2 Tymon je kotlety z kurzych piersi
Tymon przyjechał do domu w porze obiadowej. Obiad w jego domu jadano wpół do czwartej ze względu na ojca. Ojciec Tymona pracował w miejskim przedsiębiorstwie gospodarki komunalnej, był zastępcą dyrektora do spraw technicznych. Zaczynał pracę o siódmej rano, kończył o trzeciej po południu i dokładnie kwadrans po trzeciej wchodził do domu, nigdy się nie spóźniał na obiad. Pracował tyle, ile musiał, ani odrobiny więcej, i odliczał lata do emerytury. Zostało mu jeszcze pięć.
Ich dom wybudowany był w czasach, kiedy dziadek i babcia jeszcze żyli, dlatego w piwnicy znajdowało się coś w rodzaju dodatkowego mieszkania, w którym mieli mieszkać dziadkowie, gdyby pożyli dłużej. Jeszcze w liceum na dole rozgościł się Tymon. Miał tam różne rzeczy, w zależności od tego, czym się akurat pasjonował. Grywalnię gier wideo, siłownię, studio muzyczne z gitarą elektryczną i akustyczną, pracownię komputerową.
Dom domagał się remontu. Trzeba by go ocieplić, na nowo otynkować. Najgorsze, że instalacja wodno-kanalizacyjna nadawała się do wymiany. Rury, kaloryfery. Ile razy Tymon o tym słyszał, oddając matce na utrzymanie część swojej pensji, tyle razy życzył ojcu, żeby wreszcie wygrał w tego lotka, eurojacka, ekstra szansę, super premię czy w co on tam grał.
Matka Tymona była na wcześniejszej emeryturze i dorabiała na pół etatu w sklepie z odzieżą damską. Pracowała od dziewiątej rano do pierwszej po południu. W wyjątkowych wypadkach, kiedy potrzebna była zamiana, od pierwszej po południu do piątej wieczorem. Wtedy przygotowywała wcześniej obiad do odgrzania. Sklep z odzieżą damską ulokowany był w jednej z ulic w pobliżu rynku i matka dojeżdżała tam autobusem miejskim, który niedaleko ich domu miał pętlę. Ojciec chodził do roboty pieszo, przedsiębiorstwo gospodarki komunalnej miało siedzibę o kwadrans drogi od ich domu.
Dom stał na obrzeżu miasta, kilkadziesiąt lat temu był to teren wiejski, dziadkowie Tymona mieszkali w starym wiejskim domu i mieli za młodu pole i ogród. Kiedy matka Tymona wyszła za ojca, ten mały, stary domek został rozebrany, na jego miejscu zbudowano obecny. Na czas budowy rodzice mieszkali z Tymonem w wynajętym mieszkaniu, dziadek i babcia w zaadaptowanym budynku gospodarczym. Dziadek umarł zaraz po zakończeniu budowy nowego domu, nie zdążył się nim nacieszyć, a babcia kilka lat później, kiedy Tymon zaczynał liceum. Rodzice sprzedali pole, ogród został i był rajem i azylem ojca.
Jedli kotlety z kurzych piersi z ziemniakami ugniecionymi z masłem i śmietaną i posypanymi nacią pietruszki. Dojadali do tego ogórki kiszone. Zarówno ziemniaki, jak i ogórki pochodziły z ogrodu ojca. Tak samo pietruszka. Ogórki matka kisiła w domu. Z koprem, czosnkiem, kawałkiem chrzanu. Wszystko zebrane w ogrodzie ojca, który właściwie był ich wspólnym ogrodem, ale myślało się o nim, a niekiedy nawet mówiło, jako o ogrodzie ojca.
Tymon i ojciec jedli w milczeniu. Byli głodni, obiad był smaczny. Matka opowiadała o pracy.
- Szef mówi, że jest ze mnie zadowolony. Ja żadnej klientce nie przepuszczę. Doradzę, namówię, pokażę coś innego, jak nie pasuje. Jedna klientka, taka starsza kobieta, powiedziała, że teraz wszędzie młode dziewczyny w sklepach, tylko tutaj ktoś normalny obsługuje.
Pili piwo z lokalnego browaru, gorzkie, z dużą ilością goryczki i ekstraktu, mętnawe, bo niefiltrowane. Ojciec nie lubił mocno schłodzonego, Tymon brał zawsze z lodówki.
- Do kasy fiskalnej szef każe wbijać co trzecią transakcję.
- Zgłoszę Sebastianowi - powiedział Tymon, biorąc drugiego kotleta. - Pracuje w urzędzie skarbowym.
- Mówiłeś, że w dziale przestępstw i wykroczeń skarbowych? - zapytał ojciec.
- Już nie. Teraz go przenieśli do działu podatków od spadków i darowizn. W tamtym poprzednim dziale był jedyną osobą, która cokolwiek ogarniała. Jest prawnikiem. Mówilem wam, że dwa razy zdawał na aplikację sędziowską, ale się nie dostał. Parę punktów mu zabrakło.
- Po co go przenieśli?
- Przysłali nowego naczelnika, a ten na chybił trafił poprzesuwał ludzi z działu do działu i powymieniał kierowników.
- Nowa władza tak robi. Żeby ludzie niczego nie byli pewni. Żeby nie znali dnia ani godziny. Wtedy łatwiej się nimi rządzi. Chcą się przypodobać, nadskakują. Człowiek ze strachu zrobi wszystko. Albo ze strachu nic nie zrobi.
- Zrobił się chaos, mają zaległości. Rozmawiałem z Sebastianem. Jest jeszcze gorzej, niż było, a przedtem nie było ciekawie.
- Władzy nie zmienia się po to, żeby było lepiej. Tylko po to, żeby inni rządzili.
- Fajny chłopak ten Sebastian - wtrącila się matka. - Ma już narzeczoną? Będzie się żenił?
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Musicie się brać. Na co czekacie?
- Na nic nie czekamy. A ty lepiej uważaj z tymi paragonami. Wysyłają kontrolerów ze skarbówki.
- Ja wiem, ale wszyscy tak robią, inaczej by szef nie wyszedł na swoje. Raz się nacięliśmy. Jedna klientka przymierzała spódnicę i bluzkę. Wszystko leżało jak ulał. Ale ona kupiła tylko bluzkę. Na drugi dzień przychodzi do sklepu i mówi, że zapłaciła wczoraj za bluzkę i spódnicę, a zapakowałam jej tylko bluzkę. Ja jej mówię, że to jest niemożliwe, bo ja dobrze pamiętam, że pani tylko bluzkę kupiła, a spódnicę, owszem, pani przymierzała, ale nie kupiła, pamiętam bardzo dobrze, bo to było krótko przed zamknięciem sklepu. Jeszcze się bałam, że nie zdążę na autobus. A ta baba, ona w cukierni sprzedaje, mówi, że gdzie jest wpis do kasy? No, gdzie? Ja wiem, że wy nie wpisujecie do kasy. I ona mówi, że nas podkabluje, załatwi nas na cacy. Szef musiał jej zanieść tą spódnicę, żeby była cicho. Tak że cwaniacy się zdarzają.
Ojciec nalał za dużo piwa do szklanki, było słabiej schłodzone niż Tymona i mocniej się pieniło, część piany wylala się na stół.
- Zostaw, ja to wytrę - matka wstała i wytarła piwo ze stołu. Jedli w kuchni, stół kuchenny był pokryty ceratą, a nie obrusem. Matka usiadła i opowiadała dalej.
- Raz dwie dziewczyny wzięły cztery pary dżinsów do przymiarki, ale jak wyszły zza kotary, to oddały trzy. Jedna para w torbie. Od razu się zorientowałam, ja znam takie numery. Ale nie upilnujesz, jak jest więcej ludzi, a jeszcze specjalnie tłok robią, dlatego daję najwyżej dwie bluzki do przymierzania. A nie, żeby brała jedna z drugą trzy albo cztery. Jak pani nie może się zdecydować, to większy wybór pani nie pomoże.
- Jak w pracy? - Tymon zapytał ojca.
- Wiesz, co za ludzie pracują w urzędzie miasta. Jak się z nimi współpracuje.
- Wiem.
- Ludzie marudzą. To oglądają, tamto oglądają, a może to, a może tamto, no nie wiem. Jak ja słyszę to ich "no nie wiem", to aż mnie trzęsie. A jaką miałam wczoraj klientkę, mówiłam wam? Przyszła z mężem. Podobała jej się taka narzutka welurowa i kostiumik z żakardu i nie mogła się zdecydować. No to jej mąż pyta: a ile by było za obie rzeczy? Mówię pięćset pięćdziesiąt, bo tyle by razem wychodziło. No to on pyta, czy ja tu jestem szefowa, bo on ze sprzedawczyniami nie gada, tylko z szefową. Mówię, że właściwie to jestem tak jakby w tej chwili szefowa, ale o co chodzi? No to on mówi: daję pięćset i bierzemy obie. Zgoda? Mówię chwileczkę i dzwonię się spytać szefa, czy można opuścić, no można, bo jak biorą dwie rzeczy, to i tak się opłaca przy tej marży. I taką granatową sukienkę jej chciałam jeszcze wtrynić, bo widziałam, że się jej podoba, ale mężowi się nie podobała i on mówi, że w tej sukience nigdzie z nią nie pójdzie. To ona nawet nie przymierzała.
- Pozmywam - Tymon zaofiarował się, kiedy skończyli.
Miał urlop. Ojciec poszedł uciąć sobie poobiednią drzemkę. Zawsze spał po obiedzie, zanim wyszedł do ogrodu, gdzie spędzał czas do wieczora, jeśli nie padało.
- Gdzie ty do zmywania. Ja pozmywam. - Matka ścierką wyganiała go z kuchni. - Lepiej idź gdzieś, spotykaj się z ludźmi, poznaj dziewczynę. Samemu w życiu smutno, ja bym chciała bawić wnuka.
Tymon poszedł do swojej pracowni. Podziałał na fejsbuku, odwiedził grupę ciekawych stronek, potem grał w Wiedźmina i God of War. Skończył późno. Następnego dnia nie musiał iść do roboty. Gdyby musiał, też by skończył późno.
3 Natalia je zupę pomidorową
Po powrocie do domu Natalia zjadła wodnistą zupę pomidorową z rozgotowanym makaronem. Na deser była babka o smaku i konsystencji piasku. Matka gotowała gorzej od Natalii, ale niestety robiła to częściej, bo była w domu. Gospodyni domowa, która nie umie piec ani gotować. Nic dziwnego, że ojciec miał dość, więc wziął i umarł. Normalny obiad i smaczne ciasto jadły tylko w weekendy, kiedy Natalia przejmowała obowiązki kuchenne. Nie miała nic przeciwko temu. Lubiła krzątać się w kuchni. Gdyby jeszcze mogła gotować dla kogoś, kogo kocha.
Matka Natalii, jak większość ludzi, którzy nie mają istotnych powodów, by się uskarżać, wciąż na wszystko narzekała. W młodości pracowała na poczcie, ale krótko, tylko do czasu, aż urodziła Natalię. Wtedy postanowiła porzucić wspaniale zapowiadającą się karierę i poświęcić się dziecku. Ojciec Natalii zarabiał wprawdzie nieźle jako inżynier zatrudniony w wodociągach miejskich, ale i tak im się nie przelewało.
Natalia była na pierwszym roku studiów psychologicznych, kiedy ojciec umarł na atak serca. Bardzo mocno jego śmierć przeżyła. Nie mogła się pozbierać. Zawaliła dwa egzaminy, a potem, zdołowana, zmieniła kierunek na łatwiejszy, przeniosła się na pedagogikę. Nie zapomniała jednak całkiem o psychologii. Rozważała studia zaoczne, jeżeli nie pełne, to może skrócone podyplomowe. Do dzisiaj się nie zdecydowała. Kwestia czasu, kwestia finansów. Czytała jednak książki z tej dziedziny. A jeśli nie czytała, to trzymała na półce. Pokaż mi, jakie książki masz na półce, a powiem ci, kim jesteś. Albo kim chciałbyś być. A raczej kim kiedyś chciałeś być, lecz nigdy nie będziesz.
Ojciec był jej bliższy niż matka. Nawet jako dziecko jego bardziej kochała. Matka prawie nigdy jej nie przytulała, nie całowała. Tata częściej okazywał jej miłość. Przy tacie naprawdę czuła, że jest kochana. Mieli podobne charaktery, temperament, poczucie humoru. Kochała go jako nastolatka, uwielbiała, kiedy wkroczyła w dorosłość. Matka zawsze traktowała Natalię jak dorosłą, nawet wtedy, gdy Natalia miała siedem, osiem lat. Pod pretekstem uczenia córki samodzielności powierzała Natalii takie zadania, za jakie dzisiaj groziłby jej sąd rodzinny.
Sporo o tym myślała. Pewnie chodziło o to, że matki, które za słabo kochają swoje dzieci, traktują je jak dorosłe. Za to matki, które za mocno kochają, traktują swoje dorosłe córki, a zwłaszcza synów, jak dzieci.
Pamiętała, jak w odpowiedzi na śmierć taty matka uciekła w chorobę. Po prostu się wyłączyła. Stawienie czoła życiu pozostawiła Natalii. Załatwienie wszystkich uciążliwych spraw spadło na nią. I jeszcze ci zatroskani krewni i sąsiedzi, tłumaczący Natalii, że musi się teraz nieszczęśliwą matką zaopiekować, musi jej pomagać, ponieważ owdowiała. A kto miał się o Natalię troszczyć? Kto miał osieroconą Natalię wspierać? Kto miał ją pocieszać po stracie ojca, którego, była tego pewna, kochała mocniej niż matka?
Od czasu śmierci ojca przeżyła jeszcze parę pogrzebów i zawsze było jej bardziej żal umarłych niż zrozpaczonej rodziny. Nawet gdy zmarli umarli szybko i bezboleśnie. Jej tata umarł, siedząc w fotelu z gazetą w ręce. Nawet nie wypadła mu na podłogę. Natalia od tamtej pory ma wstręt do gazet. Nie bierze ich do ręki. Tak jakby to gazeta zabiła ojca. Może nie zabiła, ale była ostatnią rzeczą, jakiej dotykał, jaką trzymał w dłoniach, jakiej poświęcił uwagę.
Natalia skończyła studia pedagogiczne ze specjalnością edukacja wczesnoszkolna, wróciła do rodzinnego miasta i podjęła pracę w szkole podstawowej. Była to zwykła, przeciętna podstawówka. W szkole Natalii uczniowie nie wieszali się z powodu czwórki, nie brali xanaxu. Uczyła dzieci w klasach od pierwszej do trzeciej, najwdzięczniejszy wiek, kiedy dzieci są jeszcze dziećmi.
Jak często matka jej wypominała, że nie poznała nikogo w czasie studiów w dużym mieście i tam nie została i nie ułożyła sobie lepiej życia. Dodając zaraz, że ona biedna zostałaby tu samotna, bo najgorsza na świecie jest ta samotność. Ale czego się nie robi dla dobra dziecka. Przecież jakoś by sobie tu sama poradziła.
Nie w tym rzecz, że matka była samotniczką z natury i nienawidziła towarzystwa innych ludzi. Ona po prostu była egoistką. Inni ludzie byli dobrzy, o ile mogli jej się do czegoś przydać i w niczym jej nie przeszkadzali. Jeżeli nie, to lepiej, żeby ich nie było. Wybierała samotność nie dlatego, że ją lubiła, ale dlatego, że towarzystwo było jeszcze gorsze, szczególnie takie towarzystwo, które wymagało czegoś od niej. Matka alergicznie reagowała na ludzi, którzy czegoś potrzebowali i czegoś od niej chcieli. Dotyczyło to zarówno obcych, jak i bliskich jej osób, co było przyczyną jej ciągłego dyskomfortu. Z jednej strony matka chętnie by się Natalii z mieszkania pozbyła, obie działały sobie na nerwy. Z drugiej strony Natalia była pożyteczna i matka często się córką wyręczała.
Natalia musiała chodzić do apteki i rejestrować matkę do lekarza, kiedy ta źle się czuła. Natalii obowiązkiem było szukać i umawiać fachowców do napraw i remontów. Natalia poświęcała całą sobotę, kiedy był już najwyższy czas porządnie wysprzątać mieszkanie, czego matka nienawidziła.
Natalia pozmywała po obiedzie. Przestało padać. Wiatr rozgonił chmury, przejaśniło się. Matka szykowała się do wyjścia.
- Gdzie się wybierasz?
- Na cmentarz. Już dwa dni nie byłam. Zobaczę, co ten wiatr tam nawyczyniał.
Najsmutniejszym okresem roku była Gwiazdka. Natalia straciła serce do archaicznych tradycji, powtarzalnych rytuałów, obrzędów, pustych gestów, obżarstwa i opilstwa. Zawieszanie głupkowatych ozdóbek na ściętych niepotrzebnie żywych drzewkach. O, jak pięknie, jak nastrojowo, jak ładnie pachnie, prawie jak w lesie. Ale zamiast iść do lasu, wycina się drzewko i ustawia w domu. Masowe zamęczanie i zabijanie karpi, pstrągów, sandaczy, łososi, śledzi, węgorzy, sumów i co tam jeszcze uda się złapać i pozbawić życia. Żeby tylko objeść się rybą na wieczerzę wigilijną. Przecież post, tradycja. Te góry jedzenia. Dwanaście postnych dań, każdego trzeba spróbować, choćby żołądek miał pęknąć. Nie jedz, bo to na święta. Jedz, bo się zepsuje. Jedno dodatkowe nakrycie przy stole dla niespodziewanego gościa, który nigdy nie przychodzi i bardzo dobrze robi, boby go nikt nie wpuścił. Dzielenie się opłatkiem bez smaku, który nic nie kosztuje, jedyna rzecz, jaką ludzie lubią się podzielić oprócz nieszczęścia. Te wspaniałe życzenia, które i tak się nie spełnią, w każdym razie nie na życzenie. Powtarzane co roku ciągle te same piosenki i pastorałki. Orgia zakupów.
W zeszłym roku, jak co roku, Natalia spędziła Gwiazdkę z matką. Jakby to wyglądało, żeby w wigilijny wieczór siedziała sama? Taki rodzinny czas. Spełniła córczyny obowiązek. Kupiła i ustroiła choinkę, ugotowała barszcz czerwony z buraczków na własnoręcznie zrobionym zakwasie, własnymi palcami ulepiła do niego uszka z grzybami, które sama pozbierała jesienią w lesie i ususzyła nad kaloryferem, usmażyła kawałek karpia dla matki i pstrąga dla siebie. Przełamała się z matką opłatkiem i złożyła jej życzenia. Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Po czym dała jej prezent. Jak było do przewidzenia, matka nie pomyślała o żadnym drobiazgu dla córki. Tyle miała na głowie. I taką niską rentę.
Słuchając po raz setny pięknej kolędy, która przestała być piękna i stała się szumem tła, Natalia dawała sobie słowo, że następnym razem będzie inaczej. Pójdzie albo wyjedzie gdzieś z Leną i Borysem. Lubiła ich, byli inni. Z Tymonem? Raczej nie. Na pewno nie. Z Sebastianem... Och, z Sebastianem.
4 Długi samotny spacer
Iga i Sebastian poszli rano do pracy. Adam skorzystał z wolnego przedpołudnia i wybrał się na spacer do lasu. Skończył tłumaczenie w zeszłym tygodniu. Wieczorem miał trzy godziny zajęć w szkole językowej.
Lubił długie samotne spacery. Było dosyć pogodnie, chociaż nie całkiem klarownie. W powietrzu wisiał dym z dalekich ognisk, w nieostrym słońcu schły słodkawo liście mokre od nocnej rosy. Zapach lata zmieszanego z jesienią.
Kiedy szedł leśną drogą albo jechał rowerem między polami, różne rzeczy przechodziły mu przez myśl, różne myśli przelatywały mu przez głowę. Podobnie jak we śnie mózg przetwarzał informacje, przesiewał i przeglądał. Zobaczone gdzieś obrazy. Zdjęcie ludzi pracujących na wysypisku śmieci, którzy zlewali się z tłem. Trzeba było wysilić wzrok, żeby ich odróżnić od odpadów.
Sformułowania, które kiedyś przeczytał lub pomyślał. Na przykład to, że Iga i on byli w oczach rodziny i znajomych jak stały, wytarty związek frazeologiczny, którego części składowe z osobna już nic nie znaczyły, nawet w ogóle nie występowały osobno.
Strzępy wspomnień z młodości w epoce socjalizmu. Był studentem, w czasie długich letnich wakacji jeździł nad jezioro, kąpał się i opalał cały dzień. Miał jedzenie, miał swój pokój, miał książki, rower i dużo wolnego czasu. Przede wszystkim miał młodość, skarb wart o wiele więcej niż wszystkie pieniądze świata. Sebastian tego nie rozumie, dla niego bycie młodym to rzecz normalna. Myśli, że zawsze tak będzie. On też tak myślał.
Czy tęsknota za młodością w socjalistycznym ubóstwie sprawiała, że lubił jeździć rowerem przez wioski i patrzeć na stare chłopskie chałupy z przygiętymi dachami, rozpadające się szopy, zrujnowane chlewiki? Było ich coraz mniej. Odnawiano je lub rozbierano. Na polach żyta i ziemniaków wyrastały dworki z kolumnami, garażami i ogródkami z przystrzyżoną trawą i tujami. Wolał patrzeć na starość i zużycie. Chodził na brzydkie przedmieścia miast i miasteczek, gdzie wciąż jeszcze stały zapuszczone domy. Z brudnych ścian odpadały płaty tynku jak płaty chorej skóry, spod których wyzierało czerwone mięso cegieł. W oknach z łuszczącymi się framugami, za szarymi, obwisłymi firanami, które przesiąkły zaduchem i dymem z papierosów, stali ludzie, którzy się postarzeli i nie chcieli więcej zmian. W długie wieczory pod koniec grudnia przez okna ruder na obrzeżach małych miast widać było światła na ustrojonych choinkach, które mościły wnętrza nor ciepłym światłem.
Lubił drobne rzeczy i drobnych ludzi, na których czas zostawił ślad. Bruzdę w tynku, wgłębienie w desce, gładkość wytartego metalu, rysę, zadrapanie, zmarszczki wokół ust, fałdy na czole, siwiznę, skrzywienie pleców.
Czas nie tak miał płynąć. Miał płynąć razem z nim, nie obok niego i nie przez niego. Miał go nieść i kołysać. Być zawsze blisko i nie odstępować ani na chwilę. A nie zostawiać za sobą, porzucać byle gdzie. Zwłaszcza że on był czasowi wierny, cenił go ponad wszystko. Nie sprzedał go, nie zamienił na nic innego.
Zbliżając się do sześćdziesiątki, mógł powtórzyć to, co mówił trzydzieści lat temu. Ktoś, kto zamienia czas na pieniądze, jest jak zwariowany kolekcjoner, który w szale zbieractwa, w manii gromadzenia zatracił poczucie wartości. Kolekcjonuje szklane kulki z taką pasją, że zamienia na nie rzeczy bez porównania cenniejsze. Diamenty czasu, złoto miłości, srebro przyjaźni. Jak ci oszalali Holendrzy w czasie gorączki tulipanowej, co zapożyczali się w bankach, zastawiali domy, żeby zdobyć cebulki nowej odmiany. Jak filatelista, który oddaje nerkę za brakujący do serii znaczek.
Przystanął przy grupie pochodzących z Ameryki dębów czerwonych, zwanych też dębami północnymi. Trzy starsze, dwa zupełnie młode. Wrzesień dobiegał końca, liście starszych dębów przebarwiły się na kolor złoty, liście młodych były już intensywnie czerwone. Większe, o głębszych wcięciach niż liście dębu europejskiego i bardziej kolorowe. Pachnące, skórzaste, od ciemnozłotych do ceglastoczerwonych. Podniósł jeden opadły liść z piaszczystej drogi i powąchał. Patrzył na żyłki pod słońce. Łagodne, nieostre słońce. Wierzch dłoni Igi, błękitne żyłki pod zwiędłą skórą. Pachniała jak pożółkły skórzasty liść, kiedy ją całował i dotykał nosem.
Szedł piaszczystą drogą posypaną brązowymi igliwiem. Poprzedniego dnia dosyć mocno wiało, wiatr nastrącał zwiędłych szpilek, których zapach czynił las jeszcze bardziej leśnym. Ostatnie motyle, obudzone przez słońce rusałki, latały z pozoru chaotycznie, trochę do przodu, trochę do tyłu, na lewo, na prawo, ale był w tym jakiś porządek, latały według jakiegoś wzoru, jakby plotły warkocze w powietrzu.
Czuł się zdradzony przez czas, ale zarazem było coś, czemu jego czas nie był winien, przez co jego czas tak samo cierpiał. W ostatnich latach zwłaszcza, trudno nawet powiedzieć kiedy, ale coś się z jego czasem niedobrego stało. Stracił ciągłość, był cały połamany. Jaki wypadek go tak pokawałkował? Jaki wstrząs tak jego czas pokruszył? Przecież nic takiego się nie wydarzyło. Czy to możliwe, że czas połamał się stopniowo? Na pewno nie od razu, nie od jednego uderzenia.
Im więcej miał rzeczy do zrobienia, do upilnowania, sprawdzenia, potwierdzenia, im więcej spraw i ludzi, a raczej ich urządzeń, domagało się od niego reakcji, a przynajmniej uwagi, tym mniej ciągłych, niepoprzerywanych, wystarczająco długich kawałków czasu miał dla siebie. Coraz więcej życia musiał poświęcać, żeby móc żyć.
Jak to śmiesznie brzmiało. On w dojrzałym wieku. Pamiętał z najdrobniejszymi szczegółami to, co robił, myślał i czuł, kiedy miał dwadzieścia lat, tak jakby to było wczoraj. Dwadzieścia? Dwanaście. "Wczoraj, kiedy byłem młody".
Szukał takich momentów, kiedy nie musiał nic robić. Zaczął je wydłużać. Potem sam takie okresy nicnierobienia wprowadzał. Najpierw całymi godzinami, a potem całymi dniami i tygodniami nie robił nic, co miałoby związek z zarabianiem na życie albo poprawieniem jego jakości. Patrzył na stare czarno-białe zdjęcia. Gospodarze z kosami, bose babiny, dzieci w potoku, krzywe płoty, dziurawe stodoły. Uśmiechy na twarzach tych ludzi. Mieli to, czego dzisiaj już nie można sobie nawet wyobrazić.
Zdawał egzaminy na stołecznym uniwersytecie i wracał do rodzinnego miasteczka na prowincji. Był wolny. Od początku czerwca do końca września. Cztery letnie miesiące jeżdżenia rowerem między polami i łąkami, przez lasy i wioski. Cztery letnie miesiące siedzenia nad jeziorem, nad rzeką, nad stawem, nad potokiem w lesie bukowym. Cztery długie letnie miesiące nocnych wędrówek po śpiącej mieścinie, na jej obrzeżach, w sąsiedztwie ogródków działkowych. Strefy buforowe, gdzie miasto przechodzi w tereny podmiejskie, które przechodzą w pola i ogrody, które przechodzą w łąki i ugory, które przechodzą w lasy. Cztery płynące powoli miesiące, które trwały dłużej niż pędzące lata późniejszego życia, kiedy dzień dniem poganiał, tydzień poganiał tygodniem.
Teraz brał dwa miesiące letnich wakacji, na co znajomi otwierali szeroko oczy: "Abstrakcja!" Ale dla niego dwa miesiące to i tak było za mało. Do szczęśliwego życia potrzebne były cztery wolne miesiące w roku. Może dwanaście.
- Zobacz, jak to jest - mówił do Sebastiana, kiedy spacerowali w sobotę nad jeziorem - że to, co przyjemne, robimy w ukradzionych momentach. Widzisz ten absurd? Okradają nas z czasu prawie do cna, a my tego nie widzimy, nie sprzeciwiamy się. Przeciwnie, jak nie pozwalamy sobie zabierać całego czasu, to czujemy, że sami go kradniemy. Szczyt szalbierstwa. Okradany chce zatrzymać dla siebie małą cząstkę tego, z czego jest odzierany, i czuje się przez to jak złodziej.
W soboty jeździli na wycieczki rowerowe, chodzili na wędrówki. Adam studiował żyłki i barwy jesiennych liści, pokazywał Sebastianowi. Zwracał uwagę na czarny liść osiki. Czerwony liść winobluszczu. Żółty kwiat lnicy na wrześniowej łące. Sebastian fotografował. Truchło borsuka, w którym kłębiły się białe larwy much. Padalec na ciepłym piasku. Zaskroniec pływający po zakurzonej powierzchni kanału. Rozcierali szyszkę chmielu między palcami i wąchali aromat piwa. Adam zabierał go na takie spacery i pokazywał te wszystkie rzeczy, kiedy Sebastian był małym chłopcem. Grali razem w gry komputerowe. Jeszcze do niedawna. Niedawna?
Z jednego długiego spaceru, z połowy dnia jazdy rowerem zostawało więcej wrażeń, wspomnień, przyjemności niż z całego normalnego tygodnia bieganiny, przesuwania palcem po ekranie, stukania w klawiaturę. Pół dnia nicnierobienia jest warte więcej niż pięć dni pracy. Oto prawdziwie ludzka ekonomia. Sebastian się śmiał, znał poczucie humoru ojca.
W jednym miejscu rósł rodzimy dąb, był naprawdę stary, miał gruby pień, rozłożystą koronę. Kiedy Adam dotykał jego chłodnej, wilgotnej kory, na głowę spadł mu żołądź. "Taki stary, a wciąż żarty się ciebie trzymają" - powiedział półgłosem trochę do siebie, a trochę do dębu. Wyjął z kieszeni bloczek samoprzylepnych żółtych karteczek, na których notował pomysły. Potem zapisywał pomysł w komputerze, miął karteczkę i wyrzucał. "Co po tobie zostanie, jak już będziesz sławny?" - śmiała się Iga. "Żadnych rękopisów".
Kiedy podchodził ścieżką na małe wzniesienie porośnięte niskim zagajnikiem sosnowym, doznał tej samej radości, niespodziewanej i pozbawionej przyczyny, która mu się ostatnio przytrafiła w lipcu, kiedy jechał rowerem między polami dojrzewającego zboża. Jakby sobie nagle przypomniał, że żyje i że to jest cudowne. Jako dziecko przeżywał takie rewelacje, takie wylania szczęścia codziennie. Jako student raz, dwa razy na tydzień. Teraz najwyżej trzy razy w roku.
W drodze powrotnej jego nastrój się obniżał. Jakby schodził z góry po kontemplacji pięknego widoku. Czekała go jeszcze tylko jedna przyjemność. Zupa gulaszowa, którą Iga ugotowała wczoraj. Potem się zdrzemnie. Kiedy Sebastian i Iga wrócą do domu koło czwartej, on będzie się zbierać na lekcje.
8 Koniec oblewania
Sebastian i Natalia wychodzą na taras. Nocne powietrze pachnie zwiędłymi liśćmi i rosą, która osiada na trawie. Jest ciepło jak na październik. Równie dobrze mógłby to być sierpień. Rozmawiają o pracy i o domu. Siadają na szerokiej huśtawce wymoszczonej poduchami. Milkną i huśtają się wolno. Przez wilgoć przeświecają gwiazdy. Na szosie za polem widać światła samochodów.
Lena dołącza do Natalii i Sebastiana. Huśtawka na tarasie jest szeroka, przesuwają się, żeby zrobić miejsce. Natalia mówi o jesiennych liściach. Najpiękniejsze są, kiedy umierają. Zapachy i barwy października. Ma dwadzieścia osiem lat i już czuje, że jej życie przemija.
- Kolory! Barwy życia! - Lena pociąga drinka ze szklanki. Jest trochę pijana. Nie za bardzo. Bywało gorzej. Albo lepiej. Zależy, jak się na to patrzy. - Zmieszaj te wszystkie piękne kolory i co się stanie? Co z tego będzie? Każdy dzień z osobna ma barwę. Czarną albo szarą. Czasem białą, czasem żółtą. Czerwoną, zieloną, niebieską. A potem patrzysz i te dni ci się mieszają, wszystko się zlewa. Twoje życie ma kolor błota zmieszanego z gównem. Jakby pijany malarz naszczał na paletę.
Lena zapala papierosa. Tradycyjnego, z tytoniem. Nie elektronicznego. Wapowała jakiś czas temu, papierosy elektroniczne zachwalano jako mniej szkodliwe, a przede wszystkim bardziej ekologiczne. Potem przeczytała, że wydzielająca się z nich para jest jeszcze gorsza dla zdrowia niż dym, zawiera jakiś zabójczy czynnik czy coś, więc wróciła do zwykłych papierosów.
- Typowe! - mówi Lena po zaciągnięciu się dymem.
- Co typowe? - pyta Natalia.
- Faceci rozmawiają o polityce, o rządzeniu, kłócą się o system. A my? Gadamy o dzieciach, o domu, ekspresie do kawy.
- Rozmawiamy o życiu - dopowiada Natalia.
- O pierdołach. Tak długo, jak będziemy gadać o pierdołach, tak długo będziemy zmuszone wychodzić za mąż za buców. Kobiety nie są głupsze od mężczyzn! - W głosie Leny pobrzmiewa zapowiedź przyszłej rozpaczy. Czepia się słomki, która nie może unieść ciężaru jej nadziei i beznadziei. Przez chwilę siedzą bez słowa.
- Oczywiście że kobiety nie są głupsze od mężczyzn - odzywa się Natalia. - Ale to nie znaczy, że są mądre. Są tak samo głupie jak mężczyźni.
- To twoja wersja równouprawnienia?
Robi się chłodno. Natalia i Sebastian nie mają kurtek, oprócz tego przeszkadza im dym z papierosa Leny. Wracają do salonu. Przy stole toczy się nowy spór.
- Czemu się czepiają? Co my mieliśmy wspólnego z holokaustem? Chyba tylko za koklusz, zagładę dinozaurów i wybuch drugiej wojny światowej nie jesteśmy odpowiedzialni. No, co? Może tak samo odpowiadamy za zagładę dinozaurów? - Z nich wszystkich Leon wypił najwięcej, ma w czubie, ale dzielnie się trzyma. Jest wprawiony, w jego branży nie wylewa się za kołnierz. Pije się na zebraniach, szkoleniach, polowaniach. Nigdzie indziej słowo pracoholik nie ma tak adekwatnego zastosowania.
- Oczywiście że nie. - Borys cały czas starał się dotrzymać kroku Leonowi. - My ratowaliśmy dinozaury. Z narażeniem życia ukrywaliśmy dinozaury przed asteroidą.
- Słuchaj, Borys. Jak masz słabą głowę, to nie pij.
- To ty masz słabą głowę, jak wierzysz w bohaterską przeszłość. - Borys sięga po butelkę. - Wielcy herosi naszej heroicznej przeszłości. Nieustraszeni trzej muszkieterowie: Patos, Bigos i Polmos.
- Najlepszy ten ostatni! - śmieje się Tymon, któremu Borys napełnia kieliszek. - Ale wszyscy równie mocni w gębie.
- Słyszałam, że dinozaury były głupie - mówi Paulina. - Miały małe mózgi.
Tak jak ty, Borys dodaje w myśli.
- Dzięki temu panowały na ziemi przez trzysta milionów lat - mówi Sebastian. - Gdyby były tak inteligentne jak ludzie, toby po paru tysiącach lat doprowadziły do katastrofy ekologicznej i wymarły.
- Jest jeden rodzaj dinozaurów, który przetrwał - uściśla Leon. - Ptaki.
- A wiecie, że ptak narobił mi na głowę? - Sara się wtrąca. - Babcia mi mówiła, że to na szczęście, więc kupiłam totolotka.
- I co? - pyta Tymon.
- Gówno! Nic nie wygrałam! - Sara śmieje się z własnej anegdoty tak głośno, jakby wypiła co najmniej tyle co Lena, chociaż wcale nie piła, bo miała prowadzić.
Ciekawe, jaka ona jest, jak się nawali, zastanawia się Borys. Dobrze, że nie piła, myśli Leon. Nie tylko dlatego, że będzie prowadzić, dzięki czemu on mógł sobie golnąć. Leon nie lubi, jak Sara pije. Za dużo wtedy gada. Jak już zaczyna, to nie umie przestać. A jak się upija, to robi się ciężka jak zdechła łania. Jest zgrabna jak łania, tyłek, piersi, to fakt, jest ładna, ale jak się upije, to staje się ciężka i bezwładna jak ustrzelona łania.
- Słyszałeś o szmalcownikach, Leon?
- Czarne owce się zdarzają.
- Czytałam książkę o miasteczkach na wschodzie, gdzie po wkroczeniu Niemców miejscowi wypędzali, okradali i mordowali swoich żydowskich sąsiadów - mówi Natalia. - W ten czy inny sposób w zbrodnie zaangażowana była większość lokalnej społeczności. To był reprezentatywny przekrój całego społeczeństwa, nie czarne owce. Kobiety, mężczyźni, rolnicy, robotnicy, rzemieślnicy, inteligencja z burmistrzem, księdzem i nauczycielem włącznie. Autor dotarł do świadków tych wydarzeń, do ich dzieci i wnuków.
- I wszyscy mu się chętnie zwierzali, tak?
- Z początku nie. Pytali: czy pan na pewno nasz? A on im odpowiadał, że na pewno, bo jego dziadek mordował Żydów.
Przez chwilę nikt nic nie mówi. Sebastian patrzy na Natalię.
Oblewanie nowego domu Adriana i Pauliny dobiega końca. Lena i Borys chcą wracać pieszo, tak jak przyszli, ale Adrian nie pozwala, są zbyt pijani. Dzwoni po taksówkę, która ich odwiezie. Sebastian mówi, że chce się przejść, Natalia też. Sebastian ją odprowadzi. Tymon zabierze się taryfą z Leną i Borysem. Leon i Sara zostaną jeszcze chwilę, ale też się właściwie zwijają.
- A to znacie? Spotyka się admirał czeski z admirałem węgierskim...
Wychodząc Sebastian i Natalia słyszą początek kawału opowiadanego przez Leona, ale potem uśmiechnięta Paulina zamyka za nimi drzwi.
Idą drogą. Kiedyś zrobią tu asfalt, na razie jest to droga gruntowa. Wieje lekki wiatr. Z topoli spadają liście o słodkim, tęsknym zapachu. Nocne powietrze nad polami ma lekko cierpki smak.
11 Sebastian odprowadza Natalię
Wychodzą z pizzerii i przez jakiś czas stoją jeszcze na zewnątrz i rozmawiają. Lena i Borys palą papierosy. Potem Sebastian odprowadza Natalię.
W drodze powrotnej Natalia rozmawia z Sebastianem o tym, co widzą i czują wokół siebie. O starych ludziach w starych kamienicach, którzy szykują się do spania. O nastolatkach siedzących na ławkach na rynku z telefonami w rękach. O zapachach w bramach i zaułkach.
Na skwerku za kościołem stoi kamienny pomnik papieża. Jest biały od ptasich odchodów. Cuchnący dym o żółtawym zabarwieniu ściele się po ulicy.
Sebastian wyjmuje smartfon, żeby sprawdzić stężenie cząsteczek PM10 i PM2.5. Na rynku umieszczony jest sensor, który przekazuje dane do aplikacji w internecie. W różnych miastach zainstalowane są takie sensory. Można wyświetlić mapę zanieczyszczeń całego kraju.
- PM10 to mieszanina zawieszonych w powietrzu cząsteczek, których średnica nie przekracza 10 mikrometrów - wyjaśnia.
- Czy to szkodliwe? - pyta Natalia.
- Wdychamy benzopireny, furany, dioksyny. Rakotwórcze metale ciężkie. W tej chwili w naszym uroczym małym miasteczku stężenie pyłu zawieszonego PM10 wynosi 223% normy. Natomiast stężenie pyłu zawieszonego PM2.5 wynosi teraz 184% normy.
- To drugie to co to jest?
- Cząsteczki, których średnica nie jest większa niż dwa i pół mikrometra. Ten pył jest jeszcze gorszy niż PM10, bo jest bardzo drobny i może się przedostać bezpośrednio do krwiobiegu.
- To przez ten dym z kominów?
- Przede wszystkim. Ludzie palą brudnym węglem w piecach, spalają śmieci, stare meble. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi rocznie umiera z tego powodu w naszym kraju.
- Czemu rząd nic z tym nie robi?
- Chronią interesy przemysłu paliwowego i energetycznego. W grę wchodzą ogromne pieniądze, a rząd pobiera od tego podatki.
- Więc pieniądze są ważniejsze od życia tysięcy ludzi?
Natalia nie chciała, żeby to zabrzmiało aż tak naiwnie, ale niestety, tak to brzmi. Ma nadzieję, że nie przedobrzyła. Warto jest dać mężczyźnie pole do popisu, niech się poczuje mądrym nauczycielem, ale nie wolno przy tym wyjść na gęś.
- W przeszłości różne rzeczy bywały ważniejsze niż życie ludzi, na przykład religie, ideologie. Ale pieniądze zawsze były i do dzisiaj są ważniejsze niż życie tysięcy, milionów, a w niedalekiej przyszłości pewnie nawet miliardów ludzi.
- Nie miałam pojęcia, że smog masowo zabija. - Natalia kontynuuje swoją strategię. - Może trzeba ludziom to uświadamiać?
- Smog podaje się ludziom tak jak truciznę szczurom, żeby nic nie zauważyli. Otrute szczury nie zdychają od razu, żeby inne nie mogły powiązać przyczyny ze skutkiem. Ktoś umiera na raka płuc po paru latach wdychania smogu, inny długo choruje na astmę, zanim umrze, jeszcze inny dostaje udaru i leży jak roślina, tamten ma wylew albo zawał. Tak to działa.
- Dostaję wiadomości z rządowego centrum ostrzegania. O śniegu, deszczu, gołoledzi. Jeszcze nigdy nie dostałam ostrzeżenia o zatrutym powietrzu, które chyba jest bardziej niebezpieczne od śniegu i gołoledzi.
- Dobry przykład. Śnieg i gołoledź nie zależą od rządu, więc wysyłają ostrzeżenia, mimo że w porównaniu ze smogiem szkodliwość tych zjawisk jest żadna. Poziom smogu, który zabija tysiące ludzi, zależy od polityki rządu, więc się go pomija milczeniem.
- Czytałam, że nawet w pomieszczeniach zamkniętych powietrze jest niezdrowe, na przykład w klasach szkolnych.
- W szkołach jest tak szkodliwe powietrze, pełne dwutlenku węgla i wewnętrznych zanieczyszczeń, że gdyby takie warunki panowały w chlewniach, toby interweniowała inspekcja weterynaryjna.
Natalia nie wie, jak na to zareagować, czy potraktować to jako dowcip, czy poważny powód do wyrażenia smutku, więc śmieje się krótko i niewesoło. Idzie z prawej strony. Sebastian wyjmuje prawą rękę z kieszeni płaszcza i chwyta ją za lewą dłoń.
- Nie jest ci zimno? - pyta. - Masz chłodną dłoń.
- Nie. Ale twoja ręka jest przyjemnie ciepła.
Sebastian już nie puszcza jej dłoni i idą dalej trzymając się za ręce.
Widzą w oknach wielkie ekrany telewizorów zawieszonych na ścianach. Są o wiele za duże w tych domkach z małymi pokojami i w tych małych mieszkaniach w bloku.
Jest grudniowy wieczór. Bez mrozu i śniegu. Widać pierwsze świąteczne ozdoby i światełka. Na niebie księżyc. Ostatnia pełnia tego roku. Księżyc w tę grudniową noc odbija światło słońca, które po drugiej stronie planety świeci tak samo długo jak tutaj w czerwcu.
- Podobam ci się? - pyta Natalia.
- Jesteś piękna.
- Dziękuję za komplement - śmieje się Natalia - ale jest mocno przesadzony.
- Piękno ma niewiele wspólnego z wyglądem.
- Chyba że tak.
- Tamten mysi żakiet, który miałaś na sobie u Pauliny i Adriana, był bardzo ładny.
- Lubię go nosić. Nie jest nowy, mam go od dawna.
- Pasuje do twoich kocich oczu.
Śmieją się, a potem przez dłuższy czas nic nie mówią. Idą powoli okrężną drogą przez park. Za lasem słychać gwizd pociągu. Mogą oddychać głęboko. Tutaj powietrze jest czystsze, zawiera mniej toksyn, pachnie sosnowymi szpilkami.
12 Adam patrzy na chorą mamę i myśli o systemie
Za dużo tego było. Książek, filmów, czasopism, muzyki, fotografii, obrazów. Był podminowany, sfrustrowany, rozdrażniony jak Tantal. Czasami chciał przyswoić to wszystko, a czasami się dławił i miał ochotę wszystko wypluć. Chciał wtedy leżeć w ciszy, nic nie czytać, nic nie oglądać, niczego nie słuchać. Zamknąć się w mniszej celi i patrzeć w gęstniejący mrok za oknem, nie zapalać światła. Bieg czasu sprawiał, że wszystko było za blisko, tuż obok, na wyciągnięcie ręki, jutro, pojutrze. Potrzebował większych odstępów czasu. Większych odstępów czasu od spraw i osób.
Jego matka była chora. Ile jej życia zostało. Ojciec nie nadawał się do opieki nad nią. Był niecierpliwy, egoistyczny, przyzwyczajony do swojego rytmu dnia, który choroba matki zakłóciła.
Przez długie lata małżeństwa matka niczego ojca nie nauczyła. Nie umiał gotować, robić zakupów, porządnie sprzątać. Adam był w tym od niego lepszy, pomagał Idze. Ojciec należał do tego pokolenia mężczyzn, które nie pomagało w domu. Dopiero teraz, po osiemdziesiątce, kiedy matka zachorowała, musiał się tego uczyć i było to dla niego już zbyt trudne.
W piątkowe wieczory chodzili z Igą do kina. Unikali słabszych filmów, nawet nie dlatego, że były słabe, ale dlatego że wtedy kino było pełne, a oni nie lubili głośnego śmiechu w chwilach prymitywnego humoru sytuacyjnego, nie lubili rechotu w reakcji na wulgarne żarty i nie lubili tępej ciszy w rzadkich momentach inteligentnego humoru i subtelniejszych żartów słownych. Nie lubili szumu, szelestu, szeptów, komentarzy, smrodu popcornu, potu, perfum. Czasami mieli ochotę na lekką komedię, ale tylko dobre i poważne filmy gwarantowały komfort oglądania przy pustawej sali.
Adam nie umiał znajdować rozrywki w komediach i serialach, ponieważ miał trudności z wyłączaniem myślenia. Kultura rozrywkowa cieszyła i dawała przyjemność tylko wtedy, kiedy się wyłączało myślenie. Popularność bezmyślnych filmów i seriali była dla Adama dowodem na to, że większość ludzi nie miała z wyłączaniem myślenia żadnego problemu. Adam podejrzewał, że większość ludzi miała myślenie wyłączone na stałe. Był to u nich stan domyślny.