagę dwadzieścia dwa kraje związkowe i czterdzieści dwa wolne miasta, ich ogólna liczba szła w tysiące. Było ich między dwieście i trzysta tysięcy, wybieranych przez tuziny rywalizujących ze sobą partii.
W czasie ostatnich wyborów do Reichstagu, ledwie na dwa miesiące przed objęciem przez Hitlera stanowiska kanclerza, istniało nie mniej niż trzydzieści siedem różnych partii politycznych, wystawiających do rywalizacji o mandaty siedem tysięcy kandydatów, z których każdy wyciągał rękę, rozpaczliwie próbując chwycić kawałek parlamentarnego tortu.
Było to jakieś dziwactwo: im bardziej dyskredytował się system partyjny, tym więcej pojawiało się czempionów demokracji, którzy ochoczo kłębili się i przepychali, aby tylko zarobić dodatkowe kokosy.
Ci, których wybrano, na pozór zostawali tam na wieczność, pobierając sute pensyjki (poseł zarabiał dziesięć razy więcej niż przeciętny robotnik) i krzątając się w poszukiwaniu konkretnych dodatkowych korzyści w formie uprzejmych przysług wyświadczanych przez zainteresowaną klientelę, jak to na przykład zrobili socjalistyczni posłowie z Berlina, którzy wyprosili u pewnych finansistów wspaniałe futra dla swoich żon.
W demokracji mandat parlamentarny bywa sprawą o niezwykle przelotnym charakterze, zaś stanowisk ministerialnych dotyczy to w jeszcze większym stopniu. Pokusą jest zatem brać, dopóki dają.
Uczciwi czy nie, tych stu dwunastu ministrów i tysiące posłów przekształciło Niemcy w kraj, którym nie dało się rządzić. Do stycznia 1933 roku cała ta armia całkowicie się zdyskredytowała. Fakt ów nie podlegał żadnej dyskusji. Ktokolwiek mógłby objąć po nich schedę, dziedziczyłby kraj leżący w gruzach.
Pól wieku później, w czasach, kiedy tak wielu ludzi żyje w dostatku, trudno jest uwierzyć w to, że Niemcy stycznia 1933 roku były krajem, który zawędrował na skraj przepaści. Jednak każdy, kto studiuje archiwa i stosowne dokumenty z tamtych czasów, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Tak było. Ani jedna liczba w tym bilansie porażek nie jest zmyślona. W styczniu 1933 roku wykrwawione Niemcy były na kolanach.
Wszyscy poprzedni kanclerze, tacy jak Brüning, Papen i Schleicher, którzy podjęli się postawienia Niemiec na nogi, zawiedli. Aby wziąć w garść kraj, który stoczył się na dno przepaści, tak jak Niemcy na początku 1933 roku, potrzebny był prawdziwy geniusz, lub, jak to się mówiło, ktoś niespełna rozumu.
Prezydent Stanów Zjednoczonych Franklin Roosevelt, któremu w tym samym czasie powierzono uporanie się z amerykańskim kryzysem, miał do swej dyspozycji ogromne rezerwy złota. Hitler, stojąc bez słowa w oknie Kancelarii Rzeszy w pamiętną noc 30 stycznie 1933 roku, zdawał sobie sprawę, że nie może liczyć na nic, poza pustym skarbcem. Nikt nie zrobi mu najmniejszego prezentu. Stary Hindenburg przekazał mu wyliczenie zadłużenia pełne przerażających liczb.
Lecz Hitler miał tego pełną świadomość. Czuł, że dysponuje siłą woli, która podźwignie Niemcy politycznie, społecznie, finansowo i ekonomicznie. Będzie zaczynać od zera, lub też raczej od mniej niż zera. Jednakże wiedział, jak z owego zera szybko uczynić Niemcy krajem potężniejszym niż były kiedykolwiek wcześniej.
Czy mógł liczyć na poparcie?
Jako przeciwników wciąż miał miliony Niemców. Fakt, byli przeciwnikami zagubionymi, zdradzonymi przez swoje partie polityczne, ale jeszcze nieprzekonanymi do narodowego socjalizmu. W tę styczniowa noc, w całych Niemczech Hitler mógł liczyć na poparcie trzynastu milionów wyborców, z których wielu wywodziło się spośród byłych socjalistów i komunistów.
Obie strony -?zwolennicy i przeciwnicy Hitlera -?z grubsza dorównywały sobie liczebnie, jednak siły po lewej stronie sceny politycznej były skłócone, zaś stronnicy Hitlera byli zjednoczeni. Był jeszcze jeden istotny czynnik, który sprawiał, że narodowi socjaliści mieli ogromną przewagę: ich przekonania i absolutna wiara w swojego przywódcę. Ich doskonale zorganizowana partia zmierzyła się z największymi przeciwnościami i skutecznie sobie z nimi poradziła. Nocą 30 stycznia 1933 roku wszyscy mieli świadomość zwycięstwa i byli nim uniesieni.
Hitler oficjalnie doszedł do władzy.
Rozdział 10 Zjednoczenie państwa
"Dumą mojego życia będzie, jeśli u schyłku swoich dni będę mógł powiedzieć, że przekonałem do siebie niemieckiego robotnika i wróciłem mu jego należne miejsce w Rzeszy." To były pierwsze słowa Hitlera po objęciu funkcji kanclerza. Oznaczały, iż nie zamierza wyłącznie wysłać ludzi z powrotem do pracy, ale dopilnować, by robotnik nie tylko uzyskał prawa, ale by cieszył się prestiżem wśród narodowej społeczności.
Jeśli wziąć pod uwagę stosunki z niemieckim człowiekiem pracy, owa "społeczność narodowa" przez długi czas była raczej przysłowiową podłą macochą. Walka klas nie była wyłącznym pomysłem marksistów. Była faktem i częścią życia, w którym klasa uprzywilejowana, kapitaliści, dążyli do zdominowania klasy robotniczej. W efekcie niemiecki robotnik, czując się jak parias, poniekąd odłączył się od ojczyzny, która często uważała go zaledwie za środek produkcji.
W rozumieniu kapitalistów, pieniądze były jedynym aktywnym środkiem zapewniającym rozkwit krajowej ekonomii. Koncepcja ta w rozumieniu Hitlera była fundamentalnie zła: to kapitał był instrumentem. Praca była najistotniejszym elementem -?ludzkie dążenia, honor, pot i krew -?oto ciało i dusza społeczeństwa.
Hitler nie pragnął ograniczyć się wyłącznie do położenia kresu walce klasowej, lecz chciał na nowo przywrócić istocie ludzkiej szacunek i pierwszeństwo w obliczu prawa. Wartości te uważał za pryncypialne czynniki wpływające na proces wytwarzania dóbr.
Można obyć się bez złota i Hitler to zrobi. Tuzin innych czynników może zastąpić złoto jako środek stymulujący ożywienie gospodarcze i Hitler je wymyśli. Jednak jeśli chodzi o pracę, nie zastąpi jej nic.
Aby przywrócić robotnika na łono ojczyzny, trzeba sprawić, iż człowiek pracy zacznie ufać, że od teraz traktowany będzie na równi z innymi, a nie spychany do roli istoty podrzędnej społecznie, który to status na zbyt długo przylgnął do niego w czasach rządów tak zwanych partii demokratycznych z obu biegunów sceny politycznej. Żadna z tych partii nigdy nie mogła zrozumieć, że w hierarchii ludzkich wartości praca stanowi istotę życia, zaś materia, niech będzie to stal lub złoto, jest wyłącznie narzędziem.
Cele wykraczały zatem daleko poza suchą koncepcję wysłania sześciu milionów bezrobotnych z powrotem do pracy. Była to kwestia osiągnięcia zwycięstwa w rewolucji totalnej: zmianie sposobu postrzegania klas i osiągnięciu ich zgodnej współpracy.
"Ludzie", zadeklarował Hitler, "nie pojawili się na tej ziemi dla dobra ekonomii, a ekonomia nie istnieje dla dobra kapitału. Jest dokładnie odwrotnie: kapitał ma służyć ekonomii, która z kolei ma służyć ludziom."
Nie wystarczyło zatem zwyczajnie otworzyć bramy fabryk i ponownie zapełnić je robotnikami, ponieważ, gdyby trzymać się starych schematów, pracownicy byliby niczym więcej, niż żywymi maszynami, anonimowymi i wymiennymi.
Wymagane było ponowne stworzenie moralnej równowagi między pracownikami, istotami ludzkimi nadającymi kształt materiałom, a użytecznym i kontrolowanym kapitalizmem sprowadzonym do jego właściwej roli jako narzędzia. Było to niczym zmiana całego świata, a to wymagało czasu.
Hitler miał pełną świadomość faktu, że rewolucja o takim zasięgu nie przyniesie efektów w sytuacji, kiedy rząd centralny i rządy krajowe trwają w stanie anarchii, co najwyżej drepcząc w miejscu, prawie nigdy nic nie osiągając i często wymykając się spod kontroli. Nie osiągnie się też przełomu w sposobie funkcjonowania społeczeństwa, kiedy tuziny partii i tysiące posłów o wszelkich możliwych odcieniach światopoglądowych bezustannie wtrącają się do sposobu funkcjonowania systemu politycznego, który i tak miotał się bezładnie od roku 1919.
Odbudowanie instytucji państwowych i przywrócenie efektywności ich działania w skali całego kraju było zatem warunkiem wstępnym do jakiegokolwiek odrodzenia społecznego. Jak mówi rosyjskie przysłowie: "Ryba psuje się od głowy."
To właśnie polityczna głowa Niemiec z okresu przed dojściem Hitlera do władzy zaczynała się psuć. Tuzin kolejnych gabinetów Rzeszy, skonfliktowanych i niepewnych, ostatecznie odszedł nawet bez podejmowania prób obrony. Starzejący się marszałek von Hindenburg w latach 1931 i 1932 arbitralnie zastąpił je pół-dyktaturą, co do której można było mieć wątpliwości, czy będzie w stanie cokolwiek osiągnąć.
Ostatni kanclerze, panowie Brüning, Papen i Schleicher, zdołali się utrzymać przy władzy wyłącznie metodami podpisywania dekretów. Ich władza, sztucznie narzucona poprzez nadużycie artykułu 84 niemieckiej konstytucji, była niezwykle podatna na wszelkie niespodziewane perfidie. Przykładem takiej sytuacji był rok 1932, kiedy to von Papen musiał przełknąć szczególnie upokarzający wynik głosowania nad wotum nieufności, na który złożyły się głosy 94% deputowanych do Reichstagu. Dojście Hitlera do władzy położyło kres tego typu ekscesom politycznym. Jednakże Hindenburg zażądał, aby nowy kanclerz był pilnowany przez swój własny rząd niczym więzień. Hitler zobowiązany był do nominowania do składu pierwszego rządu czterokrotnie większej liczby kandydatur ministrów konserwatywnych -?innymi słowy reakcjonistów -?niż członków własnej partii. Tym samym mógł zacząć pracę, mając za sobą tylko dwóch narodowych socjalistów.
Reprezentanci Hindenburga otrzymali zadanie trzymania Hitlera na krótkiej smyczy. Jednak już na pierwszym posiedzeniu Reichstagu w marcu 1933 roku, Hitler się z niej zerwał, i to nie za pomocą dekretu w niegdysiejszym stylu von Papena, a dzięki uzyskaniu absolutnej większości parlamentarnej przyznającej mu pełną władzę na okres czterech lat.
Cztery lata na planowanie, tworzenie, podejmowanie decyzji. W sensie politycznym była to rewolucja: pierwsza rewolucja Hitlera. Przeprowadzona w pełni demokratycznie, podobnie jak każdy etap jego dojścia do władzy. Swój początkowy sukces zawdzięczał poparciu elektoratu, zaś teraz, w podobnym duchu, realna i długoterminowa władza została mu przyznana przez Reichstag głosami ponad trzech czwartych posłów wybranych w systemie powszechnego głosowania.
Była to jedna z głównych zasad Hitlera: żadnej władzy bez wyraźnej i niewymuszonej zgody narodu. Lubił zawsze powtarzać: "Jeśli chcesz rządzić ludźmi wyłącznie za pomocą narzucania władzy państwa, lepiej od razu zaplanuj godzinę policyjną od dziewiątej wieczorem."
W żadnym kraju XX-wiecznej Europy władza głowy państwa nie była oparta na tak przytłaczającym i wolnym przyzwoleniu narodu. Przed Hitlerem, od 1919 roku do 1932 roku, rządy określające same siebie szlachetnym mianem demokratycznych, dochodziły do władzy minimalną większością 51% lub 52% głosów, nie licząc przy tym wstrzymujących się od głosu.
"Nie jestem dyktatorem", zapewniał wielokrotnie Hitler, "i nigdy nim nie będę. Narodowy socjalizm będzie zdecydowanie wymuszał metody demokratyczne."
Władza nie jest równoznaczna z tyranią. Tyranem jest ktoś, kto przejmuje władzę bez zgody narodu lub wbrew jego woli. Demokratę naród sam wynosi do władzy. Jednak demokracja nie ogranicza się do pojedynczej formuły. Mamy demokrację pośrednią i bezpośrednią. Możemy zatem mieć demokrację autorytarną. Istotną rzeczą jest, iż ludzie jej chcieli, wybrali ją i ustanowili jej ostateczną formę.
Tak właśnie było w przypadku Hitlera. Jego dojście do władzy było ponad wszystko demokratyczne. Może nam się to podobać lub nie, ale nie zmienia to niepodważalnego faktu. Z roku na rok poparcie dla Hitlera wśród społeczeństwa niemieckiego rosło. Inteligentniejsi z tych, którzy go początkowo potępiali, nie mogli temu zaprzeczyć. Takim człowiekiem jest profesor Joachim Fest, historyk o poglądach antynazistowskich, którego pozwolę sobie trzykrotnie zacytować poniżej:
"Pragnieniem Hitlera nigdy nie było zwyczajne stworzenie reżimu opartego na sile. Dostrzeganie wyłącznie jego żądzy władzy jest niezrozumieniem natury tego człowieka i jego motywacji."
"Nie urodził się, by zostać zwykłym tyranem. Był owładnięty ideą swojej misji."
"Nigdy bardziej niż w tamtej chwili nie czuł się tak zależny od mas i nigdy nie wyczekiwał ich reakcji z większym niepokojem" (J. Fest, Hitler, the Führer, s. 44).
Słów tych nie napisał dr Goebbels, lecz bezlitosny analityk działań Hitlera.
28 lutego 1933 roku, mniej niż w miesiąc po objęciu funkcji kanclerza, wciąż pod bacznym nadzorem, Hitler zdołał uwolnić się od konserwatywnej kurateli, którą Hindenburg miał nadzieję go skrępować. Pożar Reichstagu umożliwił mu uzyskanie od starego marszałka pełnomocnictw dla "ochrony narodu i państwa", które w znaczący sposób zwiększyły zasięg jego władzy wykonawczej.
Jednakże Hitler pragnął uzyskać nie tyle ustępstwa ze strony łatwo ulegającego wpływom starego człowieka, lecz przede wszystkim pełne pełnomocnictwo przyznane przez najwyższą legalnie wybraną instytucję: Reichstag. Hitler przygotował swój zamach stanu umiejętnie, cierpliwie i z przebiegłością, z której słynął.
"Cechowała go", mówi Fest, "inteligencja, która przede wszystkim przejawiała się w poczuciu pewnego rytmu, który należy zachować przy podejmowaniu decyzji."
Hitler przede wszystkim dołożył wszelkich starań, aby cała uwaga skupiła się na starym marszałku, który uwielbiał odwoływać się do przeszłości. Z pozornie ogromną pokorą, w dniu 21 marca 1933 roku, przed inauguracją nowego Reichstagu, Hitler przygotował w Poczdamie ceremonię na cześć Hindenburga, która była organizacyjnym majstersztykiem, łączącym nastrój refleksji, majestatyczności i piękna. Było w niej wszystko, co mogło zaspokoić każdą próżność.
Hindenburg na dobre odwiesił już swój stary uniform z lat 1914-1918. Aby stary wiarus mógł ponownie spotkać Niemców z dawnych lat, Hitler ściągnął z całego kraju weteranów wszystkich wojen. Począwszy od wojny 1871 roku (sześćdziesiąt dwa lata wcześniej!) przeciwko Napoleonowi III, przez wojnę z 1866 roku przeciwko Danii (sześćdziesiąt siedem lat wcześniej!), aż do wojny z 1864 roku (sześćdziesiąt dziewięć lat wcześniej!) z Cesarstwem Austriackim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Alan Cassels, "Fascism", Nowy Jork, Thomas Y. Crowell Co., 1975, s. 247 [wróć]
2. Ibid., s. 247 [wróć]
3. Hitlera początkowo skierowano do ośrodka szkoleniowego dla rekrutów, podległego 2 Bawarskiemu Pułkowi Rezerwowemu, skąd jednak szybko przeniesiono go do złożonego z ochotników 16 Bawarskiego Pułku Rezerwowego (tzw. "Pułk Lista" 6 Bawarskiej Dywizji Rezerwowej), w którym służył do końca wojny (przyp. tłum.) [wróć]
4. 16 Bawarski Rezerwowy Pułk Piechoty został tak nazwany na cześć swojego dowódcy, pułkownika Alfreda Juliusa Eduarda Lista, poległego 31.10.1914 roku i od tej pory wzmiankowany jako "Pułk Lista" (przyp. tłum.) [wróć]
5. Wielki Wschód Francji (fr. Grand Orient de France) -?największa, założona w 1733 roku, organizacja masońska Francji (przyp. tłum.) [wróć]
6. Tak w oryginale. Zapewne chodzi o pracę "Schron w Fournes", najprawdopodobniej datowaną na 1915 rok (przyp. tłum.). [wróć]
7. Najprawdopodobniej chodzi tu o Daily Express (przyp. tłum.). [wróć]
8. Instytucja finansowa powołana w 1930 roku w celu zarządzania środkami pochodzącymi z reparacji wojennych Niemiec po I wojnie światowej (przy. tłum.). [wróć]
W artykule pana Rafała Wójcika "Wiek Hitlera w Polsce" zamieszczonym 21.09.2016 roku w "Gazecie Wyborczej" znalazło się wiele rzeczy nieprawdziwych.
Pan Wójcik przedstawia mnie wyłącznie jako wydawcę specjalizującego się w wydawaniu dzieł propagujących nazizm, co delikatnie mówiąc jest nieprawdą. Pomija milczeniem fakt, że w pracy wydawcy wydałem mnóstwo książek o treści patriotycznej, a nie raz były to pierwsze wydania zapomnianych polskich autorów. Przytoczę tu chociażby takie pozycje jak "Fala za falą" Pławskiego, "Powstańczy Tryptyk" Blichewicza "Szczerby" (książka doczekała się entuzjastycznej recenzji w "Gazecie Wyborczej") czy wydanie wspomnień Kazimierza Leskiego z płytą z jego głosem.
Za swoją działalność wydawniczą zostałem zresztą odznaczony orderem "Pro memoria", "Zasłużony działacz kultury" (z rąk wiceministra kultury Arama Rybickiego) i dwukrotnie za zasługi na rzecz pamięci o Polskiej Marynarce Wojennej.
Przedstawienie mnie wyłącznie jako wydawcę książek o tematyce nazistowskiej szkaluje moje dobre imię.
Autor zarzuca mi, że nie jestem "fachowym historykiem", w związku z tym to nie ja powinienem pisać wstęp do książki Degrella. No cóż, dobrze byłoby wiedzieć co autor ma na myśli używając tego pojęcia. Jeśli ktoś, kto kończył historię na UMK w Toruniu, specjalizuje się w wydawaniu książek historycznych od lat trzydziestu i napisał około 100 wstępów do książek i artykułów historycznych nie jest "fachowcem" godnym napisać wstęp do "Wieku Hitlera", to kto nim jest?
Z zaciekawieniem zerknąłem na Wikipedię, aby sprawdzić dorobek naukowy redaktora Wójcika, który pozwala mu tak krytycznie mnie oceniać. Niestety nic na ten temat nie znalazłem, ale to pewnie tym gorzej dla Wikipedii!
Panu Wójcikowi nic nie przeszkadza jednak cytować "niefachowca" w swoim artykule, gdzie przytacza całe fragmenty mojego wstępu, przy czym bez żadnego słowa krytyki na temat tego co w nim napisałem!
Autor artykułu nie odnosi się wcale do treści książki, czyli historii pierwszej wojny światowej w/g Degrella. Wnioskuję w związku z tym, że p. Wójcik albo nie przeczytał tej książki, albo przestraszył się, że będzie musiał skrytykować wielu "historyków-fachowców" francuskich o uznanym dorobku naukowym, których Degrell tak często przytacza.
Pan Wójcik skontaktował się też z dystrybutorami książki "Wiek Hitlera" -?EMPIK-iem, Bonito.pl, Matrasem próbując ich zastraszyć, sugerując że książka nie powinna być przez nich dystrybuowana. Oczywiście też nie odnosząc się do treści książki.
Jak widać nie chodziło p. Wójcikowi o merytoryczną dyskusję na temat książki, ale o zniszczenie wydawnictwa, poprzez zablokowanie jego sieci dystrybucyjnej.
I jeszcze jedno. Redaktor Wójcik nie zadał sobie na tyle trudu, aby sprawdzić stopkę redakcyjną w książce "Wiek Hitlera", atakując wydawnictwo Finna a nie rzeczywistego wydawcę, czyli spółkę Katmar. Ale... przecież nie o prawdziwe informacje tu chodzi...
W spisie książek zamieszczonych w artykule, propagujących nazizm wg redaktora Wójcika, znalazła się książka Siegfrieda Knappe: "Soldat: Refleksje niemieckiego żołnierza". Jest to w rzeczywistości książka antyhitlerowska, a sam Knappe, autor książki, wspomina, jak to będąc w bunkrze Hitlera zastanawiał się, czy nie strzelić mu w łeb.
No cóż, pan Wójcik jak widać gustuje w poglądach, że jeśli jakieś fakty nie pasują do jego tezy, to tym gorzej dla faktów.
I na koniec o rzeczy obrzydliwej. Umieszczenie zdjęcia na którym obok siebie są okładki z podobizną Adolfa Hitlera i Lecha Kaczyńskiego jest zabiegiem godnym Josepha Goebbelsa. Gratuluję! Jak widać, redaktorzy "Wyborczej" czerpią z dobrych wzorców.
Andrzej Ryba
Oto inspirująca, choć tragiczna historia idealistycznego, niezłomnego i nieustraszonego przywódcy, któremu dane było przetrwać największe wichry II wojny światowej tylko po to, by u samego schyłku życia zostać dosięgniętym przez zdradę.
Michael Collins Piper
Leon Degrelle zmarł w Maladze, w Hiszpanii, w dniu 1 kwietnia 1994 roku w wieku 87 lat. Przed II wojną światową Degrelle był najmłodszym przywódca politycznym Europy i ojcem ruchu reksistowskiego w Belgii. W czasie wojny stał się bohaterem frontu wschodniego, gdzie walczył broniąc Europy przed komunizmem. Jako mąż stanu i żołnierz znał Hitlera, Mussoliniego, Churchilla, Franco, Lavala, Pétaina i wielu innych przywódców europejskich z czasów tytanicznych ideologicznych i militarnych zmagań, którymi była II wojna światowa. Jako jedyny z nich przetrwał jeszcze niemalże pół wieku, pozostając naocznym świadkiem tamtych wydarzeń.
Degrelle urodził się 15 czerwca 1906 roku w Bouillon w Luksemburgu, w rodzinie o francuskich korzeniach. Był synem dobrze prosperującego browarnika, który wyemigrował z Francji do Luksemburga pięć lat przed jego urodzinami, sprowokowany do tego kroku wydaleniem jezuitów przez antyklerykalny rząd francuski. Mówiło się, że tylu mężczyzn z rodu Degrellów zostało Jezuitami, iż każdy Degrelle jest "Jezuitą z ojca na syna".
Młody Leon studiował na Uniwersytecie Louvain, gdzie uzyskał doktorat z prawa, ale pochłaniały go także inne dziedziny nauki, takie jak sztuka, archeologia, filozofia i nauki polityczne. Jego naturalne zdolności przywódcze stały się widoczne już w czasach studenckich. Do czasu ukończenia dwudziestego roku życia ów wyjątkowo utalentowany młody człowiek opublikował pięć książek i prowadził własny cotygodniowy dziennik.
Głębokie przekonania katolickie sprawiły, iż Degrelle dołączył do belgijskiej Akcji Katolickiej i, rzecz jasna, wkrótce stał się jednym z jej przywódców. Pasją Leona byli ludzie. Pragnął zjednywać sobie masy, w szczególności marksistowskie. Chciał, aby współdzieliły z nim jego ideały dotyczące socjalnych i duchowych zmian w życiu społecznym. Marzył o podniesieniu ludzi na duchu, o wykuciu dla nich trwałego, sprawnego i odpowiedzialnego państwa, opartego na zdrowym ludzkim rozsądku i funkcjonującego wyłącznie dla dobra ludu. Nic zatem dziwnego, że Degrelle często powtarzał: "Albo masz za sobą ludzi, albo nie masz niczego". Jednym słowem, Degrelle był populistą.
Mimo, iż nie miał jeszcze dwudziestu pięciu lat, był słuchany z ogromnym zapałem. Jego książki i gazety były czytane wszędzie, gdyż zawsze poruszały prawdziwe i istotne tematy. W krótkim okresie kilku lat zjednał sobie dużą część społeczeństwa. Skorumpowany świat belgijskiej polityki zwrócił baczną uwagę na tego parweniusza. Mimo, iż Degrelle początkowo współpracował z belgijską Partią Katolicką (jedną z trzech, poza liberałami i socjalistami, rządzących partii Belgii) w ostatecznym rozrachunku doznał rozczarowania działaniami partyjnej kliki i zaczął koncentrować swoje wysiłki na budowaniu swojego ruchu reksistowskiego.
Żądając radykalnych reform politycznych i ustanowienia autorytatywnego "korporacyjnego" państwa sprawiedliwości społecznej i jedności narodowej, Degrelle rozpoczął zdecydowaną i doskonale prowadzoną kampanię propagandową przeciwko rządzącym partiom, które określał mianem pourris, -?czyli "skorumpowanych" -?zaś cyniczne malwersacje finansowe partyjnych klubów i ich popleczników, których Degrelle nazywał "banksterami", sprawiły, że ruch reksistowski wywalczył ogromny polityczny kapitał.
Ruch Degrella dostrzegał fakt, iż partie rządzące, tak skłonne do współpracy, gdy chodziło o dzielenie łupów nagromadzonych przez polityków, sprzyjały podziałom i konfliktom w Belgii. Historyk Alan Cassels wskazywał, iż "Degrelle stopniowo stawał się coraz większym antykapitalistą -?była to zmiana, będącą nie tyle odpowiedzią na Wielką Depresję, co efektem wynikającym z rosnącej świadomości powiązań pomiędzy biznesem i rządem, ujawnionych w kilku belgijskich skandalach." 1
Platforma partii reksistowskiej odzwierciedlała jej populistyczne odchylenie: "Przede wszystkim stała w opozycji do superkapitalizmu w Belgii i w Kongo, a następnie odrzucała belgijskie partie i system parlamentarny jako taki, uważając je za zwykłą przybudówkę zgniłego świata biznesu. Banki miały być kontrolowane w bliżej nieustalony sposób, zaś problem bezrobocia miał być rozwiązany metodami pewnego rodzaju państwowego planowania. Robotnicy mieli być chronieni przez system korporacyjny 'oparty na solidarności klas', a struktura organizacyjna reksistowskich konfederacji została opracowana teoretycznie i wyłożona na papierze dla handlu, przemysłu, rolnictwa, rzemiosła, wolnych zawodów i nawet dla partyjnej administracji belgijskiego Konga. Jednak i tak większość starego systemu pozostałaby na miejscu; było miejsce dla monarchii, a wręcz i dla parlamentu, który w okrojonej formie współdzieliłby władzę legislacyjną z korporacjami."2
24 maja 1936 roku reksistowscy kandydaci Degrella odnieśli wspaniałe zwycięstwo w walce wyborczej z partiami o ustalonej pozycji, gromadząc 34 miejsca w Izbie Reprezentantów i w Senacie.
Jednakże już wkrótce rządzące belgijskie partie poderwały się do walki by przeciwstawić się zagrożeniu, jakie dla ich władzy stwarzali reksiści, czemu dały wyraz w utworzeniu jednolitej falangi przeciwko młodemu populistycznemu przywódcy. Swego najbardziej namiętnego syna potępiła nawet hierarchia kościoła katolickiego, działająca w interesach "umiarkowania". Konsekwencją tych działań była powolna utrata znaczenia przez ruch reksistowski. Mimo, iż w obliczu zgodnego nacisku establishmentu jego partia zaczęła ulegać dezintegracji, Degrelle został ponownie wybrany do Parlamentu z największą liczbą głosów spośród wszystkich deputowanych.
Europa Degrella wciąż była podzielona na niewielkie kraje, z których każdy był zazdrosny o każdego i zamknięty na kontakty z sąsiednimi narodami. Pod koniec lat trzydziestych, gdy wojna wisiała w powietrzu, Degrelle poświęcił swą uwagę na zapewnienie neutralności Belgii w celu zapobieżenia ponownemu wykorzystaniu jego kraju jako bufora między Niemcami i Francją w sytuacji, gdyby rozpoczęły się działania wojenne. Lecz nawet wtedy, kiedy pracował nad krótkoterminową kwestią integralności belgijskich granic, Degrelle, ze swą dalekowzrocznością patrzył także na przyszłość kontynentu. W czasach studenckich podróżował po Ameryce Łacińskiej, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Odwiedził Afrykę Północną, Środkowy Wschód i, rzecz jasna, wszystkie kraje europejskie. Uważał, iż przeznaczeniem Europy jest spełnienie wyjątkowej roli, co wymagało zjednoczenia jej na bazie wspólnego dziedzictwa kulturowego.
Mussolini zaprosił Degrella do Rzymu. Churchill przyjmował go w Londynie, zaś Hitler w Berlinie. Ryzykując swym życiem politycznym, Degrelle podejmował desperackie wysiłki, aby powstrzymać proces zapędzania Europy do nowej wojny. Jednakże odwieczna rywalizacja, małostkowe animozje i podejrzenia pomiędzy Francją i Niemcami zostały sprytnie wykorzystane. Powszechnie uznane partie oraz partia komunistyczna pracowały po tej samej stronie barykady: na rzecz wojny. Dla Kremla była to wyjątkowa okazja na skomunizowanie Europy -?po tym, gdy będzie już wykrwawiona i osłabiona.
3 września 1939 roku -?pod wpływem nacisków ze strony zorganizowanych kręgów światowego żydostwa, wspartych wysiłkami prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Roosevelta, (który utrzymywał bliskie stosunki z wpływowymi elitami żydowskimi w USA) -?Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom, chociaż Hitler zrobił wszystko, co w jego mocy, aby do owej wojny nie dopuścić.
Gdy Belgia została wciągnięta do konfliktu w 1940 roku, polityczni wrogowie Degrella dostrzegli okazję do usunięcia przywódcy reksistów. W dniu 10 maja 1940 roku został aresztowany przez lojalistów rządowych, oskarżony o przynależność do "piątej kolumny" i osadzony w więzieniu, gdzie był bity i torturowany. Uznany przez rodzinę za zmarłego, Degrelle wylądował w obozie koncentracyjnym w południowej Francji. Gdy Niemcy, życzliwie nastawieni do Degrella, dowiedzieli się o jego miejscu pobytu, został on uwolniony i powrócił do Belgii, gdzie w rzeczywistości początkowo unikał współpracy z niemieckimi siłami okupacyjnymi. Ironią pozostaje fakt, iż odróżniało go to od wielu z jego oportunistycznych oponentów ze sceny politycznej przedwojennej "demokratycznej" Belgii.
Jednak europejska wojna domowa trwała nadal, zaś komunistyczni władcy przygotowywali się już do wyzbierania rozłamanych kawałków Europy. Dowiadując się o planach inwazji Józefa Stalina do serca Zachodniej Europy przez okupowaną przez Sowietów część Polski a następnie Niemcy, Hitler uprzedził go, dokonując prewencyjnego uderzenia na Związek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku.
Najważniejszy polityczny i wojskowy fenomen II wojny światowej jest jednocześnie najmniej znany: Waffen-SS (dosłownie "uzbrojone oddziały obronne"). A przecież Leon Degrelle był jednym z najsłynniejszych żołnierzy Waffen-SS. Formacja ta była ideologiczną i militarną forpocztą szturmową planowanego Nowego Porządku dla Europy. Po tym, jak Niemcy rozpoczęły szturm bastionu międzynarodowego komunizmu, z każdego zakątka Europy napłynęły tysiące młodych ludzi, mocno wierzących w to, że oto ważą się także losy ich własnych krajów.
Ludzie ci, ochotnicy, położyli własne życie na szali walki z Sowietami wierząc, iż po zniszczeniu bolszewickiego zagrożenia będą wspólnie pracować nad stworzeniem zjednoczonej Europy. Ochotnicy zasilili szeregi Waffen-SS, które urosło do liczby czterystu tysięcy nieniemieckich Europejczyków walczących na froncie wschodnim. Schemat organizacyjny Waffen-SS powiększył się o wiele nowych dywizji. Niemiecka część formacji liczyła sześćset tysięcy ludzi.
Pomijając dawne wysiłki Napoleona, liczące milion żołnierzy Waffen-SS stanowiło pierwszą prawdziwie paneuropejską armię, jaka kiedykolwiek istniała. Zakładano, iż po wojnie każda jednostka tej armii zapewni swojej nacji kadry dla struktur politycznych wolnych od małostkowych nacjonalizmów przeszłości. Wszyscy żołnierze SS brali udział w tej samej walce. Wszystkich łączyło to samo spojrzenie na świat. Wszyscy byli towarzyszami broni i odnosili takie same rany.
Kiedy Hitler uderzył na Związek Radziecki, Degrelle zaoferował utworzenie ochotniczego batalionu złożonego z Walończyków celem zapewnienia honorowego miejsca dla francuskojęzycznych Belgów w nowej Europie Hitlera. Po zaciągnięciu się jako prosty szeregowiec, Degrelle w uznaniu wyjątkowego bohaterstwa awansował przez wszystkie stopnie od kaprala do generała. Osobiście brał udział w siedemdziesięciu pięciu bezpośrednich starciach, był siedmiokrotnie ranny. Był kawalerem najwyższych odznaczeń bojowych i jednocześnie pierwszym cudzoziemcem, który otrzymał, przez wielu tak upragniony, Krzyż Rycerski Żelaznego Krzyża z Liśćmi Dębu, osobiście wręczony mu przez Hitlera w czasie ceremonii w Berlinie w dniu 27 sierpnia 1944 roku.
Warto zauważyć, że kiedy w 1941 roku Degrelle po raz pierwszy wyruszył na front wschodni, miał już 35 lat i nigdy przedtem ani razu nie wystrzelił z karabinu. I chociaż zaproponowano mu wysoki stopień -?jako wyraz uznania dla jego wybitnych przedwojennych osiągnięć w roli przywódcy partii reksistowskiej -?Degrelle, tak samo jak Piotr Wielki, wybrał rangę szeregowca, dzieląc ze swymi towarzyszami broni wszelkie niewygody i pnąc się po drabinie awansów wyłącznie dzięki swym zdolnościom, aż do objęcia stanowiska dowódcy jednostki, którą stworzył: brygady SS "Wallonien".
Nic zatem dziwnego, że jego koledzy-ochotnicy żartobliwie nazywali swego towarzysza, który stał się ich dowódcą, "Skromniś Pierwszy, książę Burgundii". Jednakże z ośmiuset pierwszych Walończyków, którzy wyruszyli na front wschodni, tylko trzech przeżyło wojnę -?jednym z nich był Degrelle. W tym okresie prawie dwa i pół tysiąca jego rodaków poległo, służąc w mundurze Waffen-SS i walcząc z Sowietami.
Degrelle powiedział kiedyś o SS: "Gdyby Waffen-SS nie istniało, Europa zostałaby całkowicie rozjechana przez Sowietów do 1944 roku. Dotarliby do Paryża na długo przed Amerykanami. Odwaga żołnierzy Waffen-SS powstrzymywała niszczycielką potęgę Sowietów pod Moskwą, Charkowem, Czerkasami i Tarnopolem. Rosjanie stracili w ten sposób dwanaście miesięcy. Bez oporu, stawianego przez SS, Sowieci byliby w Normandii przed Eisenhowerem. Ludzie okazywali głęboką wdzięczność tym młodym chłopakom, którzy poświęcali swoje życie. Od czasów wielkich zakonów rycerskich okresu średniowiecza nie było tak bezinteresownego idealizmu i heroizmu. W dzisiejszym wieku materializmu, członkowie Waffen-SS jawią się jako jasne światło duchowości. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że poświęcenie i niewiarygodne dokonania Waffen-SS doczekają się swego własnego piewcy w rodzaju Schillera. SS wyróżnia się wielkością w nieszczęściu."
Po niemal czterech latach nieprzerwanych walk w piekle bitew, legion Degrella był jedną z ostatnich jednostek, które wycofały się z Rosji. Owa tytaniczna walka przeciwko połączonym siłom komunizmu i "zjednoczonych demokracji" opisana jest w jego słynnej epopei "Kampania w Rosji", która przysporzyła mu europejskiej sławy, jako "Homerowi XX wieku".
I kiedy po czterech latach walki z komunizmem na froncie wschodnim Degrelle powrócił do Brukseli, zgotowano mu największe masowe przyjęcie w historii Belgii. Dziesiątki tysięcy Belgów wyległo na ulice stolicy by wiwatować na cześć powracającego generała. Wszystko to na dwa miesiące przed aliancką inwazją ich kraju.
Jednakże Degrelle zdawał sobie sprawę, iż jako jeden z najbardziej nieprzejednanych wrogów komunizmu, któremu udało się przetrwać wojnę, stanie się niechybnym celem eksterminacji. Nie zamierzał klękać przed zwycięzcami.
Gdy upadły Niemcy, Degrelle ruszył w kierunku Norwegii, która w owym czasie wciąż znajdowała się pod niemiecką kontrolą. Tam wsiadł na pokład samolotu transportowego, którym przeleciał nad okupowaną przez aliantów Europą. Wraz z załogą przetrwał towarzyszący im przez całą drogę nieprzerwany ogień artylerii przeciwlotniczej i lądował awaryjnie na granicy hiszpańskiej, kiedy skończyło się paliwo. W czasie wymuszonego lądowania Degrelle odniósł liczne obrażenia, w tym kilka złamań. Dochodząc do siebie, spędził rok w szpitalach, z czego większość czasu w gipsie, niezdolny do ruchu. W typowym dla siebie odruchu, gdy tylko odzyskał władzę w prawej ręce, rozpoczął pracę nad swym arcydziełem "Kampania w Rosji", która wyszła we Francji w dwóch edycjach.
Wkrótce po zakończeniu działań wojennych alianci zagrozili inwazją Hiszpanii, o ile Degrelle i były francuski premier Pierre Laval nie zostaną wydani celem stracenia. Franco poszedł na kompromis. Wydał Lavala, lecz odmówił przekazania aliantom Degrella, tłumacząc to fizyczną niemożliwością ruszenia go ze szpitala.
Rok później Degrelle uzyskał schronienie w klasztorze. Jednakże w domu członkowie jego rodziny, jak również jego przyjaciele i współpracownicy podlegali aresztowaniom i byli zamęczani na śmierć przez "demokratycznych wyzwolicieli" Belgii. Jego dzieci (siedem córek i mały syn) zostały siłą wywiezione do ośrodków odosobnienia w różnych częściach Europy, po tym jak zmieniono im nazwiska, by uniemożliwić ponowne połączenie rodziny lub choćby próbę ustalenia ich losu. Władze belgijskie zadecydowały, iż nigdy nie zezwoli im się na utrzymywanie kontaktu ze swoim ojcem, czy nawet ze sobą.
Nowy belgijski rząd skazał Leona Degrella na karę śmieci in absentia przy okazji trzech różnych procesów. Ustanowiono specjalne prawo, tak zwane Lex Degrellana, zakazujące przesyłania, posiadania lub otrzymywania jakichkolwiek publikacji jego autorstwa lub traktujących o Degrellu. "Kampania w Rosji" znalazła się tym samym na liście pozycji zakazanych w Belgii.
Pozostawiony samemu sobie, Degrelle zaczął odbudowywać swoje zrujnowane życie. Pełen energii i tak dla niego charakterystycznego niezłomnego ducha, pracował jako pracownik fizyczny w firmie budowlanej. I znów, podobnie jak na polu walki, gdzie z szeregowego doszedł do generała, Degrelle dorobił się własnej, poważnej firmy budowlanej wykonującej kluczowe zlecenia. Operatywność firmy i jakość wykonywanych przez nią usług stały się tak znane, że rząd amerykański złożył mu zamówienie na wykonanie prac związanych z istotnymi projektami obronnymi w Hiszpanii, w tym lotniskami wojskowymi.
W międzyczasie, lojalni wysłannicy Degrella krążyli po Europie w poszukiwaniu jego porwanych dzieci. Wszystkie zostały odnalezione i wróciły pod czułą opiekę swego ojca.
W okresie czterdziestu lat Degrelle dwunastokrotnie wzywał rząd belgijski do zorganizowania jego publicznego procesu z udziałem ławy przysięgłych. Jego ponawiane żądania, aby być sadzonym przed legalnym sądem (w przeciwieństwie do pokazowych inkwizytorskich procesów w stylu Norymbergi) spotykały się z pełną zakłopotania i poczucia winy ciszą. Jednocześnie miało miejsce kilka poważnych prób zmierzających do zlikwidowania Degrelle w czasie, gdy przebywał w Hiszpanii. 5 lipca 1961 roku hiszpańska policja aresztowała dwóch osobników próbujących wjechać do Hiszpanii od strony małej wioski w Pirenejach na granicy francuskiej. Samochodem Lincoln Continental podróżował obywatel Izraela nazwiskiem Zuis Alduide Idelon oraz druga osoba z francuskim paszportem wystawionym na nazwisko Suison Jake De Mon.
Posiadali przy sobie broń, amunicję, zagraniczną walutę o wartości około pół miliona dolarów amerykańskich, zestaw do narkozy, dokładny plan hiszpańskiej willi i, wreszcie, pudło w kształcie trumny. Obydwaj ostatecznie przyznali się, iż stanowili część specjalnej grupy komandosów pracującej dla wywiadu Izraela, której zadaniem było porwanie generała Degrella. Plan był następujący:
Część zespołu (składającego się w sumie z dziesięciu osób) miała przybyć na posiadłość Degrella helikopterem, odurzyć go, porwać i wywieźć do Tarragony. Tam, nieprzytomny Degrelle miał być umieszczony w pudle i przeniesiony nocą na pokład małej łodzi, która miała skierować się do jednego z francuskich portów na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Stamtąd większy statek miał zabrać go do Izraela. Po przybyciu na miejsce miano go pokazać publicznie, a następnie przekazać rządowi belgijskiemu lub po prostu zlikwidować.
W ostatecznym rozrachunku hiszpańska policja zdołała aresztować przywódcę grupy komandosów, obywatela Hiszpanii, komunistę Rubio de la Goaquina, jak również sześciu jego ludzi. Dochodzenie wykazało, że plan porwania był w części opracowany przez sowieckich agentów.
W 1983 roku hiszpańscy socjaliści, zjednoczeni w wysiłkach z międzynarodowymi żydowskimi grupami nacisku, rozpoczęły hałaśliwą kampanię na rzecz deportowania Degrella z Hiszpanii, jednak ich wysiłki spełzły na niczym. Nie powstrzymało to jednak środowisk żydowskich przed rozpętaniem kolejnej ofensywy przeciwko generałowi. Tym razem przywódcą stada był rabin Marvin Hier (nazywany przez swych krytyków "Rabbi Łgarz") i jego kolega, rabin Abraham Cooper. Obydwaj stali na czele bardzo dochodowego przedsięwzięcia zajmującego się pozyskiwaniem funduszy, znanego jako Centrum Szymona Wiesenthala -?agencji z siedzibą w Los Angeles, noszącej imię kontrowersyjnego samozwańczego "tropiciela nazistów".
Ponieważ ostatecznie przyznano, iż najbardziej niesławny ze wszystkich "nazistowskich zbiegów", dr Josef Mengele, był naprawdę martwy, a nie "ukrywający się w Argentynie" (lub Boliwii, Paragwaju, Panamie czy też innym podobnym miejscu), Hier i Cooper ewidentnie doszli do wniosku, iż generał Degrelle będzie idealną "nazistowską bestią", nadająca się na "chłopca z plakatu" dla instytucji pozyskującej fundusze.
Obaj panowie wyznaczyli nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów za "ujęcie" Degrella, co samo w sobie było farsą, gdyż generał swobodnie i otwarcie żył w Hiszpanii, będąc popularną osobistością życia towarzyskiego, często biesiadującą w otoczeniu grona przyjaciół, wśród których było wielu jego wielbicieli z zagranicy, przybywających, aby odwiedzić emerytowanego przywódcę wojskowego i europejskiego męża stanu.
Gang Hiera-Coopera pełnym głosem histerycznie nawoływał do osądzenia Degrella za "zbrodnie wojenne" i, rzecz jasna, nakłaniał donatorów do pomocy w finansowaniu publicznej kampanii przeciwko generałowi. Interesującym faktem pozostaje, iż kilka lat wcześniej znany francuski producent telewizyjny, Jean Charlier, który pracował nad materiałem dokumentalnym o Degrellu, zwrócił się zarówno do "Synów Przymierza" (B'nai B'rith), jak i do Szymona Wiesenthala z prośbą o informacje, które mógłby wykorzystać w swoim programie, a które ujawniałyby naturę i brutalność owych "zbrodni wojennych" dokonanych przez Degrella. Charliera poinformowano, iż nie ma dowodów przeciwko generałowi oraz, że Belg nie jest poszukiwany przez jakikolwiek trybunał międzynarodowy jako przestępca wojenny. Jednakże teraz, gdy w interesie (finansowym) Centrum Szymona Wiesenthala leżało istnienie "zbrodniarza wojennego na wolności", wersja uległa zmianie.
W owym czasie Degrelle skomentował całą sprawę w wywiadzie na wyłączność, którego udzielił gazecie tygodniowej The Spotlight w dniu 28 października 1985 roku: "Dr Abraham Cooper doskonale zdaje sobie sprawę, iż nie posiada najmniejszych dowodów przeciwko mnie. Sam przyznaje, iż może opierać się wyłącznie na własnych podejrzeniach." Degrelle podkreśli, iż Cooper powiedział między innymi: "Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby okazało się, że [Degrelle] popełnił krwawe zbrodnie."
"Wyobrażacie sobie coś takiego?", pytał Degrelle. "Przez czterdzieści lat niezliczone ilości razy podejmowano śledztwo przeciwko mnie i każde z nich okazało się bezowocne z tej prostej przyczyny, iż nigdy nie znaleziono nic przeciwko mnie. Cooper nie robi ceremonii, kiedy chce, abym zapłacił nie za jakieś naganne postępowanie, ale za przekonania, moje przekonania. Pragnąc zemścić się za idee człowieka, który myśli inaczej niż on, żydowski dygnitarz rozpętuje zagraniczną obławę z nagrodą stu tysięcy dolarów dla kogokolwiek, kto pochwyci bestię żywcem.
Leon Degrelle, jak to dr Abraham Cooper o mnie powiedział, 'jest winien promowania nazistowskich ideałów wśród młodych ludzi całego świata. Będziemy go pilnie tropić i dopilnujemy, aby zapłacił za swoje występki."
"Oto macie właściwe 'idee'", dodał Degrelle. "Nikt nie może mieć innych przekonań, niż rabin Abraham. Rzadko spotyka się taki brak tolerancji, szczególnie płynący z kraju pokroju Stanów Zjednoczonych, gdzie wolność przekonań określa się jako świętą. Ta nagonka, zorganizowana przez prywatne osoby, ma w sobie coś skandalicznego."
"Owi myśliwi mają do dyspozycji bardzo konkretne fundusze. Owe środki, współczesna rzeka pieniędzy, do tego lata były przeznaczone na porwanie Josefa Mengele. Ale właśnie ustalono, że Mengele nie żyje od pięciu lat -?i to kiedy Wiesenthal obwieszczał całemu światu, że śledzi każdy jego krok i już za moment go schwyta. Opisywał każdy etap swojego pościgu, każdą kryjówkę, z której Mengele rzekomo umknął tuż przed pojawieniem się Wiesenthala, a w której w rzeczywistości tamten nigdy nie przebywał."
Degrelle dodał także, iż fakt wysłania za nim "listu gończego" przez żydowskich przywódców nie napawa go strachem.
"Widziałem lepsze zabawy na froncie wschodnim. Moje życie toczy się dokładnie tak, jak przedtem; sam kupuję swoje gazety i wychylam szklaneczkę nad brzegiem morza. Nie zamierzam zatruwać tego, co pozostało mi z życia problemami bezpieczeństwa. Wierzę w swoje szczęście i wierzę w Boga. A On odróżnia tych goniących za milionami dolarów od prześladowanych. Polegam na Jego opiece i Jego sprawiedliwości."
Chociaż Degrelle zdołał pokrzyżować plany Centrum Szymona Wiesenthala w stosunku do swojej osoby, jego zaprzysięgli wrogowie podjęli jeszcze jedną, ostatnią próbę pozbycia się generała. Magazyn Hebdo, publikowany przez francuski Front Narodowy, w dniu 27 grudnia 1985 ujawnił, iż około dziesięciu osób legitymujących się wenezuelskimi paszportami i najprawdopodobniej powiązanych z Mossadem przybyło do Madrytu w celu podjęcia kolejnej próby porwania Degrella. Także i ten spisek został udaremniony przez czujne służby hiszpańskie.
Prawdopodobnie miały miejsce także i inne intrygi wymierzone w Degrella, lecz stary generał nieprzerwanie pędził jawny tryb życia i kontynuował swą osobistą krucjatę na rzecz prawdy w historii.
Pomimo postępujących lat, generał Degrelle zapoczątkował pracę nad przedsięwzięciem, które byłoby ukoronowaniem jego triumfu jako płodnego mistrza pióra i projektem godnym wirtuoza słowa, którego kiedyś określono jako "jednego z najbardziej niezwykłych francuskojęzycznych pisarzy." W ciągu swego życia Degrelle napisał ponad czterdzieści książek i esejów obejmujących tematy od poezji do ekonomii i od architektury do historii, lecz jego nowy zamysł był zaiste wielki w swym zasięgu.
Belgijski mąż stanu rozpoczął pracę nad serią książek, która w zamyśle miała składać się z czternastu tomów pod wspólnym tytułem "Wiek Hitlera", skupiających się, rzecz jasna, na roli, jaką odegrał Adolf Hitler w XX wieku i jego wpływie na czasy późniejsze.
Degrella napawała entuzjazmem możliwość swobodnego głoszenia poglądów i doceniał szansę, jaką była perspektywa wyrażenia swych myśli w języku angielskim, co pozwalało na dotarcie do odbiorców, którzy z pewnością nigdy nie mieli sposobności, aby usłyszeć opinię "drugiej strony", dodatkowo wyrażoną jeszcze płynącym prosto z serca głosem człowieka, który "był i widział".
Generał zanotował w owym czasie cierpką uwagę: "Kiedykolwiek słyszę aliancką wersję historii, przypomina mi się opowiastka o reporterze, którego wysłano do zrelacjonowania bójki. Skrupulatnie zapisał wszystkie ciosy wymierzone przez jedną ze stron, nie zauważając żadnego z drugiej strony. Jego historia stanowiła prawdziwe świadectwo agresji jednego uczestnika bójki i maltretowania drugiego. Ale niedomówienie jest kłamstwem. Nie zaprzeczam niczemu, co uczynił Hitler, ale wskazuję także na to, co zrobili komuniści i ich zachodni alianci, pozwalając odbiorcy wydać osąd."
Generałowi zagwarantowano, iż otrzyma wszelkie niezbędne fundusze na sfinansowanie projektu i w niedługim czasie Degrelle ukończył pierwszy tom -?okazałą książkę, wydaną przez mieszczący się w owym czasie w Torrance w Kalifornii, założony w 1978 roku przez Willisa Carto, Institute for Historical Review (IHR), który stał się wiodąca siłą w nurcie określanym jako rewizjonizm historyczny.
Pierwszy tom pracy Degrella -?niekwestionowane arcydzieło -?nosił tytuł "Hitler -?Urodzony w Wersalu". Oparty on jest na tezie, iż "bez układu wersalskiego nigdy nie byłoby Hitlera" i że znana nam powszechnie historia Hitlera i Niemiec może być zrozumiała wyłącznie w kontekście traktatu wersalskiego i okrutnego ujarzmienia Niemiec przez ich nieprzejednanych wrogów. Ta ponad pięćsetstronnicowa praca porusza kwestię francusko-brytyjskich intryg w Europie Centralnej, problem systematycznego zdradzania pryncypiów "czternastu punktów" Wilsona, znaczenie tajnych paktów od samego początku skazujących misję Wilsona na niepowodzenie, proceder cynicznego podziału ogromnych terytoriów dokonany przez wielkie mocarstwa bez oglądania się na wiele milionów ich nieszczęsnych mieszkańców -?w tym okaleczenie Niemiec i Austro-Węgier, którym wydarto miliony Niemców (i niemieckich Austriaków), Węgrów i innych narodowości, zapędzonych jak trzodę pod nieprzyjazną władzę sąsiednich krajów.
Pierwszy tom -?który spotkał się z szerokim uznaniem i sprawił, iż rzesze czytelników z całego świata zapragnęły poznać więcej prac pióra Degrella -?stał się fundamentem, na którym bazować miała przyszła seria książek. Kolejnymi planowanymi tomami były: "Hitler Demokrata", "Hitler i Niemcy", "Hitler i Kościół", "Hitler i Stany Zjednoczone", "Hitler i Stalin", "Hitler i Anglia", "Hitler i Francja", "Hitler i Banki", "Hitler i Komuniści", "Hitler i Żydzi", "Hitler Polityk", "Hitler Strateg" oraz "Hitler i Trzeci Świat".
Pełen entuzjazmu wobec nowego projektu, generał bez reszty poświęcił się pracy z godnym podziwu zapałem. Mając 79 lat, Degrelle podjął się zadania, na które niewielu ludzi w jego wieku mogłoby się porwać choćby tylko w zamyśle. Do 1993 roku Degrelle ukończył sześć kolejnych tomów, zaś IHR był w trakcie tłumaczenia i publikacji tomów numer 2 i 3. I wtedy wydarzyła się tragedia.
Institute for Historical Review został przejęty od wewnątrz - dosłownie z lufą przytkniętą do skroni -?przez grupę konspiratorów, których w owej zdradzie zakulisowo wspierał zagadkowy dziedzic nieruchomości z San Francisco, który nie tylko pozostawał w bliskich rodzinnych stosunkach z legendarną i potężną rodziną Strausów ze słynnego nowojorskiego kręgu żydowskich elit, "Naszej Paczki", ale który był także zaangażowany w działalność (zarówno na Środkowym Wschodzie, jak i w Azji), którą można bezpośrednio powiązać z intrygami izraelskiej agencji wywiadowczej, Mossadu, i współpracujących z nią elementów wewnątrz amerykańskiej CIA.
Tak więc siły stojące za zniszczeniem IHR były niewątpliwie tymi samymi siłami, które tak długo spiskowały przeciwko Degrellowi. Tym samym, nie jest żadnym zaskoczeniem, iż natychmiast po przejęciu udziałów, klika, która objęła kontrolę nad IHR obrała za cel serię wydawniczą Degrella "Wiek Hitlera" i z powodzeniem doprowadziła do jej likwidacji.
Zabójcy IHR wychodzili ze skóry w swych atakach na prace generała. Jedno z oficjalnych oświadczeń złożonych przez konspiratorów określało prace Degrella jako "powodujące zażenowanie IHR ze względu na swą jawną prohitlerowska wymowę". Inna deklaracja nazywała monumentalne dzieło Degrella "białym słoniem z wymalowaną z boku dużą swastyką".
Kampanię przeciwko belgijskiemu generałowi można uznać za co najmniej dziwaczną -?wystarczy tylko pamiętać o fakcie, iż "Wiek Hitlera" był jednym z najwyżej ocenianych projektów IHR.
Co więcej, sprzedaż pierwszego tomu, "Urodzony w Wersalu" było dla wydawnictwa ogromnym finansowym sukcesem i oczekiwano, że kolejne planowane tomy będą równie popularne.
W każdym bądź razie storpedowanie pracy Degrella dokładnie obnażyło agendę i motywy grupy kontrolującej obecnie IHR: jej misją było zniszczenie ruchu historycznego rewizjonizmu u jego źródeł, zaś dziedzictwo Degrella było pierwszoplanowym celem.
Ironią pozostaje fakt, że tysiące mil dalej, w Hiszpanii, generał Degrelle, nie wiedząc o zdradzie IHR, kontynuował swą pracę, ufając, iż ukończone manuskrypty znajdują się w bezpiecznych rękach wydawnictwa i są systematycznie przygotowywane do publikacji. Jednakże to, co nastąpiło później, jest wydarzeniem, które jest trudne do pojęcia dla normalnego ludzkiego umysłu. 28 stycznia 1994 roku konspiratorzy wysłali list do Degrella. Czytamy w nim:
"Drogi generale Degrelle,
Naszym niełatwym obowiązkiem jest poinformowanie pana, iż kolegium redakcyjne na podstawie już dostarczonych materiałów ustaliło, że przedłożone przez pana kilka tomów biografii Adolfa Hitlera nie nadaje się do publikacji. Problemy, które można wymienić, obejmują: całkowity brak historycznego obiektywizmu; liczne błędy faktograficzne, nadmierne poleganie na pewnych tekstach, często cytowanych, jak i pominięcie wielu innych źródeł, oraz częste powtórzenia.
W chwili obecnej, na mocy decyzji zarządu oraz zgodnie z opinią naszego prawnika, jesteśmy zmuszeni do proszenia pana o zaprzestanie pracy nad projektem dotyczącym Hitlera."
List był podpisany: "z poważaniem." W 1985 roku, autor obraźliwego listu, pisząc wstęp do "Kampanii w Rosji" Degrella, nazwał go "jedną z największych postaci tego i każdego innego wieku", i zadeklarował, iż "Degrelle nie ucieka przed pisaniem niewygodnej prawdy i wydawaniem trudnych osądów."
W rękach konspiratorów z IHR znajdowały się rękopisy prac już ukończonych przez Degrella. Seria "Wiek Hitlera" została efektywnie zamordowana. Konspiratorzy odmówili wydania cennych manuskryptów i na dzień dzisiejszy, gdy pisane są te słowa (wiele lat później), nigdy ich nie opublikowali i prawdopodobne jest, że materiały zostały zniszczone.
Mimo, że Degrelle miał już 87 lat, wciąż cieszył się godnym podziwu zdrowiem i zachował pełną sprawność umysłową. Jednak nadejście nikczemnego listu w powiązaniu z wydarzeniami w wydawnictwie, akurat w tak kluczowym czasie, u schyłku długiej kariery generała sprawiło, że bardzo mocno to przeżył. Efektem była natychmiastowa choroba, a w dniu 1 kwietnia 1994 roku anioł śmierci ostatecznie przyszedł po człowieka, który w przeszłości tyle razy go oszukał. Komunistyczne kule, miotacze ognia, granaty, szrapnele, czołgi, plutony egzekucyjne, strażnicy więzienni i oprawcy nie byli w stanie zabić Leona Degrella. Zrobiła to zdrada.
Wdowa po generale, Pani Jeanne Degrelle, w liście z dnia 22 czerwca 1994 roku, opublikowanym w The Spotlight, skomentowała:
"Korzystam z tej okazji, by świadczyć przeciwko kłamstwom owych osób o wątpliwej reputacji. Mój mąż był drobiazgowy we wszystkich faktach historycznych; był w posiadaniu ogromnych zasobów referencyjnych, dokumentów historycznych i materiałów każdego szczebla. Wszystkie jego prace, wydane i planowane, charakteryzował najwyższy poziom naukowy. Liczni historycy z całego świata składali mu hołd za jego ogromny wkład w historię świata."
Tragiczne okoliczności towarzyszące ostatnim miesiącom życia generała Degrella i utrata jego cennych rękopisów muszą stanowić część swoistego dowodu -?jakkolwiek niefortunny nie byłyby kontekst -?gdyż ilustrują, do jakich granic gotowi są posunąć się jego wrogowie w swych próbach uciszenia jego donośnego głosu w historii.
Wszakże pomimo skandalicznego rozwoju sytuacji, która doprowadziła do zniszczenia IHR (i ostatecznie samego Degrella), nie wszystko było stracone.
Za sprawą prawdziwego aktu Bożej łaski, zarówno Willis Carto, jak i żona generała wciąż posiadali wcześniejsze szkice niektórych prac Degrella i dzięki nieocenionemu wsparciu ze strony pani Degrelle oraz żmudnemu procesowi starannej rekonstrukcji -?wymagającej setek godzin pracy i wysiłków tłumaczy i redaktorów -?zespół The Barnes Review (nowego magazynu założonego w 1994 roku przez Willisa Carto i lojalnych rewizjonistów w następstwie zniszczenia IHR) był w stanie dosłownie wskrzesić utracone prace Degrella -?lub co najmniej ich znaczną część.
Ocalony materiał -?publikowany na przestrzeni lat w The Barnes Review -?koniec końców ukazuje się dzisiaj w całości jako "Hitler Demokrata" po raz pierwszy w okładkach jednej książki.
Tak więc ostatecznie, tom ten jest nie tylko monumentalną pracą historyczną, prawdziwie epicką, ale w pewnym sensie hołdem dla człowieka, który go stworzył: generała Leona Degrella.
Jak więc można zakończyć ten wstęp, będący jakże skąpą oceną tego wyjątkowego człowieka? Być może za najlepsze podsumowanie posłużą śmiałe słowa samego generała Degrella, który pewnego razu, zapytany przez dziennikarza, czy żałuje czegoś z czasów II wojny światowej, odpowiedział:
"Tylko tego, że przegraliśmy."
Rozdział 1 Enigma Hitlera
"Hitler -?znałeś go -?jaki on był?" Od 1945 roku tysiąc razy zadawano mi to pytanie, i jest ono tym, na które najtrudniej znaleźć odpowiedź. O II wojnie światowej, a w szczególności o Hitlerze, napisano z górą dwieście tysięcy książek. Ale czy którakolwiek z nich odkryła prawdziwego Hitlera?
"Enigma Hitlera wykracza poza wszelką ludzką zdolność pojmowania" - napisał niemiecki liberalny tygodnik Die Zeit.
Salvador Dali, jedyny w swoim rodzaju geniusz sztuki, próbował ją zgłębić w jednym ze swych najbardziej dramatycznych obrazów. Krajobraz opadających zboczy gór niemalże wypełnia płótno, pozostawiając tylko kilka jasnych metrów morskiego brzegu usianego delikatnie miniaturyzowanymi ludzkimi postaciami: ostatnimi świadkami umierającego spokoju. Wielka, płacząca krwawymi łzami słuchawka telefoniczna zwiesza się z gałęzi martwego drzewa; tu i tam wiszą parasole i nietoperze, których przesłanie jest wymownie identyczne.
Jak mówi Dali, "Parasol Chamberlaina pojawił się na tym obrazie w złowieszczym świetle, co podkreśla swą obecnością nietoperz; poruszyło mnie to, kiedy go malowałem jako symbol niewiarygodnego bólu."
Następnie wyznał: "Czułem, że ten obraz okaże się głęboko proroczy. Lecz muszę przyznać, że ja też nie rozgryzłem jeszcze zagadki Hitlera. Pociągał mnie wyłącznie jako obiekt mojej szalonej wyobraźni, ponieważ jawił mi się jako człowiek obdarzony darem dokonania nieporównywalnej z niczym zmiany." Cóż to za lekcja pokory dla krytyków, którzy od 1945 roku śpieszyli wydawać tysiące swych "ostatecznych" książek, większość z nich pogardliwych, na temat człowieka, który nie dawał spokoju samokrytycznemu artyście do tego stopnia, że czterdzieści lat później wciąż nie miał pewności, co do swojej własnej psychodelicznej wizji.
Poza Salvadorem Dali, któż jeszcze kiedykolwiek próbował zaprezentować obiektywny portret tego wyjątkowego człowieka, którego Dali określił mianem najbardziej wybuchowej postaci w historii ludzkości?
Góry książek na temat Hitlera, pełnych ślepej nienawiści i ignorancji nie wnoszą wiele do prób wytłumaczenia lub przedstawienia najpotężniejszego człowieka, jakiego widział świat. Zastanawiam się, czy tysiące tak zasadniczo odmiennych portretów Hitlera w jakimś stopniu przypominają człowieka, którego znałem? Hitlera siedzącego obok mnie, stojącego, rozmawiającego, słuchającego. Stało się niemożliwością, aby ludziom przez dekady karmionym fantastycznymi opowieściami wytłumaczyć, że to, co czytali lub słyszeli w telewizji, zwyczajnie nijak ma się do prawdy.
Ludzie przyzwyczaili się do odbierania fikcji, powtarzanej w kółko tysiąc razy, jako prawdy. A przecież nigdy nie widzieli Hitlera, nigdy z nim nie rozmawiali, nigdy nie słyszeli jednego słowa z jego ust. Samo nazwisko Hitlera natychmiast wyczarowuje wykrzywionego w grymasie diabła, uosobienie wszelkich negatywnych uczuć. Niczym dzwonek Pawłowa, sama wzmianka o Hitlerze ma uczynić prawdę i istotę rzeczy zbędnymi. Z czasem jednak historia zacznie domagać się czegoś więcej, niż tylko tego typu uproszczonych osądów.
Hitler jest zawsze obecny w mojej pamięci: jako człowiek pokoju w 1936 roku, jako człowiek wojny w 1944. Jest niemożliwością, aby tak niepospolity człowiek na zawsze nie naznaczył tych, którzy byli bezpośrednimi świadkami jego życia. Nie ma dnia, aby Hitler nie pojawiał się znowu w mojej pamięci; nie jako człowiek, który od dawna nie żyje, ale jako realna istota, która przechadza się po swoim biurze, siada w fotelu, poprawia płonące brewiona w swoim kominku.
Pierwszą rzeczą, którą każdy zauważał, gdy tylko Hitler się pojawiał, był jego mały wąsik. Niezliczoną ilość razy radzono mu, by go zgolił, ale zawsze odmawiał: ludzie byli przyzwyczajeni do Hitlera takiego, jakim był. Nie był zbyt wysoki. Napoleon czy Aleksander Wielki też nie byli. Miał wyraziście niebieskie oczy, które wielu uważało za urzekające, chociaż ja tak nie sądziłem. Nie wyczuwałem też prądów, które, jak mówiono, płynęły z jego rąk. Miałem okazję ściskać jego dłoń ładnych parę razy, ale jakoś nigdy nie trafił mnie piorun.
Jego twarz wyrażała uczucia lub obojętność w zależności od pasji lub apatii, która ogarniała go w danej chwili. Czasami wyglądał jak sparaliżowany, nie mówił ani słowa i tylko jego szczęki poruszały się, jakby mieląc na pył coś, co mu przeszkadzało. Potem nagle się ożywiał i wybuchał potokiem słów skierowanych wyłącznie do ciebie, zupełnie jakby zwracał się do dwumilionowego tłumu ludzi na lotnisku Tempelhof. I wtedy jakby przechodził metamorfozę. Nawet jego cera, zwykle raczej szara, rozjaśniała się w miarę, jak mówił. I nie ulega wątpliwości, że w takich momentach Hitler był osobliwie fascynujący, zupełnie jakby posiadał magiczną moc.
Wszystko, co mogłoby w jego uwagach wydać się zbyt poważne, szybko łagodził nutą humoru. Barwne opisy, cięte riposty -?był w tym dobry. W mgnieniu oka potrafił namalować słowem obraz wywołujący uśmiech lub w jednej chwili przywołać nieoczekiwane i rozbrajające porównanie. Potrafił być szorstki i wręcz nieustępliwy w swych osądach a jednocześnie zadziwiająco ugodowy, wrażliwy i ciepły.
Po 1945 roku Hitlera oskarżono o każde możliwe okrucieństwo, lecz bycie okrutnym nie leżało w jego naturze. Kochał dzieci. Zupełnie naturalnym odruchem było u niego zatrzymanie samochodu i dzielenie się prowiantem z młodymi rowerzystami, napotkanymi po drodze. Któregoś razu oddał swój płaszcz bezdomnemu, brnącemu w deszczu. Zwykł przerywać o północy pracę, by przygotować jedzenie dla swojego psa, Blondi. Jeśli nie lubił kotów, to tylko ze względu na fakt, iż polowały na ptaki.
Nie mógł się zmusić do jedzenia mięsa, gdyż było to równoznaczne ze śmiercią żywej istoty. Nie zgadzał się, by do przygotowania jego posiłku poświęcono bodaj królika czy pstrąga. Na stole tolerował wyłącznie jajka, albowiem zniesienie jaja oznaczało, iż kurę raczej oszczędzono, a nie zabito.
Obyczaje kulinarne Hitlera stanowiły wieczny powód mojego zdumienia. Jakim sposobem ktoś potrafił żyć na tak rygorystycznej diecie, ktoś, kto uczestniczył w tysiącach wyczerpujących spotkań, z których wracał ociekając potem, często gubiąc przy tym kilogram lub dwa wagi? Ktoś, kto spał po trzy czy cztery godziny na dobę; i wreszcie ktoś, kto od 1940 do 1945 roku dźwigał na swych barkach ciężar całego świata rządząc trzystoma osiemdziesięcioma milionami Europejczyków? Jak -?pytałem sam siebie -?mógł fizycznie przetrwać tylko na gotowanym jajku, kilku pomidorach, dwóch czy trzech naleśnikach i talerzu klusek? Ale jakoś to robił.
Pił wyłącznie wodę. Nie palił tytoniu i nie tolerował w swoim otoczeniu osób palących. O godzinie pierwszej lub drugiej nad ranem wciąż beztrosko rozmawiał przy kominku, mówiąc żywo i często zabawnie. Nigdy nie zdradzał najmniejszych oznak zmęczenia. Publika, owszem, mogła padać z nóg, ale nie Hitler.
Przedstawiano go jako starego i zmęczonego człowieka. Nic nie jest bardziej dalekie od prawdy. We wrześniu 1944 roku, kiedy to opowiadano, iż jest już nieźle trzęsącym się starcem, spędziłem z nim tydzień. Jego stan fizyczny i psychiczny był wciąż wyjątkowy. Próba zamachu na jego życie, podjęta 20 lipca, jeśli w ogóle na czymś zaważyła, to wręcz wlała w niego nowe siły. Popijał herbatę w swojej kwaterze równie spokojnie, jakbyśmy znajdowali się w jego prywatnym apartamencie w Kancelarii Rzeszy jeszcze przed wojną lub podziwiali śnieg i błękitne niebo przez jego wielkie okno w Berchtesgaden.
Faktem jest, że u schyłku życia zaczął się garbić, ale jego umysł był wciąż jasny jak błyskawica. Testament, który z wyjątkowym spokojem podyktował w przeddzień swojej śmierci, o trzeciej nad ranem 30 kwietnia 1945 roku, jest tego trwałym świadectwem. Napoleon w Fontainebleu nie był wolny od ataków paniki tuż przed swoją abdykacją. Cezar osłupiał na widok swych zabójców i nakrył głowę togą na moment przed tym, gdy jego adoptowany syn wymierzył cios w jego pierś. Hitler, jak codziennie, po prostu zjadł śniadanie, w ciszy uścisnął ręce swym współpracownikom i odszedł ku swej śmierci zupełnie jakby wybierał się na przechadzkę.
Kiedy to historia była świadkiem tak gigantycznej tragedii zakończonej z tak żelazną samokontrolą?
Najbardziej godną uwagi cechą Hitlera była jego prostota. Jego umysł sprowadzał najbardziej złożone problemy do kilku nieskomplikowanych zasad. Jego działania były ukierunkowane na pomysły i decyzje, które mogły być zrozumiane przez wszystkich. Jego sposób myślenia był przejrzysty dla robotnika z Essen, drobnego rolnika, przemysłowca z Zagłębia Ruhry i profesora uniwersytetu. Sama klarowność jego rozumowania sprawiała, iż wszystko stawało się oczywiste.
Jego zachowanie i sposób życia nigdy nie zmieniły się o jotę, nawet, gdy stał się władcą Niemiec. Żył i ubierał się oszczędnie. W początkowym okresie swojego pobytu w Monachium nie wydawał na jedzenie więcej, niż jedną markę dziennie. Na żadnym etapie swojego życia nie wydał ani grosza na siebie. Przez trzynaście lat, które spędził w Kancelarii Rzeszy, nigdy nie nosił przy sobie portfela ani nawet nie miał własnych pieniędzy.
Hitler bym samoukiem i nie próbował tego faktu ukrywać. Niekiedy irytowała go zarozumiałość zadowolonych z siebie intelektualistów i ich błyszczące pomysły w krzykliwych opakowaniach. Swą własną wiedzę zdobył poprzez bezustanną i selektywną naukę i wiedział znacznie więcej, niż tysiące obwieszonych dyplomami erudytów.
Nie sądzę, by ktokolwiek czytał więcej niż on. Zwykł czytać każdego dnia przynajmniej jedną książkę, zawsze zaczynając od wstępu i indeksu, aby ocenić, czy książka wzbudzi jego zainteresowanie. Posiadał zdolność do wydobycia istoty zagadnienia i zachowania jej w swym przypominającym komputer umyśle. Słyszałem, jak mówił o trudnych naukowych pracach z bezbłędną dokładnością, nawet w czasie, gdy wojna szalała w najlepsze.
Jego intelektualna ciekawość nie znała granic. Doskonale znał dzieła najbardziej różnorodnych autorów i nic nie było zbyt skomplikowane dla jego zdolności pojmowania rzeczy. Posiadał głęboką wiedzę i zrozumienie nauk Buddy, Konfucjusza i Jezusa Chrystusa, jak również Lutra, Kalwina czy Savonaroli; dzieł gigantów literatury takich jak Dante, Schiller, Szekspir, Goethe i pisarzy-analityków w rodzaju Renana czy Gobineau, Chamberlaina i Sorela.
Doskonalił swą wiedzę z zakresu filozofii, studiując Arystotelesa i Platona. Mimo, iż ten ostatni niespecjalnie pasował do jego systemu wartości, Hitler mimo wszystko potrafił wydobyć z niego to, co uważał za wartościowe. Umiał cytować z pamięci całe ustępy z Schopenhauera i przez długi czas nosił ze sobą kieszonkowe wydanie jego dzieł. Od Nietschego nauczył się wiele o sile woli.
Jego głód wiedzy był niezaspokojony. Spędził setki godzin zagłębiając się w prace Tacyta i Mommsena, studiował strategów wojskowych, takich jak Clausewitz czy budowniczych imperiów jak Bismarck. Nic mu nie umykało: historia świata czy historia cywilizacji, studia nad Biblią lub Talmudem, filozofia tomistyczna i wszystkie arcydzieła Homera, Sofoklesa, Horacego, Owidiusza, Tytusa Liwiusza i Cycerona. Postać Juliana Apostaty znał tak dobrze, jakby żył w jego czasach.
Jego wiedza rozciągała się również na mechanikę. Wiedział jak działają silniki, rozumiał balistykę różnych rodzajów broni i zadziwiał najtęższe umysły medyczne swoją wiedzą na temat medycyny i biologii. Uniwersalność wiedzy Hitlera może zaskakiwać lub drażnić tych, którzy nie byli jej świadomi, niemniej jednak pozostaje ona historycznym faktem: Hitler był jednym z najbardziej światłych umysłów XX wieku. Pod tym względem po tysiąckroć przewyższał Churchilla, intelektualnego miernotę, czy też Lavala, z jego ledwie pobieżną znajomością historii, lub Roosevelta, albo Eisenhowera, który nigdy nie wzbił się ponad powieści detektywistyczne.
Od najmłodszych lat Hitler był inny, niż pozostałe dzieci. Zawsze posiadał swoistą wewnętrzna moc i kierował się swym duchem i instynktem.
Potrafił zręcznie rysować gdy miał tylko 11 lat. Jego szkice wykonane w tym wieku cechuje siła i wyrazistość, co szczególnie widać w jego portrecie Wallensteina.
Jego pierwsze obrazy i akwarele, stworzone w wieku 15 lat, są pełne poezji i wrażliwości. Jedna z jego najważniejszych prac, "Zamek Utopia", dowodzi, iż jako artysta cechował się niezwykłą wyobraźnią.
Jego orientacja artystyczna przybierała różne formy. Pisywał poezje od czasów chłopięcych. Swojej siostrze Pauli podarował kompletną sztukę teatralną i zadziwił ją swym dziełem. W wieku 16 lat, w Wiedniu, rozpoczął pracę nad operą. Zaprojektował nawet dekoracje, jak również i kostiumy. Oczywiście, postaciami byli wagnerowscy bohaterowie. W stopniu większym niż artystą, Hitler był przede wszystkim architektem. Setki jego prac są godne uwagi nie tylko ze względu na same obrazy, ale i na architekturę. Potrafił odtworzyć z pamięci najdrobniejsze szczegóły kopuły kościoła czy misterne kształty kutego żelaza. W rzeczywistości to właśnie pragnienie zostania architektem sprowadziło Hitlera na początku wieku do Wiednia.
Kiedy ogląda się setki jego obrazów, szkiców i rysunków z tamtego okresu, dowodzących kunsztu w kreśleniu trójwymiarowych form, zadziwiającym jest, iż jego egzaminatorzy z Akademii Sztuk Pięknych dwukrotnie oblali go na kolejnych egzaminach. Niemiecki historyk Werner Maser, niezaliczający się do przyjaciół Hitlera, poddał owych egzaminatorów surowej krytyce: "Wszystkie jego prace są świadectwem nadzwyczajnej wiedzy i talentu architektonicznego. Twórca Trzeciej Rzeszy daje powody do wstydu dawnej wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych."
Oczarowany pięknem kościoła w opactwie benedyktynów, w którym w chłopięcych latach należał do chóru i służył jako ministrant, Hitler marzył przelotnie o zostaniu benedyktyńskim mnichem. Ciekawostką pozostaje fakt, iż to właśnie w tych właśnie czasach, za każdym razem, kiedy uczestniczył we mszy, przechodził pod pierwszą swastyką, jaką dane mu było ujrzeć: wyryta w kamieniu, widniała na tarczy herbowej nad głównym portalem kościoła.
Ojciec Hitlera, który był celnikiem, miał nadzieję, iż syn pójdzie w ślady ojca i zostanie urzędnikiem państwowym. Jego nauczyciel zachęcał go, by został mnichem. Zamiast tego, młody Hitler wyjechał, czy też raczej uciekł, do Wiednia. I tam właśnie, będąc zmuszonym przez biurokratyczne akademickie miernoty do rezygnacji ze swych ambicji, stał się samotnikiem oddającym się przemyśleniom. Zagubiony w stolicy Austro-Węgier, szukał swego przeznaczenia.
Przez pierwsze trzydzieści lat życia Hitlera, data 20 kwietnia 1889 roku nikomu nic nie mówiła. To właśnie tego dnia Hitler przyszedł na świat w Braunau, małym miasteczku w dolinie rzeki Inn. Podczas swego wiedeńskiego wygnania często wracał myślami do skromnego domu, a w szczególności do swojej matki. Gdy zachorowała, wrócił, aby się nią zająć. Całymi tygodniami opiekował się nią, wykonywał wszelkie obowiązki domowe i wspierał ją jak najbardziej kochający syn. Gdy ostatecznie zmarła, w Wigilię Bożego Narodzenia, jego ból nie znał granic. Pogrążony w rozpaczy, pochował matkę na małym wiejskim cmentarzu.
"Nigdy nie widziałem syna, który tak rozpacza", powiedział lekarz jego matki, który zbiegiem okoliczności był Żydem. W swoim pokoju Hitler zawsze trzymał starą fotografię swojej matki. Pamięć o matce, którą tak bardzo kochał, pozostała z nim do dnia jego śmierci. Zanim odszedł z tego świata, 30 kwietnia 1945 roku, położył przed sobą jej zdjęcie. Miała niebieskie oczy, jak on, i podobną twarz. Jej matczyna intuicja podpowiadała jej, że syn jest inny, niż pozostałe dzieci. Zachowywała się tak, jakby czuła, co będzie przeznaczeniem jej dziecka. Kiedy umierała, zadręczała się aurą tajemniczości otaczającą jej syna.
Pomijając kontakty z matką, lata młodości Hitlera to życie w odosobnieniu. Jego największym marzeniem była ucieczka od całego świata. Będąc w głębi ducha samotnikiem, Hitler wałęsał się po mieście, jadał skromne posiłki, lecz za to pochłonął zbiory trzech bibliotek publicznych. Unikał rozmów i miał niewielu przyjaciół.
Wydaje się niemal niemożliwością, by wyobrazić sobie przeznaczenie, kiedy to człowiek zaczyna mając tak niewiele i osiąga takie szczyty. Aleksander Wielki był synem króla. Napoleon był generałem w wieku 24 lat i pochodził z dobrze sytuowanej rodziny. Piętnaście lat po przygodzie z Wiedniem, Hitler wciąż będzie nieznanym kapralem. Tysiące innych ludzi miało po tysiąckroć większe możliwości, by odcisnąć swe piętno na losach świata.
W owym czasie Hitler nie koncentrował się jeszcze na polityce, ale, mimo, że jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy, to właśnie była droga, do której był najbardziej predysponowany. Ostatecznie polityka będzie harmonizować z jego zamiłowaniem do sztuki. Ludzie, masy, staną się gliną, której rzeźbiarz nada nieśmiertelne kształty. Owa ludzka glina stanie się dla niego dziełem sztuki niczym marmurowe rzeźby Myrona, obrazy Hansa Makarta czy "Pierścień Nibelunga" Wagnera.
Jego umiłowanie muzyki, sztuki i architektury tak naprawdę nie oderwały go od politycznego i towarzyskiego Wiednia. Aby przetrwać, pracował jako zwykły pracownik najemny ramię w ramię z innymi robotnikami. Był milczącym obserwatorem, ale nic nie umykało jego uwadze: ani próżność i egoizm burżuazji, ani moralne i materialne ubóstwo ludu, ani też setki tysięcy robotników, którzy falą przelewali się szerokimi alejami Wiednia, niosąc w sercach gniew.
Był zaskoczony rosnącą obecnością w Wiedniu brodatych Żydów, noszących kaftany -?widok zupełnie w Linzu nieznany.
"Jak też oni mogą być Niemcami?" zadawał sobie pytanie.
Czytał statystyki: w 1860 roku w Wiedniu było sześćdziesiąt dziewięć rodzin żydowskich; czterdzieści lat później liczba Żydów wynosiła dwieście tysięcy. Byli wszędzie. Widział, jak zrzucają ze swych balkonów drabinki sznurowe, aby pomóc innym Żydom we wspięciu się na górę. Widział, jak zalewają uniwersytety, obsadzają stanowiska prawnicze i lekarskie, przejmują gazety.
Obecność w środowisku robotniczym uświadomiła Hitlerowi następstwa tego napływu, jednak robotnicy nie byli jedynymi, którzy na tę sytuację reagowali.
Wiele prominentnych osobistości zarówno w Austrii jak i na Węgrzech nie ukrywało swojej niechęci na widok czegoś, co w ich mniemaniu było obcą inwazją ich kraju. Burmistrz Wiednia, chrześcijański demokrata i znakomity mówca, był jednym z tych, których Hitler chętnie słuchał.
Hitler był również zaniepokojony losem ośmiu milionów austriackich Niemców, których utrzymano poza granicami Niemiec i tym samym pozbawiono należnego im obywatelstwa własnego kraju. Cesarza Franciszka Józefa odbierał jako zgorzkniałego i małostkowego starca niezdolnego do radzenia sobie z bieżącymi problemami i niepotrafiącego sprostać temu, co przyniesie przyszłość.
Hitler wciąż zachowywał spokój, jednak stopniowo podsumowywał pewne kwestie w swym umyśle. Po pierwsze, Austriacy byli częścią Niemiec, wspólnej ojczyzny. Po drugie, Żydzi byli obcym elementem wewnątrzniemieckiej społeczności. Po trzecie, patriotyzm miał sens tylko wtedy, gdy był wspólny dla wszystkich klas społecznych. Zwykli ludzie, z którymi Hitler dzielił smutki i poniżenie byli tak samo częścią ojczyzny jak milionerzy z wyższych sfer. Po czwarte, w każdym kraju walka klas nieuchronnie skaże na ruinę zarówno robotników, jak ich szefów. Żadne państwo nie jest w stanie przetrwać wojny klas; korzyści dla kraju może przynieść wyłącznie współpraca pomiędzy robotnikami i ich przełożonymi. Robotnicy muszą być szanowani i mieć możliwość życia w sposób godny i przyzwoity. Kreatywność nigdy nie powinna być tłumiona.
Gdy później Hitler twierdził, iż swą społeczną i polityczną doktrynę ukształtował w Wiedniu, mówił prawdę. Spostrzeżenia, które poczynił w stolicy Austrii, dziesięć lat później stanęły na porządku dziennym.
W ten sposób Hitler przez kilka lat żył w przeludnionym Wiedniu niczym faktyczny wyrzutek, jednak spokojnie obserwując przy tym wszystko wokół siebie. Jego siła płynęła z wewnątrz. Nie pozwalał, aby inni myśleli za niego. Wyjątkowe jednostki zawsze czują się samotnie w wielkim ludzkim stadzie. Hitler odbierał swoją samotność jako wyjątkową okazję do rozmyślań i nie pozwolił zalać się bezmyślnej fali.
Aby nie zagubić się na wielkich przestrzeniach wyjałowionej pustyni, silny duch musi szukać przystani wewnątrz samego siebie. Hitler był takim duchem.
Źródłem ognia -?prawdziwą błyskawicą -?w życiu Hitlera było słowo. Cały swój artystyczny talent ukierunkował na osiągnięcie mistrzostwa w komunikacji i elokwencji. Hitler potrafił oczarowywać słowami i to słowa sprawiały, że sam był jak zaczarowany. Znajdował absolutne spełnienie, gdy magia jego słów inspirowała serca i umysły tłumów, do których przemawiał. Gdy z mistycznym pięknem przekazywał nagromadzoną przez lata życia wiedzę, za każdym razem czuł się odrodzony. Jego magiczna elokwencja przez długi czas pozostanie rozległym polem badań dla psychoanalityków. Kluczem do wszystkiego jest tutaj potęga słów Hitlera.
Bez nich nigdy nie byłoby ery Hitlera.
Czy Hitler wierzył w Boga?
Tak, głęboko wierzył w Boga. Nazywał go Wszechmogącym, panem wszystkiego, co znane i nieznane.
Propagandyści przedstawiali go jako ateistę. Nie był nim. Gardził pełnymi hipokryzji materialistami w sutannach, ale nie był w tym osamotniony. Wierzył w konieczność istnienia standardów i teologicznych dogmatów, bez których, co niezmiennie powtarzał, wielka instytucja chrześcijańskiego kościoła zawaliłaby się. Te dogmaty gryzły się z jego inteligencją, lecz dostrzegał jednocześnie fakt, iż dla umysłu ludzkiego nie jest rzeczą łatwą pojęcie problemów stworzenia, jego bezgranicznego zasięgu i zapierającego dech w piersiach piękna. Akceptował fakt, iż każda istota ludzka ma potrzeby duchowe.
Śpiew słowika, wzory i kolory kwiatów sprawiały, iż bezustannie wracał do wielkich problemów stworzenia. Nikt na tym świecie nie rozmawiał ze mną w tak elokwentny sposób na temat istnienia Boga. Nie dlatego, że był wychowany w duchu chrześcijańskim (chrześcijaństwo początkowo raczej go szokowało), ale dlatego, iż jego analityczny umysł powiązał go z koncepcją Boga. Wiara Hitlera wykraczała poza schematy i przypadkowość. Bóg był dla niego podstawą wszystkiego, tym, który decyduje o losie wszystkich rzeczy i określa przeznaczenie jego i każdego innego człowieka.
Hitler nie przywiązywał wielkiej wagi do swojego prywatnego życia. W Wiedniu pomieszkiwał w obskurnych, pełnych robactwa kwaterach. Ale nie omieszkał wypożyczyć fortepianu, który zajął połowę jego pokoju, i skoncentrował się na komponowaniu swojej opery.
Żył chlebem, mlekiem i zupą jarzynową. Jego ubóstwo nie było udawane. Nie posiadał nawet płaszcza. Zimą pracował przy odśnieżaniu ulic. Nosił bagaże podróżnych na dworcu kolejowym. Spędził wiele tygodni w przytułkach dla bezdomnych. Ale nigdy nie przestał malować czy czytać.
Mimo skrajnego niedostatku, Hitler jakimś sposobem zdołał zachować schludny wygląd. Właściciele i właścicielki mieszkań w Wiedniu i w Monachium zapamiętali go jako człowieka uprzejmego i o miłym usposobieniu. Jego pokój był zawsze idealnie wysprzątany, jego skromny dobytek był zawsze drobiazgowo posegregowany, a ubrania starannie rozwieszone lub złożone. Sam prał i prasował swoje ubrania, czego w owych czasach nie robiło zbyt wielu mężczyzn. Do przetrwania nie potrzebował prawie niczego. Sprzedaż kilku obrazów była wszystkim, co było potrzebne do sfinansowania jego potrzeb.
Punktem zwrotnym w jego życiu stała się I wojna światowa. Postrzegał ją jako rękę przeznaczenia.
Rozdział 2 Nieznany żołnierz
W SIERPNIU 1914 roku nieznany artysta zostanie nieznanym żołnierzem. Nawet jego nazwisko pisano błędnie: w oficjalnych dokumentach widnieje jako "Hietler". Nikt nie wiedział o jego zdolnościach malarskich czy miłości do muzyki. Jeśli chodzi o dar oratorstwa, sam ledwie miał o nim jakiekolwiek wyobrażenie. Będzie musiał dożyć trzydziestki, aby nagle zdać sobie z niego sprawę.
Poza tym, nikt w Niemczech nie miał pojęcia o marzeniu, motywującym tego nieznanego austriackiego żołnierza do przeprowadzki z Wiednia do Monachium, o namiętnym śnie o zjednoczonych, wielkich Niemcach. Jednak w Monachium, krawiec nazwiskiem Popp, który wynajął Hitlerowi niewielki pokój, wspominał o karteczce przyczepionej do wezgłowia łóżka jego lokatora:
Swobodnie, z otwartym sercem czekamy na ciebie.
Pełni wiary i gotowi do działania,
Czekamy na ciebie z radością.
Wielka niemiecka ojczyzno, pozdrawiamy cię.
W Monachium Hitler mieszkał przy Schleissheimerstrasse, niedaleko od numeru 106, gdzie w anonimowości rezydował inny zapalony miłośnik książek nazwiskiem Mayer. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Władimir Iljicz Uljanow, później zmienione na Lenin.
Ironia nad ironiami: Hitler i Lenin spacerowali tymi samymi wąskimi uliczkami nie znając się nawzajem i nawet nie śniąc, iż ich doktryny któregoś dnia zderzą się w największej z wojen w historii.
Pod numerem 34 Hitler spędził setki godzin malując i czytając, nigdy nie przyjmując przy tym żadnych gości. Podobnie jak w Wiedniu, żył niczym pustelnik, rozmyślając o ocaleniu zachodniej cywilizacji. W tym samym czasie Lenin snuł plany jej zniszczenia.
1 sierpnia 1914 roku, życie Hitlera wypełnione książkami, sztuką i samotnością, nagle rozsypało się na kawałki. Bez najmniejszego wahania porzucił sztukę i naukę i, niczym człowiek dotknięty paraliżem, który, cudownie uleczony odrzuca kule, cisnął precz wszystko, co wiązało się z jego ówczesnym cywilnym życiem.
"Móc wreszcie dowieść przed obliczem Boga szczerości mych przekonań było prawdziwym błogosławieństwem. Byłem pewien, że kiedy nadejdzie właściwy moment, wewnętrzny głos wskaże mi drogę."
W opinii Hitlera, wojna miała wszystko poukładać. W walce będzie się liczył wyłącznie charakter. "Kiedy obaj idą do wojska, prezes zarządu jest na równej stopie z psim fryzjerem." Chciwy i małostkowy świat burżuazji, którym tak bardzo gardził, zostanie zmieciony. "Dla mnie było to wybawieniem. Nie wstydzę się dziś powiedzieć: padłem na kolana i dziękowałem Bogu."
Miliony Europejczyków w całej Europie czuło się dokładnie tak samo. "Na Berlin!", krzyczeli Francuzi. "Na Paryż!", skandowali Niemcy. W owych dniach podsycanego patriotyzmu podniecenie sięgnęło zenitu zarówno wśród robotników, jak i chłopów. Ale w przypadku Hitlera było to coś więcej niż zwykły zalew emocji; był to prawdziwy wybuch przekonania, iż naród niemiecki, sztucznie podzielony na Niemców i Austriaków, zostanie zjednoczony przynajmniej przez wojnę.
W normalnych warunkach Hitler nigdy nie powinien zostać żołnierzem. Przez wiele lat cierpiał na gruźlicę, a jeszcze kilka miesięcy przed wybuchem wojny, 5 lutego 1914 roku, gdy zgłosił się do służby wojskowej, odesłano go z kwitkiem: "Nie nadaje się do służby wojskowej lub pomocniczej. Zbyt słaby. Odmowa."
Robił wszystko, co w jego mocy, by zmieniono tę decyzję. 3 sierpnia 1914 roku wysłał list do króla Bawarii, błagając, aby pozwolono mu zaciągnąć się na ochotnika. Jego modlitwy zostały wysłuchane i armia go przyjęła. Dołączył do 6 batalionu w 2 Bawarskim Pułku Piechoty. 3 Jego towarzysz broni Hans Mend wspominał później, że gdy wydano Hitlerowi jego karabin, "wpatrywał się w niego z taką samą przyjemnością, jaką czerpie kobieta, która podziwia swoje diamenty." Na kilka godzin przed odjazdem na front, Hitler wykrzyknął: "Jestem bardzo szczęśliwy!"
Kiedy w październiku 1914 roku ich eszelon mijał wielki posąg Germanii w dolinie Renu, Hitler i jego koledzy zaintonowali starą patriotyczną pieśń "Straż na Renie". W liście, napisanym tego samego dnia do właścicielki mieszkania wynajmowanego w Monachium, pani Popp, Hitler zwierzył się: "Z trudem mogę pohamować swój entuzjazm. Ileż to razy marzyłem, by sprawdzić swą siłę i dowieść mojej narodowej wiary!"
Pragnienie miało się teraz spełnić.
Jednak Hitler był tylko jeszcze jednym żołnierzem piechoty wśród tysiąca innych w pociągu, zdążających ku polom bitewnym Flandrii. W tamtym czasie nikt na świecie nie mógł przypuszczać, że ten ochotnik, który nawet nie był Niemcem ani Bawarczykiem, będzie władać Europą od Narwiku do Majkopu. Hitler, jednakże, nigdy nie miał cienia wątpliwości, że wojna przypieczętuje jego spotkanie z przeznaczeniem.
Hitler walczył we wszystkich najcięższych bitwach: Yser, Ypres, Flandria, Neuve Chapelle, La Bassee, Arras, Artois, Somma, Fromelles, Alzacja-Lotaryngia, Ailette, Montdidier, Soissons, Reims, Oise, Marna, Szampania, Vosle, Monchy, Bapaume. Wszystko w ciągu czterech lat. 5 października 1916 roku został ranny i trafił na dwa miesiące do szpitala. Następnie powrócił na front, gdzie był do 15 października 1918 roku, kiedy to został ponownie hospitalizowany, tym razem z powodu zatrucia gazem bojowym.
Przez całą wojnę wymieniano jego nazwisko w rozkazach w uznaniu odwagi i wyjątkowych zasług na polu walki. Odznaczono go Krzyżem Żelaznym II klasy, Bawarskim Krzyżem Zasługi Wojskowej III klasy z mieczami i Krzyżem Żelaznym I klasy. Zarówno oficerowie jak i odznaczeni żołnierze byli zawsze darzeni szacunkiem za swą odwagę i ideowość, Hitler jednak zawsze sądził, że mógł zrobić jeszcze więcej.
U schyłku 1918 roku I wojna światowa zbliżała się do końca. Niemiecka armia przy współudziale Lenina i Trockiego zniszczyła Rosję. W maju, czerwcu i lipcu 1918 roku, generał Erich Ludendorff, militarny geniusz, potrafił przemieszczać swoje siły ze wschodu na zachód i zadawać cios za ciosem wojskom brytyjskim i francuskim. Francuski historyk Reymont Cartier tak oceniał sytuację:
"Front rosyjski nie istnieje. Najlepsze niemieckie dywizje, cała ciężka artyleria, wszyscy ludzie poniżej trzydziestego piątego roku życia, wezbraną falą runęli z powrotem w kierunku zachodnim. Po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia działań wojennych, Niemcy mogły cieszyć się przewagą ilościową: 192 dywizje przeciwko 174 dywizjom frontu francusko-brytyjskiego. Kierowana przez Brytyjczyków Ententa była o krok od klęski."
Stary pułk Hitlera, "Regiment List"4, brał udział w tej ostatniej ofensywie od początku do końca. Hitler i jego towarzysze broni zwycięsko szli do przodu, forsując rzekę Ailette pod Anizy, rzekę Aisne pod Pont Fontenoy i ostatecznie dochodząc do bramy do Paryża, rzeki Marny, którą przekroczyli. Było to 14 lipca 1918 roku, w Dniu Bastylii, święta narodowego Francji, zadekretowanego przez watażków z loży Wielkiego Wschodu Francji5 celem upamiętnienia ludobójstwa własnego narodu dokonanego wiek wcześniej. Ale uroczystości szybko przerwano w miarę jak wzrastał powszechny niepokój spowodowany bliskim dudnieniem niemieckiej artylerii.
Hitler był w szpicy posuwających się oddziałów. "Kapral Hitler", stwierdził Cartier, "był wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jednym z niemieckich żołnierzy, którzy w 1918 roku podeszli najbliżej do Paryża."
W rzeczywistości, Hitler nieomal zdołał dokonać najbardziej sensacyjnego wyczynu w tej wojnie -?wzięcia do niewoli Clemenceau, premiera Francji. W panice, oficjele Wielkiego Wschodu Francji wysłali Clemenceau na linię frontu, aby podniósł morale wojska, w owym czasie bardzo niskie. Nawołując żołnierzy do ataku, Clemenceau usiłował dać im przykład i nagle znalazł się wśród Niemców, otaczających go ze wszystkich stron. W ostatniej chwili zdołał umknąć, o włos unikając niewoli. Jednym z żołnierzy owego niemieckiego patrolu, który niemalże pochwycił Clemenceau, był kapral Adolf Hitler. Jeszcze jedna z ironii losu!
Można tylko wyobrazić sobie Clemenceau, prowadzonego na kwatery "Pułku Lista" przez kaprala Hitlera... Zamiast pozowania na "Ojca Zwycięstwa", który to przydomek wysmażyła dla niego Loża, premier byłby tylko jeszcze jednym przygnębionym jeńcem, którego do niewoli prowadzi nie kto inny, jak Hitler.
Odwaga Hitlera na polu walki jest udokumentowana i została potwierdzona zarówno przez armię, jak i przez jego towarzyszy broni. Dopiero, gdy Hitler zaczął uczestniczyć w życiu politycznym, zapisy o przebiegu jego służby nagle zaczęto podważać.
Kiedy polityczne pismaki Republiki Weimarskiej w desperackiej próbie powstrzymania rosnącej popularności Hitlera usiłowały zdyskredytować przebieg jego służby, skończyli w sądzie. W orzeczeniu ogłoszonym 10 marca 1932 roku w Hamburgu, krytykom Hitlera, wśród których był Heinrich Braune i firma Auer & Company, nakazano odwołanie oskarżeń i wypłacenie odszkodowania. Kopia wyroku sądu znajduje się w archiwum federalnym w Koblencji.
Po klęsce Niemiec w 1945 roku, historia stała się prywatnym polem do popisu dla zwycięzców i polityczni "historycy" mieli prawdziwe używanie, opowiadając niestworzone rzeczy o Hitlerze.
Prawdziwym historykom zajęło ponad pół wieku, aby raz na zawsze wyjaśnić sprawę dla dobra uczciwości i prawdy historycznej.
Jedną z pewnych i niepodlegających dyskusji kwestii jest to, iż Hitler spędził swoje cztery lata wojny na linii frontu. Brał udział w ponad czterdziestu starciach, był ranny i zagazowany, więc jego odznaczenia bojowe były zasłużone -?Krzyż Żelazny II klasy, (nadany 2 grudnia 1914 roku), Bawarski Krzyż Zasługi, Czarna Odznaka za Rany i wreszcie Żelazny Krzyż I klasy.
Podpułkownik Michael Freiherr von Godin, we wniosku o odznaczenie Hitlera Krzyżem Żelaznym I klasy, napisał: "Był przykładem opanowania, zarówno podczas walk w okopach, jak i w atakach. W najtrudniejszych warunkach i w najniebezpieczniejszych sytuacjach zawsze zgłaszał gotowość do przenoszenia rozkazów i meldunków."
Pułkownik Anton Tubeuf, który wręczył Hitlerowi owe odznaczenie, niezwykle rzadko nadawane szeregowym i kapralom, stwierdził ponadto:
"Hitler był zawsze gotów do pomocy w każdej sytuacji, zawsze zgłaszał się na ochotnika do najtrudniejszych, najbardziej uciążliwych i najniebezpieczniejszych zadań i zawsze był gotów ryzykować życie dla ojczyzny. Na poziomie czysto ludzkim był mi bliższy, niż którykolwiek z żołnierzy."
Pułkownik Walter Spatny, dowodzący 16 Pułkiem Piechoty, był równie zgodny w swojej ocenie: "Hitler był inspiracją dla wszystkich swoich kolegów. Robiła na nich wrażenie jego niezrównana odwaga i oddanie służbie, co szczególnie widać było w walce. Jego kwalifikacje, skromność i zasługujące na podziw odpowiedzialne podejście zyskały mu najwyższy szacunek zarówno wśród bezpośrednich kolegów, jak i przełożonych."
W 1922 roku, w czasie, gdy Hitler wciąż był człowiekiem nieznanym, generał Friedrich Petz podsumował uznanie dowództwa dla dzielnego i skromnego kaprala w następujących słowach: "Hitler był bystry, szybki i niesamowicie odporny. Jego najbardziej godną podziwu cechą była osobista odwaga, która sprawiała, że w boju zawsze potrafił odnaleźć się w każdej, choćby najbardziej niebezpiecznej sytuacji."
Żaden z oficerów, którzy wypowiadali się na temat przebiegu jego służby wojskowej, nie miał żadnej innej motywacji, poza chęcią mówienia prawdy. Nie podlegali żadnemu naciskowi, ani też nie mogli liczyć na osiągnięcie korzyści w zamian za taką, a nie inną wypowiedź. Z tego właśnie powodu profesjonalni historycy opierają dziś swoją ocenę kariery wojskowej Hitlera na licznie dostępnych świadectwach pochodzących z archiwów wojskowych.
Nawet historycy niechętni Hitlerowi, jak Joachim C. Fest, przyznają, iż "Hitler był odważnym i sprawnym żołnierzem oraz zawsze dobrym towarzyszem broni." Sebastian Haffner, żydowski pisarz fanatycznie nienawidzący Hitlera, zmuszony był zgodzić się, iż "Hitlera cechowała odwaga, z którą nikt nie mógł się równać".
Po nieudanych próbach zdyskredytowania Hitlera w czasach Republiki Weimarskiej, zapisy dotyczące przebiegu jego służby wojskowej nie były podważane nawet przez żydowskie i brytyjskie machiny propagandowe. Także jego gotowość do udzielania pomocy innym, odnotowana w czasie wojny, nie była niczym nowym. Żyd nazwiskiem Karl Hanisch, który w pewnym okresie był współlokatorem Hitlera w hoteliku, wspominał go jako miłego i sympatycznego człowieka, który przejawiał troskę o dobro swych towarzyszy.
"Nikt nie próbował pozwalać sobie na zbyt dużo w stosunku do Hitlera", relacjonował później Hanisch, "ale on nigdy nie był arogancki czy zbyt dumny, za to zawsze był pierwszy do pomocy. Jeśli ktoś potrzebował pięćdziesiąt halerzy żeby zapłacić za kolejny nocleg, Hitler bez namysłu oddawał wszystko, co miał w kieszeni. Przy kilku okazjach sam inicjował zbiórkę 'do kapelusza', jeśli była taka potrzeba."
Na froncie nigdy nie próbował robić na kimś wrażenia. Był przyjazny wobec wszystkich. Rozmaite fotografie Hitlera z frontowych lat ukazują go radośnie dzielącego posiłek czy chwile wypoczynku z jego kolegami. Była jednak jedna cecha charakteru, która odróżniała go od jego towarzyszy: jego uprzejmość. Wśród całego zalewu przekleństw i rynsztokowego języka, sposób wypowiadania się Hitlera pozostał grzeczny i wyważony. Taką miał naturę i nie potrafił być inny, czy to pisząc, czy mówiąc.
Gburowatość uważał za grób komunikacji i najwyższą obelgę. Jednocześnie nie ganił nikogo za nieuprzejme czy obsceniczne uwagi bardziej, niż co najwyżej przywołującym do porządku spojrzeniem. Nigdy nie śmiał się ze sprośnych dowcipów, nie bawił go "burdelowy" humor i nigdy nie uczestniczył w niekończących się dyskusjach o seksualnych podbojach, tak charakterystycznych dla żołnierskich rozmów w okopach. Instynktownie stronił od nadmiernych poufałości i czuł się dotknięty takim zachowaniem ze strony innych. Należałoby się spodziewać, iż w takim środowisku Hitler będzie bezlitośnie wyszydzany jako świętoszek, jednak wcale tak nie było. W jakiś sposób zyskał szacunek, jakim ludzie nieczęsto obdarzają innych.
Historycy często wskazywali na fakt, że jeśli spojrzymy na sferę materialną, to zauważymy, iż Hitler urodził się biedny i zmarł biedny. Pieniądze traktował jedynie w kategorii środka służącego do zaspokojenia potrzeb ludzkości, a nie celu samego w sobie. W Wiedniu, czy też na froncie, jego szczodrość była przysłowiowa. Zawsze był gotów oddać połowę swojej racji żywnościowej żołnierzowi, który wydawał się być bardziej głodny od niego. Rozdawał także swoje koce, gdyż czuł, że inni potrzebują ich bardziej niż on. Jednocześnie był prawdopodobnie najuboższym żołnierzem w pułku. Nigdy nie otrzymywał paczek żywnościowych i polegał wyłącznie na skromnych przydziałowych racjach. I tak, jak zawsze pomagał potrzebującym ludziom, zawsze okazywał współczucie zwierzętom i roślinom. Uważał, że stanowiły integralną część wielkiego cyklu istnienia i tym samym powinny być kochane i szanowane. Harmonia człowieka, świata zwierząt i natury była tematem, który często poruszał w rozmowach ze mną.
Któregoś razu Hitler natrafił w okopie na teriera, który w pogoni za szczurem przebiegł ze strony angielskiej do sektora niemieckiego. Przygarnął małego psiaka, nazwał go Fuschl i otoczył wielką troską. Nauczył psa ukrywać się na komendę i zawsze dbał o to, by zwierzak miał co jeść i pić. Byli nierozłącznymi kompanami. Psa później mu ukradziono. Pół wieku potem wciąż nie był w stanie mówić o tym bez widocznego żalu. Z tej przyczyny cierpiał bardziej, niż z zimna, głodu czy z powodu przerażających warunków okopowego życia. Hollywoodzka wizja okrutnego, ogarniętego manią Hitlera została stworzona dla potrzeb wojennej propagandy, ale absolutnie nie miała w sobie nic z prawdy.
Początkowo, gotowość Hitlera do zgłaszania się na ochotnika do najbardziej karkołomnych misji stanowiła zagadkę dla innych żołnierzy. Sądzili, że przesadza i najpierw mawiali, że "fakt, iż Hitler jest idiotą nie oznacza, że wszyscy mamy tacy być". Ale ich kpiące zdziwienie wkrótce zastąpił pełen szacunku podziw i zaczęli skłaniać się ku przekonaniu, że czuwa nad nim jakaś specjalna ręka opatrzności. W chwilach wielkiej trwogi, gdy śmierć szalała ze wszystkich stron, wszyscy żołnierze instynktownie starali się trzymać blisko niego, gdyż wiedzieli, że dobre dziesięć razy zdołał umknąć przeznaczeniu, choć wszystko wskazywało na to, że powinien zostać zabity.
Cartier przytacza tu bardzo konkretny przykład: "17 listopada 1917 roku, na bliskich przedpolach Wytschaete, brytyjski pocisk przebił sufit piwnicy, której pułk Hitlera używał jako punktu dowodzenia, eksplodował tam i spowodował w efekcie straszliwą rzeź. Wszyscy, którzy tam się znajdowali zostali zabici, ranni lub okaleczeni. Jedynym, który ocalał, był Hitler. Dosłownie sekundy przed wybuchem pocisku wysłano go, by przeniósł meldunek pod ciężkim ogniem nieprzyjaciela. Zadanie wykonał bez jednego zadraśnięcia."
Ilość razy, kiedy to Hitler oszukiwał śmierć, zawsze stanowiła zagadkę dla historyków. Hitler zaprzeczał statystykom tak wiele razy, że aż trudno uwierzyć, że zawdzięczał to czystemu przypadkowi. Niewiele wiemy o siłach, które wydają się chronić wybranych ludzi przed niebezpieczeństwem i śmiercią. Jednak nasi celtyccy i germańscy przodkowie zawsze uznawali je za coś realnego, a narody azjatyckie i arabskie wciąż je za takie uważają nawet dzisiaj. W każdym bądź razie takie siły miały chronić Hitlera przez całe jego życie.
W listopadzie 1939 roku zakończył swoją przemowę w Monachium trzy minuty wcześniej, niż planowano. Po tym, jak zszedł z mównicy, eksplodowała bomba. Jakby w odpowiedzi na tajemne wezwanie, wyszedł na czas, aby nie zostać rozniesionym na strzępy.
20 czerwca 1944 roku bomba Clausa von Stauffenberga została umieszczona tuż przy nogach Hitlera w pokoju odpraw w jego kwaterze głównej. Człowiek siedzący obok Hitlera poczytał to za nieuprzejmość i przesunął teczkę dalej. Bez tego prostego gestu Hitler zostałby rozerwany na kawałki. W rezultacie tego, co nastąpiło, bomba poszarpała tylko jego mundur.
Hitler ani na moment nie uległ panice. "To brytyjska bomba. Płomień był żółty", zauważył od niechcenia, zupełnie jakby jego los nie był czymś wartym szerszej rozprawy.
Historycy często nawiązywali do owego mechanizmu przetrwania Hitlera na froncie podczas I wojny światowej. W 1916 roku bitwa nad Sommą była sceną rzezi ponad miliona Europejczyków, w większości Francuzów i Niemców. "Pułk Lista" trwał na pozycjach w ruinach wsi o nazwie La Barque. Z dziewięciu kurierów, siedmiu zostało właśnie zabitych. Okopy były zniszczone przez nieprzerwany ogień artylerii, a żołnierze kryli się tu i ówdzie w lejach po pociskach. Punkt dowodzenia, w którym przebywało dziesięciu oficerów i dwóch kurierów, ulokowany był w piwnicy zrównanego z ziemią domu. Nagle pocisk eksplodował u samego wejścia, wysyłając na tamten świat jedenastu z dwunastu obecnych. Przeżył tylko Hitler.
Znany angielski dziennikarz Andrew Price przytaczał podobną historię opowiedzianą mu przez Hitlera: "Wraz z kolegami jedliśmy nasze racje w okopie. Nagle odniosłem wrażenie, że jakiś głos mówi do mnie, 'wstawaj i wynoś się stąd.' Był to rozkaz tak jasny i natarczywy, że usłuchałem go natychmiast, zupełnie, jakby mówił do mnie przełożony. Poderwałem się na nogi i odszedłem jakieś dwadzieścia metrów okopem, niosąc swoje jedzenie w menażce. Następnie usiadłem, uspokoiłem się i dalej jadłem swój posiłek. Gdy tylko się za to zabrałem, w części okopu, który dopiero co opuściłem, miała miejsce straszna eksplozja. Jakiś zabłąkany granat wybuchł dokładnie nad grupką żołnierzy, z którymi siedziałem i zabił ich wszystkich."
Także John Toland zastanawiał się, jaka to opatrzność czuwała nad Hitlerem: "Na przestrzeni ostatnich miesięcy unikał śmierci niezliczoną ilość razy." [Uwaga: tłumaczenie tego ustępu, z angielskiego na niemiecki i z niemieckiego na angielski, które było dwukrotnie usuwane, bez wątpienia wygląda na dalekie od autentycznego Tolanda -?Red.]
Nawet Joachim Fest był porażony osobliwą nietykalnością Hitlera: "Odwaga i opanowanie, z jakim stawał w obliczu najbardziej śmiercionośnego ognia, czyniła go w oczach towarzyszy broni niezniszczalnym. Powtarzali, że tak długo, jak Hitler jest z nimi, nic się im nie stanie. Wydaje się, że wywarło to na Hitlerze głębokie wrażenie i utwierdziło go w przekonaniu, iż ma do spełnienia specjalną misję."
Kapral Hitler nigdy nie przestawał zadziwiać swych towarzyszy. Był zawsze uprzejmy i pomocny, nigdy nie wpadał w panikę, był zawsze tam, gdzie szalała śmierć, za każdym razem wychodził bez szwanku i zawsze, gdy miał chwilę wolnego czasu, coś skrobał na papierze: Hitler pisał wiersze. I choć prawie siedemset obrazów i rysunków Hitlera zdołało przetrwać wojenną zawieruchę, jego wierszom już się tak nie poszczęściło. Większość z nich zniknęła w 1945 wraz z górami innych rozkradzionych dokumentów. Z dwóch tysięcy ocalało około trzydziestu. Niektóre trafiły do Archiwum Kongresu Stanów Zjednoczonych. Jeden z wierszy, napisany nocą w okopie w 1915 roku, okazał się proroczy:
Często nocą w zgorzknieniu,
Widzę dąb Wotana w cichej błyskawicy,
Gdy zlewa się w jedno z mistyczną siłą.
Księżyc czarem wypisuje runy.
Splamionych za dnia,
Oczyści magiczna formuła.
I fałszywi od prawdziwych oddzieleni będą,
Gdy nadejdą falangi mieczy.
Jego towarzysze nie mieli pojęcia, iż Hitler pisze wiersze, nie wspominając o tak głębokiej poezji. Wiersze trzymał w swojej torbie i nigdy nikomu ich nie pokazywał. Kiedy Hitler mówił, wypowiadał się na takie tematy jak defetyzm i Żydzi, usadowieni w ciepłych gabinetach w Niemczech, sabotujący wysiłek wojenny strajkami i działalnością wywrotową. Chciał się ich wszystkich pozbyć.
W dniach ponurej i zabójczej okopowej wojny Hitler zabawiał swoich kolegów szkicami i karykaturami, które potrafił narysować w kilka sekund. Doceniał wartość humoru w każdej sytuacji i tym samym dawał żołnierzom odrobinę tak potrzebnej ulgi.
W dniach, kiedy nie był na służbie lub w przerwach między walkami Hitler malował obrazy zniszczeń, jakie niosła ze sobą wojna, ale także sceny pełne ciszy i spokoju. Kontrast był uderzający: z jednej strony płonące drzewa, rozdarte ciała, okopy, które stały się masowymi grobami; a z drugiej sielankowe pejzaże z polami pszenicy, rzekami, zagrodami, przypominające twórczość Poussina.
Historyk Hitlera Werner Maser tak je opisał:
"Budynki, widziane poziomo, rzucają się w oczy swą fosforyzującą delikatnością tańczących kolorów. Akwarela zatytułowana "Haubourdin", która jest datowana na 1916 rok, jest zachwycająca: scena z obcego kraju, widziana z perspektywy niemieckiego pejzażysty, staje się doświadczeniem, które jest bliskie, znajome, żywe i pełne poezji. Ma się wrażenie, że jest się w Norymberdze czy Rothenburgu. Dzieło jest lekkie, żywe, wzruszające. Wspaniały rysunek "Ardoye en Flandre", pochodzący z lata 1917 roku, jest częścią serii trzech prac, z których dwie pozostałe nie są datowane ("Dom z białym parkanem" i "Schron w Tonnes"6). Wszystkie te prace zdradzają wyjątkowy talent i dowodzą znakomitego postrzegania architektury."
Wielki angielski artysta Edward Gordon Craig wyraża się nie mniej pochlebnie: "Akwarele Hitlera z okresu I wojny światowej są dziełami o prawdziwej wartości." Dzisiejsi znawcy i kolekcjonerzy, którzy rywalizują o prace Hitlera, płacąc za nie ogromne sumy, z pewnością zgadzają się z oceną Craiga.
Koledzy z pierwszej linii byli generalnie zainteresowani wyłącznie szkicami ich samych, które Hitler rysował dla nich, aby mogli wysłać je do swoich rodzin w domu. Jednakże znalazł się człowiek, który ukradł skórzaną teczkę, w której Hitler starannie przechowywał swoje rysunki, szkice i akwarele. Po latach cała zawartość teczki trafiła do sklepu z osobliwościami w Monachium. Wielbiciel zakupił je i wysłał je Hitlerowi, który w tym czasie był już kanclerzem Niemiec.
Towarzysze broni Hitlera najbardziej jednak zapamiętali jego wybuchy improwizowanego oratorstwa. Ludzie zawsze słuchali go, nie roniąc ani słowa.
To była zapowiedź tego, co miało dopiero nadejść.
Rozdział 3 Lekcje z frontu
Od 1914 do 1919 roku front stał się dla Hitlera drugim polem badań. Nie jest już, jak w Wiedniu, tylko zwykłym obserwatorem. Jego los, podobnie jak milionów innych ludzi, rzucony jest na szalę i podlega tym samym prawom. Z tymi ludźmi musi dzielić nie tylko trudy walki, ale i każdą minutę codziennego życia czasu wojny. Hitler, zawsze pruderyjny i poprawny, musi zanurzyć się w tej gigantycznej mieszaninie, w tym żywym ludzkim wirze. Robi to z ochotą i czuje jedność z ludźmi. Instynktownie wyczuwa, iż jego los jest powiązany z ich losem.
Żyje w bractwie tych, z którymi dzieli ciężkie doświadczenia, cierpienie, strach i ciągłą bliskość śmierci. To braterstwo, którego więzy umacnia każdy mijający dzień wojny, pozwalając rosnąć owemu poczuciu solidarności, które od czasu Wiednia uważał za pierwszoplanową konieczność polityczną. Teraz zdaje sobie sprawę z faktu, że ludzie to gatunek stworzony do pracy zespołowej, zaś walka klasowa jest całkowitym zaprzeczeniem ludzkiej natury. Widzi przed sobą tych, którzy jeszcze kilka tygodni temu zostali rzuceni przeciwko sobie przez ich marksistowskich treserów, zaś teraz wspólnie i zgodnie pracują ramię w ramię.
Rozsądek podpowiada mu, że jeśli przedstawiciele różnych klas społecznych mogą być w tak naturalny sposób zjednoczeni w momencie gdy stoją wobec poświęcenia na froncie wojny, z pewnością mogliby zostać połączeni ideą wspólnej pracy i ratowania narodu.
Zauważa także, iż praca umysłowa i fizyczna same w sobie są niekompletne i nigdy nie mogą być rozdzielane. Pracownikiem fizycznym musi kierować idea w takim samym stopniu, w jakim pracownik umysłowy musi polegać na fizycznej sile, aby być w stanie cokolwiek osiągnąć. To jest właśnie istota sprawy i sedno ogromnego problemu społecznego, który, według obserwacji Hitlera, znajduje rozwiązanie w warunkach frontowych. To odkrycie odciśnie na nim piętno na zawsze. Czuje się częścią ludu i rozumie jego wielki potencjał.
Jeśli ludzie są w stanie zjednoczyć się w okopach, dlaczego wobec tego mieliby być podzieleni w życiu cywilnym? Hitler ma już na to odpowiedź. Brak jedności i niezgoda są owocami sztucznych machinacji społecznych pasożytów, a wszystko dzieje się ze szkodą dla większości społeczeństwa.
Konkluzja ta sprowadzała się do założenia, iż cała tak zwana walka społeczna -?pracodawcy przeciwko zatrudnionym, pokolenie przeciwko pokoleniu, płeć przeciwko płci -?jest wywoływana przez skorumpowanych i chciwych manipulatorów skoncentrowanych wyłącznie na zniewoleniu ludu. Każdy rodzaj walki klasowej kłóci się z samą istotą ludzkości i stoi w sprzeczności zarówno z prawami jednostki, jak i społeczności. Żadne społeczeństwo nie może istnieć bez jedności i współpracy jego członków. Hitler dochodzi także do wniosku, że walka klasowa nigdy jeszcze nie przyniosła korzyści żadnej ze stron, zmanipulowanych do uczestnictwa w tego typu konfliktach. Efektem takiej walki zawsze była całkowita przegrana całego kraju, społeczności, jednostek i nawet samych manipulatorów, którzy nieuchronnie lądowali na pozycji władców rządzących społeczeństwem w gruzach.
Wiara Hitlera w powszechną suwerenność, jedność i braterstwo zrodziła się na froncie. Jest demokratą w najczystszym rozumieniu tego słowa.
Hitler powiedział mi, że na froncie nauczył się więcej, niż gdyby studiował na uniwersytetach przez pięćdziesiąt lat. Pole bitwy jest fontanną wiedzy niemającą sobie równych. Dla Hitlera, poznanie i zrozumienie istot ludzkich musiało poprzedzać wszelką inną wiedzę. Tylko w ten sposób wiedza naukowa w naturalny sposób posuwałaby się ścieżką wytyczoną przez ludzką psychologię.
Jeśli Hitler w późniejszym okresie uzyskał tak przytłaczające poparcie narodu, było to wyłącznie zasługą znajomości każdego zakamarka ludzkiej psychologii, wyniesioną z frontu.
Przymioty, które zapracowały na zdobycie szacunku towarzyszy broni, pozostały niezmiennie takie same, kiedy później zwracał się do milionowych tłumów. On i jego słuchacze byli jednością. Nigdy nie musiał uciekać się do bombastycznego i pustego politycznego żargonu. Każde jego słowo trafiało do serca. W niekłamany sposób mówił w imieniu ludu.
Front dał Hitlerowi także coś, co w okresie walki o władzę i później, kiedy został kanclerzem, stało się jego najważniejszą siłą: poczucie władzy. Nie można osiągnąć niczego wielkiego bez przywódcy o silnym charakterze, zdolnego do myślenia, motywowania i brania odpowiedzialności. Bez silnego mechanizmu władzy nie utrzymałby się żaden okop, zaś bez stabilnego i trwałego systemu dowodzenia żadne dalekosiężne plany, czy to ofensywne, czy defensywne, nigdy nie wyszłyby poza sferę wyobrażeń. Ten, który dowodzi i ci, którzy słuchają rozkazów muszą stanowić jedną siłę. Decyzje zawsze powinny pozostawać w gestii tego, któremu powierzono zwierzchnictwo, odpowiedzialność i dano czas na realizację zamierzeń. Władza, odpowiedzialność, ciągłość. To były nauki, wyniesione przez Hitlera z frontu i to one stały się podstawą nowego porządku społecznego, który miał ustanowić.
Życie obywatelskie, porządek publiczny, sprawiedliwość społeczna i zjednoczenie klas -?wszystko to miało podlegać tym samym regułom. Najlepszy z najlepszych musi planować, kierować i z pełnym przekonaniem inspirować, za powszechną zgodą, działania zmierzające do urzeczywistnienia jego planów. To rodzaj świętej umowy, bez której żadne społeczeństwo nie może długo istnieć. Społeczność oparta na takich zasadach będzie kwitnąć i przetrwa każde grożące jej niebezpieczeństwo. Gdy miliony swobodnie oddają swe serca i umysły temu, kto jest ich ucieleśnieniem, mówimy o demokracji doskonałej, nie o mierności.
Joachim Fest potwierdza fakt zdobycia przez Hitlera owej wiedzy w czasie pobytu na froncie: "Wojna była kluczowym czynnikiem w okresie kształtowania się poglądów Hitlera. Było to doświadczenie z gatunku czysto metafizycznych, które w pełni zaakceptował."
Bardziej niż wykłady w akademiach sztabu, wojna nauczyła także Hitlera wielkich zasad taktyki. Widział ludzki strach i dostrzegał, jak można go przezwyciężyć siłą własnej woli. To rodzaj moralnej, a nie fizycznej odwagi. To siła ludzkiego charakteru nadaje wartośc istocie ludzkiej. Na froncie Hitler setki razy widział skutki paniki: na sam widok wyłaniającego się czołgu lub nawet odległego odgłosu silnika, żołnierzy ogarniał strach, który sprawiał, że byli gotowi rzucić swą broń i uciec.
Widział też, że w takich krytycznych momentach prawdziwy przywódca mógł zapobiec panice, jeśli potrafił w oka mgnieniu przekonać swych ludzi, że paniczna rejterada o ćwierć mili do tyłu będzie oznaczać pewną śmierć - nieprzyjacielskie czołgi w minutę dopadną cofających się, gdy ci będą bezbronni.
Minęło dużo czasu od zakończenia I wojny światowej i niektórzy panikujący generałowie Wehrmachtu proponowali w grudniu 1941 roku wycofanie się od bram Moskwy, gdy temperatury spadły do trzydziestu i czterdziestu stopni poniżej zera. A cóż by znaleźli trzysta kilometrów na zachód? Takie same zimno! I to bez zapasowych pozycji obronnych, bez czołgów i artylerii, które trzeba by było porzucić w lodzie i śniegach jeszcze przed rozpoczęciem wycofywania się. Odwrót często równa się samobójstwu.
Szkoła I wojny światowej nauczyła Hitlera, iż zwycięzcą, w boju czy w walce politycznej, jest ten, kto przejmuje inicjatywę, kto wyznaczył sobie cele, opracował własną taktykę i trzyma się swych planów, podczas gdy ten, którego atakują, uderzając w jego najsłabszy punkt, bywa zaskoczony i zdany na łaskę zwycięzcy.
Innym ważkim odkryciem, wyniesionym z frontowej szkoły, była dla Hitlera rola propagandy.
Od 1914 do 1918 roku niemiecka propaganda była żałośnie nieskuteczna. Natomiast alianci okazali się mistrzami w posługiwaniu się tą nową bronią. Niewykluczone, że to właśnie propaganda bardziej przyczyniła się do ich zwycięstwa niż nowe czołgi i miliony twardych chłopaków, którzy nadciągnęli z odległej Ameryki w 1918 roku.
Antyniemiecka propaganda była prowadzona w sposób ciągły, nieustępliwy, zaś stopień nafaszerowania jej złą wiarą osiągnął niemal apokaliptyczne rozmiary.
Niemcy ledwie zdążyli przekroczyć granicę belgijską, gdy zaczęto rozprzestrzeniać legendę o zdziczałych żołnierzach Kaisera, odcinających ręce belgijskim dzieciom. Było to wierutne kłamstwo. Przez całe cztery lata wojny ani jedno dziecko, belgijskie czy inne, nie zostało okaleczone przez niemieckiego żołnierza. Delikatnie mówiąc, to zaiste trudne do pojęcia, iż tak fantastyczne łgarstwo mogło się odbić tak szerokim echem w najdalszych zakątkach globu, kiedy nie było najmniejszego dowodu na jego istnienie.
Z jakimiż to okrzykami oburzenia powinny przybiec ofiary, kiedy po wojnie Niemcy leżały powalone i pokonane, jeśli w ogóle takowe ofiary by się znalazły? Żadna z nich nigdy się nie pojawiła i Brytyjczycy po cichu uśpili całą historię -?bez, oczywiście, wygłaszania przeprosin za swe monstrualne kłamstwo.
Przez całe cztery lata karmiono cały świat legendą "odciętych rąk" oraz opowieściami o niemowlętach nadziewanych na bagnety i siostrach Czerwonego Krzyża rozstrzeliwanych przez plutony egzekucyjne. Te wymysły okazały się potężnym narzędziem służącym do rozbudzenia nienawiści do Niemiec i do wszystkiego, co niemieckie.
Inną formą wojny psychologicznej było przerzucanie do niemieckich okopów "wiadomości z domu". W owych "wieściach" opisywano nędzę, jaka spadła na Niemcy, głodujących ludzi, dzieci z braku ubranek zawinięte w papier pakowy, niedostatek trumien, których produkcji zaprzestano z braku drewna itp. Ciągłe powtarzanie tych nieprawdziwych informacji o sytuacji w ojczyźnie miało konkretny wpływ na wielu wycieńczonych żołnierzy. Tego typu propaganda była w owym czasie czymś nowym i z pewnością zaskoczyła nieprzygotowanych na nią Niemców.
Hitler opowiadał mi, jak bardzo był zszokowany czytając te ulotki. Bez przerwy zadawał sobie pytanie: "Gdzie jest nasza własna propaganda lub chociaż kontrpropaganda?" Materiału z pewnością nie brakowało. Niemieckie lotnictwo mogło przecież zrzucać na alianckie pozycje ulotki z prawdziwymi opisami, jak to pyszałkowaci generałowie poświęcają nad Sommą, w Artois i pod Chemin des Dames ponad milion młodych ludzi tylko po to, aby zdobyć i następnie utracić kilkaset metrów terenu, jak to na ziemi niczyjej gniją trupy ich towarzyszy broni, pożerane przez tysiące szczurów, jak to wysyła się na śmierć żołnierzy, pojąc ich uprzednio alkoholem, jak wielkie pociski Grubej Berty lądują w środku Paryża i wreszcie, jak to w domu generałowie i politycy skaczą sobie do gardeł.
Jakie mogłyby być reperkusje rozprzestrzenienia prawdziwych informacji o tym, że Rosja, główny sojusznik aliantów, wije się w agonii krwawej rewolucji, a Sankt Petersburg zajęli komuniści, co oznacza, iż ściągnięte stamtąd niemieckie dywizje pojawią się na froncie zachodnim i będą przewyższać liczebnie siły koalicjantów? Istniało mnóstwo materiału o niszczycielskim potencjale, do którego można było sięgnąć, nie uciekając się, w przeciwieństwie do brytyjskiej propagandy, do najmniejszego kłamstwa.
Niemcy Wilhelma II były całkowicie nieświadome wartości propagandy i prowadziły wojnę wyłącznie przy użyciu dział i karabinów. Jeśli Niemcy przegrały I wojnę światową to w dużej części z powodu nieużywania najpotężniejszej artylerii, czyli propagandy. To była kolejna lekcja, której Hitler nigdy nie zapomni.
Wybuchy oburzenia Hitlera zawsze gromadziły w okopach wierną publikę. "Towarzysze broni Hitlera", napisał John Toland, "byli porażeni jego elokwencją i uwielbiali go słuchać."
Jego koledzy nazywali go pieszczotliwie "Ali" i generalnie zgadzali się co do opinii, iż "Hitler żyje w innym świecie, ale jest pod każdym względem dobrym człowiekiem", jak to określił jeden z żołnierzy.
Hitler perorował o samolubstwie burżuazji, bałaganiarskiej władzy cesarskiej, miernocie urzędników. Ale koledzy pamiętają też pewną proroczą wypowiedź, którą pewnego razu dane im było usłyszeć: "Któregoś dnia o mnie usłyszycie. Ja po prostu czekam, aż nadejdzie mój czas."
Jackl Weiss, towarzysz broni Hitlera, opowiadał mi później: "Mówiliśmy sobie, że młody Hitler może zostać posłem do bawarskiego Landtagu, ale nikt nigdy nie przypuszczał, że któregoś dnia zostanie kanclerzem Rzeszy."
W opinii oficerów, którzy byli jego dowódcami, Hitler był wyróżniającym się żołnierzem. Dlaczego zatem przez cztery lata wybitnej służby nie zrobiono z niego oficera? Został awansowany na kaprala w grudniu 1914 roku i 11 listopada 1918 roku wciąż był kapralem. Dlaczego? To ten sam człowiek, który okaże się największym geniuszem wojskowym XX wieku, to ten, który między 1939 i 1942 rokiem wyśle swe armie na podbój Europy od Oslo do Moskwy, od Amsterdamu do Aten, od Paryża do Kaukazu.
A jednak Hitler, mimo swej wiecznej odwagi i czterdziestu pochwał za udział w walkach, pozostanie przez całą wojnę tylko jednym z czterystu tysięcy kaprali.
W stylu wiedeńskich profesorów, którzy nie pozwolili Hitlerowi wstąpić do akademii sztuk pięknych, oficerowie utrzymali go poza kastą oficerską. Oficjalny powód: brak cech przywódczych.
Grafolog, któremu w 1915 roku przedłożono list Hitlera celem zbadania, niemający najmniejszego pojęcia, kto jest jego autorem, dokonał następującej analizy:
"Autor listu obdarzony jest wielką inteligencją i godną uwagi zdolnością przyswajania wiedzy, jak również umiejętnością adaptowania się do każdej sytuacji. Reprezentuje prawdziwą moc."
Jednakże bezpośredni przełożony Hitlera, porucznik Wiedemann, natychmiast skreślił go krótkim werdyktem: "Nie posiada zdolności do dowodzenia innymi."
Czy możliwe jest, że podobnie jak w Wiedniu, wygodnie usadowione biurokratyczne miernoty wyczuwały talent Hitlera i z tego powodu próbowały go odtrącić? Talent i inteligencja zawsze były koszmarem dla oportunistycznych etatowych urzędasów każdego rodzaju. Iluż to prawdziwych geniuszy było dławionych przez podobne miernoty?
Hitler ze swojej strony nie zareagował na niesprawiedliwą ocenę. Kolekcjonowanie naszywek na rękawie nie wzbudzało jego zainteresowania. Uwielbiał swoją niebezpieczną rolę kuriera i miał inne rzeczy w głowie. Na podobną żałosną małostkowość i tak nie będzie miejsca w programie, jaki planował dla Niemiec.
Pod koniec 1916 roku Hitler został ranny odłamkiem szrapnela i był leczony w szpitalu Beelitz pod Berlinem. Dwa lata później, gdy ucierpiał w ataku gazowym i kiedy przyznano mu Krzyż Żelazny I klasy, wysłano go, wbrew jego woli, na leczenie do Niemiec. Z obu tych krótkich wizyt w ojczyźnie wracał na front przerażony i rozgoryczony.
Życie w Niemczech lat 1916-1918 dalekie było od komfortowego. Występowały poważne niedobory żywności i wszystko było racjonowane. Jednak w porównaniu z żołnierzami, patrzącymi przez okrągłą dobę śmierci w oczy i uzupełniającymi swoje głodowe racje szczurami pochwyconymi w okopach, ludzie w kraju mogli przynajmniej udać się do własnego domu i spać spokojnie; nic nie rozrywało nikogo na kawałki i nikogo czołgi nie wgniatały w drut kolczasty. A jednak to właśnie owe stosunkowo uprzywilejowane życie w domu sprowadzi na Niemcy klęskę.
Marksistowscy finansiści postrzegali wojnę jako ogromną szansę. W czasie, gdy miliony patriotycznie nastawionych Niemców walczyło na frontach, komuniści będą opanowywać Niemcy za pomocą swych najemnych band agitatorów. Ponieważ ogół społeczeństwa przejawiał głęboki patriotyzm, początkowo ich działalność wywrotowa była prowadzona z dużą ostrożnością i koncentrowała się na udawanej trosce o los ciężko doświadczonych obywateli. W następnej kolejności agitatorzy byli wysyłani do fabryk, gdzie mieli nakłaniać robotników do podjęcia strajków. Tym samym komuniści powtarzali metody, które w październiku 1917 roku zapoczątkowały w Piotrogrodzie rozpad rosyjskiej machiny wojennej. Pomimo rozpętania tego szczodrze finansowanego i zakrojonego na szeroką skalę sabotażu, Niemcy zdołały się oprzeć naciskom, za wyjątkiem Berlina, gdzie istniała największa koncentracja obcych marksistowskich agitatorów. 28 stycznia 1918 roku nakłoniono do strajku czterysta tysięcy robotników, którzy na tydzień wstrzymali pracę w ważnych zakładach produkujących amunicję.
To właśnie wtedy żołnierze heroicznie walczący na froncie zorientowali się, że sabotażyści wbijają im nóż w plecy.
Wewnętrzny sabotaż w kraju zbiegł się z niemieckimi sukcesami militarnymi za granicą. Rosja była wyłączona z wojny dzięki marksistowskiej dywersji. Ci sami komuniści, którzy rozłożyli armię rosyjską byli bezsilni wobec niemieckiej. Musieli kapitulować, podpisując 3 marca 1918 roku traktat w Brześciu Litewskim. Niemieckie zwycięstwa stworzyły na wschodzie zupełnie nowy świat. W Finlandii, w krajach nadbałtyckich, na Białorusi, Ukrainie i na Krymie pojawiły się rządy przyjazne Niemcom, stojące w całkowitej opozycji do komunizmu. Bogactwo i potencjał wschodu otworzyły swe podwoje dla niemieckiego rozwoju. Niemcy, nawiązując stosunki dyplomatyczne ze zmniejszoną o połowę Rosją, zabezpieczyły swoją przyszłość.
Generał Ludendorff pośpiesznie przerzucał setki tysięcy żołnierzy na front zachodni, aby zgnieść aliantów. Niemcy nigdy nie były bliższe zwycięstwa, niż na wiosnę 1918 roku.
I to był dokładnie moment, w którym sponsorzy komunizmu zintensyfikowali swoje wysiłki, koncentrując się na kampanii wywrotowej wewnątrz Niemiec. Zmęczona i pełna niepokoju ludność cywilna była łatwym łupem dla profesjonalnych dywersantów w rodzaju Liebknechtów, Luxemburgów i Eisnerów. Wszyscy byli Żydami, podobnie, jak ich mocodawcy z Nowego Jorku i Moskwy. Dla niemieckiego społeczeństwa z roku 1918 ta inwazja bezwzględnych obcych wywrotowców, zmierzających do zniszczenia kraju od wewnątrz, była zupełnie nowym wyzwaniem, wobec którego dobroduszni i naiwni Niemcy byli bezbronni.
Hitler już wcześniej uznał zorganizowane żydostwo za śmiertelne niebezpieczeństwo dla każdego kraju, kiedy to miał okazję być świadkiem chciwości i bezwzględności, jakie towarzyszyły żydowskiemu zalewowi Wiednia. Kiedy przebywał w szpitalu pod Berlinem, był także świadkiem działań żydowskich agitatorów, którzy usiłowali demoralizować leczących się żołnierzy, instruując ich, jak symulować choroby, aby wykręcić się od służby na froncie. Za pomocą defetystycznej propagandy w podobny sposób demoralizowano nowych rekrutów.
Hitler zauważył także, jak wielu młodych i zdrowych Żydów wygodnie dekuje się na zapleczu wojny, jednocześnie udzielając wsparcia komunistycznym żydowskim agitatorom. Jego oburzeniu zdawał się wtórować sam Ludendorff, gdy mówił: "Jest absolutną koniecznością, abyśmy podjęli bardziej zdecydowane działania mające na celu powoływanie pod broń młodych Żydów, których do tej pory pozostawiono w zbyt błogim spokoju."
Ludendorff miał rację, jako że proporcjonalnie na frontach zginęło dwa razy więcej Niemców niż Żydów.
Sprzeciw Hitlera budził także widok Żydów dorabiających się fortun na operacjach czarnorynkowych i rozmaitych wojennych spekulacjach. W czasie, gdy na frontach lała się niemiecka krew, Żydzi bogacili się w domu i niszczyli kraj działaniami komunistycznych terrorystów. Hitler był tak wściekły, że z trudem mówił, wyduszając z siebie tylko: "Właśnie teraz robią wszystko, abyśmy przegrali wojnę; wbijają nam nóż w plecy."
Owe wrażenie podzielało wielu innych Niemców, którzy byli świadkami tego samego, co obserwował Hitler. Opinię tę podzielało także wielu ludzi z zagranicy, w tym brytyjski generał Sir Frederick Maurice, który wypowiedział się praktycznie w takim samym duchu w artykule dla "Daily News", napisanym po 1918 roku. Francuski historyk Raymond Cartier, odnosząc się do tego, jak odbierano owe działania w Niemczech, napisał, że "Hindenburg, Otto Dibelius, wiodąca postać kościoła ewangelickiego, kardynał Faulhaber z Monachium -?wszyscy zgadzali się w swej opinii, że Niemcom wbito nóż w plecy." Ów cios, lub "Dolchstoss", jak mówiono w Niemczech, miał także związek z brytyjskimi i żydowskimi zabiegami, zmierzającymi do popchnięcia Stanów Zjednoczonych do wojny. Oburzenie Hitlera i jego wołanie o sprawiedliwość i pomszczenie "rzeki niemieckiej krwi" opisuje też John Toland.
W ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 1918 roku, pomimo sabotażu na froncie wewnętrznym, Niemcy były o krok od zwycięstwa w wojnie. Marszałek Foch, głównodowodzący siłami alianckimi, przyznał w dniu 15 lipca 1918 roku: "Jeśli Reims padnie, przegraliśmy wojnę." Reims był faktycznie ostatnim punktem alianckiego oporu. Ponieważ Niemcy były tak bliskie zwycięstwa, poczuły na sobie pełną moc żydowskiego sabotażu i interwencji milionów amerykańskich żołnierzy, stających po stronie aliantów. Chociaż stosunek sił uległ zmianie, niemieccy żołnierze nadal walczyli z niebywałą odwagą i uporem, sprawiając, iż wznowione ataki aliantów utknęły w martwym punkcie. Raymond Cartier uczciwie przyznał: "W żadnym miejscu front niemiecki nie został przerwany. Alianci wszędzie spotkali się z zaciekłym oporem. Kapitan von Helldorf, wyznaczony na tłumacza do rozmów w Spa dotyczących zawieszenia broni, potrzebował czterdziestu ośmiu godzin na przekroczenie linii frontu, gdyż niemiecka piechota nie chciała wstrzymać ognia. Dopiero stuprocentowy dowód na podpisanie zawieszenia broni zdołał przekonać żołnierzy do zaprzestania ostrzału, choć i tak wciąż byli pełni niedowierzania."
Hitler nie zobaczy tych ostatnich kilku tygodni wojny ze swojego okopu. Dosłownie miesiąc wcześniej, w nocy 13 października 1918 roku, Brytyjczycy wystrzelili tysiące pocisków z gazem musztardowym na pozycje pułku Hitlera pod Werwick, w pobliżu Ypres we Flandrii. O świcie, czterystu oślepionych ludzi, których oczy palił ból niczym od rozżarzonych węgli, błąkało się po okolicy z wyciągniętymi przed siebie rękami. Hitler był jednym z nich.
Przetransportowano go do szpitala w Pasewalk na Pomorzu, gdzie orzeczono, iż stracił wzrok. Ostatecznie zdołał się wykurować, ale i tak znaleźli się ludzie, którzy usiłowali wykorzystać tragiczny fakt zranienia przeciwko niemu. Niejaki generał von Bredow, zżerany przez nienawiść do Hitlera, oświadczył później, używając pseudomedycznego żargonu, iż Hitler "cierpiał na histerię ślepoty." Ów nonsens został następnie podchwycony przez niemieckich "ekspertów" narodowości żydowskiej, na których ocenie polegał amerykański wywiad, kształtując politykę Stanów Zjednoczonych. W Archiwum Narodowym w Waszyngtonie można znaleźć "raport medyczny" autorstwa żydowskiego lekarza nazwiskiem Kroner, stwierdzający, iż "psychopatia" oślepionego Hitlera stanowi "upośledzenie umysłowe, najczęściej uwarunkowane dziedzicznie i w szczególności objawiające się słabością charakteru".
Inny żydowski lekarz, Rudolph Binion z Uniwersytetu Brandeis, nie chcąc pozostać w tyle, pochwalił się tasiemcowatą opinią w iście freudowskim stylu, w której źródeł oślepienia Hitlera gazem musztardowym doszukał się w zapachu jodyny, obecnego ćwierć wieku wcześniej w pokoju, w którym umierała jego matka. Według niego, owa jodyna wezbrała w jego pamięci i doprowadziła go do szaleństwa!
"Ów gaz musztardowy", napisał Binion, "był atomizowaną cieczą paląca skórę w taki sam sposób, w jaki robi to jodoform. Hitlerowi ów trujący gaz kojarzył się z zapachem jodoformu, który pamiętał z okresu śmierci matki. Gdy był hospitalizowany w Pasewalk musiał być nieprzytomny i później wymagał kuracji psychiatrycznej."
Nie jest zatem zaskakującym fakt, ze rząd Stanów Zjednoczonych, karmiony takimi danymi wywiadowczymi, uchodził w oczach brytyjskich i żydowskich podżegaczy wojennych za naiwniaka, którego można zmanipulować do przystąpienia do dwóch kolejnych wojen światowych.
Świat musiał zaczekać do 1973 roku, kiedy to niemiecki historyk Werner Maser ostatecznie obalił te absurdy w swojej książce "Notatki i listy Hitlera":
"Twierdzenie pozbawione jest jakichkolwiek podstaw. Dokumenty, których nie można podważyć, świadczą o tym, iż okresowa utrata wzroku u Hitlera była spowodowana zatruciem gazem musztardowym."
9 listopada 1918 roku do szpitala w Pasewalk wtargnęło trzech młodych Żydów, triumfalnie obwieszczając, iż oto upadają Niemcy Wilhelma II. Hitler usłyszał okrzyki, które wywołały u niego prawdziwe katusze. Wciąż oślepiony, odnalazł drogę do łózka, gdzie nakrywszy głowę kocem szlochał całymi godzinami. Jego kraj, jego ojczyzna leżała powalona i zniszczona, być może na zawsze.
Wszystko, co przez te lata przepełniało jego duszę i umysł i co do tamtej pory znajdowało ujście tylko w jego tyradach wygłaszanych w okopach, teraz raz jeszcze wezbrało w jego sercu. Nie mógł dłużej pozostać obojętny. Walka musiała być kontynuowana w jedyny możliwy obecnie sposób: odtąd zamiast w okopach, będzie ją toczyć na ulicach.
"Wszystko albo nic", poprzysiągł sobie. "Zdecydowałem, że zostanę politykiem."
"Tamtej nocy", napisał John Toland, "w odludnym oddziale szpitala w Pasewalk narodziła się największą siła XX wieku."
Rozdział 4 Fiasko
Hitler być może będzie kiedyś "największą siłą XX wieku", ale na razie był niczym i zdawał sobie z tego sprawę. "Z nieznanym nazwiskiem miałem bardzo małe widoki na prowadzenie jakiejkolwiek pożytecznej działalności." Jak to ujął Joachim Fest: "Nikt nie miał równie znikomych środków, ani podobnie niepozornego startu." Hitler czuł się bardziej samotnie niż kiedykolwiek przedtem. Bardziej niż w Wiedniu, gdyż nie sformułował jeszcze swojego planu politycznego.
21 listopada 1918, powoli odzyskując wzrok, opuścił szpital i udał się do swoich koszar w Monachium.
Samotny i pozbawiany przyjaciół, jakie miał widoki na zbawienie Niemiec? Na tym etapie z pewnością żadnych. Nie był nawet Niemcem.
Zresztą, jaki program polityczny można zaproponować Niemcom, którzy po prostu walczyli, aby tylko przetrwać jeszcze jeden dzień? Ludzie umierali z głodu, a miliony weteranów wojny było pozbawionych pracy.
Nie jest żadnym zaskoczeniem, że osoby odpowiedzialne za głód i bezrobocie wykorzystywały teraz zaistniałą sytuację. 10 listopada 1918 roku w Berlinie proklamowano dwie różne republiki. Na czele jednej stał burżuazyjny socjalista nazwiskiem Scheidemann, na czele drugiej Żyd i komunista Liebknecht, który ponadto kierował szturmowymi oddziałami komunistów, znanymi pod nazwą "Związku Spartakusa." Tego samego listopadowego dnia spartakusowcy zaatakowali powracających z frontu oficerów, raniąc wielu z nich, zrywając im epolety i odznaczenia. Był to triumf rewolucji.
Wszystkie stare filary władzy cesarskich Niemiec, które mogły jeszcze ratować sytuację, były ogarnięte paniką. W popłochu ewakuowano Reichstag. Konserwatysta Stresemann, ogarnięty strachem, zamknął się w swoim biurze. Potrzebna była interwencja ekonomisty Schachta, który namówił Stresemanna do wyjścia i dołączenia do rewolucji.: "Wszystko rozgrywa się na lewicy, więc musimy grać po lewej stronie. Utwórzmy zatem lewicową partię burżuazyjną." Stresemann pojął sugestię i, wraz z innymi burżuazyjnymi oportunistami, sformował Niemiecką Partię Demokratyczną (DDP). Ten sam Schacht i ta sama partia równie szybko przeskoczą na stronę Hitlera, kiedy narodowi socjaliści dojdą do władzy w 1933 roku.
Od listopada 1918 roku do lutego 1919 roku Niemcy będą terroryzowani przez komunistycznych zbirów. Bezsilny Hitler był świadkiem plądrowania Monachium przez oprawców żydowskiego komunistycznego bossa Eisnera.
W Berlinie w ciągu dwóch miesięcy komuniści zmasakrowali ponad dziesięć tysięcy ludzi. Jak Niemcy długie i szerokie, komuniści prowadzeni przez żydowskich fanatyków szaleli na ulicach.
Ostatecznie ratunek przyszedł ze strony Gustawa Noske, z zawodu drwala i socjalisty z przekonania, który jednocześnie był w głębi serca patriotą. Samodzielnie zgromadził niewielką liczbę naprędce uzbrojonych ochotników i wystąpił przeciwko komunistom na ulicach Berlina. Patrioci walczyli z przeważającymi liczebnie siłami marksistów z prawdziwą furią. Zakrawa to na cud, ale odbili Berlin. Ciała tysięcy komunistycznych zbirów zasłały ulice. Wśród nich byli żydowscy przywódcy Liebknecht i Luxemburg.
Niestety, Noske nie mógł być naraz we wszystkich miejscach i marksiści dalej siali spustoszenie w innych częściach Niemiec. W Bremie, Oldenburgu, Brunszwiku, Hamburgu, w Saksonii i Zagłębiu Ruhry szalał terror. Ale to w Monachium przemoc sięgnęła szczytu. Właśnie tam, brudny i zarośnięty marksistowski szaleniec usadowił się w pałacu króla Bawarii, który uciekł w panice. Kurt Eisner, ogłosiwszy się dyktatorem Bawarii, nakazał masakrowanie Bawarczyków. Przy okazji spreparował także zestaw dokumentów "dowodzących winy Niemiec za wywołanie I wojny światowej" i przesłał go do Wersalu.
Eisner wypowiedział także wojnę Wirtembergii i Szwajcarii. Wreszcie, po miesiącach krwawego chaosu, młody dwudziestodwuletni bawarski oficer, ryzykując życiem, zastrzelił tyrana. Bawarczycy ogłosili go bohaterem, ale chwila oddechu nie trwała długo. Lenin bezzwłocznie wysłał trzech innych żydowskich watażków, aby zastąpili zabitego Eisnera.
Levien, Leviné i Axelrod. To oni będą "trojką" Bawarskiej Republiki Rad. Od Lenina i Trockiego napłynęły następujące rozkazy: "Potroić płace, przenieść robotników do bogatych dzielnic, odebrać kartki na żywność wszystkim, którzy nie są robotnikami."
"Robotnicy", o których mowa, nie są robotnikami, ale ulicznymi zbirami rekrutowanymi przez żydowskich komisarzy. Tym samym to Levien, Leviné i Axelrod decydują, kto jest robotnikiem, a kto nim nie jest. Nastąpiły pogromy "wykształconych", których zaszeregowano jako "burżuazję". 29 kwietnia 1919 roku hrabina Westcarp i książę von Thurn und Taxis wraz z dwudziestką innych "przestępców klasowych" zostali zapędzeni do koszar wojskowych i rozstrzelani. Szef Czeki, Latsis, poinstruował Leviena, Leviné'a i Axelroda: "Eliminujemy burżuazję, jako klasę społeczną. Nie musicie udowadniać, że ktoś działał przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Zapytajcie podejrzanego, do jakiej klasy należy, jakie jest jego pochodzenie, wykształcenie i zawód. Odpowiedzi określą jego los."
Zgodnie z notatką ministerialną, nawet dzieci burżujów miały być pozbawione kartek na mleko. Tak więc, gdy "nie-robotnicy", uznani za takowych przez Czekę, są masakrowani i głodzeni na śmierć, Levien, Leviné i Axelrod oddają się orgiom i nieustannemu obżarstwu w monachijskim pałacu królewskim. Francuski historyk André Brissaud opisze później te sceny: "W czasie, gdy niepowstrzymanie szerzy się nędza i głód, areszty i zbiorowe egzekucje są na porządku dziennym. W międzyczasie rosyjskie trio instaluje się w pałacu królewskim, gdzie szampan nie przestaje się lać strumieniami i orgie z udziałem 'więźniarek' trwają do białego świtu." Liberalny historyk Cartier ubolewa: "Godnym pożałowania, ale i niepodważalnym faktem jest, iż osobnicy, którzy pogrążyli Niemcy i Bawarię w chaosie, byli w ogromnej większości Żydami."
Inny francuski historyk, Benoist-Méchin, pisze z kolei: "Tłumy wymachujące czerwonymi sztandarami idą na wojnę z rządem w imię walki klas. Próbują zdławić ostatnie patriotyczne instynkty. Jednak owe tłumy nie działają spontanicznie. Prowadzone są przez legion bojowników i agitatorów. Kimże są ci agitatorzy? W Berlinie to Landsberg i Haase, Liebknecht i Róża Luksemburg; w Monachium to Kurt Eisner, Lipp i Landauer, Toier, Leviné i Levien; w Zagłębiu Ruhry to Markus i Levinson; w Magdeburgu Brandeis; w Dreźnie Lipinsky, Geyer i Fleissner; w Bremerhaven i w Kolonii to Grünewald i Kohn; w Palatynacie Lilienthal i Heine, na Łotwie Ulamanis. Wszyscy ci ludzie byli Żydami."
Dwaj inni Żydzi, Hirsch i Heine, rządzą Prusami, zaś trzech innych Żydów z Reichstagu, Gothein, Kohn i Zinsheimer, podejmuje działanie w celu postawienia przed sądem marszałka Hindenburga. Walther Rathenau, kolejny Żyd, jest ministrem spraw zagranicznych Niemiec. Benoist-Méchin dodaje: "Listę można ciągnąc w nieskończoność. Jak można nie dostrzec w tym prawdziwego spisku?"
W tym samym czasie na Węgrzech, Béla Kun, Żyd pochodzący z centralnej Europy, powołuje do życia kolejną sowiecką republikę. Dwudziestu pięciu z trzydziestu dwóch jego ministrów jest Żydami.
Trzeci francuski historyk, Pierre Soisson, jest nie mniej wymowny w swej wypowiedzi: "Trzeba zauważyć, że wielka liczba rewolucjonistów skrajnej lewicy jest Żydami. Między innymi ten właśnie fakt ciężko zaważy na losie mniejszości żydowskiej w Niemczech w okresie międzywojennym. Wielu Niemcom Żydzi będą się kojarzyć z czerwonym terrorem, destrukcją i anarchią. Szeroko stosowany będzie termin "żydo-bolszewik" i można bezpiecznie założyć, że jego źródłem jest pamięć o Liebknechtach, Luxemburgach, Zetkinach i innych."
Niektórych ludzi drażnią te fakty. Wprawiają też w zakłopotanie wielu Niemców, od 1945 roku bezustannie oskarżanych o eksterminację Żydów. Jednakże pamięć o wydarzeniach z lat 1918-1919 nie może być ignorowana, jeśli faktycznie pragniemy obiektywnie ocenić korzenie niemieckiego antysemityzmu.
Ale tego typu niechęć do Żydów datuje się na czasy znacznie poprzedzające wojnę światową. Nawiązuje ona do bardzo starych tradycji, które we wszystkich krajach zachodniej Europy były normą. Już w III wieku Izraelici, jak ich wtedy nazywano, zostali potępieni przez władze Granady. Sam Stresemann w okresie studenckim był rzecznikiem ruchu neo-germańskiego, który przed wojną wypowiadał się, delikatnie mówiąc, w bardzo krytyczny sposób o wpływach żydowskich w Niemczech.
Widok młodych Żydów wygodnie przeczekujących wojnę, masakry niemieckiej ludności dokonywane przez żydowskich komunistów, jak również dowody na to, iż prawie wszyscy przywódcy komunistyczni byli Żydami, nie przyczyniły się do zjednania sobie Niemców.
O ile w okresie przedwojennym Niemcy nie byli miłośnikami żydowskiego sposobu życia, to wciąż stosowali zasadę "żyj i daj żyć innym". Jednak tuż po wojnie ogromna większość Niemców była oburzona tym, co przyszło im zobaczyć i wycierpieć. Kiedy Hitler demaskował żydowsko-komunistyczne zbrodnie i dywersje, wyrażał wyłącznie gniew narodu. W Niemczech nie było jednej rodziny, która nie ucierpiałaby od okropności spowodowanych przez Żydów.
Nawet najbardziej tchórzliwi politycy weimarscy otwarcie demaskowali żydowskich komunistów jako obce sępy ze wschodu rozszarpujące powalone Niemcy. W 1920 roku, minister spraw wewnętrznych, socjalista, otrzymał następujący raport -?przytaczany we wspomnieniach Schachta -?nadesłany przez szefa policji berlińskiej, także socjalistę, dotyczący jednego z przedmieść stolicy:
"W rejonie tym roi się od najbardziej plugawych elementów, które stanowią nie tylko zagrożenie kryminalne, ale i polityczne, gdyż są źródłem przywiezionych z Polski i Rosji bolszewickich idei, które rozpropagowują na miejscu. Jednocześnie stwarzają niebezpieczeństwo dla zdrowia publicznego, albowiem jest im obce wszelkie pojęcie czystości. Mieszkają w brudzie, a domy, w których się gnieżdżą, są niewiarygodnie przepełnione i roją się od wszy. Jednocześnie miejsca te są wypchane produktami żywnościowymi i rozmaitymi delikatesami, które pozyskują drogą szmuglu, aby je potem sprzedać. Pragnę podkreślić, iż kryzys kwaterunkowy, z którym borykają się mieszkańcy płacący podatki, będzie się nadmiernie pogłębiał z powodu przyjmowania przez nas zastępów obcych elementów. Nie ma najmniejszego sensu okazywanie troski ludziom tego pokroju, których działania dalekie są od uczciwych, którzy nie płacą podatków, unikają wszelkiej kontroli, a z drugiej strony nie przepuszczają żadnej okazji, by omijać niemieckie prawo i szkodzić niemieckiemu dziedzictwu, do jego zniszczenia włącznie.
Tego typu oficjalne opinie, gdyby zostały zaprezentowane dzisiaj, zmobilizowałyby każde żydowskie lobby, jednak Schacht dodał własny komentarz do otrzymanego raportu: "Napływ żydowskich imigrantów ze wschodu stanowił w tamtym latach powód do ogromnego niepokoju." Jego konkluzja była następująca: "Przypadek Żydów stał się w konsekwencji problemem, który początkowo miał zaprzątnąć umysły Niemców, a następnie całego świata -?stał się źródłem niemieckiego antysemityzmu."
To wypowiedź tego samego Schachta, który pozostał służącym i powiernikiem żydowskich magnatów w Niemczech, Anglii i Ameryce przed Hitlerem, w czasach Hitlera i po Hitlerze.
Równolegle z bałaganem politycznym istniał analogiczny bałagan moralny. Oprócz polityki, Żydzi przejęli także przemysł rozrywkowy. "Owe sztuki lat dwudziestych", pisał Joachim Fest, "zajmowały się tematami ojcobójstwa, kazirodztwa, zbrodni i ich prowokacyjne przesłania spotykały się z konkretnym aplauzem. W końcowej scenie opery Weila i Brechta "Rozkwit i upadek miasta Mahagonny", aktorzy wypełniają scenę niosąc afisze ze sloganami 'Chaos naszym miastom', 'Wolny seks', 'Chwała mordercom' czy 'Nieśmiertelność łajdakom'."
Kontrolowana przez Żydów prasa entuzjastycznie recenzowała tego typu sztuki i opery, co zastraszało burżuazję i zmuszało ją do pełnej przerażenia ciszy. Jeśli chodzi o niemieckich robotników, to przeciwdziałanie zjawiskom podobnej natury leżało zupełnie poza ich zasięgiem.
Również Hitler był bezsilny wobec tej żydowskiej inwazji. Chaos, żydowskie masakry niewinnych i bezbronnych Niemców, deptanie wszelkich wzorców i wartości oraz dosłowne niszczenie Niemiec: widział to wszystko.
Sam jeden na tym świecie, cóż mógł uczynić? Jego pierwsza publiczna reakcja dowiodła, że w życiu cywilnym jest równie odważny jak na froncie. Gdy żydowscy komisarze przybyli do monachijskich koszar, aby namawiać demobilizowanych żołnierzy do przyłączenia się do komunistycznej rewolucji, Hitler wskoczył na krzesło i zakrzyknął do swych kolegów-żołnierzy: "Nie jesteśmy gwardią rewolucyjną odpowiedzialną za ochronę hałastry żydowskich próżniaków!"
Żydowska inwazja na Niemcy, jak również traktat wersalski, będą od tamtej pory mobilizować wszystkie siły Hitlera.
Rozdział 5 Traktat lichwiarzy
28 LIPCA 1919 roku na sześćdziesiąt milionów Niemców, niczym bomba, zwalił się traktat wersalski. Jego zadaniem było zmiażdżenie ich do ostatniego człowieka. Stresemann porównał, jak w 1871 roku zwycięskie Niemcy potraktowały pokonaną Francję: "Niemcy, które wygrały wojnę i okupowały część terytorium Francji, zdawały sobie sprawę z konieczności naprawienia stosunków pomiędzy dwoma narodami." Francuski dyplomata Saint Vallier oficjalnie wychwalał zachowanie niemieckiego głównodowodzącego. Gdy francuski ambasador Gontaut-Biron wrócił do Berlina, został powitany przez samego następcę tronu następującymi słowami: "Na szczęście wojnę mamy za sobą i teraz musimy skupić się na utrzymaniu pokoju." Również francuski prezydent Thiers stwierdził, iż niemieckie naczelne dowództwo "zasługuje na szczerą wdzięczność Francji." Francuski rząd zapłacił stosunkowo skromną kwotę Niemcom i wojna była naprawdę zakończona.
Tymczasem traktat wersalski nie będzie układem mądrych zwycięzców, lecz "dyktatem despotów."
Historyk Cartier tak go podsumował: "Z perspektywy czasu rozważania na temat owego pomnika pomyłek i ignorancji wywołują porażające refleksje. Traktat oddał zdezorganizowanej i brutalnej Polsce ogromne terytoria zamieszkałe przez Niemców. Zaprzeczył istocie polityki i geografii poprzez stworzenie gdańskiego korytarza. Utworzył Czechosłowację, Rumunię i Jugosławię -?napęczniałe mniejszościami narodowymi kraje, które były zaprzeczeniem wilsonowskich zasad. Pozostawił w gestii komisji ustalenie wysokości alianckich roszczeń, ale ogólną regułę oparł na artykule 231, zgodnie z którym Niemcy miały wziąć pełną odpowiedzialność za wywołanie wojny. Artykuł 228 stanowił żądanie wydania przez Niemcy wszystkich 'zbrodniarzy wojennych', w tym Kaisera i każdego generała niemieckiej armii."
Traktat został narzucony przez aliantów, którzy do tej pory zdążyli zupełnie się podzielić. Brytyjczycy, spuchnięci od niemieckiego majątku przejętego po pokonaniu Rzeszy, byli teraz bardziej zainteresowani osłabieniem Francji, niż wyciśnięciem dodatkowych środków od Niemiec. Prezydent Wilson był rozgoryczony zignorowaniem jego "czternastu punktów". Jeśli chodzi zaś o rząd francuski, był on zainteresowany mściwym traktatem wyłącznie w aspekcie umotywowania uprzedniego posłania na śmierć milionów młodych ludzi. Jednakże większość francuskich dokumentalistów, w tym znamienici historycy Raymond Brizat i Pierre Soissons, potępiła traktat. Późniejsza konkluzja Soissonsa była następująca: "Wszystkie ziarna II wojny światowej zostały zasiane przez traktat wersalski."
Po porażce Francji w 1870 roku, przez sześć miesięcy trwały rozmowy pomiędzy francuskim przedstawicielem Julesem Favre i Bismarckiem, zanim został podpisany wspólnie uzgodniony układ. Jeśli chodzi o traktat wersalski, od stycznia do maja 1919 roku Niemcy były całkowicie wyłączone z wszelkich nad nim dyskusji.
Alianci rzucali się sobie do gardeł, zaś francuscy politycy żądali ni mniej, ni więcej, tylko całkowitego zniszczenia Niemiec. Stresemann, który był gotów pójść na każde rozsądne ustępstwo, nie potrafił ukryć swojego osłupienia na widok hipokryzji aliantów: "Owa międzynarodowa konferencja ustalająca los Niemiec i odbywająca się bez udziału niemieckich przedstawicieli jest kpiną ze wszystkich zasad, dla których, wedle słów tych dżentelmenów, ruszyli rzekomo na wojnę z Niemcami."
Tym sposobem Niemcy, wyłączeni z rozmów, byli zmuszeni ścierpieć utratę Alzacji i Lotaryngii wraz z całym majątkiem, zarówno publicznym jak i prywatnym, znajdującym się na obszarze tych prowincji. Prowincja Saary, oddzielona od Niemiec, będzie przez piętnaście lat okradana ze swojego węgla. Nadrenia znajdzie się w całości pod okupacją. Półtora miliona Niemców zostanie rzuconych pod jarzmo Polski, a kolejny milion w Kraju Sudetów trafi pod władanie Czechów. Niemieckie drogi wodne, w tym Kanał Kiloński, zostaną oddane pod kontrolę aliantów.
Jednakże to zasada samostanowienia stanowiła główną podstawę zawieszenia broni z 11 listopada 1918, na mocy którego Niemcy zgodziły się złożyć broń. Traktat pogwałcił nawet i te solenne obietnice. W Prusach Wschodnich zarządzono dwa plebiscyty w okręgach, na które pożądliwym okiem spoglądała Polska. Efektem było miażdżące zwycięstwo zwolenników pozostania w Niemczech. Mimo to alianci i tak popchnęli ludność w objęcia Polski. Dolaniem oliwy do ognia było nie tylko pozbawienie tych ludzi niemieckiego obywatelstwa, ale i zmuszenie ich do płacenia kontrybucji wojennych wymuszonych przez zwycięzców. Jednakże niemal jednogłośne wyniki obydwu plebiscytów były dla aliantów dzwonkiem alarmowym, co sprawiło, iż dopilnowali, aby sudeccy Niemcy zostali rzuceni do czeskiego garnca bez możliwości powiedzenie choć jednego słowa na ten temat. Na Górnym Śląsku, po osiemnastu miesiącach zbrojnej polskiej interwencji i francuskich nacisków, ogłoszono w końcu plebiscyt, na którym większość mieszkańców w liczbie 60% opowiedziała się za pozostaniem w granicach Niemiec. Mimo to, Górny Śląsk i tak trafił do Polski.
Jednak najbardziej bezczelnym naruszeniem wszelkich zasad pozostał przykład Austrii. Znakomita większość Austriaków pragnęła zjednoczenia z Niemcami. Austriacki parlament, przy poparciu wyrażonym w powszechnym referendum, uroczyście opowiedział się za unią z Niemcami. Jednakże traktat wersalski zignorował wolną wolę narodu i sześciu milionom Austriaków odmówiono prawa głosu.
Cartier opisywał, iż kiedy Demokratyczna Republika Austrii zaprezentowała pierwszy artykuł swej nowej konstytucji, w którym Austria deklarowała, iż stanowi integralną część niemieckiej republiki, "rząd niemiecki jednogłośnie opowiedział się za przyjęciem Austrii do Rzeszy." Autorzy traktatu wersalskiego ogłosili, iż ów powszechny głos nie ma żadnej mocy prawnej. Prawo do samostanowienia mogło być stosowane wyłącznie w sytuacjach, kiedy odpowiadało to aliantom.
Historyk Soissons potwierdzał, iż "austriackim Niemcom uniemożliwiono połączenie z ich rodakami w Rzeszy, kiedy w tym samym czasie trzy i pół miliona Niemców zostało wepchniętych do sztucznie sfabrykowanej Czechosłowacji i oddanych pod władzę Czechów, którzy sami stanowili mniejszość. Tym sposobem niemieckie terytoria zostały rozdzielone pomiędzy narody, które nie były nawet stronami w wojnie, takie jak Polacy, Duńczycy, Czesi i Słowacy. Niemcy naprawdę czuli, że łamią ich kołem."
Wersal stał się giełdą, na której rozdano ponad dziesięć milionów niechętnych temu ludzi. Seria dodatkowych traktatów, (St. Germain z 10 września 1920 roku i Trianon z 4 czerwca 1920) okaleczyła Węgry, siłą wpychając miliony Węgrów pod władzę Rumunii i ponad dziewięć milionów członków różnych narodowości pod rządy trzech milionów Serbów. Wszyscy ci ludzie, niczym niewolnicy, nie mieli nic do powiedzenie w kwestii własnego losu. W polską niewolę oddano nie tylko półtora miliona Niemców, ale także miliony Ukraińców, Białorusinów, Rusinów i innych nacji. Miliony Słowaków, Chorwatów, Słoweńców, Albańczyków, Bułgarów i Węgrów rzucono w paszczę ich odwiecznych wrogów, którzy prześladowali ich i zabijali. Tak wyglądała polityka masońskiego rządu Francji, polegająca na okrążeniu Niemiec sztucznymi państwami zarządzanymi przez zaprzyjaźnionych członków Wielkiego Wschodu Francji, ukierunkowana na zniszczenie Bawarii, Austrii i Węgier, które opierały się nowemu światowemu porządkowi zgodnemu z wizją Loży.
Równie potworny był finansowy wymiar dyktatu. Brytyjczycy, którzy zdążyli już obsłużyć się sami, przejmując niemieckie majątki i kolonie, zachęcali Francuzów do wyciśnięcia z Niemców ostatniego feniga, co gwarantowało, że Francja i Niemcy będą nieustannie skakać sobie do gardeł. Brytyjski establishment zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, że z Rzeszy i tak nie da się już wydusić nic więcej. John Maynard Keynes, doradca ekonomiczny rządu brytyjskiego, dokładnie wyliczył, że Niemcy nie będą w stanie zapłacić nawet jednej dziesiątej kwot, których domagali się alianci. Keynesa w owej kwestii szybko uciszono, a autorzy traktatu kontynuowali krucjatę w celu wyciśnięcia z Niemiec iście bajońskim sum. W rezultacie Niemcy zostaną doprowadzone do ruiny.
Dodatkiem do tego monumentu niesprawiedliwości było alianckie żądanie, aby Niemcy wzięły na siebie wyłączną winę za I wojnę światową. Od tamtego czasu historia w dostatecznym stopniu dowiodła, że główną odpowiedzialność za wojnę ponosi panslawistyczny Sankt Petersburg i zrzędliwy francuski prawnik-prezydent Raymond Poincaré.
Traktat zobowiązywał ponadto Niemcy do aresztowania ponad siedmiuset swych generałów i przekazania ich w ręce aliantów celem ukarania.
W ten sposób Niemcy na dziesięciolecia zostały skazane na powszechną hańbę i ekonomiczne zniewolenie. Później Stresemann tak oto ubolewał na tym faktem: "Alianci nie powiedzieli nam niczego oprócz kłamstw. Szaleństwem z naszej strony było danie im wiary i złożenie broni przed podpisaniem pokoju."
Dyktat wywołał powszechne oburzenie wśród społeczeństwa, zaś socjalistyczny premier Scheideman złożył dymisję, twierdząc, iż "traktat jest nie do zaakceptowania." Jego miejsce zajął inny socjalista, Bauer, jednak nie był w stanie utrzymać jedności antytraktatowej koalicji. Centrysta Erzberger skapitulował i poddał się dyktatowi. Przyjdzie mu zapłacić za to życiem, gdy dziesięć miesięcy później młody niemiecki patriota zastrzeli go "w odwecie za zdradę".
Jednakże rząd weimarski, bojąc się wściekłości narodu, nie podpisywał traktatu do momentu, gdy alianci zagrozili inwazją Niemiec z użyciem trzech milionów żołnierzy. Do tego czasu Niemcy były już rozbrojone i stały wobec pewnej porażki w obliczu silnego nieprzyjaciela, a w konsekwencji jeszcze większego okrojenia terytorium tego, co pozostało z Rzeszy.
Niemiecki parlament, dosłownie z lufą pistoletu przystawioną do skroni, ratyfikował traktat na dwie godziny przed aliancką inwazją. Stresemann, zwolennik pokoju, musiał przyznać: "Wymuszony podpis nie ma wagi. Ten tyraniczny traktat jest zapowiedzią nowej wojny."
Alianci odbierali tego typu protesty z nienawiścią i pogardą. Nawet wiele miesięcy po ratyfikacji, przedstawiciele Niemiec, którym nakazano stawienie się przed aliantami celem odebrania instrukcji na okoliczność wypełnienia traktatu, byli traktowani jak galernicy. Nie oszczędzono choćby samego Schachta, tak dumnego ze swych braterskich kontaktów z tyranami Wielkiego Wchodu Francji. Wspominał potem, z jak pogardliwym stosunkiem spotykali się Niemcy:
"Stałem na czele delegacji specjalistów różnych gałęzi przemysłu, udającej się do Hagi w celu omówienia alianckich żądań dotyczących naszego potasu i innych produktów chemicznych. Przyjęcie, z jakim się spotkaliśmy, przywiodło mi na myśl perskich satrapów przyjmujących petentów z podbitych Aten. Nie było śladu elementarnej uprzejmości. W czasie rozmów nasi delegaci musieli stać, ponieważ nie zadbano o krzesła dla nich. Nie ukrywałem mojej złości z powodu chamstwa aliantów, a moi koledzy błagali mnie, abym nie protestował. Mimo to, zwróciłem się do alianckiego generała, przewodniczącego rozmowom: 'Umieszczono nas w najgorszych hotelach z podłym wyżywieniem. Nie zezwala nam się na wychodzenie na zewnątrz, a w czasie rozmów zmuszą się nas do stania. Żądam, aby położył pan kres tego typu postępkom.' Generał odpowiedział mi chłodnym tonem: 'Zdaje się pan zapominać, że przegraliście wojnę.' Wróciłem do Berlina wielce oświecony tym doświadczeniem." Niemieckie społeczeństwo dusiło się od tego typu oszustw i poniżeń. W kraju było pod dostatkiem intelektualistów, ludzi interesu i urzędników wysokiego szczebla, jednak ani jeden z nich nie zdobył się na rzucenie wyzwania takiemu stanowi rzeczy.
I to właśnie wtedy nieznany i samotny kapral rzucił hasło, by Niemcy zaczęły stawiać opór. Jego podbój ludzkich umysłów graniczyć będzie z cudem. Stopniowe zdobywanie głosów milionów wyborców zajmie mu czternaście lat, gdyż automatycznie miał przeciwko sobie grupy interesu reprezentujące ustalony porządek.
Z drugiej strony Europy, Lenin z satysfakcją przyglądał się rozwojowi wypadków, które prostą drogą prowadziły do kolejnej bratobójczej wojny na kontynencie. Taki scenariusz idealnie pasował do jego planów podboju świata: "Splądrowanym i rozdartym Niemcom został narzucony pokój katów i lichwiarzy." Dla Lenina nie była to tragedia, lecz sprzyjająca okoliczność. To miała być europejska wojna domowa, po której jedynym zwycięzcą będzie komunizm.
Zaczął się pojedynek między potężną Międzynarodówką Komunistyczną, popieraną przez wysokie kręgi finansjery i byłym kapralem Hitlerem, niepopieranym przez nikogo, poza prostymi ludźmi.