Od autora
Od autora
Oto "Kroniki Riyrii".
Jeśli jesteś nowy w świecie Elanu, to pewnie zechcesz zajrzeć najpierw
do wstępu, żeby zdecydować, od czego zacząć lekturę. Możliwe bowiem, że
zdecydujesz, by nie zaczynać od tej książki. Nawet weterani "Odkryć
Riyrii" mogą chcieć przeczytać ten wstęp, żeby dowiedzieć się nieco na
temat tego, jak ta seria powstała i czego mogą się spodziewać.
"Kroniki Riyrii" poprzedzają wydarzenia z mojego debiutanckiego cyklu
"Odkrycia Riyrii" (wydanego przez wydawnictwo Orbit poczynając od
"Królewskiej krwi" w listopadzie 2011 roku, kończąc na "Pradawnej
stolicy" w styczniu 2012). Jeśli wolicie poznawać historię w chronologicznym porządku, zacznijcie od tej książki, ponieważ bardzo się
starałem, żeby "Kroniki" nie zdradziły niczego z "Odkryć". Ponadto
lektura nie wymaga znajomości wydarzeń z "Odkryć". Chciałem uwzględnić
interesy czytelników z obu obozów (tych czytających w porządku
chronologicznym i tych trzymających się porządku wydawniczego). To
powiedziawszy, dodam, że "Kroniki" zostały pomyślane tak, by czytać je
po "Odkryciach Riyrii", i fani cyklu natrafią na ukryte niespodzianki,
które można docenić, znając całość historii. To nie są żadne kluczowe
zwroty w akcji, ale drobne dodatki dla zorientowanych. Podsumowując,
lekturę można zacząć zarówno od "Wieży Koronnej", jak i "Królewskiej
krwi".
Chciałbym poświęcić chwilę różnicom w strukturze obu cyklów. Dla
niezorientowanych przypomnę, że napisałem wszystkie sześć powieści
"Odkryć Riyrii", zanim którąkolwiek opublikowałem. To było absolutnie
niezbędne w przypadku tego cyklu. Chociaż każda zawiera osobny konflikt
i rozwiązanie, istniało wiele wątków, które pojawiały się w całości.
Sugerowano pewne tajemnice, bohaterowie byli wpuszczani w maliny, a wszystko to miało doprowadzić do wielkiego finału, w którym wszystkie
sekrety były... cóż... ujawnianie. Ponieważ to była pierwsza moja praca,
mogłem sobie pozwolić na taki luksus. W końcu nikt nie czekał na
następną część.
Zupełnie inaczej podszedłem do "Kronik Riyrii". Nie mam pojęcia, ile
części powstanie, więc obmyśliłem ten cykl jako otwartą historię, a nie
pojedynczą opowieść podzieloną na odcinki. Każdy tom to raczej osobna
powieść, mniej powiązana z następnymi. Dzięki temu będę mógł przerwać
pisanie o Riyrii w dowolnym momencie, nie zostawiając pytań bez
odpowiedzi i nierozwiązanych konfliktów. Istnieje kilka powodów takiego
podejścia. Przede wszystkim bardzo chcę chronić Riyrię. Jestem naprawdę
dumny z tego dokonania, a wszyscy widzieliśmy serie, które kiedyś były
świetne, a potem ciągnęły się dłużej, niż powinny. Po drugie, nie mam
pojęcia, czy ludzie nadal chcą kolejnych historii z tymi bohaterami.
Dlatego napisałem i opublikowałem osiem powieści i możliwe, że tyle
wystarczy.
Zatem czym dokładnie są "Kroniki Riyrii"? Dlaczego zdecydowałem się
pisać o wydarzeniach poprzedzających "Odkrycia Riyrii" zamiast
następujących później? Cóż, wielu ludzi już wie, że "Riyria" to elfickie
określenie "dwóch". To także imię, jakie przybrali Hadrian Blackwater i Royce Melborn jako złodzieje do wynajęcia. Nic dziwnego więc, że w "Kronikach Riyrii" będą występowali przede wszystkim ci dwaj. Jako
precyzyjnie przemyślany cykl "Odkrycia Riyrii" zamykają się wraz z końcem ery i ogromnie podoba mi się sposób, w jaki wydarzania znajdują
swój finał. Ciężko pracowałem nad idealnym zakończeniem i obawiałem się,
że wszelka kontynuacja wyda się dołożona na siłę i może zniszczyć
wszystko, co było mi drogie. Zatem oczywistym pomysłem było zbadanie
drugiego końca.
"Kroniki" to zasadniczo początki Riyrii. W pierwszych scenach "Odkryć"
Royce i Hadrian są już najlepszymi przyjaciółmi. Przepracowali wspólnie
dwanaście lat i połączyła ich więź, dzięki której zjednali sobie wielu
czytelników. Dla mnie jako pisarza najciekawsze było zgłębienie, w jaki
sposób ci dwaj tak różni mężczyźni wpływali na siebie i jak rozwinęli
tak niezachwiane wzajemne zaufanie, jakim się darzą. Dotarło do mnie, że
przy pierwszym spotkaniu bynajmniej nie polubiliby się, a najpewniej
serdecznie by się znienawidzili. Wyzwaniem dla mnie było realistyczne
ukazanie, jak ukształtował się ich związek, a niczego tak nie lubię przy
pisaniu jak prawdziwe wyzwania.
Niektórzy sugerowali, że "Kronik Riyrii" powstały, ponieważ wydawca
nalegał, bym powrócił do towaru, który już wyrobił sobie markę. To
nieprawda. Każdy, kto mnie zna, wie, że za żadne pieniądze nie skłoniłby
mnie do napisania czegoś, co mnie nie ciekawi. Zatem jeśli nie Orbit
odpowiada za powstanie "Kronik Riyrii", to kto? W większości czytelnicy,
którzy obstawali w sześciuset osiemdziesięciu pięciu tysiącach słów, że
"Odkrycia Riyrii" to za mało. To dzięki waszemu wsparciu moja rodzina ma
dach nad głową i nie przymiera głodem. Pod wieloma względami czuję się
jak renesansowy artysta, a wy jesteście moim mecenasem. Jest jednak
jeszcze jedna osoba, zapewne jedyna, która może mnie do czegokolwiek
przekonać. To dzięki tej osobie powstały "Kroniki Riyrii". Dałem się
zwieść temu podstępnemu geniuszowi, a chytre manipulacje, do jakich się
uciekł, stanowią opowieść samą w sobie.
To klasyczna opowieść o mężu, którego żona zakochuje się w innym,
bardziej olśniewającym i czarującym dżentelmenie. To brzmi tragicznie,
ale ta opowieść jest nieco inna, ponieważ romans dotyczy prawdziwej
kobiety i fikcyjnego mężczyzny. Moja żona -?nazwijmy ją Robin (ponieważ
tak brzmi jej prawdziwe imię) -?zadurzyła się w Hadrianie Blackwaterze.
Nie jestem pewien, co czuję, umożliwiając własnej żonie związek z innym
mężczyzną, ale wiem przynajmniej, że ten gość jest godny zaufania. Po
skończeniu cyklu "Odkryć Riyrii" Robin popadła w depresję, bo musiała
się pożegnać z Elanem, a w szczególności z Hadrianem... Dopóki nie zdała
sobie sprawy, że mogę przywołać ponownie jego i Royce'a, opowiadając o zdarzeniach poprzedzających cykl. Kiedy to zrozumiała, rozpoczęła
realizację diabolicznego planu mającego na celu wskrzeszenie pary
bohaterów.
Zaczęło się, kiedy przekonała mnie, żebym napisał opowiadanie. Dzięki
temu miałbym coś dla czytelników w czasie przestawiania się z samodzielnego publikowania na tradycyjną działalność wydawniczą.
Zamówione wcześniej strony do wydań "Odkryć Riyrii" w Orbit już wysłałem
(ale książki jeszcze się nie ukazały), a moje wcześniejsze pomysły
zostały zepchnięte na bok. Po raz pierwszy od lat nie miałem niczego w zanadrzu, a ponieważ kontrakt pozwalał mi na pisanie tekstów krótszych
niż powieść, a opowiadania są, cóż, krótkie, Robin poprosiła mnie, żebym
stworzył historię o początkach Royce'a i Hadriana.
Rzecz w tym, że nie jestem dobry w pisaniu opowiadań. Postanowiłem
podejść więc do tego tak, jakby to był rozdział -?pierwszy rozdział
powieści. Cofnąłem się w czasie i napisałem prostą opowieść o spotkaniu
Royce'a i Hadriana z wicehrabią Albertem Winslowem. To się stało jakiś
rok po tym, jak duet się poznał. Opublikowałem to opowiadanie darmowo
pod tytułem "The Viscount and the Witch" i czytelnikom najwyraźniej się
spodobało. Kiedy już napisałem ten tekst, ziarno zostało posiane, a gdy
zająłem się innymi projektami, ono powoli kiełkowało. Gdy stało się
oczywiste, że "Odkrycia Riyrii" uzyskały właściwy rozpęd, zacząłem pracę
nad tym, co miało stać się "Różą i Cierniem".
Tuż przy końcu powieści zdałem sobie sprawę, że mam problem. Jak mógłbym
opublikować powieść o drugim roku współpracy Royce'a i Hadriana. Co ja
sobie myślałem? Cofanie się w czasie pociąga za sobą pytanie, jak to się
wszystko zaczęło. Na co zda się legenda bez początków? Im więcej o tym
myślałem, tym bardziej docierało do mnie, że muszę napisać najpierw, jak
Royce i Hadrian się poznali. Kiedy powiedziałem o tym żonie, udała, że
mnie tylko wspiera, mówiąc: "Jak uważasz, kochanie". Kiedy wyszedłem z pokoju, usłyszałem stłumione "Udało się!" i wyobraziłem sobie, jak
triumfalnie potrząsa pięścią, jakby właśnie zdobyła decydujący punkt w rozgrywce. I tak narodziła się "Wieża Koronna".
Napisawszy przypadkiem książki, których akcja toczy się w odstępie roku
w świecie Elanu, wyobraziłem sobie teraz możliwość dwunastoczęściowego
cyklu, po jednym tomie na rok poprzedzający wydarzenia w "Odkryciach
Riyrii". Czy te historie powstaną? Nie sposób powiedzieć, dopóki nie
przekonam się, jak pójdzie mi z tymi dwiema. Jednak jak w przypadku
wszystkiego, co wiąże się z pisarstwem, zostawiam otwarte drzwi i niech
pomysły przychodzą. Jak na razie zbieram je jak ładne muszelki, pracując
nad innymi rzeczami.
Zatem tak to było. Szczęśliwy wypadek, który narodził się dzięki miłości
przebiegłej żony do fikcyjnego bohatera i legionowi czytelników, którzy
chcieli przeczytać coś więcej. Jeśli znacie "Odkrycia Riyrii", mam
nadzieję, że będziecie bawili się przy "Kronikach Riyrii" równie dobrze,
jak przy poprzednich powieściach. Jeśli dopiero poznajecie moje
pisarstwo, możliwe, że za chwilę zdobędziecie nowych przyjaciół, i jeżeli tak się stanie, czeka na was jeszcze sześć innych tomów.
Na koniec rozważcie po lekturze, czy nie napisać do mnie kilku słów na
adres michael.sulli[email protected] i podzielić się wrażeniami. To
właśnie dzięki takim informacjom zwrotnym "Kroniki Riyrii" w ogóle
powstały. Jeśli więc czekacie na więcej, powiedzcie mi -?to najlepszy
sposób, żeby do tego doprowadzić.
Porządek chronologiczny -?Porządek wydawniczy
Wieża Koronna -?Królewska krew. Wieża elfów
Róża i Cierń -?Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm
Królewska krew. Wieża elfów -?Zdradziecki plan
Nowe imperium. -?Pradawna stolica Szmaragdowy sztorm
Zdradziecki plan -?Wieża Koronna
Pradawna stolica -?Róża i Cierń
Rozdział 1. Korniszon
Rozdział 1
Korniszon
Hadrian Blackwater przeszedł nie więcej niż pięć kroków po zejściu na
ląd, kiedy go okradziono.
Torbę, jego jedyną torbę, wyrwano mu z ręki. Nawet nie zauważył
złodzieja. Hadrian w ogóle niewiele widział w oświetlonym latarniami
chaosie, jaki otaczał nabrzeże, jedynie multum twarzy, ludzi
przepychających się, żeby odsunąć się od trapu albo podejść do statku.
Przyzwyczajony do rytmu rozkołysanego pokładu z trudem utrzymywał
równowagę na nieruchomej przystani wśród przepychanek i szamotaniny.
Nowo przybyli poruszali się z wahaniem, powodując zatory. Wielu
miejscowych szukało przyjaciół i krewnych, wrzeszcząc, podskakując i wymachując rękami, żeby zwrócić ich uwagę. Inni zachowywali się bardziej
jak zawodowcy -?trzymali pochodnie i wykrzykiwali oferty zakwaterowania
lub pracy. Pewien łysy mężczyzna o głosie jak trąbka sygnałowa stał na
skrzynce i zapewniał, że tawerna "Czarny Kot" oferuje najmocniejsze piwo
za najniższą cenę. Dwadzieścia stóp dalej jego konkurencja balansowała
na chwiejącej się beczce i głosiła, że łysy kłamie, uporczywie
powtarzając, że "Fartowny Kapelusz" to jedyna miejscowa tawerna, która
nie serwuje psiego ścierwa pod nazwą baraniny. Hadrian miał to wszystko
w nosie. Chciał wydostać się z tłumu i znaleźć złodzieja, który ukradł
mu torbę. Już po paru minutach zdał sobie sprawę, że nic z tego nie
będzie. Skupił się więc na pilnowaniu sakiewki i uznał, że miał
szczęście. Przynajmniej nie stracił niczego cennego, tylko ubrania.
Jednak biorąc pod uwagę, jak zimno było w Avrynie jesienią, utrata
garderoby mogła stanowić pewien problem.
Hadrian ruszył razem z potokiem ciał -?zresztą i tak nie miał dużego
wyboru. Porwany przez silny prąd unosił się z głową tuż nad
powierzchnią. Pirs trzeszczał i jęczał pod ciężarem uciekających
pasażerów, którzy pośpiesznie oddalali się od tego, co było ich ciasnym
domem przez ponad miesiąc. Gryzące zapachy ryb, dymu i smoły zastąpiły
teraz tygodnie oddychania czystym słonym powietrzem. Unoszące się daleko
ponad słabo oświetlonym nabrzeżem światła miasta stanowiły jaśniejsze
punkty wśród rozgwieżdżonego wieczoru.
Hadrian szedł za czterema ciemnoskórymi caliskimi mężczyznami ciągnącymi
skrzynie wypełnione barwnymi ptakami, które skrzeczały i trzepotały
skrzydłami w swoich klatkach. Za nim szli ubogo ubrani mężczyzna i kobieta. Mężczyzna niósł dwie torby, jedną przerzuconą przez ramię, a drugą wciśniętą pod pachę. Najwyraźniej ich rzeczami nikt nie był
zainteresowany. Hadrian zdał sobie sprawę, że powinien był inaczej się
ubrać. Jego wschodni strój nie dość, że był niepraktycznie cienki, to
jeszcze w krainie skóry i wełny dżalabija z bielonego płótna i obszyta
złotem peleryna aż biły w oczy bogactwem.
-?Tu! Tutaj! -?Ledwie słyszalny głos był jeszcze jednym dźwiękiem w zgiełku krzyków, skrzypienia kół wozów, dzwonków i gwizdów. -?Tędy. Tak,
pan, proszę podejść. Proszę podejść!
Dotarłszy na koniec rampy i niemal wyrwawszy się tłumu, Hadrian
dostrzegł wyrostka. Ubrany w obszarpane ubrania czekał pod płomiennym
blaskiem kołyszącej się latarni. Żylasty młodzieniec trzymał torbę
Hadriana. Rozpromienił się w nadzwyczaj szerokim uśmiechu.
-?Tak, tak, pan właśnie. Proszę podejść. O, tutaj! -?wołał, wymachując
wolną ręką.
-?To moja torba! -?krzyknął Hadrian, przepychając się do chłopaka i nie
mogąc do niego dotrzeć z powodu tłumu, który nadal tarasował wąski pirs.
-?Tak! Tak! -?Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Oczy błyszczały mu
entuzjastycznie. -?Ma pan ogromne szczęście, że ją panu zabrałem, bo z pewnością ktoś by ją panu ukradł.
-?Ty ją ukradłeś!
-?Nie, nie! Skądże znowu! Ofiarnie chroniłem pańską najcenniejszą
własność. -?Młodzieniec wyprostował chude plecy tak, że Hadrian
spodziewał się, że zaraz zasalutuje. -?Ktoś taki jak pan nie powinien
sam nosić torby.
Hadrian przecisnął się obok trzech kobiet, które przystanęły, żeby
ukołysać płaczące dziecko, ale zaraz zatrzymał go starszy mężczyzna
ciągnący niewiarygodnie wielki kufer. Chudy jak widmo staruszek, o włosach białych jak mleko, zatarasował wąski przesmyk już zawalony górą
toreb zrzucanych lekkomyślnie ze statku na pirs.
-?Co masz na myśli, mówiąc "ktoś taki jak ja"?! -?krzyknął Hadrian ponad
kufrem, podczas gdy starzec przed nim siłował się z ciężarem.
-?Jest pan wielkim rycerzem, prawda?
-?Nie, nie jestem.
Chłopak wskazał go palcem.
-?Musi pan być. Proszę samemu spojrzeć: jest pan wielki i nosi pan
miecze... Trzy miecze! A ten przewieszony przez plecy jest naprawdę
ogromny. Tylko rycerz nosi takie rzeczy.
Hadrian westchnął, kiedy kufer starca zaklinował się w szczelinie między
odeskowaniem pomostu a pochylnią. Pochylił się i uniósł kufer, za co
usłyszał kilka przysiąg dozgonnej wdzięczności w nieznanym języku.
-?Sam pan widzi -?powiedział chłopiec -?tylko rycerz pomógłby
nieznajomemu w potrzebie.
Kolejne torby wylądowały z hukiem na stosie obok Hadriana. Jedna
sturlała się i z pluskiem wpadła do ciemnych wód portu. Hadrian parł
przed siebie, żeby nie zostać trafionym zrzucaną torbą i odzyskać
skradzioną własność.
-?Nie jestem rycerzem. A teraz oddaj mi torbę.
-?Poniosę ją dla pana. Nazywam się Korniszon... Ale musimy już iść.
Szybko. -?Chłopiec przytulił torbę Hadriana i odbiegł.
-?Ejże!
-?Szybko, szybko! Lepiej się nie ociągać.
-?Skąd ten pośpiech? Co ty wygadujesz? I wracaj tu z moją torbą!
-?Ma pan wielkie szczęście, że pan na mnie trafił. Jestem doskonałym
przewodnikiem. Nieważne, czego pan zechce, ja wiem, gdzie tego szukać.
Przy mnie dostanie pan tylko to co najlepsze i za najniższą cenę.
Hadrian wreszcie dogonił chłopaka i złapał swoją torbę. Pociągnął i razem z nią uniósł urwisa, który nadal zaciskał ręce wokół płótna.
-?Ha! Widzi pan? -?Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu. -?Nikt nie
wyrwie torby z moich rąk!
-?Słuchaj... -?Hadrian potrzebował chwili, żeby złapać oddech. -?Nie
potrzebuję przewodnika. Nie zatrzymam się w tym mieście.
-?A dokąd się pan wybiera?
-?Na północ. Daleko na północ. Do miejsca zwanego Sheridan.
-?Ach! Na uniwersytet.
To zaskoczyło Hadriana. Korniszon nie robił wrażenia światowca. Dzieciak
przypominał porzuconego psa. Takiego, co to kiedyś mógł nosić obrożę,
ale teraz miał tylko pchły, odstające żebra i nadmiernie rozwinięty
instynkt samozachowawczy.
-?Studiuje pan, by zostać uczonym? Powinienem był się domyślić. Proszę
wybaczyć, jeśli pana obraziłem. Jest pan nadzwyczaj bystry, więc to
oczywiste, że będzie pan wielkim uczonym. Proszę nie dawać mi napiwku za
popełnienie takiej gafy. Ale to jeszcze lepiej. Doskonale wiem, dokąd
powinniśmy się udać. W górę rzeki Bernum można popłynąć barką. Tak,
barka to doskonałe rozwiązanie, a jedna rusza akurat tego wieczoru. Nie
będzie następnej przez kilka dni, a pan nie chciałby zostawać w takim
okropnym mieście jak to. W okamgnieniu znajdziemy się w Sheridanie.
-?My? -?Hadrian uśmiechnął się znacząco.
-?Chyba zechce pan zabrać mnie ze sobą, prawda? Znam nie tylko Vernes.
Jestem znawcą całego Avrynu. Odbyłem dalekie podróże. Mogę panu pomóc,
będę pachołkiem, który zadba o wszelkie pana potrzeby i będzie pilnował
pańskiej własności, by uchronić ją przed złodziejami, gdy pan będzie
studiował. To robota, w której jestem najlepszy.
-?Nie studiuję i nie zamierzam zaczynać. Po prostu odwiedzam kogoś i nie
potrzebuję pachołka.
-?Oczywiście, że nie potrzebuje pan pachołka, skoro nie zamierza pan
zostać uczonym, ale jako szlachetnie urodzony syn lorda, który dopiero
co wrócił ze wschodu, bez wątpienia potrzebuje pan famulusa, a ze mnie
będzie doskonały famulus. Dopilnuję, żeby pański nocnik był zawsze
pusty, ogień porządnie rozpalony zimą, a latem będę pana wachlować, żeby
odpędzić muchy.
-?Korniszonie -?oznajmił stanowczo Hadrian -?nie jestem synem lorda i nie potrzebuję służącego. Ja tylko... -?Urwał, widząc, że coś odciągnęło
uwagę chłopca. Na jego radosnym obliczu nagle pojawił się strach. -?Co
się stało?
-?Mówiłem, że trzeba się pośpieszyć. Musimy natychmiast wynieść się z portu!
Hadrian odwrócił się i zobaczył mężczyzn z pałkami maszerujących
przystanią. Pod ich ciężkimi stopami deski aż podskakiwały.
-?Przymusowe mustrowanie -?powiedział Korniszon. -?Ci goście zawsze są w pobliżu, kiedy przypływa statek. Nowo przybyli tacy jak pan mogą dać się
złapać, a potem budzą się w trzewiach statku, który już wyszedł w morze.
O, nie! -?Korniszon zdusił okrzyk, kiedy zauważył ich jeden z oprychów.
Po krótkim gwizdnięciu i popukaniu w ramię czterech mężczyzn ruszyło w ich kierunku. Korniszon się wzdrygnął. Napiął mięśnie nóg, przeniósł
ciężar ciała, jakby zamierzał czmychnąć, ale spojrzał na Hadriana,
zagryzł usta i nie drgnął.
Mężczyźni z pałkami nadbiegli, ale pod koniec zwolnili i wreszcie
przystanęli na widok mieczy Hadriana. Cała czwórka mogłaby być braćmi.
Wszystkim dopiero co sypnęła się broda, mieli przetłuszczone włosy,
spieczoną słońcem skórę i wściekłe twarze. Taka mina musiała cieszyć się
u nich popularnością, bo zostawiła im trwałe zmarszczki na czołach.
Przez chwilę przyglądali się zaintrygowani Hadrianowi. Potem stojący na
przedzie oprych w poplamionej tunice z jednym oderwanym rękawem zapytał:
-?Jesteś rycerzem?
-?Nie, nie jestem rycerzem. -?Hadrian przewrócił oczami.
Drugi roześmiał się i szturchnął brutalnie tego z oberwanym rękawem.
-?Durny jełopie, nie jest dużo starszy od tego chłopaka obok niego.
-?Do diabła, nie szturchaj mnie na tym oślizgłym pomoście, tępy
sukinsynu. -?Mężczyzna znowu spojrzał na Hadriana. -?Nie jest aż tak
młody.
-?Wszystko możliwe -?wtrącił się jeden z pozostałych. -?Królowie robią
różne głupoty. Słyszałem, że jeden kiedyś pasował na rycerza psa.
Nazywali go sir Ciapek.
Czwórka parsknęła śmiechem. Hadriana kusiło, żeby zaśmiać się razem z nimi, ale otrzeźwił go wyraz przerażenia na twarzy Korniszona.
Ten z oberwanym rękawem podszedł bliżej.
-?Musi być przynajmniej giermkiem. Na miłość Maribora, popatrzcie na to
żelastwo. Gdzie twój pan, dzieciaku? Jest gdzieś w pobliżu?
-?Giermkiem też nie jestem -?odpowiedział Hadrian.
-?Nie? To po co ci to żelastwo?
-?Nie twój interes.
Mężczyźni się roześmiali.
-?O, taki z ciebie twardziel, co?
Rozproszyli się, mocniej zaciskając dłonie na pałkach. Jeden miał
skórzany pasek przewleczony przez uchwyt i owinięty wokół nadgarstka.
Pewnie uznał to za dobry pomysł, pomyślał Hadrian.
-?Lepiej zostawcie nas w spokoju -?odezwał się drżącym głosem Korniszon.
-?Nie wiecie, kto to jest? -?Wskazał Hadriana. -?To słynny wojownik.
Urodzony morderca.
Śmiech.
-?Czyżby? -?zakpił najbliżej stojący oprych i splunął przez pożółkłe
zęby.
-?Właśnie, że tak! -?upierał się Korniszon. -?Jest bezwzględny! Wcielone
zwierzę! I jest bardzo drażliwy. I bardzo niebezpieczny.
-?Taki młodzik jak on, hę? -?Mężczyzna spojrzał na Hadriana i wydął
wargi w zamyśleniu. -?Duży jest, to fakt, ale mnie się widzi, że ma
jeszcze mleko pod nosem. -?Skupił się na Korniszonie. -?A ty nie jesteś
bezwzględnym zabójcą, co, mały? Jesteś brudnym ulicznikiem, którego
wczoraj widziałem pod piwiarnią, jak próbował zgarnąć jakieś okruchy.
Ciebie, chłoptasiu, czeka nowa kariera, na morzu. To dla ciebie
najlepsze rozwiązanie, jak pragnę zdrowia. Dostaniesz jedzenie i nauczysz się pracować, pracować naprawdę ciężko. To zrobi z ciebie
mężczyznę.
Korniszon próbował uskoczyć, ale oprych złapał go za włosy.
-?Puść go -?powiedział Hadrian.
-?Jakżeś to rzekł? -?Drab trzymający Korniszona zarechotał. -?"Nie twój
interes"?
-?To mój giermek -?oznajmił Hadrian.
Mężczyźni znowu się roześmiali.
-?Powiedziałeś, że nie jesteś rycerzem, zapomniałeś?
-?Pracuje dla mnie, to wystarczy.
-?Nie wystarczy, bo ten pędrak pracuje teraz w żegludze morskiej.
Objął Korniszona za szyję umięśnionym ramieniem i zgiął go wpół, a drugi
drab podszedł z kawałkiem sznura, który nosił wcześniej przewiązany w pasie.
-?Powiedziałem: puść go -?powtórzył podniesionym głosem Hadrian.
-?Ej! -?warknął mężczyzna z oberwanym rękawem. -?Nie rozkazuj nam,
chłoptasiu. Nie bierzemy ciebie, bo do kogoś należysz. Kogoś, kto kazał
ci dźwigać trzy miecze, kogoś, kto może zauważyć twoje zniknięcie.
Takich kłopotów nie potrzebujemy, jasne? Ale nie zadzieraj z nami.
Zadrzyj, a połamiemy ci kości. Zadrzyj bardziej, a mimo wszystko
wrzucimy cię na statek. Zadrzyj jeszcze bardziej, a nie trafi ci się
nawet statek.
-?Naprawdę nie cierpię takich ludzi jak wy -?powiedział Hadrian. -
Dopiero co tu przybyłem. Spędziłem na morzu miesiąc. Miesiąc! Tak daleko
podróżowałem, żeby uciec właśnie od takich rzeczy. -?Pokręcił głową z niesmakiem. -?A tu proszę, spotykam was... I jeszcze ciebie. -?Hadrian
wskazał Korniszona, któremu wiązano właśnie nadgarstki za plecami. -?Nie
prosiłem cię o pomoc. Nie prosiłem o przewodnika, pachołka czy
służącego. Sam sobie dobrze radziłem. Ale nie, ty musiałeś zabrać mi
torbę i obnosić się z tą swoją pogodą ducha. A najgorsze ze wszystkiego
jest to, że nie uciekłeś. Może jesteś głupi, nie wiem. Jednak nie mogę
opędzić się od myśli, że zostałeś, żeby mi pomóc.
-?Przepraszam, że się nie wykazałem. -?Korniszon posłał mu smutne
spojrzenie.
Hadrian westchnął.
-?Psiakość, a ty znowu swoje.
Spojrzał na oprychów, już wiedząc, jak to się skończy, jak to się zawsze
kończyło. Musiał jednak spróbować.
-?Słuchajcie, nie jestem rycerzem, nie jestem też giermkiem, ale te
miecze należą do mnie i chociaż Korniszon myślał, że blefuje,
rzeczywiście...
-?Stul już pysk!
Drab bez rękawa zrobił krok i zamachnął się pałką, żeby odepchnąć
Hadriana. Na śliskim pomoście niewiele trzeba było, żeby Hadrian
pozbawił go równowagi. Złapał go za rękę, wykręcił mu nadgarstek i łokieć. Kość pękła. Rozległ się trzask, jakby ktoś rozbił skorupkę
orzecha. Hadrian odepchnął wrzeszczącego oprycha i rozległ się plusk,
kiedy mężczyzna wpadł do wody.
Hadrian mógł wtedy wyciągnąć miecze, i omal nie zrobił tego odruchowo,
ale obiecał sobie, że odtąd będzie inaczej. Poza tym zabrał
przeciwnikowi pałkę, zanim go zrzucił z pomostu -?solidny kawał hikory,
mający jakiś cal średnicy i nieco dłuższy niż stopa. Uchwyt był idealnie
wypolerowany przez lata używania, a drugi koniec poplamiony na brązowo
krwią, którą drewno nasiąkło.
Pozostali mężczyźni przestali próbować związać Korniszona. Jeden nadal
go przyduszał chwytem za szyję, a dwaj rzucili się na Hadriana.
Przyjrzał się pracy ich stóp, ocenił ciężar i rozpęd. Uchylił się przed
zamachem pierwszego przeciwnika, drugiego zaś podciął i uderzył w potylicę, kiedy tamten padał. Pałka uderzyła w czaszkę z głuchym
łoskotem, jakby walnął w dynię. Mężczyzna padł na pomost i już się nie
podniósł. Drugi znowu się zamachnął. Hadrian zablokował cios pałką z hikory, uderzając przeciwnika w palce. Opryszek wrzasnął i wypuścił
broń, pałka zawisła mu na rzemieniu przy nadgarstku. Hadrian złapał ją,
obrócił, solidnie zaciskając skórzany pasek, wygiął rękę mężczyzny do
tyłu i mocno pociągnął. Kość nie pękła, ale ramię wyskoczyło ze stawu.
Dygocące nogi opryszka sygnalizowały, że opuściła go wola walki, więc
Hadrian zepchnął go z pomostu w ślad za jego przyjacielem.
Kiedy odwrócił się do ostatniego z czwórki, Korniszon stał już sam i masował szyję. Jego niedoszły porywacz uciekł w siną dal.
-?Jak myślisz, wróci z kumplami? -?zapytał Hadrian.
Korniszon nie odezwał się słowem. Patrzył tylko na Hadriana z rozdziawionymi ustami.
-?Chyba nie ma sensu zostawać tu dłużej, żeby się przekonać -
odpowiedział sobie Hadrian. -?To gdzie jest ta barka, o której mówiłeś?
* * *
Z dala od nabrzeża powietrze w mieście Vernes nadal było duszne i dławiące. Wąskie ceglane uliczki tworzyły labirynt zacieniony przez
balkony, które niemal się stykały. Latarnie i księżycowe światło były
równie skąpe, a niektórych samotnych dróżek w ogóle nie oświetlono.
Hadrian cieszył się, że ma Korniszona. Kiedy już otrząsnął się z przerażenia, ten "szczur z zaułka" zachowywał się bardziej jak pies
myśliwski. Pędził korytarzami miasta, przeskakując z wielką wprawą nad
kałużami, które cuchnęły jak nieczystości, i uchylając się przed
sznurami z praniem i rusztowaniami.
-?To kwatery większości cieśli okrętowych, a tam dormitorium dla
dokerów. -?Korniszon wskazał ponury dwupiętrowy budynek blisko kei z jednymi drzwiami i paroma oknami. -?Większość mężczyzn z tej okolicy
mieszka tu albo w siostrzanym budynku przy południowym krańcu. Tyle
rzeczy kręci się tu wokół żeglugi. A tam, w górze, wysoko na wzgórzu,
widzi pan? To jest cytadela.
Hadrian uniósł głowę i dostrzegł ciemny zarys twierdzy oświetlonej
pochodniami.
-?To nie tyle zamek, ile rachuba dla handlarzy i kupców. Mury muszą być
wysokie i grube, bo upychają tam całe złoto. Tam wędrują pieniądze z morza. Wszystko inne spływa w dół, ale złoto płynie w górę.
Korniszon ominął przewrócone wiadro i wystraszył dwa szczury rozmiarów
kota, który czmychnęły w głębsze cienie. Kiedy w połowie minął drzwi,
Hadrian zdał sobie sprawę, że stos rzuconych szmat to tak naprawdę
siedzący na ganku mężczyzna, który wyglądał na starca przez wystrzępioną
siwą brodę i głęboko pobrużdżoną twarz. Siedzący nawet nie drgnął, nie
mrugnął powieką. Hadrian zauważył go tylko dlatego, że główka fajki,
którą starzec palił, rozjarzyła się pomarańczowo.
-?To brudne miasto! -?zawołał do niego Korniszon. -?Cieszę się, że
wyjeżdżamy. Za dużo tu cudzoziemców, przybyszy ze wschodu. Pewnie wielu
przypłynęło z panem. Dziwni ludzie, ci przybysze z Calisu. Ich kobiety
rzucają czary i przepowiadają przyszłość, ale moim zdaniem najlepiej nie
wiedzieć za dużo o własnej przyszłości. Nie będziemy musieli martwić się
takimi rzeczami na północy. W Warric palą czarownice zimą, żeby się
ogrzać. A przynajmniej tak słyszałem. -?Korniszon przystanął gwałtownie
i obrócił się. -?Jak się pan nazywa?
-?Wreszcie postanowiłeś zapytać, co? -?Hadrian się zaśmiał.
-?Muszę wiedzieć, jeśli mam nam zarezerwować przewóz.
-?Sam mogę się tym zająć. Zakładając, rzecz jasna, że rzeczywiście
prowadzisz mnie na barkę, a nie w jakiś ciemny zaułek, gdzie gruchniesz
mnie w łeb i gruntownie okradniesz.
Korniszon sprawiał wrażenie urażonego.
-?Nie zrobiłbym czegoś takiego. Uważa mnie pan za głupca? Po pierwsze,
widziałem, co pan robi z ludźmi, którzy próbują pana gruchnąć w łeb. Po
drugie, już minęliśmy kilkanaście doskonałych ciemnych zaułków.
Twarz Korniszona rozpromienił szeroki uśmiech, który według Hadriana w jednej części składał się z szelmostwa, w jednej z dumy i w dwóch z czystej radości w rodzaju "po prostu cieszę się, że żyję". Nie mógł
odeprzeć takiej argumentacji. I nie pamiętał też, kiedy ostatnim razem
czuł się tak, jak Korniszon wyglądał.
Przywódca oprychów miał rację. Korniszon był nie więcej niż cztery, może
pięć lat młodszy od Hadriana. Pięć, uznał. Jest pięć lat młodszy ode
mnie. Jest mną, zanim odszedłem z domu. Czy wtedy też się uśmiechałem
tak jak on? Zastanawiał się, od jak dawna Korniszon sam radzi sobie w świecie i czy za pięć lat nadal będzie się tak uśmiechał.
-?Hadrian. Hadrian Blackwater. -?Wyciągnął dłoń.
Chłopiec skinął głową.
-?Dobre imię. Bardzo dobre. Lepsze niż Korniszon. Chociaż z drugiej
strony każde imię jest lepsze od mojego.
-?Matka cię tak nazwała?
-?Och, z całą pewnością. Wieść gminna niesie, że zostałem poczęty i wydany na świat na tej samej skrzynce z korniszonami. Jak można odrzucić
taką legendę? Nawet jeśli nie jest prawdziwa, to moim zdaniem powinna
być.
Wynurzyli się z labiryntu i znaleźli się na szerszej alei. Wspięli się
już nieco i Hadrian dostrzegł w dole nabrzeże i maszty statku, którym
przypłynął. Nadal kłębił się tam spory tłum -?ludzie szukali miejsca na
nocleg albo swoich rzeczy. Hadrian przypomniał sobie torbę, która
sturlała się do wody. Ilu ludzi wyląduje w nowym mieście, prawie nic nie
mając?
Szczekanie psa sprawiło, że Hadrian się odwrócił. Spojrzał w wąską
uliczkę i wydało mu się, że dostrzegł jakiś ruch, ale nie miał pewności.
W krętym zaułku była raptem jedna latarnia. Resztę oświetlał księżyc,
rzucając niebiesko-szare łaty światła. Tu kwadratową, tam prostokątną,
za mało, żeby coś w tym świetle dostrzec, i ledwie dość, by ocenić
odległość. Czyżby następny szczur? To coś wydało mu się większe.
Poczekał, wytężając wzrok. Nic się nie poruszyło.
Kiedy się obejrzał, Korniszon przeszedł już prawie na drugą stronę
placu, gdzie ku swojej uciesze Hadrian ujrzał kolejne nabrzeże. To
znajdowało się u ujścia potężnej rzeki Bernum, która w nocy wyglądała
jak szeroki przestwór ciemności. Zerknął raz jeszcze za siebie w wąskie
uliczki. Nadal nic się nie poruszyło. Duchy. Tak właśnie -?prześladowała
go jego własna przeszłość.
Hadrian cuchnął śmiercią. To nie była woń, jaką inni mogli wyczuć albo
którą mogła zmyć woda, a jednak przywarła do niego jak przenikliwy smród
potu po długiej nocy pijaństwa. Tyle że ten odór nie brał się z alkoholu. On się brał z krwi. Nie z powodu jej picia, chociaż Hadrian
znał takich, co pili krew. Cuchnął, bo się w niej pławił. Jednak teraz
to już się skończyło, a przynajmniej tak sobie powtarzał z przekonaniem
pijaka, który dopiero co wytrzeźwiał. Tamto to był inny Hadrian, młodsza
wersja, którą zostawił na drugim końcu świata i od której nadal uciekał.
* * *
Przypomniał sobie, że Korniszon nadal ma jego torbę, więc za nim
pobiegł. Nim go dogonił, Korniszon znów miał kłopoty.
-?To jego! -?krzyczał, wskazując Hadriana. -?Pomagałem mu dotrzeć na
barkę.
Chłopca otoczyło sześciu żołnierzy. Większość nosiła kolczugi i trzymała
kwadratowe tarcze. Stojący pośrodku mężczyzna z fantazyjnym pióropuszem
na hełmie nosił na piersi i ramionach zbroję folgową oraz skórzany,
nabijany ćwiekami fartuch. To do niego mówił Korniszon, którego
przytrzymywało dwóch innych żołnierzy. Wszyscy spojrzeli na
nadchodzącego Hadriana.
-?To twoja torba? -?zapytał oficer.
-?Tak. I chłopak mówi prawdę. Odprowadzał mnie do tamtej barki.
-?Tak ci śpieszno opuścić nasze piękne miasto, co? -?zapytał
podejrzliwym tonem oficer, przyglądając się bacznie Hadrianowi.
-?Bez urazy, ale owszem. Mam sprawę na północy.
Oficer zrobił krok w jego stronę.
-?Jak się nazywasz?
-?Hadrian Blackwater.
-?Skąd jesteś?
-?Zasadniczo z Hintindaru.
-?Zasadniczo? -?Powątpiewaniu w głosie towarzyszyło uniesienie brwi.
Hadrian skinął głową.
-?Kilka lat spędziłem w Calisie. Właśnie wróciłem z Dagastanu na tamtym
statku.
Oficer zerknął w stronę portu, a potem na sięgającą za kolana dżalabiję
Hadriana, luźne bawełniane spodnie i kufiję na głowie. Pochylił się,
pociągnął nosem i skrzywił się.
-?Bez wątpienia byłeś na statku, a twój strój z pewnością jest caliski.
-?Westchnął, a potem skupił się na Korniszonie. -?Ale ten nie był na
statku. Mówi, że wybiera się z tobą. Zgadza się?
Hadrian zerknął na Korniszona i zobaczył nadzieję w oczach chłopaka.
-?Aha, wynająłem go jako mojego... ehm... mojego... służącego.
-?Czyj to był pomysł? Jego czy twój?
-?Jego, ale okazał się bardzo pomocny. Bez niego nie znalazłbym tej
barki.
-?Dopiero co wysiadłeś ze statku -?powiedział oficer. -?To dziwne, że
tak pilno ci do tego, żeby wsiąść na następny.
-?Tak naprawdę, to wcale się do tego nie palę, ale Korniszon mówi, że
barka zaraz rusza i nie będzie następnej przez kilka dni. To prawda?
-?Tak -?potwierdził oficer -?a przy okazji to niezwykle wygodne.
-?Mogę spytać, w czym problem? Czy jakieś prawo zabrania wynajmowania
przewodnika i płaceniu mu za jego usługi w czasie podróży?
-?Nie, ale wydarzyła się tu w mieście paskudna rzecz, naprawdę paskudna
rzecz, więc to naturalne, że interesujemy się każdym, kto śpieszy się,
żeby stąd wyjechać, a przynajmniej każdym, kto spędził tu parę ostatnich
dni. -?Spojrzał Korniszonowi prosto w oczy.
-?Nic nie zrobiłem -?zaprotestował chłopak.
-?Tak twierdzisz i nawet jeśli to prawda, to możesz wiedzieć coś na
temat tej sprawy. W obu wypadkach mógłbyś odczuwać silną potrzebę
ulotnienia się, a uczepienie się kogoś, kto znajduje się poza wszelkim
podejrzeniem, to dobry sposób, żeby wyplątać się z kłopotów, nieprawdaż?
-?Ale ja nic nie wiem na temat morderstw.
Oficer odwrócił się do Hadriana.
-?Możesz ruszać w drogę i lepiej się pośpiesz. Już wzywają pasażerów.
-?A co Korniszonem?
Żołnierz pokręcił głową.
-?Nie mogę go puścić razem z tobą. Wątpliwe, żeby odpowiadał za
morderstwa, ale może wiedzieć, kim jest sprawca. Sieroty z ulic dużo
widzą i nie lubią o tym mówić, jeśli myślą, że uda im się tego uniknąć.
-?Przecież mówię wam, że nic nie wiem. Nawet nie byłem na wzgórzu.
-?Zatem nie masz się czego obawiać.
-?Ale... -?Korniszon wyglądał, jakby miał się rozpłakać. -?On miał mnie
stąd zabrać. Wybieraliśmy się na północ. Wybieraliśmy się na
uniwersytet.
-?Uwaga! Uwaga! Ostatnie wezwanie dla pasażerów! Barka do Colnory!
Ostatnie wezwanie! -?rozległ się potężny ryk.
-?Słuchaj... -?Hadrian otworzył sakiewkę -?...wyświadczyłeś mi przysługę
i za to zasłużyłeś na zapłatę. Gdy już skończą cię przesłuchiwać, jeśli
nadal będziesz chciał dla mnie pracować, to za te pieniądze możesz
dotrzeć do Sheridanu i tam się ze mną spotkać. Wsiądź na następną barkę
albo do dyliżansu jadącego na północ, jak wolisz. Spędzę tam miesiąc, a przynajmniej dwa tygodnie. -?Hadrian wcisnął monetę w dłoń chłopca. -
Jeśli przyjedziesz, pytaj o profesora Arcadiusa. To z nim mam się
spotkać, więc będzie się orientował, gdzie mnie szukać. Dobrze?
Korniszon skinął głową i wyglądał nieco mniej nieszczęśliwie. Kiedy
zerknął na monetę, wytrzeszczył oczy i powrócił jego dawny, olbrzymi
uśmiech.
-?Tak, proszę pana! Natychmiast przybędę. Z całą pewnością może pan na
mnie liczyć. A teraz niech pan biegnie, zanim barka odpłynie.
Hadrian skinął do niego głową, podniósł torbę i pobiegł na nabrzeże,
gdzie obok trapu prowadzącego na długą płaskodenną łódź czekał
mężczyzna.
Rozdział 2. Gwen
Rozdział 2
Gwen
Gwen wiedziała, że zjawi się za późno, kiedy tylko usłyszała krzyki na
pierwszym piętrze. Sufit się trząsł, aż tynk posypał się do kieliszków
gromady skupionej przy barze. Z góry dobiegało dudnienie, jakby okładał
Avon pałką po głowie.
Nie, nie pałką. Uderza jej głową o podłogę, pomyślała Gwen.
-?Avon! -?wrzasnęła i rzuciła się ku schodom.
Nie chciała zwolnić na zakręcie, przez co uderzyła ramieniem w ścianę u szczytu schodów i zrzuciła z niej małe lusterko, które się stłukło.
Popędziła korytarzem. Krzyki brzmiały nieludzko, jakby dobiegały z rzeźni -?daremne wrzaski skazanego na śmierć stworzenia.
Stane ją morduje.
Gwen szarpnęła zasuwkę i pchnęła drzwi, ale drzwi zaryglowano od środka.
Nawet nie drgnęły. Uderzyła w nie całym ciałem, ale drewno zignorowało
jej drobną wagę. Dobiegające ze środka walenie przycichło, jakby teraz
ktoś uderzał w paćkę. Już nie brzmiało jak stłumiony głuchy łomot, ale
jak plaskanie o coś mokrego. Krzyki osłabły do cichych jęków.
Gwen z impetem otworzyła drzwi do pokoju po drugiej stronie korytarza,
gdzie Mae zabawiała rudzielca ze Wschodniej Marchii. Mae krzyknęła ze
strachu. Czymkolwiek zajmowali się do tej pory, przestali, kiedy
rozległy się krzyki Avon. Gwen kopnęła w luźny słupek przy nogach łóżka.
Stolarz zbudował ramę łóżka z solidnych kawałów klonu, ale nie spisał
się przy łączeniu ich w całość. Po dwóch kolejnych kopniakach słupek
odpadł, a materac wraz z Mae i rudzielcem wylądował na podłodze.
Pędząc jak rycerz walczący na kopie, Gwen uderzyła słupkiem w drzwi
pokoju Avon. Siła uderzenia sprawiła, że taran wypadł jej z rąk, ale w powierzchni drzwi pojawiło się solidne zagłębienie, a drewno futryny
lekko się rozszczepiło. Gwen rzuciła się po taran i chwyciła go znowu, w tej samej chwili, kiedy Raynor Grue pojawił się u szczytu schodów.
-?Psiakrew, ty durna suko! Przestań!
Zbierając w sobie wszystkie siły, Gwen uderzyła znowu w drzwi, celując w to samo miejsce, co poprzednio, i mniej więcej tam trafiając. Framuga
roztrzaskała się i drzwi otworzyły się z impetem. Gwen z rozpędu
wleciała do pokoju i wylądowała na podłodze w kałuży krwi.
-?Na brodę wielkiego Maribora! -?zaklął Grue, stając w progu.
Stane siedział okrakiem na Avon, nadal zaciskając ręce na jej szyi.
-?Nie przestawała krzyczeć.
Oczy Avon były szeroko otwarte, włosy w kolorze blond miała splamione
szkarłatem.
-?Wynoś się stąd! -?powiedział Grue, łapiąc Gwen i wyciągając ją na
korytarz. -?Zmiataj na dół! Jesteś mi winna nowe drzwi i łóżko.
-?Nie żyje? -?spytał Stane, nadal siedząc okrakiem na Avon.
Nogi miał nagie, skórę śliską od potu, pierś zbryzganą krwią.
Grue szturchnął głowę Avon butem.
-?Aha, zabiłeś ją.
-?Ty sukinsynu! -?Gwen rzuciła się na Stane'a.
Grue złapał ją i pchnął do tyłu, przez co potknęła się i przewróciła.
-?Stul dziób! -?wrzasnął.
-?Przepraszam, Grue -?wydukał Stane.
Grue skrzywił się i pokręcił głową, lustrując krew rozlewającą się po
drewnianej podłodze. Gwen zorientowała się po sposobie, w jaki stał i wykrzywiał usta, że nie widzi w Avon pięknej młodej dziewczyny, która
umarła przedwcześnie, ale jedynie bałagan do posprzątania.
Westchnął.
-?Nie chcę twoich przeprosin, Stane. Będziesz musiał za to zapłacić.
Avon była popularna.
-?Ile?
Grue zastanawiał się chwilę w typowy dla siebie sposób -?zagryzając
wykałaczkę i zasysając powietrze przez zęby.
-?Osiemdziesiąt pięć srebrnych tenentów.
-?Srebrnych? Osiemdziesiąt pięć? Kosztowała tylko sześć miedziaków!
-?A tyś ją zabił, tępy sukinsynu! Straciłem wszystko, co zarobiłaby w przyszłości. Powinienem zażądać zapłaty w złocie!
-?Nie mam aż tyle.
-?Będziesz musiał zdobyć pieniądze.
Stane skinął głową.
-?Zdobędę.
-?Jeszcze dziś wieczorem.
Stane zawahał się, ale zaraz się zgodził.
-?Dobrze, dziś wieczorem.
-?Gwen, idź po wiadro i posprzątaj to. Ty też, Mae. Rudy, na dzisiaj
skończyłeś. Zmiataj stąd. Jak będziesz wychodził, przyślij na górę
Willarda. Będę potrzebował pomocy przy znoszeniu ciała.
-?Nie możesz pozwolić, żeby mu się upiekło -?powiedziała przez
zaciśnięte zęby Gwen, kiedy już wstała.
Łzy jeszcze jej nie popłynęły i zastanawiała się dlaczego. Może nadal
była zbyt wściekła. Wyłamanie drzwi wzburzyło w niej krew i nadal się
nie uspokoiła.
-?Zapłaci za szkody. Tak samo jak ty.
-?W takim razie jeszcze nie skończyłam robić szkód.
Gwen podniosła słupek i rzuciła się, żeby przyłożyć Stane'owi w głowę.
Może by to zrobiła, gdyby Grue nie złapał jej za rękę. Obrócił ją i spoliczkował z całej siły. Znowu się przewróciła. Słupek uderzył w zniszczoną framugę i wyturlał się na korytarz.
-?Zbieraj tyłek i zmiataj na dół! Mae, chodź tu z tym wiadrem! I gdzie
jest Willard? Willard!
Gwen siedziała oszołomiona. Gdyby uderzył ją pięścią, a nie otwartą
dłonią, nieprędko by się podniosła, może nawet wyplułaby kilka zębów.
Grue wiedział jednak, jak obchodzić się ze swoimi dziewczynami, i w miarę możliwości starał się ich nie oszpecać. Z płonącym policzkiem i szczęką rwącą z bólu tak, że czuła to w całej twarzy, wstała i zbiegła
po schodach. Wszyscy w barze schodzili jej z drogi, a ona pognała ku
frontowym drzwiom Karczmy z Wyszynkiem "Pod Ohydnym Łbem", kierując się
prosto do biura szeryfa.
Noc była zimna z powodu jesiennego wiatru, ale ona prawie tego nie
zauważała, kiedy biegła po pokrytych spękanym błotem ulicach Medfordu.
Nikogo nie napotkała -?wszyscy porządni ludzie już spali.
Nie zapukała, tylko od razu pchnęła drzwi.
Ethan spał w krześle, z głową opartą na rękach leżących na stole. Gwen
kopnęła w nogę stołu, a on poderwał się jak spłoszona przepiórka.
-?Co, u... -?Sprawiał wrażenie rozłoszczonego.
I dobrze.
Chciała, żeby był wściekły. Chciała, żeby gotował się ze złości.
-?Stane właśnie zamordował Avon w "Ohydnym Łbie!" -?wrzasnęła, a Ethan
aż się wzdrygnął. -?Ten łajdak walił jej głową w podłogę, aż roztrzaskał
jej czaszkę. Mówiłam Grue, że on to zrobi. Powiedziałam mu, żeby więcej
go nie wpuszczał, ale on nie słuchał. A teraz rusz się tam!
-?Dobrze, już dobrze. -?Ethan zerwał z krzesła pas z mieczem i zapiął go
na biodrach, wychodząc za Gwen.
-?Raptem trzy dni temu podbił oko Jollin -?mówiła mu, kiedy szli ulicą
Przekorną.
Ethan nie szedł dostatecznie szybko jak na jej gust. Oczywiście czas już
nie miał znaczenia. Avon nie poczuje się lepiej, a Stane nie zmądrzeje.
Mimo to chciała, żeby sprawiedliwości stało się zadość i żeby stało się
to szybko. Stane nie zasługiwał, żeby żyć choćby chwilę dłużej niż Avon,
a każdy jego oddech był zbrodnią w oczach Gwen.
-?I złamał rękę Abby nieco ponad miesiąc temu. Grue zachował się jak
dureń, zmuszając Avon, żeby z nim poszła. Wiedziała i bała się, ale
Stane lubi, kiedy się boimy. Strach go podnieca, a im bardziej się
podnieci, tym większe robi szkody. A Avon, niech Maribor się nad nią
ulituje, była śmiertelnie przerażona. Grue powinien mieć swój rozum.
Drzwi do karczmy nadal były otwarte, rzucając długi skos światła na
ganek i pożłobioną koleinami ulicę. Może te też zniszczyła. Miała taką
nadzieję. Pijacy zniknęli, pewnie ich wygoniono. Grue i Willard znosili
Avon na dół zawiniętą w koc z łóżka. Z jednego końca kapała krew,
znacząc ciemną linię na schodach.
-?Co tu robisz, Ethan?
Z wysiłku żyły wystąpiły Grue na szyi. Nie wrzeszczał, był tylko
wściekły, czyli znowu był sobą.
-?Co masz na myśli? Dziewczyna po mnie przyszła.
-?Nie posłałem jej.
-?Cóż, obudziła mnie z kamiennego snu, więc jestem. Co się dzieje?
-?Nic -?odpowiedział Grue.
-?To mi nie wygląda na zwykłe nic. To Avon jest w tym kocu?
-?A co ci do tego?
-?Moim zadaniem jest pilnować, żeby sprawiedliwości zawsze stało się
zadość. Stane jest na górze?
-?Aha.
-?No to każ mu zejść.
Grue zmarszczył brwi, zawahał się, a potem odłożył swój koniec
brzemienia.
-?Willard, idź po niego.
Chociaż Gwen była wściekła na Stane'a i Grue, nie mogła pozbyć się
myśli, że sama też ponosi winę. Jak nikt inny wiedziała, co się stanie.
Powinna była coś zrobić, wydostać z tego miejsca Avon, tyle że sama nie
mogła stąd uciec. Mimo wszystko może mogła coś zrobić, cokolwiek. Nic
nie zrobiła. I teraz Avon nie żyła.
Gwen patrzyła na małą kałużę rozlewającą się przy końcu koca i zastanawiała się, jakim cudem nadal stoi. Poczucie winy szarpało jej
wnętrzności, rozrywało ją od środka. Jakim cudem mogę nadal stać,
chociaż właśnie mnie wypatroszono?
Stane zszedł po schodach, zapinając spodnie. Miał krwawe smugi od palców
na wyblakłej od słońca koszuli. Więcej śladów miał na twarzy, po tym jak
otarł nos.
-?Zabiłeś tę dziewczynę? -?zapytał Ethan.
Stane się nie odezwał. Skinął tylko głową i pociągnął nosem.
-?To poważne przestępstwo. Rozumiesz to, prawda?
-?Tak, proszę pana.
Gwen zauważyła, że Grue piorunuje ją wzrokiem. Przyjdzie jej zapłacić za
to później, ale warto znieść bicie, byle zobaczyć, jak Stane otrzymuje
taką samą karę, jaką wymierzono Avon. Oczywiście to nie będzie naprawdę
taka sama kara. Ethan nie będzie bez końca walił jego głową o podłogę.
Po prostu go powieszą. Kara jednak zostanie wymierzona publicznie. Stane
zostanie upokorzony przed śmiercią. Chociaż tyle dobrego.
Ethan odgarnął włosy z twarzy i pomasował kark. Zagryzł dolną wargę,
patrząc na owinięte w koc ciało. Wreszcie nabrał powietrza i zwrócił się
do Stane'a.
-?Wymagana będzie restytucja.
-?A co to takiego? -?zapytał nerwowo Stane.
-?Musisz zrekompensować Grue jego straty. Zapłacić za wyrządzone szkody.
-?Już to uzgodniliśmy -?wtrącił się Grue. -?Zapłaci mi osiemdziesiąt
pięć tenentów.
-?Srebrnych, zgadza się? -?zapytał Ethan, kiwając głową. -?Uczciwa cena.
Jakieś inne szkody?
-?Zniszczone drzwi, lustro i łóżko, ale to jej robota. -?Grue wskazał
Gwen. -?Ona mi za to zapłaci.
-?Wyłamała drzwi, próbując ratować tę tutaj? -?Ethan wskazał koc.
-?Chyba tak.
-?Moim zdaniem nie musiałaby tego robić, gdyby Stane nie bił Avon, więc
to on pokryje i te straty. Jasne?
-?Tak, proszę pana.
Szeryf skinął głową.
-?W takim razie wszystko załatwione.
Ethan zrobił krok w tył i Gwen widziała, że zamierza się odwrócić.
-?To wszystko? To nie w porządku. On musi zapłacić.
-?I zapłaci. Osiemdziesiąt pięć i...
-?Kobieta nie żyje! Zabił ją i musi za to umrzeć.
-?Dziwka -?poprawił ją Grue.
Gwen spiorunowała go wzrokiem.
-?Dziwka nie żyje, a to nie to samo. Nikt nie skaże na śmierć
pracującego mężczyzny, bo go trochę poniosło.
-?Ona nie żyje!
-?I to ja jestem z tego tytułu poszkodowany. Jeśli mówię, że taka
rekompensata mi odpowiada, to sprawa jest zamknięta. To nigdy nie było
twoje zmartwienie. A teraz zamknij się.
-?Nie możesz tego zrobić -?powiedziała do Ethana Gwen.
-?Miała jakąś rodzinę? -?spytał.
Gwen pokręciła głową.
-?Gdyby któraś z nas miała rodzinę, to myślisz, że byłybyśmy tutaj?
-?Zatem to on za nią odpowiada. Jest zadowolony, więc nie ma sprawy. -
Odwrócił się do Grue. -?Dopilnuj, żeby ciało opuściło mury miejskie
przed południem, bo inaczej konstabl dobierze mi się do tyłka, a wtedy
ja dobiorę się do twojego. Jasne?
Grue pokiwał głową i Ethan wyszedł.
Mężczyźni znowu dźwignęli ciało i ruszyli do frontowych drzwi. Kiedy
mijali Gwen, Grue powiedział:
-?Zgadnij, kto dostanie lanie, gdy wrócę!
Grue i Willard wyszli, zostawiając Gwen patrzącą przez salę na Mae i Jollin. Między nimi stał Stane.
Uśmiechnął się do niej i mrugnął porozumiewawczo.
-?Z przyjemnością zajmę się tobą. -?A zniżając głos, dodał: -?Kiedy
tylko odłożę następne osiemdziesiąt pięć tenentów.
Zrobił krok w jej stronę.
-?On nigdy więcej cię tu nie wpuści.
-?Grue? -?Zaśmiał się. -?Avon nie jest pierwsza. Była inna dziewczyna w Roe. Jeśli będę mógł zapłacić, da mi ciebie z pocałowaniem ręki. -
Spojrzał na Mae, a potem na Jollin. -?Nie martwcie się. O was dwóch też
nie zapomnę.
Zaśmiał się znowu, a Gwen zacisnął się żołądek. Stane podszedł do drzwi,
ale zamiast wyjść, wyjrzał, zerknął w obie strony, po czym je zamknął.
Kiedy się obrócił, szczerzył zęby w uśmiechu, nie spuszczając oczu z Gwen.
-?Uciekaj! -?krzyknęła Jollin.
Kiedy Gwen pobiegła ku tylnemu wyjściu, usłyszała, jak Stane przeklina.
Upadł z hukiem, pewnie poślizgnął się na kałuży krwi Avon. Sądząc po
odgłosach, przewróciło się też krzesło albo stół, ale potem Gwen biegła
już przez ciemność z podkasaną sukienką. Popędziła zaułkiem obok
warsztatu garbarza w stronę "mostów", dwóch wąskich desek przerzuconych
przez rzekę ścieków, które płynęły za budynkami. Była zbyt
przestraszona, biegła za szybko. Noga jej zjechała ze śliskich,
chwiejnych desek i Gwen wpadła prosto w gnój. Ręce zanurzyła po łokcie,
ale uratowała twarz.
Spodziewała się, że Stane zaraz ją dopadnie, zaciśnie krwawe ręce na
gardle, wepchnie twarz w obrzydliwą paćkę, która cuchnęła moczem i gnojem. Obróciła się gwałtownie, ale jego nie było. Nigdzie go nie było.
Gwen była sama.
Wyciągnęła ręce, otarła o czyste skrawki sukienki, jakie znalazła.
Niewiele ich było. W końcu popłakała się z frustracji. Siedząc obok rowu
z nieczystościami, szlochała tak mocno, że rozbolał ją brzuch. Z każdy
wdechem wciągała powietrze gęste od smrodu.
-?Nie wiem, co robić! -?krzyknęła na głos. -?Powiedz mi, co mam robić! -
Nabrała garść błota i gnoju i cisnęła najmocniej, jak potrafiła.
Odchyliła głowę i wrzasnęła, patrząc na niebo. -?Słyszysz mnie?! Nie mam
dość siły. Jestem jak moja matka i w końcu się załamię. -?Wzięła
rozdygotany wdech. -?A jeśli nie załamię się najpierw, to on mnie
zabije. Mnie, Jollin, Mae i całą resztę. Nie mogę... Nie mogę już dłużej
czekać. Słyszysz mnie? To już pięć lat! Nie mogę już dłużej na niego
czekać.
Dygotała, dysząc i nasłuchując odpowiedzi, ale usłyszała tylko wycie
wiatru.
Rozdział 3. Barka na Bernum
Rozdział 3
Barka na Bernum
Hadrian siedział w kucki na pokładzie rzecznej barki, kiedy dwa potężne
konie pociągowe holowały łódź w górę rzeki Bernum. Uniósł głowę i zerknął przez poranną mgłę, próbując wypatrzyć coś znajomego. Widział
ziemię uprawną wtuloną między wzgórza ponad brzegiem i słaby zarys
miasteczek. Wszystko wydawało się obce. To była obca kraina wypełniona
dziwnymi ludźmi, zwyczajami, akcentami. Czuł się nieswojo i nie na
miejscu. Nigdy nie miał pewności, jak należy zachować się albo co
powiedzieć. Wyobrażał sobie, że wszyscy widzą w nim obcego, którym
rzeczywiście jest, chociaż w tej chwili, jak zgadywał, znajdował się
jakieś pół dnia piechotą od domu.
Pulchny mężczyzna wyszedł z kajuty, uderzając się w pierś i biorąc
głębokie wdechy.
-?Rześki poranek, co? -?powiedział, zerkając na niebo.
Mógł zwracać się do boga Maribora, ale mimo to Hadrian odpowiedział:
-?Chłodno. Nie nawykłem do zimna.
Wybrał sobie to miejsce, żeby mieć osłonę przed wiatrem. Miał na sobie
wszystko, co posiadał, w tym dwie pary spodni luźnych jak piżama,
podróżną i wyjściową dżalabiję, szeroką szarfę w pasie, pelerynę i zawój
na głowie. Mimo to marzł. Zamierzał kupić coś z wełny, kiedy dotrą do
Colnory, coś ciężkiego, co waży jak zbroja. Czuł się nagi bez
dodatkowego ciężaru.
-?Przypłynąłeś prosto z Dagastanu, zgadza się? Tam to pewnie jest
ciepło, prawda?
Hadrian owinął się ciaśniej dżalabiją.
-?Kiedy wyjeżdżałem, była pogoda w sam raz na lekki strój.
-?Zazdroszczę.
Mężczyzna owinął się ciaśniej szatą. Rozejrzał się po barce i skrzywił
się rozczarowany, jakby spodziewał się, że przez noc zajdzie w niej
jakaś cudowna przemiana. Wzruszył ramionami i za przykładem Hadriana
usadowił się na pokładzie. Znaleźli się teraz twarzą w twarz.
-?Jestem Sebastian z Iberu.
Mężczyzna wyciągnął rękę.
-?Hadrian -?odpowiedział, ściskając podaną dłoń. -?Podróżujesz z tamtymi
dwoma?
Hadrian widział ich poprzedniej nocy, Sebastiana i jego dwóch
towarzyszy; wszyscy byli ubrani w podobne, wytwornie skrojone szaty.
Mimo całego pośpiechu ostatecznie wypłynięcie barki opóźniło się z powodu dokerów, którzy z trudem wtaszczyli na pokład liczne kufry. Cała
trójka wykrzykiwała rozkazy i reprymendy za każdym razem, gdy któryś
kufer uderzył o coś albo został potrącony przez pracowników.
Mężczyzna skinął głową.
-?Samuel i Eugene. Pracujemy w tej samej branży.
-?Kupcy?
Sebastian się uśmiechnął.
-?Coś w tym guście. -?Jego spojrzenie padło na miecze u pasa Hadriana. -
A ty? Żołnierz?
Hadrian odpowiedział szerokim uśmiechem.
-?Coś w tym guście.
Sebastian zarechotał.
-?Dobrze powiedziane. A tak całkiem poważnie: nie masz powodu nosić tu
broni. My nie nosimy stali, więc nie rozumiem, czemu zawracasz sobie
głowę... Och, jasne. Rozumiem!
Hadrian przyjrzał się mężczyźnie. Z doświadczenia wiedział, że istnieją
dwa rodzaje ludzi: tacy, którym można zaufać i ci drugiego rodzaju. W ciągu pięciu lat nauczył się polegać na mężczyznach, którzy noszą metal,
mają blizny i gwiżdżą przez dziury po wybitych zębach. Sebastian nosił
grube ubranie, luksusowe i drogie, a także złote pierścienie na obu
dłoniach. Hadrian zetknął się i z tym typem. Cokolwiek Sebastian
zamierzał powiedzieć, Hadrian zgadywał, że to mu się nie spodoba.
-?Co rozumiesz?
Sebastian zniżył głos:
-?Słyszałeś o morderstwach. Straże miejskie wszędzie się kręciły i zadawały pytania, nawet kiedy wyruszaliśmy.
-?Mówisz o morderstwach w Vernesie?
-?Tak, w rzeczy samej. Trzy w ciągu trzech nocy.
-?I podejrzewasz mnie? -?spytał Hadrian.
Sebastian się zaśmiał.
-?W żadnym razie! Ty jesteś jednym z tych, co to właśnie zeszli ze
Wschodniej Gwiazdy płynącej z Calisu. Twoje ubranie cię zdradza.
Więcej sensu miałoby podejrzewanie mnie. Ja przynajmniej miałem
sposobność. Ciebie nawet nie było w mieście.
-?Mówisz więc, że powinienem podejrzewać ciebie?
-?Skądże znowu. Moi współpracownicy mogą poświadczyć, gdzie przebywałem,
a sternik powie ci, że zarezerwowaliśmy ten przejazd z wielotygodniowym
wyprzedzeniem. Poza tym, czy ja wyglądam na zabójcę?
Hadrian nigdy nie widział zabójcy, ale Sebastian nie wyglądał na
stosownego kandydata. Krągły i miękki, o pulchnych palcach i zaraźliwym
uśmiechu wyglądał raczej na kogoś, kto zleciłby morderstwo w niepodpisanym liście.
-?Powiem ci jednak, kto wygląda na zabójcę. -?Spojrzenie Sebastiana
powędrowało ku przodowi łodzi, gdzie w pobliżu dziobu stała spowita w opończę postać. Stała do nich tyłem i zamiast szukać ciepła słońca,
trzymała się cienia rzucanego przez stos skrzynek. -?On to dopiero
wygląda na zabójcę.
-?Podejrzewasz go, bo nosi kaptur?
-?Nie, chodzi o jego oczy. Widziałeś je? Zimne, tyle ci powiem. Martwe
oczy. Takie, co nawykły do oglądania i zadawania śmierci.
Hadrian uśmiechnął się kpiąco.
-?Potrafisz to wszystko wyczytać z samych oczu człowieka, co?
-?Jak najbardziej. Człowiek nawykły do zabijania wygląda jak wilk: pusta
dusza i głód krwi. -?Sebastian pochylił się, ale nie spuszczał wzroku z postaci na dziobie. -?Tak jak poznanie pewnych prawd okrada nas z niewinności, tak zadanie śmierci okrada człowieka z duszy. Każde
zabójstwo zabiera cząstkę człowieczeństwa, aż morderca nie jest niczym
innym jak zwierzęciem. Głód zastępuje ducha. Żądza tego, co zostało
stracone. Jednak niewinności duszy nie da się odzyskać. Radość, miłość i spokój uciekają z takiego naczynia, a zamiast nich rozkwita żądza krwi i śmierci.
Sebastian mówił poważnym tonem, jak człowiek, który zna się na takich
rzeczach. Jego pewność siebie i swoboda emanowały światowością, która
sugerowała mądrość płynącą z doświadczenia. Gdyby jednak słowa
Sebastiana głosiły prawdę, Hadrian wątpił, czy pulchny kupiec z Vernesu
zdecydowałby się siadać tak blisko niego, ujrzawszy wcześniej jego oczy.
-?Powiem ci coś jeszcze. Wszedł na barkę w ostatniej chwili bez choćby
jednej torby czy kufra.
-?A skąd to wiesz?
-?Byłem na pokładzie, kiedy opłacał przejazd. Dlaczego zjawił się tak
późno? Kto wskakuje na łódź płynącą tak daleko na północ pod wpływem
nagłego kaprysu? I dlaczego bez bagażu? Ludzie nie ruszają w długą
wyprawę, jakby to była popołudniowa wycieczka łódką dla przyjemności,
prawda? Może wymknął się strażom i uznał barkę za dobry sposób ucieczki.
-?Ja też dotarłem późno.
-?Ale ty przynajmniej miałeś torbę.
-?Tu jesteś, Sebastianie!
Jego dwóch wspólników wyszło z kajuty.
Samuel był starszy. Wysoki i chudy sprawiał wrażenie rozciągniętego jak
kawał surowego ciasta. Jego szata wisiała luźno, rękawy były tak długie,
że całkowicie skrywały mu ręce, odsłaniając tylko czubki palców. Drugi,
który nazywał się Eugene, był znacznie młodszy, bliżej wieku Hadriana, a jego ciało jeszcze nie zdecydowało, czy chce upodobnić się do sylwetki
Samuela, czy raczej do krągłego i pulchnego Sebastiana. On też nosił
wspaniałą szatę w kolorze ciemnego bordo, spiętą na ramieniu pokaźną
złotą klamrą.
Obaj wyglądali na wyczerpanych, jakby ciężko pracowali całą noc, a nie
dopiero co wstali z łóżka. Samuel zauważył zakapturzonego podróżnego na
dziobie i szturchnął Eugene'a.
-?Tamten w ogóle nie śpi?
-?Tak działa udręczone sumienie -?odpowiedział Eugene.
-?Taki człowiek nie ma sumienia -?zawyrokował Sebastian, o ile można coś
zawyrokować szeptem.
Nad ich głowami niezgrabny klucz gęsi przeciął z klangorem niebieskie
niebo. Wszyscy podnieśli głowy, żeby popatrzeć na nie, a potem poprawili
peleryny i szaty, jakby gęsi ostrzegły ich, że nadchodzi zima. Eugene i Samuel przysiedli się do Sebastiana. Cała trójka stłoczyła się, żeby się
wzajemnie ogrzać.
Sebastian skinął głową w stronę Hadriana.
-?To jest Hadrian... ehm, Hadrian...
Pstryknął palcami i spojrzał pytająco.
-?Blackwater.
Hadrian wyciągnął rękę i uścisnął pozostałym dwóm dłonie.
-?A skąd pochodzisz, Hadrianie? -?spytał Eugene.
-?Właściwie znikąd.
-?Człowiek bez domu? -?Głos Samuela był nosowy i nieco podejrzliwy w tonie.
Hadrian uznał, że to ten typ człowieka, który odlicza pieniądze wręczone
mu nawet przez kapłana.
-?O co ci chodzi? -?zapytał Eugene. -?Zsiadł ze statku płynącego z Calisu. Rozmawialiśmy o tym zeszłej nocy.
-?Nie bądź głupcem, Eugene -?odparł Sebastian. -?Myślisz, że mieszkańcy
Calisu mają włosy jasne jak piasek i niebieskie oczy? To śniade draby,
cwane ponad miarę. Niech żaden z was nigdy im nie ufa.
-?Co w takim razie robiłeś w Calisie? -?Ton Eugene'a był złośliwy i ponad miarę dociekliwy, jakby to Hadrian nazwał go głupcem.
-?Pracowałem.
-?Pewnie zdobywał fortunę -?odparł Sebastian, wskazując Hadriana. -?Ten
człowiek nosi ciężką sakiewkę. Powinieneś dorobić się choćby połowy
tego, co on.
-?Założę się, że to same caliskie miedziaki. -?Eugene nadal mówił z goryczą. -?Bo w przeciwnym razie nosiłby wspaniałą wełnianą szatę jak
my.
-?Nosi miecz z doskonałej stali, a właściwie dwa. Lepiej więc ostrożniej
dobieraj słowa -?przestrzegł go Sebastian.
-?Trzy -?sprostował Samuel. -?Jeszcze jeden trzyma w kajucie. Naprawdę
wielki.
-?Sam widzisz, Eugene. Ten człowiek wydaje wszystko na stal. Ale proszę
bardzo, obrażaj go dalej. Na pewno świetnie poradzimy sobie z Samuelem
bez ciebie.
Eugene skrzyżował ręce na piersi i patrzył na mijane wzgórza.
-?Czym się zajmujesz? -?zapytał Samuel, skupiając wzrok na sakiewce
Hadriana.
-?Byłem żołnierzem.
-?Żołnierzem? Nigdy nie słyszałem o bogatym żołnierzu. W której armii?
We wszystkich, omal nie odpowiedział Hadrian, ale ugryzł się w język.
Chociaż w pierwszej chwili wydawało mu się to zabawne, zaraz potem fakty
go przygnębiły. Hadrian nie miał ochoty tłumaczyć się z przeszłości;
przebył ocean, żeby zostawić ją za sobą.
-?Dużo podróżowałem.
Prosty unik, łatwy manewr. W walce taka taktyka o niczym nie decydowała,
chociaż dostatecznie często powtarzana mogła zmęczyć albo sfrustrować
przeciwnika, który w końcu się poddawał. Samuel sprawiał wrażenie
upartego typa, ale w tej samej chwili drzwi kajuty ponownie się
otworzyły. Tym razem wyszła kobieta.
Nazywała się Vivian i kupcy poświęcili jej całą swoją uwagę minionej
nocy. Jej pojawienie się rzuciło na nich teraz ten sam czar i wszyscy
trzej zerwali się na równe nogi, kiedy tylko wyszła na pokład. W przeciwieństwie do pozostałych Vivian nie opatuliła się wełnianymi
szatami ani pelerynami. Nosiła prostą szarą suknię, jaką mogłaby wybrać
młoda żona wziętego rzemieślnika. Zresztą nie miało znaczenia, co
nosiła. Hadrian uznał, że nawet w worku jutowym wyglądałaby
olśniewająco. Vivian była piękna, a to wiele mówiło, zważywszy, że
Hadrian dopiero co wrócił z Calisu, a tamtejsze kobiety, w szczególności
tenkińskie, były chyba najpiękniejszymi niewiastami na świecie. Vivian w niczym ich nie przypominała i Hadrian domyślał się, że po części na tym
polegał jej urok. Jasnowłosa, blada, delikatna wyglądała wśród mężczyzn
jak porcelanowa figurka. To była pierwsza kobieta z zachodu, z jaką
Hadrian miał do czynienia w ciągu ostatnich dwóch lat.
Samuel dyskretnie pomógł jej usadowić się między nim samym a Sebastianem, przez co Eugene musiał usiąść obok Hadriana.
-?Dobrze pani spała? -?zapytał Eugene, pochylając się do niej bardziej,
niż to było konieczne.
-?Skądże znowu. Miałam koszmary, potworne koszmary spowodowane
wydarzeniami ostatniej nocy.
-?Koszmary? -?Sebastian się skrzywił. -?Nie ma powodu się zamartwiać,
moja droga pani. Vernes i te haniebne zbrodnie zostały daleko za nami.
Poza tym wszyscy wiedzą, że ten łajdak zabijał tylko mężczyzn.
-?To bardzo nikła pociecha, a ten człowiek -?wskazała samotną postać na
przedzie barki -?przeraża mnie.
-?Proszę się nie bać, droga pani. Tylko głupiec dopuściłby się jakiejś
podłości na małej łodzi -?odezwał się Samuel. -?Nie ma tu odrobiny
prywatności, żeby popełnić zbrodnię, a potem nie można przepaść jak
kamień w wodę.
-?Jak kamień w wodę! Dowcipnie to ująłeś, Samuelu -?powiedziała Vivian,
ale kupiec nie rozumiał dwuznaczności własnych słów w zaistniałych
okolicznościach.
-?Ach, i proszę spojrzeć tutaj! -?Sebastian wskazał Hadriana. -?Mamy
młodego żołnierza na pokładzie. Dopiero co powrócił z dzikich ostępów
Dagastanu. Obroniłbyś panią przed każdym potencjalnym drabem, prawda?
-?Oczywiście -?odpowiedział Hadrian i mówił szczerze, chociaż miał
nadzieję, że los nie podda go próbie.
Zaczął żałować, że nosi miecze. W Calisie były równie pospolite, jak
jego płócienna dżalabija albo kufija, i prawdę mówiąc, uznano by za
dziwne, gdyby mężczyzna nie nosił na widoku przynajmniej jednego.
Zapomniał, że broń to rzadkość w Avrynie, ale gdyby teraz zaczął
zostawiać ją w kajucie, wypadłoby to niezręcznie. W ciągu pięciu latach
miecze stały się w równej mierze częścią jego ciała jak palce i ich brak
rozpraszałby go niczym utrata zęba. Chociaż był przekonany, że
wcześniejsze wnioski Sebastiana opierały się bardziej na zasłyszanych
historiach niż na własnych doświadczeniach, to wiedział, że kupiec miał
rację w jednej kwestii: zabijanie ma swoją cenę.
-?Sama pani widzi. -?Sebastian klasnął w dłonie, jakby właśnie wykonał
magiczną sztuczkę. -?Jest pani bezpieczna.
Vivian posłała mu blady uśmiech, ale znowu zerknęła w stronę dziobu i na
mężczyznę w kapturze.
-?Może ktoś z nas powinien z nim porozmawiać? -?zasugerował Eugene. -
Jeśli poznamy jego historię, może okaże się, że nie ma czego się bać.
-?Nasz młody uczeń ma rację -?powiedział Sebastian z dostatecznie dużym
zdziwieniem w głosie, żeby młodzieniec się skrzywił. -?To niepokojące,
gdy w pobliżu jest tygrys, a człowiek nie wie, czy jest głodny. Idź,
porozmawiaj z nim, Eugene.
-?Nie, dziękuję. Wystarczy, że wpadłem na pomysł.
-?Ja z całą pewnością nie mogę -?odparł Sebastian. -?Jestem zdecydowanie
zbyt rozmowny. To cecha, która często prowadziła do kłopotów. Nie chcemy
niepotrzebnie prowokować tego człowieka. A może ty, Samuelu?
-?Oszalałeś? Nie wysyła się jagniątka, żeby wypytywało tygrysa. Powinien
pójść żołnierz. On nie ma czego się bać. Nawet morderca dwa razy się
zastanowi, nim rzuci wyzwanie mężczyźnie z dwoma mieczami.
Wszyscy spojrzeli na Hadriana.
-?Czego mam się dowiedzieć?
-?Jak się nazywa -?zasugerował Sebastian. -?Skąd pochodzi. Czym się
zaj...
-?Czy jest mordercą... -?weszła mu w słowo Vivian.
-?Nie jestem pewien, czy należy od tego zaczynać -?powiedział Samuel.
-?Ale czy nie tego właśnie wszyscy chcemy się dowiedzieć?
-?Owszem, ale kto się przyzna do czegoś takiego? Lepiej zdobyć dość
informacji, żeby samemu stworzyć obraz i wywnioskować z niego, jaka jest
prawda.
-?Jeżeli jednak zapytasz wprost, będzie to ostrzeżenie, że przejrzeliśmy
go i mamy się na baczności. To może pokrzyżować mu plany i zmusić go do
ich porzucenia.
-?Może po prostu zobaczę, jak rozmowa się potoczy -?uznał Hadrian i wstał.
Zaprzęg koni szedł ścieżką holowniczą, ciągnąc gładko barkę w górę
rzeki. Mimo to Hadrian stawiał ostrożnie stopy, kiedy wchodził po
krótkich schodach na fordek i okrążał skrzynie przykryte nieprzemakalnym
płótnem i umocowane sieciami. Z tego nowego miejsca widział rozległy
przestwór Bernum. Wiatr uderzył go z całą siłą w twarz, przynosząc wraz
z zimnem zapach sosen. Wełna, obiecał sobie. Gruba koszula i ciężki
płaszcz.
-?Przepraszam -?powiedział, a mężczyzna obrócił się nieco, ale nie dość,
żeby pokazać twarz, czy choćby nos. Po uwagach Sebastiana Hadriana
ciekawiły oczy nieznajomego. -?Nazywam się Hadrian Blackwater.
-?Moje gratulacje. -?Odpowiedź była równie zimna jak wiatr, który ją
poniósł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki