Więź 4/2025 - Opracowanie zbiorowe
32.30 zł

Reflow text when sidebars are open.
Monika Białkowska
Dbanie o wizerunek Kościoła i promowanie "zintegrowanej komunikacji pozytywnej" nie przyniosą biskupom owoców, jeśli nie poprzedzi ich autentyczna siła moralna i zwykła miłość. Zarządzanie wizerunkiem to nie to samo, co budowanie wspólnoty.
Jak to się stało, że gdzieś między rokiem 1965 a 2025 w Polsce przestano słuchać biskupów katolickich? Ten głos, w który niegdyś wsłuchiwali się z napięciem nawet ci, co się z biskupami nie zgadzali, dziś stał się przedmiotem internetowych żartów - a w większości przechodzi niezauważony. Co się wydarzyło w Kościele w Polsce w ostatnich 60 latach?
Czy to na pewno wynik tylko sekularyzacji, mediów, wpływu zachodniej kultury? Jak to się stało, że Konferencja Episkopatu Polski z pozycji lidera kształtowania opinii w Polsce trafiła na listę głosów doskonale ignorowanych?
Instytucja KEP nie jest tak wiekowa, jak może się wielu wydawać. Zresztą również w innych państwach krajowe konferencje biskupie zaczęły powstawać dopiero w XIX wieku. Na terytoriach polskich nie było to możliwe ze względu na rozbiory i brak polskiej państwowości.
Za pierwsze oficjalne zebranie Konferencji Episkopatu Polski uznaje się zjazd biskupów w Gnieźnie w sierpniu 1919 r. - choć biskupi spotykali się już wcześniej, m.in. w Warszawie na zaproszenie abp. Aleksandra Kakowskiego w roku 1918.
Krytyka episkopatu nie jest odrzuceniem biskupstwa. Jest raczej obroną teologicznej godności tej posługi, która - przez samych ją pełniących - została zbanalizowana i sprowadzona do funkcji administracyjnej.
W czasie II wojny światowej spotkania te zostały w naturalny sposób przerwane. Część hierarchów zginęła. Postacią łączącą wówczas biskupów i ich lokalnym punktem odniesienia był kardynał Adam Sapieha. Po wojnie jego miejsce zajął prymas August Hlond, a następnie prymas Stefan Wyszyński.
Dopiero jednak II Sobór Watykański w dekrecie Christus Dominus o pasterskich zadaniach biskupów w Kościele, a następnie w normach wykonawczych do tego dekretu zobowiązał biskupów całego świata do tworzenia konferencji, opracowania ich statutów i przedstawienia ich do akceptacji Stolicy Apostolskiej. Podmiotem prawnym Kościoła powszechnego KEP jest od 15 marca 1969 r., kiedy watykańska kongregacja zaaprobowała jej pierwszy statut. Była w nim zresztą mowa o tym, że "Konferencja Biskupów w Polsce już od 50 lat pełni swą posługę".
Czas komunizmu nie był dla Kościoła łatwy - paradoksalnie jednak był to okres niezwykłego umocnienia jego pozycji społecznej. Po 1945 r. to właśnie Kościół katolicki pozostał jedyną w Polsce masową instytucją, która zachowała pewną niezależność od władzy komunistycznej i która mogła się cieszyć daleko posuniętą (choć nie absolutną) autonomią.
Nie bez znaczenia była tu osobowość prymasa Wyszyńskiego, który przez lata przewodniczył konferencji. Jako "ojciec narodu" był symbolem zarówno oporu, jak i moralnego porządku. Mocno i zdecydowanie bronił autonomii Kościoła, a jednocześnie rozumiał sytuację, w jakiej tenże Kościół się znajduje. Doskonale umiał manewrować między koniecznością konfrontacji a politycznym pragmatyzmem. Dążył do tego, by sfera wolności dla Kościoła w Polsce była poszerzana, ale w taki sposób, żeby nie sprowadzić na niego przemocy.
Tą metodą Wyszyński budował siłę instytucji, ale również swój osobisty autorytet. Dzięki internowaniu stał się dla wiernych żywym przykładem duchowego męstwa i wierności. Był bohaterem i przewodnikiem ówczesnego Kościoła, zarówno na poziomie instytucjonalnym, jak i ludowym. Dziś nie do pomyślenia jest tak wielkie zaangażowanie milionów ludzi, jak podczas - ogłaszanych przez niego - spotkań z okazji takich programów duszpasterskich, jak Jasnogórskie Śluby Narodu czy Wielka Nowenna. W tamtym czasie był to przejaw nie tylko religijnej gorliwości, ale również swoistego rodzaju demonstracji - choć niewyrażanej wprost - przeciwko komunistycznej władzy.
Kardynał Wyszyński miał również duży wpływ na skład KEP. Promował swoich współpracowników, takich jak biskupi Baraniak, Glemp, Dąbrowski, Gulbinowicz czy Stroba. Twórczo wspierał wybitnych pasterzy jak Wojtyła, Kominek czy Nossol.
Nie zawsze byli zgodni. Zdarzały się wyraźne różnice poglądów, ale dotyczyły one raczej rozkładania akcentów - nie było w KEP zorganizowanej frakcji czy opozycji przeciwko prymasowi. Nawet silne osobowości trzymały z prymasem wspólny front, widząc większe dobro w lojalności i jednomyślności.
To właśnie w tamtym czasie ze strony episkopatu płynęły tak dalekowzroczne przesłania, jak słynne "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" z 1965 r. List biskupów polskich do biskupów niemieckich spotkał się z potężną krytyką ze strony władz PRL. Nazywany był antynarodowym, antysocjalistycznym, zdradą interesu narodowego. "Trybuna Ludu" pisała, że list ten jest nie aktem ewangelicznym, tylko dokumentem politycznym, oraz przekonywała, że społeczeństwo potępia orędzie.
Robiono wszystko, aby przeciwko biskupom nastawić nie tylko wiernych, ale również duchowieństwo. W pierwszych tygodniach rzeczywiście część duchownych i świeckich publicystów katolickich była sceptyczna. Obawiano się, że - wobec braku ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie - Kościół zbyt mocno angażuje się w politykę, że przebaczenie jest zbyt wczesne, nieprzygotowane i lekkomyślne, że list ten jest nieodwracalnym błędem, który podważy autorytet Kościoła.
Jan Turnau i Stanisław Stomma po latach przyznawali, że mieli wątpliwości co do zasadności listu, że nie doceniali wagi tego gestu i uważali go za polityczny błąd. Być może jednak właśnie silna reakcja władz komunistycznych sprawiła, że dyskusja wewnętrzna Kościoła nie ujrzała wówczas światła dziennego. Priorytetem znów było utrzymanie "jednej linii" wobec "zewnętrznego wroga" i to, żeby nie dać się podzielić i osłabić. Głos biskupów wybrzmiewał zatem mocno i przyjmowany był jako obowiązujący przez wszystkich w czasie kryzysu. Nawet jeśli niektórzy mieli swoje obawy co do jego zasadności i kształtu, decydowali się nie wyrażać tego głośno.
Dyskutują Dominika Kaszewska i Paweł Dobrowolski oraz Damian Jankowski ("Więź")
Najlepiej jest, gdy sztuka trafia i do seniorów, i do młodzieży, i do osób w średnim wieku. Albo kiedy zadowala zarówno krytykę, jak i publiczność. To nieczęste, ale możliwe.
Damian Jankowski Temat bloku kulturalnego w tym numerze kwartalnika "Więź" brzmi: po co instytucje kultury? Rozmawiamy w gronie osób, które w nich pracują. Dominika Kaszewska - w dziale produkcji wystaw Narodowej Galerii Sztuki Zachęta, zaś Paweł Dobrowolski jako dyrektor w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Na co dzień macie czas, by namyślać się nad pytaniem o cel Waszych instytucji?
Dominika Kaszewska Odnoszę wrażenie, że od dwóch lat nie robię nic innego. Zachęta, podobnie jak cały świat sztuk wizualnych, znajduje się w permanentnym stanie sprawdzania, gdzie i kim jesteśmy. Zakończył się rozdział wyrazistych, wieloletnich dyrektorek Zachęty jak Anda Rottenberg, Agnieszka Morawińska czy Hanna Wróblewska. To był okres mniej więcej 30 lat stabilizacji, teraz zaczęło się nowe. W tym nowym jako galeria sztuki współczesnej musimy sobie odpowiedzieć na szereg pytań, np. dotyczących naszego miejsca na mapie Europy, Polski, Warszawy.
Z kim powinniśmy współpracować na arenie międzynarodowej? Deklarujemy, że chcemy przyglądać się sztuce współczesnej we wszystkich jej przejawach - ale jak to konkretnie robić? Co nas odróżnia od innych instytucji? Co jest naszym priorytetem? Komu oddamy głos? Jak odpowiemy na wyzwania związane z nowymi technologiami? Mogłabym jeszcze długo mnożyć pytania. Weszliśmy w naprawdę ciekawy okres.
Jankowski Tym, co bodaj najbardziej różni go od poprzedniego, jest fakt, że polityka upomniała się o sztukę - mam rację?
Kaszewska Spory polityczne zawsze były częścią historii Zachęty - nie zapominajmy, że właśnie tutaj został zamordowany prezydent Gabriel Narutowicz. Natomiast to upominanie się o sztukę, o którym mówisz, za rządów Zjednoczonej Prawicy stało się wyraźne i odbyło się w przestrzeni decyzyjnej: kto kieruje galerią, jakie narracje będą się tu pojawiać.
W ciągu pięciu lat miałam cztery dyrektorki. Zachowanie spójnego programu działań, gdy właściwie każdy rok zaczynasz z nową osobą zarządzającą, okazuje się praktycznie niemożliwe. W instytucjach takich jak Zachęta ważna jest ciągłość i poczucie stabilności. Przecież praca nad dobrą wystawą nie trwa tydzień, a minimum rok czy dwa. Tego poczucia stabilności faktycznie dziś brakuje.
Jankowski W świecie teatru jest podobnie?
Paweł Dobrowolski Skłamałbym, gdybym powiedział, że jako dyrektor w Olsztynie odczuwam zawirowania związane z bieżącą polityką. Może to kwestia oddalenia od warszawskich ośrodków, a może teatr funkcjonuje w innym trybie. Oczywiście zdarza się, że władza blokuje z powodów czysto ideowych czy politycznych już wyłonionych dyrektorów, jak na przykład działo się to ostatnio w Kielcach w Teatrze Żeromskiego.
Wtedy staje się o całej sprawie głośno, wybucha skandal, media informują, że ktoś próbuje sobie zawłaszczyć teatr. Zaczyna się dyskusja, czyje tak naprawdę to miejsce jest, do kogo należy. Natomiast na co dzień większość teatrów w Polsce pozostaje od takich nacisków, mam wrażenie, odseparowana.
Kaszewska: Dostępność to coś, o co mogę walczyć przy każdej zmianie politycznej, coś uniwersalnego, co potrafi połączyć zarządzających niezależnie od partyjnych sympatii czy antypatii.
Dwa lata temu wygrałem konkurs na dyrektora w Olsztynie. Od tego czasu pięć osób szefowało ministerstwu kultury. Czy miało to na mnie wpływ? Głównie taki, że musiałem sprawdzać, do kogo adresować wniosek bądź oficjalne pismo. Żadnych odgórnych nacisków czy prób sterowania mną nie zarejestrowałem.
Dominika wspomniała o wyzwaniu związanym z wyróżnianiem się danej instytucji na kulturalnej mapie. To znowu nie dotyczy raczej Olsztyna. W mieście jest jeden teatr dramatyczny, jedna filharmonia, jeden teatr lalek - trudno zatem, żebyśmy ze sobą konkurowali o widza, działamy na odrębnych polach. Może dlatego tak chętnie ze sobą współpracujemy.
Kaszewska Dopowiem tylko, że mówiąc o wyróżnianiu się, nie myślałam o brutalnej rywalizacji między warszawskimi instytucjami o odbiorcę, lecz o tworzeniu ekosystemu, w którym jest miejsce i na Zachętę, i na Muzeum Sztuki Nowoczesnej, i na inne placówki. One wcale nie muszą bić się o widza, każda może znaleźć swoją publiczność, mogą harmonijnie funkcjonować obok siebie.
Jankowski A jak to jest z samą publicznością? W wywiadzie dla "Dwutygodnika" z 2023 r. mówiłeś, Pawle, o dwóch obiegach - krytyce teatralnej i widowni kupującej bilety - które się ze sobą nie spotykają.
Dobrowolski Ale one są od siebie odseparowane właściwie wszędzie. Najlepiej to widać w mniejszych ośrodkach miejskich, gdzie w większości kupuje bilet i przychodzi do teatru zwykły widz. Dostrzegam ogromną różnicę między widownią teatrów warszawskich a widownią w Olsztynie czy w Opolu. W stolicy większość teatrów jest mocno sprofilowana i komunikuje się z wybraną grupą publiczności, zamykając się często w swojej bańce. Nierzadko ta grupa to ludzie związani z kulturą i właściwie tylko do nich teatr kieruje swoją ofertę.
Poza Warszawą środowisko złączone stricte ze sztuką jest bardzo niewielkie; tutaj odbiorcą czy odbiorczynią spektaklu jest osoba w różnym wieku, z różnym kapitałem społecznym, który to kapitał dobrze byłoby jakoś zagospodarować. W związku z tym potrzeba bardzo szerokiej oferty. W Olsztynie nie muszę się zastanawiać: tworzyć teatr konserwatywny czy progresywny, awangardowy czy zachowawczy - wiem, że ma on być i trochę taki, i trochę taki. Ważne, żeby widzowie mieli poczucie, że to ich miejsce.
Kaszewska W Zachęcie podobnie - chcemy, by odwiedzający czuli się u siebie. Wspomniałam, że w gronie zespołu zastanawialiśmy się, co lub kto jest naszym priorytetem. Ustaliliśmy, że publiczność.
Jankowski Stworzyliście profil "idealnego widza"?
Kaszewska W Zachęcie to bardziej widzka. Najczęściej przychodzą do nas kobiety między 18. a 35. rokiem życia. Same lub z dziećmi. Podoba mi się, gdy ktoś mówi, że Zachęta jest kobietą - ma przecież piękną tradycję dyrektorek, mocno sfeminizowany zespół, kobiety czują się tu chyba naprawdę dobrze. Nie tworzymy jednak profilu osoby odwiedzającej naszą galerię, szukamy sposobu na dotarcie do jak najszerszego grona.
Jankowski Poprzez dostępność?
Kaszewska Tak, próbujemy dostosowywać budynek do potrzeb osób z niepełnosprawnościami oraz ich opiekunów, udostępniać go tak bardzo, jak to tylko możliwe. Co ważne, zależy nam, żeby dostępność stała się czymś naturalnym. Nie sukcesem, nie dodatkiem, a normą.
Staramy się zwiększać tę świadomość w zespole i wśród projektantów. Pracuję w dziale produkcji wystaw, wiem zatem, jak ważne jest myślenie nad percepcją publiczności, pamiętanie o tym, że daną wystawę obejrzy zarówno osoba wysoka, jak też poruszająca się na wózku.
Dostępność to zresztą coś, o co mogę walczyć przy każdej zmianie politycznej, coś uniwersalnego, co, jak wierzę, potrafi połączyć zarządzających niezależnie od partyjnych sympatii czy antypatii.
Jankowski Takich kwestii, które powinny uchronić instytucje kultury od bycia maskotkami w rękach władzy, jest więcej?
Kaszewska Jedna z najważniejszych to budowanie wewnętrznej rezyliencji wśród pracowników.
Jankowski Rezyliencji, czyli odporności?
Kaszewska W tym przypadku: poczucia sprawczości. Zachęta to nie abstrakcyjny byt, a instytucja współtworzona przez blisko setkę osób tu pracujących. Chodzi o przygotowywanie ich na to, że pewne zmiany mogą zachodzić i trzeba je zaakceptować, ale jednocześnie nie zatracić przy tym poczucia misji, nie zapomnieć o wartościach, którymi się kierujemy. Ostatecznie Zachęta to przecież ludzie, jej oblicze zależy od nich.
To także lokalna społeczność, która odwiedza galerię. Dobrze, jeśli osoby te czują, że to miejsce jest ich, że mogą zgłaszać swoje zastrzeżenia i oczekiwania. Mają też prawo oczekiwać od nas wysokiego poziomu artystycznego.
Podziękowania dla Przyjaciół
Społeczeństwo
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności
Polska-Ukraina: gdy spotykają się dwa traumalandy
Michał Bilewicz w rozmowie z Karolem Grabiasem
Obok siebie, ale osobnoŻycie w Polsce oczami Ukraińców
Władysław Jacenko
Wieloetniczność sama się nie ułożyĆwiczenie z wyobraźni politycznej
Karol Grabias
Łesia Ukrainka
Przekleństwo Racheli. Apokryf ? Córka Jeftego
Historia
Wielka narodowa koalicja 1986-1989?Jak PZPR chciała stworzyć niby-opozycję
Andrzej Friszke
"Trudno powiedzieć"Wpływ soboru na podejście katolików w PRL do Żydów
Bożena Szaynok
Trzy po trzy
Organizacja na trzy litery
Jakub Wygnański
Wiara
Gdy episkopat zawodzi
Od "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" do "Przeczekamy i prosimy o przeczekanie"Krótka historia Konferencji Episkopatu Polski
Monika Białkowska
Jak tworzyć Kościół, gdy episkopat zawodzi?
Dyskutują: s. Barbara Radzimińska, Marta Titaniec, Michał Królikowski i Marcin Przeciszewski oraz Zbigniew Nosowski
Wymieńmy episkopat, a problem zniknie?
Marcin Kędzierski
Czy zaufanie do biskupów można odbudować?
Bp Artur Ważny w rozmowie z Tośką Szewczyk
Opowieści z przedsionka
Kościół uznał mnie za swoją. Ten z Instagrama
Tośka Szewczyk
Jan Turnau i teoria mnożnika ekumenicznego
Zbigniew Nosowski
Santa Dica, ludowa święta z brazylijskiego interioru
Renata Siuda-Ambroziak
Dzieci Abrahama
Czym różni się dialog międzyreligijny kobiet od dialogu mężczyzn
Katarzyna Kowalska NDS
Popołudnie wiary
Nie obumiera tylko ta wiara, która wciąż szuka interpretacji
Marek Szulakiewicz w rozmowie z Karolem Grabiasem
Jakotakość
Cietrzewie profesora S.
Michał Zioło OSCO
Kultura
Po co instytucje kultury?
Instytucje kultury: i hity, i awangarda
Dyskutują Dominika Kaszewska i Paweł Dobrowolski oraz Damian Jankowski ("Więź")Kaszewska - Dobrowolski - Jankowski
"Dla dobra sztuki"Anatomia przemocy w kulturze
Alicja Michalska
Kultura w ośrodku za rogiem
Szymon Bojdo
Przemysław Kantorski
Emilia ? Pustka ? Witraż
Popkultura w pułapce nostalgii
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
Nad książkami
Atak sercowy, apopleksja i szlagJak dobrze przeżyć nowe życie
Aleksandra Pawlińska
Galeria "Więzi"
Jakub Stanek
Na progu
Okręt, samolot, zamek
Jerzy Sosnowski
Warunki prenumeraty redakcyjnej
Możliwe formy wsparcia "Więzi"
Pakiet druk + cyfra
W cenie pakietu (do końca roku 2025: 129,60 zł; od 1 stycznia 2026 r.: 139,32 zł) otrzymujesz:
- 4 drukowane numery kwartalnika "Więź" z bezpłatną dostawą w Polsce,
- 4 numery "Więzi" w formatach epub, mobi, pdf (do pobrania w trakcie trwania prenumeraty),
- pełny dostęp online do artykułów kwartalnika i treści portalu Więź.pl na 365 dni (od momentu zakupu).
Jeśli mieszkasz za granicą Polski, napisz do nas: [email protected] Zamówisz prenumeratę w cenie zależnej od kosztów wysyłki zagranicznej.
Pakiet cyfrowy
W cenie pakietu (29 zł - przez 90 dni; 116 zł - przez 365 dni; ceny bez zmian w 2026 r.) otrzymujesz od momentu zakupu:
- pełny dostęp online do artykułów kwartalnika i treści portalu Więź.pl,
- kwartalnik "Więź" w formatach epub, mobi, pdf przez kwartał lub rok (do pobrania w trakcie trwania prenumeraty).
Jak kupić?
Zamówienia przyjmujemy na stronie: www.prenumerata.wiez.pl
Aby dodatkowo wesprzeć "Więź", możesz wybrać PRENUMERATĘ SPONSORSKĄ. Twoje nazwisko zostanie podane w "Podziękowaniach dla Przyjaciół".
Dodatkowe informacje o prenumeracie można uzyskać pod numerem telefonu: +48 22 827 96 08 oraz pod adresem e-mail: [email protected]
Prenumeratę "Więzi" dla firm prowadzą także Kolporter i Garmond.
"Więź" ukazuje się od roku 1958
Redaktorami naczelnymi byli
? Tadeusz Mazowiecki (1958-1981), ? Wojciech Wieczorek (1981-1989), Stefan Frankiewicz (1989-1995), Cezary Gawryś (1995-2001)
Redakcja
Zbigniew Nosowski (redaktor naczelny), Ewa Buczek (zastępczyni redaktora naczelnego), Kacper Mojsa (sekretarz redakcji), Bartosz Bartosik (redaktor naczelny portalu Więź.pl), Karol Grabias, Katarzyna Jabłońska, Damian Jankowski, Ewa Kiedio (dyrektorka Wydawnictwa "Więź")
Zespół kwartalnika tworzą ponadto
Bogumiła Berdychowska, ks. Andrzej Draguła, Sebastian Duda, Andrzej Friszke, Jakub Halcewicz-Pleskaczewski, Anna Karoń-Ostrowska, Tomasz Kycia, ks. Andrzej Luter (asystent kościelny Towarzystwa "Więź"), Grzegorz Pac, Maria Rogaczewska, Konrad Sawicki, Agata Skowron-Nalborczyk, Jerzy Sosnowski
Wydawca
Towarzystwo "Więź"
00-074 Warszawa, ul. Trębacka 3, tel. (22) 827-29-17, [email protected]
prenumerata
tel. (22) 827-96-08, [email protected]
reklama
tel. (22) 827-96-08, [email protected]
dział handlowy
tel. (22) 827-96-08, [email protected]
www
Portal Więź.pl wiez.pl
Kwartalnik "Więź" czasopismo.wiez.pl
Wydawnictwo "Więź" wydawnictwo.wiez.pl
Think tank Laboratorium "Więzi" laboratorium.wiez.pl
media społecznościowe
Facebook fb.com/wiez.infoYouTube @wiez_plInstagram @wiez_pl
WESPRZYJ
Wejdź na wspieram.wiez.pl
Projekt okładki, opracowanie typograficzne i skład Marcin Kiedio
Rysunek Don Kichota Jerzy Jaworowski
Druk i oprawa Drukarnia Edit, ul. Dworkowa 2, Wiązowna
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca.Redakcja nie odpowiada za treść reklam.
ISSN 0511-9405
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
Michał Bilewicz w rozmowie z Karolem Grabiasem
W społeczeństwach historycznie straumatyzowanych istnieje silna potrzeba uznania wyjątkowości własnego cierpienia i statusu ofiary. Pojawienie się Ukraińców w polskiej przestrzeni może budzić lęk, bo wprowadza inną opowieść - inną traumę.
Karol Grabias Po II wojnie światowej Polska przez dekady była krajem niemal jednoetnicznym: Zagłada i akcja "Wisła" stworzyły monokulturową rzeczywistość. W 2022 r. nastąpiło jednak gwałtowne tąpnięcie: setki tysięcy, a nawet miliony osób z innym językiem i kulturą nagle stały się częścią naszej codzienności. Wojna w Ukrainie dramatycznie przyspieszyła proces, który wcześniej rozwijał się powoli.
Początkowo mówiliśmy o "cudzie solidarności", ale czy to nie było zbyt optymistyczne? Psychologia społeczna nie zna skrótów omijających zbiorową pamięć i traumę. Czy więc dzisiejsze napięcia były nie do uniknięcia?
Michał Bilewicz Reakcja Polaków na wojnę w Ukrainie również była w dużej mierze zdeterminowana przez nasze doświadczenia historyczne. W swojej książce Traumaland próbuję opisać ten mechanizm - zgodnie z nim w społeczeństwach głęboko straumatyzowanych pojawia się w momentach kryzysu ogromna potrzeba samoorganizacji i altruizmu. Amerykańscy psychologowie Ervin Staub i Johanna Vollhardt piszą o zjawisku altruizmu zrodzonego z cierpienia - kiedy doświadczenie niemocy i bycia ofiarą rodzi potrzebę działania, sprawczości i niesienia pomocy tym, którzy obecnie są w roli ofiar.
W literaturze klinicznej opisuje się to także jako potraumatyczny wzrost - ludzie po doświadczeniu traumy nie tylko zmagają się z objawami stresu, lecz także często przeżywają duchowe odrodzenie. Zaczynają postrzegać swoje życie jako bardziej sensowne, zbliżają się do religii lub angażują w działania altruistyczne, wolontariat, pomoc innym. Tak właśnie postrzegam polskie reakcje z roku 2022.
Od lat badam hejt w mediach społecznościowych i widzę, jak bardzo ówczesna mobilizacja różniła się od wcześniejszych postaw. W latach 2014-2016, gdy prowadziliśmy szerokie badania wśród młodych i dorosłych Polaków, hejt antyukraiński był zaskakująco silny. Najczęściej koncentrował się wokół dwóch wątków: po pierwsze - stereotypu Ukraińców jako niewykwalifikowanych pracowników, imigrantów wykonujących proste prace; po drugie - tematu Wołynia, czyli przedstawiania Ukraińców jako ludobójców, "rezunów", którzy tylko czekają, by poderżnąć Polakom gardła.
Odpowiedzialność ideologów za zbrodnie popełniane w imię ich idei jest często niedoceniana, a jednocześnie niezwykle istotna.
W 2022 r. ten obraz nagle zniknął. W internecie przestał istnieć temat Wołynia - całkowicie się wyciszył. Ten moment mobilizacji społecznej był pod tym względem niezwykle ciekawy: napięcia historyczne zostały na chwilę zawieszone. Co więcej, bardzo podobny proces zaszedł po stronie ukraińskiej.
Profesor Wadym Wasiutyński z Instytutu Psychologii Społecznej i Politycznej w Kijowie od lat prowadzi badania nad pamięcią zbiorową Ukraińców. Zadaje między innymi pytanie, czy różne narody doznały od Ukraińców w historii więcej dobra, czy więcej zła. I widać wyraźnie, że w czasie obecnej wojny rośnie liczba osób, które uważają, że Polacy i Żydzi doświadczyli od Ukraińców raczej zła niż dobra.
Grabias Skąd ta zmiana wśród Ukraińców w ocenie pamięci o własnych czynach?
Bilewicz Wynika to z faktu, że w czasie wojny odblokowuje się pewne poczucie winy i wstydu - i to jest niezwykle ciekawe. Być może dzieje się tak dlatego, że Ukraińcy coraz lepiej rozumieją, iż ich bezpieczeństwo zależy od dobrych relacji z innymi narodami, a to otwiera również przestrzeń do rozmowy o trudnej przeszłości. W tym sensie nie jest przypadkiem, że właśnie teraz rozpoczęły się ekshumacje na Wołyniu - coś, co przez dekady było zupełnie zablokowane.
Z psychologicznego punktu widzenia widać tu typowy mechanizm: sprawy ideologiczne i świadomość historyczna nie zawsze są źródłem naszych działań, ale bardzo często stają się ich uzasadnieniem. Widzieliśmy to również w Polsce - ludzie, którzy spontanicznie zaangażowali się w pomoc Ukraińcom, dopiero później tłumaczyli swoje działania, dostrzegając w losie uchodźców podobieństwo do doświadczeń Polaków z czasów II wojny czy komunizmu. Nie było tak, że ta refleksja poprzedzała działanie. Przeciwnie - najpierw pojawiła się pomoc, a dopiero potem interpretacja.
Podobnie wygląda obecne ukraińskie "przebudzenie" w odkrywaniu ciemnych kart własnej historii. To proces, w którym refleksja nad przeszłością rodzi się dopiero po działaniu. I warto zauważyć, że symbolika banderowska czy odwołania do OUN i UPA nie są dziś w Ukrainie wcale dominujące - to wciąż zjawisko marginalne. Od lat poparcie dla Prawego Sektora nie przekracza 1-2%.
Grabias Niedawno na portalu Więź.pl przypominałem o tym, że środowiska nacjonalistyczne od lat nie przekraczają w Ukrainie progu wyborczego.
Bilewicz Rzeczywiście mówimy o zjawisku śladowym - zwłaszcza na tle lat 90. Włodzimierz Pawluczuk pisał, że w tamtym czasie sentymenty upowskie zabarwione mistycyzmem i teozofią były w Ukrainie znacznie silniejsze i stanowiły część głównego nurtu polityki. Dziś to już margines. Nawet w zachodniej Ukrainie, gdzie te symbole były dawniej bardzo obecne, nie mają już takiego znaczenia.
To dobrze pokazuje pewien mechanizm charakterystyczny dla społeczeństw straumatyzowanych - ogromną selektywność uwagi. Reagujemy niezwykle silnie na pojedyncze bodźce, które dotykają naszych wrażliwych punktów pamięci. Widać to także w Polsce. Wystarczy, że w zachodnich mediach pojawi się sformułowanie Polish death camps, i natychmiast wybucha oburzenie tak intensywne, jakby była mowa o zjawisku powszechnym. W efekcie powstają nawet ustawy, jak nowelizacja ustawy o IPN, które mają zwalczać coś, co w rzeczywistości występuje bardzo rzadko.
Podobnie reagujemy dziś na Ukrainę. Pojedynczy gest - na przykład flaga wyciągnięta przez kogoś z tłumu podczas koncertu - uruchamia lawinę emocji i zupełnie nieproporcjonalne reakcje: deportacje, publiczne napiętnowanie, decyzje podejmowane przez instytucje państwowe. I nie chodzi tu tylko o środowiska skrajnie prawicowe - to są często reakcje samego rządu.
Takie zachowania są bardzo typowe dla społeczeństw dotkniętych historyczną traumą. Widzimy to również w Izraelu, a do niedawna także w Armenii - choć Armenia, wydaje się, zaczyna się już zmieniać. Można więc powiedzieć, że mimo upływu dziesięcioleci od tragicznych wydarzeń te same mechanizmy psychologiczne wciąż działają. To właśnie jedna z cech zbiorowości, które nie przepracowały w pełni swojej traumy.
Grabias A zatem to właśnie historyczna trauma najlepiej wyjaśnia silne emocje, jakie pojawiły się w Polsce po kilku incydentach związanych z ukraińską symboliką nacjonalistyczną w przestrzeni publicznej.
Bilewicz W społeczeństwach historycznie straumatyzowanych istnieje silna potrzeba uznania wyjątkowości własnego cierpienia i statusu ofiary - potrzeba, by to właśnie nasza trauma była centralna. Pojawienie się Ukraińców w polskiej przestrzeni może budzić lęk, bo wprowadza inną opowieść - inną traumę, która w wymiarze historycznym sytuowałaby Polaków po stronie siły dominującej, czy nawet kolonialnej.
Współczesny dyskurs postkolonialny często posługuje się pojęciem kolonializmu osadniczego. I o czymś co najmniej podobnym możemy mówić, gdy przyglądamy się polskiej obecności na Wołyniu czy w Galicji Wschodniej. Historyk, patrząc na ten obszar, odnajdzie przykłady osadnictwa wojskowego, ograniczania praw lokalnej ludności do samoorganizowania się i tworzenia własnych zrzeszeń, wreszcie akcji pacyfikacyjnych: uderzania w działalność "Proswity", czyli oddolnej aktywności oświatowej ukraińskiej inteligencji, czy w ukraińską spółdzielczość, czyli tzw. Masłosojuzy.
...