ZDRADA, NAMIĘTNOŚĆ I ZEMSTA
Oto pierwszy legendarny polski romans rycerski. Aż zastanawiające, że uznany został za naszą własną, polską legendę. Wszystko jest w nim przecież niejako całkowitym zaprzeczeniem polskości i polskiego rodowodu. Począwszy od imion bohaterów, aż po samą fabułę. Ma ten romans uniwersalny, by nie powiedzieć kosmopolityczny, charakter. Mógł się rzeczywiście zdarzyć w kraju Wiślan, ale z powodzeniem dałoby się go umieścić w każdym dowolnym zakątku Europy. W polskim wydaniu stanowi typową formę małżeńskiego trójkąta, z tą czwartą w tle, co nie było charakterystyczne wyłącznie dla naszego kraju.
Popatrzmy jednak na tę legendę okiem polskiego kronikarza, który chciał oczywiście jak najlepiej. W zachodniej Europie nie brakowało wtedy sławnych legend i eposów, których bohaterami byli już nie tylko królowie czy książęta, lecz także ich wasale, rycerze wyróżniający się jakimiś niecodziennymi umiejętnościami w bitwach lub w życiu codziennym, gotowi polec za swojego seniora, a niekiedy tzw. błędni rycerze wędrujący po świecie w poszukiwaniu przygód i miłości. Epos rycerski stawał się gatunkiem literackim coraz popularniejszym, życzliwie przyjmowanym w zamkach i pałacach.
Powstało zatem niejako społeczne zapotrzebowanie na opiewanie bohaterskich czynów i wydarzeń, ale z udziałem dzielnych rycerzy, królewskich lub książęcych wasali. Pojawili się więc w europejskich zamkach, dworach i miastach wędrowni pieśniarze, zwani minstrelami, skaldami lub trubadurami, opiewający rozmaite bohaterskie albo tragiczne dzieje rycerzy zmagających się z nieprzyjacielem, z potworami bądź innymi przeciwnościami losu, a bardzo często również dzieje ich tragicznych miłości, że przypomnę tylko te najbardziej chyba znane: Powieść o róży oraz Dzieje Tristana i Izoldy.
Zapewne trubadurzy z zachodniej Europy trafiali z tymi opowieściami także do Polski, a być może przywozili je też ze sobą cudzoziemscy osadnicy. Wobec rosnącej popularności tych historii i jako jej konsekwencja pojawiło się zapewne pytanie: dlaczego Polska nie mogłaby mieć swojego eposu rycerskiego, sławiącego czyny wielkiego polskiego wojownika, opisującego jego dramatyczne perypetie życiowe, zakończone sprawiedliwym wyrokiem boskim? Mieliśmy dotychczas wyłącznie samych dzielnych królów, natomiast o polskich legendarnych dzielnych rycerzach praktycznie aż do czasów Zawiszy Czarnego nikt nic nie wiedział. No to ich sobie sami stworzyliśmy. I tak powstała pierwsza nasza opowieść rycerska o Wałcerzu Udałym.
Zapisana ona została, w zbliżonej do obecnej formie, w XIII stuleciu w Kronice wielkopolskiej, po czym powtórzona przez Bartosza Paprockiego w XVI wieku w Herbach rycerstwa polskiego, chociaż istnieje także hipoteza głosząca, że pierwszym, który na ziemiach polskich zapisał ten romans rycerski, był anonimowy mnich benedyktyński z opactwa w Tyńcu. O pierwszeństwo dokonania tego zapisu ubiega się również XIII-wieczny kronikarz Andrzej z Żarnowa, co do którego jednak nie ma stuprocentowej pewności, czy w ogóle istniał, czy też sam stał się wytworem literackim, stworzonym przez Bartosza Paprockiego.
Warto zauważyć, że postać bohatera tego romansu znana była wcześniej w innych europejskich krajach. Krążył bowiem od dawna w zachodniej Europie niemal cykl opowieści o burgundzko-huńskim bohaterze imieniem Walter. Był poemat łaciński Waltherus, anglosaski Waldere, była również nordycka saga Halfs saga ok Halfsrekka, bardzo zbliżona treścią do opisanej w polskiej wersji małżeńskiej zdradzie i zemście.
Należy jeszcze dodać, że motyw Waltera i Helgundy występuje także w Pieśni o Nibelungach. Nawet odległa Islandia ma swoją własną sagę o Dytryku z Berg (Thidrekssaga), wzorowaną właśnie na przygodach bohatera dzieła mnicha Ekkeharda z St. Gallen. W Niemczech opowieść o dzielnym Walterze przewija się ponadto w opowieści o Biterolfie i Ditleipie. Elementy przygód tegoż Waltera odnaleźć można również we wczesnośredniowiecznej poezji austriackiej.
Co charakterystyczne, wszystkie te wersje kończyły się zawsze dla bohatera eposu i jego greckiej żony bardzo szczęśliwie. Nie wspominały one ani o tym trzecim, ani o małżeńskiej zdradzie i zabójstwie występnych kochanków. Żeby było jeszcze bardziej intrygująco, należy dodać, iż podobne wątki opowieści o Wałcerzu, Wisławie i Helgundzie odnaleźć można również na Rusi, w XIV-wiecznym podaniu o dzielnym rycerzu Iwanie Godninowiczu, jego adwersarzu Michajle Potyku i greckiej księżniczce, która także nie potrafiła wybrać pomiędzy dwoma rywalami.
W wersji obu polskich autorów legenda ta przedstawiała się właśnie tak:
Wałcerz, zwany również swojsko Udałym, czyli Wspaniałym, hrabia z Tyńca, służąc na wojnie albo po prostu przebywając bez żadnej ważniejszej przyczyny w obcych krajach, trafił na dwór władcy frankońskiego. Wkrótce został królewskim podczaszym, dzięki czemu uczestniczył w królewskich ucztach. Podczas jednej nich poznał córkę owego króla, królewnę Helgundę vel Hugelindę, vel Hegelindę. Spodobała mu się tak bardzo, że wieczorami śpiewał pod jej oknami serenady. Królewna także pokochała pięknego śpiewaka z dalekiej Polski. Młodzi długo skrywali swoją miłość, zwłaszcza iż o rękę Helgundy ubiegał się przebywający wówczas na królewskim dworze książę niemiecki Arinald. Nie mogąc pozbyć się tego natręta, zyskującego coraz większe poparcie jej ojca, królewna postanowiła uciec z ukochanym Wałcerzem do jego ojczyzny.
Plany ich przejrzał jednak książę Arinald i zastawił zasadzkę na Renie, przez który uciekinierzy musieli się przeprawić. Gdyby tylko zbiegowie się pojawili nad jego brzegiem, przewoźnicy mieli natychmiast zawiadomić księcia, postawić zaporową cenę za usługę i tak długo targować się o nią z Wałcerzem, aż zdążyłby przybyć oddział księcia Arinalda i schwytać uciekinierów. Ale Wałcerz, nie licząc się z kosztami, natychmiast zapłacił przewoźnikom żądaną przez nich grzywnę złota i niezwłocznie kazał się przewieźć na drugi brzeg. Przewoźnicy nie znaleźli już żadnego pretekstu, aby odmówić jego żądaniu.
Kiedy spóźniona informacja o przeprawieniu się polskiego hrabiego i frankońskiej królewny przez Ren dotarła do Arinalda, ten niezwłocznie sam wyruszył za nimi w pogoń. Wkrótce dogonił zbiegłą parę i wyzwał Wałcerza na śmiertelny pojedynek. Zwycięzca miał otrzymać księżniczkę. Dzielny polski hrabia naturalnie zabił w pojedynku niemieckiego księcia. Teraz już Wałcerz i jego ukochana Helgunda bez żadnych przeszkód szczęśliwie dotarli do Polski, do Tyńca.
W takim właśnie momencie dotarcia do ojczyzny i wesela szczęśliwej pary kończy się opowieść o dzielnym rycerzu Walterze z Akwitanii. Oryginalna opowieść brzmiała jednak nieco inaczej. Otóż Walter, posiadający także przydomek Mocny, był jednym z dwunastu zakładników króla Appui, Hermanaryka, na dworze Attyli władcy Hunów, który wówczas rezydował w Panonii. Imię Hermanaryk nosił w rzeczywistości król Gotów, pokonany przez Hunów, ale on po klęsce popełnił samobójstwo. Tam właśnie nasz dzielny rycerz poznał Helgundę, również zakładniczkę, córkę króla greckiego Iliasa. Młodzi pokochali się od pierwszego wejrzenia i ostatecznie postanowili razem uciec na dwór króla Francji.
Na wieść o ich ucieczce Attyla wysłał za nimi w pogoń Hagena, syna króla Aldriana, również zakładnika na swoim dworze, któremu dodał jedenastu innych zakładników wybranych ze swoich doborowych wojsk. Warto wiedzieć, że Hagenowi także podobała się grecka księżniczka. Kiedy ścigający dopędzili ich w okolicach Wagenstein, już na pograniczu Pfalzu i Alzacji, dzielny Walter zabił wszystkich jedenastu zakładników, co widząc, Hagen uciekł do lasu. Postanowił samotnie zasadzić się na zakochanych, zabić skrytobójczo Waltera i odprowadzić Helgundę na dwór Attyli, i tam - w nagrodę i za zgodą Attyli - ją poślubić.
Pojawił się zatem niespodziewanie na brzegu lasu, w momencie kiedy Walter i Helgunda właśnie ucztowali. Zaskoczony atakiem Hagena Walter nie zdążył nawet sięgnąć po oręż. Bronił się dzielnie kością z nogi dzika, którą właśnie obgryzał. Wreszcie ugodził nią Hagena w oko i zmusił do ucieczki. Nie ścigał jednak rannego przeciwnika. Młodzi bowiem po tym incydencie postanowili niezwłocznie udać się w dalszą drogę. Pokonali ją bez większych przeszkód i szczęśliwie dotarli na dwór francuskiego króla.
Wkrótce w miejscowości Langres odbyły się uroczystości weselne. Podobno uczestniczył w nich nawet sam Attyla ze swoją żoną, Helchą, który ostatecznie wspaniałomyślnie wybaczył młodym ich ucieczkę z jego dworu. Zaraz po ślubie młodzi udali się do Akwitanii, gdzie Walter objął władzę po swoim ojcu. Żyli tam, mimo licznych wypraw wojennych Waltera, bardzo długo i szczęśliwie. Tyle oficjalna wersja rozsławiana w Europie przez trubadurów.
Tymczasem powrócimy do polskiej opowieści. Otóż przyjazd Wałcerza i Helgundy do Tyńca stał się dopiero początkiem wielkiej tragedii godnej pióra samego Szekspira. Otóż Wałcerz otrzymał (zapewne od króla lub swego seniora) polecenie natychmiastowego ukrócenia gwałtów i okrucieństw popełnianych przez Wisława z Wiślicy, o którym opowiadano, że pochodził w prostej linii od króla Popiela, tego zjedzonego przez myszy. Wisław ciemiężył nie tylko prosty lud. Napadał i grabił również okoliczne dwory i zamki, zatem nasz dzielny Wałcerz wyprawił się na niego, pokonał go, pojmał i osadził u siebie w tynieckim lochu. Wszystko wskazywało na to, że Wisław jako więzień dokonał w tym lochu resztek swoich dni.
Jednakże wkrótce zwołana została przez króla kolejna wyprawa wojenna i hrabia Wałcerz otrzymał wezwanie do stawienia się na nią wraz ze swoimi wasalami. (Prawdopodobnie była to aluzja do długotrwałych wypraw wojennych króla Bolesława Śmiałego, podczas których dochodziło do masowych zdrad żon pozostawionych przez rycerzy samotnie w kraju, chociaż polski wątek tej legendy rozwija się przecież w czasach pogańskich). Jako lojalny królewski poddany Wałcerz bezzwłocznie stawił się na to wezwanie.
Osamotniona, nudząca się w zupełnie obcym dla niej kraju, Helgunda poskarżyła się pewnego razu służce na swą samotność, mówiąc, że "żyje ni to jako dziewka, ni to jako wdowa". Ta zaś, użalając się nad jej losem, odpowiedziała, że w lochu przebywa więzień niezwykłej urody i warto go na noc wypuszczać dla łożnicowych krotochwili, a na dzień osadzać na powrót w więzieniu. Za namową służebnej Helgunda zainteresowała się pięknym więźniem tynieckiego lochu. Odwiedziła go w więzieniu i na jego widok zapomniała o przysiędze małżeńskiej. Osobiście uwolniła więźnia i razem pojechali do Wiślicy.
Wojna nie trwała jednak długo i prawowity małżonek niebawem powrócił do domu. Zastał opuszczony Tyniec, a od sług dowiedział się, co zaszło pomiędzy Helgundą a Wisławem. Natychmiast ze swoim oddziałem wyruszył do Wiślicy.
Zastał tam tylko Helgundę, Wisław wyjechał bowiem na polowanie. Występna żona z płaczem wyznała, że została przemocą porwana do Wiślicy przez tyrana, którego dla własnej rozpusty uwolniła z lochu jej bezwstydna służka. Obiecała mężowi pomoc w ujęciu okrutnika. Zaproponowała, aby Wałcerz wraz ze swoimi ludźmi oczekiwał na powrót Wisława zaczajony w jego komorze, aby potem mógł nagle zaskoczyć pana wiślickiego zamku, kiedy ten pojawi się we własnej komnacie. Jednakże gdy tylko Wałcerz i jego ludzie tam weszli, drzwi natychmiast zostały zaryglowane, a Helgunda wysłała niezwłocznie zaufanego sługę do Wisława z wieścią o pojawieniu się w zamku nieproszonych gości.
Wisław natychmiast przerwał polowanie i jak mógł najszybciej, powrócił do Wiślicy. Wszyscy przybyli z Wałcerzem jego ludzie zostali wybici co do nogi. On sam natomiast miał do końca swojego życia tkwić przykuty żelastwem do ściany komnaty, z której przez specjalnie wybite okno musiał oglądać codziennie baraszkującą w łożu występną i bezwstydną parę, co stanowić miało dla niego dodatkową torturę.
Tak upłynęło parę tygodni.
Pan na Wiślicy miał młodszą siostrę Ringę, w odróżnieniu od niego brzydką straszliwie. Jak twierdził Bartosz Paprocki: "żaden człowiek równy jej w zacności nie chciał [jej] do stanu małżeńskiego". Tej to właśnie szpetnej siostrze, nie obawiając się z jej strony żadnej nielojalności, powierzył Wisław pilnowanie komnaty z przykutym do ściany Wałcerzem i karmienie jeńca. Nie spodziewał się jednak, że Ringa wkrótce zakocha się w nim bez pamięci i kiedy więzień obiecał jej małżeństwo w zamian za odzyskanie wolności, nie wahała się długo. Postanowiła nawet umożliwić Wałcerzowi dotarcie do jego miecza, jednakże pod warunkiem, że nie użyje go nigdy przeciwko Wisławowi. Więzień oczywiście złożył taką obietnicę.
Kiedy nadszedł wieczór i występna para udała się do łoża, życząc jak zwykle wcześniej pojmanemu miłych widoków, Ringa uwolniła ukochanego z więzów, informując jednocześnie, że jego miecz wisi od niedawna nad łożem Wisława i Helgundy. Dlatego starała się go namówić na natychmiastową ucieczkę i odłożenie zemsty na niewiernej żonie na później.
Dzielny Wałcerz nie chciał jednak o tym słyszeć. Choć bezbronny, wtargnął do komnaty sypialnej i zanim występna para się zorientowała, chwycił za swój miecz. Helgunda usiłowała zasłonić kochanka własnym nagim ciałem, ale zdradzony mąż bez wahania ugodził ją w samo serce w taki sposób, że ostrze miecza przebiło niewierną żonę i trafiło również w serce Wisława.
Widziała to wszystko szpetna Ringa, ale widać uznała, że brat jej zginął od przypadkowego ciosu, bo przecież wymierzony on był przede wszystkim w rozpustną grecką księżniczkę. Pozostawili więc dwa martwe ciała w łożnicy, zabrali wszystkie skarby z wiślickiego zamku i korzystając z osłony nocy, niezwłocznie udali się do Tyńca.
Ucieczką z Wiślicy pary nowych kochanków kończy się ostatecznie polska legenda o Wałcerzu Udałym i pięknej greckiej królewnie. W odróżnieniu od pierwowzoru opowieści nie dowiemy się nigdy, jak dalej potoczyły się losy dzielnego Wałcerza i jego szpetnej narzeczonej Ringi. Czy rycerz, zgodnie z przyrzeczeniem, ożenił się z nią? Czy doczekali się jakiegoś potomstwa? Czy ktoś pochował i gdzie parę bezwstydnych kochanków?
Zdaniem Bartosza Paprockiego Andrzej z Żarnowa miał twierdzić, iż na własne oczy widział w ruinach zamku w Wiślicy wyrzeźbioną głowę pięknej Helgundy. Jest to jednak informacja wysoce wątpliwa. Kto bowiem mógłby upamiętnić w kamieniu tę występną kobietę? I kiedy? Po jej śmierci? A poza tym należy pamiętać, że w 1135 roku Wiślicę najechał z Połowcami ruski książę Wołodar, który wymordował lub uprowadził mieszkańców oraz zniszczył całkowicie miasto wraz z zamkiem.
Andrzej z Żarnowa przebywał jakoby w tym grodzie przeszło sto lat po tej napaści. Być może widział wtedy wśród ruin jakąś resztkę rzeźby nagrobnej lub może ozdobę ze znacznie późniejszego zamkowego portalu w kształcie kobiecej głowy, co pozwoliło mu sądzić, że miał oto do czynienia właśnie z wyrzeźbioną podobizną pięknej Helgundy, uwiarygodniającą znakomicie wszystkie wydarzenia, jakie podobno rozegrały się tutaj przed wiekami.
Rzeźba ta nie zachowała się do naszych czasów.
Przede wszystkim jednak wyjaśnić należy kwestię imion bohaterów tych dramatycznych wydarzeń. Z Helgundą, lub innymi odmianami jej imienia, sprawa jest bardzo prosta. To przecież w końcu cudzoziemka i jej imię mogło brzmieć dowolnie w kraju nad Wisłą. Pierwszy problem wystąpił natomiast z imieniem owej szpetnej siostry Wisława, Ringi. Ta przecież powinna być rodowitą Słowianką pochodzącą, podobnie jak jej brat, z królewskiego rodu Popiela. Na próżno jednak szukać takiego imienia wśród imion słowiańskich. Natomiast w tzw. Eddzie skandynawskiej, czyli zbiorze pieśni skandynawskich skaldów, wymieniane jest kilkakrotnie imię Ringa. Nosiła je ziemska kochanka boga Odyna. Wiadomo zatem, skąd imię to pochodzi.
Dlatego w późniejszych wiekach próbowano w różnych polskich literackich wersjach tej legendy szpetną Ringę wyposażyć w bardziej słowiańsko brzmiące imię Marzena, a nawet całkowicie zmienić jej urodę - z porażającej brzydotą Ringi na piękną Marzenę.
Wreszcie sam Wałcerz. Jest to także imię obce Polakom, kojarzące się wyraźnie z Walterem. Może dlatego otrzymał dodatkowo bardziej swojsko brzmiący przydomek Udały, czyli Silny lub Mocny? Innymi słowy, nadany mu został spolszczony przydomek jego pierwowzoru. Walter przecież zwany był także Mocnym. Charakterystyczne jest przy tym, że nigdy w znanych polskich zapisach kronikarskich żadna z późniejszych postaci nie nosiła już imienia Wałcerz.
Pozornie bezdyskusyjny w swej słowiańskości wydaje się tylko Wisław. Ale i w jego wypadku pojawiają się pewne wątpliwości. Imię Wisław nie było znane w ówczesnej Polsce, zostało zapewne sztucznie stworzone na potrzeby tej opowieści od miejscowości Wiślica, choć też można doszukiwać się go wśród plemion połabskich. Poza tym w niektórych zapisach historii o Wałcerzu Udałym pojawia się inne imię władcy Wiślicy - Wisborg lub Wizymor. Są to także jak Ringa imiona skandynawskie. Czyżby Wiślicą rządzili jacyś władcy z normandzkim rodowodem? Czy jest to może ukłon w stronę hipotezy głoszącej, że gród ten, podobnie zresztą jak i Tyniec, założyli właśnie Normanowie, prawdopodobnie Duńczycy, a ściślej normandzki jarl Piotr zwany Duńczykiem, który pojawił się ze swoją drużyną w Małopolsce w końcu IX stulecia.
Pozostaje jeszcze ulokowanie tego eposu rycerskiego w czasie. Z pierwowzorem, czyli z eposem o Walterze z Akwitanii, zapisanym przez Ekkeharda, zakonnika klasztoru benedyktynów w St. Gallen, nie ma żadnych problemów. Czasy pobytu Attyli w Europie to piąte stulecie naszej ery. Panował on samodzielnie od roku 434 do 453. W latach czterdziestych V wieku stworzył w okolicach Tokaju na terenie dzisiejszych Węgier, a zatem w Panonii, centrum swojego państwa w Europie.
Skoro Attyla wraz z żoną mieli być uczestnikami zaślubin Waltera z grecką księżniczką Helgundą, to całe opisywane przez mnicha Ekkeharda, a u nas przetworzone przez Andrzeja z Żarnowa i Bartosza Paprockiego, wydarzenie musiało mieć miejsce gdzieś na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych piątego stulecia. A zatem w czasach, w których trudno przyjąć, ażeby między Odrą a Wisłą istniała już wtedy jakaś silna, zorganizowana państwowość. W dodatku mająca własnego króla.
Natomiast Wałcerz Udały, hrabia na Tyńcu, nie mógł być też wówczas hrabią. Takiego tytułu jeszcze na ziemiach polskich nie było. Można go na upartego tytułować kneziem lub komesem, czyli naczelnikiem, ale nie byłby rycerzem, lecz plemiennym władcą. Nadanie Wałcerzowi tytułu hrabiowskiego świadczy wyraźnie o zapożyczeniu tej legendy z zachodniego źródła.
Podobnie ma się sprawa z Tyńcem. Wprawdzie archeolodzy uznają, że jakaś osada w tym rejonie istniała podobno już w neolicie, niemniej jako obronny gród Wiślan Tyniec pojawił się w pierwszych dokumentach dopiero na przełomie IX i X wieku. Niemal identycznie przedstawia się także sprawa Wiślicy, w której według legendy rządzić miał piękny Wisław z rodu Popiela. Jako gród i prawdopodobna stolica kraju Wiślan wymieniana jest dopiero w wykazie Geografa Bawarskiego z IX wieku, prawie pięćset lat później. Dużo tych wątpliwości, ale przecież autorowi nie chodziło o wierne trzymanie się ówczesnych realiów, lecz o ubarwienie fabuły tego romansu.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
PEŁNY SPIS TREŚCI:
OD AUTORA
WSTĘP
ZDRADA, NAMIĘTNOŚĆ I ZEMSTA
BOGACTWO SZCZĘŚCIA NIE PRZYNIOSŁO
DOZGONNE ZAUROCZENIE
ZABÓJCZA KONFORTATYWA
Z KOLBUSZOWEJ NA CESARSKIE SALONY
AUTOBIOGRAFIA PIERWSZEJ POLSKIEJ POETKI
CARYCA KATARZYNA
WRÓBEL I SYNOGARLICE
PIĘKNA SKANDALISTKA
KOLEKCJONERKA MĘŻCZYZN I DZIEŁ SZTUKI
W RAMIONACH CARSKIEJ AGENTKI
MUZA POLSKIEGO ROMANTYZMU
TAJEMNICA CELI KARMELITANEK
JAŚ NIEWOLNIK I "ZAWIERUCHA"
JAK BYĆ KOCHANYM
CO MOŻE TEŚCIOWA
SKANDALISTKA - NOBLISTKA
PIETREK WYRZUCONA Z GROBU
BIBLIOGRAFIA