Wielki układ - Zbigniew Kubikowski

Kup ebooka

19.95 zł
14.07 zł (10,97 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zamknięty przedział

I

- Przytyłeś, Kolanko - powiedział Sadowski - źle znosisz upał.

Istotnie, pot spływał z twarzy Kolanki na krótką, grubą szyję, za rozchełstaną koszulę, strumień powietrza bijący przez opuszczoną szybę nie rozgarniał krótkich, mokrych włosów, tylko żłobił w nich płytkie przedziałki. Oparty bezwładnie, kołyszący się w rytm drgań wagonu, Kolanko nie ocierał już czoła, jak na początku podróży, patrzył spod ciężkich powiek na suchą twarz rozmówcy z tym rodzajem skrępowania, jakiego się doznaje wobec ludzi lepiej znoszących przeciwności losu. Nawet kołnierzyk koszuli wystającej spod szarej, lekkiej, zmiętej nieco marynarki Sadowskiego sztywny był i czysty, westchnął więc Kolanko, ramionami wzruszył.

- A kto znosi? Zboże spalone, trzy tygodnie kropla nie spadła.

- Ale przytyłeś. No co, może nie przytyłeś? Dobrze ci się powodzi.

Kolanko głębiej odetchnął hamując zniecierpliwienie.

- Jeść mam co - rzekł - żona gotuje dobrze, więc można powiedzieć, że mi się powodzi.

- A co, nie jesteś zadowolony? - pytał Sadowski z półuśmiechem, choć pełna twarz Kolanki czerwieniała powoli, a wzrok mętniał nie tylko od upału.

- Dalej cię to interesuje?

- Dlaczego nie? Dalej mnie to interesuje.

- No to nie bądź taki święty Franciszek, dobrze? - rzekł Kolanko jeszcze łagodnie. - Robię, co robię, dzieci chodzą do szkoły, szwagierka czasem przyśle dolary, mam dwie jabłonki w ogrodzie, a żona hoduje kury. Już wiesz?

- A wiem. Dlaczego się denerwujesz?

- Wcale się nie denerwuję. Tylko nie potrzebuję współczucia.

- Miałeś inne plany? - upewnił się Sadowski.

- Każdy miał inne plany. Jednemu wyszło, drugiemu nie wyszło.

- Tylko każdemu dlaczegoś wyszło i dlaczegoś nie wyszło - powiedział Sadowski.

- Ty, odczep się ode mnie, dobrze? - wybuchnął Kolanko. - Jednemu wszystko się udaje, wszystko się pcha do rąk i tylko kadzidła mu palą, patrzcie, jaki zdolny, jaki zasłużony, a jak nie zasłużony, to się jeszcze zasłuży, i tu mu awans, tu mu order, tu mu...

- Jak mnie? - spytał Sadowski.

- Jak to...

Urwał Kolanko, oprzytomniał. Wytarł czoło chustką.

- Przepraszam - burknął.

Koła stukają, kołysze się Kolanko, Sadowski opiera się również, przymyka oczy. Milczą.

- U mnie jabłonki co dwa lata rodzą - odzywa się wreszcie Kolanko. - Na przemian. Wiesz?

- Jakby się umówiły, co?

- Jakby się umówiły.

I znowu milczą, z półprzymkniętymi oczami wyglądają, jakby drzemali, ale Kolanko bębni palcami po kolanie, co chwila zmienia pozycję i z ulgą wita nagły wybuch wrzawy na korytarzu, stukanie do drzwi.

- Co się tam dzieje? - pyta Sadowski.

Kolanko zrywa się, wciska do spodni kipiącą koszulę, odsuwa zieloną zasłonkę, szczęśliwy, że znalazł wreszcie okazję do ruchu i krzyku.

- No co jest? - wrzeszczy przez szparę w drzwiach - nie widzicie, co tu pisze? Przedział za-re-zer-wo-wa-ny. Tak? Czytać nie umiecie? Wy? Wam o co chodzi?

Człowiek, do którego zwrócone było to pytanie, nie mógł od razu odpowiedzieć, bo głosów podniosło się wiele, a i konduktor do akcji się wmieszał; na koniec pod ramieniem Kolanki pojawiła się głowa szpakowatego mężczyzny uniemożliwiając zamknięcie drzwi.

- To ja, Markowski, dzień dobry, panie dyrektorze, to ja...

- No co, Kolanko - powiedział Sadowski. - Wpuść, będzie nam weselej.

Kolanko zawahał się, ale posłuchał, zamknął za Markowskim drzwi, przekręcił zamek, zasunął zasłonkę, z ulgą opadł na kanapkę. Markowski położył wypchaną teczkę na ławce, postąpił ku Sadowskiemu z wyciągniętą ręką, lecz cofnął ją w pół gestu, skłonił się, potem zwrócił ku Kolance, który jednak nie zdradzał ochoty do powitania, ukłonił się więc Markowski po raz drugi, mówiąc bez przerwy i nieco bezładnie:

- Dziękuję, uprzejmie dziękuję, widziałem, jak pan dyrektor wsiadał, a ponieważ od dawna już miałem zamiar, to znaczy chciałem skontaktować się, porozumieć się, to znaczy poinformować pana dyrektora, w każdym razie pomyślałem...

- No co, Kolanko - rzekł Sadowski - poproś pana, żeby usiadł, tyle lat, a maniery masz ciągle takie same.

- Siadaj pan - burknął Kolanko.

Markowski skłonił się, patrzył wyczekująco.

- I poczęstuj pana Markowskiego papierosem. Zachowuj się jak gospodarz.

Kolanko wyciągnął z kieszeni papierośnicę, otwartą podsunął pod nos Markowskiemu.

- Pal pan.

Markowski powiesił w rogu jasny prochowiec, usiadł ostrożnie, podciągając na kolanach kanty spodni, przyjął papierosa, trzasnął zapalniczką.

- To panowie... - rzekł ze zdumieniem - panowie się znają.

- O, szmat czasu - powiedział niedbale Sadowski. - Ale straciliśmy się z oczu.

- No! - ożywił się Kolanko - jak cię dzisiaj zobaczyłem, to w pierwszej chwili nie poznałem, on, myślę, nie on, a jak on, to wcale się nie zmienił, włosy tylko posiwiały...

- Pan dyrektor bardzo młodo wygląda - rzekł stanowczo Markowski.

- Dziękuję - skinął głową Sadowski. - Zawsze mi to pan powtarzał.

- Zawsze szczerze.

- A nie wątpię. Nie stać pana na nieszczerość.

- Tak sądzę. To znaczy... nie rozumiem.

- No proszę, ja panu mówię komplementy, a pan mnie nie rozumie.

- Ja rozumiem - odezwał się Kolanko.

- Widać lepiej mnie znasz.

- Pracuję... pracowałem z panem cztery lata - rzekł Markowski z wyrzutem - cztery lata bez przerwy. Myślałem, że w podstawowych sprawach zawsze się porozumiemy.

- Ależ dobrze, dobrze, panie kolego. Przecież ja nie mam monopolu na znajomość ludzi. Sam ich sobie dobieram, sam ponoszę konsekwencje.

- To, co pan mówi - wykrzyknął Markowski - absolutnie nie jest jednoznaczne!

- A nie jest. Dlaczego się pan denerwuje?

- Ja się nie, denerwuję. Chciałem tylko powiedzieć, że w każdej sytuacji trzeba odróżnić czyjąś dobrą wolę od obiektywnej konieczności.

- Chce się panu gadać w taki gorąc? - spytał Kolanko wyciągając spod kanapy brązową butelkę. - Głowa mnie rozbolała. Napijesz się?

- Ciepłe piwo? - skrzywił się Sadowski. - Daj spokój.

Znów głosy na korytarzu, stukanie do drzwi.

- Zarezerwowane! - zawołał Markowski i zwrócił się do Sadowskiego głosem tak łagodnym, że aż czułym: - Ja mam w termosie herbatę z sokiem. Żona robi sok z wiśni, doskonały. A na pestkach likier. Lepszy niż oryginalne "Maraskino".

- Panie - jęknął Kolanko - głowa mnie boli.

- Przepraszam - stropił się Markowski.

Stukot kół, głosy na korytarzu, dym nad przygasłym polem. Markowski popatrywał spod oka na Kolankę, wreszcie sięgnął do teczki, wyjął termos i podjął pertraktacje.

- Gorąca herbata na upał jest najlepsza. Proszę mi wierzyć. Może pan spróbuje?

- No, Kolanko, nie daj się prosić - odezwał się Sadowski. - Przecież masz ochotę.

Kolanko przeciągnął się, kropla potu spływała mu między brwiami na nos, bo marszczył czoło i mrużył oczy przed dymem, więc potem i dymem pachniało w przedziale.

- Gorąca? Daj pan.

- Wypijcie za moje zdrowie - mruknął Sadowski.

- Ja także cały jestem mokry - wyznał Markowski nalewając ostrożnie herbatę do plastykowej nakrętki. - Biegam od rana, aż mi w oczach ciemno.

- To od nadmiaru dobrych chęci - rzekł Sadowski.

Tym razem Kolanko wziął Markowskiego w obronę. Widać, smakowała mu herbata.

- No nie bądź taki, człowiek przecież życzliwy - powiedział dobrodusznie. - Życzliwego łatwo stracić, a spotkać trudno.

Markowski wyprostował się, zakręcił termos, schował go do teczki i zaczerpnął tchu.

- Panie dyrektorze - rzekł z determinacją. - Będę absolutnie szczery. Ośmieliłem się wtargnąć do panów, ponieważ chciałem wyjaśnić panu dyrektorowi moje intencje i moje postępowanie.

- No proszę - uśmiechnął się blado Sadowski. - I co ty na to, Kolanko?

- A dlaczego? - Kolanko poprawił się na ławce, wytarł czoło, widać, poczuł się lepiej. Dym znowu odpłynął od pociągu, kładł się na polu pasmem strzępiastych obłoczków. - A dlaczego? Niech mówi. Chętnie posłucham. Szybciej czas zleci.

Markowski poprawił się, odchrząknął, nogę na nogę założył i zapalił papierosa.

- Panie dyrektorze - zaczął - musi pan zrozumieć, że naprawdę i szczerze jestem po pańskiej stronie. Sytuacja, w jakiej się znalazłem, nie ma nic wspólnego z moimi osobistymi przekonaniami ani z moim poczuciem lojalności. Jestem głównym księgowym. To właśnie określa moją sytuację. I nie chodzi mi wcale o sprawy formalne...

Sadowski z głową na oparciu, brodą uniesioną ku górze, przymkniętymi oczyma słuchał monotonnego głosu Markowskiego jak tyle już razy, od tylu dni i lat, nie odróżniał słów, został tylko znany ton, który wchłonął w siebie stukot kół, sapanie lokomotywy, jak motyw muzyczny towarzyszący mu od dawna, przez wiele sytuacji i miejsc, ale teraz, w dusznym przedziale, związany z jednym tylko dniem, z jedną sytuacją, z jednym miejscem.

KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU

ZAPRSZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI