Zamknięty przedział
I
- Przytyłeś, Kolanko - powiedział Sadowski - źle znosisz upał.
Istotnie, pot spływał z twarzy Kolanki na krótką, grubą szyję, za rozchełstaną koszulę, strumień powietrza bijący przez opuszczoną szybę nie rozgarniał krótkich, mokrych włosów, tylko żłobił w nich płytkie przedziałki. Oparty bezwładnie, kołyszący się w rytm drgań wagonu, Kolanko nie ocierał już czoła, jak na początku podróży, patrzył spod ciężkich powiek na suchą twarz rozmówcy z tym rodzajem skrępowania, jakiego się doznaje wobec ludzi lepiej znoszących przeciwności losu. Nawet kołnierzyk koszuli wystającej spod szarej, lekkiej, zmiętej nieco marynarki Sadowskiego sztywny był i czysty, westchnął więc Kolanko, ramionami wzruszył.
- A kto znosi? Zboże spalone, trzy tygodnie kropla nie spadła.
- Ale przytyłeś. No co, może nie przytyłeś? Dobrze ci się powodzi.
Kolanko głębiej odetchnął hamując zniecierpliwienie.
- Jeść mam co - rzekł - żona gotuje dobrze, więc można powiedzieć, że mi się powodzi.
- A co, nie jesteś zadowolony? - pytał Sadowski z półuśmiechem, choć pełna twarz Kolanki czerwieniała powoli, a wzrok mętniał nie tylko od upału.
- Dalej cię to interesuje?
- Dlaczego nie? Dalej mnie to interesuje.
- No to nie bądź taki święty Franciszek, dobrze? - rzekł Kolanko jeszcze łagodnie. - Robię, co robię, dzieci chodzą do szkoły, szwagierka czasem przyśle dolary, mam dwie jabłonki w ogrodzie, a żona hoduje kury. Już wiesz?
- A wiem. Dlaczego się denerwujesz?
- Wcale się nie denerwuję. Tylko nie potrzebuję współczucia.
- Miałeś inne plany? - upewnił się Sadowski.
- Każdy miał inne plany. Jednemu wyszło, drugiemu nie wyszło.
- Tylko każdemu dlaczegoś wyszło i dlaczegoś nie wyszło - powiedział Sadowski.
- Ty, odczep się ode mnie, dobrze? - wybuchnął Kolanko. - Jednemu wszystko się udaje, wszystko się pcha do rąk i tylko kadzidła mu palą, patrzcie, jaki zdolny, jaki zasłużony, a jak nie zasłużony, to się jeszcze zasłuży, i tu mu awans, tu mu order, tu mu...
- Jak mnie? - spytał Sadowski.
- Jak to...
Urwał Kolanko, oprzytomniał. Wytarł czoło chustką.
- Przepraszam - burknął.
Koła stukają, kołysze się Kolanko, Sadowski opiera się również, przymyka oczy. Milczą.
- U mnie jabłonki co dwa lata rodzą - odzywa się wreszcie Kolanko. - Na przemian. Wiesz?
- Jakby się umówiły, co?
- Jakby się umówiły.
I znowu milczą, z półprzymkniętymi oczami wyglądają, jakby drzemali, ale Kolanko bębni palcami po kolanie, co chwila zmienia pozycję i z ulgą wita nagły wybuch wrzawy na korytarzu, stukanie do drzwi.
- Co się tam dzieje? - pyta Sadowski.
Kolanko zrywa się, wciska do spodni kipiącą koszulę, odsuwa zieloną zasłonkę, szczęśliwy, że znalazł wreszcie okazję do ruchu i krzyku.
- No co jest? - wrzeszczy przez szparę w drzwiach - nie widzicie, co tu pisze? Przedział za-re-zer-wo-wa-ny. Tak? Czytać nie umiecie? Wy? Wam o co chodzi?
Człowiek, do którego zwrócone było to pytanie, nie mógł od razu odpowiedzieć, bo głosów podniosło się wiele, a i konduktor do akcji się wmieszał; na koniec pod ramieniem Kolanki pojawiła się głowa szpakowatego mężczyzny uniemożliwiając zamknięcie drzwi.
- To ja, Markowski, dzień dobry, panie dyrektorze, to ja...
- No co, Kolanko - powiedział Sadowski. - Wpuść, będzie nam weselej.
Kolanko zawahał się, ale posłuchał, zamknął za Markowskim drzwi, przekręcił zamek, zasunął zasłonkę, z ulgą opadł na kanapkę. Markowski położył wypchaną teczkę na ławce, postąpił ku Sadowskiemu z wyciągniętą ręką, lecz cofnął ją w pół gestu, skłonił się, potem zwrócił ku Kolance, który jednak nie zdradzał ochoty do powitania, ukłonił się więc Markowski po raz drugi, mówiąc bez przerwy i nieco bezładnie:
- Dziękuję, uprzejmie dziękuję, widziałem, jak pan dyrektor wsiadał, a ponieważ od dawna już miałem zamiar, to znaczy chciałem skontaktować się, porozumieć się, to znaczy poinformować pana dyrektora, w każdym razie pomyślałem...
- No co, Kolanko - rzekł Sadowski - poproś pana, żeby usiadł, tyle lat, a maniery masz ciągle takie same.
- Siadaj pan - burknął Kolanko.
Markowski skłonił się, patrzył wyczekująco.
- I poczęstuj pana Markowskiego papierosem. Zachowuj się jak gospodarz.
Kolanko wyciągnął z kieszeni papierośnicę, otwartą podsunął pod nos Markowskiemu.
- Pal pan.
Markowski powiesił w rogu jasny prochowiec, usiadł ostrożnie, podciągając na kolanach kanty spodni, przyjął papierosa, trzasnął zapalniczką.
- To panowie... - rzekł ze zdumieniem - panowie się znają.
- O, szmat czasu - powiedział niedbale Sadowski. - Ale straciliśmy się z oczu.
- No! - ożywił się Kolanko - jak cię dzisiaj zobaczyłem, to w pierwszej chwili nie poznałem, on, myślę, nie on, a jak on, to wcale się nie zmienił, włosy tylko posiwiały...
- Pan dyrektor bardzo młodo wygląda - rzekł stanowczo Markowski.
- Dziękuję - skinął głową Sadowski. - Zawsze mi to pan powtarzał.
- Zawsze szczerze.
- A nie wątpię. Nie stać pana na nieszczerość.
- Tak sądzę. To znaczy... nie rozumiem.
- No proszę, ja panu mówię komplementy, a pan mnie nie rozumie.
- Ja rozumiem - odezwał się Kolanko.
- Widać lepiej mnie znasz.
- Pracuję... pracowałem z panem cztery lata - rzekł Markowski z wyrzutem - cztery lata bez przerwy. Myślałem, że w podstawowych sprawach zawsze się porozumiemy.
- Ależ dobrze, dobrze, panie kolego. Przecież ja nie mam monopolu na znajomość ludzi. Sam ich sobie dobieram, sam ponoszę konsekwencje.
- To, co pan mówi - wykrzyknął Markowski - absolutnie nie jest jednoznaczne!
- A nie jest. Dlaczego się pan denerwuje?
- Ja się nie, denerwuję. Chciałem tylko powiedzieć, że w każdej sytuacji trzeba odróżnić czyjąś dobrą wolę od obiektywnej konieczności.
- Chce się panu gadać w taki gorąc? - spytał Kolanko wyciągając spod kanapy brązową butelkę. - Głowa mnie rozbolała. Napijesz się?
- Ciepłe piwo? - skrzywił się Sadowski. - Daj spokój.
Znów głosy na korytarzu, stukanie do drzwi.
- Zarezerwowane! - zawołał Markowski i zwrócił się do Sadowskiego głosem tak łagodnym, że aż czułym: - Ja mam w termosie herbatę z sokiem. Żona robi sok z wiśni, doskonały. A na pestkach likier. Lepszy niż oryginalne "Maraskino".
- Panie - jęknął Kolanko - głowa mnie boli.
- Przepraszam - stropił się Markowski.
Stukot kół, głosy na korytarzu, dym nad przygasłym polem. Markowski popatrywał spod oka na Kolankę, wreszcie sięgnął do teczki, wyjął termos i podjął pertraktacje.
- Gorąca herbata na upał jest najlepsza. Proszę mi wierzyć. Może pan spróbuje?
- No, Kolanko, nie daj się prosić - odezwał się Sadowski. - Przecież masz ochotę.
Kolanko przeciągnął się, kropla potu spływała mu między brwiami na nos, bo marszczył czoło i mrużył oczy przed dymem, więc potem i dymem pachniało w przedziale.
- Gorąca? Daj pan.
- Wypijcie za moje zdrowie - mruknął Sadowski.
- Ja także cały jestem mokry - wyznał Markowski nalewając ostrożnie herbatę do plastykowej nakrętki. - Biegam od rana, aż mi w oczach ciemno.
- To od nadmiaru dobrych chęci - rzekł Sadowski.
Tym razem Kolanko wziął Markowskiego w obronę. Widać, smakowała mu herbata.
- No nie bądź taki, człowiek przecież życzliwy - powiedział dobrodusznie. - Życzliwego łatwo stracić, a spotkać trudno.
Markowski wyprostował się, zakręcił termos, schował go do teczki i zaczerpnął tchu.
- Panie dyrektorze - rzekł z determinacją. - Będę absolutnie szczery. Ośmieliłem się wtargnąć do panów, ponieważ chciałem wyjaśnić panu dyrektorowi moje intencje i moje postępowanie.
- No proszę - uśmiechnął się blado Sadowski. - I co ty na to, Kolanko?
- A dlaczego? - Kolanko poprawił się na ławce, wytarł czoło, widać, poczuł się lepiej. Dym znowu odpłynął od pociągu, kładł się na polu pasmem strzępiastych obłoczków. - A dlaczego? Niech mówi. Chętnie posłucham. Szybciej czas zleci.
Markowski poprawił się, odchrząknął, nogę na nogę założył i zapalił papierosa.
- Panie dyrektorze - zaczął - musi pan zrozumieć, że naprawdę i szczerze jestem po pańskiej stronie. Sytuacja, w jakiej się znalazłem, nie ma nic wspólnego z moimi osobistymi przekonaniami ani z moim poczuciem lojalności. Jestem głównym księgowym. To właśnie określa moją sytuację. I nie chodzi mi wcale o sprawy formalne...
Sadowski z głową na oparciu, brodą uniesioną ku górze, przymkniętymi oczyma słuchał monotonnego głosu Markowskiego jak tyle już razy, od tylu dni i lat, nie odróżniał słów, został tylko znany ton, który wchłonął w siebie stukot kół, sapanie lokomotywy, jak motyw muzyczny towarzyszący mu od dawna, przez wiele sytuacji i miejsc, ale teraz, w dusznym przedziale, związany z jednym tylko dniem, z jedną sytuacją, z jednym miejscem.
KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU
ZAPRSZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI